NIEWOLNOŚĆ, NIEMYŚL I UPOKORZENIE

.

.

       Wszystko wskazuje na to, że nie ma powrotu do świata, w którym żyliśmy przed wirusową pandemią.

       Jaki będzie ten „nowy” świat? Nikt tego nie wie, ale wszyscy możemy się zgodzić z tym, że nie będzie on jednak „wspaniały”.

       To, co się dzieje obecnie, można będzie ewentualnie zrozumieć dopiero z perspektywy czasu. Nikt nie posiada dostatecznej wiedzy – a zwłaszcza dystansu – by umieścić naszą teraźniejszość w kontekście historycznym, opisać wszystkie jej fasety, poznać sens, objaśnić i wytłumaczyć zachodzące teraz zjawiska i pojawiające się fakty.

       Jeśli przyznaję się do własnej niewiedzy, to nie jest to żadną kokieterią. Od dawna twierdzę i mam świadomość tego, że każdy człowiek (oczywiście łącznie ze mną) jest dyletantem. Wobec ogromu tego wszystkiego, co nas otacza (nie tylko w sferze fizycznej, ale i mentalnej) – wobec morza informacji, które do nas docierają – wobec wyobrażeniowej mgławicy mitów i fikcji, w jakiej jesteśmy zanurzeni; wreszcie wobec niezwykłych trudności w docieraniu do prawdy – jesteśmy niczym te pijane dzieci we mgle, sieroty Wszechświata zabłąkane we własnych fantazmatach i złudzeniach, które często mylą się nam z nadzieją.
Mimo tych ograniczeń staram się w miarę racjonalnie podchodzić do tego, co się dzieje z nami – i wokół nas – w tych jakże dziwnych czasach zarazy, które mogą się okazać dla człowieka przełomowe. I przynajmniej spróbować coś z tego zrozumieć, pojąć sens tych przemian, wyciągnąć jakieś wnioski… choćby tylko na własny użytek, by uporządkować nieco kłębiące się w głowie myśli.

       Tak więc – nie roszcząc pretensji do mądrości, a tym bardziej nieomylności – postaram się ująć w kilku zdaniach zręby pewnych ogólnych zjawisk, które coraz bardziej wydają mi się definiować zmiany, jakie w tej chwili zachodzą na świecie. Moim zdaniem zmiany te przewartościowują tak ważne dla ludzi pojęcie, jak np. wolność, zmieniając myślenie i zachowanie ludzi na całym globie. (Bo zainfekowane zostały nie tylko ludzkie ciała, ale i umysły.)

NIEWOLNOŚĆ

       „Niewolność” może się wydawać takim trochę dziwnym neologizmem, ale według mnie słowo to lepiej określa pewne zaobserwowane teraz przeze mnie zjawisko niż np. „niewola” czy „zniewolenie”.
Przede wszystkim „niewolność” (w odróżnieniu od niewoli i zniewolenia) jest stanem, który niejako zaakceptowała (czy też raczej: któremu poddała się) dobrowolnie ogromna większość społeczeństwa w państwach dotkniętych (w mniejszym lub większym stopniu) pandemią. (Protestowała zaledwie garstka ludzi.)
Mnie uderzyło to najbardziej w związku z zachowaniem się całych ludzkich rzesz w kręgu cywilizacji zachodniej – tak szczycącej się przecież liberalnym (wolnościowym) podejściem do człowieka, deklarującej przywiązanie i respekt dla takich wartości, jak np. swoboda obywatelska czy nietykalność osobista, traktując je niemal jako świętości – i gdzie jak mantrę powtarza się słynne powiedzenie Franklina, że „ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność”.

       Oczywiście wiem, że taki stan „niewolności” został spowodowany przez wirusa (choć tak naprawdę, bardziej do tego przyczynił się nie tyle sam wirus, co strach przed nim, a w konsekwencji – i w rzeczywistości – takie a nie inne obostrzenia i restrykcje wprowadzone przez władze). I że niemal wszyscy uważają, że jest to stan przejściowy – więc łatwiej jest go znieść.
Ale (abstrahując od tego, czy drakońskie posunięcia władz były zasadne czy też nie) fakt pozostaje faktem: ograniczono wolność setek milionów ludzi – pozbawiono ich prawa do pracy, swobodnego poruszania się; decydowania zarówno o ochronie własnego zdrowia, jak i o wyborze sposobu leczenia w przypadku choroby. Przymusowo odizolowano od siebie nie tylko znajomych i przyjaciół, ale i najbliższych krewnych (przez co dziesiątki tysięcy ludzi umierały w cierpieniu i zupełnej samotności – a był to dla nich horror, którego my, pozostający przy życiu, nie chcemy sobie nawet uświadomić).
Nie wspominając o konsekwencjach ekonomicznych: rujnujących gospodarkę i przemysł, stawiających na głowie politykę fiskalną państwa, niszczących małe i wielkie przedsiębiorstwa, pozbawiających dziesiątki – jeżeli nie setki – milionów ludzi pracy… etc. Skutki tego mogą być w przyszłości katastrofalne, dodatkowo ograniczając ludzką wolność – być może do granicy (praktycznego) niewolnictwa.

       Niewykluczone, że w ostatecznym rozrachunku, liczba ofiar spowodowanych globalnym „lockdownem” świata, przewyższy liczbę ludzi, którym ten „lockdown” uratował życie (wpędzenie milionów ludzi w skrajną nędzę, głód i choroby z tym związane…). Czyli jednak lekarstwo może się okazać groźniejsze od choroby.
(Nie jest to tylko moje zdanie. Prof. Michael Levitt, biolog, zdobywca Nagrody Nobla w 2013 r. w dziedzinie chemii stwierdził: “There is no doubt in my mind that when we come to look back on this, the damage done by lockdown will exceed any saving of lives by a huge factor.”)

       „Niewolność” to takie zawieszenie pomiędzy wolnością a niewolą; stan, w którym łudzimy się, że mimo wszystko (w tej niewoli) zachowujemy wolność, bo nie jesteśmy w stanie zaakceptować tego, że jednak ta wolność została nam odebrana i nawet jeśli zniesiona zostanie większość restrykcji, to część tego zniewolenia pozostanie – i to nie tylko w formie traumy w nas samych, ale i w bardziej represyjnych przepisach i prawie, które wskutek pandemii zostanie zmienione. Także w jeszcze większej kontroli całego społeczeństwa i jego inwigilacji.

       Niestety, już dawno temu (w czasach, kiedy jeszcze nie śniło mi się o żadnej pandemii) nabrałem przekonania, że brak wolności jest jednak nieodzowną cechą ludzkiej kondycji.
Każdemu z nas się wydaje, że dokonuje wyborów niezależnie (a ogólnie: że dysponuje wolną wolą). Jednakże moim zdaniem – w głębi i w istocie działania pewnego mechanizmu społeczno-psychologicznego – zazwyczaj tak nie jest, bo zawsze „podpinamy się” (lub jesteśmy „podpięci”) pod pewną strukturę (partyjną, frakcyjną, stanowiącą grupę interesów…) poddani sugestii, indoktrynacji, propagandzie, manipulacji… także łatwowierności i złudzeniom. To wszystko powoduje, że nasze opinie i poglądy (wliczając w to światopogląd) są niejako zdeterminowane – uzależnione od czegoś, co jest od nas większe. Ergo: nie do końca są suwerenne.

       Ogólnie rzecz ujmując, nasza wolność w życiu jest mocno ograniczona, zarówno przez czynniki zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Bowiem zawsze, w każdych okolicznościach, jesteśmy częścią pewnej struktury – organizmu społecznego, grupy – która nas kształtuje, narzuca normy zachowania – i wobec której określa się nasza tożsamość (bo przecież tylko w relacji z innymi ludźmi możemy się spełnić i stać się człowiekiem).
Niestety – życie to jednak zniewolenie jest. (Pomijam już tutaj nasze uwarunkowania genetyczne, a na które nie mamy żadnego wpływu, jak również Frommowski fenomen ucieczki człowieka od wolności).
Z tych to względów można stwierdzić, żę wolność jest chyba jednym z największych złudzeń człowieka, który mimo to na paradygmacie wolnej woli (możliwości dokonywania wyboru) opiera wszystkie swoje systemy etyczne, (które są niezbędne dla funkcjonowania każdego społeczeństwa).

       To, co się dzieje ostatnio jeszcze bardziej pole naszej wolności zawęża. Perfidia całej sytuacji polega na tym, że w zasadzie godzimy się z tym, że ktoś nam tę wolność ogranicza, a niektórzy z nas przyjmują to nawet ochoczo (bo są przekonani, że ratuje im to zdrowie i życie).
Z drugiej jednak strony odczuwamy tę naszą nową „niewolność” dotkliwie. Stąd pewna schizofrenia: chcemy tej naszej izolacji, a zarazem nie chcemy; boimy się innych ludzi, a zarazem do nich lgniemy; chcemy być chronieni przez władzę, a zarazem nienawidzimy jej kagańca…

       Żeby jednak nie kończyć tak pesymistycznie: warto pamiętać o tym, byśmy przy tych wszystkich ograniczeniach i determinantach, starali się wywalczyć jak największą wolność dla siebie, poczynając od wolności wewnętrznej, bo chyba tam – właśnie wewnątrz siebie, w sferze duchowej – możemy mieć największe pole manewru i poczuć się naprawdę człowiekiem wolnym. Co łatwe nie jest, bo czy poczucie wolności jest rzeczywistą wolnością?

NIEMYŚL

      Paradoks, który w dobie Internetu i platform społecznościowych jest uderzający: zaglądając tam odnosimy wrażenie, że oto doświadczamy burzy mózgów, a tak naprawdę mamy do czynienia z wyjałowioną myślowo pustynią.
Stąd mój kolejny neologizm: „niemyśl”.

       Czym się on różni od niemyślenia (bezmyślności)?
Otóż złudzeniem, że myślimy, podczas gdy w rzeczywistości bezrefleksyjnie przyjmujemy myśli innych. I chodzi nie tylko o memy, stereotypy, banały… Niekiedy natrafiamy na cale elaboraty mające pozory samodzielnej intelektualnej analizy, które tak naprawdę są pseudointelektualnym bełkotem kompilującym pomysły i koncepcje innych, krążące zwykle w internetowej sieci.
Królują wszak memy tudzież aforyzmy, sentencje i życiowe „mądrości”, (o których zwykle zapomina się po 15 sekundach).

      Wraz z rewolucją informatyczną i szalonym rozwojem Internetu, zaszło wielce osobliwe zjawisko: zalew informacji nie zwiększył wiedzy podpiętych do sieci ludzi – a tym bardziej nie spowodował, że zmądrzeliśmy. Wręcz przeciwnie: wzniecił informacyjny chaos – jeszcze bardziej przy tym nas ogłupiając i dezorientując.

      Tutaj chciałbym pewną rzecz uściślić: tak, można się zgodzić, że dzięki Internetowi ilość wiedzy wśród ludzi wzrosła, ale absolutnie nie przekłada się to na jakość tej wiedzy. Generalnie ludzie nie są w stanie przyswoić bardziej kompleksowej, eksperckiej wiedzy, której najczęściej nie potrafią zrozumieć, skupiają się więc na tym, co (jak się im wydaje) rozumieją. A są to rzeczy proste, nieskomplikowane, stereotypowe, powierzchowne, oklepane, trywialne, zwykłe… jak również myśli, które są już im znane, które przejęli, i z którymi się już oswoili. Tym sposobem błędne koło (nie)poznania i niemyśli się zamyka, tworząc owe osławione już bańki, gdzie przebywają zainfekowane jakimiś – zwykle „jedynie słusznymi” poglądami – ludzkie indywidua. A kiedy się już w takiej bańce jest, to odrzuca się wszystko, co do panującej w niej koncepcji nie pasuje – łącznie z przeczącymi jej faktami i argumentami, których po prostu nie przyjmuje się do wiadomości i ignoruje. (To dlatego naszych przekonań nie zmieniają nawet fakty.)
Tak więc mamy to co mamy: niski lot miernot koszący wszystko co wystaje ponad przeciętność – gubienie w śmieciach większości tego, co ma jakąś wyższą intelektualną czy mentalną wartość – tudzież zbijanie się jednakowo (nie)myślących osobników w gromady i stada – najczęściej pod przewodem naczelnych, wyróżniających się w jakiś sposób, baranów.
Wszystko to jest związane z niesamodzielnością myślenia (tych, którzy myślą samodzielnie, jest garstka) i co ciekawe (i na swój sposób ironiczne): najwięcej o konieczności samodzielnego myślenia krzyczą ci, którzy memom i stereotypom poddają się najbardziej.

      Wspomniane tu zjawiska stały się jeszcze bardziej widoczne w czasie panującej nam zarazy. Wirus obnażył wszystkie ludzkie słabości – i to nie tylko w wymiarze indywidualnym, ale i cywilizacyjnym.
W całym tym zgiełku i chaosie (dez)informacji, która na nas spadła, doszło do jeszcze większego kryzysu autorytetów; do niemal zupełnego wyrugowania bardziej krytycznego i mądrzejszego sposobu myślenia; wreszcie do wysypu przeróżnych – nieraz kosmicznie bzdurnych i wręcz absurdalnych – teorii spiskowych, jako żywo przypominających zbiorową paranoję.

      Ale jak się temu ludzkiemu błądzeniu i zagubieniu dziwić, skoro nawet ci, po których można się było spodziewać, że dostarczą nam w miarę pewnej i rzetelnej wiedzy, przeczyli sobie nawzajem. Władze nadrabiały miną, ale tak naprawdę to działały „w ciemno” – podejmujący decyzje politycy nie mieli pojęcia jakie będą skutki ich decyzji. Wszelkie modele i prognozy brały w łeb, każde państwo zdane było na siebie (biurokratyczną WHO i nadętą EU o kant stołu można było potłuc) i co ciekawe (i jeszcze bardziej dezorientujące), ci którzy poszli drogą mniejszych restrykcji, jak się wydaje lepiej na tym wychodzą, niż ci, którzy pozamykali wszystko i wszystkich. (Nadal nie wiadomo skąd się biorą tak ogromne różnice statystyczne w liczbie zarażeń, zachorowań i zgonów w poszczególnych krajach – i jak one zależą od wprowadzonej tam polityki walki z epidemią. Bo to chyba nie jest tylko skutek manipulacji danymi, z którą bez wątpienia mamy często do czynienia).
Innymi słowy: okazało się – zwłaszcza w tym przypadku globalnej pandemii – że niepewność i niewiedza jest dla człowieka bardziej naturalnym stanem, niż pewność i wiedza.
W tym wszystkim ludzie mogli też dojść do wniosku, że skoro nawet naukowcom i ekspertom nie można ufać, to trzeba się udać do guru i szamanów; że skoro trudno jest myśleć racjonalnie, to jakimś wyjściem jest jednak „niemyśl”, czyli substytut myślenia.

