WCIĄŻ SZALENI PO TYCH WSZYSTKICH LATACH…

Okazuje się, że nie miał racji Ian Anderson obdarzając jedną z dawnych płyt swojego zespołu „Jethro Tull” tytułem „Too Old To Rock&Roll, Too Young To Die” („Za starzy na rock&rolla, zbyt młodzi by umrzeć”). Okazało się bowiem, że również rock niekoniecznie musi być domeną młodzieniaszków. Kiedy rodził się rock&roll wydawał się być zaledwie kolejną, przejściową fanaberią nastolatków. Minęło kilkadziesiąt lat, a ci, którzy go ciągle uprawiają dochowali się już wnuków, może nawet prawnuków. Rzecz to jest więc o tych, którzy mniej więcej 20 lat temu* byli na rockowych wyżynach – wyznaczali rytm muzyki i jej kierunki: nadawali barwę i kształty, tworzyli kanony – a którzy do dzisiaj są „w drodze”, nagrywają nowe albumy, dają koncerty, ich muzyka nadal ewoluuje.

Carlos Santana (zdjęcie własne)

„Still Crazy After All These Years” – śpiewał też przed wieloma laty Paul Simon i już wtedy wydawało się, że z nostalgią wspomina stare dobre lata 60-te, kiedy razem z Artem Garfunkelem tworzyli najpopularniejszy duet w Ameryce, a pewnie i na świecie. Ale oto mijają kolejne dekady i Simon ciągle przebywa gdzieś w okolicach muzycznych szczytów, a bilety na jego tregoroczne tournée wyprzedawano na pniu. Po drodze zdążył nagrać fascynujący album „Graceland”, który stał się już klasyką, mimo swojego kilkuletniego* zaledwie żywota. Podobnie sprawy mają się z innymi twórcami rocka.

Wypada zgodzić się z tym, że okres największej świetności rocka przypadał na drugą połowę lat 60-tych i pierwszą 70-tych. Wtedy to muzyka nie była jeszcze tym, czym jest obecnie – „dobrem” konsumpcyjnym, skomercjalizowanym do cna i ostatniej nutki towarem, który należy sprzedać z jak największym zyskiem. Była czymś znacznie więcej: stylem i filozofią życia – dla wielu  była wszystkim, co posiadali i co chcieli posiadać.
Kiedy więc John Lennon w czasach apogeum bitelmanii głosił, że Beatlesi są bardziej popularni od Jezusa, to nie silił się wcale na obrazoburstwo i szokowanie konserwatywnych mieszczuchów – to było proste stwierdzenie faktu. Muzyka popularna, rockowa wywierała niekwestionowanie ogromny wpływ na całe ówczesne młode pokolenie, a tym samym na kulturę, politykę, społeczeństwo wreszcie. Dla tego ostatniego często była sumieniem, prawdomównym zwierciadłem, w którym – aczkolwiek niechętnie – mogło się ono przeglądnąć. Jej twórcy – kompozytorzy,  wykonawcy, autorzy tekstów – kształtowali świat młodzieżowych wartości, byli ideowymi przywódcami, prorokami, guru…

Festiwal Woodstock (1969) był kulminacją młodzieżowej kontrkultury tamtych czasów, której głównym środkiem ekspresji była muzyka rockowa właśnie. Podobnie rzecz miała się z festiwalem w Monterey, który mniej już może interesował socjologów, ale od strony muzycznej był chyba jeszcze bardziej interesujący (lepszy) niż Woodstock. Na obu wystąpiła „śmietanka” ówczesnego rocka: „The Who”, „Grateful Death”, „Ten Years After”, „The Band”, „Crosby, Stills, Nash & Young”, „Jefferson Airplane”, Carlos Santana, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Joe Cocker, Joan Baez
Ale to nie wszystko. Festiwale te nie były w stanie oddać całej różnorodności tego, co działo się wówczas w (rozumianej ogólnie) muzyce rockowej. Twórczość Boba Dylana spowodowała, że na tzw. pop zaczęto patrzeć z większą estymą, a teksty barda uznane zostały za wysokich lotów poezję.
Nie sposób też zapomnieć tu o Brytyjczykach. I to nie tylko o „Beatlesach”, którzy sami w sobie byli fenomenem kulturo-twórczym, czy o „Rolling Stonesach”, stanowiących diaboliczne alter ego słodkich i ulizanych (w pewnym okresie) Liverpoolczyków, i już wówczas definiujących kanon rockowej „kapeli”. To właśnie głównie oni byli odpowiedzialni za tzw. British Invasion, a obok nich inni: „Yardbirds”, „Kinks”, „Animals”, „Manfred Mann”, „Fleetwood Mac”… Przed okrutnymi podatkami z Wysp uciekli również wtedy np. Elton John czy Rod Stewart. W cenie były niezapomniane zespoły wygrywające piorunującą mieszankę rocka i bluesa: „Cream” (Eric Clapton), „Led Zeppelin”, grupy Steviego Winwooda„Traffic”, „Spencer Davis Group”, „Blind Faith”; dalej, hard-rockowe formacje – „Deep Purple”, „Black Sabbath”, „Uriah Heep”, „T. Rex”… Znakomicie łączyli bluesa i rocka, folk i country „Allman Brothers Band”, później „The Eagles” czy „ZZ Top” – grupy amerykańskie z krwi i kości. W Stanach głośno też było o „Steppenwolf”, „Lynard Skynard”, „Grand Funk”
Oddzielnie i z niejakim namaszczeniem wypada wspomnieć  grupach odpowiedzialnych we wczesnych latach 70-tych za stworzenie nurtu zwanego art-rockiem. A więc rock traktowany stricte jako sztuka: rozbudowane aranżacje, wzbogacone instrumentarium, poetyckie teksty, formy rozwijające się w suity. Odbywało się to za sprawą takich formacji, jak „Yes”, „Genesis”, „King Crimson”, „Pink Floyd”, „Emerson, Lake & Palmer”. Tak, to były dla rocka lata zaiste szczerozłote.


