ANGKOR WAT – boskość, znój, kamienie i dżungla

Największa budowla religijna świata, otoczona polami ryżowymi i dżunglą, obiekt fascynacji dla ludzi wielu kultur, przedmiot dumy mieszkańców Kambodży, oblegana przez miliony przybyszów z wszystkich zakątków naszego globu, budząca respekt architektów i podziw artystów, intrygująca naukowców i historyków, wymagająca życiowego poświecenia od jej badaczy – zagadkowa, tajemnicza, zdumiewająca ANGKOR WAT.

.

Angkor Wat o wschodzie Księżyca, tuż przez wschodem Słońca

.

       Podobnie jak potężne egipskie piramidy w Afryce, czy imponujące miasta Inków, Majów i Azteków w Ameryce Południowej, to właśnie tajemnicze, oplecione korzeniami drzew, zagubione w dżungli ruiny kamiennych świątyń Khmerów w Azji budziły coraz większą fascynację Europejczyków – w miarę jak nasza (europejska) żądza kolonialnych podbojów i eksploatacji egzotycznych ziem oraz zamieszkujących je ludów ustępowała miejsca chęci poznania starożytnych kultur i cywilizacji, które mimo swego upadku i zagubienia w mrokach dziejów, zostawiły świadectwa swojego architektonicznego i artystycznego geniuszu.

       Angkor Wat jest najsłynniejszą z tych świątyń – a przy tym najlepiej zachowaną – choć popularne skojarzenia z dżunglą i drzewami „duszącymi” zrujnowane od wieków świątynie, odnoszą się raczej do obrazów innych budowli, zwłaszcza do Ta Prohm (w samym Angkor Wat tego zjawiska raczej nie uświadczymy). Podobnie błędne jest zawężanie się tych powszechnych wyobrażeń tylko li do Angkor Wat. To prawda, że budowla ta jest prominentna, ale to zaledwie jedna z wielu świątyń powstałych podczas zdominowania półwyspu Indochińskiego przez Imperium Khmerów, którego lata tzw. „świetności” przypadały mniej więcej na wieki od IX do XIV.

       Może niezbyt elegancko jest to pisać, ale bez powierzchownej choćby wiedzy o khmerskich świątyniach i ich twórcach, jesteśmy niczym ten wół, co to się patrzy na malowane wrota i nie ma większego pojęcia jak, co, kto, po co, kiedy, dlaczego – i z czym to się je. Niestety, podejrzewam, że odnosi się to do lwiej części tych milionowych rzesz turystów nawiedzających ostatnio Angkor.

       Cóż, jest oczywiste, że nie chciałem być takim „wołem” – ignorantem, więc postarałem się „przeorać” jak największą ilość dostępnych mi źródeł, zapoznać się z wieloma artykułami, obejrzeć kilka filmów, przeczytać parę książek… i podzielić się tutaj choćby tym, co uważam za najbardziej istotne dla ogarnięcia fenomenu Angkor Wat, cały czas mając świadomość tego, że moja wiedza nadal jest mocno ograniczona, choć rzucająca pewne światło, pozwalające mi na napisanie tego tekstu.

Ta Prohm

.

WIDOK NIE DO OPISANIA

       W Europie po raz pierwszy zaczęło się więcej mówić o Angkor Wat po opublikowaniu w 1863 roku dzienników i rysunków francuskiego podróżnika i naturalisty Henri’ego Mouhota (trochę to śmieszne, że uznano go wtedy za „odkrywcę” Angkor Wat) który kilka lat wcześniej dotarł do Angkor i oniemiał na widok tego, co tam zastał. Na szczęście swój zachwyt i admirację mógł zapisać w dzienniku, porównując twórcę świątyni do Michała Anioła, zaś samą budowlę do najwspanialszych europejskich dzieł architektury. „Jest większa niż cokolwiek zostawiły nam Grecja czy Rzym” – pisał Mouhout, ale niestety, jeszcze w tym samym zdaniu dodawał: „… i stanowi smutny kontrast z barbarzyństwem, w jakim pogrążony jest teraz ten naród.” W innym zaś miejscu dodawał: „Widok tych majestatycznych ruin budzi głęboki podziw, ale trudno powstrzymać się od pytania, co stało się z tą potężną rasą, tak cywilizowaną, tak oświeconą – z autorami tej gigantycznej pracy.” (Wszystkie tłumaczenia z języka ang. własne.)

       Właśnie: co się stało, że ponad pół tysiąca lat temu wszystkie świątynie (a było ich ok. 700) zostały porzucone, otaczające je miasta opustoszały i zaczęły zarastać dżunglą – i że bezpowrotnie zniknęły obrazy imperialnej i monarszej świetności, jak chociażby ten, opisywany przez chińskiego wysłannika i dyplomatę Zhou Daguana, który pod koniec XIII wieku przez rok mieszkał w Angkor Thom, mieście wybudowanym za czasów panowania króla Dżajawarmana II, w czasach największej prosperity Imperium (notabene Angkor Thom był wówczas największą metropolią świata liczącą ok. miliona mieszkańców):

       „Kiedy nadchodzi król, na czele jego eskorty idzie wojsko, następnie podążają flagi, transparenty i muzyka. Za nimi widać grupę dworek, w liczbie od 300 do 500, ubranych w ozdobione kwiatami szaty, z kwiatami we włosach, trzymających w dłoniach świece. Nawet w jasnym świetle dziennym świece są zapalone. Za nimi idą inne pałacowe kobiety, niosąc lance i tarcze, dalej prywatna straż króla, następnie powozy ciągnięte przez kozy i konie, a wszystko to w złocie. Potem kroczą ministrowie i księżniczki usadowione na słoniach. Przed nimi można dostrzec, nawet z daleka, ich liczne czerwone parasole. Następnie pojawiają się żony króla i konkubiny w palankinach i wozach, na koniach albo na słoniach. Mają one więcej niż setkę parasoli, które całe są w centkach ze złota. W końcu pojawia się stojący na słoniu władca, ze swoim świętym mieczem w dłoni. Kły jego słonia okute są złotem.”

       Kiedy prawie 300 lat później (1586 r.) do miasta Angkor Thom dotarł portugalski misjonarz Antonio de Magdalena, okolica była już prawie wyludniona, ale nadal zrobiło na nim wielkie wrażenie to, co zostało z khmerskich miast i świątyń, a zwłaszcza z Angkor Wat. Wiemy to z przekazu jego towarzyszy, którym opowiedział on o swojej podróży do Kambodży, zanim zginął płynąc na statku, który się rozbił na Oceanie Indyjskim: „W odległości pół ligi od miasta znajduje się świątynia. Ma ona tak niezwykłą strukturę, że nie sposób jest opisać ją piórem. Jest jak żadna inna budowla na świecie, posiada wieże i dekoracje oraz wszelkie doskonałości, jakie tylko ludzki geniusz zdolny jest stworzyć.” Warto dodać, że Antonio w świątyni Angkor Wat zastał wtedy buddyjskich mnichów, którzy zresztą bywali w niej do czasów nam współczesnych, odprawiając tam swoje rytuały.

       Cóż, Francuz Mouhot, wieki później, z charakterystyczną dla Europejczyka tamtych czasów wyższością, w żyjących obok Angkor Wat ludziach zobaczył już tylko „barbarzyńców”. A przecież stanowili oni nadal ten sam naród.

       Można tylko ponowić pytanie: co się z tymi ludźmi – i ich królestwem – stało?

Jedna z „twarzowych” bram prowadzących do miasta Angkor Thom

.

BÓG WSTĘPUJE NA TRON

       Oczywiście, jak przed każdym upadkiem, był wzlot. To, w jaki sposób Khmerowie zbudowali swoją potęgę jest jeszcze bardziej ciekawe, jak to, co spowodowało schyłek i ostateczne załamanie się ich Imperium. Zanim o tym wszystkim opowiem chciałbym zwrócić uwagę na bardzo istotną sprawę, a mianowicie na wpływ kultury hinduskiej na Khmerów, których wierzenia religijne, mitologia, ikonografia, sztuka i architektura – jak również kastowy podział społeczeństwa – wywodziły się wprost z Indii i zaważyły generalnie na rozwoju ich cywilizacji. Można stwierdzić, że Khmerowie byli silnie zhinduizowani, a dotyczy to zwłaszcza khmerskich elit, które nawiasem mówiąc posługiwały się sanskrytem, podobnie jak średniowieczna śmietanka intelektualna, scholastyczna i arystokratyczna łaciną. Jeśli chodzi o religię, to wyższe warstwy społeczeństwa przejęły hinduizm, zaś niższe buddyzm (utrzymując przy tym pewne elementy odwiecznych wierzeń animistycznych) – i ten podział okaże się dość istotny dla ich dziejów.

       Początek Imperium Angkor umieszcza się za czasów panowania Dżajawarmana II, a konkretnie w roku 802, kiedy to władca ten poddany został rytuałowi dewaradży – mistycznej ceremonii, łączącej go z hinduskim bóstwem Sziwą, dzięki czemu stawał się on królem-bogiem, a jego władza uzyskiwała nie tylko boską legitymizację, ale i sama nabierała transcendentnych atrybutów boskości i mocy maharadży – „Władcy Uniwersum”. Wystarczyło, że do Dżajawarmana II przybył hinduski bramin i na świętej górze – podczas długiej konsekracji – obdarzył króla lingą, w której rezydować miała esencja królewskości łącząca go z Sziwą (zwykle lingę kojarzy się z symbolem fallicznym, ale jej znaczenie wykracza daleko poza to wyobrażenie, podobnie jak połączenie lingi z symbolem joni, którą większość laików utożsamia z waginą).

       Jeszcze przed tym rytuałem, Dżajawarman II, stosując głównie przemoc, zaczął unifikację wielu państw-miast. Bo trzeba wiedzieć, że miejsce obecnej Kambodży okupowane było wówczas przez małe ośrodki władzy, zwykle toczące ze sobą wojny, lecz kiedy Dżajawarman II stał się królem-bogiem, ich opór przed uznaniem go za dominującego nad wszystkim i suwerena, drastycznie zmalał, no bo kto chciałby się (kopać z bogiem) narażać bóstwu? Piszę to bez żadnej ironii, bowiem wśród badaczy i historyków panuje dość powszechna zgoda, że właśnie boski status Dżajawarmana II tudzież wszystkich następujących po nim władców Imperium Angkoru, umożliwił konsolidację całego społeczeństwa. Wiara (w boskość króla) czyniła cuda, jeśli chodzi o podporządkowanie się poddanych królewskiemu autorytetowi i skuteczność kontroli nielicznej w sumie elity khmerskiej arystokracji – z królem-bogiem na czele – nad całą populacją. Bez tego najprawdopodobniej nie tylko niemożliwe byłoby rozszerzenie królestwa na tak wielką skalę, zbudowanie jego potęgi, utrzymanie autorytarnej władzy, ale i konstrukcja gigantycznego systemu nawadniania pól ryżowych (można chyba powiedzieć, że Khmerzy ujarzmili monsun), czy wreszcie budowa wielkich kompleksów miejskich, setek świątyń dużych i małych, w tym potężnej Angkor Wat.

       Począwszy od IX w. państwo Khmerów rosło w siłę, rządzone przez lepszych i gorszych władców (wśród nich wyróżnił się zwłaszcza panujący w latach 889 – 915 Jaśowarman I, zwany też królem trędowatym), którzy jednak cały czas toczyli wojny z sąsiadami (Czamami na wschodzie, Syjamczykami na zachodzie), walczyli też z sobą o sukcesję. Lecz mimo tych zawirowań i niestabilności (stolicę państwa przenoszono dziesiątki razy), królestwo Angkor nigdy się nie rozpadło. Mało tego, kolejni władcy budowali coraz więcej świątyń, a co najważniejsze: stopniowo tworzyli niezwykle rozbudowany, niesłychanie przemyślny system kanałów, tam, wałów i zbiorników wodnych (największy z nich, tzw. zachodni baraj miał długość 8 km, a szerokość 2 km), który pozwalał im gromadzić wodę w czasie monsunu i dystrybuować ją w porze suchej.

Budowniczy Angkor Wat, król Suryavarman II na tronie (relief świątynny)

.

WIELKIE BUDOWANIE DŻAJAWARMANA

       Apogeum – jeśli chodzi o siłę militarną, pozycję polityczną i wpływy, ilość miast i wiosek, liczbę mieszkańców, zasobów materialnych i bogactwa – Imperium Khmerów osiągnęło w latach 1113 – 1150, za czasów panowania Surjawarmana II, uznawanego przez niektórych za największego z khmerskich królów, po części chyba też dlatego, że to właśnie on był budowniczym Angkor Wat. Do swojej potęgi doszedł Surjawarman II także dzięki wygranym kampaniom wojennym (choć i parę klęsk też mu się po drodze trafiło), ale też poprzez zawiązywanie skutecznych sojuszów, zawieranie właściwych małżeństw, nadawanie ziemi i przywilejów.
Poza tym, często podaje się trzy kardynalne przyczyny sukcesu Imperium w tym czasie: boski status króla zapewniający mu dominację nad poddanymi, sprawne ściągnie podatków i wspomniany już kilkakrotnie, genialnie rozbudowany system nawadniania – regulacja gospodarki wodnej, dzięki której ziemia Khmerów okazała się ryżowym Eldorado, umożliwiając nawet kilkakrotne zbiory w ciągu tego samego roku. Dochodziły do tego: uprawianie i kontrola handlu między dwiema potęgami tamtego czasu, czyli Indiami i Chinami (nie bez kozery Półwysep, na którym leży Kambodża zwie się Indochińskim), bowiem przez terytorium Khmerów – i w jego pobliżu: na południu, w delcie Mekongu – przebiegały wówczas główne szlaki handlowe między Wschodnią i Zachodnią Azją. Leżące w pobliżu Angkor Thom olbrzymie Jezioro Tonle Sap z nieprzebranym bogactwem ryb, dopełniało ten lukullusowy obrazek.

