MNISI Z LUANG PRABANG – LAOS

*

*

Decydując się na wizytę w Luang Prabang, dawnej stolicy laotańskiego królestwa, nie kierowałem się bynajmniej buddyjską zasadą odrzucenia wszelkich pragnień i pożądań, by uniknąć cierpienia, do którego nieuchronnie – prędzej czy później – one prowadzą. Nie, ciągnęła mnie tam moja ciekawość, (o której z kolei w naszym kręgu kulturowym mówi się, że jest pierwszym stopniem do piekła). Tak więc, mimo że czułem się pośród tych quasi-religijnych przestróg niczym między młotem a kowadłem, to wyruszyłem w dalszą podróż i już wkrótce znalazłem się w tym maleńkim miasteczku u zbiegu Mekongu z krętą jak wąż rzeką Nam Khan. Byłem ciekaw miejsca, które cieszy się famą jednego z najbardziej „uroczych” miejsc południowo-wschodniej Azji (fama ta wszak rodziła we mnie podejrzliwość, że utknę w ogładzonej, jaskrawo-kolorowej i wykończonej na globalną sztampę turystycznej pułapce pełnej raczących się azjatycką kuchnią i opijających lokalnym piwem back-packerów ). Przede wszystkim chciałem zobaczyć znajdujące się tam świątynie i spotkać zamieszkujących tę okolicę ludzi – ciekaw byłem bardzo tego zakątka Laosu osadzonego w dolinie najważniejszej rzeki Indochin, otoczonej zielonymi wzgórzami, pełnymi wodospadów i jaskiń. Wreszcie: ciekaw byłem zaludniających tutejsze – jakże liczne – świątynie, mnichów. Wiedziałem… spodziewałem się, czułem… że w Luang Prabang czeka mnie jedno z najciekawszych spotkań z buddyjskimi mnichami i że będzie to przeżycie niezapomniane. Czy oczekiwaniom tym stało się zadość?

Zbudziłem się kiedy jeszcze na zewnątrz panował gęstym mrok, zanim zaczęły piać okoliczne koguty, a nie umilkły jeszcze głosy bliżej mi nieznanych stworzeń żyjących w bambusowo-bananowych zaroślach i krzewach bugenwilii. Nie zapalając światła (by nie budzić osoby, która spała tuż obok mnie), narzuciłem na siebie to, co znalazłem pod ręką, otworzyłem drzwi i wsunąłem stopy w spoczywające przed progiem sandały, kierując się do wyjścia. Brama guesthouse’u była zamknięta, przed nią, na dziedzińcu leżała pod kocami jakaś skulona postać. Na dźwięk skobla, który usiłowałem odsunąć, śpiący człowiek zerwał się na równe nogi, ale poznawszy mnie uspokoił się, i – z niewyraźnym pozdrowieniem „gud monin” – otworzył mi furtkę. Wyszedłem na spotkanie z mnichami.


Stare Luang Prabang, ze względu na swoje rozmiary, trudno nazwać miastem. To raczej osada położona na cyplu jaki tworzą zbiegające się tu rzeki Mekong i Nam Khan i rozciągająca się na długości niespełna mili wzdłuż stromych urwisk rzecznych brzegów i szerokości dochodzącej zaledwie do stu, dwustu metrów. Na dodatek, znaczną część tego półwyspu zajmuje zalesione wzgórze Phu Si z górującą nad miastem złotą stupą. Na tym małym spłachetku ziemi wystawiono ponad 30 świątyń, przy każdej świątyni powstał klasztor, a w nich zamieszkało blisko pół tysiąca mnichów. Każdego ranka, o świcie, cała ta mnisza armia wychodzi ze swoich skromnych klasztornych kwater na ulice Luang Prabang i udaje się na… żebry.
No cóż, „żebry” mają w naszej kulturze raczej negatywną konotację. Tutaj, proszalna procesja buddyjskich mnichów jest natomiast czymś w rodzaju uświęconego rytuału, mającego także bardzo praktyczne, utylitarne znaczenie: jest ona głównym sposobem zdobywania pożywienia przez mnichów, którzy w swe jałmużne naczynia (swoją drogą nie pozbawione estetycznej elegancji) zbierają żywność ofiarowaną im przez okoliczną ludność.
Wychodząc przed wschodem słońca z mojego hotelu, chciałem być tego wszystkiego świadkiem – być może nawet uczestnikiem.


Mając jeszcze w kościach kambodżańskie upały sprzed kilku dni, tym mocniej poczułem chłód laotańskiej „zimy”, która oznaczała tu temperaturę w nocy rzędu 10 – 12 stopni Celsjusza, zanim jeszcze słońce nie podniosło ją w dzień do przyjemnych dwudziestu-paru stopni. Od klasztoru Wat Xieng Thong i głównej Świątyni Złotego Miasta, gdzie zwykle pojawiają się pierwsi mnisi i dokąd zamierzałem dotrzeć, dzielił mnie nie więcej jak kwadrans drogi. Wokół panowała jeszcze głęboką ciemność rozświetlana słabym światłem ulicznych lamp, więc kiedy na opustoszałej ulicy zobaczyłem człowieka rozkładającego swój kram i zapraszającego mnie do wypicia czegoś ciepłego, nie omieszkałem skorzystać z tej okazji, by bardziej zdecydowanie przebudzić moje szare komórki. Kawa była gorąca i słodka, kubek parzył mnie w ręce – i mimo, że zwykle nie znoszę cukru w kawie, z niemałą rozkoszą smakowałem ten gęsty i mocny napój, który przypomniał mi wietnamskie esspresso z mocną nutą indyjskiego kardamonu. Czułem się dzięki temu jak w świecie nieco odrealnionym – niczym w zlepku różnych kultur, klimatów i smaków, w rzeczywistości pół-sennej i pół-jawnej, w której przenikały się majaki i wspomnienia – to co zmysłowe i konkretne z tym co wymyślone, oniryczne i urojone. Tu i ówdzie pojawiali się jacyś ludzie, coraz częściej rozlegał się dźwięk otwieranych bram i drzwi, podnoszonych rolet i stor, słychać było głosy wzajemnych pozdrowień. Nokturnowo-niebieskawa szarość zaczęła ustępować miejsca mglistemu brzaskowi dnia. Nad rzeką wisiały jeszcze sinawe mgły, od wschodu nadciągało przejaśnienie, w oddali szarzały góry… Otaczał mnie kraj, który mnie intrygował, ale którego nie znałem. Musiałem iść dalej. Podziękowałem mojemu ulicznemu gospodarzowi za kawę i dość energicznym krokiem skierowałem się ku leżącemu na samym cyplu półwyspu klasztorowi – tam gdzie kończyło się (czy też zaczynało) miasto. Szybkim marszem chciałem strząsnąć z siebie resztki nocnego spleenu, a pomagała mi w tym skutecznie także spora dawka kofeiny, jaką przed chwilą dostarczyłem mojej krwi. W pewnym momencie wydało mi się, że w oddali między świątynnymi zabudowaniami, mignęły pomarańczowe szaty mnichów.