UPOKORZENIE

      Kto z nas nie czuje się upokorzony przez tego prymitywa w koronie?
A mówiąc poważniej: czy to, że pozbawiono nas wolności; że jacyś politycy (którzy do tej pory nie mieli bladego pojęcia o wirusologii) nakazują nam, co mamy robić (a my się temu poddajemy); że zamącono nam w głowie tak, że sami już nie wiemy co jest prawdą, a co blagą, fałszem i manipulacją, co jest mądre, a co jest głupie; że zmuszono nas do żebrania o pomoc finansową państwa i władz, którymi często pogardzamy… czy to wszystko nie jest upokarzające?

    Ale przecież ludzkość została też upokorzona w wymiarze cywilizacyjnym, bo skoro nie taki znów groźny biologicznie wirus zdołał sparaliżować świat (głównie strachem), to czy nie może to budzić w nas podejrzenia, że nasza wielka cywilizacja jest jednak kolosem na glinianych nogach, który w każdej chwili może po prostu runąć?

      To upokorzenie, o którym piszę, może też wyrastać z uświadomienia sobie pewnych konsekwencji związanych z obaleniem (podważeniem) pewnych cywilizacyjnych i kulturowych mitów.
O pierwszym – i chyba najważniejszym – już wspomniałem: krytycznie nadwyrężony zostaje mit cywilizacyjnej wielkości człowieka.
Poza tym można chyba zaobserwować:

– Upadek mitu o wyższości cywilizacji zachodniej nad wszystkimi innymi.
– Upadek mitu wolnościowego funkcjonującego zwłaszcza w społeczeństwach państw opartych na ustroju liberalno-demokratycznym.
– Upadek mitu materialnego dobrobytu (rozwiązującego wszelkie problemy i zapewniającego szczęście).
– Upadek mitu o potędze współczesnej medycyny i naukowej wszechwiedzy.
– Upadek autorytetów organizacji globalnych (np. WHO) i kontynentalnych (np. EU) oraz jeszcze większe rozczarowanie politykami. (Pogłębił się też kryzys autorytetów indywidualnych utopionych w brei pseudo-autorytetów.)

      Tę listę można ciągnąć dalej.

       Warto dodać, że nawet jeśli te mity całkowicie się nie rozwieją (bo człowiek jednak bez mitów nie może funkcjonować) to zostaną mocno nadszarpnięte, co może mieć ogromny wpływ na kierunek, jaki obierze ludzkość po pandemii.

       Pandemia mogła nam uświadomić, że prawdziwą przyczyną kryzysu zdrowotnego (pociągającego za sobą śmierć setek tysięcy ludzi) nie był w istocie sam wirus (który wcale nie należy do najbardziej groźnych biologicznie) ale brak odporności organizmów ludzi żyjących w warunkach, które powodują coraz większe osłabienie ich (naszych) układów odpornościowych. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że najbardziej śmiercionośne żniwo nie zebrał koronawirus, a takie choroby („cywilizacyjne”), jak nadciśnienie, cukrzyca, nowotwory, nałogi, otyłość… do których z kolei najbardziej przyczynił się stres, nieodpowiednie odżywianie, życie w zatrutym środowisku naturalnym – wszystko to, co niesie ze sobą nasza (coraz bardziej wspaniała cywilizacyjnie) rzeczywistość.
No i oczywiście, nie można zapominać o starości, ale ta jest czymś zupełnie normalnym i nieuniknionym.

       Warto też zwrócić uwagę na to, że – jak się okazało – najmniejszą odporność immunologiczną posiadają ludzie żyjący na najbardziej ponoć rozwiniętym cywilizacyjnie Zachodzie (a generalnie: rasa biała, choć wyjątkiem są tutaj Afro-Amerykanie i Latynosi żyjący w Stanach).

       Wiadomo, że wszelkie odniesienia rasowe są teraz niepoprawne politycznie, ale jak inaczej wytłumaczyć fenomen niemal całkowitej odporności na koronawirusa w krajach, gdzie zdecydowaną większość stanowi rasa żółta (np. liczący blisko 100 mln. mieszkańców Wietnam, w którym zanotowano 325 zarażeń i gdzie nie ma żadnego zgonu z powodu Covid-19; czy w liczącym 7.5 mln. mieszkańców, niezwykle zagęszczonym ludnościowo Hong Kongu, gdzie wystąpiło 1000 zakażeń i 4 zgony; podobnie jest w Korei Południowej, Tajlandii, Japonii… także – jak do tej pory – w Indiach czy w krajach afrykańskich), jak nie większą odpornością ras „kolorowych”, które nota bene nadal przez sporą część ludzi białych stawiane są (bardziej lub mniej świadomie i otwarcie) niżej od własnej rasy?

      Co tu kryć: to wszystko co się działo na świecie – z nami i wokół nas – przez ostatnie miesiące, spowodowało szok, z którego jeszcze nie wszyscy z nas zdają sobie sprawę. Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba, i jeszcze długo (może nawet już nigdy) nie będziemy mogli się z tego otrząsnąć. Było też uderzeniem, nie tylko w naszą wolność, zdrowie i szczęście, ale i w naszą godność.
A odebranie nam godności jest chyba największym upokorzeniem, jakie może nas spotkać.

       Czy wobec tego wszystkiego założenie, iż po tym doświadczeniu „większość z nas przejrzy na oczy i sprawy potoczą się w kierunku integracji, współpracy i szacunku dla osoby ludzkiej, dla jej autonomii i wolności” (Eichelberger) nie jest zbyt optymistyczne?
Obawiam się, że tak.

* * *

Ilustracja: Alexander Milov, Love; fot. Dust To Ashes (źródło)

WIEDZA I FIKCJA

.

.

       Ludzkość osiągnęła sukces cywilizacyjny (choć samo określenie „sukces” można tu poddać dyskusji) m.in. dzięki kumulacji – i wykorzystaniu – wiedzy posiadanej przez poszczególnych ludzi – i w jakimś sensie ta wiedza zbiorowa jest jednym ze składników czegoś, co można nazwać świadomością zbiorową.

       Jednak najważniejszą cechą tej świadomości nie jest wiedza, a wyobrażenie – coś, co pozwoliło ludziom tworzyć coraz większe społeczności/plemiona/narody za pomocą fikcji, którą te grupy wygenerowały, rozpowszechniły, przyjęły – i w którą to fikcję gromadnie uwierzono – i się jej podporządkowano. Innymi słowy: największym i najskuteczniejszym spoiwem ludzkiej cywilizacji okazała się fikcja, rozumiana tutaj jako coś wyobrażonego/wymyślonego – ale (co należy podkreślić) niekoniecznie fałszywego, czy nawet iluzorycznego.

      Mitologizacja – wraz ze stworzeniem struktur wyobrażonych – okazała się niezbędnym warunkiem powstania i rozwoju ludzkiej cywilizacji i kultury. (Sama kultura jest per se „maszyną” służącą do generowania mitów).

       Ten mechanizm rozwoju (tworzenia się i spajania) cywilizacyjnego trwa do dzisiaj. Nadal tworzymy, wierzymy i poddajemy się fikcji (czyli czemuś przez nas wyobrażonemu/wymyślonemu), do czego można zaliczyć nie tylko wszelkie ideologie i religie, ale i takie twory ludzkiego umysłu, jak ustroje państwowe (państwo, władza), systemy ekonomiczne (wliczając w to pieniądze, kapitał i banki), systemy etyczne czy prawo.

       A jeśli chodzi o wiedzę? Nastąpiła bardzo wysoka specjalizacja – i wiedza w każdej dziedzinie niebywale się rozrosła. Żaden (indywidualny) ludzki mózg nie jest w stanie tego przyswoić i ogarnąć, ale ludzka zdolność do współpracy i dzielenia się tą wiedzą pozwala na spektakularny pęd do przodu (rozwój przeróżnych technologii, systemów komunikacyjnych, cybernetyki, genetyki, bioinżynierii… etc).

       Z tym, że nadal nie wiemy, DOKĄD tak pędzimy… i PO CO?

       Nadal nie mamy pojęcia jakie łóżko sobie ścielimy.
       Czy na pewno ten – stworzony przez nas w przyszłości – Nowy Świat będzie taki Wspaniały?

       Niestety, bardzo w to wątpię.

* * *

Ilustracja: William Blake, „Isaac Newton” (źródło)

.

WŁADZA

.

.

        Władza nie istnieje bez posłuszeństwa. Innymi słowy, zakres władzy jest określony naszym posłuszeństwem: czyli im bardziej jesteśmy posłuszni swoim władcom, tym bardziej oni nami rządzą.

*

       Najbardziej skutecznie – i radykalnie – może działać władza wśród ludzi ogarniętych strachem.Z kolei najbardziej skutecznym narzędziem władzy jest przekupstwo.

*

       Każda władza twierdzi, że działa dla dobra ludzi, którymi rządzi. Zwłaszcza wtedy, kiedy dąży do poszerzenia swojej władzy. A to staje się dla niej (z czasem lub od samego początku) najważniejsze.

*

       Ludzie wielkość swojego władcy nie oceniają na podstawie tego, czy jest on dobry, czy zły, okrutny czy litościwy, mądry czy głupi – tylko czy jest skuteczny w osiągnięciu jakiegoś celu, który oni wiążą ze swoją korzyścią (co często jest iluzją podsycaną przez władze).

*

       Dla większości społeczeństw władza jest substytutem Boga. (Opozycja to po prostu innowiercy).

*

       Rządzący nie mogą się obejść bez wiedzy, zaś rządzeni – bez wiary.

*

       Każda władza jest fikcją.

Co ciekawe, jest fikcją, którą uwiarygadniamy zarówno wtedy, kiedy się tej władzy podporządkowujemy, jak i wtedy, kiedy się jej sprzeciwiamy.

*

       Każda władza opiera się na fikcji, dlatego potrzebuje ceremoniału, czyli teatru, który ma na celu uwierzytelnienie tej fikcji.

*

       Niestety, nawet jeśli coś jest fikcją, to może być też źródłem tego, co jest nas w stanie zniewolić, a nawet zabić.

*

       Cechą każdej władzy – i to nie tylko autorytarnej – jest przekonanie, że zawsze ma rację.

*

       Zasada „dziel i rządź” ma swoją granicę. Za tą granicą jest albo anarchia (nierządność), albo rewolucja – czyli koniec tych, co rządzili do tej pory.

*

       Partie polityczne (zwłaszcza w ostatnich czasach) bardziej społeczeństwa dzielą, niż solidaryzują. Do tego stopnia, że ich walka o władzę przybiera cechy walk plemiennych – często w obrębie tego samego plemienia.

*

       Każda władza ustala swój porządek. Ale zawsze jest on pojmowany inaczej przez rządzących, a inaczej przez rządzonych. (Innymi słowy: porządek rządzących nie jest porządkiem rządzonych).

*

       W porządku ustalanym przez władze zawsze jest element opresji. Im ktoś jest niżej w hierarchii społecznej, tym bardziej jest wobec władzy bezbronny.

*

       Nie ma nic bardziej słodszego i afirmującego dla władzy, jak dobrowolna rezygnacja z własnej wolności przez ludzi, którzy są przekonani (albo których przekonano), że dzieje się tak dla ich bezpieczeństwa i dobra.

*

       Żadna władza nie odda (dobrowolnie) żadnego przyczółka, który już zdobyła.

*

       Im większym restrykcjom podporządkowuje się społeczeństwo, tym większe przekonanie władzy o swojej sile.

*

       Żadna władza nie jest godna zaufania.

.

* * *

Ilustracja: Alexander Mosaic (c. 100 BC), ancient Roman floor mosaic from the House of the Faun in Pompeii showing Alexander fighting king Darius III of Persia in the Battle of Issus
Źródło: tutaj

.

STĄPAĆ PO CIENKIEJ LINII – rozmowa z reżyserem „Bożego Ciała” JANEM KOMASĄ

.

W programie tegorocznego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce znalazł się film „Boże Ciało”. Żaden inny film tego przeglądu nie spotkał się z tak wielkim zainteresowaniem publiczności – bilety zostały wyprzedane na wszystkie jego seanse. „Boże Ciało” udało mi się jednak obejrzeć na odbywającym się kilka tygodni wcześniej Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Po projekcji miałem tę przyjemność przeprowadzić długą i niezwykle interesującą rozmowę z jego reżyserem, Janem Komasą.

.

Jan Komasa (fot. Anna Błaszczyna)

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Dobrze pamiętam film „Sala samobójców”, który był Twoim pełnometrażowym debiutem. Bardzo mi się spodobał, był niezwykle ciekawy w formie i treści. Uderzyło mnie to, że był dziełem tak dojrzałym, mimo że został wyreżyserowany przez młodego człowieka, debiutanta, o którym zresztą niewiele wiedziałem. Później było „Miasto 44”, kolejny obraz zwracający na siebie uwagę. No a teraz „Boże Ciało”, znakomicie przyjmowane zarówno przez widzów, jak i krytykę (nagroda dla najlepszego reżysera oraz nagroda publiczności na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni). Wygląda na to, że możesz się już czuć twórcą spełnionym.
Jak to się stało, że postanowiłeś być reżyserem? Co o tym zadecydowało?

JAN KOMASA: Było wiele takich czynników. Ja od początku życia lubiłem wymyślać historie, różne niestworzone rzeczy… I patrzyłem jaki to wywiera wpływ na słuchaczy. Fascynowało mnie np. to, jak mogę straszyć rodzeństwo, kuzynów, rówieśników. Później mi to przeszło w takie różne zabawy z rzeczywistością, do tego stopnia przekonywujące, że te moje powieści stawały się między nami, dziećmi, pewnego rodzaju legendą, która rzeczywiście żyła.
To jest taka chęć, uwielbienie dla fikcjonalizacji wszystkiego, co jest dookoła – i patrzenie jaki to wywiera wpływ na innych. Czyli jestem takim opowiadaczem.
Bardzo dużo czytałem – i nadal to robię – również z moimi dziećmi. Po drodze były graffiti, rysowałem dużo komiksów, uwielbiałem oglądać filmy na VHS-ie, pisałem opowiadania, grałem na pianinie, próbowałem swoich sił w hip-hopie, … no i to tak ewoluowało. Myślałem o studiowaniu muzyki, filozofii, psychologii… Ale kiedy zostałem tatą – w wieku 19 lat – musiałem się zdecydować, no i postanowiłem być reżyserem.
A dlaczego reżyserem?
Mój tata, który sam jest aktorem i pedagogiem, zawsze mówił, że będę reżyserem – ponieważ reżyseria skupia te wszystkie rzeczy.
W reżyserii trzeba umieć pięknie kłamać. Ja to chyba umiem. Czy pięknie? O to się staram. Chodzi o to, żeby to było sugestywne i to „kłamstwo” zamieniało się – w jakiś dziwny sposób – w prawdę. W prawdę dla kogoś ważną.

