CZY KULTURA JEST NA WYMARCIU?

.

Moje spotkanie autorskie zostało sfilmowane – parę godzin zarejestrowanego materiału czeka jeszcze na zmontowanie – jednakże chciałbym już teraz przedstawić fragment mojej rozmowy z prowadzącym to spotkanie (wraz z dyrektor Muzeum Polskiego w Ameryce, Małgorzatą Kot) Zbigniewem Banasiem, który zadał mi pytanie dość trudne, ale prowokujące: czy przeżywamy zmierzch naszej kultury?

.

Zbigniew Banaś

ZBIGNIEW BANAŚ: Fantastyczne jest to twoje zdjęcie z Czesławem Niemenem z Deer Field z 1991 roku, kiedy siedzicie i rozmawiacie, bo w pewien sposób jest to obraz świata, który już nie istnieje. Mówię zarówno o XX wieku, który jest za nami; o tym, że Niemena z nami już nie ma; o tym, że wszyscy jesteśmy już dużo starsi… Świat się zmienił, my się zmieniliśmy. Jak postrzegasz ten zmieniający się świat i zmieniające się w nim wartości?

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Ten świat tak teraz pędzi, że ja mam problemy, żeby jakoś ogarnąć to, co się dzieje. Nie wiem, czy ktokolwiek z nas wie, co się dzieje. Ten pędzący coraz bardziej świat porywa nas ze sobą i my w tym kołowrocie – chcąc nie chcąc – bierzemy udział. I bardzo często się przy tym zatracamy. Nie mamy czasu dla siebie; nie mamy czasu dla tych rzeczy, które cenimy; nie mamy czasu na to, żeby się wyciszyć, poddać refleksji… Te media, ten Internet, ta wirtualna rzeczywistość nas porywa i gdzieś razem z tym wszystkim pędzimy. Chodzi więc o to, żeby się zatrzymać, żeby nie dać się bombardować tymi informacjami – najczęściej bez znaczenia. Trzeba się wyciszyć, pozwolić sobie na moment refleksji. I może wtedy dotrze do nas to, co rzeczywiście jest najważniejsze.

Z.B.: Ale w moim pytaniu był taki podtekst związany z tym, że zarówno ty i ja, jak i Czesław Niemen, Agnieszka Holland, Krzysztof Zanussi… to są osoby, które wyrosły na bazie wartości wieku XX-go i być może wiele z tych rzeczy, o których my rozmawiamy teraz, to jest pewnego rodzaju przeszłość, jaką staramy się zatrzymać w zapiskach, w rozmowach, artykułach… Grube książki w świecie zdominowanym przez Internet i elektronikę też są pewnego rodzaju – pozornie przynajmniej – anachronizmem. Chciałbym, żebyś powiedział na ile według ciebie to wszystko, co możemy wyczytać w tych książkach, stanowi pewną próbę zatrzymania czasu, który w sposób nieunikniony nieustannie idzie naprzód.

Stanisław Błaszczyna

S.B.: Myślę, że czasami warto zatrzymać coś z tego, co nam w głowie czy sercu powstaje. Te książki to taka moja tego próba. Według mnie bardzo ważna jest tradycja – kanony, które tworzy kultura przez wieki. Dlatego ja nie lubię w zasadzie rewolucji; nie lubię kontestatorów (mimo, że sam kiedyś uważałem się za takiego), którzy wychodzą i mówią, że wszystko, co było do tej pory jest nic nie warte i dopiero oni będą teraz tworzyć coś, co jest naprawdę warte. Sądzę, że bardzo ważne jest to co powstało wcześniej, bo przecież tworzymy pewną ciągłość kulturową – kanony, wartości, które wypada nam respektować. Mimo, że kultura jest taką sferą mityczną, to nie możemy tego co w jej ramach powstało lekceważyć i odrzucać, bo to jest dla nas pewien punkt zaczepienia i orientacji – dzięki temu istnieje właśnie ta ciągłość kulturowa, a my możemy się w tym wszystkim odnaleźć. Kiedy rozmawiamy, próbujemy się porozumieć, to właśnie odnosimy się do tych wartości i kanonów, które nas przecież ukształtowały i w których się wychowaliśmy, któryśmy się przejęli – nawet jeśli teraz próbujemy stworzyć nowe. To dlatego znajomość kultury – tego co było wcześniej – jest taka ważna. A jest to właśnie utrwalone w… już nie mówię o moich książkach, ale np. w dziełach gigantów literatury i myśli człowieka, jak choćby Lew Tołstoj, czy nawet Nietzsche…

