ANGKOR WAT – boskość, znój, kamienie i dżungla

Największa budowla religijna świata, otoczona polami ryżowymi i dżunglą, obiekt fascynacji dla ludzi wielu kultur, przedmiot dumy mieszkańców Kambodży, oblegana przez miliony przybyszów z wszystkich zakątków naszego globu, budząca respekt architektów i podziw artystów, intrygująca naukowców i historyków, wymagająca życiowego poświecenia od jej badaczy – zagadkowa, tajemnicza, zdumiewająca ANGKOR WAT.

.

Angkor Wat o wschodzie Księżyca, tuż przez wschodem Słońca

.

       Podobnie jak potężne egipskie piramidy w Afryce, czy imponujące miasta Inków, Majów i Azteków w Ameryce Południowej, to właśnie tajemnicze, oplecione korzeniami drzew, zagubione w dżungli ruiny kamiennych świątyń Khmerów w Azji budziły coraz większą fascynację Europejczyków – w miarę jak nasza (europejska) żądza kolonialnych podbojów i eksploatacji egzotycznych ziem oraz zamieszkujących je ludów ustępowała miejsca chęci poznania starożytnych kultur i cywilizacji, które mimo swego upadku i zagubienia w mrokach dziejów, zostawiły świadectwa swojego architektonicznego i artystycznego geniuszu.

       Angkor Wat jest najsłynniejszą z tych świątyń – a przy tym najlepiej zachowaną – choć popularne skojarzenia z dżunglą i drzewami „duszącymi” zrujnowane od wieków świątynie, odnoszą się raczej do obrazów innych budowli, zwłaszcza do Ta Prohm (w samym Angkor Wat tego zjawiska raczej nie uświadczymy). Podobnie błędne jest zawężanie się tych powszechnych wyobrażeń tylko li do Angkor Wat. To prawda, że budowla ta jest prominentna, ale to zaledwie jedna z wielu świątyń powstałych podczas zdominowania półwyspu Indochińskiego przez Imperium Khmerów, którego lata tzw. „świetności” przypadały mniej więcej na wieki od IX do XIV.

       Może niezbyt elegancko jest to pisać, ale bez powierzchownej choćby wiedzy o khmerskich świątyniach i ich twórcach, jesteśmy niczym ten wół, co to się patrzy na malowane wrota i nie ma większego pojęcia jak, co, kto, po co, kiedy, dlaczego – i z czym to się je. Niestety, podejrzewam, że odnosi się to do lwiej części tych milionowych rzesz turystów nawiedzających ostatnio Angkor.

       Cóż, jest oczywiste, że nie chciałem być takim „wołem” – ignorantem, więc postarałem się „przeorać” jak największą ilość dostępnych mi źródeł, zapoznać się z wieloma artykułami, obejrzeć kilka filmów, przeczytać parę książek… i podzielić się tutaj choćby tym, co uważam za najbardziej istotne dla ogarnięcia fenomenu Angkor Wat, cały czas mając świadomość tego, że moja wiedza nadal jest mocno ograniczona, choć rzucająca pewne światło, pozwalające mi na napisanie tego tekstu.

Ta Prohm

.

WIDOK NIE DO OPISANIA

       W Europie po raz pierwszy zaczęło się więcej mówić o Angkor Wat po opublikowaniu w 1863 roku dzienników i rysunków francuskiego podróżnika i naturalisty Henri’ego Mouhota (trochę to śmieszne, że uznano go wtedy za „odkrywcę” Angkor Wat) który kilka lat wcześniej dotarł do Angkor i oniemiał na widok tego, co tam zastał. Na szczęście swój zachwyt i admirację mógł zapisać w dzienniku, porównując twórcę świątyni do Michała Anioła, zaś samą budowlę do najwspanialszych europejskich dzieł architektury. „Jest większa niż cokolwiek zostawiły nam Grecja czy Rzym” – pisał Mouhout, ale niestety, jeszcze w tym samym zdaniu dodawał: „… i stanowi smutny kontrast z barbarzyństwem, w jakim pogrążony jest teraz ten naród.” W innym zaś miejscu dodawał: „Widok tych majestatycznych ruin budzi głęboki podziw, ale trudno powstrzymać się od pytania, co stało się z tą potężną rasą, tak cywilizowaną, tak oświeconą – z autorami tej gigantycznej pracy.” (Wszystkie tłumaczenia z języka ang. własne.)

       Właśnie: co się stało, że ponad pół tysiąca lat temu wszystkie świątynie (a było ich ok. 700) zostały porzucone, otaczające je miasta opustoszały i zaczęły zarastać dżunglą – i że bezpowrotnie zniknęły obrazy imperialnej i monarszej świetności, jak chociażby ten, opisywany przez chińskiego wysłannika i dyplomatę Zhou Daguana, który pod koniec XIII wieku przez rok mieszkał w Angkor Thom, mieście wybudowanym za czasów panowania króla Dżajawarmana II, w czasach największej prosperity Imperium (notabene Angkor Thom był wówczas największą metropolią świata liczącą ok. miliona mieszkańców):

       „Kiedy nadchodzi król, na czele jego eskorty idzie wojsko, następnie podążają flagi, transparenty i muzyka. Za nimi widać grupę dworek, w liczbie od 300 do 500, ubranych w ozdobione kwiatami szaty, z kwiatami we włosach, trzymających w dłoniach świece. Nawet w jasnym świetle dziennym świece są zapalone. Za nimi idą inne pałacowe kobiety, niosąc lance i tarcze, dalej prywatna straż króla, następnie powozy ciągnięte przez kozy i konie, a wszystko to w złocie. Potem kroczą ministrowie i księżniczki usadowione na słoniach. Przed nimi można dostrzec, nawet z daleka, ich liczne czerwone parasole. Następnie pojawiają się żony króla i konkubiny w palankinach i wozach, na koniach albo na słoniach. Mają one więcej niż setkę parasoli, które całe są w centkach ze złota. W końcu pojawia się stojący na słoniu władca, ze swoim świętym mieczem w dłoni. Kły jego słonia okute są złotem.”

       Kiedy prawie 300 lat później (1586 r.) do miasta Angkor Thom dotarł portugalski misjonarz Antonio de Magdalena, okolica była już prawie wyludniona, ale nadal zrobiło na nim wielkie wrażenie to, co zostało z khmerskich miast i świątyń, a zwłaszcza z Angkor Wat. Wiemy to z przekazu jego towarzyszy, którym opowiedział on o swojej podróży do Kambodży, zanim zginął płynąc na statku, który się rozbił na Oceanie Indyjskim: „W odległości pół ligi od miasta znajduje się świątynia. Ma ona tak niezwykłą strukturę, że nie sposób jest opisać ją piórem. Jest jak żadna inna budowla na świecie, posiada wieże i dekoracje oraz wszelkie doskonałości, jakie tylko ludzki geniusz zdolny jest stworzyć.” Warto dodać, że Antonio w świątyni Angkor Wat zastał wtedy buddyjskich mnichów, którzy zresztą bywali w niej do czasów nam współczesnych, odprawiając tam swoje rytuały.