– Nawiązując do opowieści. To one, tak naprawdę, stworzyły całą naszą kulturę. Mity – także narracja, gdzie komentujemy i interpretujemy naszą rzeczywistość i świat, w którym żyjemy. Nie zdajemy sobie z tego zazwyczaj sprawy, ale my, cały czas, obracamy się w takiej sferze fikcyjnej. To nie znaczy, że nieprawdziwej czy iluzorycznej, ale takiej, która jest wytworem naszej wyobraźni. I tu nie ma nic do rzeczy, czy to jest prawda, czy to jest fałsz. To nam pozwala funkcjonować w społeczeństwie, w kulturze…
Właśnie dlatego możliwe są takie spory, jakie widzimy dookoła nas. Bo kiedy się spieramy, kłócimy, a nawet kiedy prowadzimy dialog… to wtedy nie tyle ważne są fakty, jak to, czy potrafimy naszą narrację „sprzedać”, narzucić innym – to czy nasza narracja potrafi się przyjąć w ludzkim „stadzie” (przepraszam za to brzydkie wyrażenie).

– No właśnie. „Boże Ciało” miało pierwszy tytuł „Stado”.

– A to ciekawe. Nie wiedziałem o tym.
Lecz wracając do naszych sporów. W nich przestają się liczyć fakty – chodzi o to, żeby narracja jednej grupy wzięła górę nad narracją innej.

– To zawsze było narzędziem władzy… i zawsze będzie. Mają władzę ci, którzy potrafią narzucić swoją narrację.

– A że jesteśmy istotami społecznymi, to bardzo łatwo ulegamy jednej narracji, całkowicie odrzucając inną. Dzięki temu to, co nas spaja, łączy i wiąże, jednocześnie nas separuje, dzieli i antagonizuje.
To jest właśnie to błędne koło, w które my, Polacy, jesteśmy schwytani w ostatnim czasie, zwłaszcza od katastrofy smoleńskiej.

– Przydałby się nam jakiś terapeuta.

– Ale to dotyczy nie tylko Polski, prawda?

– W Europie jest to szczególnie zauważalne, bo prawie we wszystkich krajach mamy wzrost napięcia, polaryzację… A komu na tym zależy politycznie, to można dociekać, domniemywać.

– Wykorzystują to politycy.

– Oczywiście. Ale bardzo dużo miesza też Rosja, niestety.

– Miesza, czy może bardziej te zjawiska wykorzystuje? Bo przecież trudno utrzymywać, żeby Rosja stała np. za ruchem Gilets jaunes we Francji, czy Indignados w Hiszpani.

– Rosja tego nie inspiruje absolutnie, ale wykorzystuje sytuację. A że są mistrzami – bo mają świetnych mistrzów szachowych – to potrafią rozgrywać genialnie takie nastroje społeczne. Rosjanie pod tym względem są niedoceniani.

– Zachód jakby tego nie dostrzega.

– A szkoda, bo to co jest korzystne dla Kremla, nie jest korzystne dla nas. Pęknięcia społeczne są absolutnie nie na rękę Zachodowi. Uważam, że Europa cierpi z tego powodu; sądzę, że przez to wzrasta nieufność europejskich krajów między sobą – a to już Europa przerabiała. Ja mieszkam w tym klimacie i widzę co się dzieje.
To uwolnienie granic, które nastąpiło w 1989 roku, było dla nas cudem, i było to wspaniałe. My wszyscy na tym skorzystaliśmy – życie się wydłużyło, ludzie stali się szczęśliwsi, zaczęli lepiej zarabiać… Przez te 30 lat żyliśmy we względnym spokoju, ale teraz, po raz pierwszy za mojego życia odnoszę wrażenie, że nadeszły ciemne chmury… Których się autentycznie boję – widzę je w niepokoju ludzi, tu i tam pobrzmiewających słowach o wojnie, o agresji, wręcz o jakiejś apokalipsie…
My jako kraj, musimy bardzo uważać, żeby się nie poddawać tym różnym manipulacjom z zewnątrz. Nasz sposób na przetrwanie, to jest zachowanie zimnej krwi i nie uleganie emocjom. To powinno być naszym głównym celem. Bo myśmy już to przeszli, bo myśmy już umierali za Ojczyznę milionami… i już dosyć tego! Dlatego powinniśmy być pragmatyczni i jak najbardziej zimni emocjonalnie.

– Z naszym polskim charakterem i temperamentem będzie to raczej trudne.

– Niestety.

– Na dodatek w społeczeństwie polskim rysują się coraz głębsze podziały, stajemy się wobec samych siebie nieprzejednani, wręcz wrodzy. Pogłębiają to internet, media…

– Tak, internet niejako zunifikował ludzi w balony – spowodował, że zaczęli oni żyć w swoich bańkach. Np. kiedyś można było siedzieć przy stole z ludźmi o bardzo różnych afiliacjach – można było rozmawiać – i nie czuło się tych różnic tak bardzo. Dzisiaj, tylko po tym co wybieramy do jedzenia, mogę powiedzieć, kto na kogo głosował. Bo wiadomo np., że ktoś, kto głosuje na skrajną prawicę nie będzie weganinem…

– Ludzie jak gdyby zaczęli się przystosowywać do swoich stereotypów.

– Tak, ale też zaczęli totalnie, drobiazgowo dobierać do tych stereotypów swoje zachowanie.

– Bo wtedy można łatwiej się „wymacać” – zidentyfikować swojego lub obcego. No i zamykamy się w tych naszych obozach na własne życzenie. Myślimy, że jesteśmy wolni, a stajemy się w pewnym sensie niewolnikami.

– Pewne cechy zostały właśnie przypisane przez bańki do bardzo konkretnych zachowań.

– Ja myślę, że to się też wiąże w jakiś sposób z obserwowalnym – nie tylko u nas, ale i na całym świecie – odchodzeniem od tej narracji liberalno-demokratycznej. Orientacja polityczna, która nie tyle zbankrutowała, co przestała być tak atrakcyjna dla większości ludzi (a taka się wydawała po upadku komunizmu). Do głosu coraz więcej zaczęły dochodzić formacje konserwatywne, nacjonalistyczne… (Nie chcę używać określeń lewicowy – prawicowy, bo uważam, że te pojęcia we współczesnym świecie straciły swoje – w miarę klarowne – znaczenie, jakie miały w przeszłości. Obecnie używa się ich gównie po to, by „labelować” ludzi – właśnie segregować, tworzyć te podziały, o których mówimy – identyfikować zarówno swoich ideologicznych czy politycznych sprzymierzeńców, jak i przeciwników, często uznając tych ostatnich za wrogów.)

– To jest fenomen światowy – choć w różnych krajach różnie to wygląda. Odniosę się do naszego wspólnego podwórka, bo ja to śledzę, badam… trochę mnie to fascynuje. Otóż my jako kraj, mamy taką „porąbaną” historię. Nam zabory, agresja sąsiadów pozabierały wszystkie możliwości, które były doświadczeniem np. Oświecenia czy rewolucji seksualnej… czyli tego, co Zachód już „przerobił” – przyjął albo wypluł – już dawno temu. Byliśmy natomiast zamykani w tych kokonach, które nam narzucano odgórnie, niestety. Przez to zostawaliśmy zawsze z tyłu.
To, co się teraz w Polsce dzieje, to trochę taka kontynuacja tego, z czym mieliśmy do czynienia w latach 20. czy 30. XX wieku. My, po odzyskaniu niepodległości, mieliśmy jakieś 20 lat na to, żeby porozmawiać o tym, kim jesteśmy po tych 123 latach zaborów: czy my jesteśmy bardziej niemieccy, rosyjscy… czy jacyś inni. I nagle okazało się, że nie ma czegoś takiego, jak „Polak”. To znaczy my możemy sobie mówić, że jest, ale tak naprawdę to go nie ma. Pojedzie się do Szczecina, pojedzie się na Podkarpacie, na Śląsk, do Gdańska, Warszawy, czy na Podlasie… dokądkolwiek się nie pojedzie, mamy do czynienia z różnymi systemami wartości, inną mentalnością – tak samo jak to jest np. w niemieckich landach. Mamy więc bardzo niejednolity obraz samych siebie, a jednocześnie istnieje problem z umową społeczną. Ta debatach zaczęła się u nas po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. I została przerwana – w sposób sztuczny – przez wojnę. Zamiast rozmawiać o tym, jaki kształt powinna mieć Polska, kim powinniśmy być, to zostało nam przerwane na 50 lat. W 1989 roku zostało to znowu uwolnione. Zaczęto wydawać książki, pisma, kręcić filmy… takie, których nie można było robić wcześniej. Mimo wszystko stała się rzecz niezwykła – i co ważne zaszło to bezkrwawo. Naprawdę stał się cud. Wróciliśmy wtedy do tego punktu sprzed 50 lat – do procesu, który nam wtedy przerwano.
Najpierw ta rozmowa była taka… mmm… najważniejsze to się rozwijać, ale później przybrała większą wagę, stała się bardziej ostra…z czym mamy teraz problem w kraju. Generalnie, nikt się tak polityką nie zajmował przez dwadzieścia parę lat. Aż tu nagle spadł samolot i się okazało, że my jesteśmy podzieleni jak nigdy, tylko się o tym tak nie mówiło.

– Do czego się przyłożył też internet…

– Absolutnie! Ale on tylko amplifikował to, co już w nas wcześniej było. Ten internet stał się taką tubą, wszystko wyolbrzymił – spowodował, że my wszyscy tak na siebie krzyczymy. Bo wrażenie użytkownika internetu jest takie, że ta druga strona na niego krzyczy i napiera. Takie wrażenie odnosi każdy uczestnik debaty. A tak naprawdę nie bierze udziału w debacie, tylko, najczęściej, czyta te rzeczy w internecie. Więc to nam tworzy wszystkie strachy, wyolbrzymia… powstaje w sumie coś sztucznego.

– Pogłębiają to media.

– Tak. Kiedyś była taka zasada dziennikarska, żeby zadzwonić zarówno do jednej, jak i drugiej strony, żeby coś zweryfikować. I nie mówić, która strona ma rację, tylko dać to pod osąd czytelnika czy widza. Rolą dziennikarza było przekazać informację, newsa do opinii publicznej. Nie mówiąc, czy to jest źle, czy to jest dobrze… Teraz już w ogóle tego nie ma.

– Nie ma teraz niezależnych mediów – ani z jednej, ani z drugiej strony.

– Nie ma. Dokładnie!

– To wszystko separuje ludzi.

– Tak. I radykalizuje.
A wracając do tego, co mówiłeś o tej kapitulacji strony liberalnej, lewicowej…

– Chodziło mi nie tyle o kapitulację, co wyparcie… Szala jakby bardziej przesuwa się w stronę konserwatyzmu, nacjonalizmu – tego, co nazywa się prawicą.

– Tak, następuje wzrost konserwatyzmu w społeczeństwach na świecie.

– Jaka jest tego przyczyna?

– Powodem są m. in. te podziały, które się utworzyły; merytokracja, wyścig, który jest nierówny dla wszystkich. Niektórzy ludzie poczuli się wykluczeni. Bardzo wyraźnie zarysował się konflikt w podziałach na: miasta – nie miasta; wykształceni bardziej – wykształceni mniej (niewykształceni); ateiści – ludzie religijni… i tak dalej. Wszystko złączyło się niesamowicie w te bańki, o których już wcześniej mówiliśmy.

– Ale przecież poszliśmy do przodu.

– Tak, lecz nie zauważyliśmy tych ludzi, którzy nie byli w stanie ściągać się, galopować. Nastąpiło pewne pęknięcie, rozwarstwienie klasowe, ale również takie porzucenie ideologiczne. Doszedł też element, na który Anda Rottenberg trafnie wskazała: wymiera pokolenie, które doświadczyło skutków nacjonalizmów, autorytaryzmów i propagandy – ludzi, którzy pamiętają wojnę. I nie ma kto tego przekazać dalej. A teraz – i to na całym świecie – następuje, zwłaszcza wśród młodzieży, wzrost postaw jawnie faszyzujących.
No i słyszymy coś takiego, że „Hitler powinien dokończyć to, co zaczął!”, „z wami to do gazu”… Taki hejt, który się teraz wylewa, a którego w takim natężeniu nie było wcześnie – ja przynajmniej czegoś takiego nie pamiętam. On się dostał do mainstreamu.

– Naprawdę?

– Tak uważam. Politycy – z lewa i prawa – przejęli ten język i zaczęli reprezentować postawy, które są bardzo agresywne. I to co było „on the fringes”, na takich marginesach – bo świrów w polityce nigdy nie brakowało – teraz wchodzi do mainstreamu.

– A może tak samo jest to amplifikowane, sztucznie wzmacniane przez internet, a tym samym wyolbrzymiane i wskutek tego przesadzone?
Muszę przyznać, że ja – mimo, że nie doświadczyłem wojny czy totalitaryzmów na własnej skórze – jestem bardzo na te sprawy uwrażliwiony, także dzięki lekturze Orwella, Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego, czyli pisarzy, którzy (jak chyba żadni inni) dogłębnie wniknęli w istotę totalitaryzmów – genezę zarówno komunizmu, jak i faszyzmu – w horror obozów koncentracyjnych, ludobójstwa na masowa skalę… Dla mnie to są sprawy istotne, które już wcześniej wiele razy przemieliłem w swoje głowie.
Kiedy więc ktoś mówi, że formacja, która doszła w Polsce do władzy sprzyja – czy nawet popiera – postawy faszystowskie, że mamy do czynienia z dyktaturą, że Polacy biorący udział w manifestacji Święta Niepodległości to w większości skrajni nacjonaliści, którzy już niedaleko mają do nazizmu – to ja no to reaguję dość mocno i sprawdzam, czy tak rzeczywiście jest – bo jeśli byłoby to prawdą, to byłoby to dla mnie straszne.
A niestety, całkiem niedawno, w radiu, które skądinąd bardzo cenię (NPR), usłyszałem audycję zatytułowaną: „Extreme Nationalism Is as Polish as Pierogi”. I to mnie wkurzyło. Podobnie jak robienie z nas wszystkich antysemitów, rozgłaszanie po całym świecie, że byliśmy „kolonizatorami”, „właścicielami niewolników”, „mordercami Żydów”… (Co w takim razie można powiedzieć np. o Hiszpanach, Anglikach, Niemcach, Amerykanach?) To są wypowiedzi, oględnie mówiąc, niefortunne, dla nas Polaków krzywdzące i niesprawiedliwe.