Zdecydowana większość tych wykonawców, których wymieniłem, nie tylko utrzymała się na powierzchni do dzisiaj*, ale z powodzeniem konkuruje z młodą rockowa generacją: mają swoich odbiorców nie tylko wśród rozsentymentalizowanych i nostalgizujących (późnych) 30-latków, ale i również wśród zupełnych jeszcze małolatów. Nie dali zepchnąć się w odstawkę, grają swoją muzykę bez kompleksów starych stetryczałych dziadygów. W Polsce ukuto dla naszych krajowych stworzeń tego typu nazwę „dinozaury”. Ale tych gadów już przecież nie ma – wyginęły bez (bardziej widocznych) śladów lub zastygły, spetryfikowane na wieki wieków w skałach. Tego nie da się powiedzieć o rockowych weteranach, którzy stale są gorący tak, jak gorąca jest ich muzyka.
No więc tak się właściwie sprawy mają. Rzućmy okiem na tę moją wyliczankę. „The Who”. Kilka razy zebrali się w latach 80-tych by dać parę bardzo dobrych koncertów. Roger Daltrey nic nie stracił ze swej ikry – śpiewał znakomicie. Jednak razem wygrywali swoje stare nuty. Tym kto stworzył coś nowego – ale firmując to już własnym nazwiskiem – był muzyczny lider grupy Pete Townshend. „Greateful Dead” mają się cały czas znakomicie (niedawno z koncertem w Chicago). Ten zespół to już „instytucja” i to prężnie działająca. Wielu nie waha się ich nazwać amerykańską grupą Nr 1. Również „Lynard Skynard” (aczkolwiek przetrzebieni) wyszli niedawno ze studia z nowymi nagraniami. Ciągle robi to też kapela o nazwie „Chicago” (z 21 płytami na swoim koncie).
Carlos Santana ma swoich stałych, wysmakowanych zwolenników. Co jakiś czas wydaje albumy, na których nie brak perełek – ten znakomity muzyk i gitarzysta nie daje zapomnieć o tych swoich pięknych, melodyjnych, krystalicznie czystych gitarowych solach i gorącym rytmie. Również ostatnimi laty wiele razy rozlegały się w salach koncertowych niepowtarzalne harmonie Crosby’ego, Stillsa i Nasha. Ale najśmielej z wszystkich poczyna sobie Neil Young. Uważany za ostoję (bastion raczej) tego mainstreamowego, krwistego rocka, daje płomienne koncerty. Jego niedawny album „Freedom” przywitały pienia aprobaty i zachwytu. Całkiem zasłużenie.

Joe Cocker

Specjalne słowa uznania chciałbym zatrzymać dla Joego Cockera. Któż z nas nie pamięta jego niesamowitego występu na Woodstock? Do dzisiaj poraża ta naprawdę genialna interpretacja beatelsowskiej piosenki „With a Little Help From My Friends”. Jednak tym, co najbardziej imponuje u Cockera, to jego nie tak dawny, tryumfalny comeback po kilkunastu latach milczenia i dramatycznej walki z alkoholizmem. Posłuchajcie albumów „Unchain My Heart” lub „One Night of Sin”. Przyznacie, że nagromadzonym tam ładunkiem emocji, można obdzielić płyt kilkanaście.

Jednak nie wszyscy idą naprzód. Wielu odcina kupony ze swojej dawnej chwały, sławy i świetności. „The Byrds”, „Black Sabbath”, „Nazareth”, „Uriah Heep”, „The Moody Blues”… wypadają niestety na koncertach jak pogrobowcy swoich własnych cieni. Szczególnie boli to w przypadku Boba Dylana. Dzieje się z nim coś niedobrego. Dowodem na to jego ostatnie wystąpienia. Mam nadzieję, że nagrana przez niego dwa lata temu płyta „Oh Mercy” nie będzie jego ostatnim – gorzkim i melancholijnym (wes)tchnieniem.
Próbowali nagrywać coś „Deep Purple”, najczęściej nowe wersje własnych utworów sprzed lat. Ale nie miało to blasku. Już lepiej im wychodziło w mutacji „Whitesnake”. Ozzy Osbourne (ex „Black Sabbath”) znalazł sporą grupę wiernych odbiorców wśród co nieco zblazowanych metalowych małolatów. ale to, co wyprawiają np. z Alicem Cooperem zupełnie nie trafia mi do przekonania – i to nie tylko z powodu chorobliwej estetyki tego, czym się otaczając, tworząc swój dziwaczny jednak, „gotycki” image.

Lecz porzućmy jednak ten niezbyt radosny margines i powróćmy na jaśniejsze terytoria rockowej sceny. Z Beatlesów w najlepszej formie (jak zwykle od rozpadu grupy) jest Paul Mc Cartney. Na jego ubiegłoroczny występ w Chicago biletów nie uświadczyło się już na kilkanaście tygodni przez koncertem. Z materiału nagranego podczas tegorocznego tournee Mc Cartney był na tyle zadowlony, że wydał to na płycie. Parę miesięcy temu, z samą gitarą akustyczną wstąpił – tak jakby od niechcenia – na godzinkę do studia MTV, zaśpiewał kilka piosenek, co natychmiast wydano na kompakcie, a krytycy z miejsca przykleili na tym maksymalną ilość gwiazdek.
George Harrison wystąpił zaś w czymś zupełnie niewiarygodnym pt. „Traveling Willburys”. W formacji tej – wraz z innymi kombatantami rocka (tak zasłużonymi, jak: Bob Dylan, Roy Orbison, Tom Petty i Jeff Lynne) nagrał dwa albumy, na których radość z grania i śpiewania konkuruje z prostotą i bezpretensjonalnością. Całość przypomina spotkanie starych kumpli po fachu, którzy zebrali się, by powspominać dawne dobre czasy.
„The Rolling Stones” zapisali się już w historii tym chociażby, że grali w niezmienionym od tylu lat, że pobili tym rekord. Podobno rozeszli się po ostatnim, niezbyt udanym tournee, ale ja w to nie wierzę. Kiedyś pewnie znów zobaczymy siwego Wattsa, zdartego Richardsa i niezmordowanego Jaggera wykrzykującego: „I know it’s only rock’n’roll, but I like it!”.