       Imperialna sielanka została wszak przerwana w czasie rządów dwóch następnych królów (rebelie, najazdy Czamów, pożary, destrukcja, klęski wojenne, intrygi i mordy), ale kiedy pod koniec XII wieku na khmerski tron wstąpił Dżajawarman VII, zła passa wydała się odwracać, bo władca ten – mimo, że budddysta! – przegnał najeźdźców ze swojej ziemi, pogodził zwaśnione frakcje, odbudował gospodarkę, jak również – last but not the least – okazał się największym budowniczym w historii Imperium. Robił to przez 30 lat, choć został władcą w wieku 60 lat, co na tamte czasy było wiekiem niemalże matuzalemowym. To on ustanowił Angkor Thom (Wielkie Miasto) jako stolicę państwa, imponująco ją rozbudowując. W samym centrum stanęła niezwykła świątynia Bajon, obok niej Królewski Pałac, przed nim Plac Zwycięstwa z całym wiankiem budynków. Do miasta wjeżdżało się z czterech stron świata, kamiennymi bramami ozdobionymi ogromnymi twarzami (prawdopodobnie) Buddy lub samego króla. Na terenie Imperium, które wówczas osiągnęło największy zasięg terytorialny w swojej historii, powstało też całe mnóstwo świątyń (wśród których znalazły się takie perły jak Ta Prohm, Preah Khan czy Banteay Kdei); mówi się też o całej setce szpitali. Można sądzić, że nie są to mniejsze dokonania, niż te, które były udziałem. Suryavarmana II. Niesamowitym osiągnięciem było już to, że Dżajawarman VII dożył – w takich czasach i sprawując tak niebezpieczną funkcję – 96 lat!

      Jednak nic nie może wiecznie trwać, zwłaszcza złote okresy imperiów. To khmerskie trzymało się jeszcze nieźle przez następnych sto kilkadziesiąt lat po śmierci Dżajawarmana VII. Królestwo próbował ratować Dżajawarman VIII, zaczynając m.in. od niszczenia posągów Buddy, reperacji Angkor Thom i restauracji świątyń hinduistycznych (bo przecież wojowniczego Sziwy bać się można bardziej niż pacyfistycznego Buddy), lecz niewiele to pomogło, bo od XIV w. Imperium coraz bardziej zaczęło się pogrążać i słabnąć. Ale zanim zajmiemy się tym upadkiem i jego przyczynami, pozwolę sobie wrócić do głównego tu obiektu naszego zainteresowania, czyli do świątyni Angkor Wat.

Angkor Wat

.

I WRESZCIE ONA, KRÓLOWA WSZYSTKICH ŚWIĄTYŃ – ANGKOR WAT

       Angkor Wat (przy okazji warto wspomnieć, że „Angkor” oznacza miasto lub stolicę, zaś „Wat” świątynię) jest szczytowym osiągnięciem tzw. klasycznej architektury khmerskiej. Zbudowanie świątyni zajęło ponad 35 lat (przypomnijmy, że miało to miejsce to za panowania Surjawarmana II, który był królem w latach 1113 – 1150). Nie ulega wątpliwości, że poświęcona była ona hinduistycznemu bogu Wisznu i najprawdopodobniej miała stanowić mauzoleum, czyli być miejscem złożenia doczesnych szczątków władcy. Nie ma dowodów, że po jego śmierci tak się stało, ale wykończenie świątyni (chodzi głównie o jej motywy dekoracyjne, jak np. płaskorzeźby) przerwano.

       Zanim to się stało, dziesiątki tysięcy robotników – kierowanych przez architektów, artystów i majstrów, poganianych przez królewskich dozorców – w pocie i znoju wznosiło gigantyczną budowlę, dysponując tylko prymitywnymi jak na nasze obecne standardy, narzędziami. Na dodatek, miliony – ważących często ponad tonę – bloków skalnych, musiano pociąć, sprowadzić kanałami z odległych o ponad 50 km gór, wygładzić i oszlifować, a następnie z wielką precyzją ułożyć w odpowiednim miejscu budowlanej konstrukcji. Jako budulca stosowano skałę zwaną literytem, ale z racji tego, że jest to skała niezbyt urodziwa, budowano z niej tylko mury i ściany oraz szkielety wież, przykrywane następnie znacznie lepiej prezentującym się piaskowcem, w którym na dodatek można było później rzeźbić.

       Cały kompleks Angkor Wat otoczony jest wypełnioną wodą fosą w kształcie prostokąta o bokach 1.3 na 1.5 km. (Nawiasem mówiąc w obrębie fosy istniało kiedyś otaczające świątynny kompleks miasto, ale, jako że miało ono drewnianą zabudowę, to nie pozostało dziś po nim żadnego – widocznego gołym okiem laika – śladu.) Do właściwej świątyni prowadzi od strony zachodniej kamienna grobla. W samym centrum Angkor Wat znajduje się wysoka na 65 m wieża, otoczona czterema innymi, położonymi w kątach czworokąta stanowiącego najwyższy taras (figura zwana w geometrii i architekturze kwinkunksem). Wszystkie one reprezentują mityczną górę Meru (siedzibę hinduskich bóstw dewów) otoczoną czterema górskimi szczytami. Poniżej znajdują się jeszcze dwie galerie, z których środkowa ma wymiary 100 na 115 m, a zewnętrzna 187 na 215 m. Wewnętrzne ściany tej ostatniej pokrywają fantastyczne płaskorzeźby, które jeden z archeologów nazwał „najwspanialszą ze znanych linearnych aranżacji rzeźbionego kamienia” na świecie – i nie ma w tym chyba większej przesady.
Te wykonane z niezrównanym mistrzostwem reliefy przedstawiają głównie mitologiczne sceny z indyjskich eposów Ramajany i Mahabharty, jak również hinduistyczne „piekła” i „nieba”. Wyjątkiem jest relief ukazujący historyczną scenę procesji dworu Surjawarmana II. Na mającej prawie 1000 m kw. płaskorzeźbie naliczyć można ponad 2000 postaci – wraz z ich rynsztunkiem, ubraniami, bronią, rydwanami, słoniami… Właściwie każda ściana Angkor Wat, każda kolumna, nadproże, a nawet sufit udekorowane są płaskorzeźbami, na których widać przeróżne mityczne stwory, jadących na słoniach króli, niebiańskie tancerki… Uwagę zwracają zwłaszcza wdzięczne sylwetki (mniejszych) apsar i (większych) dewów, których jest tu ponoć półtora tysiąca, a każda z nich jest inna – z inną fryzurą, biżuterią, garderobą, przybraniem głowy.

       Małym paradoksem jest to, że ogólny plan świątyni jest raczej trudny do ogarnięcia, kiedy jest się wewnątrz kompleksu. Także główny jej motyw: kwinkunks wież, jest widoczny tylko z pewnej ograniczonej perspektywy – tak jakby budowniczym nie zależało na przyziemnej percepcji zwykłych śmiertelników, a ich uwaga skierowana była ku bogom i niebu. Bowiem niezwykłą harmonię Angkor Wat – zachwycające proporcje i balans tego kamiennego giganta, będącego niewątpliwie architektonicznym arcydziełem – widać najlepiej z lotu ptaka. Dostrzec i uświadomić to można sobie także… studiując budowlane plany świątyni.

       O Angkor Wat można by pisać dłużej – i zapewne nie wszystko zmieściłoby się nawet w grubej książce.

Dewy na ścianie świątyni Angkor Wat

.

SCHYŁEK I UPADEK IMPERIUM

       Każde imperium – nawet to najpotężniejsze – stworzone przez człowieka na Ziemi miało swój koniec. Imperium Khmerskie nie jest tu wyjątkiem. I podobnie jak w przypadku upadku innych imperiów, przyczyniło się do tego wiele różnych czynników. Paradoksem jest to, że im większą potęgę imperium buduje, tym bardziej zwiększają się szanse jego upadku. Co więcej, jeśli przyjrzymy się bliżej królestwu Khmerów, to dojdziemy do wniosku, że dokładnie to, co było mocnymi jego stronami, prowadzącymi do jego rozkwitu i prosperity, spowodowało najprawdopodobniej jego zmierzch i ostateczny upadek. Gwoli przejrzystości, pozwolę sobie wyszczególnić te przyczyny w osobnych akapitach poniżej:

– Rywalizacja dwóch wielkich religii: hinduizmu i buddyzmu. Bazujący bardziej na testosteronie hinduizm (vide: Sziwa i inne bóstwa nie stroniące od bezwzględności i agresji) zostaje coraz bardziej wypierany prze buddyzm – najpierw w wersji Mahajany, a następnie w jeszcze bardziej łagodnej, ascetycznej i pacyfistycznej szkole Therawady. Dżajawarman VII czyni buddyzm religią państwową, zamieniając świątynie hinduistyczne na buddyjskie, przy okazji pozbawiając się de facto atrybutów władzy boskiej, czyli statusu króla-boga. Następujący po nim Dżajawarman VIII próbuje ten trend odwrócić (m.in. niszcząc posągi Buddy) ale jest już za późno: buddyzm przemawia znacznie bardziej do szerokich rzesz społeczeństwa, które żyje w coraz większej biedzie, nie tylko dlatego, że pozwala im lepiej znosić swoją nędzną zazwyczaj dolę, ale i dlatego, że czyni z króla bardziej podobnego im śmiertelnika, pozbawiając go przy tym bosko zlegitymizowanych instrumentów władzy, w tym opresji i wyzysku. Jednakże ma to swoje konsekwencje: osłabianie władzy państwowej, wzmacnianie biernego oporu i – jak by na to nie patrzeć – ubożenie całego państwa i utratę jego militarnej siły.

– Jeszcze przed rozszerzeniem się buddyzmu, w państwie khmerskich zaczęło się źle dziać z powodu nadmiernego wyzysku dolnych warstw społecznych (a stanowiło je ponad 90% społeczeństwa), jak również z nadmiernej eksploatacji zasobów naturalnych. Tak sprawnie działający system opodatkowania ludzi, był coraz bardziej uciążliwy, stając się jednocześnie źródłem korupcji – zwiększając przepaść między uprzywilejowanymi elitami i bogaczami, a zaharowującą się na śmierć biedotą, czyli resztą społeczeństwa.

– Niezwykle rozbudowany i skomplikowany system wodny działał sprawnie, kiedy istniała wystarczająca ilość obsługujących go ludzi, a klimat był w miarę stabilny. Kiedy to zaczęło się zmieniać (z różnych względów ludzie poczęli opuszczać tereny Angkoru, po wieloletnich suszach następowały długie okresy ulew i powodzi) system gromadzenia i dystrybucji wody zaczynał coraz bardziej zawodzić. W zniszczonych wioskach, otoczonych zamulonymi i zarośniętymi kanałami i barajami, przy niedostatku żywności, życie stawało się coraz bardziej nieznośne czy wręcz niemożliwe. Następowała więc migracja ludności na południe, w okolicę dzisiejszej stolicy Kambodży Phnom Penh.

– Imperium Khmerów słabło, podczas gdy sąsiednie królestwo Ajutthaya (okupujące dzisiejsze tereny Tajlandii) rosło w siłę, więc najazdy Tajów były coraz bardziej skuteczne, by zdławić w końcu państwową niepodległość khmerskich władców. Na tronie podbitego terytorium najeźdźcy instalowali powolne sobie marionetki, co raczej nie sprzyjało rozwojowi państwa, nie mówiąc o zachowaniu narodowej dumy jego mieszkańców.

– Z czasem – z powodu tych wszystkich czynników i jeszcze paru innych – zaczęła też coraz bardziej maleć rola Khmerów w pośrednictwie handlu między azjatyckim Zachodem (głównie Indiami) a Wschodem (Chinami), co w wiekach świetności Imperium było jednym z głównych źródeł jego bogactwa, znaczenia i wpływów.

Cóż… Sic transit gloria mundi.

*  *  *

       Wśród historycznego zamętu, jakiemu poddane było Imperium Khmerów przez 5 wieków swojego istnienia, najbardziej zajmowała nas dotychczas jego najsłynniejsza budowla – Angkor Wat. Należy jednak pamiętać, że khmerscy architekci, artyści i robotnicy wybudowali w tym czasie setki innych świątyń. Niestety, niemal wszystkie zamieniły się w ruinę a odrestaurowano (w większym lub mniejszym stopniu) tylko nieliczne, spośród których kilkanaście budzi zainteresowanie odwiedzających Angkor Wat turystów. Leżą one w bliskim sąsiedztwie tej najsłynniejszej i najlepiej zachowanej świątyni, z wyjątkiem jednej, do której moim zdaniem absolutnie warto dotrzeć. Mam na myśli odległą o 25 km od głównego kompleksu Angkor, bez wątpienia najbardziej „ornamentalną” ze wszystkich świątyń Banteay Srei. Pozostałe obiekty, o których chciałbym tu wspomnieć i wizytę w nich polecić, to zarośnięta malowniczo drzewami Ta Prohm oraz imponująca, nieziemska i ozdobiona „twarzowymi” wieżami Bajon.

