WIERSZEM PO KRYTYKACH (Więcej niż kino: „Pan Tadeusz”)

*

*

Mimo iż nie jest dzisiaj „trendy”, by wracać do tzw. literatury „narodowej” – również dość wstydliwe stało się przyznawanie do jakichkolwiek uczuć patriotycznych, do nostalgii za ojczystym krajem – to jednak spróbujmy choć na chwilę zająć się raz jeszcze Mickiewiczowskim „Panem Tadeuszem”. A okazją po temu niechaj będzie przypomnienie sobie ekranizacji dzieła naszego wieszcza narodowego dokonanej swego czasu przez „narodowego” reżysera Andrzeja Wajdę. Przypomina mi się tutaj premiera „Pana Tadeusza” Wajdy na ziemi amerykańskiej, która miała miejsce w znanym w Chicago Centrum Kopernikowskim. Film wówczas odebrano bez mała entuzjastycznie. Pamiętam, jak kontrastowało to z reakcją niektórych polskich krytyków, którzy film okrutnie „zjechali”. Moim zdaniem niesłusznie. Co ciekawe, bardziej atakowali oni dzieło Mickiewicza, niż sam film Wajdy.

Pomyślałem sobie wówczas, aby zamiast zwykłej recenzji, „przejechać” się z kolei po tych wszystkich krytykach wierszem.

*

Czy warto polemizować z tymi krytykami?
Wszak z emocjami trudno jest się wadzić,
Podobnie jak z gustami; bo przecież
Wokół siebie każdy to, co chce zobaczy,
Lubo trochę nieba, tudzież świat sobaczy.
Raz się patrzy sercem, to znów przyrodzeniem,
Zrazu człek jest mądry, to znów bywa głup i ciele.

To nie tylko Schopenhauera są rojenia:
Zdrowy rozsądek kończy wszelkie nastrojenia.
Porywy serca i umysł zamglony,
Słodka melancholia, piękne filandrony…
To musi być szaleństwo, nierozsądne granie,
Puścić się na oślep – w obłokach bujanie!
Nie idzie w parze kalkulacja mądra
Z tym co się chce przeżyć bez cynika, bez Gombra
podobnie… kto chłodnym okiem krytyka poziera,
Ten pozbawia się drżenia, zachwytu, westchnienia.

Jaki zaś był sam film? Czy ocena tu konieczna?
To wystawianie cezurek, ta krytyka wieczna?
Wajda jako Mistrz powszechnie uznany,
Nie potrzebuje obrony, na nic są tu komunały:
Pienia nad jego wielkością Reżyserską,
Nad szlachetnością wejrzenia, biegłą, pewną ręką,
Zostawmy fachowcom, analitykom, piewcom,
Co to się tylko swą erudycyją łechcą.

Patrzmy na obraz bez naszych uprzedzeń
A wręcz oczarowani możemy być przezeń
Tym łatwiej mogą nam przyjść zachwyty,
Iż w rzeczy samej film jest znakomity.
W zestawieniu z „Ogniem i mieczem” Hoffmana
„Pan Tadeusz” Wajdy to rzecz nader udana
Nie jakiś komiks historyczny, płaski,
Bez dobrej gry aktora, z kabaretu maski –
Usilny hymn własny Lachowego grodu,
Lecz z żywej tkanki duchowej narodu
Utkany przekaz szczerości, samego wigoru,
Kolorowy i gorący – nie sztucznego wzoru.

Nie czas tu po temu, by zbijać zarzuty
Nie szczędzone dziełu, nie tylko przez filuty:
że Mickiewiczowski „Pan Tadeusz” jest niedoskonały?
że niekonsekwencje, błędy, tudzież dyrdymały?
Z jednej strony od arcydzieł był on wykadzany,
Z drugiej –
Przez innych wieszczów, niemal wyszydzany

„Czczenie wieprzów, a bicie się na maczugi”-
Pisał to Słowacki, tak przecie ceniony.
„Czekają aż Francuzi zrobią im Ojczyznę”-
Wtórował mu Norwid, też niepocieszony.

Przerósł wszystkich Gombrowicz, ten obrazoburca
Diaboliczny ów pisarz myślą ostrą jak brzytwa
Poprzecinał niejedne polsko-sztandarowe gusła.
Z flag, symboli, świętości – z tej polskiej legendy,
Szyjąc majtki dziecinne, przyprawiając gęby.
Z „Ferdydurke” wyrosło to już słynne zdanie:
Dlaczego mam klękać, skąd to uwielbianie?
Skoro ja nie kocham – zachwyt też mi obcy
Dobre to dla Pimka – te beczenia owcy.
Może też i wielkie bogi te poety były,
Mocarne, ruszające z posad ziemskie bryły;
Ale ja w to nie wierzę, to mnie nie porusza,
Ja gwizdam, chromolę, czkniam i się osuszam.

Co tu rzec na takowe dictum
Gombrowicza – skądinąd geniusza;
Chyba tylko odwracając richtung:
Jak się mam nie wzruszać, skoro się tak wzruszam?

