BOHATER CZY PSYCHOPATA? (o filmie Clinta Eastwooda „Snajper” dialog z Tamaryszkiem)

Chciałem napisać o tym filmie, bo porusza on dylematy, które zawsze mnie interesowały i dotykały, ale czułem jakąś wewnętrzną blokadę. Tak było do czasu, kiedy trafiłem na stronę Tamaryszka, która (który?) – będąc rasową kinomanką, a na dodatek świetną polonistką – pisze bardzo ciekawe, wnikliwe i analityczne teksty o filmie. Mój krótki, wypełniony nieco gorzką żółcią komentarz na temat ostatniego filmu Clinta Eastwooda, stał się początkiem – myślę, że interesującej – rozmowy o obrazie uznanego reżysera, w której, jak sadzę, udało mi się przekazać to, co myślę o „Amerykańskim Snajperze”.

.

Amerykański bohater zwany Legendą - na swoim koncie ma zabicie (oficjalnie) 160 irakijskich "dzikusów", co wielu Amerykanów doprowadziło do patriotycznej ekstazy.

Amerykański bohater zwany Legendą – na swoim koncie ma zabicie (oficjalnie) 160 irackich „dzikusów”, co wielu Amerykanów doprowadziło do patriotycznej ekstazy.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Właśnie obejrzałem „Amerkańskiego snaipera”. Film tak naprawdę dla mnie obrzydliwy (choć od strony filmowego rzemiosła dobry). Jechać do obcego kraju zabijać jego mieszkańców – w imię urojonego zagrożenia i kłamliwego oskarżenia – i to z ukrycia!!! I z takiego człowieka robić narodowego bohatera! Czysty szowinizm!
Według mnie ten snajper był psychopatą i zabójcą, a nie bohaterem. Ta wojna, moim zdaniem, nie była etycznie usprawiedliwiona, dlatego poczynania tego człowieka uważam za zbrodnię (to, że wynikającą z bezmyślności, pseudo-patriotycznego zaczadzenia i prania mózgu, niczego tu nie usprawiedliwia). To może okrutne, co napiszę, ale śmierć z ręki innego szaleńca jaka spotkała snajpera, uważam za pewną sprawiedliwość losu. (Sorry, ale takie mam niepoprawne politycznie – i może bezlitosne – myśli w związku z tym filmem.)

TAMARYSZEK: Ostro oceniasz. Nie bez racji.
Ja bym dała tematowi szansę. Choć podział na wilki-owce-owczarki jest dużym uproszczeniem, to sytuacja żołnierza mającego ochraniać swoich poprzez uśmiercanie potencjalnych agresorów (tak, to kontrowersyjne i używam słowa tylko w kontekście militarnym), jest ciekawa. Za daleko poszedł Eastwood w uproszczenia.
Stąd niezrozumiały zachwyt nad bohaterstwem. Ani bohaterstwa, ani sensu w misji Kyle`a trudno się dopatrzyć. Nawet gdyby zawiesić Twoje zarzuty (te wynikające z poglądów) i zająć się tylko robotą filmową.
Mnie irytowało pokazanie motywacji postaci. Tato powiedział jakieś święte słowa, których on nigdy nie próbował weryfikować. Zapalił się do misji, oglądając relację medialną m.in. z ataku na WTC. Padają tam takie słowa: „co oni robią naszym?!” – i to cała motywacja. Odwet, zemsta, niezrozumienie – proste środki.

Gdzieś w tym temacie jest potencjał. Ale trzeba by wyjść poza tę zbyt „amerykańską” definicję patriotyzmu i wiarę, że istnieje jedna słuszność. Cudzysłów celowy, bo wyobrażam sobie, że nie można tej formuły przypisać całej Ameryce. Choć jednak niepokoją mnie medialne donosy o popularności „Snajpera”.

Rozumiem, że ceniąc filmowe rzemiosło, masz na myśli robotę operatora, montażysty etc…, tych, którzy pracowali nad oddaniem klimatu tej wojny. Zgoda.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Oceniłem ostro (bo emocjonalnie) pewnie dlatego, że napisałem ten komentarz na gorąco, zaraz po obejrzeniu „Snajpera” i jeszcze nie ochłonąłem z… niesmaku (może nawet oburzenia?) jakie ten film we mnie wywołał. Ja niestety nie mogłem patrzeć na obraz Eastwooda tylko jak na film (być może jest to jakiś mój percepcyjny błąd?), zawieszając na dodatek przy tym swoje poglądy (a na wojnę w Iraku mam pogląd dość jednoznaczny). Kiedy więc widziałem jak dzielni żołnierze amerykańscy włamują się do prywatnych domów mieszkańców kraju, który zaczęli okupować (kto tu jest agresorem?), kiedy słuchałem jak Irakijczyków nazywa się (raz po raz) „dzikusami” (savages), odhumanizowując ich po to, by łatwiej było ich zabijać… (wiele było takich elementów w tym filmie, które wzbudzały moją idiosynkrazję) to… najpierw szlag mnie trafiał, potem czułem się źle, a wreszcie zrobiło mi się strasznie… hm… przykro, smutno? To niestety rzutowało na mój odbiór całego filmu.

Ale jednak najbardziej przygnębiła mnie narodowa euforia, z jaką Amerykanie przyjęli ten film – to, że stał się on takim patriotycznym „hitem”.

Eastwood, którego skądinąd cenię, lubię i szanuję, ma u mnie za ten film krechę (starcza demencja? – chyba nie, bo nadal jest on tutaj sprawnym reżyserem; pomieszanie z pogubieniem? – być może, bo słyszałem takie jego wypowiedzi, które same sobie zaprzeczają*).

Tak, pisząc o sprawnym rzemiośle, miałem na myśli głównie techniczne aspekty filmowej roboty. Również siłę kreacji Coopera.

Nie rozumiem Eastwooda. Był on przecież zadeklarowanym przeciwnikiem wojny w Iraku, sam o sobie mówi, że jest raczej jak gołąbek, a nie jastrząb, a tu jednak gloryfikuje zabijanie (robiąc bohatera z killera). Nic w jego filmie nie wskazuje na to, jak wielką pomyłką (i de facto zbrodnią, bo pod względem etycznym nie można tej wojny usprawiedliwić) była agresja amerykańska na Irak (setki tysięcy ludzi straciło życie, zrujnowany i zdestabilizowany do dzisiaj kraj – na tym właśnie podłożu wylęgła się żmija ISIS). Zamiast tego mamy dość prymitywne wstawki np. z 9/11 jako psychologiczne usprawiedliwienie postawy snajpera. (Cienkie to, cienkie… a może on po prostu lubił strzelać i był w tym dobry, wiec go zaangażowano do odstrzału „wroga” ?)** Nota bene, twierdził on (mam tu na myśli postać rzeczywistą) z całym przekonaniem, że wśród tych kilkuset osób, które zabił, nie było ani jednego dobrego człowieka (wszyscy byli „bad guys”). Kolejny dowód na motywacyjny i ekspiacyjny prymitywizm tego człowieka pod tym względem. I z takiego kogoś robi się w tym filmie herosa (ponoć to właśnie Eastwood obiecał ojcu snajpera, że w swoim filmie jego syna ukaże jako bohatera).
Żeby było ciekawiej, kiedy Eastwoodowi przedstawiono opinię znanych w Ameryce osób publicznych (mało, bo mało, ale kilka się takich znalazło), że snajper był psychopatą, to odpowiedział: „And they were right”.
I bądź tu mądry… Bo przecież nie wierzę, że Clintowi chodziło głównie o kasę – film zrobiony za marne 50 mln, zarobił już blisko pół miliarda dolarów. To też mi się średnio podoba, choć nie o kasę tu jestem zazdrosny, ale boli mnie owczy pęd z jakim Amerykanie popędzili do kina, by zobaczyć swojego bohatera o tak wątpliwej proweniencji. (Może w ten sposób zabijają w sobie świadomość, jak wielką klęską było ich wojna w Iraku? Forma kompensacji za poczucie coraz mniejszej skuteczności mocarstwowej Ameryki w globalnej skali?)

TAMARYSZEK: Dzięki za komentarz. Nie mam takiego rozeznania w temacie. Tym ważniejsze są dla mnie Twoje spostrzeżenia stamtąd, tzn. ze świata, z którego wyrósł i bohater, i reżyser. Eastwooda cenię. To co robi w Snajperze – dziwne, niejednoznaczne, jednak niezupełnie czyste.

Odniosę się do kilku tylko spraw.
A propos języka. Uprzytomniłeś mi te częste rzeczywiście zwroty pod adresem tubylców. Dzikusy. Pamiętam tę scenę, kiedy Snajper po trafieniu mężczyzny obserwuje chłopca. Chłopiec podchodzi, wyciąga zmarłemu broń (nie umiem nazwać co to), próbuje skierować ją na wroga. „Zostaw, gnoju” – mówi Kyle.
I to jest ciekawa sprawa. Bo – po pierwsze Kyle nie musiał tego mówić z nienawiścią, tylko zaklinał rzeczywistość, żeby mały odszedł, i by on nie musiał do niego strzelać. Po drugie – wyobrażam sobie, że taka jest językowa rzeczywistość. Wroga się bezcześci językiem. Wątpliwości się neutralizuje. Może – to nie cynizm – m.in. tym sposobem formuje się morale? Bo wróg nazwany dzikusem jest jak szkodnik do usunięcia. Chodzi mi o to, że to jest dopuszczalne, że tak mówią żołnierze. Problem w tym, że Eastwood nie zrobił niczego lub zrobił za mało, by to zrównoważyć. Zostawia widza z tymi „dzikusami”, każe nam podobnie myśleć i czuć. A to jest absolutnie niedopuszczalne. Z powodów, o których piszesz.
Uderzam głównie w Eastwooda. Poszedł na skróty. I – no cóż – na jego konto trzeba zapisać podgrzewanie głupiego szowinizmu.

Mój odbiór był taki, że reżyser nie dopracował postaci. I tu się mogłam mylić. Jeśli Kyle był rzeczywiście tak prosty i nieskomplikowany jak postać, którą odtwarza Cooper. Cooper, który to, co miał do zagrania, zagrał OK. Tylko – i tak się nakręca spirala – w imię czego?

Wrócę jeszcze do warsztatu filmowego. Eastwoodowska wizja patriotyzmu budzi sprzeciw również na poziomie formalnym. Sceny, które mogłyby mieć znaczenie, są spalone przeszarżowaniem. Brakiem dystansu i przesadnym dopowiadaniem. 
Dwa przykłady. Pierwszy – gdy Kyle zabija najlepszego strzelca tubylców, który nie raz zadał Amerykanom szyku, m.in. zmasakrował twarz przyjaciela Kyle`a. Moment odwetu. I komentarz stojącego obok żołnierza, który kilkakrotnie (!) powtarza, że ów przyjaciel byłby ze Snajpera dumny. Drugi przykład – spotkanie na amerykańskiej ziemi: beznogi weteran i Kyle z synkiem. Mężczyzna przypomina, że zawdzięcza Snajperowi życie. Jest patetycznie. Ale jeszcze do ocalenia, gdyby tylko Eastwood chciał. Chyba nie chciał, bo pozwala facetowi klęknąć przed chłopcem (który swój rozum ma i już kontaktuje, że ojciec jest ok) i wypowiedzieć wszystko do końca. „Twój tata to bohater”. 
Nawet gdybyśmy przyglądali się mniej kontrowersyjnej postaci, nie trzeba mówić czegoś, co jest wystarczająco jasne dzięki sytuacji, obrazowi, spojrzeniom i innym filmowym środkom wyrazu. Film kuleje na obie nogi – problemową i warsztatową. Aż dziw, że tak prosto wchodzi w społeczny odbiór.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: O tak, wroga się odczłowiecza na wiele różnych sposobów. Jednym z nich jest właśnie to bezczeszczenie językiem, o którym wspominasz***, ale nie tylko – wystarczy przypomnieć sobie, co robili amerykańscy żołnierze z więźniami w Abu Ghraib (swoją drogą czekam na film o amerykańskich zbrodniach w Iraku, jak np. wymordowanie całej irackiej rodziny przez amerykańskich marines, po uprzednim zgwałceniu przez nich kobiet – ciekawe czy się doczekam?), gdzie upokarzano i torturowano Irakijczyków.
Jeśli odczłowieczaniem wroga buduje się „morale”, jak piszesz, to jest to raczej a-morale. Niestety, żołnierze w warunkach bojowych stają się powodowanymi instynktem zwierzętami – swego rodzaju automatami – maszynami do zabijania. Nie wiem, czy sobie przypominasz, że w jednym z moich tekstów o wojnie „Czas przemocy” (wiem, że go czytałaś, bo pamiętam Twój komentarz) cytowałem płk. dr. med. Jana Wilka (pełniącego w polskiej armii funkcję “naczelnego psychiatry wojskowego”), który podczas wywiadu udzielonego „Polityce”, powiedział m.in.: „(Żołnierz) musi więc mieć specyficzne cechy osobowości, które występują w niektórych rodzajach psychopatii lub socjopatii.”
P: Jakie to cechy?
Wilk: “Obniżony lęk przed śmiercią, zdolność do użycia siły, w tym zabijania z pełną świadomością, umiejętność bezwzględnego podporządkowania się rozkazom (…). Żołnierz jest przeznaczony do tego, żeby jak najbardziej precyzyjnie zabijać i samemu nie dać się zabić. (…)”
P: Więc przygotowanie do zawodu polega na skrzywieniu psychiki kandydata?
Wilk: “W psychiatrii nazywa się to PSYCHOPATYZACJĄ zawodową albo społecznie użyteczną.”

Choć (mimo mojej niechęci do wojska) nie podzielam radykalizmu Wilka (sam przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy czytałem te jego wypowiedzi), to jednak uderza trafność jego spostrzeżenia w kontekście postaci filmowego snajpera.

