STRASZNA GODZINA PRAWDY z Krzysztofem Zanussim

.

Krzysztof Zanussi: "W Polsce nie ma bohatera, bo bohater jest dziś jednocześnie wrogiem publicznym. Jest to moment przemiany. Nie wiemy, czy przeklinać dorobkiewiczów, aferzystów, czy chwalić ludzi z inicjatywą. A przecież nie ma między nimi różnicy" (zdjęcie własne)

Krzysztof Zanussi: „W Polsce nie ma bohatera, bo bohater jest dziś jednocześnie wrogiem publicznym. Jest to moment przemiany. Nie wiemy, czy przeklinać dorobkiewiczów, aferzystów, czy chwalić ludzi z inicjatywą. A przecież nie ma między nimi różnicy” (zdjęcie własne)

Przyznam się, że do postaci Krzysztofa Zanussiego – a ściślej: do jego twórczości – mam stosunek ambiwalentny, czyli znaczony sprzecznościami. Wbrew oczekiwaniom, ta ambiwalencja nie tylko, że nie złagodziła się, ale wręcz zaostrzyła po rozmowie jaką przeprowadziłem z reżyserem w Chicago*, który przywiózł tu na amerykańska premierę swój film „Dotknięcie ręki”, mocno bergmanowski obraz o starzejącym się genialnym kompozytorze (Max von Sydow – jeszcze jeden przyczynek do bergmanizmu „Dotknięcia”), który żyjąc przez ostatnie 40 lat w odosobnieniu (Dania), przerywa swe twórcze milczenie zainspirowany wizytą młodego rodaka. Jednym zdaniem: film europejski par excellence.
Nie chciałem jednak aby moje spotkanie z Zanussim zamieniło się w dyskusję nad jego najnowszym filmem. Oto bowiem nadarzyła się okazja, by zapytać jednego z najwybitniejszych twórców w historii polskiego kina powojennego o te aspekty jego twórczości, które niezmiennie mnie nurtowały, odkąd się z nią zetknąłem po raz pierwszy.

Przyjazd Zanussiego do Chicago zapowiedziała notka moim zdaniem dość rzetelnie ujmująca charakter jego filmów, a tylko nieznacznie nacechowana elementami laurki:
„Zwany jest profesorem wśród polskich reżyserów. Lecz w przydomku tym nie ma cienia ironii. Już to, że studiował fizykę, a później filozofię (nota bene u Ingardena, ucznia Husserla) mówi wiele o obszarze, w jakim poruszają się jego myśli i zainteresowania. Takie są też jego filmy – zrodzone z konfliktu miedzy tym, co w ludzkim umyśle kartezjańskie i racjonalne, a tym, co platońskie i idealne. Każdy z nich to filozoficzny esej rozpisany na obrazy, studium egzystencjalne podejmujące problematykę etyczną, rozważający sens życia i śmierci, dokonywujący przewartościowań kontemplacyjnego doświadczenia religijnego. Dzięki niezwykle rzadkiej umiejętności uzyskiwania psychologicznej i filozoficznej głębi za pomocą prostego i powściągliwego obrazu, jego styl i sztuka doskonale została rozpoznana w świecie, zdobywając uznanie wśród największych autorytetów kina.”

Wszystko to prawda, jednak można się również zetknąć z nieco inną perspektywą spojrzenia na twórczość Zanussiego. I właśnie ten krytyczny ogląd chciałem skonfrontować ze zdaniem samego reżysera. Poddałem mu więc problem następujący:

– Wśród tzw. przeciętnej publiczności, zawsze – nawet w okresie największych sukcesów – pańskie obrazy miały opinię trudnych, „poważnych”, elitarnych a przez to hermetycznych. Pańskie nazwisko kojarzyło się z przeintelektualizowaną rozprawą filozoficzną, w której ponad konieczność „mnoży się byty”, gdzie bohaterów stawia się w hipotetycznych i wydumanych sytuacjach tylko po to, by bardziej skomplikować ich rozterki (czy wręcz rozdarcie) przy dokonywaniu życiowych wyborów. Czy wobec tego nigdy nie miał pan wrażenia, że to, co pan robi, może się wydawać pewnym nadużyciem, swego rodzaju intelektualnym hedonizmem?

– Zanussi: Nadużycie to pan teraz popełnia, tak konstruując pytanie. Czyni mi pan krytyczny zarzut, a następnie się pyta, czy to złe, co robię, wykonuję świadomie. Otóż robię to świadomie, ale uważam, że nie jest to złe, a pańska ocena jest chybiona.

– Podobne opinie (o tym, że trudno ogląda się pańskie filmy) można usłyszeć od tzw. „szerokiej” publiczności, są więc one dość powszechne. W takim razie: czy wszyscy się mylą?

– Proszę pana! Zdarzyło mi się zrobić kilka filmów, które miały najwyższe notowania komercyjne w PRL-u. Nie zaliczam się do twórców elitarnych, ponieważ byłem zawsze w górnej średniej frekwencyjnej w Polsce. Wiele z moich filmów miało również pod tym względem przyzwoite wyniki na świecie. Implikuje mi więc pan problem, który udało mi się rozwiązać i który mnie nie dotyczy. Do moich filmów nikt nie dokładał, a na wielu zn nich ktoś zarobił. Przytoczone przez pana opinie są więc bezzasadne, właściwie do zlekceważenia. Konto bankowe świadczy za mną.

– Muszę przyznać, że nigdy nie przyszło mi9 do głowy kojarzyć pana – i pańskiej twórczości – z kontem bankowym.

– Pan mi czyni konkretne zarzuty i cytuje opinie ludzi, którym fakty bankowe zamykają gębę. Jeżeli ja mogę się obronić tym argumentem, to po co mam dyskutować o reszcie? Jeżeli ktoś by na mnie zbankrutował, to rzeczywiście mógłby się po mnie przejechać nieźle, że go wyprowadziłem na manowce. Ale tak się nie stało, jak na razie.

– Pańskie filmy prowokują jednak pytania, które tu chciałbym panu zadać. Np. o to, na ile robienie filmów jest dla pana mierzeniem się z problemami filozoficznymi, światopoglądowymi, moralnymi i czy za pomocą filmu stara się pan rozwiązać te problemy?

– A czy pan tych filmów nie ogląda?

– Ja chcę poznać stanowisko twórcy. Interesuje mnie w tej chwili to, jak jego film działa na niego samego. Nie wierzę bowiem, by reżyser robił film jedynie dla publiczności. On robi też film dla siebie.

– Zabawne, że pan odwraca tę tezę. Jednak, cokolwiek byłoby prawdą w tym, ze film robię dla siebie, to wobec ludzi rozliczam się z tego, co te filmy znaczą dla tych ludzi. Co znaczą dla mnie – pozostanie moją intymną tajemnicą.