Lecz dość tych dygresji, wróćmy do meritum:
Zarzuty Mickiewiczowi – zostańmy już przy tem.
Raz – te niekonsekwencje, dwa – antybohatery,
Dwuznaczności, uchybienia i nie bez kozery
Wytykano poecie rój person bez liku –
I jak tu wznieść ducha nad to panopticum?

Tadeusz – mówiono – to gamoń, niecnota,
Ledwie zoczy halkę, już go ma ochota.
Niby to się kocha w Zosi, a śpi z Telimeną,
Nic się w szkołach nie zuczył, został trochę mendą
Telimena? – Ach, to nimfomanka i czcza latawica,
Oraz – jak pisał Norwid – „moskiewska metresa”
Jedynym jej usprawiedliwieniem to, że była ładna:
„Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną”.

Zosia zaś to cielątko boże – płoche i niewinne,
Ciągle w negliżu – wśród kwiatków, motylków,
Ale też i… zwinne.
Cnota jej trzymana była pod zamknięciem
Przez ciotkę ladacznicę, która miała wzięcie.
Ale dziewczę dość smutne obiecuje poprawę:
Niech no się tylko z ludziskami pobawię.

Hrabia – to dziwak poczciwy, birbant i galancik,
Artystowski duszek, dandys, aczkolwiek palancik;
Uwielbia szkice, widoczki – takoż polowanie,
Natura, kobiety i piórko – jego miłowaniem.

Sędzia to niby zdrój, co pełen jest świętości,
Mądrości, cnót skarbnica, summa szlachetności,
Bez mrugnięcia okiem majątek sąsiada
grabi…
i w dobrej komitywie z Ruskimi zasiada.

Czy to jest naszego wieszcza ironia gorzkawa?
żart, dowcip, kpina – ta dwuznaczna oprawa.
Z jednej strony bohatery to łotry i dranie
Z drugiej – piękni, kochani, kolorowi, wprost łanie…

Weźmy jeszcze innych:
Ksiądz Robak pod kapturem skrywa tajemnice –
On wie jakie to zbrodnie ciążą na Soplicy.
Bardziej żołnierz, niźli mnich pokorny,
skruszony;
Kogo mogą zmylić te święte androny?
Były łotr, hulaka, warchoł i choleryk,
Czy widział ktoś, aby tak wyglądał kleryk?
Tu znów ta poety ironia wyziera –
Z wroga swego rodu robić bohatera.
Świętym – morderca, drań, nicpoń pieniaczy?!
Psychiatra by westchnął – cóż to wszystko znaczy?

Gerwazy to kolejny jest typ psychopaty –
Mściciel maniakalny, klucznik kostropaty.
Do podjudzania pierwszy, ostatni do zgody,
Blizny jego straszą od łysin do brody.
Seryjny zabójca, chełpi się w ordynku:
Dwóch Sopliców ściął w kłótni, dwóch na pojedynku.
Jakby tego było mało temu śmierci siewcy,
Kolejnego Soplicę spalił w szopie żywcem.

Nic dziwnego, że każdy w zaścianku czy dworze
Uzbrojon po zęby – w krócice i noże.

Czy to możliwe, by w takiej scenerii,
W tym horrendum upiornym, niecnej menażerii,
Sielanka się nam śniła, serca się krzepiły,
Wzbudzając tęsknotę za krajem tak miłym?

To chyba jednak dowód, a nie podejrzenie:
Iż mocniejsze od prawdy jest wyobrażenie.

W filmie Wajdy udała się rzecz niesłychanie rzadka,
I ta klasa zachowana jest aż do ostatka:
W poemat prawie że z akcji wyzuty,
Tchnięto duszę widowiska, i choć były skróty
Zyskała dynamika, krwistość i kościstość
żaden teatr telewizji – jest to oczywistość.

O grze aktorskiej mówić, że jest koncertowa,
To być krok od banału – nie znaczące nic słowa.
Genialna jest gra Olbrychskiego, tudzież Seweryna;
I nie ważne – grają oni anioła, czy też sukinsyna.
Również Linda z Robakiem nieźle sobie radzi,
Choć mu Pasikowski z „Psami” akcją nie podkadzi.
Wajda: „Boguś to aktor bardzo utalentowany” –
Tym zdaniem każdy by się czuł ukontentowany.

Śliczna Bachleda – Curuś, dziewczę wdzięczne, młode,
Jest w filmie nie tylko przez wzgląd na urodę.
Pani Szapołowska zaś to kobieta dojrzała,
Bez trudu Żebrowskiego w swe sidła zmotała.

Reżyser dał wielką swobodę aktorom;
Jakby czuł, że świetnie się do dzieła zabiorą.
Efekt jest znakomity, i gdy film już zrobiony
Nikt z nas nie może czuć się zawiedziony

Miłosz pisał, że „Pan Tadeusz” jest wręcz metafizyczny:
Traktuje o równowadze świata; i na wzór idylliczny
Soplicowo jest Pana Boga ogrodem, Edenem niejako,
Gdzie wszystko jak w baśni – tej ziemskiej wszelako.
Szlachetna jest Noblisty mądra ta idea,
Mistrz, czego się nie tknie, we wzniosłość przemienia.

