CZARNE JEST CZARNE – o filmach „BLACK PANTHER” i „BLACKKKLANSMAN”

.

Wprawdzie Oscary nie są dla mnie wyznacznikiem wartości filmu, to jednak uważam, że wszystkie filmy nominowane do tej nagrody w kategorii Best Picture warte są uwagi i obejrzenia. Tutaj piszę o dwóch z nich – różnych jeśli chodzi o formę, podobnych jeśli chodzi o pewien społeczny problem.

.

Bawiąc się konwencjami, zmieniając ton – posługując się groteską, dramatem i humorem – Spike Lee mówi nam, że rasizm jest ciągle żywy („BlacKkKlansman”)

.

„CZARNE BRACTWO. BLACKKKLANSMAN” („BlacKkKlansman”, reż. Spike Lee)

Podobnie jak „Green Book”, także najnowszy film Spike’a Lee „BlacKkKlansman” nawiązuje do prawdziwej historii, której bohaterami jest czarno-biała para, i również tak niezwykłej, że sprawiającej wrażenie zupełnie niewiarygodnej, wręcz wydumanej i fantastycznej. Ron Stallworth był pierwszym czarnoskórym policjantem w mieście Colorado Springs, jak również pierwszym czarnym, którego przyjęto w szeregi… Ku Klux Klanu. To jednak wymaga pewnego wyjaśnienia: wprawdzie Stallworth otrzymał legitymację KKK (dzięki sile perswazji jaką wykazywał w rozmowach telefonicznych z przywódcami KKK), to w gangu szowinistycznych zakapiorów reprezentował go jego biały kolega z policji Philip (Flip) Zimmerman. Obaj mieli za zadanie infiltrację organizacji i ewentualne unieszkodliwienie planowanych przez KKK zamachów.

Spike Lee niemal obsesyjnie zajmuje się w swoich filmach relacjami między czarną a białą społecznością amerykańską, w centrum umieszczając rasizm i związany z nim konflikt, który staje się nie tylko rdzeniem dramaturgicznym jego filmowych opowieści, ale i źródłem napięcia, wyzwalającego momentami w widzach niezwykle silne emocje. Sam jest przy tym rasowym filmowcem, co po raz kolejny stało się ewidentne w „BlacKkKlansman”, gdzie reżyser bawi się wręcz i żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając przy tym nieustannie ton – od dramatycznego i poważnego, przez dydaktyczny i propagandowy, po karykaturalny, satyryczny czy nawet groteskowy. Emocjonalne spektrum filmu dominuje humor, ale słyszałem, jak Lee protestował, kiedy jego dzieło nazwano komedią, bo dla niego humor jest czymś bardziej „organicznym” i niekoniecznie musi wynikać z powierzchownej zwykle zabawności. W czymś, co jest z gruntu tragiczne, nie może być komizmu, który zawsze zakłada pewną umowność.

Jednakże Spike Lee w swoim filmie nieustannie uświadamia nam, że sam – posługując się czymś tak bardzo umownym jak kino – zajmuje się żywą tkanką rzeczywistości, dotykając jej newralgicznych miejsc. Bo fikcja (również ta, która tworzona jest na ekranie) nieustannie przeplata się z tym, co rzeczywiste i te dwie jakości kreują świat, w który żyjemy, wzajemnie na siebie wpływając. Nie bez kozery Lee rozpoczyna film słynnym zamaszystym ujęciem tłumu rannych z „Przeminęło z wiatrem”, kontynuując go tyradą Baldwina nagrywaną w filmowym studio; pokazuje też fragmenty „Narodzin narodu”, słynnego, podszytego rasizmem filmu Griffitha, który przyczynił się do odrodzenia Ku Klux Klanu; następnie wplata do filmu migawki (postery) nawiązujące do kina Blaxploitation… by zakończyć go mocną codą ukazującą dokumentalne nagranie tragicznego zdarzenia w Charlottesvillle, w którym zginęła kobieta protestująca przeciw zjazdowi „Unite the Right” białych suprematystów w 2016 roku.