Ze starego „Zeppelina” najbardziej aktywny jest Robert Plant. Z „Genesis”Phil Collins oczywiście wiedzie prym wśród twórców rockowej ballady, choć przecież wielką karierę solową kompozytora i wykonawcy zrobił także związany z tym legendarnym zespołem, Peter Gabriel. Z „The Eagles” najbardziej powiodło się Donowi Henleyowi, choć i Glen Frey miał swoje sukcesy. „Allman Brothers” na początku ubiegłej dekady dawali wspaniałe koncerty, teraz znów są w trasie. Mimo, że nigdy nie będą tym, czym byli z Duanem Allmanem, nadal potrafią zagrać ze znakomitym feelingiem (patrz: tegoroczne tournee i płyta „Seven Turns”). Jednak najbardziej robi wrażenie to, co robią starzy blues-rockowi wyjadacze z Teksasu: „ZZ Top” – fantastyczne koncerty i albumy z tym ich ciężkim a zarazem melodyjnym brzmieniem (świeży krążek „Recycler”).

Eric Clapton

Eric Clapton był ciągle w formie zwyżkującej (dowód: jego ostatnie koncerty i rewelacyjna moim zdaniem płyta „Journeyman”). Także Steve Winwood (nota bene kolega Claptona z „Blind Faith”) święci tryumfy, nie tylko wśród uwielbiających go yuppies. Jego „Back in the Highlife” został przez fachowców uznany za jeden z najlepszych albumów lat 80-tych. (Parę tygodni temu dał świetny koncert w Chicago.)
Imponująco dał nam o sobie znać w ubiegłym roku Roger Waters (ex „Pink Floyd” naturalnie) spektakularnym widowiskiem laserowo-muzycznym „The Wall” w Berlinie, wykorzystując muzykę ze słynnego podwójnego albumu grupy macierzystej sprzed lat 10-ciu. David Gilmour zaś firmuje się nazwą „Pink Floyd” mimo, że bez Watersa i Baretta. Ale na szczęście ni gubi tak bardzo tego niezapomnianego brzmienia Pink Floydów, czego można posłuchać np. na „Delicate Sound of Thunder”.
Sensacyjnie wręcz zapowiada się reunifikacja wszystkich (ośmiu!) byłych członków „Yes”, łącznie więc z tymi kluczowymi: Wakemanem i Brufordem. Czy nie będzie to rozczarowanie, będziemy się mogli wkrótce przekonać, słuchając ich za parę tygodni na koncercie w Chicago. Podobnie będziemy mogli niedługo sprawdzić, jak się prezentuje i gra dzisiaj kultowe niemal trio „Emerson, Lake & Palmer”.
No, może dość tego! Nie sposób tu bowiem wymienić tych wszystkich, którzy na przekór czasowi (i czasom) robią „swoje”. Można by także wiele dobrego napisać np. o ognistej „babci” Tinie Turner, „Fleetwood Mac”, Eltonie Johnie, Rodzie Stewarcie, Jeffie Becku, „Rush”… Dzięki nim ma szansę przetrwać w rocku to, co najlepsze i najcenniejsze. Jestem pewien, że za lat 10 – może nawet 20? – znów będzie można o nich napisać: „Still Rocking After All These Years”.

* UWAGA: Może to niektórych zdziwić, ale artykuł ten napisany został ponad 20 lat temu (opublikował go w maju 1991 r. „Dziennik Chicagowski”). A zdziwienie oczywiście może się brać także stąd, że jest on na swój sposób nadal aktualny. Bowiem większość wymienionych w nim zespołów i wykonawców w dalszym ciągu koncertuje, wydaje nowe płyty i nie myśli schodzić ze sceny (swoją drogą ciekaw jestem, czy na swoje 50-lecie istnienia, wystąpią Stonesi). Wypada im tylko wszystkim życzyć: Rock on, guys! The show must go on!

A w ramach dopisku, krótka notka zapisana po obejrzeniu filmu Martina Scorsesego, ukazującego koncert Stonesów z 2008 roku:

*

JĘZYK MICKA JAGGERA (O filmie Martina Scorsesego „The Rolling Stones – Shine a Light”)

Christina Aguilera i Mick Jagger

Widziałem dzisiaj najnowszy film Martina Scorsese „Shine a Light”, będący zapisem jednego z ostatnich koncertów „Rolling Stonesów”. Sala była pusta ale obok mnie usiadły trzy siedemdziesięcioletnie kobiety. Nie tylko nie zasnęły, ale nawet przytupywały wtórując szalejącym na scenie dziadkom. Nie jest tak źle, pomyślałem. A mówią że świat zmierza ku zagładzie.

Gdzie te czasy kiedy uważano, ze ktoś jest too old to rock’n’roll, too young to die?  Jak widać na przykładzie Stonesów, na rock’n’rolla nigdy nie jest się za starym. Rockowy czad, twarze poryte zmarszczkami… kto by pomyślał, że to może iść ze sobą w parze?
Rock się obronił! Rock żyje! Rock will never die! – deklarują (zwykle bardzo głośno) ci, którzy mają już szósty czy nawet siódmy krzyżyk na karku, ale ani myślący schodzić ze sceny.