*

Wszystko zaczęło się od Buddy – Przebudzonego, który odrzucił złudę materialnego świat wygód, bogactwa, posiadania i zmysłowości, by wyzwolić się z zaklętego koła życia (samsary) i osiągnąć nirvanę – stan, którego właściwie niczym nie da się opisać, a który dla niektórych buddystów jest odpowiednikiem naszego „nieba”, choć jest opisywany bardziej jako swego rodzaju „pustka”.
Wokół Sidharty-Przebudzonego zaczęli skupiać się jego uczniowie i to właśnie oni dali początek mniszym zgromadzeniom zwanym sangha. W klasztorze można było prowadzić bardziej zaawansowaną drogę buddyjskiego stylu życia: odsunięcie się od świata zwykłej życiowej krzątaniny i powszednich zajęć, wyrzeczenie się ludzkich pragnień (nie tylko tych przyziemnych, zmysłowych, ale i jakichkolwiek wyższych, w tym i duchowych, takich jak np. pragnienia nieśmiertelności, ale i nawet czegoś przeciwnego: pragnienia uwolnienia się z samsary). Żyć życiem prostym, cnotliwym, pokornym, wycofanym… pełnym spokoju i współczucia dla wszystkich cierpiących istot świata. Bowiem tylko wtedy może człowiek wejść na drogę Oświecenia i spełnienia się w finalnej nirwanie.
Oczy mnicha nie powinny się stymulować tym, co jest dla innych wizualnie atrakcyjne; jego usta powinny powstrzymywać się od gadatliwości, ręce Mistrza powinny oduczyć się chwytania i zagarniania rzeczy, a jego twarz nie może wyrażać pożądliwości ani nawet zwykłego pragnienia…
Czy spotkania takich ludzi mogłem się spodziewać tego ranka na ulicach Luang Prabang?


Dniało już kiedy na ulicy pojawił się wreszcie niezwykły korowód. Długi, pomarańczowy, niekończący się łańcuch idących gęsiego bosych mnichów, przedstawiał widok zgoła nieziemski. Każdy taszczył ze sobą sporych rozmiarów naczynie przypominające kształtem pękatą wazę, każdy milczał starając się zachować na twarzy wyraz powagi i nie zważać na to, co się działo wokół. Beznamiętnie i mechanicznie mnisi podsuwali swoje naczynia ludziom, którzy ustawili wzdłuż chodnika i wkładali w nie żywność – głównie „lepki” ryż. Wszystkie kobiety – skażone wedle odwiecznych przekonań nieczystością i stanowiące potencjalne zagrożenie dla cnotliwości mnicha – klęczały i dawały jałmużnę ze spuszczonymi oczami. Mężczyźni mogli to czynić na stojąco.
Jako że miałem ze sobą aparat fotograficzny (jakżeby inaczej!) starałem się trzymać od całej tej aktywności i ceremoniału z daleka.

To, na co patrzyłem, nie było tylko malowniczą paradą ubranych w pomarańczową szatę i ogolonych na łyso mężczyzn, którzy zbierali ryż do oplecionych wikliną mis. To był przede wszystkim odwieczny rytuał określający podstawową relację między ludźmi świeckimi a duchownymi – ich wzajemną zależność i wymianę pewnych wartości.
Wyrzeczenie się świata materialnego przez mnichów pozwala na ich doskonalenie się duchowe, osiąganie wyższych wartości, które w postaci nauk i przykładu mogą przejmować ci, którzy prowadzą życie laickie. To właśnie mnisi niejako torują drogę ku wyzwoleniu się z cierpienia, zwiększają szansę na odrodzenie się w lepszym wcieleniu czy wreszcie osiągnięcia stanu nirwany. Ludzie zajmujący się sprawami przyziemnymi mogą zaś odwdzięczyć się jałmużną, materialnym wsparciem oraz okazywanym szacunkiem, zaznaczając przy okazji tą postawą swój podrzędny status społeczny. Ponadto, okazując szczodrość, zdobywają zasługi, dzięki którym będę się mogli odrodzić do lepszego (a przynajmniej niegorszego) życia.
Świadomość tego wszystkiego pozwalała mi patrzeć na odbywający się na ulicach Luang Prabang ceremoniał nie tylko okiem ciekawskiego turysty żądnego lokalnych ciekawostek i  egzotycznego kolorytu, ale i kogoś, kto chciał zrozumieć jego głębszy sens.


Ale patrzyłem na ten rytuał także okiem fotografa. Teleobiektyw pozwalał mi zachować pewien dystans, zaś estetyczna radość utrwalania niezwykle fotogenicznych obrazów – podekscytowanie będącego w swoim żywiole pasjonata. Uliczki Luang Prabang dostarczały znakomitego tła dla kontrastujących z nimi pomarańczowymi szatami mnichów. Wystarczyło tylko wybrać te kadry, które objęłyby także tutejszą architekturę, roślinność, samych mieszkańców… jak również – last but not the least – buddyjskie świątynie i klasztory. A przy tym unikać widoku innych paparazzich i wpychających się na pierwszy plan turystów. Zadanie trudne, ale nie niewykonalne, zwłaszcza jeśli można było usunąć się w bardziej ustronne, niezatłumione przez obcych przybyszów, miejsce.

Nie była to moja jedyna z mnichami styczność. Kilka dni spędzonych w Luang Prabang pozwalało na niemal ciągłe z nimi obcowanie, bo poza ranną procesją, prowadzili oni dość otwarte życie na dziedzińcach świątyń i klasztorów, w szkolnych klasach – ucząc się, chędożąc obejście, bawiąc się, śmiejąc, rozmawiając… Kontrastowało to z solemną postawą jaką zachowywali podczas porannego obchodu miasta, kiedy w milczeniu zbierali do swoich misek potrzebny im do przeżycia ryż.
A we mnie pozostawiło wspomnienie przyjaznych, ciekawych świata i mimo wszystko… zwykłych ludzi.

*

*

*

*

*

*

*

*

*

       © ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć mnichów z Luang Prabang obejrzeć można w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ (bardziej przestrzennie) oraz (nieco bliżej) na stronie Światowida TUTAJ .

*

DZIECI KAMBODŻY – kilka słów o fotografowaniu

*

*

„Jeśli idę z aparatem fotograficznym, to patrzę na świat zupełnie inaczej, niż gdy idę sobie tak po prostu z kolegą, z którym prowadzimy dyskusję. Bo wtedy ta dyskusja jest ważniejsza, niż otaczająca nas rzeczywistość – tej nie dostrzegamy. A gdy wyruszam z aparatem w celu sfotografowania miasta, ludzi czy jakichś scen, wtedy właśnie skoncentrowany jestem na detalu. I szukam, szukam… Bo fotografia to jest detal, kompozycja detalu, to próba znalezienia w nim metafory, symbolu, i przyglądanie się mu, obserwowanie – co poprzez niego wiemy o świecie, co ona nam mówi. To widzi oko malarza czy fotografika na tym detalu skupione.” (Ryszard Kapuściński, „Autoportret reportera”)

*
Uciec od turystycznych tłumów w miejscach takich jak kambodżańskie Siem Reap i Angkor Wat, to jest doprawdy sztuka. Podczas moich podróży, z większym lub mniejszym powodzeniem udaje mi się czasem tego dokonać. Tutaj (a właściwie na stronach moich fotograficznych blogów – „Światowida” oraz „brulionu podróżnego-ilustrowanego”), prezentuję zbiór ok. 100 zdjęć, które powstały podczas kilku dłuższych spacerów poza zonę turystyki masowej w prowincji Siem Reap w Kambodży.

Kapuściński jak zwykle trafia w sedno: jeśli tylko traktujemy aparat fotograficzny poważnie, to wyruszając z nim na poznanie świata, nasze oko staje się narzędziem percepcyjnym na usługach obiektywu – który jest w pewnym sensie tego oka przedłużeniem. To umożliwia nam skupienie się na detalu, czyli na pewnym (zwykle małym) skrawku rzeczywistości. Podobno diabeł czai się właśnie w szczegółach, ale w tym wypadku jednak: w szczegółach (detalach) kryje się prawda i esencja rzeczywistości, którą staramy się ogarnąć, przejrzeć i zrozumieć.
Czy jednak jest tak zawsze – w każdym przypadku? Czy prawda „detaliczna” – będąc niejako prawdą „składową” całości – nie jest tylko fragmentem prawdy o świecie, do którego nas odnosi? A może nawet czasem przeciwstawia się wręcz prawdzie całości – będąc czymś rodzaju wyjątku potwierdzającego regułę?