Z.B.: Ale czy te kanony są na wymarciu? Czy kultura jest na wymarciu? Bo kiedy piszesz o sztuce współczesnej to bardzo często przekazujesz swoje przemyślenia o tym, ile jest w niej kiczu i brzydoty. Tymi najnowszymi formami „instagramowo-różnymi” w ogóle się nie zajmujesz, a zatem może wszyscy ci, którzy podpisują się pod tym, pod czym i ty się podpisujesz, coraz bardziej należą do świata przemijającego?

*

Tutaj odstąpię od naszej rozmowy na spotkaniu, bo moja odpowiedź, jakiej wtedy udzieliłem, była właściwie nie na temat – tak to widzę teraz. Być może przyczynił się do tego stres – presja jaką czułem wypowiadając się przed licznym audytorium; być może w tamtej chwili te pytania mnie po prostu przerosły, więc jakakolwiek odpowiedź byłaby w takiej sytuacji nie tylko niepełna, ale i wymijająca. Jednakże to, o co zapytał Zbyszek Banaś, jest i było dla mnie na tyle istotne, że sam niejednokrotnie się nad tym zastanawiałem. Mimo wszystko pozwolę sobie teraz na poczynienie kliku – odnoszących się do tego tematu – uwag.

*

Ciągłość kulturowa a kontestacja

Czy kultura jest na wymarciu?

Cóż, ludzka kultura wymrze dopiero wraz z wymarciem gatunku Homo sapiens, bo jest ona jego nieodzowną, niejako przyrodzoną i charakteryzującą go cechą. Wprawdzie wiemy, że w historii ludzkości wymarło wiele kultur a nawet cywilizacji, ale były one ograniczone do pewnego regionu, państwa, społeczności – miały zasięg lokalny, a nie globalny. Tak więc, aby spróbować odpowiedzieć na pytanie postawione w pierwszym zdaniu, musimy się umówić, co rozumiemy w nim przez „kulturę”.
Zbigniew Banaś miał zapewne na myśli kulturę, w której wyrośliśmy, która nas ukształtowała i w której nadal funkcjonujemy – czyli kulturę Zachodu, która nota bene ma obecnie największy wpływ na ludzkość w skali globalnej (takiego wpływu nie mają kultury orientalne czy afrykańskie, o pomniejszych nie wspominając).
Czy chcemy tego czy nie, cały świat się homogenizuje, a tym samym homogenizuje się ludzka kultura, mimo oporów stawianych przez różne uwarunkowania polityczne – w tym przez nacjonalizmy czy religie. Wszystko jednak wskazuje na to, że w przyszłości cała ludzkość będzie zdominowana przez kulturę uniwersalną, która będzie – poprzez swoje wartości, paradygmaty, normy i formy – kształtować i określać całą ludzką cywilizację en bloc.
Lecz nie wybiegajmy aż tak daleko w przyszłość i skoncentrujmy się na tym, co dzieje się z naszą kulturą obecnie.
Jedyną rzeczą, która się nie zmienia na świecie jest sama zmiana. Wszystko płynie, wszystko się zmienia… Nieuchronną tego konsekwencją jest przemijanie, odchodzenie w przeszłość. Tak więc, wraz ze zmianą (przemianą) kulturową, przemijają (tracą swój wpływ i znaczenie) pewne jej elementy. Chodzi jednak o to, aby w tym procesie zachować pewną ciągłość (o której wspomniałem na spotkaniu), pozwalającą nam na wzajemne porozumienie się. A to jest możliwe tylko wtedy, kiedy znamy i respektujemy pewne istniejące już wartości kulturowe (w tym również normy, zasady i kanony) – czyli to, co powstało wcześniej. Bo to jest ten język, bez znajomości którego cały nasz świat zmieniłby się w jedną ogromną wieżę Babel, ogarniętą semantycznym chaosem i zdominowaną przez bełkot.