Na czym polega fenomen rocka? Skąd wynika jego żywotność?
Z pewnością nie z ideologii, która nota bene zmieniała się na przestrzeni lat, a była po kolei wszystkim: kwiecistą utopią, naiwnym rebelianctwem, buntowniczą kontestacją, narkotycznym eskapizmem, wulgarną prowokacją, straceńczym nihilizmem, awanturniczym ekscesem… i Bóg raczy wiedzieć czym jeszcze! Rock się trzyma dzięki swojej pierwotnej, ekstatycznej sile, która eksploduje z samych trzewi rockmanów.
Właśnie! Rock jest czystą energią, jaka się wydziela w ludziach pod wpływem prostych a dobitnych środków: mocnego rytmu, krzykliwej wokalizy, motorycznego drive’u i ostrych gitarowych riffów, które niczym szamańskie zaklęcia wprowadzają ich w trans, wyzwalając przy tym moc nie znaną żadnej innej muzycznej ekspresji.

Zespół „The Rolling Stones” są genialnym uosobieniem tego, co przed chwilą napisałem o rocku i film Martina Scorsese „Shine a Light” (czyli „The Rolling Stones w blasku świateł”, bo pod takim bodajże tytułem wchodzi on właśnie na polskie ekrany), doskonale to potwierdza. Scorsese świetnie wie jak się robi filmy naładowane emocjami i energią (przypomnijmy sobie choćby jego „Taksówkarza” czy „Wściekłego Byka”). Miał też już do czynienia z dokumentacją innych koncertów (m. in. był jednym z operatorów kręcących słynny „Woodstock”, zrealizował też film z pożegnalnego koncertu legendarnego zespołu „The Band” – pamiętany do dzisiaj „The Last Waltz”). Tutaj utrwalił po prostu jeden z ostatnich koncertów „Stonesów” na taśmie filmowej, ale uczynił to tak, że mamy wrażenie, iż sami wchodzimy na scen – że oto Jagger, Richards, Wood i Watts grają tuż obok nas, są dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Najważniejsza w tym wszystkim jest muzyka i energia emanująca zwłaszcza z diabelnie dynamicznego Jaggera, który dokonuje na scenie rzeczy niewiarygodnych, o jakie nigdy nie podejrzewalibyśmy sześćdziesięciokilkuletniego seniora. Takiej kondycji mógłby mu pozazdrościć niejeden dwudziestolatek.
Kto pamięta niegdysiejsze ekscesy „Stonesów”? A zwłaszcza – kto obecnie ma im to za złe? Oto na ich koncert przychodzi dziś były prezydent Stanów Zjednoczonych Clinton. Wśród publiczności możemy również zobaczyć naszego byłego prezydenta Kwaśniewskiego, który być może zawitał tam w drodze na Filipiny – a może wracając już z Filipin?
Prezydenci na rockowym koncercie!? O czym to może świadczyć? Być może o tym, że w końcu i sam establishment dał się obłaskawić rockowi (bo raczej trudno sobie wyobrazić to, aby stało się coś wręcz odwrotnego). Rocka można ubrać w garnitur, zawiesić mu krawat, ale i tak w końcu pokaże on wszystkim czerwony jęzor Jaggera.

The Rolling Stones (Keith Richards w rockowym rozkroku)

*

Advertisements

Odpowiedzi: 48 to “WCIĄŻ SZALENI PO TYCH WSZYSTKICH LATACH…”

  1. jula :D Says:

    Czyli można by krzyczeć Rock and roll wiecznie żywy !!! …
    Jest niesiony swoja energia i jest dla każdego bez względu na wiek. :D
    Rock , to ten czas po II wojnie światowej !!! I bez względu na ideologię pod niego podpinana , subkulturę itd… Rock, to potęga żywotności, życia – to ta energia !!! .. Tak myślę . Była w Polsce w początku lat 90-tych ubiegłego wieku ;) na koncercie Tiny – to dopiero była energia i na Stonesach. :D
    Toczące się kamienie jak ich nazwa. ;)
    Pozdrawiam! ..
    Ps.
    Jednak lata 60-te, 70-te, to najlepsze czasy w świecie , była ta radość życia.

    • Logos Amicus Says:

      To prawda, lata 60-te i 70-te pełne były niezwykłości, także tych kolorowych i radosnych (choć, oczywiście, nie wszędzie)… no i był to czas naszego dzieciństwa i wczesnej młodości (mówię o moim pokoleniu) – co też nie jest bez znaczenia w sposobie, jaki te lata postrzegamy i wspominamy.
      No i jeszcze ten rock – często słyszało się wśród ludzi tego pokolenia stwierdzenie, że się na tej muzyce „wychowało” (co może jest przesadą, ale mówi dużo o pokoleniowym stosunku do rocka).

  2. dablju Says:

    To wszystko i wiele więcej, nadal słucham, oglądam, podziwiam..wyłamując się, już w szkole podstawowej z ówcześnie modnie brzmiących „moderntokingów”, „Kajagugów”, czy innych „kimwildów”…i dobrze mi tak! :)

    • Logos Amicus Says:

      No i dobrze, że dobrze Ci tak! :)

      PS. To, co ma w sobie autentyzm (energię, radość, spontaniczność…) zawsze się będzie przebijać do coraz to nowszych (młodszych) pokoleń. A wygląda na to, że rock niesie ze sobą wartości ponadpokoleniowe.

  3. admin Says:

    Dziś mam koncert legendy (polskiej legendy) na lokalnym małym „podwórku” :)
    Pozdrawiam, jestem pod oszałamiającym wrażeniem wszechstronności i pasji tworzenia, oraz totalnej umiejętności obserwacji autora tej strony :)
    Wizja nie tylko lokalna ….

  4. Ewa Says:

    No patrz, nie znałam tego (sprzed 20 lat) artykułu, a mam i czuję – to samo. Wciąż szalona; mimo że szron na głowie i nie to zdrowie… Miło było powspominać razem niegdysiejsze śniegi (te sprzed 40 lat) :)

    • Logos Amicus Says:

      No nie wiem Ewo, jak to się stało, ze tego artykułu nie znasz ;)

      PS. No nie wiem, czy takich Stonesów np. można przyrównać do niegdysiejszych śniegów, które przecież już całkiem rozpłynęły się i przepadły.