Wbrew temu co Spike Lee mówi o zabawności, jego „BlacKkKlansman” ma wiele cech filmu rozrywkowego (o czym świadczą wcale liczne momenty, w którym widzowie reagują śmiechem); wpisuje się też w nurt kina popularnego. To prawda, że film ten może się niekiedy wydawać zbyt płaskim widowiskiem, nieco nachalnym dydaktycznie a jednocześnie sztubackim – z przerysowanymi czy wręcz karykaturalnymi postaciami – ale nie ma w nim ani jednej minuty, która by nużyła, irytowała przesadą czy była „pudłem” reżysera. Wręcz przeciwnie: „BlacKkKlansman” przez ponad dwie godziny nie tylko przykuwa naszą uwagę, ale wręcz fascynuje, bardzo efektywnie działając na nasze emocje; a na samym końcu serwuje nam coś, co odczuwamy tak, jakby nas ktoś walnął obuchem po głowie. Oto nagle ze zgrozą uświadamiamy sobie, że to, co jest fikcyjne na ekranie ma swój przerażający odpowiednik w rzeczywistości; że koszmar, który, jak nam się wydawało, zostawiliśmy w tyle, może do nas w każdej chwili wrócić – i czasami wraca.

A jednak można postawić pytanie, czy ekstrapolacja, jakiej dokonuje Spike Lee – ukazując pewną społeczną patologię i chyba jednak marginalne obecnie zjawisko a następnie sugerując jej szerszy, pan-amerykański zasięg – jest zasadna, odpowiadająca rzeczywistości i nie przesadzona? Czy rzeczywiście w obecnej administracji znajdują się krypto-rasiści z obecnym prezydentem na czele? Czy naprawdę ideologia białego suprematyzmu może się tak bardzo rozprzestrzenić w amerykańskim społeczeństwie, by stanowić realne zagrożenie?

Wreszcie: czy ciągłe odnoszenie się do własnej rasy, podkreślanie swojej odrębności, wiązanie własnej tożsamości z kolorem skóry; ciągłe rozpamiętywanie urazów, krzywd i koszmarów przeszłości, nie wzmacnia resentymentów i nie utrwala rasowych antagonizmów?

Nad tymi i podobnymi pytaniami warto się zastanowić i próbować znaleźć odpowiedzi, mimo, że nie jest to łatwe.

*  *  *

.

Fantazja ku pokrzepieniu czarnyh serc („Black Panther”)

.

„CZARNA PANTERA” („Black Panther”, reż. Ryan Coogler)

Oto nastały czasy, kiedy potomek dość marginalnego ongiś nurtu Blaxploitation (jaki tworzyły różne gatunkowo filmy, których obsadę stanowili nieomal wyłącznie czarnoskórzy aktorzy) staje się nie tylko globalnym blockbusterem (wchodząc do pierwszej dziesiątki najbardziej kasowych filmów w historii kina) ale i kulturowym fenomenem, superprodukcją o 200 milionowym budżecie; „cudownym dzieckiem” Marvel Studios (specjalizujących się w kręceniu nokautujących efektami specjalnymi, opartych na komiksie widowisk); obrazem, który z czarnego czyni super-bohatera, będąc przy tym mieszanką kina akcji, bondowskiego, batmanowskiego, „gwiezdno-wojennego”…. czy wreszcie „lwio-królewskiej” bajki. Na dodatek jest to film, który podoba się nie tylko widzom (i to bez względu na ich kolor skóry), ale i wynoszony jest pod niebiosa przez profesjonalnych krytyków.

No cóż, znowu jestem w mniejszości, bo uważam, iż te zachwyty (zwłaszcza wśród krytyków) są nie tylko przesadzone, ale i powodowane… nazwę to… czynnikami poza-filmowymi, a ściślej: polityczną poprawnością. Innymi słowy: to, że twórcy „Black Panther” są czarni, ma według mnie wpływ na tę zdecydowanie pozytywną, niekiedy wręcz entuzjastyczną ocenę. Ale jeśli ktoś zdaje sobie z tego sprawę, to nie będzie raczej mówić o tym głośno, obawiając się pewnego ostracyzmu.

Jeżeli się nie mylę, to jest w tym coś z rasizmu à rebours. To znak i dowód na to, że spojrzenie z komponentem rasistowskim (zwracanie uwagi na ludzki kolor skóry) nie znika z perspektywy naszego widzenia świata. Bo gdyby tak nie było, to fakt, że film stworzony jest i zagrany przez czarnoskórych ludzi, nie miałby żadnego znaczenia.