Co się dzieje, kiedy przedmiotem naszego największego zainteresowania są ludzie? Tutaj sprawy komplikują się jeszcze bardziej. Przede wszystkim: już użycie przeze mnie słowa „przedmiot” powinno budzić naszą ostrożność i wzmagać uwagę. Chodzi po prostu o to, by przy fotografowaniu nie podchodzić do ludzi jak do „przedmiotów”, nie traktować ich jak jeszcze jeden (kolorowy) element egzotycznego dla nas świata. Mieć świadomość tego, że każda twarz, para oczu, grymas, uśmiech, zmarszczki, kosmyk włosów… to nie elementy jakiejś estetycznej układanki (kompozycji), ale że za tym wszystkim kryje się czujący i myślący człowiek.

Bardzo lubię fotografować ludzi – zwłaszcza dzieci i osoby starsze wiekiem (wzbraniam się przed użyciem słowa „starców”, być może niepotrzebnie). Dlaczego? Nieraz się nad tym zastanawiałem i oprócz oczywistego powodu, dla którego lubi fotografować dzieci większość ludzi (bo przecież są one takie cute), wyławiam jeszcze inne, choć być może wszystkie one kryją się za owym cuteness (z grubsza można to słowo przetłumaczyć jako „powab”, „wdzięk”, „bystrość”, „spryt”, „ładność”…).
Dzieci wiążą się z nadzieją i obietnicą życia. Podświadomie kojarzymy je też z naszą (także często utajoną) tęsknotą za nieśmiertelnością. Uważamy, że dzieci prezentują się nam takimi, jakimi naprawdę są – bez udawania, kamuflażu, przebiegłości… A my lubimy to, co wydaje nam się proste, oczywiste, spontaniczne i niezakłamane. I jeszcze nie zepsute. Choć może ktoś powiedzieć: przecież dzieci także udają, kamuflują się, bywają przebiegłe… i tak, tak… bywają bardzo „zepsute”. Oczywiście, ale nawet wtedy w tym ich zachowaniu jest jakaś… pierwotna czystość, dzięki czemu w końcu bardzo łatwo można je przejrzeć. Poza tym: nie ma dzieci „zepsutych”. Co najwyżej są one źle wy(chowane), obciążone złym wpływem środowiska lub wyjątkowo złośliwą kombinacją genów.


Dlaczego dzieci Kambodży? Bo są piękne? Tak, ale nie tylko.
Rzeczywiście, trochę niezręcznie jest mi o tym pisać, ale podczas mojej ostatniej podróży do Indochin – oprócz Kambodży, byłem także w Laosie i (najdłużej) w Wietnamie – dzieci kambodżańskie zwracały uwagę swoją urodą, były wszechobecne, zazwyczaj bardzo aktywne, „żywo” i spontanicznie wchodziły w kontakt z „obcym”. Na tym prawdopodobnie polegała głównie ich wyjątkowość, tudzież niezwykła fotogeniczność.
A dlaczego czuję się nieco niezręcznie pisząc to? Bo preferując urodę dzieci kambodżańskich, sugeruję niejako, że dzieci wietnamskie czy laotańskie są po prostu brzydsze? Czyli jednak przydaję ważności kryterium estetycznemu? Jeżeli tak, to niech mi to będzie wybaczone – w końcu nie mogę się wypierać tego, że jeśli chodzi o fotografię, to estetyka jest dla mnie jednym z bardziej istotnych jej wykładników. Ale to tylko forma. Nie można zapominać o tym, że w tę formę ujęty jest prawdziwy, żywy człowiek – czyli to, co w fotografii jest rzeczywiście najważniejsze i stanowi najbardziej istotną treść. Ludzie nie są ładnymi – czy też brzydkimi – obrazkami. Fotografia człowieka w swojej istocie jest tylko śladem jego egzystencji, utrwalonej w sztuczny sposób na kliszy lub na karcie elektronicznej pamięci. Niestety, zdarza się, że jest to jedyny ślad, jaki po człowieku pozostaje.

Susan Sontag pisała w swoim słynnym eseju „O fotografii”:
„Wszystkie fotografie mówią: ‚Memento mori’. Robiąc zdjęcie stykamy się ze śmiertelnością, kruchością, przemijalnością innej osoby lub rzeczy. Właśnie dlatego że wybieramy jakąś chwilę, wykrywamy ją i zamrażamy, wszystkie zdjęcia stanowią świadectwo nieubłagalnego przemijania.”

Etyka fotografowania ludzi.
Oczywiście nie mówimy tutaj o urągających jakiejkolwiek etyce praktykach paparazzich, a o fotografii „turystycznej”, obyczajowej, „etnograficznej”…
Będąc w obcym kraju większość z nas chciałaby utrwalić na swoich zdjęciach ludzi. Nic w tym dziwnego, bo przecież kraj to przede wszystkim zamieszkujący go ludzie i kultura, jaką oni stworzyli (i tworzą nadal). Ale nie wszyscy z nas mają na tyle odwagi, by to czynić (o pewnych ograniczeniach – nazwijmy je: techniczno-sprawnościowych – nie będziemy tu mówić). Ten brak odwagi wynika często po prostu z obawy, że robiąc zdjęcia ludziom naruszamy ich prywatność, że stawiamy ich w niezręcznej sytuacji, że burzymy im spokój… etc.
Czy jednak często nie jest to wymówką, usprawiedliwieniem naszej… bojaźliwości, zahamowania, niewiary we własne siły fotografa-amatora?
Moim zdaniem, w naszym podejściu do fotografowanych przez nas ludzi, powinna obowiązywać zasada: po pierwsze – człowieka szanować. Niezwykle ważne – jeśli nie decydujące o etycznym aspekcie fotografowania ludzi – jest to, jaki mamy do nich stosunek, oraz to, jakie są nasze intencje. Dlaczego robimy im zdjęcie? Do czego jest nam ono potrzebne? Jak – i w jakim celu – chcemy je wykorzystać?
Wbrew pozorom ludzie lubią, kiedy się ich fotografuje, bo to oznacza, że poświęca się im uwagę, a więc uznaje się ich za kogoś interesującego, wyróżniającego się z tłumu, ergo: niezwykłego. Zwykle też bezbłędnie wyczuwają intencje osoby fotografującej – a te intencje stosunkowo łatwo im zakomunikować: uśmiechem, spojrzeniem, dobrym słowem…

Zdecydowanie jest wielkim uchybieniem robić zdjęcie komuś, kto sobie tego nie życzy (zwykle dysponujemy wystarczającymi przesłankami do tego, aby sobie to uświadomić). Bardzo rzadko łamię tę zasadę…, a nawet jeśli się to stało, to tak uzyskanego zdjęcia nigdzie nie opublikowałem. Natomiast zdarzało się dość często, że osoba, która z początku oponowała, po chwili – gdy została przeze mnie o to poproszona – zgodziła się na zrobienie jej zdjęcia. Dzięki temu w mojej kolekcji znajduje się kilka dobrych portretów. (Właśnie: portrety! To chyba najbardziej ciekawa fotograficzna forma przedstawiania ludzi – i bardzo bezpośrednia, niemalże… intymna. Dlatego też nie wyobrażam sobie, by komuś można było zrobić portret, bez jego zgody – werbalnej czy też wyrażonej gestem.)