  5. ulotna_wiecznosc Says:

    I hipisi beda lysi….:)))))

  6. antico Says:

    Klasyczny rock i jego wszelkie odmiany to muzyka mojego życia, poprostu kocham to niesamowite brzmienie gitary, gdy słysze tych prekursorów dzisiejszego rock’a takich jak Led Zeppelin, AD/DC, Guns’n’Roses czy Black Sabbath i porównując ich do dzisiejszych wykonawców takich jak Joe Satriani, Kerry King oraz rzeszy kapel, w których brzmieniu słychać nutke rock’a aż się w oku łezka kręci…. rock jest chyba jednym z gatunków niewielu muzycznych, których doczekał się tak wielu odmian gatunkowych, z czego jedna z nich dziś uznawana jest za całkowicie odrębny gatunek muzyczny (mowa oczywiście o heavy metalu), począwszy od klasycznego rocka i hard rocka, przez prog rock, aż po współczesny punk rock czy indie rock….

    • Logos Amicus Says:

      Bez gitary w „klasycznym” rocku ani rusz!

      Najbardziej solidnymi prekursorami dzisiejszego rocka byli „Zeppelini”, także tego w wydaniu „hard”. To prawda, że z czasem rock wyewoluował w różnych kierunkach. Ale… nazewnictwo i podziały są w tym wszystkim mniej istotne. Liczy się energia, witalność i autentyzm – jak zresztą w każdej muzyce (choć akurat w rocku szczególnie).

  7. maria Says:

    Rozkrok Keitha Richards’a – bezcenny, aż chciałoby się krzyknąć : uważaj Keith, uważaj :) Wspomniałeś o pomarszczonych twarzach, ale jest coś fajnego w tych… dojrzałych twarzach rockmanów. Inaczej brzmią utwory śpiewane przez takich mężczyzn, a nawet wydaje się, że te same teksty mają drugie dno. Jest taki utwór Father & Son Cata Stevensa. Kiedy młody Stevens śpiewa jest synem, współczesny Cat (Yusuf Islam) już wciela się w rolę ojca : ‚Look at me, I am old, but I’m happy’. Czasami sobie słucham tego utworu w wykonaniu Yusufa Islama, jak chcę się trochę wzruszyć :)

    • Logos Amicus Says:

      Keith nie takie rzeczy z (roz)krokami wyprawiał ;)
      (Sorry za nizbyt wyszukny dowcip ;) )

      To prawda, że ta sama piosenka zmienia swoje znaczenie wraz z tym, jak my sami się zmieniamy (starzejąc się, czy też raczej dojrzewając ;) ). I odnosi się to nie tylko do słuchacza, ale i wykonawcy.
      A co do Cata Stevensa? Nagrał kilka znakomitych i niezapomnianych piosenek (spośród nich najbardziej lubię „Morning has Broken” i „Wild World”). A jak jego przejście na islam wpłynęło na jego muzyczna karirę? – to już inny temat.

      PS. Gwoli przypomnienia Cata dołączam clip z piosenką Stevensa, o której wspominasz (masz racje – jest bardzo refleksyjna):

      • maria Says:

        Moim Numerem 1 ( utwory Cata Stevensa) będzie zawsze: Hard Headed Woman. Jak on to śpiewa !!!

        • Logos Amicus Says:

          „Hard Headed Woman” to jedna z jego mniej znanych piosenek.
          A ja w międzyczasie, dzięki Twoim wspominkom natrafiłem na wersję „Father and Son” zaśpiewaną przez Stevensa, ale już przypruszonego siwizną – w wieku, a jakim są dziadkowie.
          Brzmi równie dobrze:

  8. Torlin Says:

    Nie pisałem u Ciebie, bo trudno przelać na ekran wszystkie zawiłości mojego myślenia. Bo cóż… Wszystkie te sławy są w mojej pamięci, i z tym właśnie jest kłopot.

    1. Nigdy nie lubiłem koncertów rockowych, jestem raczej słuchaczem, i dla mnie słuchanie wrzasku tłumu, przy którym nie słychać wykonawcy, nie jest żadnym przeżyciem. Tak marzyłem zobaczyć Zeppelinów, byłem na nich w Wiedniu w 1980 roku, tłok jak cholera, nic nie bylo słychać, w końcu ktoś rzucił petardą, zespół zszedł ze sceny, dopóki się ktoś nie przyzna… Porażka.

    2. Co za tym idzie nie chodzę na koncerty staruszków. Denerwuje mnie tendencja do nowego odczytywania starych utworów, ja wolę takie jak na płycie.

    3. Konflikty z nazwami też są denerwujące, Deep Purple jeździ zdaje się w dwóch składach o tej samej nazwie.

    4. Zawsze mnie zastanawiało, jak to jest. Od 1968 roku do 1972 śledziłem dwie podstawowe listy przebojów „Billboardu” i „New Musical Expressu”, znałem setki wykonawców, łącznie z niszowymi, a nigdy nie slyszałem o grupie „Yes”. Tak się zastanawiam, czy ten zespół nie zrobił sobie reklamy później, już w połowie lat 70.

    • Logos Amicus Says:

      Z pamięcią zwykle są kłopoty ;)
      Ale:

      1. Ja kiedyś bardzo lubiłem koncerty rockowe, teraz już jakby mniej, bo jednak sama muzyka jest dla mnie ważniejsza, niż zjawisko socjologiczne, jakim jest koncertowe zgromadzenie (a niestety, koncert stał się dla „fanów” bardziej takim zgromadzeniem, niż wydarzeniem muzycznym). Jeśli wybierałem się na koncert, to starałem się znaleźć jak najbliżej muzyków (wtedy mogłem odebrać koncert bardziej bezpośrednio, „na żywo” właśnie). Natomiast kiedy byłem zbyt daleko od sceny, to miałem wrażenie, że oglądam coś, co dzieje się gdzie indziej (wtedy samego zespołu zbyt dobrze się nie widzi – i człowiek zmuszony jest gapić się na telebimy, a to już jednak nie to samo, co kontakt bezpośredni).

