GREEN BOOK

.

Extremes meet, czyli podróż przez meandry ludzkiej ignorancji, nietolerancji i uprzedzeń (Mahershala Ali i Viggo Mortensen w filmie Green Book)

.

Schematyczność tego filmu jest rozbrajająca, potraktowanie w nim jego głównego społecznego motywu (jakim jest rasizm) prościutkie, dramaturgiczna repetycyjność scen niezmordowana… a jednak „Green Book” nie jest filmem ani banalnym, ani płytkim, ani tym bardziej nużącym (bo ogląda się go z nieustającą uwagą, jak również – mimo gorzkich tonów i niezbyt radosnego tła – z wielką przyjemnością). To prawda, mnóstwo w nim gagów „pod publiczkę”, spotykamy też mnogość elementów, które mogą wręcz definiować pojęcie crowd-plaser – przejrzystość fabularna jest ostentacyjna, przewidywalność scen ciągle obecna, lecz to, co w innym filmie obarczonym tymi wszystkimi cechami mogłoby być degradujące, tutaj obraca się na jego korzyść: zdecydowana większość widzów jest tym obrazkiem wręcz zachwycona (sam tego byłem świadkiem, niezbyt zaskoczony, choć oklaski w kinie wcale nie zdarzają się tak często). I muszę się przyznać – odkładając na bok swój ewentualny art-housowy snobizm – że wśród tych ukontentowanych widzów znalazłem się również i ja.
Myślę, że główna w tym zasługa aktorskiego teamu, który stanowią Viggo Mortensen i Maharshela Ali, grający klasyczną „dziwną parę”. Po angielsku brzmi to (odd couple) jednak lepiej, a ponadto kojarzy się natychmiast z komediową klasyką, jaką stał się film z pamiętnym duetem Jack Lemmonem – Walter Matthau. Nie wiem, czy „Green Book” stanie się też klasyką. Na razie film cieszy się nie tylko popularnością main-streamowej publiczności, ale i stał się pupilkiem różnych takich Złotych Globów, a pewnie też i Oscarów.

Fabuła filmu oparta jest na prawdziwej historii, która sama w sobie jest tak niezwykła, że gdyby była wymyślona, to pewnie scenarzystę posądzono by o zbytnią fantazję. Z grubsza rzecz biorąc opowiada o narodzinach wielkiej przyjaźni między dwojgiem ludzi, których wszystko wydaje się różnić. Don Shirley (Ali) to obdarzony nienagannymi manierami, dystyngowany, delikatny i wysubtelniony – kulturalny, oczytany, znający kilka języków – klasycznie przysposobiony, wirtuoz-pianista (a na dodatek czarny i homoseksualista). Tony Vallelonga (Mortensen) stanowi jego przeciwieństwo: nieokrzesany, prostolinijny, niewykształcony – posługujący się niewybrednym językiem, często zachowujący się grubiańsko czy wręcz brutalnie – wykidajło i kierowca; wychowany w hałaśliwej i dość bigoteryjnej włoskiej rodzinie, przyzwyczajony do życia na nowojorskiej ulicy (nie musimy chyba dodawać, że jest on nie tylko heteroseksualnym macho, ale i uprzedzonym rasistowsko białasem). Ali (jako Dr. Shirley) zatrudnia Viggo (alias Tony „Lip”) w charakterze kierowcy i obaj wybierają się w trasę koncertową na tzw. Głębokie Południe, gdzie segregacja rasowa panuje w najlepsze (czy też raczej ”w najgorsze”), a czarni podróżni posługują się książeczką-przewodnikiem (”The Negro Motorist Green Book”), z której np. mogą się dowiedzieć z jakich restauracji czy hoteli korzystać, a jakich miejsc lepiej unikać. (Na początku lat 60 – kiedy to dzieje się akcja filmu – była to nawet czasem sprawa życia i śmierci.)

Kolosalne wrażenie robi to, w jaki sposób Mortensen przepoczwarzył się w postać będącą takim odskokiem od jego dotychczasowego aktorskiego emploi – nadzwyczaj przecież rozległego i różnorodnego – że ja go w tej roli (wstyd się przyznać) nie rozpoznałem. I to nie chodzi tyko o przybranie kilkudziesięciu funtów na wadze, ale i o nieskazitelny akcent nowojorskiego makaroniarza, zachowanie down-to-earth, pewien prymitywizm, narwanie i mało wyszukany sposób wyrażania się… o pożeraniu niewiarygodnych ilości junk-food i wlewaniu w siebie litrów różnych płynów nie wspominając.
Znakomitą kreację stworzył również Maharshela Ali, choć delikatność, powściągliwość, wyrafinowany styl i dystynkcja postaci w jaką się on wcielił, nie wymagały od niego aż takich aktorskich fajerwerków, jakich dostarczył nam Viggo.