Ale ktoś, kto wkracza w świat ludzkiej społeczności, staje się też niejako jednym z elementów przestrzeni publicznej. Powinien się więc liczyć i z tym, że fotograf, który chce ową „przestrzeń publiczną” sfotografować, sfotografuje także i jego (zwłaszcza w dzisiejszych czasach inwazji cyfrowej rejestracji rzeczywistości i masowego przekazu informacji). Przy czym, niekoniecznie musi to za sobą pociągać depersonifikację tego człowieka – nawet jeśli ten człowiek jest tylko częścią większej („wspólnej”) całości, to i tak zachowuje on swoją autonomię (choćby dlatego, że pozostaje on mimo wszystko anonimowy).
Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, kiedy mamy do czynienia z tzw. „zoną turystyczną” – która, dzięki swojej specyfice, rządzi się jednak swoimi prawami (nawet jeśli wydają się one być cokolwiek „barbarzyńskie”).

Detale – czyli jednak wybiórczość?
Kapuściński pisał o konieczności zwrócenia uwagi – skupieniu się – na detalach. Ale na jakich detalach? A jeśli na tych, to dlaczego na nich, a nie na innych?
Ponadto: czy zajmowanie się tylko pewnymi fragmentami (skrawkami, wycinkami) rzeczywistości nie jest dokonywaniem wyboru – czyli w sumie wybiórczością? Zauważmy, że czytając „wybiórczość” zapala się w nas lampka z napisem: uwaga – cecha pejoratywna. Czy jednak zawsze wybiórczość musi być czymś złym?
Nie, nie musi, ale bardzo często bywa, bo pod pozorem skupienia się na powiększonym detalu, wzmożenia ostrości, zbliżenia… daje – paradoksalnie, ale jednak w oczywisty sposób – zniekształcony obraz rzeczywistości. Ponieważ nasze zdolności do syntezy i integracji posiadanych przez nas informacji są jednak mocno ograniczone. Zwłaszcza, że rzadko kiedy dysponujemy wystarczającą ilością informacji, by złożyć wszystko w jedną, naprawdę pełną i koherentną całość.
Dochodzi do tego nasza naturalna skłonność do wyszukiwania osobliwości – tego co się wyróżnia, a jest jednak czymś specyficznym… mimo, że ten osobliwy w swej istocie szczegół udaje często coś, co jest dla całości charakterystyczne i co może nawet tę całość definiować.
Do czego zmierzam?
Otóż do tego, aby tych, którzy oglądają moje zdjęcia przestrzec i uprzedzić.
Nawet jeśli nie robię tego celowo, ani nawet intencjonalnie, to należy sobie zdawać sprawę, że te obrazy są rejestracją czegoś… mimo wszystko przypadkowego i akcydentalnego. Ale z drugiej strony nie są one jednak czymś błahym, nieistotnym i nie mającym związku z kambodżańską rzeczywistością. Wręcz przeciwnie: ukazują jej złożoność, różnorodność, warstwowość…
Doskonale mógłbym teraz sobie wyobrazić np. to, że wybierając takie a nie inne zdjęcia, przedstawiłbym tylko jedną z faset świata, w jakim żyją ludzie Kambodży. Mógłbym pokazać tylko te dzieci, które są brudne, albo tylko te, które są czyste i zadbane; tylko te, które mają w tle „egzotyczne” slumsy, albo tylko te, które znajdują się w otoczeniu nowoczesnej już infrastruktury; tylko te, które są ubrane w łachmany, albo tylko te, które mają na sobie schludne szkolne mundurki… Lecz przecież byłaby to już ewidentna manipulacja, pewien rodzaj kłamstwa – czego oczywiście chciałbym uniknąć. Stąd też zróżnicowanie tych zdjęć, a także ich niebagatelna ilość (dlatego warto jednak obejrzeć ich jak najwięcej – i zrobić to w miarę uważnie… jeśli oczywiście zależy komuś na wzbogaceniu swojej wiedzy o ludziach tamtego rejonu świata).
A i tak trzeba pamiętać o tym, że nawet tysiące zdjęć nie są w stanie oddać w pełni unikalności całej Kambodży i zamieszkujących ten kraj ludzi. I nie są w stanie zastąpić bezpośredniego z nimi zetknięcia.

W tym momencie przypomniało mi się to, co nie tak dawno napisałem przy okazji dyskusji nad jednym z polskich filmów („Róża” Smarzowskiego). Myślę, że jest to adekwatne także do omawianego tu tematu (wystarczy tylko „reżysera” zastąpić „fotografem” a „film” – „zdjęciem”):
„(…) reżyser zawsze dokonuje pewnej syntezy rzeczywistości (niejako ją kondensuje), tworzy swój własny filmowy świat, by uzyskać pewien konkretny efekt na widzu – a tym samym ukazać mu pewne aspekty realnego świata. Nigdy naturalizm filmu nie będzie realizmem – nigdy bowiem (nawet w przypadku dokumentu, czy cinéma vérité) świat filmowy nie jest tożsamy ze światem realnym.”

To prawda – wywożąc z jakiegoś kraju fotografię człowieka, który jest jego mieszkańcem, niejako „kradnę” jego cząstkę, może nawet cząstkę jego duszy? Ale czy jednak jest to kradzież? Czy może bardziej wspomaganie naszej – jakże przecież zawodnej – pamięci; zachowanie śladu kogoś, kogo chcielibyśmy dłużej przetrzymać, nie tylko jako obraz w naszych oczach, ale i jako istotę duchową w naszym sercu? Taka namiastka – melancholijne ukłucie niespełnionej przyjaźni? Choćby nawet takiej przyjaźni, która trwała moment – chwilę?
Tak, jest to pewien rodzaj „suwenira”. Lecz „suwenir”, który ma w jakiś sposób zawartą w sobie cząstkę człowieka, przestaje być tylko i wyłącznie przedmiotem. Zwykle pamiątki są dla nas czymś cennym – tym cenniejszym, jeśli prowadzą nasze myśli i wspomnienia ku drugiemu człowiekowi. Nawet jeśli ten człowiek był dla nas kimś „obcym”, to właśnie zachowany na zdjęciu jego ślad, czyni go dla nas kimś bliższym.

Mimo, że media często bombardują nas obrazami przemocy, to jednak obiektyw częściej jest jednak narzędziem pieszczoty, niż gwałtu. Zdecydowanie bardziej wolimy fotografować to, co się nam podoba, niż to co nas odpycha czy przeraża.

Lepiej jest traktować swe zdjęcia jako elementy kolekcji (znane jest spostrzeżenie Susan Sontag, że „zbierać fotografie to zbierać świat”), niż jako trofea. Choć zarówno kolekcjonowanie, jak i polowanie jest nacechowane pasją, to jednak to ostatnie zawsze zawiera w sobie element agresji (mimo deklaracji myśliwych, że przecież oni zwierzynę „kochają” – więc pewnie i strzelają do niej „z miłości”?). Kolekcjoner nie jest już takim obłudnikiem – bo rzeczywiście to, co kolekcjonuje, obdarza najczęściej ciepłym uczuciem, może nawet miłością.

*

*

*

*

*

*

*

*

KAMBODŻAŃSKA GLOSSA:

W latach 70-tych ubiegłego wieku Kambodża była miejscem jednego z najbardziej przerażających epizodów w dziejach ludzkości: terroru Czerwonych Khmerów, którzy w ciągu kilku zaledwie lat (1975-79) wymordowali blisko jedną czwartą mieszkańców kraju (ok. 1,5 mln. ludzi). Zabijani byli wszyscy „inteligenci” – a za inteligentów uważani byli np. mieszkańcy miast, większość z tych, którzy umieli czytać i pisać; na „pola śmierci” można było zostać zawleczonym tylko dlatego, że się posiadało okulary (do tego czasu przeklętego nawiązuje film dokumentalny „Wrogowie ludu”, o którym pisałem w ubiegłym roku TUTAJ).
W ten sposób zabito nie tylko „umysł” Kambodży ale także jego duszę, czego skutki są odczuwalne do dzisiaj.