Paradoksalnie, do utrwalenia tej perspektywy przyczyniają się – zwłaszcza jeśli chodzi o ten film – sami czarni, gdyż wszystko w „Black Panther” obraca się wokół rasy: to ona definiuje ich człowieczeństwo, to ona stanowi jądro ich moralności – rasa buduje nie tylko ich system etyczny, ale i tożsamość. Niestety, stąd tylko krok do szowinizmu. Z dwóch białych postaci, jakie występują w filmie, jeden jest typowym schwarzcharakterem (zbieżność określenia z kolorem skóry przypadkowa), drugi dość komicznym szpiegiem CIA, do którego w pewnym momencie członkowie czarnego dworu królewskiego zwracają się per „white boy” i „kolonizator” – choć trzeba zaznaczyć, że mówi się to w żartach i w czarnym królestwie Wakandy ratuje się mu życie.

Pisząc o tym filmie warto mieć na uwadze konwencję, jaką się on posługuje. „Black Panther” nie tylko opiera się na komiksie (z całym jego przerysowaniem, fantastycznością, uproszczeniem, minimalizmem treści i obrazkowością), ale jest też rozrywkowym produktem pop-kultury – widowiskiem opierającym się na schemacie super-bohatera oraz walki dobra ze złem; skierowanym raczej do młodocianej widowni, ale też do tych starszych widzów, nie mających większych problemów z zejściem na bardziej infantylny poziom, który może im zapewnić dobrą zabawę, ale niekoniecznie prowokować do myślenia.

Chodzi mi o to, że od takiego widowiska nie można oczekiwać Bóg wie jakiej głębi, filozoficzno-psychologicznej finezji, socjologiczno-politycznej kompleksowości, a tym bardziej realistycznej ścisłości. I jeśli weźmiemy pod uwagę wzięcie jakim cieszy się film wśród tzw. „szerokiej” widowni – to jako taki spektakl „Czarna Pantera” sprawdza się znakomicie. Bo w tym kontekście może w tym filmie imponować wiele: skala produkcji, fantastyczne scenerie, kolorowi bohaterowie, piękni ludzie, efekty specjalne, sceny walk i pogoni… Scenografia, choreografia, a zwłaszcza niesamowite kostiumy, to niewątpliwe zalety filmu (choć do niektórych z tych elementów też można podejść krytycznie – i to bez względu na to, czy się jest zagorzałym fanem „marvelów”, czy nie). Ale wykreowany świat Wakandy (łączący afrykański folklor z super zaawansowaną technologią) robi wrażenie. Fabuła i akcja dostarczają na tyle „mięsa”, by przykuć uwagę widza i zaspokoić jego głód przygody. Przesłanie jest na tyle jasne, że nie trzeba się męczyć intelektualnie. Estetyka pieści oko, egzotyka zdjęć i plastyczna solidność niweluje pojawiające się tu i ówdzie kicz oraz efekciarstwo.

Podsumowując: w swojej konwencji film jest całkiem dobry.

Schody zaczynają się wtedy, kiedy do zawartości myślowej (ideowej) filmu podejdziemy deczko poważniej i mniej umownie. I nie mam tu bynajmniej na uwadze obecnych w „Czarnej Panterze” – dających o sobie znać okazjonalnie – mniejszych lub większych absurdów i niedorzeczności.

O pierwszym antropologicznym problemie filmu już wspomniałem: a jest to gloryfikacja jednej rasy. Nie rozumiem też, jak można w naszych czasach (ponoć najbardziej demokratycznych w dziejach ludzkości) tak emocjonować się ustrojem monarchistycznym? Dlaczego w najbardziej zaawansowanym technologicznie kraju na świecie (a takim była Wakanda) ludzie poza metropolią żyją w takich warunkach, w jakim żyje ludność „trzeciego” świata, a króla wybiera się w morderczym pojedynku przypominającym starcie dwóch osiłków? Film ponoć gloryfikuje „czarne dziedzictwo”, ale to co widzimy w filmie jest zupełnie nieprawdopodobną fantazją, która nawet jako mit nie ma szans się przyjąć, bo jej „afrykanizm” sprowadza się do cudnych strojów, udawanego akcentu, tanecznych pląsów i dziwnego pohukiwania. Nawet fikcja, do tego, aby się przyjąć w powszechnej wyobraźni danej społeczności, potrzebuje bardziej istotnej kulturowej substancji, a nie tak naiwnego afrykano-centryzmu, z jakim mamy do czynienia w tym przypadku.