Kamienne twarze świątyni Bajon

.

BAJON – 200 TWARZY PATRZY NA WAS

       Bez wątpienia jedna z najbardziej intrygujących budowli świata – tajemnicza, pełna bardziej lub mniej ukrytych znaczeń – świątynia Bajon. Zbudowana na początku XII wieku za czasów panowania Dżajawarmana VII, poddawana następnie wielu rozbudowom i przeróbkom, które tylko zwiększały kompleksowość jej konstrukcji – ciągle balansując na granicy architektonicznej harmonii i chaosu.
Stanowiła ona centrum Angkor Thom, będąc tym samym najważniejszym obiektem największego miasta Khmerów. I co ciekawe, mimo że Dżajawarman VII był zadeklarowanym buddystą, to najprawdopodobniej poświęcona była ona Brahmie, o czym świadczą nie tylko wieże z olbrzymimi twarzami – najczęściej czterema (choć też są i takie które mają twarze dwie, trzy a nawet i jedną), z których każda zwrócona jest w jedną z czerech kardynalnych stron świata, co było bardzo charakterystyczne dla przedstawień Brahmy – ale i pierwotna nazwa świątyni: Dżajagiri (dosł. Góra Brahmy). (Niestety europejscy kolonialiści wtrącili swoje trzy grosze nazywając ją „Banyan Temple” – no i stąd ten „Bajon”.)

       Nie jest pewne czyje oblicze przedstawiają twarze zdobiące wieże – czy rzeczywiście jest to Brahma? A może jednak Budda? Całkiem też możliwe, że kamieniarzom, którzy wykuwali skalne bloki, z jakich następnie składali wieże a na nich twarze, za inspirację posłużyło fizis samego władcy – rzeczywiście łudząco podobne do oblicza Dżajawarmana VII, sądząc po zachowanym posągu, który go przedstawiał. Jednak najbardziej rzucającą się w oczy cechą tych twarzy jest goszczący na nich tajemniczy i łagodny uśmiech, godny samej Mony Lizy.
Twarze są różnej wielkości i znajdują się nie tylko na wieżach. Naliczono ich w sumie ponad 200.

       Innym ważnym elementem Bajonu są jego płaskorzeźby, ukazujące nie tylko sceny mitologiczne i historyczne, ale również – i to jest ewenement, jeśli chodzi o khmerskie świątynie – scenki rodzajowe z życia zwykłych mieszkańców Angkor Thom. Motywy hinduistyczne i buddyjskie się mieszają, bowiem po buddyście Dżajawarmanie VII, nastał (drugi w kolejności władca) Dżajawarman VIII, który z wigorem neofity przemieniał świątynie buddyjskie na hinduskie, niszcząc m.in. główny posąg świątyni ukazujący Buddę, znajdujący się w najważniejszym – najwyższym i centralnym – pomieszczeniu świątyni. (W latach 30. ubiegłego wieku znaleziono go rozbitego na kawałki w pobliskiej studni i odrestaurowano.)

       Z pewnej odległości Bajon przypomina zbudowaną z wież (początkowo było ich 49, ostało się 37) górę, którą jeden ze znawców Angkor określił jako „kamienny zamęt, rodzaj ruchliwego chaosu szturmującego niebo”, kiedy jednak zbliżamy się do centrum, wstępując na kolejne tarasy, nawiedza nas przejmujące wrażenie przedzierania się przez labirynt. Kiedy zaś trafiamy wreszcie na platformę najwyższą, nagle objawiają się przed nami potężne kamienne oblicza – bliskie jakby na wyciągnięcie ręki i ożywione tym swoim ujmującym uśmiechem. I jest to doświadczenie poruszające i niezapomniane.

*  *  *

Ta Prohm

.

TA PROHM – PODDAJĄC SIĘ DŻUNGLI

       Świątynia Ta Prohm najbardziej chyba oddziaływała na wyobraźnię, apetyt i pragnienie egzotyczności podróżników większych i mniejszych, a to ze względu na niezwykłą fotogeniczność ruin splecionych w nierozerwalnym uścisku z dżunglą. Te drzewa oplatające swoimi muskularnymi ramionami masywne kamienne bloki – niczym jakiś gigantyczny wąż boa duszący swoją ofiarę. Natura dokonująca bezlitosnej inwazji w tworzoną przez człowieka cywilizację, której efektem końcowym jest totalna jej anihilacja. Na razie jednak świątynne ruiny wydają się koegzystować z żywotnością dżungli, dostarczając nam niezwykłych doznań estetycznych i emocji odkrywcy.

       Kiedy w XX wieku zaczęto restaurację najważniejszych khmerskich świątyń, zdecydowano się na szczególne podejście do Ta Prohm, właśnie ze względu na tę kohabitację drzew z kamiennymi ruinami, która wydała się, zwłaszcza Europejczykom, niezwykle atrakcyjna wizualnie, tworząc ponadto tajemniczą atmosferę ewokowaną zwłaszcza w powieściach przygodowo-podróżniczych; podobną również tej, na jakiej później bazowało kino popularne spod znaku Indiany Jonesa (nota bene ze scenerii tej czerpano pełnymi garściami np. w filmie „Tomb Raider”). Tak więc, dokonano tylko koniecznych prac zabezpieczających istniejące elementy świątyni i uprzątnięto zarośla tak, by można było Ta Prohm zwiedzać. Swoją drogą, usunięcie olbrzymich drzewnych korzeni/konarów byłoby niemożliwe bez uszkodzenia tego, co ze świątyni pozostało, gdyż drzewa – w przedziwny sposób – nie tylko budowlę niszczyły, ale i stanowiły dla jej ścian i stropów podporę. Nawisem mówiąc, próbowałem znaleźć polskie nazwy tych drzew, ale poległem, również dlatego, że różne źródła nie są ze sobą absolutnie zgodne. Może więc podam tylko te pojawiające się najczęściej – w wersji angielskiej wraz z ich łacińskimi odpowiednikami: silk-cotton tree (Ceiba pentandra), thitpok (Tetrameles nudiflora), strangler fig (Ficus gibbosa), gold apple (Diospyros decandra). I bądź tu mądry! Smacznego!

       Podobnie jak Bajon świątynię Ta Prohm wybudowano za czasów Dżajawarmana VII – prace rozpoczęto w 1186 roku i kontynuowano przez następne kilkadziesiąt lat. Wówczas mówiono na nią Radżawihara (co oznaczało Królewski Klasztor), a poświęcona była ona przez króla swojej rodzinie, przede wszystkim matce.
Mur świątynny miał długość ponad 3 km, tworząc prostokąt o bokach 1000 m na 650 m. Była to więc spora powierzchnia, na której – jeśli wierzyć zachowanym na stalach inskrypcjom – żyło 12.5 tys. ludzi.

       À propos steli z inskrypcjami: w Ta Prohm znaleziono ich wyjątkowo dużo, dzięki czemu można było dowiedzieć się sporo o czasach, kiedy w świątyni tętniło życie. Inna sprawą jest wiarygodność tych zapisów, bo czy rzeczywiście zamieszkiwało ją ponad 12 tys. ludzi? W 18 wyższych rangą kapłanów można uwierzyć, ale czy tak samo wiarygodna jest liczba tancerzy, których ponoć było tu 650? Na stelach można jeszcze przeczytać o okolicznych 3,140 wioskach, które liczyły w sumie 80 tys. mieszkańców. Jeśli tak, to zapewne inskrypcję mówią prawdę, że to właśnie oni utrzymywali całe to elitarne towarzystwo okupujące świątynię.

       Zwiedzanie Ta Prohm jest zwodniczo łatwe, bo budowla ta nie posiada położonych na różnych poziomach tarasów/platform, ale jej płaska zabudowa tworzy labirynt, w którym można się zagubić. Z drugiej strony, jeśli zdołamy uniknąć tłumów, daje nam to możliwość przeżycia pewnej przygody eksploratora – namiastkę tego, czego doświadczali prawdziwi podróżnicy w dawnych czasach.

*  *  *

Banteay Srei

.

BANTEAY SREI – KOBIETY I ZŁODZIEJE, CZYLI PERŁA NA KONIEC

       Maurice Glaize, francuski architekt i archeolog, długoletni kurator Angkor, bez wątpienia największy europejski znawca architektury i sztuki Khmerów, którego książka „Les monuments du groupe d’Angkor” do dzisiaj stanowi najlepszy przewodnik i najbogatsze źródło informacji o khmerskich świątyniach (jej wersja w języku angielskim dostępna jest TUTAJ), pisał o tej świątyni: „Biorąc pod uwagę szczególny urok Bateay Srei – jej niezwykły stan zachowania oraz świetną, niemal perfekcyjną technikę zdobniczą – bez wahania można nadać jej status zdecydowanego pierwszeństwa spośród wszystkich monumentów Angkoru”. Nic więc dziwnego, że obiekt ten uznano za „klejnot sztuki Khmerów”.

       Ze mną było podobnie: Angkor Wat zrobiła na mnie największe wrażenie, ale to właśnie Banteay Srei spodobała się najbardziej. Dlaczego? Z kilku powodów. Po pierwsze: jej niemal miniaturowe – w porównaniu do innych wielkich świątyń Angkoru – wymiary, które bardziej sprzyjały intymniejszej, bardziej „ludzkiej” percepcji tej budowli. Po drugie: fantastyczne zdobienia i ornamenty, którymi pokryto niemal każdy centymetr kwadratowy czerwonego piaskowca, użytego do budowy głównych części świątyni (pozostałe zbudowano ze zwykłych cegieł i literytu). Zdumiewają mnie one do dzisiaj, kiedy tak wracam do nich i patrzę na zrobione podczas mojej wizyty w Banteay Srei fotografie (polecam obejrzenie ich wyboru, jaki zamieszczam poniżej). Moje zdumienie jest tym większe, im bardziej dociera do mnie świadomość, że arcydzieła te mają ponad 1000 lat!

       Banteay Srei to nazwa współczesna, często tłumaczona jako „Cytadela Kobiet” (lub „Cytadela Piękna”), ponoć dlatego, że tak wiele w tej budowli piękna i delikatności – niektórzy twierdzą nawet, że tylko ręka kobieca mogła stworzyć takie koronkowe cuda, ale to oczywiście przesada, bo przecież mężczyźni artyści też potrafią być niezwykle wrażliwi, delikatni, finezyjni i misterni w egzekucji swoich dzieł. N‚est-ce pas?
Inna interpretacja tej nazwy mówi, iż pochodzi ona od licznych dewów, czyli mitologicznych postaci kobiecych, którymi udekorowano świątynne ściany i portale – i chyba ta jest bardziej racjonalna, a na pewno mniej afektowana.
Z inskrypcji na steli założycielskiej, jaką odkryto dopiero podczas prac konserwatorskich i rekonstrukcyjnych w 1936 roku, dowiedziano się o pierwotnej nazwie świątyni, która brzmiała… uwaga: Tribhuwanamaheśwara, czyli: Wielki Pan Potrójnego Świata, co odnosi się do boga Sziwy. Są też dowody, że Banteay Srei poświęcona była również Wisznu (co raczej nie dziwi, bo lepiej mieć ochronę w dwóch bóstwach, niż w jednym).
Banteay Srei jest również ewenementem z innego powodu: otóż jej fundatorem nie był żaden monarcha, a prominenci – dworzanie królewskiego dworu. Mówi się o dwóch (znów mam ochotę przeprosić za językową komplikację): Wisznukumarze i Yadżanawarahu, doradcach króla Radżendrawarmana i jego guru.
Na wspomnianej już inskrypcji wyczytać można jeszcze dokładną datę konsekracji świątyni: 22 kwietnia, 967 roku. Zdumiewające!

       Świątynię „odkryto” dopiero w 1914 roku. 9 lat później – i tu ciekawostka! – splądrował ją sam André Malraux (późniejszy autor „Doli człowieczej” i minister kultury w rządzie de Gaulle’a), który popadł w tarapaty finansowe i postanowił – nomen omen – „odkuć się” sprzedając część khmerskiego zabytku amerykańskim i europejskim kolekcjonerom sztuki. W 1923 roku świątynia przypominała jeszcze (jak sam pisał) kupę kamieni, ale Malraux wybrał z niej kilka (ważących 600 kg) najlepiej zachowanych bloków piaskowca z reliefami przedstawiającymi głównie dewy (pomagali mu w tym jego przyjaciel, nowo zaślubiona żona oraz lokalni mieszkańcy, których oczywiście opłacił) i przetransportował je, wpierw (wozem) do odległego o 25 km. Siem Reap, a następnie (rzeczną barką) do Phnom Penh, gdzie został aresztowany. Reliefy zostały mu odebrane, jego samego skazano na 3 lata więzienia (dzięki znajomościom Malraux nie odsiedział z tego wyroku ani jednego dnia). Być może lekcja dana 22-letniemu młodzieńcowi (tyle wówczas miał André) poskutkowała, sądząc z tego, co pisał on później w swoich książkach i artykułach o kulturze, sztuce i jej ochronie.
Tak więc, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, tym bardziej, że afera z młodym Francuzem uczyniła świątynię Banteay Srei sławną i w konsekwencji doprowadziła do jej restauracji, której dokonano w latach 30. Niestety, złodzieje i wandale jeszcze nie raz się do niej dobierali, kradnąc nawet wykonane z betonu repliki. Teraz świątynia jest pod ścisłą ochroną.