Z 14 mln. mieszkańców dzisiejszej Kambodży, niemal połowa to dzieci (1,5 mln. z nich ma mniej niż 5 lat). Olbrzymim problemem jest prostytucja, tym bardziej, że spośród 30-40 tys. dziewcząt (także chłopców) związanych z „przemysłem” seksualnym (niektóre źródła mówią o 100 tysiącach), ok. jedna trzecia ma mniej niż 15 lat. Nieodosobnione są przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci mających zaledwie 9 – 10 lat. Co jakiś czas wybucha afera związana z przybywającymi z Zachodu pedofilami, którzy do niedawna czuli się w Kambodży jak w „raju” dla pedofilów, bo za pieniądze mogli kupić wszystko.
Ale prostytucja w Kambodży to gałąź przemysłu nie tylko związanego z „seks-turystyką”, bo jednak większość klientów domów publicznych w tym kraju stanowią sami Kambodżanie z warstw średnio-zamożnych (szczególnym wzięciem cieszą się u tego typu klientów dziewice, bo – jak wierzą – stosunek z nimi zapewnia zdrowie, potencję, siłę i pomyślność w interesie). Wprawdzie prostytucja w Kambodży jest oficjalnie zakazana, to jednak korupcja panująca wśród władz i policji sprawia, że proceder ten jednak kwitnie nadal.

Następnym dojmującym problemem Kambodży jest to, że – ze względu na panującą w kraju biedę – dzieci zmuszone są do pracy zarobkowej (podobno robi to aż 45% dzieci będących w wieku 5 – 14 lat). Widoczne jest to zwłaszcza w takich miejscach jak Siem Reap a szczególnie w pobliżu kompleksów świątynnych Angkor Wat, gdzie setki dzieci usiłuje zarobić jakieś grosze sprzedając pamiątki. Niektóre z nich opanowały swój kunszt do perfekcji, wykorzystując także przy tym swój niewątpliwy wdzięk, spryt i urodę.

Jednak zdecydowana większość zdjęć prezentowanych przeze mnie zdjęć pochodzi z innego rejonu. Zrobiłem je głównie w wioskach leżących nad jeziorem Tonle Sap (także w tych, które po jeziorze tym dosłownie pływają). Pozostawiam je bez komentarza (jeśli ewentualnie będzie miał ktoś jakieś pytania, to chętnie odpowiem… oczywiście pod warunkiem, że będę znał odpowiedź).

I może jeszcze parę uwag na koniec:

– Prawdopodobnie niektórych z was uderzą kontrasty: dzieci uśmiechnięte, zadbane, dobrze odżywione i schludnie ubrane z jednej strony, z drugiej zaś: dzieci chmurne, „zapuszczone”, brudne, nędznie odziane… Albo: całkiem przyzwoite domy, szkoły i zabudowania vs. slumsy, rudery, baraki, szałasy i nory… Na większości zdjęć tego widać, ale te przeciwieństwa sąsiadują ze sobą dosłownie na wyciągnięcie ręki.

– Cokolwiek złego o masowej turystyce by się nie powiedziało, jestem przekonany, że w prowincji takiej jak Siem Reap jest ona dla miejscowej ludności dobrodziejstwem. Zagraniczni przybysze zostawiają tam corocznie setki milionów dolarów, które (mimo, że w sposób „naturalny” duża ich część przepada w kieszeniach miejscowych  – ale też i obcokrajowych – bonzów) pomagają dźwigać lokalną infrastrukturę, dają zatrudnienie dziesiątkom tysięcy tubylców, przez co, bez wątpienia, w sposób znaczący poprawiają warunki życia miejscowej ludności. To, co pod tym względem dobrego dzieje się w Siem Reap, prowincja ta zawdzięcza przede wszystkim boomowi turystycznemu, jaki miał tutaj miejsce w ciągu ostatniej dekady. (80% wpływów Siem Reap zawdzięcza turystyce, 20% z innych źródeł – w pozostałej części Kambodży jest dokładnie na odwrót: tylko 20% wpływów pochodzi z turystyki.)

– Mimo widocznej na zdjęciach biedy, (która miejscami przybiera postać nędzy) moje spotkanie z tymi ludźmi, było raczej pełne pozytywnych odczuć i pozostawiło we mnie dobre wspomnienia. Dosłownie nikt nie okazał nam (w wędrówkach tych towarzyszyła mi zwykle Ania) choćby cienia wrogości, czy nawet niechęci. Matki chętnie chwaliły się swoimi dziećmi, pozwalały robić im zdjęcia, dzieci dość szybko przełamywały swoją rezerwę i podejrzliwość, które niemal natychmiast ustępowały miejsca zaciekawieniu i spontaniczności. Unikaliśmy dawania tym malcom pieniędzy, ale wcześniej zaopatrzyliśmy się w torby pełne zeszytów, kredek, ołówków i długopisów,  (które jednak – przyznaję, dość przebiegle ;) – darowaliśmy dzieciakom dopiero po zrobieniu im zdjęć, bo wiadomo było, że podarki te całkiem zaburzą ich codzienną rutynę i z fotografowania wyszłyby nici. Lecz w tym miejscu muszę podkreślić: żadne dziecko nie pozowało do zdjęć dlatego, że spodziewało się za to jakiejś gratyfikacji (dotyczy to dzieci spotkanych w wioskach, bo w pobliżu świątyń było z tym różnie).
W sumie: myślę, że sprawy w Siem Reap idą jednak w dobrym kierunku, i jeśli za jakiś czas przyszłoby mi się w tamte rejony wybrać ponownie, to pewnie zastałbym tam już mniej „egzotycznej” biedy, ale za to więcej ludzi żyjących w bardziej godziwych warunkach. Czy ucierpi na tym „atrakcyjność” fotografii? Wątpię. Natomiast bez wątpienia zyskają na tym ludzie – sami mieszkańcy Kambodży.

*

       © ZDJĘCIA WŁASNE

Zdjęcia dzieci Kambodży obejrzeć można na stronie Światowida – TUTAJ (w wersji portretowej) oraz w brulionie podróżnym ilustrowanym – TUTAJ (bardziej przestrzennie).

*

INDOCHINY


*

Wszystkim odwiedzającym tę stronę – a zwłaszcza tym, którzy czytają i komentują moje teksty – dziękuję za dotychczasową uwagę, interesujące wypowiedzi i wyrazy przychylności. Jednocześnie chcę Was powiadomić, że na czas bliżej nieokreślony zmuszony jestem zawiesić mojego bloga (chodzi o ukazywanie się nowych wpisów). Wybieram się bowiem do Indochin – a konkretnie do Kambodży, Laosu i Wietnamu. Moja podróż będzie trwała około miesiąca.

Przy okazji chciałem życzyć wszystkim udanego wypoczynku na Święta, szampańskiej zabawy na Sylwestra i wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. Jak również podziękować za inspirujące towarzystwo – za rozmowy, które miałem tu przyjemność z Wami prowadzić.

Powodzenia. I do usłyszenia…

*


* *Zdjęcia pochodzą stąd (Angkor Wat) oraz  stąd (Ha Long)


WROGOWIE LUDU – KILLING FIELDS REVISITED

Nuon Chea, najbliższy współpracownik Pol Pota, o niemal dwóch milionach ofiar komunistycznego reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży: wszystkiemu są winni Wietnamczycy i Amerykanie (w kadrze z Thetem Sambathem, współtwórcą filmu dokumentalnego „Wrogowie ludu”)

W chicagowskiej siedzibie Towarzystwa Sztuki, można było obejrzeć niedawno jeden z najważniejszych i najbardziej wstrząsających dokumentów ostatnich lat – film „Wrogowie ludu”, traktujący o zbrodniach kambodżańskiego reżimu Pol Pota i Czerwonych Khmerów.