Ucieczka w iluzję jest czymś doraźnym i nie jest w stanie rozwiązać rzeczywistego problemu, jakim jest rasizm. Daje chwilową gratyfikację, ale jednocześnie fabrykuje coś, co jest tylko substytutem prawdziwego życia – ersatzem odkupienia i zadośćuczynienia. Ale widocznie takie jest zapotrzebowanie nie tylko zbiorowej, ale i indywidualnej wyobraźni.

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Faworyta”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

Komentarzy 27 to “CZARNE JEST CZARNE – o filmach „BLACK PANTHER” i „BLACKKKLANSMAN””

  1. miziol Says:

    Filmow nie ogladalem, ale moge calkiem autorytatywnie stwierdzic, ze problem istnieje. W Europie jescze bardziej niz w Stanach. Tutaj ma to troche inny, moze nieco lagodniejszy wymiar, ale jednak czuje sie ten dystans na kazdym kroku. Z jednej podstawowej przyczyny. My jestesmy rozni i akurat kolor skory, to jedna z mniej znaczacych roznic.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Obejrzyj. Zwłaszcza film Spike’a Lee jest tego warty. Nie gwarantuje, że Ci się spodoba, ale jest duża szansa, że tak, bo to według mnie dobre kino, abstrahując od dość ciężkiego tematu, jakie podejmuje.

      Prawdę mówiąc to nie znam problemu rasizmu w Europie. Mam wrażenie, że w takiej Francji czy Wielkiej Brytanii czarni się zasymilowali i nie spotykają się z jakimś odrzuceniem czy dyskryminacją – tak ze nie jest to chyba jakiś większy społeczny problem. Ale mogę się mylić, bo manipulacja medialna teraz jest tak wielka, polityczna poprawność tak zniekształca prawdziwy stan rzeczy, że z wielu spraw mogę sobie nie zdawać sprawy.

      Ciekaw jestem jak ty to widzisz – skoro piszesz, że w Europie jest to jeszcze większy problem niż w Stanach.
      Na jakiej podstawie tak twierdzisz?

      Uderza Twoja uwaga, że kolor skóry to akurat jedna z mniejszych różnic, jakie są między nami a czarnymi.
      W takim razie: gdzie (w czym) widzisz większe różnice?

      • miziol Says:

        Pod wpływem twej perswazji obejrzałem „BlackKKlannsman’a”. Wynudziłem się setnie i parę razy palec sam już prawie klikał na krzyżyk w prawym górnym rogu ekranu. Wytrzymałem prawie do trzech czwartych i poddałem się. Przeczytałem streszczenie w Wikipedii, żeby zobaczyć czym to się skończy, ale nie odkryłem tam nic zaskakującego. O ile sama sytuacja opisana w tym filmie jest nietypowa, to generalnie temat jest wyeksploatowany do cna i co chwila miałem wrażenie, że już to wszystko widziałem albo słyszałem. Kalka za kalką. To jeden powód. Poza tym scenariusz jest słaby. Parę ciekawych dialogów, ale poza tym marne tempo, brak nieprzewidywalnych zwrotów sytuacji, mdłe, mało wyraziste charaktery, brak napięcia.
        Wygląda na to, że Spike Lee nie mógł się zdecydować czy chce żeby to była komedia czy dramat i wyszedł taki trochę mało wyrazisty miszmasz. Poza tym wydaje mi się, że próbował ogarnąć za dużo problemów na raz i zamiast dobrego filmu akcji mamy tu coś w rodzaju publicystyki. Nie wiem, dlaczego, ale przypomniałem sobie Toma Hanksa w „Cast Away”, gdzie przez większą część filmu jest tylko on i bezludna wyspa, a jednak tamten film ma lepsze tempo, wzbudza dużo więcej emocji i jest zwyczajnie ciekawszy.

