ZEMSTA I PRZETRWANIE – ODDECH W ZMALTRETOWANYM CIELE (o najnowszym filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „ZJAWA”)

.

Zmaganie człowieka z naturą i ludzką żądzą zemsty (Leonardo DiCaprio w filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu "ZJAWA")

Przetrwać za wszelką cenę (Leonardo DiCaprio w filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „ZJAWA”)

.

Paradoksalnie, to dopiero „Zjawa” uświadomiła mi, jak bardzo Iñárritu jest przywiązany do fizyczności świata – a tym samym: jak mocno jest on zaabsorbowany cielesnością człowieka. I to wbrew temu, że sam – dysponując genialnym umysłem filmowca – posługuje się wybitną inteligencją, by za pomocą medium kina pokazać innym swoją wizję świata jako areny ścierania się ludzkich emocji, instynktu, popędów i impulsów… Gdzie intelekt jest bardziej sługą, niż panem, będąc czymś uzależnionym od Natury, mimo prób emancypacji, których jednak w filmach Iñárritu się nie uświadczy. Właśnie dlatego można powiedzieć, że są one anty-intelektualne, a więc na swój sposób – mimo kinematograficznej błyskotliwości, polifonii i złożonej faktury – płytkie, ślizgające się niejako po powierzchni rzeczy i zjawisk. Co, jak się okazuje, nie przeszkadza mi w mojej admiracji dla tych obrazów i uznaniu Iñárritu za jednego z najwybitniejszych i najlepszych współczesnych reżyserów świata. (Czyżbym więc przypadek miłości, która jest ślepa?)

Taka na wskroś anty-intelektualna jest właśnie „Zjawa”, w której nawet takiemu elokwentnemu gościowi jak Leonardo DiCaprio zamyka się usta, redukując jego postać do dyszącego zemstą, zmaltretowanego ciała, które – rzucone w dzikie ostępy amerykańskiej puszczy – dokonuje nadludzkich wysiłków aby przetrwać i wziąć odwet na tych, którzy go zdradzili i na tę morderczą poniewierkę skazali. Ludzkie ciało w „Zjawie” (nie tylko zresztą ciało granego przez DiCaprio trapera Hugh Glassa) jest traktowane bezlitośnie, będąc cięte, kłute, dziurawione, rozszarpywane, miażdżone… i sam już nie wiem, czy Wielka Trójca w filmie Jedyna, która obraz ten stworzyła (aktor DiCaprio, reżyser Iñárritu i operator Lubezky) powodowana była masochizmem, czy sadyzmem, a może jeszcze czymś innym? Może to tylko jeszcze jeden rodzaj perfekcjonistycznej kreacji, w której od (pozornego mimo wszystko) masochizmu czy sadyzmu ważniejsza jest (trzymająca wszystko w ryzach) forma? Forma, która sama w sobie może być przedmiotem fascynacji i zachwytu, a tym samym stanowić źródło odczuwania przez nas piękna. Albo przerażenia. (Czy aby jednak zbyt daleko nie posuwamy się w tej apologii stylu?)

.

Przeżyć, by się zemścić

Przeżyć, by się zemścić – instynkt zmaltretowanego ciała

.

PRZEMOC JAKO ZABAWA I CIERPIENIE

Pomysł „Zjawy” nie należy do Iñárritu. Scenariusz (co prawda, po części napisany też przez reżysera) jest adaptacją powieści Michaela Punke „The Revenant: A Novel of Revenge” opartej na autentycznej historii trapera, który przeżył podobną do ukazanej w filmie przygodę, gdzieś na Terytorium Dakoty w latach dwudziestych XIX wieku. Nie do końca więc usprawiedliwione jest to, że – traktując o „Zjawie” – mówimy: „Iñárritu to, Iñárritu tamto…” Bowiem nie jest to film autorski (a szkoda, bo ja chciałbym aby wszystkie filmy jakie firmuje ten reżyser, należały do kina autorskiego).
A jednak Alejandro Gonzales „wstrzelił się” w temat (i obraz) znakomicie, wyczuwając filmową materię „przez skórę”. I wydaje mi się, że odkryłem dlaczego tak się stało. Otóż w jednym, z wywiadów reżyser stwierdził: „Według mnie życie jest nieopanowanym ciągiem strat, przez które cierpimy. Od naszych narodzin po śmierć, stale coś tracimy. Tracimy naszą niewinność. Zaczynamy tracić nasze włosy, zęby, zdrowie… A w końcu tracimy też całe nasze życie. Dla mnie, wszystko polega na tym, jak sobie dajemy z tym radę, jak przeobrażamy to cierpienie. Uważam przy tym, że ból czy cierpienie nie powinny być czymś, co nas bawi, ale właśnie tym, co umożliwia naszą transformację. To jest też sposób na to, by zachować nasze więzi ze światem. Tak właśnie działa natura. Kwiat rośnie, kwitnie, potem więdnie i usycha, i następnie rodzi się na nowo. To wszystko jest nieodłączną częścią życia.”

Tak więc, stałym wątkiem filmów Iñárritu jest ludzkie cierpienie, które reżyser ukazuje nam zwykle (posługując się właśnie fizycznością) za pomocą zmaltretowanego ludzkiego ciała. I tak oto trafiamy do ukazanej w „Zjawie” amerykańskiej „dziczy” a w niej ciała trapera Glassa poddanego swoistej masakrze, która swoje apogeum osiąga w ataku niedźwiedzia grizzly – i która w rzeczywistości ciągnie się przez cały czas trwania filmu, aż do równie gwałtownego finału.
Ale przemoc i gore w filmach Iñárritu są inne, niż w całym popularnym kinie amerykańskim, gdzie krew, nóż, pięść i karabin służą zwykle do zabawy – ekscytując publikę, dostarczając widzom „fanu”. Wystarczy zrobić w tym miejscu porównanie z innym, obecnym teraz na ekranach filmem, również przenoszącym nas – podobnie jak robił to każdy szanujący się western – w czasy dzikiego Pogranicza. Mam tu oczywiście na myśli „Nienawistną ósemkę” Quentina Tarantino – reżysera, który ekranową masakrofilię opanował do perfekcji. Bo jeśli chodzi o Iñárritu, to jego przemoc i okrucieństwo (nawet to wzięte w cudzysłów, „udawane”) wcale nie bawi, co nota bene ma związek z meksykańskimi korzeniami Alejandro, który przemoc (stale obecną w jego kraju), zna z doświadczeń własnej rodziny. Tak więc, dla niego przemoc to okrutny konkret, a nie ludyczna abstrakcja, którą można rozerwać publiczność w kinie. Iñárritu obrazuje ową przemoc w kategoriach autentycznej zmory. U niego jest ona źródłem cierpienia, nigdy zaś satysfakcji, jak to ma miejsce w filmach Tarantino, gdzie rozwalanie ludzkiego mięsa doprowadza wielu widzów do radosnej ekstazy.

.

Człowiek i Natura – cóż po pięknie w walce na śmierć i życie?

Człowiek i Natura – cóż po pięknie w walce na śmierć i życie?

.

NATURA JAKO TEATRUM – BEZLITOSNE PIĘKNO?

Iñárritu – tak samo zresztą, jak każdy z nas – związany jest ze światem fizycznym i obciążony jest materią, i może właśnie dlatego wprowadza do swoich filmów elementy, które ów materializm starają się przezwyciężyć. Taki metafizyczny niedosyt. Stąd fantazyjne Ptaszysko krążące nad głównym bohaterem w „Birdmanie”, stąd duchy zawieszone pod sufitem w „Biutiful”, stąd zjawy żony i syna, jakie ukazują się Glassowi w „Zjawie”. Tylko czy te formalne chwyty przypominające filmowe gadżety, zdolne są ewokować prawdziwą metafizykę i dostarczyć nam metafizycznego dreszczu?

Ciekawe jest potraktowanie Natury w tym filmie. Nigdy dotąd Iñárritu nie zanurzył się tak bardzo w krajobrazie (swoją drogą fascynujące jest to jego przejście – razem z Emmanuelem Lubezkim – z migotliwego babilońskiego Time Square do niemal monochromatycznej śnieżnej górzystości amerykańskiego Zachodu), choć przypominam sobie pewne pejzażowe wisty z „Babel”, które – podobnie jak w „Zjawie” – sprowadzały ludzką postać do proporcji pionka wydanego na pastwę rozległej przestrzeni i przypadkowych zdarzeń.
Jednakże, oprócz niebywałego piękna, które z Natury wycisnął Lubezki w swoich kadrach (to dla tych zdjęć wybrałem się po raz drugi na ten film – co mi się bardzo rzadko zdarza: ostatni było tak w przypadku Malickowego „Drzewa Życia”, tak się złożyło, że również ze zdjęciami Lubezkiego), uderzyło mnie w „Zjawie” to, że od tego naturalnego piękna odseparowano wszystkie ludzkie postacie, jakie ukazano w filmie. To jest zresztą zgodne z podejściem do Natury białych europejskich pionierów kolonizujących Amerykę, którzy zamiast splendoru widzieli w Naturze przedmiot podboju i eksploatacji – także żywioł, z którym trzeba było walczyć o przetrwanie, a nie wpatrywać się weń jak w obrazek. Nikt jeszcze nie słyszał wówczas o szlachetnym przesłaniu legendarnego już dziś przyrodoznawcy Muira, który sakralizował Naturę, przydając jej panteistycznych atrybutów boskości; nie były jeszcze popularne monumentalne płótna Bierstadta czy Morana, ukazujące niezwykłą malowniczość amerykańskich rubieży; sporo czasu musiało jeszcze upłynąć, zanim fotograficzny artyzm Samuela Adamsa obdarzył amerykański pejzaż wielką wartością estetyczną…
Nie – ani występujący w „Zjawie” traperzy, ani handlarze skórą i futrami, ani żołnierze, ani tym bardziej walczący o przeżycie, poturbowany nieludzko przez Matkę Naturę Glass nie mogli dopatrywać się w tej Naturze piękna. Co zresztą jest widoczne na ekranie. Stąd dysonans między estetyzacją Natury jakiej dokonuje Lubezki, a survivalową naturalizacją jaką raczą nas Iñárritu i DiCaprio. Wygląda więc na to, że to naturalne piękno pojawia się dopiero w oku siedzącego w wygodnym fotelu widza.

Jednak Natura w filmie Iñárritu jest nie tyle bezlitosna i okrutna, co obojętna. Jest czymś w rodzaju areny, na której rozgrywają się drama ludzkiego życia. To nie jest żaden Kościół Szatana, jak wyrażał się o Naturze Blake (a co ukazał np. Lars von Trier w swoim „Antychryście”). Już bliżej tu do ujęcia Natury przez Malicka w „Drzewie życia”, gdzie człowiek jest występującą w przyrodzie monadą czującą – jednym ze składników gotującej się od momentu Genesis zupy Wszechświata.
Nie ma panteizmu w filmie Iñárritu, mimo, że nawiązuje on do animistycznych wierzeń rdzennych Amerykanów. W sumie ten spirytualizm „Zjawy” jest trochę naciągany i pretensjonalny – niezbyt przekonujący. Podobnie jak mało wiarygodny jest związek Glassa z Indianką i pozbawiona chemii relacja z synem, półkrwi Paunisem. Hugh Glass widzi jakieś zjawy, ale bardziej to są halucynacje, niż świadectwo związku ze światem indiańskich duchów, tym bardziej, że pojawienie się nieżyjącego syna Glassa w ruinach chrześcijańskiej świątyni (czyżby nawiązanie do Tarkowskiej „Nostalgii”?) wprowadza do filmu pewien ontologiczny zamęt i religijny bałagan – bo przecież nie synkretyzm.
Nie ma panteizmu w filmie Iñárritu. Wręcz przeciwnie: można w nim wyczuć jakiś podskórny ateizm, jak np. w opowieści (zagranego świetnie przez Toma Hardy’ego) Fitzgeralda, w której zamiast Boga objawia się komuś… wiewiórka.
Więcej jednak jest naturalizmu. Ograna skądinąd metafora drzewa o silnym pniu i korzeniach, które może się oprzeć wichurze. Także banalne dość przypomnienie, że żyć to znaczy oddychać, a oddychać znaczy żyć. Czyli, że dopóki się oddycha, to powinno się mieć nadzieję – i obowiązkiem jest walczyć o swoje życie.

.

Wejść w skórę trapera...

Wejść w skórę walczącego trapera…

.

DARWINIZM, BÓG I SPRAWIEDLIWOŚĆ

Ale chyba jeszcze większym motorem działania, niż instynkt przetrwania, jest w „Zjawie” żądza zemsty. To zresztą nie tylko jeden z nieodłącznych elementów klasycznego westernu, ale i motyw stale obecny w ludzkiej mitologii, począwszy od Starego Testamentu i antycznej tragedii, przez dramaty Szekspira i powieści Hugo, po mafijną wendettę w filmach o gangsterach. Jest coś takiego w naturze człowieka, co każe mu wziąć odwet na krzywdzicielu nie tyle jego samego, co jego rodziny.
Skąd się to bierze? Czy aby nie z darwinowskiej wojny samolubnych genów?
Tak à propos: jak się tak dobrze przyjrzeć, to darwinizmem jest przesiąknięty cały film Iñárritu. To nie tylko walka Glassa o przetrwanie w „dzikim” środowisku, w mateczniku i puszczy, ale i ekspansja silniejszej cywilizacji, podbój terytorium i zawłaszczanie bogactw obcego plemienia – rabunek i eliminacja słabszego przeciwnika. Czyli kamień węgielny cywilizacji stworzonej na amerykańskim kontynencie przez Europejczyków. (Nie zmienią tego uniki w rodzaju apologetycznego Manifest Destiny – Bożego Przeznaczenia.) W tę wojnę zaangażowani są wszyscy pojawiający się w „Zjawie” ludzie. Tą wojną nie mógł być nieskażony mit założycielski Nowego Świata, którego „wspaniałość” aż po dzień dzisiejszy jest kwestionowana przez ogrom niesprawiedliwości i cierpienia, jakiego doświadczyły miliony ludzi żyjących (i umierających) w obu Amerykach, po „odkryciu” tych kontynentów przez Kolumba.

Zemsta to namiętność oparta na resentymencie – ma w sumie charakter atawistyczny i przez większość z nas (świadomie) oceniana jest negatywnie. Ale nie w kinie. To dlatego wszyscy widzowie kibicują Glassowi w jego pościgu za Hardym, to dlatego tryumf wodza Arikarów, który mści się na Francuzach za swoją córkę, wydaje się wszystkim zrozumiały. A mimo to, twórcy „Zjawy” chcą z barków człowieka zdjąć brzemię zemsty, którą jest on przepełniony i scedować to na Siłę Wyższą. To dlatego w finale (z ust Glassa) pada stwierdzenie: „The revenge is in the God’s hand”. Ale czy w jakimś sensie nie jest to uświęcanie zemsty? I czy rzeczywiście jest ona tym samym, co sprawiedliwość?

PRAWDZIWY JAK FILMOWY GRIZZLY

Wszyscy są pod wielkim wrażeniem autentyzmu „Zjawy”. I ja się temu wcale nie dziwię. Ekipa realizująca film wstawała przed świtem, pakowała manatki i jechała pick-upami w góry, gdzie przy kilkudziesięcio-stopniowym mrozie czekała na odpowiednie warunki (Lubezki uparł się kręcić wszystko przy naturalnym świetle – a to oznaczało ograniczenie dnia zdjęciowego do paru godzin akcji). Tajemnicą tabloidowych poliszyneli stało się to, że Iñárritu dał wszystkim taki wycisk, że przetrzebiło to drużynę, ale ci co zostali, poddali się temu drylowi bez większego szemrania, bo szaleństwo reżysera udzieliło się również im samym. Nawet królowi wszystkich celebrytów, milionerowi DiCaprio, który (mimo tego, że jest wegetarianinem) żarł na filmowym planie żywe ryby i surową wątrobę bizona (nawet jego wymioty przy tym były autentyczne) – o kąpielach w lodowatej wodzie, taplaniu się w błocie i zakopywaniu w ziemi nie wspominając, choć legenda o zgwałceniu go przez niedźwiedzicę jest już lekką przesadą. (To są wyczyny, które, zdaniem wielu, zapewnią mu w końcu Oscara – choć przecież Leo zagrał do tej pory co najmniej pół tuzina lepszych ról.)
Lecz ja się wcale nie natrząsam, bo jednak efekt tych wysiłków i poświęceń – głownie technicznych: reżysera, operatora i aktora – jest fantastyczny. Obraz ma wspaniałą aparycję – ta sino-biała tonacja, surowa faktura, znakomite kadry, spójność planów, zanurzenie ludzkich postaci w naturalnym, „dzikim” anturażu – to wszystko sprawia, że patrzymy na ekran z fascynacją. Iñárritu zaryzykował – wziął (jeszcze przed sukcesem „Birdmana”) na tapetę projekt, do którego inni przez 10 lat podchodzili jak do jeża – i to ryzyko się opłaciło (nie tylko dlatego, że „Zjawa” okazuje się jednym z najbardziej kasowych filmów ostatnich miesięcy, zdobywając po drodze aż 12 nominacji do Oscara).