– To jest naturalne, że takie opinie mogą wkurzać. Nie ulega wątpliwości, że wokół nas są i funkcjonują stereotypy narodowe, czego – jako Polak – doświadczam na co dzień, bo jeżdżę po świecie i słyszę jakie różne rzeczy o Polsce się mówi. Oczywiście, że są to krzywdzące stereotypy, z którymi my, Polacy, musimy walczyć. Z różnych powodów się one wzięły, ale niestety są. I one rzeczywiście są karygodne.
Ale faktem jest, że mamy do czynienia ze wzrostem wśród młodzieży postaw faszyzujących. Uważam, że ten wzrost jest znaczny i większy, niż kiedykolwiek. Ja nie pamiętam, żeby wcześniej ktoś mówił, żeby homoseksualistów posłać do gazu…

– A ja pamiętam. I to mnie początkowo bardzo bulwersowało, szokowało wręcz, ale z czasem, doszedłem do wniosku, że podobne zidiocenie jest tak marginalne i sporadyczne, że nie ma co tym tak bardzo się przejmować. Mam nadzieję, że i teraz jest to taki margines.

– Ale jak masz np. stronę, gdzie czytasz: „pedały do gazu” i nagle pod tym masz 30 tysięcy „lajków”, to o czymś to mówi. I mimo, że Facebook takie strony zaraz usuwa, to te świry zawsze znajdą sobie jakieś miejsce, gdzie mogą ten hejt uprawiać.

– Sam nie wiem czym to jest powodowane: nienawiścią, bezmyślnością, chęcią prowokacji, czy też skrajną głupotą?
Najważniejsze, aby te skrajne trendy nie zaczęły przyjmować jakiejś instytucjonalnej, strukturalnej postaci, bo wtedy to naprawdę byłoby groźne. Zresztą, moim zdaniem, te zjawiska są bardziej niebezpieczne na Zachodzie niż w naszym kraju.

– Ja szedłem w marszu Niepodległości, szedłem w marszu Równości i widziałem bardzo fajnych Polaków tu i tu – i wtedy nie było żadnego problemu. Ale widziałem też niefajnych Polaków.
Jednak te skrajne postawy się zamplifikowały i przez ten strach, które mamy już wbudowany, każdy się boi wejść do tego drugiego marszu. Bo ludzie myślą, że w tym innym marszu zostaną… nie wiem… zgwałceni, ich dzieci zostaną spedofilowane, że wszyscy wyśmieją ich wiarę i tak dalej… a w tym drugim marszu każdy się boi wejść do tego pierwszego, bo myślą, że zostaną pobici, wyzwani, opluci, że spotka ich czysta, chamska agresja… Tak więc przykłady na jedno i drugie znajdziemy, przy czym mówię o pewnych postawach, a nie czynach.

– Właśnie, takich konkretnych aktów agresji jest naprawdę mało, częściej odgrywa się to w ludzkiej wyobraźni, w obawach… A strach ma wielkie oczy.

– Uważam, że to czego potrzebujemy najbardziej, to rozmowa… a nie darcie się na siebie i przekrzykiwanie. Potrzebujemy również terapeutów. Potrzebujemy siąść razem przy stole albo przy ognisku… i zjeść wspólnie kiełbaskę.

– Ekologiczną.

– Wegańską.

– À propos konieczności rozmowy. W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Im więcej się ze sobą spieramy, tym, jesteśmy silniejsi i mocniejsza jest nasza tożsamość”.
Czym według Ciebie różnią się od siebie dialog i rozmowa. Czy rozróżniasz nie tylko ich naturę, formę, ale i konsekwencje?

– Spór jest jednak pewnego rodzaju walką. Jest też częścią składową dialogu. Spór „propeluje” dialog, napędza go, powoduje, że on „idzie”… Bo kiedy się we wszystkim zgadzamy, to po prostu… nie ma o czym gadać.
Sporu nie ma co unikać, natomiast odbieranie drugiej stronie prawa głosu, mówienie, że jesteś gorszy i nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego; mówienie, że nie słucham Cię, bo to jest bullshit, bo jesteś głupi… To to jest rzeczywiście obrzydliwe. Powiem wprost: to jest odmawianie komuś prawa do człowieczeństwa. I dotyczy wszystkich stron.
Ale tak jest w internecie, bo w rzeczywistości jest jednak inaczej. Ludzie starają się być mili dla siebie…

– Tak jak my tutaj teraz.

– … a potem siadają przy klawiaturze i są mistrzami klawiatury.

– Użyłeś słowa „tożsamość”. Dlaczego jest ona taka ważna?
Czy stąd nie jest już blisko to nacjonalizmu?

– A właśnie, że nie. Bo jest różnica między patriotyzmem a nacjonalizmem. Ja jestem 100-procentowym patriotą. Kocham kraj, z którego pochodzę, znam jego kulturę, fascynuje mnie ona, fascynują mnie ludzie, którzy w nim mieszkają… Ale nie jestem nacjonalistą, bo nacjonalista stawia własny naród wyżej innych narodów; mówi, że jego naród jest lepszy od innych. Dochodzi do tego element szowinizmu.
My jednak mamy problem z tożsamością. A prawdziwa tożsamość jest ważna, bo według mnie może nas uchronić przed nacjonalizmem.
To tak jak w związku. Chorobliwa zazdrość pojawia się wtedy, kiedy ludzie w siebie nie wierzą. Prawdziwa siła bycia razem – razem w związku, razem w kraju, razem w Europie – polega na tym, że mamy wbudowaną silną tożsamość. I dlatego nie musimy reagować histerycznie za każdym razem, kiedy ktoś zrobi coś strasznego, głupiego… bo umiemy być silni wobec tego. Są narody, które sobie z tym radzą lepiej lub gorzej; są też narody, które mają totalnie rozwaloną tożsamość… Np. Ukraińcy. My jesteśmy w trakcie dyskusji. Ona jest zażarta, ale jest – rozmawiamy ze sobą, spieramy się. Niestety, nie ustrzegliśmy się przed tym, żeby wyłączać mikrofon na mównicy, kiedy ktoś mówi inne rzeczy, niż byśmy chcieli słyszeć.
Musimy przerobić pewne lekcje. Polska nigdy nie przeszła takiego mocnego flirtu z nacjonalizmem…

– I to nas uchroniło choćby przed faszyzmem. Na nasze szczęście zawsze zadawaliśmy się półśrodkami, w przeciwieństwie do naszych sąsiadów, którzy rozpętali zabójczy faszyzm czy komunizm na niebywałą skalę.
Lecz ja uważam, że jesteśmy silni (choć nie jako państwo, bo przez ostatnie kilka wieków braliśmy cięgi ze wszystkich stron). Gdybyśmy tacy silni nie byli, to jako naród byśmy nie przetrwali.

– Oczywiście.

– Takim bastionem tożsamości był zawsze dla Polaków Kościół katolicki. A teraz jest kolejnym powodem do tego, żeby się polaryzować, zwalczać, tworzyć obozy, pogardzać, może nawet nienawidzić.

– Kościół przez 50 lat komunizmu był miejscem, gdzie intelektualiści, artyści mogli się schronić. Traktowali oni Kościół jako miejsce, w który czuli się stosunkowo niezależnie wobec rzeczywistości, która była szara i pod kontrolą służb bezpieczeństwa. Kościół był miejscem szczególnym. Obecność artystów, intelektualistów w obrębie Kościoła w zasadzie nikogo nie dziwiła, ale też wpływała bardzo korzystnie na sam Kościół i bardzo korzystnie na artystów i intelektualistów. Ta ich wymiana myśli – tak skrajnie różnych, o różnym zabarwieniu, nawet lewicowym (przecież chodzili tam Kuroń, Michnik) – tam właśnie miała miejsce. I dzięki temu, zarówno duchowni byli ciekawsi – bo musieli się z tym zderzać, jak i sami opozycjoniści się pogłębiali. Oni wszyscy rośli. Dlatego to pokolenie wasze jest takie ciekawe, bo jest takie… właśnie „wydialogowane”. Niestety, ci ludzie już odchodzą – po obu stronach. A oni nam dawali świadectwo, że można ze sobą dialogować i się nie pozabijać. I nagle ich brakuje.
Po 1989 roku staliśmy się wolni i ludzie nie musieli się już akredytować przy Kościele, żeby wydawać gazety, książki, płyty, komiksy… w zasadzie można było robić wszystko co się chciało – i można to już było robić otwarcie. I wtedy te dwa elementy – artyści i intelektualiści oraz Kościół – zaczęły dryfować obok siebie, jak w każdej w miarę zdrowej demokracji. 30 lat później jesteśmy osobno – podzieleni jak nigdy dotąd. Nagle się okazało, że nie tylko zniknęły pomosty łączące te dwie strony, ale że te strony bardzo się na siebie zbiesiły.
Żyjemy w czasach, kiedy nastąpił drastyczny spadek liczby powołań w Kościele. Największa laicyzacja następuje właśnie w Polsce. Jesteśmy krajem, który – jeśli wierzyć ostatnim badaniom sprzed dwóch miesięcy – laicyzuje się najszybciej na świecie. Wśród ludzi między 18 a 30 rokiem życia, stopień laicyzacji jest niebywały.
I to wszystko są procesy, które są procesami tożsamościowymi, każą na zrewidować swoje myślenie.
Czy należy się ich bać, czy nie?…. nie mówię w ogóle o tym. Jest to zmiana. Zawsze będą zmiany. A my musimy podjąć dialog.
I właśnie mój film „Boże Ciało” stara się podjąć taki dialog – o tym kim chcemy być, jak mamy postępować. Chodzi jednak o to, żeby – bez względu na to, gdzie to pójdzie – wzajemnie się szanować.

Rzecz o przewrotności dobra i zła – i o konieczności pojednania (Bartosz Bielenia w filmie „Boże Ciało”)

.

– Jestem na gorąco po obejrzeniu Twojego filmu i muszę Ci powiedzieć, że bardzo mnie on zaskoczył. Wydaje mi się, że dokonuje on swoistego cudu, bo potrafi jednoczyć ze sobą ludzi, i to znajdujących się po obu stronach tego podziału, o którym tu mówimy. Z tego co wiem, film cieszy się także znakomitym odbiorem wśród krytyków, bez względu na ich sympatie polityczne, światopogląd czy stosunek do Kościoła w Polsce. Mam wrażenie, że dzieje się tak dlatego, że nie opowiada się on jednoznacznie po żadnej ze stron, ma uniwersalną wymowę, nie krytykuje wprost ani ludzkiej religijności, ani Kościoła katolickiego jako instytucji; a przede wszystkim pokazuje wszystkich ludzi z… ludzkim obliczem – z ich słabościami, rozterkami… Uświadamia nam, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy tacy sami – że wszyscy odczuwamy, cierpimy, cieszymy się tak samo.
Twój film, swoją drogą, jest bardzo przewrotny, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Bo np. główny bohater, który jest kłamcą, mówi prawdę; jest „złoczyńcą”, ale czyni dobro; jest fałszywym księdzem, ale zachowuje się bardziej po chrześcijańsku, niż inni księża…

– Uważam, że film pięknie pokazuje to, że ludzie, którzy się tak różnią, powinni być jednak – tak po chrześcijańsku – razem. W takim nurcie chrześcijaństwa, że tak powiem, pierwotnego. Co ciekawe, scenariusz do „Bożego Ciała” został napisany przez Mateusza Pacewicza, który jest ateistą.

– Kolejna „przewrotność” i paradoks tego filmu. Ludzie niewierzący okazują się lepszymi „chrześcijanami” niż ci wierzący.

– Ja takich przykładów znam mnóstwo. Mam znajomych – ateistów, lewaków, gejów… itd. – którzy są bardzo humanitarni, wstawiają się za wykluczonymi, rękę by dali sobie odciąć, żeby ciebie lub mnie uratować. Ale mam też wśród swoich znajomych ludzi, którzy plują hejtem czy jadem absolutnym; nienawidzą, z pogardą patrzą… Mnie akceptują, bo mi się w życiu wiedzie. Ale jakby mi się przestało wieść, to byłbym takim samym „wypierdkiem”, jak ci, którym się nie powiodło.

– Takie postępowanie jest też kwestią charakteru.

– Tak, ale też sprawą zabójczej merytokracji, czyli oparcia postaw życiowych – relacji międzyludzkich – na tym, czy się komu w życiu udaje, a nie na tym, że się po prostu jest. To powoduje fałszywy obraz ciebie. To sprawia, że jesteś kimś, jeżeli coś robisz. Ale będzie czas, kiedy nic nie zrobisz. I co? Będziesz wtedy nikim?

– I dlatego tak mnie rażą opinie i postawy ludzi, którzy wyrażają się z pogardą o tzw. „Polsce B” – o ludziach, którzy głosowali na inne formacje polityczne, niż oni sami. Nazywanie ich półgłówkami, prymitywami, kruchtą, moherami, ciemnogrodem… i tak dalej, tylko dlatego, że mają inne poglądy (co przecież w demokracji jest sprawą naturalną i oczywistą). Bo tylko ich wybory są prawidłowe, a oni są najmądrzejsi.
Chodzi więc o to, żeby zwalczać te stereotypy i nie zamykać się we własnych, jedynie słusznych, bańkach. Trzeba wyjść do drugiego człowieka i uszanować jego inność. Starać się zrozumieć jego zachowanie.

– O tym jest również „Boże Ciało”.

– Wspomniałeś kiedyś, że Twoimi znajomymi – może nawet przyjaciółmi – są księża. Myślę, że to, iż Ty widzisz ich jako ludzi inteligentnych, wrażliwych, otwartych, wpływa na Twój sposób widzenia wiary, Kościoła, religii… w przeciwieństwie do ludzi, którzy takich bliskich znajomości nie mają.