        Jeśli chodzi o problem z rasizmem w Europie to różnica polega na tym (wykluczając Wielką Brytanię), że tutaj to są w większości nowi przybysze z Afryki, a nie tak jak w Ameryce, osiadli tam od pokoleń obywatele. Przywożą ze sobą całkiem odmienne podejście do życia, dość specyficzne traktowanie innych i w zwykłych codziennych sytuacjach to wywołuje wiele zgrzytów.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No to Twoja strata.
          Tak jak już kiedyś pisałem – bardzo różnie odbieramy filmy – pewnie dlatego, że jesteśmy różnymi ludźmi. Oczywistość, ale jakby ciągle się o tym zapominało. Dlatego zbyt często nasz subiektywizm przekładamy na jakieś
          sądy ogólne, uniwersalne. No bo jeśli ja powiem, że się na tym filmie absolutnie nie nudziłem, a Ty, że wynudziłeś się setnie, to jak: jest ten film nudny, czy nie jest? ;)

          Nie sądzę, że Spike Lee nie mógł się zdecydować, co do stylu i gatunku filmu. On się według mnie zdecydował właśnie na misz-masz – fuzję gatunków i ciągłą zmianę tonów. I to, moim zdaniem, się mu udało.

  2. Mariusz Czernic Says:

    Z tych dwóch widziałem tylko film Spike’a Lee i zgadzam się, że to bardzo dobre kino. Zauważyłem, że najczęściej jest krytykowany za te wstawki współczesne na końcu, które zalatują łopatologią. Ale ja ani przez chwilę nie czułem, że oglądam płaskie i nachalne dydaktycznie widowisko. Oglądało się z pewną fascynacją, pozytywnie odbierając zarówno rozrywkową jak i polityczno-interwencyjną stronę filmu, a zakończenie było według mnie sensowną puentą.
    No i jak słusznie sugerują ostatnie zdania Twojej recenzji, film prowokuje do szukania odpowiedzi na trudne pytania.
    Nie oceniam amerykańskiego społeczeństwa wraz z ich prezydentem, bo nie mam odpowiedniej wiedzy na ich temat, ale wydaje mi się, że problem rasizmu nie jest marginalny. Nie wykluczam udziału manipulacji medialnej, ona z pewnością istnieje, ale właśnie dlatego że istnieje, ma duży wpływ na ludzi, przez co problem się nasila (bo wciąż duży procent społeczeństwa ogląda telewizję).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Prawdę mówiąc, ja również w czasie oglądania filmu nie czułem tej „płaskości” i „nachalnego dydaktyzmu” filmu. To wpadło mi do głowy dopiero wtedy, kiedy myślałem o tym filmie po projekcji. Dydaktyzm w tym filmie jest, ale chyba jednak przesadziłem, nazywając go „nachalnym”, Również, zamiast „płaskości” lepiej byłoby wskazać na obecne w tym filmie pewne przerysowania, jak np. karykaturalne ukazanie członków KKK jako zupełnych idiotów – typów obleśnych, żałosnych i wstrętnych. Oczywiście, rasistowska ideologia jaka wyznawali, ich nienawiść do czarnoskórych i zjadliwy antysemityzm – to wszystko są cechy tak odrażające, że tę karykaturę i groteskę przyjmujemy bez żadnych zastrzeżeń. Tymczasem, wielu członków KKK bez tych kretyńskich kapturów, było w społeczeństwie amerykańskim nie do odróżnienia od zwykłych obywateli – i w tym było jeszcze większe niebezpieczeństwo, niż w tych przebierankach, dziwacznych rytuałach i szowinistycznych hasłach.

      Zakończenie jest bardzo efektywne – zarówno dramaturgicznie, jak i emocjonalnie. I jest absolutnie uzasadnione tym, co stanowiło treść filmu, a także konsekwentne jeśli chodzi o jego przesłanie.

      Podsumowując: Spike Lee po mistrzowsku wyważył wszystkie elementy swojego filmu. Mimo, że nieustannie zmienia ton, to żaden z tych tonów nie brzmi fałszywie i nie wprowadza dysonansu. To świadczy o tym, jak dobrym jest on filmowcem.