Lecz nie wdajmy się tutaj w analizy uczone,
Korowody objaśnień, mędrkowaniem zwieńczone;
Nie zgłębiajmy się zbytnio, a i bez powodu,
W jakieś „kręgi zaklęte”, „zdrową miazgę narodu”.
Taki jest już nasz wgląd – natura człowiecza,
że do tego, co kochamy, nie trza nam tłumacza.
Prawdziwa miłość jest bezwarunkowa,
Nie da się objaśnić – obywa się bez słowa.

Nie ma wszak dyskusji nad naszym wzruszeniem,
Nad nerwów dreszczem, świętości łaknieniem;
Gdy zwykłego bociana lot nad polskim siołem,
Staje się nam w duszy tęsknoty symbolem.

*   *   *

Należy pamiętać, że owa wierszowana recenzyjka bardziej jest żartem, niż wiernością poezji kanonicznej. Pisząc ją liczyłem też na to, iż może ona kogoś zabawić.
Jest oczywiste, że „Pana Tadeusza” w Chicago, czyli na tzw. „obczyźnie”, inaczej się przyjmuje, niż w kraju nad Wisłą. Tutaj perspektywa jest inna – do tych „pól zielonych” dalej. Dochodzi też pewien element emigranckiej nostalgii. Toteż napięcie w pochyleniu nad narodowym eposem, tudzież oczekiwania – mogą być niejako podwójne.

Nieprawdą jest, że wystarczy odniesienie do tradycji wielkiej polskiej literatury, by współczesna interpretacja filmowa czy teatralna rzucała nas na kolana w imię patriotycznej powinności; czy też dlatego, że to „wielcy poeci byli”, wielkie dzieła spłodzili – dzieła, którymi winniśmy się zachwycać, jako i poprzednie pokolenia Polaków się zachwycały.
Otóż choćby przypadek Hoffmanowskiej ekranizacji „Ogniem i mieczem” tego nie potwierdza. Film ten po prostu rozminął się z oczekiwaniami wielu widzów, brak mu było kilku istotnych artystycznych rysów, trudnej do określenia weny – w przeciwieństwie do obrazu Andrzeja Wajdy.
I jak już powiedziałem, wcale nie musimy się tłumaczyć z tego, co się nam podoba. I to nie tylko dlatego, ze z gustami się nie dyskutuje. Wiemy bowiem wszyscy jak wiele znaczy w tym wszystkim nasze nastawienie.

Myślę, że pierwszym warunkiem przychylnej percepcji „Pana Tadeusza” jest to, by nie brać go dosłownie. Bo rzeczywiście, gdy tak zaczniemy bardziej „rozumowo” wgłębiać się w akcje, charakter opisywanych środowisk i bohaterów, to dojdziemy do słusznego wniosku, że jak na archetypiczne wzory „polskości”, jak na apoteozę narodu i afirmację społeczeństwa, to cokolwiek cieniutko.
Skąd więc ta wielkość „Pana Tadeusza” czytanego od wielu już pokoleń?
Odpowiedz jest chyba prosta, choć może się wydać banalna: poezja i geniusz Adama Mickiewicza.

Tak już jest, że dobry pisarz, opisując choćby ścierkę kuchenną, jest zdolny stworzyć pasjonującą literaturę.
Rezultat końcowy Wajdy i Hoffmana?
Mamy tu do czynienia z paradoksem.
Biorąc bowiem pod uwagę rodzaj obu literackich wzorów, uwzględniając specyfikę filmu i ekranizacyjne trudności (pomijając oczywiście stronę techniczną realizacji), zadanie Hoffmana wydawałoby się być łatwiejsze. Bowiem i akcja u Sienkiewicza wyrazistsza i środki dramaturgiczne bardziej uniwersalne, napięcie konkretniej dozowane – to wszystko lepiej przenosi się na ekran. Można więc było oczekiwać mocniejszego efektu. Proza jest dla fabuły niejako bardziej naturalna, bardziej przystaje do filmowych środków. Nikt nie pisze scenariusza wierszem. Natomiast z poezji zrobić udane filmowe widowisko, to doprawdy trudno.

Jak to się więc Wajdzie udało?

Jeśli, w poszukiwaniu przyczyn, zaczniemy film analizować, to już „siadamy” w przedbiegach. Gdyż bardziej tu chyba możemy liczyć na naszą intuicję, niż na intelektualną kalkulacje. To prawda – dajemy tym samym pierwszeństwo prawdzie emocjonalnej. Czy można jednak w tym przypadku robić z tego zarzut?