– Muszę powiedzieć, że ja przez tych moich przyjaciół miałem spaczony obraz księdza. Dla mnie ksiądz to był ktoś kto pogada, ktoś kto zrozumie, ktoś kto jest fajny… ktoś kto wie, jak do Ciebie podejść, kiedy masz jakiś problem życiowy. Teraz, pracując nad „Bożym Ciałem”, byłem w różnych miejscach i trafiłem na ludzi, z którymi nie umiałem zamienić normalnie jednego zdania. Nie wiedziałem, że jest taka osoba w ogóle. Jak ktoś taki może cię terapeutyzować czy wskazać drogę? Nie ma szans.
Spotkałem takiego jednego wikarego, który mnie przeraził. Był zaprzeczeniem postawy chrześcijańskiej. Takie rzeczy zauważyłem dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem się tym zajmować. Wcześniej byłem na to ślepy. Przebywałem właśnie w tej swojej bańce – księdza Wojtka Drozdowicza, księdza Marka Grygiela, Ojca Jana Góry, Tadeusza Polaka itd. Moja mama pracowała w katolickiej redakcji TVP. Miałem więc do czynienia z tym środowiskiem. Dla mnie to był taki Kościół bardzo otwarty. A tu nagle spotykam kogoś, kto jest tego zaprzeczeniem.

– A może to właśnie ten wikary jest takim księdzem, który daje spaczony obraz księży katolickich – a tym samym Kościoła, jego wspólnoty?
W „Bożym Ciele” księża są ludźmi, z którymi możemy sympatyzować – bo ten film ukazuje właśnie ich „ludzką” twarz. Pozwala też zrozumieć różne ludzkie zachowania; nie pogardza ludźmi, nie czyni ich gorszymi… Dzięki temu nie dzieli, a jednoczy. Porusza też w nas struny, które jednak rzadko są poruszane we współczesnym kinie, książkach, mediach. Robi to w bardzo ciekawy sposób, wydobywając z ludzi to, co w nich najlepsze – co w nich siedzi, mimo że często oni sami o tym nie wiedzą. Innymi słowy: wyzwala dobro, a nie zło; rodzi nadzieję, a nie rozpacz.
Uświadamia nam też, że natura ludzka jest plastyczna. To, jak człowiek reaguje zależy od tego, jak do niego przemawiasz – czy to jest szczere, czy chcesz go poniżyć czy oszukać, wziąć podstępem, stereotypować?
Istnieje droga, którą można do drugiego człowieka dotrzeć – i moim zdaniem Ty swoim filmem taką drogę pokazałeś.

– Dziękuję. Właśnie o to mi chodziło.

– Wybierając się dzisiaj na projekcję „Bożego Ciała”, wspomniałem jednej z moich znajomych – rasowej kinomance, popularyzatorce kina i recenzentce – Renacie Borowiak, o możliwości spotkania się z Tobą. I jeśli by do tego doszło, to jakie pytanie zadałaby ona, gdyby była na moim miejscu (nota bene, bardzo Twój film rekomendowała).
Czy mogę przeczytać jej pytania?

– Jasne!

– „Tam podobno sporo improwizacji było na planie. (Doceniamy, bo językowo film przekonuje autentyzmem). Czy już w scenariuszu język był tak dopasowany do postaci? Na ile był to wkład aktorów”?

– Ciekawe pytanie. Są sceny, szczególnie dotyczące młodych, które były bardzo wyimprowizowane, ale potem, ze względu na trudność dialogu, na jego informacyjność – bo musi być on precyzyjny – brane to było jakby w karby. Np. scena na barce. Ona jest bardzo trudna, bo ma ze sześć czy siedem punktów zwrotnych. I żeby przejść przez każdy taki punkt, to musieliśmy wszyscy ustalić bardzo konkretną sekwencję zdań. Tak więc, to były dialogi, które najpierw były wyimprowizowane na próbie, ale później jeszcze raz przeze mnie rozpisane, zblokowane, podzielone na części – poddane pewnej przeróbce. Była to więc taka improwizacja pod kontrolą – improwizacja, która została zaklęta w scenariuszu. A myśmy ją później tylko zrekonstruowali.
Na samych zdjęciach już się starałem, żeby improwizować znacznie mniej. Ale zdarzały się takie momenty „olśnień”, że tak się wyrażę (nawiasem mówiąc uwielbiam je). Np. w scenie, kiedy Ola Konieczna (Lidia) znajduje w sypialni pijanego proboszcza. Przed jej nagraniem szepnąłem jej do ucha, żeby – bez względu na to, o co ją Bartek (grający głównego bohatera, Bartosz Bielenia – przyp. S.B) zapyta, ma zaprzeczać i mówić, że to jest niemożliwe. Więc kiedy on się pyta: „Co, ksiądz lubi sobie popić?”, to ona odpowiada: „Nie, on nie pije”. Tym stwierdzeniem Bartka zaskoczyła, więc wyraz zaskoczenia na jego twarzy jest prawdziwy.
Ale też ostatnia kwestia, czyli słowa „Szczęść Boże”, które ona mówi do opuszczającego kościół Bartka, jest improwizacją. Tego nie było w scenariuszu.

– A to są słowa w pewnym sensie kluczowe.

– Tak, ona poczuła, żeby to powiedzieć. Z oka spływa jej łza, a ona mówi: „Szczęść Boże”. To jest takie doznanie, które może cię trafić, i nie wymyśliłbyś tego.

– Może i z czegoś takiego bierze się magia tego filmu?

– Bartek, kiedy odprawia mszę, też często mówi od siebie.
Ale są też sceny, które były bardzo precyzyjnie określone.
Uwielbiam improwizację, ale bardzo nie lubię nieprzygotowania. Trzeba znać scenariusz i czuć postać, którą się gra. Tak więc, te rzeczy muszą się spotkać. W moim filmie zagrali aktorzy, którzy są znakomici i świetnie to rozumieją.

– Może jeszcze jedno pytanie Renaty: „Czy ostre, bezkompromisowe obrazy kleru (kościoła) w filmach, które ostatnio gościły na ekranach, w jakiś sposób wpływały na intencje reżyserską? W sensie: ‘Boże Ciało’ powstawało równolegle, więc zamysł mógł być niezależny. Ale jakaś modulacja była możliwa. Komasa powstrzymał się przed krytyką instytucji, a nawet księży. Obaj (występujący w filmie) są ok. Czy nie kusiło go, by podkręcić kontrast między księżmi a Danielem? Bo ja myślę, że decyzja reżysera była w punkt.”

– Pierwsza wersja scenariusza z 2016 roku w ogóle nie zakładała żadnej krytyki Kościoła – ani instytucji, ani księży. To powstawało zupełnie niezależnie wobec tego trendu, do którego odnosi się pytanie. Bardzo dużo mieliśmy o tym rozmów – żeby na to bardzo uważać. Bo nudne są i mają bardzo krótkie nogi filmy, które tylko krytykują. Gdyż, umówmy się, instytucje są, potem ich nie ma… a ja chciałem zrobić film, który byłby uniwersalny. I żeby był tak samo ważny za 10 czy 20 lat. Bardzo się starałem, żeby nie wejść w taki publicystyczny ton, który rzeczywiście się teraz się przybiera. Na szczęście „Boże Ciało” nigdy pod tym względem nie miało być gazetą. Mówię „na szczęście”, bo to jest zbyt łatwe, żeby stanąć po jakiejś stronie sporu, przy takiej polaryzacji, jaka jest dzisiaj. Najtrudniej jest utrzymać się na tej cieniutkiej linii pomiędzy.

– Miejmy nadzieję, że nam to się uda.

– Chodzi o to, żeby utrzymać się na tej cienkiej linii… ale nie być neutralnym!

– Bo neutralność zwykle oznacza obojętność, prawda?

– Dokładnie.

– Myślę, że tą olśniewającą konkluzją możemy zakończyć naszą rozmowę, za którą bardzo Ci dziękuję.

*  *  *

Jan Komasa: „Stąpamy po cienkiej linii, ale nie możemy być neutralni” (Podczas spotkania z reżyserem po projekcji jego filmu na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Fot. Anna Błaszczyna)

.

„POLITYKA”, albo o traktowaniu widowni jak stada baranów

… a może rzeczywiście widownia niekiedy staje się taką, jak się ją traktuje?

.

.

Muszę się przyznać, że „Polityka” jest pierwszym filmem Patryka Vegi, jaki obejrzałem w kinie. Wprawdzie próbowałem kiedyś oglądać „Pitbulla” (podobno najlepszy film tego reżysera) ale po jakichś dwóch kwadransach tak mnie znużył ten miks infantylizmu ze szpanerstwem udającym kino gangsterskie, że dałem sobie z tym spokój. Podobnie było z „Ciachem”, na którym dotrwałem gdzieś tak do 5 minuty – poziom żenady obecnej w tym filmie wyrastał zdecydowanie ponad moją tolerancję kinowego idiotyzmu.
Tak więc, nie pociągały mnie już w najmniejszym stopniu kolejne „hity” Vegowego kina, jak np. „Botox” czy „Kobiety mafii”. Nie wybieram się do kina by oglądać tego typu filmy na tej samej zasadzie, jak nie biorę udziału w koncertach disco-polo. Not my cup of tea. (Może nie jestem sprawiedliwy porównując to kino z tym rodzajem muzyki, bo jednak disco-polo ma swój sentymentalny urok, tudzież oparty na ludowej prostolinijności i radosnym kiczu witalizm, w przeciwieństwie do bazującego na najniższych instynktach widowni, ociekającego krwią i zabagnionego wulgaryzmami kina, które płodzi i wpuszcza na ekrany Vega.)

A mimo to poszedłem do kina „Pickwick” w Park Ridge (nie chcę tu być małostkowy, ale uważam, że $30 za bilet do kina to lekka przesada) by zapoznać się z najnowszym filmem Vegi, który miał być ponoć „rewolucją” (jak obwieszczali organizatorzy tej projekcji) zaś w Polsce miał wywołać burzę („gigantyczną awanturę” – wedle słów samego reżysera).
No cóż, mam za swoje. Wprawdzie nie spodziewałem się filmu, który by poruszył… jakieś wyższe zdolności kognitywne mojego mózgu, czy też zapadł gdzieś głębiej w moje wnętrze, ale nie sądziłem, że będzie to jeden z najbardziej ponurych seansów w moim życiu. (Skrytykowany przeze mnie swego czasu „Kler” Smarzowskiego wygląda przy filmie Vegi jak arcydzieło.)
Tutaj dodatkowa informacja dla tych, którzy oczekują po tym tekście wskazówki, czy warto iść na „Politykę” do kina: jeżeli widzieliście tzw. zwiastuny filmu, to widzieliście już „najlepsze” (w mniemaniu Vegi, przynajmniej) momenty filmu, który w całej swej rozciągłości (czytaj: rozwlekłości) jest nie tylko niemiłosiernie płytki i stereotypowy, ale i zupełnie jałowy. Taka długa, smętna kicha – gniot pozbawiony nie tylko jakiejkolwiek wartości poznawczej, ale i rozrywkowej (a ten ostatni zarzut – jeśli chodzi o kino – jest chyba jeszcze bardziej kompromitujący, niż poprzedni).

Jak już pewnie wszyscy wiedzą, film odnosi się do życia politycznego naszego kraju, skupiając się na najbardziej znanych polskich politykach (z tym, że nie nazywając ich po imieniu, lecz przedstawiając w taki sposób – i w takich sytuacjach – że chyba nikt z widzów nie ma wątpliwości o kogo chodzi). Problemem tutaj jest to, że te najbardziej wyeksponowane elementy scenariusza, są po prostu przeniesieniem na ekran najbardziej znanych politycznych „wpadek”, kompromitacji, faktów, plotek i insynuacji – tak już w przeszłości wyeksploatowanych i medialnie przemielonych (często wręcz zredukowanych do internetowych memów), że trudno w nich widzieć jakąś świeżą pożywkę dla widowni, która te odgrzewane kotlety już dawno łykała, strawiła i chyba wydaliła (może z wyjątkiem najbardziej zatwardziałych „bojowników” biorących udział w politycznych „pożal się Boże” sporach, z tępym uporem atakujących swoich adwersarzy, powtarzających do znudzenia te same – a przez to zdarte do cna – zarzuty i komunały, od których się już normalnym ludziom niedobrze robi).
Wprawdzie Vega usiłuje to wszystko wpleść w jakąś historyjkę czy fabułę (film składa się z 6 swego rodzaju nowelek), ale całość jest niezborna, bardzo nierówna i wykoślawiona formalnie, zupełnie pozbawiona dramaturgii (o suspensie nie wspominając). Ciągle więc odnosiłem wrażenie, jakby reżyser nie wiedział co chce zrobić: satyrę, komedię, dramat czy może jednak paszkwil? – przez co wszystko przypominało jakąś rozdygotaną glejowatą breję. Obok wstawek kabaretowych czy starych dowcipów na poziomie gimbazy, mieliśmy uderzający w patetyczny ton dydaktyczny finał – z przesłaniem w sumie banalnym, naiwnym i trywialnym – „okraszony” na dodatek pewną intymną częścią ciała znanej gwiazdy polskiego kina. Innymi słowami: nie wiadomo było, czy się śmiać czy płakać.