       Cóż, Francuz Mouhot, wieki później, z charakterystyczną dla Europejczyka tamtych czasów wyższością, w żyjących obok Angkor Wat ludziach zobaczył już tylko „barbarzyńców”. A przecież stanowili oni nadal ten sam naród.

       Można tylko ponowić pytanie: co się z tymi ludźmi – i ich królestwem – stało?

Jedna z „twarzowych” bram prowadzących do miasta Angkor Thom

.

BÓG WSTĘPUJE NA TRON

       Oczywiście, jak przed każdym upadkiem, był wzlot. To, w jaki sposób Khmerowie zbudowali swoją potęgę jest jeszcze bardziej ciekawe, jak to, co spowodowało schyłek i ostateczne załamanie się ich Imperium. Zanim o tym wszystkim opowiem chciałbym zwrócić uwagę na bardzo istotną sprawę, a mianowicie na wpływ kultury hinduskiej na Khmerów, których wierzenia religijne, mitologia, ikonografia, sztuka i architektura – jak również kastowy podział społeczeństwa – wywodziły się wprost z Indii i zaważyły generalnie na rozwoju ich cywilizacji. Można stwierdzić, że Khmerowie byli silnie zhinduizowani, a dotyczy to zwłaszcza khmerskich elit, które nawiasem mówiąc posługiwały się sanskrytem, podobnie jak średniowieczna śmietanka intelektualna, scholastyczna i arystokratyczna łaciną. Jeśli chodzi o religię, to wyższe warstwy społeczeństwa przejęły hinduizm, zaś niższe buddyzm (utrzymując przy tym pewne elementy odwiecznych wierzeń animistycznych) – i ten podział okaże się dość istotny dla ich dziejów.

       Początek Imperium Angkor umieszcza się za czasów panowania Dżajawarmana II, a konkretnie w roku 802, kiedy to władca ten poddany został rytuałowi dewaradży – mistycznej ceremonii, łączącej go z hinduskim bóstwem Sziwą, dzięki czemu stawał się on królem-bogiem, a jego władza uzyskiwała nie tylko boską legitymizację, ale i sama nabierała transcendentnych atrybutów boskości i mocy maharadży – „Władcy Uniwersum”. Wystarczyło, że do Dżajawarmana II przybył hinduski bramin i na świętej górze – podczas długiej konsekracji – obdarzył króla lingą, w której rezydować miała esencja królewskości łącząca go z Sziwą (zwykle lingę kojarzy się z symbolem fallicznym, ale jej znaczenie wykracza daleko poza to wyobrażenie, podobnie jak połączenie lingi z symbolem joni, którą większość laików utożsamia z waginą).

       Jeszcze przed tym rytuałem, Dżajawarman II, stosując głównie przemoc, zaczął unifikację wielu państw-miast. Bo trzeba wiedzieć, że miejsce obecnej Kambodży okupowane było wówczas przez małe ośrodki władzy, zwykle toczące ze sobą wojny, lecz kiedy Dżajawarman II stał się królem-bogiem, ich opór przed uznaniem go za dominującego nad wszystkim i suwerena, drastycznie zmalał, no bo kto chciałby się (kopać z bogiem) narażać bóstwu? Piszę to bez żadnej ironii, bowiem wśród badaczy i historyków panuje dość powszechna zgoda, że właśnie boski status Dżajawarmana II tudzież wszystkich następujących po nim władców Imperium Angkoru, umożliwił konsolidację całego społeczeństwa. Wiara (w boskość króla) czyniła cuda, jeśli chodzi o podporządkowanie się poddanych królewskiemu autorytetowi i skuteczność kontroli nielicznej w sumie elity khmerskiej arystokracji – z królem-bogiem na czele – nad całą populacją. Bez tego najprawdopodobniej nie tylko niemożliwe byłoby rozszerzenie królestwa na tak wielką skalę, zbudowanie jego potęgi, utrzymanie autorytarnej władzy, ale i konstrukcja gigantycznego systemu nawadniania pól ryżowych (można chyba powiedzieć, że Khmerzy ujarzmili monsun), czy wreszcie budowa wielkich kompleksów miejskich, setek świątyń dużych i małych, w tym potężnej Angkor Wat.

       Począwszy od IX w. państwo Khmerów rosło w siłę, rządzone przez lepszych i gorszych władców (wśród nich wyróżnił się zwłaszcza panujący w latach 889 – 915 Jaśowarman I, zwany też królem trędowatym), którzy jednak cały czas toczyli wojny z sąsiadami (Czamami na wschodzie, Syjamczykami na zachodzie), walczyli też z sobą o sukcesję. Lecz mimo tych zawirowań i niestabilności (stolicę państwa przenoszono dziesiątki razy), królestwo Angkor nigdy się nie rozpadło. Mało tego, kolejni władcy budowali coraz więcej świątyń, a co najważniejsze: stopniowo tworzyli niezwykle rozbudowany, niesłychanie przemyślny system kanałów, tam, wałów i zbiorników wodnych (największy z nich, tzw. zachodni baraj miał długość 8 km, a szerokość 2 km), który pozwalał im gromadzić wodę w czasie monsunu i dystrybuować ją w porze suchej.

Budowniczy Angkor Wat, król Suryavarman II na tronie (relief świątynny)

.

WIELKIE BUDOWANIE DŻAJAWARMANA

       Apogeum – jeśli chodzi o siłę militarną, pozycję polityczną i wpływy, ilość miast i wiosek, liczbę mieszkańców, zasobów materialnych i bogactwa – Imperium Khmerów osiągnęło w latach 1113 – 1150, za czasów panowania Surjawarmana II, uznawanego przez niektórych za największego z khmerskich królów, po części chyba też dlatego, że to właśnie on był budowniczym Angkor Wat. Do swojej potęgi doszedł Surjawarman II także dzięki wygranym kampaniom wojennym (choć i parę klęsk też mu się po drodze trafiło), ale też poprzez zawiązywanie skutecznych sojuszów, zawieranie właściwych małżeństw, nadawanie ziemi i przywilejów.
Poza tym, często podaje się trzy kardynalne przyczyny sukcesu Imperium w tym czasie: boski status króla zapewniający mu dominację nad poddanymi, sprawne ściągnie podatków i wspomniany już kilkakrotnie, genialnie rozbudowany system nawadniania – regulacja gospodarki wodnej, dzięki której ziemia Khmerów okazała się ryżowym Eldorado, umożliwiając nawet kilkakrotne zbiory w ciągu tego samego roku. Dochodziły do tego: uprawianie i kontrola handlu między dwiema potęgami tamtego czasu, czyli Indiami i Chinami (nie bez kozery Półwysep, na którym leży Kambodża zwie się Indochińskim), bowiem przez terytorium Khmerów – i w jego pobliżu: na południu, w delcie Mekongu – przebiegały wówczas główne szlaki handlowe między Wschodnią i Zachodnią Azją. Leżące w pobliżu Angkor Thom olbrzymie Jezioro Tonle Sap z nieprzebranym bogactwem ryb, dopełniało ten lukullusowy obrazek.

