„POLITYKA”, albo o traktowaniu widowni jak stada baranów

… a może rzeczywiście widownia niekiedy staje się taką, jak się ją traktuje?

.

.

Muszę się przyznać, że „Polityka” jest pierwszym filmem Patryka Vegi, jaki obejrzałem w kinie. Wprawdzie próbowałem kiedyś oglądać „Pitbulla” (podobno najlepszy film tego reżysera) ale po jakichś dwóch kwadransach tak mnie znużył ten miks infantylizmu ze szpanerstwem udającym kino gangsterskie, że dałem sobie z tym spokój. Podobnie było z „Ciachem”, na którym dotrwałem gdzieś tak do 5 minuty – poziom żenady obecnej w tym filmie wyrastał zdecydowanie ponad moją tolerancję kinowego idiotyzmu.
Tak więc, nie pociągały mnie już w najmniejszym stopniu kolejne „hity” Vegowego kina, jak np. „Botox” czy „Kobiety mafii”. Nie wybieram się do kina by oglądać tego typu filmy na tej samej zasadzie, jak nie biorę udziału w koncertach disco-polo. Not my cup of tea. (Może nie jestem sprawiedliwy porównując to kino z tym rodzajem muzyki, bo jednak disco-polo ma swój sentymentalny urok, tudzież oparty na ludowej prostolinijności i radosnym kiczu witalizm, w przeciwieństwie do bazującego na najniższych instynktach widowni, ociekającego krwią i zabagnionego wulgaryzmami kina, które płodzi i wpuszcza na ekrany Vega.)

A mimo to poszedłem do kina „Pickwick” w Park Ridge (nie chcę tu być małostkowy, ale uważam, że $30 za bilet do kina to lekka przesada) by zapoznać się z najnowszym filmem Vegi, który miał być ponoć „rewolucją” (jak obwieszczali organizatorzy tej projekcji) zaś w Polsce miał wywołać burzę („gigantyczną awanturę” – wedle słów samego reżysera).
No cóż, mam za swoje. Wprawdzie nie spodziewałem się filmu, który by poruszył… jakieś wyższe zdolności kognitywne mojego mózgu, czy też zapadł gdzieś głębiej w moje wnętrze, ale nie sądziłem, że będzie to jeden z najbardziej ponurych seansów w moim życiu. (Skrytykowany przeze mnie swego czasu „Kler” Smarzowskiego wygląda przy filmie Vegi jak arcydzieło.)
Tutaj dodatkowa informacja dla tych, którzy oczekują po tym tekście wskazówki, czy warto iść na „Politykę” do kina: jeżeli widzieliście tzw. zwiastuny filmu, to widzieliście już „najlepsze” (w mniemaniu Vegi, przynajmniej) momenty filmu, który w całej swej rozciągłości (czytaj: rozwlekłości) jest nie tylko niemiłosiernie płytki i stereotypowy, ale i zupełnie jałowy. Taka długa, smętna kicha – gniot pozbawiony nie tylko jakiejkolwiek wartości poznawczej, ale i rozrywkowej (a ten ostatni zarzut – jeśli chodzi o kino – jest chyba jeszcze bardziej kompromitujący, niż poprzedni).

Jak już pewnie wszyscy wiedzą, film odnosi się do życia politycznego naszego kraju, skupiając się na najbardziej znanych polskich politykach (z tym, że nie nazywając ich po imieniu, lecz przedstawiając w taki sposób – i w takich sytuacjach – że chyba nikt z widzów nie ma wątpliwości o kogo chodzi). Problemem tutaj jest to, że te najbardziej wyeksponowane elementy scenariusza, są po prostu przeniesieniem na ekran najbardziej znanych politycznych „wpadek”, kompromitacji, faktów, plotek i insynuacji – tak już w przeszłości wyeksploatowanych i medialnie przemielonych (często wręcz zredukowanych do internetowych memów), że trudno w nich widzieć jakąś świeżą pożywkę dla widowni, która te odgrzewane kotlety już dawno łykała, strawiła i chyba wydaliła (może z wyjątkiem najbardziej zatwardziałych „bojowników” biorących udział w politycznych „pożal się Boże” sporach, z tępym uporem atakujących swoich adwersarzy, powtarzających do znudzenia te same – a przez to zdarte do cna – zarzuty i komunały, od których się już normalnym ludziom niedobrze robi).
Wprawdzie Vega usiłuje to wszystko wpleść w jakąś historyjkę czy fabułę (film składa się z 6 swego rodzaju nowelek), ale całość jest niezborna, bardzo nierówna i wykoślawiona formalnie, zupełnie pozbawiona dramaturgii (o suspensie nie wspominając). Ciągle więc odnosiłem wrażenie, jakby reżyser nie wiedział co chce zrobić: satyrę, komedię, dramat czy może jednak paszkwil? – przez co wszystko przypominało jakąś rozdygotaną glejowatą breję. Obok wstawek kabaretowych czy starych dowcipów na poziomie gimbazy, mieliśmy uderzający w patetyczny ton dydaktyczny finał – z przesłaniem w sumie banalnym, naiwnym i trywialnym – „okraszony” na dodatek pewną intymną częścią ciała znanej gwiazdy polskiego kina. Innymi słowami: nie wiadomo było, czy się śmiać czy płakać.

Wysłuchałem kilku wywiadów z reżyserem. Abstrahując od jego powierzchowności – wytatuowanego od stóp do głów, obwieszonego jak choinka złotem tudzież machającego nam przed nosem zegarkiem za 2 mln. zł. celebryty – Vega wydał mi się kimś mało wiarygodnym, zwłaszcza kiedy słyszałem takie oto wypowiedzi (i konfrontując je ze stanem faktycznym): „(…) poprzedziliśmy film wielomiesięcznymi przygotowaniami. Spotkaliśmy się z ponad setką polityków, dlatego mam poczucie, że ten film oddaje świat polityki w sposób bardzo obiektywny, wielowymiarowy i wieloznaczeniowy” (z wywiadu udzielonego „Dziennikowi Związkowemu”).
No cóż, wygląda to na kiepski żart, bo moim zdaniem jest akurat odwrotnie: film oddaje świat polityki bardzo subiektywnie, płasko i jednoznacznie. Ponoć Vega jest z wykształcenia socjologiem, ale wizja jaką roztacza w swym filmie jest zbyt karykaturalna i w sumie prostacka, by mogła wnieść coś nowego i wartościowego w nasze postrzeganie polskiej rzeczywistości, czy też stanowić asumpt do jakiejś poważniejszej analizy zachowania członków politycznej kasty. Tak więc socjologii – a tym samym zgodności z rzeczywistością i prawdy o ludziach – jest w „Polityce” tyle, co kot napłakał. Bo Vega, tak naprawdę chciał „dowalić” politykom (ze zdecydowanym wskazaniem na formację pisowską) – bynajmniej nie ukazując pełnej (czyli wielowymiarowej) prawdy o politykach, tylko wywlekając i pastwiąc się nad tym, co w świecie polityki – i w ludziach – najgorsze. Mało tego: czasem przypisując ludziom coś, czego w nich nie ma, a niekiedy nawet stosując pomówienia. Jak wiemy cechą dominującą karykatury nie jest ujawnienie prawdy, ale tej prawdy zniekształcenie i wykoślawienie – najczęściej po to, by jakiś aspekt rzeczywistości (lub człowieka) wyolbrzymić i wyszydzić. Tak też jest w wypadku „Polityki”.
Vega: „Mam poczucie, że ten film ‘dokopuje’ wszystkim partiom po równo, więc ludzie wychodzący z kina będą mieli przeświadczenie, że polityka to jest ogromne bagno, a sami politycy są socjopatami.”
Tak, to jest właśnie karykaturalne – i bądź co bądź prostackie – przedstawienie rzeczywistości, godne dialogu zawianych „ekspertów” politycznych spod budki z piwem, czy monologu wujka Janusza podczas rodzinno-towarzyskiej libacji, a nie opinii traktującego siebie poważnie socjologa.

Ponadto nieprawdą jest, że film „dokopuje” wszystkim partiom „po równo”. Film dokopuje przede wszystkim (tak na moje oko w 90%) politykom PiS-u. I tu według mnie doszło do sytuacji paradoksalnej, bo to co w „Polityce” miało stanowić kompromitację tej partii, najprawdopodobniej wyjdzie jej tylko na dobre. Jeśli ten film wpłynie w jakiś sposób na najbliższe wybory, to nie ujmując głosów PiS-owi, a tych głosów PiS-owi przysparzając – i to nie tylko ze względu na zaskakująco „ludzkie” potraktowanie w nim Prezesa.
Według twórcy filmu zrobili PiS-owi wielką przysługę. Czym? Otóż sprowadzeniem sposobów wytykania pewnych rzeczy PiS-owi do absurdu (co zresztą wcześniej zrobiły już internetowe memy) przy jednoczesnym ich skompromitowaniu. Bo niczym innym jak kompromitacją jest – oparty na nich – cały film Patryka Vegi.

.

NIEZNOŚNA LEKKOŚĆ GŁUPOTY, czyli słów kilka na marginesie wystawionej w Chicago sztuki Gabrieli Zapolskiej „Ich czworo”

.

Nie jest sprawiedliwy dla Zapolskiej Miłosz, który w swojej „Historii literatury polskiej” poświęca jej tylko jeden akapit, pisząc na dodatek, że „jej powieści (…) przejaskrawione i sensacyjne, dziś uważane są za literaturę jarmarczną” a „brak poważnego intelektualnego wyrobienia Zapolskiej skazywał ją na grube uproszczenia”. Nie jest też prawdą, że „gdyby nie artystyczny sukces tych dwóch dramatów [chodzi o „Moralność pani Dulskiej” i „Panna Maliczewska” – przyp. S.B.] Zapolska, niegdyś uważana za czołową wyrazicielkę naturalizmu, zostałaby zapomniana.”

Otóż Gabriela Zapolska nie jest zapomniana i to nie tylko dzięki „Moralności pani Dulskiej” – która rzeczywiście pozostaje jej dziełem sztandarowym i powszechnie znanym, bo „lekturowym” – ale przede wszystkim z powodu niezwykłej aktualności poruszanej przez nią tematyki, którą jest – z grubsza – dobieranie się do ludzkich przywar: głupoty, zakłamania, małości, obłudy, nieodpowiedzialności, ślepoty, zawiści, pozerstwa, histerii, próżności… (tutaj każdy z nas może sobie dodać kilka swoich własnych wad). A te, niestety, są nieprzemijające. Przy czym ważne – i chyba jednak decydujące – jest to, że język, jakim posługuje się w swoim pisarstwie Zapolska, sprawia wrażenie nowoczesnego, i – wyjąwszy pojawiające się tu i ówdzie archaizmy – w niczym nie przypomina fin de siècle’owej ramoty.

tragedia ludzi głupich

Anna Dolecki i Grzegorz Chiliński

Zapolska jest dla swoich bohaterów bezwzględna i widoczne jest to zwłaszcza w sztuce „Ich czworo”, której już sam podtytuł („tragedia ludzi głupich”) jest symptomatyczny i wymowny. Sama autorka pisze wprost: „W ‚Ich czworgu’ chciałam właśnie dać syntezę ludzkiej przeciętnej głupoty, z którą zmuszeni jesteśmy żyć i się spotykać na każdym kroku”. Co ciekawe, nawiązując do małżeńskiej zdrady i rozpadu rodziny, a jednocześnie okłamywania nie tylko innych, ale i samego siebie, Zapolska pisze o rzeczach sobie doskonale znanych, jakby z życia jej samej wziętych – bo przecież ona sama znana była szeroko jako skandalistka, ze swoimi rozwodami i kochankami, nie przystająca raczej do modelu przyzwoitej, tradycyjnej i stabilnej rodziny, której sama nie była w stanie – z różnych powodów – stworzyć. Być może z tego brało się jej jadowite wręcz wnikanie w samo sedno ludzkich wad i słabości, które przypisywała ona bez wyjątku wszystkim. Być może dlatego całe środowisko mieszczańskie wydawało się jej jedną wielką menażerią filistrów, każde małżeństwo skażone obłudą, każdy mężczyzna predatorem, a każda kobieta manipulatorką.
Pewnie ową totalną mizantropię Zapolskiej psychoanalityk mógłby rozebrać na części pierwsze – wskazując na jej źródła i motywy – ale nawet pobieżna znajomość ludzkiej psyche (oraz biografii Zapolskiej) skłania do wniosku, że autorka projektowała na ludzi głównie swoje własne wady i skażenia charakteru tudzież brała na świecie odwet za swoje nieudane życie. Znała więc całą tę ludzką malady od podszewki – to ją bolało i sierdziło, z tym żyła… i dlatego była – w tym co pisze – taka cięta, wnikliwa, drapieżna, bezlitosna i dosadna. Jako „zbuntowana kobieta” była dla wszystkich nie do zniesienia; jako ekscentryczka – dziwaczna; jako towarzyszka życia – irytująca i przykra… Niespełniona aktorsko i artystycznie wpadała w urojenia wielkościowe (chcąc być np. „sto razy lepszą” od Modrzejewskiej); płodząc dla zarobku trącące grafomanią teksty uważała, że inni (taki np. Sienkiewicz) nie dorastają jej do pięt… etc.

Zapolska forever

A jednak Gabriela Zapolska przetrwała, a jej najlepsze utwory bronią się do dzisiaj przed zapomnieniem, będąc jednak znakomitą literaturą. Dzięki składającemu się z chicagowskich aktorów, nowo-powstałemu zespołowi Polish American Actors Theatre, który za swój debiut wybrał właśnie sztukę „Ich czworo”, wróciłem do pisarstwa Zapolskiej, przypominając sobie kilka jej opowiadań, powieści oraz sztuk teatralnych (polecam zwłaszcza doskonałą adaptację teatru telewizji Skiz, ale też Pannę Maliczewską). I muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ich świeżość – to, że się jednak nie zestarzały i nadal mogą w nas rezonować. Świetne rysy charakterologiczne, żywe i po mistrzowsku prowadzone dialogi, gęsta psychologicznie proza… to wszystko sprawia, że słów Zapolskiej także i współcześnie słucha się z emocjonalnym zaangażowaniem i uwagą.
Oczywiście, że jest to wszystko skondensowane, wybiórcze i przerysowane, ale dzięki temu wyraziste i mimo wszystko wiarygodne psychologicznie. Zapolska swoim talentem potrafi nas omotać, nawet jeśli – stosując przy tym środki przejaskrawione i wyolbrzymioną formę – dotyka nas do żywego, ukazując nam nasze własne cienie oraz chowane skrzętnie wstydy. A mimo tego dostarczając przy tym swoistej satysfakcji, w której najprawdopodobniej jest coś z katharsis. To podobnie jak z gogolowską denuncjacją „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie?”, w której pewien masochizm pozwala widzom na dość przewrotne czerpanie przyjemności z wiwisekcyjnego babrania się w czymś, co przypomina ich własne, bardziej lub mniej utytłane, zbrukane i ochlapane błotkiem wnętrza.
I oto mierzą się z czymś takim nasi aktorzy z Chicago, wystawiając sztukę Zapolskiej „Ich czworo” na deskach Teatru Chopina.

rozterki

Nie roszcząc sobie pretensji do pisania recenzji z tego przedstawienia, chciałbym jednak poczynić kilka uwag, które przychodzą mi w związku z tym do głowy.
Zacznę może od małego utyskiwania: otóż można zauważyć – i myślę, że przyznają mi tu rację sami zainteresowani artyści – że w naszym polonijnym grajdołku trudno jest o recenzje z prawdziwego zdarzenia. Brak jest tekstów krytycznych, bardziej kompleksowych, które by sięgały profesjonalnego poziomu. Najczęściej więc jest to bardziej lub mniej zdawkowa notatka – tekścik niewolny od banału i schematów, którego właściwie jedyną zaletą i funkcją jest pozostawienie śladu po danym wydarzeniu w polonijnych mediach.

Edyta Luckos

Lecz przyczyną jest tu nie tylko brak dobrych piór i publicystyczne lenistwo. W grę wchodzi także – i kto wie czy w nie największym stopniu – to, że… zwykle znajomi piszą recenzje znajomym.
Oczywiście nie ma w tym jeszcze nic nagannego. Mnie samemu zdarzyło się to kilkakrotnie. Schody zaczynają się jednak wtedy, kiedy znajomość (a często nawet zażyłość) tak silnie rzutuje na opinię piszącego tekst, że staje się on po prostu mało wiarygodny. Skądinąd to wszystko jest zrozumiałe, bo przecież każdy z nas jest człowiekiem i kibicowanie „swoim” jest takie… ludzkie.
Jednakże dla mnie, napisanie recenzji dotyczącej twórczości kogoś, kogo dobrze znam (a zwłaszcza kogoś, kogo osobiście lubię) staje się czymś trudnym, czy choćby tylko niezręcznym, i to nie tylko wtedy, kiedy coś mi się nie spodobało, a chcąc zachować uczciwość musiałbym to skrytykować, robiąc komuś przykrość. Zdarzało mi się więc również zaniechanie pisania podobnego tekstu – wolałem swoje uwagi krytyczne przekazać komuś osobiście, a nie obnosić się z tym publicznie.
Tak, trudno jest w tym wszystkim o obiektywizm, a niezależność wymaga zachowania pewnego dystansu, także tego towarzyskiego.
W tych warunkach dochodzi do tego jeszcze pewne ryzyko: jeśli napiszesz coś pochlebnie to możesz być posądzony o kumoterstwo; kiedy zaś wyrazisz się krytycznie – możesz stać się pariasem, a nawet i wrogiem (to ostatnie piszę tak pół żartem, pół serio, bo przecież wiadomo, że przez jakiś tam tekścik świat się raczej nie zawali).

pierwszy plan i tło

Może jednak, po tych wszystkich asekuracjach, przejdę do meritum, czyli napiszę o moich wrażeniach wyniesionych z przedstawienia „Ich czworo”, które obejrzałem w Teatrze Chopina.
Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na spory rozmach tej produkcji, która – mimo że zajmująca się sztuką dość kameralną i angażująca aktorów prowadzących raczej podwójne życie zawodowe, dla których teatr nie jest źródłem utrzymania – robi wrażenie solidnej, noszącej bez wątpienia cechy profesjonalizmu.
W Chicago dość często gościmy polskie zawodowe zespoły teatralne, które zazwyczaj raczą nas przedstawieniami na znakomitym poziomie artystycznym – świetnie zagranymi i mimo dość ubogiej oprawy inscenizacyjnej, atrakcyjnymi, więc chcąc nie chcąc przyjmujemy je za tło naszych lokalnych przedsięwzięć teatralnych, zestawiając i porównując te produkcje ze sobą. I muszę przyznać, że w tym porównaniu nasz teatr polonijny nie wypada tak źle, a w niektórych wypadkach wypada nawet bardzo dobrze. Moim zdaniem „Ich czworo” umiejscawia się gdzieś tak pośrodku, ze zdecydowanym jednak wychyleniem w stronę pozytywów. Dzięki temu obejrzenie tej sztuki sprawiło mi sporą satysfakcję. I chyba podobnie było z odbiorem publiczności, która szczelnie wypełniła salę – i to w każdym z trzech dni, w jakich wystawiana była sztuka.
Wszyscy aktorzy dość odważnie weszli w tekst Zapolskiej, który wymagał od nich pewnej karykaturyzacji postaci. Rodziło to niebezpieczeństwo ich przejaskrawienia, jednak farsowa forma „Ich czworo” okazała się tu buforem, dzięki któremu wyrazista gra aktorów bardziej bawiła, niż raziła, stanowiąc przy tym alibi dla ich – niekiedy zbyt intensywnej, jak na mój gust – ekspresji. To zresztą wynika z charakteru twórczości Zapolskiej, która mimo, że zaliczana jest do (pokrewnego choćby Zoli) naturalizmu, to zawsze posługiwała się niezbyt naturalnymi środkami, obecnymi przecież w każdej karykaturze czy tragifarsie. Pewnie dlatego teksty Zapolskiej z jednej strony mogły być melodramatyczne, z drugiej zaś – brutalne.

ludzka menażeria

Wprawdzie sztuka nosi tytuł „Ich czworo”, to tak naprawdę chodzi w niej o „ich siedmioro”, chociaż pewne postaci mają więcej do powiedzenia (a aktorzy, tym samym do zagrania) niż inne. Grana przez Annę Dolecki Żona wydaje się być w centrum całego tego ko(s)micznego zgiełku, i w sporej części spektaklu to ona właśnie dominuje – zarówno scenę, jak i uwagę widowni (jestem pewien, że nie tylko jej męskiej części, której atencja – zważywszy na wyeksponowaną przez aktorkę kobiecość – wydaje się być jak najbardziej zrozumiała, wręcz oczywista). Anna Dolecki gra kobietę pustą, głupią i zachowującą się obrzydliwie, a jednak – być może dzięki przymiotom pozascenicznym – nie budzącą w nas spodziewanej abominacji czy awersji. (Do końca nie wiem, czy to źle czy dobrze, jednak muszę przyznać, że w mojej pamięci zagrana przez nią postać zapisała się trwale).

Julitta Mroczkowska

Julitta Mroczkowska jest klasą samą w sobie. Na jakiejkolwiek scenie się nie pojawi zwraca na siebie uwagę wszystkich – głównie swoim profesjonalizmem. Z nią każdy reżyser może iść jak w dym, bo może być pewny, że aktorka ta zawsze trafi w sedno. Tak też stało się tym razem, bo Mroczkowska na scenie zaistniała doskonale – z nerwem, ale też i z wdziękiem, mimo że i ona miała do odegrania postać dość żałosną i budząca politowanie.
Co tu kryć, bardzo spodobała mi się Edyta Luckos w roli Panny Mani. Równie przewrotna jak Żona – i podobnie jak ona szafująca swoim sex appealem – obracająca się wokół Męża (nie swojego, of course) jak fryga, usiłująca go omotać… Luckos, nie dość, że była w swej grze koncertowa, to jeszcze potrafiła się przy tym fantastycznie poruszać, z jakąś taką… dynamiczną gracją.
Dobrze też wypadł w roli Fedyckiego Grzegorz Chiliński. Jego „kochanek” to taki „picuś-glancuś”, który za fasadą lekkoducha i bawidamka skrywa zwykłego, pozbawionego honoru hochsztaplera. Też, niestety, wzbudza w nas bardziej rozbawienie niż będącą tutaj bardziej na miejscu irytację. (Dzieje się tak pewnie dlatego, że nie bierzemy tej jego szulerki zbyt poważnie.) Chiliński w wywiadach podkreśla to, że jest aktorem-amatorem, ale moim zdaniem powinien porzucić to wyznanie, gdyż to co robi wcale nie odstaje poziomem od gry jego bardziej zaawansowanych profesjonalnie koleżanek i kolegów.
Marcin Kowalik miał zagrać Męża, człeka osaczonego przez ludzką głupotę i bezbarwne życie, a przez to udręczonego i stłamszonego, więc ten występ nie mógł być fajerwerkiem, a zamiast tego był tym, czym był, czyli objawieniem człowieczka w szarym swetrze (choć jego runięcie na deski/posadzkę Teatru Chopina było jednak dla wielu widzów wstrząsające).
Znakomita była Aldona Olchowska jako służąca. Szkoda tylko, że miała taka mało do zagrania, bo to jest przyjemność patrzeć jak ona się zachowuje na scenie – ze świetną mimiką i gestami, w których była zarówno frywolność, jak i nieodparty wdzięk.
„Pożal się Boże dorośli” są w tej sztuce dorosłymi, więc ich mizeria i degrengolada – ta ich żałosna moral insanity – jest jakby na ich własne życzenie, ale najbardziej tragiczną i godną prawdziwego współczucia osobą w sztuce Zapolskiej jest według mnie Dziecko, czyli kilkunastoletnia dziewczynka, córka Męża i Żony. Wciela się w nią – trzeba powiedzieć, że nader śmiało – Nicole Figlewicz, stając się czymś w rodzaju wyrzutu sumienia w świecie ogarniętym szaleństwem i niegodziwością „dorosłych”.

Polonia ensemble

Mariusz Kotowski, reżyser „Ich czworo”, spadł na Chicago jak meteoryt, założył nową trupę mobilizując tutejszych, bardziej lub mniej aktywnych aktorów, i wraz z nimi – jak również, co warte podkreślenia, z całym zespołem ludzi niezbędnych – w ciągu zaledwie kilku miesięcy zaprezentował polonijnej publiczności spektakl z prawdziwego zdarzenia, mając w zanadrzu następne.
Tak się składa, że w tym samym niemal czasie inny, bardzo się wyróżniający chicagowski zespół o familiarnej nazwie TEATR NASZ pod dyrekcją Andrzeja Krukowskiego wystawił Gombrowicza (nota bene, nie tak dawno wstecz prezentując też z sukcesem „Bal w operze” Tuwima). Agata Paleczny ze swoimi Warsztatami Teatralnymi, dosłownie na dniach przedstawi w Copernicus Center jubileuszowy program „Bajkowe Podróże, czyli wspomnień czar”. Z kolei, pełna ambicji i pomysłów Kinga Modjeska ma nam za kilka tygodni pokazać (pod szyldem Sceny Polonia) mickiewiczowskie „Dziady”. (O bardziej kameralnych wieczorach nawet nie wspominam.)
Tak więc, dzieje się! Ja nie pamiętam w naszym Wietrznym Mieście takiego scenicznego wzmożenia i czadu.
To cieszy, ponieważ nieraz odnosiłem wrażenie, iż polonijni aktorzy, mimo swojego potencjału nie mają po prostu w czym grać – są niedostrzegani i zaniedbywani, a tym samym czują się niedoceniani i niespełnieni. Miejmy nadzieję, że to się wreszcie zmieni, czego wszystkim artystom – a i samej chicagowskiej publiczności – życzę!

znój i afirmacja

Pozwolę sobie jeszcze na koniec wrócić na chwilę do przedstawienia „Ich czworo”, by zwrócić uwagę na to, jak wielkiego wysiłku – i to wielu zaangażowanych osób – wymaga stworzenie podobnego spektaklu. My, ludzie postronni, nie zdajemy sobie z tego tak do końca sprawę, lecz należy to mieć na uwadze i wspierać podobne przedsięwzięcia na różne sposoby. A jeśli stoi za tym prawdziwy walor artystyczny (tak jak w przypadku omawianej tu sztuki) to tym bardziej warto ten trud docenić.
Każdy człowiek potrzebuje afirmacji tego, co robi.
I jeszcze jedna rzecz… wcale nie drobnostka. Otóż chciałbym zwrócić uwagę na niezwykłą fotogeniczność wszystkich bez wyjątku, wystawianych w Chicago spektakli. Jest to zasługą nie tylko reżyserów i aktorów (choć choreografia jest głównie ich dziełem), ale i twórców kostiumów oraz scenografii. Tę fotogeniczność potrafi znakomicie dostrzec i uchwycić – z właściwym sobie artyzmem – np. Krzysztof Babiracki, „nadworny” fotograf TEATRU NASZEGO (mam nadzieję, że się z powodu tego określenia nie obrazi). Wyróżnia się również na tym polu Andrzej Brach, którego szczodre fotoreportaże z przedstawień znaleźć można na stronach internetowych wielu artystów.
Ja sam próbuję zrobić czasem trochę zdjęć, ale uwiązanie do jednego miejsca na sali – do fotelu widza – tudzież niechęć do przeszkadzania sąsiadom, dość mocno moje fotograficzne pole manewru ogranicza. Niemniej jednak udało mi się utrwalić kilka obrazków z przedstawienia „Ich czworo”. I chciałbym nimi mój tekst zilustrować, mając nadzieję, że choć trochę oddadzą one ducha sceny, intencje aktorów oraz atmosferę panującą wówczas w teatrze.

* * *

Fot. Stanisław Błaszczyna

ŚWIATOWID

.

.

Ostatnio stronę Wizji Lokalnej zdominował film, więc proponuję przenieść się do świata realnego i obejrzeć garść moich zdjęć z różnych zakątków globu, które umieszczam sukcesywnie na stronie „Światowid”.

.

.

Wszystkie zdjęcia w oryginalnej wielkości obejrzeć można TUTAJ.

.

„ROMA”

.

„Roma” to prawdziwy fenomen kina ostatnich miesięcy. 10 nominacji do Oscara wzmacnia famę tego niezwykłego filmu. Czy jest on wart tych wszystkich zachwytów?

.

Powrót do przeszłości – bez nostalgii (Yalitza Aparicio w filmie „Roma”)

.

„ROMA” (reż. Alfonso Cuarón)

Nie chciałbym tu powielać wszystkich superlatyw, jakimi (w wielkiej obfitości) obdarzono film Alfonso Cuaróna, napiszę więc o moim odbiorze „Romy” i o tym, co sam w tym filmie dostrzegłem – co mnie w nim poruszyło, a w pewnych momentach nawet uderzyło.
Przede wszystkim, wielkie wrażenie (nawet jeśli ogląda się ten obraz na ekranie monitora) robi forma tego filmu i jego estetyka. To co wykreował na ekranie Cuarón (który był również operatorem zdjęć), to prawdziwe mistrzostwo świata. Obraz jest czarno-biały, ale ma w sobie takie bogactwo tonów i odcieni, że określenie „monochromatyzm” wydaje się tu nie na miejscu, gdyż sugeruje pewne ograniczenie. Niemal każdy kadr, który najczęściej wypełnia szeroka panorama, jest niczym piękna fotografia, którą można oprawić w ramki, powiesić na ścianie i wpatrywać się w nią godzinami. W głowie mi się nie mieści, jak można było osiągnąć takie inscenizacyjne i scenograficzne bogactwo – przenieść nas do Meksyku początku lat 70. i wypełnić plan takim mnóstwem szczegółów – a jednocześnie wszystko to ożywić w zachwycającej kompozycji tak, że wciąga nas to niczym rzeczywistość, która na naszych oczach zamienia się w prawdziwe dzieło sztuki, mimo że pozostaje autentyczna, naturalna i prawdziwa.

Właśnie – mimo, że forma „Romy” jest olśniewająca i doskonała plastycznie, mimo że każdy element obrazu wydaje się wystudiowany i zaplanowany, to jednak nie odnosi się wrażenia, że film jest przeestetyzowany. Dlaczego? Otóż dlatego, że te niezwykłej urody obrazy nie tłamszą emocjonalnej tkanki opowiadanej historii, gdyż w centrum – i tym co najważniejsze – pozostaje człowiek, który w spektakularnym, głośnym i ruchliwym świecie zachowuje swoją prostotę, głębię i prawdziwość uczuć.
Cuarón mówił, że chciał w swoim filmie „uhonorować” czas i przestrzeń. I to mu się znakomicie udało – stąd ten epicki niemal oddech, stąd ta nieśpieszność, stąd tyle w jego obrazie „powietrza” i przestronności, mieszczącej nie tylko zwykłą ludzką krzątaninę wypełniającą leniwie biegnący czas, ale i nagłe wybuchy dramatycznych zdarzeń, które docierają tutaj z „zewnętrznego” świata, bardziej lub mniej wpływając na życie filmowych bohaterów.

Wydaje się, że ryzykowne były (zważywszy na ewentualne znużenie widza) te pierwsze kwadranse filmu, w których właściwie nic szczególnego się nie dzieje, ale później zrozumiałem, że tak właśnie miało być: powoli oswajaliśmy się z bohaterami i miejscem, przesiąkaliśmy jego atmosferą, wyczuwaliśmy na detale, uwrażliwiali na niuanse… To było czymś w rodzaju przedłużonego preludium do tego, co działo się potem, eskalując dramaturgicznie i coraz mocniej oddziałując na nasze emocje.

Reżyser powraca w „Romie” do swojego dzieciństwa. Ukazuje życie rodziny należącej do wyższej klasy średniej, ale największą uwagę poświęca Cleo – służącej, którą ona zatrudnia (Cuarón zadedykował film swojej niani, której odpowiednikiem jest Cleo). Cicha, skromna, ciepła, łagodna, opiekuńcza dziewczyna z sąsiedniej wioski (akcja dzieje się w Ciudad de México, Roma to jedna z dzielnic miasta), wywodząca się z autochtonicznej grupy Indian Mixtec, traktowana jest jak członek rodziny – dobrze i z empatią – niemniej jednak to, jak się zachowuje, i jakie obowiązki musi wykonywać, nie pozwala zapomnieć o jej podrzędnym statusie, wynikającym zarówno z odmienności rasowej, jak i klasowej niższości.

Można by sądzić, że wspominając dzieciństwo, Cuarón podda się w mniejszym lub większym stopniu sentymentalizmowi, ale jego „Roma” nie ma w sobie krzty nostalgii. Mimo obrazowego piękna ukazuje rzeczywistość zupełnie nieuromantycznioną. Zresztą, czy mogło być inaczej, skoro widzimy na ekranie rozpadającą się rodzinę, zachowujących się nikczemnie mężczyzn, klasowe podziały, materialną przepaść, niechcianą ciążę, krwawe zamieszki, kilogramy psich fekaliów, czy wreszcie… fałszującą niemiłosiernie, maszerującą po ulicy, wyglądającą jak chodzący absurd, orkiestrę dętą?

Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że „Roma” nie ma nic z komedii. Co ciekawe, ona nie ma też nic z tragedii – mimo, że więcej w niej goryczy, niż słodyczy. To jest w ogóle film paradoksalny, bo z jednej strony odrzuca on sentyment, a z drugiej wzrusza. Ukazuje rzeczy odpychające, ale jednocześnie mające w sobie jakąś tajemniczą moc atrakcji. Objawia nam piękno, odbijając rzeczywistość, która taka piękna już nie jest, a wręcz przeciwnie.

Spotkałem się z zarzutem, że w „Romie” wszystkie poważniejsze tematy zostały potraktowane zbyt powierzchownie. Bo niewiele się dowiadujemy o walce klas, o ówczesnej sytuacji politycznej kraju, o stosunku Cuaróna do podrzędnej – w sumie degradującej i w jakiś sposób upokarzającej – pozycji jego ulubionej niani… etc. Czy przypadkiem art-housowa konwencja – wynosząca, zdaniem niektórych, film do rangi arcydzieła – nie była ważniejsza od dyskomfortu jaki musiałby wynikać z głębszej analizy psychologicznej i społecznej wypełniającej go treści?

No cóż, to są spekulacje. Ja uważam, że Alfonso Cuarón zrobił film bardzo uczciwy – bez kalkulacji, bez osądzania, ale też bez uchylania się od dotknięcia prawdy. Ten świat, który widzimy na ekranie, to świat widziany po części z perspektywy Cleo, po części z perspektywy nastoletniego chłopca i jako taki nie mógł być społecznym, politycznym czy historycznym traktatem.

Czy „Roma” jest arcydziełem? Nie wiem, choć skłaniałbym się do odpowiedzi twierdzącej. Nie wahałbym się jednak uznać obrazu Cuaróna za jeden z najlepszych filmów ostatnich lat.

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Faworyta”.

CZARNE JEST CZARNE – o filmach „BLACK PANTHER” i „BLACKKKLANSMAN”

.

Wprawdzie Oscary nie są dla mnie wyznacznikiem wartości filmu, to jednak uważam, że wszystkie filmy nominowane do tej nagrody w kategorii Best Picture warte są uwagi i obejrzenia. Tutaj piszę o dwóch z nich – różnych jeśli chodzi o formę, podobnych jeśli chodzi o pewien społeczny problem.

.

Bawiąc się konwencjami, zmieniając ton – posługując się groteską, dramatem i humorem – Spike Lee mówi nam, że rasizm jest ciągle żywy („BlacKkKlansman”)

.

„CZARNE BRACTWO. BLACKKKLANSMAN” („BlacKkKlansman”, reż. Spike Lee)

Podobnie jak „Green Book”, także najnowszy film Spike’a Lee „BlacKkKlansman” nawiązuje do prawdziwej historii, której bohaterami jest czarno-biała para, i również tak niezwykłej, że sprawiającej wrażenie zupełnie niewiarygodnej, wręcz wydumanej i fantastycznej. Ron Stallworth był pierwszym czarnoskórym policjantem w mieście Colorado Springs, jak również pierwszym czarnym, którego przyjęto w szeregi… Ku Klux Klanu. To jednak wymaga pewnego wyjaśnienia: wprawdzie Stallworth otrzymał legitymację KKK (dzięki sile perswazji jaką wykazywał w rozmowach telefonicznych z przywódcami KKK), to w gangu szowinistycznych zakapiorów reprezentował go jego biały kolega z policji Philip (Flip) Zimmerman. Obaj mieli za zadanie infiltrację organizacji i ewentualne unieszkodliwienie planowanych przez KKK zamachów.

Spike Lee niemal obsesyjnie zajmuje się w swoich filmach relacjami między czarną a białą społecznością amerykańską, w centrum umieszczając rasizm i związany z nim konflikt, który staje się nie tylko rdzeniem dramaturgicznym jego filmowych opowieści, ale i źródłem napięcia, wyzwalającego momentami w widzach niezwykle silne emocje. Sam jest przy tym rasowym filmowcem, co po raz kolejny stało się ewidentne w „BlacKkKlansman”, gdzie reżyser bawi się wręcz i żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając przy tym nieustannie ton – od dramatycznego i poważnego, przez dydaktyczny i propagandowy, po karykaturalny, satyryczny czy nawet groteskowy. Emocjonalne spektrum filmu dominuje humor, ale słyszałem, jak Lee protestował, kiedy jego dzieło nazwano komedią, bo dla niego humor jest czymś bardziej „organicznym” i niekoniecznie musi wynikać z powierzchownej zwykle zabawności. W czymś, co jest z gruntu tragiczne, nie może być komizmu, który zawsze zakłada pewną umowność.

Jednakże Spike Lee w swoim filmie nieustannie uświadamia nam, że sam – posługując się czymś tak bardzo umownym jak kino – zajmuje się żywą tkanką rzeczywistości, dotykając jej newralgicznych miejsc. Bo fikcja (również ta, która tworzona jest na ekranie) nieustannie przeplata się z tym, co rzeczywiste i te dwie jakości kreują świat, w który żyjemy, wzajemnie na siebie wpływając. Nie bez kozery Lee rozpoczyna film słynnym zamaszystym ujęciem tłumu rannych z „Przeminęło z wiatrem”, kontynuując go tyradą Baldwina nagrywaną w filmowym studio; pokazuje też fragmenty „Narodzin narodu”, słynnego, podszytego rasizmem filmu Griffitha, który przyczynił się do odrodzenia Ku Klux Klanu; następnie wplata do filmu migawki (postery) nawiązujące do kina Blaxploitation… by zakończyć go mocną codą ukazującą dokumentalne nagranie tragicznego zdarzenia w Charlottesvillle, w którym zginęła kobieta protestująca przeciw zjazdowi „Unite the Right” białych suprematystów w 2016 roku.

Wbrew temu co Spike Lee mówi o zabawności, jego „BlacKkKlansman” ma wiele cech filmu rozrywkowego (o czym świadczą wcale liczne momenty, w którym widzowie reagują śmiechem); wpisuje się też w nurt kina popularnego. To prawda, że film ten może się niekiedy wydawać zbyt płaskim widowiskiem, nieco nachalnym dydaktycznie a jednocześnie sztubackim – z przerysowanymi czy wręcz karykaturalnymi postaciami – ale nie ma w nim ani jednej minuty, która by nużyła, irytowała przesadą czy była „pudłem” reżysera. Wręcz przeciwnie: „BlacKkKlansman” przez ponad dwie godziny nie tylko przykuwa naszą uwagę, ale wręcz fascynuje, bardzo efektywnie działając na nasze emocje; a na samym końcu serwuje nam coś, co odczuwamy tak, jakby nas ktoś walnął obuchem po głowie. Oto nagle ze zgrozą uświadamiamy sobie, że to, co jest fikcyjne na ekranie ma swój przerażający odpowiednik w rzeczywistości; że koszmar, który, jak nam się wydawało, zostawiliśmy w tyle, może do nas w każdej chwili wrócić – i czasami wraca.

A jednak można postawić pytanie, czy ekstrapolacja, jakiej dokonuje Spike Lee – ukazując pewną społeczną patologię i chyba jednak marginalne obecnie zjawisko a następnie sugerując jej szerszy, pan-amerykański zasięg – jest zasadna, odpowiadająca rzeczywistości i nie przesadzona? Czy rzeczywiście w obecnej administracji znajdują się krypto-rasiści z obecnym prezydentem na czele? Czy naprawdę ideologia białego suprematyzmu może się tak bardzo rozprzestrzenić w amerykańskim społeczeństwie, by stanowić realne zagrożenie?

Wreszcie: czy ciągłe odnoszenie się do własnej rasy, podkreślanie swojej odrębności, wiązanie własnej tożsamości z kolorem skóry; ciągłe rozpamiętywanie urazów, krzywd i koszmarów przeszłości, nie wzmacnia resentymentów i nie utrwala rasowych antagonizmów?

Nad tymi i podobnymi pytaniami warto się zastanowić i próbować znaleźć odpowiedzi, mimo, że nie jest to łatwe.

*  *  *

.

Fantazja ku pokrzepieniu czarnyh serc („Black Panther”)

.

„CZARNA PANTERA” („Black Panther”, reż. Ryan Coogler)

Oto nastały czasy, kiedy potomek dość marginalnego ongiś nurtu Blaxploitation (jaki tworzyły różne gatunkowo filmy, których obsadę stanowili nieomal wyłącznie czarnoskórzy aktorzy) staje się nie tylko globalnym blockbusterem (wchodząc do pierwszej dziesiątki najbardziej kasowych filmów w historii kina) ale i kulturowym fenomenem, superprodukcją o 200 milionowym budżecie; „cudownym dzieckiem” Marvel Studios (specjalizujących się w kręceniu nokautujących efektami specjalnymi, opartych na komiksie widowisk); obrazem, który z czarnego czyni super-bohatera, będąc przy tym mieszanką kina akcji, bondowskiego, batmanowskiego, „gwiezdno-wojennego”…. czy wreszcie „lwio-królewskiej” bajki. Na dodatek jest to film, który podoba się nie tylko widzom (i to bez względu na ich kolor skóry), ale i wynoszony jest pod niebiosa przez profesjonalnych krytyków.

No cóż, znowu jestem w mniejszości, bo uważam, iż te zachwyty (zwłaszcza wśród krytyków) są nie tylko przesadzone, ale i powodowane… nazwę to… czynnikami poza-filmowymi, a ściślej: polityczną poprawnością. Innymi słowy: to, że twórcy „Black Panther” są czarni, ma według mnie wpływ na tę zdecydowanie pozytywną, niekiedy wręcz entuzjastyczną ocenę. Ale jeśli ktoś zdaje sobie z tego sprawę, to nie będzie raczej mówić o tym głośno, obawiając się pewnego ostracyzmu.

Jeżeli się nie mylę, to jest w tym coś z rasizmu à rebours. To znak i dowód na to, że spojrzenie z komponentem rasistowskim (zwracanie uwagi na ludzki kolor skóry) nie znika z perspektywy naszego widzenia świata. Bo gdyby tak nie było, to fakt, że film stworzony jest i zagrany przez czarnoskórych ludzi, nie miałby żadnego znaczenia.

Paradoksalnie, do utrwalenia tej perspektywy przyczyniają się – zwłaszcza jeśli chodzi o ten film – sami czarni, gdyż wszystko w „Black Panther” obraca się wokół rasy: to ona definiuje ich człowieczeństwo, to ona stanowi jądro ich moralności – rasa buduje nie tylko ich system etyczny, ale i tożsamość. Niestety, stąd tylko krok do szowinizmu. Z dwóch białych postaci, jakie występują w filmie, jeden jest typowym schwarzcharakterem (zbieżność określenia z kolorem skóry przypadkowa), drugi dość komicznym szpiegiem CIA, do którego w pewnym momencie członkowie czarnego dworu królewskiego zwracają się per „white boy” i „kolonizator” – choć trzeba zaznaczyć, że mówi się to w żartach i w czarnym królestwie Wakandy ratuje się mu życie.

Pisząc o tym filmie warto mieć na uwadze konwencję, jaką się on posługuje. „Black Panther” nie tylko opiera się na komiksie (z całym jego przerysowaniem, fantastycznością, uproszczeniem, minimalizmem treści i obrazkowością), ale jest też rozrywkowym produktem pop-kultury – widowiskiem opierającym się na schemacie super-bohatera oraz walki dobra ze złem; skierowanym raczej do młodocianej widowni, ale też do tych starszych widzów, nie mających większych problemów z zejściem na bardziej infantylny poziom, który może im zapewnić dobrą zabawę, ale niekoniecznie prowokować do myślenia.

Chodzi mi o to, że od takiego widowiska nie można oczekiwać Bóg wie jakiej głębi, filozoficzno-psychologicznej finezji, socjologiczno-politycznej kompleksowości, a tym bardziej realistycznej ścisłości. I jeśli weźmiemy pod uwagę wzięcie jakim cieszy się film wśród tzw. „szerokiej” widowni – to jako taki spektakl „Czarna Pantera” sprawdza się znakomicie. Bo w tym kontekście może w tym filmie imponować wiele: skala produkcji, fantastyczne scenerie, kolorowi bohaterowie, piękni ludzie, efekty specjalne, sceny walk i pogoni… Scenografia, choreografia, a zwłaszcza niesamowite kostiumy, to niewątpliwe zalety filmu (choć do niektórych z tych elementów też można podejść krytycznie – i to bez względu na to, czy się jest zagorzałym fanem „marvelów”, czy nie). Ale wykreowany świat Wakandy (łączący afrykański folklor z super zaawansowaną technologią) robi wrażenie. Fabuła i akcja dostarczają na tyle „mięsa”, by przykuć uwagę widza i zaspokoić jego głód przygody. Przesłanie jest na tyle jasne, że nie trzeba się męczyć intelektualnie. Estetyka pieści oko, egzotyka zdjęć i plastyczna solidność niweluje pojawiające się tu i ówdzie kicz oraz efekciarstwo.

Podsumowując: w swojej konwencji film jest całkiem dobry.

Schody zaczynają się wtedy, kiedy do zawartości myślowej (ideowej) filmu podejdziemy deczko poważniej i mniej umownie. I nie mam tu bynajmniej na uwadze obecnych w „Czarnej Panterze” – dających o sobie znać okazjonalnie – mniejszych lub większych absurdów i niedorzeczności.

O pierwszym antropologicznym problemie filmu już wspomniałem: a jest to gloryfikacja jednej rasy. Nie rozumiem też, jak można w naszych czasach (ponoć najbardziej demokratycznych w dziejach ludzkości) tak emocjonować się ustrojem monarchistycznym? Dlaczego w najbardziej zaawansowanym technologicznie kraju na świecie (a takim była Wakanda) ludzie poza metropolią żyją w takich warunkach, w jakim żyje ludność „trzeciego” świata, a króla wybiera się w morderczym pojedynku przypominającym starcie dwóch osiłków? Film ponoć gloryfikuje „czarne dziedzictwo”, ale to co widzimy w filmie jest zupełnie nieprawdopodobną fantazją, która nawet jako mit nie ma szans się przyjąć, bo jej „afrykanizm” sprowadza się do cudnych strojów, udawanego akcentu, tanecznych pląsów i dziwnego pohukiwania. Nawet fikcja, do tego, aby się przyjąć w powszechnej wyobraźni danej społeczności, potrzebuje bardziej istotnej kulturowej substancji, a nie tak naiwnego afrykano-centryzmu, z jakim mamy do czynienia w tym przypadku.

Ucieczka w iluzję jest czymś doraźnym i nie jest w stanie rozwiązać rzeczywistego problemu, jakim jest rasizm. Daje chwilową gratyfikację, ale jednocześnie fabrykuje coś, co jest tylko substytutem prawdziwego życia – ersatzem odkupienia i zadośćuczynienia. Ale widocznie takie jest zapotrzebowanie nie tylko zbiorowej, ale i indywidualnej wyobraźni.

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Faworyta”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

GREEN BOOK

.

Extremes meet, czyli podróż przez meandry ludzkiej ignorancji, nietolerancji i uprzedzeń (Mahershala Ali i Viggo Mortensen w filmie Green Book)

.

Schematyczność tego filmu jest rozbrajająca, potraktowanie w nim jego głównego społecznego motywu (jakim jest rasizm) prościutkie, dramaturgiczna repetycyjność scen niezmordowana… a jednak „Green Book” nie jest filmem ani banalnym, ani płytkim, ani tym bardziej nużącym (bo ogląda się go z nieustającą uwagą, jak również – mimo gorzkich tonów i niezbyt radosnego tła – z wielką przyjemnością). To prawda, mnóstwo w nim gagów „pod publiczkę”, spotykamy też mnogość elementów, które mogą wręcz definiować pojęcie crowd-plaser – przejrzystość fabularna jest ostentacyjna, przewidywalność scen ciągle obecna, lecz to, co w innym filmie obarczonym tymi wszystkimi cechami mogłoby być degradujące, tutaj obraca się na jego korzyść: zdecydowana większość widzów jest tym obrazkiem wręcz zachwycona (sam tego byłem świadkiem, niezbyt zaskoczony, choć oklaski w kinie wcale nie zdarzają się tak często). I muszę się przyznać – odkładając na bok swój ewentualny art-housowy snobizm – że wśród tych ukontentowanych widzów znalazłem się również i ja.
Myślę, że główna w tym zasługa aktorskiego teamu, który stanowią Viggo Mortensen i Maharshela Ali, grający klasyczną „dziwną parę”. Po angielsku brzmi to (odd couple) jednak lepiej, a ponadto kojarzy się natychmiast z komediową klasyką, jaką stał się film z pamiętnym duetem Jack Lemmonem – Walter Matthau. Nie wiem, czy „Green Book” stanie się też klasyką. Na razie film cieszy się nie tylko popularnością main-streamowej publiczności, ale i stał się pupilkiem różnych takich Złotych Globów, a pewnie też i Oscarów.

Fabuła filmu oparta jest na prawdziwej historii, która sama w sobie jest tak niezwykła, że gdyby była wymyślona, to pewnie scenarzystę posądzono by o zbytnią fantazję. Z grubsza rzecz biorąc opowiada o narodzinach wielkiej przyjaźni między dwojgiem ludzi, których wszystko wydaje się różnić. Don Shirley (Ali) to obdarzony nienagannymi manierami, dystyngowany, delikatny i wysubtelniony – kulturalny, oczytany, znający kilka języków – klasycznie przysposobiony, wirtuoz-pianista (a na dodatek czarny i homoseksualista). Tony Vallelonga (Mortensen) stanowi jego przeciwieństwo: nieokrzesany, prostolinijny, niewykształcony – posługujący się niewybrednym językiem, często zachowujący się grubiańsko czy wręcz brutalnie – wykidajło i kierowca; wychowany w hałaśliwej i dość bigoteryjnej włoskiej rodzinie, przyzwyczajony do życia na nowojorskiej ulicy (nie musimy chyba dodawać, że jest on nie tylko heteroseksualnym macho, ale i uprzedzonym rasistowsko białasem). Ali (jako Dr. Shirley) zatrudnia Viggo (alias Tony „Lip”) w charakterze kierowcy i obaj wybierają się w trasę koncertową na tzw. Głębokie Południe, gdzie segregacja rasowa panuje w najlepsze (czy też raczej ”w najgorsze”), a czarni podróżni posługują się książeczką-przewodnikiem (”The Negro Motorist Green Book”), z której np. mogą się dowiedzieć z jakich restauracji czy hoteli korzystać, a jakich miejsc lepiej unikać. (Na początku lat 60 – kiedy to dzieje się akcja filmu – była to nawet czasem sprawa życia i śmierci.)

Kolosalne wrażenie robi to, w jaki sposób Mortensen przepoczwarzył się w postać będącą takim odskokiem od jego dotychczasowego aktorskiego emploi – nadzwyczaj przecież rozległego i różnorodnego – że ja go w tej roli (wstyd się przyznać) nie rozpoznałem. I to nie chodzi tyko o przybranie kilkudziesięciu funtów na wadze, ale i o nieskazitelny akcent nowojorskiego makaroniarza, zachowanie down-to-earth, pewien prymitywizm, narwanie i mało wyszukany sposób wyrażania się… o pożeraniu niewiarygodnych ilości junk-food i wlewaniu w siebie litrów różnych płynów nie wspominając.
Znakomitą kreację stworzył również Maharshela Ali, choć delikatność, powściągliwość, wyrafinowany styl i dystynkcja postaci w jaką się on wcielił, nie wymagały od niego aż takich aktorskich fajerwerków, jakich dostarczył nam Viggo.

Cały film składa się ze scen, z których każda bardziej jest skeczem, niż dramaturgicznym ogniwem opowiadanej historii, ujętej tutaj w konwencję kina drogi, nadającej całości dość płynnej ciągłości. Komizm tych scen wynika z charakterologicznego kontrastu, jaki stanowią osobowości dwojga bohaterów, wzmocnionego przez ich rasową i kulturową odmienność. Widoczna jest też ewolucja ich wzajemnej relacji – w miarę jak Don Shirley i Tony coraz lepiej się poznają, rozumieją, a w końcu akceptują i zaprzyjaźniają (w rzeczywistości przyjaźń ta trwała przez wiele lat do końca ich życia – obaj zmarli w tym samym 2013 roku). Ponadto – i jest to bardzo istotne dla wymowy filmu – Don Shirley i Tony nie tylko się zmieniają, ale i czegoś ważnego (głęboko ludzkiego) od siebie nawzajem się uczą, i bynajmniej nie jest tylko wzajemna tolerancja.
„Green Book” jest przede wszystkim komedią, ale – jak zresztą w przypadku większości komedii – jest ona podszyta gorzkim smutkiem i ludzką mizerią, która w tym przypadku wynika przede wszystkim z rasizmu. Film Farrelly’ego nie sięga jednak głębi tego problemu – rasizm w jego ujęciu jest bardziej stereotypem niż głęboko zakorzenionym w ludziach złem, z którego rodzi się wzajemna pogarda i wrogość.
A może rzeczywiście rasizm jest czymś płytszym – a tym samym bardziej prymitywnym – niż to się nam wydaje?

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Faworyta”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

„FUGA” – w poszukiwaniu straconego „ja”

.

Poszukując siebie (Gabriela Muskała)

.

Po zaskoczeniu „Powrotem” Magdy Łazarkiewicz na Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago, kolejne zaskoczenie: tym razem najnowszym filmem Agnieszki Smoczyńskiej, która swoim debiutem „Córki dancingu” parę lat wcześniej zwróciła na siebie uwagę off-mainstreamowej widowni kolorową, energetyczną i szaloną historią syrenek, które ni stąd ni zowąd pojawiają się w Warszawie i rzucają w wir nocnego życia stolicy. Eklektyzm „Córek” był niczym nie skrępowany – musical, horror, komedia w jednym. Kampowa publika załapała to w lot, ta bardziej tradycyjna zareagowała z pewnym oporem, nie za bardzo wiedząc o co w tej ekstrawagancji chodzi. A chodziło m.in. o to, że młoda reżyserka już w pierwszej odsłonie popisała się niezwykłą sprawnością w kreowaniu na ekranie świata, który pojawił się w jej wyobraźni.
W „Fudze” również zjawia się nagle w Warszawie postać jak nie z tej planety, lecz trudno byłoby o bardziej odmienną rzeczywistość w jaką ona wchodzi – tak zaskakujące jest w tych kolejnych filmach Smoczyńskiej przejście z jednej tonacji do drugiej – zmiana konwencji, która barwny, gorący i frenetyczny show „Córek” zastępuje szarą, zimną i powolną psychodramą „Fugi”. Można się zastanawiać, czy to tylko popis możliwości zdolnej reżyserki, czy też coś głębszego: wniknięcie w pewną fundamentalną dla każdego człowieka kwestię tożsamości, która może się określić jedynie w relacjach z innymi ludźmi?
Ja obstawiam to drugie.

Początek filmu szokuje i to w kilku wymiarach. Z ciemnego tunelu, po kolejowych torach wychodzi chwiejnym krokiem kobieta w zabrudzonym płaszczu (przypominająca zombie, które właśnie wygramoliło się z grobu), wspina się na peron, kuca i… oddaje mocz na oczach zbulwersowanego tłumu. Już ta pierwsza scena wprowadza ton całego filmu, ustalając nie tylko jego charakter – ciemną paletę obrazu, tajemnicę i niedookreśloność tego, co dzieje się na ekranie; bliską filmom grozy atmosferę zagrożenia i odium szaleństwa – ale i przedstawiając nam główną bohaterkę, która niczym zmaltretowane zwierzę konfrontuje ludzi z odrazą i lękiem, nie zdając sobie sprawy z ich konwenansów i wstrętów.
Okazuje się, że kobieta wskutek jakichś gwałtownych przejść (gwałt, pobicie, wypadek?) straciła pamięć – nie wie kim jest, co się z nią stało i jak się nazywa. Po dwóch latach spędzonych w ośrodku dla nerwowo (psychicznie?) chorych, Alicja (to jej nowo przybrane imię) pojawia się w studio telewizyjnym i podczas programu zostaje zidentyfikowana przez swojego ojca (jako jego córka Kinga). Wraca więc do (odległego od Warszawy) domu i swojej rodziny, którzy są dla niej teraz zupełnie obcymi ludźmi. Jest szorstka, opryskliwa, antypatyczna, czasem wulgarna… zachowuje się nieprzyzwoicie nawet w obecności swojego kilkuletniego syna. Nic więc dziwnego, że nikt w zasadzie nie cieszy się z jej pojawienia – dziecko ją przezywa wyganiając ze swego pokoju, mąż ma nawet pretensje do tego, że wróciła („co ja ci zrobiłem, że mi to zrobiłaś?”), nawet rodzice nie okazują jej żadnego ciepła. Alicja/Kinga postanawia więc wyrobić sobie „papiery” i zaraz potem zniknąć z tego środowiska pełnego niechętnych jej ludzi. Jednakże z czasem zaczyna odkrywać swoje dawne „ja”, ponownie nawiązuje bliższe relacje z mężem, a zwłaszcza z dzieckiem.
Podążamy za zmieniającą się świadomością i osobowością kobiety, wraz z nią poznajemy coraz więcej szczegółów z jej poprzedniego życia; dowiadujemy się wreszcie o okolicznościach w jakich straciła pamięć i postanowiła uciec… de facto nie tylko od własnej rodziny i świata, w którym do tej pory żyła, ale i od samej siebie. (Fuga to po łacinie „ucieczka”, także jednostka chorobowa jaką w niej zdiagnozowano, której pełna nazwa brzmi „fuga dysocjacyjna”. Ale jest to również słowo z terminologii muzycznej, co jest dość istotne, bowiem cały film przypomina pod wieloma względami kompozycję muzyczną.)

A „Fuga” skomponowana jest świetnie. Nie ma w niej zbędnych elementów, zaś te, które są, układają się doskonale w pewnego rodzaju estetyczno-fabularny puzzle, którego monochromatyczność i minimalistyczny soudtrack stanowią tło nie tylko dla psychicznej i fizycznej, lecz również tożsamościowej transformacji głównej bohaterki. Przy czym, mimo że wszystko jest tu przemyślane i precyzyjnie zmontowane, to jednak nie sprawia wrażenia elaboratu.
Film jest dziełem nie tylko Smoczyńskiej, ale przede wszystkim autorki scenariusza a zarazem odtwórczyni głównej roli Gabrieli Muskały, która udowadnia w nim, że jest nie tylko wybitną aktorką (która tą rolą jeszcze bardziej rozszerzyła swoje aktorskie emploi) ale i wielce uzdolnioną scenarzystką. Można powiedzieć, że to ona „niesie” ze sobą cały film, występując praktycznie w każdej niemal scenie. To wokół niej – a ściślej: wokół jej psychicznej przemiany – skupia się cała dramaturgia „Fugi”. To właśnie stworzona przez nią postać jest nośnikiem (sorry za tę przemądrzałość) antropologicznego paradygmatu ludzkiej tożsamości, określanej bardziej przez społeczno-kulturowy topos, niż przez istotność konkretnego człowieka i jego charakter.

To było spore wyzwanie, żeby się w tej aparycyjno-psychologicznej ewolucji głównej bohaterki nie pogubić, dozując przed kamerą zachodzące w niej stopniowo zmiany. Muskała poradziła sobie z tym doskonale, grając tak naprawdę kilka różnych kobiet. Moim skromnym zdaniem to jej należały się Złote Lwy w Gdańsku (choć nagroda dla Grażyny Błęckiej-Kolskiej też mnie ucieszyła).

„Fuga” to dzieło niezwykle dojrzałe, znakomicie radzące sobie z przekazaniem widzowi uczuć i emocji – i to nie tylko za sprawą świetnego aktorstwa, ale i posługując się wszystkimi środkami filmowego przekazu, od tych wizualnych po dźwiękowe, jak np. w genialnej scenie nad brzegiem morza, w której poczuć można grozę i paniczny strach Kingi/Alicji, po zniknięciu jej syna. Zresztą, jest w tym filmie wiele kapitalnych scen, o których można by tu wiele pisać, bo ich symbolika jest przebogata a nastrojowość przejmująca.
Jeśli zaś chcielibyśmy się pobawić w skojarzenia (głównie) stylistyczne, to całość przypominała mi nieco skrzyżowanie obrazów Lyncha, filmu „The Blair Witch Project” i kina skandynawskiego, jednak z wyraźnie polskim obyczajowym zacięciem. W efekcie otrzymaliśmy jeden z najlepszych filmów roku, co przychodzi mi z wielką satysfakcją tutaj stwierdzić.

*  *  *

Obcość wśród swoich (Łukasz Simlat w „Fudze”)

.