Wysłuchałem kilku wywiadów z reżyserem. Abstrahując od jego powierzchowności – wytatuowanego od stóp do głów, obwieszonego jak choinka złotem tudzież machającego nam przed nosem zegarkiem za 2 mln. zł. celebryty – Vega wydał mi się kimś mało wiarygodnym, zwłaszcza kiedy słyszałem takie oto wypowiedzi (i konfrontując je ze stanem faktycznym): „(…) poprzedziliśmy film wielomiesięcznymi przygotowaniami. Spotkaliśmy się z ponad setką polityków, dlatego mam poczucie, że ten film oddaje świat polityki w sposób bardzo obiektywny, wielowymiarowy i wieloznaczeniowy” (z wywiadu udzielonego „Dziennikowi Związkowemu”).
No cóż, wygląda to na kiepski żart, bo moim zdaniem jest akurat odwrotnie: film oddaje świat polityki bardzo subiektywnie, płasko i jednoznacznie. Ponoć Vega jest z wykształcenia socjologiem, ale wizja jaką roztacza w swym filmie jest zbyt karykaturalna i w sumie prostacka, by mogła wnieść coś nowego i wartościowego w nasze postrzeganie polskiej rzeczywistości, czy też stanowić asumpt do jakiejś poważniejszej analizy zachowania członków politycznej kasty. Tak więc socjologii – a tym samym zgodności z rzeczywistością i prawdy o ludziach – jest w „Polityce” tyle, co kot napłakał. Bo Vega, tak naprawdę chciał „dowalić” politykom (ze zdecydowanym wskazaniem na formację pisowską) – bynajmniej nie ukazując pełnej (czyli wielowymiarowej) prawdy o politykach, tylko wywlekając i pastwiąc się nad tym, co w świecie polityki – i w ludziach – najgorsze. Mało tego: czasem przypisując ludziom coś, czego w nich nie ma, a niekiedy nawet stosując pomówienia. Jak wiemy cechą dominującą karykatury nie jest ujawnienie prawdy, ale tej prawdy zniekształcenie i wykoślawienie – najczęściej po to, by jakiś aspekt rzeczywistości (lub człowieka) wyolbrzymić i wyszydzić. Tak też jest w wypadku „Polityki”.
Vega: „Mam poczucie, że ten film ‘dokopuje’ wszystkim partiom po równo, więc ludzie wychodzący z kina będą mieli przeświadczenie, że polityka to jest ogromne bagno, a sami politycy są socjopatami.”
Tak, to jest właśnie karykaturalne – i bądź co bądź prostackie – przedstawienie rzeczywistości, godne dialogu zawianych „ekspertów” politycznych spod budki z piwem, czy monologu wujka Janusza podczas rodzinno-towarzyskiej libacji, a nie opinii traktującego siebie poważnie socjologa.

Ponadto nieprawdą jest, że film „dokopuje” wszystkim partiom „po równo”. Film dokopuje przede wszystkim (tak na moje oko w 90%) politykom PiS-u. I tu według mnie doszło do sytuacji paradoksalnej, bo to co w „Polityce” miało stanowić kompromitację tej partii, najprawdopodobniej wyjdzie jej tylko na dobre. Jeśli ten film wpłynie w jakiś sposób na najbliższe wybory, to nie ujmując głosów PiS-owi, a tych głosów PiS-owi przysparzając – i to nie tylko ze względu na zaskakująco „ludzkie” potraktowanie w nim Prezesa.
Według mnie twórcy filmu zrobili PiS-owi wielką przysługę. Czym? Otóż sprowadzeniem sposobów wytykania pewnych rzeczy PiS-owi do absurdu (co zresztą wcześniej zrobiły już internetowe memy) przy jednoczesnym ich skompromitowaniu. Bo niczym innym jak kompromitacją jest – oparty na nich – cały film Patryka Vegi.

*  *  *

2/10

.

„VICE”

.

Przyszła kolej na omówienie ostatniego filmu z Oscarowej puli ośmiu tytułów nominowanych w tym roku do Oscara. Jest to satyra polityczna w reżyserii Dama MacKay’a, która zajmuje się najbardziej chyba znanym wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, który mimo braku charyzmy, uważany był za jednego z najbardziej wpływowych polityków kilku ostatnich dekad.

.

Christian Bale jako Dick Cheney w filmie „Vice”

.

Tytuł filmu mówi za siebie – jest to nomen omen dość ostentacyjny w przekazie tego, co reżyser „Vice” Adam McKay sądzi o wiceprezydencie George’a W. Busha. No cóż, film mógłby również nosić tytuł „Dick” – co zapewne spotkałoby się z aplauzem mniej wybrednych (jeśli chodzi o aluzyjną finezję) liberalnych anty-republikanów – ale nawet dla McKaya, który swego czasu produkował się dla programu Saturday Night Live, byłoby to za dużo. Tym bardziej, że „Vice” mimo wszystko stara się ukazać to bardziej „ludzkie” oblicze Dicka Cheneya, począwszy od młodzieńczych falstartów (pijaństwo, wydalenie z Yale); przez dobrą relację z prostującą go – dopingującą i wspierającą – żoną; po okazanie cieplejszych ojcowskich uczuć swojej córce, która okazała się lesbijką (jak na ironię jego mocno konserwatywnych zapatrywań).

W swoim najnowszym filmie Adam McKay jeszcze bardziej podkręca narracyjną konwencję, którą zastosował w pamiętnym „The Big Short”, polegającą na ukazaniu opowiadanej historii w formie kolażu różniących się stylistycznie zbitek montażowych i obrazów, mieszaniu fikcji z dokumentem, zawieszaniu akcji, stosowaniu czasowych przeskoków, gwałtownej zmianie tonów – o takich drobiazgach jak stop-klatki, slow-motion, czarne plansze, czy bezpośrednie zwracanie się do widza, nie wspominając. Wszystko wskazuje na to, że McKay wyrabia sobie w ten sposób swój filmowy charakter pisma, a to wszystko staje się jego znakiem rozpoznawczym.

Styl ten sprawdził się doskonale w „The Big Short”, filmie zajmującym się konkretną sytuacją polityczno-społeczną, czyli krachem finansowym, jakiego Stany Zjednoczone doświadczyły pod koniec pierwszej dekady naszego wieku. Czy jednak równie dobrze sprawdza się w „Vice”, który jest właściwie biografią, obejmującą niemal 50 lat życia jednego człowieka? Opinie są różne, ja jednak nie miałem z tym większego problemu, bo film oglądało mi się bardzo dobrze. Co jednak nie oznacza, że po projekcji nie miałem wobec niego żadnych zastrzeżeń.

„Vice” jest polityczną satyrą, z dość wyraźnie zaznaczoną tezą, co może już na dzień dobry podzielić widownię, która zwykle jest już podzielona politycznie – często zatopiona w swoim plemiennym zacietrzewieniu i bezkrytycznej stronniczości.

Nie ulega wątpliwości, po jakiej stronie stoi McKay, co – paradoksalnie – nie przesądza jeszcze o wartości poznawczej filmu, ale rodzi uzasadnione pytanie o faktograficzną rzetelność i zdolność reżysera do wyważenia pewnych racji, artykułowanych – i zrozumiałych – nie tylko we własnym obozie.

I tutaj zgadzam się z tymi, którzy uważają, że McKay wyłamuje otwarte drzwi, tzn. zwraca się do tych, którzy są już przekonani – tak naprawdę zabawiając ich tym, co wszyscy już znają (nota bene posługując się jednak przy tym faktami). Inna sprawa, że obecnie – jak mi się wydaje – wszystkie spory polityczne (i to na całym świecie, wliczając w to nie tylko Stany Zjednoczone, ale również Polskę) polegają na przekonywaniu tych, którzy już są przekonani, a tym samym impregnowani nie tylko na racje adwersarzy, ale i na same fakty.

Powiedzmy sobie szczerze, że film nie wchodzi zbyt głęboko w społeczno-polityczną tkankę rzeczywistości amerykańskiej, ani tym bardziej światowej. Być może dzieje się tak dlatego, że McKay przyjął zbyt szeroką perspektywę czasową, a ponadto skupia się głównie na polityczno-biograficznych „fajerwerkach” z życia bohatera, tworząc coś w rodzaju – jak to trafnie ktoś określił – listy „Największych Przebojów Niesławy Dicka Cheneya”. Film zbudowany jest przemyślnie, ma skomplikowaną i ciekawą formę, ale jego zawartość intelektualna nie poraża ani bogactwem, ani głębią – ślizgając się po powierzchni całego tego politycznego cyrku i serwując nam same oczywistości. Gdzieś tam w tle dzieją się okropności, widzimy straszne obrazy, zdajemy sobie sprawę z bezwzględności machiny władzy i działania sił, które mielą losy milionów ludzi na całym świecie, ale odnosi się wrażenie, że twórcom filmu bardziej odpowiada sznyt satyryczny, niż tragiczny, dlatego bardziej idą w skecz, niż w dramat. Być może odzywa się w tym przeszłość reżysera jako autora Saturday Night Live?

Ta swoista lekkoduszność sprawia, że ciężar gatunkowy zawartej w „Vice” mikstury jest o wiele mniejszy, niż w innych, bardziej drapieżnych i dociekliwych dramatach kina politycznego, jak chociażby w filmach Olivera Stone’a, którego pasja i temperament – mimo jego predylekcji do teorii spiskowych i mocnego przechyłu w lewo – pozwalały mu na tworzenie obrazów potrafiących nami wstrząsnąć i głęboko poruszyć.

Ale dość tego narzekania, bo ktoś pomyśli, że jest to film błahy i zepsuty, na którym można się tylko nudzić albo irytować. Otóż tak nie jest, bo w konwencji kina rozrywkowego „Vice” sprawdza się jednak znakomicie – czego przykładem nie tylko moja pozytywna reakcja, osiem nominacji do Oscara, ale i opinie widzów, którym film się spodobał. (A ci stanowią jednak większość).

Pisząc o „Vice” nie sposób nie wspomnieć o zdumiewającej kreacji Christiana Bale’a, który – wbrew swojej aparycji będącej cielesną antytezą Dicka – przepoczwarzył się w Cheneya, przyjmując nie tylko jego posturę, powierzchowność, gesty czy sposób mówienia, ale i wchodząc głębiej w jego psyche, dzięki czemu na ekranie widzieliśmy prawdziwego człowieka, a nie tylko personifikację przytłoczoną kilogramami lateksu (nawiasem mówiąc charakteryzacja Bale’a w roli Cheneya była według mnie znacznie lepsza, niż Oldmana w roli Churchilla). Muszę przyznać, że Bale osiągnął ten autentyzm wbrew temu, że scenariusz filmu traktuje postać Cheneya dość powierzchownie, kreśląc jego motywacje zbyt grubą kreską, nie mając najlepszego zdania o jego inteligencji (bo z tym, że Dick Cheney nie miał żadnej charyzmy, to chyba wszyscy się zgadzają).

Postacią bardziej skeczową jest George W. Bush w interpretacji Sama Rockwella (nominacja do Oscara), który ukazał W. – bardziej go parodiując, niż odgrywając – jako dość bezwolnego i nie tryskającego raczej mądrością prezydenta, który nie za bardzo wie, co się wokół niego dzieje. Najmniej wiarygodny jest grany przez Steve’a Carella Donald Rumsfeld – jak na mój gust zbyt karykaturalny, przypominający tu bardziej cynicznego satyra-śmieszka, niż bezczelnego i sztywnego technokraty bez skrupułów, jakim był w rzeczywistości Rumsfeld. Postacią nie do końca wykorzystaną jest moim zdaniem żona Cheneya Lynne (w którą wcieliła się, również nominowana do Oscara, Amy Adams) – ważna na początku filmu, ale później jakby usunięta w cień.

Cięgle łapię się na tym, że mimo iż film mi się podobał, to więcej piszę tu o jego wadach, niż zaletach. Być może bierze się to z pewnego rozdźwięku między moimi seansowymi emocjami a bardziej refleksyjnym racjonalizmem, który dopiero teraz, przy pisaniu tej recenzji, do mnie dociera i nieco mnie chłodzi. Trochę mi wstyd, że się bawiłem na filmie poruszającym sprawy, które swego czasu były dla mnie źródłem zupełnie niezabawnych konkluzji dotyczących mechanizmów władzy, politycznego cynizmu, korporacyjnego łupiestwa czy roli Stanów Zjednoczonych w destabilizacji Bliskiego Wschodu. Ale przecież kino, to również – kto wie, czy nie przede wszystkim? – rozrywka.

Prawdę mówiąc, napisałem to wbrew temu, że zawsze oczekiwałem od kina czegoś więcej.

* * *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „Faworyta”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

WYSTARCZY BYĆ?

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XXV)

.

zapiski notatki kajet notes

.

.

      Jako gatunek, stado zamieniliśmy na plemię, naród, społeczeństwo… na dobre i na złe. Te same nasze właściwości potrafimy wykorzystywać zarówno do dobrych, jak i złych celów.
Solidarność społeczna może być solidarnością w budowaniu wspólnoty dobra, jak i solidarnością w zbrodni. Instynkt grupowy może nam pomóc w wyzwoleniu, ale i pchać ku zatraceniu.
Tutaj wyłania się pytanie zasadnicze: czy robimy to wszystko z wolnej woli?

*

      Zwierzętom moralność nie jest potrzebna, bo obywają się bez kultury (w naszym rozumieniu tego słowa). Z tego wynika wniosek, że kultura nie może się obyć bez etyki – że musi być w tej kulturze nazwane (i odróżniane od siebie) zło i dobro.
Do tego, by zachowywać się racjonalnie lub irracjonalnie, potrzebny jest rozum. A czy zwierzęta swój rozum mają? Pewnie tak, ale jest to raczej – sorry zwierzątka – „rozumek” opierający się na popędach i instynktach potrzebnych do tego, by przeżyć.
A jednak w obrębie niektórych gatunków zwierzęta nawzajem się zwalczają i zabijają. W niektórych przypadkach osobniki tego samego gatunku nawet się nawzajem pożerają. Szympansy prowadzą ze sobą coś w rodzaju wojen.

*

      Ludzie walczą ze sobą, by zdobyć władzę, terytoria i różne bogactwa – by podporządkować sobie swoich rywali – zaś sama religia zwykle jest tylko tłem, pretekstem, usprawiedliwieniem, usankcjonowaniem tej agresji.
Ateiści też mordowali. Nie w imię Boga, ale m.in. po to, by wytępić w ludziach wiarę religijną, co zresztą na jedno wychodzi – jeden pretekst (negacja Boga) warty drugiego (Bóg z nami).

      Mimo wszystko chrześcijaństwo wprowadziło do ludzkiej cywilizacji pewne wartości, którym – chcąc nie chcąc – podlegają do tej pory nawet ci, którzy to chrześcijaństwo chcą zwalczać. Tym, co dała ludzkości religijność przesiąknięci są nawet ateiści (często sami nie zdając sobie z tego sprawy).

*

      Jeśli istnieje jakaś celowość we Wszechświecie (a jestem skłonny uznać, że jest), to jest to równoznaczne z tym, że istnieje jakaś Nadrzędna Idea (Siła Sprawcza) regulująca i powodująca ewolucję Wszechświata, którą można nazwać Bogiem (choć nie jest to konieczne). Tak bym pojmował kreacjonizm.
Wydaje mi się, że nasze percepcyjne ograniczenia jeśli chodzi o poznanie Wszechświata ściśle łączą się z naszą niemożnością poznania Boga.

*

      Miłosz przechodził różne stadia swojego stosunku do Natury. Nie zapominajmy, że wychowywał się i dorastał wśród (czy też raczej w pobliżu) litewskich borów. Przyroda amerykańska była mu obca (podobnie jak amerykańska cywilizacja), jednak musiał się jakoś w tym znaleźć – i to jako poeta, intelektualista, wykładowca i pisarz. Miało to swoje konsekwencje: mianowicie eliminowało w zasadzie spontaniczność i entuzjazm, jaki np. towarzyszył mnie – w zetknięciu zwłaszcza z amerykańską przyrodą (bo do cywilizacji też zawsze nastawiony byłem jednak raczej krytycznie).
Piszę to oczywiście, chcąc zachować między nami właściwe proporcje (toutes proportions gardées – jak mówią Francuzi).

*

      Ludzka filozofia (umiejscowienie nas w świecie) zawsze dotyczy czegoś więcej niż tylko kontaktu z przyrodą, choć od przyrody nie może się jednak uwolnić, choćby tylko dlatego, że sami jesteśmy jej częścią.
A jednak cała ludzka kultura jest w pewnym sensie przełamywaniem tego, co narzuca nam Natura – jest wobec niej oporem, często sprzeciwem, a nawet walką z nią.
To jest właśnie ten paradoks naszej La condition humaine: z jednej strony zależy nam na pozostaniu z Naturą w pewnym aliansie (bo przecież nie możemy zupełnie się od niej oderwać), ale z drugiej – chcemy się właśnie od tej Natury (w jakimś stopniu przynajmniej) uwolnić, co często skutkuje alienacją a nawet – jak uważał np. Freud – cierpieniem (Freud uznał wręcz, że to właśnie kultura jest jednym ze źródeł ludzkich cierpień).

*

      To, że natura została zepchnięta do rezerwatu, jest naszym złudzeniem. Natura ma jednak nad nami ZAWSZE przewagę – przynajmniej w ostatecznym rozrachunku. Sami możemy oczywiście tworzyć kulturowe czy technologiczne enklawy, dzięki którym do jakiegoś stopnia jesteśmy w stanie uniezależnić się od Natury (twierdząc nawet czasem, że tę Naturę „ujarzmiliśmy”), ale zawsze to będzie czymś tymczasowym, ograniczonym, niedoskonałym… i dlatego w dużej części złudnym.
Tego wrażenia, że Natura “jest spychana coraz dalej i dalej” doświadczyć można zwłaszcza w Europie, gdzie na stosunkowo małym obszarze człowiek stworzył cywilizację, która wydaje się dominować nad całym światem “przyrodzonym”. Jednakże na kontynencie amerykańskim jest zupełnie inaczej – nadal bowiem istnieją tu niezmierzone przestrzenie, niezakłócone jeszcze, jak się wydaje, przez cywilizację. Wynika to z ogromu tego kontynentu – dzięki czemu doświadczyć można tutaj owej “potęgi” Natury, także jej dominacji nad tym, co tworzy człowiek.

*

      Dlaczego ludzie często wyrąbują się z pasją?
Jest chyba racjonalne tego wytłumaczenie: bo mają w sobie geny drapieżnika. I za pomocą agresji i gwałtu chcą narzucić innym ludziom własną wolę – dążąc do dominacji nad nimi po to, by zapewnić sobie lepsze warunki egzystencji, rozwoju i przekazywania swoich genów dalej.
Lecz wbrew pozorom, często nie postępujemy przy tym racjonalnie.

     Dlaczego więc rozmawiamy, próbujemy znaleźć jakieś porozumienie? Bo mamy nadzieję, że coś takiego jak ludzka kultura będzie kiedyś w stanie okiełznać tego – siedzącego w nas – drapieżnego zwierza. Wtedy dopiero będziemy się mogli (jako gatunek Homo sapiens) mienić mianem cywilizowanych ludzi. Jak na razie jednak wojna wydaje się nieodłącznym elementem ludzkiej cywilizacji. Zbyt wysoko więc chyba jeszcze w tej naszej kulturowej ewolucji nie zaszliśmy – i wcale nie jest pewne to, czy kiedykolwiek zajdziemy.

*

      Myślę, że natura doskonale mogłaby się obyć bez ludzkiej rasy. Mało tego – miałaby się bez nas znacznie lepiej… niestety. A mimo to uważam człowieka za istotę godną przetrwania – i to nie tylko dlatego, że sam jestem (wszystko jednak na to wskazuje) człowiekiem.

*

      Twory Natury działają na nasze zmysły, dostarczają nam wrażeń, niekiedy nawet inspirują nasze myślenie – ale Sztuką nie są. Sztuka jest wytworem człowieka – zgódźmy się przynajmniej co do tego, bo w przeciwnym razie np. plamy na Słońcu – albo fale na morzu – też będziemy uważali za Sztukę.
Wprawdzie mówienie o Sztuce Natury ma w ludzkiej myśli długą tradycję – twierdzono np. że natura jest Sztuką uprawianą przez Boga (Dante), który jest Największym Artystą – to ja skłonny jestem to uznać za pewnego rodzaju metaforę i mit, wychodzące raczej poza to, co rozumiem jako Sztukę.

*

      NATURA – SZTUKA – CZŁOWIEK (cytaty będące już swego rodzaju kanonem w pojmowaniu natury i sztuki przez człowieka)

      NATURA

      – Natura tworzy sztukę sama z siebie i jest sztuką samą w sobie

      – Natura tworzy sztukę w pełnym tego słowa znaczeniu

      – Tylko Natura potrafi stworzyć sztukę z niczego

      – Natura to prawdziwe dzieło sztuki

      – Sztuka stworzona przez Naturę jest wszechobecna

      – Natura to naturalne korzenie sztuki

      – Natura jest wszechobecna w sztuce

      – Natura opanowała sztukę do perfekcji

      – Natura współgra ze sztuką, a sztuka stara się współgrać z Naturą

      – Natura jest niedościgniętym ideałem, sztuka to tylko nędzna namiastka Natury

      – Natura może być „martwa” tylko w sztuce, sztuka jest zawsze martwa wobec Natury

      – Natura zwyciężyła sztukę w swojej doskonałości

      SZTUKA

      – Wszelka sztuka jest tylko naśladownictwem Natury

      – Ponadczasową inspiracją dla sztuki jest Natura

      – Sztuka pokazuje piękno Natury

      – Sztuka wypowiada się o Naturze, Natura robić tego nie musi

      – Sztuka nie konkuruje z Naturą, ale podkreśla jej ponadczasowość i pierwotne piękno

      – Sztuka stara się dopełniać rzeczy których Natura nie zdążyła wytworzyć, a inne tylko naśladuje

      – Tworząc sztukę wystarczy robić to, co nam podpowiada Natura

      – Sztuka zawsze wchodziła w dialog z Naturą

       – Sztuka jest oknem otwartym na Naturę

      – Sztuka powinna działać na ludzi tak samo jak Natura

      – Sztuka jest zawsze w zgodzie z Naturą

      – W sztuce jest pojęcie „kiczu”, w Naturze nie

      – Sztuka to człowiek dodany do Natury

      CZŁOWIEK WOBEC NATURY I SZTUKI

      Szukać postaci i kształtu Boga (Natury) to znak ułomności ludzkiej.
Gaius Plinius Secundus (23-79r.)

     – Tylko dzieci, Natura i prawdziwa sztuka nie są skorumpowane

      – Dzieci odbierają Naturę spontanicznie podobnie jak sztukę

      – Sztuka, a przede wszystkim człowiek stanowi część przyrody i tym samym jedność z Naturą

      – My jesteśmy częścią Natury, a sztuka jest częścią nas

      – Człowiek od wieków zastanawia się jak tworzyć w bliskiej współpracy z Naturą

      – Artyści zajmują się przede wszystkim relacjami między Naturą i sztuką

      – Ludzie spragnieni są równie kontaktu z Naturą jak ze sztuką

      – Ludzie doceniają uzdrowicielską moc tak Natury jak i sztuki

      – Społeczeństwo to sztuczna struktura będąca obroną przed potęgą Natury. Żadna zmiana w społeczeństwie, w tym rozwój sztuki, nie zmienią Natury

      – Aby ratować siebie staramy się tworzyć sztukę i żyć w harmonii z Naturą

      – Człowiek coraz bardziej zdaje sobie sprawę z potęgi sztuki i Natury

      Staramy się pomóc Naturze, m.in. tworząc sztukę, która szuka w niej inspiracji, ale nie zdajemy sobie sprawy, że to nie Natura, a człowiek jest zagrożony

*

      Człowiek od swojego pojawienia się na Ziemi widział i widzi niedoścignięte piękno Natury, które na swój sposób przetwarza i zawłaszcza, myśląc, że jego byt jest wieczny. A tym czasem prawdopodobnie miał rację C. Levi-Strauss, gdy pisał na końcu Smutku tropików, że: „Świat zaczął się bez człowieka i skończy się bez niego”.

*

      Istnieje piękno niejako „zastygłe” w czasie i przestrzeni (np. to, stworzone w dawnych epokach przez człowieka lub wykreowane przez Naturę), ale dopiero człowiek może spowodować, że ono „ożyje” – nabierze konkretności i sensu w jego zachwycie.

       Paradoksalnie, piękno jest obiektywne i subiektywne zarazem. To obiektywne można odkryć, to subiektywne… wynaleźć.

*

      To jest ten dylemat: jak się ma zwierzęcy (popędowy) impuls seksualny do ludzkiej miłości, rozumianej jako uczucie duchowe, wysublimowane, „wyższe”. Ideałem byłoby harmonijne połączenie tych dwóch elementów – a może nawet nie oddzielanie ich od siebie (ale to chyba możliwe jest tylko wtedy, gdy miłość i pożądanie wiąże się ze sobą w ludziach w celu prokreacji).
Inny wątek: jak często okłamujemy się, że przeżywamy miłość, a w rzeczywistości głównym sprawcą tego zadurzenia jest jednak chemia, feromony? (bo gdyby tego nie było, to byśmy się nie „zakochali”). Czy wtedy – niejako „na siłę” – nie wmawiamy sobie wyższego, szlachetniejszego uczucia, by sublimować prymitywny w swej istocie, „zwierzęcy” popęd?
Gdzie jest ten moment, kiedy czyste uczucie bierze górę nad chemią? (A że tak się dzieje w wielu przypadkach, to nie mam wątpliwości).

*

     Francuzi (i nie tylko) nazywają orgazm la petite mort. To ciekawe… bo kobieta rzeczywiście często wydaje dźwięki, jakby ją zarzynano (właśnie: „rżnięto”, jak to się wulgarnie określa). A czy nie przypomina to konania?
Z tym, że: mężczyzna się eksploatuje jak samiec modliszki (woman is a maneater), kobieta zaś niby umiera, ale w zasadzie po to, by w niej narodziło się życie. Może dlatego facet jest jak (idiota?) przykuty łańcuchem do swojego libido (żeby trudniej było mu dać dyla?), natomiast za kobietą stoi instynkt macierzyński – sojusz serca (zmysłowości, macicy, łożyska… czyli coś bardzo autonomicznie kobiecego – coś, co definiuje jej kobiecość, jest jej kreatywnym (reprodukcyjnym) żywiołem, a przy tym nie jest tak destrukcyjne, jak u mężczyzny?
No właśnie… można kogoś rżnąć i „rżnąć” (to też tak à propos la petite mort – miłość i śmierć, rozkosz i tortura przeplatają się ze sobą: to jakby Eros i Thanatos w jednym uścisku zwarci.)

      Czy sam orgazm (czy też raczej przedstawienie orgazmu) w swoim ekspresyjnym przerysowaniu emocji i zmysłowości nie zbliża się w pewnym sensie do kiczu?

*

      Wychodzi na to, że nasze przywiązanie do bzdetów i głupotek funkcjonuje, mimo ceny jaką za to płacimy, którą jest marnowanie naszego – bardzo cennego przecież – czasu.
Z czego to wynika? Może z tego, że życie – w swojej pierwotnej i fundamentalnej istocie – bardziej niż na aktywności, zasadza się na trwaniu i wegetacji? Innymi słowy: jeśli nie jesteśmy zmuszani do wysiłku, to zadowala nas już samo istnienie? (Przypomina się tutaj Beeing there –czyli Wystarczy być Kosińskiego.)
Lecz chyba jednak tak nie jest – przeczy temu choćby rozwój naszej cywilizacji – pęd człowieka do przodu, ciekawość, pomysłowość, ekspansywność… A może jednak dotyczy to tylko tych, którzy są w awangardzie?

      Wszystko to, co jest wartościowe dla ludzkiej kultury, (która jest przecież wyznacznikiem naszego człowieczeństwa), leży ponad czystą wegetacją.

*

      Nasze erotyczne pulsowanie zgodne jest z tym, jak się w życiu zmieniamy.
W sumie, „zwierzęcy”, traktowany popędowo i mechanicznie seks jest dla nas – jako ludzi „myślących”, istot „kulturowych” – jałowy (choć w aspekcie naturalnym taki nie jest, bo służy prokreacji – przekazywaniu genów). Ten rodzaj seksu bowiem czyni z nas ledwie narzędziem ewolucyjnego rozwoju życia – siły, która sama w sobie jest ślepa i bezosobowa (choć jednak nie bezcelowa). Innymi słowy, traktowani jesteśmy w tym procesie przedmiotowo, a przecież, zyskawszy ewolucyjnie świadomość, chcemy być podmiotem, który na dodatek dysponuje wolną wolą.
To dlatego na styku Eros – Kultura, zwierzątko seksu – istota (ponoć) myśląca, Homo (nomen omen) erectusHomo sapiens, dzieją się takie dziwne, intensywne, ale i ciekawe rzeczy.

      Koniec końców z kobiety, jako matki (ziemi), wychodzimy – z kobietą, jako kochanką się zżywamy i łączymy – i do kobiety, jako śmierci (ziemi), wracamy.

*

      Pisząc w jednym za artykułów o „gender” i używając przy tym słowa „ideologia”, nie miałem na myśli nauki, która bada biologiczne uwarunkowania płci „kulturowej”, ale wymysły tych, którzy twierdzą, zachowanie człowieka nie zależy od predyspozycji płciowych, tylko jest całkowicie narzucone przez kulturę. Moim zdaniem oba te czynniki mają znaczenie, ale większy wpływ ma jednak natura (w końcu człowiek jest – i nie przestaje być – istotą biologiczną).

      Moim zdaniem, cała ta awantura o „gender” polega jednak na nieporozumieniu – także dlatego, że mało kto tak naprawdę wie, co to jest „gender” czy „genderyzm”. Dobrze byłoby więc najpierw się tego dowiedzieć.