       Imperialna sielanka została wszak przerwana w czasie rządów dwóch następnych królów (rebelie, najazdy Czamów, pożary, destrukcja, klęski wojenne, intrygi i mordy), ale kiedy pod koniec XII wieku na khmerski tron wstąpił Dżajawarman VII, zła passa wydała się odwracać, bo władca ten – mimo, że budddysta! – przegnał najeźdźców ze swojej ziemi, pogodził zwaśnione frakcje, odbudował gospodarkę, jak również – last but not the least – okazał się największym budowniczym w historii Imperium. Robił to przez 30 lat, choć został władcą w wieku 60 lat, co na tamte czasy było wiekiem niemalże matuzalemowym. To on ustanowił Angkor Thom (Wielkie Miasto) jako stolicę państwa, imponująco ją rozbudowując. W samym centrum stanęła niezwykła świątynia Bajon, obok niej Królewski Pałac, przed nim Plac Zwycięstwa z całym wiankiem budynków. Do miasta wjeżdżało się z czterech stron świata, kamiennymi bramami ozdobionymi ogromnymi twarzami (prawdopodobnie) Buddy lub samego króla. Na terenie Imperium, które wówczas osiągnęło największy zasięg terytorialny w swojej historii, powstało też całe mnóstwo świątyń (wśród których znalazły się takie perły jak Ta Prohm, Preah Khan czy Banteay Kdei); mówi się też o całej setce szpitali. Można sądzić, że nie są to mniejsze dokonania, niż te, które były udziałem. Suryavarmana II. Niesamowitym osiągnięciem było już to, że Dżajawarman VII dożył – w takich czasach i sprawując tak niebezpieczną funkcję – 96 lat!

      Jednak nic nie może wiecznie trwać, zwłaszcza złote okresy imperiów. To khmerskie trzymało się jeszcze nieźle przez następnych sto kilkadziesiąt lat po śmierci Dżajawarmana VII. Królestwo próbował ratować Dżajawarman VIII, zaczynając m.in. od niszczenia posągów Buddy, reperacji Angkor Thom i restauracji świątyń hinduistycznych (bo przecież wojowniczego Sziwy bać się można bardziej niż pacyfistycznego Buddy), lecz niewiele to pomogło, bo od XIV w. Imperium coraz bardziej zaczęło się pogrążać i słabnąć. Ale zanim zajmiemy się tym upadkiem i jego przyczynami, pozwolę sobie wrócić do głównego tu obiektu naszego zainteresowania, czyli do świątyni Angkor Wat.

Angkor Wat

.

I WRESZCIE ONA, KRÓLOWA WSZYSTKICH ŚWIĄTYŃ – ANGKOR WAT

       Angkor Wat (przy okazji warto wspomnieć, że „Angkor” oznacza miasto lub stolicę, zaś „Wat” świątynię) jest szczytowym osiągnięciem tzw. klasycznej architektury khmerskiej. Zbudowanie świątyni zajęło ponad 35 lat (przypomnijmy, że miało to miejsce to za panowania Surjawarmana II, który był królem w latach 1113 – 1150). Nie ulega wątpliwości, że poświęcona była ona hinduistycznemu bogu Wisznu i najprawdopodobniej miała stanowić mauzoleum, czyli być miejscem złożenia doczesnych szczątków władcy. Nie ma dowodów, że po jego śmierci tak się stało, ale wykończenie świątyni (chodzi głównie o jej motywy dekoracyjne, jak np. płaskorzeźby) przerwano.

       Zanim to się stało, dziesiątki tysięcy robotników – kierowanych przez architektów, artystów i majstrów, poganianych przez królewskich dozorców – w pocie i znoju wznosiło gigantyczną budowlę, dysponując tylko prymitywnymi jak na nasze obecne standardy, narzędziami. Na dodatek, miliony – ważących często ponad tonę – bloków skalnych, musiano pociąć, sprowadzić kanałami z odległych o ponad 50 km gór, wygładzić i oszlifować, a następnie z wielką precyzją ułożyć w odpowiednim miejscu budowlanej konstrukcji. Jako budulca stosowano skałę zwaną literytem, ale z racji tego, że jest to skała niezbyt urodziwa, budowano z niej tylko mury i ściany oraz szkielety wież, przykrywane następnie znacznie lepiej prezentującym się piaskowcem, w którym na dodatek można było później rzeźbić.

       Cały kompleks Angkor Wat otoczony jest wypełnioną wodą fosą w kształcie prostokąta o bokach 1.3 na 1.5 km. (Nawiasem mówiąc w obrębie fosy istniało kiedyś otaczające świątynny kompleks miasto, ale, jako że miało ono drewnianą zabudowę, to nie pozostało dziś po nim żadnego – widocznego gołym okiem laika – śladu.) Do właściwej świątyni prowadzi od strony zachodniej kamienna grobla. W samym centrum Angkor Wat znajduje się wysoka na 65 m wieża, otoczona czterema innymi, położonymi w kątach czworokąta stanowiącego najwyższy taras (figura zwana w geometrii i architekturze kwinkunksem). Wszystkie one reprezentują mityczną górę Meru (siedzibę hinduskich bóstw dewów) otoczoną czterema górskimi szczytami. Poniżej znajdują się jeszcze dwie galerie, z których środkowa ma wymiary 100 na 115 m, a zewnętrzna 187 na 215 m. Wewnętrzne ściany tej ostatniej pokrywają fantastyczne płaskorzeźby, które jeden z archeologów nazwał „najwspanialszą ze znanych linearnych aranżacji rzeźbionego kamienia” na świecie – i nie ma w tym chyba większej przesady.
Te wykonane z niezrównanym mistrzostwem reliefy przedstawiają głównie mitologiczne sceny z indyjskich eposów Ramajany i Mahabharty, jak również hinduistyczne „piekła” i „nieba”. Wyjątkiem jest relief ukazujący historyczną scenę procesji dworu Surjawarmana II. Na mającej prawie 1000 m kw. płaskorzeźbie naliczyć można ponad 2000 postaci – wraz z ich rynsztunkiem, ubraniami, bronią, rydwanami, słoniami… Właściwie każda ściana Angkor Wat, każda kolumna, nadproże, a nawet sufit udekorowane są płaskorzeźbami, na których widać przeróżne mityczne stwory, jadących na słoniach króli, niebiańskie tancerki… Uwagę zwracają zwłaszcza wdzięczne sylwetki (mniejszych) apsar i (większych) dewów, których jest tu ponoć półtora tysiąca, a każda z nich jest inna – z inną fryzurą, biżuterią, garderobą, przybraniem głowy.