       Mieliśmy to szczęście, że znaleźliśmy się w Banteay Srei sami (byliśmy tu pierwszymi gośćmi) i strażnicy pozwolili mi (za odpowiednią opłatą) na wejście poza barierki, umożliwiając nie tylko podziwianie świątynnych zdobień z bliska, ale również ich sfotografowanie. Za co jestem do dzisiaj wszystkim – nie tylko hinduistycznym – bogom świata wdzięczny.

Ludzko-zwierzęcy strażnicy Banteay Srei

.

Bogato zdobione frontony świątyni wypełniają sceny z hinduskiej mitologii

.

Centrum świątyni Banteay Srei w pełnej krasie

.

Dwaj bracia-małpy Walin i Sugriwa walczą o tron

.

Wisznu, przybrawszy postać lwa, rozrywa pazurami pierś półboga Hiranjakasipu

*  *  *

ZWIEDZANIE, CZYLI SZTUKA UNIKANIA TŁUMÓW

       Na koniec słów kilka o turystyce i zwiedzaniu Angkor Wat. Piszę je latem 2021, mając za sobą półtora roku pandemii, kiedy to turystyka światowa stanęła na głowie, czy też raczej została zdławiona przez lockdowny i różne restrykcje. W tym czasie w świątyniach Angkor ruch praktycznie zamarł, zwiedzają ją tylko nieliczni turyści, głównie Kambodżanie i garść Chińczyków. Podobno opustoszała Angkor Wat i inne miejsca w okolicy robią teraz olbrzymie wrażenie, lecz chyba to tylko kwestia czasu, kiedy hordy przybyszów – głównie z Chin, Korei i Japonii – znów zaleją te strony. Pobliskie miasto Siem Reap bazowało niemal zupełnie na turystyce. I jeśli się nie mylę, to z powodu pandemii zamknięto ponad 90% istniejących w nim hoteli, a były ich już setki. Zamarły praktycznie wszystkie, mające tu siedzibę, biznesy

       Mnie udało się odwiedzić Angkor Wat w 2011 roku, kiedy już trwał tam turystyczny boom, więc musiałem się  mocno gimnastykować, by uniknąć w poszczególnych świątyniach tłumów (na szczęście było to jeszcze wtedy możliwe), choć oczywiście nie sposób było w kameralnej grupie przywitać w Angkor Wat wschód słońca (patrz zdjęcie poniżej). W tamtym roku liczba turystów w Angkor nie przekroczyła 2 mln., ale już w 2019 roku było ich 2.7 mln. (Dla porównania: w roku 1993, kiedy to Angkor Wat wpisano na Listę światowego dziedzictwa UNESCO, zanotowano jedynie 7,6 tys. wizytujących.)

       Nie wiem, jak będzie w przyszłości, ale jeśli uda się komuś w tych dziwnych czasach – a może już wreszcie normalnych? – tam dotrzeć, to radzę, aby zaplanować pobyt co najmniej tygodniowy. Ja spędziłem w Angkor cztery dni i sądzę, że było to jednak za krótko. Jak już pisałem, należy koniecznie odwiedzić Angkor Wat, Bajon, Ta Prohm i Banteay Srei. Można to zrobić na wiele różnych sposobów. Nam pomagał (niezwykle sympatyczny) lokalny przewodnik. Dysponowaliśmy też samochodem, ale można też wynająć kierowcę z tuk-tukiem, skuter czy rower i zwiedzać świątynie samemu (z uwagi na rozległość kompleksu Angkor, jakiś środek transportu jest niezbędny).
Jeśli czas pozwoli, to polecam wyprawę na pobliskie jezioro Tonle Sap, by przepłynąć po nim łodzią, odwiedzając tamtejsze pływające wioski. W normalnych czasach w Siem Reap tętni życie, jedzenie jest tam przepyszne, noclegowni w bród, ludzie przychylni i mili – wliczając w to większość przybyłych z daleka back-packersów i zwykłych turystów. Warto wybrać się też na rekonesans okolicznych wiosek, by zobaczyć, jak wygląda „normalne” codzienne, nieskażone turystyką życie zwykłych mieszkańców Kambodży. (Podczas takich wypadów udało mi się zrobić wiele „rodzajowych” zdjęć, wliczając w to fotografie kambodżańskich dzieci, które obejrzeć można np. TUTAJ).

       Jak widzę spisanie tylko tych najważniejszych informacji związanych ze świątyniami Angkor – wraz z historią ludzi, którzy je zbudowali – zajęło mi sporo miejsca. Mam jednak nadzieję, że artykuł ten przybliżył wszystkim zainteresowanym Czytelnikom to jedno z najbardziej fascynujących osiągnięć architektonicznych ludzkiej cywilizacji, jakie kiedykolwiek powstało na naszej planecie.

Podziwianie wschodu słońca nad Angkor Wat w dobie masowej turystyki

.greydot.

GALERIE ZDJĘĆ POSZCZEGÓLNYCH ŚWIĄTYŃ

.

ANGKOR WAT

.

.

BAJON I ANGKOR THOM

.

.

TA PROHM

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

MNISI Z LUANG PRABANG – LAOS

*

*

Decydując się na wizytę w Luang Prabang, dawnej stolicy laotańskiego królestwa, nie kierowałem się bynajmniej buddyjską zasadą odrzucenia wszelkich pragnień i pożądań, by uniknąć cierpienia, do którego nieuchronnie – prędzej czy później – one prowadzą. Nie, ciągnęła mnie tam moja ciekawość, (o której z kolei w naszym kręgu kulturowym mówi się, że jest pierwszym stopniem do piekła). Tak więc, mimo że czułem się pośród tych quasi-religijnych przestróg niczym między młotem a kowadłem, to wyruszyłem w dalszą podróż i już wkrótce znalazłem się w tym maleńkim miasteczku u zbiegu Mekongu z krętą jak wąż rzeką Nam Khan. Byłem ciekaw miejsca, które cieszy się famą jednego z najbardziej „uroczych” miejsc południowo-wschodniej Azji (fama ta wszak rodziła we mnie podejrzliwość, że utknę w ogładzonej, jaskrawo-kolorowej i wykończonej na globalną sztampę turystycznej pułapce pełnej raczących się azjatycką kuchnią i opijających lokalnym piwem back-packerów ). Przede wszystkim chciałem zobaczyć znajdujące się tam świątynie i spotkać zamieszkujących tę okolicę ludzi – ciekaw byłem bardzo tego zakątka Laosu osadzonego w dolinie najważniejszej rzeki Indochin, otoczonej zielonymi wzgórzami, pełnymi wodospadów i jaskiń. Wreszcie: ciekaw byłem zaludniających tutejsze – jakże liczne – świątynie, mnichów. Wiedziałem… spodziewałem się, czułem… że w Luang Prabang czeka mnie jedno z najciekawszych spotkań z buddyjskimi mnichami i że będzie to przeżycie niezapomniane. Czy oczekiwaniom tym stało się zadość?

Zbudziłem się kiedy jeszcze na zewnątrz panował gęstym mrok, zanim zaczęły piać okoliczne koguty, a nie umilkły jeszcze głosy bliżej mi nieznanych stworzeń żyjących w bambusowo-bananowych zaroślach i krzewach bugenwilii. Nie zapalając światła (by nie budzić osoby, która spała tuż obok mnie), narzuciłem na siebie to, co znalazłem pod ręką, otworzyłem drzwi i wsunąłem stopy w spoczywające przed progiem sandały, kierując się do wyjścia. Brama guesthouse’u była zamknięta, przed nią, na dziedzińcu leżała pod kocami jakaś skulona postać. Na dźwięk skobla, który usiłowałem odsunąć, śpiący człowiek zerwał się na równe nogi, ale poznawszy mnie uspokoił się, i – z niewyraźnym pozdrowieniem „gud monin” – otworzył mi furtkę. Wyszedłem na spotkanie z mnichami.


Stare Luang Prabang, ze względu na swoje rozmiary, trudno nazwać miastem. To raczej osada położona na cyplu jaki tworzą zbiegające się tu rzeki Mekong i Nam Khan i rozciągająca się na długości niespełna mili wzdłuż stromych urwisk rzecznych brzegów i szerokości dochodzącej zaledwie do stu, dwustu metrów. Na dodatek, znaczną część tego półwyspu zajmuje zalesione wzgórze Phu Si z górującą nad miastem złotą stupą. Na tym małym spłachetku ziemi wystawiono ponad 30 świątyń, przy każdej świątyni powstał klasztor, a w nich zamieszkało blisko pół tysiąca mnichów. Każdego ranka, o świcie, cała ta mnisza armia wychodzi ze swoich skromnych klasztornych kwater na ulice Luang Prabang i udaje się na… żebry.
No cóż, „żebry” mają w naszej kulturze raczej negatywną konotację. Tutaj, proszalna procesja buddyjskich mnichów jest natomiast czymś w rodzaju uświęconego rytuału, mającego także bardzo praktyczne, utylitarne znaczenie: jest ona głównym sposobem zdobywania pożywienia przez mnichów, którzy w swe jałmużne naczynia (swoją drogą nie pozbawione estetycznej elegancji) zbierają żywność ofiarowaną im przez okoliczną ludność.
Wychodząc przed wschodem słońca z mojego hotelu, chciałem być tego wszystkiego świadkiem – być może nawet uczestnikiem.


Mając jeszcze w kościach kambodżańskie upały sprzed kilku dni, tym mocniej poczułem chłód laotańskiej „zimy”, która oznaczała tu temperaturę w nocy rzędu 10 – 12 stopni Celsjusza, zanim jeszcze słońce nie podniosło ją w dzień do przyjemnych dwudziestu-paru stopni. Od klasztoru Wat Xieng Thong i głównej Świątyni Złotego Miasta, gdzie zwykle pojawiają się pierwsi mnisi i dokąd zamierzałem dotrzeć, dzielił mnie nie więcej jak kwadrans drogi. Wokół panowała jeszcze głęboką ciemność rozświetlana słabym światłem ulicznych lamp, więc kiedy na opustoszałej ulicy zobaczyłem człowieka rozkładającego swój kram i zapraszającego mnie do wypicia czegoś ciepłego, nie omieszkałem skorzystać z tej okazji, by bardziej zdecydowanie przebudzić moje szare komórki. Kawa była gorąca i słodka, kubek parzył mnie w ręce – i mimo, że zwykle nie znoszę cukru w kawie, z niemałą rozkoszą smakowałem ten gęsty i mocny napój, który przypomniał mi wietnamskie esspresso z mocną nutą indyjskiego kardamonu. Czułem się dzięki temu jak w świecie nieco odrealnionym – niczym w zlepku różnych kultur, klimatów i smaków, w rzeczywistości pół-sennej i pół-jawnej, w której przenikały się majaki i wspomnienia – to co zmysłowe i konkretne z tym co wymyślone, oniryczne i urojone. Tu i ówdzie pojawiali się jacyś ludzie, coraz częściej rozlegał się dźwięk otwieranych bram i drzwi, podnoszonych rolet i stor, słychać było głosy wzajemnych pozdrowień. Nokturnowo-niebieskawa szarość zaczęła ustępować miejsca mglistemu brzaskowi dnia. Nad rzeką wisiały jeszcze sinawe mgły, od wschodu nadciągało przejaśnienie, w oddali szarzały góry… Otaczał mnie kraj, który mnie intrygował, ale którego nie znałem. Musiałem iść dalej. Podziękowałem mojemu ulicznemu gospodarzowi za kawę i dość energicznym krokiem skierowałem się ku leżącemu na samym cyplu półwyspu klasztorowi – tam gdzie kończyło się (czy też zaczynało) miasto. Szybkim marszem chciałem strząsnąć z siebie resztki nocnego spleenu, a pomagała mi w tym skutecznie także spora dawka kofeiny, jaką przed chwilą dostarczyłem mojej krwi. W pewnym momencie wydało mi się, że w oddali między świątynnymi zabudowaniami, mignęły pomarańczowe szaty mnichów.