Zgadzam się: Eastwood poszedł na skróty, także tworząc ekranową postać Chrisa, która w sumie jest jednak dość kartonowa (Cooper próbuje ją jakoś ożywić, nasączyć psychologiczną intensywnością, ale chyba scenariusz mu na to niezbyt pozwala, więc gra on głównie oczami i mimiką – tak jakby chciał rozsadzić postać prymitywnego w sumie człowieka jakimś większym znaczeniem, nadać jej głębi, wyższego sensu, ukazać jego moralne rozterki… Ale to trudno zrobić w środku jatki, jakiej film Eastwooda (specjalisty przecież od batalistycznego naparzania się i strzelaniny) nam nie szczędzi. Stosunek Chrisa do rodziny**** też – wbrew pozorom – nie jest skomplikowany, bo wszyscy żołnierze cierpiący na PTSD zachowują się tak samo: tracą kontakt ze swoim otoczeniem, narkotyzują się lub upijają, żyją w swoim świecie wojennej traumy, zrywają się ich więzi rodzinne… etc. (PTSD właśnie bardzo „spłaszcza” człowieka, zwłaszcza tego, który dotychczas był już cokolwiek płaski.)

Też się kołata w mojej głowie pytanie: w imię czego?
W imię czego Eastwood nakręcił film (chyba jednak wbrew sobie)?
W imię czego talent Coopera męczy się z takim prymitywem jak Chris?
Obawiam się, czy aby odpowiedź na te wszystkie pytania nie jest jednak trywialna.

Dziwisz się, że film tak prosto wchodzi w społeczny odbiór? Może właśnie wchodzi tak prosto dlatego, że jest taki „łopatologiczny” (o tej łopatologii świadczą choćby te przykłady, które podałaś) – a publika to z łatwością łyka.

TAMARYSZEK: Społecznie użyteczna psychopatyzacja… Trudno komentować. Absurdalnie jest ten świat poskładany. Jeśli wydrążeni z uczuć i refleksji żołnierze są wytworem (albo efektem) celowego formowania, wydobywania z nich tego, co wyrasta z instynktu, to nie wiadomo, czym bardziej się przerażać. Efektem czy obróbką? Czy zgodą owiec na kastrację owczarków?

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Owczarków wcale nie musi się – i nie powinno – kastrować. To są mądre psy, nawet ze swoimi hormonami. W przeciwieństwie do mężczyzn – żołnierzy, którym testosteron (o wojskowej musztrze i indoktrynacyjnym praniu mózgu nie wspominając) często odbiera rozum.
Swoją drogą ten podział na owce, wilki i psy pasterskie, (który wpaja do głowy małego Chrisa jego ojciec) jest niebywale infantylny – a urasta w filmie Eastwooda niemal do rangi konstytucji światowego porządku, staje się czymś w rodzaju motywacyjnego credo bohatera „Snajpera”. Zresztą, w dziele Eastwooda jest niestety znacznie więcej takich „kwiatków”.
Poza tym, sugerowanie, że film ten jest filmem antywojennym (jak robi to reżyser i całe gremium zachwyconych „Snajperem” krytyków) jest według mnie – jeśli nie obłudą – to skrajnym okłamywaniem innych i siebie samego. Żaden naprawdę uczciwy film antywojenny nie wywołuje u widza aplauzu i satysfakcji z tego, że jeden człowiek zabija drugiego człowieka (na dodatek odhumanizowanego); nie ukazuje zabijania jako bohaterstwa; nie powoduje też, że widz napawa się prezentowaną mu widowiskowo na ekranie batalistyką – wszystkimi tymi wybuchami i całą tą strzelaniną – a z tym mamy do czynienia w „Snajperze” na każdym kroku*****. Skądinąd wiem (i wiedział o tym na pewno Eastwood), że dla Kyle’a zabijanie było przyjemnością (sam się bowiem do tego przyznaje w swojej autobiograficznej książce). Czy takiego człowieka wybiera się jako bohatera filmu antywojennego – zwłaszcza, że nie kwestionuje się w nim jego ideologicznej i moralnej postawy, a wprost przeciwnie: dokonuje się apologii uznania go za bohatera i patriotę?
Smutny to film. I przewrotny.

greydot

PS. Chris Hedges, były długoletni korespondent zagraniczny „New York Timesa”, tak napisał o „Snajperze”: „Film gloryfikuje najgorsze przywary amerykańskiego społeczeństwa: kult broni palnej, ślepe uwielbienie dla armii, wiarę w cywilizacyjną wyższość Ameryki i jej posłannictwo w niesieniu dobra i poprawianiu innych, dzikich i błądzących; groteskową obyczajowość macho, w której litość i współczucie stanowią oznaki słabości; nie przyjmowanie do wiadomości niewygodnych faktów i historycznej prawdy; niezachwianą wiarę, że Bóg jest z nami. (…) Nie brakuje ćwierćinteligentów skrzywionych przez tę hierarchię wartości. Jednego z nich, George’a W. Busha, wybraliśmy na prezydenta. Pełno ich w wojsku i kościołach. Oglądają Fox News i naprawdę w to wierzą. Nie interesują się światem, nie rozumieją go, żyjąc w swoich zamkniętych społecznościach. Są dumni z własnej ignorancji i antyintelektualizmu. Wolą oglądać mecze i pić piwo, niż przeczytać książkę. Uważają się za dobrych, wszyscy inni są źli.”

I coś w tym jest. Z kolei magazyn „Rolling Stone” obwieścił, że „‚American Sniper’ is too dumb to criticize” („‚Amerykański snajper’ jest zbyt głupi, żeby go krytykować”) – i także w tym coś jest. Warto zresztą przytoczyć tu fragment recenzji jaką zamieścił ten tygodnik: „‚Snajper’ to film, w którym polityka jest tak nonsensowna i idiotyczna, że w normalnych okolicznościach byłby on poniżej wszelkiej krytyki. Jedyną rzeczą, która zmusza nas do potraktowania go serio jest niezwykły fakt, że niemal identyczne widzenie świata opanowało kurzy móżdżek (‚walnut-sized mind’) prezydenta, który wplątał nas w tę absurdalna wojnę. To właśnie fakt, że film jest tak popularny, i ma sens dla tak wielu ludzi – to jest rzeczywistym problemem.”

A jednak recenzje o podobnej wymowie były w zdecydowanej mniejszości. Dominowały te, które film Eastwooda chwaliły, albo się wręcz nim zachwycały, jak np. ta w „New Yorkerze”: „Zarówno powalający (‚devastating’) film wojenny, jak i powalający film antywojenny – powściągliwa (‚subdued’) celebracja zręczności wojownika i pełen żalu lament nad jego osamotnieniem i nieszczęściem.” (Zdanie to zdumiewa tym bardziej, że ponoć dla „New Yorkera” piszą najbardziej inteligentni ludzie w Ameryce.)

Ja rozumiem to, że każde społeczeństwo potrzebuje patriotycznych bohaterów. Zdaję też sobie sprawę z  mechanizmu kreowania tychże bohaterów: staje się on postacią mityczną, niekoniecznie mającą wiele wspólnego z prawdziwym człowiekiem, którego poddaje heroizacji. Jednak akurat w tym przypadku, obrano sobie moim zdaniem dość marną do tego celu postać, której gloryfikacja stwarza pewne niebezpieczeństwo utrwalania w amerykańskim społeczeństwie szowinistycznych stereotypów, prostackiej wizji świata i źle pojętego – bo bezmyślnego i bezkrytycznego – patriotyzmu. Ponadto Chris Kyle miał to nieszczęście brać udział w wojnie, która była wojną niesprawiedliwą i już ten fakt ustawia jego poczynania w pewnej perspektywie etycznej (o jego psychopatycznej skłonności do zabijania i czerpania z tego satysfakcji, nie wspominając). Bo np. w walce z Niemcami podczas II wojny światowej, taki typ by się nam bardzo przydał. (I to jest właśnie ta wojenna ambiwalencja, która nigdy nie dawała mi spokoju.)

greydot

PRZYPISY:

* Już po napisaniu tych słów trafiłem na jeszcze jedną tego typu wypowiedź Eastwooda (świadczącą o pewnej jego konsternacji poglądowej)  w wywiadzie, jakiego udzielił niedawno reżyser gazecie „Los Angeles Times”: „W swoim długim życiu byłem już i na lewicy, i na prawicy. Teraz nie wiem gdzie jestem. To skłania do cynizmu, zwłaszcza w obecnych czasach.”

** Także i w tym przypadku znalazłem wkrótce potwierdzenie tego przypuszczenia w tym, co napisał sam Chris Kyle w swojej autobiografii. Otóż stwierdza on tam, że dla niego zabijanie to był „fun”, że on to kochał („loved”), dodając: “I hate the damn savages” oraz “I couldn’t give a flying fuck about the Iraqis”. (Podaję za „Guardianem”.) Kyle okazał się również mitomanem: twierdził np. że wraz z kolegą ustrzelił kilkudziesięciu czarnych, którzy plądrowali Nowy Orlean po zniszczeniach jakie dokonał huragan Katrina; albo że zastrzelił dwóch rabusiów, którzy chcieli go obrabować na stacji benzynowej (nic z tego nie znalazło potwierdzenia w faktach). Te ostatnie przechwałki stają się jeszcze bardziej kuriozalne wobec tego, jak Kyle traktował domy Irakijczków, do których się włamywał siłą. Sam się przyznaje: „(I was) …rummaging through the complex to see if I could find any cool shit – money, guns, explosives. The only thing I found worth acquisitioning was a handheld Tiger Woods game.” („Przetrząsnąłem cały dom, bo chciałem zobaczyć czy mogę znaleźć jakieś fajne gówno – pieniądze, karabiny, materiały wybuchowe. Jedyną rzeczą, którą uznałem za wartą zarekwirowania, była ręczna gra Tiger Woods.”)

*** Á propos bezczeszczenia „wroga”, warto tu przytoczyć jeszcze jeden cytat z autobiografii Kyle’a: „W ciągu niecałej godziny strzelaliśmy do gościa, który chciał nas wysadzić w powietrze, potem próbowaliśmy uratować mu życie, a na koniec zbezcześciliśmy jego zwłoki. Pole bitwy to dziwaczne miejsce.”

**** Symptomatyczne jest również to, że Kyle – w praktyce – przedkładał swój „patriotyczny” obowiązek (odstrzału „dzikich” Irakijczyków, który widział – przynajmniej takie były jego deklaracje – jako zapewnianie bezpieczeństwa swoim kamratom i swojemu – nota bene oddalonemu o tysiące mil – krajowi) nad dobro swojej rodziny (gdyby było inaczej, to by się nie pchał aż cztery razy do Iraku, który de facto rujnował jego psychikę, jak również relacje z żoną i dziećmi).

***** Warto zwrócić uwagę, że patriotycznemu wzmożeniu w zetknięciu się z postacią Kyle’a ulegali nie tylko Amerykanie. Oto co m.in. znalazłem w recenzjach polskich czytelników jego książki: „Autor jest brutalnie szczery i nie kryje się z faktem, iż żałuje, że nie zabił więcej wrogów – w końcu do tego go wyszkolono, poza tym rebelianci zagrażają niewinnym ludziom. Jest żołnierzem z krwi i kości; uwielbia wojaczkę, uczy syna strzelać od najmłodszych lat. Oprócz tego to bardzo religijny człowiek, pokłada ufność w Bogu i bynajmniej nie boi się, że na Sądzie Ostatecznym Pan ukaże go za zabijanie. W końcu nie zabił ani jednego niewinnego człowieka. (…) Chris Kyle po zakończeniu kakriery wojskowej, rozkręcił własną firmę (oczywiście związaną z wojennym rzemiosłem) i zaangażował się w pomaganie weteranom wojennym. Jest charakterny, twardy, ale uczciwy i honorowy. To bardzo dobry człowiek. A przynajmniej był nim, zanim zabił go jakiś szaleniec w lutym tego roku. Kiedy się o tym dowiedziałam, łzy stanęły mi w oczach. Czułam się, jakbym straciła przyjaciela. Myślę, że moja reakcja jest najlepszym świadectwem jakości książki i nie muszę zachęcać was do jej przeczytania.”
I może jeszcze jedna „perełka”, bardziej chyba humorystyczna, niż bulwersująca: „Właśnie dzięki ludziom takim jak Chris Kyle całym sercem kocham Amerykę. Przeczytałam tą książką bo interesuje mnie ta właśnie tematyka. Książka jest zabawna, straszna, okrutnie szczera i wzruszająca. Gdy dziś po skończeniu książki przeczytałam, że ten dzielny, jeszcze młody człowiek zmarł rok temu w taki sposób, płakałam szczerymi łzami. Poczułam się jakbym poniosła osobistą stratę co może się wydawać naiwne po przeczytaniu jedynie książki ale kiedy umiera żołnierz, świat traci ważną cząstkę. Może nie jestem godna by to mówić, ale Semper fi America.” (Cytaty z portalu „Lubimy czytać”.)

 

Advertisements

komentarzy 87 to “BOHATER CZY PSYCHOPATA? (o filmie Clinta Eastwooda „Snajper” dialog z Tamaryszkiem)”

  1. sarna Says:

    Nie widziałam filmu, ale sam pierwowzór /powinnam napisać prototyp/ bohatera budzi we mnie złe emocje. Nikt, kto zabija z zimną krwią, nikt kto da się zmanipulować do zabijania i jeszcze czerpie z tego przyjemność, nie jest psychicznie zdrowy, więc tym bardziej gloryfikowanie takiej postawy jest chore.
    Zawsze jednak istnieje druga strona medalu, piszesz – Ponadto Chris Kyle miał to nieszczęście brać udział w wojnie, która była wojną niesprawiedliwą i już ten fakt ustawia jego poczynania w pewnej perspektywie etycznej (o jego psychopatycznej skłonności do zabijania i czerpania z tego satysfakcji, nie wspominając). Bo np. w walce z Niemcami podczas II wojny światowej, taki typ by się nam bardzo przydał. (I to jest właśnie ta wojenna ambiwalencja, która nigdy nie dawała mi spokoju.) – i trudno się z tym nie zgodzić.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      W Ameryce są dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy ludzi z psychiką zniszczoną przez wojnę w Iraku (i w Afganistanie). Bo wojna pustoszy ludzką psychikę, zwłaszcza taka, na której żołnierz uświadamia sobie, że wysłano go na wojnę, która jest nieusprawiedliwiona, wręcz absurdalna… Że go wrobiono w coś okrutnego i niedorzecznego; że zobaczył prawdziwe oblicze wojennego okrucieństwa i bezsens tego wszystkiego… Jednak niektórzy się przed taka świadomością bronią, szukają usprawiedliwienia, usensownienia tego, że wysłano ich na obcy kontynent i rozkazano walczyć i zabijać. Często tą ucieczką jest przekonanie o tym, że wypełniają patriotyczną misję, że walczą o wolność swojego kraju, że wypełniają swój obowiązek… Są przy tym bezkrytyczni wobec rzeczywistych – politycznych czy też nawet ekonomicznych – przyczyn wojen, w których biorą udział; stają się niczym innym, jak instrumentem polityków i przywódców, wśród których nie brak takich ignorantów, jak np. G.W. Bush.
      Chrys Kyle jest postacią wyjątkową już choćby dlatego, że stał się sławny ze swojego zabijania (bazwano go nawet „Legendą”); że napisał (z wydatną pomocą innych) autobiografię, na podstawie której słynny reżyser nakręcił popularny i kasowy film, rozpalający amerykański patriotyzm. Dlatego poddałem tę postać krytyce (innymi słowy: odniosłem się do tego, co według mnie reprezentował swoją osobą Kyle). Jednakże wobec innych anonimowych żołnierzy nie jestem już taki krytyczny. Winą za te idiotyczne wojny obarczam głównie polityków i tych wszystkich, którzy chcą ukręcić na nich swój własny, partykularny interes.