       Małym paradoksem jest to, że ogólny plan świątyni jest raczej trudny do ogarnięcia, kiedy jest się wewnątrz kompleksu. Także główny jej motyw: kwinkunks wież, jest widoczny tylko z pewnej ograniczonej perspektywy – tak jakby budowniczym nie zależało na przyziemnej percepcji zwykłych śmiertelników, a ich uwaga skierowana była ku bogom i niebu. Bowiem niezwykłą harmonię Angkor Wat – zachwycające proporcje i balans tego kamiennego giganta, będącego niewątpliwie architektonicznym arcydziełem – widać najlepiej z lotu ptaka. Dostrzec i uświadomić to można sobie także… studiując budowlane plany świątyni.

       O Angkor Wat można by pisać dłużej – i zapewne nie wszystko zmieściłoby się nawet w grubej książce.

Dewy na ścianie świątyni Angkor Wat

.

SCHYŁEK I UPADEK IMPERIUM

       Każde imperium – nawet to najpotężniejsze – stworzone przez człowieka na Ziemi miało swój koniec. Imperium Khmerskie nie jest tu wyjątkiem. I podobnie jak w przypadku upadku innych imperiów, przyczyniło się do tego wiele różnych czynników. Paradoksem jest to, że im większą potęgę imperium buduje, tym bardziej zwiększają się szanse jego upadku. Co więcej, jeśli przyjrzymy się bliżej królestwu Khmerów, to dojdziemy do wniosku, że dokładnie to, co było mocnymi jego stronami, prowadzącymi do jego rozkwitu i prosperity, spowodowało najprawdopodobniej jego zmierzch i ostateczny upadek. Gwoli przejrzystości, pozwolę sobie wyszczególnić te przyczyny w osobnych akapitach poniżej:

– Rywalizacja dwóch wielkich religii: hinduizmu i buddyzmu. Bazujący bardziej na testosteronie hinduizm (vide: Sziwa i inne bóstwa nie stroniące od bezwzględności i agresji) zostaje coraz bardziej wypierany prze buddyzm – najpierw w wersji Mahajany, a następnie w jeszcze bardziej łagodnej, ascetycznej i pacyfistycznej szkole Therawady. Dżajawarman VII czyni buddyzm religią państwową, zamieniając świątynie hinduistyczne na buddyjskie, przy okazji pozbawiając się de facto atrybutów władzy boskiej, czyli statusu króla-boga. Następujący po nim Dżajawarman VIII próbuje ten trend odwrócić (m.in. niszcząc posągi Buddy) ale jest już za późno: buddyzm przemawia znacznie bardziej do szerokich rzesz społeczeństwa, które żyje w coraz większej biedzie, nie tylko dlatego, że pozwala im lepiej znosić swoją nędzną zazwyczaj dolę, ale i dlatego, że czyni z króla bardziej podobnego im śmiertelnika, pozbawiając go przy tym bosko zlegitymizowanych instrumentów władzy, w tym opresji i wyzysku. Jednakże ma to swoje konsekwencje: osłabianie władzy państwowej, wzmacnianie biernego oporu i – jak by na to nie patrzeć – ubożenie całego państwa i utratę jego militarnej siły.

– Jeszcze przed rozszerzeniem się buddyzmu, w państwie khmerskich zaczęło się źle dziać z powodu nadmiernego wyzysku dolnych warstw społecznych (a stanowiło je ponad 90% społeczeństwa), jak również z nadmiernej eksploatacji zasobów naturalnych. Tak sprawnie działający system opodatkowania ludzi, był coraz bardziej uciążliwy, stając się jednocześnie źródłem korupcji – zwiększając przepaść między uprzywilejowanymi elitami i bogaczami, a zaharowującą się na śmierć biedotą, czyli resztą społeczeństwa.

– Niezwykle rozbudowany i skomplikowany system wodny działał sprawnie, kiedy istniała wystarczająca ilość obsługujących go ludzi, a klimat był w miarę stabilny. Kiedy to zaczęło się zmieniać (z różnych względów ludzie poczęli opuszczać tereny Angkoru, po wieloletnich suszach następowały długie okresy ulew i powodzi) system gromadzenia i dystrybucji wody zaczynał coraz bardziej zawodzić. W zniszczonych wioskach, otoczonych zamulonymi i zarośniętymi kanałami i barajami, przy niedostatku żywności, życie stawało się coraz bardziej nieznośne czy wręcz niemożliwe. Następowała więc migracja ludności na południe, w okolicę dzisiejszej stolicy Kambodży Phnom Penh.

– Imperium Khmerów słabło, podczas gdy sąsiednie królestwo Ajutthaya (okupujące dzisiejsze tereny Tajlandii) rosło w siłę, więc najazdy Tajów były coraz bardziej skuteczne, by zdławić w końcu państwową niepodległość khmerskich władców. Na tronie podbitego terytorium najeźdźcy instalowali powolne sobie marionetki, co raczej nie sprzyjało rozwojowi państwa, nie mówiąc o zachowaniu narodowej dumy jego mieszkańców.

– Z czasem – z powodu tych wszystkich czynników i jeszcze paru innych – zaczęła też coraz bardziej maleć rola Khmerów w pośrednictwie handlu między azjatyckim Zachodem (głównie Indiami) a Wschodem (Chinami), co w wiekach świetności Imperium było jednym z głównych źródeł jego bogactwa, znaczenia i wpływów.

Cóż… Sic transit gloria mundi.

*  *  *

       Wśród historycznego zamętu, jakiemu poddane było Imperium Khmerów przez 5 wieków swojego istnienia, najbardziej zajmowała nas dotychczas jego najsłynniejsza budowla – Angkor Wat. Należy jednak pamiętać, że khmerscy architekci, artyści i robotnicy wybudowali w tym czasie setki innych świątyń. Niestety, niemal wszystkie zamieniły się w ruinę a odrestaurowano (w większym lub mniejszym stopniu) tylko nieliczne, spośród których kilkanaście budzi zainteresowanie odwiedzających Angkor Wat turystów. Leżą one w bliskim sąsiedztwie tej najsłynniejszej i najlepiej zachowanej świątyni, z wyjątkiem jednej, do której moim zdaniem absolutnie warto dotrzeć. Mam na myśli odległą o 25 km od głównego kompleksu Angkor, bez wątpienia najbardziej „ornamentalną” ze wszystkich świątyń Banteay Srei. Pozostałe obiekty, o których chciałbym tu wspomnieć i wizytę w nich polecić, to zarośnięta malowniczo drzewami Ta Prohm oraz imponująca, nieziemska i ozdobiona „twarzowymi” wieżami Bajon.

Kamienne twarze świątyni Bajon

.