Ale, ale… czy taką chaotyczną i zdominowaną przez bełkot wieżą Babel nie jest obecnie Internet?

*

Każde pokolenie ma tendencje to tego, by uważać to, co było wcześniej, za lepsze od tego co jest teraz. To dlatego mówi się: stare dobre czasy. Czy rzeczywiście jednak są powody, by tęsknić za wiekiem XX – wiekiem totalitaryzmów, dwóch szalejących wojen światowych, masowego ludobójstwa i obozów zagłady? W porównaniu z tamtym czasem (o mizerii wieków dawniejszych nie wspominając), to w czym żyjemy dzisiaj, wygląda na prawdziwą sielankę.
Czy jednak nie mamy żadnych powodów do niepokojów i zmartwień?

Niestety, nasza współczesna cywilizacja stoi przez olbrzymim wyzwaniem, jakie stwarza gwałtowny rozwój technologii informatycznej (komputeryzacja, automatyzacja, sztuczna inteligencja, algorytmizacja… etc.), biotechnologii (manipulacje genetyczne, hybrydyzacja biologiczno-cybernetyczna, interfejs, genetyczne „ulepszanie” człowieka…); musimy się również mierzyć ze zmianą klimatyczną, degradacją ekologiczną, zagrożeniem nuklearnym, przeludnieniem… Ponadto, wygląda na to, że wszystkie dotychczasowe społeczno-ideowe narracje, które do tej pory organizowały, cementowały i napędzały ludzką cywilizację (jak np. feudalizm, komunizm, faszyzm) straciły na znaczeniu, czy wręcz zbankrutowały i raczej nie ma do nich powrotu (w tej formie w jakiej przez jakiś czas funkcjonowały). Co gorsza, kryzys – a może nawet i wyczerpanie – przeżywa narracja, jaka wydawała się zwyciężyć wszystkie dotychczasowe, a nawet stanowić „koniec historii”, czyli demokracja liberalna, która de facto umożliwia teraz coraz większą monopolizację świata – skupianie coraz większej władzy, środków i bogactwa w rękach nielicznej grupy ludzi.
Wziąwszy to wszystko pod uwagę, można sobie uświadomić, że stoimy na progu zmian, które zadecydują nie tylko o tym, jak będzie wyglądała nasza cywilizacja (w tym i kultura), ale i o tym, czy w ogóle gatunek ludzki przetrwa.

Może to zabrzmi cokolwiek anachronicznie i pretensjonalnie, ale w tym procesie przemian chodzi o to, aby przetrwała… ludzka dusza.
Innymi słowy, warto dbać właśnie o kulturę, która określa naszą humanistyczną tożsamość, opartą na wartościach stworzonych i przyjętych przez ludzi w przeszłości.
Oczywiście w swojej historii człowiek wyznawał różne wartości, jednak z czasem wypracowany został kodeks moralny, który uwzględniał dobro każdego człowieka, jako autonomicznej i równoprawnej jednostki, określał well-being jak największej ludzkiej grupy (a w najogólniejszym znaczeniu: całej ludzkości); miał na względzie ludzką solidarność, respektował wolność, równość i sprawiedliwość; uznawał prawo każdego człowieka do godnego życia i dążenia do szczęścia; zmierzał do minimalizacji cierpienia, szerzył empatię, a nawet miłosierdzie.
Zauważmy jak w tym wszystkim człowiek zbliżał się do pojęcia miłości jako najwyższej wartości (nie tylko jednostkowej, ale i powszechnej), która nadawała sens jego istnieniu.