      Tak, mogę jeszcze raz powtórzyć: to, czy wojna jest sprawiedliwa, czy nie, ustala etyczną perspektywę tego, co się na tej wojnie robi (chodzi mi głównie o zabijanie innych ludzi). Wiem, że wpędza mnie to w relatywizm – w pewnego rodzaju pułapkę, z której trudno jest się wydostać. Ale chyba ten problem staje się pozorny, kiedy jasno ustalimy hierarchię wartości – system etyczny, którego chcemy przestrzegać.

  2. snajper | tamaryszkowe pre-teksty Says:

    […] Snajper – bohater czy psychopata (Wizja Lokalna) […]

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dzięki za odwagę przyznania się do mnie wobec Twoich blogowych czytelników, wśród których zazwyczaj moja osoba (czy też raczej to, co piszę) zazwyczaj nie wzbudza zbyt wielkiej aprobaty i entuzjazmu ;)

      • tamaryszek Says:

        No nie! Ależ z Ciebie sejsmograf. ;) Żeby przewidywać i rozpoznawać emocje między komentującymi! Dopóki nie dojdzie do starć i rękoczynów, nie ma mowy o animozjach. Zakładamy dobrą wolę, wzajemną sympatię i ciekawość. Nie dzielimy włosa na czworo. :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No cóż, jako sejsmograf – takie odnoszę wrażanie… Być może błędne.
          Ale czyż ten komentarz na Twojej stronie nie świadczy o tym, że to co piszę nie spotyka się z entuzjazmem Twoich czytelników? ;)

          Paweł: „Przeczytałem dialog Obojga Państwa i nasunęły mi się następujące refleksje.
          1. Dyskusja o Chrisie Kyle’u w kontekście filmu Eastwooda jest równie ‚twórcza i doniosła’ jak dyskusja o urodzie Wenus na podstawie dzieła Botticellego. Tyle samo ma wspólnego postać bogini z obrazu co postać Chrisa z filmu. Więc nie osądzajmy Go jako psychopaty na podstawie krzywego zwierciadła.
          2. Czy człowiek wykonujący swój zawód zasługuje na takie określenia Panie Błaszczyna ? Przypomina mi się scena z filmu Pasikowskiego „Demony wojny wg. Goi” kiedy major Kusz każe żołnierzom odebrać broń Cichemu i pada pytanie: „a jak mu zabierzesz broń to kto nas będzie bronił?”. Jak Pan zabierze broń ‚psychopacie’ Kyle’owi to kto nas będzie bronił ? Pan swoim piórem i humanizmem ?! To niech Pan to powie ocalonym przez snajperów NATO mieszkańcom Sarajewa.
          3. Proponował bym Obojgu Państwu oddzielenie postaci prawdziwego Żołnierza od pajaca przedstawionego w filmie i słusznie olanego przez krytykę od prawdziwego Człowieka. Polecam lektury – zwłaszcza ocenę Ch.Kyle’a przez jego operatorów z Gromu.
          I gorącą modlitwę żeby nam nie zabrakło takich Ludzi kiedy przyjdzie pora na ratowanie czyjegoś życia przed prawdziwymi szaleńcami.”
          (…)

          Spodobała mi się natomiast Twoja odpowiedź (tak, że nie mogę sobie odmówić przyjemności zacytowania jej tutaj):

          Tamaryszek: „Pomodlę się. Tylko przedtem muszę zrozumieć o co. Bo mówi się, że czasem człowiek prosi i dostaje, ale z własnej głupoty nie to, co mu naprawdę potrzebne.

          Serio: dobrze, że się odezwałeś. Rozumiem, że jesteś zafascynowany (a przynajmniej pozytywnie nastawiony) do Chrisa Kyle. Jasna sprawa, że wiesz więcej niż ja, bo moje rozpoznanie tej postaci jest wtórne. Staszek wie więcej, ma też wyraziste poglądy, temat jest mu bliski. Odpowiadam, oczywiście, ze swojej perspektywy.

          1) Jak najbardziej rozdzielam postać filmową od rzeczywistej. I zajmuję się tą filmową. Nie przekonał mnie Eastwood. Tu się chyba zgadzamy.

          2) Być może różnimy się w oczekiwaniach wobec Eastwooda. Jeśli dobrze rozumiem, filmowy Snajper jest bladą kopią realnej postaci, mającą głębię (ideę etc.), która z filmu nie emanuje? Bardzo bym chciała usłyszeć o Kyle`u coś, co mu odda honor. Wcale nie chcę go negatywnie naznaczać. Jeśli jednak słyszę jego bezrefleksyjną wypowiedź, że zabijał tylko złych ludzi i że nie żałuje żadnego strzału, to coś mnie od niego dystansuje. Wiesz, żołnierz zabija podczas wojny, więc nie będę się oburzać. Ale jeśli śmierć, którą zadaje, nie budzi w nim żadnych wątpliwości, to jest problem.

          3) Wydaje mi się, że w tym kierunku szła rozmowa. „Psychopatyzacja” usprawiedliwiona społeczną użytecznością to dość skomplikowany temat. Nie chodzi o to, by sobie stroić żarty z tych, którzy uczestniczą w misjach i narażają życie. Raczej o to, jakim kosztem. I nawet gdy zejdziemy na krytykę amerykańskiej interwencji w Iraku, to tym dramatyczniej brzmi pytanie o uczestników. Ich koszty są najwyższe.Zresztą Eastwood starał się to oddać („scena telewizyjna” itp). Ale zostawmy Eastwooda.
          Jak to jest: czy współczując snajperowi traumy, mam go jednocześnie podziwiać? I nie pytać o sens walk, bo podejrzenie bezsensu unieważniłoby wartość poświęceń?

          4) Jeszcze wracam do p.2), czyli naszych oczekiwań wobec Eastwooda. Mnie by usatysfakcjonowało postawienie jakichś pytań. I dostrzeżenie, że nikt nigdy nie ma jedynej racji. A bojowe nakręcanie się jest na pewno skuteczne, ale skutecznością podwójną. Raz – snajper bez wątpliwości trafia celniej. Dwa: snajper bez wątpliwości traci wrażliwość (rodzaj kastracji).
          Podam przykład znany z naszej literatury. Dwudziestoletni K.K.Baczyński, idący walczyć, bo nie można inaczej. Ale przerażony, że „gdy broń dymiącą z dłoni wyjmie” będzie już inny. Nie będzie święty. Bo nie ma takiej świętej sprawy, dla której można by zabijać. Choć taka bywa konieczność. Ale właśnie: konieczność tragiczna. Nie jakaś tam legendarna misja.

          5) Żołnierze walczą, ale humaniści mają prawo pytać, czy wszystko jest ok.
          W jakimś sensie, oczywiście, nasze gadanie nie równoważy konkretnych działań. Ale chyba lepiej, że się rozmawia. Alternatywą byłoby milczenie (z przerażenia lub obojętności). Osobiście, wolałabym się nie wypowiadać na tematy polityczne. Bo nie chcę występować pod jakimkolwiek sztandarem. No tak, tylko czy mam się zasłaniać niewiedzą? Kto dziś może nie wiedzieć, co się dzieje na świecie, co wyprawia Putin, co rozpętał G.W.Bush. Po różnych stronach „barykad” walczą jacyś wplątani w to ludzie. Czasem rozróżnienie wilków od owczarków jest diablo trudne. A ściślej: to rozróżnienie jest mitem.”

  3. tamaryszek Says:

    Dorzucę, że jeśli obejrzenie tego filmu jest rozczarowaniem, to nie wiadomo, czym bardziej. Wolałabym chyba pozostać przy marudzeniu nad patosem i uproszczeniami Eastwooda. Uwzględniając też winę polityki zagranicznej USA. Najtrudniej mi przełknąć tę psychopatyczną diagnozę Chrisa Kyle`a. Udział w złej wojnie (i w ogóle: udział w wojnie) nie może stygmatyzować żołnierzy, nawet jeśli nam samym bliższy jest pacyfizm. Chciałabym szukać takiej perspektywy, która pokazałaby w Snajperze jakieś pęknięcie, dramat, konflikt wewnętrzny. Coś, co pozwoliłoby mi go uczłowieczyć. Bo tak jak jest, to Eastwood wyrządza mu niedźwiedzią przysługę.

    Niezły research. Bardzo szeroko naświetliłeś temat. Pewnie nie weszłabym w temat tak głęboko, gdybym zbierała swoje własne spostrzeżenia po seansie. Ta rozmowa i dla mnie była otwierająca. Pozdrawiam :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ale to nie chodzi o pacyfizm (nie uważam się za pacyfistę), tylko o paradygmat wojny sprawiedliwej. Nie chodzi też o stygmatyzację żołnierzy, tylko o pewną świadomość i polityczny krytycyzm (tylko wtedy można się uchronić przed „społecznie użyteczną psychopatyzacją” – przed uczynieniem z siebie bezmyślnego narzędzia w rękach bezwzględnych, rządnych władzy – często cynicznych – polityków, którzy mają skłonność, aby wszystko i wszystkich traktować instrumentalnie).

      Kłopot w tym, że Kyle nie miał żadnych „pęknięć” związanych z tym, że zabijał innych ludzi (jak mógł mieć, skoro on to po prostu lubił robić?) Już to jest dla mnie świadectwem jego psychopatycznej osobowości.

      Widzę, że nasze spojrzenie na ten film (przynajmniej na początku) było inne: Ty bowiem jesteś skłonna traktować film głównie w kategoriach filmowej sztuki, ja jednak często umieszczam go w kontekście historycznym i społecznym (czyli w rzeczywistym świecie, w którym żyjemy). Zdaję sobie sprawę z tego, że to moje podejście nie w przypadku każdego filmu jest uprawomocnione czy nawet sensowne (dlatego nie zawsze to robię), tym razem jednak trudno mi było uniknąć takiej konfrontacji filmu z rzeczywistością, tym bardziej, że Eastwood umieścił swój obraz w konkretnym momencie historycznym, a ponadto ukazał w nim realnie istniejącą, znaną postać, która stała się „ikoną” amerykańskiej armii, uosabiając amerykański patriotyzm.

      • tamaryszek Says:

        Nie może być tak, że nam się pokrywają myśli, bo to by znaczyło, że jedno się drugiemu podporządkowuje. A każde z nas myśli oddzielnie. Wiele interesujących spostrzeżeń (i przekonujących) znajduję w tym, co piszesz. Tak, ja się trzymam filmu (widziałam, ogarniam), co nie znaczy, że odcinam się od kontekstu (ale ogarniam go znacznie słabiej niż film).
        Zresztą, różnica w tym (jeśli się nie mylę), że Ty próbujesz uporządkować swoje widzenie tematu, wyciągnąć wnioski, ocenić zjawisko i człowieka. Ok. A ja wystrzegam się oceny. Nie mam potrzeby stawiania kropki nad „i”. Cecha osobnicza. Zawodowo oceniam i bardzo się wystrzegam, by tego nawyku nie przenosić na życie. A gdy stawiam notę, ściśle określam, że dotyczy takiej a takiej umiejętności czy jakiegoś zakresu materiału. Nie mam ambicji szacowania całokształtu.
        Niektóre zachowania Snajpera mnie odrzucają. Czy to znaczy, że był psychopatą? A może są dziesiątki sytuacji, w których ten sam człowiek zachował się z empatią większą niż moja. Nie mam danych, że tak było (i nie mam danych, że nie było). Gdybym powiedziała, że Kyle jest psychopatą, to brzmiałoby podobnie jak jego wyznanie, że zabijał samych „bad guys”.
        O wiele ciekawsza wydaje mi się refleksja o „psychopatyzacji”. O tym, że sami godzimy się na to (lub biernie nie oponujemy), by taka obróbka osobowości się dokonywała.

        Już chyba więcej nie dodam, nie powtarzając się. :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jeżeli nasze myśli zaczynają się pokrywać, to wcale nie oznacza, że jedno się drugiemu podporządkowuje, tylko po prostu to, że jedno drugiemu przyznaje rację ;) Albo, że stajemy się w czymś jednomyślni – niekoniecznie podporządkowani ;)

          Wybacz, ale ja nie kupuję tych ciągłych zapewniań wszystkich i wszędzie, że nie oceniają, nie osądzają… czyjegoś postępowania, albo czyjejś osoby. Bo to nie jest cool kogoś osądzać. Ale jeśli obieramy i respektujemy jakiś system etyczny (jeśli tego nie robimy to jesteśmy po prostu a-moralni, czyli a-społeczni… a stąd już blisko do socjopatii ;) ), to siłą rzeczy – chcąc nie chcąc – umieszczamy w kontekście tego systemu człowieka, którego spotykamy w życiu lub na ekranie. (Wcale nie musimy tego werbalizować.)
          Ja myślę, że to taka post-modernistyczna, pseudo-liberalna moda – nie osądzać nikogo i niczego. Ja czasami oceniam i osadzam, lecz nie po to, żeby robić z siebie jakiegoś inkwizytora, tylko po to, by zachować jakąś etyczną orientację w świecie, w którym żyję – ale także (choć nie zawsze) – w tym, który oglądam na ekranie. Wystrzegam się jednak moralizowania, bo najczęściej jest ono dość ciężko strawne i zazwyczaj jest też zupełnie nieskuteczne. (Albo po prostu – nie chcę wyjść na nudziarza ;))

          Ale jeśli chodzi o sprawy wojny, zabijania, ludobójstwa, totalitaryzmu, niewolenia innych ludzi, wyzysku, manipulacji, eksploatacji, indoktrynacji, prania mózgu… tutaj nie mam taryfy ulgowej i zazwyczaj oceniam wprost takie zachowanie i ludzi, którzy się do tego wszystkiego przyczyniają.