*

Wszystko zaczęło się od Buddy – Przebudzonego, który odrzucił złudę materialnego świat wygód, bogactwa, posiadania i zmysłowości, by wyzwolić się z zaklętego koła życia (samsary) i osiągnąć nirvanę – stan, którego właściwie niczym nie da się opisać, a który dla niektórych buddystów jest odpowiednikiem naszego „nieba”, choć jest opisywany bardziej jako swego rodzaju „pustka”.
Wokół Sidharty-Przebudzonego zaczęli skupiać się jego uczniowie i to właśnie oni dali początek mniszym zgromadzeniom zwanym sangha. W klasztorze można było prowadzić bardziej zaawansowaną drogę buddyjskiego stylu życia: odsunięcie się od świata zwykłej życiowej krzątaniny i powszednich zajęć, wyrzeczenie się ludzkich pragnień (nie tylko tych przyziemnych, zmysłowych, ale i jakichkolwiek wyższych, w tym i duchowych, takich jak np. pragnienia nieśmiertelności, ale i nawet czegoś przeciwnego: pragnienia uwolnienia się z samsary). Żyć życiem prostym, cnotliwym, pokornym, wycofanym… pełnym spokoju i współczucia dla wszystkich cierpiących istot świata. Bowiem tylko wtedy może człowiek wejść na drogę Oświecenia i spełnienia się w finalnej nirwanie.
Oczy mnicha nie powinny się stymulować tym, co jest dla innych wizualnie atrakcyjne; jego usta powinny powstrzymywać się od gadatliwości, ręce Mistrza powinny oduczyć się chwytania i zagarniania rzeczy, a jego twarz nie może wyrażać pożądliwości ani nawet zwykłego pragnienia…
Czy spotkania takich ludzi mogłem się spodziewać tego ranka na ulicach Luang Prabang?


Dniało już kiedy na ulicy pojawił się wreszcie niezwykły korowód. Długi, pomarańczowy, niekończący się łańcuch idących gęsiego bosych mnichów, przedstawiał widok zgoła nieziemski. Każdy taszczył ze sobą sporych rozmiarów naczynie przypominające kształtem pękatą wazę, każdy milczał starając się zachować na twarzy wyraz powagi i nie zważać na to, co się działo wokół. Beznamiętnie i mechanicznie mnisi podsuwali swoje naczynia ludziom, którzy ustawili wzdłuż chodnika i wkładali w nie żywność – głównie „lepki” ryż. Wszystkie kobiety – skażone wedle odwiecznych przekonań nieczystością i stanowiące potencjalne zagrożenie dla cnotliwości mnicha – klęczały i dawały jałmużnę ze spuszczonymi oczami. Mężczyźni mogli to czynić na stojąco.
Jako że miałem ze sobą aparat fotograficzny (jakżeby inaczej!) starałem się trzymać od całej tej aktywności i ceremoniału z daleka.

To, na co patrzyłem, nie było tylko malowniczą paradą ubranych w pomarańczową szatę i ogolonych na łyso mężczyzn, którzy zbierali ryż do oplecionych wikliną mis. To był przede wszystkim odwieczny rytuał określający podstawową relację między ludźmi świeckimi a duchownymi – ich wzajemną zależność i wymianę pewnych wartości.
Wyrzeczenie się świata materialnego przez mnichów pozwala na ich doskonalenie się duchowe, osiąganie wyższych wartości, które w postaci nauk i przykładu mogą przejmować ci, którzy prowadzą życie laickie. To właśnie mnisi niejako torują drogę ku wyzwoleniu się z cierpienia, zwiększają szansę na odrodzenie się w lepszym wcieleniu czy wreszcie osiągnięcia stanu nirwany. Ludzie zajmujący się sprawami przyziemnymi mogą zaś odwdzięczyć się jałmużną, materialnym wsparciem oraz okazywanym szacunkiem, zaznaczając przy okazji tą postawą swój podrzędny status społeczny. Ponadto, okazując szczodrość, zdobywają zasługi, dzięki którym będę się mogli odrodzić do lepszego (a przynajmniej niegorszego) życia.
Świadomość tego wszystkiego pozwalała mi patrzeć na odbywający się na ulicach Luang Prabang ceremoniał nie tylko okiem ciekawskiego turysty żądnego lokalnych ciekawostek i  egzotycznego kolorytu, ale i kogoś, kto chciał zrozumieć jego głębszy sens.


Ale patrzyłem na ten rytuał także okiem fotografa. Teleobiektyw pozwalał mi zachować pewien dystans, zaś estetyczna radość utrwalania niezwykle fotogenicznych obrazów – podekscytowanie będącego w swoim żywiole pasjonata. Uliczki Luang Prabang dostarczały znakomitego tła dla kontrastujących z nimi pomarańczowymi szatami mnichów. Wystarczyło tylko wybrać te kadry, które objęłyby także tutejszą architekturę, roślinność, samych mieszkańców… jak również – last but not the least – buddyjskie świątynie i klasztory. A przy tym unikać widoku innych paparazzich i wpychających się na pierwszy plan turystów. Zadanie trudne, ale nie niewykonalne, zwłaszcza jeśli można było usunąć się w bardziej ustronne, niezatłumione przez obcych przybyszów, miejsce.

Nie była to moja jedyna z mnichami styczność. Kilka dni spędzonych w Luang Prabang pozwalało na niemal ciągłe z nimi obcowanie, bo poza ranną procesją, prowadzili oni dość otwarte życie na dziedzińcach świątyń i klasztorów, w szkolnych klasach – ucząc się, chędożąc obejście, bawiąc się, śmiejąc, rozmawiając… Kontrastowało to z solemną postawą jaką zachowywali podczas porannego obchodu miasta, kiedy w milczeniu zbierali do swoich misek potrzebny im do przeżycia ryż.
A we mnie pozostawiło wspomnienie przyjaznych, ciekawych świata i mimo wszystko… zwykłych ludzi.

*

*

*

*

*

*

*

*

*

© ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć mnichów z Luang Prabang obejrzeć można w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ .

*

DZIECI KAMBODŻY – kilka słów o fotografowaniu

*

*

„Jeśli idę z aparatem fotograficznym, to patrzę na świat zupełnie inaczej, niż gdy idę sobie tak po prostu z kolegą, z którym prowadzimy dyskusję. Bo wtedy ta dyskusja jest ważniejsza, niż otaczająca nas rzeczywistość – tej nie dostrzegamy. A gdy wyruszam z aparatem w celu sfotografowania miasta, ludzi czy jakichś scen, wtedy właśnie skoncentrowany jestem na detalu. I szukam, szukam… Bo fotografia to jest detal, kompozycja detalu, to próba znalezienia w nim metafory, symbolu, i przyglądanie się mu, obserwowanie – co poprzez niego wiemy o świecie, co ona nam mówi. To widzi oko malarza czy fotografika na tym detalu skupione.” (Ryszard Kapuściński, „Autoportret reportera”)

*
Uciec od turystycznych tłumów w miejscach takich jak kambodżańskie Siem Reap i Angkor Wat, to jest doprawdy sztuka. Podczas moich podróży, z większym lub mniejszym powodzeniem udaje mi się czasem tego dokonać. Tutaj (a właściwie na stronach moich fotograficznych blogów – „Światowida” oraz „brulionu podróżnego-ilustrowanego”), prezentuję zbiór ok. 100 zdjęć, które powstały podczas kilku dłuższych spacerów poza zonę turystyki masowej w prowincji Siem Reap w Kambodży.

Kapuściński jak zwykle trafia w sedno: jeśli tylko traktujemy aparat fotograficzny poważnie, to wyruszając z nim na poznanie świata, nasze oko staje się narzędziem percepcyjnym na usługach obiektywu – który jest w pewnym sensie tego oka przedłużeniem. To umożliwia nam skupienie się na detalu, czyli na pewnym (zwykle małym) skrawku rzeczywistości. Podobno diabeł czai się właśnie w szczegółach, ale w tym wypadku jednak: w szczegółach (detalach) kryje się prawda i esencja rzeczywistości, którą staramy się ogarnąć, przejrzeć i zrozumieć.
Czy jednak jest tak zawsze – w każdym przypadku? Czy prawda „detaliczna” – będąc niejako prawdą „składową” całości – nie jest tylko fragmentem prawdy o świecie, do którego nas odnosi? A może nawet czasem przeciwstawia się wręcz prawdzie całości – będąc czymś rodzaju wyjątku potwierdzającego regułę?

Co się dzieje, kiedy przedmiotem naszego największego zainteresowania są ludzie? Tutaj sprawy komplikują się jeszcze bardziej. Przede wszystkim: już użycie przeze mnie słowa „przedmiot” powinno budzić naszą ostrożność i wzmagać uwagę. Chodzi po prostu o to, by przy fotografowaniu nie podchodzić do ludzi jak do „przedmiotów”, nie traktować ich jak jeszcze jeden (kolorowy) element egzotycznego dla nas świata. Mieć świadomość tego, że każda twarz, para oczu, grymas, uśmiech, zmarszczki, kosmyk włosów… to nie elementy jakiejś estetycznej układanki (kompozycji), ale że za tym wszystkim kryje się czujący i myślący człowiek.

Bardzo lubię fotografować ludzi – zwłaszcza dzieci i osoby starsze wiekiem (wzbraniam się przed użyciem słowa „starców”, być może niepotrzebnie). Dlaczego? Nieraz się nad tym zastanawiałem i oprócz oczywistego powodu, dla którego lubi fotografować dzieci większość ludzi (bo przecież są one takie cute), wyławiam jeszcze inne, choć być może wszystkie one kryją się za owym cuteness (z grubsza można to słowo przetłumaczyć jako „powab”, „wdzięk”, „bystrość”, „spryt”, „ładność”…).
Dzieci wiążą się z nadzieją i obietnicą życia. Podświadomie kojarzymy je też z naszą (także często utajoną) tęsknotą za nieśmiertelnością. Uważamy, że dzieci prezentują się nam takimi, jakimi naprawdę są – bez udawania, kamuflażu, przebiegłości… A my lubimy to, co wydaje nam się proste, oczywiste, spontaniczne i niezakłamane. I jeszcze nie zepsute. Choć może ktoś powiedzieć: przecież dzieci także udają, kamuflują się, bywają przebiegłe… i tak, tak… bywają bardzo „zepsute”. Oczywiście, ale nawet wtedy w tym ich zachowaniu jest jakaś… pierwotna czystość, dzięki czemu w końcu bardzo łatwo można je przejrzeć. Poza tym: nie ma dzieci „zepsutych”. Co najwyżej są one źle wy(chowane), obciążone złym wpływem środowiska lub wyjątkowo złośliwą kombinacją genów.


Dlaczego dzieci Kambodży? Bo są piękne? Tak, ale nie tylko.
Rzeczywiście, trochę niezręcznie jest mi o tym pisać, ale podczas mojej ostatniej podróży do Indochin – oprócz Kambodży, byłem także w Laosie i (najdłużej) w Wietnamie – dzieci kambodżańskie zwracały uwagę swoją urodą, były wszechobecne, zazwyczaj bardzo aktywne, „żywo” i spontanicznie wchodziły w kontakt z „obcym”. Na tym prawdopodobnie polegała głównie ich wyjątkowość, tudzież niezwykła fotogeniczność.
A dlaczego czuję się nieco niezręcznie pisząc to? Bo preferując urodę dzieci kambodżańskich, sugeruję niejako, że dzieci wietnamskie czy laotańskie są po prostu brzydsze? Czyli jednak przydaję ważności kryterium estetycznemu? Jeżeli tak, to niech mi to będzie wybaczone – w końcu nie mogę się wypierać tego, że jeśli chodzi o fotografię, to estetyka jest dla mnie jednym z bardziej istotnych jej wykładników. Ale to tylko forma. Nie można zapominać o tym, że w tę formę ujęty jest prawdziwy, żywy człowiek – czyli to, co w fotografii jest rzeczywiście najważniejsze i stanowi najbardziej istotną treść. Ludzie nie są ładnymi – czy też brzydkimi – obrazkami. Fotografia człowieka w swojej istocie jest tylko śladem jego egzystencji, utrwalonej w sztuczny sposób na kliszy lub na karcie elektronicznej pamięci. Niestety, zdarza się, że jest to jedyny ślad, jaki po człowieku pozostaje.

Susan Sontag pisała w swoim słynnym eseju „O fotografii”:
„Wszystkie fotografie mówią: ‚Memento mori’. Robiąc zdjęcie stykamy się ze śmiertelnością, kruchością, przemijalnością innej osoby lub rzeczy. Właśnie dlatego że wybieramy jakąś chwilę, wykrywamy ją i zamrażamy, wszystkie zdjęcia stanowią świadectwo nieubłagalnego przemijania.”