*

*

Niech mi wolno będzie napisać jedno: najwięcej ducha, moim zdaniem, tchnęli w filmowego „Pana Tadeusza” występujący tam aktorzy. To właśnie ten ich entuzjazm, granie „na oddechu”, o jakim mówił w Chicago Daniel Olbrychski. Mamy wrażenie, że filmem tym bardziej się bawili (w dobrym sensie tego słowa), niż go święcili. Nie ma tu chyba tworzenia z myślą o jakiejś wielkiej aktorskiej kreacji. Stąd może ta lekkość, płynność i koncertowość filmu. Dzięki tu należy złożyć reżyserowi za wspaniałomyślność, i za to, że artystom na to wszystko pozwolił, a nie silił się na ekranowy pomnik.
Według mnie efekt jest znakomity – to wyważenie między wielką literacką tradycją narodowego poematu, a widowiskiem dla tzw. „zwykłego” odbiorcy. Przy czym, nie ma tu pompy, ani fajerwerku., jest za to solidna rozrywka.

Rzeczywiście – „Pan Tadeusz” Wajdy jest filmem wspaniale polskim. Z tego względu ci, którym tu w Ameryce owo „odnalezienie się w tradycji” jest zupełnie zbędne, mogą odebrać ten film dość indyferentnie. Zobojętnieli, (obojętni byli zawsze?), albo też się „zamerykanizowali”, reagując już tak, jak zasiedziali tubylcy. Amerykanie bowiem, ze względu na zupełnie inne koleje narodowego losu, nigdy nie przywiązywali (w większości) tak wielkiej wagi dla swojej rdzennej europejskiej tradycji. Tworzyli – od podstaw właściwie – zupełnie nowe „swoje” państwo, odżegnując się przy tym często od porządku Starego Kontynentu. Nadmierne pielęgnowanie europejskich korzeni było więc raczej niepożądane.
W Polsce przeciwnie: w chwilach trudnych państwowego niebytu, przetrwanie narodu zależało właśnie od kultywowania tradycji. A odbywało się to głównie za pośrednictwem kultury, religii i sztuki.
Dzisiaj wszystko to się pozmieniało, wobec czego tak gorąca reakcja na filmowego „Pana Tadeusza” w Chicago jest tym bardziej fenomenalna.

*  *  *

fot. Piotr Bujnowicz

Reklamy

komentarzy 21 to “WIERSZEM PO KRYTYKACH (Więcej niż kino: „Pan Tadeusz”)”

  1. Torlin Says:

    Jestem wielbicielem zarówno „Pana Tadeusza” jak i „Ogniem i Mieczem”, to są dwa różne, nieporównywalne ze sobą filmy. Dla mnie obydwa mają bardzo dobre aktorstwo – lecz wiem, że de gustibus…

    • Logos Amicus Says:

      No właśnie – de gustibus…. disputandum est (a jednak ;) )

      Torlinie, powtarzamy (niemalże jak papugi), że „o gustach się nie dyskutuje”, ale tak naprawdę to (czasami) warto jednak o nich podyskutować – i nie musi to mieć nic wspólnego z wywyższaniem czy poniżaniem podmiotów (czy też przedmiotów) tej dyskusji, a wiele – np. z chęcią poszerzenia swojej wiedzy, horyzontów… z konfrontacją naszych upodobań, (która przecież nie musi być od razu czymś złym – wprost przeciwnie).
      Myślę, że nie dyskutujemy o gustach głównie dla świętego spokoju :)
      (Także dlatego, że tego nie potrafimy, albo po prostu nam się nie chce.)

  2. tamaryszek Says:

    „Słodka melancholia, piękne filandrony…” :)

    Ja admiruję „Pana Tadeusza”. Przede wszystkim Mickiewiczowskiego. Bo to aż nie do wiary, że polski romantyzm zdobył się na takie zgranie poezji i humoru. Żadnej bohaterszczyzny. Lekkość, dowcip, wierszowana opowieść słodko melancholijna.
    Jeśli coś może kłuć, to tylko nadbagaż krytycznych etykietek i tradycyjnych odczytań (zwłaszcza szkolnych).
    Wajdę przyjmuję z aprobatą. Lubię ten film.

    Pozdrawiam świątecznie.

    • Logos Amicus Says:

      O proszę… to jeszcze można przyznać się do admiracji Wieszcza i „starej ramoty” ;)

      Dziękuję za życzenia.

      PS. „Szkolne podejścia” mogą skutecznie zabić w młodym człowieku wszelkie (potencjalne) admiracje dla tzw. „szoklnych lektur”. Mnie udało się przed tym dość skutecznie uchronić i niemal każda taka lektura była dla mnie przyjemnością (łącznie z „Siłaczką”, „Naszą szkapą”, „Przewiośniem”… i opisami przyrody w „Nad Niemnem”). No, ale ja w swoich szkołach zawsze funkcjonowałem na zasadzie odszczepieńca i dziwaka, któremu większość ekscesów uchodziła płazem ;) )