          Jeśli chodzi o psychopatię Kyle’a, to patrz komentarz poniżej: jeśli nie uznamy go za psychopatę, to jeszcze gorzej, bo tym samym uznamy jego zachowanie za normalne (A jakiego typu było to zachowanie? – temu właściwie poświęciłem cały mój wpis. Jeśli ktoś tego nie rozumie, nie przyjmuje do wiadomości faktów, nie chce tego przemyśleć, jest totalnie zamknięty na argumenty – to nie wiem, czy z kimś takim rozmowa ma sens. To nie znaczy wszak, że ja oczekuję i wymagam, aby się ze mną we wszystkim zgadzać. Chodzi mi tylko o pewną… etyczną elementarność.

          Jako istoty społeczne (by nie napisać stadne), niemal wszyscy jesteśmy konformistami, a tym samym jesteśmy podatni na indoktrynację (ideologiczną, religijną…) Stąd też się bierze możliwość świadomej, dokonywanej z premedytacją „psychopatyzacji” człowieka, czy też całych grup społecznych (jest to nic innego, jak jeszcze jeden rodzaj zniewolenia człowieka przez tych, którzy czerpią z tego korzyści).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No dobrze, Renato – zgódźmy się, że Kyle nie był psychopatą. To jeszcze gorzej. Bo wtedy za normalność uznamy to, czynił, jak myślał, jak się zachowywał – całą potworność tych wykonywanych przez niego egzekucji na ludziach, mieszkańcach kraju, który najechali i który okupywali przedstawiciele naszej wspaniałej zachodniej cywilizacji, na dodatek z chrześcijańskim dziedzictwem (to kolejny abdsurd i mega-obłuda w tych okolicznościach: Kyle jest człowiekiem „wierzącym”, noszącym przy sobie Biblię).

      Homo sapiens to dziwne zwierzę z tą swoją kulturą, która i tak nie chroni go przed bezdenną głupotą, ślepotą i bestialstwem.

  4. Ojtam Says:

    Film mi się nie podobał. Płytki temat, płytki facet – Legenda ?!?!?! Śmiechu warte. Amerykański szowinizm raz cienkim strumieniem, raz większą rzeczką wycieka z filmu aż miło. Reakcja (pochlebna lub wręcz euforyczna – aż musiałem sprawdzić te wpisy na Lubimy czytać) widzów na ten film mnie zadziwia.
    Amerykanie tocząc wojnę z Wietnamem kręcili filmy gloryfikujące żołnierzy i samą wojnę z „dzikimi żółtkami”. Ponieważ nie wygrali jej, to po latach przyszło im kręcić nowe filmy z rachunkiem sumienia i biciem w piersi. Pewnie podobnie będzie z każdą kolejną wojną, która po latach okaże się „pomyłką”. Póki co, można kręcić filmy o „Legendzie”. Pamiętacie kto to powiedział: historię piszą zwycięzcy ? No nie kto inny, jak wujaszek Stalin. Czy to nie daje do myślenia?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ależ Irak już jest uznawany przez większość świadomych ludzi za pomyłkę. Dziwne – i nieuczciwe jednak – jest to, że Eastwood to zignorował i na kanwie niesprawiedliwej wojny, oparł swoją opowieść o Wielkim Bohaterze, który w rzeczywistości był wg mnie dotkniętym (do pewnego przynajmniej stopnia) przez psychopatię człowiekiem.

      Wolałbym, aby nie było Wietnamu. Nawet kosztem tych bardzo dobrych filmów, które powstały w ramach rozrachunku z tamtą wojną, jak np. „Łowca jeleni”, „Powrót do domu”, „Pluton”… etc. (Niestety, przy tych filmach „Snajper” prezentuje się dość miernie.)

  5. Leszek Says:

    Przecież to tylko pieniądze. Eastwood może i stawał w opozycji do wojny w Iraku ale film to pieniądze i tego sobie nie odmówił.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie wiem, Leszku. Mimo wszystko uważam Eastwooda za gościa, który nie robi filmów dla pieniędzy (ma już ich chyba wystarczająco dużo) – że one są u niego na dalszym miejscu i liczy się głównie stworzenie dobrego filmu. Niestety, to mu się w przypadku „Snajpera” moim zdaniem nie udało.

  6. Amaktor Says:

    Coś przerażającego. Chory jest świat, w którym ludzie nie twierdzą jednogłośnie że zabijanie jest złe. Kiedyś to była prawda uniwersalna, kiedy i dlaczego to się zmieniło?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie wiem czy się zmieniło. Zabijamy się wszak od zarania ludzkości.
      Wprawdzie ewoluowaliśmy na tyle, żeby przyjąć (stworzyć?) przykazanie „nie zabijaj”, ale nigdy tego przykazania nie respektowaliśmy do końca, zawsze obwarowywaliśmy je pewnymi warunkami, dopuszczaliśmy wyjątki… To dlatego jest jak jest…
      Całe to patriotyczne wzmożenie, w którym podziwia i gloryfikuje się człowieka jadącego do obcego kraju – pod idiotycznym pretekstem i wskutek kłamliwej propagandy wojennej napędzanej przez garstkę bezwzględnych i cynicznych cwaniaków – zabijającego tam ludzi i wraz z innymi, podobnymi mu kamratami o wypranych mózgach, rujnującego ten kraj – to wszystko świadczy, że nie zasługujemy na pokój. Dlatego mamy to, co mamy. I niestety, to jeszcze nie koniec.

  7. daab Says:

    Zacytuję tu Kissingera: „Żołnierze są tępymi, głupimi zwierzętami używanymi w polityce zagranicznej.” – cóż, jeśli ktoś działa w imieniu i interesie takich ludzi, to tylko pogratulować. Zwróćmy uwagę, że najlepsze filmy wojenne, które zwracają uwagę na ważne rzeczy, mówią o jej złu i bezsensie, powstawały w czasach Wietnamu – a dlaczego? – dwa słowa: przymusowy pobór. Kiedy przypadkowy Johny prosto z Bronxu mógł trafić do oddalonej o tysiące kilometrów dżungli i wrócić bez nogi, to działało to na naród jak zimny prysznic skłaniający do myślenia. Dziś to co innego.

    Eastwood reżyseruje bardzo sprawnie, ale to już któryś jego film gloryfikujący poświęcenie, choćby i bezsensowne. Widać granie twardziela przez pół życia, znacząco wpłynęło na jego psychikę.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Właśnie: przymusowy pobór. Jeśli kogoś wysyłano do Wietnamu wbrew jego woli, to trudno było obwiniać takiego człowieka. Jeśli zaś ktoś jedzie na wojnę z własnej i nieprzymuszonej woli, to bierze odpowiedzialność za ewentualną niesprawiedliwość takiej wojny – za to zło, które się przez nią dzieje.

      Eastwood ma chyba jakąś obsesję amerykańskiej flagi. Również karabinów. To smutne, zwłaszcza w przypadku człowieka, który zrobił przecież także (całkiem niezły) film o Charlim Parkerze. Szkoda, że wrażliwość tego reżysera idzie tak często w te karabiny, które ewidentnie ją stępiają (działając przy tym szkodliwie na mózg i myślenie).

  8. Tess Says:

    Stephen Hawking Warns That Aggression Could ‚Destroy Us All’

    “The human failing I would most like to correct is aggression. It may have had survival advantage in caveman days, to get more food, territory or a partner with whom to reproduce, but now it threatens to destroy us all.” (Stephen Hawking)

    http://www.huffingtonpost.com/2015/02/23/stephen-hawking-aggression_n_6733584.html?ncid=fcbklnkushpmg00000063

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Zgadzam się z prof. Hawkingiem.
      Uznanie wojny za sposób rozwiązywania politycznych sporów (o zagarnianiu obcych terytoriów i bogactw nie wspominając) może spowodować, że kiedyś ludzkość udławi się (wytępi) swoją własną agresją (Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.)

  9. Jula :D Says:

    “W psychiatrii nazywa się to PSYCHOPATYZACJĄ zawodową albo społecznie użyteczną.”

    – Dlatego tyle problemów w rodzinach policjantów, czy żołnierzy. Nie wszyscy, ale w tych grupach sporo sadystów. Nie wiem czy to potwierdzenie reguły, bo sama mam w rodzinie kuzyna, któremu się nie chciało studiować, ale do Iraku i Afganistanu, sam z własnej woli i po znajomości jechał kilkakrotnie… Rodzina mu się rozpadła, żona odeszła, ma dziecko z inna kobietą, która też z nim nie chce być – chyba psychol ?…

    – No w Polsce teraz jest moda na wybielanie „żołnierzy wyklętych” – wszyscy jak jeden mąż są teraz bohaterami, bo walczyli z „komunistami”, dla odmiany dawni bohaterowie są w obecnej polityce państwa uznawani za tych „dzikich Azjatów” – mowa o „czerwonoarmistach”, no i oczywiście współpracujący z nimi „Kościuszkowscy” z dywizji czy armii Berlinga z czasów II wojny światowej. Taki teraz klimat w Polsce mamy ;) stąd zniknięcie w Warszawie „Czterech śpiących” itd…

    – Jeszcze jeden szczegół, który mi się rzucił w oczy. Czy mi się wydaje, czy te recenzje książki, to głównie damy popełniły a potem zalewały się czystymi łzami po „niesprawiedliwej śmierci bohatera”. Coś w tym jest, bo tak wiele kobiet nawiązuje kontakty listowne i nie tylko ( bo nawet ich odwiedzają w więzieniu ) ze zbrodniarzami (zabójcami seryjnymi). Czy to jakaś choroba psychiczna w druga stronę (jakaś dobrowolna ofiara psychopaty, czy jak to nazwać takie zauroczenie obcym człowiekiem i na domiar psychopatą i zabójcą (sic)!

    – Ja na ten film na pewno nie pójdę, nie jestem w stanie oglądać filmy o takiej eskalacji przemocy, zwłaszcza, że pamiętam czasy, kiedy moi koledzy z pracy jechali właśnie tam do Iraku budować drogi, szkoły szpitale. Czyli byli tam zabijani ich znajomi. :(
    Tak , tak .. . były takie czasy kiedy Polacy tam jechali zarabiać nie na misji wojennej ale na drodze pokojowej.
    Studenci z tamtych krajów u nas się kształcili. Kraj nasz, Polska faktycznie wtedy na takiej transakcji zarabiał.

    – Z tych tegorocznych filmów, które zdobyły Oskara idę na pierwszy film polskojęzyczny z tą nagrodą pt. „Ida”.
    Przypuszczam, że gdyby nie „Oskar”, to bym nie poszła ale tylko dlatego, że film opowiada w sumie smutną historię.
    Idę – bo chcę sobie sama wyrobić niezależną opinię. ;)
    (O dziwo w moim mieście w Polsce bardzo dużo ludzi poszło na ten film , już po „Oskarze”, nawet pani sprzedająca mi bilet to potwierdziła, pomimo, że powszechnie dominują następujące poglądy (cytat z komentarza Torlina z Jego bloga): „To tak, jak na Oskary mają wpływ środowiska żydowskie, gdyby „Ida” była o Polakach, pies z kulawą nogą itd.”
    No on to, jak te recenzentki tej książki o tym zawodowym strzelcu wyborowym , tych „arabskich dzikusów”, z pewnością płakałby rzewnymi łzami po nim, znając Jego zdanie na temat Arabów w ogóle. Torlin ich od zawsze odczłowieczał, bo mu tak pasowało – tylko „biały” może być jego zdaniem człowiekiem, żadne tam „Multi-Kulti”.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Też uważam, że trzeba było mieć kompletnie porąbane w głowie (ewentualnie być kompletnym idiotą bez wyobraźni, o wyczuciu politycznym nie wspominając), żeby się na ochotnika zgłaszać na wojnę do Afganistanu.

      Ja jednak nie natrząsałbym się z niektórych bohaterów – z tych, którzy walczyli w rzeczywiście słusznej sprawie: o naszą niepodległość w czasie II wojny światowej (ale także i po jej zakończeniu). Chylę czoła przed tymi ludźmi.

      Mnie również uderzyło to, że Chrisem Kyle, „wojownikiem”, zauroczone są głównie młode panie (to one są autorkami najbardziej pasyjnych peanów na jego cześć – mam na myśli portal „Lubimy czytać”). To, że przestępcy (często mordercy) osadzeni więzieniach cieszą się adoracją wielu kobiet też mi jest znane (pisałem nawet o tym kiedyś). Ja sobie to tłumaczę prosto (i po darwinowsku): niektórym kobietom imponuje agresja, siła, bo czują podświadomie że silny samiec (a za takiego uważają żołnierza, ale też i mordercę) może zapewnić lepszą i skuteczniejszą ochronę jej potomstwu. (Oczywiście jest to złudzenie.)

      Tak, ja również pamiętam jak Polacy wyjeżdżali do Iraku „na budowę”. Później, w ramach sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, Polska wysłała tam swoich żołnierzy, a politycy nie kryli się, że w zamian oczekujemy intratnych kontraktów. Niestety, wszystko skończyło się afera korupcyjną – i figą z makiem. Ponadto, zostaliśmy skażeni tą niesprawiedliwą wojną (hańbą).

      • Jula :D Says:

        „Ja jednak nie natrząsałbym się z niektórych bohaterów – z tych, którzy walczyli w rzeczywiście słusznej sprawie: o naszą niepodległość w czasie II wojny światowej (ale także i po jej zakończeniu). Chylę czoła przed tymi ludźmi.”