PYTANIA BANALNE

Zawsze, w obliczu ludobójstwa, zawisa nad nami to pytanie: Dlaczego? Jak to było możliwe? Jakim sposobem człowiek mógł się dopuścić tak niewyobrażalnych zbrodni?
Zwykle jednak większość z nas nie chce sobie zaprzątać tym głowy i – chcąc uniknąć konieczności, a może nawet sposobności zadawania (sobie i innym) takich pytań – wypiera ze swojej świadomości niewygodne fakty. Zasłania się więc brutalną rzeczywistość kurtyną nieświadomości,obojętności, niepamięci, ignorancji i niewiedzy.
Jednakże, prędzej czy później, owe pytania w nas się pojawiają i – chcąc nie chcąc – musimy sobie dawać z nimi radę. Także  próbować znaleźć na nie odpowiedzi.
Czy będzie to ponowna konstatacja o banalności zła? O tej wiecznie obecnej w człowieku ciemnej stronie? O przyrodzonej ludzkiej naturze skłonności do gwałtu, przemocy i destrukcji? O zgubnej sile popędów i instynktów? O machiawelicznym dążeniu do władzy i kontroli nad innymi ludźmi? O braku skuteczności, nie tylko świeckiej etyki, ale i świętych kodeksów? O fiasku naszych wzniosłych ideałów i pięknych humanistycznych deklaracji?

 Takie oto myśli trywialne przyszły mi do głowy kiedy oglądałem dokumentalny film Theta Sambatha i Roba Lemkina „Wrogowie Ludu”, którego jednak banalnym żadną miarą uznać już nie można.
Również dlatego, że postawione przed chwilą pytania nie są banalne dla twórców filmu, a zwłaszcza dla Theta Sambatha, którego ojciec i brat zostali zamordowani na kambodżańskich killing fields przez siepaczy Czerwonych Khmerów. Stracił on wówczas także matkę, która zmarła przy porodzie, zmuszona wcześniej do poślubienia jednego z członków milicji, zabójców jej męża.

Wspomnienia zabójcy: „(Pewnego dnia) poderżnąłem tak dużo gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.”

POWRÓT NA POLA ŚMIERCI

Jest to film wyjątkowy pod wieloma względami.
Thet Sambath, dziennikarz z Phnom Penh, poświęcił mu ponad 10 lat swojego życia, kręcąc go w czasie wolnym od pracy zawodowej.
Po raz pierwszy słyszymy w nim jak na temat masowego ludobójstwa, jakie miało miejsce w Kambodży w latach 1976 – 79, wypowiadają się sami mordercy: ci, którzy zabijali ludzi własnoręcznie, jak również człowiek będący drugim po Pol Pocie najważniejszym twórcą i funkcjonariuszem reżimu Czerwonych Khmerów (chodzi o ministra Nuon Chea, zwanego także Bratem nr 2), który całą tę potworną ludobójczą maszynerię wprowadził w ruch.

Sambath nie szuka zemsty, on chce poznać prawdę. Robi to w sposób zdumiewający: jeździ do kambodżańskich wiosek, szuka świadków tamtych wydarzeń, a wśród nich – samych zabójców. (Porównuje to do poszukiwania „igły w oceanie”, bo cały kraj ogarnęła przecież mgła powszechnej amnezji, zwłaszcza wśród tych, co w zbrodni brali udział bezpośredni.) Znajduje ich i… stara się z nimi zaprzyjaźnić, zdobyć ich zaufanie i sprowokować do zwierzeń i konfesji. A trwa to latami! Lecz w końcu mu się to udaje. Nawet Nuon Chea – z którym Thet, mimo niezwykle sekretnej i powściągliwej natury Chea, nawiązuje nie pozbawioną autentyzmu i szczerości międzypokoleniową relację – po trzech latach zaczyna mówić (przed kamerą) o zabijaniu.

O PODRZYNANIU GARDEŁ I PICIU ŻÓŁCI

Na polach śmierci

Sambath, spotykając się ze swoimi „bohaterami” zachowuje wielki spokój i opanowanie, nieustannie się uśmiecha, jest miły, sprawia wrażenie człowieka delikatnego i ciepłego i – co ciekawe – postawa ta nie wydaje nam się  być udawana ani fałszywa. (Ale czy nie jest jednak podstępna?)
Zapewne, w sposób niemal szokujący, kontrastuje z obrazowymi i drastycznymi opisami zbrodni, które przywołują w obecności kamery Sambatha jego nowi znajomi. Jeden z nich demonstruje nawet sposób w jaki powalał ludzi na ziemię, przygniatał ich nogą, chwytał za głowy i podcinał gardła „tak, aby nie krzyczeli”: „[Pewnego razu] poderżnąłem tak dużo  gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.” Inny wspomina zaś o wyrywaniu z ludzkich zwłok woreczka żółciowego i wypijaniu jego zawartości, która podobno miała chronić przed chorobami.
Oto zaś innym razem, kiedy Sambath wraz ze swoimi towarzyszami siedzi przy sielsko-wiejskiej drodze niczym na pikniku, przechodzi obok nich starsza kobieta i zagadnięta o miejsca gdzie znajdują się masowe groby ofiar, wskazuje na znajdujące się tuż obok pole ryżowe, mówiąc: „tu leżało wiele z tych trupów, a jak się rozkładały, to wydawały taki dźwięk, jakby się gotowały – coś jak pękające bąble”.

WINNI – NIEWINNI

Jednak tym, co najbardziej mnie zdumiało podczas oglądania filmu Sambatha, było to, że ja nie tylko nie zapałałem nienawiścią, ale zacząłem ukazanym w nim mordercom… współczuć. Czy też raczej… wzbudzili  oni we mnie pewien rodzaj żalu. Zobaczyłem w nich bowiem zwykłych, normalnych ludzi, jacy zostali dość bezwłasnowolnie uwikłani w okoliczności, które następnie uczyniły z nich morderców.
Dziwne?
Ale czyż nie dziwniejsze było zachowanie Theta, który rzeczywiście i po ludzku się do nich zbliżył? A kiedy aresztowano Nuona Chea i helikopter zabierał go, by odstawić przed oblicze trybunału, który miał go osądzić, Sambath wyznał: „Nie mogę powiedzieć, że był on dobrym człowiekiem, ale czuję teraz wielki smutek”.

Thet Sambath nagrywa wyznania Brata nr 2

Myślę że jest to bardzo charakterystyczna i w sumie niezwykle rzadko spotykana w filmach tego rodzaju cecha: pewne fatalistyczne wyciszenie, brak jakiejkolwiek chęci konfrontacji, nieobecność radykalnych stwierdzeń, zupełnie wyzbycie się nienawistnych resentymentów…
Tak, jak już wspomniałem: Sambath nie szukał zemsty ale zrozumienia co rzeczywiście było przyczyną tego, że jedni (zwyczajni) ludzie zaczęli mordować drugich ludzi – równie zwyczajnych i niewinnych, często swoich sąsiadów.

