KIEDY RZĄD JEST TWOIM WROGIEM – o książce Howarda Zinna „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”

Historię cały czas poddaje się rewizji (z tego powodu nieustannie odnosimy wrażenie, że się ona zmienia, choć przecież to, co się stało w przeszłości nie może ulec zmianie) dlatego warto być świadomym tego, w jakim kierunku te rewizje zmierzają i co je powoduje, gdyż nie tylko wpływa to na naszą teraźniejszość, ale będzie decydować o naszej przyszłości. Niedawno przeczytałem książkę Adama Leszczyńskiego „Ludowa historia Polski” (z moim tekstem na jej temat zapoznać się można TUTAJ), teraz przyszła kolej na pozycję, która była niejako jej wzorem. Chodzi o pracę Howarda Zinna „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”, jaka w ostatnich latach miała wielki wpływ nie tylko na to, jak Amerykanie, zwłaszcza młodzi, postrzegają swoją przeszłość, ale również na ich stosunek do siebie samych. Niestety, nie jestem pewien czy jest to wpływ dobry.

.

      Książka Howarda Zinna ukazała się po raz pierwszy w 1980 roku, natychmiast zwracając na siebie uwagę, jako alternatywna przeciwwaga wobec tradycyjnej, obowiązującej dotychczas narracji historycznej, (którą Zinn nazywa wprost „fundamentalnie nacjonalistyczną gloryfikacją” Stanów Zjednoczonych). Zajmowała się ona niemal całkowicie elitami, establishmentem, polityką mainstreamową, tzw. „mężami” stanu i prezydentami; budowaniem gospodarczej i militarnej potęgi państwa; ludźmi znanymi, bogatymi, posiadającymi władzę; rolą i znaczeniem Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej jako państwa wyjątkowego, niemal zawsze lokującego się po tej stronie słusznej i prawej, broniącego wolności, demokracji, praw człowieka i sprawiedliwości. Wreszcie: opartego na fundamentach stworzonych przez szlachetnych, pełnych dobrej woli Ojców Założycieli, z konstytucyjną mantrą zapewniającą wszystkim obywatelom boskie w swej proweniencji, a więc nienaruszalne prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia.
Zinn argumentował, że jest to w zasadzie historia widziana z perspektywy 1% uprzywilejowanych (białych) amerykańskich elit i garstki ludzi rządzących, która praktycznie pomija 90% społeczeństwa (ludu) i nie zajmuje się w ogóle szerokimi rzeszami ludzi rządzonych: zwłaszcza biednymi, poddawanymi opresji, wyzyskiwanymi, pozbawionymi de facto praw obywatelskich – a takimi byli oczywiście czarni niewolnicy, Indianie, kobiety; marnie opłacani i niemiłosiernie eksploatowani przez magnatów przemysłowych robotnicy – ludzie z najniższych klas społecznych, żyjący w opłakanych warunkach, egzystujący w permanentnej nędzy. Oni wszyscy byli przez establishmentowych historyków ignorowani (obowiązywała perspektywa uznająca porządek ustalany top-down), więc Zinn postanowił stworzyć taką narrację historyczną, która uwzględniła by wreszcie ich punkt widzenia (i znaczenie społecznych przemian typu bottom up). Napisał więc książkę, której wcześniej szukał, ale jakiej nie znalazł, bo dotychczas żaden historyk nie zajął się historią Stanów Zjednoczonych opowiedzianą z perspektywy „ludu”.

       Tak się jednak stało, że to co miało być suplementem i uzupełnieniem („wypełnieniem luki”) dotychczasowych opracowań historycznych, z czasem przeniknęło do edukacyjnego mainstreamu i zaczęło tam dominować („Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” do dzisiaj sprzedała się w ilości blisko 2.5 mln. egzemplarzy, co jest ewenementem, jeśli chodzi o publikację tego typu). Początkowa polemika z tezami zawartymi w książce i jej charakterem została wyparta, a jej miejsce zajęła „jedynie słuszna” narracja (nie tylko historyczna, ale i medialna oraz polityczna) – czego skutków coraz bardziej doświadczamy obecnie. Jeśli więc chcemy zrozumieć to, co się dzieje teraz z amerykańskim społeczeństwem w kontekście fenomenu woke, masowych zamieszek i protestów, obalania pomników, ruchów Me Too, Black Lives Matter i LGBT, aplikacji krytycznej teorii rasy… czyli coraz bardziej ostrego skręcania Ameryki w lewo, to właśnie casus książki (i postawy ideologicznej) Zinna może nam wiele wyjaśnić oraz pomóc w identyfikacji oraz zrozumieniu źródła tych wszystkich zjawisk, które przypominają coś w rodzaju pełzającej rewolucji. Według mnie jest to proces niebezpieczny i w tej rozprawce postaram się wykazać, dlaczego.

       Ktoś może zapytać: dlaczego niebezpieczny? Bo co jest złego w tym, że współczuje się ludziom pokrzywdzonym i solidaryzuje z nimi? Dlaczego mamy pomijać milczeniem niegodziwości tych, którzy posiedli olbrzymie bogactwa (w domyśle: kosztem innych) i mają ogromną władzę (nad „małymi” zwykłymi ludźmi)? Czy zagranicznej polityce Stanów Zjednoczonych (która ma na względzie tylko dobro Ameryki) oraz wszczynaniu wojen przez polityków (którzy zawsze pilnują interesów wielkich korporacji i bogatej elity) należy zawsze przyklaskiwać? Wreszcie: czy domaganie się sprawiedliwości społecznej dla coraz szerszych grup ludzi; otaczanie opieką tych, którzy do tej pory byli (i nadal są) krzywdzeni, ignorowani i wykorzystywani – wzgląd na słabych, dyskryminowanych, wywodzących się z mniejszości etnicznych jest czymś złym?
Oczywiście nie jest. Problemy pojawiają się wtedy, kiedy rzeczywistość zaczyna się przedstawiać tylko w wersji czarno-białej: rządząca i bogacąca się elita to sami niegodziwcy i nikczemnicy (w terminologii komunistycznej: wyzyskiwacze i „krwiopijcy”), zaś ci rządzeni, pozostający w ekonomicznej zależności, to wyłącznie ludzie poddani opresji, wyzyskiwani i krzywdzeni, zwykle będący „nawozem” dziejów. A dzieje się tak dlatego, że system ekonomiczno-społeczny i polityczny istniejący w Stanach Zjednoczonych od początku istnienia tego państwa jest do szpiku kości zły. Naturalnie, krwawicę wysysa z ludzi kapitalizm i rządzące elity podporządkowane interesom 1% stanowionego przez bogaczy.
Taka jest generalnie teza książki Howarda Zinna.
Niestety, jak sądzę, to przesłanie nie bierze się tylko z empatii autora, jego wrażliwości na ludzką krzywdę czy społeczną niesprawiedliwość, ale również (może nawet przede wszystkim?) z jego fiksacji ideologicznej. Bo przecież Zinn – (najprawdopodobniej) były członek partii komunistycznej – nigdy nie ukrywał tego, że jest człowiekiem lewicy („wierzę w demokratyczny socjalizm”), a jego postawa i zachowanie często jednoznacznie wskazywały na to, że jest człowiekiem lewicy radykalnej. Zresztą on sam określił się expressis verbis radykałem.

       Chcę tu być dobrze zrozumiany: ja szanuję ludzi, którzy mają lewicowe poglądy (sam podzielam niektóre z nich), uznaję też ich wagę w społeczno-politycznym dyskursie – pod warunkiem, że nie są one wywrotowe, nawiedzone, radykalne, ślepe i głupie. Toleruję je do momentu, kiedy stają się (jak to się teraz zwykło niezbyt elegancko nazywać) „lewackie”. (Lewak, według mnie, to taka pozerska – często koncesjonowana, zakłamana, oportunistyczna i zmemowana – wersja lewicowca. Swego czasu podobnym tworem dziwolągiem był lewicowiec kanapowo-kawiorowy.)
Nie uważam jednak, że to wszystko, co napisałem przed chwilą o „lewakach”, odnosi się do Howarda Zinna (jest to bowiem człowiek bardzo inteligentny – zbyt świadomy i posiadający szeroką wiedzę), ale że ideologia jaką wyznaje dyskwalifikuje go jako historyka, zaś do jego aktywizmu należy podchodzić krytycznie i ostrożnie.
Gdyż moim zdaniem ideolog nie może być wiarygodnym historykiem. Zwłaszcza nie może być nim ktoś, kto jest bardziej aktywistą niż naukowcem – a kimś takim jest właśnie Zinn. Jego jednowymiarowe i jednostronne – często pozbawione przez to głębi i kompleksowości – przedstawienia historyczne, jakie spotykamy w omawianej tu książce, za bardzo zbliżają się do agitacji, czy wręcz propagandy. Inspirując przy tym lewackie właśnie zachowania, uwodząc pedagogów, indoktrynując dzisiejszą młodzież (o lewicowym wzmożeniu hollywoodzkich „gwiazd” nie wspominając).
Wydaje się, że Zinn robi to w dobrej wierze (nie podejrzewam go o cynizm) usprawiedliwiając swoją, wynikającą z wyznawanej przez siebie ideologii, historyczną metodologię w ten sposób:

  • W świecie głodnym rozwiązań powinniśmy przywitać z zadowoleniem pojawienie się historyka jako uczonego aktywisty, który rzuca się wraz ze swoimi pracami w szalone mechanizmy historii w imię wartości, w które głęboko wierzy. (…) Nie sprzeciwiam się zatem selekcji, podkreślaniu pewnych faktów, są to bowiem [dla historyków] praktyki nieuniknione. Zniekształcenie dokonywane przez historyka ma charakter nie tyle techniczny, co ideologiczny i dotyczy świata rywalizujących wpływów, w którym każdy wybrany rozkład akcentów wspiera czyjeś interesy – ekonomiczne, polityczne, rasowe, narodowe lub płciowe.

       Trudno o bardziej wyrazistą wykładnię stronniczego uprawiania historii przez ideologa, stosującego wybiórczość, ignorującego niewygodne fakty, faworyzującego jedne podmioty polityczne i społeczne kosztem innych… Niestety, przy takim podejściu, śmiechu wartą mrzonką staje się nie tylko obiektywizm, ale i prawda a nawet sprawiedliwość, której pełne usta mają zwykle lewicowcy.
Koniec końców, wszystko wskazuje na to, że Zinn, pisząc swoją książkę, bardziej zainteresowany był tym, aby stała się ona orężem walki klasowej niż tym, by krzewiła historyczną wiedzę. Jest to typowo marksistowskie podejście, które przecież już nieraz w historii (właściwie zawsze) zawodziło swoich wyznawców na manowce.

.

Lawrence Textile Strike, 1912 (Library of Congress)

.

       Artur Domosławski w przedmowie do polskiego wydania „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” pisze: „Opowieść Zinna o Ameryce to opowieść o doświadczeniu podboju i eksterminacji (dużej części autochtonów), a następnie zniewolenia (części mieszkańców uprowadzonych z Afryki), wyzysku i manipulacji. Zniewala, wyzyskuje i manipuluje wąska elita polityczna i gospodarcza, jej ofiarą jest większość Amerykanów. Klasa średnia to bufor oddzielający elitę od biedoty – genialny wynalazek rządzących, gwarant trwałości systemu i jeden z wehikułów amerykańskiego mitu. System utrzymują przy życiu dwa niepodważalne ideały: własności prywatnej i patriotyzmu. Pierwszy gwarantuje elicie dominację. Drugi – stwarza pozór narodowego konsensusu. Zinn uważał, że oba są zakłamane.”

       Podzielam wiele zapatrywań Zinna – zwłaszcza jeśli chodzi o niewolnictwo i długo utrzymujący się na amerykańskiej ziemi rasizm, politykę Stanów Zjednoczonych wobec rdzennej ludności indiańskiej (choć nie nazwałbym jej planową eksterminacją), jego sprzeciw wobec wojny w Wietnamie, jak również solidarność z tymi, którzy walczyli o swobody obywatelskie, prawa socjalne, polepszenie warunków pracy, prawa kobiet… Sam nienawidzę wojny, darzę głęboką niechęcią militaryzm, żywię podejrzenia wobec każdej władzy, odrzucam akceptację imperializmu i kolonializmu, uważam za zbrodnię podbój innych państw i narodów… etc. Jednak mocno polemizowałbym z niektórymi przekonaniami Zinna, na które zwrócił powyżej uwagę Domosławski.
– Na przykład trudno mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że tym co robiła amerykańska elita polityczna i gospodarcza w historii państwa, było głównie wyzyskiwaniem i manipulowaniem większości Amerykanów. Owszem, niektóre aspekty tej dominacji można było tak postrzegać, ale należy na to spojrzeć bardziej kompleksowo, głębiej i z większego dystansu, zachowując przy tym właściwe proporcje. Gdyż było to także budowaniem potęgi gospodarczej Stanów Zjednoczonych, która w konsekwencji zaczęła jednak służyć dobru większości społeczeństwa. Dzięki sile militarnej państwa zwalczono faszyzm. Stany Zjednoczone – zwłaszcza po II wojnie światowej – stały się na tyle krajem dobrobytu – rozwiniętym i cywilizowanym – że budziły zazdrość całego świata. W pewnym okresie nie było chyba na świecie kraju, by tak wielka część społeczeństwa żyła na tak wysokim poziomie materialnego komfortu, ciesząc się przy tym szerokimi swobodami obywatelskimi, czy wolnością słowa. To dlatego na całym globie zaczęto Amerykę naśladować (niestety, najczęściej odbywało się to w sferze pop-kultury i śmieciowego jedzenia), a miliony imigrantów chciało (i nadal chce) za wszelką cenę do Stanów Zjednoczonych zewsząd się dostać – tu żyć i pracować (sam jestem tego przykładem). To również są historyczne fakty, w dużej mierze definiujące amerykańską cywilizację oraz panujący tu system polityczny i ekonomiczny, ale Zinn w całej tej swojej 900-stronicowej cegle nie wspomina o nich ani razu. Zamiast tego możemy u niego natrafić na takie interesujące passusy: „My nie pokonaliśmy faszyzmu, raczej, podstawowe faszystowskie elementy, takie jak militaryzm, rasizm, imperializm, zostały zaabsorbowane przez zatrute już kości zwycięzców.”  Sic! Nic więc dziwnego, że polska (lewicowa) Krytyka Polityczna, która książkę Zinna wydała, swojej prezentacji tej pozycji nadała tytuł: „Faszystowskie Stany Zjednoczone”.
– Dalej: dobrobyt klasy średniej powstał nie dlatego, że rządzący chcieli stworzyć „bufor oddzielający elitę od biedoty” i dlatego można to nazwać ich „genialnym wynalazkiem”. To jest jednak strasznie przewrotna i w rzeczy samej kłamliwa i niemądra supozycja – że ponoć rząd, stwarzając klasie średniej warunki do życia na wysokim poziomie, robił to tylko dlatego, żeby spacyfikować i unieszkodliwić niższą klasę społeczną i odgrodzić się od ludzi żyjących w ubóstwie, zagrażającym „trwałości systemu”.
Owszem, dobrobyt klasy średniej zapewnia w dużym stopniu trwałość systemu, jest również – taki drobiazg przeoczony przez Zinna – jest wykładnikiem bogactwa państwa, w którym ta klasa średnia żyje i prosperuje. Nie jest jednak jakimś „genialnym” (w domyśle: diabelskim bo podstępnym) wynalazkiem rządu i elit umożliwiającym im „manipulację” całym społeczeństwem.
– And last but not the least: „dwa niepodważalne amerykańskie ideały: własności prywatnej i patriotyzmu” nie są bynajmniej „zakłamane” (choć czasem – może nawet często – są tak traktowane i przez niektórych polityków wykorzystywane), ale rzeczywiście stanowią dość ważną gwarancję stabilności sytemu – co przecież nie może być zarzutem, jeśli ów system służy wzrostowi dobrobytu większości społeczeństwa i bezpieczeństwu państwa. Domosławski zwraca uwagę na przekonanie Zinna o „przewrotnej doskonałości amerykańskiego systemu: posiada on tyle zaworów bezpieczeństwa, że głębsza jego transformacja, na przykład w kierunku egalitarnym, jest praktycznie niemożliwa”. Ale najwidoczniej Zinnowi nie przychodzi do głowy, że to, co on uważa za wadę systemu, może być jednak (i w rzeczywistości, jak dotychczas, jest) jego zaletą, zapewniającą ciągłość i stabilność państwa. Choć przy tym wcale nie oznacza jego skostnienia i niereformowalności, o czym również świadczą historyczne fakty.

       I tak dotarliśmy to jeszcze jednej uderzającej cechy książki Zinna: dla niego walka opresjonowanych obywateli z opresyjnym rządem, który jest tych obywateli wrogiem, stanowi nigdy niekończące się continuum dlatego, że niezmienny pozostaje opresyjny w swej istocie system (w domyśle: ustrój kapitalistyczny). Dlatego należy zastąpić go socjalizmem. Kiedy pytano Zinna, czy nie obawia się tych wszystkich złych skutków, gdyby ewentualnie taki ustrój (o jaki on de facto walczy) wprowadzono, Zinn dość rozbrajająco odpowiedział, że on tych złych skutków nie widzi (bo ich teraz nie ma), widzi za to złe skutki działania kapitalizmu (bo te już są). A mnie, wobec tego stwierdzenia, zastanawia ślepota tych, którzy przecież mogą się dokładnie zapoznać ze złymi (tragicznymi wręcz) skutkami działania socjalizmu np. w byłych krajach tzw. „demokracji ludowej”, gdzie idee Marksa (które notabene przeżywają dzisiaj kolejny renesans) starano się wprowadzić w życie. No ale to jest ślepota na własne życzenie – nieuleczalna, bo oporna na ewidencję faktów.

       Jak już napisałem, bliskie mi są niektóre poglądy Zinna – jego odczuwanie niesprawiedliwości społecznej i ludzkiej niedoli; patrzę też podobnie na wiele aspektów amerykańskiej rzeczywistości, ale zdecydowanie nie podzielam jego wiary w demokratyczny socjalizm, a tym bardziej w komunizm. Ten ostatni ustrój uważam w konsekwencji (kiedy uzyskuje sankcję państwową) za tyrański i nieludzki. Zresztą nigdy nie udało się go wcielić w życie w nowożytnej erze funkcjonowania wielkich grup społecznych, bo jest on czystą – czy też raczej brudną – utopią. Gdyby (deklarujący powszechną sprawiedliwość i równość) komuniści przejęli władzę, to byłoby to tak samo tragiczne w skutkach, jak wtedy, kiedy władzę polityczną w państwie przejąłby Kościół Katolicki (głoszący z kolei wszechmiłość). Dlatego nie dowierzam żadnym politycznym deklaracjom, zwłaszcza tym, które głoszą, że Cię bezgranicznie ukochają, zbawią i od wszelkiego zła – ostatecznie i raz na zawsze – wyzwolą.
Jeśli zaś chodzi o demokratyczny socjalizm, to sądzę, że usiłowanie wprowadzenia go w Stanach Zjednoczonych skończyłoby się nieobliczalną katastrofą (dlatego rację miał Donald Trump nazywając Sandersa „Szalonym Bernie” – i piszę to wbrew temu, że był czas, kiedy Bernie Sanders cieszył się u mnie pewną sympatią).

.

Demonstracja w Waszyngtonie w proteście przeciwko „rasowej niesprawiedliwości” oraz „brutalności policji” w związku ze śmiercią zatrzymanego przez policję George’a Floyda (fot. Lucas Jackson/Reuters)

.

       Zarzuty jednostronnego przedstawienia historii Stanów Zjednoczonych w pracy Zinna, jakie pojawiły się zaraz po jej publikacji, okazały się jednak uzasadnione – wbrew zaprzeczeniom autora i jego apologetów, twierdzących, że książka ma być jedynie dodatkiem i uzupełnieniem dotychczasowej narracji historycznej. Jednakże, wobec faktu, że nie tyle zaczęła ona wypełniać lukę i suplementować tę narrację, co ją wypierać – tudzież dominować podejście (w szkołach i na uczelniach, w mediach i polityce) do amerykańskich dziejów – stwierdzić można, iż jeszcze bardziej zniekształciła ich obraz, czy wręcz je zafałszowała.
Przypomnę, co napisał kiedyś Zinn, który uważał (podaję to za Domosławskim), że problemem amerykańskiej historiografii nie są bynajmniej kłamstwa, co przemilczenia: „Gdy mówią ci kłamstwa, można je zweryfikować. Kiedy coś jest pominięte, nie ma jak się o tym dowiedzieć.” Domosławski, który notabene wydaje się spijać każde słowo Zinna, jako prawdę objawioną, tak charakteryzuje intencje tego ostatniego: „[Zinn] nie chciał wyrzucać na śmietnik innych podręczników, pragnął, by nauczyciele w szkołach i na uczelniach sięgali po jego książkę, ukazującą inną, równie uprawnioną perspektywę – w trybie uzupełnienia i skomplikowania nazbyt jednoznacznego, niekompletnego, a przez to zafałszowanego obrazu zdarzeń.”
Jak się jednak okazuje, Howard Zinn sam wpadł we własne sidła, bo właśnie dlatego, że jego podejście do amerykańskiej historii jest zdecydowanie (metodycznie wręcz) wybiórcze, stronnicze, jednoznaczne oraz niekompletne – a przez to pomijające najistotniejsze aspekty (fakty) tej historii i pozbawiające je szerszego kontekstu – to można powiedzieć (stosując optykę Zinna, a nawet jego własne słowa), że  Historia ludowa Stanów Zjednoczonych, której jest autorem, przedstawia zafałszowany obraz zdarzeń.

*  *  *

      Zinn wielokrotnie podkreśla w swojej książce to, że jedność narodowa Amerykanów jest jednością iluzoryczną. Stany Zjednoczone tak naprawdę wcale nie są zjednoczone. Mimo że Ojcowie Założyciele głosili jedność całego narodu – co nawet zapisano w stworzonej przez nich Deklaracji Niepodległości i w Konstytucji – to w rzeczywistości tej jedności nigdy nie było. Mało tego, ów brak jedności jest ciągle podtrzymywany przez elity rządzące. Jeśli istnieje jakaś jedność, to jest to „sztuczna jedność bardzo uprzywilejowanych i nieco uprzywilejowanych” i jest ona „jedyną formą solidarności w społeczeństwie”. „Innymi słowy – pisze dalej Zinn – 99 procent społeczeństwa powinno pozostać podzielone na niezliczone sposoby i dawać upust swojej frustracji, walcząc między sobą”.
Oczywiście Zinn ma wiele racji – tak postępują często politycy – ale to nieprawda, że istotą i rdzeniem amerykańskiego narodu jest brak jedności, permanentna wrogość, walka i konflikt. Naturalnie ścierały się tu (i nadal ścierają) różne grupy interesów i poglądy, ale państwowa ciągłość Stanów Zjednoczonych oraz utrzymująca się tu mimo wszystko tożsamość narodowa jest dowodem na to, że Amerykanie z czasem wyzwalali się z dzielących ich podziałów, a ogromna ich większość zaaprobowała występującą w Stanach – jak chyba w żadnym innym kraju na świcie – różnorodność etniczną i kulturową czy wreszcie rasową (wbrew ostatnim pomówieniom ze strony lewicy, że nadal szaleje tu rasizm, który na dodatek jest „systemowy”). Lecz Zinn twierdzi, że każdy amerykański rząd jest nikczemny, podstępny, zakłamany i działający w złej sprawie, i aby to udowodnić posuwa się do takich np. kuriozalnych przykładów: „Jakże sprytnym rozwiązaniem jest wożenie autobusami ubogiej czarnoskórej młodzieży do szkół w dzielnicach białej biedoty, by zrodzić między nimi konflikty”. Czyli, według Zinna, nie robi się tego dlatego, żeby społeczność integrować i wzajemnie asymilować, a wprost przeciwnie: żeby ją konfliktować, bardziej podzielić i zantagonizować. Sic!

       Ostatnie wydarzenia i rozwój sytuacji w Stanach Zjednoczonych wskazują jednak na to, że następuje zwrot w kierunku zwiększania i zaostrzania podziałów w społeczeństwie, ale ma to zupełnie inne przesłanki i źródła, niż te, o których mówił Zinn, umieszczający przyczyny tych podziałów w jądrze amerykańskiego systemu ekonomicznego i politycznego. Moim zdaniem wynikają one z czegoś zupełnie innego – i jest to zjawisko socjologiczne mające bardziej podłoże psychologiczne, niż ustrojowe czy ekonomiczne.

       Aby to wyjaśnić, pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż wszystko wskazuje na to, że jesteśmy zaprogramowani na trzymanie się jednej strony jakiejś kulturowej narracji (wywodzącej się z religii, polityki, etnicznego backgroundu, rodzaju edukacji… z wszystkiego, co konstytuuje naszą osobowość i światopogląd). To właśnie dlatego fakty zwykle nie zmieniają naszego sposobu widzenia świata – naszego postrzegania rzeczywistości czy też podejścia do prawdy. Nasza „prawda” jest więc często tylko przekonaniem lub zaledwie przypuszczeniem. Tak naprawdę nie widzimy rzeczywistości, tylko jej przedstawienie, które z kolei interpretujemy, przepuszczając to przez filtr naszej percepcji. Wszyscy żyjemy we mgle mitów – również tych historycznych – zwanych kulturą. A teraz, w dobie masowej (dez)informacji, ta kultura staje się coraz bardziej rozcieńczona i zafałszowana, przez co mamy wrażenie, iż żyjemy w jakiejś erze zagmatwania i post-prawdy.
Według mnie tym właśnie można wytłumaczyć to, co się dzieje obecnie z ludźmi nie tylko w Ameryce, ale i w innych krajach – coraz bardziej podzielonymi i od siebie odseparowanymi – zamykającymi się w swoich bańkach, okopującymi się na własnych pozycjach. Z gniewem reagującymi na poglądy inne, niż wyznawane przez nich samych. Nietolerującymi innego zdania, czy odmiennych opinii i dlatego usuwającymi reprezentujących je ludzi ze swojego pola widzenia, wyrzucającymi ich poza krąg własnego doświadczania świata, bo ci burzą im spokój obrazów tworzonych przez przyjęte już przez nich fikcje i własne iluzje. To dlatego tak ławo jest ludźmi manipulować, antagonizować ich i dzielić. Ponadto, wojna idei – jak każda wojna – jest bardziej destrukcyjna, niż konstruktywna, a jej pierwszą ofiarą jest nie tylko święty (s)pokój, ale i rozum.
Stąd właśnie bierze się „cancel culture” – kultura wykluczania, która jest niczym innym, jak pseudo-kulturą zamykania się i ograniczania (często ogłupiania) na własne życzenie. Nie ma już żadnego dialogu – jest tylko obrzucanie się inwektywami i memami, które odbijają się od obrzucanych, jak ten groch od ściany.
Zjawiska te zaczęły obejmować wszystkie sfery kultury, przenikając do polityki i mediów, a nawet do ekonomii, czy też właśnie do szkół, uczelni i systemów nauczania – w tym nauczania historii. „Wyszły” też na ulice – o inwazji tzw. „społecznościowych” forów nie wspominając.

Martin Luther King: „Wszystko, co widzimy, jest cieniem rzucanym przez to, czego nie widzimy”

.

       Najwięcej miejsca i uwagi w „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” poświęca jej autor buntom i protestom ludzi, którzy czuli się w jakiś sposób pokrzywdzeni – zniewolonych czarnoskórych, wyzuwanych z ziemi autochtonów, pozbawionych praw obywatelskich i zepchniętych na margines społeczny kobiet, nisko opłacanych i eksploatowanych do granicy fizycznej wytrzymałości robotników, pomiatanych przez oficerów szeregowych żołnierzy, czy przetrzymywanych w nieludzkich warunkach więźniów. Trudno się nie solidaryzować z Zinnem w tym pochyleniu nad autentyczną ludzką krzywdą.
W książce mamy też szeroki opis ruchów robotniczych, zakładania i działania przeróżnych, bardziej lub mniej radykalnych partii socjalistycznych, także komunistycznych, przy czym autor w żadnym miejscu nie wyjaśnia dlaczego partie te nigdy nie zdobyły szerokiego poparcia w społeczeństwie. O tym, że związki zawodowe, które – zwłaszcza w początkach swojej działalności – wywalczyły dla robotników lepsze warunki pracy, prawa socjalne i podwyżki płac, ale z czasem zamieniły się w para-mafijne organizacje dbające tylko o swoje wpływy i apanaże, lekceważące położonych niżej w hierarchii związkowej członków, Zinn wspomina jakby mimochodem.
Nader rzadko wtrąca sugestie, że również kapitaliści – elita rządząca i przemysłowa magnateria – starała się niekiedy polepszyć, czy nawet zreformować system na korzyść robotników. W zupełności pomija działalność bogatej elity na rzecz społeczeństwa, ich wkład w kulturowy rozwój kraju czy polepszenie warunków socjalnych, w jakich żyły klasy niższe.
Nie wyjaśnia też – o czym już wspomniałem – powodów, dla których miliony ludzi z całego świata emigrowało do Stanów Zjednoczonych, by się w nich osiedlić i pracować. Czyżby nie odstraszał ich panujący tu kapitalistyczny wyzysk i rząd, który był ich wrogiem? Nie wymagam już od Zinna, aby napisał coś o tym, dlaczego nikt z tych ludzi nie chciał emigrować do krajów socjalistycznych, gdzie panował ustrój przez niego przecież preferowany. Cóż, często całe rzesze ludzi „głosują” nogami.
Zanim jednak zakończę tę rozprawę, której obszerność wymknęła się nieco mojej kontroli, muszę jeszcze raz zaznaczyć, iż gdyby przyszło mi się opowiedzieć po czyjejś stronie w tym wysiłku ludzi dążących do poprawienia swojego bytu i wyegzekwowania prawa życia w godziwych warunkach, jaki miał miejsce w amerykańskiej historii, to byłaby to ich strona.

       Rzecz, którą piszę, ma dotyczyć książki Zinna, więc nie mam tu miejsca na analizę tego, co dzieje się obecnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie establishment (polityczny, korporacyjny, medialny, administracyjny) pod lewicowym przybraniem umacnia tylko swoją pozycję, mamiąc społeczeństwo, kreując w nim nowe – i zaostrzając istniejące już – podziały, podrzucając ludziom kości niezgody, jakimi są bez wątpienia istotne dla bezpośrednio zainteresowanych, ale mało istotne w ekonomiczno-społecznej makro-skali tematy zastępcze (BLM, LGBT, aborcja, domniemana „dyskryminacja” kobiet… etc.) A przy okazji pogłębiając ekonomiczną przepaść dzielącą klasę najwyższą od reszty społeczeństwa, cały czas powiększając swoje – i tak już obsceniczne – bogactwo.
Skonstatuję tylko, że podczas gdy poprzednie protesty społeczne dotyczyły spraw naprawdę ważnych i realnie istotnych – zwykle były też one jak najbardziej uzasadnione – to obecnie coraz bardziej stają się oderwane od rzeczywistości, co ma swoje źródło w zniekształcaniu tej rzeczywistości przez media i polityków – poprzez stosowaną przez nich bardziej lub mniej cyniczną manipulację i granie na ludzkich emocjach.
Niestety, „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna, nie przyczynia się według mnie do zmiany tego stanu rzeczy, a wręcz przeciwnie: umacnia jednostronne, czarno-białe widzenie rzeczywistości i wynikające stąd antagonizmy, jak również zaburza prawdziwy obraz amerykańskich dziejów, który jest znacznie bardziej kompleksowy, niż widzi to – i przedstawia – radykalna lewica.

*  *  *

POST SCRIPTUM
Tutaj mała uwaga. Zdaję sobie jednak sprawę z pewnej archaiczności powyższej recenzji/polemiki/krytyki. Nie tylko dlatego, że od ukazania się po raz pierwszy książki Zinna upłynęło wiele lat i od tamtego czasu zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na świecie zmieniła się sytuacja polityczna – doszły nowe problemy i nastąpiły różne przetasowania (także te związane z pandemią), ale również z tego powodu, że używane przeze mnie pojęcia kapitalizm, prawica czy lewica uległy od tamtego czasu dość gruntownej transformacji. Zwłaszcza w przypadku kapitalizmu czy lewicy przestały być moim zdaniem adekwatne do tego, z czym mamy do czynienia w teraźniejszości. Podczas gdy dawna lewica zajmowała się głównie kwestiami klasowo-ekonomicznymi, to teraz jej działanie przypomina bardziej wojnę obyczajowo-kulturową. Neoliberalizm wzmocnił globalną siłę sprawczą kapitału, o którym zaczęły decydować ponadnarodowe korporacje i międzynarodowe agencje finansowe (system bankowy) w sprzężeniu z politykami i rządami państw, bez względu na to, jaki wpływ ma na nie „prawica”, „lewica”, „narodowcy”, „liberałowie”, „socjaliści”… etc. Sądzę, że to jest właśnie największym zagrożeniem dla społeczeństw w skali globalnej, choć z drugiej strony może też się przyczynić do zbalansowania różnic dzielących kraje biedne od bogatych. Niestety, to ostatnie wydaje mi się dość niepewne i zwodnicze, bo jak na razie uderza ciągle powiększająca się przepaść między bardzo wąską i bogatą elitą a resztą społeczeństwa, coraz bardziej uzależnioną od decyzji nielicznej – w rzeczywistości ponadnarodowej – grupy posiadającej ogromne zasoby finansowe, a tym samym i władzę. Generalnie rzecz biorąc trudno jest przejrzeć i zdiagnozować wszystkie te procesy zachodzące we współczesnym świecie.

       O tej kapitałowej „lepkości” wobec krajów różniących się politycznie czy ekonomiczne, pisałem w jednym z poniższych komentarzy (stosując naturalnie pewne uproszczenia):
Świat przejmują jak najbardziej kapitalistyczne korporacje (wraz z finansjerą), które wykorzystują każdy sposób, (w tym przybrania lewicowo-progresywne – jak np. w Stanach Zjednoczonych), nacjonalistyczno-populistyczne (jak np. w Brazylii, czy Indiach), biurokratyczno-socjalistyczne (jak np. w Unii Europejskiej), czy pseudo-komunistyczne (jak np. w Chinach) by powiększyć swoje zasoby i wpływy, a tym samym poszerzyć i wzmocnić swoją władzę.
Z tego powodu rządy w każdym z tych krajów żyją właśnie w „konkubinacie” z kapitałem – korporacjami i bankami, które wszystko smarują i napędzają. Jesteśmy już tylko przedmiotem, nie podmiotem – jak sami się łudzimy i jak nas łudzą inni, wmawiając nam, że nadal żyjemy w demokracji.
Tak naprawdę, to kapitalizm – po okresie prawidłowego w pewnym sensie rozwoju – obecnie się „wypacza” (podobnie jak „wypaczył się” wolny rynek, liberalizm, korporacjonizm, liberalna demokracja…) przyjmując formę, którą trudno jest przejrzeć i ogarnąć, nawet ekonomicznym ekspertom. To dlatego nasza przyszłość jest tak niepewna. Ale czy tak nie było w cywilizacyjnych dziejach całej ludzkości?

.

ANGKOR WAT – boskość, znój, kamienie i dżungla

Największa budowla religijna świata, otoczona polami ryżowymi i dżunglą, obiekt fascynacji dla ludzi wielu kultur, przedmiot dumy mieszkańców Kambodży, oblegana przez miliony przybyszów z wszystkich zakątków naszego globu, budząca respekt architektów i podziw artystów, intrygująca naukowców i historyków, wymagająca życiowego poświecenia od jej badaczy – zagadkowa, tajemnicza, zdumiewająca ANGKOR WAT.

.

Angkor Wat o wschodzie Księżyca, tuż przez wschodem Słońca

.

       Podobnie jak potężne egipskie piramidy w Afryce, czy imponujące miasta Inków, Majów i Azteków w Ameryce Południowej, to właśnie tajemnicze, oplecione korzeniami drzew, zagubione w dżungli ruiny kamiennych świątyń Khmerów w Azji budziły coraz większą fascynację Europejczyków – w miarę jak nasza (europejska) żądza kolonialnych podbojów i eksploatacji egzotycznych ziem oraz zamieszkujących je ludów ustępowała miejsca chęci poznania starożytnych kultur i cywilizacji, które mimo swego upadku i zagubienia w mrokach dziejów, zostawiły świadectwa swojego architektonicznego i artystycznego geniuszu.

       Angkor Wat jest najsłynniejszą z tych świątyń – a przy tym najlepiej zachowaną – choć popularne skojarzenia z dżunglą i drzewami „duszącymi” zrujnowane od wieków świątynie, odnoszą się raczej do obrazów innych budowli, zwłaszcza do Ta Prohm (w samym Angkor Wat tego zjawiska raczej nie uświadczymy). Podobnie błędne jest zawężanie się tych powszechnych wyobrażeń tylko li do Angkor Wat. To prawda, że budowla ta jest prominentna, ale to zaledwie jedna z wielu świątyń powstałych podczas zdominowania półwyspu Indochińskiego przez Imperium Khmerów, którego lata tzw. „świetności” przypadały mniej więcej na wieki od IX do XIV.

       Może niezbyt elegancko jest to pisać, ale bez powierzchownej choćby wiedzy o khmerskich świątyniach i ich twórcach, jesteśmy niczym ten wół, co to się patrzy na malowane wrota i nie ma większego pojęcia jak, co, kto, po co, kiedy, dlaczego – i z czym to się je. Niestety, podejrzewam, że odnosi się to do lwiej części tych milionowych rzesz turystów nawiedzających ostatnio Angkor.

       Cóż, jest oczywiste, że nie chciałem być takim „wołem” – ignorantem, więc postarałem się „przeorać” jak największą ilość dostępnych mi źródeł, zapoznać się z wieloma artykułami, obejrzeć kilka filmów, przeczytać parę książek… i podzielić się tutaj choćby tym, co uważam za najbardziej istotne dla ogarnięcia fenomenu Angkor Wat, cały czas mając świadomość tego, że moja wiedza nadal jest mocno ograniczona, choć rzucająca pewne światło, pozwalające mi na napisanie tego tekstu.

Ta Prohm

.

WIDOK NIE DO OPISANIA

       W Europie po raz pierwszy zaczęło się więcej mówić o Angkor Wat po opublikowaniu w 1863 roku dzienników i rysunków francuskiego podróżnika i naturalisty Henri’ego Mouhota (trochę to śmieszne, że uznano go wtedy za „odkrywcę” Angkor Wat) który kilka lat wcześniej dotarł do Angkor i oniemiał na widok tego, co tam zastał. Na szczęście swój zachwyt i admirację mógł zapisać w dzienniku, porównując twórcę świątyni do Michała Anioła, zaś samą budowlę do najwspanialszych europejskich dzieł architektury. „Jest większa niż cokolwiek zostawiły nam Grecja czy Rzym” – pisał Mouhout, ale niestety, jeszcze w tym samym zdaniu dodawał: „… i stanowi smutny kontrast z barbarzyństwem, w jakim pogrążony jest teraz ten naród.” W innym zaś miejscu dodawał: „Widok tych majestatycznych ruin budzi głęboki podziw, ale trudno powstrzymać się od pytania, co stało się z tą potężną rasą, tak cywilizowaną, tak oświeconą – z autorami tej gigantycznej pracy.” (Wszystkie tłumaczenia z języka ang. własne.)

       Właśnie: co się stało, że ponad pół tysiąca lat temu wszystkie świątynie (a było ich ok. 700) zostały porzucone, otaczające je miasta opustoszały i zaczęły zarastać dżunglą – i że bezpowrotnie zniknęły obrazy imperialnej i monarszej świetności, jak chociażby ten, opisywany przez chińskiego wysłannika i dyplomatę Zhou Daguana, który pod koniec XIII wieku przez rok mieszkał w Angkor Thom, mieście wybudowanym za czasów panowania króla Dżajawarmana II, w czasach największej prosperity Imperium (notabene Angkor Thom był wówczas największą metropolią świata liczącą ok. miliona mieszkańców):

       „Kiedy nadchodzi król, na czele jego eskorty idzie wojsko, następnie podążają flagi, transparenty i muzyka. Za nimi widać grupę dworek, w liczbie od 300 do 500, ubranych w ozdobione kwiatami szaty, z kwiatami we włosach, trzymających w dłoniach świece. Nawet w jasnym świetle dziennym świece są zapalone. Za nimi idą inne pałacowe kobiety, niosąc lance i tarcze, dalej prywatna straż króla, następnie powozy ciągnięte przez kozy i konie, a wszystko to w złocie. Potem kroczą ministrowie i księżniczki usadowione na słoniach. Przed nimi można dostrzec, nawet z daleka, ich liczne czerwone parasole. Następnie pojawiają się żony króla i konkubiny w palankinach i wozach, na koniach albo na słoniach. Mają one więcej niż setkę parasoli, które całe są w centkach ze złota. W końcu pojawia się stojący na słoniu władca, ze swoim świętym mieczem w dłoni. Kły jego słonia okute są złotem.”

       Kiedy prawie 300 lat później (1586 r.) do miasta Angkor Thom dotarł portugalski misjonarz Antonio de Magdalena, okolica była już prawie wyludniona, ale nadal zrobiło na nim wielkie wrażenie to, co zostało z khmerskich miast i świątyń, a zwłaszcza z Angkor Wat. Wiemy to z przekazu jego towarzyszy, którym opowiedział on o swojej podróży do Kambodży, zanim zginął płynąc na statku, który się rozbił na Oceanie Indyjskim: „W odległości pół ligi od miasta znajduje się świątynia. Ma ona tak niezwykłą strukturę, że nie sposób jest opisać ją piórem. Jest jak żadna inna budowla na świecie, posiada wieże i dekoracje oraz wszelkie doskonałości, jakie tylko ludzki geniusz zdolny jest stworzyć.” Warto dodać, że Antonio w świątyni Angkor Wat zastał wtedy buddyjskich mnichów, którzy zresztą bywali w niej do czasów nam współczesnych, odprawiając tam swoje rytuały.

       Cóż, Francuz Mouhot, wieki później, z charakterystyczną dla Europejczyka tamtych czasów wyższością, w żyjących obok Angkor Wat ludziach zobaczył już tylko „barbarzyńców”. A przecież stanowili oni nadal ten sam naród.

       Można tylko ponowić pytanie: co się z tymi ludźmi – i ich królestwem – stało?

Jedna z „twarzowych” bram prowadzących do miasta Angkor Thom

.

BÓG WSTĘPUJE NA TRON

       Oczywiście, jak przed każdym upadkiem, był wzlot. To, w jaki sposób Khmerowie zbudowali swoją potęgę jest jeszcze bardziej ciekawe, jak to, co spowodowało schyłek i ostateczne załamanie się ich Imperium. Zanim o tym wszystkim opowiem chciałbym zwrócić uwagę na bardzo istotną sprawę, a mianowicie na wpływ kultury hinduskiej na Khmerów, których wierzenia religijne, mitologia, ikonografia, sztuka i architektura – jak również kastowy podział społeczeństwa – wywodziły się wprost z Indii i zaważyły generalnie na rozwoju ich cywilizacji. Można stwierdzić, że Khmerowie byli silnie zhinduizowani, a dotyczy to zwłaszcza khmerskich elit, które nawiasem mówiąc posługiwały się sanskrytem, podobnie jak średniowieczna śmietanka intelektualna, scholastyczna i arystokratyczna łaciną. Jeśli chodzi o religię, to wyższe warstwy społeczeństwa przejęły hinduizm, zaś niższe buddyzm (utrzymując przy tym pewne elementy odwiecznych wierzeń animistycznych) – i ten podział okaże się dość istotny dla ich dziejów.

       Początek Imperium Angkor umieszcza się za czasów panowania Dżajawarmana II, a konkretnie w roku 802, kiedy to władca ten poddany został rytuałowi dewaradży – mistycznej ceremonii, łączącej go z hinduskim bóstwem Sziwą, dzięki czemu stawał się on królem-bogiem, a jego władza uzyskiwała nie tylko boską legitymizację, ale i sama nabierała transcendentnych atrybutów boskości i mocy maharadży – „Władcy Uniwersum”. Wystarczyło, że do Dżajawarmana II przybył hinduski bramin i na świętej górze – podczas długiej konsekracji – obdarzył króla lingą, w której rezydować miała esencja królewskości łącząca go z Sziwą (zwykle lingę kojarzy się z symbolem fallicznym, ale jej znaczenie wykracza daleko poza to wyobrażenie, podobnie jak połączenie lingi z symbolem joni, którą większość laików utożsamia z waginą).

       Jeszcze przed tym rytuałem, Dżajawarman II, stosując głównie przemoc, zaczął unifikację wielu państw-miast. Bo trzeba wiedzieć, że miejsce obecnej Kambodży okupowane było wówczas przez małe ośrodki władzy, zwykle toczące ze sobą wojny, lecz kiedy Dżajawarman II stał się królem-bogiem, ich opór przed uznaniem go za dominującego nad wszystkim i suwerena, drastycznie zmalał, no bo kto chciałby się (kopać z bogiem) narażać bóstwu? Piszę to bez żadnej ironii, bowiem wśród badaczy i historyków panuje dość powszechna zgoda, że właśnie boski status Dżajawarmana II tudzież wszystkich następujących po nim władców Imperium Angkoru, umożliwił konsolidację całego społeczeństwa. Wiara (w boskość króla) czyniła cuda, jeśli chodzi o podporządkowanie się poddanych królewskiemu autorytetowi i skuteczność kontroli nielicznej w sumie elity khmerskiej arystokracji – z królem-bogiem na czele – nad całą populacją. Bez tego najprawdopodobniej nie tylko niemożliwe byłoby rozszerzenie królestwa na tak wielką skalę, zbudowanie jego potęgi, utrzymanie autorytarnej władzy, ale i konstrukcja gigantycznego systemu nawadniania pól ryżowych (można chyba powiedzieć, że Khmerzy ujarzmili monsun), czy wreszcie budowa wielkich kompleksów miejskich, setek świątyń dużych i małych, w tym potężnej Angkor Wat.

       Począwszy od IX w. państwo Khmerów rosło w siłę, rządzone przez lepszych i gorszych władców (wśród nich wyróżnił się zwłaszcza panujący w latach 889 – 915 Jaśowarman I, zwany też królem trędowatym), którzy jednak cały czas toczyli wojny z sąsiadami (Czamami na wschodzie, Syjamczykami na zachodzie), walczyli też z sobą o sukcesję. Lecz mimo tych zawirowań i niestabilności (stolicę państwa przenoszono dziesiątki razy), królestwo Angkor nigdy się nie rozpadło. Mało tego, kolejni władcy budowali coraz więcej świątyń, a co najważniejsze: stopniowo tworzyli niezwykle rozbudowany, niesłychanie przemyślny system kanałów, tam, wałów i zbiorników wodnych (największy z nich, tzw. zachodni baraj miał długość 8 km, a szerokość 2 km), który pozwalał im gromadzić wodę w czasie monsunu i dystrybuować ją w porze suchej.

Budowniczy Angkor Wat, król Suryavarman II na tronie (relief świątynny)

.

WIELKIE BUDOWANIE DŻAJAWARMANA

       Apogeum – jeśli chodzi o siłę militarną, pozycję polityczną i wpływy, ilość miast i wiosek, liczbę mieszkańców, zasobów materialnych i bogactwa – Imperium Khmerów osiągnęło w latach 1113 – 1150, za czasów panowania Surjawarmana II, uznawanego przez niektórych za największego z khmerskich królów, po części chyba też dlatego, że to właśnie on był budowniczym Angkor Wat. Do swojej potęgi doszedł Surjawarman II także dzięki wygranym kampaniom wojennym (choć i parę klęsk też mu się po drodze trafiło), ale też poprzez zawiązywanie skutecznych sojuszów, zawieranie właściwych małżeństw, nadawanie ziemi i przywilejów.
Poza tym, często podaje się trzy kardynalne przyczyny sukcesu Imperium w tym czasie: boski status króla zapewniający mu dominację nad poddanymi, sprawne ściągnie podatków i wspomniany już kilkakrotnie, genialnie rozbudowany system nawadniania – regulacja gospodarki wodnej, dzięki której ziemia Khmerów okazała się ryżowym Eldorado, umożliwiając nawet kilkakrotne zbiory w ciągu tego samego roku. Dochodziły do tego: uprawianie i kontrola handlu między dwiema potęgami tamtego czasu, czyli Indiami i Chinami (nie bez kozery Półwysep, na którym leży Kambodża zwie się Indochińskim), bowiem przez terytorium Khmerów – i w jego pobliżu: na południu, w delcie Mekongu – przebiegały wówczas główne szlaki handlowe między Wschodnią i Zachodnią Azją. Leżące w pobliżu Angkor Thom olbrzymie Jezioro Tonle Sap z nieprzebranym bogactwem ryb, dopełniało ten lukullusowy obrazek.

       Imperialna sielanka została wszak przerwana w czasie rządów dwóch następnych królów (rebelie, najazdy Czamów, pożary, destrukcja, klęski wojenne, intrygi i mordy), ale kiedy pod koniec XII wieku na khmerski tron wstąpił Dżajawarman VII, zła passa wydała się odwracać, bo władca ten – mimo, że budddysta! – przegnał najeźdźców ze swojej ziemi, pogodził zwaśnione frakcje, odbudował gospodarkę, jak również – last but not the least – okazał się największym budowniczym w historii Imperium. Robił to przez 30 lat, choć został władcą w wieku 60 lat, co na tamte czasy było wiekiem niemalże matuzalemowym. To on ustanowił Angkor Thom (Wielkie Miasto) jako stolicę państwa, imponująco ją rozbudowując. W samym centrum stanęła niezwykła świątynia Bajon, obok niej Królewski Pałac, przed nim Plac Zwycięstwa z całym wiankiem budynków. Do miasta wjeżdżało się z czterech stron świata, kamiennymi bramami ozdobionymi ogromnymi twarzami (prawdopodobnie) Buddy lub samego króla. Na terenie Imperium, które wówczas osiągnęło największy zasięg terytorialny w swojej historii, powstało też całe mnóstwo świątyń (wśród których znalazły się takie perły jak Ta Prohm, Preah Khan czy Banteay Kdei); mówi się też o całej setce szpitali. Można sądzić, że nie są to mniejsze dokonania, niż te, które były udziałem. Suryavarmana II. Niesamowitym osiągnięciem było już to, że Dżajawarman VII dożył – w takich czasach i sprawując tak niebezpieczną funkcję – 96 lat!

      Jednak nic nie może wiecznie trwać, zwłaszcza złote okresy imperiów. To khmerskie trzymało się jeszcze nieźle przez następnych sto kilkadziesiąt lat po śmierci Dżajawarmana VII. Królestwo próbował ratować Dżajawarman VIII, zaczynając m.in. od niszczenia posągów Buddy, reperacji Angkor Thom i restauracji świątyń hinduistycznych (bo przecież wojowniczego Sziwy bać się można bardziej niż pacyfistycznego Buddy), lecz niewiele to pomogło, bo od XIV w. Imperium coraz bardziej zaczęło się pogrążać i słabnąć. Ale zanim zajmiemy się tym upadkiem i jego przyczynami, pozwolę sobie wrócić do głównego tu obiektu naszego zainteresowania, czyli do świątyni Angkor Wat.

Angkor Wat

.

I WRESZCIE ONA, KRÓLOWA WSZYSTKICH ŚWIĄTYŃ – ANGKOR WAT

       Angkor Wat (przy okazji warto wspomnieć, że „Angkor” oznacza miasto lub stolicę, zaś „Wat” świątynię) jest szczytowym osiągnięciem tzw. klasycznej architektury khmerskiej. Zbudowanie świątyni zajęło ponad 35 lat (przypomnijmy, że miało to miejsce to za panowania Surjawarmana II, który był królem w latach 1113 – 1150). Nie ulega wątpliwości, że poświęcona była ona hinduistycznemu bogu Wisznu i najprawdopodobniej miała stanowić mauzoleum, czyli być miejscem złożenia doczesnych szczątków władcy. Nie ma dowodów, że po jego śmierci tak się stało, ale wykończenie świątyni (chodzi głównie o jej motywy dekoracyjne, jak np. płaskorzeźby) przerwano.

       Zanim to się stało, dziesiątki tysięcy robotników – kierowanych przez architektów, artystów i majstrów, poganianych przez królewskich dozorców – w pocie i znoju wznosiło gigantyczną budowlę, dysponując tylko prymitywnymi jak na nasze obecne standardy, narzędziami. Na dodatek, miliony – ważących często ponad tonę – bloków skalnych, musiano pociąć, sprowadzić kanałami z odległych o ponad 50 km gór, wygładzić i oszlifować, a następnie z wielką precyzją ułożyć w odpowiednim miejscu budowlanej konstrukcji. Jako budulca stosowano skałę zwaną literytem, ale z racji tego, że jest to skała niezbyt urodziwa, budowano z niej tylko mury i ściany oraz szkielety wież, przykrywane następnie znacznie lepiej prezentującym się piaskowcem, w którym na dodatek można było później rzeźbić.

       Cały kompleks Angkor Wat otoczony jest wypełnioną wodą fosą w kształcie prostokąta o bokach 1.3 na 1.5 km. (Nawiasem mówiąc w obrębie fosy istniało kiedyś otaczające świątynny kompleks miasto, ale, jako że miało ono drewnianą zabudowę, to nie pozostało dziś po nim żadnego – widocznego gołym okiem laika – śladu.) Do właściwej świątyni prowadzi od strony zachodniej kamienna grobla. W samym centrum Angkor Wat znajduje się wysoka na 65 m wieża, otoczona czterema innymi, położonymi w kątach czworokąta stanowiącego najwyższy taras (figura zwana w geometrii i architekturze kwinkunksem). Wszystkie one reprezentują mityczną górę Meru (siedzibę hinduskich bóstw dewów) otoczoną czterema górskimi szczytami. Poniżej znajdują się jeszcze dwie galerie, z których środkowa ma wymiary 100 na 115 m, a zewnętrzna 187 na 215 m. Wewnętrzne ściany tej ostatniej pokrywają fantastyczne płaskorzeźby, które jeden z archeologów nazwał „najwspanialszą ze znanych linearnych aranżacji rzeźbionego kamienia” na świecie – i nie ma w tym chyba większej przesady.
Te wykonane z niezrównanym mistrzostwem reliefy przedstawiają głównie mitologiczne sceny z indyjskich eposów Ramajany i Mahabharty, jak również hinduistyczne „piekła” i „nieba”. Wyjątkiem jest relief ukazujący historyczną scenę procesji dworu Surjawarmana II. Na mającej prawie 1000 m kw. płaskorzeźbie naliczyć można ponad 2000 postaci – wraz z ich rynsztunkiem, ubraniami, bronią, rydwanami, słoniami… Właściwie każda ściana Angkor Wat, każda kolumna, nadproże, a nawet sufit udekorowane są płaskorzeźbami, na których widać przeróżne mityczne stwory, jadących na słoniach króli, niebiańskie tancerki… Uwagę zwracają zwłaszcza wdzięczne sylwetki (mniejszych) apsar i (większych) dewów, których jest tu ponoć półtora tysiąca, a każda z nich jest inna – z inną fryzurą, biżuterią, garderobą, przybraniem głowy.

       Małym paradoksem jest to, że ogólny plan świątyni jest raczej trudny do ogarnięcia, kiedy jest się wewnątrz kompleksu. Także główny jej motyw: kwinkunks wież, jest widoczny tylko z pewnej ograniczonej perspektywy – tak jakby budowniczym nie zależało na przyziemnej percepcji zwykłych śmiertelników, a ich uwaga skierowana była ku bogom i niebu. Bowiem niezwykłą harmonię Angkor Wat – zachwycające proporcje i balans tego kamiennego giganta, będącego niewątpliwie architektonicznym arcydziełem – widać najlepiej z lotu ptaka. Dostrzec i uświadomić to można sobie także… studiując budowlane plany świątyni.

       O Angkor Wat można by pisać dłużej – i zapewne nie wszystko zmieściłoby się nawet w grubej książce.

Dewy na ścianie świątyni Angkor Wat

.

SCHYŁEK I UPADEK IMPERIUM

       Każde imperium – nawet to najpotężniejsze – stworzone przez człowieka na Ziemi miało swój koniec. Imperium Khmerskie nie jest tu wyjątkiem. I podobnie jak w przypadku upadku innych imperiów, przyczyniło się do tego wiele różnych czynników. Paradoksem jest to, że im większą potęgę imperium buduje, tym bardziej zwiększają się szanse jego upadku. Co więcej, jeśli przyjrzymy się bliżej królestwu Khmerów, to dojdziemy do wniosku, że dokładnie to, co było mocnymi jego stronami, prowadzącymi do jego rozkwitu i prosperity, spowodowało najprawdopodobniej jego zmierzch i ostateczny upadek. Gwoli przejrzystości, pozwolę sobie wyszczególnić te przyczyny w osobnych akapitach poniżej:

– Rywalizacja dwóch wielkich religii: hinduizmu i buddyzmu. Bazujący bardziej na testosteronie hinduizm (vide: Sziwa i inne bóstwa nie stroniące od bezwzględności i agresji) zostaje coraz bardziej wypierany prze buddyzm – najpierw w wersji Mahajany, a następnie w jeszcze bardziej łagodnej, ascetycznej i pacyfistycznej szkole Therawady. Dżajawarman VII czyni buddyzm religią państwową, zamieniając świątynie hinduistyczne na buddyjskie, przy okazji pozbawiając się de facto atrybutów władzy boskiej, czyli statusu króla-boga. Następujący po nim Dżajawarman VIII próbuje ten trend odwrócić (m.in. niszcząc posągi Buddy) ale jest już za późno: buddyzm przemawia znacznie bardziej do szerokich rzesz społeczeństwa, które żyje w coraz większej biedzie, nie tylko dlatego, że pozwala im lepiej znosić swoją nędzną zazwyczaj dolę, ale i dlatego, że czyni z króla bardziej podobnego im śmiertelnika, pozbawiając go przy tym bosko zlegitymizowanych instrumentów władzy, w tym opresji i wyzysku. Jednakże ma to swoje konsekwencje: osłabianie władzy państwowej, wzmacnianie biernego oporu i – jak by na to nie patrzeć – ubożenie całego państwa i utratę jego militarnej siły.

– Jeszcze przed rozszerzeniem się buddyzmu, w państwie khmerskich zaczęło się źle dziać z powodu nadmiernego wyzysku dolnych warstw społecznych (a stanowiło je ponad 90% społeczeństwa), jak również z nadmiernej eksploatacji zasobów naturalnych. Tak sprawnie działający system opodatkowania ludzi, był coraz bardziej uciążliwy, stając się jednocześnie źródłem korupcji – zwiększając przepaść między uprzywilejowanymi elitami i bogaczami, a zaharowującą się na śmierć biedotą, czyli resztą społeczeństwa.

– Niezwykle rozbudowany i skomplikowany system wodny działał sprawnie, kiedy istniała wystarczająca ilość obsługujących go ludzi, a klimat był w miarę stabilny. Kiedy to zaczęło się zmieniać (z różnych względów ludzie poczęli opuszczać tereny Angkoru, po wieloletnich suszach następowały długie okresy ulew i powodzi) system gromadzenia i dystrybucji wody zaczynał coraz bardziej zawodzić. W zniszczonych wioskach, otoczonych zamulonymi i zarośniętymi kanałami i barajami, przy niedostatku żywności, życie stawało się coraz bardziej nieznośne czy wręcz niemożliwe. Następowała więc migracja ludności na południe, w okolicę dzisiejszej stolicy Kambodży Phnom Penh.

– Imperium Khmerów słabło, podczas gdy sąsiednie królestwo Ajutthaya (okupujące dzisiejsze tereny Tajlandii) rosło w siłę, więc najazdy Tajów były coraz bardziej skuteczne, by zdławić w końcu państwową niepodległość khmerskich władców. Na tronie podbitego terytorium najeźdźcy instalowali powolne sobie marionetki, co raczej nie sprzyjało rozwojowi państwa, nie mówiąc o zachowaniu narodowej dumy jego mieszkańców.

– Z czasem – z powodu tych wszystkich czynników i jeszcze paru innych – zaczęła też coraz bardziej maleć rola Khmerów w pośrednictwie handlu między azjatyckim Zachodem (głównie Indiami) a Wschodem (Chinami), co w wiekach świetności Imperium było jednym z głównych źródeł jego bogactwa, znaczenia i wpływów.

Cóż… Sic transit gloria mundi.

*  *  *

       Wśród historycznego zamętu, jakiemu poddane było Imperium Khmerów przez 5 wieków swojego istnienia, najbardziej zajmowała nas dotychczas jego najsłynniejsza budowla – Angkor Wat. Należy jednak pamiętać, że khmerscy architekci, artyści i robotnicy wybudowali w tym czasie setki innych świątyń. Niestety, niemal wszystkie zamieniły się w ruinę a odrestaurowano (w większym lub mniejszym stopniu) tylko nieliczne, spośród których kilkanaście budzi zainteresowanie odwiedzających Angkor Wat turystów. Leżą one w bliskim sąsiedztwie tej najsłynniejszej i najlepiej zachowanej świątyni, z wyjątkiem jednej, do której moim zdaniem absolutnie warto dotrzeć. Mam na myśli odległą o 25 km od głównego kompleksu Angkor, bez wątpienia najbardziej „ornamentalną” ze wszystkich świątyń Banteay Srei. Pozostałe obiekty, o których chciałbym tu wspomnieć i wizytę w nich polecić, to zarośnięta malowniczo drzewami Ta Prohm oraz imponująca, nieziemska i ozdobiona „twarzowymi” wieżami Bajon.

Kamienne twarze świątyni Bajon

.

BAJON – 200 TWARZY PATRZY NA WAS

       Bez wątpienia jedna z najbardziej intrygujących budowli świata – tajemnicza, pełna bardziej lub mniej ukrytych znaczeń – świątynia Bajon. Zbudowana na początku XII wieku za czasów panowania Dżajawarmana VII, poddawana następnie wielu rozbudowom i przeróbkom, które tylko zwiększały kompleksowość jej konstrukcji – ciągle balansując na granicy architektonicznej harmonii i chaosu.
Stanowiła ona centrum Angkor Thom, będąc tym samym najważniejszym obiektem największego miasta Khmerów. I co ciekawe, mimo że Dżajawarman VII był zadeklarowanym buddystą, to najprawdopodobniej poświęcona była ona Brahmie, o czym świadczą nie tylko wieże z olbrzymimi twarzami – najczęściej czterema (choć też są i takie które mają twarze dwie, trzy a nawet i jedną), z których każda zwrócona jest w jedną z czerech kardynalnych stron świata, co było bardzo charakterystyczne dla przedstawień Brahmy – ale i pierwotna nazwa świątyni: Dżajagiri (dosł. Góra Brahmy). (Niestety europejscy kolonialiści wtrącili swoje trzy grosze nazywając ją „Banyan Temple” – no i stąd ten „Bajon”.)

       Nie jest pewne czyje oblicze przedstawiają twarze zdobiące wieże – czy rzeczywiście jest to Brahma? A może jednak Budda? Całkiem też możliwe, że kamieniarzom, którzy wykuwali skalne bloki, z jakich następnie składali wieże a na nich twarze, za inspirację posłużyło fizis samego władcy – rzeczywiście łudząco podobne do oblicza Dżajawarmana VII, sądząc po zachowanym posągu, który go przedstawiał. Jednak najbardziej rzucającą się w oczy cechą tych twarzy jest goszczący na nich tajemniczy i łagodny uśmiech, godny samej Mony Lizy.
Twarze są różnej wielkości i znajdują się nie tylko na wieżach. Naliczono ich w sumie ponad 200.

       Innym ważnym elementem Bajonu są jego płaskorzeźby, ukazujące nie tylko sceny mitologiczne i historyczne, ale również – i to jest ewenement, jeśli chodzi o khmerskie świątynie – scenki rodzajowe z życia zwykłych mieszkańców Angkor Thom. Motywy hinduistyczne i buddyjskie się mieszają, bowiem po buddyście Dżajawarmanie VII, nastał (drugi w kolejności władca) Dżajawarman VIII, który z wigorem neofity przemieniał świątynie buddyjskie na hinduskie, niszcząc m.in. główny posąg świątyni ukazujący Buddę, znajdujący się w najważniejszym – najwyższym i centralnym – pomieszczeniu świątyni. (W latach 30. ubiegłego wieku znaleziono go rozbitego na kawałki w pobliskiej studni i odrestaurowano.)

       Z pewnej odległości Bajon przypomina zbudowaną z wież (początkowo było ich 49, ostało się 37) górę, którą jeden ze znawców Angkor określił jako „kamienny zamęt, rodzaj ruchliwego chaosu szturmującego niebo”, kiedy jednak zbliżamy się do centrum, wstępując na kolejne tarasy, nawiedza nas przejmujące wrażenie przedzierania się przez labirynt. Kiedy zaś trafiamy wreszcie na platformę najwyższą, nagle objawiają się przed nami potężne kamienne oblicza – bliskie jakby na wyciągnięcie ręki i ożywione tym swoim ujmującym uśmiechem. I jest to doświadczenie poruszające i niezapomniane.

*  *  *

Ta Prohm

.

TA PROHM – PODDAJĄC SIĘ DŻUNGLI

       Świątynia Ta Prohm najbardziej chyba oddziaływała na wyobraźnię, apetyt i pragnienie egzotyczności podróżników większych i mniejszych, a to ze względu na niezwykłą fotogeniczność ruin splecionych w nierozerwalnym uścisku z dżunglą. Te drzewa oplatające swoimi muskularnymi ramionami masywne kamienne bloki – niczym jakiś gigantyczny wąż boa duszący swoją ofiarę. Natura dokonująca bezlitosnej inwazji w tworzoną przez człowieka cywilizację, której efektem końcowym jest totalna jej anihilacja. Na razie jednak świątynne ruiny wydają się koegzystować z żywotnością dżungli, dostarczając nam niezwykłych doznań estetycznych i emocji odkrywcy.

       Kiedy w XX wieku zaczęto restaurację najważniejszych khmerskich świątyń, zdecydowano się na szczególne podejście do Ta Prohm, właśnie ze względu na tę kohabitację drzew z kamiennymi ruinami, która wydała się, zwłaszcza Europejczykom, niezwykle atrakcyjna wizualnie, tworząc ponadto tajemniczą atmosferę ewokowaną zwłaszcza w powieściach przygodowo-podróżniczych; podobną również tej, na jakiej później bazowało kino popularne spod znaku Indiany Jonesa (nota bene ze scenerii tej czerpano pełnymi garściami np. w filmie „Tomb Raider”). Tak więc, dokonano tylko koniecznych prac zabezpieczających istniejące elementy świątyni i uprzątnięto zarośla tak, by można było Ta Prohm zwiedzać. Swoją drogą, usunięcie olbrzymich drzewnych korzeni/konarów byłoby niemożliwe bez uszkodzenia tego, co ze świątyni pozostało, gdyż drzewa – w przedziwny sposób – nie tylko budowlę niszczyły, ale i stanowiły dla jej ścian i stropów podporę. Nawisem mówiąc, próbowałem znaleźć polskie nazwy tych drzew, ale poległem, również dlatego, że różne źródła nie są ze sobą absolutnie zgodne. Może więc podam tylko te pojawiające się najczęściej – w wersji angielskiej wraz z ich łacińskimi odpowiednikami: silk-cotton tree (Ceiba pentandra), thitpok (Tetrameles nudiflora), strangler fig (Ficus gibbosa), gold apple (Diospyros decandra). I bądź tu mądry! Smacznego!

       Podobnie jak Bajon świątynię Ta Prohm wybudowano za czasów Dżajawarmana VII – prace rozpoczęto w 1186 roku i kontynuowano przez następne kilkadziesiąt lat. Wówczas mówiono na nią Radżawihara (co oznaczało Królewski Klasztor), a poświęcona była ona przez króla swojej rodzinie, przede wszystkim matce.
Mur świątynny miał długość ponad 3 km, tworząc prostokąt o bokach 1000 m na 650 m. Była to więc spora powierzchnia, na której – jeśli wierzyć zachowanym na stalach inskrypcjom – żyło 12.5 tys. ludzi.

       À propos steli z inskrypcjami: w Ta Prohm znaleziono ich wyjątkowo dużo, dzięki czemu można było dowiedzieć się sporo o czasach, kiedy w świątyni tętniło życie. Inna sprawą jest wiarygodność tych zapisów, bo czy rzeczywiście zamieszkiwało ją ponad 12 tys. ludzi? W 18 wyższych rangą kapłanów można uwierzyć, ale czy tak samo wiarygodna jest liczba tancerzy, których ponoć było tu 650? Na stelach można jeszcze przeczytać o okolicznych 3,140 wioskach, które liczyły w sumie 80 tys. mieszkańców. Jeśli tak, to zapewne inskrypcję mówią prawdę, że to właśnie oni utrzymywali całe to elitarne towarzystwo okupujące świątynię.

       Zwiedzanie Ta Prohm jest zwodniczo łatwe, bo budowla ta nie posiada położonych na różnych poziomach tarasów/platform, ale jej płaska zabudowa tworzy labirynt, w którym można się zagubić. Z drugiej strony, jeśli zdołamy uniknąć tłumów, daje nam to możliwość przeżycia pewnej przygody eksploratora – namiastkę tego, czego doświadczali prawdziwi podróżnicy w dawnych czasach.

*  *  *

Banteay Srei

.

BANTEAY SREI – KOBIETY I ZŁODZIEJE, CZYLI PERŁA NA KONIEC

       Maurice Glaize, francuski architekt i archeolog, długoletni kurator Angkor, bez wątpienia największy europejski znawca architektury i sztuki Khmerów, którego książka „Les monuments du groupe d’Angkor” do dzisiaj stanowi najlepszy przewodnik i najbogatsze źródło informacji o khmerskich świątyniach (jej wersja w języku angielskim dostępna jest TUTAJ), pisał o tej świątyni: „Biorąc pod uwagę szczególny urok Bateay Srei – jej niezwykły stan zachowania oraz świetną, niemal perfekcyjną technikę zdobniczą – bez wahania można nadać jej status zdecydowanego pierwszeństwa spośród wszystkich monumentów Angkoru”. Nic więc dziwnego, że obiekt ten uznano za „klejnot sztuki Khmerów”.

       Ze mną było podobnie: Angkor Wat zrobiła na mnie największe wrażenie, ale to właśnie Banteay Srei spodobała się najbardziej. Dlaczego? Z kilku powodów. Po pierwsze: jej niemal miniaturowe – w porównaniu do innych wielkich świątyń Angkoru – wymiary, które bardziej sprzyjały intymniejszej, bardziej „ludzkiej” percepcji tej budowli. Po drugie: fantastyczne zdobienia i ornamenty, którymi pokryto niemal każdy centymetr kwadratowy czerwonego piaskowca, użytego do budowy głównych części świątyni (pozostałe zbudowano ze zwykłych cegieł i literytu). Zdumiewają mnie one do dzisiaj, kiedy tak wracam do nich i patrzę na zrobione podczas mojej wizyty w Banteay Srei fotografie (polecam obejrzenie ich wyboru, jaki zamieszczam poniżej). Moje zdumienie jest tym większe, im bardziej dociera do mnie świadomość, że arcydzieła te mają ponad 1000 lat!

       Banteay Srei to nazwa współczesna, często tłumaczona jako „Cytadela Kobiet” (lub „Cytadela Piękna”), ponoć dlatego, że tak wiele w tej budowli piękna i delikatności – niektórzy twierdzą nawet, że tylko ręka kobieca mogła stworzyć takie koronkowe cuda, ale to oczywiście przesada, bo przecież mężczyźni artyści też potrafią być niezwykle wrażliwi, delikatni, finezyjni i misterni w egzekucji swoich dzieł. N‚est-ce pas?
Inna interpretacja tej nazwy mówi, iż pochodzi ona od licznych dewów, czyli mitologicznych postaci kobiecych, którymi udekorowano świątynne ściany i portale – i chyba ta jest bardziej racjonalna, a na pewno mniej afektowana.
Z inskrypcji na steli założycielskiej, jaką odkryto dopiero podczas prac konserwatorskich i rekonstrukcyjnych w 1936 roku, dowiedziano się o pierwotnej nazwie świątyni, która brzmiała… uwaga: Tribhuwanamaheśwara, czyli: Wielki Pan Potrójnego Świata, co odnosi się do boga Sziwy. Są też dowody, że Banteay Srei poświęcona była również Wisznu (co raczej nie dziwi, bo lepiej mieć ochronę w dwóch bóstwach, niż w jednym).
Banteay Srei jest również ewenementem z innego powodu: otóż jej fundatorem nie był żaden monarcha, a prominenci – dworzanie królewskiego dworu. Mówi się o dwóch (znów mam ochotę przeprosić za językową komplikację): Wisznukumarze i Yadżanawarahu, doradcach króla Radżendrawarmana i jego guru.
Na wspomnianej już inskrypcji wyczytać można jeszcze dokładną datę konsekracji świątyni: 22 kwietnia, 967 roku. Zdumiewające!

       Świątynię „odkryto” dopiero w 1914 roku. 9 lat później – i tu ciekawostka! – splądrował ją sam André Malraux (późniejszy autor „Doli człowieczej” i minister kultury w rządzie de Gaulle’a), który popadł w tarapaty finansowe i postanowił – nomen omen – „odkuć się” sprzedając część khmerskiego zabytku amerykańskim i europejskim kolekcjonerom sztuki. W 1923 roku świątynia przypominała jeszcze (jak sam pisał) kupę kamieni, ale Malraux wybrał z niej kilka (ważących 600 kg) najlepiej zachowanych bloków piaskowca z reliefami przedstawiającymi głównie dewy (pomagali mu w tym jego przyjaciel, nowo zaślubiona żona oraz lokalni mieszkańcy, których oczywiście opłacił) i przetransportował je, wpierw (wozem) do odległego o 25 km. Siem Reap, a następnie (rzeczną barką) do Phnom Penh, gdzie został aresztowany. Reliefy zostały mu odebrane, jego samego skazano na 3 lata więzienia (dzięki znajomościom Malraux nie odsiedział z tego wyroku ani jednego dnia). Być może lekcja dana 22-letniemu młodzieńcowi (tyle wówczas miał André) poskutkowała, sądząc z tego, co pisał on później w swoich książkach i artykułach o kulturze, sztuce i jej ochronie.
Tak więc, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, tym bardziej, że afera z młodym Francuzem uczyniła świątynię Banteay Srei sławną i w konsekwencji doprowadziła do jej restauracji, której dokonano w latach 30. Niestety, złodzieje i wandale jeszcze nie raz się do niej dobierali, kradnąc nawet wykonane z betonu repliki. Teraz świątynia jest pod ścisłą ochroną.

       Mieliśmy to szczęście, że znaleźliśmy się w Banteay Srei sami (byliśmy tu pierwszymi gośćmi) i strażnicy pozwolili mi (za odpowiednią opłatą) na wejście poza barierki, umożliwiając nie tylko podziwianie świątynnych zdobień z bliska, ale również ich sfotografowanie. Za co jestem do dzisiaj wszystkim – nie tylko hinduistycznym – bogom świata wdzięczny.

Ludzko-zwierzęcy strażnicy Banteay Srei

.

Bogato zdobione frontony świątyni wypełniają sceny z hinduskiej mitologii

.

Centrum świątyni Banteay Srei w pełnej krasie

.

Dwaj bracia-małpy Walin i Sugriwa walczą o tron

.

Wisznu, przybrawszy postać lwa, rozrywa pazurami pierś półboga Hiranjakasipu

*  *  *

ZWIEDZANIE, CZYLI SZTUKA UNIKANIA TŁUMÓW

       Na koniec słów kilka o turystyce i zwiedzaniu Angkor Wat. Piszę je latem 2021, mając za sobą półtora roku pandemii, kiedy to turystyka światowa stanęła na głowie, czy też raczej została zdławiona przez lockdowny i różne restrykcje. W tym czasie w świątyniach Angkor ruch praktycznie zamarł, zwiedzają ją tylko nieliczni turyści, głównie Kambodżanie i garść Chińczyków. Podobno opustoszała Angkor Wat i inne miejsca w okolicy robią teraz olbrzymie wrażenie, lecz chyba to tylko kwestia czasu, kiedy hordy przybyszów – głównie z Chin, Korei i Japonii – znów zaleją te strony. Pobliskie miasto Siem Reap bazowało niemal zupełnie na turystyce. I jeśli się nie mylę, to z powodu pandemii zamknięto ponad 90% istniejących w nim hoteli, a były ich już setki. Zamarły praktycznie wszystkie, mające tu siedzibę, biznesy

       Mnie udało się odwiedzić Angkor Wat w 2011 roku, kiedy już trwał tam turystyczny boom, więc musiałem się  mocno gimnastykować, by uniknąć w poszczególnych świątyniach tłumów (na szczęście było to jeszcze wtedy możliwe), choć oczywiście nie sposób było w kameralnej grupie przywitać w Angkor Wat wschód słońca (patrz zdjęcie poniżej). W tamtym roku liczba turystów w Angkor nie przekroczyła 2 mln., ale już w 2019 roku było ich 2.7 mln. (Dla porównania: w roku 1993, kiedy to Angkor Wat wpisano na Listę światowego dziedzictwa UNESCO, zanotowano jedynie 7,6 tys. wizytujących.)

       Nie wiem, jak będzie w przyszłości, ale jeśli uda się komuś w tych dziwnych czasach – a może już wreszcie normalnych? – tam dotrzeć, to radzę, aby zaplanować pobyt co najmniej tygodniowy. Ja spędziłem w Angkor cztery dni i sądzę, że było to jednak za krótko. Jak już pisałem, należy koniecznie odwiedzić Angkor Wat, Bajon, Ta Prohm i Banteay Srei. Można to zrobić na wiele różnych sposobów. Nam pomagał (niezwykle sympatyczny) lokalny przewodnik. Dysponowaliśmy też samochodem, ale można też wynająć kierowcę z tuk-tukiem, skuter czy rower i zwiedzać świątynie samemu (z uwagi na rozległość kompleksu Angkor, jakiś środek transportu jest niezbędny).
Jeśli czas pozwoli, to polecam wyprawę na pobliskie jezioro Tonle Sap, by przepłynąć po nim łodzią, odwiedzając tamtejsze pływające wioski. W normalnych czasach w Siem Reap tętni życie, jedzenie jest tam przepyszne, noclegowni w bród, ludzie przychylni i mili – wliczając w to większość przybyłych z daleka back-packersów i zwykłych turystów. Warto wybrać się też na rekonesans okolicznych wiosek, by zobaczyć, jak wygląda „normalne” codzienne, nieskażone turystyką życie zwykłych mieszkańców Kambodży. (Podczas takich wypadów udało mi się zrobić wiele „rodzajowych” zdjęć, wliczając w to fotografie kambodżańskich dzieci, które obejrzeć można np. TUTAJ).

       Jak widzę spisanie tylko tych najważniejszych informacji związanych ze świątyniami Angkor – wraz z historią ludzi, którzy je zbudowali – zajęło mi sporo miejsca. Mam jednak nadzieję, że artykuł ten przybliżył wszystkim zainteresowanym Czytelnikom to jedno z najbardziej fascynujących osiągnięć architektonicznych ludzkiej cywilizacji, jakie kiedykolwiek powstało na naszej planecie.

Podziwianie wschodu słońca nad Angkor Wat w dobie masowej turystyki

.greydot.

GALERIE ZDJĘĆ POSZCZEGÓLNYCH ŚWIĄTYŃ

.

ANGKOR WAT

.

.

BAJON I ANGKOR THOM

.

.

TA PROHM

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

BEZ SZUMU HUSARSKICH SKRZYDEŁ – o książce Adama Leszczyńskiego „LUDOWA HISTORIA POLSKI”

rzecz o mitologii panowania – historia biedy, pogardy, opresji i wyzysku w Polsce – opór, bunt i wyzwolenie

.

Adam Leszczyński postanowił zająć się „historią dolnych 90 proc. społeczeństwa – ludzi rządzonych, a nie rządzących; biednych, a nie bogatych; zwykle niewykształconych i zawsze podporządkowanych władzy.” (Kolaż własny z wykorzystaniem obrazów olejnych Piotra Michałowskiego)

.

Zacznę od tego, co napisałem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron książki Adama Leszczyńskiego.

..

Ciekaw jestem czy czytając „Ludową historię Polski” znajdę odpowiedź na pytania, które mi chodzą po głowie w czasie jej lektury:

– Czy kiedykolwiek ludzkość będzie funkcjonować jako społeczność, w której nie istnieje systemowy wyzysk jednych ludzi przez drugich? Wyzysk różnie nazywany – występujący w różnej formie, choć zwykle nie nazwany po imieniu i zawsze usprawiedliwiany (tłumaczony) koniecznością – zwłaszcza przez jego beneficjentów.

– Czy kiedykolwiek będziemy mogli stworzyć system społeczny i polityczny bez klas, warstw, elit, które nie byłyby uprzywilejowane? (Bo przecież już sama przynależność do elity jest uprzywilejowaniem.)

– Czy już zawsze będzie tak, że wyższa sprawność intelektualna (lepsze zdrowie, silniejszy organizm… – czyli cechy nie będące właściwie zasługą żadnego człowieka – będą wytłumaczeniem (usprawiedliwieniem) czyjejś wyższości nad innymi ludźmi, (w sensie wyższej pozycji społecznej, wyższego poziomu życia, większego uprzywilejowania… etc.)? Jeśli tak, to niesprawiedliwość jest cechą niezbywalną ludzkiej kondycji i leży u fundamentów jakiegokolwiek ustroju/porządku społeczno-politycznego (wbrew równościowym i wolnościowym deklaracjom twórców oraz egzekutorów tego systemu).

– Gdzie kończy się obopólna korzyść a zaczyna wyzysk? Przy czym nie mam tu na myśli systemów, które wręcz opierają się na przemocy i wyzysku (jak np. niewolnictwo czy feudalizm) ale ustroje uważane za demokratyczne, praworządne – kapitalistyczne czy socjalistyczne.

– Fikcjom (a czymś takim są nie tylko ustroje, światopoglądy, mity, religie, ale i prawa, instytucje społeczne i polityczne, oraz sama władza) nadajemy moc sprawczą, funkcjonującą realnie. Czy oznacza to, że wiedza zawsze musi się odnosić również do fikcji i ją (choćby po części) obejmować? Czy może istnieć wiedza ograniczona tylko do faktów w świecie, którego nie możemy w całości ogarnąć i poznać – a tym samym zrozumieć?

– Co decyduje o rozwoju (zmianie, ewolucji) systemów politycznych i społecznych? Czy na pewno jest to poczucie społecznej niesprawiedliwości, czy też wynikająca z walki klas i ludzkiej rywalizacji zmiana rozkładu sił, zmiana elit, wprowadzenie nowego „porządku” – bardziej efektywnie funkcjonującego systemu władzy i nowych form nacisku, przemocy i opresji?

– Co począć z całym tym dziedzictwem kulturowym ludzkości (dzieła sztuki, osiągnięcia naukowe, architektura, świątynie), które byłoby niemożliwe bez istnienia systemów opartych na przemocy, niewolnictwie, wyzysku jednych grup społecznych przez drugie? Jaki obecnie mamy mieć do tego stosunek moralny? (Podobnie jest z cywilizacyjnym rozwojem ludzkości związanym, czy też raczej opartym na kolonializmie, na podboju militarnym, na przemocy i siłowej opresji.)

– Czym jest wartościowanie człowieka jak nie ustalaniem i usprawiedliwieniem jego pozycji w istniejącym (narzuconym, obowiązującym) systemie społecznym? Czy bez tego (wartościowania) możliwe jest funkcjonowanie jakiegokolwiek społeczeństwa?

– Jeśli nie jesteśmy w stanie wyrugować niesprawiedliwości ze świata, to czy aby nie dlatego, że wynika ona w świecie ożywionym (w tym również ludzkim) z cech (właściwości) naturalnie nam przyrodzonych (same pojęcia sprawiedliwości czy niesprawiedliwości nabierają sensu dopiero wtedy, kiedy odniesiemy je do jakiegoś systemu etycznego, notabene przez nas samych tworzonego).