        To znaczy których bohaterów, bo ich było multum, w każdej ze stron konfliktu tego z czasów II wś. i po wojnie.
        Teraz to nawet i „gestapowcy” urastają w oczach niektórych Polaków na bohaterów (sic)!..

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Napisałem wyraźnie: „tych, którzy walczyli w rzeczywiście słusznej sprawie: o naszą niepodległość w czasie II wojny światowej”
          I byli myślącymi i czującymi ludźmi – nie tylko maszynami do zabijania ani takimi, którzy lubili zabijać innych ludzi (nawet jeśli to był tzw. „wróg”).

  10. dragonfly Says:

    Myśmy się z małżonkiem starli o ten film, bo jemu się podobał (bo przecież żołnierze są od zabijania, a to wojna i nie ma co się dziwić, do tego został wyszkolony) , mnie nie. Też napisałam o tym filmie, ale Wasze uwagi są naprawdę super celne (co za ironiczne słowa w tekście o snajperze ;-))
    Mnie się ten obraz kojarzył z filmami akcji z lat 80., w których jakiś hiroł ratował świat przed radzieckimi szpiegami. Tu zamiast szpiegów są islamscy bojownicy i tyle. Klisze, wszystko czarne-białe, zero refleksji, Eastwood klęczy przed swoim bohaterem. Totalne nieporozumienie to kino.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To pewnie dlatego, że Twój mąż podszedł do tego filmu, jak do… filmu, może nawet jak do filmu wojenno-przygodowego ;)

      Przeczytałem to, co napisałaś o „Snajperze” na swoim blogu. Widzę, że potraktowałaś film Eastwooda jeszcze bardziej ostro, niż ja.
      Zacytuję fragment: „American Sniper” nie jest filmem o wojennym bohaterstwie! Ani tym bardziej nie jest uczciwą refleksją na temat wojny w ogóle. Osiemdziesięcioczteroletni Eastwood ostatnio śpieszy się bardzo, wypuszczając po dwa filmy rocznie, co tutaj widać (och, ta gumowa lalka udająca niemowlę, błagam!). Najbardziej zastanawia mnie jednak pytanie, które oczywiście w obrazie też nie padło, bo Kyle nigdy nie popełnia błędu i jest jak maszyna do zabijania – co jeśli ofiara była zwykłym cywilem, który znalazł się w nieodpowiednim miejscy w nieodpowiednim czasie?

      Podejrzewam, że Kyle musiał popełniać błędy i zabijał przypadkowych ludzi – ale tym raczej się nie chwalił (nigdy chyba nie dowiemy się tego, jak tam naprawdę było – uważam, że ta książka jest przefiltrowana, a dodatkowej filtracji dokonał Eastwood).

      Nota bene istnieją szokujące filmy, które ukazują jak wyglądały niekiedy walki amerykańskich herosów (zabijających dla zwykłej zabawy cywilów, strzelających dla „funu” do przejeżdżających samochodów osobowych). Oto jeden z nich:

      No cóż, to raczej nie przypomina szlachetnych wojowników bijących się za swoją Ojczyznę (wolność i bezpieczeństwo jej obywateli), jakich ukazał w swoim filmie Eastwood.

      I może jeszcze ta „klasyka” ukazująca zbrodnie popełniane przez Amerykanów w Iraku:

      Nic dziwnego, że po czymś takim ci dzielni wojownicy wracali do domu z mózgiem w stanie totalnego „fucked-up”. (A i tak odnosi się to głównie do tych, którzy mieli choć odrobinę sumienia, wrażliwości i ludzkiej przyzwoitości.)

      • dragonfly Says:

        Dokładnie tak!!!!! Miałam w głowie te historie o amerykańskich żołnierzach, którzy zachowywali się jak równie niefajnie jak Amon Goeth.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie jestem pewien, czy użycie słowa „niefajnie” na określenie tego, co robił Goeth w obozie w Płaszowie, jest właściwe.
          No bo jak to brzmi: „niefajnie” jest zabijać więźniów obozu koncentracyjnego, strzelając do nich ze sztucera ze swojego balkonu podczas śniadania.”

        • dragonfly Says:

          Racja, racja, racja. Wielki skrót myślowy, do których mam cholerną skłonność.

  11. tamaryszek Says:

    Do postmodernizmu mam stosunek sceptyczny. A dlaczego miałabym być postmodernistką? A nie na przykład chrześcijanką? Chrześcijanie też wystrzegają się ocen. Mówią tak-tak, nie-nie, ale nie wydają sądów. Przynajmniej tak odczytałam tę Księgę, którą prawie każdy ma w domu, a niewielu zagląda. Jeśli można, to ja wystąpię jako ja.

    A jeśli trzeba sięgnąć po jakieś szufladki, to z przymrużeniem oka. ;) Oglądałam niedawno na YouTubie porady Mariusza Szczygła dla młodych reporterów. Taki materiał dla licealistów. Szczygieł dzieli ludzi mających chęć zajmować się dziennikarstwem na publicystów i reporterów. Ci pierwsi na ogół szybko wiedzą, co o czymś myślą i starają się znaleźć odpowiednią argumentację. Oczywiście, mądry publicysta sięga do różnych źródeł i nie stosuje łopatologii. Jest ok. Natomiast reporter to ten, co na początku nic nie wie albo po prostu zaczyna robotę od sprawdzenia, jak to wygląda z tej czy innej perspektywy. I nawet jak mu się już wydaje, że coś zrozumiał, to jeszcze zajrzy pod podszewkę i sprawdzi, czy nie można by tego odwrócić. I święcie wierzy, że szuka prawdy.

    Teraz ja coś zasugeruję. Może Ty masz temperament publicysty, a ja go nie mam? Może mi bliżej do tego, który bardziej lubi szukać, niż się upewniać? Tylko nie odczytuj tego jako wartościowanie.
    Sięgnęłam po te szufladki, żeby coś zobrazować. Oczywiście, jeśli chciałbyś się zamienić na szufladkę, to możemy spróbować. ;)
    I tak wystąpiło wiele zbieżności, a rozbieżności są całkiem interesujące. :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie zarzucam Ci przecież, że jesteś postmodernistką. (Z tego, że czasem wypije się kieliszek whiskey nie wynika, że jest się alkoholikiem ;) ) Ale być może uważasz się za chrześcijankę? Jeśli by tak było, to byłoby mi miło – zawsze człowiekowi raźniej gdy spotyka pokrewną duszę ;)
      Ale zostawmy na boku żarty – i nie szufladkujmy się.

      Nie wiem, może mam temperament publicysty ze skłonnością do moralizowania. Jeśli tak, to mam nadzieję, że to moralizowanie nie jest zbyt nachalne, zbyt… moralizatorskie ;)
      Ale ja tego tak nie widzę. Moje pisanie (a konkretnie: obecne w nim elementy osadzania, moralizowania) nie wynika z tego, że ja chcę kogoś poprawić, sprowadzić na właściwą drogę, ani tym bardziej potępić. Wiem też, że nie poprawię świata – więc nie mam takiej ambicji. Ja jednak piszę po to, by poznać i zrozumieć – również po to, by opowiedzieć się po tej stronie, którą uważam za dobrą i słuszną. Szukam więc też pewnej sprawiedliwości. Jednak pierwotnym bodźcem do tego wszystkiego zawsze była ciekawość świata i chęć jego zrozumienia. A że z czasem poznałem rzeczy, które mnie bolały, wobec których czułem niechęć, czy nawet odrazę? („Jam nie z soli, ani z roli, jeno…” ;))

      Jeśli wybieram się w podróż, to nie dlatego, że jestem publicystą, tylko dlatego, że chcę poznać inne kraje, innych ludzi, ich kulturę, charakter, zwyczaje… – to jest pierwotnym motywem tego, że mnie ciągnie w świat (np. ostatnie półtora miesiąca spędziłem w Azji, głównie w Birmie), to jest prawdziwe modus vivendi moich wędrówek. A nie to, że ja chcę tych ludzi oceniać, a tym bardziej sądzić. A jeśli uda mi się coś opublikować ze swoich podróżnych wrażeń – coś, czego dowiedziałem się o spotkanych ludziach, ich kraju, jego historii i tradycji, ich obyczajach… to chyba dobrze, bo być może zainteresuje to kilka osób, poszerzy ich wiedzę o świecie, pomoże ten świat zrozumieć? A może nie? Ale wtedy pozostaje satysfakcja z tego, że się przeżyło jakąś poznawczą przygodę.

      I muszę Ci powiedzieć, że bardziej mi się podoba postawa reportera (w ujęciu Szczygła). Tak, reporter powinien starać się poznać rzecz jak najwszechstronniej, jak najbardziej obiektywnie (choć ja nie wierzę jednak w zupełny obiektywizm), jak najuczciwiej, bez żadnej manipulacji faktami (o kłamstwie nawet nie wspominam). A jeśli już zbierze wystarczająco dużo materiału, to staje się… publicystą ;)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      I jeszcze jedno: wydaje mi się, że Ty bardziej uprawiasz analizę kina, ja natomiast filmową krytykę. Silą rzeczy więc częściej oceniam – najczęściej film (jego formę, aktorstwo, reżyserię, warsztat, przesłanie… ), ale też i czasem samych bohaterów.
      Jednak ostatni film Eastwooda jest dla mnie filmem szczególnym – właśnie dlatego, że podejmuje temat, który zawsze był dla mnie ważny, i wobec którego – przyznaję to – trudno mi zachować neutralność.

  12. Onibe Says:

    ostro pojechałeś po filmie. Snajpera nie widziałem, więc nie podyskutuję. Dodam jednak, że dostrzegam w Twoim rozumowaniu drobny problem. Pisząc, że tytułowy bohater jest właściwie mordercą, skoro poszedł na nieuzasadnioną wojnę, na zasadzie logicznego dopowiedzenia można przyjąć, że akceptowalne wobec Ciebie są tylko dwie żołnierskie postawy wobec takiej wojny:
    – kiedy żołnierz z wojska ucieka
    – kiedy daje się zabić.
    Myślę, że nawet pacyfista w ostateczności woli zabić niż dać się usiec, na czym zresztą polega dramat wojny – nie tylko na gardłowaniu o sprawie tysiąc kilometrów od linii frontu, ale właśnie na konieczności przetrwania konkretnego starcia.

    A Clint to dla mnie jeden z najcenniejszych amerykańskich twórców. Nie przesadzałbym z nadmiernym gloryfikowaniem go, ale zarówno jako aktor (a zatem kreator danych postaci) jak i reżyser/producent starał się zawsze powiedzieć coś na swoją modłę. Jego filmy są nietuzinkowe, zapadają w pamięć.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Pierwszy komentarz, od którego zaczęła się nasza rozmowa z moją blogową znajomą, był napisany na jej blogu, dosłownie w kilka minut po tym jak wróciłem z kina, gdzie obejrzałem „Snajpera”. To było napisane na adrenalinie jaką ten film we mnie wzbudził – pod wpływem emocji – dlatego jest to takie przejaskrawione, także pochopne. (Nie wiedziałem, że z tego zrobi się wpis.) Ale ja się z tego nie wycofuję – w ogólnym zrębie takie jest moje zdanie o tym filmie i o ukazanej w nim postaci.

      Jednak nie do końca mnie zrozumiałeś. Ja nie nazywam Kyle’a mordercą dlatego, że poszedł na nieuzasadnioną wojnę, tylko z powodu tego, co on na tej wojnie robił… Ale to jeszcze nie tak… bo przecież nie nazywam wszystkich amerykańskich żołnierzy, którzy zabijali Irakijczyków mordercami. Nazwałem go tak a nie inaczej, bo on miał z tego zabijania przyjemność. Właśnie – Kyle jechał raz po raz do Iraku po to, by zabijać ludzi (jego usprawiedliwienia, że jechał tam by ochraniać innych żołnierzy, albo po to, by bronić amerykańskiej wolności i wyeliminować terrorystów, to wg mnie owijanie w bawełnę, innymi słowy – używając żołnierskiego języka – bullshit) – a to jest jednak pewien rodzaj psychopatii.
      To nieprawda, że ja akceptuję tylko dwie postawy wobec takiej wojny (jak ta w Iraku) – dezercję i danie się zabić (z tym, ostatnim to pojechałeś po bandzie).

      Wg mnie jest dużo więcej możliwych postaw. Np:
      – w ogóle nie zaciągać się do wojska
      – nie zgłaszać się na ochotnika do walki w Iraku
      – odmówić służby w Iraku (istniały sposoby – i to całkiem legalne – by uniknąć wysłania na tę wojnę)
      – uświadomić sobie jakie były faktyczne motywy tej wojny (jej polityczne podłoże)
      – nie zabijać świadomie cywilów (a tym bardziej nie dehumanizować Irakijczyków, nie uważać ich za dzikusów i zwierzęta, za jakąś niższą rasę, podludzi…)
      – nie poddawać się amokowi walki i nie strzelać do wszystkiego, co się rusza – zwłaszcza dla „fanu”
      .. etc.
      Kyle nie poszedł żadną z tych dróg. Wręcz przeciwnie – on się dopuścił wszystkich tych rzeczy, które wymieniłem jako te, których należało uniknąć, by zachować się etycznie.

      Wszystko to, co piszesz o Eastwoodzie jest prawdą. Takie samo jest moje o nim zdanie (kiedyś chyba już na ten temat ze sobą rozmawialiśmy). Ale „Snajper” jest wg mnie potknięciem – zwłaszcza pod względem… nazwijmy to… ideowym. Zupełnie nie mogą przełknąć ukazanego w nim „bohaterstwa” takiego typa, jak Kyle; a zwłaszcza dołuje mnie jego prostacka „polityczność” (np. ukazanie kraju, na który dokonało się agresji, jako kraju prymitywów i dzikusów – to niestety jest jak z najgorszej faszystowskiej propagandy) – zerowe właściwie potraktowanie uwarunkowań politycznych tej wojny. (Ten film zupełnie ignoruje okoliczności tej wojny, nie wyjaśnia dlaczego ci ludzie pojechali do Iraku zabijać jego mieszkańców w ich własnym kraju. Ukazanie 9/11 czy zamachów na ambasady USA w innych krajach jako powodu zaatakowania Iraku – który nota bene nic nie miał z tym wspólnego – jest wg mnie zabiegiem prostackim i chwytem poniżej pasa. Ale być może było to skrojone na miarę prymitywizmu intelektualno-charakterologicznego „bohatera” filmu.)