To prawda, że wymienieni przez Zbyszka Banasia twórcy są (byli) „wytworami” XX wieku. Banaś stwierdził nawet dobitnie, że my (on, ja, Zanussi, Holland…) nadal żyjemy w XX wieku. Poniekąd jest to prawda, gdyż zostaliśmy właśnie w tym wieku mentalnie i światopoglądowo ukształtowani – i ciągle też się do niego (a konkretnie do tego, co wówczas stworzono, sfilmowano, napisano) odnosimy i wracamy. Dla mnie osobiście XX wiek był niejako lustrem, w którym odbijało się – na ogromną skalę! – zarówno to co jest w człowieku najgorsze, jak i najlepsze.
Przerażony wojnami światowymi i ludobójstwem (mimo, że sam nie byłem ich świadkiem, to jednak szok jakiego doświadczyłem w zetknięciu się z faktami, które je ukazywały, naznaczył mnie na całe życie) starałem się dociec genezy tych zbrodni oraz totalitaryzmów (zarówno faszystowskiego, jak i komunistycznego), szukając odpowiedzi m.in. w książkach takich pisarzy i myślicieli, jak np. Camus, Miłosz, Herling-Grudziński, Sołżenicyn… Była też lektura tego, co w paryskiej „Kulturze” wydawał Giedroyć; był Gombrowicz, Lem, Mrożek, Kołakowski… Wszystko to są ludzie XX wieku, którzy – paradoksalnie! – w czarnych czasach zamętu, kłamstwa, agresji, zniewolenia i masowych mordów, starali się określić ludzką duszę – zachować godność i wartości, które mogłyby człowieka zrehabilitować a nawet zbawić. Czy możemy – w tych naszych idyllicznych ponoć czasach – pozwolić sobie na to, żeby to wszystko przeminęło, żebyśmy o tym zapomnieli?
Pochłonięci coraz bardziej przez wirtualną rzeczywistość, oddając się niepohamowanej konsumpcji, bawiąc się i używając, narkotyzując i znieczulając; oglądając pieski, kotki i dzimdziusie na Fejsbuczku, obrazkując się bezmyślnie oraz mizdrząc w Instagramie, uciekając od jakiejkolwiek głębszej myśli i refleksji… z attention span kurczącym się do karłowatych rozmiarów… skłóceni przez politykę (która zbyt często odbiera nam rozum); bezkrytyczni w sprawach ważnych, hiper-krytyczni w bzdurkach… zalani przez informacyjny junk, ogłupiani przez fake news  i rozmamływani przez popkulturę… manipulowani przez algorytmy, komercję i reklamy… itp, itd…
Tak oto dajemy się zhakować nie tylko przez Internet, ale także przez różnej maści handlarzy, wpadając w korporacyjny kołowrót, poddając się dominacji najsilniejszych graczy. Stajemy się niewolnikiem ekonomiczno-bankowych schematów wyznaczonych przez współczesny kapitalizm tudzież łudzimy się, że nadal żyjemy w demokracji.
Kto więc urządza nam świat? Czy na pewno jesteśmy to my sami?

Wobec tego wszystkiego musimy poszerzyć pole naszej świadomości – żyć bardziej uważnie – sięgając po to, co stworzyli przed nami mądrzejsi od nas i bardziej doświadczeni ludzie.

*

Spotkanie autorskie w Muzeum Polskim w Ameryce. Na zdjęciu (od lewej): Stanisław Błaszczyna i Zbigniew Banaś.

.

Na koniec podsumowanie, czyli próba konkretnych acz skrótowych odpowiedzi na zadane pytania.

P: Czy kultura jest na wymarciu?
O: Nie jest. Na wymarciu są tylko pewne jej elementy, jak również ci, którzy tę kulturę tworzyli. Lecz oni w pewnym sensie nadal żyją w tym, co nam pozostawili i z czego możemy cały czas korzystać.
Ogólnie: kultura współczesna nie wymiera, ale ulega ciągłej przemianie.