A jednak mam takie swoje małe „ale”, bo uważam, że obsesja autentyzmu, „prawdziwości” i naturalizmu nie uchroniła filmu przed pewną sztucznością. Przemierzając przez wiele lat amerykański Zachód wzdłuż i wszerz, wielokrotnie miałem okazję przypatrzeć się prawdziwym stadom bizonów, tudzież niedźwiedziom – zarówno baribalom, jak i grizzly – w ich naturalnym środowisku. To, co zobaczyłem w „Zjawie” tylko przypominało te zwierzęta: pod niedźwiedzią skórą bestii masakrującej Leo dostrzegłem człowieka, bizonie stado od razu wydało mi się wygenerowane cyfrowo. Ale to w sumie drobiazgi, ba jako filmowe artefakty obrazy te sprawdziły się znakomicie (o czym świadczy to, że nikt na ich brak autentyzmu nie narzekał). A poza tym: atak niedźwiedzia na Glassa ma niesamowitą dramaturgię i świetną choreografię (bo oparto się jednak na zachowaniu i prawdziwych atakach grizzly); zaś nagłe pojawienie się stada bizonów przed oczami Glassa, mimo wszystko robi na wielu widzach kolosalne wrażenie.
Wynika to pewnie z mojego niegdysiejszego skrzywienia zawodowego, ale zauważyłem też pewne dziwne rzeczy, które działy się na ekranie z krajobrazem: bo to było niemożliwe, żeby topografia zmieniała się tak, jak się zmieniała: bohaterowie przemierzają zaledwie parę mil, a krajobraz zmienia się tak, jakby były tych mil setki czy tysiące. Ale przestało mnie to dziwić, kiedy dowiedziałem się, że film kręcono nie tylko w Górach Skalistych Kanady, ale i w Argentynie (także w Montanie).
Na szczęście to wszystko dotarło do mnie już po projekcji (jak również podczas ponownego oglądania filmu) i nie zepsuło całej przyjemności z poddania się filmowej iluzji, bez której to zdolności nie byłoby sensu chodzić do kina i zasiadać przed ekranem.
W sumie te moje – nawet nie zastrzeżenia, co uwagi – są chyba niepoważne i mam pewne wątpliwości, czy tutaj potrzebne. Ponadto, prawdziwy Hugh Glass przeżywał swoją przygodę w Dakocie, (której daleko do górzystej spektakularności Rocky Mountains); nigdy nie miał żony Indianki ani pół-krwi indiańskiej syna; nigdy nie dopadł Fitzgeralda (gonił go głównie po to, by odzyskać zrabowaną przez niego strzelbę i futra)... Jednakże, czy zachowując te fakty, można byłoby nakręcić taki film, jak „Zjawa”? Rzeczywistość nas zadziwia, ale ustępuje jednak miejsca fantazji. Zwłaszcza w kinie.

* * *

Zaskoczył mnie szum wokół „Zjawy”, a szczególnie zaskoczyło mnie to, że film zarobił taką masę pieniędzy. Tak, jak dobrze życzę Alejandrowi (od momentu obejrzenia jego arcydzieła „Amores Perros” uważam go za jednego z najciekawszych współczesnych reżyserów świata, co miałem przyjemność powiedzieć mu osobiście podczas amerykańskiej premiery „Babel”) to wobec tych merkantylnych głównie faktów poczułem się trochę dziwnie – tak, jakby doszło do czegoś w rodzaju… hm… masowej profanacji dzieła twórcy, dla którego sukces komercyjny jest czymś drugorzędnym, (jeśli nie trzeciorzędnym) i dla którego liczy się przede wszystkim wartość artystyczna filmu.
Tym bardziej wydaje mi się to dziwne, że od strony fabularnej i scenariuszowej „Zjawa” jest według mnie filmem średnim. Wartość tego obrazu opiera się głównie na jego stronie technicznej i formalnej – bo rzeczywiście jest to niekwestionowane mistrzostwo świata. Samo meritum – myśl, głębia, problem, filozofia zawarta w filmie – nie zachwyca i nie absorbuje tak, jak to zwykle dzieje się w przypadku dzieł wybitnych.
Mnie jednak cieszy to, że najgorszy jak do tej pory (no dobrze: nie najlepszy) film Iñárritu, jest ciągle filmem bardzo dobrym. Mam nadzieję, że cały ten medialny zgiełk nie zepsuje reżysera i że pozostanie on nadal takim „bożym szaleńcem” poświęcającym się bez reszty sztuce kina.

.

Góra z bizonich czaszek - destrukcyjna zachłanność Białego Człowieka

Góra z bizonich czaszek – destrukcyjna zachłanność Białego Człowieka

.

Powiązane wpisy: „SAGA O BIZONIE”, „INDIAŃSKI TRYPTYK”, „SZKICE O AMERYKAŃSKIEJ SCENERII”

.

Advertisements

komentarzy 116 to “ZEMSTA I PRZETRWANIE – ODDECH W ZMALTRETOWANYM CIELE (o najnowszym filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „ZJAWA”)”

  1. Jula :D Says:

    No to ciekawa jestem, czy i ja będę na tym filmie. Bo chodzę raz w roku na ten oskarowy. :)
    Być może za zdjęcia będzie na 100 %.
    Za reżyserię, sam masz obiekcje. Ale chyba dawno nie było pokazu takiego zmagania człowieka z naturą, a to jest wręcz w historii tworzenia USA, taki kanon, więc szansa jest. ;)
    Jest jeszcze do zadysponowania Oskar za rolę pierwszoplanową, czyżby to już teraz dla „pechowca” Leonarda DiCaprio? Choć sam zainteresowany twierdzi, że raczej po śmierci – za całokształt. ;)

    Co do Twoich wątpliwości, co do losów kariery samego A. Gonzaleza – reżysera tego filmu. Może zarobione pieniądze, nie wiem jaki ma udział z umowy w dystrybucji, wykorzysta na swoje „niszowe” plany artystyczne, może?

    Pozdrawiam zimowo, aczkolwiek pogoda, a raczej temperatura, wzrosła go + 10 st.C. :D )))

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Czy dla Ciebie Oscar jest aż tak ważną cezurką, żeby decydowało to ona o tym, czy obejrzysz film, czy nie?To od Ciebie powinno zależeć, czy jakiś film chcesz obejrzeć, a nie od Oscara ;)

      Iñárritu ma dobrą passę, całkiem możliwe, że jego najnowszy film podobnie zaszaleje na Oscarach, jak w ubiegłym roku „Birdman” (przy okazji pytanie: czy oglądałaś „Birdmana”? – bo przecież to właśnie ten film zdobył statuetkę w kategorii Best Picture, a Ty tylko na takie filmy wybierasz się do kina ;) )

      Jednakże „prawo serii” może w tym roku nie zadziałać, jeśli chodzi o powielenie ubiegłorocznego sukcesu „Birdmana” (chodzi mi o kategorie Best Director i Best Picture – bo jeśli chodzi o Best Cinematography, to ponownie Lubezki ma wielkie szanse, podobnie jak Leo, który pewnie – wreszcie! – zdobędzie Oscara jako Najlepszy Aktor za rolę w „Zjawie”).

      Bardzo jestem ciekaw następnego filmu Iñárritu. Czy aby nie skusi go zrobienie kolejnego Blockbustera? Mam nadzieję, że nie.

      • Jula :D Says:

        Ja wybieram jeden film oskarowy w kategorii różnej w zależności od mojego „widzi mi się”
        W ubiegłym roku wybrałam film polskojęzyczny pt. „Ida”, łatwo mi było zrozumieć. ;)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Przy okazji tego filmu (jak np. podczas załączonego powyżej spotkania z publicznością) jego twórcy wypowiedzieli się w kilku ważnych sprawach. M.in. w kwestii ocieplenia klimatu (które, jak mówią producenci, kosztowało ich prawie 100 mln. dolarów, bo musieli za śniegiem – z całą ekipą – przenieść się aż na drugą półkulę); również w sprawie rdzennych Amerykanów, którym europejski kolonializm zniszczył kulturę. Dostało się też kapitalistyczne chciwości – grabieży i niepohamowanej eksploatacji bogactw naturalnych, niszczącej środowisko.
      Czy jednak przełoży się to na jakieś konkretne działania – i czy przyniesie jakieś wymierne skutki?

  2. Beata Rosiak Says:

    Nie tak dawno jak wczoraj wieczorem na urodzinowym posiedzeniu rozmawialiśmy sobie o Zjawie i jej walorach, naturalizmie, dziczy, świetnych zdjęciach Lubezkiego, niewiarygodnych scenach, które podlegają dyskusji i ocenie prawdopodobieństwa w prawdziwym przemierzaniu puszczy…i w końcu o samym DiCaprio, jego roli zapewne oskarowej, chociaż jak sam zauważyłeś bywały filmy z jego udziałem o niebo lepsze jak chociażby (Co gryzie Gilberta Grape’a, Całkowite zaćmienie, Incepcja, Droga do szczęścia).
    Niechże w końcu to znamienite jury doceni wysiłek „szaleńca” :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Były to filmy może nie „o niebo lepsze”, ale na pewno lepsze :)
      Lecz to stwierdzenie bardziej się odnosi do wcześniejszych ról DiCaprio (Już ta pierwsza większa, w „Co gryzie Gilberta Grape’a” była genialna. Leo świetnie też zagrał w „Wilku z Wall Street”, czy w „Infiltracji” – i wielu innych filmach.)
      To, czy dostanie on wreszcie Oscara (w tym roku ma rzeczywiście wielkie szanse), czy nie, w niczym nie zmieni tego, że DiCaprio jest aktorem świetnym, który już zapisał się w historii amerykańskiego kina.

      A co do prawdopodobieństwa przemierzania puszczy w tym stanie, jak to pokazano w filmie?
      Wątpię, czy w rzeczywistości tego rodzaju obrażenia cielesne i zabójcze warunki zewnętrzne (hipotermia) można było przeżyć.
      No ale to w końcu tylko film, więc poddajemy się jego iluzji ;)

      Leoś zagrał tyle fantastycznych ról, ze aż głowa boli :) :

  3. Bogdan Kwiatek Says:

    Siedzę w samolocie do HKG. Widziałem trajlery filmu. I chętnie obejrzę, ale zaraz nad Eurazja Staszku przeczytam Twoja recenzje

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Trzymam za słowo – a jeszcze jakbyś się wypowiedział? ;)
      Bo przecież znasz znakomicie tamte strony gdzie kręcono film – sami spotkaliśmy się w ubiegłym roku w Kananaskis Country, gdzie sfilmowano większość „Zjawy”, no i później, przez dwa tygodnie podążałem (niechcący) śladami Glassa… Tyle, że samochodem ;) … choć po niektórych górskich szlakach pieszych także.

      Kiedy tak patrzyłem na ekran, to poznałem kilka miejsc – ekipa filmowa zajrzała nawet do leżących na wschód od Calgary Badlands (co wszak zburzyło mi jedność topograficzną obrazu, bo gdzie Rzym, a gdzie Krym… ;)

      Tutaj strona, na której wymieniono lokalizacje, w których kręcono „The Revenant””:

      http://www.atlasofwonders.com/2016/01/the-revenant-filming-locations.html

      • Bogdan Kwiatek Says:

        Tak, Staszku, Twój tekst przeczytałem z dużą przyjemnością jeszcze przed wylotem, a recenzja sugestywnie analizuje obraz i jego umieszczenie we współczesnym kinie i w wybranym plenerze. Właśnie ze wzgledu na te plenery i ich przemierzanie zamierzam obejrzeć „Zjawę”. Być może Glass jest tu pokrewny Simonowi Fraserowi, czy zwlaszcza Davidowi Thompsonowi, do którego czuje duży szacunek…
        Aaa Twoj passus z Muirem mnie rownież rozczulił, chocby tylko jako kontrapunkt…

        Trudno mi sie tu odnosić li tylko do recenzji, nie obejrzawszy filmu, który myślałem, ze znajdę w Cathay’owej bibliotece… Ale pewnie dopiero na powrocie w lutym…
        Na pewno zachęciłeś mnie do obejrzenia „Drzewa Życia”.

        Tymczasem nadrobiłem zaległości kinematograficzne (zawsze to robię w samolotach :)
        Oglądając obraz Woody Allena „Irrational Man” (czy masz tu gdzieś swoją analizę tego ostatniego chyba Woody’ego?)… którego koncówki nie pamietam, bo… mi sie „film urwał” :) i będę musiał doń wrócić…
        A wcześniej dobry film z Tomem Hanksem „Spy Bridge”, bliższy nam czasowo i przestrzennie…

        Tymczasem pozdrawiam z Hongkongu.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Mam nadzieję, że kiedy obejrzysz „Zjawę”, to podzielisz się swoimi wrażeniami. Myślę, że się nie będziesz nudził – bo to… czasy, plenery, ludzie, Pogranicze… wszystko co nas zawsze żywo obchodziło ;)
          „Drzewo życia” polecam (pisałem o tym filmie TUTAJ) – sporo w tym filmie filozofii, więc też jakby trafisz na swoją działkę ;)

          PS. Ostatnie film Woody’ego przegapiłem niestety, ale „Spy Bridge” widziałem – to taki prawie że klasyczny Spielberg, który zwykle dobrze się ogląda.

  4. Mariusz Says:

    Widziałem tylko dwa filmy Iñárritu: „Amores Perros” i „Babel”. Oba świetne, ale moje przywiązanie do starego kina sprawiło, że zamiast na bieżąco śledzić dokonania współczesnych mistrzów wolę oglądać klasykę. Tak więc „Birdman” jeszcze długo poczeka na swoją kolej, ale „Zjawę” na pewno obejrzę szybciej (akurat dzisiaj jest premiera kinowa tego filmu w Polsce, chociaż w sieci można było go oglądać już miesiąc temu). Lubię filmy o zmaganiach człowieka z Naturą, no i motyw zemsty to także jeden z ciekawszych motywów, chociaż wykorzystywany był już wielokrotnie, w różnych gatunkach filmowych, co wiąże się z przewidywalnością i banałem.

    W tekście ani słowem nie wspomniałeś o „Człowieku w dziczy” (1971) Richarda C. Sarafiana, który również inspirowany jest historią trapera Glassa (tylko że wtedy chyba jeszcze nie było książki Michaela Punke).

    Co do Oscarów to wiadomo, nie należy ich traktować zbyt poważnie, ale jednak jakieś emocje wywołują, szczególnie gdy notorycznie pomija się tych, którzy naprawdę zasłużyli, bo zrobili dla kina wiele dobrego. Na przykład Ennio Morricone, który dzięki nowemu filmowi Tarantino ma dużą szansę na statuetkę. To prawdziwy artysta, zbyt dobry na ten cały cyrk zwany Oscarami. Żywa legenda kina, któremu Oscar nie jest już właściwie do niczego potrzebny.
    DiCaprio też już wiele osiągnął, ale mam wrażenie, że on gra już tylko po to, by zdobyć tę upragnioną statuetkę. Dlatego wybiera wyłącznie role w prestiżowych produkcjach. Pracując ze Scorsese, Eastwoodem, Tarantino czy Iñárritu ma większą szansę na nagrodę, niż gdyby zagrał u początkującego twórcy.

    Nie zgadzam się z Tobą odnośnie tego, że adaptacja nie może być kinem autorskim. Wielu reżyserów korzystało z literatury (a nawet z cudzych scenariuszy) w celu tworzenia filmów eksperymentalnych, cechujących się indywidualnym stylem i artystyczną wizją (chociażby Hitchcock i Kurosawa, a z polskich to np. Has).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Polecam obejrzenie „Zjawy” w kinie – na dużym ekranie. Zwłaszcza ten film Iñárritu na to zasługuje – zdjęcia Lubezkiego są wspaniałe (a byłyby pewnie jeszcze lepsze, gdyby nagrano ten film na taśmie 70mm., tak jak to zrobiono w „Hateful Eight” Tarantino).
      Myślałem, ze w Polsce premiera „Zjawy” była wcześniej. I piszesz, że już od dawna dostępna jest w sieci? Czasem jednak warto poczekać, a nie kusić się na pirackie oglądanie w internecie ;) (Nie,. żebym był taki święty, bo i mnie się to czasem zdarza ;) )

      Tak, motyw zemsty łatwo może okazać się banałem, ale akurat w „Zjawie” udało się twórcom tego filmu uniknąć – głównie dzięki grze DiCaprio i reżyserii Iñárritu – bo to są jednak artyści kina wybitni i czego się nie tkną, przestaje być banałem.

      O ile się nie mylę, to Ennio Morricone dostał niedawno Złotego Globa. Ma też duże szanse na Oscara, ale – jak zauważasz – to w sumie tylko zabawa (choć jednak przekłada się na prestiż i popularność w kinie.
      Ja nie odnoszę wrażenia, ze DiCaprio pędzi za Oscarem.
      To prawda, że wybiera duże produkcje, ale to pewnie dlatego, że takie jest już jego wielki format ;) (To tak pół-żartem, pół-serio)

      Czy naprawdę uważasz, że współpraca z uznanymi reżyserami zapewnia większe szanse na Oscara? Zwróć uwagę, że nominację otrzymują także (i to dość często) aktorzy, którzy zagrali u mniej znanych reżyserów (przykłady mamy choćby w tym roku).