Sambath też nikogo właściwie nie oskarża, choć stara się dociec, gdzie – i na czym polegała – geneza tej zbrodni. On nawet nie szuka winnych – chce jedynie wiedzieć, kto podjął decyzję o zabijaniu, na jakim szczeblu ona zapadła i w jakich okolicznościach.
I co się okazuje?
Jak zwykle w takich sytuacjach: nikt nie jest winny – wszyscy wypełniali jedynie rozkazy, bo gdyby wykonania rozkazów odmówili, to sami zostaliby zabici. Wina zostaje rozmyta w jakimś bezosobowym partyjnym aparacie, Jednak, jak się okazało, wystarczyła jedna decyzja Pol Pota i jego świty, a masowe mordy w Kambodży ustały, jak ręką odjął. [1]*

JUŻ NIGDY NIE ZOBACZĘ WSCHODU SŁOŃCA JAKO CZŁOWIEK

Thet Sambath wiele lat czekał z wyjawieniem Nuonowi Chea, w jaki sposób zginęła jego rodzina. Okłamał go mówiąc, że jego rodzice zmarli w latach 80-tych. Jak (pewnie słusznie) uważał, gdyby Chea się o tym się dowiedział, to Thet nigdy by nie wyciągnął od niego zwierzeń i przyznania się do tego, że to właśnie on, wraz z Pol Potem, zadecydowali o rozpoczęciu etnicznych czystek: „gdybym okazał tym ludziom litość, mój kraj byłby stracony” – powiedział przy tej okazji, dodając, że ich rząd z założenia miał być „czysty, pokojowy, o jasnym spojrzeniu”. Zaczęli jednak od fizycznej eliminacji „wrogów ludu”.
Wcześniej Thet nie omieszkał jednak pokazać Nuonowi filmu z nagraną egzekucją Sadama Hussajna, którą ten skomentował następująco: „To straszne, że w ten sposób skończył prawdziwy patriota. Ale on i tak jest zwycięzcą”. A kiedy zaprosił do domu Chea dwóch wspomnianych już ludzi, którzy dokonywali masowych egzekucji własnymi rękami, ten ich zaczął pocieszać, że walczyli po właściwiej stronie i że wg nauk Buddy, nie można ponosić winy za czyn, którego intencją było co innego, niż to, co się stało.

Lecz Thet w końcu musiał powiedzieć Chea prawdę. I fragment filmu ukazujący moment, w jakim to robi, należy do najbardziej poruszających i zapadających nam w pamięć obrazów.

A skoro mowa o buddyzmie. Jeden z występujących we „Wrogach ludu” zabójców uznaje się za buddystę. Wierzy w reinkarnację. Wie, że będzie musiał przejść wiele bolesnych wcieleń, zanim ponownie odrodzi się w ludzkiej postaci. Tak naprawdę, to on już teraz nie uważa się za członka ludzkie wspólnoty, zwierzając się nam przed kamerą: „Już nigdy nie zobaczę wschodu słońca jako człowiek”.
I właśnie w takiej chwili widzimy w nim prawdziwe człowieczeństwo.

*  *  *

[1]* PRZYPIS: odrębnym tematem jest tu amerykańskie uwikłanie się w relacje z reżimem Czerwonych Khmerów. Już w 1975 roku, Henry Kissinger, podczas swojej wizyty w Tajlandii, powiedział do tamtejszego ministra spraw zagranicznych: „You should also tell the Cambodians that we will be friends with them. They are murderous thugs, but we won’t let that stand in our way. We are prepared to improve relations with them.” („Powinniście też powiedzieć tym w Kambodży, że będziemy ich przyjaciółmi. To są morderczy bandyci, ale my i tak nie pozwolimy, aby to stanęło na naszej drodze. Jesteśmy gotowi, by poprawić nasze relacje z nimi.”) Źródło: „Cambodian Genocide Program” (publikacja Uniwersytetu Yale).
Niestety, nawet po 1979 roku, kiedy już wiedziano wszem i wobec o krwawej łaźni jaką urządzili Khmerowie swoim rodakom  (anihilując  blisko czwartą część całej populacji Kambodży), amerykańskie poparcie dla „morderczych bandytów” wcale nie ustało (choć nie było już takie oficjalne).

Tym, którzy zainteresowani są amerykańską polityką w Indochinach w latach 70-tych (z uwzględnieniem morderczych ataków lotnictwa USA na Kambodżę, w których poniosło śmierć ok. 600 tys. ludzi, a które de facto umożliwiły przejęcie władzy przez Czerwonych Khmerów w 1974 r.), polecam artykuł Z. M. Kowalewskiego pt. „Czas Czerwonych Khmerów”, jaki ukazał się w polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” w 2010 roku.

ANEKS

Nie tak dawno trafiłem na – nazwijmy to – ciekawą stronę występującą pod szyldem „Trzeci Świat”. Jej autorami (autorem?) jest „organizacja trzecioświatowego maoizmu”, mianująca siebie także jako „Organizacja Czerwonej Gwardii”. W pierwszej chwili pomyślałem, że jest to jakaś kolejna kuriozalna stronka (jakich w internecie jest wiele), ale nie…  pomijając  ewidentne oderwanie od rzeczywistości obsługujących tę witrynę „polskich trzecioświatowych maoistów”, znaleźć tam można naprawdę wiele interesujących materiałów, które mają jednak dużą wartość historyczną i archiwalną.
W związku z podjętym przeze mnie w tym wpisie tematem, chciałbym przedstawić fragmenty kilku artykułów nawiązujących do Czerwonych Khmerów. Pozostawię ich do oceny tym, których to zainteresuje – powstrzymując się tu od własnego komentarza.

W walce o świetlaną przyszłość – młodzi bojownicy Czerwonych Khmerów

*

1. Cytaty z artykułu pt. „Korzenie intelektualne i ideologiczne ruchu Czerwonych Khmerów”.

Organizacja Czerwonej Gwardii: „Przedstawiamy niezwykle interesujący tekst omawiający ideologię jednej z najbardziej fascynujących organizacji rewolucyjnych XX wieku – Komunistycznej Partii Kampuczy, znanej szerzej jako Czerwoni Khmerzy. Po obaleniu rządów KPK w Demokratycznej Kampuczy przez rewizjonistów wietnamskich partia ta była szkalowana i oczerniana przez rewizjonistów i pierwszoświatowców, wymyślających brednie o „ludobójstwie”, czy „totalitaryzmie”. Mit „pól śmierci” zaciemnia prawdziwy obraz i historię ruchu Czerwonych Khmerów, utrudniając poważnym badaczom dotarcie do prawdy. Dla Organizacji Czerwonej Gwardii historia Rewolucji Kampuczańskiej jest tym bardziej interesująca, że często Pol Pota i jego towarzyszy oskarża się o maoizm. Prawda jest jednak bardziej złożona, czego można dowiedzieć się z tekstu Adama Jelonka. OCG krytycznie ocenia Czerwonych Khmerów, nie ze względu na Tuol Sleng, czy pola śmierci, ale ze względu na ich ultralewicowe odchylenie, które doprowadziło do rewizji marksizmu-leninizmu” – pisze „redakcja” OCG, a następnie przestawia tekst Jelonka, z którego pozwolę sobie wyłuskać parę cytatów:

„Większość elementów radykalnej rewolucji Czerwonych Khmerów znajduje bowiem swe odniesienia w dokonaniach rewolucji chińskiej. Na konferencji prasowej w Pekinie w drugiej połowie 1977 roku Pol Pot po raz pierwszy potwierdził wczesne związki między rozwojem ruchu rewolucyjnego w Kampuczy, a myślą Mao: “W 1957 roku założyliśmy komitet… zdecydowaliśmy, że parlamentarna droga wiedzie donikąd. Czerpaliśmy… szczególnie z prac towarzysza Mao Tse-tunga, doświadczeń chińskiej rewolucji, odgrywającej niezwykle doniosłą rolę w tym okresie.”
(…)

Mao i Pol Pot (w tle)

Potwierdzenie wpływów myśli Mao znalazło swój wyraz w innych publicznych wystąpieniach. Jesienią 1977 roku Pol Pot oświadczył: “W walce rewolucyjnej w naszym kraju, w sposób twórczy i z powodzeniem wcielaliśmy w życie myśl Mao Tse-tunga od chwili gdy nie dysponowaliśmy niczym, prócz gołych rąk, po 17 kwietnia 1975”.
(…)
„Zrozumienie celów maoistowskiej idei wielkiego skoku i rewolucji kulturalnej rzuca więcej światła na związki doktrynalne z przywódcami Demokratycznej Kampuczy. Idee maoistowskie sprowadzały się do pragnienia przekształcenia chłopstwa w nowoczesnych producentów, oddanych dla idei kolektywizmu. Mao uznawał konieczność realizacji trzech etapów rewolucji:
1. Likwidacji starej elity wiejskiej i właścicieli ziemskich dzięki realizacji programu reformy rolnej;
2. Zlikwidowania chłopskiego przywiązania do własnej ziemi i własności prywatnej przez ustalenie własności kooperatywnej;
3. Masowej restrukturyzacji organizacji pracy, która dokonać się miała dzięki procesowi budowy komun ludowych.”