P: Czy kanony są na wymarciu?
O: Kanony jako takie nie mogą „wymrzeć” (tak jak nie może „wymrzeć” sztuka Renesansu, zasady rysunku klasycznego albo muzycznej harmonii, czy też arcydzieła pozostawione nam przez mistrzów z przeszłości). Natomiast mogą być te kanony odrzucone, lekceważone, nie stosowane… Najgorszą sytuacją jest taka, w której nie respektuje się żadnych kanonów – czyli kiedy wszystko można, kiedy wszystko jest równoprawne, kiedy nie ma żadnej hierarchii a wartości przyjmowane są dowolnie, tylko przez czyjeś widzimisię. Podobna, postmodernistyczna dezynwoltura ogarnęła np. duże obszary sztuki współczesnej – dlatego wygląda ona tak, jak wygląda. Kanony są niczym język, dzięki któremu możemy się porozumieć, i dzięki któremu możemy poznać, jak również ocenić to, co ma jakąś wartość. Mało tego: bez przyjętych kanonów pojęcie sztuki traci swój sens. (Nie ma sztuki, kiedy sztuką może być wszystko). Jak do tej pory, dość skutecznie opiera się temu np. kino, teatr i literatura – mimo pewnych ekscesów, które stanowią wszak margines.
Ogólnie: kanony same w sobie nie wymierają (bo mogą być nadal używane). I powstają ciągle nowe, poszerzając w pewnym sensie kulturowe spectrum.

P: Czy ludzie, o których mówimy, należą do świata przemijającego?
O: To co istnieje przemija. Dotyczy to zwłaszcza ludzi – twórców kultury. Czyli ci, których działa podziwialiśmy i których twórczość nas ukształtowała – a którzy stale od nas odchodzą, czy też już ich pośród nas nie ma – naturalną koleją rzeczy należą do świata przemijającego. Ale jednocześnie jest to świat, który jeszcze całkiem nie przeminął. I nie przeminie, dopóki my żyjemy – i dopóki będzie istniało to, co ci ludzie stworzyli. I dopóki będziemy do tego wracać.
Ogólnie: świat przemija – zmienia się – ale nie przestaje (jak na razie) istnieć.

A tego, jaka będzie przyszłość, nie wie nikt.

*  *  *

Komentarzy 16 to “CZY KULTURA JEST NA WYMARCIU?”

  1. Jula :D Says:

    Chyba żyjemy w ciekawych czasach. ☺
    Dzieje się dużo i szybko. Nie jesteśmy w stanie tego ogarnąć.
    Może w przyszłości ktoś przeanalizuje ten okres, ale już że swojego punktu widzenia.
    Dzisiaj nasza percepcja nie nadąża.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „Obyś żył w ciekawych czasach” – to powiedzenie pomyślane jest jako przekleństwo. Czyli: ciekawe czasy, to czasy w których żyje się trudno; takie które przynoszą zamęt, cierpienie i różne plagi.
      Tymczasem my żyjemy w ciekawych czasach, a jednak są to czasy, w których – jak nigdy dotąd w historii nowożytnej – coraz większej ilości ludzi żyje się lepiej.
      Z drugiej strony, w tych naszych dobrych, ciekawych czasach, ludzkość stoi przed największymi chyba wyzwaniami (a tym samym zagrożeniami) przed jakimi stała kiedykolwiek w historii.
      Tak więc, ta nasza „sielanka” (która przez całe masy ludzi nie jest jednak odbierana jak sielanka – i to nie tylko dlatego, że ludzie bardzo szybko przyzwyczajają się do „dobrego”, uznając to za stan naturalny oraz taki, który im się po prostu należy) jest chyba pozorna.

      To jest jeden z największych paradoksów naszych czasów: skoro jest coraz lepiej, to dlaczego jest coraz gorzej?
      (Chichot historii, ironia epoki?)