      Słuszna uwaga o kinie autorskim. Tylko, że dla mnie prawdziwe kino autorskie to takie, które jest pomysłem samego reżysera, koncepcją, która go przenika do głębi i domaga się ujścia (w przypadku „Zjawy” pomysł należał do kogoś innego i Iñárritu został do realizacji tego projektu wynajęty).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak, głównie Alberta (widzę, że w Tobie, jako mieszkańcowi Calgary, udzielił się lokalny patriotyzm ;) ).
      Ale też trochę Montany i Brytyjskiej Kolumbii (o argentyńskiej Ziemi Ognistej – gdzie ekipa filmowa musiała jechać z Kanady po śnieg (sic!) – nie wspominając).

  5. Kasia Says:

    “Zjawa” to historia o zemście. Niby klasyczna, ale zaskakująca w formie. To jednak przede wszystkim przepiękny, choć surowy i brutalny film, z zapierającymi dech w piersiach zdjęciami. To historia o sile ludzkiego ducha i determinacji, ale paradoksalnie także o uwalniającej mocy pozostawienia spraw własnemu losowi.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No tak, to jest nieodłączny dylemat ludzkiej kondycji: na ile możemy wpływać na własny los, a na ile jesteśmy wobec niego bezsilni. I czy w ostatnim przypadku jest on właśnie „własnym losem”, któremu możemy bezwolnie pozostawić nasze sprawy?

  6. avemi Says:

    przychodzi mi na myśl, że jest to jakaś forma usprawiedliwienia pewnej postawy…

      • avemi Says:

        tym razem, zemsta jako powód do życia, przeżycia, cel…
        jeszcze nie widziałam filmu, a więc dla mnie poza dyskusją…
        szukałam info o filmie MOJE CÓRKI KROWY – wydawało mi się, że kiedyś pisałeś, nie znalazłam…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Oczywiście postępowaniem Glassa kieruje głównie instynkt przetrwania. Żądza zemsty mu w tym pomaga, ale w filmie to właśnie na niej skupia się dramaturgiczna uwaga, bo to tworzy relację (tutaj: konflikt) międzyludzką.
          Glass nie walczy z Naturą (bo tak naprawdę nie jest mu ona wrogiem), tylko z ludźmi.

          PS. Film „Moje córki krowy” był w repertuarze ostatniego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, ale tak się złożyło, że go nie widziałem (obejrzę go natomiast za tydzień, bo sprowadzono go do Chicago ponownie.
          Ponoć niezły film – mimo dziwnego tytułu ;)

        • avemi Says:

          tak myślę, że siła jest w walce lub zdobywaniu… największa w Miłości

          ciekawa jestem co napiszesz? ja też jeszcze nie widziałam, ale powstrzymują mnie opinie, a popycha obsada :)
          pozdrawiam serdecznie :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Miłość jest awersem nienawiści, a przejawem tej ostatniej jest zemsta.
          To są bardzo silne (jeśli nie najsilniejsze) ludzkie namiętności.
          Nic dziwnego, że takie ważne miejsce mają w literaturze, kinie, teatrze… bo to karma i sól ludzkiego życia ;)

        • avemi Says:

          to prawda :)

  7. Simon Says:

    Jak zwykle szczegółowa i godna uwagi recenzja, choć przyznam szczerze, że przed jej przeczytaniem (a mając na uwadze to, co pisałeś o „Birdmanie” i jak bardzo lubisz Inarritu [a tego z nim spotkania to zazdroszczę]) spodziewałem się większych pochwał dla „Zjawy”. Punktujesz braki, którym ja jednak nie przykładałem wagi. Cieszyłem się tym filmem jak dziecko :) a scena z niedźwiedziem szalona, co prawda nigdy w życiu nie widzialem niedźwiedzia na własne oczy, a już tym bardziej „w akcji”, więc porównania nie mam, niemniej wrażenie było ogromne.

    Pozdrawiam, Logosie :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Cieszę się, że to napisałeś, bo właśnie przed chwilą moja żona – przeczytawszy moją recenzję – zarzuciła mi dokładnie to samo: za bardzo się czepiam, a przecież film nam się podobał ;)
      Więc chyba rzeczywiście podszedłem to „Zjawy” zbyt krytycznie w niektórych miejscach.

      Twoja spontaniczna reakcja na film Iñárritu jest godna pozazdroszczenia (ja cenię takie podejście do kina) – sam na „Birdmanie” doświadczałem podobnych uczuć (pewnej ekstazy kinomana, który patrzy na jakieś filmowe cudo ;) )
      Zresztą, „Zjawę” też oglądało mi się świetnie – nawet nie spostrzegłem, że minęło te 2 i pół godziny :)

  8. Tess Says:

    W swoim najgłębszym wymiarze „Zjawa” dotyka problemu człowieka, który postanowił walczyć z niszczycielskimi siłami natury. Iñárritu uczy nas, że jesteśmy tylko marnym prochem, pozbawioną sensu działania aberracją w kosmicznej skali czasu. Choć staramy się podporządkować sobie planetę, koniec końców musimy nauczyć się nią dzielić, nie należy ona bowiem tylko do człowieka zanurzonego w konkretnej chwili – jest również polem działania dawnych i przyszłych pokoleń, zwierząt, roślin i anomalii pogodowych. Dlatego też meksykański reżyser po raz kolejny w swoich filmach postanawia rozbić narrację i zerwać z chronologią zdarzeń. Widz musi odnaleźć się w pętlach czasowych, które w zamierzeniu mają nas nieustannie dezorientować – nie wiemy, kiedy ukazane na ekranie zdarzenia płyną szybciej, a kiedy wolniej, a przy tym mnogość potencjalnych rozwiązań jest furtką do budowania przez Iñárritu coraz to nowych mikroświatów. Reżyser hołduje w ten sposób koncepcji „kołowej historii dziejów” (rozwijanej m.in. w wierzeniach Majów i Azteków, których kultura musiała kształtować życie twórcy „Birdmana”), postulującej nieustanne odnawianie świata w tej samej formie nieskończenie wiele razy. Ten wydźwięk dopełnia tylko wizerunek Iñárritu jako wielkiego realisty magicznego kina – szara rzeczywistość i beznadziejne położenie życiowe Glassa przeplatają się z tym, co irracjonalne, nienazwane, owiane welonem tajemnicy. Choć film oparty jest na kanwie realnego zdarzenia, to dzięki wzbogaceniu historii o nowe komponenty możemy również traktować Zjawę jako opowieść o innej rzeczywistości, która rozgrywa się w alternatywnym Wszechświecie.
    (Piotr Piskozub)
    Cała recenzja: http://naekranie.pl/recenzje/zjawa-nasza-recenzja-filmu

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dobra recenzja. Jej wartość opiera się głównie na odniesieniach do kultury indiańskiej i mitu założycielskiego cywilizacji europejskich kolonistów w Ameryce (film Iñárritu, podobnie jak to robiły anty-westerny, dokonuje nie tyle dekonstrukcji tego mitu, co jego rewizji).
      Widzę również, że chwalenie zdjęć Lubezkiego, staje się w recenzjach „Zjawy” pewną rutyną ;)

    • rolka Says:

      Mogę się podpisać pod jednym z komentarzy pod tym klipem:
      Według mnie reżyser co prawda użył dość oklepanej konwencji scenariuszowej w swoim filmie, ale zrobił to tak dobrze i bez patosu, że w konfrontacji z maksymalną intensywnością oprawy audio wizualnej wypada to niezwykle dobrze i nieprzerysowanie. Nie popełniono absolutnie żadnego błędu produkcyjnego, a film robi obłędne wrażenie. Poza tym reżyser celowo przedłuża ten ból bohatera, żeby mógł on (ból) wybrzmieć u widza, żeby jego empatia splotła się z Glassem i można było jak najbardziej poczuć jego skrajne wyczerpanie. Według mnie głębią tego filmu jest człowiek w kontrze z naturą, z innym człowiekiem, a w końcu z samym sobą i tu nie potrzeba nic wiecej. Mamy się wraz z bohaterami uciec do najbardziej pierwotnych emocji, mamy się poczuć jak partycypant cierpienia podczas tego kinowego spektaklu

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To z kolei recenzja nie tylko „na gorąco” (jak twierdzą jej autorzy) ale i „na luzie”, nie pozbawiona wszak trafnych spostrzeżeń.
      Razi nieco jednak ilość porad, jakie kierują ci młodzi ludzie pod adresem twórców „Zjawy”, których zastosowanie miałoby (jakoby) uczynić ten film lepszym, pozbawionym usterek.
      No nie wiem, czy dawanie rad artystom klasy Iñárritu, Lubezkiego i DiCaprio ma jakikolwiek sens ;)

  9. p.adamski Says:

    Glass nie tylko odbywa podróż pełną fizycznego cierpienia, ale równocześnie rozwija się duchowo. Mając naprzeciwko siebie wyjątkowego łajdaka (kolejna złożona postać czarnego charakteru w repertuarze Hardiego) ma przed oczami tylko zemstę. Czystą i brutalną vendette, która ma nadzieję oczyści go z bólu po stracie jedynej mu bliskiej osoby. A jednak spotyka na swojej drodze Indianina, który mówi, że tylko Bóg ma prawo do zemsty. Umieszczenie tej chrześcijańskiej prawdy w ustach Indianina trąci pełną amerykańskich wyrzutów sumienia polityczną poprawnością. Jest też hollywoodzkim dogmatycznym banałem o przenikliwej mądrości indiańskich wodzów. Niemniej jednak w świetle całej masy nihilistycznych filmów o zemście, cieszyć musi fakt, że ta prawda tak mocno w kinie wybrzmiewa. Glass próbując przetrwać pośród dzikich zwierząt, surowych praw przyrody musi dopasować się do reguł. Zamienia się w zwierzę spożywające inne zwierzęta, walczące o skrawki pożywienia. Co go więc czyni człowiekiem? Tylko moralność, etyka i humanitaryzm.

    ”Nic odkrywczego” – powie ktoś. Jasne, ale na tle nihilistycznego, amoralnego i również skąpanego w śniegu westernu Tarantino „Nienawistna ósemka”, film Iñárritu przywraca moralną równowagę w przesiąkniętym moralnym relatywizmem kinie. „Zjawa” jest nie mniej brutalna niż filmy Tarantino, a jednak ta przemoc jest uzasadniona. Nie wynika z sadystycznych skłonności reżysera, a rozwija historię, podkreśla jej główny morał. Pod tym kątem dzieło twórcy „21 gramów”, „Birdmana” i „Babel” jest konserwatywne. Ujęło mnie swoją szczerością i brakiem nachalnego wyrachowania.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie odniosłem takiego wrażenia, ze Glass z czasem rozwija się duchowo (scenariusz nie daje do tego większych podstaw). Nie pozwala na to choćby jego ciągła walka o fizyczne przetrwanie, w której nie ma miejsca na rozważania filozoficzne, czy choćby na jakąś głębszą refleksję.
      Niestety, na humanitaryzm w tym filmie też nie ma większego miejsca – to widzimy to jest walka o przetrwanie i dbanie jedynie o własny interes.

      Nigdy chyba bym się nie pokusił o stwierdzenie, ze „dzieło” Iñárritu jest konserwatywne.
      Ale to prawda, że w reżyserze tym nie ma wyrachowania – w tym sensie, że nie idzie on na żaden kompromis. Mam nadzieję, że taką postawę on zachowa.

  10. gamon Says:

    Moim skromnym zdaniem Zjawa bardziej zasłużyła na Złotą Malinę, niż na tak liczne nominacje do Oscara. W 2015 było wiele znacznie lepszych filmów, których nie doceniono w odpowiedni sposób. Jednym z nich jest chociażby Młodość, która przebija najnowszą produkcję Inarritu pod absolutnie każdym względem. W dorobku zawodowym Leonardo DiCaprio również znajduje się wiele ról, zdecydowanie bardziej zasługujących na wyróżnienie – chociażby w zeszłorocznym Wilku z Wallstreet, czy w przedwiecznym Co gryzie Gilberta Grape’a?. Już dawno powinien dostać Oskara. Ale jeżeli zgarnie nagrodę dla Najlepszego Aktora za Zjawę, a nie otrzyma jej ponownie Eddie Redmayne, to obrażam się na Akademię i przestaję ją traktować jako drogowskaz w filmowym świecie.

  11. Onibe Says:

    przeczytałem z przyjemnością. Lubię Karpia, choć ileś lat wstecz odkrycie, że jest dobrym aktorem było dla mnie swoistym szokiem. Chyba niewielu udała się sztuka ucieczki z szufladki ekranowego lowelasa i słodkiego aniołka, a on to uczynił. I co ciekawe, potrafi grać charakterystyczne role w godny sposób. Być może jest to jeden z dosłownie kilku aktorów wielkiego mainstreamu który zaiste jest aktorem a nie jedynie celebrytą. Oczywiście piszę to z pewnym dystansem, na ten moment nie poczuwam się do dyskusji czy rzeczywiście jest aż taki dobry.

    Opis filmu przypomniał mi inny, bardzo realistyczny obraz sprzed wielu lat. Cast away – Poza światem z Tomem Hanksem był w swoim czasie dziełem wychodzącym nieco przez szereg. Pamiętam scenę usuwania zepsutego zęba… cóż, to nie było miłe. Choć, wobec tego co napisałeś o Zjawie, zapewne Cast away można uznać co najwyżej za rozcieńczony aperitif.

    Sam nie wiem czy lubię bardzo realistyczne filmy – realistyczne w sensie fizycznej, cielesnej brutalności. Realizm preferuję chyba przede wszystkim w kontekście spinającej się fabuły i braku deus ex machina.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jak tak sięgnę pamięcią, to nie przypominam sobie wielu ról, które szufladkowały go jako „ekranowego lowelasa i słodkiego aniołka”. Nie wiem czy oglądałeś jego pierwszy większy debiut jakim było wystąpienie DiCaprio w „What’s Eating Gilbert Grape”. W „Całkowitm zaćmieniu” Holland też daleko było Leosiowi do aniołka. A mocne role w filmach Scorsesego, Tarantiono, Zwicka… ?
      Jeśli rzucić okiem wstecz, to DiCaprio zagrał mn óstwo swiwtnych i zróżnicowanych jednak ról.

      Trudno jest porównać „The Revenant” Iñárritu z „Cast Away” Zemeckisa. Wprawdzie w jednym i drugim widzimy walkę człowieka o przetrwanie w surowym i bezlitosnym środowisku Natury, ale ich klimat jest zupełnie różny – tak, jak różnią się ze sobą osobowości twórców: dość „desperacka” reżyseria Iñárritu i rozrywkowe zacięcie kina popularnego Zemeckisa.
      Jednakże oba filmy są moim zdaniem bardzo dobre.

      Masz rację, realizm – a raczej naturalizm – musi mieć swoje usprawiedliwienie w fabule i przesłaniu filmu.
      Podobnie zresztą jest z seksem ;)
      Jeśli tak nie jest, to zbyt łatwo można się zbliżyć do pornografii (bo przecież przemoc też może być pornograficzna, nawet wtedy kiedy nie ma związku z erotyzmem).

      • Onibe Says:

        może bardziej mi chodzi o to, że ja poznałem Karpia od pewnej strony, bo w Polsce szerszemu audytorium „ujawnił się” w Romeo i Julii czy Titanicu. Oczywiście oglądałem Co gryzie Gilberta Grape’a i jest to jeden z tych filmów na bazie których uznałem go za potencjalnie jednego z najlepszych wspólczesnych aktorów. Właściwie trudno mi wymienić drugiego aktora z tego pokolenia, który potrafiłby tak dobrze sobie radzić po tamtej stronie kamery.

        Na szczęście seks potrzebuje uzasadnienia wyłącznie w kinie ;-P. Ja, mimo wszystko, doceniam obrazy w których takowego się nie szuka a seksu po prostu brak. Według mnie jest go stanowczo za dużo, zwłaszcza że wspólczesny dostęp do pornografii jest na tyle duży (za duży), że takie kupowanie widza ma znikomy sens.

        Acha, obejrzałem trailer Zjawy… No, no, no… takiego trailera to jeszcze nie widziałem jak żyję. A to już coś, bo zwykle nawet wybitne filmy mają zwyczajne trailery.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nic w tym dziwnego, że oceniamy aktora wedle tego, z jakich filmów go znamy.
          Ja przy okazji „Zjawy” przypomniałem sobie wiele jego innych ról i uderzyła mnie nie tylko ich ilość, ale i różnorodność.
          Przypominam sobie, że zwróciłem na niego większą uwagę przy okazji filmu Agnieszki Holland „Całkowite zaćmienie”, zaraz potem obejrzałem Gilberta Grape’a i już byłem pewien, że jest to aktor niesamowicie utalentowany. Cała jego późniejsza kariera zaświadczyła, że się nie myliłem – w żadnej roli DiCaprio mnie zawiódł. Jedynym zastrzeżeniem może być to, że… gra za dużo. No ale widocznie nikt nie ma jeszcze tego dosyć :)

          Masz rację, że pornografia „zabiła” erotyzm w filmie. Pamiętam, jak chłopięciem będąc, chłonąłem każde mignięcie biustu aktorek, które mi się podobały. Teraz każdy nastolatek ma dostęp do całych ton filmów pornograficznych – i to za jednym kliknięciem – również na swoim telefonie.
          Młodzi ludzie nie wiedzą, co przez to tracą ;)

          Piszesz, że trailer „Zjawy” zrobił na Tobie wrażenie. Otóż muszę Cię zapewnić, że w tym akurat przypadku trailer znakomicie oddaje rodzaj i charakter filmu.
          Może więc zachęcił Cię do małej wycieczki do miasta, gdzie jest najbliższe kino i obejrzenia filmu na dużym ekranie?