– Skoro tak, to może postawię problem nieco inaczej. Czy tak często spotykana w pańskich filmach konkluzja o tym, że nie mamy jednak wyboru, a jeżeli nawet wybieramy, to tylko pozornie, gdyż zawsze istnieje jakieś uwarunkowanie zewnętrzne, nie wpędziła pana nigdy w tzw. piekło relatywizmu, (w którym tak naprawdę nie jesteśmy w stanie wybrać miedzy dobrem a złem – bynajmniej nie dlatego, że nie wiemy czym jest dobro, a czym zło, ale dlatego właśnie, że ktoś/coś wybiera za nas)?

– I znowu to samo! Pan jest widzem i proponuje pewną interpretację moich filmów – być może mocno niezgodną z moim przekonaniem – wobec czego niech pan sam sobie odpowie na te pytania, oglądając moje filmy. Mnie się te pytanie nie podobają. Budując w ten sposób pytania, nigdy pan nie uzyska odpowiedzi. Jeżeli pan interpretuje utwór i chce, żebym ja na platformie pańskiej interpretacji się tłumaczył, to przecież nigdy tego nie zrobię. Musi pan rozumować zgodnie z moja intencją, wtedy przyjmę tę płaszczyznę.

– Wcale nie muszę rozumować zgodnie z pańską intencją…

– Jeżeli nie, to będziemy się spierać. Rzeczywiście, pan ma do tego prawo, tylko że stanie się pan wtedy krytykiem, a nie rozmówcą.

– Ja chcę być krytycznym rozmówcą.

– A ja nie mam obowiązku komentować pańskiej krytyki.

– Dobrze więc, w takim razie zapytam się pana o coś innego. Wydaje mi się, że z racji pańskiego wykształcenia – a i zważywszy na charakter filmów, jakie pan tworzy – scientysta i racjonalista musi być w panu w permanentnym konflikcie z moralistą, egzystencjalistą. Jak pan sobie daje z tym radę?

– No nie ma rady- znalazłem już sposób na pana, więc mogę tylko powtórzyć: w moich filmach jest odpowiedź na to, jak sobie z tym daję radę. Cóż, raz lepiej, raz gorzej. Oba te elementy – które pan słusznie wyróżnia – są sprzecznościami, wśród których miotają się moi bohaterowie i wśród których dzieją się moje filmy.

* * *

Oczywiście, powyższa część rozmowy nie została uwzględniona w wywiadzie, który został ostatecznie opublikowany. A jednak zawierała w sobie kilka istotnych kwestii – zasugerowanych choć nierozwiązanych. Stąd jej tutejsza obecność. Nieformalny tok owych „wspomnień wywiadowcy” daje mi niejako licencję na pisanie o rzeczach i epizodach, które w wersji oficjalnej, reporterskiej, mogłyby być kwestionowane. A tak są dopełnieniem rzeczywistości, nie klarując jej zbytnio i nie selekcjonując. Mogę więc wspomnieć jeszcze o tym, że Zanussi spóźnił się na umówioną rozmowę półtorej godziny i już to mogło nastawić wobec niego „wywiadowcę” wojowniczo. Stąd te zaczepliwe lub – jak kto woli – prowokacyjne pytania oraz próba przystosowania się do specyficznego żargonu intelektualnego, na jaki przekłada się problematyka filmów tego reżysera. Poważam Zanussiego jako twórcę kina autorskiego. Nie można przecenić jego – zarówno krajowego, jak i międzynarodowego – sukcesu oraz pozycji, jaką sobie wyrobił w polskim i światowym kinie. Ale Zanussi jako człowiek… Czy mam prawo zdradzenia swoich wrażeń dotyczących osoby, z którą miałem bezpośredni kontakt?
Cóż, Zanussi wydał mi się typem dość sztywnego i chłodnego „mózgowca”, budującego wokół swojej osoby pewną barierę, którą łatwo można wziąć za swego rodzaju zarozumiałość superintelektualisty. Mógłby ktoś powiedzieć, że wynika to po prostu z faktu, że zna on swoją wartość i czuje się pewnie na swojej pozycji intelektualnego autorytetu twórcy wybitnego.
Skąd więc – i dlaczego? – ta fałszywa skromność na amerykańskiej premierze „Dotknięcia”? (Niestety, takie odniosłem wrażenie.)
Muszę też zaznaczyć, że ubodło mnie wprost parę stwierdzeń Zanussiego, kiedy rozmowa zeszła na tematy bardziej ogólne, dotyczące m.in. zmieniającej się sytuacji społeczno-polityczno-gospodarczej w Polsce. Przypomniałem reżyserowi, że kiedy pod koniec lat 80-tych pytano go o określenie charakteru przemian zachodzących wówczas w naszym społeczeństwie, nie był zdolny do dokonania syntezy, mówiąc że „czas nie dojrzał jeszcze do nowych sformułowań, a stare się wyczerpały”. I trudno było wówczas temu zaprzeczyć. Czy po kilku latach, jakie minęły od tamtego momentu, łatwiej już udzielić odpowiedzi na tak postawione pytanie?

Zanussi odparł, jak zwykle w sposób chłodny, analityczny i precyzyjny: „Zadaniem twórcy jest nie tyle formułowanie eseistycznych uogólnień, co wyrażanie w sztuce tego, co jest duchem czasu. Czy to się już dzisiaj da zrobić? Myślę, że nie. Szczególnie teraz byłoby to bardzo trudne. Wprawdzie mnie, człowiekowi obcującemu z Zachodem, dość łatwo wyobrazić sobie do jakiego modelu zmierzamy. Natomiast społeczeństwu jest to jeszcze bardzo trudno zrozumieć. Żyjemy w momencie rozsypki, która jest chyba przelotna i minie; może za rok, dwa, trzy… Brakuje niestety konstruktywnych emocji, myśli – nie ma żadnych elementów jednoczących społeczeństwo. Ludzie są w konflikcie z samymi sobą, tzn. lubią to, czego nie lubią, i próbują w sobie tego, czego nie mogą znieść. Nie ma bohatera, bo bohater jest dziś jednocześnie wrogiem publicznym. Jest to moment przemiany. Nie wiemy, czy przeklinać dorobkiewiczów, aferzystów, czy chwalić ludzi z inicjatywą. A przecież nie ma między nimi różnicy.”

Zaraz, zaraz… czy to stwierdzenie nie jest zbyt kategoryczne? Podzieliłem się ową konsternacją z reżyserem, pytając się go, czy rzeczywiście przedsiębiorcy i aferzyści to są ci sami ludzie?