  3. Jacek Dygoń Says:

    No właśnie. Z tych klansmanów zrobili tak rozbrajająco nieporadnych matołów – i to jak leci – że wręcz odbiera to całą glorię zwycięstwa głównym bohaterom. Plus poważna dziura logiczna, jeden z szeregowych gliniarzy jest powiązany z Klanem i jakimś cudem nie daje cynku swoim, a przecież o całej operacji wiedzą wszyscy na komendzie.
    Poza tym filmowi brakuje suspensu, wszystko przebiega bez zakłóceń, sytuacja z Driverem-kretem w ogóle nie została dramaturgicznie wygrana. A gruba baba jako zbrojne ramię sekcji dynamitardów KKK, raczej kultem się nie okryje.

    A co do dydaktyzmu, to Lee zwraca się przede wszystkim do czarnych braci i sióstr, zalecając działanie, zamiast biernego oporu i klepania sloganów na wiecach. A nawet deklaruje wiarę, że oni to w głębi ducha rozumieją, nawet jeśli postępują inaczej, czego dowodem scena rozmowy o herosach kina blaxploitation. Aktywistka uznaje wyższość Shafta nad Superfly’em

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To prawda, film bardziej bawi się zmianą tonów i wstawkami humorystycznymi (vide: „matoły” z KKK – z weird odd couple, jaką stanowi „gruba baba” i jej groteskowy psychopatyczny mężulo), niż zajmuje suspensem, który przecież powinien wynikać z akcji „under cover”. Ten suspens pojawia się jednak od momentu ceremonii zaprzysiężenia nowych członków KKK, na której obecny jest czarny glina, a kulminuje eksplozją bomby).
      Ale cała infiltracji (nota bene pozbawiona solidnej dramaturgii) kończy się nijako – jakimś sztubackim nabijaniem się ze zrobionego na szaro Duke’a.

      Ale jakie to ma być działanie, jakie zaleca Spike Lee swoim „braciom i siostrom”?
      Mnie uderzyło to, co zaleca jeden z przywódców Czarnych Panter: zaopatrzyć się w broń.

      PS. U mnie najnowszy Spike to 7.5/10 (za humor, żonglowanie konwencjami i tonacjami; i ogólnie: za dobre filmowe rzemiosło).

      • Jacek Dygoń Says:

        Z tego co wiem, autentyczna akcja będąca podstawą do filmowej story miała miejsce pod koniec lat 70. czy też na przełomie 70/80. Ja oglądając ten film, typowałbym raczej początek 70. To są dwie odrębne epoki (już Czarnych Panter dawno nike było).
        Gadka o broni jest typowa dla początku 70. Ale to nieistotne, pamiętasz, jak Spike Lee warczał przy okazji „Missisipipi w Ogniu” Alana Parkera ?

        No widzisz, Logos, nachwaliłeś, a teraz w jednym z komentarzy przyznajesz rację. I to całkowicie przeciwną temu, co sam wcześniej napisałeś. A suspens jest w tym momencie słaby, bo raz, że babol go nie gwarantuje (tylko śmiech), a dwa, że innego w tym filmie nie ma :( Bo reszta historii jest podana beznamiętnie. Humor słaby, rzemiosło… no gość robi w tym od lat, to nie argument, Pamiętasz ,, Jungle Fever” ? Albo ,, Do the Right Thing” ?: On się imo uwstecznił i to ostro.
        A z tą bronią, to raczej taki typowy tekst ideologów, niż próba wzniecenia konkretnej konspiracji. Czyli na nasze : krowa, która dużo ryczy.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Przecież nie chwaliłem filmu pisząc o pewnej jego „płaskości” i dydaktyzmie (co mi wpadło do głowy dopiero po jego obejrzeniu). Ta scena telefonicznego nabijania się z Duka mnie bawiła, mimo że była sztubacka.
          No, pewnie mam słabość do tego filmu, bo owa miałkość akcji under-cover mnie nie raziła – pewne dlatego, że film oglądało mi się bardzo dobrze z innych względów (o których napisałem w recenzji). W sumie to dość dziwny film, ale jak dla mnie OK.