  2. Beata Rosiak Says:

    Cieszę się, że padają takie pytania bo należy rozmawiać o tym, co ważne dziś i co nieuniknione. Jak kultura na nas wpływa, na ile staramy się ją chronić, zachować i w jaki stopniu dla wielu jest budulcem, pomostem z minionymi latami. Gdzieś, kiedyś ktoś coś zaczął, obrał kierunek, może się mylił, ale próbował. Inny poprawił, poszedł krok dalej…
    Idźmy do przodu, dodawajmy coś od siebie, mądrze, z rozmysłem, twórzmy, ale też wybierajmy mądrze.
    Po prostu żyjmy uważnie.

    Staszku pisz, nagrywaj, zadawaj pytania sobie i innym, niech myśl ciekawa płynie w eter.
    Wybieram refleksję nad człowiekiem i przemijaniem – wolę to, niż bzdetne nowinki na fb.
    Powodzenia w zadawaniu pytań i odpowiadaniu na te trudne :)

  3. Ela Kondyra Says:

    Racjonalność całej tej tyrady, z którą nie sposób się nie zgodzić przeciwstawiasz jednemu zaledwie argumentowi sformułowanemu w pierwszym zdaniu posta, który bazuje na naszych emocjach. Ten jeden argument pięknie się broni słowami piosenki:

    Lata dwudzieste, lata trzydzieste,
    Kiedyś dla wzruszeń będą pretekstem
    Zapachem dawno już zwiędłych bzów
    Poezją skrytą wśród zwykłych słów

    I nagle coś przypomni się
    Jakiś obraz, jakieś słowo, jakiś rym
    I nagle ktoś upomni się, o trochę miejsca w sercu twym

    Po latach zatęsknicie, za naszym pięknym życiem
    Realnym tak jak my.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      O jaką „tyradę” chodzi? (A tym samym: o jakie zdanie?)

      • Ela Kondyra Says:

        O pierwsze zdanie jednego z akapitów, które mówi, że każde pokolenie gloryfikuje to co było
        (Chodzi o pierwsze postu na FB: „Każde pokolenie jest skłonne uważać to, co było wcześniej, za lepsze od tego co jest teraz”.)

        A tyradą jest w tym poście ukazywanie tylko tych gorszych stron całkiem fajnych stron naszej cywilizacji, rozwoju technologii i naszych ich upodobań.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Każde pokolenie gloryfikuje to, co było, ze względów osobistych. Chodzi po prostu – w dużej mierze – o tęsknotę za młodością, a tym samym za odczuwaniem świata przez pryzmat młodości – odbieranie go bardziej wyostrzonymi zmysłami, świeżo i spontanicznie, bardziej otwartym sercem – z większą ufnością, szczerością i oddaniem – młodym umysłem nie zepsutym jeszcze kompromisami wieku „dojrzałego”. To dlatego wtedy „trawa była bardziej zielona, światło jaśniejsze, smak słodszy… a noce wypełniały cuda” (jak śpiewał David Gilmour z Pink Floydów).
          To za tym właściwie się tęskni a nie za czasami, w których wtedy człowiek żył, bo te czasy mogły być przy tym dość podłe (wojna, okupacja, stalinizm, PRL-owska popelina…)

          Celowo skupiłem się na zagrożeniach współczesnego świata, bo – nie przecząc tym, jak piszesz „całkiem fajnym stronom naszej cywilizacji”, tych zagrożeń jest teraz tak wiele, że nasza obecna „sielanka” wydaje mi się coraz bardziej iluzoryczna.
          Ja zresztą uważam, że nasze pokolenie (chodzi mi o ludzi, którzy urodzili się w latach 50. i 60. ubiegłego wieku) miało wielkie szczęście, bo czasy (na które przypadała nasza młodość i pierwsza połowa życia) były naprawdę (i całkiem obiektywnie) dobrymi czasami. Nie jestem pewien, czy obecne pokolenie ma takie szczęście.