BAJON – 200 TWARZY PATRZY NA WAS

       Bez wątpienia jedna z najbardziej intrygujących budowli świata – tajemnicza, pełna bardziej lub mniej ukrytych znaczeń – świątynia Bajon. Zbudowana na początku XII wieku za czasów panowania Dżajawarmana VII, poddawana następnie wielu rozbudowom i przeróbkom, które tylko zwiększały kompleksowość jej konstrukcji – ciągle balansując na granicy architektonicznej harmonii i chaosu.
Stanowiła ona centrum Angkor Thom, będąc tym samym najważniejszym obiektem największego miasta Khmerów. I co ciekawe, mimo że Dżajawarman VII był zadeklarowanym buddystą, to najprawdopodobniej poświęcona była ona Brahmie, o czym świadczą nie tylko wieże z olbrzymimi twarzami – najczęściej czterema (choć też są i takie które mają twarze dwie, trzy a nawet i jedną), z których każda zwrócona jest w jedną z czerech kardynalnych stron świata, co było bardzo charakterystyczne dla przedstawień Brahmy – ale i pierwotna nazwa świątyni: Dżajagiri (dosł. Góra Brahmy). (Niestety europejscy kolonialiści wtrącili swoje trzy grosze nazywając ją „Banyan Temple” – no i stąd ten „Bajon”.)

       Nie jest pewne czyje oblicze przedstawiają twarze zdobiące wieże – czy rzeczywiście jest to Brahma? A może jednak Budda? Całkiem też możliwe, że kamieniarzom, którzy wykuwali skalne bloki, z jakich następnie składali wieże a na nich twarze, za inspirację posłużyło fizis samego władcy – rzeczywiście łudząco podobne do oblicza Dżajawarmana VII, sądząc po zachowanym posągu, który go przedstawiał. Jednak najbardziej rzucającą się w oczy cechą tych twarzy jest goszczący na nich tajemniczy i łagodny uśmiech, godny samej Mony Lizy.
Twarze są różnej wielkości i znajdują się nie tylko na wieżach. Naliczono ich w sumie ponad 200.

       Innym ważnym elementem Bajonu są jego płaskorzeźby, ukazujące nie tylko sceny mitologiczne i historyczne, ale również – i to jest ewenement, jeśli chodzi o khmerskie świątynie – scenki rodzajowe z życia zwykłych mieszkańców Angkor Thom. Motywy hinduistyczne i buddyjskie się mieszają, bowiem po buddyście Dżajawarmanie VII, nastał (drugi w kolejności władca) Dżajawarman VIII, który z wigorem neofity przemieniał świątynie buddyjskie na hinduskie, niszcząc m.in. główny posąg świątyni ukazujący Buddę, znajdujący się w najważniejszym – najwyższym i centralnym – pomieszczeniu świątyni. (W latach 30. ubiegłego wieku znaleziono go rozbitego na kawałki w pobliskiej studni i odrestaurowano.)

       Z pewnej odległości Bajon przypomina zbudowaną z wież (początkowo było ich 49, ostało się 37) górę, którą jeden ze znawców Angkor określił jako „kamienny zamęt, rodzaj ruchliwego chaosu szturmującego niebo”, kiedy jednak zbliżamy się do centrum, wstępując na kolejne tarasy, nawiedza nas przejmujące wrażenie przedzierania się przez labirynt. Kiedy zaś trafiamy wreszcie na platformę najwyższą, nagle objawiają się przed nami potężne kamienne oblicza – bliskie jakby na wyciągnięcie ręki i ożywione tym swoim ujmującym uśmiechem. I jest to doświadczenie poruszające i niezapomniane.

*  *  *

Ta Prohm

.

TA PROHM – PODDAJĄC SIĘ DŻUNGLI

       Świątynia Ta Prohm najbardziej chyba oddziaływała na wyobraźnię, apetyt i pragnienie egzotyczności podróżników większych i mniejszych, a to ze względu na niezwykłą fotogeniczność ruin splecionych w nierozerwalnym uścisku z dżunglą. Te drzewa oplatające swoimi muskularnymi ramionami masywne kamienne bloki – niczym jakiś gigantyczny wąż boa duszący swoją ofiarę. Natura dokonująca bezlitosnej inwazji w tworzoną przez człowieka cywilizację, której efektem końcowym jest totalna jej anihilacja. Na razie jednak świątynne ruiny wydają się koegzystować z żywotnością dżungli, dostarczając nam niezwykłych doznań estetycznych i emocji odkrywcy.

       Kiedy w XX wieku zaczęto restaurację najważniejszych khmerskich świątyń, zdecydowano się na szczególne podejście do Ta Prohm, właśnie ze względu na tę kohabitację drzew z kamiennymi ruinami, która wydała się, zwłaszcza Europejczykom, niezwykle atrakcyjna wizualnie, tworząc ponadto tajemniczą atmosferę ewokowaną zwłaszcza w powieściach przygodowo-podróżniczych; podobną również tej, na jakiej później bazowało kino popularne spod znaku Indiany Jonesa (nota bene ze scenerii tej czerpano pełnymi garściami np. w filmie „Tomb Raider”). Tak więc, dokonano tylko koniecznych prac zabezpieczających istniejące elementy świątyni i uprzątnięto zarośla tak, by można było Ta Prohm zwiedzać. Swoją drogą, usunięcie olbrzymich drzewnych korzeni/konarów byłoby niemożliwe bez uszkodzenia tego, co ze świątyni pozostało, gdyż drzewa – w przedziwny sposób – nie tylko budowlę niszczyły, ale i stanowiły dla jej ścian i stropów podporę. Nawisem mówiąc, próbowałem znaleźć polskie nazwy tych drzew, ale poległem, również dlatego, że różne źródła nie są ze sobą absolutnie zgodne. Może więc podam tylko te pojawiające się najczęściej – w wersji angielskiej wraz z ich łacińskimi odpowiednikami: silk-cotton tree (Ceiba pentandra), thitpok (Tetrameles nudiflora), strangler fig (Ficus gibbosa), gold apple (Diospyros decandra). I bądź tu mądry! Smacznego!

       Podobnie jak Bajon świątynię Ta Prohm wybudowano za czasów Dżajawarmana VII – prace rozpoczęto w 1186 roku i kontynuowano przez następne kilkadziesiąt lat. Wówczas mówiono na nią Radżawihara (co oznaczało Królewski Klasztor), a poświęcona była ona przez króla swojej rodzinie, przede wszystkim matce.
Mur świątynny miał długość ponad 3 km, tworząc prostokąt o bokach 1000 m na 650 m. Była to więc spora powierzchnia, na której – jeśli wierzyć zachowanym na stalach inskrypcjom – żyło 12.5 tys. ludzi.

       À propos steli z inskrypcjami: w Ta Prohm znaleziono ich wyjątkowo dużo, dzięki czemu można było dowiedzieć się sporo o czasach, kiedy w świątyni tętniło życie. Inna sprawą jest wiarygodność tych zapisów, bo czy rzeczywiście zamieszkiwało ją ponad 12 tys. ludzi? W 18 wyższych rangą kapłanów można uwierzyć, ale czy tak samo wiarygodna jest liczba tancerzy, których ponoć było tu 650? Na stelach można jeszcze przeczytać o okolicznych 3,140 wioskach, które liczyły w sumie 80 tys. mieszkańców. Jeśli tak, to zapewne inskrypcję mówią prawdę, że to właśnie oni utrzymywali całe to elitarne towarzystwo okupujące świątynię.