      2. Brzmienie koncertowe jest jednak inne (ma to też swoje zalety). I nie nazywałbym weteranów rocka „staruszkami”, bo często mają w sobie więcej wigoru, niż niejeden dwudziesto- czy trzydziesto-latek (vide: Jagger). Ale masz rację: często powielanie tego samego kawałka (na koncercie) może się stać nudne (nie mówiąc już o tym, że mało kreatywne).

      3. Nie wiem czy w tym samym czasie koncertują/koncertowały dwie kapele o nazwie „Deep Purple”. Ja widziałem ich (i słyszałem) na koncercie w składzie jak najbardziej oryginalnym: Ian Gillan, Jon Lord, Roger Glover, Ian Paice, Steve Morse (niestety Richiego Blackmoore’a już z zespołem wtedy nie było).

      4. Być może nie słyszałeś o „Yes” dlatego, że utwory tej grupy zaczęły pojawiać się na tych listach dopiero po wydaniu „The Yes Album” (tą właśnie płytą zwrócili oni na siebie po raz pierwszy uwagę „szerszej” publiczności), a i tak zbyt wysoko nie docierały. Prawdziwy rozkwit „progresywnego” rocka nastąpił dopiero w pierwszej połowie lat 70-tych.

  9. Simply Says:

    Tak sobie czytam i zachodzę w głowe -WTF? ,,Oh Mercy ” Dylana sprzed dwóch lat? No ale wszystko się w finale wyjaśnia :)
    W ciągu ostatnich 2-3 lat mieliśmy przykłady rewelacyjnej formy niektórych muzycznych weteranów, przede wszystkim kompozytorskiej. Ostatnie nagrania studyjne Neila Younga, Toma Waitsa, Paula Simona, czy Uriah Heep ( sic! ) nie ustępują tym z okresu dawnej świetności. Dla mnie to jest najważniejszym miernikiem poziomu danego wykonawcy – na pewno nie łapią się tu aktywni koncertowo odcinacze kuponów , jak Deep Purple, czy Paul McCartney, bądż wtórni kanibale pokroju Yes.
    Pisząc w 1991 z jakichś powodów nie uwzględniłes King Crimson, których come back na początku lat 80-tych zaowocował co najmniej jedną genialną płytą( Discipline ), a przede wszystkim objawił się w muzyce zaskakująco świeżej na tamten moment i nie żerującej na przebrzmiałych rozwiązaniach sprzed lat, jak w wypadku ówczesnych Yes, EL&P, czy Jethro Tull .
    PS. Też bardzo lubię Cata Stevensa ( Jusufa Islama ) zwłaszcza za poetycką nekrofilię ,, Lady D’Arbanville”. Jego przejście na islam było świadomym wyborem, a nie fanaberią, trzeba to uszanowac. On nadal koncertuje, głos mu się nie zmienił, ale juz takich fajnych piosenek nie komponuje.

    • Logos Amicus Says:

      Nie uwzględniłem King Crimson bo akurat w tamtym czasie nie koncertowali w moich okolicach i tak jakoś umknęli mojej uwadze. Niepotrzebnie, bo na pewno zasługiwali na konkretną wzmiankę.
      Właściwie, to wszyscy, których wymieniłem, odcinali kupony ze swojej dawnej świetności/sławy – grali przede wszystkim stare, sprawdzone „kawałki” (teraz widzę to wyraźniej niż wtedy), ale mnie to wcale nie przeszkadzało, bo ich muzykę w czasach mojej wczesnej młodości uwielbiałem i oto miałem nagle okazję posłuchać tego (i zobaczyć to) na żywo – wiec byłem szczęśliwy :)
      Z tego co słyszę, do dzisiaj bardzo twórczy jest też Bob Dylan (jego ostatnia płyta „Tempest” jest wg mnie świetna), nadal potrafi zaskoczyć Tom Waits, ale reszta… raczej cicho o ich nowych dokonaniach.
      Złota epoka „dinozaurów to był jednak przełom lat 80-tych i 90-tych. Choć jak później chcieli koncertować, to ludzie nadal walili drzwiami i oknami, aby ich posłuchać.

  10. Simply Says:

    Nowy Dylan znakomity. Zresztą, jego dobra passa trwa od jakichś 15 lat – tak od płyty ,,Time Out of Mind” z 97.
    Gorąco polecam jego autobiografią ,,My Chronicles”.
    PS. W 91-tym King Crimson nie mógł koncertowac w Twoich stronach, bo … nie istniał. Po reaktywacji w 81-tym i nagraniu trzech płyt, Fripp rozwiązał formację w 84-tym. Zespól powrócil w rozbudowanym składzie w 94-tym i na wejściu przywalił kolejnym arcydziełem ( ,, Thrak”).
    PS 2 Jak chodzi o muzycznych mastodontów, to czekam na nowy studyjny Black Sabbath, w prawie całym pierwotnym składzie (bez Billa Warda). Materiał już nagrali, płyta ma wyjśc w tym roku, ale nie znam daty premiery. Cudu się nie spodziewam, ale…

    • Logos Amicus Says:

      Co do Dylana – byłem kiedyś bardzo blisko od zrobienia wywiadu z nim (to było chyba w 1991 roku). Wszystko było nagrane (wywiad miał się odbyć po jego koncercie w Chicago Theatre), tyle że Dylan okazał się… niedysponowany (innymi słowy: za bardzo się naćpał ;))
      Dylan zawsze był dla mnie czymś więcej niż muzykiem. Był – kto wie, czy nie przede wszystkim – poetą. Mam prawie wszystkie jego płyty. „Kroniki” czytałem – miałem nadzieję na dalsze części, ale jakoś ich nie widać.
      Co do King Crimson – racja. Ich reunion miało miejsce po tym, jak napisałem powyższy artykuł.
      Dla mnie prawdziwy Black Sabbath to są ich początki. Później Ozzy nigdy nie wzbudzał we mnie większego zachwytu, nie tylko dlatego, że zaczął się bawić w jakieś wątpliwej jakości telewizyjne shows.
      Natomiast zawsze lubiłem słuchać Claptona – mimo jego ciągłych ukłonów wobec komercji, zawsze jednak pozostawał sobą (to jest jednak znakomity muzyk – zarówno gitarzysta, jak i kompozytor). Podobnie Carlos Santana.