2. Fragmenty artykułu pt. „Recenzja książki Malcolma Caldwella „Bogactwo niektórych narodów”.

OCG: „Malcolm Caldwell był jednym z kilku mieszkańców Zachodu, którzy kiedykolwiek odwiedzili Kambodżę w trakcie władzy Czerwonych Khmerów.(…) napisał kilka wartych uwagi książek i artykułów. Opublikowana w roku 1977, rok przed jego śmiercią, „Bogactwo niektórych narodów” była ostatnią książką, którą napisał.
(…) Caldwell ma całkowitą rację mówiąc, że jedyną drogą do rozwoju Trzeciego Świata jest walka zbrojna.(…) Śmierć Mao i powrót Deng Xiaopinga były tylko ostatnimi gwoździami do trumny. Wietnamski socjalizm z kolei był od samego początku martwy, wskutek wpływów rewizjonizmu i radzieckiego socjalimperializmu. W tamtym okresie, gdy po heroicznych walkach przeciwko ludobójczemu imperializmowi amerykańskiego, socjalizm zanikał na całym świecie, wydawało się, że Czerwoni Khmerzy przeprowadzają radykalną wersję rewolucji socjalistycznej. W 1977 nadzieje Caldwella, podobnie jak wielu innych, ulokowane zostały w pozornie radykalnych propozycjach społecznych Czerwonych Khmerów. Jednak, jak się okazało po ujawnieniu ich błędów w wyniku wietnamskiej agresji i okupacji ich kraju, nadzieje te były chybione. Pomimo, że Caldwell mylił się chwaląc domniemany „sukces” Kampuczy, miał on jednak rację wskazując, że drogą do rozwoju jest walka zbrojna i socjalizm. Dzisiaj jest to droga globalnej wojny ludowej, prowadzonej przez trzecioświatowy maoizm.”

Pol Pot – Brat Nr 1

3. Fragmenty artykułu „Kampuczańskie doświadczenie”.

OCG: Publikujemy tekst, który zrywa z mitem Demokratycznej Kampuczy stworzonym przez imperialistów i trockistów. Tekst jest szczególny, ponieważ jego autor, Ezrom Mokgakala był w Demokratycznej Kampuczy w roku 1978 i na własne oczy widział osiągnięcia rewolucyjnego rządu. Jego słowa powinny być wzięte na poważnie, w przeciwieństwie do kłamstw rozpowszechnianych przez wrogów rewolucji. Podpiera je jego rewolucyjny autorytet. Ezrom Mokgakala był członkiem Komitetu Centralnego Panafrykańskiego Kongresu Azanii, i członkiem Wysokiego Dowództwa Azańskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, która do dzisiaj toczy walkę o wyrwanie Południowej Afryki z łańcucha kapitalistycznego. (…) Poniższy tekst po raz pierwszy opublikowano w czasopiśmie Ikwezi z 11 marca 1979 roku.

Cytaty z „dzieła” Ezroma Mokgakali:

– „Z tej historii można wynieść dwie główne lekcje. Pierwsza jest taka, że lud Kampuczy jest ludem heroicznym, który walczył i pokonał lokalnych i zagranicznych ciemiężycieli, czasami walcząć gołymi rękami. Z tej lekcji możemy wywnioskować, że są oni naprawdę odważnym ludem, który zasługuje na zachwyt i pomoc wszystkich prawdziwych rewolucjonistów. Drugą lekcją jest fakt, że pomimo ich bohaterstwa, ich poświęcenia długo nie przynosiły rezultatów.”

„Poprawna linia polityczna wyrasta z samego ludu, nie może być kopiowana z innych krajów” powiedział Towarzysz Hong, przywódca Kampuczańskiego Komitetu Przyjaźni z innymi krajami. „Poprawna linia polityczna zapewni, że zwycięstwo ludu nie zostanie zdradzone” dokończył.
Towarzysz Hong położył nacisk na fakt, że „po poprawnym zrozumieniu lekcji z historii kampuczańskiego ludu, przywódcy rewolucyjnego ludu Kampuczy zrozumieli, że lud będzie zwalczał wroga aż do końca, pomimo jego brutalności.”

Odkurzanie czaszek wydobytych z masowego grobu na terenach obozu tortur Cheung Ek, gdzie trafiały ofiary terroru Czerwonych Khmerów

– (Pierwszy Zjazd Komunistycznej Partii Kampuczy) „zadecydował, by rozpocząć organizowanie chłopstwa w celu obalenia ciemiężycieli i zdobycia władzy politycznej. Wszystkie kadry partii zostały przeszkolone w celu wprowadzenia tej rewolucji w życie w najbardziej zdeterminowany i stanowczy sposób poprzez życie wśród chłopstwa i nie oczekiwaniu na żadne zagraniczne rady, które miałyby dotyczyć tego zadania. Mieli polegać całkowicie na pomysłowości i kreatywności mas. Droga do walki zbrojnej została wytyczona.”

– „MOBILIZUJĄC CHŁOPSTWO. Partia rozpoczęła dokładne badania kwestii chłopskiej. Kadry Partii zostały wysłane na wieś by żyć pośród chłopów w celu zrozumienia rzeczywistości ich egzystencji. (…) Ze względu na tą nędzną egzystencję, słabe zdrowie i wykształcenie, chłopi stali się twardym jądrem, oparciem Narodowo-Demokratycznej Rewolucji. Ze względu na strategiczne znaczenie tej klasy, Komitet Centralny Komunistycznej Partii Kampuczy zadecydował by przenieść się na wieś, blisko chłopstwa. W ciągu roku 90% członków Komitetu Centralnego znalazło się na wsi.”

„Trzeba pamiętać, że przeprowadzanie Rewolucji Ludowo-Demokratycznej oznacza dla uciskanych i wyzyskiwanych mas nowe, lepsze życie. (…) Od samego początku Komunistyczna Partia Kampuczy była tajną organizacją, ponieważ reakcyjny reżim zabronił istnienia partii komunistycznych w kraju i wszczął brutalną kampanię przeciwko tej idei. Eliminowano wszystkich znanych komunistów poprzez morderstwa i siano strach wśród ludu poprzez kłamliwą propagandę. Na przykład rozsiano plotkę, że komuniści używają sierpa by łapać ludzi za kark, a młota by rozbić im głowy. Ponieważ przeciwdziałanie tej propagandzie byłoby zbyt kosztowne, zdecydowano zignorować ją i działać w sekrecie pośród ludu. Komitet Centralny zbudował Zjednoczony Front Narodowy, który z sukcesem doprowadził lud do ostatecznego zwycięstwa.”

Kości ofiar Czerwonych Khmerów zgromadzone w Muzeum Ludobójstwa w Phnom Penh