        • Onibe Says:

          Nie potrafię odtworzyć kolejności „poznawania” DiCaprio, ale obawiam się, że gdzieś na wstępie był Titanic właśnie. Byłem pod wrażeniem filmu kiedy wychodziłem z seansu, ale każda kolejna refleksja nieco zabijała odczucie. Z ostatnich jego filmów widziałem Wilka z Wall Street (bardzo fajny), Incepcję (odczucia mieszane), Django (nieco wbrew sobie ale lubię Tarantino), Awiatora (bardzo dobra rola), Gangi Nowego Jorku (!), Złap mnie jeśli potrafisz. Z wcześniejszych to już Niebiańska plaża, Titanic, Człowiek w żelaznej masce, Pokój Marvina, Romeo, Szybcy i martwi. Co do paru innych tytułów mam wątpliwości: niby brzmią znajomo, ale nie pamiętam czy widziałem.

          Lubię erotyzm w polskim kinie z czasów prl i okolic. Był dość bezprecedensowy, pozbawiony pruderii, bardzo otwarty. W pewien sposób wyprzedził swoje czasy bo osiągnął stan, do którego zachód dąży i zdążyć nie może (rozmieniając się na drobne). Do tego erotyzmu mam sentyment. Całkowicie nie podchodzi mi erotyka w mainstreamowym kinie hollywoodzkim. Będąc człowiekiem wręcz uzależnionym od kobiet i sexu odczuwam właściwie zawsze zażenowanie oglądając te próby, nigdy zaś podniecenie.

          Na Zjawę czuję się przekonany, z pewnością w lutym się na nią udam i napiszę parę słów, choćby dla własnej pamięci.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No proszę, oto wymieniasz całą litanię filmów z DiCaprio, a jeszcze nie tak dawno pisałeś, że nie chodzisz do kina ;)

          Nawiasem mówiąc, ciekawe jest to, że jakieś dobre wystąpienie aktorskie kojarzy nam się z dobrym filmem – i vice versa. Chociaż, jak się tak zastanowić, to nie ma w tym nic dziwnego, bo dobrzy aktorzy mają jednak intuicję (w jakim filmie zagrać), no i zwykle współpracują z dobrymi reżyserami (choć oczywiście są wyjątki, kiedy reżyserzy zawodzą zaufanie aktora i produkują gnioty z ich udziałem).

          Jeśli chodzi o erotyzm w kinie… Nie wiem, pewnie się starzeję, ale mnie bardzo odpowiadał ten erotyzm, który był w dawnym kinie, kiedy to „symbolami seksu” były piękne, zjawiskowe, „rasowe” kobiety typu Brigitte Bardot, Claudia Cardinale, Sophia Loren, Rita Hayworth, Marylin Monroe…
          Nie odnosisz wrażenia, że obecne aktorki nie mają już tego sex-appealu? Że zarówno twórcy filmu, jak i widownia podchodzą dzisiaj do tego erotyzmu inaczej – zbyt dosłownie, płyciej, powszedniej, bardziej instrumentalnie (mechanicznie?), bez krzty romantyzmu? (A może źle adresuję to pytanie, bo jesteś jednak człowiekiem znacznie młodszym ode mnie? ;)
          Chociaż… widziałem niedawno ładną scenę seksu w kinie. Na filmie „Carol”. Z tym że… brały w niej udział dwie kobiety ;) nota bene bardzo dobre aktorki (Cate Blanchett i Rooney Mara), więc dało się wyczuć „chemię” miedzy nimi.

          Z Twoimi uwagami (recenzją?) po obejrzeniu „The Revenant” zapoznam się chętnie.
          Ale czy wcześniej nie ulegniesz zbytnio sugestii i uprzedzeniom, ponieważ – jak mi się wydaje – taki wielki szum teraz wokół tego filmu się rozbił? A pod koniec lutego będzie pewnie jeszcze większy, bo przecież Oscary…

        • Onibe Says:

          zgadzam się w kwestii sex-appealu. Dodam od siebie, ze zawsze preferowałem kobiety o urodzie ciekawej, bo dla mnie uroda to coś co podlega eksploracji a nie jest, niczym hamburger, daniem o smaku wyczuwalnym już w pierwszym kęsie (i do ostatniego kęsu identycznym). Zresztą, nie wiem czy o którejkolwiek ze znanych aktorek mógłbym powiedzieć, że choć na chwilę mnie otumaniła. Dla mnie większość z nich to jednak przedmioty o estetycznych walorach użytkowych. Dookoła siebie widzę znacznie więcej kobiet, które coś w sobie mają, a nie są zaledwie odbiciami jednej sztancy. Ale pewnie ja też jestem stary, bo przecież młody człowiek by czegoś takiego nie powiedział, prawda? ;-P I erotyzm jest mechaniczny, przypomina taniec ale nie z ognistych finałów, raczej takie ćwiczenia, kiedy sto par stoi obok siebie i w zwolnionym tempie trenują ruchy starając się ich nie pomylić. Zresztą, pisałem wcześniej, dla mnie erotyzm nie występuje we współczesnym kinie. A wszelkie jego przejawy odbieram jako żenadę. Carol nie widziałem, muszę zatem nadrobić ;-D

          Dobra erotyka, wg mnie, powinna działać tak, że nawet jeśli oglądając film myślisz o najbliższej pizzy, to w połowie danej sceny nie myślisz już o niczym innym jak o cielesności i nic innego nie wydaje ci się tak ważne jak dotyk kobiety i zapach jej skóry. Tego nie ma. Pozostaje pizza.

          Postaram się nie ulec uprzedzeniom. Zresztą, kto jak kto, ale diKarpio zasługuje na większość z fanfar pod swoim adresem. Czasami marketing jest zasłużony ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Pizza czy sex-appeal? – oto jest pytanie ;)

          Wprawdzie podlegamy przemożnym wpływom hormonów i fizjologii (głód), to jednak musi istnieć w kinie coś, co jest obiektywne – i co nie jest determinowane naszym biologizmem. W końcu jesteśmy (teoretycznie?) istotami myślącymi – albo przynajmniej powinniśmy mieć takie aspiracje ;)

          Nie wiem. Czy to, że w mojej młodości odbierałem dość mocno erotyzm w kinie, nie było właśnie sprawą wieku (a tym samym hormonów)? Czy rzeczywiście erotyzm z kina dzisiejszego – jak twierdzisz – wyparował.
          Ja zresztą również odnoszę takie wrażenie i – jak już o tym wspomniałem wcześniej – być może przyczyną jest obecny, niezwykle łatwy dostęp do pornografii w sieci. Może „odromantycznienie” seksu, do którego podchodzi się teraz jak do konsumpcji hamburgera? Doprawdy nie wiem.
          Faktem jest, że nie powstają już teraz takie filmy jak „Ostatnie tango w Paryżu”, „Emanuelle”, „9 i pół tygodnia”, „Żar ciała”, „Fatalne zauroczenie”, „Nagi instynkt”…

          A Di Caprio znowu dostał jakąś większą nagrodę za wystąpienie w „The Revenant”. Tym razem od Gildii Aktorów Ekranowych:

          A nie mówiłem, że Leo to niezwykle elokwentny gość? ;)

        • Onibe Says:

          erotyzm wyparował w efekcie pewnej przemiany obyczajowej ale i ewolucji kina jako takiego. Erotyzm potrzebuje tajemnicy. Kiedy jest tajemnica, to erotyczny jest fragment kobiecej stopy, kiedy tajemnicy brak to pozostaje jedynie wyścig zbrojeń, który jednak z założenia oddala nas od ideału. Z drugiej strony, nawet „romantyzacja” filmów (sorki za neologizm) odbija się czkawką. Zauważ, że w każdym niemal filmie i w każdym serialu obowiązkowo musi być wątek romantyczny. Nawet jeśli sam w sobie ma sens, to w skali większej go traci, bo mamy gigantyczną powtarzalność opowieści pod tytułem kiedy pan poznaje panią. Erotyzm jest do tego dopisywany na końcu, ale często nawet zanim bohaterowie zaczną się rozbierać ja osobiście tracę nimi zainteresowanie. Ich losy są mi obojętne, a plastikowy ekwiwalent klimatycznej erotyki ani nie pogłębia odczuć, ani nie tyka w moim umyśle odpowiedniej struny. Ale ja w ogóle jestem trudnym konsumentem kultury i z pewnością nie jestem uwzględniany jako target ;-P

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Pisząc o „uromantycznianiu” seksu nie miałem na myśli mydlano-operowej banalizacji romansowej, jaką jaką serwują widzom seriale. Raczej właśnie pewną „tajemniczość”, niedostępność, aurę niezwykłości… którą żywi się erotyzm. Dzisiaj dostarcza się ludziom seksu jak na tacy – za jednym kliknięciem mają oni przed sobą tartak i młocarnie, gdzie wyprany z erotyzmu seks jest zajęciem mechanicznym i jakże jałowym.
          Z drugiej zaś strony mamy romansidłowy banał, który w zasadzie też od erotyzmu stroni, bo nie chce się narazić zarówno seksualnej cenzurze, którą stosuje się pop-kulturze, jak i pruderyjnym widzom (których jest chyba większość).
          Bo zrobić naprawdę dobry film erotyczny, to jest wielka sztuka.

        • Onibe Says:

          Nie uważasz, że w pewnym sensie romansidłowa banalizacja stała się tożsama – w poszechnym rozumieniu – z romantyzacją? Nie twierdzę, że to jest jednoznaczne, po prostu chyba tak się stało.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Tak się stało.
          Myślę, że jest to konsekwencja zawłaszczenia „romantyczności” przez kulturę masową, której jedną z właściwości jest właśnie banalizacja wszystkiego.
          Romantyzacja zakłada pewną ekskluzywność, (która jest antonimem pop-kulturowego glajszachtowania).
          Dlatego zamiast romantyzacji mamy romansidłowienie, które ma tyle wspólnego z romantyzmem, co harlequiny z Byronem.

  12. Patrycja Mucha Says:

    Szanowny Panie,

    z przyjemnością przeczytałam Pana tekst i już w trakcie lektury doszłam do bardzo prostego wniosku – oczekujemy od kina czegoś zupełnie innego, dlatego nasze oceny będą skrajne (widziałam np. w komentarzach, że ceni Pan „Młodość”, której ja szczerzę nie znoszę – to już nas jakoś ustawia :) ). Jednak najbardziej podobało mi się to, co sprawia, że do kolejnych tekstów autora recenzji będę raz po raz wracać: piękna interpretacja, która jest spójna, całościowa i kompleksowa, a jednocześnie dla mnie nie do przyjęcia, ze względu na moje własne podejście do filmu jako sztuki.

    Aż trudno wymienić wszystko, co przyszło mi na myśl podczas czytania Pana recenzji, skupię się zatem na elementach najważniejszych:
    – jestem osobą, która ocenia film jako dzieło autonomiczne. Oczywiście, staram się posługiwać swoją wiedzą w jego interpretacji czy ocenie, ale podchodzę do niego podczas seansu zwykle jak do czystej, niezapisanej kartki (nie czytam recenzji, nie oglądam zwiastunów, nawet nie wiem często, „o czym film jest”). Ma się ono dla mnie wybronić samo, bez konieczności odnoszenia się choćby do poprzednich dzieł reżysera, jego wypowiedzi czy mogących sprzyjać mojej interpretacji tekstów. Mnogość odniesień w Pana tekście mnie zachwyca, jednak mojemu pisaniu jest obca, choć pośrednio pewnie ma także wpływ na ocenę.

    Jeśli zaś idzie o „autentyzm” filmowy, to wyznaję bardziej autentyzm przekazu niż bezpośredni naturalizm obrazu. Można bowiem chcieć kręcić przy naturalnym świetle i w naturalnych plenerach, ale nijak ma się to do postawy, jaką reprezentuje reżyser i tego, co ma on do powiedzenia. To tylko środek, do tego dość zawodny i, brzydko mówiąc, często wygrywający w populistyczne nuty. Krótko: film może być skrajnie wystylizowany, ale autentyczny (jak moje ulubione „Love” czy „Spring Breakers”) lub realistyczny do bólu, a jednak dalej „sztuczny”.

    Widziałam jednak, że w paru punktach się zgadzamy: nie odmawiam (i nikt nie powinien tego robić) filmowi Inarritu doskonałej formy. Jako rzemieślnik kina on i jego współpracownicy wykreowali obraz doskonały. Ale dla mnie to wciąż tylko obraz. Wiem, że to opinia mało popularna, ale wszystkie znaczenia, które w „Zjawie” udało mi się odnaleźć wydają mi się muskać jedynie powierzchnię – i potwierdza to, moim zdaniem, przytoczony przez Pana fragment wypowiedzi Inarritu.

    Bardzo Panu dziękuję za komentarz – tak wyrażone wątpliwości są dla mnie bardzo cenne. Jednocześnie zazdroszczę Panu czytelników bloga – kulturalnych i chętnie podejmujących rzeczowe dyskusje.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Z ciekawością przeczytałem zarówno Pani komentarz, jak i recenzję filmu Iñárritu. Z wieloma Pani uwagami się zgadzam, są jednak kwestie, na które mam inne zapatrywanie. Pozwoli Pani, że aby zachować jakiś porządek i przejrzystość mojej odpowiedzi, podzielę ja na kilka akapitów.

      – Ja również staram się podchodzić do nowego filmu bez uprzedzeń (także unikam czytania recenzji filmu przed jego obejrzeniem, bo siła sugestii może jednak zadziałać). Na pewno przy ocenie – i naturalnie: pisząc recenzję – kieruję się własnymi wrażeniami i refleksjami wyniesionymi z seansu. I staram się to robić szczerze, czyli zgodnie z prawdą mojego odbioru. Siłą rzeczy jest to subiektywne, a jednak zależy mi na tym, by zachować pewien obiektywizm oceniając wartość artystyczną filmu, która jest wymierna, jeśli wziąć pod uwagę pewne kanony filmowej sztuki.
      To, czy odnieść się w recenzji do innych filmów reżysera, tudzież do historii kina, jest sprawą wyboru. Ja czasem to robię, bo uważam, że wprowadza to do recenzji pewną kompleksowość, szerszy kontekst i perspektywę.
      Ale rozumiem Pani podejście do filmu jako do „czystej karty” (czy to jednak jest do końca możliwe?), bo to może nadać recenzji pewien kartezjański porządek ;)

      – Bardzo ciekawe jest to, co napisała Pani o autentyzmie, bo rzeczywiście film może być skrajnie wystylizowany, ale autentyczny lub realistyczny do bólu, a jednak nadal „sztuczny”. Z tym, że w przypadku „Zjawy” nie mogę się zgodzić z tym, że jest ona estetycznym „oszustwem” (jak sugeruje tytuł Pani recenzji) – i że (zarzut ogólny) filmy Iñárritu są jak mydlane bańki. Ja się przekonałem do kina Iñárritu jeszcze przed całym tym medialnym „hypem” i sądzę, że jest on prawdziwym artystą kina, a nie pozerem (na dodatek „pozbawionym złożonej osobowości”), który tylko „czaruje” publiczność i chce się „pokazać”. Innymi słowy: jego sztuka nie jest „fałszywa”. Tak przynajmniej ja ją odbieram.
      Wracając do „Zjawy”. Zgadzam się: jej stylizacja jest mocno zaawansowana, przytłacza niejako treść (która jest, powiedzmy sobie szczerze) dość mizerna, niemniej jednak według mnie określa wysoki standard artystyczny filmu. Podobnie zresztą było z ostatnim „Mad Maxem”, którego treść (moim zdaniem) śmiechu była warta, ale forma filmu uczyniła z niego bez mała arcydzieło.
      Też nie lubię postmodernistycznej tendencji, w której treść ma się za nic a formę uważa się za najważniejszy element dzieła sztuki, jednak w kinie dość często daję się uwodzić estetom czy genialnym rzemieślnikom, którzy z niczego potrafią stworzyć COŚ.

      – Nie przypominam sobie, aby w przytoczonej przeze mnie wypowiedzi Iñárritu mówił coś o tym, że w swoich filmach muska on jedynie powierzchnię rzeczywistości. To była moja konstatacja (sam do tej pory nie jestem pewien, czy jednak usprawiedliwiona) i myślę, że sam reżyserem by się z tym raczej nie zgodził.

      – Przyznam się, że nie rozumiem Pani zarzutu, iż „reżyser jest winny zarzucanej mu zbrodni – braku odpowiedzialności za formę filmową” skoro właśnie twórcy filmu tak wielką wagę przywiązali do formy (stylu) filmu, co na ekranie jest jednak aż nadto widoczne – i z czym trudno jest się nie zgodzić, bo film (jako widowisko) robi jednak wielkie wrażenie.