Oczywiście! – odparł zdecydowanie Zanussi – To tylko kwestia tego, z której strony pan na to patrzy i jak pan to nazwie. W rozumieniu etymologicznym słowa „afera” każdy człowiek interesu jest jednocześnie aferzystą. Dopiero socjalizm nauczył nas rozumieć aferę jako coś brudnego i podejrzanego. To jest ślad zamętu w umysłach ludzi. Nie żyjemy w żadnym państwie prawa, chopciaż o nim marzymy, a przynajmniej to deklarujemy. Właściwie nie wiemy jakie ma być. Czasem jest jeszcze ono socjalistyczne i uważamy, że naturalnie powinniśmy prawo łamać. Bo łamanie prawa do niedawna było cnotą. W tej chwili jeszcze nie wiadomo, czy jest cnotą, czy już nie jest. Nie wiadomo np. czy płacić podatki. Za Jaruzelskiego właściwie nie należało. Sam czułem się fatalnie gdy płaciłem za moją pracę podatki w dewizach, bo wiedziałem, że za te pieniądze rząd kupuje np. gaz do rozpędzania demonstracji. Uważałem więc, że im mniej zapłacę, to będzie sprawiedliwiej. Ów zamęt nie sprzyja temu, by powstawała sztuka, w której mógłby zaistnieć prawdziwy społeczny rezonans. Na taką sztukę w tej chwili jeszcze nie jesteśmy gotowi.

Wtrąciłem: Rozum nie wydaje mi się być w szczególnym poważaniu w kraju. Inteligencja została poniżona do poziomu pariasa. Szczególnie pana może to zaboleć.

– Nie mogę nad tym specjalnie boleć – rzekł Zanussi – gdyż uważam, że od sprawdzianu wartości nie ma odwołania. Musimy się sprawdzać. Jeżeli inteligencja nie może dzisiaj zarobić na życie, nie potrafi związać końca z końcem, to w jakiś sposób daje dowód na to, że nie może również pretendować do roli przewodniej w kraju. W społeczeństwie rynkowym, zdolność do świadczenia usług jest wyrazem przydatności. Oczywiście, że żyjemy w chaosie, wiele rzeczy pomyślanych jest nienormalnie, lecz masa odruchów w naszym społeczeństwie pochodzi jeszcze z minionej epoki.
I w tym momencie usłyszałem opinię, z którą można było wówczas mocno polemizować. Opinię uwłaczającą chyba wielu ludziom w kraju. Zanussi kontynuował: „Jeżeli dawniej uniwersytet był miejscem, gdzie chroniły się najtęższe umysły, to musimy się dzisiaj pogodzić z tym, że najtęższe umysły pracują raczej dla przemysłu, a jeśli nawet posiada ktoś katedrę uniwersytecką, to jest jednocześnie w paru radach nadzorczych i jeździ przynajmniej średniej klasy samochodem. Jeśli nie jeździ, to znaczy, że jest marny, niewiele umie.”

Byłem zdumiony. Mówił to bowiem człowiek, który zajmował się najgłębszymi dylematami ludzkiej egzystencji, a za swych bohaterów obierał sobie ludzi, dla których najważniejsza była sfera umysłu, ducha – dokonywanie moralnych i filozoficznych wyborów, etyczna wrażliwość. A teraz dowiadujemy się od Zanussiego, że wartość człowieka należy mierzyć wartością jego samochodu. Czy naprawdę najtęższe umysły muszą pracować dla wyrobnictwa i przemysłu? Co począć w takim razie z wielkimi umysłami nie zainteresowanymi sferą produkcyjną czy konsumpcyjną? Na śmietnik darmozjadów?

Zanussi sprecyzował jednak kogo ma na myśli, być może starając się złagodzić kategoryczność poprzedniego sądu:
 – Dla całej masy uniwersyteckich gryzipiórków, którzy mieli się za intelektualistów, jest to straszna godzina prawdy. Ich przyczynkowe nudziarstwo jest społeczeństwu niepotrzebne i w tej biedzie, w której żyjemy, nie ma sensu tego subwencjonować. Dla inteligencji jest to więc moment przewartościowań. Myślę, że w efekcie jakoś się ona wybroni. Wiele z inteligenckich przywilejów w starej postaci traci sens, gdyż nie ma już dla nich podstaw. Dlaczego np. robotnik ma patrzeć z poważaniem na człowieka, który jest niezdarą, leniuchem, pustym gadaczem i nie ma żadnych atutów, żeby przewodzić?

Zrozumiałem, że oto Zanussi przemawia z pozycji silnego – z pozycji kogoś, kto odniósł sukces w sferze biznesowej, a konkretnie, jako producent i dyrektor wytwórni filmowej. I naturalnie, uznał to za „działalność przemysłową” (w domyśle: taką, jaką zajmują się „najtęższe umysły”), co zostało przez twórcę wyartykułowane expressis verbis:
– Zajmuję się teraz działalnością przemysłową, tzn. jestem narzędziem przemysłu rozrywkowego, czyli producentem. Muszę się uczyć masę rzeczy od nowa, bo jest to zawód, który uprawiam dopiero od niedawna – od czasu, kiedy zaczęliśmy żyć w świecie gospodarki rynkowej. Przedtem uprawiałem go na niby. Miałem wielką ochotę być człowiekiem czynnym, nie czuję się jeszcze zmęczony i chcę się jakoś w tych nowych czasach znaleźć. Nie myślę się poddawać, gdyż wszystkie baty, które mnie mogły spotkać, spotkały mnie już wcześniej na Zachodzie. Tego, co większość moich rodaków uczy się dzisiaj, ja się musiałem uczyć 15 lat temu. W wielkim bólu, a jednocześnie z wielką przewagą, bo miałem w ręku PRL-owski paszport i zawsze mogłem wrócić do domu.

Wielu ze znanych twórców polskiej kultury, którzy swoją popularność zdobyli za czasów PRL-u, pytałem o to, czy nie żal im tej sielanki, jaką podobno stwarzał wówczas państwowy mecenat. Zanussi był jedynym, który odpowiedział twierdząco, chociaż wcale się tego nie spodziewałem:
– Oczywiście żal mi czasów minionych, jednakże już wtedy wiedziałem świetnie, że tak dobrze już nigdy nie będzie. Cieszyliśmy się przecież taką sławą odbitą, świeciliśmy nie zawsze własnym światłem i to było dla nas – artystów, intelektualistów – niesłychanie emocjonujące. Mamy to jednak za sobą.