      • Onibe Says:

        o Snajperze wolę nie gadać, bo tak jak wspomniałem – filmu nie widziałem. Jeśli faktycznie gość jechał na wojnę dla frajdy, to komentarz zbędny. Bez wątpienia jest to jakaś forma psychopatii. I może dobrze, że nie widziałem, bo zepsułbym sobie zdanie o Clincie…

        Co do bycia żołnierzem: jak już się trafi na wojnę (czyli jak się nie skorzysta z opcji umożliwiających wycofanie się), to pozostaje tylko jedno: zabijanie. I z tego się nie wycofam. Tak jak wspomniałem: na tym – m.in. – polega dramaturgia wojny. Ale głębia tego problemu sięga do samych struktur społeczno-politycznych, które łapią ludzi w pułapkę i uniemożliwiają życie zgodnie z własnym sumieniem.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Clint ma już taki dorobek, że jeden, dwa filmy zjechane, mu renomy nie zepsują.

          Ludzie wchodzą w pułapki, które sami na siebie zakładają. Jedną z takich pułapek jest błędne koło wojennej agresji – przekonanie, że wojen nie da się uniknąć – że są one skutecznym przedłużeniem polityki. Że po to, by mieć pokój, trzeba szykować broń. I szykują – ale właśnie dlatego nie ma pokoju, są wojny.

        • Onibe Says:

          Kiedyś, nasi przodkowie mawiali, że nierządem Polska stoi i właśnie ten bezwład, brak silnego rządu i wojska miał być gwarancją pokoju. Że niby nie jesteśmy groźni. Nie umknęło Ci jak się to skończyło, prawda? ;-P. W czasach nowożytnych takie lekcje odrabiają Gruzja czy Ukraina. Wkrótce okaże się czy nasz „nierząd” odstraszy nakręcającą się Rosję.

          Jak widać, mam nieco inne zdanie w temacie. Może dlatego, że nie znam przykładów udowadniających tezę przeciwną do si vis pacem para bellum.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To może pod rozwagę (słowa Gandhiego):

          Nie ma drogi do pokoju. To pokój jest drogą.

          Dopóki będziemy przekonani o tym, że trzeba szykować armaty, żeby mieć pokój, dopóty – jako ludzkość – nie będziemy zasługiwali na pokój (a wojny będą toczyć się dalej).

        • Onibe Says:

          ciekawe gdzie skończyłby Gandhi sto lat wcześniej, gdyby jego polityka trafiła na przeciwnika będącego w innym stanie umysłu ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Co – i kogo – masz na myśli pisząc „przeciwnik o innym stanie umysłu”?

        • Onibe Says:

          na pewnym etapie tworzenia Imperium Brytyjczycy po prostu wyżynali wszystkich opornych i niszczyli całe miasta. Później im przeszło, woleli się wycofać. Gdyby więc Ghandi miał ochotę uskuteczniać pokojowy ruch oporu wcześniej, to by go odpowiednio spacyfikowali ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No właśnie, „późniejsza sytuacja” spowodowała, że doktryna „biernego oporu” propagowana przez Gandhiego miała sens. (Trzeba więc dążyć do owej „późniejszej sytuacji”, kiedy ludzie bardziej mądrzeją i nie chcą się nawzajem wyżynać. Uważam, że jest to możliwe – co zresztą potwierdzają historyczne fakty – jak np. ta w Indiach.)

          Nota bene doktryna Gandhiego dopuszcza również używanie fizycznej przemocy w pewnych sytuacjach – jeśli jest ona niezbędna do osiągnięcia celu (nie kanceluje też prawa do obrony własnej).

        • Onibe Says:

          Niektóre Imperia dojrzewają do tego by unikać przemocy, inne nie. Wyobrażasz sobie np. Rosję bez przemocy wewnętrznej czy zewnętrznej? Koreę Północną? Już prędzej Chiny…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ja sobie mogę wyobrazić każde państwo, które by unikało przemocy prowadzącej do wojny (nawet Rosję, nawet Koreę – z tym że nie w obecnym stadium rozwoju, czy też raczej zastoju).
          (Choć skądinąd nazwa „imperium” zawsze mi się jakoś źle kojarzy – właśnie z przemocą, ekspansją i agresją – niestety, każde imperium w dotychczasowej historii ludzkości, na tym właśnie opierało swoją siłę – to było nawet racją jego istnienia. Ale wcale nie musi tak być zawsze.)

        • Onibe Says:

          no tak, ale to znowu sprowadza nas do dyskusji, w której argumentem staje się coś co by mogło być, ale nie jest faktem. Ja też mógłbym być wyższy o dwadzieścia centymetrów i mieć większe powodzenie u kobiet, a przy tym jeździć rollsem. Ale jestem jaki jestem i swoje działania opieram na realiach a nie nadziejach.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No nie, wcale nie możesz być 20 cm wyższy (chociaż zawsze istnieje taka możliwość, że jeździłbyś rollsem – o powodzeniu u kobiet się nie wypowiadam, bo Cię z tej strony nie znam ;)) Natomiast w państwie jak najbardziej może się zmienić ustrój, mogą dojść do władzy inni politycy (tak jak to się stało choćby w Niemczech, czy w Japonii po II wojnie światowej), odrzucający agresywną politykę, siłową ekspansję i budujący społeczeństwo bardziej gołębi, niż jastrzębi i wilków (zgadzam się – te ostatnie zwierzęta też są potrzebnie, ale nie w nadmiarze).

          Tak naprawdę, to pod pewnym względem nasze poglądy się nie różnią (ja np. – zważywszy na obecną sytuację w świecie – jestem zwolennikiem tego, by Stany Zjednoczone dysponowały silną armią – krytykuję tylko nieetyczne wykorzystywanie tej siły), ale – w przeciwieństwie do Ciebie – nie jestem zafascynowany militaryzmem i „wojowniczością” rodzaju ludzkiego. Stąd Ty jesteś za dozbrajaniem się (szykowaniem armat), i trudno Ci sobie wyobrazić świat bez wojennej agresji, ja za dążeniem do pokojowej egzystencji między ludźmi, używaniem armii tylko do samoobrony (dopuszczam tylko udział w wojnie sprawiedliwej, usprawiedliwionej etycznie – a moim zdaniem żadna wojna, jaką prowadziły Stany Zjednoczone po uzyskaniu niepodległości w XVIII w. – oprócz wojny z faszystowską osią – nie była wojną sprawiedliwą).

        • Onibe Says:

          masz rację – w państwie mogą się zmienić władze, jednak, co ciekawe, zmiana na „łagodnych” następuje po twardych klęskach. Hitlera z tronu zrzuciło poświęcenie milionów żołnierzy. Hirohito i klika japońskich generałów zrezygnowali z władzy po tym jak dwa miasta zamieniły się w radioaktywne muzea.

          Nie jestem zafascynowany militaryzmem. Z wykształcenia jestem – załóżmy – politologiem, a wojna to kontynuacja polityki przy zastosowaniu innych metod. Ale mniejsza o to. Podkreślę tylko fakt, że karabiny i mundury armii służącej samoobronie i agresji bywają takie same. Jeśli jesteś za armią służącą samoobronie to tak naprawdę jesteś po prostu za posiadaniem armii – reszta to kwestia sezonowych ozdób.

          Nie wiem jaka wojna jest sprawiedliwa, bo nie wiem co to jest sprawiedliwość. Jedyne definicje jej jakie znam są subiektywne, bo sprawiedliwość jest definiowana jako sprawiedliwość dla kogoś, co na ogół bywa równoznaczne z niesprawiedliwością wobec innych.

          Nie obraź się Logosie, ale masz trochę wirtualne podejście do tematu: cały czas starasz się omijać twarde fakty, próbując skonstruować pojazd poruszany nie siłą mięśni ale ideami płynącymi z mózgu. Pamiętaj o tym, że jak do tej pory najwięcej zła na ten biedny świat sprowadzili idealiści, a nie realiści ;-)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jeśli kierujesz się jakimś systemem etycznym (a każdy człowiek wg mnie powinien taki system posiadać, w przeciwnym razie jest człowiekiem amoralnym), to powinieneś wiedzieć czym jest wojna sprawiedliwa.
          Każdy system etyczny wyznacza to, co jest sprawiedliwe.
          Jeśli takowego systemu nie masz (w co nie wierzę) to pływasz jak ta rybka w mętnej wodzie, hasasz po łącze jak ten cielaczek lub osiołek… zwierzątko takie. Chyba, że wyznajesz taki system etyczny, który dopuszcza to, że można napadać na obce państwo w celu podbicia go i ograbienia, zniewolenia ludzi, którzy go zamieszkują, eksploatacji jego bogactw… etc. (O, to jest właśnie przykład wojny niesprawiedliwej.) Jeśli tak, to nie mamy o czym rozmawiać.

          Wbrew pozorom, jestem realistą. (Gdybym nie był, to nie byłoby mnie w Stanach i nie utrzymywałbym się w tym kraju tak długo na powierzchni.)

          Hitler był idealistą, powiadasz? A może tylko skoorwysynem, socjopatą i wariatem, który zdobył i utrzymywał władzę w bardzo praktyczny i rzeczowy sposób, do czego zresztą przyczynił się jego niemiłosierny pragmatyzm? (Hitler był bardzo pragmatycznym realistą dlatego był taki skuteczny. Dopiero później zwariował, albo inaczej: dopiero później jego wariactwo doszło do głosu). Moim zdaniem idealistą nie był też Stalin (być może był nim Lenin, ale on nie za długo utrzymał się u władzy (władzę mogą na dłuższą metę utrzymać tylko realiści i pragmatycy).
          Ci, którzy przygotowali i egzekwowali Holocaust też byli do bólu rzeczowi (chcieli się pozbyć obcej rasy).
          Idealistą nie był żaden z wielkich „zdobywców”: Atylla, Dżingis-chan, Aleksander tzw. Wielki, Napoleon… i inne tego typu typy (które – daję głowę – Ci imponują, a mnie imponują teraz tak średnio – tzn. z fascynacji nimi wyrosłem tak, jak się wyrasta z krótkich majteczek).

          Piszesz: „Nie wiem jaka wojna jest sprawiedliwa, bo nie wiem co to jest sprawiedliwość. Jedyne definicje jej jakie znam są subiektywne, bo sprawiedliwość jest definiowana jako sprawiedliwość dla kogoś, co na ogół bywa równoznaczne z niesprawiedliwością wobec innych.”

          Ależ oczywiście, że definicje sprawiedliwości – a ogólnie: systemy etyczne – są subiektywne. Najczęściej są one narzucone ludziom „odgórnie” (religia, obyczajowość obowiązująca w danym społeczeństwie, normy prawne…) ale człowiek świadomy powinien je niejako zweryfikować, kierując się np. własnym sumieniem, poczuciem przyzwoitości, sprawiedliwości właśnie… Obrać więc niejako swój własny system i starać się być mu wiernym (przestrzegać go). Jeśli tak nie czyni, jest człowiekiem niemoralnym – czyli zwierzątkiem.
          Ja już nie mam o tym siły pisać. Jeśli interesuje Cię moje zdanie na ten temat, to polecam fragment mojej rozmiwy z Agnieszką Holland, w której ten dylemat zaistniał – i gdzie wyraziłem swoje zdanie na temat dobra i zła – czyli tego, co jest podstawą każdego systemu etycznego:

          https://wizjalokalna.wordpress.com/2011/12/12/fundamenty-i-proznia-o-istocie-dobra-i-zla-slow-pare/

          PS. Przyznam się, że Twoje wyznanie, że nie wiesz co to jest sprawiedliwość mnie rozbroiło. Czy sprawiedliwe było wg Ciebie pchanie ludzi do komór gazowych a później puszczanie ich zwłok z dymem w Auschwitz? Czy też właśnie była to może niesprawiedliwość? Wg Twojego stwierdzenia, Ty nie masz pojęcia czy to było sprawiedliwe, czy nie (no bo nie wiesz co to jest sprawiedliwość).

        • Tess Says:

          @Onibe
          mylisz idealizm z ideologią

  13. Simply Says:

    Ty Logos niezłego pałeru z tej Birmy przywiozłeś . : szarżujesz na tego Eastwooda, prawie, jak ,, Tygrys” w ,, Złocie dla Zuchwałych” :D

  14. Simply Says:

    Coś Ci wytykam ? Nawet nie zauważyłem :D Szarżuj sobie do woli .
    Do dyskusji się nie włączę , bo filmu nie widziałem i jakoś mi się do niego nie pali.
    A ten tekst zapodałem , bo kolega z bloga ,,po napisach” opatrzył swoją recenzje tak SARNA NIE CZYTAJ ! chujowym MOŻESZ CZYTAĆ i wieśniackim wstępem, że musiałem zareagować. Generalnie jednak staram się nie zabierać głosu w sprawie dzieł, których nie znam.

    • sarna Says:

      : ) ) ) dzięki Simply za troskę, wiesz jak skutecznie poskromić kobiecą ciekawość.
      Zaraz obejrzę film, ale obawiam się że już się nie da uniknąć natręctwa cudzych opinii rzutujących na odbiór.

      PS I jak cię Simply nie lubić? – macham

  15. Matt Says:

    Dla mnie najbardziej rozczarowujące jest to, że Snajper miał być filmem biograficznym, ale mnóstwo faktów zostało przekłamanych albo wręcz zmyślonych. Moim zdaniem Eastwood albo powinien być wierny prawdziwej historii Chrisa Kyle’a, albo zrobić film o jakimś fikcyjnym snajperze i wtedy robić co mu się podoba. Przykład? Pojedynek z Mustafą (oś fabularna filmu) nigdy nie miał miejsca.
    O pozostałych można przeczytać choćby tu:
    http://randomowerankingi.pl/10-klamstw-w-filmie-snajper/

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Też jestem podobnego zdania: Eastwood powinien się zdecydować: albo możliwie wiernie odwzorować na ekranie postać Kyle’a (i w miarę uczciwie ukazać wojnę w Iraku), albo sobie stworzyć fikcyjną postać (i nie osadzać jej w konkretnym momencie historycznym). W tym drugim przypadku można byłoby jego film traktować tylko jako kino i odniesienia polityczne można by sobie darować. Nie byłoby też osądzania (oceny) realnie istniejącej postaci.