      PS. Muszę kończyć, choć miałbym jeszcze kilka uwag dotyczących Pani recenzji.
      Nie chcę jednak, by ten komentarz rozrósł się do jeszcze bardziej nieprzyzwoitych rozmiarów ;)
      Pozdrawiam

  13. Patrycja Mucha Says:

    Jakże mnie cieszy Pana odpowiedź! :) Odpowiem jak mogę najlepiej na Pana uwagi:

    – oczywiście, nie jest to możliwe, jednak zwykle w trakcie seansu mam swój instynkt (jak każdy zresztą) i pierwsze wrażenie, do którego lubię wracać i które lubię przytaczać w recenzjach. Ono właśnie ustawia mnie jako widza, a nie ta wiedza, którą (mam nadzieję) posiadam. Po „przemyśleniu” niektóre oceny tracą na świeżości, są w moim przypadku przeintelektualizowane i choć często wracając do własnych spostrzeżeń co do filmów oglądanych w przeszłości zmieniam zdanie i nie boję się przyznać, że się myliłam, to tę wrażeniowość z pierwszego seansu lubię w sobie pielęgnować.

    – Widzi Pan, i ja odbieram to inaczej. Dla mnie forma filmów Inarritu nie świadczy o nim jako twórcy, który ma w stosunku do świata jakąś określoną postawę. Dla przykładu podam twórców, którzy w mojej opinii świetnie sobie radzą z jej reprezentacją w obrazie: Harmony Korine, Wim Wenders, Jim Jarmusch czy Andrzej Munk. Po prostu nie uważam, że wyraża on obrazem własne przemyślenia ze pośrednictwem historii, tylko właśnie „finezyjnie kreuje opowiastkę”. I nie ma w tym często nic złego, gdyby nie fakt, że jego dzieła aspirują do pewnych uniwersalnych traktatów na temat życia czy człowieka, a to, w mojej opinii, tylko pozory. Dlatego moim zdaniem są fałszywe. Udają, że mówią więcej, niż w istocie mówią.

    „Mad Max” jest doskonałym przykładem tego, że twórca stworzył tu opowieść o kinie rozrywkowym, opowiedzianą przez formę. Te dwie warstwy ze sobą korespondują, pięknie się kontrapunktują, a każdy element jest tam, gdzie jego miejsce. Słowem: za formą widzę stanowisko autora (do siebie samego jako twórcy z dorobkiem, do współczesnego kina, do współczesnych technik kreowania obrazu).

    – Moim zdaniem to, o czym Inarritu mówi świadczy o tym, że muska powierzchnię. Jego wypowiedź jest jak ten wróbel ulatujący z ciała Indianki. Pretensjonalny.

    – jeżeli chodzi o zarzut: przez „odpowiedzialność za formę filmową” mam na myśli to, co się za nią kryje, a raczej co powinno kryć, co wrażliwość widza powinna wyczuć. Nie widzę tutaj nic poza doskonałością użytych środków filmowych. Pan jednak te sensy znalazł, znalazł Pan i stanowisko reżysera, więc oczywistym jest, że nie dojdziemy do konsensusu ;)

    Dziękuję raz jeszcze i pozdrawiam! :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      A ja myślę, że doszliśmy do pewnego porozumienia – w tym sensie, że (jak mniemam) poznaliśmy i zrozumieliśmy nasze (oczywiście różne) punkty widzenia. Dziwne byłoby, gdybyśmy się we wszystkim zgadzali – tego samego w kinie szukali i mieli wobec niego takie same oczekiwania. Przecież każde z nas ma inna osobowość, inne doświadczenia, inną wiedzę… jest w innym momencie swojego życia. Poza tym, nasz stosunek do kina się zmienia, ulega pewnej ewolucji. To że się różnimy jest więc zupełnie normalne. Nie ma większego sensu przebijać się swoimi racjami, bez wykorzystania tej dyskusji do poszerzenia własnego horyzontu, pogłębienia wiedzy, czy wreszcie do poznania innego człowieka.
      No ale to trochę odbiega od „Zjawy”, która nas tu powinna najbardziej zajmować ;)

      – Muszę Pani napisać, że podobnie odbieram filmy: dla mnie najważniejsze jest pierwsze wrażenie i już niejednokrotnie pisałem o tym, że właściwie to wpierw (i chyba przez to najmocniej) odbieram i przeżywam film „trzewiami”. Dopiero później ten odbiór racjonalizuję – chcąc np. napisać recenzję filmu. Czyli najpierw są jednak zmysły, później intelekt, (który – to prawda – czasem powoduje, że zmieniam nieco o filmie zdanie, ale jednak nigdy nie radykalnie).

      – Bardzo istotna jest Pani uwaga o pewnym braku (wadzie) jaki daje się zauważyć u Iñárritu, bo rzeczywiście można się zastanawiać nad tym, czy jego filmy są głębokie – i dojść do wniosku, że jednak nieco są za płytkie. I że wobec aspiracji reżysera do wyrażenia pewnej istotnej prawdy o ludzkiej kondycji – to może być trochę za mało. Nie wiem jaka jest tego przyczyna. Może taka, że zawsze Iñárritu pomaga ktoś w pisaniu scenariusza (moim zdaniem to, że przerwał z nim współpracę Guillermo Arriaga – scenarzysta „Amores Perros”, „21 Gramów” i „Babel” – to jest dla kina Iñárritu wielka strata).
      Ja zresztą o owej „płytkości” (i co się z tym wiąże: „anty-intelektualizmie”) filmów Iñárritu – wspominam w recenzji „Zjawy”. Coś podobnego stwierdziłem też, pisząc o „Birdmanie” TUTAJ.

      – Zgadzam się również i z tym, że w „Zjawie” zastosowano kilka pretensjonalnych „chwytów” – jak ten z wylatującym z piersi martwej Indianki ptaszkiem.

      Jak więc widać, nasze postrzeganie „Zjawy” – o ogólnie: filmów Iñárritu – jest w wielu punktach zbieżne.
      Różnimy się jednak w tym, że ja (mimo tych zastrzeżeń) wszystkie filmy Meksykanina lubię, a o „Amores Perros” myślę nawet, że to arcydzieło.

      Pozdrawiam

      • Patrycja Mucha Says:

        Rzeczywiście, dlatego powiedzenie, że o gustach się nie rozmawia jest jednym z tych, z którym się absolutnie nie zgadzam. Rozmawia się, bo to nam gwarantuje poszerzenie horyzontów ;)

        – Przeczytałam Pana tekst o „Birdmanie” i rzeczywiście – pojawiają się takie „zarzuty”. Zaciekawił mnie jednak przede wszystkim fragment wypowiedzi, ten w załączniku. To tylko rozwiało moje wątpliwości, które miałam podczas seansu „Birdmana”: Inarritu nie chce figlować, on naprawdę zadaje „wielkie pytania o istotę rzeczy”, ubierając je w taki mainstreamowy sztafaż.

        Bardzo mi się podoba Pana konkluzja – najlepsza, do jakiej można było przy tej okazji dojść ;)

        Pozdrawiam serdecznie
        Patrycja Mucha

  14. leo Says:

    Podstawowy problem tego filmu jest to, że nie wywołuje pozytywnych emocji, męczy, dotrwanie do końca to wyczerpujące zajęcie. Drugi problem, to taki, że brakuje postaci, z którymi widz może się identyfikować (normalsów). Chwilami identyfikowałem się z tym całym dowódcą, ale to takie chwytanie się brzytwy. Jeśli chodzi o grę aktorską, to w przypadku tak nierozwiniętych charakterologicznie postaci, jedyne za co można dać lajki to za „przeistoczenie” się. Zdecydowanie udała się ta sztuka Hardy’emu natomiast Leo był… sobą, z resztą, jak we wszystkich swoich filmach. Zdjęcia na plus, ale to już widzieliśmy w Birdmanie, wplecione wizje głównego bohatera, od czapy, udają „głębię”

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jeśli chodzi o mnie, to „dotrwanie do końca” nie było problemem, bo nie był to dla mnie spektakl ani dłużący się, ani wyczerpujący. Każdy odbiór filmu jest subiektywny.
      Leo moim zdaniem zagrał rolę zupełnie inną, w porównaniu z jego dotychczasowymi kreacjami. Ale to prawda, że scenariusz nie pozwalał mu na rozbudowanie (pod względem psychologicznym) roli Glassa i sporo w jego wystąpieniu było repetycji.
      Zgadzam się: głębia w „Zjawie” dodana jest niejako „na siłę”, ale nie zepsuło to do końca filmu, którego wartość osadza się głównie na spektaklu.

  15. Mrs Tiger Says:

    Cóż, film Zjawa nie jest to nic innego niż remake filmu: Człowiek w dziczy (Man in the Wilderness) z 1971 roku. Zdjęcia i ujęcia muszą być o wiele lepsze, bowiem dzieli te filmy ponad 40 lat. Technika filmowania zrobiła wielki skok. Jednak żadnego skoku w budowaniu emocji nie zauważyłam. Film Człowiek W Dziczy, był wstrząsający. Zobaczyłam go jakiś czas temu w TVP (chyba na tym kanale) i pamiętam do dziś.

    Johnny Harris Man In The Wilderness MT/CC

    Man in the Wilderness

    Wystarczająco bogaty w fakty artykuł o prawdziwym bohaterze przedstawionych na filmach zdarzeń, napisał i podzielił się nim z nami, redaktor Sławek Zagórski.

    Hugh Glass – człowiek, który oszukał przeznaczenie
    http://facet.interia.pl/obyczaje/historia/news-hugh-glass-czlowiek-ktory-oszukal-przeznaczenie,nId,1091436

    Pozdrawiam.

    • remington Says:

      oba filmy są oparte na życiu tego samego człowieka Hugh Glass’a, więc określenie tego jako plagiat jest nie na miejscu. Poza tym różnią się zasadniczymi szczegółami, jakimi?
      a to już trzeba obejrzeć oba i porównać i może trochę poczytać o orginalnym bohaterze obu filmów. Zresztą na początku lat 70-tych obok „Człowieka z dziczy” był również film z Redfordem utrzymany w podobnej konwencji ekstremalnego przetrwania na wczesnym Dzikim Zachodzie „Jeremiah Johnson”, również oparty na przeżycia realnie istniejącego człowieka. Byłem wtedy dorastającym chłopakiem i oba te filmy zrobiły na mnie niesamowite wrażenie i pewnie miało to jakiś wpływ na to że w sumie osiedliłem się w Górach Skalistych gdzie mieszkam już ponad 25 lat. Teraz na szczęście nie ma Indian tylko są „Native Americans” i nie próbują zabić i oskalpować (niekoniecznie w tej kolejności), ale nadal są grizzly które łeb potrafią urwać…

      https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_fatal_bear_attacks_in_North_America

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      @Mrs. Tiger,
      nie znam filmu „Człowiek w dziczy”, dlatego nie wspomniałem o nim w mojej recenzji. Obejrzałem jednak trailery i – mimo że przedstawiają tylko kilka scen z filmu – spostrzegłem, że przypominają one te, jakie widziałem w filmie Iñárritu („powstanie z grobu” Glassa, krzesanie ognia…) Chętnie więc obejrzałbym ten film sprzed 45 lat – choćby tylko po to, by się przekonać, jak się zmieniły w kinie standardy opowiadania o Dzikim Zachodzie.

      @remington,
      a to ciekawa historia z tym Twoim osiedleniem się w Górach Skalistych.
      Mnie zresztą też „uwiódł” w dzieciństwie i młodości mit amerykańskiego Zachodu (głównie przez książki i kino). I miałem to szczęście, że spędziłem na nim (podróżując) kilka lat mojego życia.

    • kasztkl Says:

      ciekawe? kurde odjebane na maxa, klawo że ktoś to zmontował, ja osobiście pomyślałem sobie o nostalgii przy okazji ruin kaplicy ale nic poza tym, na szczęście nie oceniam, pozdrawiam i namawiam do tego samego:]]

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      @Tess,
      rzeczywiście, większość z tych kadrów ujawnia zbieżność chyba nie przypadkową. Mnie podczas oglądania „Zjawy” uderzyło podobieństwo onirycznej sceny w ruinach katedry z bardzo podobną w „Nostalgii” Tarkowskiego.
      Mimo wszystko nie widzę niczego złego w takich zapożyczeniach, jeśli tylko służą koncepcji artystycznej filmu.
      Nawet uznane i na wskroś autorskie filmy bywają pełne podobnych odniesień i zapożyczeń – czy też inspiracji.
      Historia kina – i filmowej sztuki – to pewne continuum.
      Nic nie rodzi się w próżni.

    • monsherif Says:

      I find it a very smart and elegant nod to Tarkovsky. Inarritu speaks about him in almost every interview talking about how he got into cinema and his exposure to European films and art.

    • just_me Says:

      Iñárritu o Tarkowskim:

      I got exposed to European films, and they had a strong impact on me. I felt those films had a lot of things to say that weren’t getting expressed in the films I was used to seeing. I remember, the first time I saw a [Andrei] Tarkovsky film, I was shocked by it. I didn’t know what to do. I was fascinated, because suddenly I realized that film could have so many more layers to it than what I had imagined before.

  16. Tess Says:

    Krytyk filmowy Michał Oleszczyk o filmie Inarritu :

    „Kasa i brak gustu kupią ci absolutnie wszystko. Alejandro González Iñárritu to taki reżyser, który z lubością wepchnie kamerę w każdą otwartą ranę na swojej drodze, a jego nowy film pt. ZJAWA stanowi jeden wielki akt wytarzania widza w wydzielinach wszelkiego typu, tylko marginalnie bardziej znośny od BIRDMANA (tutaj przynajmniej nie musimy wysłuchiwać kilometrowych banałów brzęczących nieustannie w tle). Ten nowy film jest reżyserskim podejściem do gatunku pod roboczą nazwą „kino kaźni” (POGRZEBANY, 127 GODZIN, GRAWITACJA, etc.) i torturuje głównego bohatera całkowicie bezwstydnie, jednocześnie sprzedając torturę jako „epikę” (w jednym niezamierzenie komicznym ujęciu, bohater spada z niewidocznego wcześniej klifu z nagłym szarpnięciem godnym Wilego E. Kojota). Dialog to w 90% suche informacje („Musimy iść”; „Nie możemy tu zostać”; „Śledzą nas”), a w 10% smaczki z epoki (przemowa, jaką Tom Hardy wygłasza przy ognisku została skrojona na potrzeby klipu granego przy oscarowych nominacjach). Film jest długi, nudny, bezkształtny i karmiący nas na siłę symbolami mniej więcej co 10 minut (sfora wilków atakuje osamotnionego bizona; ciało wisielca obraca się w stronę kamery na skrzypiącym sznurze [sic] i nagle dostrzegamy tabliczkę z napisem „Wszyscy jesteśmy dzikusami”; i tak dalej). Zemsta i odkupienie to co najwyżej wsporniki, na których Iñárritu umocował swoją zjeżdżalnię; ani nie kształtują opowieści, ani nie nadają jej rezonansu. Jeśli ktoś marzy o oglądaniu zuch-aktora (DiCaprio) uwięzionego w lśniącej, 156-minutowej zabawce skleconej przez średniego reżysera z kupą kasy, wówczas ZJAWA z pewnością może się z pewnością wydać filmem roku. Ode mnie dostaje 3 punkty na 10.”

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Pan Michał Oleszczyk ma alergię na filmy Iñárritu („Birdmana” uznał dosłownie za „złom”). Tak więc jego recenzje tych filmów są skrajnie antypatyczne (ale czy ma to cokolwiek wspólnego z rzetelną oceną kina?). To tak, jak gdyby ktoś mający alergię, czy wręcz wstręt do sushi, oceniał japońskie restauracje.

      • Joanna G. Says:

        Ja tam nie uważam recenzji, które Michał pisze za antypatyczne. Większość z nich wydaje mi się miła i przyjazna.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Kasa i brak gustu kupią ci absolutnie wszystko. Alejandro González Iñárritu to taki reżyser, który z lubością wepchnie kamerę w każdą otwartą ranę na swojej drodze, a jego nowy film pt. ZJAWA stanowi jeden wielki akt wytarzania widza w wydzielinach wszelkiego typu…” etc.

          Czy naprawdę uważa Pani, że to co napisał tu pan Oleszczyk o filmie jednego z najwybitniejszych (i uznanych przez środowiska filmowe) twórców współczesnego kina jest sympatyczne? Dla mnie to jest ewidentna antypatia.

          Ponadto, ja nie pisałem o innych recenzjach pana Oleszczyka (które jak najbardziej mogą być sympatyczne), tylko o jego nocie o „The Revenant”.

        • Joanna G. Says:

          Panie Stanisławie. Recenzja nie może być antypatyczna, ponieważ antypatyczny może być człowiek (antypatyczny to antonim sympatycznego; oznacza też odpychający, nieprzyjemny). Recenzja może być dobra, zła, rzetelna, głęboka, powierzchowna – niech Pan wybierze sobie odpowiednie przymiotniki.
          Tak, Michał może odczuwać antypatię wobec filmów Ińarritu, nikt mu tego nie zabroni. Mogą mu się te filmy nie podobać, może ich nawet żywiołowo nie znosić i dawać temu wyraz. Ja na przykład serdecznie nie znoszę Tarantino, a Scorsese mnie usypia (rekordem jest pięć podejść do „Gangów Nowego Jorku”, za pierwszym razem obejrzałam do 40 minuty, za piątym zasnęłam podczas pierwszych pięciu minut). I co z tego?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Właśnie, mnie recenzja Oleszczyka wydała się nieprzyjemna i odpychająca (czyli antypatyczna).