          A na koniec pytanie – zagwozdka: czy jeżeli Ty suspensu w „BlacKkKlansman” nie odczuwałeś, a ja go odczuwałem, to czy ten suspens w filmie był, czy go nie było? ;)

        • Mariusz Czernic Says:

          Podobnie jak z tym słabym humorem, nie można tego jednoznacznie stwierdzić, bo każdego bawi co innego ;) Ale myślę, że to, co rozumiemy przez słowo „suspens” w tym filmie było, choć nie każdy odczuł tę dramaturgię z niego wynikającą.

        • Jacek Dygoń Says:

          @Mariusz – Cytując klasyka, między zamiarem a czynem kładzie się cień. Same intencje nie są jeszcze żadną gwarancją efektu końcowego, ani usprawiedliwieniem, jeśli ten ostatni nie sprostał tym pierwszym. Czego ten film najlepszym przykładem.

    • Mariusz Czernic Says:

      Jacek: „…poważna dziura logiczna, jeden z szeregowych gliniarzy jest powiązany z Klanem i jakimś cudem nie daje cynku swoim, a przecież o całej operacji wiedzą wszyscy na komendzie.”

      Nie widzę tu dziury logicznej. O którego gliniarza chodzi – tego, który zatrzymał samochód czarnych aktywistów? On był rasistą i nadużywał władzy, ale nie było mowy o jego powiązaniach z Klanem.

  4. Marek Marcin Grudzień Says:

    „Czarna Pantera” to nie był najbardziej dochodowy film.

      • Krystyna Arthur Says:

        koment na temat filmu. meh, używają Millenials, w tym moja córka, I ja kupiłam. Znaczy: I am not impressed. 😀

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Bo to jest przede wszystkim produkt na sprzedaż, artefact, a jakakolwiek ideologia jest doczepiona – tutaj uwzględniająca polityczną poprawność. Ale nie można tego skwitować wzruszeniem ramion, bo jednak pop-kultura kształtuje świadomość, zwłaszcza młodych ludzi.

        • Krystyna Arthur Says:

          niestety, ale przedtem byl Kosciol, i szkola.
          Ja sadze ze chociaz Internnet reprodukuje pop kulture, to jednak jest tez silver lining – wiadomosci.
          I skonfrontowac wlasny los z kims na drugiej polkuli. I mozemy to widziec.
          Propaganda teraz posluguje sie najnowszymi informacjami z socjologii, psychologii tlumu itp. Ale lepsze to niz otwarta przemoc. Ludzie znajduja wspolne wartosci. Nie mordowac delfinow, nie wycinac starodrzewu.uratowac wilki
          Tipping point in the human thought field nagle postawa sie zmienila. To jest ewolucja. I zawsze ktos zdazy.☺

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Uważam, że Internet nie jest najlepszym edukatorem młodzieży.
          Drzewa, korniki, wilki, delfiny… to są tematy zastępcze (acz mają w sobie pewną szlachetność).
          Ludzie najchętniej dyskutują – albo zajmują się (jeśli chodzi o Internet, ale nie tylko) – tym co łatwe, zrozumiałe, bardzo często powielając przy tym dość bezmyślne memy. Omijają tematy trudne, najbardziej istotne – dla świata i dla nas wszystkich… Bo jakie pojęcie mamy np. o zmianach klimatycznych (i o tym, jak na te zmiany wpływa ludzka działalność), albo o stanie zagrożenia atomowego? Albo o sposobie działania globalnego kapitału? Albo o postępach bioinżynierii, czy też badań nad AI?
          A to są przecież problemy, które juz raz decydują o losach ludzkości – i być może o naszych, jeśli będziemy jeszcze jakiś czas żyli.

          A filmy typu „Black Panther” to dość eskapistyczna rozrywka, taka trochę „guma do żucia” dla oczu ,na której można zarobić miliardy.

  5. KŁĘBOWISKO ŻMIJ – o filmie „FAWORYTA” | WIZJA LOKALNA Says:

    […] pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, […]

  6. OSCARY 2019, czyli co jest grane? | WIZJA LOKALNA Says:

    […] nominowanych do Oscara dla najlepszego filmu roku, zapraszam do przeczytania moich recenzji: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite”, „Green Book”, „Roma”, […]

  7. Stanisław Błaszczyna Says:

    O filmach „Czarna Pantera” i „Czarne Bractwo. BlacKkKlansman” rozmawiamy ze Zbigniewem Banasiem:


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s