Etyka fotografowania ludzi.
Oczywiście nie mówimy tutaj o urągających jakiejkolwiek etyce praktykach paparazzich, a o fotografii „turystycznej”, obyczajowej, „etnograficznej”…
Będąc w obcym kraju większość z nas chciałaby utrwalić na swoich zdjęciach ludzi. Nic w tym dziwnego, bo przecież kraj to przede wszystkim zamieszkujący go ludzie i kultura, jaką oni stworzyli (i tworzą nadal). Ale nie wszyscy z nas mają na tyle odwagi, by to czynić (o pewnych ograniczeniach – nazwijmy je: techniczno-sprawnościowych – nie będziemy tu mówić). Ten brak odwagi wynika często po prostu z obawy, że robiąc zdjęcia ludziom naruszamy ich prywatność, że stawiamy ich w niezręcznej sytuacji, że burzymy im spokój… etc.
Czy jednak często nie jest to wymówką, usprawiedliwieniem naszej… bojaźliwości, zahamowania, niewiary we własne siły fotografa-amatora?
Moim zdaniem, w naszym podejściu do fotografowanych przez nas ludzi, powinna obowiązywać zasada: po pierwsze – człowieka szanować. Niezwykle ważne – jeśli nie decydujące o etycznym aspekcie fotografowania ludzi – jest to, jaki mamy do nich stosunek, oraz to, jakie są nasze intencje. Dlaczego robimy im zdjęcie? Do czego jest nam ono potrzebne? Jak – i w jakim celu – chcemy je wykorzystać?
Wbrew pozorom ludzie lubią, kiedy się ich fotografuje, bo to oznacza, że poświęca się im uwagę, a więc uznaje się ich za kogoś interesującego, wyróżniającego się z tłumu, ergo: niezwykłego. Zwykle też bezbłędnie wyczuwają intencje osoby fotografującej – a te intencje stosunkowo łatwo im zakomunikować: uśmiechem, spojrzeniem, dobrym słowem…

Zdecydowanie jest wielkim uchybieniem robić zdjęcie komuś, kto sobie tego nie życzy (zwykle dysponujemy wystarczającymi przesłankami do tego, aby sobie to uświadomić). Bardzo rzadko łamię tę zasadę…, a nawet jeśli się to stało, to tak uzyskanego zdjęcia nigdzie nie opublikowałem. Natomiast zdarzało się dość często, że osoba, która z początku oponowała, po chwili – gdy została przeze mnie o to poproszona – zgodziła się na zrobienie jej zdjęcia. Dzięki temu w mojej kolekcji znajduje się kilka dobrych portretów. (Właśnie: portrety! To chyba najbardziej ciekawa fotograficzna forma przedstawiania ludzi – i bardzo bezpośrednia, niemalże… intymna. Dlatego też nie wyobrażam sobie, by komuś można było zrobić portret, bez jego zgody – werbalnej czy też wyrażonej gestem.)

Ale ktoś, kto wkracza w świat ludzkiej społeczności, staje się też niejako jednym z elementów przestrzeni publicznej. Powinien się więc liczyć i z tym, że fotograf, który chce ową „przestrzeń publiczną” sfotografować, sfotografuje także i jego (zwłaszcza w dzisiejszych czasach inwazji cyfrowej rejestracji rzeczywistości i masowego przekazu informacji). Przy czym, niekoniecznie musi to za sobą pociągać depersonifikację tego człowieka – nawet jeśli ten człowiek jest tylko częścią większej („wspólnej”) całości, to i tak zachowuje on swoją autonomię (choćby dlatego, że pozostaje on mimo wszystko anonimowy).
Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, kiedy mamy do czynienia z tzw. „zoną turystyczną” – która, dzięki swojej specyfice, rządzi się jednak swoimi prawami (nawet jeśli wydają się one być cokolwiek „barbarzyńskie”).

Detale – czyli jednak wybiórczość?
Kapuściński pisał o konieczności zwrócenia uwagi – skupieniu się – na detalach. Ale na jakich detalach? A jeśli na tych, to dlaczego na nich, a nie na innych?
Ponadto: czy zajmowanie się tylko pewnymi fragmentami (skrawkami, wycinkami) rzeczywistości nie jest dokonywaniem wyboru – czyli w sumie wybiórczością? Zauważmy, że czytając „wybiórczość” zapala się w nas lampka z napisem: uwaga – cecha pejoratywna. Czy jednak zawsze wybiórczość musi być czymś złym?
Nie, nie musi, ale bardzo często bywa, bo pod pozorem skupienia się na powiększonym detalu, wzmożenia ostrości, zbliżenia… daje – paradoksalnie, ale jednak w oczywisty sposób – zniekształcony obraz rzeczywistości. Ponieważ nasze zdolności do syntezy i integracji posiadanych przez nas informacji są jednak mocno ograniczone. Zwłaszcza, że rzadko kiedy dysponujemy wystarczającą ilością informacji, by złożyć wszystko w jedną, naprawdę pełną i koherentną całość.
Dochodzi do tego nasza naturalna skłonność do wyszukiwania osobliwości – tego co się wyróżnia, a jest jednak czymś specyficznym… mimo, że ten osobliwy w swej istocie szczegół udaje często coś, co jest dla całości charakterystyczne i co może nawet tę całość definiować.
Do czego zmierzam?
Otóż do tego, aby tych, którzy oglądają moje zdjęcia przestrzec i uprzedzić.
Nawet jeśli nie robię tego celowo, ani nawet intencjonalnie, to należy sobie zdawać sprawę, że te obrazy są rejestracją czegoś… mimo wszystko przypadkowego i akcydentalnego. Ale z drugiej strony nie są one jednak czymś błahym, nieistotnym i nie mającym związku z kambodżańską rzeczywistością. Wręcz przeciwnie: ukazują jej złożoność, różnorodność, warstwowość…
Doskonale mógłbym teraz sobie wyobrazić np. to, że wybierając takie a nie inne zdjęcia, przedstawiłbym tylko jedną z faset świata, w jakim żyją ludzie Kambodży. Mógłbym pokazać tylko te dzieci, które są brudne, albo tylko te, które są czyste i zadbane; tylko te, które mają w tle „egzotyczne” slumsy, albo tylko te, które znajdują się w otoczeniu nowoczesnej już infrastruktury; tylko te, które są ubrane w łachmany, albo tylko te, które mają na sobie schludne szkolne mundurki… Lecz przecież byłaby to już ewidentna manipulacja, pewien rodzaj kłamstwa – czego oczywiście chciałbym uniknąć. Stąd też zróżnicowanie tych zdjęć, a także ich niebagatelna ilość (dlatego warto jednak obejrzeć ich jak najwięcej – i zrobić to w miarę uważnie… jeśli oczywiście zależy komuś na wzbogaceniu swojej wiedzy o ludziach tamtego rejonu świata).
A i tak trzeba pamiętać o tym, że nawet tysiące zdjęć nie są w stanie oddać w pełni unikalności całej Kambodży i zamieszkujących ten kraj ludzi. I nie są w stanie zastąpić bezpośredniego z nimi zetknięcia.

W tym momencie przypomniało mi się to, co nie tak dawno napisałem przy okazji dyskusji nad jednym z polskich filmów („Róża” Smarzowskiego). Myślę, że jest to adekwatne także do omawianego tu tematu (wystarczy tylko „reżysera” zastąpić „fotografem” a „film” – „zdjęciem”):
„(…) reżyser zawsze dokonuje pewnej syntezy rzeczywistości (niejako ją kondensuje), tworzy swój własny filmowy świat, by uzyskać pewien konkretny efekt na widzu – a tym samym ukazać mu pewne aspekty realnego świata. Nigdy naturalizm filmu nie będzie realizmem – nigdy bowiem (nawet w przypadku dokumentu, czy cinéma vérité) świat filmowy nie jest tożsamy ze światem realnym.”

To prawda – wywożąc z jakiegoś kraju fotografię człowieka, który jest jego mieszkańcem, niejako „kradnę” jego cząstkę, może nawet cząstkę jego duszy? Ale czy jednak jest to kradzież? Czy może bardziej wspomaganie naszej – jakże przecież zawodnej – pamięci; zachowanie śladu kogoś, kogo chcielibyśmy dłużej przetrzymać, nie tylko jako obraz w naszych oczach, ale i jako istotę duchową w naszym sercu? Taka namiastka – melancholijne ukłucie niespełnionej przyjaźni? Choćby nawet takiej przyjaźni, która trwała moment – chwilę?
Tak, jest to pewien rodzaj „suwenira”. Lecz „suwenir”, który ma w jakiś sposób zawartą w sobie cząstkę człowieka, przestaje być tylko i wyłącznie przedmiotem. Zwykle pamiątki są dla nas czymś cennym – tym cenniejszym, jeśli prowadzą nasze myśli i wspomnienia ku drugiemu człowiekowi. Nawet jeśli ten człowiek był dla nas kimś „obcym”, to właśnie zachowany na zdjęciu jego ślad, czyni go dla nas kimś bliższym.

Mimo, że media często bombardują nas obrazami przemocy, to jednak obiektyw częściej jest jednak narzędziem pieszczoty, niż gwałtu. Zdecydowanie bardziej wolimy fotografować to, co się nam podoba, niż to co nas odpycha czy przeraża.

Lepiej jest traktować swe zdjęcia jako elementy kolekcji (znane jest spostrzeżenie Susan Sontag, że „zbierać fotografie to zbierać świat”), niż jako trofea. Choć zarówno kolekcjonowanie, jak i polowanie jest nacechowane pasją, to jednak to ostatnie zawsze zawiera w sobie element agresji (mimo deklaracji myśliwych, że przecież oni zwierzynę „kochają” – więc pewnie i strzelają do niej „z miłości”?). Kolekcjoner nie jest już takim obłudnikiem – bo rzeczywiście to, co kolekcjonuje, obdarza najczęściej ciepłym uczuciem, może nawet miłością.

*

*

*

*

*

*

*

*

KAMBODŻAŃSKA GLOSSA:

W latach 70-tych ubiegłego wieku Kambodża była miejscem jednego z najbardziej przerażających epizodów w dziejach ludzkości: terroru Czerwonych Khmerów, którzy w ciągu kilku zaledwie lat (1975-79) wymordowali blisko jedną czwartą mieszkańców kraju (ok. 1,5 mln. ludzi). Zabijani byli wszyscy „inteligenci” – a za inteligentów uważani byli np. mieszkańcy miast, większość z tych, którzy umieli czytać i pisać; na „pola śmierci” można było zostać zawleczonym tylko dlatego, że się posiadało okulary (do tego czasu przeklętego nawiązuje film dokumentalny „Wrogowie ludu”, o którym pisałem w ubiegłym roku TUTAJ).
W ten sposób zabito nie tylko „umysł” Kambodży ale także jego duszę, czego skutki są odczuwalne do dzisiaj.

Z 14 mln. mieszkańców dzisiejszej Kambodży, niemal połowa to dzieci (1,5 mln. z nich ma mniej niż 5 lat). Olbrzymim problemem jest prostytucja, tym bardziej, że spośród 30-40 tys. dziewcząt (także chłopców) związanych z „przemysłem” seksualnym (niektóre źródła mówią o 100 tysiącach), ok. jedna trzecia ma mniej niż 15 lat. Nieodosobnione są przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci mających zaledwie 9 – 10 lat. Co jakiś czas wybucha afera związana z przybywającymi z Zachodu pedofilami, którzy do niedawna czuli się w Kambodży jak w „raju” dla pedofilów, bo za pieniądze mogli kupić wszystko.
Ale prostytucja w Kambodży to gałąź przemysłu nie tylko związanego z „seks-turystyką”, bo jednak większość klientów domów publicznych w tym kraju stanowią sami Kambodżanie z warstw średnio-zamożnych (szczególnym wzięciem cieszą się u tego typu klientów dziewice, bo – jak wierzą – stosunek z nimi zapewnia zdrowie, potencję, siłę i pomyślność w interesie). Wprawdzie prostytucja w Kambodży jest oficjalnie zakazana, to jednak korupcja panująca wśród władz i policji sprawia, że proceder ten jednak kwitnie nadal.

Następnym dojmującym problemem Kambodży jest to, że – ze względu na panującą w kraju biedę – dzieci zmuszone są do pracy zarobkowej (podobno robi to aż 45% dzieci będących w wieku 5 – 14 lat). Widoczne jest to zwłaszcza w takich miejscach jak Siem Reap a szczególnie w pobliżu kompleksów świątynnych Angkor Wat, gdzie setki dzieci usiłuje zarobić jakieś grosze sprzedając pamiątki. Niektóre z nich opanowały swój kunszt do perfekcji, wykorzystując także przy tym swój niewątpliwy wdzięk, spryt i urodę.

Jednak zdecydowana większość zdjęć prezentowanych przeze mnie zdjęć pochodzi z innego rejonu. Zrobiłem je głównie w wioskach leżących nad jeziorem Tonle Sap (także w tych, które po jeziorze tym dosłownie pływają). Pozostawiam je bez komentarza (jeśli ewentualnie będzie miał ktoś jakieś pytania, to chętnie odpowiem… oczywiście pod warunkiem, że będę znał odpowiedź).

I może jeszcze parę uwag na koniec:

– Prawdopodobnie niektórych z was uderzą kontrasty: dzieci uśmiechnięte, zadbane, dobrze odżywione i schludnie ubrane z jednej strony, z drugiej zaś: dzieci chmurne, „zapuszczone”, brudne, nędznie odziane… Albo: całkiem przyzwoite domy, szkoły i zabudowania vs. slumsy, rudery, baraki, szałasy i nory… Na większości zdjęć tego widać, ale te przeciwieństwa sąsiadują ze sobą dosłownie na wyciągnięcie ręki.

– Cokolwiek złego o masowej turystyce by się nie powiedziało, jestem przekonany, że w prowincji takiej jak Siem Reap jest ona dla miejscowej ludności dobrodziejstwem. Zagraniczni przybysze zostawiają tam corocznie setki milionów dolarów, które (mimo, że w sposób „naturalny” duża ich część przepada w kieszeniach miejscowych  – ale też i obcokrajowych – bonzów) pomagają dźwigać lokalną infrastrukturę, dają zatrudnienie dziesiątkom tysięcy tubylców, przez co, bez wątpienia, w sposób znaczący poprawiają warunki życia miejscowej ludności. To, co pod tym względem dobrego dzieje się w Siem Reap, prowincja ta zawdzięcza przede wszystkim boomowi turystycznemu, jaki miał tutaj miejsce w ciągu ostatniej dekady. (80% wpływów Siem Reap zawdzięcza turystyce, 20% z innych źródeł – w pozostałej części Kambodży jest dokładnie na odwrót: tylko 20% wpływów pochodzi z turystyki.)