          Mówi Pani, że usypia Pani na filmach Scorsese’go i pyta się: i co z tego?
          No właśnie: no i co z tego?
          Bo czy to uprawniałoby Panią do twierdzenia, że jest to „średni” reżyser, który robi nudne kino? Reżyser, który zapisał się już w historii kina i którego filmy fascynują miliony ludzi na świecie?
          Można go (czy też raczej jego filmów) nie lubić, ale nieuprawnionym jest pisać, że to „średni” reżyser (podobnie jest z Iñárritu, którego Oleszczyk nazwał reżyserem „średnim”, podczas gdy wszystko wskazuje, że jest to jednak twórca wybitny).

        • Joanna G. Says:

          Panie Stanisławie – tak, uprawnia do stwierdzenia, że Scorsese jest nudny. Ponieważ mnie usypia. Na szczęście wiem, że moje „Nie podoba mi się” nie jest jednoznaczne z „Tak jest, jest to prawda objawiona”. Michał ma prawo do własnego zdania. Ma prawo uważać Inarritu za wydmuszkę, ma prawo je wygłaszać i – kiedy zostanie o to ładnie poproszony – powinien umieć swoje zdanie uzasadnić, podpierając się przykładami i wiedzą. Pan natomiast odczytuje jego „Nie podoba mi się” jako komunikat „Nie podoba mi się, bo jest uniwersalnie i obiektywnie złe” i traktuje jak atak na swoje wartości i przekonania. Ja naprawdę czekam na merytoryczne argumenty, dlaczego Michał się myli. Bez podpierania się opinią środowiska filmowego, tylko Pana wiedzą. W sensie: krytyk kontra krytyk, mano a mano.
          PS. Naprawdę nie ma nic złego w żywieniu antypatii do jakiegoś reżysera, nawet uznanego, i dawaniu temu wyrazu. Z Wajdą też jestem na bakier, są filmy, które mogę oglądać w kółko i takie, które wyłączam po pięciu minutach. Czy to czyni z Wajdy gorszego reżysera? Nie.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Dajmy na to, ze nudzi Panią Szekspir i nie interesuje Szekspir. Czy to by Panią uprawniało do tego, by nazwać Szekspira nudnym i nieinteresującym? Otóż moim zdaniem nie, bo stwierdzenie to więcej mówiłoby o Pani, niż o Szekspirze. To, że Szekspir jest jednym z najbardziej ciekawych i wybitnych dramaturgów w historii literatury jest prawdą obiektywną, więc pani stwierdzenie jak najbardziej można nazwać mylnym.
          Mniej więcej o to mi chodzi.
          Ja nie chcę przyrównywać Iñárritu do Szekspira, ale mówienie o nim, że jest reżyserem „średnim” jest po prostu mijaniem się z prawdą (choćby tylko dlatego, że średni reżyserzy nie wywołują takiego fermentu, jakie wywołały filmy Iñárritu i nie prowokują do takich zmasowanych zachwytów krytyków filmowych na całym świecie).
          Pisze Pani, że czeka na merytoryczne argumenty, że „Michał się myli”. Ja mimo wszystko nie twierdzę, że się myli, ale jednak uważam, że jest wobec Iñárritu uprzedzony, niesprawiedliwy i małostkowy. Nie ma jednak tutaj miejsca na to, abym to jakoś szerzej umotywował i uargumentował. Jeśli chce się Pani zapoznać z moją bardziej kompleksową opinią na temat „Zjawy”, to odsyłam do mojej recenzji, (której, jak mniemam, Pani nie przeczytała).

    • sarna Says:

      W sumie, bardzo interesujące spojrzenie Michała Oleszczyka, choć muszę przyznać, że bardzo ryzykowne – bo nie pod publikę, ale może właśnie dlatego dla mnie osobiście bliskie ;)

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Oleszczyk organicznie nie lubi kina Iñárritu, więc jego tekścik o „Zjawie” jest jedną wielką złośliwością. Mówienie o braku gustu w kontekście zdjęć Lubezkiego jest kpiną, zaś oskarżenie twórców filmu o zauroczeniu kasą jest nie tylko małostkowe, ale i obraźliwe. Nie mogę inaczej wytłumaczyć tej napaści Oleszczyka na filmy Iñárritu, jak tylko osobistą awersją, która niewiele ma wspólnego z rzetelną krytyką (tym bardziej niegodną profesjonalisty, jakim jest Oleszczyk).

        Jeśli nie oglądałaś „Zjawy”, a bliska Ci jest ta opinia Oleszczyka, to tak jakbyś podzielała jego złośliwość w ciemno, bez próby wyrobienia sobie własnego zdania o filmie.

        PS. Oleszczyk nic nie ryzykuje napadając na film Iñárritu, natomiast ryzykowałby wiele, gdyby naraził się jakiejś „świętości” kina w Polsce (więc na taką krytykę filmów twórców, którzy mają mocną pozycję w polskim środowisku filmowym, sobie nie pozwala – ja przynajmniej nie znam takowej).

        • sarna Says:

          Zdjęcia są mocną stroną tego filmu, ale film to nie tylko obrazy – choć są i tacy, co twierdzą, że prawdziwą sztuką filmową było kino nieme (czasami skłonna jestem się z nimi zgodzić).
          Nie potrafię ”nic” powiedzieć o sympatiach i antypatiach Oleszczyka względem kina Iñárritu, więc tym bardziej bezstronnie traktuję jego wypowiedź, która zresztą bez wiedzy o owej awersji do reżysera nadal jawi m się jako interesująca. Swoją drogą zawsze do mnie bardziej przemawiała antyreklama;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie traktujesz bezstronnie jego wypowiedzi, bo sama napisałaś, że jest Ci ona bliska.

        • sarna Says:

          Bliskie jest mi potraktowanie tematu – nie pod publikę, ale masz rację, w samej wypowiedzi Oleszczyka również znajduję spostrzeżenia, które podzielam.
          Pełznę do łóżka, jutro kolejny życiowy egzamin, nie ma co kruszyć kopii o widzimisię Iñárritu, macham

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Życzę więc dobrej nocy, a po niej udanego dnia.

  17. Michał Oleszczyk Says:

    alergicznie moge reagowac na pokarmy i substancje chemiczne; na kino reaguje intelektualnie i tym wlasnie – racjonalnym argumentem, a nie wysypką, pokrzywką bądź refluksem – byl moj powyzszy post. Pozdrawiam.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      W takim razie zawodzi Pana intelekt.
      W co nie wierzę, bo jest Pan osobą bardzo inteligentną. Tak więc pozostaje tylko jakaś osobista ansa – w pewnym sensie alergia (niech będzie: intelektualna).

      Poza tym – tej alergii użyłem w znaczeniu metaforycznym.

  18. Michał Oleszczyk Says:

    Odnośnie akapitu o Naturze w filmie Inarritu.
    O, i z czymś takim już przyjemniej dyskutować. Natura w tym filmie pokazywana jest w swoim surowym majestacie, a zdjęcia Lubezkiego często zapierają dech. Mimo to sposób prowadzenia kamery w scenach międzyludzkich konfrontacji (obiektyw prowadzony blisko ciała/lufy strzelby, z kamerą zaglądającą w nozdrza aktorom) jest dla mnie dowodem niedostatku Inarritu jako reżysera.
    Moim zdaniem najsłabiej wychodzą w tym filmie interakcje międzybohaterami (naprawdę trudno uwierzyć, że „syn” DiCaprio jest jego synem; nic w ich relacji nie wskazuje na bliskość). Kiedy Hardy mówi DiCaprio, żeby mrugnął, a kamera najeżdża na powieki aktora, to jest dobra metafora całego podejścia Inarritu do widza i do opowieści. Chodzi o to, żeby „dokopać” – nawet natura i jej groza staje się pretekstem do popisu w scenie ataku niedźwiedzia.
    Naprawdę chciałem, żeby ten film mi się podobał – proszę wierzyć lub nie, ale nawet na film Inarritu idę ze szczerą nadzieją, że mnie pozytywnie zaskoczy. Tutaj mniej więcej w 20-tej minucie wiedziałem już niestety, że dobrze nie jest, a potem było coraz to gorzej.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Otóż to, kiedy opinia o filmie pozbawiona jest złośliwości (nie każdy, niestety, może być Kałużyńskim, którego uszczypliwość wszyscy tolerowali – nawet ci, którzy byli jej obiektem), to przyjemnie i rzeczowo można podyskutować. Niestety, już pierwsze Pańskie zdanie z noty o „Zjawie” („Kasa i brak gustu kupią ci absolutnie wszystko”) a i późniejsze stwierdzenie, (że Iñárritu to „średni reżyser z kupą kasy”) nie nastrajało sympatycznie do Pańskiej opinii – stąd moja reakcja, bo odebrałem to jako małostkowość niegodną solidnego recenzenta, tudzież coś w rodzaju osobistego ataku na reżysera.

      Zarzut o prowadzenie obiektywu powinien być skierowany raczej do Lubezkiego, (który moim skromnym zdaniem jest jednym z najwybitniejszych operatorów współczesnego kina), niż do Iñárritu. Zresztą, sam Pan wie, często nasze nastawienie decyduje o percepcji jakiegoś konceptu filmowego – to co nam wydaje się pretensjonalne i przesadzone, dla innych może być powodem zachwytu. Moim zdaniem tragiczne przejścia Glassa, jego osadzenie w surowym środowisku bezlitosnej Natury i brutalnym anturażu Pogranicza, usprawiedliwiały ową „torturę”, jaką poddał reżyser swoich bohaterów. Trudno mi więc zgodzić się z Pańskim zarzutem o kreowanie „kina kaźni” w przypadku, kiedy bohater rzeczywiście poddany jest kaźni, a obowiązkiem dobrego reżysera jest wiarygodne ukazanie tego na ekranie. (Przecież, kiedy kręci się film o bokserach, jak najbardziej usprawiedliwione są zbliżenia na jego zmasakrowaną podczas walki twarz, na rozcięty i krwawiący łuk brwiowy… etc.)

      Zgadzam się z kilkoma pańskimi zarzutami. Np. ze stwierdzeniem, że „zemsta i odkupienie to co najwyżej wsporniki, na których Iñárritu umocował swoją zjeżdżalnię; ani nie kształtują opowieści, ani nie nadają jej rezonansu” czy z tym, że w filmie słabo wychodzą niektóre inter-reakcje między bohaterami, a zwłaszcza relacje Glassa z synem i światem indiańskim (chodzi o żonę i bardzo jednak naciągany „spirytyzm”). Nota bene pisałem o tym w mojej recenzji.

      Jednakże, mimo tych zastrzeżeń uważam „Zjawę” za dobry film – głównie pod względem formalnym. Nie sądzę też, że Iñárritu zasługuje na te wszystkie złośliwostki, którymi Pan go raczy – nie pierwszy raz, zresztą.

      • Hanna Says:

        słaba więź z synem? Tak byli wychowani, w takim żyli środowisku, że jawna uczuciowość wyglądałaby dziwnie. Introwertycy i brutalny świat, wyznawanie uczuć by było sztuczne, a jednak rozpacz DiCaprio po synu i jego nauki przedtem żeby był twardy, ja to przywiązanie odczułam.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Przyczyna jest chyba bardziej prozaiczna: na pogłębienie relacji z synem nie pozwolił Glassowi… scenariusz.
          Ale jeśli to przywiązanie Pani odczuła, to w Pani przypadku ten wątek zadziałał.
          Mnie się wydał mało przekonujący – wg mnie zabrakło w relacji Glassa ze swoją indiańską żona i synem tej przysłowiowej chemii.

  19. „Zjawa” dużego kalibru – słów kilka o filmie | onibe Says:

    […] Tak się składa, że ze Stanisławem Błaszczyną mamy tendencję do niezgadzania się. Nasze dyskusje – prowadzone na jego blogu – bardzo często kończą się okopaniem stron na z góry oznaczonych pozycjach. Wierny jednak maksymie, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim odnaleźć, regularnie wracam na bloga Logos Amicus, z przyjemnością czytając teksty Stanisława i chętnie się do nich ustosunkowuję. Tym razem dałem się przekonać autorskiej elokwencji i zmusiłem się do wykonania wielkiej wolty: udałem się do kina na film, którego wcześniej oglądać nie planowałem. Rzecz dotyczy Zjawy, o której Stanisław napisał tutaj. […]

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No dobrze, to teraz mi pokaż, w których miejscach się nie zgadzamy, bo ja ich za dobrze nie widzę ;)

      PS. A abstrahując od „Zjawy”: ja nie odnoszę takiego wrażenia, że ciągle się nie zgadzamy w naszych rozmowach. Zazwyczaj jednak się rozumiemy, a to już wystarczy do przeprowadzenia ciekawej dyskusji (a dla mnie każda rozmowa z Tobą jest ciekawa).
      Nie poważyłbym się także na stwierdzenie, że „bardzo często kończą się (te rozmowy) okopaniem stron na z góry oznaczonych pozycjach.”
      To prawda, że zwykle pozostajemy przy swoim zdaniu, ale chyba nie tak dogmatycznie, by wykluczało to poszanowanie – i jednak zrozumienie – racji drugiej strony

      • onibe Says:

        wiesz, to tak w ramach nakręcania pozytywnych emocji :)
        Myślę, że opinie się nam rozjechały nieco w detalach. Cieszę się, że przeczytałem o tym filmie u Ciebie i że się skusiłem na seans

        W kwestii Zjawy, jako napisałem: detale. Ogólnie mamy podobny odbiór. Napisałem o niezgadzaniu się trochę z przekory. Najczęściej nie zgadzamy się w pewnych tematach związanych z polityką, ale są to zasadniczo tematy na tyle wielopłaszczyznowe i skomplikowane, że nie demonizowałbym braku konsensusu. Zresztą, sądzę że chyba nadajemy na podobnych falach. Interesują nas podobne tematy, lubimy wgryzać się w nie nieco głębiej niż „wypada” w powierzchownej dyskusji (w jakiej, notabene, celują wszystkie niemal główne media). Okopanie to przenośnia, ale na swój sposób prawdziwa: bo udaje się nam obojgu zachować swoje zdanie i nie zgodzić się z interlokutorem bez związanego z tym obrzucania się granatami. A więc kulturnie, na poziomie. Jako rzekłem, czasami lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć.

  20. tamaryszek Says:

    O, rany! Tyle komentarzy, że nie dam rady. A szkoda, bo fajności różne. Chciałam tylko zaznaczyć, że poruszyłeś kilka spraw, które nazywają i moje odczucia. Łatwiej mi dzięki temu rozeznać się w czym rzecz. Np. uwagi o naturze w punkt. Jest naturalizm (reżysera i aktora), i jest estetyzm i panteizm trzeciego w Trójcy, operatora. Że to się wcale nie nakłada, to ciekawe. Widz ma naddatek, niekoniecznie (lub: raczej nie) doświadczany przez postać w tę naturę zanurzoną. Dla trapera przenikliwe zimno, głód czy czyhająca dzikość są tak realne, że już piękno gałęzi tonących w błękicie nieba jest czymś z innego porządku. Nawet jeśli Glass wspomina zaklęcie Indianki o tym, że liście kruche, a pnie niezłomne, to jest to tak samo głębokie jak zrównanie życia i oddechu. Choć mnie nawet nie razi brak głębi. Niech sobie Glass powtarza proste zdania. Nie jest ci to przecie filozof. A trzeba mieć w głowie jakąś myśl, żeby iść.

    Dobrze mieć w głowie takie pejzaże. Dla porównania. Mnie ujęła estetyka Lubezkiego, nawet pomimo topograficznych skoków.

    A co do sakralizacji zemsty – też trafnie. Zemsta w rękach Boga wcale tu nie brzmi pokornie. To raczej przywołanie Boga do szeregu w naszym (znaczy: Glassa) oddziale.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Prawdę mówiąc to czekałem aż napiszesz u siebie o tym filmie (nie chciało mi się wierzyć, że nie będziesz chciała go obejrzeć ;) ) Ciągle mam nadzieję, że to zrobisz, bo zawsze jestem ciekaw Twego zdania, jako zagorzałej kinomanki i wrażliwej, tudzież elokwentnej polonistki w jednej osobie ;)

      Zdjęcia Lubezkiego niesamowite (jakże miałbym mu mieć za złe to, że są tak perfekcyjne – a z takim zarzutem też się spotkałem). Mnie akurat ten estetyzm „Zjawy” nie raził. Wręcz przeciwnie.
      A zwrócenie uwagi na „przeskoki topograficzne” (jak to zgrabnie nazwałaś) to tylko takie moje dziwactwo, wyniesione pewnie z czasów, kiedy miesiącami włóczyłem się wśród krajobrazów amerykańskiego Zachodu. Dla 99.99% widzów to sprawa zupełnie nieistotna.
      Co do głębi, masz rację – nie każdy film musi być głęboki psychologicznie i filozoficznie, żeby zrobić na nas wrażenie. Iñárritu jakby próbował jednak pogłębić „Zjawę” (metafizyczne wstawki flashbacków, nawiązujące do indiańskiego spirytyzmu), ale to prawda, że nie zawsze (przynajmniej w moich oczach) to się sprawdzało, bo wydawało mi się podpięte pod fabułę nieco na siłę (w pewnym sensie potwierdziło się to wtedy, kiedy dowiedziałem się, że to sam Iñárritu wprowadził te sceny do scenariusza, który przecież był gotowy od 10 lat).