  16. Miriam Says:

    Recenzja Jana Radomskiego:

    Kim są amerykańscy żołnierze według Clinta Eastwooda? Tęskniącymi za czasami Dzikiego Zachodu samcami alfa, którzy biegają od domu do domu i walczą z muzułmańskimi „dzikusami”. Śmierć nie wzbudza w nich żadnej refleksji poza bojowym okrzykiem „hooyah!”. Za to Irakijczycy to anonimowa masa przygłupich terrorystów, która służy do zabijania – półcienie nie istnieją, wystarczy nacisnąć za spust i strzelać.
    Główny bohater jest antypatycznym herosem, do którego trudno poczuć odrobinę sympatii. Nie wzbudza szacunku nawet jako profesjonalista – żądza krwi przysłania mu zdrowy rozsądek, chełpi się swoją legendą i dba o nią za wszelką cenę. Ekranowy Chris Kyle sprawia wrażenie jakby nie myślał, wszystkie jego decyzję – od zaciągnięcia się do armii po najważniejszy strzał życia – podejmowane są pod wpływem instynktów.
    Nie potrafię zrozumieć, dlaczego Clint Eastwood tak skrzywdził amerykańskich żołnierzy. Wykreowany przez niego obraz jest przerażający: to ludzie w mundurach, którzy wpadają do domu, rzucają cywilami o ściany i celują do dzieci z karabinów. Nam, Europejczykom, przynosi to na myśl wyłącznie jedno skojarzenie. Zapewne w Stanach Zjednoczonych nie jest to tak jednoznaczne.
    ..
    Irytowało mnie, że prawdziwy Chris Kyle z taką dumą mówił o tym, co robił w Iraku. Czym innym jest wykonywanie pewnych, niezbędnych zadań, a czym innym epatowanie nimi. Tak samo irytowali mnie jednak ci, którzy nazywali go mordercą. Żołnierze mordercami nie są, nie można mieszać podstawowych porządków. Liczyłem na to, że film Clinta Eastwooda będzie interesującym głosem w tej dyskusji. Tak się nie stało – „Snajper” to bezrefleksyjny hołd dla amerykańskiego męstwa, który jest tak naiwny, że z każdą sceną irytuje coraz bardziej.

    Całość recenzji tutaj http://blogi.newsweek.pl/Tekst/swiat/695662,jan-radomski-snajper—recenzja.html

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Całkiem możliwe, że w porywie antypatii dla tej postaci nazwałem Kyle’a mordercą (a przynajmniej tak pomyślałem) lecz chciałbym tutaj coś sprostować (zresztą napisałem już gdzieś wcześniej, że nazywanie mordercami żołnierzy, którzy brali udział w wojnie afgańskiej czy irackiej, nie jest usprawiedliwione).
      Nie mam dowodów na to, że Chris Kyle zabijał przypadkowych cywili (choć wydaje mi się całkiem prawdopodobne to, że tak było), więc nie mogę go nazwać mordercą. Ale jeśli zabił choć jedną osobę cywilną – wiedząc, że nie stanowi ona żadnego zagrożenia dla żołnierzy amerykańskich – a na dodatek zrobił to z przyjemnością – to według mnie jest mordercą.

      Jest wiele filmów w internecie, w których zarejestrowano jak żołnierze amerykańscy oraz służby „ochroniarskie” strzelają do cywili dla zabawy, mając ponadto z tego wielką frajdę.

  17. Mariusz Says:

    Witam, już parę dni temu przeczytałem powyższy dialog z Tamaryszkiem i obserwuję toczącą się pod nim dyskusję. Ciekawie się to czyta, bo padły ważne pytania i ciekawe, rozsądne odpowiedzi. Ja nie mam zdania na temat filmu, bo go nie widziałem, ale dzięki tej dyskusji wiem więcej na temat samego Chrisa Kyle’a, co może być przydatne podczas oglądania filmu.
    Lubię Bradleya Coopera i w związku z tym jestem ciekaw, czy będę w stanie polubić odgrywaną przez niego postać. Eastwooda też cenię, nikt nie zaprzeczy, że reżyserem jest świetnym, ale przy tak imponującej filmografii nie mógł ustrzec się wpadek. Jednak wydaje mi się, że nie potrafiłbym go tak ostro skrytykować przez wzgląd na jego wiek i dawne dokonania :D

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nasz odbiór tego film na pewno będzie różny, choćby dlatego, że Ty (znam przecież Twoje pisanie o kinie od wielu lat) podchodzisz do filmu jak do… kina, czyli traktujesz go bardziej jako formę rozrywki (bierzesz więc pod uwagę głównie sztukę filmową – sprawność warsztatową, atrakcyjność dla widza… etc. – traktujesz film bardziej jako właśnie hobby rozrywkowe, niż źródło wiedzy o świecie (Ja to nie tylko rozumiem – uważam, że nie ma w tym nic złego, czy degradującego Twoje zainteresowanie kinem – ale i podziwiam.)
      Ja, jak mogłeś się może zorientować traktuję film nie tylko jako rozrywkę, często umieszczam go w kontekście politycznym i historycznym świata, w którym żyjemy. Oczywiście wiem, że kino jest fikcją ale często jest ono dla mnie pretekstem o pisaniu o rzeczach, które mnie zajmują, są dla mnie istotne i ważne – w realnym świecie.

      Ja nie krytykuję Eastwooda jako człowieka, tylko jako filmowego reżysera (a to jest wielka różnica). Nie widzę też powodu, by poddawać go taryfie ulgowej ze względu na wiek, bo on naprawdę świetnie się trzyma – nie wspominając o tym, że jest silnym człowiekiem, z charakterem.
      Ja mu życzę jak najdłuższych lat życia i nakręcenia jeszcze wielu innych filmów.

      Coopera też lubię (ale nie na tyle, żeby polubić bezkrytycznie także postaci, które gra ;) )
      Uważam, że w „Snajperze” zagrał bardzo dobrze.

      • Mariusz Says:

        Tak, oczywiście z tym wiekiem to trochę żartuję, Clint nadal wydaje się sprawnym filmowcem, który nie ma ochoty przesiadywać w domu przed telewizorem, tylko „strzela” film za filmem. A to, że jego najnowsza produkcja wywołuje burzliwe dyskusje i skrajne emocje (od euforii po gniew) świadczy chyba o tym, że twórcy osiągnęli swój cel.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Mam nadzieję, że ich głównym celem nie było osiągnięcie pół miliarda dolarów wpływów z rozpowszechniania „Snajpera”.

          A już na poważnie: nie identyfikowałbym celu twórców tego filmu z rozpętaniem dyskusji wokół niego. Innymi słowy: nie uważam, że to było ich celem. Obawiam się, że tym celem (czy też raczej rezultatem) było utrwalenie (bezkrytycznego w praktyce) stereotypu amerykańskiego patriotyzmu (a patriotyzmowi tego typu blisko jest, moim zdaniem, do szowinizmu – stąd moja krytyka filmu Eastwooda).

  18. Stanisław Błaszczyna Says:

    Agnieszka Holland (na marginesie fascynacji serialem „House of Cards”, który nota bene sama reżyseruje):

    „Coś się porobiło w tym świecie. Narastająca fascynacja złem, która może się skończyć w taki sposób, że to zło się spełni w realu. A jak dojdzie do katastrofy, ludzie otrzeźwieją, tylko że połowy z nich już nie będzie.”

  19. miziol Says:

    Zasnalem w trakcie projekcji. Szajs totalny. Eastwood zaskoczyl mnie dosyc nieprzyjemnie tym filmem, ale jak sie domyslam musial zrobic cos podobnego. Tak samo jak Mel Gibson swego czasu. Pozdrawiam

  20. WW Says:

    Zaraz po obejrzeniu Snajpera odpaliłem IMDB, wyszukałem film i dałem mu ocenę 1/10. Polecam obejrzeć dwuminutowy trailer – wszystko, co w tym filmie było wartościowe, udało się tam wcisnąć. O ile ciekawsza byłaby opowieść o irackim snajperze-olimpijczyku, który w filmie jest szwarccharakterem! Jak łatwo się domyślić – to nawet nie jest spojler, proszę pamiętać, że oglądamy amerykański propagandowy gniot – Irakijczyk ginie zastrzelony przez amerykańskiego snajpera, który strzela do niego z broni snajperskiej z takiej odległości, że nawet nie wie, do czego strzela.

    To, co najbardziej uderza mnie w tych amerykańskich produkcjach o Iraku/Afganistanie, to z jaką szczerością pokazują własne okrucieństwo. Bombardowanie i ostrzeliwanie wszystkiego, co się rusza, naloty na mieszkania, wybijanie zębów kolbą karabinu na przywitanie, traktowanie ludzi jak bydło, bezczeszczenie ich kultury, deptanie godności. Smuci mnie to, że najwyraźniej nie rozumieją, że w ten sposób wychowują sobie całe pokolenia zaprzysięgłych, śmiertelnych wrogów. Ludzi, którzy będą chcieli się zemścić wystarczy na najbliższych pięćdziesiąt lat. Część z nich to jeszcze dzieci.

    …ale dzieci dorastają szybko, a szukając zemsty trafiają do pustynnych mścicieli z Państwa Islamskiego i podobnych tworów. Nie dziwię się, że marzy im się zasiać w krajach Zachodu terror, jakiego sami zaznali u siebie. Dzień po tym, jak przeczytałem o groźbach ataku na wieżę Eiffla, stałem na jej najwyższym poziomie i – zamiast szukać na szczycie Montmartre’u bazyliki Sacré-Cœur, zamiast wypatrywać katedry Notre Dame, zamiast przyglądać się z daleka rurzastej konstrukcji Centre Pompidou – stałem na szczycie i zastanawiałem się, jak ci biedni sterroryzowani terroryści mogliby zrealizować swoje niecne zamiary.

    W tym sensie ich zemsta już się udała: stałem w tym pięknym miejscu, a w mojej głowie kiełkowały te smutne, destrukcyjne wizje. Szkoda, że Amerykanie (i pewnie ludzie Zachodu w ogóle) nigdy nie zrozumieją, co zasiali w umysłach milionów mieszkańców Bliskiego Wschodu. Nie zrozumieją, co nie znaczy, że nie odczują.
    (Wojciech Walczak)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie zrozumieją – i będą się dziwić skąd ta nienawiść.
      Warunkiem zrozumienia jest… myślenie. Ale komu by się chciało o tym myśleć?
      Lepiej iść na mecz palanta i cieszyć się z walenia piłki pałą.

  21. Dariusz Wiśniewski Says:

    Dialog ciekawy i ogólnie zgadzam się, że Clint poszedł na skróty, że gloryfikuje wojnę, pax americana, „zimny” patriotyzm, ojczyznę ponad bliskich, żadnych wyrzutów sumienia itd. To wiemy. Możemy ten wątek rozwałkować na cieniutki placek. Ale dlaczego film stał się popularny? Dlaczego doczekał się nominacji? Tamaryszek w pewnym momencie powiedział, że temat ma potencjał, ale tego nie rozwinął. Według mnie ta właśnie ścieżka jest ciekawa, gdyż wskazuje na dynamikę intelektualnego rozwoju społeczeństwa. Ten proces już trwa od dawna i doczekał się trwałych i oddzielnych przestrzeni artystycznych. Są dwie prawdy o Iraku, również o Smoleńsku. Zgodzi się pan? Są również dwie przestrzenie historiozoficzne i artystyczne. Które przestały się już zwalczać i mogą swobodnie się rozgłaszać. Te dwie prawdy można z powodzeniem wykorzystać artystycznie, filmowo czy literacko. Snajper jest przykładem tego zjawiska.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dlaczego film stał się popularny? Wydaje mi się, że dlatego iż – po pierwsze: był to film „widowiskowy”, atrakcyjny wizualnie, nieźle zrealizowany, firmowany przez Eastwooda, a po drugie – co jest równie istotne – uderza w amerykańską patriotyczną nutę (która tutaj, niestety, trąci mi takim trochę szowinizmem, jest dość bezmyślna i wręcz prostacka, bo nie uwzględnia genezy i istoty tej wojny).

      Nie mogę się zgodzić, że są dwie prawdy o Iraku czy Smoleńsku. Prawda jest jedna (fakty są faktami), tylko interpretacje się różnią. I te interpretacje, które są bliższe prawdy (faktów), są według mnie bardziej uczciwe.

      Nie sądzę też, że „dwie przestrzenie historiozoficzne i artystyczne” przestały się zwalczać. Odnoszę wrażenie, że jest wręcz odwrotnie: ta walka się zaostrza i staje się coraz bardziej bezkompromisowa. I niestety, bardziej chyba chodzi w niej o zwalczenie przeciwnika, niż dotarcie do prawdy.

      • Dariusz Wiśniewski Says:

        „Naprawdę jaka jesteś – nie wie nikt. To prawda wcale niepotrzebna mi” (słowa piosenki)
        Kto potrzebuje prawdy? Niby każdy z nas. Ale nikt jej nie zna. Pan również nie. Ani ja. Musimy się więc zadowolić interpretacjami i dla otuchy nazywamy to prawdami. Czy Odsiecz Wiedeńska rzeczywiście uratowała Europę przez zalewem barbarzyńców? Proszę zapytać o to tureckiego historyka. Czy Bartosz Głowacki miał rzeczywiście takie piękne wąsy, jakie dotarły do naszych czasów za pośrednictwem obrazu Matejki? Wierzymy, że tak.