– Mimo widocznej na zdjęciach biedy, (która miejscami przybiera postać nędzy) moje spotkanie z tymi ludźmi, było raczej pełne pozytywnych odczuć i pozostawiło we mnie dobre wspomnienia. Dosłownie nikt nie okazał nam (w wędrówkach tych towarzyszyła mi zwykle Ania) choćby cienia wrogości, czy nawet niechęci. Matki chętnie chwaliły się swoimi dziećmi, pozwalały robić im zdjęcia, dzieci dość szybko przełamywały swoją rezerwę i podejrzliwość, które niemal natychmiast ustępowały miejsca zaciekawieniu i spontaniczności. Unikaliśmy dawania tym malcom pieniędzy, ale wcześniej zaopatrzyliśmy się w torby pełne zeszytów, kredek, ołówków i długopisów,  (które jednak – przyznaję, dość przebiegle ;) – darowaliśmy dzieciakom dopiero po zrobieniu im zdjęć, bo wiadomo było, że podarki te całkiem zaburzą ich codzienną rutynę i z fotografowania wyszłyby nici. Lecz w tym miejscu muszę podkreślić: żadne dziecko nie pozowało do zdjęć dlatego, że spodziewało się za to jakiejś gratyfikacji (dotyczy to dzieci spotkanych w wioskach, bo w pobliżu świątyń było z tym różnie).
W sumie: myślę, że sprawy w Siem Reap idą jednak w dobrym kierunku, i jeśli za jakiś czas przyszłoby mi się w tamte rejony wybrać ponownie, to pewnie zastałbym tam już mniej „egzotycznej” biedy, ale za to więcej ludzi żyjących w bardziej godziwych warunkach. Czy ucierpi na tym „atrakcyjność” fotografii? Wątpię. Natomiast bez wątpienia zyskają na tym ludzie – sami mieszkańcy Kambodży.

*

       © ZDJĘCIA WŁASNE

Zdjęcia dzieci Kambodży obejrzeć można na stronie Światowida – TUTAJ (w wersji portretowej) oraz w brulionie podróżnym ilustrowanym – TUTAJ (bardziej przestrzennie).

*

INDOCHINY


*

Wszystkim odwiedzającym tę stronę – a zwłaszcza tym, którzy czytają i komentują moje teksty – dziękuję za dotychczasową uwagę, interesujące wypowiedzi i wyrazy przychylności. Jednocześnie chcę Was powiadomić, że na czas bliżej nieokreślony zmuszony jestem zawiesić mojego bloga (chodzi o ukazywanie się nowych wpisów). Wybieram się bowiem do Indochin – a konkretnie do Kambodży, Laosu i Wietnamu. Moja podróż będzie trwała około miesiąca.

Przy okazji chciałem życzyć wszystkim udanego wypoczynku na Święta, szampańskiej zabawy na Sylwestra i wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. Jak również podziękować za inspirujące towarzystwo – za rozmowy, które miałem tu przyjemność z Wami prowadzić.

Powodzenia. I do usłyszenia…

*


* *Zdjęcia pochodzą stąd (Angkor Wat) oraz  stąd (Ha Long)

dopisek po latach:

 

WIZYTA W ANGKOR WAT:

https://wizjalokalna.wordpress.com/2021/08/12/angkor-wat-kambodza/

.

WROGOWIE LUDU – KILLING FIELDS REVISITED

Nuon Chea, najbliższy współpracownik Pol Pota, o niemal dwóch milionach ofiar komunistycznego reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży: wszystkiemu są winni Wietnamczycy i Amerykanie (w kadrze z Thetem Sambathem, współtwórcą filmu dokumentalnego „Wrogowie ludu”)

W chicagowskiej siedzibie Towarzystwa Sztuki, można było obejrzeć niedawno jeden z najważniejszych i najbardziej wstrząsających dokumentów ostatnich lat – film „Wrogowie ludu”, traktujący o zbrodniach kambodżańskiego reżimu Pol Pota i Czerwonych Khmerów.

PYTANIA BANALNE

Zawsze, w obliczu ludobójstwa, zawisa nad nami to pytanie: Dlaczego? Jak to było możliwe? Jakim sposobem człowiek mógł się dopuścić tak niewyobrażalnych zbrodni?
Zwykle jednak większość z nas nie chce sobie zaprzątać tym głowy i – chcąc uniknąć konieczności, a może nawet sposobności zadawania (sobie i innym) takich pytań – wypiera ze swojej świadomości niewygodne fakty. Zasłania się więc brutalną rzeczywistość kurtyną nieświadomości,obojętności, niepamięci, ignorancji i niewiedzy.
Jednakże, prędzej czy później, owe pytania w nas się pojawiają i – chcąc nie chcąc – musimy sobie dawać z nimi radę. Także  próbować znaleźć na nie odpowiedzi.
Czy będzie to ponowna konstatacja o banalności zła? O tej wiecznie obecnej w człowieku ciemnej stronie? O przyrodzonej ludzkiej naturze skłonności do gwałtu, przemocy i destrukcji? O zgubnej sile popędów i instynktów? O machiawelicznym dążeniu do władzy i kontroli nad innymi ludźmi? O braku skuteczności, nie tylko świeckiej etyki, ale i świętych kodeksów? O fiasku naszych wzniosłych ideałów i pięknych humanistycznych deklaracji?

 Takie oto myśli trywialne przyszły mi do głowy kiedy oglądałem dokumentalny film Theta Sambatha i Roba Lemkina „Wrogowie Ludu”, którego jednak banalnym żadną miarą uznać już nie można.
Również dlatego, że postawione przed chwilą pytania nie są banalne dla twórców filmu, a zwłaszcza dla Theta Sambatha, którego ojciec i brat zostali zamordowani na kambodżańskich killing fields przez siepaczy Czerwonych Khmerów. Stracił on wówczas także matkę, która zmarła przy porodzie, zmuszona wcześniej do poślubienia jednego z członków milicji, zabójców jej męża.

Wspomnienia zabójcy: „(Pewnego dnia) poderżnąłem tak dużo gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.”

POWRÓT NA POLA ŚMIERCI

Jest to film wyjątkowy pod wieloma względami.
Thet Sambath, dziennikarz z Phnom Penh, poświęcił mu ponad 10 lat swojego życia, kręcąc go w czasie wolnym od pracy zawodowej.
Po raz pierwszy słyszymy w nim jak na temat masowego ludobójstwa, jakie miało miejsce w Kambodży w latach 1976 – 79, wypowiadają się sami mordercy: ci, którzy zabijali ludzi własnoręcznie, jak również człowiek będący drugim po Pol Pocie najważniejszym twórcą i funkcjonariuszem reżimu Czerwonych Khmerów (chodzi o ministra Nuon Chea, zwanego także Bratem nr 2), który całą tę potworną ludobójczą maszynerię wprowadził w ruch.

Sambath nie szuka zemsty, on chce poznać prawdę. Robi to w sposób zdumiewający: jeździ do kambodżańskich wiosek, szuka świadków tamtych wydarzeń, a wśród nich – samych zabójców. (Porównuje to do poszukiwania „igły w oceanie”, bo cały kraj ogarnęła przecież mgła powszechnej amnezji, zwłaszcza wśród tych, co w zbrodni brali udział bezpośredni.) Znajduje ich i… stara się z nimi zaprzyjaźnić, zdobyć ich zaufanie i sprowokować do zwierzeń i konfesji. A trwa to latami! Lecz w końcu mu się to udaje. Nawet Nuon Chea – z którym Thet, mimo niezwykle sekretnej i powściągliwej natury Chea, nawiązuje nie pozbawioną autentyzmu i szczerości międzypokoleniową relację – po trzech latach zaczyna mówić (przed kamerą) o zabijaniu.

O PODRZYNANIU GARDEŁ I PICIU ŻÓŁCI

Na polach śmierci

Sambath, spotykając się ze swoimi „bohaterami” zachowuje wielki spokój i opanowanie, nieustannie się uśmiecha, jest miły, sprawia wrażenie człowieka delikatnego i ciepłego i – co ciekawe – postawa ta nie wydaje nam się  być udawana ani fałszywa. (Ale czy nie jest jednak podstępna?)
Zapewne, w sposób niemal szokujący, kontrastuje z obrazowymi i drastycznymi opisami zbrodni, które przywołują w obecności kamery Sambatha jego nowi znajomi. Jeden z nich demonstruje nawet sposób w jaki powalał ludzi na ziemię, przygniatał ich nogą, chwytał za głowy i podcinał gardła „tak, aby nie krzyczeli”: „[Pewnego razu] poderżnąłem tak dużo  gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.” Inny wspomina zaś o wyrywaniu z ludzkich zwłok woreczka żółciowego i wypijaniu jego zawartości, która podobno miała chronić przed chorobami.
Oto zaś innym razem, kiedy Sambath wraz ze swoimi towarzyszami siedzi przy sielsko-wiejskiej drodze niczym na pikniku, przechodzi obok nich starsza kobieta i zagadnięta o miejsca gdzie znajdują się masowe groby ofiar, wskazuje na znajdujące się tuż obok pole ryżowe, mówiąc: „tu leżało wiele z tych trupów, a jak się rozkładały, to wydawały taki dźwięk, jakby się gotowały – coś jak pękające bąble”.

WINNI – NIEWINNI

Jednak tym, co najbardziej mnie zdumiało podczas oglądania filmu Sambatha, było to, że ja nie tylko nie zapałałem nienawiścią, ale zacząłem ukazanym w nim mordercom… współczuć. Czy też raczej… wzbudzili  oni we mnie pewien rodzaj żalu. Zobaczyłem w nich bowiem zwykłych, normalnych ludzi, jacy zostali dość bezwłasnowolnie uwikłani w okoliczności, które następnie uczyniły z nich morderców.
Dziwne?
Ale czyż nie dziwniejsze było zachowanie Theta, który rzeczywiście i po ludzku się do nich zbliżył? A kiedy aresztowano Nuona Chea i helikopter zabierał go, by odstawić przed oblicze trybunału, który miał go osądzić, Sambath wyznał: „Nie mogę powiedzieć, że był on dobrym człowiekiem, ale czuję teraz wielki smutek”.

Thet Sambath nagrywa wyznania Brata nr 2

Myślę że jest to bardzo charakterystyczna i w sumie niezwykle rzadko spotykana w filmach tego rodzaju cecha: pewne fatalistyczne wyciszenie, brak jakiejkolwiek chęci konfrontacji, nieobecność radykalnych stwierdzeń, zupełnie wyzbycie się nienawistnych resentymentów…
Tak, jak już wspomniałem: Sambath nie szukał zemsty ale zrozumienia co rzeczywiście było przyczyną tego, że jedni (zwyczajni) ludzie zaczęli mordować drugich ludzi – równie zwyczajnych i niewinnych, często swoich sąsiadów.

Sambath też nikogo właściwie nie oskarża, choć stara się dociec, gdzie – i na czym polegała – geneza tej zbrodni. On nawet nie szuka winnych – chce jedynie wiedzieć, kto podjął decyzję o zabijaniu, na jakim szczeblu ona zapadła i w jakich okolicznościach.
I co się okazuje?
Jak zwykle w takich sytuacjach: nikt nie jest winny – wszyscy wypełniali jedynie rozkazy, bo gdyby wykonania rozkazów odmówili, to sami zostaliby zabici. Wina zostaje rozmyta w jakimś bezosobowym partyjnym aparacie, Jednak, jak się okazało, wystarczyła jedna decyzja Pol Pota i jego świty, a masowe mordy w Kambodży ustały, jak ręką odjął. [1]*

JUŻ NIGDY NIE ZOBACZĘ WSCHODU SŁOŃCA JAKO CZŁOWIEK

Thet Sambath wiele lat czekał z wyjawieniem Nuonowi Chea, w jaki sposób zginęła jego rodzina. Okłamał go mówiąc, że jego rodzice zmarli w latach 80-tych. Jak (pewnie słusznie) uważał, gdyby Chea się o tym się dowiedział, to Thet nigdy by nie wyciągnął od niego zwierzeń i przyznania się do tego, że to właśnie on, wraz z Pol Potem, zadecydowali o rozpoczęciu etnicznych czystek: „gdybym okazał tym ludziom litość, mój kraj byłby stracony” – powiedział przy tej okazji, dodając, że ich rząd z założenia miał być „czysty, pokojowy, o jasnym spojrzeniu”. Zaczęli jednak od fizycznej eliminacji „wrogów ludu”.
Wcześniej Thet nie omieszkał jednak pokazać Nuonowi filmu z nagraną egzekucją Sadama Hussajna, którą ten skomentował następująco: „To straszne, że w ten sposób skończył prawdziwy patriota. Ale on i tak jest zwycięzcą”. A kiedy zaprosił do domu Chea dwóch wspomnianych już ludzi, którzy dokonywali masowych egzekucji własnymi rękami, ten ich zaczął pocieszać, że walczyli po właściwiej stronie i że wg nauk Buddy, nie można ponosić winy za czyn, którego intencją było co innego, niż to, co się stało.

Lecz Thet w końcu musiał powiedzieć Chea prawdę. I fragment filmu ukazujący moment, w jakim to robi, należy do najbardziej poruszających i zapadających nam w pamięć obrazów.