       Zwiedzanie Ta Prohm jest zwodniczo łatwe, bo budowla ta nie posiada położonych na różnych poziomach tarasów/platform, ale jej płaska zabudowa tworzy labirynt, w którym można się zagubić. Z drugiej strony, jeśli zdołamy uniknąć tłumów, daje nam to możliwość przeżycia pewnej przygody eksploratora – namiastkę tego, czego doświadczali prawdziwi podróżnicy w dawnych czasach.

*  *  *

Banteay Srei

.

BANTEAY SREI – KOBIETY I ZŁODZIEJE, CZYLI PERŁA NA KONIEC

       Maurice Glaize, francuski architekt i archeolog, długoletni kurator Angkor, bez wątpienia największy europejski znawca architektury i sztuki Khmerów, którego książka „Les monuments du groupe d’Angkor” do dzisiaj stanowi najlepszy przewodnik i najbogatsze źródło informacji o khmerskich świątyniach (jej wersja w języku angielskim dostępna jest TUTAJ), pisał o tej świątyni: „Biorąc pod uwagę szczególny urok Bateay Srei – jej niezwykły stan zachowania oraz świetną, niemal perfekcyjną technikę zdobniczą – bez wahania można nadać jej status zdecydowanego pierwszeństwa spośród wszystkich monumentów Angkoru”. Nic więc dziwnego, że obiekt ten uznano za „klejnot sztuki Khmerów”.

       Ze mną było podobnie: Angkor Wat zrobiła na mnie największe wrażenie, ale to właśnie Banteay Srei spodobała się najbardziej. Dlaczego? Z kilku powodów. Po pierwsze: jej niemal miniaturowe – w porównaniu do innych wielkich świątyń Angkoru – wymiary, które bardziej sprzyjały intymniejszej, bardziej „ludzkiej” percepcji tej budowli. Po drugie: fantastyczne zdobienia i ornamenty, którymi pokryto niemal każdy centymetr kwadratowy czerwonego piaskowca, użytego do budowy głównych części świątyni (pozostałe zbudowano ze zwykłych cegieł i literytu). Zdumiewają mnie one do dzisiaj, kiedy tak wracam do nich i patrzę na zrobione podczas mojej wizyty w Banteay Srei fotografie (polecam obejrzenie ich wyboru, jaki zamieszczam poniżej). Moje zdumienie jest tym większe, im bardziej dociera do mnie świadomość, że arcydzieła te mają ponad 1000 lat!

       Banteay Srei to nazwa współczesna, często tłumaczona jako „Cytadela Kobiet” (lub „Cytadela Piękna”), ponoć dlatego, że tak wiele w tej budowli piękna i delikatności – niektórzy twierdzą nawet, że tylko ręka kobieca mogła stworzyć takie koronkowe cuda, ale to oczywiście przesada, bo przecież mężczyźni artyści też potrafią być niezwykle wrażliwi, delikatni, finezyjni i misterni w egzekucji swoich dzieł. N‚est-ce pas?
Inna interpretacja tej nazwy mówi, iż pochodzi ona od licznych dewów, czyli mitologicznych postaci kobiecych, którymi udekorowano świątynne ściany i portale – i chyba ta jest bardziej racjonalna, a na pewno mniej afektowana.
Z inskrypcji na steli założycielskiej, jaką odkryto dopiero podczas prac konserwatorskich i rekonstrukcyjnych w 1936 roku, dowiedziano się o pierwotnej nazwie świątyni, która brzmiała… uwaga: Tribhuwanamaheśwara, czyli: Wielki Pan Potrójnego Świata, co odnosi się do boga Sziwy. Są też dowody, że Banteay Srei poświęcona była również Wisznu (co raczej nie dziwi, bo lepiej mieć ochronę w dwóch bóstwach, niż w jednym).
Banteay Srei jest również ewenementem z innego powodu: otóż jej fundatorem nie był żaden monarcha, a prominenci – dworzanie królewskiego dworu. Mówi się o dwóch (znów mam ochotę przeprosić za językową komplikację): Wisznukumarze i Yadżanawarahu, doradcach króla Radżendrawarmana i jego guru.
Na wspomnianej już inskrypcji wyczytać można jeszcze dokładną datę konsekracji świątyni: 22 kwietnia, 967 roku. Zdumiewające!

       Świątynię „odkryto” dopiero w 1914 roku. 9 lat później – i tu ciekawostka! – splądrował ją sam André Malraux (późniejszy autor „Doli człowieczej” i minister kultury w rządzie de Gaulle’a), który popadł w tarapaty finansowe i postanowił – nomen omen – „odkuć się” sprzedając część khmerskiego zabytku amerykańskim i europejskim kolekcjonerom sztuki. W 1923 roku świątynia przypominała jeszcze (jak sam pisał) kupę kamieni, ale Malraux wybrał z niej kilka (ważących 600 kg) najlepiej zachowanych bloków piaskowca z reliefami przedstawiającymi głównie dewy (pomagali mu w tym jego przyjaciel, nowo zaślubiona żona oraz lokalni mieszkańcy, których oczywiście opłacił) i przetransportował je, wpierw (wozem) do odległego o 25 km. Siem Reap, a następnie (rzeczną barką) do Phnom Penh, gdzie został aresztowany. Reliefy zostały mu odebrane, jego samego skazano na 3 lata więzienia (dzięki znajomościom Malraux nie odsiedział z tego wyroku ani jednego dnia). Być może lekcja dana 22-letniemu młodzieńcowi (tyle wówczas miał André) poskutkowała, sądząc z tego, co pisał on później w swoich książkach i artykułach o kulturze, sztuce i jej ochronie.
Tak więc, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, tym bardziej, że afera z młodym Francuzem uczyniła świątynię Banteay Srei sławną i w konsekwencji doprowadziła do jej restauracji, której dokonano w latach 30. Niestety, złodzieje i wandale jeszcze nie raz się do niej dobierali, kradnąc nawet wykonane z betonu repliki. Teraz świątynia jest pod ścisłą ochroną.

       Mieliśmy to szczęście, że znaleźliśmy się w Banteay Srei sami (byliśmy tu pierwszymi gośćmi) i strażnicy pozwolili mi (za odpowiednią opłatą) na wejście poza barierki, umożliwiając nie tylko podziwianie świątynnych zdobień z bliska, ale również ich sfotografowanie. Za co jestem do dzisiaj wszystkim – nie tylko hinduistycznym – bogom świata wdzięczny.

Ludzko-zwierzęcy strażnicy Banteay Srei

.

Bogato zdobione frontony świątyni wypełniają sceny z hinduskiej mitologii

.

Centrum świątyni Banteay Srei w pełnej krasie

.

Dwaj bracia-małpy Walin i Sugriwa walczą o tron

.