Gwoli sprawiedliwości muszę tu jednak zaznaczyć, że Zanussi żałował nie tylko PRL-owskiego mecenatu, ale również tego, że jego filmy nie mogą już liczyć na szerszą widownię wśród młodego pokolenia. Żałował również utraty tych widzów, którzy byli wdzięcznymi odbiorcami jego twórczości w latach 70-tych. A więc dochodziła nostalgia za czasami, kiedy się było „młodym i pięknym”?:
– Każdy człowiek, w miarę jak czas mija i włosy wypadają – wyznał Zanussi – spostrzega, że nie jest już taki piękny, jak był kiedyś. To samo dotyczy artysty. Żałuję, że nie mam dzisiaj dostępu do młodej widowni, ale nikt tego chyba nie ma. Nie ma więc komu zawiścić. Nie pojawili się jeszcze tacy artyści, którzy mogliby stanowić siłę przewodnią dla młodzieży, gdyż dzisiejsza młodzież nie ma w ogóle artystów wśród swoich idoli. Kiedyś może tacy się pojawią. Ja jednak będę zabiegał o młodego widza. Jak każdy artysta, chcę być do końca żywy.

Ciekawił mnie jeszcze aspekt następujący:
– Jaki to paradoks sprawił, że pan – ze swoim sposobem widzenia świata i myślenia o życiu, tak różnym mimo wszystko od zachodniego – właśnie na Zachodzie chciał zrealizować większość swoich twórczych zamierzeń?

Na co Zanussi odparł: Ponieważ ja się czuję człowiekiem Zachodu, jak każdy Polak, który ma poczucie swoich korzeni. Wiem, że moja działalność była marginalna w Polsce, a tym bardziej na Zachodzie, bo wszystkie filmy ambitne – także literatura, czy teatr ambitny – raczej nie plasują się w głównym nurcie.

Przyznaję, że brakło mi w tym momencie przytomności umysłu. A przecież Zanussi zaprzeczył oto jaskrawo temu, co powiedział na początku naszej rozmowy. Przypomnijmy sobie: Nie zaliczam się do twórców elitarnych, ponieważ byłem zawsze w górnej średniej frekwencyjnej w Polsce.
No tak, brakło mi refleksu i zaprzepaściłem szansę wykazania reżyserowi tego, że podczas tej samej rozmowy wygłosił dwa sprzeczne ze sobą sądy. A szkoda. Bowiem uświadomienie intelektualiście tej klasy, co Zanussi ambiwalencji w myśleniu, skutkuje zwykle interesującym dialektycznym wywodem, a niekiedy i ciekawym paradoksem. A tak, wszystko skończyło się rozwinięciem wątku pracy reżyserskiej za granicą:
– Kiedy stawiałem pierwsze kroki – wspomniał Zanussi – bardzo zależało mi na tym, by się potwierdzić, żeby udowodnić, że to, co myślę, moja wyobraźnia także są warte w innych krajach, że nie jestem skazany tylko na moją ojczyznę. Tak się złożyło, że tamten świat podbijałem jeszcze z wolnej stopy. Nie musiałem tego robić, dzięki czemu było mi znacznie łatwiej. Widzę, że mam tę przewagę nad kolegami, którzy muszą się dzisiaj pogodzić z tym, że coś się bardzo zmieniło, i że nie ma od tego odwrotu. Ja zawsze ten odwrót miałem – mogłem wrócić do PRL-u, zdać się na państwowego mecenasa i jeszcze w tych warunkach prosperować zupełnie dobrze.

* * *

Cenię sobie tę rozmową z Krzysztofem Zanussim. Nawet na przekór temu, że reżyser nie podjął kilku naprawdę interesujących wątków, oraz że się zagapiłem i nie zareagowałem polemicznie na kilka jego stwierdzeń. Miałem jednak wrażenie zetknięcia się z błyskotliwą inteligencją… To nic, że po ludzku niedoskonałą.

 * * *

Krzysztof Zanussi: Kiedy stawiałem pierwsze kroki – wspomniał Zanussi – bardzo zależało mi na tym, by się potwierdzić, żeby udowodnić, że to, co myślę, moja wyobraźnia także są warte w innych krajach, że nie jestem skazany tylko na moją ojczyznę   (Max von Sydow w "Dotknięciu ręki")

Krzysztof Zanussi: Kiedy stawiałem pierwsze kroki, bardzo zależało mi na tym, by się potwierdzić, żeby udowodnić, że to, co myślę, moja wyobraźnia także są warte w innych krajach, że nie jestem skazany tylko na moją ojczyznę (Max von Sydow w „Dotknięciu ręki”)

.

* Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego” 28 lipca 1995 r. w ramach cyklu „Wspomnienia wywiadowcy”, a dotyczył rozmowy, która miała miejsce jesienią 1992 roku.

Powiązany wpis: MIŁOŚĆ, BÓG I KAPITALIZM – „OBCE CIAŁO” ZANUSSIEGO

.

Reklamy

komentarze 24 to “STRASZNA GODZINA PRAWDY z Krzysztofem Zanussim”

  1. Jula :D Says:

    „No tak, brakło mi refleksu i zaprzepaściłem szansę wykazania reżyserowi tego, że podczas tej samej rozmowy wygłosił dwa sprzeczne ze sobą sądy.”
    Hmm, ja w tych tezach stawianych przez Zanussiego, doczytałam się samych zaprzeczeń samemu sobie, tak to ujmę. ;)
    Pogubiło się „intelektualne chłopisko”, bo jak wcześniej ktoś zauważył, jak można być wierzącym i równocześnie tak bardzo bać się śmieci?… To znaczy czego, swojego końca?…a wiara w życie pozagrobowe (sic) ! ….

    „W rozumieniu etymologicznym słowa „afera” każdy człowiek interesu jest jednocześnie aferzystą. Dopiero socjalizm nauczył nas rozumieć aferę jako coś brudnego i podejrzanego. To jest ślad zamętu w umysłach ludzi. Nie żyjemy w żadnym państwie prawa, chociaż o nim marzymy, a przynajmniej to deklarujemy. Właściwie nie wiemy jakie ma być.”

    To znaczy co, mamy anarchię, bo państwo zawsze tworzy zbiór przepisów prawnych w formie konstytucji. Fakt, ta amerykańska raz weszła w życie ok. 200 lat temu i z poprawkami w przeciwieństwie do polskiej z tamtego okresu 3. Maja (nigdy nie weszła w życie), funkcjonuje po dziś dzień. Przecież w świecie kapitalistycznym też raz po raz są afery, które, jeśli wykryte są zaraz likwidowane. (Tak przynajmniej czytam w gazecie, czy nawet oglądam na podstawie faktów, w filmach.)
    Agnieszce Holland natomiast wystarcza 10 przykazań wyrytych na tablicy przez Mojżesza, za credo na życie w ogóle.
    Zanussi jest wyraźnie nadinterpretacyjny i ma z tym problem . :D

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Lęk przed śmiercią to jest tzw. primary fear – lęk pierwotny, i nie ma on wiele wspólnego z tym, czy się (w sensie religijnym) wierzy (w Boga, w życie pozagrobowe… etc.) czy nie wierzy. Zarzucanie więc komuś, że się boi śmierci, mimo, że jest wierzący, jest moim zdaniem dość bezsensowne.