      Nikt nie o zdrowych zmysłach i realnym spojrzeniu na kulturę i cywilizację człowieka, nie może kwestionować tego, że płeć biologiczna (w przytłaczającej większości) determinuje płeć „kulturową”, czy też „społeczną”. (Innymi słowy: jest oczywiste to, że płeć biologiczna zawsze występuje w kontekście kulturowym.) Ci, którzy chcą temu zaprzeczyć (mówiąc, że płeć jest narzucona dziecku przede wszystkim przez wzorce społeczne i kulturowe – w oderwaniu od determinanty biologicznej) są właściwie a-genderystami (a nie, jak się przyjęło mówić, moim zdaniem błędnie: „genderystami”). Są także oprócz tego wyznawcami teorii zupełnie oderwanej od rzeczywistości.
Nie sądzę też, jak to głoszą niektórzy, że „kariera” gender w Polsce wzięła się ze sprowadzania roli kobiet do trzech K (Kinder, Kuche, Kirche). Jest to przede wszystkim reakcja na absurdalność niektórych tez głoszonych przez tzw. „genderystów” i ich apetyt na wprowadzanie jeszcze bardziej absurdalnych eksperymentów z dziećmi (vide: sukienki zakładane chłopcom w przedszkolu).

*

      Muszę przyznać, że bliskie mi jest zapatrywanie, iż sztuka wcale nie musi spełniać funkcji utylitarnej. W przypadku wielu dzieł sztuki wystarcza mi więc sama przyjemność wynikająca z uświadamiania sobie i doświadczania ich walorów czysto estetycznych. Ale też cenię sztukę, która niesie ze sobą pewne wartości etyczne (co wcale nie oznacza, że musi być ona moralizatorska). Zresztą, nie można tu stosować jakichkolwiek sztywnych podziałów.

      Prawdę mówiąc, samo pojęcie „sztuki dla sztuki” wydaje mi się być jałowe, bo – jak można zauważyć – sztuka nie może istnieć bez odbiorcy. Choć oczywiście kto inny może się z tym nie zgodzić i powiedzieć, że wcale nie: żadna sztuka nie może istnieć bez twórcy, a to, czy znajdzie się jej odbiorca, jest już sprawą drugorzędną.
Według mnie jednak sztuka nabiera sensu dopiero w relacji: twórca-dzieło-odbiorca.

*

       Miłość i śmierć – dwa największe motywy nie tylko w poezji, ale i w całej sztuce, włączając to kino.

      Kultura masowa eksploatuje te same wątki, co wielka filozofia, literatura, czy sztuka – tyle, że na swój (najczęściej jednak banalny, trywialny, powierzchowny) sposób. (Gdyż inny mógłby być przez tzw. „szeroką publiczność” nieprzyswajalny).

*

      Najbardziej nośne w kulturze jest to, co najbardziej pierwotne – bez względu na to, jak po drodze robi się wyrafinowane.
To, że biali czują bluesa (niemal) tak samo, jak czarni, to jest dowód na to, że mamy te same korzenie (serca, trzewia i nerwy), jesteśmy braćmi (siostrami) i doświadczamy tej samej „człowieczej doli”.
Z tym, że czarni mają jednak więcej powodów do spleenu przez to, że będąc ludźmi, byli przez białych traktowani jak zwierzęta i przez pokolenia żyli w obroży założonej im przez naszą wspaniałą zachodnią cywilizację. (Czy hołd oddawany czarnym muzykom/muzyce czarnych przez tabuny białych wyrostków nie jest aby przypadkiem rodzajem zadośćuczynienia?)

*

      Duży wkład w popularyzację bluesa na przełomie lat 50-tych i 60-tych, miały żydowskie chłopaki z Chicago (słynna wytwórnia Chess Records, Mike Bloomfield…) Oczywiście złe języki i nosy węszyły w tym wyrachowanie (że niby to z bluesa chciano zrobić geszeft), ale ja wierzę w to, że oni wchodzili do tych klubów czarnych dlatego, że ta muzyka ich kręciła, że usłyszeli w niej coś autentycznego i poczuli pasję.
Nie można też zapominać, że były to jeszcze czasy segregacji rasowej, więc w tej ich postawie był pewien rys młodzieńczego buntu przeciw establishmentowi starych. Zresztą, autentyzmu bluesa nie sposób jest podrobić – ta muzyka nie znosi niczego, co jest fake.
To, że ci, którzy zbili majątek na rocku (Clapton, Led Zeppelin, Stonesi…) chcieli zadość uczynić starym czarnym bluesmanom, którzy przecież groszem nie śmierdzieli, a którzy byli jeszcze uwikłani w niewolnictwo swoich matek i ojców, to nie ulega wątpliwości. Oni jednak chcieli spłacić jakoś ten dług wdzięczności – choćby tylko słowem, mówiąc ile zawdzięczają czarnym. (Na szczęście nie było to tylko gadanie, bo przyczynili się oni do tego, że czarni sami zaczęli robić światowe kariery – i żyć na lepszym poziomie, nie klepiąc już biedy.

*

      Leopold Tyrmand to jeden wielki paradoks. Jak wiadomo, w Polsce był uważany za liberała, (a nawet za playboya, bitnika czy wręcz za birbanta), w Stanach zaś za konserwatystę (nota bene zapoczątkowany poniekąd także i przez niego ruch konserwatywny w Ameryce – towarzystwo wokół „Chronicles” rockfordzkich, których był redaktorem – doprowadził z czasem do ukształtowania się swoistego amerykańskiego konserwatywnego „betonu” zwanego paleo-konserwatyzmem).
Jednakże, wbrew pozorom, dość łatwo według mnie tę światopoglądową woltę Tyrmanda wyjaśnić, a można to nawet zrobić jednym słowem: przekora.
W Polsce Tyrmand czuł się gnębiony przez klatkę i konserwę peerelowskiego komunizmu (więc się temu przeciwstawił przekornie swoim para-bitnikowym liberalizmem); w Stanach zaś uderzył go przechył w kierunku (notabene też lewackiej, zdaniem konserwatystów) przesadnej, jego zdaniem, „wolnościowej” kontestacji kontrkulturowej, więc się ustawił wobec niej okoniem i wyszło na to, że został uznany za konserwatystę. (Myślę, że do tego mogło się także przyczynić to, że założył w tamtym czasie rodzinę i został ojcem.)

*

      Czy można zbliżyć Upadek Camusa z Hańbą Coetzeego? Zapewne. Tak samo jak z bohaterami Kafki. Dlaczego? Bo chyba centralnym punktem tych wszystkich utworów jest coś, co Leszek Kołakowski miał na myśli mówiąc, że „życie każdego z nas jest porażką”.
Na pierwszy rzut oka wygląda to jak klasyczny egzystencjalny pesymizm, ale przecież – po wnikliwszym wejrzeniu – stwierdzenie to wcale nie wyklucza tego, by samo życie uznać za wartość jak najbardziej pozytywną – za coś co może być także znaczone sukcesem a nawet radością istnienia.
Jednakże, mimo tych zbieżności, bohaterowie Camusa, Coetzeego, Kafki są jednak różni.

      Kiedy czytałem Upadek, to czasami zastanawiałem się ile też jest samego pisarza w adwokacie Clemensie, (nawiasem mówiąc jest on postacią dość żałosną, choć na swój sposób nie pozbawioną uczciwości – uczciwości, którą zresztą, paradoksalnie, spowodowała to, że owego upadku doświadczył on doświadczył.
Zarówno camusowski Clemence, jak i profesor Lurie z książki Coetzeego doznali w pewnym okresie swojego życia wstrząsu, który był dla nich zarówno hańbą jak i właśnie upadkiem – i obaj raczej świadomie się temu poddali (może nawet to sprowokowali), tyle że Clemence zrobił się z tego powodu bardzo gadatliwy (książka Camusa to właściwie jego spowiedź), natomiast Lurie zamilkł.
Mówiąc jednak poważniej: tym co ich łączy najbardziej to swoiste „wydrążenie” – poczucie dojmującej pustki, doświadczenie absurdu, niemożność osiągnięcia jakiejkolwiek satysfakcji, niezdolność do miłości…

*

      Ktoś, oglądając moje zdjęcia Manhattanu, powiedział: „Pomimo dużej ilości szkła i odbić, ta przestrzeń przytłacza, sprawia wrażenie zamkniętej i nieskończonej…”
Trafne spostrzeżenie. Te fotografie ukazują jednak pewien paradoks, bo Manhattan rzeczywiście sprawia wrażenie przestrzeni zamkniętej, która nasz przytłacza – a jednocześnie wydaje się być czymś nieskończonym., daje oddech.

*

      Baudrillard w swoim słynnym eseju o Ameryce pisał: „Czas, który oni tu spędzają w bibliotekach, ja spędzam na pustyniach i drogach. Podczas gdy oni czerpią materiał do rozmyślań z historii idei, ja czerpię go z codzienności, z ruchu ulicznego i krajobrazów. Moje polowania urządzam nie w konferencyjnych salach uniwersytetów, lecz na pustyniach, w górach, na freeways, safeways, w Los Angeles, ghost towns albo downtowns. Ich pustynie znam lepiej od nich, bo oni odwracają się plecami od własnej przestrzeni, jak niegdyś Grecy odwrócili się plecami od morza, i te pustynie dostarczają mi tylu wiadomości o konkretach życia społecznego w Ameryce, ilu nigdy nie zdobyłbym uczestnicząc w oficjalnym życiu społecznym czy intelektualnym”.

      Baudrillard niby taki terenowiec – pisze, że on tylko na pustyniach i na drogach, a wcale nie w bibliotece – ale ta jego Ameryka jest chyba najbardziej akademicką (w sensie: przeintelektualizowaną) książką o Stanach, jaką czytałem. Zdecydowanie bardziej do mnie trafiało to, co pisał o amerykańskim krajobrazie – i o samym kraju – Czesław Miłosz, mimo że moje spojrzenie na Amerykę było inne.
A pustynia? To prawda, pejzaż pustynny w Ameryce mnie zauroczył, może dlatego, że… tak naprawdę nigdy się nie musiałem z nią zmierzyć bez cywilizacyjnej ochrony.

*

     Tak już jest, że potrafimy się bardziej przejąć tragedią jednego człowieka, niż tragedią 30 mln. ludzi. Czyli: bardziej działa na nas tragedia detaliczna, niż hurtowa.
Dlaczego? Najprawdopodobniej dlatego, że konkretny człowiek nie jest dla nas abstrakcją taką, jaką jest 30 mln. ludzi.
Mało tego! Dlaczego wrażliwa, myśląca, inteligentna osoba będzie rozpaczać nad stratą swojego rozjechanego kotka, a nie uroni łzy nad umierającymi każdego dnia z głodu i chorób tysiącami dzieci? No, dlaczego?
Empatia to kapryśne zwierzę.

*

      Sporo ludzi uważa, że świat jest jednym wielkim handlowiskiem, że wszystko da się kupić, że można (a nawet trzeba) bezwzględnie forsować własne interesy (bez względu na ich etyczną wartość), innymi słowy: że cel uświęca środki…
Ja tak nie uważam. Według mnie zabójstwo zawsze pozostanie zabójstwem, oszustwo – oszustwem, kłamstwo – kłamstwem, zdrada – zdradą… bez względu na to, jak wspaniały jest (niby) cel, do którego się dąży

*

      Jeśli nadal wydaje się nam, że tym, co ma zapewniać pokój na świecie jest strach, to dalej jesteśmy Średniowieczu (choć, niestety, Machiavelli, dzięki któremu ta doktryna się rozpowszechniła, żył już w Renesansie).
Wierzę w to, że wojen w ogóle mogłoby nie być (albo innymi słowy: mogę sobie taką sytuację wyobrazić) tylko nie jestem pewien, czy kiedykolwiek ludzkość zdoła się wynieść na taki poziom etyczny – tzn. zupełnej rezygnacji ze zbrojnej agresji w rozwiązywaniu międzypaństwowych sporów i konfliktów. Czy stać nas na wyjście ze stanu barbarzyństwa, w którym zabijanie prowadzi nas do jakiegoś celu?

      Oczywiście istnieją sytuacje, w których trzeba wybrać tzw. mniejsze zło, albo uczynić zło, by zyskać coś, co jest dobrem, ale ten kompromis jest jednak bardzo zdradziecki i mający jednak w sobie coś z kompromitacji dobra, które się tym zyskuje.
Uważam, że istnieje jednak granica, której przekraczać się nie powinno – bo wtedy Zło staje się czymś, czego już nie można usprawiedliwić (a czynione tym sposobem Dobro staje się skażone).
Ziemia pełna jest trupów (a nasza historia nikczemności), które były wynikiem tego, że Dobro starano się uzyskać za pomocą czegoś, co było jednak ewidentnym Złem (faszyzm, komunizm, anarchizm, rewolucjonizm… o zbrodniach popełnianych w imię Kościoła nie zapominając).

*

      Nie każdy idealizm jest zły. Ale trudno się nie zgodzić z tym, że więcej szkody na świecie wyrządzili idealiści, niż realiści.
Najgorsze jest zaślepienie idealizmem, fanatyzm. Ale racjonalizm w stanie czystym też byłby nie do zniesienia.

      Problem w tym, że czasem idealiści chcą być realistami (i na odwrót) – i często kończy się to równie żałośnie.

*

      Im dłużej żyję, tym bardziej mi się wydaje, że umieć żyć to jest to samo, co umieć umierać.

*

      Wielu z nas, zwłaszcza w młodości, pragnie iskry, chce się zapalić – nawet jeśli grozi to „ofiarnym stosem”. Tylko że, rzadko kto decyduje się rozniecić wielki pożar, wskoczyć w ogień – spalić się tak, jak palili się np. poeci przeklęci. To właśnie ta tęsknota za ogniem tworzy kult poety wyklętego – podziw dla kogoś, kto (dzięki swojej sile, a może nawet słabości) poszedł w ogień „na całego”, bez rezerwy, totalnie się zatracając w swoim przeklętym losie. Podziw dla kogoś, kto robi coś, na co nie stać większości „zwykłych” ludzi – czy to ze słabości, czy to z rozsądku, czy to ze strachu, a może wskutek działania jakiegoś samozachowawczego instynktu… Zawsze jest coś za coś.
Zresztą, nie każda iskra musi wzniecać pożar, który jest destrukcją. Wystarczą te iskry, które właśnie pozwalają nam smakować, czy też celebrować samo życie. Ta domieszka szaleństwa, bez której życie jest nudne, blade i banalne.

*   *   *

.

Inne odcinki cyklu przeczytać można  TUTAJ

.