Wisznu, przybrawszy postać lwa, rozrywa pazurami pierś półboga Hiranjakasipu

*  *  *

ZWIEDZANIE, CZYLI SZTUKA UNIKANIA TŁUMÓW

       Na koniec słów kilka o turystyce i zwiedzaniu Angkor Wat. Piszę je latem 2021, mając za sobą półtora roku pandemii, kiedy to turystyka światowa stanęła na głowie, czy też raczej została zdławiona przez lockdowny i różne restrykcje. W tym czasie w świątyniach Angkor ruch praktycznie zamarł, zwiedzają ją tylko nieliczni turyści, głównie Kambodżanie i garść Chińczyków. Podobno opustoszała Angkor Wat i inne miejsca w okolicy robią teraz olbrzymie wrażenie, lecz chyba to tylko kwestia czasu, kiedy hordy przybyszów – głównie z Chin, Korei i Japonii – znów zaleją te strony. Pobliskie miasto Siem Reap bazowało niemal zupełnie na turystyce. I jeśli się nie mylę, to z powodu pandemii zamknięto ponad 90% istniejących w nim hoteli, a były ich już setki. Zamarły praktycznie wszystkie, mające tu siedzibę, biznesy

       Mnie udało się odwiedzić Angkor Wat w 2011 roku, kiedy już trwał tam turystyczny boom, więc musiałem się  mocno gimnastykować, by uniknąć w poszczególnych świątyniach tłumów (na szczęście było to jeszcze wtedy możliwe), choć oczywiście nie sposób było w kameralnej grupie przywitać w Angkor Wat wschód słońca (patrz zdjęcie poniżej). W tamtym roku liczba turystów w Angkor nie przekroczyła 2 mln., ale już w 2019 roku było ich 2.7 mln. (Dla porównania: w roku 1993, kiedy to Angkor Wat wpisano na Listę światowego dziedzictwa UNESCO, zanotowano jedynie 7,6 tys. wizytujących.)

       Nie wiem, jak będzie w przyszłości, ale jeśli uda się komuś w tych dziwnych czasach – a może już wreszcie normalnych? – tam dotrzeć, to radzę, aby zaplanować pobyt co najmniej tygodniowy. Ja spędziłem w Angkor cztery dni i sądzę, że było to jednak za krótko. Jak już pisałem, należy koniecznie odwiedzić Angkor Wat, Bajon, Ta Prohm i Banteay Srei. Można to zrobić na wiele różnych sposobów. Nam pomagał (niezwykle sympatyczny) lokalny przewodnik. Dysponowaliśmy też samochodem, ale można też wynająć kierowcę z tuk-tukiem, skuter czy rower i zwiedzać świątynie samemu (z uwagi na rozległość kompleksu Angkor, jakiś środek transportu jest niezbędny).
Jeśli czas pozwoli, to polecam wyprawę na pobliskie jezioro Tonle Sap, by przepłynąć po nim łodzią, odwiedzając tamtejsze pływające wioski. W normalnych czasach w Siem Reap tętni życie, jedzenie jest tam przepyszne, noclegowni w bród, ludzie przychylni i mili – wliczając w to większość przybyłych z daleka back-packersów i zwykłych turystów. Warto wybrać się też na rekonesans okolicznych wiosek, by zobaczyć, jak wygląda „normalne” codzienne, nieskażone turystyką życie zwykłych mieszkańców Kambodży. (Podczas takich wypadów udało mi się zrobić wiele „rodzajowych” zdjęć, wliczając w to fotografie kambodżańskich dzieci, które obejrzeć można np. TUTAJ).

       Jak widzę spisanie tylko tych najważniejszych informacji związanych ze świątyniami Angkor – wraz z historią ludzi, którzy je zbudowali – zajęło mi sporo miejsca. Mam jednak nadzieję, że artykuł ten przybliżył wszystkim zainteresowanym Czytelnikom to jedno z najbardziej fascynujących osiągnięć architektonicznych ludzkiej cywilizacji, jakie kiedykolwiek powstało na naszej planecie.

Podziwianie wschodu słońca nad Angkor Wat w dobie masowej turystyki

.greydot.

GALERIE ZDJĘĆ POSZCZEGÓLNYCH ŚWIĄTYŃ

.

ANGKOR WAT

.

.

BAJON I ANGKOR THOM

.

.

TA PROHM

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

Komentarze 52 to “ANGKOR WAT – boskość, znój, kamienie i dżungla”

  1. Tess Says:

    Podobno ruiny to drogi ku odrodzeniu. Jednak chyba tylko w ciszy ich kamieni, w dobie wschodzącego słońca, kiedy jeszcze nierozpłomienione żarem powietrze okazuje swe miłosierdzie, można poczuć rodzącą się myśl, zmartwychwstającą ciekawość rzeczy. Ale nie jest to takie proste. Szukając odpowiedzi usłyszymy tylko echo zapytania, bo Wyrocznia Przeznaczenia jest niema, działa w zupełnie inny sposób i wiele czasu zajmuje pogodzenie się z jej milczącą naturą.
    Anna Szarwaryn

  2. Małgorzata Pietrusewicz Says:

    Świątynie Angkoru to było moje marzenie. Podziwialiśmy je w 2019 i do dziś wspominam tę wyprawę. Niby tylko dwa dni były przeznaczone na Angkor ale biorąc pod uwagę obszar, na którym rozrzucone są obiekty i dwa tygodnie byłoby za mało.
    Bardzo chciałabym jeszcze raz tam pojechać.
    Pana zdjęcie są balsamem i pobudzeniem dla duszy włóczęgi 🙂.
    Dziękuję Panie Stanisławie .

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Proszę bardzo 🙂
      Dwa dni na zwiedzanie Angkor to lepiej niż dzień jeden. A jeden dzień to lepiej, niż nic 😉
      Ja się cieszę, że nadrobiłem zaległości jeśli chodzi o wiedzę o Angkor po wielu latach (a ta była mi potrzebna i niezbędna do napisania tego artykułu).
      My (ja z żoną) mieliśmy przez 3 dni przewodnika, który wiele nam opowiedział o Angkor, ale niestety z czasem większość (wszystko?) z tych informacji się zapomina.
      A lekcja z historii wzlotu i upadku Imperium Khmerów jest jedną z lekcji, jaką nam historia udziela – uświadamiając wiele aspektów związanych z naszą współczesnością.

  3. Jackie Says:

    Nie byłem, ale…będę! 😉

  4. Bogdan Kwiatek Says:

    Veni, vidi…
    Bajka!
    Z innej bajki
    Ale z księgi UNESCO!

      • Bogdan Kwiatek Says:

        Czy legi?…
        Na 1 legu 🤪

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ty nie dowcipkuj, tylko odpowiedz… na dwóch nogach i z głową na karku, którą bez wątpienia posiadasz 😉

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Byłem,
          Przywiozłem tez dużo zdjęć. Pokazałem może 1-2. Chyba było więcej drzew, korzeni drzew na budowlach… magia!