      To znaczy co, mamy anarchię, bo państwo zawsze tworzy zbiór przepisów prawnych w formie konstytucji.

      Jak pamiętamy, sam minister spraw wewnętrznych Rzeczypospolitej Polskiej Bartłomiej Sienkiewicz powiedział niedawno, że państwo polskie istnieje tylko teoretycznie, a wysiłki rządu na polu inwestycji to „ch.uj. dupa i kamieni kupa”. Więc od czasów, gdy Zanussi wyrażał tę opinię (o zamęcie, i o tym, że nie żyjemy w państwie prawa) – 22 lata temu! – niewiele się zmieniło.
      Z jednej strony wydaje się, że Zanussi przesadza, że każdy biznesmen jest aferzystą (w domyśle: przestępcą), ale z drugiej jednak… jakaś racja w tym stwierdzeniu jest, bo nie wierzę niestety, że ktokolwiek, kto prowadzi w Polsce (ale nie tylko tam) biznes, nie złamał choć raz prawa. Chodzi więc chyba o to, by nie przekroczyć pewnego limitu, poza którym jest się już ewidentnym oszustem i złodziejem.
      Z tym natychmiastowym likwidowaniem afer za granicą, to nie jest tak. Przekręty i rozkradanie jest wszędzie, z tym że w krajach bogatych, nie jest ono dla zwykłych ludzi tak szkodliwe – bo po prostu tam jest więcej dóbr do rozgrabienia (do podziału miedzy „aferzystów”).

  2. Tess Says:

    Cóż, Zanussi wydał mi się typem dość sztywnego i chłodnego „mózgowca”, budującego wokół swojej osoby pewną barierę, którą łatwo można wziąć za swego rodzaju zarozumiałość superintelektualisty. Mógłby ktoś powiedzieć, że wynika to po prostu z faktu, że zna on swoją wartość i czuje się pewnie na swojej pozycji intelektualnego autorytetu twórcy wybitnego.
    Skąd więc – i dlaczego? – ta fałszywa skromność na amerykańskiej premierze „Dotknięcia”?

    To mi koresponduje z tym, co można wyczytać w jednym z ostatnich wywiadów Zanussiego, do którego link podał ktoś w komentarzach pod wpisem o „Obcym ciele”:

    – Głupią (nieśmiałość)?

    KRZYSZTOF ZANUSSI: To wstrętna ludzka cecha, tępię nieśmiałość także w sobie. Nieśmiałość to ukryta pyszałkowatość. Jeżeli człowiek nie myśli o sobie, ma zadanie do wykonania, to nie jest nieśmiały. Wychodzi na estradę i mówi: „Zbieram pieniądze dla Darfuru”. Nie musi dobrze wypaść. Jeżeli człowiek jest w dąsach, zaczyna się zastanawiać, co inni o nim pomyślą. Pyszałkowatość nie ma nic wspólnego ze skromnością. Człowiek skromny nie bywa nieśmiały.

    – Pan jest skromny czy pyszałkowaty?

    KRZYSZTOF ZANUSSI: Chciałbym być skromny, pyszałkowaty już jestem. To przykre wyznanie. Walczę o to wściekle.

    http://www.kobieta.pl/gwiazdy/wywiady/zobacz/artykul/krzysztof-zanussi/

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No cóż, wyznanie sympatyczne to nie jest, ale może należy docenić odwagę i szczerość Zanussiego?

    • Bibliomisiek Says:

      Nie chciałem się odzywać, gdyż nie cierpię Zanussiego jako człowieka; jego filmów kilka znam, ale dosłownie 3-4, bo to nie moja bajka (Bilans, Struktura, Cwał, nie pamiętam). Ale są dobre, zastanawiające. Oczywiście dzieli go galaktyka od takich twórców jak Bergman czy Kieślowski. Nie ta liga. Natomiast jako człowiek jest dla mnie skrajnie odpychający z tą swoją wyższością intelektualisty, pychą człowieka, który więcej od innych wie, kompletnie odklejonego od życia i zamkniętego w tej swojej wieży z kości słoniowej, poza którą tylko motłoch, aferzyści i frajerstwo. O serwilizmie nie wspomnę. Wystarczy porównać jego wywiady z wypowiedziami Kieślowskiego właśnie, z jego podejściem do człowieka, zadumą, pokorą.

      Ale nie o tym chciałem.

      Chciałem się odnieść do fragmentu o nieśmiałości, z komentarza. Akurat na tym polu przeżyłem sporo, i sporo wiem. Nie ja jeden zresztą. Prof. Zimbardo, pionier badań nad tym problemem, niech mi będzie świadkiem – WIĘKSZEJ BZDURY NA TEN TEMAT JESZCZE NIE SPOTKAŁEM!

      „pyszałkowaty już jestem. (…) Walczę o to wściekle.”
      Należałoby walczyć Z TYM, nie O TO. Freudowska pomyłka?

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Co wyście się tak uwzięli na tego Zanussiego? ;) Ja też znalazłbym niemało przyczynków do tego, by go nie dzierżyć i nań napsioczyć (ot, choćby zważywszy na to, co powiedział podczas tego wywiadu) ale jednak znajduję dla niego cierpliwość, kapkę wyrozumiałości, a nawet uznanie.
        Nie wiem, czy Kieślowski i Zanussi to nie ta sama klasa. Ale już Bergman wg mnie stoi od nich obu o wiele wyżej (mimo, że sam też miał w sobie coś z pyszałka – ale to nie o to tu chyba chodzi, bo powinna nas interesować przede wszystkim twórczość tych gentlemanów, a dopiero później, ewentualnie, ich biografia czy charakter).

        PS. „Chciałbym być skromny, pyszałkowaty już jestem. To przykre wyznanie. Walczę o to.”
        Wydaje mi się, że Zanussi nie walczy o to, żeby być pyszałkowatym (sam przecież mówi, że już taki jest), ale o to, aby być bardziej skromny (co, nawiasem mówiąc, średnio mu wychodzi).
        To, co Zanussi mówi o nieśmiałości, nie wydaje mi się być aż taką bzdurą (coś w tym jest), ale rzeczywiście, słysząc zdanie: „Nieśmiałość to ukryta pyszałkowatość” nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Zanussi mówi o sobie (stąd najprawdopodobniej w moim tekście wspomniałem o tym, że wyczułem w Zanussim „fałszywą skromność”).

  3. Simply Says:

    Przerwa w przeciągającej się zabawie z bucem.

    25 października zmarł Jack Bruce ( 71 ) gitarzysta basowy, i wokalista – człowiek, który przez wiele lat dawał innym mnóstwo emocji, wzniosłych przeżyć i dobrej energii, świetny kompozytor i przede wszystkim rewolucyjnie traktujący swój instrument basista, nikt przed nim ie grał w ten sposób. Jako że jesteś fanem Cream i w ogóle muzyki, jaką grał Jack Bruce, to może coś o nim napisz …
    Nawiasem mówiąc, mocno daje się odczuć brak tekstów o wybitnych twórcach i artystach na Twoim blogu, od czasu King Crimson.
    RIP

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dobrze, ze Ci się tym razem buc nie pomylił z Brucem. Swoją drogą to nie wiem dlaczego tak bluzgasz wobec każdego, kto nie jest z Twojego obrazka (wszak niedawno nazwałeś Janusza Zaorskiego „kutasem”, czy jakoś tak…)
      Nie żebym był jakimś świętym, ale te twoje wulgaryzmy to są wg mnie na poziomie gimnazjum (ja w każdym razie akurat z tej dziecinady wyrosłem już dawno).

      Od momentu kiedy napisałem o King Crimson upłynęło raptem trzy tygodnie, w którym to czasie zamieściłem raptem dwa wpisy, więc nie wiem czy ubolewanie w stylu: „mocno daje się odczuć brak tekstów o wybitnych twórcach i artystach na Twoim blogu, od czasu King Crimson” jest usprawiedliwione. Poza tym, ja uważam jednak Zanussiego za twórcę wybitnego, osobowość nieprzeciętną – kogoś, o kim warto jest czasami napisać – tak jak warto było napisać o Frippie.

      O Cream – i Jacku Bruce – rozmawialiśmy na moim blogu nie tak dawno. Szkoda, że zdmuchnęło faceta tak szybko i niespodziewanie… nawet nie wiem co.
      Ciekawy wpis poświęcony Bruce’owi zamieścił dzisiaj na swojej stronie The Guardian:

      http://www.theguardian.com/music/musicblog/2014/oct/25/jack-bruce-five-songs-chart-journey-through-the-60s-to-cream

      PS. „Badge” – swego czasu uwielbiałem ten kawałek. (O „Croosroads” nawet nie wspominam, bo wersja koncertowa z lat 60-tych jest genialna, i była nie do powtórzenia, nawet wtedy, kiedy jeszcze żył Bruce.)

      • Simply Says:

        Co ma znaczyć ,, tym razem ” ?
        Świadomie nie chcę być w odniesieniu do Zanussiego taktowny, mogę ewentualnie zamilknąć. Bo jest bucem i bufonem, co sam między wierszami parokrotnie przyznajesz, tylko innymi słowy i de facto jego nowy film też w sumie równo zjechałeś – podobnie, jak inni recenzenci. Jak widać po odzewie użytkowników, wszyscy go kochają jak Irlandię ( tyle, że w rozumieniu Olivera Cromwella ) Naprawdę uważasz, że grupa zupełnie przypadkowych, najpewniej też pod wieloma względami różnych od siebie osób, się na niego uwzięła, że to jakaś zmowa?
        To raczej Ty się uwziąłeś, żeby mu tyle miejsca poświęcać mimo, że zrobił nędzny film, a w rozmowie wykręca się od odpowiedzi, przeczy sam sobie jak najęty i bez wytchnienia, w nieodłącznie gładkim, krawaciarsko-oślizłym stylu wygaduje żałosne pierdoły. Zanussi cierpi na Syndrom Freda Flinstone’a: ma trzy duże palce u nogi i myśli, że nikt o tym nie wie. Za to, że go zestawiasz z Frippem, masz już ponumerowany sagan z lepikiem w piekle :P

        A tak BTW, to moim zdaniem ,gimnazjalną’ postawą jest Twoje rozpamiętywanie po latach, jak to Cię po tym wywiadzie Zanussi zostawił z nieutulonym w żalu esprit d’escalier.

        A oto zapowiedź najnowszego projektu Krzysztofa Zanussiego, eksplorującego odwieczne rozdarcie między scjentyzmem a duchowością:

        Crowdfunding w toku.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          esprit d’escalier, crowdfunding… no, no, Twoja erudycja mnie czasami zadziwia – zwłaszcza w zestawieniu z niektórymi cechami Twojej frazeologii ;)

          Oczywiście, że nie uważam, że to jakaś zmowa komentujących sprawia, że Zanussiemu się tutaj dostaje (bądź co bądź za swoje; nota bene do tego chórku krytycznego dołączyła się dzisiaj także moja żona). Masz rację, walnie przyczynia się do tego to, co sam napisałem (wcześniej) o jego filmie, jak również moje uwagi ze “wspomnień wywiadowcy”. (Zważ, że owe “wspomnienia” nie są dzisiejsze, a pochodzą sprzed 18 – 19 lat, więc Twój zarzut o to, że teraz zachowuję się jak gimnazjalista, jest nietrafiony. Jeżeli już, to ja ową rozmowę rozpamiętywałem w 1995 r. – trzy lata po jej przeprowadzeniu.) Ponadto, mimo wszystko uważam, że jest sens upublicznić po tylu latach te rozmowy, choć czasami muszę teraz świecić oczami za kogoś, kim byłem 20 lat temu ;)

          Nie wiem, może rzeczywiście Zanussi ma trzy duże palce u nogi, ale nie tyle myśli, że nikt o tym nie wie, co podejrzewa, że inni to wiedzą, ujawnią, zdradzą się z tą wiedzą i wykorzystają przeciwko niemu? Dlatego chlasta wszystkich swoimi bon motami i przytłacza inteligencją – będąc zresztą wtedy w swoim żywiole.

          PS. Pomysł z zamilknięciem nie jest chyba dobry, bo zmartwiłby co poniektórych – również tych, którzy tu zaglądają, ale się nie odzywają. Z tego, co wiem Twoją wielką fanką jest pewna moja znajoma (tak, tak Lucy, to o Tobie mowa – stajesz się sławna ;) ), a i sarna – towarzysząca mojemu blogowi od samego początku, która w ostatnim swoim komentarzu kilka miesięcy temu napisała mi: „spadaj” ;) i od tamtego czasu kontempluje to, co piszę, bez publicznego oddźwięku ;) – wyraziła się o Tobie z aprobatą.

          PS2. Monty Python jednak w tej materii blasfemicznej lepszy:

  4. SABATOWKA Says:

    Pamiętam Zanussiego z inauguracji roku akademickiego na UJ-cie. Wtedy wydawało mi się, że wstępuję do świata, który tylko dla nielicznych jest dostępny. Pamiętam błyskotliwy tok wypowiedzi, zawiłe kwestie filozoficzne i nasze zaparte w piersiach dechy. Teraz jestem trochę rozczarowana. Może dlatego, że okres idealizmu minął wraz z przekroczeniem trzydziestki, może dlatego, że zwyczajnie dopadło mnie życie, a problemy teoretyczne zastąpione zostały praktycznym mierzeniem się z rzeczywistością. Nie uważam się za nie wiadomo jak inteligentną osobę – raczej oscyluję w kategoriach przeciętności, a jednak żarzy się we mnie jakiś bunt, gdy czytam ten wywiad. Ot, np.: „Wprawdzie mnie, człowiekowi obcującemu z Zachodem, dość łatwo wyobrazić sobie do jakiego modelu zmierzamy. Natomiast społeczeństwu jest to jeszcze bardzo trudno zrozumieć.” Dlaczego autor tych słów rości sobie prawo do tego, aby stawiać się w pozycji powiedzmy narratora wszechwiedzącego, znającego przyszłość naszej dalszej historii? Może my również jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, do czego mogą prowadzić przemiany społeczne i gospodarcze w Polsce?

    Zaskakuje mnie również spór o udzielanie odpowiedzi. Oczywiście, z tezami formułowanymi w pytaniach, z odbiorem swoich filmów, etc., reżyser nie musi się zgadzać, może je nawet uznać za zbyt prostackie i nieprzygotowane, a jednak zgadzając się na wywiad powinien być świadomy, że niekoniecznie usłyszy to, czego by sobie życzył. Jeżeli taki prosty odbiorca jak ja, który akurat nie miał do czynienia z filmami Zanussiego, ale szuka dzieł wartych obejrzenia, ambitnych, dających pole do zastanowienia się, przeczyta odpowiedzi reżysera, nie znajdzie w nich nic, czym mógłby on zachęcić do oglądania swoich filmów. Jeżeli się nie zgadza z interpretacją pytającego, to niech nie odsyła każdorazowo do odrobienia lekcji i powtórnego oglądania, ale niech wskaże, w którym kierunku zacząć szukać. Tak jest przecież rola przewodnika, a przecież każdy z artystów wpisuje się w rolę mentora. Nie dla siebie wszak tworzy. Chce być poprawnie interpretowany – niech poda wątek, a nie wywyższa się ponad plebs. Zresztą takie traktowanie rozmówcy jest niekulturalne, a od inteligencji wymaga się pewnej dozy dobrego wychowania.

    Trzecia rzecz: Pan Zanussi, który zarabia i na którym nikt nie stracił jest aferzystą, przedsiębiorcą, intelektualistą? Jak mają się do wypowiedzi odnieść genialni profesorowie, którzy nie zbili na swoich naukach majątku, a jednak nigdy nie odważyłabym się stwierdzić, że są nudni, albo niezaradni, że nikt ich nie potrzebuje. Może jednak obecny stan rzeczy jest w części związany ze zwyczajnymi przepisami nakładanymi na społeczeństwo?

    I czwarty punkt wywołujący mój sprzeciw: zwykle jest tak, że większość podąża torem przeciętności, tego, co łatwo zobaczyć, zinterpretować, etc. Tak po prostu jest i pewnie dobrze. Nie posuwałabym się jednak do uogólniania, że młode pokolenie nie ma swoich autorytetów, którzy prezentują sobą wartości. To przecież młodsze pokolenie zafascynowało się kinem koreańskim, Bagińskim,…, to studentów najczęściej widziałam na seansach filmów Bergmana, to młodzi na nowo interpretują fantastykę całkiem niezłych pisarzy (przynajmniej według mnie)… Dlaczego Zanussi tak bezwzględnie skreśla młode pokolenie z grona przyszłej inteligencji? Czyżby był jedynym wartym oglądania i cierpi na brak odbiorców?
    Przydługi komentarz, ale zdumioną złość z siebie wylałam. Pozdrawiam.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dziękuję za ciekawy komentarz (może przydługi ale wcale nie za długi – ja lubię długie komentarze, zwłaszcza jeśli są ciekawe ;) )

      Ja może z idealizmu nie całkiem wyrosłem, ale na pewno z czasem przeszła mi bałwochwalcza niemal fascynacja intelektualistami (a kimś takim bez wątpienia jest Zanussi). Mało tego, stałem się z wiekiem wobec intelektualistów dość krytyczny – kiedy coraz bardziej orientowałem się, jakie bzdury mogą wychodzić im z głowy. Bynajmniej nie twierdzę, że Zanussi produkuje same bzdury – wręcz przeciwnie: większość z tego co mówi wydaje mi się ciekawe, często błyskotliwe – niemniej jednak, tak jak wielu intelektualistów właśnie, zapętla się on w swoich myślach, bywa niekonsekwentny, sprawia niekiedy takie wrażenie, jakby był oderwany od rzeczywistości, przebywając w jakiejś abstrakcji. (Nie wiem, może pisząc to, przesadzam – takie jednak odnoszę wrażenie.)

      Należy pamiętać, że wywiad, który przypominam, miał miejsca zaraz na początku polskiej tzw. „transformacji”, kiedy rzeczywiście społeczeństwo polskie było nieco zdezorientowane, a Zanussi – przebywając często na Zachodzie – miał więcej do czynienia z ustrojem (systemem) w jaki nasz kraj dopiero wchodził. Stąd być może te jego słowa (o niezrozumieniu przez społeczeństwo polskie zachodzących zmian) można jakoś usprawiedliwić – że nie przemawiała przez Zanussiego tylko li sama zarozumiałość.

      Ja myślę, że podczas naszej rozmowy, Zanussiego trochę zbiło z pantałyku to, że ośmieliłem się krytycznie wypowiedzieć o pewnych cechach jego twórczości (tak, jak ja to wdziałem) – może on myślał, że ja padnę prze nim – Mistrzem! – plackiem? Co nie znaczy, że ja nie respektowałem jego osoby. Nie wiem, może on takie odniósł wrażenie – i stąd te przepychanki? W każdym razie, ja też się nieco wtedy nastroszyłem.

      Pamiętam, że najbardziej ubodło mnie to (byłem wręcz zdumiony), kiedy usłyszałem od Zanussiego ten dziwaczny passus o tym, że w „nowej” wolnorynkowej Polsce, ten kto nie jeździ dobrej marki samochodem, jest niewiele warty. Tak, jakby wartość człowieka mierzył jego przemysłowo-wolno-rynkowym utylitaryzmem – produkcyjnością, wydajnością i gotowością do (materialnej) konsumpcji. Przyznam, że Zanussi był ostatnią osobą, po której bym się takiego stwierdzenia spodziewał. (Wprawdzie nico dalej w naszej rozmowie dał lepiej do zrozumienia kogo – i co – ma na myśli, niemniej jednak jakiś niesmak i konsternacja we mnie pozostały.)