  11. Simply Says:

    Dla mnie też Bob Dylan to postac szalenie ważna, taki stały , jasny punkt, żeby się nie zgubic :D
    Lubię słuchac jego płyt z outcastami, tam można autentyczne perły trafic.Dylan słynąl zawsze z tego, ze na wielu płytach wolał zamieszczac utwory przeciętne, kosztem tych na prawdę znakomitych, które lądowały w archiwach i ukazywały się dopiero po latach na wydawnictwach z sesyjnymi odrzutami – jak chocby ,, Carribean Wind” z sesji ,Shot of Love”, czy ,, Series of Derams” i akustyczna ,, Dignity”, które nie załapały się na ,, Oh Mercy”.
    Ale najczęściej wracam do ,, Desire” i ,, Blood on the Tracks”.
    Za Claptonem i Santaną jakoś nie przepadam, szanuję oczywiście, ale nie kocham. Clapton jest taki akuratny i poprawny, jak dla mnie brakuje mu pewnego specyficznego typu energii, którą posiadał chocby Jimmy Page – od 2008 Sir James, nobilitowany przez królową brytyjską.
    Clapton zbudował swój sound na tym, co zerżnął z J.J. Cale, Page na początku też haratał z Berta Jansha i czarnych bluesmanów, ale szybko wykształcił własne, oryginalne brzmienie, tak elektryczne, jak akustyczne, no i był genialnym producentem – każda płyta Led Zeppelin to potwierdza.
    Santana, to mi się najbardziej podobał na Woodstocku – jego ,, Soul Sacrifice” to dla mnie najbardziej magiczny moment tego festiwalu.

    • Logos Amicus Says:

      Lubię „Desire”, sentyment mam do „Slow Train Coming”… Ale także do „Blond on Blond”, „Oh Mercy”, „Blood on the Tracks”. Bootlegi Dylana to zupełnie osobna historia, zapoczątkowana „The Great White Wonder”. (Nawet oficjalne „The Basmenet Tapes” bazowały niejako na tym fenomenie.)

      Claptona lubiłem od zawsze. Najbardziej oczywiście podoba mi się w wersji zbliżonej do surowego, pierwotnego bluesa i czystego rocka – a tak było w początkach jego kariery („The Yardbirds”, a przede wszystkim „Cream”). Później rzeczywiście stał się bardziej „uładzony”, poszedł w kierunku pop, ale moim zdaniem zawsze trzymał swoją klasę.
      Page’a bardzo cenię – chyba bardziej jako kompozytora, niż gitarzystę (nie zawsze grał czysto). Ale to prawda: w „Led Zeppelin” zawsze najbardziej liczyła się rockowa energia, no i fantastyczny wokal Planta (dla mnie to wokalista Nr 1 w historii rocka, podobnie jak Nr 1 w tej historii jest „Led Zeppelin” – w kategorii rockowych kapel. Stawiam ich nawet wyżej od Stonesów, którzy byli jednak bliżej rock’n’rolla, niż solidnego rocka.)

      Santanę bardzo lubię i bardzo cenię. Wprowadził do rocka brzmienie latynoskie, trochę rock łagodzące, ale jednak wzbogacające melodyjnie i aranżacyjnie. Poza tym jest on świetnym gitarzystą, jego gra jest krystalicznie czysta, jego solówki mają piękną frazę i urzekającą melodię (te jego słynne wolne „kawałki”: „Samba Pa Ti”, „Europa”, „Moonflower”… etc.) A jego występ na Woodstock był genialny (podobnie zresztą, jak Joe Cockera czy „Ten Years After”).

      Wszyscy biali gitarzyści bluesowi „zżynali” z czarnych bluesmanów i nigdy się zresztą z tym nie kryli. Wręcz przeciwnie: bardzo często podkreślali swoją inspirację nimi. Clapton też nie uciekał od skojarzeń z J. J. Calem, czego kulminacją były ich wspólne nagrania, których można posłuchać na nagranej nie tak dawno płycie „The Road to Escondido”.

  12. Simply Says:

    Zmarł Lou Reed….

  13. Simply Says:

    Wyobraź sobie, moja urocza Pani obrońco, że jestem dziś melancholijnie grzeczny i raczej nic tego nie zmieni.

    • sarna Says:

      :)
      Simply skąd taka znajomość muzyki? Większość nas, laików potrafi powiedzieć, czego lubi słuchać, ale nie potrafimy porównać warsztatu wykonawców. W dodatku te muzyczne terminy – to Twoja pasja czy coś więcej?

  14. Simply Says:

    Dużo słucham… bardzo różnych rzeczy. Od dawna. Nie gram na instrumencie. Trochę śpiewam, ale tak ‚sportowo’, że się tak wyrażę.

  15. Julka Says:

    Bardzo żałuję, że nie urodziłam się w latach, kiedy wszyscy wymienieni przez pana Stanisława muzycy grali i śpiewali.
    Ech, i „Dzieci Kwiaty”. No niech pomyślę… a może założę hipisowską komunę?:)

    Tak naprawdę jest mi bliższa muzyka elektroniczna: industrial, ambient, dark ambient, muzyka gotycka, ale najróżniejszych odmian rocka słucham często, no i bluesa, i popu, i klezmer jazz lubię:) No i kocham koncerty, często na nich bywam.