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No i właśnie to jest problem: zrobiłeś tysiące zdjęć pokazałeś 1 -2, a także nic o tej wizycie – i o samej Angkor Wat – nie napisałeś. Ja zresztą też tak miałem przez 10 lat, jednak cały czas mnie to męczyło, że nic z tym materiałem nie robię.
          Np i wreszcie się zmobilizowałem, artykuł napisałem, wyboru zdjęć dokonałem, na tej stronie opublikowałem – i prawdopodobnie wkrótce trafi on też na łamy prasy polonijnej (która jeszcze nie zginęła).

          Kosztowało mnie to sporo pracy, ale tak powinno być – taki mamy (popularyzatorski) obowiązek 😉
          Dopóki jeszcze możemy to robić 😉

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Warto przy okazji zwrócić uwagę, że na Angkor Wat te drzewa nie rosną, tylko na ruinach świątyni Ta Prohm:

        • Bogdan Kwiatek Says:

          A kiedy tam byłeś? I czy jeden raz?
          Bo rzeczywistość była i jest dynamiczna. Chłopcy z AKW od lat oczyszczają te kamienne budowle z drzew. Chyba część mieli zostawić, ale większość pod siekierę. Byłem kilka razy i widziałem, że wycięli…

          To w ogóle szerszy temat, bo dzięki tym drzewom i zarośnięciu obiekty przetrwały. Nikt nie wiedział, lub mało ludzi, bo zarośnięte, drzewa otuliły kamienie, a one dzięki temu się nie rozsypały całkiem…

          A teraz „obrońcy” przeszkadzają w oglądaniu. 😕

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          @Bogdan: „… dzięki tym drzewom i zarośnięciu obiekty przetrwały.”

          No nie do końca to jest prawda, bo niemal wszystkie z kilkuset świątyń zbudowanych za czasów świetności Imperium Khmerów zostały pochłonięte przez las i dżunglę, dokonując – wraz z czasem i czynnikami atmosferycznymi – ich dewastacji. Rzeczywiście, w przypadku jednej z najważniejszych świątyń (Ta Prohm) drzewa z ruinami weszły w taką kohabitację, że można odnieść wrażenie jakby stanowiły one podporę budowli, ale to jest jednak złudne (i tymczasowe), bo to jest inwazja, która w końcu spowoduje ich zniszczenie. I jeśli chodzi o Ta Prohm, to właśnie zdecydowano się tylko oczyścić (częściowo uporządkować ruiny), a największe drzewa pozostawić w obecnym stanie.

          Piszę zresztą o tym w swoim artykule:
          „Świątynia Ta Prohm najbardziej chyba oddziaływała na wyobraźnię, apetyt i pragnienie egzotyczności podróżników większych i mniejszych, a to ze względu na niezwykłą fotogeniczność ruin splecionych w nierozerwalnym uścisku z dżunglą. Te drzewa oplatające swoimi muskularnymi ramionami masywne kamienne bloki – niczym jakiś gigantyczny wąż boa duszący swoją ofiarę. Natura dokonująca bezlitosnej inwazji w tworzoną przez człowieka cywilizację, której efektem końcowym jest totalna jej anihilacja. Na razie jednak świątynne ruiny wydają się koegzystować z żywotnością dżungli, dostarczając nam niezwykłych doznań estetycznych i emocji odkrywcy.
          Kiedy w XX wieku zaczęto restaurację najważniejszych khmerskich świątyń, zdecydowano się na szczególne podejście do Ta Prohm, właśnie ze względu na tę kohabitację drzew z kamiennymi ruinami, która wydała się, zwłaszcza Europejczykom, niezwykle atrakcyjna wizualnie, tworząc ponadto tajemniczą atmosferę ewokowaną zwłaszcza w powieściach przygodowo-podróżniczych; podobną również tej, na jakiej później bazowało kino popularne spod znaku Indiany Jonesa. Tak więc, dokonano tylko koniecznych prac zabezpieczających istniejące elementy świątyni i uprzątnięto zarośla tak, by można było Ta Prohm zwiedzać. Swoją drogą, usunięcie olbrzymich drzewnych korzeni/konarów byłoby niemożliwe bez uszkodzenia tego, co ze świątyni pozostało, gdyż drzewa – w przedziwny sposób – nie tylko budowlę niszczyły, ale i stanowiły dla jej ścian i stropów podporę.”

          Piszesz: „Chłopcy z AKW od lat oczyszczają te kamienne budowle z drzew.”

          Ciekawostką jest to, że owymi „chłopcami” są poważne organizacje i zespoły restauratorsko-archeologiczne z wielu krajów, którym rząd Kambodży zezwolił na zajęcie się ochroną, dalszym badaniem i restauracją zabytków Angkoru.

  5. Małgorzata Pietrusewicz Says:

    Mamy zdjęcie w tym samym miejscu 🙂

  6. maliboo Says:

    Byłam, widziałam – wrażenia niesamowite. dziwi mnie fakt ze kompleks Angkor nie został zaliczony do nowych códów świata … a np. Koloseum tak.

  7. Agnieszka Says:

    My byliśmy w Angkor 3 dni i myślę, że tydzień wcale by się nie dłużył. Pewnie to kwestia jakiejś ogólnej wrażliwości, czyli „co kto lubi”. My oglądamy historie przedstawiane na ścianach, czytamy co o tym mówią przewodniki, patrzymy na pajęczyny i przysiadamy, żeby zobaczyć z góry jaki fajny jest ten świat.
    Trzeciego dnia wróciliśmy jeszcze raz do najpiękniejszych, naszym zdaniem miejsc. Co było dziwne, trzecim dniem była niedziela i nie było ludzi!

  8. Zygmunt Wilk Says:

    Fascynujące miejsce. Wymyka się spod logicznego uzasadnienia powstania, trwania i na koniec upadku swej świetności.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dlatego jest to tak fascynująca historia. To, do czego zdolny jest człowiek (mam na myśli zarówno to, co jest dobre, jak i to, co jest złe) jest niesamowite. I często wymyka się logice, bo jednak człowiek nie jest stworzeniem, które zawsze zachowuje się racjonalnie.

  9. Andrzej Nowak Says:

    Moje najlepsze wspomnienia.

  10. Yola Says:

    Piękne zdjęcia 👍
    Również spędziłam tam 3 dni – ale to stanowczo za mało!

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Lepiej być tam cały tydzień, ale 3 dni pozwala przynajmniej na dość solidne zwiedzenie Angkor Wat, Bajonu, Ta Prohm…
      Ja byłem w Siem Reap 4 dni, więc udało mi się także dotrzeć do niesamowitej świątyni Banteay Srei, a nawet do pływających wiosek na jeziorze Tonle Sap.

  11. Marzena Bukowska Says:

    Byłam w tym magicznym miejscu, więc szczególnie miło jest oglądać te piękne fotografie !
    Dziękuje! 🙂

  12. Yola Says:

    Zwłaszcza Banteay Srei jest Cudowna ❤️ robi niesamowite wrażenie!

  13. Anna Dolecki Says:

    Ta podróż do przeszłości robi wrażenie 😱

  14. Yola Says:

    Te miejsca są naprawdę magiczne.
    Piękne, wspaniałe zdjęcia, Stanisławie!!


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: