„PARASITE”, albo o potrawach naszych czasów

.

„Parasite” – klasowy resentyment bawi i przestrasza wszystkich… a może też tumani?

.

Jestem w zdecydowanej mniejszości, bo nie uważam „Pasożyta” za najlepszy film roku (jak by wynikało z deszczu nagród przeróżnych oraz morza zachwytów – zarówno krytyki, jak i publiki), ani tym bardziej za dzieło wybitne. Sądzę natomiast, że jest to dobrze zmontowany film (choć im bliżej końca, tym jego konstrukcja trochę się sypie), z nieźle napisanym scenariuszem, i rzeczywiście znakomicie wyprodukowany. Widać, że „Pasożyt” został zrobiony przez bardzo zdolnego reżysera (Bong Joon-ho), ale uznanie go za wiekopomne arcydzieło kina byłoby według mnie przesadą.
Wydaje mi się, że na moje rozczarowanie „Pasożytem” wpłynęła jednak cała ta medialna pompa, jaka rozpoczęła się od przyznania mu Złotej Palmy w Cannes (później podkręciła to cała masa innych nagród i wyróżnień – łącznie ze Złotym Globem oraz sześcioma nominacjami do Oscara) i skonfrontowanie tego hype’u z moim odbiorem filmu, po którym spodziewałem się tak wiele dobrego.
Nie kupuję tego, że jest to film głęboko wchodzący w problematykę społeczną obecnego, coraz większego rozwarstwiania się klas społecznych (z uzasadnienia Jury w Cannes: „It’s so global but in such a local film”), ani tego, że stanowi on asumpt do jakieś głębszej analizy psychologicznej, o filozoficznej nie wspominając. Jeżeli już, to jest to wszystko raczej na poziomie gimbazy, a gdybym chciał być bardziej złośliwy, to napisałbym, że jest to taka „class struggle for dummies”, wpędzająca na dodatek w niejaką konfuzję.

Co mi przeszkadzało w tym filmie?
Nie rozpisując się zbytnio, chciałbym wymienić kilka moich wrażeń i zastrzeżeń.

– Cała intryga wydała mi się tak mocno naciągana (by nie napisać : niedorzeczna), że nawet (deklarowana przez Bonga Joon-ho) satyryczno-metaforyczna formuła nie mogła tego rozgrzeszyć i uwiarygodnić. W sumie wyszła z tego taka lunatyczna baja, podlana krwistym, horrorowym sosem, z wyraźną inklinacją do miażdżenia, kłucia i kiereszowania ciał. (Nic dziwnego, że Bonga pod niebiosa wynosi traktujący przemoc jak zabawkę Tarantino; ale że dał się w to wciągnąć Iñárritu… to mnie jednak trochę zaskakuje.)

– Dziwna przewrotność w postawach i charakterystyce bohaterów: ci, którzy mieli być mądrzejsi, bardziej inteligentni i wykształceni (upper class), zachowywali się jak naiwniacy i idioci; natomiast ci, wyraźnie kreowani na pasożytów z aluzjami do karaluchów (lower class), wykazywali się niezwykłą inteligencją, sprytem, przebiegłością i genialnymi wręcz zdolnościami. No i oczywiście byli przy tym oszustami i zawistnikami, a z czasem okazali się nawet (spoiler!) mordercami.
Czy to ma być wykładnia charakteru niższych klas? Nawet jeśli przyjmiemy, że jest to satyra, to bardziej świadczy to o mizantropii scenarzysty/reżysera, niż o konkretnych realiach społecznych czy jakiejś głębszej psychologii.
W sumie perfidia i mydłkowatość tych naciągaczy i macherów przeszkadzały mi w kibicowaniu ich intrydze, o braku wobec nich sympatii nie wspominając.

– Ten film jednak ludzi dehumanizuje – i być może to jest główną przyczyna mojej wobec niego rezerwy.

– To prawda, że reżyser zgrabnie żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając nagle ton i nastroje, ale zbyt często – przynajmniej jeśli chodzi o mój odbiór filmu – to nie działało: bo straszność znosiła śmieszność i vice versa: śmieszność rugowała straszność. To właśnie dlatego film ani za bardzo mnie nie śmieszył, ani też zbytnio mnie nie straszył. Zamiast tego stawał się w moich oczach coraz bardziej dziwaczny – i tak już było do samego końca, kiedy po finałowej krwawej jatce, na ekrany wylewa się… sentymentalizm.

– „Pasożyt” wpisuje się w postmodernistyczny model poszatkowanego świata, w którym trudno jest odróżnić dobro od zła, prawdę od fałszu – gdzie estetyka zastępuje etykę, forma staje się ważniejsza od treści i do jednego wora wsypuje się wszelkie możliwe konwencje. No i mamy bigos – potrawę naszych czasów, którą karmi się mózgi konsumentów współczesnej kultury (antykultury?)

To, że film mnie nie zachwycił, uznaję za swoją stratę. Ci, którzy się na nim bawili – wygrali. Mam nadzieję, że to co napisałem o „Pasożycie” nie zniechęci nikogo do jego obejrzenia, bo szansa, że film się spodoba, jest spora. Tak się stało, że do mnie – do mojego wnętrza (od dawna hołduję tezie, że każdy film odbieramy przede wszystkim trzewiami, a dopiero później uzasadniamy to racjonalnie) jakoś ten „Pasożyt” nie trafił (i bynajmniej nie stało się tak przez jego tytuł – którego przestraszył się chyba polski dystrybutor, bo jak widzę w kraju film pokazuje się pod angielskim tytułem „Parasite”).
Zachwyt „Pasożytem” pozostawiam innym.

*  *  *

ŚWIAT W OBRAZACH

.

Wspomnienia, książki, fotografia, podróże…

.

 

Więcej o książkach, fotografii, podróżach można przeczytać TUTAJ.

.

„SOLID GOLD”, „KURIER”, „PIŁSUDSKI” – o filmach 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Trzy filmy nawiązujące do sprawy polskiej, w tym dwa widowiska historyczne. „Solid Gold” to współczesność – prowokuje pytania o mafijny i korupcyjny charakter związków biznesu z polityką; „Kurier” to powrót do patriotycznego heroizmu polskiego czasów II wojny światowej; „Piłsudski” cofa się do początków XX wieku, ukazując ikonę polskiej walki o niepodległość, ale odbrązowioną i odmitologizowaną. A wszystko to w kinie przekłada się na dobre i na złe. Dokładnie tak samo jak w życiu.

.

Zaklęte rewiry III RP (Andrzej Seweryn, Krzysztof Stroiński i Olgierd Łukaszewicz w filmie „Solid Gold”)

.

„SOLID GOLD”

       O filmie „Solid Gold” było głośno zanim jeszcze trafił na ekrany kin. Przyczyniła się też do tego pamiętna awantura na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni, gdzie tytuł ten z przeglądu w najpierw wycofano, później pokazano – a wszystko z powodów politycznych i zatargu Jacka Bromskiego z producentami „Solid Gold”, którzy stwierdzili, że reżyser ich oszukał, bo bez ich wiedzy przemontował film, który im wcześniej pokazał, i którą to wersję oni zaakceptowali. Z kolei Bromski i inni utrzymywali, że to jest cenzura a twórcy filmu mają prawo go zmontować według swojego uznania.
Nie dociekając tego, kto miał rację (ja sceptycznie podchodzę do wyjaśnień i zarzutów obu stron), zwraca w tym wszystkim uwagę obłędne upolitycznianie w naszym kraju wszystkiego co się rusza, psucie sobie nawzajem krwi i to z byle jakiego powodu.
A film „Solid Gold” – bardzo luźno oparty na aferze Amber Gold – jest po prostu filmem sensacyjnym, który wprawdzie nawiązuje do korupcji, jaka istnieje w każdym środowisku biznesmenów i polityków (zwłaszcza na styku świata polityki i biznesu), ale robi to w ramach kina gatunkowego, nie odwołując się konkretnie do żadnego układu politycznego, będąc po prostu fikcją. Tak więc „Solid Gold” jest przede wszystkim produktem z kategorii „popularne kino rozrywkowe”, a nie jakimś dziełem demaskatorskim, czy tym bardziej polityczną manifestacją.
Tak mi wpadło teraz do głowy, że gdyby w Stanach Zjednoczonych politycy reagowali równie gwałtownie i urazowo na każdy film, nawiązujący do ich osób i działań, to już dawno doszłoby do jawnej wojny – i to nie tylko w Hollywood – a powołana do zwalczania takiej niepoprawności czy wręcz bezczelności twórców cenzura, miałaby pełne ręce roboty.
Muszę przyznać, że mi się ostatni film Jacka Bromskiego podobał bardziej , niż jego wcześniejsze tytuły (takie np. jak „Anatomia zła” czy „Uwikłanie”). Jest to twórca będący bardzo sprawnym reżyserem, „czującym” ekran, a jeśli coś mu w przeszłości nie wychodziło, to była to zwykle wina scenariusza, a nie reżyserii. Tym razem napisał moim zdaniem bardzo dobry scenariusz, z niezłymi dialogami, dzięki czemu aktorzy takiej klasy, jak Andrzej Seweryn, Olgierd Łukaszewicz czy Janusz Gajos mieli co grać i – co tu kryć – wypadli świetnie. Choćby dla nich warto się wybrać do kina. Ale też sama historia – dzięki sposobowi, w jaki opowiada ją film – jest zajmująca. Wszystkie postacie rozpisane są ciekawie – łącznie z policjantką Kają (w tej roli zaskakująco naturalna Marta Nieradkiewicz) czy policjantem „Smokiem” (szorstki, nieogolony i ziemisto-poszarzały Marcin Czarnik). A tu jeszcze Danuta Stenka, Andrzej Konopka, Krzysztof Stroiński, Sławomir Orzechowski, Mateusz Kościukiewicz i inni.
Końcówka filmu pozostawia trochę do życzenia, ale ogólnie  „Solid Gold” jest solidnym widowiskiem, które potrafi wciągnąć widza w swoje rewiry.

7/10greydot.

Za Polskę – z honorem i narażeniem życia (Philippe Tłokiński w „Kurierze”)

.

„KURIER”

       Jako kino gatunkowe „Kurier” sprawdza się całkiem nieźle. Władysław Pasikowski jest dobrym rzemieślnikiem kina, więc nakręcił film w miarę poprawnie, choć można wyczuć, że jest to robota mu zlecona, a nie wydarta z trzewi (czy też zrodzona z wewnętrznej potrzeby nakarmienia własnych demonów) jak to często ma miejsce w przypadku kina autorskiego, choćby u Wojtka Smarzowskiego. Jak na dysponowanie budżetem, z którym widowiskowo zaszaleć raczej nie sposób, film prezentuje się na ekranie wcale nieubogo – ładne obrazki i kompetentna scenografia są jego sporą zaletą. Mimo dość przedziwnego scenariusza (z nieco szkolnymi dialogami), akcja posuwa się naprzód w tempie, które nie tylko nie usypia widza, ale zdolne jest zająć jego uwagę. Choć też zbytnio do wysiłku umysłowego nie zmusza, bowiem wymowa i charakter filmu balansuje na granicy patriotycznej agitki i komiksu dla młodego widza. Który, nota bene, po obejrzeniu „Kuriera”, nadal niewiele będzie wiedział o prawdziwej postaci Jana Nowaka-Jeziorańskiego, na biografii którego (a właściwie na jednym z jej epizodów) oparto fabułę filmu.
Aktorzy dobrze sobie radzą – ale przecież po to są profesjonalistami. Z przyjemnością zobaczyłem na ekranie kilka nowych twarzy, choć skecz z weteranem Pasikowskiego Cezarym Pazurą też dostarczył mi frajdy.
Pewną kuriozalnością scenariusza było to, że przez cały film jego akcja opierała się na determinacji kuriera Nowaka, aby się przedostać z Londynu do okupowanej przez Niemców Warszawy i wręczyć dowództwu AK depeszę Naczelnego Wodza mówiącą o tym, by nie dopuścić do wybuchu powstania, gdyż alianci im nie pomogą i nie będzie to miało żadnego wpływu na położenie Polski (którą i tak postanowiono sprzedać Stalinowi). Tak więc powstanie pochłonie życie tysięcy ludzi, których ofiara i śmierć będą bezcelowe i pójdą na marne, nie przynosząc żadnego pożytku. Nowak ryzykując życiem dokonuje cudów, by przekazać tę wiadomość Warszawie. Cały czas mamy pewność, że i on sam jest przekonany o słuszności tej przestrogi (stąd jego determinacja), a tu nagle, po dostarczeniu depeszy generałowi Borowi, oświadcza władzom podziemnej Warszawy, że on jak najbardziej jest za wybuchem powstania, bo nie ma nic piękniejszego jak zginąć za Ojczyznę (oczywiście jego kwestia dialogowa trwała dłużej, ale była równie schematyczna, patetyczna i frazesowa).
Tak więc nie ma co spodziewać się po filmie tego, że przybliży nam sylwetkę Jana Nowaka-Jeziorańskiego, albo że ukaże nam złożoność ówczesnej sytuacji politycznej i niesłychanie trudne położenie Polaków, którzy walcząc o wolność, pozbywają się jednego wroga z Zachodu, by zaraz uzależnić się od swoich „wyzwolicieli” ze Wschodu. Film nie podejmuje też kwestii związanych z tragizmem decyzji o wybuchu powstania, zadowalając się opcją hurra-patriotyczną. Niestety, wszystko jest zbyt schematyczne, uproszczone, powierzchowne i płytkie. Nasi bohaterowie – i samo powstanie – nadal czekają na godne ich wielkości kino.

6/10greydot.

Bez spiżu, patosu i przyziemnie… ale za to bliżej życia i prawdziwiej (Borys Szyc w „Piłsudskim”)

.

„PIŁSUDSKI”

       Bardzo cenię niektóre rzeczy, które do tej pory zrobił Michał Rosa. Podobał mi się jego ostatni film „Szczęście świata” – bardzo klimatyczny, na pograniczu realności i magii; ciepły, może nawet dotknięty nostalgią? W każdym razie zdradzający to, że Rosa wie, jaki efekt – zarówno jeśli chodzi o klimat, jak i wizualność – chce uzyskać na ekranie. Innymi słowy, jest to twórca, który panuje nad filmową materią, urabiając ją po swojemu, dzięki temu jego utwory mają… no cóż… dość mocny charakter.
Jego najnowszy film „Piłsudski” mnie zaskoczył, i to z kilku powodów.
Po pierwsze: jego ton jest zupełnie inny, niż „Szczęście świata” – bardziej „przyziemny”, po męsku chropawy i solidny, nie miękki i kolorowy, ale raczej twardy i szary. Wydaje się jakby był bliżej krwistego i kościstego życia.
Po drugie: znakomita kreacja Borysa Szyca, który doskonale się w ten charakter filmu wpisuje, ukazując bohatera – polską legendę i historyczna ikonę – jako… surprise, surprise!… człowieka. Nie ze spiżu ani z brązu, tylko właśnie z krwi i kości – zdeterminowanego, choć narwanego; otwartego na innych ludzi, choć despotycznego. Patriotę i socjalistę z jednej strony – rewizjonistę i bezwzględnego, stosującego terror zamachowca – z drugiej. No i oprócz tego idealistę, który jednocześnie zdradza swoją żonę (w czym być może przejawiał się też jego pragmatyzm).
Po trzecie: okazało się, że film pt. „Piłsudski” jest o… surprise, surprise again… Piłsudskim. Innymi słowy: bardziej skupia się na osobie i charakterze Józefa Piłsudskiego, niż na historycznych przemianach, które doprowadziły do uzyskania przez Polskę niepodległości. Wydaje się, że Rosę bardziej interesowały przemiany we wnętrzu „Ziuka”, niż jego droga do zdobycia władzy i stania się najważniejszą postacią Polski międzywojennej. A w to wszystko graj Szycowi. Choć nie tym, którzy spodziewali się bardziej sprecyzowanej faktograficznie narracji, a nie tak szybkiego galopowania filmu po historycznych łebkach. Mnie to jednak za bardzo nie przeszkadzało.
Mniej więcej w tym samym czasie obejrzałem „Legiony” Dariusza Gajewskiego które również nawiązywały do postaci Piłsudskiego (a konkretnie do formowania przez niego wojska polskiego) i do tego samego okresu historycznego. I muszę powiedzieć, że ta konfrontacja zdecydowanie wypada na korzyść filmu Rosy, bo obraz Gajewskiego w wielu miejscach był – co tu kryć! – żenujący. Ale tak to jest jak się robi utwory na patriotyczne zamówienie – nawet największy budżet nie jest w stanie filmu uratować, jeżeli ma on kiepski scenariusz, kulejącą reżyserię – męczy nas drętwym romansem, infantylnym podejściem do historii – oraz wypełniony jest po brzegi patosem.
„Piłsudski” Michała Rosy był tego wszystkiego zaprzeczeniem i właśnie dlatego wydał mi się – w tej swojej niepatetycznej i odmitologizowanej przyziemności – o niebo prawdziwszy.

7.5/10greydot.

Recenzje innych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu: „BOŻE CIAŁO”, „SŁODKI KONIEC DNIA”

.

„BOŻE CIAŁO”, albo o tym czy można mieć diabła za skórą i anioła w sercu

W repertuarze 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago znalazł się również najnowszy film Jana Komasy „Boże Ciało”, ciesząc się największym zainteresowaniem chicagowskiej publiczności.  Mówi się, że jest to najlepszy polski film roku – i jest to opinia zarówno widzów, jak i krytyków. Grający główną rolę Bartosz Bielenia uznany został za objawienie. Wspomina się też o szansach tego filmu na Oscara. Jakie było moje z nim spotkanie?

.

I te oczy – oczy, w których widać same skrajności: obłęd i siłę, strach i determinację, wściekłość i tkliwość, ekstazę i rozpacz, anioła i szatana… (Bartosz Bielenia w filmie „Boże Ciało”)

.

       Tyle już dobrych rzeczy napisano o filmie Jana Komasy „Boże Ciało”, że jeśli zacząłbym pisać o jego zaletach, to pewnie powieliłbym (choć raczej nieświadomie) większość z tych superlatyw i opinii, które dość często były wręcz entuzjastyczne. Fenomen tego filmu polega już choćby na tym, że równie pozytywnie wyrażają się o nim obie strony polskiego podziału i sporu – zarówno środowiska liberalno-lewicowe, jak i konserwatywno-narodowe – zarówno ci, którzy Kościół krytykują, jak i ci, którzy go bronią.
Wydaje mi się, że jedną z przyczyn było to, że Komasa nie podszedł do tego filmu z pozycji anty-klerykalnych i anty-kościelnych (czyli tak, jak to zrobił np. Smarzowski w „Klerze”), ale przede wszystkim z pozycji humanitarnych, które w swojej istocie pokrywają się z duchem Chrześcijaństwa – w tym jego pierwotnym znaczeniu. Chodzi głównie o przebaczenie i wzajemne pojednanie, o miłosierdzie i łaskę, o spojenie ludzkiej wspólnoty miłością (czy choćby tylko o wyzbycie się nienawiści), o wstawienie się za wykluczonymi i pokrzywdzonymi… Takie wydają się być postulaty, wymowa i przesłanie „Bożego Ciała”.
Szczególną właściwością tego filmu jest to, że w wielu widzach wyzwala on ogromne emocje, a to możliwe jest tylko wtedy, kiedy porusza się w człowieku wrażliwą strunę, wnikając głęboko do jego wnętrza – docierając do czegoś bardzo dla niego istotnego.
Czym jest to „coś”?
Może po prostu potrzebą miłości? Potrzebą prawdy – bardziej ludzkiej niż tej „boskiej”? Potrzebą szczerości, zrzucenia ciężaru i winy – pragnieniem łaski, oczyszczenia i ekspiacji? Otwarcia się i wyzwolenia?

       To jest film paradoksalny, bo mimo że dość przewrotnie traktuje dobro i zło („złoczyńca”, który czyni dobro; ktoś, kto udaje, okazuje się być najbardziej szczerym człowiekiem; „fałszywy” ksiądz, który mówi prawdę i postępuje bardziej po chrześcijańsku, niż niejeden ksiądz „prawdziwy” …etc.) to jednak wyzwala w nas dobroć.
„Boże Ciało” można było łatwo „położyć” – jest w tym filmie kilka takich momentów, kiedy mógł się on „wysypać”. Tym bardziej, że Komasa zaryzykował i obsadził w kluczowych rolach aktorów, których wybór nie był wcale taki oczywisty, bo kojarzeni byli oni do tej pory z innym emploi. Zadziałała więc intuicja. Jak zdradził na spotkaniu z publicznością sam reżyser, Bartosz Bielenia w czasie castingu nie wypadł za dobrze w obu próbach, (poza tym miał długie włosy, więc choćby dlatego trudno go było sobie wyobrazić w roli księdza) ale Komasa od razu wiedział, że to on musi zagrać w „Bożym Ciele”. I trafił w dziesiątkę, bo Bielenia to ogromny atut tego filmu – to, że tak mocno wszystko przeżywamy – i wydaje się nam to prawdziwe – jest głównie jego zasługą. Odnosiłem wrażenie, że momentami wpada on w pewien rodzaj transu, przepoczwarzając się i wnikając w coś, co dotyka sedna – a to jest możliwe tylko wtedy, kiedy się ma charyzmę. I takie oczy jak on – oczy, w których widać same skrajności: obłęd i siłę, strach i determinację, wściekłość i tkliwość, ekstazę i rozpacz, anioła i szatana…
(Nota na marginesie: Miałem tę przyjemność być z Janem Komasą w momencie, kiedy dowiedział się o tym, że Bartosz Bielenia został uznany za najlepszego aktora na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Dokładnie takie samo wyróżnienie spotkało go na festiwalu w Sztokholmie. Moje spotkanie z reżyserem zaowocowało wywiadem, który można przeczytać TUTAJ.)

       Czy film do końca ustrzega się stereotypów? Wydawać by się mogło, że w takim przewrotnym, świeżym i oryginalnym obrazie na żadne stereotypy nie powinno być już miejsca. A jednak…
Z tego co wiem, twórcom „Bożego Ciała” zależało na tym, aby w każdej postaci jaka pojawia się na ekranie ukazać człowieka, innymi słowy: dotrzeć do jej człowieczeństwa. Ale mnie raziło nieco to, że ludzie z tej wioski/miasteczka (nie mówię o osobach, którym dano „głos”) są trochę takimi postaciami z kartonu: np. stoją przed zdjęciami ofiar wypadku niczym zombies. Ich niemota i klepanie pacierzy to jakiś rodzaj tępej dewocji i biernej histerii, która zamienia się w czynną, kiedy pod przewodem Daniela wszyscy zaczynają krzyczeć a jeden z nieogolonych i marnie ubranych facetów wydziera się, po wielokroć wyrzucając z siebie słowo „kurwa!”. No nie wiem, czy to jest bardzo realistycznie ukazanie przedstawicieli polskiej prowincji. Ale też wiem, że nie było w tym żadnej złośliwości, a właśnie chyba stereotyp. Co ciekawe, Małgorzata Szumowska, która nota bene nagrywała swoją „Twarz” w tej samej miejscowości, co Komasa „Boże Ciało” (podkarpackie Jaśliska), mimo że jej obraz mieszkańców wsi był zdecydowanie bardziej negatywny, to jednak pokazała ich bardziej kompleksowo i pełnie. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.

       I czy aby na pewno obaj prawdziwi księża ukazani w filmie są ok? (jak powiedziała jedna z moich znajomych) Ten, grany przez Simlata, rzeczywiście jest ok, ale czy proboszcz, który jest alkoholikiem, nie panuje nad swoją parafią, ucieka na „urlop”, nie powiadamiając swoich zwierzchników i przyjmując na zastępstwo chłopaka podającego się za księdza, rzeczywiście jest ok?
Czy można wszak utożsamiać to z krytyką Kościoła i księży? Oczywiście, że nie, ale pewne głosy, jakie tu i ówdzie słyszałem (jeden z przykładów podał nawet sam Komasa) mówiły, że jest to jednak przedstawianie Kościoła w złym świetle. (Swoją drogą ja się żadnej uzasadnionej krytyce Kościoła nie dziwię. Nie zamierzam też kwestionować tego, jakimi postaciami obsadzili film scenarzysta i reżyser).
Być może za dużo napisałem o moich zastrzeżeniach, ale to tylko mała łyżka dziegciu w beczce, która pełna jest dobroci.

       Na koniec może jeszcze wspomnę o czymś, co jest jednak dla filmu istotne. „Boże Ciało” wbrew pozorom nie jest filmem religijnym. Nie wydaje mi się, żeby grany przez Bielenia Daniel mógł być prawdziwym księdzem z powołania. Siła i dobroć tego chłopaka bierze się z jego wrażliwego wnętrza i charakteru, a nie z głębokich religijnych przeżyć. Dla niego kapłaństwo i „wiara” jest bardziej ucieczką przed własnym statusem pariasa – oraz poszukiwaniem osobistej godności – niż czymś, co płynie dla niego z metafizycznego źródła. Ale czy można się temu dziwić, skoro – jak podkreślał niejednokrotnie Jan Komasa – scenariusz napisał ateista?
Oby jednak więcej było takich filmów.

*   *   *

7.5/10

CZY EUROPA PSUJE SIĘ OD GŁOWY? – o filmie „Słodki koniec dnia”

.

Kiedy się zabierałem do napisania noty o tym filmie, to myślałem, że zajmie mi ona jakieś pół strony. Ale kiedy skończyłem, okazało się, że tych zapisanych stron jest cztery. Nakręcony we Włoszech, ale zdecydowanie polski obraz ze scenariuszem napisanym specjalnie dla Krystyny Jandy, sprowokował mnie do bardziej intensywnego myślenia, niż się spodziewałem, co jednak nie przełożyło się na moją dobrą o nim opinię. „Słodki koniec dnia” prowokuje, mówi o schyłku i dekadencji, ale chyba niechcący obnaża zepsucie tam, gdzie tego zepsucia sam nie dostrzega.

.

Jaki jest stan europejskich elit? (Krystyna Janda w filmie „Słodki koniec dnia”)

.

       Pamiętam jak urzekł mnie pierwszy film Jacka Borcucha, który widziałem. Nosił on tytuł „Wszystko co kocham” i był dość nostalgicznym, ale jednocześnie spontanicznym powrotem reżysera do czasów swojej młodości – nieco żywiołowym i rozwichrzonym, ale przy tym autentycznym i szczerym. Gorzej było niestety z następnym jego filmem „Nieulotne”, w którym młodzi ludzie usiłowali wejść w świat dorosłości, ale za bardzo nie wiedzieli, czego chcą (tam szukać) – wprawiając również w konsternację nas, widzów.

Ciekaw więc byłem najnowszego obrazu Borcucha „Słodki koniec dnia”, tym bardziej, że zagrała w nim dawno już nie widziana na kinowych ekranach Krystyna Janda (moje zaciekawienie z tego powodu jeszcze bardziej wzrosło, kiedy na ostatnim Festiwalu Filmowym Sundance za wystąpienie w tym filmie otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki); a tu jeszcze w obsadzie gwiazda (bardziej kina włoskiego niż polskiego) Kasia Smutniak; a tu scenariusz pisany m.in. przez Szczepana Twardocha, uznanego w Polsce za pisarza dobrego, choć kontrowersyjnego („Morfina”); a tu muzyka Blooma i Możdżera… No i jeszcze ta Toskania.

mgła

Początek „Słodkiego końca dnia” był zachęcający. Zamiast pocztówkowych, nieskazitelnie pięknych toskańskich pejzaży, którymi zazwyczaj napawają się operatorzy filmów z akcją osadzoną w tej idyllicznej krainie oliwek, cyprysów i wina, (którą, nawiasem mówiąc ja sam uwielbiam) patrzyliśmy na kadry Michała Dymka, który z włoskiego krajobrazu wydobył mglistą szarość, niekiedy wręcz mroczność – nawet w czasie dnia nie widzieliśmy jaskrawych kolorów, bo obraz zdominowały barwy zimne i stonowane, pozbawione nasycenia. Światło słoneczne, jeśli było, to było wyblakłe i przefiltrowane; zieleń i żółć – pieszcząca zazwyczaj w Toskanii nasze oczy – tutaj była brudna, poszarzała… I akurat w tym momencie to wszystko mi odpowiadało, gdyż mogło się przełożyć na równie intrygującą i niebanalną filmową historię o europejskiej dekadencji. Bo cóż po pięknie w czasie nerwowym?
Bardziej oswajały niż raziły aż nadto oczywiste odniesienia do znajomych scen z innych filmów. Docierały do nas znaki i symbole, które – miałem taką nadzieję – staną się bardziej czytelne i uzasadnione później. Do ludzi obecnych na ekranie, przybliżały nas ich gesty, zachowanie, słowa… Krystyna Janda we wszystkich scenach zwracała na siebie największą uwagę… Wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku, ale w pewnym momencie „Słodkiego końca dnia” zaczęło mi coś w nim zgrzytać.

bomba

Bomba wybuchła gdzieś tak w połowie filmu, zaraz po niej nastąpiła nie mniej wybuchowa przemowa głównej bohaterki, granej przez Jandę Marii Linde, pochodzącej z Polski laureatki Nobla, która odrzucając tę obmierzłą nagrodę, będącą dla niej symbolem psującej się (od głowy?) Europy, stwierdziła ponadto, że atak terrorystyczny, jakiego właśnie dokonano w Rzymie (i który pochłonął wiele ofiar śmiertelnych) jest niczym innym, jak… dziełem sztuki. A śmierć tych ludzi była dla nich… darem, jaki otrzymali oni od tych, którzy ich zabili.
Od tego momentu czekałem, jak to wszystko dalej się rozwinie – jak wytłumaczy ona tę histeryczno-niedorzeczną tyradę, jakie poda argumenty; wreszcie: co ona tak naprawdę sobą reprezentuje, jaka była jej twórczość, na czym polegało jej oddziaływanie na ludzi, na czym jej zależy, co ją w Europie boli… ? A może zamkną ją – jak Ezrę Pounda  w klatce (którą właśnie wybudowano na rynku jej miasta) – w psychiatryku?
Lecz na próżno – film spuścił z tonu i dalej „poleciał” już tylko bliżej nieokreśloną mamałygą, w której grana przez Jandę „poetka” (jakże trudno byłoby wyobrazić sobie jej „poezję”) zachowywała się coraz bardziej niezrozumiale, irytująco i antypatycznie.
Niestety, im więcej o tym filmie myślę (a daje on jednak do myślenia) tym mniej mi się on podoba. (Ale bardziej ze względu na treść, niż na formę).
Jedną z kluczowych kwestii, jaką podejmuje „Słodki koniec dnia” jest problem, jaki ma obecnie Europa z imigrantami (to polityka). Drugą jest wolność artysty do (najbardziej nawet skrajnych i kontrowersyjnych) wypowiedzi (to psychologia i etyka). Film, chcąc nie chcąc, pyta się też o kondycję europejskiej kultury i jej elit.
I tutaj budzą się we mnie spore zastrzeżenia… właśnie wobec tych europejskich elit, których przedstawicielką jest także Maria Linde.

ciacho

Po pierwsze: jej romans z (młodszym od niej o jakieś 30 lat) wielce urodziwym Egipcjaninem, sporo mówi nie tylko o hedonistycznych skłonnościach (te według mnie nie są tutaj tak istotne, podobnie jak to, że na „intelektualnych” spotkaniach z nią pali się „skręty”, alkohol leje się strumieniami, a ona sama „ćpa” na jakichś podejrzanych bibach), co o jej stosunku, zarówno do własnej rodziny (mąż, córka z dziećmi), jak i do imigrantów.
Ten jej flirt (nawiasem mówiąc w grze Jandy nie ma żadnej zmysłowości, dlatego afera ta wypada dość sztywno, sucho i pozbawiona jest jakiejkolwiek namiętności) nie ma jednak żądnej głębi – podobnie jak nie ma większej głębi w tym, jak Maria pojmuje kulturę imigrantów (to, że nie wie ona nawet tego w jaki sposób trzymać książkę arabskiego myśliciela, którą dostała w prezencie od swojego kochanka, jest tutaj symptomatyczne). Dla niej ten chłopak jest tylko takim „ciachem”, po które sięga znudzona, starzejąca się kobieta, łudząca się, że młodość jej kochanka ją samą odmłodzi, pozwalając jej zrzucić więdnące ciało niczym kolejną sukienkę (tak przynajmniej można wywnioskować z tego, co widzimy na ekranie). Po drodze, oczywiście, Noblistka rani swoich najbliższych (nawet jej własna córka mówi o niej, że jest „popierdolona”), powoduje to, że wszyscy się od niej odwracają (i akurat jej najbliżsi robią to nie dlatego, że palnęła jakąś kosmiczną bzdurę, która poszła w świat i de facto ją skompromitowała).

fochy

Dla mnie najgorsze w tym filmie jest to, że Borcuch i Twardoch właśnie z takiego materiału wyciągają postulat o wolności artysty i jego prawa do ekspresji samego siebie. No ja przepraszam! W takim razie co z konsekwencjami jakie to za sobą pociąga? Co z odpowiedzialnością za słowa, za swoje czyny? Co z etyką (którą tak przecież napełniają sobie usta obrońcy imigrantów)? A tu sama Noblistka mówi wprost, że jest niemoralna („I am immoral”) i że nie podziela systemu wartości, który może jest dobry dla ogółu, ale nie dla niej. (Nota bene, mówienie w tym kontekście o „autorytecie moralnym” może wyglądać na jawną kpinę).
Jest jeszcze jeden szkopuł. Film nie daje nam żadnych przesłanek, byśmy uwierzyli w to, że Maria Linde rzeczywiście jest poetką – i do tego wybitną, zasługująca na najwyższą nagrodę w literackim świecie. Nie mamy pojęcia, jaka jest jej twórczość, czego dotyczy. Żeby choć żachnięto się o tym w filmie! A tu nic! Zamiast tego widzimy strzelającą fochy seniorkę, której bunt – oprócz niezrozumiałej dla nikogo przemowy – ujawnia się w piratowaniu swoim nowym Porsche, niezatrzymywaniu się do kontroli drogowej, uczeniu swojej wnuczki przeklinania (dzięki temu dla niej Sinatra okazuje się „wykurwisty”) tudzież w pisaniu listu do męża (z którym – jak na razie – mieszka pod jednym dachem) z prośbą, żeby zamiast w pantoflach, chodził po domu w butach. Czy to wszystko nie jest infantylne, zwłaszcza jak na zachowanie intelektualistki, której słucha świat?
Właśnie! Sama Maria Linde mówi, że to ją wykreowali inni (intelektualiści, literaci, krytycy…) i że ona nie ma z tym nic wspólnego. To nie jest jej wina, że zrobiono z niej autorytet.

bańka

Nie wiem, czy celowo, ale tutaj twórcy filmu zdradzili jeszcze jeden problem współczesnych elit – używania i ulegania mechanizmowi, w którym lansuje się, gloryfikuje, mitologizuje i nadyma bańkę sławy wokół kogoś, kogo twórczość jest problematyczna, a jej wartość pozostawia czasem wiele do życzenia.
Poza tym, tyrada Marii Linde zwróciła się też przeciw Nagrodzie Nobla. Bo czy warto padać na kolana przez werdyktem jakiejś spółki, skompromitowanej skandalem i bynajmniej nie kierującej się wartością literacką a swoim ideologiczno-politycznym widzimisię czy jakąś koterią?
Podsumowując wszystko, co do tej pory napisałem: czy nie jest to aby diagnoza stanu (choroby?) sporej części elit współczesnej Europy?

*  *  *

5.5/10

STĄPAĆ PO CIENKIEJ LINII – rozmowa z reżyserem „Bożego Ciała” JANEM KOMASĄ

.

W programie tegorocznego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce znalazł się film „Boże Ciało”. Żaden inny film tego przeglądu nie spotkał się z tak wielkim zainteresowaniem publiczności – bilety zostały wyprzedane na wszystkie jego seanse. „Boże Ciało” udało mi się jednak obejrzeć na odbywającym się kilka tygodni wcześniej Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Po projekcji miałem tę przyjemność przeprowadzić długą i niezwykle interesującą rozmowę z jego reżyserem, Janem Komasą.

.

Jan Komasa (fot. Anna Błaszczyna)

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Dobrze pamiętam film „Sala samobójców”, który był Twoim pełnometrażowym debiutem. Bardzo mi się spodobał, był niezwykle ciekawy w formie i treści. Uderzyło mnie to, że był dziełem tak dojrzałym, mimo że został wyreżyserowany przez młodego człowieka, debiutanta, o którym zresztą niewiele wiedziałem. Później było „Miasto 44”, kolejny obraz zwracający na siebie uwagę. No a teraz „Boże Ciało”, znakomicie przyjmowane zarówno przez widzów, jak i krytykę (nagroda dla najlepszego reżysera oraz nagroda publiczności na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni). Wygląda na to, że możesz się już czuć twórcą spełnionym.
Jak to się stało, że postanowiłeś być reżyserem? Co o tym zadecydowało?

JAN KOMASA: Było wiele takich czynników. Ja od początku życia lubiłem wymyślać historie, różne niestworzone rzeczy… I patrzyłem jaki to wywiera wpływ na słuchaczy. Fascynowało mnie np. to, jak mogę straszyć rodzeństwo, kuzynów, rówieśników. Później mi to przeszło w takie różne zabawy z rzeczywistością, do tego stopnia przekonywujące, że te moje powieści stawały się między nami, dziećmi, pewnego rodzaju legendą, która rzeczywiście żyła.
To jest taka chęć, uwielbienie dla fikcjonalizacji wszystkiego, co jest dookoła – i patrzenie jaki to wywiera wpływ na innych. Czyli jestem takim opowiadaczem.
Bardzo dużo czytałem – i nadal to robię – również z moimi dziećmi. Po drodze były graffiti, rysowałem dużo komiksów, uwielbiałem oglądać filmy na VHS-ie, pisałem opowiadania, grałem na pianinie, próbowałem swoich sił w hip-hopie, … no i to tak ewoluowało. Myślałem o studiowaniu muzyki, filozofii, psychologii… Ale kiedy zostałem tatą – w wieku 19 lat – musiałem się zdecydować, no i postanowiłem być reżyserem.
A dlaczego reżyserem?
Mój tata, który sam jest aktorem i pedagogiem, zawsze mówił, że będę reżyserem – ponieważ reżyseria skupia te wszystkie rzeczy.
W reżyserii trzeba umieć pięknie kłamać. Ja to chyba umiem. Czy pięknie? O to się staram. Chodzi o to, żeby to było sugestywne i to „kłamstwo” zamieniało się – w jakiś dziwny sposób – w prawdę. W prawdę dla kogoś ważną.

– Nawiązując do opowieści. To one, tak naprawdę, stworzyły całą naszą kulturę. Mity – także narracja, gdzie komentujemy i interpretujemy naszą rzeczywistość i świat, w którym żyjemy. Nie zdajemy sobie z tego zazwyczaj sprawy, ale my, cały czas, obracamy się w takiej sferze fikcyjnej. To nie znaczy, że nieprawdziwej czy iluzorycznej, ale takiej, która jest wytworem naszej wyobraźni. I tu nie ma nic do rzeczy, czy to jest prawda, czy to jest fałsz. To nam pozwala funkcjonować w społeczeństwie, w kulturze…
Właśnie dlatego możliwe są takie spory, jakie widzimy dookoła nas. Bo kiedy się spieramy, kłócimy, a nawet kiedy prowadzimy dialog… to wtedy nie tyle ważne są fakty, jak to, czy potrafimy naszą narrację „sprzedać”, narzucić innym – to czy nasza narracja potrafi się przyjąć w ludzkim „stadzie” (przepraszam za to brzydkie wyrażenie).

– No właśnie. „Boże Ciało” miało pierwszy tytuł „Stado”.

– A to ciekawe. Nie wiedziałem o tym.
Lecz wracając do naszych sporów. W nich przestają się liczyć fakty – chodzi o to, żeby narracja jednej grupy wzięła górę nad narracją innej.

– To zawsze było narzędziem władzy… i zawsze będzie. Mają władzę ci, którzy potrafią narzucić swoją narrację.

– A że jesteśmy istotami społecznymi, to bardzo łatwo ulegamy jednej narracji, całkowicie odrzucając inną. Dzięki temu to, co nas spaja, łączy i wiąże, jednocześnie nas separuje, dzieli i antagonizuje.
To jest właśnie to błędne koło, w które my, Polacy, jesteśmy schwytani w ostatnim czasie, zwłaszcza od katastrofy smoleńskiej.

– Przydałby się nam jakiś terapeuta.

– Ale to dotyczy nie tylko Polski, prawda?

– W Europie jest to szczególnie zauważalne, bo prawie we wszystkich krajach mamy wzrost napięcia, polaryzację… A komu na tym zależy politycznie, to można dociekać, domniemywać.

– Wykorzystują to politycy.

– Oczywiście. Ale bardzo dużo miesza też Rosja, niestety.

– Miesza, czy może bardziej te zjawiska wykorzystuje? Bo przecież trudno utrzymywać, żeby Rosja stała np. za ruchem Gilets jaunes we Francji, czy Indignados w Hiszpani.

– Rosja tego nie inspiruje absolutnie, ale wykorzystuje sytuację. A że są mistrzami – bo mają świetnych mistrzów szachowych – to potrafią rozgrywać genialnie takie nastroje społeczne. Rosjanie pod tym względem są niedoceniani.

– Zachód jakby tego nie dostrzega.

– A szkoda, bo to co jest korzystne dla Kremla, nie jest korzystne dla nas. Pęknięcia społeczne są absolutnie nie na rękę Zachodowi. Uważam, że Europa cierpi z tego powodu; sądzę, że przez to wzrasta nieufność europejskich krajów między sobą – a to już Europa przerabiała. Ja mieszkam w tym klimacie i widzę co się dzieje.
To uwolnienie granic, które nastąpiło w 1989 roku, było dla nas cudem, i było to wspaniałe. My wszyscy na tym skorzystaliśmy – życie się wydłużyło, ludzie stali się szczęśliwsi, zaczęli lepiej zarabiać… Przez te 30 lat żyliśmy we względnym spokoju, ale teraz, po raz pierwszy za mojego życia odnoszę wrażenie, że nadeszły ciemne chmury… Których się autentycznie boję – widzę je w niepokoju ludzi, tu i tam pobrzmiewających słowach o wojnie, o agresji, wręcz o jakiejś apokalipsie…
My jako kraj, musimy bardzo uważać, żeby się nie poddawać tym różnym manipulacjom z zewnątrz. Nasz sposób na przetrwanie, to jest zachowanie zimnej krwi i nie uleganie emocjom. To powinno być naszym głównym celem. Bo myśmy już to przeszli, bo myśmy już umierali za Ojczyznę milionami… i już dosyć tego! Dlatego powinniśmy być pragmatyczni i jak najbardziej zimni emocjonalnie.

– Z naszym polskim charakterem i temperamentem będzie to raczej trudne.

– Niestety.

– Na dodatek w społeczeństwie polskim rysują się coraz głębsze podziały, stajemy się wobec samych siebie nieprzejednani, wręcz wrodzy. Pogłębiają to internet, media…

– Tak, internet niejako zunifikował ludzi w balony – spowodował, że zaczęli oni żyć w swoich bańkach. Np. kiedyś można było siedzieć przy stole z ludźmi o bardzo różnych afiliacjach – można było rozmawiać – i nie czuło się tych różnic tak bardzo. Dzisiaj, tylko po tym co wybieramy do jedzenia, mogę powiedzieć, kto na kogo głosował. Bo wiadomo np., że ktoś, kto głosuje na skrajną prawicę nie będzie weganinem…

– Ludzie jak gdyby zaczęli się przystosowywać do swoich stereotypów.

– Tak, ale też zaczęli totalnie, drobiazgowo dobierać do tych stereotypów swoje zachowanie.

– Bo wtedy można łatwiej się „wymacać” – zidentyfikować swojego lub obcego. No i zamykamy się w tych naszych obozach na własne życzenie. Myślimy, że jesteśmy wolni, a stajemy się w pewnym sensie niewolnikami.

– Pewne cechy zostały właśnie przypisane przez bańki do bardzo konkretnych zachowań.

– Ja myślę, że to się też wiąże w jakiś sposób z obserwowalnym – nie tylko u nas, ale i na całym świecie – odchodzeniem od tej narracji liberalno-demokratycznej. Orientacja polityczna, która nie tyle zbankrutowała, co przestała być tak atrakcyjna dla większości ludzi (a taka się wydawała po upadku komunizmu). Do głosu coraz więcej zaczęły dochodzić formacje konserwatywne, nacjonalistyczne… (Nie chcę używać określeń lewicowy – prawicowy, bo uważam, że te pojęcia we współczesnym świecie straciły swoje – w miarę klarowne – znaczenie, jakie miały w przeszłości. Obecnie używa się ich gównie po to, by „labelować” ludzi – właśnie segregować, tworzyć te podziały, o których mówimy – identyfikować zarówno swoich ideologicznych czy politycznych sprzymierzeńców, jak i przeciwników, często uznając tych ostatnich za wrogów.)

– To jest fenomen światowy – choć w różnych krajach różnie to wygląda. Odniosę się do naszego wspólnego podwórka, bo ja to śledzę, badam… trochę mnie to fascynuje. Otóż my jako kraj, mamy taką „porąbaną” historię. Nam zabory, agresja sąsiadów pozabierały wszystkie możliwości, które były doświadczeniem np. Oświecenia czy rewolucji seksualnej… czyli tego, co Zachód już „przerobił” – przyjął albo wypluł – już dawno temu. Byliśmy natomiast zamykani w tych kokonach, które nam narzucano odgórnie, niestety. Przez to zostawaliśmy zawsze z tyłu.
To, co się teraz w Polsce dzieje, to trochę taka kontynuacja tego, z czym mieliśmy do czynienia w latach 20. czy 30. XX wieku. My, po odzyskaniu niepodległości, mieliśmy jakieś 20 lat na to, żeby porozmawiać o tym, kim jesteśmy po tych 123 latach zaborów: czy my jesteśmy bardziej niemieccy, rosyjscy… czy jacyś inni. I nagle okazało się, że nie ma czegoś takiego, jak „Polak”. To znaczy my możemy sobie mówić, że jest, ale tak naprawdę to go nie ma. Pojedzie się do Szczecina, pojedzie się na Podkarpacie, na Śląsk, do Gdańska, Warszawy, czy na Podlasie… dokądkolwiek się nie pojedzie, mamy do czynienia z różnymi systemami wartości, inną mentalnością – tak samo jak to jest np. w niemieckich landach. Mamy więc bardzo niejednolity obraz samych siebie, a jednocześnie istnieje problem z umową społeczną. Ta debatach zaczęła się u nas po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. I została przerwana – w sposób sztuczny – przez wojnę. Zamiast rozmawiać o tym, jaki kształt powinna mieć Polska, kim powinniśmy być, to zostało nam przerwane na 50 lat. W 1989 roku zostało to znowu uwolnione. Zaczęto wydawać książki, pisma, kręcić filmy… takie, których nie można było robić wcześniej. Mimo wszystko stała się rzecz niezwykła – i co ważne zaszło to bezkrwawo. Naprawdę stał się cud. Wróciliśmy wtedy do tego punktu sprzed 50 lat – do procesu, który nam wtedy przerwano.
Najpierw ta rozmowa była taka… mmm… najważniejsze to się rozwijać, ale później przybrała większą wagę, stała się bardziej ostra…z czym mamy teraz problem w kraju. Generalnie, nikt się tak polityką nie zajmował przez dwadzieścia parę lat. Aż tu nagle spadł samolot i się okazało, że my jesteśmy podzieleni jak nigdy, tylko się o tym tak nie mówiło.

– Do czego się przyłożył też internet…

– Absolutnie! Ale on tylko amplifikował to, co już w nas wcześniej było. Ten internet stał się taką tubą, wszystko wyolbrzymił – spowodował, że my wszyscy tak na siebie krzyczymy. Bo wrażenie użytkownika internetu jest takie, że ta druga strona na niego krzyczy i napiera. Takie wrażenie odnosi każdy uczestnik debaty. A tak naprawdę nie bierze udziału w debacie, tylko, najczęściej, czyta te rzeczy w internecie. Więc to nam tworzy wszystkie strachy, wyolbrzymia… powstaje w sumie coś sztucznego.

– Pogłębiają to media.

– Tak. Kiedyś była taka zasada dziennikarska, żeby zadzwonić zarówno do jednej, jak i drugiej strony, żeby coś zweryfikować. I nie mówić, która strona ma rację, tylko dać to pod osąd czytelnika czy widza. Rolą dziennikarza było przekazać informację, newsa do opinii publicznej. Nie mówiąc, czy to jest źle, czy to jest dobrze… Teraz już w ogóle tego nie ma.

– Nie ma teraz niezależnych mediów – ani z jednej, ani z drugiej strony.

– Nie ma. Dokładnie!

– To wszystko separuje ludzi.

– Tak. I radykalizuje.
A wracając do tego, co mówiłeś o tej kapitulacji strony liberalnej, lewicowej…

– Chodziło mi nie tyle o kapitulację, co wyparcie… Szala jakby bardziej przesuwa się w stronę konserwatyzmu, nacjonalizmu – tego, co nazywa się prawicą.

– Tak, następuje wzrost konserwatyzmu w społeczeństwach na świecie.

– Jaka jest tego przyczyna?

– Powodem są m. in. te podziały, które się utworzyły; merytokracja, wyścig, który jest nierówny dla wszystkich. Niektórzy ludzie poczuli się wykluczeni. Bardzo wyraźnie zarysował się konflikt w podziałach na: miasta – nie miasta; wykształceni bardziej – wykształceni mniej (niewykształceni); ateiści – ludzie religijni… i tak dalej. Wszystko złączyło się niesamowicie w te bańki, o których już wcześniej mówiliśmy.

– Ale przecież poszliśmy do przodu.

– Tak, lecz nie zauważyliśmy tych ludzi, którzy nie byli w stanie ściągać się, galopować. Nastąpiło pewne pęknięcie, rozwarstwienie klasowe, ale również takie porzucenie ideologiczne. Doszedł też element, na który Anda Rottenberg trafnie wskazała: wymiera pokolenie, które doświadczyło skutków nacjonalizmów, autorytaryzmów i propagandy – ludzi, którzy pamiętają wojnę. I nie ma kto tego przekazać dalej. A teraz – i to na całym świecie – następuje, zwłaszcza wśród młodzieży, wzrost postaw jawnie faszyzujących.
No i słyszymy coś takiego, że „Hitler powinien dokończyć to, co zaczął!”, „z wami to do gazu”… Taki hejt, który się teraz wylewa, a którego w takim natężeniu nie było wcześnie – ja przynajmniej czegoś takiego nie pamiętam. On się dostał do mainstreamu.

– Naprawdę?

– Tak uważam. Politycy – z lewa i prawa – przejęli ten język i zaczęli reprezentować postawy, które są bardzo agresywne. I to co było „on the fringes”, na takich marginesach – bo świrów w polityce nigdy nie brakowało – teraz wchodzi do mainstreamu.

– A może tak samo jest to amplifikowane, sztucznie wzmacniane przez internet, a tym samym wyolbrzymiane i wskutek tego przesadzone?
Muszę przyznać, że ja – mimo, że nie doświadczyłem wojny czy totalitaryzmów na własnej skórze – jestem bardzo na te sprawy uwrażliwiony, także dzięki lekturze Orwella, Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego, czyli pisarzy, którzy (jak chyba żadni inni) dogłębnie wniknęli w istotę totalitaryzmów – genezę zarówno komunizmu, jak i faszyzmu – w horror obozów koncentracyjnych, ludobójstwa na masowa skalę… Dla mnie to są sprawy istotne, które już wcześniej wiele razy przemieliłem w swoje głowie.
Kiedy więc ktoś mówi, że formacja, która doszła w Polsce do władzy sprzyja – czy nawet popiera – postawy faszystowskie, że mamy do czynienia z dyktaturą, że Polacy biorący udział w manifestacji Święta Niepodległości to w większości skrajni nacjonaliści, którzy już niedaleko mają do nazizmu – to ja no to reaguję dość mocno i sprawdzam, czy tak rzeczywiście jest – bo jeśli byłoby to prawdą, to byłoby to dla mnie straszne.
A niestety, całkiem niedawno, w radiu, które skądinąd bardzo cenię (NPR), usłyszałem audycję zatytułowaną: „Extreme Nationalism Is as Polish as Pierogi”. I to mnie wkurzyło. Podobnie jak robienie z nas wszystkich antysemitów, rozgłaszanie po całym świecie, że byliśmy „kolonizatorami”, „właścicielami niewolników”, „mordercami Żydów”… (Co w takim razie można powiedzieć np. o Hiszpanach, Anglikach, Niemcach, Amerykanach?) To są wypowiedzi, oględnie mówiąc, niefortunne, dla nas Polaków krzywdzące i niesprawiedliwe.

– To jest naturalne, że takie opinie mogą wkurzać. Nie ulega wątpliwości, że wokół nas są i funkcjonują stereotypy narodowe, czego – jako Polak – doświadczam na co dzień, bo jeżdżę po świecie i słyszę jakie różne rzeczy o Polsce się mówi. Oczywiście, że są to krzywdzące stereotypy, z którymi my, Polacy, musimy walczyć. Z różnych powodów się one wzięły, ale niestety są. I one rzeczywiście są karygodne.
Ale faktem jest, że mamy do czynienia ze wzrostem wśród młodzieży postaw faszyzujących. Uważam, że ten wzrost jest znaczny i większy, niż kiedykolwiek. Ja nie pamiętam, żeby wcześniej ktoś mówił, żeby homoseksualistów posłać do gazu…

– A ja pamiętam. I to mnie początkowo bardzo bulwersowało, szokowało wręcz, ale z czasem, doszedłem do wniosku, że podobne zidiocenie jest tak marginalne i sporadyczne, że nie ma co tym tak bardzo się przejmować. Mam nadzieję, że i teraz jest to taki margines.

– Ale jak masz np. stronę, gdzie czytasz: „pedały do gazu” i nagle pod tym masz 30 tysięcy „lajków”, to o czymś to mówi. I mimo, że Facebook takie strony zaraz usuwa, to te świry zawsze znajdą sobie jakieś miejsce, gdzie mogą ten hejt uprawiać.

– Sam nie wiem czym to jest powodowane: nienawiścią, bezmyślnością, chęcią prowokacji, czy też skrajną głupotą?
Najważniejsze, aby te skrajne trendy nie zaczęły przyjmować jakiejś instytucjonalnej, strukturalnej postaci, bo wtedy to naprawdę byłoby groźne. Zresztą, moim zdaniem, te zjawiska są bardziej niebezpieczne na Zachodzie niż w naszym kraju.

– Ja szedłem w marszu Niepodległości, szedłem w marszu Równości i widziałem bardzo fajnych Polaków tu i tu – i wtedy nie było żadnego problemu. Ale widziałem też niefajnych Polaków.
Jednak te skrajne postawy się zamplifikowały i przez ten strach, które mamy już wbudowany, każdy się boi wejść do tego drugiego marszu. Bo ludzie myślą, że w tym innym marszu zostaną… nie wiem… zgwałceni, ich dzieci zostaną spedofilowane, że wszyscy wyśmieją ich wiarę i tak dalej… a w tym drugim marszu każdy się boi wejść do tego pierwszego, bo myślą, że zostaną pobici, wyzwani, opluci, że spotka ich czysta, chamska agresja… Tak więc przykłady na jedno i drugie znajdziemy, przy czym mówię o pewnych postawach, a nie czynach.

– Właśnie, takich konkretnych aktów agresji jest naprawdę mało, częściej odgrywa się to w ludzkiej wyobraźni, w obawach… A strach ma wielkie oczy.

– Uważam, że to czego potrzebujemy najbardziej, to rozmowa… a nie darcie się na siebie i przekrzykiwanie. Potrzebujemy również terapeutów. Potrzebujemy siąść razem przy stole albo przy ognisku… i zjeść wspólnie kiełbaskę.

– Ekologiczną.

– Wegańską.

– À propos konieczności rozmowy. W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Im więcej się ze sobą spieramy, tym, jesteśmy silniejsi i mocniejsza jest nasza tożsamość”.
Czym według Ciebie różnią się od siebie dialog i rozmowa. Czy rozróżniasz nie tylko ich naturę, formę, ale i konsekwencje?

– Spór jest jednak pewnego rodzaju walką. Jest też częścią składową dialogu. Spór „propeluje” dialog, napędza go, powoduje, że on „idzie”… Bo kiedy się we wszystkim zgadzamy, to po prostu… nie ma o czym gadać.
Sporu nie ma co unikać, natomiast odbieranie drugiej stronie prawa głosu, mówienie, że jesteś gorszy i nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego; mówienie, że nie słucham Cię, bo to jest bullshit, bo jesteś głupi… To to jest rzeczywiście obrzydliwe. Powiem wprost: to jest odmawianie komuś prawa do człowieczeństwa. I dotyczy wszystkich stron.
Ale tak jest w internecie, bo w rzeczywistości jest jednak inaczej. Ludzie starają się być mili dla siebie…

– Tak jak my tutaj teraz.

– … a potem siadają przy klawiaturze i są mistrzami klawiatury.

– Użyłeś słowa „tożsamość”. Dlaczego jest ona taka ważna?
Czy stąd nie jest już blisko to nacjonalizmu?

– A właśnie, że nie. Bo jest różnica między patriotyzmem a nacjonalizmem. Ja jestem 100-procentowym patriotą. Kocham kraj, z którego pochodzę, znam jego kulturę, fascynuje mnie ona, fascynują mnie ludzie, którzy w nim mieszkają… Ale nie jestem nacjonalistą, bo nacjonalista stawia własny naród wyżej innych narodów; mówi, że jego naród jest lepszy od innych. Dochodzi do tego element szowinizmu.
My jednak mamy problem z tożsamością. A prawdziwa tożsamość jest ważna, bo według mnie może nas uchronić przed nacjonalizmem.
To tak jak w związku. Chorobliwa zazdrość pojawia się wtedy, kiedy ludzie w siebie nie wierzą. Prawdziwa siła bycia razem – razem w związku, razem w kraju, razem w Europie – polega na tym, że mamy wbudowaną silną tożsamość. I dlatego nie musimy reagować histerycznie za każdym razem, kiedy ktoś zrobi coś strasznego, głupiego… bo umiemy być silni wobec tego. Są narody, które sobie z tym radzą lepiej lub gorzej; są też narody, które mają totalnie rozwaloną tożsamość… Np. Ukraińcy. My jesteśmy w trakcie dyskusji. Ona jest zażarta, ale jest – rozmawiamy ze sobą, spieramy się. Niestety, nie ustrzegliśmy się przed tym, żeby wyłączać mikrofon na mównicy, kiedy ktoś mówi inne rzeczy, niż byśmy chcieli słyszeć.
Musimy przerobić pewne lekcje. Polska nigdy nie przeszła takiego mocnego flirtu z nacjonalizmem…

– I to nas uchroniło choćby przed faszyzmem. Na nasze szczęście zawsze zadawaliśmy się półśrodkami, w przeciwieństwie do naszych sąsiadów, którzy rozpętali zabójczy faszyzm czy komunizm na niebywałą skalę.
Lecz ja uważam, że jesteśmy silni (choć nie jako państwo, bo przez ostatnie kilka wieków braliśmy cięgi ze wszystkich stron). Gdybyśmy tacy silni nie byli, to jako naród byśmy nie przetrwali.

– Oczywiście.

– Takim bastionem tożsamości był zawsze dla Polaków Kościół katolicki. A teraz jest kolejnym powodem do tego, żeby się polaryzować, zwalczać, tworzyć obozy, pogardzać, może nawet nienawidzić.

– Kościół przez 50 lat komunizmu był miejscem, gdzie intelektualiści, artyści mogli się schronić. Traktowali oni Kościół jako miejsce, w który czuli się stosunkowo niezależnie wobec rzeczywistości, która była szara i pod kontrolą służb bezpieczeństwa. Kościół był miejscem szczególnym. Obecność artystów, intelektualistów w obrębie Kościoła w zasadzie nikogo nie dziwiła, ale też wpływała bardzo korzystnie na sam Kościół i bardzo korzystnie na artystów i intelektualistów. Ta ich wymiana myśli – tak skrajnie różnych, o różnym zabarwieniu, nawet lewicowym (przecież chodzili tam Kuroń, Michnik) – tam właśnie miała miejsce. I dzięki temu, zarówno duchowni byli ciekawsi – bo musieli się z tym zderzać, jak i sami opozycjoniści się pogłębiali. Oni wszyscy rośli. Dlatego to pokolenie wasze jest takie ciekawe, bo jest takie… właśnie „wydialogowane”. Niestety, ci ludzie już odchodzą – po obu stronach. A oni nam dawali świadectwo, że można ze sobą dialogować i się nie pozabijać. I nagle ich brakuje.
Po 1989 roku staliśmy się wolni i ludzie nie musieli się już akredytować przy Kościele, żeby wydawać gazety, książki, płyty, komiksy… w zasadzie można było robić wszystko co się chciało – i można to już było robić otwarcie. I wtedy te dwa elementy – artyści i intelektualiści oraz Kościół – zaczęły dryfować obok siebie, jak w każdej w miarę zdrowej demokracji. 30 lat później jesteśmy osobno – podzieleni jak nigdy dotąd. Nagle się okazało, że nie tylko zniknęły pomosty łączące te dwie strony, ale że te strony bardzo się na siebie zbiesiły.
Żyjemy w czasach, kiedy nastąpił drastyczny spadek liczby powołań w Kościele. Największa laicyzacja następuje właśnie w Polsce. Jesteśmy krajem, który – jeśli wierzyć ostatnim badaniom sprzed dwóch miesięcy – laicyzuje się najszybciej na świecie. Wśród ludzi między 18 a 30 rokiem życia, stopień laicyzacji jest niebywały.
I to wszystko są procesy, które są procesami tożsamościowymi, każą na zrewidować swoje myślenie.
Czy należy się ich bać, czy nie?…. nie mówię w ogóle o tym. Jest to zmiana. Zawsze będą zmiany. A my musimy podjąć dialog.
I właśnie mój film „Boże Ciało” stara się podjąć taki dialog – o tym kim chcemy być, jak mamy postępować. Chodzi jednak o to, żeby – bez względu na to, gdzie to pójdzie – wzajemnie się szanować.

Rzecz o przewrotności dobra i zła – i o konieczności pojednania (Bartosz Bielenia w filmie „Boże Ciało”)

.

– Jestem na gorąco po obejrzeniu Twojego filmu i muszę Ci powiedzieć, że bardzo mnie on zaskoczył. Wydaje mi się, że dokonuje on swoistego cudu, bo potrafi jednoczyć ze sobą ludzi, i to znajdujących się po obu stronach tego podziału, o którym tu mówimy. Z tego co wiem, film cieszy się także znakomitym odbiorem wśród krytyków, bez względu na ich sympatie polityczne, światopogląd czy stosunek do Kościoła w Polsce. Mam wrażenie, że dzieje się tak dlatego, że nie opowiada się on jednoznacznie po żadnej ze stron, ma uniwersalną wymowę, nie krytykuje wprost ani ludzkiej religijności, ani Kościoła katolickiego jako instytucji; a przede wszystkim pokazuje wszystkich ludzi z… ludzkim obliczem – z ich słabościami, rozterkami… Uświadamia nam, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy tacy sami – że wszyscy odczuwamy, cierpimy, cieszymy się tak samo.
Twój film, swoją drogą, jest bardzo przewrotny, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Bo np. główny bohater, który jest kłamcą, mówi prawdę; jest „złoczyńcą”, ale czyni dobro; jest fałszywym księdzem, ale zachowuje się bardziej po chrześcijańsku, niż inni księża…

– Uważam, że film pięknie pokazuje to, że ludzie, którzy się tak różnią, powinni być jednak – tak po chrześcijańsku – razem. W takim nurcie chrześcijaństwa, że tak powiem, pierwotnego. Co ciekawe, scenariusz do „Bożego Ciała” został napisany przez Mateusza Pacewicza, który jest ateistą.

– Kolejna „przewrotność” i paradoks tego filmu. Ludzie niewierzący okazują się lepszymi „chrześcijanami” niż ci wierzący.

– Ja takich przykładów znam mnóstwo. Mam znajomych – ateistów, lewaków, gejów… itd. – którzy są bardzo humanitarni, wstawiają się za wykluczonymi, rękę by dali sobie odciąć, żeby ciebie lub mnie uratować. Ale mam też wśród swoich znajomych ludzi, którzy plują hejtem czy jadem absolutnym; nienawidzą, z pogardą patrzą… Mnie akceptują, bo mi się w życiu wiedzie. Ale jakby mi się przestało wieść, to byłbym takim samym „wypierdkiem”, jak ci, którym się nie powiodło.

– Takie postępowanie jest też kwestią charakteru.

– Tak, ale też sprawą zabójczej merytokracji, czyli oparcia postaw życiowych – relacji międzyludzkich – na tym, czy się komu w życiu udaje, a nie na tym, że się po prostu jest. To powoduje fałszywy obraz ciebie. To sprawia, że jesteś kimś, jeżeli coś robisz. Ale będzie czas, kiedy nic nie zrobisz. I co? Będziesz wtedy nikim?

– I dlatego tak mnie rażą opinie i postawy ludzi, którzy wyrażają się z pogardą o tzw. „Polsce B” – o ludziach, którzy głosowali na inne formacje polityczne, niż oni sami. Nazywanie ich półgłówkami, prymitywami, kruchtą, moherami, ciemnogrodem… i tak dalej, tylko dlatego, że mają inne poglądy (co przecież w demokracji jest sprawą naturalną i oczywistą). Bo tylko ich wybory są prawidłowe, a oni są najmądrzejsi.
Chodzi więc o to, żeby zwalczać te stereotypy i nie zamykać się we własnych, jedynie słusznych, bańkach. Trzeba wyjść do drugiego człowieka i uszanować jego inność. Starać się zrozumieć jego zachowanie.

– O tym jest również „Boże Ciało”.

– Wspomniałeś kiedyś, że Twoimi znajomymi – może nawet przyjaciółmi – są księża. Myślę, że to, iż Ty widzisz ich jako ludzi inteligentnych, wrażliwych, otwartych, wpływa na Twój sposób widzenia wiary, Kościoła, religii… w przeciwieństwie do ludzi, którzy takich bliskich znajomości nie mają.

– Muszę powiedzieć, że ja przez tych moich przyjaciół miałem spaczony obraz księdza. Dla mnie ksiądz to był ktoś kto pogada, ktoś kto zrozumie, ktoś kto jest fajny… ktoś kto wie, jak do Ciebie podejść, kiedy masz jakiś problem życiowy. Teraz, pracując nad „Bożym Ciałem”, byłem w różnych miejscach i trafiłem na ludzi, z którymi nie umiałem zamienić normalnie jednego zdania. Nie wiedziałem, że jest taka osoba w ogóle. Jak ktoś taki może cię terapeutyzować czy wskazać drogę? Nie ma szans.
Spotkałem takiego jednego wikarego, który mnie przeraził. Był zaprzeczeniem postawy chrześcijańskiej. Takie rzeczy zauważyłem dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem się tym zajmować. Wcześniej byłem na to ślepy. Przebywałem właśnie w tej swojej bańce – księdza Wojtka Drozdowicza, księdza Marka Grygiela, Ojca Jana Góry, Tadeusza Polaka itd. Moja mama pracowała w katolickiej redakcji TVP. Miałem więc do czynienia z tym środowiskiem. Dla mnie to był taki Kościół bardzo otwarty. A tu nagle spotykam kogoś, kto jest tego zaprzeczeniem.

– A może to właśnie ten wikary jest takim księdzem, który daje spaczony obraz księży katolickich – a tym samym Kościoła, jego wspólnoty?
W „Bożym Ciele” księża są ludźmi, z którymi możemy sympatyzować – bo ten film ukazuje właśnie ich „ludzką” twarz. Pozwala też zrozumieć różne ludzkie zachowania; nie pogardza ludźmi, nie czyni ich gorszymi… Dzięki temu nie dzieli, a jednoczy. Porusza też w nas struny, które jednak rzadko są poruszane we współczesnym kinie, książkach, mediach. Robi to w bardzo ciekawy sposób, wydobywając z ludzi to, co w nich najlepsze – co w nich siedzi, mimo że często oni sami o tym nie wiedzą. Innymi słowy: wyzwala dobro, a nie zło; rodzi nadzieję, a nie rozpacz.
Uświadamia nam też, że natura ludzka jest plastyczna. To, jak człowiek reaguje zależy od tego, jak do niego przemawiasz – czy to jest szczere, czy chcesz go poniżyć czy oszukać, wziąć podstępem, stereotypować?
Istnieje droga, którą można do drugiego człowieka dotrzeć – i moim zdaniem Ty swoim filmem taką drogę pokazałeś.

– Dziękuję. Właśnie o to mi chodziło.

– Wybierając się dzisiaj na projekcję „Bożego Ciała”, wspomniałem jednej z moich znajomych – rasowej kinomance, popularyzatorce kina i recenzentce – Renacie Borowiak, o możliwości spotkania się z Tobą. I jeśli by do tego doszło, to jakie pytanie zadałaby ona, gdyby była na moim miejscu (nota bene, bardzo Twój film rekomendowała).
Czy mogę przeczytać jej pytania?

– Jasne!

– „Tam podobno sporo improwizacji było na planie. (Doceniamy, bo językowo film przekonuje autentyzmem). Czy już w scenariuszu język był tak dopasowany do postaci? Na ile był to wkład aktorów”?

– Ciekawe pytanie. Są sceny, szczególnie dotyczące młodych, które były bardzo wyimprowizowane, ale potem, ze względu na trudność dialogu, na jego informacyjność – bo musi być on precyzyjny – brane to było jakby w karby. Np. scena na barce. Ona jest bardzo trudna, bo ma ze sześć czy siedem punktów zwrotnych. I żeby przejść przez każdy taki punkt, to musieliśmy wszyscy ustalić bardzo konkretną sekwencję zdań. Tak więc, to były dialogi, które najpierw były wyimprowizowane na próbie, ale później jeszcze raz przeze mnie rozpisane, zblokowane, podzielone na części – poddane pewnej przeróbce. Była to więc taka improwizacja pod kontrolą – improwizacja, która została zaklęta w scenariuszu. A myśmy ją później tylko zrekonstruowali.
Na samych zdjęciach już się starałem, żeby improwizować znacznie mniej. Ale zdarzały się takie momenty „olśnień”, że tak się wyrażę (nawiasem mówiąc uwielbiam je). Np. w scenie, kiedy Ola Konieczna (Lidia) znajduje w sypialni pijanego proboszcza. Przed jej nagraniem szepnąłem jej do ucha, żeby – bez względu na to, o co ją Bartek (grający głównego bohatera, Bartosz Bielenia – przyp. S.B) zapyta, ma zaprzeczać i mówić, że to jest niemożliwe. Więc kiedy on się pyta: „Co, ksiądz lubi sobie popić?”, to ona odpowiada: „Nie, on nie pije”. Tym stwierdzeniem Bartka zaskoczyła, więc wyraz zaskoczenia na jego twarzy jest prawdziwy.
Ale też ostatnia kwestia, czyli słowa „Szczęść Boże”, które ona mówi do opuszczającego kościół Bartka, jest improwizacją. Tego nie było w scenariuszu.

– A to są słowa w pewnym sensie kluczowe.

– Tak, ona poczuła, żeby to powiedzieć. Z oka spływa jej łza, a ona mówi: „Szczęść Boże”. To jest takie doznanie, które może cię trafić, i nie wymyśliłbyś tego.

– Może i z czegoś takiego bierze się magia tego filmu?

– Bartek, kiedy odprawia mszę, też często mówi od siebie.
Ale są też sceny, które były bardzo precyzyjnie określone.
Uwielbiam improwizację, ale bardzo nie lubię nieprzygotowania. Trzeba znać scenariusz i czuć postać, którą się gra. Tak więc, te rzeczy muszą się spotkać. W moim filmie zagrali aktorzy, którzy są znakomici i świetnie to rozumieją.

– Może jeszcze jedno pytanie Renaty: „Czy ostre, bezkompromisowe obrazy kleru (kościoła) w filmach, które ostatnio gościły na ekranach, w jakiś sposób wpływały na intencje reżyserską? W sensie: ‘Boże Ciało’ powstawało równolegle, więc zamysł mógł być niezależny. Ale jakaś modulacja była możliwa. Komasa powstrzymał się przed krytyką instytucji, a nawet księży. Obaj (występujący w filmie) są ok. Czy nie kusiło go, by podkręcić kontrast między księżmi a Danielem? Bo ja myślę, że decyzja reżysera była w punkt.”

– Pierwsza wersja scenariusza z 2016 roku w ogóle nie zakładała żadnej krytyki Kościoła – ani instytucji, ani księży. To powstawało zupełnie niezależnie wobec tego trendu, do którego odnosi się pytanie. Bardzo dużo mieliśmy o tym rozmów – żeby na to bardzo uważać. Bo nudne są i mają bardzo krótkie nogi filmy, które tylko krytykują. Gdyż, umówmy się, instytucje są, potem ich nie ma… a ja chciałem zrobić film, który byłby uniwersalny. I żeby był tak samo ważny za 10 czy 20 lat. Bardzo się starałem, żeby nie wejść w taki publicystyczny ton, który rzeczywiście się teraz się przybiera. Na szczęście „Boże Ciało” nigdy pod tym względem nie miało być gazetą. Mówię „na szczęście”, bo to jest zbyt łatwe, żeby stanąć po jakiejś stronie sporu, przy takiej polaryzacji, jaka jest dzisiaj. Najtrudniej jest utrzymać się na tej cieniutkiej linii pomiędzy.

– Miejmy nadzieję, że nam to się uda.

– Chodzi o to, żeby utrzymać się na tej cienkiej linii… ale nie być neutralnym!

– Bo neutralność zwykle oznacza obojętność, prawda?

– Dokładnie.

– Myślę, że tą olśniewającą konkluzją możemy zakończyć naszą rozmowę, za którą bardzo Ci dziękuję.

*  *  *

Jan Komasa: „Stąpamy po cienkiej linii, ale nie możemy być neutralni” (Podczas spotkania z reżyserem po projekcji jego filmu na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Fot. Anna Błaszczyna)

.

MALOWANY PTAK, czyli o przetrwaniu w zarażonym złem i okrucieństwem stadzie

.

Do kin trafiła ekranizacja głośnej książki Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak”, wywołując nie mniejsze kontrowersje, niż jej literacki pierwowzór. Widzowie reagują zarówno z zachwytem, jak i z przerażeniem – cześć widowni pozostaje przykuta wręcz hipnotycznie do ekranu, część opuszcza w popłochu kinową salę, nie będąc w stanie obejrzeć filmu do końca. Co ciekawe, obie strony mają równie mocne argumenty i powody.

.

„Malowany ptak” – pornografia przemocy czy filmowy poemat o nadziei i miłości?

.

1.

Muszę przyznać, że ten film namieszał w moim wnętrzu niemiłosiernie. Jestem w stanie doskonale zrozumieć zarówno ludzi, którzy gremialnie wychodzi z sali kinowej (wprawdzie na Festiwalu chicagowskim z filmu uciekło tylko parę osób, ale już w Wenecji czy Toronto widownię opuściła ponoć połowa publiczności, a część to nawet w popłochu), jak i tych, którzy oceniają obraz Václava Marhoula bardzo wysoko. Jeśli chodzi o mnie, to nie tylko dzielnie wytrzymałem do końca (o tym, co mi w tym pomogło, za chwilę) ale i ostatecznie przekonałem się co do tego, że Malowany ptak, jeśli chodzi o sztukę kina, jest jednak dziełem wybitnym.
Przyznaję, że kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o powstającej ekranizacji kontrowersyjnej książki Jerzego Kosińskiego Malowany ptak, to wydało mi się wówczas, że takie przedsięwzięcie skazane jest na niepowodzenie, i to z kilku powodów.
Przede wszystkim pomyślałem, że jeśli ten film będzie ogłaszany jako obraz o Holokauście, to na starcie skompromituje sam siebie, bo (nawet jeśli sam Kosiński zrazu tak utrzymywał) Malowany ptak nie jest o Holokauście, choćby dlatego, że autor niemal wszystko w tej powieści zmyślił, do czego był zmuszony się przyznać, kiedy przyjrzano się temu, co rzeczywiście przytrafiło się mu w czasie niemieckiej okupacji, kiedy jego i jego rodziców mieszkańcy jednej z podkarpackich wsi ocalili, a nie maltretowali (bili, torturowali, znęcali się, gwałcili) z bestialskim okrucieństwem – jak to opisał w książce.
Dodatkowo, jeśli miałby to być film utrzymujący, że w sposób uniwersalny ukazuje prawdę o ludzkiej naturze, to chyba tylko skrajny pesymista, nieuleczalny mizantrop i w ogóle człowiek z przewlekłą depresją mógłby w to uwierzyć, widząc te wszystkie okropności serwowane mu na ekranie.
Wreszcie: jeśliby ten film starał się literalnie przenieść horrendum opisane (czy też raczej: napisane) przez Kosińskiego, to musiałby się osunąć w jakąś pornografię okrucieństwa i perwersji.
Takie miałem myśli, wątpliwości i obawy… i muszę przyznać, że Marhoulowi udało się jakimś cudem tego wszystkiego uniknąć (w moich oczach, przynajmniej, bo są tacy, którzy są innego zdania).
„Jakimś cudem”… hm… czyli jak?
Pierwsza obawa rozwiała się już w czasie projekcji, a przypieczętował to reżyser w rozmowie z publicznością po zakończeniu filmu: „Kosiński kłamał” – stwierdził bez ogródek Marhoul – Chłopiec (bohater filmu) jest symbolem, akcja nie dzieje się w żadnym konkretnym kraju. To dlatego nie używa się w nim języka polskiego, rosyjskiego czy ukraińskiego a czegoś, co nazwano Slavic Esperanto (moim zdaniem to posunięcie reżysera było genialne). Film jest raczej parabolą i metaforą tego, co może się stać/dziać z ludźmi w czasach gwałtu i pożogi pod każdą szerokością geograficzną – sugerował reżyser.
W sposób, przyznaję, dość przewrotny, Marhoul oświadczył też, że nie jest to wcale film o złu, okrucieństwie i nienawiści, tylko wręcz przeciwnie: o dobru, miłości i nadziei (ja tego nie kupuję, jednak wierzę w szczerość reżysera, a tym samym w to, że nie przenosi ukazanych w filmie – a czynionych przez człowieka – potworności na cały rodzaj ludzki).
A jeśli chodzi o pornografię okrucieństwa? Osobiście tego tak nie odebrałem, choć uważam, że jeśli ktoś w ten sposób styl i treść filmu określił, to miał po temu dość powodów – i jest to uzasadnione.
Według mnie pornografii zaprzecza już estetyka obrazu, która jest bądź co bądź na najwyższym artystycznym poziomie. Zdjęcia Vladimíra Smutný’ego mają w sobie hipnotyzującą wręcz moc. Ich monochromatyzm nie tyle odrealnia ukazywany świat, co go poetyzuje, a mimo to osadza w pewnej konkretności ludzkiego doświadczenia. Paradoksalnie, estetyzacja obrazu jednocześnie anestezjuje ukazywany w nim horror (dzięki czemu może on być dla nas znośny) ale i umożliwia to, by dotarł on w nasze wnętrze gdzieś głębiej. Narracja filmu porywa widza niczym rzeka… ale taka, która nie tylko sunie wolno korytem, lecz jest też pełna meandrów, kaskad a nawet wodospadów.
Przyznam, że w czasie projekcji doświadczyłem czegoś, co mogło być momentem zwrotnym – owo walenie nas obuchem po głowie, kiedy po pełnej okrucieństwa i sadyzmu scenie następowała scena ukazująca jeszcze większe okrucieństwo i sadyzm… kiedy wreszcie mogłem mieć tego wszystkiego dość i powiedzieć „no nie!” (i może nie tyle wyjść z kina, co zacząć patrzeć na film z jakimś tępym znużeniem) – ale coś mnie zawsze zatrzymywało i wciągało z powrotem.
Czym było to „coś”?
Niesłychaną inwencją reżysera w kreowaniu scen – jeśli chodzi o sztukę kina – nieskazitelnych? Wspomniana poezja, obejmująca koszmar i grozę, choć nie pozbawiona też lirycznych dotknięć? Piękno kadrów, niemalże klasycznych, ale nie banalnych? Przykuwająca uwagę gra aktorów (wśród których nie brakło tak charyzmatycznych osobistości, jak Stellan Skarsgård czy Harvey Keitel, o grającym Chłopca Petrze Kotlar nie wspominając)? Sama historia i ciekawość, w jaką stronę to wszystko zmierza?
Tak, to „coś” było tym wszystkim… i jeszcze paroma innymi rzeczami, o których dużo by pisać, ale nie chcę, aby ten tekst rozrósł się do jeszcze bardziej monstrualnych rozmiarów.

2.

Może jeszcze tylko wspomnę o moim małym „starciu” z reżyserem po projekcji Malowanego ptaka na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Oczywiście szczerze mu pogratulowałem, ale też zwróciłem uwagę, że jednak nagromadzenie okrucieństwa i przemocy w tym filmie może być nie do zniesienia dla przeciętnego widza, co sprawia, że staje się on dziełem cokolwiek hermetycznym, strawnym jedynie dla pewnej części krytyków i małej garstki zaprawionej w bojach publiczności. Poza tym – sprawa jeszcze ważniejsza – czy nie uważa on, że widz nieuprzedzony co do jego intencji, może odnieść wrażenie, że Malowany ptak traktuje o naturze ludzkiej en bloc, więc jeśli mielibyśmy ją sądzić według filmu, to jest ona u większości ludzi wręcz bestialska, bo przecież niemal każdy człowiek, jaki pojawia się na ekranie jest nie tylko zły, ale wręcz sadystyczny? Czy naprawdę zło i okrucieństwo jest dla natury ludzkiej czymś radykalnym – uniwersalnym i istotnie przyrodzonym? (a tak przecież można wnioskować z zawartości i wymowy filmu).
Na co Václav Marhoul złapał mnie za ramiona i jeszcze raz powtórzył z naciskiem patrząc mi prosto w oczy: to jest film o dobru – o nadziei i miłości! Bo to jest najważniejsze! Ludzie, którzy pojawiają się w filmie nie są źli – i dla Chłopca są dobrzy! W tym filmie nie ma okrucieństwa i brutalności – to tylko tak mi się wydaje, to jest we mnie, czyli winna jest moja percepcja!
Przyznam się, że nieco zbaraniałem. Bo to, co mówił przeczyło logice i faktom: jestem pewien, że 99.99% widzów przyznałoby, że film aż kipi od przemocy, a ludzie, do których trafia Chłopiec, są dla niego źli i okrutni (wyjątkami są – co ciekawe! – dwaj żołnierze: niemiecki i sowiecki). Lecz jakoś wykrztusiłem z siebie uwagę, że jednak mam prawo się z nim nie zgadzać. (Na szczęście wyrzucaliśmy to sobie z uśmiechem na ustach, choć przecież traktowaliśmy nasze słowa zupełnie poważnie).
Zaraz potem reżysera porwali organizatorzy a ja się zacząłem zastanawiać, skąd się takie jego przekonanie – w moich oczach bardzo przewrotne – wzięło (bo na pewno nie było to wykalkulowane, a tym bardziej fałszywe). Przewrotne, bo to tak, jakby chcąc ukazać miłość, pokazywałoby się nienawiść; chcąc ukazać łagodność, pokazywałoby się okrucieństwo; chcąc ukazać pokój, pokazywałoby się wojnę, chcąc ukazać niebo, pokazywałoby się piekło…
Myślę, że znalazłem odpowiedź, zapoznając się z tym, co Marhoul powiedział przy innych okazjach. Np. tutaj: „Tylko w ciemności możemy widzieć światło (…) Pytanie o ludzkość, o Boga, o to czym jest zło; co to znaczy, że światło jest widoczne tylko w ciemności? To jest zasada i istota tego filmu”.
Być może Marhoul, widząc skrajnie negatywne reakcje ludzi na film, słysząc zarzuty o pornografię okrucieństwa, o przesycenie swego obrazu okrucieństwem, złem i brutalnością, nie mógł przyjąć tego do wiadomości, gdyż byłoby to przyznaniem się do tego, że spędził 11 lat (a tyle trwała jego praca nad Malowanym ptakiem) brodząc w (nie)ludzkim szambie, z którego wywlókł na widok publiczny jego najbardziej cuchnące nieczystości? A przecież, tak naprawdę to on kocha ludzką czystość i niewinność, a najważniejsze dla niego w naszym życiu są Dobro, Nadzieja i Miłość. Być może stąd się wzięły te nielogiczne, bez mała absurdalne i zaprzeczające ekranowej ewidencji stwierdzenia, w które on sam wreszcie uwierzył?
Bo przecież nie pokazuje się ciemności, żeby pokazać światło (to przeczy nie tylko logice, ale i fizyce). Jeśli już, to pokazuje się ciemność, by uświadomić nam, czym jest brak światła.
I o tym jest dla mnie ten film.

 *  *  *

8,5/10

O innych filmach 55. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego przeczytać można TUTAJ.

.