  3. Maille Says:

    Witam!
    Trafiłam tutaj całkiem przypadkiem (podczas poszukiwania zdjęcia pięknej Camille Claudel) i muszę przyznać iż nowy post a raczej jego tytuł przyciągnął mą uwagę. Zatem pozwolę sobie również dołączyć do skomentowania wajdowskiego „Pana Tadeusza”.
    Zacznę jednak od zwrócenia uwagi na jakże przyjemną wierszo-recenzję. Doprawdy, udało się Panu rozbawić, w szczególności przy wersie dotyczącym Gerwazego. Akurat dziś tkwię nieco głębiej w romantyzmie więc mała powtórka z lektury bardzo mi się przyda.
    Ogólnie za Mickiewiczem nie przepadam, jeśli mam być szczera, toteż film już na pierwszy rzut oka powinien tracić na wartości. Jednak w tym wypadku jest inaczej. Przyjemnie się ogląda, gdyż jak na ekranizację, bardzo dobrze odzwierciedla główną istotę treści. Soplicowo to istna arkadia, aż zaczyna się tęsknić do korzeni ojczyzny (nawet jak się w niej tkwi po uszy, ale wiadomo jakie są dzisiejsze realia, eckhm…). Ponadto gra aktorska również niczemu sobie, chociaż Zosieńka chwilami jest tak słodka że aż mdli (no ale tak chyba właśnie miało być…). Natomiast Szapołowska jako Telimena to mistrzostwo. Bardzo seksowna i baaardzo kusząca. Aczkolwiek ja zawsze preferuję te mniej pozytywne role rozhisteryzowanych dojrzałych kobiet, które za wszelką cenę chciałyby stanąć na pierwszym planie.
    Ach no i cóż jeszcze mogę napisać… słynny polonez! Zdecydowanie najpopularniejszy fragment filmu, który niczym ‚biblia pauperum” jest rozpoznawalny nawet przez tych, którzy nigdy w życiu filmu nie widzieli. Czyż to nie zabawne? Gorzko-słodkie Panu-Tadeuszowe fascynacjo-irytacje.

    Reasumując, jeśli miałabym go ocenić w skali od 1-10 dałabym mocne 7 z zaznaczeniem, że na pewno obejrzę go jeszcze nie raz.

    Miło się spędzało tutaj ostatnie kilkanaście minut. Z chęcią zaglądnę tu jeszcze nie raz, jeśli nikt nie ma nic przeciwko.
    Z pozdrowieniami
    Maille

  4. lysakowsky Says:

    Za ekranizację „Pana Tadeusza” zabierało się wielu twórców, udało się skończyć dopiero Wajdzie. Pytanie: czy udało mu się zrobić dobry film. Opinii o nim jest tak wiele jak osób, które go obejrzały – moja najlepsza nie jest. Wajda nie jest, niestety, jak wino – uważam, że kolejne jego filmy wypadają coraz słabiej. Pomijając fakt niechęci do ekranizacji lektur szkolnych, uważam, że Wajda zrobił ten film, by można go było puszczać w telewizji podczas świąt narodowych i położyć sobie na półce, zachowując jako pamiątkę dla potomnych. Półka ta jednak nie jest najwyższa – o wiele wyżej stoi chociażby sama epopeja, a także inne filmy Wajdy, jak „Człowiek z żelaza” i „Człowiek z marmuru”. To są dopiero patriotyczne dzieła!
    A ekranizacja „Pana Tadeusza”…?
    Nasze dzieci będą ją oglądać po to, by nie poświęcać cennego czasu na czytanie lektury, a nie po to, by obejrzeć, jak Polacy walczyli o niepodległość, swoje prawa i godność. W filmie widzimy „ładną Polskę”, z której możemy być dumni – ale to za mało. Ksiądz Robak to nie Maciej Birkut, a Telimena do pięt nie dorasta przecież Agnieszce. I choć to porównanie może się niektórym wydawać bezcelowe, bowiem filmy opowiadają o zupełnie innych czasach, ja dokonuję go po to, by podkreślić, że wolę Wajdę, który nakręcił wspomniane przeze mnie filmy, a także „Kanał” i „Korczaka”. One też opowiadają o Polakach – wspaniałych Polakach, którzy tworzą tę „ładną Polskę”. Może nie z pięknymi krajobrazami, ale za to z ludźmi, których możemy, a nawet powinniśmy podziwiać. A kto dziś podziwia Tadeusza, Telimenę, Jacka, a tym bardziej Zosię…?

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście niektóre z ostatnich filmów Wajdy nie porywają, nie mają już tego ciężaru (zarówno jeśli chodzi o artyzm, jak i o meritum), co jego obrazy wcześniejsze, ale jednak mistrzostwo jego ręki nadal jest – tu i ówdzie – widoczne.
      Nie jestem pewien jednak, czy to wrażenie artystycznej dekadencji filmowej twórcy spowodowane jest obniżeniem się artystycznej formy (kondycji) reżysera, czy może raczej tym, że zmieniła się „poetyka” (tudzież kontekst społeczno-polityczny i swego rodzaju zapotrzebowanie widowni na pewne treści) jaką posługują się obecnie twórcy współczesnego kina.
      Niemniej jednak uważam, że „Pan Tadeusz” Wajdzie się udał (prawdę pisząc, z „Katyniem” też nie było tak źle, jak się można było tego obawiać).