A skoro mowa o buddyzmie. Jeden z występujących we „Wrogach ludu” zabójców uznaje się za buddystę. Wierzy w reinkarnację. Wie, że będzie musiał przejść wiele bolesnych wcieleń, zanim ponownie odrodzi się w ludzkiej postaci. Tak naprawdę, to on już teraz nie uważa się za członka ludzkie wspólnoty, zwierzając się nam przed kamerą: „Już nigdy nie zobaczę wschodu słońca jako człowiek”.
I właśnie w takiej chwili widzimy w nim prawdziwe człowieczeństwo.

*  *  *

[1]* PRZYPIS: odrębnym tematem jest tu amerykańskie uwikłanie się w relacje z reżimem Czerwonych Khmerów. Już w 1975 roku, Henry Kissinger, podczas swojej wizyty w Tajlandii, powiedział do tamtejszego ministra spraw zagranicznych: „You should also tell the Cambodians that we will be friends with them. They are murderous thugs, but we won’t let that stand in our way. We are prepared to improve relations with them.” („Powinniście też powiedzieć tym w Kambodży, że będziemy ich przyjaciółmi. To są morderczy bandyci, ale my i tak nie pozwolimy, aby to stanęło na naszej drodze. Jesteśmy gotowi, by poprawić nasze relacje z nimi.”) Źródło: „Cambodian Genocide Program” (publikacja Uniwersytetu Yale).
Niestety, nawet po 1979 roku, kiedy już wiedziano wszem i wobec o krwawej łaźni jaką urządzili Khmerowie swoim rodakom  (anihilując  blisko czwartą część całej populacji Kambodży), amerykańskie poparcie dla „morderczych bandytów” wcale nie ustało (choć nie było już takie oficjalne).

Tym, którzy zainteresowani są amerykańską polityką w Indochinach w latach 70-tych (z uwzględnieniem morderczych ataków lotnictwa USA na Kambodżę, w których poniosło śmierć ok. 600 tys. ludzi, a które de facto umożliwiły przejęcie władzy przez Czerwonych Khmerów w 1974 r.), polecam artykuł Z. M. Kowalewskiego pt. „Czas Czerwonych Khmerów”, jaki ukazał się w polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” w 2010 roku.

ANEKS

Nie tak dawno trafiłem na – nazwijmy to – ciekawą stronę występującą pod szyldem „Trzeci Świat”. Jej autorami (autorem?) jest „organizacja trzecioświatowego maoizmu”, mianująca siebie także jako „Organizacja Czerwonej Gwardii”. W pierwszej chwili pomyślałem, że jest to jakaś kolejna kuriozalna stronka (jakich w internecie jest wiele), ale nie…  pomijając  ewidentne oderwanie od rzeczywistości obsługujących tę witrynę „polskich trzecioświatowych maoistów”, znaleźć tam można naprawdę wiele interesujących materiałów, które mają jednak dużą wartość historyczną i archiwalną.
W związku z podjętym przeze mnie w tym wpisie tematem, chciałbym przedstawić fragmenty kilku artykułów nawiązujących do Czerwonych Khmerów. Pozostawię ich do oceny tym, których to zainteresuje – powstrzymując się tu od własnego komentarza.

W walce o świetlaną przyszłość – młodzi bojownicy Czerwonych Khmerów

*

1. Cytaty z artykułu pt. „Korzenie intelektualne i ideologiczne ruchu Czerwonych Khmerów”.

Organizacja Czerwonej Gwardii: „Przedstawiamy niezwykle interesujący tekst omawiający ideologię jednej z najbardziej fascynujących organizacji rewolucyjnych XX wieku – Komunistycznej Partii Kampuczy, znanej szerzej jako Czerwoni Khmerzy. Po obaleniu rządów KPK w Demokratycznej Kampuczy przez rewizjonistów wietnamskich partia ta była szkalowana i oczerniana przez rewizjonistów i pierwszoświatowców, wymyślających brednie o „ludobójstwie”, czy „totalitaryzmie”. Mit „pól śmierci” zaciemnia prawdziwy obraz i historię ruchu Czerwonych Khmerów, utrudniając poważnym badaczom dotarcie do prawdy. Dla Organizacji Czerwonej Gwardii historia Rewolucji Kampuczańskiej jest tym bardziej interesująca, że często Pol Pota i jego towarzyszy oskarża się o maoizm. Prawda jest jednak bardziej złożona, czego można dowiedzieć się z tekstu Adama Jelonka. OCG krytycznie ocenia Czerwonych Khmerów, nie ze względu na Tuol Sleng, czy pola śmierci, ale ze względu na ich ultralewicowe odchylenie, które doprowadziło do rewizji marksizmu-leninizmu” – pisze „redakcja” OCG, a następnie przestawia tekst Jelonka, z którego pozwolę sobie wyłuskać parę cytatów:

„Większość elementów radykalnej rewolucji Czerwonych Khmerów znajduje bowiem swe odniesienia w dokonaniach rewolucji chińskiej. Na konferencji prasowej w Pekinie w drugiej połowie 1977 roku Pol Pot po raz pierwszy potwierdził wczesne związki między rozwojem ruchu rewolucyjnego w Kampuczy, a myślą Mao: “W 1957 roku założyliśmy komitet… zdecydowaliśmy, że parlamentarna droga wiedzie donikąd. Czerpaliśmy… szczególnie z prac towarzysza Mao Tse-tunga, doświadczeń chińskiej rewolucji, odgrywającej niezwykle doniosłą rolę w tym okresie.”
(…)

Mao i Pol Pot (w tle)

Potwierdzenie wpływów myśli Mao znalazło swój wyraz w innych publicznych wystąpieniach. Jesienią 1977 roku Pol Pot oświadczył: “W walce rewolucyjnej w naszym kraju, w sposób twórczy i z powodzeniem wcielaliśmy w życie myśl Mao Tse-tunga od chwili gdy nie dysponowaliśmy niczym, prócz gołych rąk, po 17 kwietnia 1975”.
(…)
„Zrozumienie celów maoistowskiej idei wielkiego skoku i rewolucji kulturalnej rzuca więcej światła na związki doktrynalne z przywódcami Demokratycznej Kampuczy. Idee maoistowskie sprowadzały się do pragnienia przekształcenia chłopstwa w nowoczesnych producentów, oddanych dla idei kolektywizmu. Mao uznawał konieczność realizacji trzech etapów rewolucji:
1. Likwidacji starej elity wiejskiej i właścicieli ziemskich dzięki realizacji programu reformy rolnej;
2. Zlikwidowania chłopskiego przywiązania do własnej ziemi i własności prywatnej przez ustalenie własności kooperatywnej;
3. Masowej restrukturyzacji organizacji pracy, która dokonać się miała dzięki procesowi budowy komun ludowych.”

2. Fragmenty artykułu pt. „Recenzja książki Malcolma Caldwella „Bogactwo niektórych narodów”.

OCG: „Malcolm Caldwell był jednym z kilku mieszkańców Zachodu, którzy kiedykolwiek odwiedzili Kambodżę w trakcie władzy Czerwonych Khmerów.(…) napisał kilka wartych uwagi książek i artykułów. Opublikowana w roku 1977, rok przed jego śmiercią, „Bogactwo niektórych narodów” była ostatnią książką, którą napisał.
(…) Caldwell ma całkowitą rację mówiąc, że jedyną drogą do rozwoju Trzeciego Świata jest walka zbrojna.(…) Śmierć Mao i powrót Deng Xiaopinga były tylko ostatnimi gwoździami do trumny. Wietnamski socjalizm z kolei był od samego początku martwy, wskutek wpływów rewizjonizmu i radzieckiego socjalimperializmu. W tamtym okresie, gdy po heroicznych walkach przeciwko ludobójczemu imperializmowi amerykańskiego, socjalizm zanikał na całym świecie, wydawało się, że Czerwoni Khmerzy przeprowadzają radykalną wersję rewolucji socjalistycznej. W 1977 nadzieje Caldwella, podobnie jak wielu innych, ulokowane zostały w pozornie radykalnych propozycjach społecznych Czerwonych Khmerów. Jednak, jak się okazało po ujawnieniu ich błędów w wyniku wietnamskiej agresji i okupacji ich kraju, nadzieje te były chybione. Pomimo, że Caldwell mylił się chwaląc domniemany „sukces” Kampuczy, miał on jednak rację wskazując, że drogą do rozwoju jest walka zbrojna i socjalizm. Dzisiaj jest to droga globalnej wojny ludowej, prowadzonej przez trzecioświatowy maoizm.”

Pol Pot – Brat Nr 1

3. Fragmenty artykułu „Kampuczańskie doświadczenie”.

OCG: Publikujemy tekst, który zrywa z mitem Demokratycznej Kampuczy stworzonym przez imperialistów i trockistów. Tekst jest szczególny, ponieważ jego autor, Ezrom Mokgakala był w Demokratycznej Kampuczy w roku 1978 i na własne oczy widział osiągnięcia rewolucyjnego rządu. Jego słowa powinny być wzięte na poważnie, w przeciwieństwie do kłamstw rozpowszechnianych przez wrogów rewolucji. Podpiera je jego rewolucyjny autorytet. Ezrom Mokgakala był członkiem Komitetu Centralnego Panafrykańskiego Kongresu Azanii, i członkiem Wysokiego Dowództwa Azańskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, która do dzisiaj toczy walkę o wyrwanie Południowej Afryki z łańcucha kapitalistycznego. (…) Poniższy tekst po raz pierwszy opublikowano w czasopiśmie Ikwezi z 11 marca 1979 roku.

Cytaty z „dzieła” Ezroma Mokgakali:

– „Z tej historii można wynieść dwie główne lekcje. Pierwsza jest taka, że lud Kampuczy jest ludem heroicznym, który walczył i pokonał lokalnych i zagranicznych ciemiężycieli, czasami walcząć gołymi rękami. Z tej lekcji możemy wywnioskować, że są oni naprawdę odważnym ludem, który zasługuje na zachwyt i pomoc wszystkich prawdziwych rewolucjonistów. Drugą lekcją jest fakt, że pomimo ich bohaterstwa, ich poświęcenia długo nie przynosiły rezultatów.”

„Poprawna linia polityczna wyrasta z samego ludu, nie może być kopiowana z innych krajów” powiedział Towarzysz Hong, przywódca Kampuczańskiego Komitetu Przyjaźni z innymi krajami. „Poprawna linia polityczna zapewni, że zwycięstwo ludu nie zostanie zdradzone” dokończył.
Towarzysz Hong położył nacisk na fakt, że „po poprawnym zrozumieniu lekcji z historii kampuczańskiego ludu, przywódcy rewolucyjnego ludu Kampuczy zrozumieli, że lud będzie zwalczał wroga aż do końca, pomimo jego brutalności.”

Odkurzanie czaszek wydobytych z masowego grobu na terenach obozu tortur Cheung Ek, gdzie trafiały ofiary terroru Czerwonych Khmerów

– (Pierwszy Zjazd Komunistycznej Partii Kampuczy) „zadecydował, by rozpocząć organizowanie chłopstwa w celu obalenia ciemiężycieli i zdobycia władzy politycznej. Wszystkie kadry partii zostały przeszkolone w celu wprowadzenia tej rewolucji w życie w najbardziej zdeterminowany i stanowczy sposób poprzez życie wśród chłopstwa i nie oczekiwaniu na żadne zagraniczne rady, które miałyby dotyczyć tego zadania. Mieli polegać całkowicie na pomysłowości i kreatywności mas. Droga do walki zbrojnej została wytyczona.”

– „MOBILIZUJĄC CHŁOPSTWO. Partia rozpoczęła dokładne badania kwestii chłopskiej. Kadry Partii zostały wysłane na wieś by żyć pośród chłopów w celu zrozumienia rzeczywistości ich egzystencji. (…) Ze względu na tą nędzną egzystencję, słabe zdrowie i wykształcenie, chłopi stali się twardym jądrem, oparciem Narodowo-Demokratycznej Rewolucji. Ze względu na strategiczne znaczenie tej klasy, Komitet Centralny Komunistycznej Partii Kampuczy zadecydował by przenieść się na wieś, blisko chłopstwa. W ciągu roku 90% członków Komitetu Centralnego znalazło się na wsi.”

„Trzeba pamiętać, że przeprowadzanie Rewolucji Ludowo-Demokratycznej oznacza dla uciskanych i wyzyskiwanych mas nowe, lepsze życie. (…) Od samego początku Komunistyczna Partia Kampuczy była tajną organizacją, ponieważ reakcyjny reżim zabronił istnienia partii komunistycznych w kraju i wszczął brutalną kampanię przeciwko tej idei. Eliminowano wszystkich znanych komunistów poprzez morderstwa i siano strach wśród ludu poprzez kłamliwą propagandę. Na przykład rozsiano plotkę, że komuniści używają sierpa by łapać ludzi za kark, a młota by rozbić im głowy. Ponieważ przeciwdziałanie tej propagandzie byłoby zbyt kosztowne, zdecydowano zignorować ją i działać w sekrecie pośród ludu. Komitet Centralny zbudował Zjednoczony Front Narodowy, który z sukcesem doprowadził lud do ostatecznego zwycięstwa.”

Kości ofiar Czerwonych Khmerów zgromadzone w Muzeum Ludobójstwa w Phnom Penh