        • Ela Kondyra Says:

          Ma, i mimo satysfakcjonującego mnie osobiście mojego własnego życia zazdroszczę im możliwości jakie oni mają za free już na dzień dobry. Choć może nasza przaśna rzeczywistość wymuszała w sposób naturalny konieczność twórczego myślenia i działania, bycia przedsiębiorczym, szukania dróg do lepszego świata, szanowania trwałych i niepodważalnych wartości rodzaju: Matka, Ojciec, honor, godność, ojczyzna, …
          Może pokolenie, które wszystko ma podane na tacy, nie zna wartości własnego szczęścia?
          Święta na co dzień przestają być świętami przez wielkie Ś.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jeżeli rzeczywiście, jak piszesz, młode pokolenie ma dzisiaj szczęście, że żyje w takich wspaniałych czasach, które dają im tyle możliwości, to należy się tylko z tego cieszyć. Ja niestety widzę to inaczej. I mam na myśli nie tylko młodzież polską, ale i europejską, jak również amerykańską.
          Ja ty, młodym ludziom wcale nie zazdroszczę tego, że będą żyli w coraz bardziej zatrutym środowisku, coraz bardziej spętani tym, czego wymagają od niej korporacje, banki, konkurencja, a także brak zatrudnienia (już teraz są w Europie miliony młodych ludzi, którzy nie mają co robić, albo są zatrudnieni na śmieciowych umowach – dotyczy to zwłaszcza Francji, Hiszpanii, Włoch…)
          Już nie piszę o tym, że będą się musieli zmierzyć z tymi zagrożeniami, o których wspomniałem w swoim wpisie – a które są niebagatelne, i których jest niemało.
          Nie wiadomo jest też, jak komputeryzacja, Internet, wirtualna rzeczywistość – życie w tej cyfrowej bańce – wpłynie na ich psychikę i zachowanie.
          Problemem jest również postawa roszczeniowa tzw. milennialsów. To o czym sama piszesz: mieli często wszystko podane na tacy, są więc niesamodzielni (mają po 30 lat a nadal mieszkają z mamusią i tatusiem) – i choć śmigają paluszkami po klawiaturze smartfona czy komputera, to nie potrafią zrobić najprostszej rzeczy w realu, i w wielu sprawach są „życiowo” nieporadni… etc.

        • Ela Kondyra Says:

          Od zawsze następne pokolenia żyły w bardziej zatrutym środowisku niż ich poprzednicy, bezrobocie i głodowe stawki też już były, ale wówczas chleb nie leżał wyrzucony przy kontenerach na śmieci. Postęp technologiczny, elektryfikacja, etc. zawsze były na początku postrzegane jako zagrożenie, a okazało się, że mają więcej informacji plus niż minus. Wychowujmy mądrzejsze młode pokolenia, a będzie lepiej niż wieszczysz.

  4. Maciej Cisło Says:

    Kultura nigdy nie jest na wymarciu. Powstaje nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach. W Auschwitzu napisano tysiące wierszy. Adorno, kiedy się o tym dowiedział, czym prędzej odwołał ten swój naiwny postulat „niepisania wierszy po Auschwitzu”.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Oczywiście. Kultura zawsze jest do pewnego stopnia dialogiem – jest w niej swoista dialektyka, która wynika z poszukiwań człowieka (również z jego niewiedzy). Jest także próbą mierzenia się ze swoją La Condition Humaine, w tym z cierpieniem i nieszczęściami w takiej skali, jak np. Auschwitz.
      I jak już napisałem w swoim tekście: tworzenie kultury jest niejako cechą przyrodzoną człowieka – istoty duchowej, która zyskała świadomość (a przy tym mózg, który jest z jednym z najbardziej zdumiewających, złożonych i cudownych organów/rzeczy, jakie istnieją w naszym świecie).

      Ja poniekąd rozumiem Adorno – i myślę, że wiem dlaczego on to powiedział. Sam miałem momenty wielkiego zwątpienia – kiedy docierało do mnie to, że wobec pewnych przejawów ludzkiej nikczemności (jak np. wojna, masowe ludobójstwa, obozy zagłady) kultura – wszystkie te szlachetne wartości, których dorobił się człowiek – są bezradne, bezsilne… nie będąc w stanie ustrzec nas przed tego typu katastrofami. W takich momentach poczucie daremności kultury może być dewastujące.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s