  5. jula Says:

    Ja z kolei zastanawiam się, dlaczego jeszcze nie nakręcono filmu biograficznego o Adamie Mickiewiczu. Myślę, że byłby równie ciekawy a może i bardziej niż jego twórczość – miał ciekawe życie i z pewnością nie był porcelanowy ?…
    On tę Polskę ówczesną taką znał, taka widział, bo w takiej mieszkał na wschodnich rubieżach i taka musiała być, bo był b. dobrym obserwatorem i świetnym poetą !.

    Mniej znamy ówczesną Polskę tą zachodnią, bardziej podporządkowaną trendom zachodnim, tę pod zaborem pruskim czy austriackim ? Myślę, że to dlatego iż Polska bardziej parła na wschód niż na zachód, gdzie szans nie miała ;)

    Napisałeś w swojej rymowance, że Polonia w USA była zachwycona. W to ja wierze, bo jednak w dzisiejszej Polsce dosyć już mamy takich megalomańskich wspomnień opartych głównie na zaściankowej, patriotycznej szlachcie. ;) …
    Ta megalomania pokutuje u nas aż po dzień dzisiejszy, to oczywiście moje zdanie, choć to widać i czuć ! .. . :D

    Sam film dla mnie, taki kolejny z cyklu „szabli i miecza”, z tym, że mówiony pięknym wierszem i pokazujący naprawdę przepiękny krajobraz.
    W końcu ten pejzaż śnił się imigrantom ówczesnym po nocach a i dzisiejszym chyba też. :D )))

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście – dziwne, że do tej pory jeszcze nikt nie nakręcił film o Mickiewiczu. A życie miał on ciekawe, w ciekawych czasach żył, nie był ani ze spiżu ani z porcelany ;) był postacią nie tylko nietuzinkową, ale i wybitną, w kobietach się kochał (nie tylko sercem ale i lędźwiami ;) ), niezwykłe (i kontrowersyjne) przygody – także i umysłu (choćby oddanie się Towiańszczyźnie) – przeżywał… Toż to materiał na pasjonujący obraz.

  6. s... Says:

    Masz rację, że do lektury Pana Tadeusza się wraca. Osobiście przeczytałam go w całości sześć razy. Ale w zimowe wieczory, gdy za oknem mrok i mróz lubię się zaopatrzyć w aromatyczną kawę w misternej filiżance butnie udającej Rosenthala i czytać fragmenty na głos. Ktoś może z tego się zdrowo uśmiać. Gucio mnie to obchodzi. Mnie się podoba. Kwestia gustu, a o gustach rzeczywiście trudno dyskutować.
    Ja, bywalec większości premier kinowych, uwielbiająca anonimowość multikina, gdzie możesz śmiać się do rozpuku lub wrzeszczeć ze strachu i nie myślisz jak cię odbierają inni, dzieło Pana A. Wajdy oglądnęłam w domowym zaciszu, na szklanym ekranie, dużo po premierze.
    Czy mnie się podobało? Z całą pewnością tak, ale już nie tak bardzo jak książka. Już tak mam, że jak wcześniej przeczytam książkę, to film choćby nie wiem jak dobrze zrobiony nie przebije jej odbioru. Pan A. Wajda choć gwiazda pierwszej wielkości polskiego i światowego kina realizując ekranizację książki miał ograniczone możliwości (czasowe, finansowe, ekspresji aktorskiej itp) w stosunku do mojej wyobraźni. Patrząc na film widzę aktorów i tylko czasami dam się im porwać i przeżywam to, na co patrzę. Czytając książkę puszczam wodze wyobraźni, utożsamiam się z którąś z postaci, wsiąkam w klimat, odpływam, czas przestaje istnieć.Jestem tam, a nie tak jak w filmie obok-obserwator. Gdy kończy się film, wyłączam telewizor i z przyjemnością pakuję swoje zwłoki do łóżeczka. Gdy czytam w książce „koniec” myślę – szkoda. I tak już chyba mi zostanie, bez względu na to jak dobrze spisze się reżyser, aktorzy, scenarzyści itd. A muszę przyznać, że w tym przypadku spisali się na medal.

    Można gdybać i psioczyć, ale jak w tak krótkiej formie upchnąć tak barwny i bogaty obraz tamtej epoki? Trzeba być naprawdę mistrzem w swoim rzemiośle by zrobić to tak pięknie jak Pan A. Wajda. Swoją drogą jakoś nie zauważyłam, by ktoś krytykował „bryki” z Pana Tadeusza. Wręcz budzą zachwyt. Czyżby polowanie na autorów miernej wielkości nie było wystarczająco dużym wyzwaniem podnoszącym poziom adrenaliny jak to ma się w przypadku polowania na „grubego zwierza”? Mogę to zrozumieć, tylko że myśliwi muszą też znać się na swoim rzemiośle i wiedzieć z jaką amunicją na jakiego zwierza. Tu chyba chybili i oberwało się im rykoszetem.