      Młode pokolenie. Ponownie: należy pamiętać, że opinię o młodym pokoleniu, któremu brak artystycznych wzorów i kulturalnych bohaterów, Zanussi wygłosił 23 lata temu. Czy do tej pory sytuacja ta się zmieniła? Sam nie wiem. Na pewno istnieje młodzież ambitna, żądna dobrej sztuki, „wyższej” kultury. Ciekaw byłbym opinii Zanussiego na ten temat teraz. Skądinąd wiem, że Zanussiemu zależy na kontakcie z młodymi ludźmi – zaprasza ich często do swojej rezydencji w Laskach.

      Pozdrawiam serdecznie.

      • SABATOWKA Says:

        A no mój błąd. Nie spojrzałam na datę tylko od razu sięgnęłam po tekst. Jeśli chodzi o przewidywanie przyszłości trudno się wypowiadać, bo jednak byłam dzieckiem, jeżeli jednak mowa o wzorach godnych naśladowania, wydaje mi się, że były, a twórczość młodych rozkwitala. Jakby nie spojrzeć, Zanussi okazał się nieco arogancki.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Z Zanussim nie jest chyba tak źle, bo mimo tych wszystkich przypadłości, o których była mowa w komentarzach pod moimi ostatnimi dwoma wpisami, ludzie go zapraszają, on chce się z nimi spotykać i rozmawiać – nadal kręcić swoje filmy… Oby tak dalej. Ja życzę mu dobrze.

  5. observer Says:

    Z dyskusji na jednym z forów:

    Midweek:
    Właśnie się dowiedziałam ( z tv śniadaniowej dla lemingów) że państwo Zanussi, z własnych pieniędzy budują Kościół w Bochotnicy. Cel szczytny. Jednak w ulotkach z prośbą o wsparcie, państwo Zanussi wyjaśniali, że kościół potrzebny jest tam ponieważ w miejscowości panuje demoralizacja, mieszkańcy mają problem z alkoholem i złodziejstwem. Więc wybudowanie kościoła zapobiegnie dalszej demoralizacji. A nawet jeśli nie to się wyspowiadają i będzie cacy.
    Część tambylców wcale kościoła w swojej miejscowości nie chciała. Z relacji w tv i wypowiedzi jednej z mieszkanek sporo „młodych” tam mieszka i oni nie chcą kościoła, a starszym to wszystko jedno.
    Pani redaktor do pani Zanussi (mniej więcej takimi słowy): Zdecydowali się państwo na budowę pomimo, że mieszkańcy protestowali przeciwko powstawaniu Kościoła w ich miejscowości i wcale go nie chcieli.
    Pani Zanussi: Uważam, że tam gdzie ludzie tak protestują przeciwko kościołowi to znaczy, że tym bardziej go potrzebują.
    Amen.

    Rzeczek47:
    Lubię filmy Zanussiego, naprawdę, zwłaszcza Cwał, ale jego samego jako człowieka ciężko trawię…
    Zraziłam się do niego przed wielu laty, podczas oglądania wywiadu z nim. Była rozmowa o dobrych manierach, zachowaniu w towarzystwie itp. i Zanussi z wielką zaciętością dowodził,że ten, kto na co dzień pije kawę w szklance, nie w filiżance jest prymitywnym, pegeerowskim wieśniakiem, że to wręcz zbrodnia pijać kawę w szklance.
    A co do budowy kościoła-cóż, jego pieniądze, może zrobić z nimi co zechce. Może chce być pochowany w krypcie jako zasłużony fundator, kościół będzie pod wezwaniem św.Krzysztofa, a św. Krzysztof na ołtarzu otrzyma twarz mistrza? Każdy ma jakieś marzenia, może on ma takie?
    Kościół we wsi ani pomoże, ani zaszkodzi.

  6. Valdi Says:

    Co o tym myślę ?
    Otóż myślę że:
    1. Chciał Pan prowokacyjnie ( w sensie pytań z tezą ) podejść Zanussiego. Reżyser bezbłędnie Pana sklasyfikował i udzielił adekwatnej odpowiedzi.
    2. Nie umieścił Pan całości wywiadu, co jest zagadkowe, a może z Pana punktu widzenia uzasadnione … Czy jest on gdzieś dostępny ?
    3. Większość komentarzy pod wpisem jest żałośnie uboga intelektualnie i skażona charakterystyczną lemingozą.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      1. Zgadza się: chciałem prowokacyjnie „podejść” Zanussiego, a pytania były z tezą. Reżyser to sklasyfikował, ale jednak, moim Zdaniem, nie udzielił mi adekwatnej odpowiedzi (tak naprawdę zastosował unik), a ponadto zdradził się ze swoją zarozumiałością (Zanussi: „Musi pan rozumować zgodnie z moja intencją, wtedy przyjmę tę płaszczyznę.”)

      2. Nie ma żadnej zagadki w tym, że nie umieściłem całości wywiadu (w całości opublikowany on został w tygodniku „Relax”). Przedstawiłem go tu w formie przystosowanej do mojego cyklu „Ze wspomnień wywiadowcy”, w którym przedstawiałem tylko wybrane przeze mnie fragmenty wywiadów, a który ukazywał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego w latach 90-tych.

      3. Uważam to stwierdzenie za złośliwe (nie poparte na dodatek żadną argumentacją) więc powstrzymam się od komentarza na ten temat.

      • Valdi Says:

        ad1 Uważam odpowiedzi Zanussiego za integralne w całości i logiczne w szczegółach. Pan zaś uczepia się jednego może niezbyt fortunnego sformułowania.
        ad2 Ale nie umieścił go Pan tutaj. Tymczasem to chyba najciekawsza Pana publikacja tutaj. Niestety tak jakby ocenzurowana.
        ad3 Twierdzenie nie jest złośliwe. Jest boleśnie prawdziwe niestety. Jednak szersza dyskusja na ten temat zaprowadziła by nas chyba zbyt daleko.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          1. Pańskie prawo tak uważać. Jednakże to, że Pan coś uważa za takie, a nie inne, nie czyni tego takim, a nie innym.
          Nie „uczepiłem” się jednego sformułowania, lecz zwróciłem na nie uwagę (jak również na kilka innych, istotnych wg mnie spraw dotyczących filmów Zanussiego. To Pan zawęża problem, a nie ja.

          2. To, że nie umieściłem tutaj całego wywiadu, nie było żadną cenzurą.
          To, co dla Pana jest ciekawe, nie musi być ciekawe dla innych. I vice versa.
          Rozumiem, że twierdząc iż ten wpis jest najciekawszą publikacją tutaj, poznał Pan wszystkie inne publikacje na moim blogu i uznał je za mniej ciekawe. W takim razie gratuluję wytrwałości.

          3. Boleśnie prawdziwe dla Pana, jak widzę. Bo ja np. większego bólu tutaj nie odczuwam.
          Na razie nie podaje Pan żadnych argumentów – i to jest główny powód tego, że „szersza” dyskusja na ten temat wydaje się niemożliwa.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s