        Wracam do filmu Być może, jak pan twierdzi, te dwie przestrzenie historiozoficzne i intelektualne – nazwijmy je kulturowymi – nie przestały się zwalczać, ale istnieją obok siebie symbiotycznie, wzajemnie czerpiąc od siebie żywotne siły. Walka pomiędzy nimi wcale nie jest na śmierć i życie. Powiada pan, że się zaostrza? Że jest bezkompromisowa? Według mnie to pozór. Prawdy o Iraku czy Smoleńsku, wraz z całą podbudową artystyczną, polityczną i pseudonaukową, tworzą jeden organizm. To oznacza, że nie są sobie tak naprawdę obce. Organizm bowiem sam siebie nie chce zniszczyć, tylko dlatego, że skóra nam się marszczy, albo wyskoczyły pieprzyki.
        Popularność Snajpera nie wynika z faktu, że odwołuje się do narodowego szowinizmu (to niemal oksymoron). Byłby to zresztą wątpliwy walor. Jego widowiskowość też wcale nie jest oszałamiająca. Rozgłos jednak jaki zdobył świadczy nie tylko o silnej kulturowej polaryzacji społeczeństwa amerykańskiego, ale ilustruje niezależność wartości, które nam są obce, ale których nie możemy ignorować. I tego nie robimy, rozmawiając o filmie, który jest ważny, i który stał się popularny pomimo naszego bezradnego sprzeciwu.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Zgoda, najczęściej (naszą) interpretację bierzemy za prawdę.

          Skoro „Popularność Snajpera nie wynika z faktu, że odwołuje się do narodowego szowinizmu” oraz „jego widowiskowość też wcale nie jest oszałamiająca”, to w takim razie w czym upatruje pan powodzenie tego filmu?

          O jakich „niezależnych wartościach” pan mówi?

        • Dariusz Wiśniewski Says:

          Eastwood – tak jak przed trzema laty podczas konwencji Partii Republikańskiej – nie mógł powstrzymać się i musiał zamanifestować swój pogląd polityczny. Ze szkodą dla dzieła. W takim przebraniu książka, film czy wiersz zamieniają się w kuglarstwo z tego powodu, że środki artystyczne są podporządkowane ideologii. I tego już nie przykryje ani Cooper, ani dobry montaż ani kamery. Polityczny statement udający sztukę ma zawsze krótki lot. Tak jest również w literaturze, kiedy pisarz czy poeta zaczyna swoją twórczością służyć jakiejś „prawdzie” (Putrament, Kąkolewski czy późny Łysiak)
          Polityczna deklaracja (political statement) ma to do siebie, że wyklucza wielu ludzi; jednych od drugich oddziela mirażem jedynej prawdy. Stąd ogromne emocje. Nikt nie jest obojętny. Gdy oglądałem Snajpera to wzbierała we mnie złość na reżysera, a nie tylko rozczarowanie. Wszyscy więc, wykluczeni i nie, oglądają ten film. Stąd rozgłos obrazu.
          Sztuka – prawda, nie zawsze dobrego sortu i nie zawsze z powodzeniem – szuka jednak uniwersalizmu, czegoś wspólnego, z czym czytelnik, widz, może się utożsamić, dostrzegając metaforę ludzkiego życia. Political statement odwrotnie – nie szuka uniwersalnych wartości, a absolutnych. W przypadku Snajpera, efekt jest taki, że ja przykładowo, pan pewnie również, czujemy się wykluczeni. Donald Rumsfeld czy Dick Chaney pewnie nie (polityczne credo Snajpera usprawiedliwia również tortury).

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Sztuka (literatura, kino…) tzw. „zaangażowana” – np. z wyraźną tezą polityczną czy społeczną – bardzo łatwo zamienia się w „agitkę”, czasem wręcz w propagandę. Słusznie więc pan zauważa, że ma to dość krótkie nogi – zwykle dzieje się to ze szkodą dla samej sztuki (choć oczywiście zdarzają się przesiąknięte ideologią dzieła sztuki nie pozbawione artyzmu). Jednak najbardziej wartościowe utwory (czy chodzi tu o film, czy literaturę) mają wymowę uniwersalną – a taka zwykle dopuszcza istnienie wielu „prawd”, czy też raczej umożliwia wieloraką interpretację, przez co dzieło sztuki nabiera głębi – i właśnie „nie wyklucza” nikogo, kto się z racją („prawdą”) – jedynie słusznym poglądem nie zgadza.

          Teraz widzę, że nasz odbiór filmu Eastwooda jest podobny (choć na samym początku – właściwie nie wiem dlaczego – wydawało mi się, że „połknął” pan haczyk, jaki reżyser nastawił na widzów… nazwę to – wzmożonych patriotycznie, może nawet bojowo).
          Ja Eastwooda lubię i cenię (zarówno jako aktora, jak i reżysera). Jego dorobku nie sposób przecenić – stał się on bowiem jednym z najbardziej zasłużonych twórców w historii amerykańskiego kina, więc tego jego „Snajpera” traktuję poniekąd jako wypadek przy pracy.

          Oczywiście nikt nie zabrania reżyserowi mieć określone polityczne poglądy – sympatie czy antypatie – jednak kiedy robi on film, powinny być one niejako ukryte. To wymaga pewnej subtelności, a skądinąd wiem, że tej subtelności i wrażliwości Eastwood nie jest pozbawiony (o czy świadczy choćby jego zamiłowanie do jazzu).

        • Dariusz Wiśniewski Says:

          Kino odbija społeczne zmiany.
          Rzecz jasna, nie każdy film. I raczej chodzi o szereg wydarzeń artystycznych, nawet spoza kinematografii. Co może zwiastować Snajper? Jaka tendencja, czy zmiana społeczna jest przez obraz Clinta ilustrowana, mimowolnie? Otóż w sztuce, nie tylko zresztą filmowej, pojawia się coraz częściej zjawisko bojkotu uniwersalnych wartości jako przejawu zgnilizny moralnej, dekadencji i poprawności politycznej. Snajper jest filmem współczesnym, ale powraca do fundamentalnych wartości sprzed wieku, a nawet głębiej (w tym wypadku to ojczyzna, honor i Bóg, nieco odmiennie od polskich narodowców, ten sam zestaw, ale inaczej podany); wyraża tęsknotę za prostym życiem i wyraźnymi drogowskazami. Świat zaledwie kilku wartości miałby przywrócić człowiekowi mityczną harmonię i łatwość wyborów. A nawet więcej: przy istnieniu tylko kilku wartości, problem z wyborem właściwie przestaje istnieć. Nie ma też wyrzutów sumienia. A to oznacza koniec wolności (po co wolna wola, skoro nie trzeba wybierać, albo wybór jest tak prosty?).
          Zgadzamy się. Ale nie we wszystkim. Pan ma nadzieję, że Snajper to wypadek przy pracy. Że niby Eastwoodowi się przytrafiło. Ja tak nie uważam. To manifest polityczny. Reżyser tak dojrzały, jak Eastwood, już nie eksperymentuje na tym etapie swojego życia i kariery. Nie szczypie się, bo już nie ma czasu. Snajper to Clint Eastwood.
          dzięki za pana cierpliwość.
          dw

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ja nie neguję tych wartości, które chce przedstawić „Snajper” Eastwooda. Problem polega na tym, w jakiej sprawie się te wartości eksploatuje i propaguje. Tutaj chodzi konkretnie o wojnę w Iraku, (którą ja uważam za wojnę niesprawiedliwą – a w takiej wojnie te wartości de facto się anulują/dyskredytują/kompromitują, bo są wykorzystywane w złej, nieetycznej sprawie). To jest właśnie ta pułapka, w którą Eastwood – świadomie lub nieświadomie – tutaj wpadł. Bo kiedy Eastwood robił filmy o II wojnie światowej („Flags of Our Fathers”, „Letters from Ivo Jima”) to tego problemu nie było (właśnie dlatego, że udział w II wojnie światowej – w walce z faszystami – był jak najbardziej etycznie usprawiedliwiony. Tak więc, patriotyzm nie powinien być ślepy i bezwarunkowy – jest więc wartością względną, a nie absolutną, i nie uniwersalną (uważam zresztą, że my nie wiemy czym są wartości absolutne i uniwersalne – bowiem sami kreujemy nasze wartości, tworząc kulturę i cywilizację).

          Nie sądzę, że „Snajper” jest manifestem politycznym Eastwooda. Skądinąd wiem, że był on przeciwny wojnie w Iraku (podobnie jak wojnie w Wietnamie). Eastwood nie uważa się za konserwatystę (mówił o tym wielokrotnie), określając się jako „libertarianin”.

          Zdecydowanie nie uważam, że Snajper to Clint Eastwood.

        • Dariusz Wiśniewski Says:

          To wszystko racja, co pan pisze o ślepocie patriotyzmu, okrucieństwie wojny, o wojnach sprawiedliwych i nie i tak dalej. O tym wiemy i się zgadzamy. Od samego jednak początku naszej rozmowy próbuję się przebić z pewną myślą. Być może robię to nieudolnie. Otóż ten film nie jest tylko o wojnie, proszę pana. Wojna jest tylko tłem. Dźwięk trąbki w muzycznym kwartecie może być dominujący i wszyscy go od razu rozpoznają, ale są jeszcze pozostałe instrumenty, które decydują o końcowym brzmieniu. Wojna jest tylko pretekstem dla Eastwooda, które chce nam coś powiedzieć o dniu dzisiejszym (nie będę się powtarzał, co to takiego).
          Wojna w Iraku, o ile mi wiadomo, już się zakończyła i Eastwood nie podjął tego tematu ze względów historycznych, albo aby uzupełnić biografię Chrisa Kyle’a.

          Nie chcę, abyśmy wdawali się tutaj w definicje, co jest wartością absolutną, co względną itd. Ale jest to jednak ważne. Jeżeli Kyle zabija 160 osób, to w imię jakiej wartości? W imię ojczyzny, narodu, prawda? Ale jeżeli nie ma specjalnych wyrzutów sumienia, to oznacza, że żadna inna wartość nie wchodzi w konflikt z tą, w imię której zabijał. To wartość absolutna, której pierwszeństwo nigdy nie jest kwestionowane. I to jest definicja fundamentalizmu. Jeżeli nie ma pan wątpliwości zabijając, torturując więźniów, ścinając im głowy itd, to oznacza, że nie musi pan wybierać pomiędzy dobrem i złem. Taka wolność, jeżeli istnieje, to tylko w świecie zwierzęcym, pozbawionym moralności. W tym sensie Snajper nawet nie jest dramatem, gdyż bohater, chociaż ginie, nie miał głębszych rozterek moralnych. A taka postać jest nieludzka i przez to nierealna (albo psychopatyczna).

          Czy jest to testament artystyczny Eastwooda? Ja uważam, że tak. Pan, że nie. To spór akademicki, bez znaczenia. Wydaje mi się jednak bardzo mało prawdopodobne, aby dojrzały reżyser, jak Eastwood, z ogromnym doświadczeniem i dorobkiem, pomylił się, i powiedział nam to, czego nie chciał. Wierzy pan w to? Ja nie.

          Czy Eastwood to snajper? Pewnie, że nie, ale reżyser wyraźnie z nim sympatyzuje, nie stawiając go właściwie w żadnej wyraźnej sytuacji moralnego konfliktu.

          Jak będzie pan coś pisał o Whiplash (chyba tak to się pisze), to chętnie zabiorę głos.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Widzę, że zdecydowanie więcej nas w tej dyskusji łączy, niż dzieli. Zgadzamy się bowiem w zasadniczych sprawach, różnimy w szczegółach – nie tak znów istotnych zarówno w ocenie filmu Eastwooda, jak również, jeśli chodzi o sprawy etyczne związane z wojną, patriotyzmem…

          Oczywiście, również uważam, że „Snajper” nie jest filmem o wojnie w Iraku, tylko o człowieku, który brał w niej udział, a w szerszym kontekście: o patriotyzmie. Ale siłą rzeczy stawia on te wartości w kontekście tej właśnie wojny – i ten kontekst jest według mnie bardzo ważny, bo ustala etyczną perspektywę tego, w jaki sposób takie wartości, jak bohaterstwo, czy patriotyzm powinny być oceniane.
          Innymi słowy: patriotyzm czy bohaterstwo nie są wartościami uniwersalnymi (absolutnymi) tylko względnymi. Np: bohaterstwo i patriotyzm tych, którzy walczyli po stronie Hitlera, były niczym innym jak poczynaniami (postawami) zbrodniczymi, ponieważ brały udział w zbrodni (lub tę zbrodnię popierały).
          Ja wiem, że to jest dość drastyczny przykład, ale chyba dobrze oddaje to, co chcę tutaj przekazać.

          Mnie w filmie Eastwooda najbardziej ubodło to, że – jak mi się wydawało – przedstawił on patriotyzm jako wartość bezwzględną (czyli zupełnie pominął etyczną stronę wojny z Iraku, która według mnie była wojną niesprawiedliwą – właśnie nieusprawiedliwioną etycznie).
          Tym sposobem Eastwood ustawił się na pozycji szowinistycznej i propagandowej – jakby na to nie spojrzeć.
          To jest mój największy zarzut wobec reżysera.
          Przy czym: nie uważam, że Eastwood jest w gruncie rzeczy szowinistą, a tym bardziej świadomym propagandzistą, a więc (według mnie) był to jednak taki wypadek przy pracy.

          Na marginesie: nawet dojrzały człowiek i niegłupi przecież (a takim bez wątpienia jest Clint) robi czasem bzdurne rzeczy – jak np. przemowa do pustego krzesła na konwencji Republikanów, kilka lat temu.

          PS. Do tej pory nie wiem, czy Chris był czy nie był psychopatą. (Mnie się wydaje, że był, choćby dlatego, że zabijał z przyjemnością i niejako uzależnił się od tego zabijania – a to jest według mnie postawa psychopatyczna.)
          Jeśli zgodzimy się, że nie był – to jeszcze gorzej, bo to oznacza, że takie zabijanie, w jakim on brał udział, jest dla gatunku Homo sapiens normalne. A to bardzo źle o nas – ludziach, przedstawicielach tego gatunku – świadczy.

  22. „KARBALA”, albo o tym PO CO JECHALIŚMY DO IRAKU | WIZJA LOKALNA Says:

    […] o wojnie w Iraku, jest moim zdaniem „The Hurt Locker”, Kathryn Bigelow, natomiast „Snajper” Clinta Eastwooda to dla mnie obraz spalony, bo wpisujący się w nurt amerykańskiego kina […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s