Cały film składa się ze scen, z których każda bardziej jest skeczem, niż dramaturgicznym ogniwem opowiadanej historii, ujętej tutaj w konwencję kina drogi, nadającej całości dość płynnej ciągłości. Komizm tych scen wynika z charakterologicznego kontrastu, jaki stanowią osobowości dwojga bohaterów, wzmocnionego przez ich rasową i kulturową odmienność. Widoczna jest też ewolucja ich wzajemnej relacji – w miarę jak Don Shirley i Tony coraz lepiej się poznają, rozumieją, a w końcu akceptują i zaprzyjaźniają (w rzeczywistości przyjaźń ta trwała przez wiele lat do końca ich życia – obaj zmarli w tym samym 2013 roku). Ponadto – i jest to bardzo istotne dla wymowy filmu – Don Shirley i Tony nie tylko się zmieniają, ale i czegoś ważnego (głęboko ludzkiego) od siebie nawzajem się uczą, i bynajmniej nie jest tylko wzajemna tolerancja.
„Green Book” jest przede wszystkim komedią, ale – jak zresztą w przypadku większości komedii – jest ona podszyta gorzkim smutkiem i ludzką mizerią, która w tym przypadku wynika przede wszystkim z rasizmu. Film Farrelly’ego nie sięga jednak głębi tego problemu – rasizm w jego ujęciu jest bardziej stereotypem niż głęboko zakorzenionym w ludziach złem, z którego rodzi się wzajemna pogarda i wrogość.
A może rzeczywiście rasizm jest czymś płytszym – a tym samym bardziej prymitywnym – niż to się nam wydaje?

*  *  *

Reklamy

Komentarzy 8 to “GREEN BOOK”

  1. Beata Rosiak Says:

    Tak też czuję, (że „Green Book” mi się spodoba i nie będziecie się na nim nudzić) gdy zobaczyłam trailer :)
    Film przede mną i z radością, ba – nadzieją! -że dobrze z nami jest, obejrzę.
    Pozdrawiam

  2. Krystyna Arthur Says:

    Jakoś mało komedii, mało stand up. a nawet sitcoms…

  3. Jula :D Says:

    Myślę, że i ja się pokuszę. 😉
    Zwłaszcza w bigoteryjnej Polsce. Rasizm u nas kwitnie. No ale wraz z wojskami USA, których dywizje, czy coś tam, mają stacjonować w naszym tak „jednorodnym” kraju, będą również i Afroamerykanie. 😂
    Nie wiem doprawdy co na to nasi patrioci, jak im się społeczeństwo będzie rasowo i religijnie mieszać.

    Tak, każdy film ogląda się inaczej w każdym kraju poprzez jego historię cywilizacyjną. ☺

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jula, nie jest tak źle – i piszę to wbrew temu, co dzisiaj się stało.

      Rasizm jest u nas bardziej wydumany, niż rzeczywisty (choćby tylko z tego powodu, że u nas kolorowych ludzi nie jest wielu (Przy okazji powiedz mi czy prześladuje się u nas Wietnamczyków? Nie wiem nic na ten temat. Może są jakieś incydenty, ale przecież nie jest to problem społeczny, bo ci ludzie wśród Polaków żyją i jakoś sobie radzą – gdyż zapewne jest im tutaj lepiej niż w ojczystym kraju.)

      Ja uważam, że te polskie przejawy rasizmu wynikają bardziej z ludzkiej głupoty i niewiedzy (obawy przed Innym, Obcym), niż z prawdziwego zakorzenionego głęboko w naszym społeczeństwie rasizmu (tak, jak to było np. – i po części nadal jest – w Stanach).

      To już nieporównanie więcej jest w Polakach tej bigoterii, o której też wspominasz – ale ona też niewiele ma wspólnego z rasizmem (wynikając bardziej z płytkiego pojmowania wiary oraz z hipokryzji).

  4. Jula :D Says:

    Wietnamczycy żyją jakby w odosobnieniu. Nawet nie wiem gdzie mieszkają , mam wrażenie że w swoich sklepach , gdzieś na zapleczu wynajmowanych pow. handlowych.
    W moim średniej wielkości mieście nie widziałam , by Wietnamczycy , czy Chińczycy byli aż tak zasymilowani ze społeczeństwem. Żeby mieszkali gdzieś na osiedlu , czy nawet na takim wynajmowali mieszkania. Przecież nie są katolikami ;).
    Mam wrażenie , że nadal to przyjezdni , którzy zatrudniają w swoim sklepie Polaków i którzy sami się ciągle wymieniają. To już nie czas kolorowych bazarow.
    Poza tym inaczej traktuje się kraj , który jest teraz lokomotywa światowa . Ludzie nie odróżniają generalnie Koreanczykow od Wietnamczykow czy Chinczykow.
    W Polsce jest chyba kilka fabryk samochodów , gdzie składają Polacy techniczny wytwór inzynieryjny Koreanczykow.
    Czyli jakby to powiedzieć , to Polacy u nich pracują a nie odwrotnie .
    Ja sobie niektóre gadżety sprowadzam prosto z Chin za pomocą Internetu, bo cóż , taniej i lepszej jakości niż polskiej a nawet i innych ” zachodnich ” krajów.
    Inna sprawa z ” Murzynami”. Oni u nas nie inwestują.
    Miałam koleżankę , która wyszła na studiach, studiowała medycynę i niestety źle im było w Polsce. Wyjechali do Niemiec.
    W Polsce niestety nie ma nadal przyzwolenia na inność.
    Sami jesteśmy mocno spolaryzowani . Nadal jesteśmy ksenofobami jako społeczeństwo.
    Nie pomaga nam w tym i polski kk, mocno zintegrowany z władzą, polityka i jej wpływami na całość w bardzo zły sposób.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s