    A co do krytyki samego wieszcza.
    Cóż oberwało mu się też przy okazji, dobrze że nie słyszał. Ja „od zawsze” miałam do Niego żal o”Dziadów”, tak jak do Słowackiego o „Kordiana”. Udało mi się przez nich przebrnąć w szkole jako lektura obowiązkowa, odpytywana coś tam plotłam powtarzając utarte banały niewiele z tego rozumiejąc i tak mi pozostało do dzisiaj. Jest jeszcze jedna książka, przez którą nie mogę przebrnąć. Od kilku lat, przynajmniej raz w roku rozpoczynam lekturę „Blaszanego bębenka” G. Grassa. Zawsze zaczynam od początku, najdalej dobrnęłam do jakiejś 50-tej strony. W wakacje podejmę kolejne wyzwanie.

    A wracając do Pana Tadeusza mówisz o pięknej grze Olbrychskiego, Seweryna … Zawsze potrafiłam bez namyślania się wymienić aktorów światowego kina, których uwielbiam. Bezsprzecznie pierwszy to Anthony Hopkins, drugi Harrison Ford i trzeci Jack Nicholson. Teraz zastanowiłam się który z polskich aktorów wg mnie jest „naj”. Myśle, że pierwszy to Tadeusz Łomnicki, drugi Olbychski Daniel i trzeci Franciszek Pieczka. A w kategorii głos – Edmund Fetting.
    pozdrawiam

    • sarna Says:

      „Blaszany bębenek” ciągle w planach :)
      W sumie to optymistyczne wyznanie, bo fajnie jest mieć jeszcze wiele do zrobienia. Od pewnego czasu mam wrażenie, że więcej przede mną niż za mną i to mnie cieszy:)
      Ale co tam dawne klimaty, zobaczcie jaka do nas przyszła piękna wiosna !!!

    • Logos Amicus Says:

      Pierwszy raz obejrzałem film Wajdy wraz z amerykańską Polonia, na dużym ekranie i myślę, że te dwa fakty miały wpływ na mój odbiór tego filmu.
      Duży ekran ma swoją specyfikę i ja jestem do niego bardzo przywiązany – zupełnie inaczej mi się coś ogląda, jeśli to widzę na szklanym (małym) ekranie telewizora, a inaczej jeśli w kinie, gdzie zyskuje widowiskowość filmu – obraz wygląda wtedy bardziej spektakularnie.

      Druga sprawa – wspólne uczestnictwo w projekcji, wzajemne oddziaływanie na siebie widowni. Wtedy było spontaniczne, zdecydowanie pozytywne, a to się jednak udziela.
      Jednym słowem, cóż tu kryć – film mnie bardzo poruszył, oglądało mi się go świetnie. Toteż zupełnie nie trafiały do mnie krytyki polskich recenzentów (w większości negatywne). Bowiem (tak już się stało) – odebrałem film emocjonalnie, a nie racjonalnie.

      A co do „Blaszanego bębenka” Grassa? Przeczytałem go (w całości) dobre 20 lat temu, po czym doszedłem do wniosku, że był to jednak czas (dla mnie) stracony, bowiem – w sumie – w tej książce nie znalazłem… treści. Same słowa, słowa, słowa… czysta literatura – a to dla mnie cokolwiek za mało.
      (A jednak miło mi było kiedyś spotkać osobiście Grassa w Barcelonie :)

      PS. Również się cieszę, że więcej przed Tobą, niż za Tobą :))
      I do nas piękna wiosna przychodzi! :)

  7. liritio Says:

    Twoja „wierszowana recenzyjka” zabawia, owszem, zaskakuje zręcznością i w podziwie dla talentów twórcy zostawia :)

    Do „Pana Tadeusza” mam sentyment rodzinny i sympatię własną :) sentyment był najpierw, ojciec swój mały, wyświechtany egzemplarz od dziecka we mnie wciskał, Tadeuszem skutecznie mnie usypiał, kiedy jeszcze nawet nie rozumiałam co też znaczą magiczne terminy kontusz czy podkomorzy. Potem dopiero w liceum do książki już sama wróciłam i przepadłam :)
    A sentymenty do tego wszystkiego, co Mickiewicz z takim ukochaniem w „Panu Tadeuszu” chciał na zawsze zatrzymać, to chyba w genach mi przekazano, bo nijak nie umiem się pozbyć tej romantycznej wizji, choć wiem, że nie jest prawdziwa. I Twoje odwrócenie przewrotne słów Gombrowicza, „Jak się mam nie wzruszać, skoro się tak wzruszam” najcelniej to podsumowuje.
    Co do krytyków rodzimych filmu Wajdy, słów brak, im się podoba głównie to, co wcale podobać się nie powinno, bo pretensjonalnością powala najwytrwalszych widzów. Trochę uogólniam, trochę się poprawia, ale naprawdę nasza rodzima krytyka filmowa leży nóżkami w górę i kwiczy.