    Może dodam jeszcze artystę, który zawsze był i nadal jest bardzo elegancki i uwodzicielski:) No i zawsze w otoczeniu pięknych Kobiet:) Brian Ferry. Lubię jego pop, ten z zespołem Roxy Music, i dokonania solowe.
    To tyle w tym temacie. Bardzo przepraszam za błędy, wiem, że piszę z błędami, ale proszę o wybaczenie. Język polski jest trudny, a uczę się go dopiero od dziewięciu lat, i mam kłopoty, zwłaszcza z interpunkcją.
    Miłego wieczoru.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Muszę przyznać, że też nie załapałem się na epokę „Dzieci Kwiatów” (które były ode mnie 10 – 15 lat starsze) ale ta epoka mnie we wczesnej młodości uwiodła – a raczej uwiodła mnie jej muzyka (np. Woodstock, o którym pisałem TUTAJ).
      Rock, blues-rock to muzyka na której „wyrosłem”, później przyszedł czas na jazz, a także muzykę klasyczną.
      Ale rocka i bluesa słucham do dziś. Pop zresztą też leci czasem w moim samochodzie ;)

      „Deep Purple” to był zespół z czołówki rocka lat 70-tych, ale ja najbardziej ceniłem jednak (i cenię nadal) „Led Zeppelin”. Bardzo lubię „Perfect Strangers” – kawałek, który zamieściłaś powyżej. Pochodzi on z późniejszego okresu, kiedy „Deep Purple” starali się jakoś tego swojego rocka bardziej wyrafinować – wzbogacić brzmieniowo, instrumentalnie.

      Kiedyś też często chodziłem na koncerty (i pisałem o nich w prasie – spróbuję to kiedyś wygrzebać, bo dotyczy kapel, które zapisały się w historii rocka). Ostatnio jednak preferuję imprezy muzyczne bardziej kameralne.

      Jeśli chodzi o „Roxy Music” to zespół ten poznałem dzięki temu:

      Lubię też wersję Ferry’ego „Jealous Guy” Lennona:

      A po polsku piszesz świetnie (nigdy bym się nie domyślił, że nie jesteś Polką i naszego języka uczysz się dopiero od 9 lat. (No, chyba, że mnie „bujasz” ;) )
      Jeśli to prawda, to jakie są Twoje korzenie?

      Pozdrawiam

      • Julka Says:

        Witam:)
        Dziękuję za miłe słowa dotyczące mojej pisowni. Nie rozumiem też wszystkich słów, a zwłaszcza no takich różnych skrótów, którymi piszą internauci no i też polskich słów a szczególnie „brzydkich” jak nazwała moje koleżanka, Polka :)
        Właśnie zapytałam ją co znaczy” bujasz” bo nie wiedziałam, no i to znaczy,że coś jest nieprawdą, tak? No jeśli tak, to piszę prawdę, ale w moich żyłach płyną też kropelki polskiej krwi, a poza nią jeszcze chyba 5 innych, a może znalazło by się więcej? :) Musze poszukać.

        Podziwiam nadal wszystkie zamieszczone przez pana zdjęcia, no cudowne są, a zwłaszcza zdjęcia Kobiet i Tybet, buddyjskie klimaty, to mnie bardzo interesuje.

        Żeby pozostać w klimacie muzycznym wrzucę coś z dawnych lat, też lubię, no różnej muzyki słucham :)

        Candi Staton

        Może jeszcze „Down in the Valley” – utwór jest znany z wykonania rhythm and bluesowej formacji The Artwoods, ale dziś… Salomon Burke:)

        No a na dobranoc…
        Brian Eno..:)

        Pozdrawiam

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      A tak jeszcze dzisiaj w nocy to mi się przyplątało do głowy ;)

      • Julka Says:

        No i mnie coś się przypomniało:) polski akcent muzyczny, no kocham piosenki pani Miry i jest mi bardzo smutno, że nie zdążyłam być na Jej koncercie…

        Dobrej Nocki:)

  16. Beata Says:

    muzyka wiecznie żywa, tu akurat piszesz o rock & roll’u, artykuł wraz z komentarzami fajny, odświeżył mi temat, świetnie poczytać uwagi ludzi, którzy słuchając muzyki mają dużo do powiedzenia i faktami strzelają jak z karabinu, zarówno bez muzy jak i książek nie wyobrażam sobie codzienności, nie zapominając o filmie i innych dziedzinach sztuki ma się rozumieć :)
    pozdrawiam gorąco nie letnio

    • Julka Says:

      Ojejku, jejku!
      Co ja narobiłam Dzięki pani Beatce zauważyłam, że wyżej odbiegłam od tematu o rock & roll’u.
      Bardzo przepraszam.Jeśli przeszkadza to pan Stanisław usunie moje wpisy.Żeby troszeczkę naprawić błąd wspomnę o amerykańskim zespole The Velvet Underground. Uwielbiam wszystkie ich płyty, a także solowe płyty nieżyjącego już niestety L.Reeda.Czy VU mają w Polsce fanów?Nie wiem.No ja jestem zakochana w ich utworach:) Najpopularniejsza to chyba płyta z „bananem”:)

  17. Art Says:

    Niektórzy artyści w tym również polscy (Rodowicz, Krawczyk) powinni zejść ze sceny, udać się na artystyczną emeryturę!
    Problem jedynie w tym, że nie ma kto ich zastąpić. Ostatecznie trudno wybrać między żywymi dinozaurami PRL-owskiego szoł biznesu a współczesnymi kiczowatymi lolitami i innymi „dodami”.
    Pozdr.

  18. Simply Says:

    I love smell of dynamite in the morning !

  19. Stanisław Błaszczyna Says:

    Jest okazja by odkurzyć sobie własną kolekcję Dylana :)

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2016/10/fil_1755.jpg?w=780


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s