      Trochę mnie dotknęły opinie dołujące „Zjawę”, a zwłaszcza posądzanie Leonarda o czołganie się po Oskara.
      Ja lubię DiCaprio, a i do Alejandra mam słabość – i sam się zastanawiam, czy jednak nie rzutuje to na mój odbiór jego filmów. (Chaciaż… nawet jeśli rzutuje, to co z tego? ;) )

      Bardzo jestem ciekaw następnego filmu Iñárritu – zwłaszcza po tych wszystkich nagrodach i masie forsy jakie zarobiła „Zjawa”.
      Mam nadzieję, że go cały ten jazz – owe hołdy i komercyjny sukces – nie zepsuje.

  21. spotlight & zjawa | tamaryszkowe pre-teksty Says:

    […] Nie tylko o pejzażu pisze Staszek Błaszczyna na Wizji Lokalnej. Przeczytałam (polecam) i straciłam impet do wyliczania obserwacji. Zyskałam za to na lekkości […]

    Leonardo Di Caprio to Hugh Glass, Tom Hardy gra Johna Fitzgeralda. Idą traperzy przez Wielką Równinę w środku zimy, która trwa od początku do końca. Rozglądałam się, czy nie ma gdzieś zajazdu Pasmanteria, ale nie – ci z Nienawistnej ósemki rozgrywali swą grę nieco później. Coś jednak łączy postaci z filmu Iñárritu z bohaterami filmu Tarantino. Na poziomie ciała przede wszystkim. I może jeszcze okoliczności przyrody. Oczywiście, Quentin zgarnął swoich do wnętrza i teatralnie udramatyzował każdą chwilę. Zjawa to podróż plenerowa, zamaszysta, zatracająca i ocalająca zarazem. Bezwzględność natury, jej dokuczliwość czy nawet groza, nie mogą zaprzeczyć jej pięknu. Pejzaż, gdyby zastosować personifikację, mógłby się ubiegać o Oscara w kategorii aktor pierwszoplanowy. Tym samym potężnie zdetronizowałby Leonarda.

    Podoba mi się uwaga o dualizmie odczuwania natury – inaczej postrzega ją widz (patrząc przez filtry Lubezkiego), którego jej surowe piękno oszałamia, a inaczej odnajdują się w niej ci, na których czyha. Tylko pozornie oczywiste. Widz mógłby przecież wejść w skórę Glassa, a jednak pozostaje we własnej. Mnie się to przydarzyło. Nie tylko o pejzażu pisze Staszek Błaszczyna na Wizji Lokalnej. Przeczytałam (polecam) i straciłam impet do wyliczania obserwacji. Zyskałam za to na lekkości niezajmowania się wszystkim, na rzecz wybiórczych puzzli. Bo też taki był mój kinowy odbiór. Owszem, wędrówka Glassa jest spójna i epicka, zagarnia dziesiątki epizodów, ustawia się wokół jednej idei i brnie do celu. Idea brzmi: rewanż albo zemsta. Więc, rzecz jasna, widzę całość, ale kroiłam ją sobie na kawałeczki.

    Nie napomknęłam jeszcze, że zemsta, o którą chodzi, wiąże się z utratą najbliższych przez Glassa. Najpierw żony, która wraca do niego w snach, potem syna. Nie przejęłam się szczególnie cierpieniem nad utratą, bo myślę, że Glass miał tyle problemów z każdym kolejnym krokiem, że też to jakoś neutralizował. Poza tym podporządkowanie wszystkich odruchów i myśli jednemu celowi grozi fiksacją.

    Otóż, epizodziki. Pierwszy to ten z niedźwiedziem. Grizzli atakuje bezwzględnie. Boże, uchroń! Niesamowite. Drugi: wejście w konia. To chyba nie jest najważniejsza ze scen, ale wryła mi się w pamięć i nie mogę przegnać. To kwintesencja zwierzęcości człowieka zdanego na przetrwanie w głębi lasu. Poza bólem ran, z Leonarda emanuje wściekłe zimno, zwielokrotnione głodem. Nie raz przejmowałam się, gdy Glass wpadał do rzeki i moczył buty, kożuch, wszystkie swoje ubrania. Nie wiem, jakim cudem one wysychały. W tej aurze chyba nie powinny. Do tego dodam scenę, w której Glass, przecina koński brzuch, wyjmuje wnętrzności, a potem sam wchodzi nagi do środka, by się ogrzać. Ogarnia go ciepło, zapach, ciemność końskiego wnętrza. Rankiem narzuci na swoje ciało te nieprzeschnięte, mokro-zimne ubrania. Zapamiętałam ten obraz jako bardzo dosadny. Ale ten azyl w zwierzęciu to dla mnie jedna z nielicznych scen, wypełnionych okrutnym, bo okrutnym, ale jednak bezpieczeństwem.

    Wspomniałam, że im dalej od seansu, tym odbiór Zjawy zwyżkuje. Nie wyobrażam sobie, że można tego filmu nie obejrzeć (koniecznie w kinie). Z kolei równie trudno jest mi przyjąć, że Zjawa ma ukryte dno, metafizykę a la Tarkowski, spirytualizm indiański itp. Nie kłócę się, że nie ma, oznajmiam tylko, że mój zmysł percepcji tego nie wychwytuje.
    (TAMARYSZEK)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Widzę, że swój wpis poświęciłaś dwóm filmom: „Zjawie” i „Spotlight”
      Otóż bardzo różne są to filmy – łączy je pewnie tylko to, że oba zostały nominowane do Oskara i że widzieliśmy je na dużym ekranie. Przy czym, jeśli chodzi o film Iñárritu, to oglądanie go w kinie było pewną koniecznością (ze względu na zdjęcia Lubezkiego), zaś „Spotlight” równie dobrze można by było obejrzeć w domu na małym ekranie, (bo jego dramatyzm budowany jest bardziej kameralnie – i teatralnie – za pomocą słów i ludzkich interakcji). To pewnie dlatego, w przypadku „Zjawy” możemy mówić o epice, zaś jeśli chodzi o „Spotlight”, to już zawężało się to jakoś bardziej lokalnie (choć później się rozlało i zaiste epicki był skandal, który wstrząsnął posadami kościoła katolickiego, po ujawnieniu całej tej pedofilskiej afery przez „Boston Globe”).

      Mimo wszystko „Zjawa” to taka epika jednego aktora (Leonardo moim zdaniem zdominował jednak ekran – i to nie tylko dlatego, że scenariusz poświęcił mu najwięcej miejsca), zaś „Spotlight” to dynamiczny team – nota bene, pod tym ostatnim względem, film McCarthy’ego jest podobny do „The Big Short” McKay’a (choć ten ostatni jest według mnie obrazem bardziej oryginalnym i „pomysłowym”, jeśli chodzi o sposób realizacji).

      Mówisz, że u Ciebie odbiór „Zjawy” zyskuje. No cóż, mnie się wydaje to zrozumiałe i uzasadnione, bo „Zjawa” ma pewne cechy kina „kultowego” i zapewne trwalej się zapisze zarówno w pamięci swoich widzów, jak i (chyba) w historii kina. To trochę paradoksalne, bo rzeczywiście bardziej emocjonalnie (jeśli chodzi o zawartość myślową i treść… że tak się wyrażę: intelektualno-socjologiczną) może oddziaływać „Spotlight”. (Tak zresztą było w Twoim przypadku.)

      Mnie ciekawi w tym wszystkim, gdzie cały ten sukces komercyjny (i chyba jednak krytyczno-artystyczny – to w połączeniu z „Birdmanem”) zaprowadzi Alejandra G. Iñárritu. Mam nadzieję, że go nie zepsuje.

      • tamaryszek Says:

        Podzielam Twoją estymę do Iñáritu i sympatię do Leonarda. Fakt, z Leo się co niektórzy naśmiewają przed Oscarami, że tym razem niedźwiedź mu zgarnie nagrodę sprzed nosa. A ja jestem za Oscarem dla Di Caprio. Należy mu się z nawiązką, zwłaszcza za tę nawiązkę, czyli wcześniejsze filmy. A Iñáritu na zakręcie, oby się nie zaprzedał popkulturze. Ufam, że nie.

        Nie napisałam zbyt wnikliwie. Bo raz: późno się zrobiło. Dwa: pół miesiąca po seansie. Trzy (głównie!): jak przeczytałam Twój post, to już nie miałam potrzeby szukać słów. Podjąłeś tyle różnych kwestii, że zajęłam się opiłkami. ;)
        Odbiór zwyżkuje, bo to dobre kino jest. Działa na mnie słabiej niż poprzednie filmy Iñáritu (nie znam Biutiful). Po Birdmanie, który rozgrywał się na deskach teatru i w teatralnych przyległościach, Zjawa mocno rozszerza horyzont. To mówisz, że od 10 lat czekał scenariusz? I to w dodatku tym razem tylko po części autorski…

        Jeszcze nie widziałam The Big Short. Spotlight ma u mnie wysokie noty. Super ustawienie głosu. Emocje prowadzone bez nadużyć, czyli bez oczywistych chwytów (typu apel do wzruszeń nad losem skrzywdzonego lub irytacji jednostkowym czarnym charakterem).

  22. torne Says:

    Coś niedobrego dzieje się z amerykańskim kinem. Jeden film („Nienawistna ósemka”) mogę uznać za wyjątek potwierdzający regułę. Dwa filmy („Dziewczyna z portretu”) mogę uznać za przypadek. Ale trzy („Zjawa”)? To już jest oznaka jakiegoś trendu. I jest to trend, który wcale mi się nie podoba.

    W zasadzie mógłby powtórzyć tu wszystko, co o formie przytłaczającej treść napisałem przy „Dziewczynie z portretu”. Znów mam monstrualnie dobre zdjęcia, dopracowane kostiumy i scenografię. Znów dostałem solidne kreacje aktorskie. Ale w ich cieniu usycha sama historia. Niby Iñárritu porusza tu te same tematy, co w niemal wszystkich swoich wcześniejszych filmach (poczucie winy, pragnienie zemsty, egzystencjalny ból i alienacja). Ale tym razem robi to w sposób mechaniczny. W przeciwieństwie do „Babel” czy „Amores perros” tutaj nie ma bohaterów. Tu są Kreacje. Epickość została w „Zjawie” tak zintensyfikowana, że wkracza na poziom toksyczności. Tego po prostu nie dało się znieść. A już główny morał („zemsta należy się Bogu”) wydał mi się irytująco idiotyczny i to właśnie przez napuszoną grę nie tylko DiCaprio ale też i reszt obsady (z Hardym na czele).

    Co gorsza to, co w „Dziewczynie z portretu” sprawiło, że film oceniłem wyżej, czyli zdjęcia, kostiumy, scenografia, tutaj funkcjonowało odwrotnie. Większość mastershotów Lubezkiego wywoływała u mnie reakcję alergiczną. Są tak wycyzelowane, że przestają pełnić służebną funkcję wobec fabuły, a stają się sednem tego filmu. Przez co całość robiła na mnie wrażenie fałszu, inscenizacji wyłącznie na potrzeby kolejnych mistrzowskich ujęć. Co prawda miejscami udawało mi się o tym zapomnieć (scena z niedźwiedzicą!) lub przynajmniej zignorować i poddać się manipulacji (pierwszy atak Indian, finałowe starcie). Ale niestety w większości przypadków estetyczna perfekcja biła po oczach, oślepiając na wszystko inne.

    Odrębną sprawą jest gra Leonardo DiCaprio. To, co tutaj wyprawia jest po prostu niesmaczne. Już bardziej płaszczyć się i żebrać o Oscara nie można. Dobiło mnie finałowe ujęcie, kiedy ze łzami w oczach DiCaprio patrzy wprost do kamery. Nie mam wątpliwości, że tak naprawdę „patrzy” na członków Akademii błagając o statuetkę. Niech Akademia zrobi mu tę łaskę i da mu Oscara. Nie wiem bowiem, czy byłbym w stanie przetrwać kolejny podobny „popis”.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Są na rzeczy te pretensje o przeestetyzowanie „Zjawy”. A jednak wiele – jeśli nie wszystko – zależy od naszego nastawienia do filmu, reżysera, operatora… Bo to, co dla jednego wiedza będzie powodem zachwytu, u innego moze spowodować irytację.
      Kiedy jednak mamy na coś alergię, to moim zdaniem nie możemy tego recenzować, bo wtedy bardziej piszemy o nas (naszej jednak przypadłości), niż o twórcy, autorze.

      Uważam, że posądzanie Di Caprio o czołganie się – płaszczenie i żebranie o Oskara, jest dość małostkowe i niesprawiedliwe. On już zagrał tyle znakomitych ról (które jak najbardziej warte były Oskara, a zostały przez Akademie zignorowane), że danie mu tego świecidełka – albo nie – w niczym nie zmieni jego pozycji jednego z najbardziej wybitnych aktorów współczesnych.

      PS. Tak naprawdę wszystko w filmie jest „manipulacją”. Z tym, że jeśli ta obróbka artystyczna nam się podoba, to chwalimy twórców, a jeśli nie – to wytykamy im „manipulację”.

      • torne Says:

        „Kiedy jednak mamy na coś alergię, to moim zdaniem nie możemy tego recenzować, bo wtedy bardziej piszemy o nas (naszej jednak przypadłości), niż o twórcy, autorze.”

        Nie zgadzam się. Moim zdaniem zawsze piszemy wyłącznie o sobie. O swoim odbiorze dzieła. Coś takiego jako obiektywizm nie istnieje. Wszystko, co wiemy o filmie, wiemy na bazie interpretacji bodźców zmysłowych dokonanych w umyśle, interpretacji dokonanej przy użyciu naszej wiedzy, wrażliwości emocjonalnej/estetycznej, doświadczeń życiowych itp. itd. Coś się nam podoba nie dlatego, że jest piękne, tylko dlatego, że my to uważamy za piękne.

        Fakt, że nie podoba mi się ostatnia scena i że uważam ją za żebranie o Oscara, wcale nie oznacza, że przekreślam jego wcześniejsze dokonania aktorskie.

        PS. Oczywiście, że wszystko w sztuce jest manipulacją, dlatego zwraca się na nią uwagę wtedy, kiedy wykracza poza „pasmo niewidzialności”. I nie powiedziałbym, że każda manipulacja oznacza, że się nie podoba. Jest wiele filmów, które obnoszą się ze swoją „manipulacyjnością” i jest to ich atut (np. „Rekonstrukcja”)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To o czym napisałeś to jest skrajny subiektywizm.
          Pisanie o sobie nie jest tym samym, co pisanie o swoim odbiorze dzieła. (W pierwszym przypadku nie potrzebne jest żadne dzieło, tylko nasze ego.)
          Oczywiście, że recenzując film czy książkę kierujemy się własnymi wrażeniami – piszemy o naszym odbiorze dzieła. Ale każde dzieło istnieje jednak niezależnie od nas – a tym samym obiektywnie. Podlega też pewnym obiektywnym kanonom (dzięki temu można np. odróżnić film, dajmy na to Felliniego, od filmu nakręconego przez pana Mietka na weselu Józka i Marysi). Istnieją jednak obiektywne kanony artyzmu, dzięki którym bardziej się ceni filmy np. Bergmana od filmów reżyserów kręcących kino typu „Kac Warszawa”.

          Piękno „Piety” nie zniknie tylko dlatego, że według naszego widzimisię odmówimy jej piękna. Książki Dostojewskiego nie przestaną być dobre tylko dlatego, że my uznamy je za złe… etc.

          Przyjęcie więc Twojej supozycji, prowadzi więc do absurdu i niedorzeczności, bo wychodzi na to, że to my tworzymy wartość dzieła (a nie jego twórca).

          Nawet jeśli nie lubimy Szekspira i nas on nudzi, to przecież w niczym nie zmieni to faktu, że jest on najwybitniejszym dramaturgiem w dziejach literatury. (Kiedy więc napiszemy, że jest Szekspir jest mało interesujący i nudny, to mało kto interesujący się teatrem, będzie brał na poważnie naszą teatralna krytykę – no. chyba że tacy sami dyletanci,jak my ;) )

        • torne Says:

          „Ale każde dzieło istnieje jednak niezależnie od nas” – oczywiście, że tak, ale istnieje jedynie jako zbiór sensorycznych wrażeń, ich interpretacji i oceny dokonuje się już subiektywnie, o tym co jest dobre lub złe decyduje się poprzez uzgodnienie zbiorowe

          „Istnieją jednak obiektywne kanony artyzmu”

          Naprawdę. Obiektywność zakłada niezmienność. Tymczasem w sztuce (nie tylko w kinie) taka niezmienność nie istnieje. To, co w jednej epoce jest wyznacznikiem artyzmu/piękna/wartości, w innej stanie się synonimem kiczu. Takie „Metropolis” na przykład. Przyjęte zostało równie ciepło, co niedawno „Kac Wawa”, a teraz uważane jest przełomowe dzieło, wyznacznik całych gatunków i sposobu budowania przestrzeni filmowej.