    „Ogniem i mieczem” Hoffmana nie uważam za jakoś specjalnie dobry film, chociaż w porównaniu do nieco późniejszej „Starej Baśni”, która wbiła mnie w fotel kiepskim… kiepskim wszystkim, „Ogniem i mieczem” poraża stylem. Ale porównania z kilkadziesiąt lat wcześniejszymi „Panem Wołodyjowskim” i „Potopem”, współczesne „Ogniem i mieczem” nie wytrzymuje. Tamte dwa filmy były genialnie zrobione, po latach już tak nie wyszło.

    • WujekFu Says:

      Aby w pełni docenić piękno tej epopei trzeba po prostu dojrzeć. Pamiętam jako 16 letni gówniarz byłem z klasą w kinie na tym filmie. Niemal całą projekcję przespałem, potem kiedy kilka lat póżniej zobaczyłem ten film ponownie w TV, coś mnie tknęło.
      To nieprzerwany hymn na temat Polski, wyraz miłości do niej w trudnych czasach niewoli i braku własnej tożsamości. To tęsknota za czasami sarmackiej Rzeczypospolitej barwnej, i potęznej może nie doskonałej ale naszej,własnej.

    • Logos Amicus Says:

      Liritio, z wielu przyczyn w niektórych ‚kręgach” (zwłaszcza ostatnimi laty) stało się jakby wstydliwe przyznawanie się do uczuć, które prostolinijnie nazwać można patriotycznymi. Po prostu – nie uchodzi to człowiekowi światowemu, kosmopolitycznemu, „otwartemu”, dobrze poiformowanemu, inteligentnemu wreszcie… Wiekszym wzięciem cieszy się natomiast cynizm, sarkazm, sceptcyzm, drwina, szyderstwo, rozprawa z mitami (utożsamianymi najczęściej ze złudzeniami i otumanianiem głupiej i naiwnej gawiedzi). To jest cool! To dowodzi inteligencji, przenilkliwości, nie ulegania stadnym odruchom.
      A przecież nie każdy może być Gombrowiczem, a właściwie… dziś prawdziwych „gombrowiczów” już nie ma, i każdy kto idzie w jego ślady (bardziej lub mniej świadomie), jest właściwie epigonem (nie te czasy, kiedy odwagą była gombrowiczowska postawa).
      Choć przyprawianie komuś „gęby” nadal jest bardzo skuteczne.

      Ja jednak nie wylewałbym dziecka z kąpielą: nie każdy patriotyzm jest bowiem szowinistyczny, naiwny, prostacki, ślepy, prowadzący wprost do zaściankowego, klaustrofobicznego, ograniczonego umysłowo, atawistycznego nacjonalizmu (a takie są właściwie sugestie jego krytyków). Potępiając w czambuł i odrzucając wszystko to, co kojarzy się z „patriotyzmem”, pozbawiamy się, moim zdaniem, czegoś wartościowego, cennego, ludzkiego, pozytywnego – czegoś co kształtuje nasze człowieczeństwo, humanizm, tożsamość… (które to pojęcia i wartości także się ostatnio „kompromituje”).

      Nie chcę być jednak źle zrozumiany: ja również mam wielką awersję do wszelkich odruchów nacjonalistycznych (bo wiem na jakie manowce potrafią one ludzi sprowadzić – nie tylko rasistowskie czy faszystowskie), jednakże jestem za afirmacją tego, co wg mnie jest w patriotyźmie dobre (m. in. – sentyment ziemi rodzinnej, szacunek dla własnych korzeni, określenie własnej tożsamości, poczucie solidarności z ludźmi, wśród których kształtowała się nasza wrażliwość i człowieczeństwo…)
      Być może nadużywam tu zbyt wielkich słów, ale myślę, że w pewnym sensie usprawiedliwia to sam temat.

      PS. A samą wierszowaną recenzyjkę napisałem ponad 10 lat temu. I dobrze… bo pewnie teraz nie byłbym w stanie tego zrobić (podtruty i zepsuty nieco kosmopolityzmem ;) ).
      Najważniejsze, że się jej dzisiaj nie wstydzę :)

  8. Kartka z podróży Says:

    Niestety, za pomocą represji przymuszono mnie w średniej szkole do przeczytania Pana Tadeusza – zmogłem dzieło nawet z opisami przyrody ale trauma pozostała. Podobną psychiczną zadrę mam po przymusowym przeczytaniu „Nad Niemnem”. Mimo licznych okazji rezygnowałem więc z obejrzenia wajdowskiej adaptacji Pana Tadeusza. Jeśli coś wartego uwagi straciłem to trudno. Po prostu nie mogłem się przemóc.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Czasem jednak warto walczyć z uprzedzeniem.
      Czy nie irytuje Cię to, że jednak coś za Ciebie zadecydowano?
      (tzn. „obrzydzono” Ci kawał dobrej – mimo wszystko! – literatury?)

  9. Cane Says:

    Dobrze, niech będzie, że to trzynastozgłoskowiec. :)
    Lubię jak się krytykuje krytyków. :)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s