          „Nawet jeśli nie lubimy Szekspira i nas on nudzi, to przecież w niczym nie zmieni to faktu, że jest on najwybitniejszym dramaturgiem w dziejach literatury.”

          Tylko dlatego, że zakorzenił się w zbiorowej świadomości, a to nie to samo, co obiektywny wyznacznik jakości. Rzeczy bezwartościowej często są przełomowe i wpływają na bieg historii. A co do wartości Szekspira, to jeśli poczytasz studia nad literaturą, to zauważysz, że wielu specjalistów uważa za bardziej wartościowych współczesnych Szekspirowi twórców, o których świat dziś raczej nie pamięta.

          Opinia zbiorowości jest jedynie wektorem poszczególnych ocen subiektywnych. To jeszcze nie czyni z nich oceny obiektywnej. Choć dla uproszczenia (by dyskurs był możliwy) tak się przyjmuje. Dopóki jednak pamiętamy o tym rozróżnieniu, dopóty jest ok.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „o tym co jest dobre lub złe decyduje się poprzez uzgodnienie zbiorowe”
          No właśnie: gdybym ja napisał takie zdanie, to założę się, że byś mi zaprzeczył ;)
          Ale ja jednak (mimo, że to stwierdzenie niejako potwierdza to, co napisałem w poprzednim moim komentarzu)tego bym w ten sposób nie sformułował (i to nie tylko dlatego, że są oceany szmiry, którą „zbiorowość” uznaje za coś fajnego).
          To zdanie według mnie nabiera sensu, jeśli zamiast „uzgodnienia zbiorowego” użyje się słowa „kultura”. Bo to właśnie ludzka kultura wprowadza do obiegu pewne wartości, które niejako obiektywizują artyzm – to w obrębie danej kultury można mówić, że dane dzieło ma większą wartość artystyczną, niż inne.
          Tak więc, żeby być lepiej zrozumianym, to pisząc „istnieją jednak obiektywne kanony artyzmu”, powinienem dodać: w ramach pewnego kulturowego kanonu (np. epoki czy stylu, danej szkoły czy koncepcji filozofii sztuki… etc.)
          Zważ, że kiedy istniały określone (i to dość jasno) kanony (np. grecki klasycyzm, renesansowa doskonałość) to też dość łatwo można było określić wartość artystyczną dzieła. Kiedy te kanony się zupełnie rozmyły (nastąpiła totalna dowolność, pomieszanie wszelkich wartości), to ocena wartości dzieła stała się funkcją czyjegoś „widzimisię” – właśnie skrajnie subiektywna (na co dałeś dowód w swojej pierwszej wypowiedzi.

          Według mnie byłoby absurdem gdyby wartość artystyczna dzieła zależała od naszej subiektywnej oceny, a nie od dobrej czy złej roboty twórcy tego dzieła (bo do tego sprowadza się „subiektywizm”, o którym Ty mówisz).

          Innymi słowy, wartość artystyczna – ale też np. piękno czy brzydota – istnieją także poza nami (ale ciągle w obrębie ludzkiej kultury i jej percepcji przez innych ludzi).

        • torne Says:

          „o tym co jest dobre lub złe decyduje się poprzez uzgodnienie zbiorowe”
          No właśnie: gdybym ja napisał takie zdanie, to założę się, że byś mi zaprzeczył ;)

          Nie, dopóki pozostawiłbyś zdanie w tej formie. Ale kiedy rozwijasz je o twierdzenie „wartość artystyczna – ale też np. piękno czy brzydota – istnieją także poza nami”, to już muszę zaprzeczyć

          Ja mówię tyle: kulturowy kanon wartości artystycznej to wypadkowa sumy poglądów jednostkowych w danym okresie czasu w określonej przestrzeni. Tym mówisz: kanon ten przez sam fakt swego istnienia staje się wartością obiektywną. A skoro obiektywny kanon istnieje, to ocenę jednostkową można porównywać do niego i w ten sposób uznać ją za obiektywną (jeśli wpada w przyjęty zakres) lub subiektywną (jeśli znajduje się poza tym zakresem).

          Otóż nie. To nie jest relacja wzajemnie równoważna. Jednostkowa ocena pozostaje subiektywna. Ale ponieważ ludzkie doświadczenie w obrębie danego miejsca/czasu jest podobne, to – poza przypadkami skrajnymi – subiektywne filtry są również podobne, stąd subiektywne oceny na poziomie dużej grupy statystycznej będą układać się w regularny rozkład, gdzie ocen indywidualnych w miarę podobny będzie najwięcej, a różnych (na obu końcach) mniej. Stąd możemy mówić o pewnych kanonach, ale nie możemy z tych kanonów wyprowadzać indywidualnej obiektywności oceny. Innymi słowy: możesz powiedzieć, że twoja ocena jest zgodna z takim lub innym kanonem wartości, ale nie możesz twierdzić, że dokonałeś tej oceny w sposób obiektywny.

          Obiektywność oznacza przecież, powtarzalność wyników w tych samych warunkach. A ta jest nie możliwa w ogóle (o czym uczy współczesna fizyka, poza szczególnym przypadkiem badań w obrębie trzech wymiarów), a już w szczególności w przypadku ocen osób, ponieważ każda jednostka jest inna, a zatem „warunki” oceny (mózg/intelekt/emocje/wrażliwość) są różne.

          Przy okazji niektóre z tych przeszłych kanonów piękna miały elementy wartości obiektywnych. Kanon antyczny był oparty na proporcjach matematycznych. A jak ustalasz obiektywną wartość dzieła filmowego? Wyliczeniem proporcji cięć montażowych na godzinę filmu? Wskaźnikiem jasności obrazu? Stosunkiem zbliżeń na twarze uśmiechnięte i smutne (pomijam fakt, jak obiektywnie ustalisz, kiedy mamy do czynienia z uśmiechem, a kiedy nie)?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Wygląda na to, że nie rozumiesz tego, co napisałem (albo ignorujesz to, co napisałem).
          Bo piszesz: kiedy rozwijasz je o twierdzenie „wartość artystyczna – ale też np. piękno czy brzydota – istnieją także poza nami”, to już muszę zaprzeczyć
          ale nie dodajesz tego, co napisałem, a co jest kluczowe do tego, żeby to moje twierdzenie miało sens: „wartość artystyczna – ale też np. piękno czy brzydota – istnieją także poza nami (ale ciągle w obrębie ludzkiej kultury i jej percepcji przez innych ludzi)”.
          Ten dodatek, to właśnie to Twoje: uzgodnienie zbiorowe – które ja nazwałbym po prostu kulturą.
          Mim zdaniem, należy sobie z tego zdawać sprawę – i takie założenia przyjąć – aby zabezpieczyć się przed sytuacją, kiedy np. pan Mietek staje przed rzeźbą Michała Anioła i mówi, że ona jest „do dupy”.
          Bo kiedy tak powie, to czy rzeczywiście posąg Dawida staje się „do dupy”? Nie, on – obiektywnie rzecz biorąc, nie jest „do dupy”. Zadecydował o tym artyzm i kunszt Michała Anioła i potwierdzone to jest w obrębie kultury (uzgodnienie zbiorowego).
          O to mi chodzi.

          Ja nigdzie nie napisałem, że: skoro obiektywny kanon istnieje, to ocenę jednostkową można porównywać do niego i w ten sposób uznać ją za obiektywną (jeśli wpada w przyjęty zakres) lub subiektywną (jeśli znajduje się poza tym zakresem), bowiem ocena jednostkowa zawsze jest subiektywna.
          Jednak obiektywnie istnieją kanony oceny sztuki. I dotyczy to nie tylko malarstwa czy rzeźby, ale i też kina. To dlatego filmy Bergmana, Felliniego, Kurosawy, Kubricka weszły już do kanonu największych osiągnięć w historii kina. Na tym polega ich „obiektywna” wartość, której nie może zmienić czyjaś (subiektywna siłą rzeczy) ocena. (Film Kurosawy nie staje się zły tylko dlatego, że nie spodobał się naszemu panu Mietkowi.)
          O to mi chodzi.
          Ten „obiektywizm” wartości artystycznej sprawia, że nasza kultura ma ciągłość i zachowuje sens.

        • torne Says:

          Bo kiedy tak powie, to czy rzeczywiście posąg Dawida staje się „do dupy”? Nie, on – obiektywnie rzecz biorąc, nie jest „do dupy”. Zadecydował o tym artyzm i kunszt Michała Anioła i potwierdzone to jest w obrębie kultury (uzgodnienie zbiorowego).

          Naprawdę? To powiedz mi, jakie są te obiektywne wskaźniki artystycznej wartości posągu Dawida? Inne ogólne przekonanie pewnego kręgu kulturowego, że tak jest. Ile wynosi minimalna wartość a (artyzmu), by rzecz spełniała wymagania bycia „dobrym”. Jak się ją obiektywnie (niezależnie od sądów pojedynczych osób) wylicza?

          Nie ma. Wynika ona z faktu, że grupa osób uznała je za arcydzieło i to przekonanie zostało (błędnie) uznane za aksjomat, którego się nie podważa, a osoba, która to czyni musi być (delikatnie mówiąc) ignorantem.

          I dlaczego uznajesz jednokierunkowość takich sądów? Skoro historia uczy, że przecież wielokrotnie rzeczy miały wartość artystyczną, a potem pojawiała się grupa „Mietków” i dziś rzecz jest bezwartościowa (artystycznie, bo historycznie to co innego) i na odwrót.

          „filmy Bergmana, Felliniego, Kurosawy, Kubricka weszły już do kanonu największych osiągnięć w historii kina. Na tym polega ich obiektywna wartość”

          Wartość historyczna, kulturotwórcza. Ale czy to znaczy, że są dobre? Czy to znaczy, że jeśli mi się podobają, to jestem obiektywny, ale jeśli mi się nie podobają, to jestem subiektywny? Moja ocena jest subiektywna niezależnie od tego, czy podąża z tłumem (kanonem) czy nie. Jakikolwiek film Kurosawy nie staje się dobry, bo ktoś tak uznał, ale ponieważ taka opinia przeważyła w zbiorowości. Gdyby nie wygrała, to dziś uważalibyśmy go za kicz. Ale czy to obiektywnie zmienia film i jego wartość? Nie. To wciąż byłby ten sam film.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jakikolwiek film Kurosawy nie staje się dobry, bo ktoś tak uznał, ale ponieważ taka opinia przeważyła w zbiorowości. Gdyby nie wygrała, to dziś uważalibyśmy go za kicz. Ale czy to obiektywnie zmienia film i jego wartość? Nie. To wciąż byłby ten sam film.

          No właśnie. W końcu napisałeś to samo, co ja Ci starałem się przekazać od samego początku.
          Jakikolwiek film nie staje się dobry (czy zły) bo Ty tak uznałeś.
          A jest tak dlatego, że przesłanki do jego wartościowania znajdują się w kulturze (w tym przypadku: kina) – poza jednostkowym „widzimisię”.
          Na tym polega ów „obiektywizm”.
          (To, że każdy odbiór dzieła jest subiektywny, to jest sprawa oczywista.)

          I nawet sam użyłeś słowa „obiektywnie” ;)

        • torne Says:

          No właśnie. W końcu napisałeś to samo, co ja Ci starałem się przekazać od samego początku.
          Jakikolwiek film nie staje się dobry (czy zły) bo Ty tak uznałeś.

          To samo, a jednak nie to samo. Punkt końcowy jest identyczny, ale punkt wyjścia skrajnie odmienny.

          Ja twierdzę, że dzieło nie ma żadnej wartość estetycznej (lub, jeśli wolisz, ma je wszystkie).

          Ty z kolei twierdzisz, że dzieło ma przypisaną sobie konkretną wartość estetyczną. I jeśli człowiek jest obiektywny, to potrafi ją rozpoznać. A jeśli tego nie potrafi, to znaczy, że ma subiektywne zaburzenie osądu.

          Opisujemy więc rzeczywistość używając zupełnie różnych języków. Ty posługujesz się językiem Galileusza i Newtona: wszystko jest kwantyfikowalne, posiada wartość niezależną od jednostki. Ja korzystam z fizyki kwantowej, według której o konkretnym stanie decyduje obserwator i fakt obserwacji, bez niej film (ów słynny kot) jest dobry i zły zarazem (martwy i żywy jednocześnie).

          A jest tak dlatego, że przesłanki do jego wartościowania znajdują się w kulturze

          Doskonale, a możesz mi podać źródło tych przesłanek. I zakładam, że skoro mówimy o obiektywności, to przesłanki te nie mają nic wspólnego z osądami ludzi, lecz istnieją poza nimi.

          Bo dla mnie kultura jest niczym innym jak zbiorem subiektywnych ocen. Ocena większości (lub większości autorytetów) staje się punktem odniesienia. Dla ciebie punkt odniesienia staje się wartością obiektywną. Dla mnie nie.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Widzę, że nasz spór rozbija się o zwykłą semantykę – nazewnictwo. Niepotrzebnie użyłem jednak słowa „obiektywny” – tutaj masz rację. Później pisałem o obiektywizmie w cudzysłowiu, bo przecież również uważam, że takie wartości etyczne i estetyczne jak dobro czy zło, brzydota czy piękno są relatywne – i właściwie nie istnieją poza ludzka kulturą (a więc obiektywnie – w klasycznym rozumieniu tego słowa). To dopiero ludzie – ludzka kultura – nadaje im sens.
          Myślę, że stąd się bierze nasze nieporozumienie.
          Ja również uważam, że kulturę można uznać za pewien „zbiór subiektywnych ocen”. Innymi słowy, w obrębie kultury ustalają się pewne wartości (jak np. kanony, pojęcia artyzmu, kunsztu, mistrzostwa… etc.), które stają się punktem odniesienia (bez ustalenia się takich punktów niemożliwa byłaby żadna dyskusja). Inna sprawa, czy się z nimi zgadzamy, czy nie (albo: czy je przyjmujemy czy też odrzucamy).
          A nawet jeśli ktoś totalnie odrzuca wartości kulturowe (jak np. nihilista), to i tak musi się posługiwać – jeśli chce to światu zakomunikować – narzędziami, które stworzyła kultura (np. językiem), używając pojęć, które nabrały (dzięki kulturze) sensu i znaczenia.

        • torne Says:

          Ale jak udowadnia nasza rozmowa, nawet język nie jest tak obiektywny, jak to się przyjmuje. Używaliśmy tych samych (lub podobnych) pojęć, ale ich zakres znaczeniowy nie był identyczny u mnie i u Ciebie :)

  23. Marcus Says:

    Film o filmie, bardzo interesujący, znakomite zdjęcia…

  24. ulotna_wiecznosc Says:

    Widziałam ,,Zjawę”. :-)
    Wow ile komentarzy, tamaryszkowa recenzja bardzo trafia w moje osobiste refleksje a do tego tamaryszek ładnie poubierała w słowa:-)
    Troszkę to taki Bear Grylls czyli sztuka przetrwania, a wierzchołków drzew już dawno tylu nie widziałam.
    Może faktycznie wszyscy jesteśmy dzikusami :-)
    W TVP Kultura we wczorajszym programie ,, Niedziela z filmami Krzysztofa Kieślowskiego” jeden z redaktorów pokusił się o opinię że reżyser ,, Zjawy” inspirował się tez filmami naszego reżysera?
    Jak myślisz L.A.?

    Pozdrawiam:-)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tamaryszek to prawdziwa pasjonatka kina, potrafi się wgłębić w filmową „materię”, dokonać ciekawych spostrzeżeń, posługując się przy tym pięknym polskim językiem.

      Bear Grylls to wyczynowiec przetrwania z wyboru, Hugh Glass z konieczności. To jest jednak zasadnicza różnica.

      Wszyscy jesteśmy dzikusami, którzy próbują się utemperować, tworząc kulturę ;) Z różnym skutkiem, niestety.

      Nie wiem, czy Iñárritu inspirował się filmami Kieślowskiego (filmy obu reżyserów różnią się jednak charakterem i są kręcone w innych stylach), natomiast wiem, że Iñárritu inspirował się filmami Adrieja Tarkowskiego (czego dowód można zobaczyć w jednym z komentarzy powyżej, gdzie równolegle pokazuje się bardzo podobne sceny ze „Zjawy” i z filmów Tarkowskiego.

      • sarna Says:

        Recenzje Tamaryszka to rarytasy, choćby dlatego, że są autentyczne, pisane piękną polszczyzną i wnoszą wiele ciekawych i niebanalnych spostrzeżeń.
        Właściwie po co ten przymiotnik „prawdziwa”, czy sama pasjonatka bez niego jest czymś gorszego sortu? ;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Zgadzam się, przymiotnik „prawdziwa” nie jest tu konieczny.
          (Czasami ktoś udaje pasję i wtedy nie jest ona „prawdziwa” ;) Ale to oczywiście nie jest przypadek Tamaryszka.)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s