– Istniejący w danym momencie porządek społeczny zawsze wywodzony był, legitymizowany i tłumaczony jakąś siłą wyższą (Bóg, bogowie) lub inną koniecznością, zwykle ekonomiczną (zysk w kapitalizmie, „sprawiedliwość” społeczna w socjalizmie). Czy istnienie tej konieczności jest niezależne od nas? A jeśli tak, to czy nie jest ona wykorzystywana do usprawiedliwiania społecznych nierówności, eksploatacji innych i wyzysku?

– Historię piszą nie tylko zwycięzcy, ale również ci, którzy są zainteresowani taką a nie inną narracją. Autor „Ludowej historii Polski” stosuje narrację zgodnie z perspektywą ludu (uciśnionego). Czy jednak po to, aby otrzymać pełny historyczny obraz rzeczywistości, nie należy także uwzględnić narracji stworzonej z perspektywy warstw społecznych złożonych z ludzi majętnych i posiadających władzę – czyli de facto mających o wiele większy wpływ na rzeczywistość i dokonywane w niej zmiany?

greydot

Lektura w dżungli

.

.

Zastanawiałem się, czy do tekstu, który miał być recenzją książki, dołączyć powyższe notatki; a jeszcze bardziej zastanawiałem się nad tym, czy załączyć swoisty komentarz do nich, wyjaśniający ich genezę i okoliczności powstania. Ostatecznie jednak zdecydowałem się na jego ujawnienie:

Jestem w meksykańskiej subtropikalnej dżungli i czytam „Ludową Historię Polski”. Być może jednak to stwierdzenie jest mylące, bo wprawdzie dżungla jest prawdziwa (żyją w niej nawet małpy, o mnóstwie ptaków i innych gadów nie wspominając) ale ja siedzę w wygodnym fotelu, popijam zimną wodę z lodem i limonką i zamiast relaksować się tudzież upajać przyjemnym tropikiem, zaprzątam sobie (akurat teraz) głowę pytaniami odnoszącymi się do niesprawiedliwego z natury porządku świata. Pytaniami, które na dodatek są pytaniami retorycznym, z odpowiedzią – w każdym przypadku – dla nas ludzi mało radosną, czy też zgoła pesymistyczną. Bo czy odeszliśmy już wystarczająco daleko od praw dżungli?
Muszę przyznać, że jest coś z przewrotności, może nawet nieprzyzwoitości w tym, że piszę to wszystko w takich okolicznościach – korzystając z sytemu umożliwiającego mi wakacje w egzotycznym kraju, w komfortowych warunkach, z nielimitowanym dostępem do drinków i stołów, na których piętrzą się góry pysznego jedzenia. A obok ludzie, którzy na skinienie ręki usługują resortowym gościom i spełniają ich/nasze życzenia?
Czy ja na to zasługuję? Czy to jest sprawiedliwe? (Bo jeśli takie nie jest, to moje zachowanie jest niemoralne.) Czy ci wszyscy, którzy tutaj przybyli z całego świata zarobili na ten wydatek w uczciwy sposób? (Ciekawostką jest to, że około 30% ludzi mieszkających w tym samym ośrodku co my, to Polacy, którzy przylecieli tu prosto z kraju. Oczywiście powyższe pytanie odnosi się do nas wszystkich, nie tylko do moich rodaków.)
Być może te moje skrupuły i dylematy wydadzą się komuś dziwne, a może nie? Być może są zasadne, być może zupełnie bezpodstawne?
Ludzie, którzy korzystają z jakiegoś systemu i jednocześnie ten system kontestują (uważając, że jest on niesprawiedliwy) – to gatunek w przyrodzie prawie że niewystępujący (Chyba, że mamy do czynienia z Hollywood.) Zwykle, jeśli ktoś się jakiemuś systemowi sprzeciwia, to nie jest jego beneficjentem i czuje się przez ten system wykorzystywany. Choć i to nie jest takie powszechne, bo jednak ludzie w zdecydowanej większości (niemal wszyscy) są konformistami.
A kontestatorzy (rewolucjoniści) – wbrew temu co sami deklarują – chcą z klasą dominującą (uprzywilejowaną, wyzyskującą innych) zamienić się miejscami. Po to najczęściej dążą do władzy – a nie po to, by ulżyć doli współbraci. Czego w historii wielokrotnie byliśmy świadkami.
Koniec końców można niestety stwierdzić, że nie ma sprawiedliwości na świecie – i nie będzie. I żaden system nie może tego zmienić. Ale czy naszym obowiązkiem nie powinno być to, by się zachowywać tak, jakby ta sprawiedliwość była? (I niekoniecznie musi to mieć cokolwiek wspólnego z hipokryzją.)

greydot

Wieś galicyjska – lata 20-te XX wieku  (fot. archiwum, autor nieznany)

.

.

No i jestem już po przeczytaniu książki. Czy dzięki tej lekturze poznałem odpowiedzi na zadane w pierwszej części pytania? Bynajmniej. Zresztą, już wtedy, kiedy je formowałem, wiedziałem, że wiele z nich to są pytania retoryczne, na które odpowiedź brzmi pesymistycznie, albo na które zgoła nigdy nie otrzymamy odpowiedzi. Jednakże wydaje mi się, że wszystkie z tych pytań są zasadne i poruszają bardzo ważne kwestie funkcjonowania systemów władzy, mechanizmów i sposobów podporządkowania sobie (i wykorzystywania/wyzysku) innych ludzi – ważne w każdej epoce, a tym bardziej w czasach, w których żyjemy my sami. I już na tym polega wartość książki Adama Leszczyńskiego, że prowokuje do takich przemyśleń i uwrażliwia na (nie)dolę ludzi krzywdzonych, „podrzędnych”, wykluczonych, rządzonych – poddanych wyzyskowi i opresji – zwłaszcza jeśli jest to proces rozłożony na stulecia, czy nawet (jak w tym przypadku) na millenia.

karkołomność

Muszę przyznać, że książkę czytałem z ciekawością, choć przydługi rejestr dokumentów ujawniających ciemiężenie warstw niższych przez wyższe mógł nieco nużyć (przy okazji zastanawiałem się wtedy, czy aby taka masa – monotematycznych w sumie – tekstów źródłowych, nie jest jednak wadą pozycji popularno-naukowej, jaką jest chyba praca Leszczyńskiego). Dość szybko zdałem sobie sprawę z tego, że autor porwał się na temat wręcz monumentalny, na którym można było polec, zwłaszcza jeśli stosuje się tak karkołomną optykę kontrapunktu dla dominującej jednak w naszym kraju (zwykle elitarnej) narracji narodowo-konserwatywnej – pełnej, jak to ktoś określił „szumu husarskich skrzydeł” –  podkreślającej wielkość i nieugiętość polskiego narodu, jego przywiązanie do tradycji i katolicyzmu, bohaterstwo i zaangażowanie w walce o niepodległość. (Czy można się jednak dziwić, że każdy naród chce mieć o sobie dobre mniemanie i zwraca głównie uwagę na to, co w jego historii było dobre? Wiem, wiem… znam już zarzuty na takie stwierdzenie. Może tylko wspomnę, że jestem zwolennikiem zachowywania – także w badaniach historycznych – właściwych proporcji).
Cóż, Leszczyński w tej trudnej i wielkiej robocie trzyma fason, ale momentami jednak kuleje (o tym poniżej) i wiele ważnych wątków wymyka się mu spod pióra (np. różnorodność polskiej wsi pod poszczególnymi zaborami, znaczenie mieszczaństwa, również składającego się głównie z biedoty), ale generalnie udaje mu się zachowanie narracyjnego tempa i ukazanie ciągłości systemowego poddaństwa – dziejów pańszczyzny i uwłaszczenia – oporu i emancypacji polskiego ludu. Mnie szczególnie zainteresowało to, co autor pisał o położeniu polskich chłopów i robotników w XIX i XX wieku. Może dlatego, że była to (według mnie) analiza bardziej kompleksowa (i mniej przyczynkarska), niż ta, która odnosiła się do wieków wcześniejszych. Szkoda, że to wszystko w książce kończy się praktycznie na tzw. transformacji ustrojowej lat 1989/91. Osobiście namawiałbym Adama Leszczyńskiego do napisania monografii poświęconej szerokim grupom społecznym, które na ówczesnych przekształceniach własnościowych i transformacji gospodarczej ucierpiały – co byłoby poniekąd kontynuacją podjętego tu przez niego tematu (ale chyba bardziej ryzykowną).
Książka doczekała się tak wielu pozytywnych opinii, że nie chcę ich tutaj powielać – tym bardziej, iż ze sporą ich częścią się nie zgadzam – a już na pewno nie z tymi entuzjastycznymi. Może wiec tylko zakreślę pokrótce własne – oczywiście, że subiektywne – przemyślenia, uwagi i wrażenia wyniesione z tej lektury.

perspektywiczna wybiórczość

Rozumiem intencje i motywy jakimi kierował się autor „Ludowej historii Polski”, by w swojej narracji historycznej przyjąć perspektywę niższych warstw społecznych (głównie chłopstwa, a potem także i robotników), podporządkowanych elitom władzy (politycznym i ekonomicznym), ale według mnie, przyjmując taką postawę, Leszczyński postępuje podobnie, jak ci, którzy w swoich relacjach i opracowaniach historycznych zupełnie ignorowali „lud” (tych, którymi się rządziło), czyli de facto zdecydowaną większość społeczeństwa, skupiając się na dość wąskim marginesie społeczeństwa tworzonym przez warstwy uprzywilejowane (czyli tych, którzy rządzili).
Innymi słowy to, że perspektywa opisu historycznego zostaje dokładnie odwrócona, nie zmienia pewnej nierzetelności metodologicznej, którą stosuje się w obu przypadkach. Mało tego: to, że oko historyka skupia się właściwie tylko na warstwie podporządkowanej (rządzonej), a nie na elitach władzy (warstwie rządzącej) – choć także na relacjach między tymi grupami społecznymi (lub ich braku) – utrudnia nam (jeśli wręcz nie uniemożliwia) zrozumienie przeszłości, tym bardziej, że kształtowana była ona właśnie niemal całkowicie przez decydenckie elity (gdyż jest to zupełnie naturalny proces cywilizacyjny). A tu Leszczyński dość bezceremonialnie ignoruje i pomija całe pola wiedzy historycznej, przedstawiając tylko te, które go interesują (i są zgodne z polityczną wymową jego książki, ergo wynikają z jego własnej ideologicznej orientacji), wyjmując je praktycznie z szerszego kontekstu.
A musimy pamiętać, że dany fakt historyczny posiada sens poznawczy i znaczenie tylko wtedy, kiedy umieszczony jest w jak najpełniejszym kontekście, nie tylko ekonomiczno-politycznym (jak to ma miejsce w książce), ale i cywilizacyjno-kulturowym (czego w książce raczej brak).

ksiądz pijanica i złodziej

Książkę Leszczyńskiego zamyka ciekawy esej o metodzie, który – co charakterystyczne – otwiera „Zwyczajna historia z przeszłości”, w której autor przedstawia (na kilku stronach) skargę chłopów na księdza Marcina (wszystko to dzieje się w pierwszej połowie XVIII w.), którą skierowali do księcia Sanguszki. Bowiem mieli już dość „Wielebnego”, który – zwykle zalany w sztok – łupił ich zagrody i domostwo, kradnąc co tylko wpadło mu w ręce (od krów i koni, po skrzynie pełne ubrań), nie wypełniał obowiązków pasterskich, czy wreszcie bił chłopów – potrafił nawet zwymyślać swoich „wiernych” podczas mszy, którą zresztą często odprawiał po pijanemu.
I teraz: mamy traktować tę przypowieść o księdzu warchole jako reprezentatywną dla roli i zachowania całego stanu duchownego (a tym samym definiującą charakter ówczesnego Kościoła Katolickiego), czy też odebrać ją jako przykład ukazujący zepsuty margines duchowieństwa?
Jestem pewien, że Leszczyński wybrał ten incydent, aby właśnie ustalić tę pierwszą perspektywę: cały stan duchowny gnębił i wykorzystywał lud, księża mieli gdzieś wartości chrześcijańskie i swoje obowiązki wobec wspólnoty, a Kościół był instytucją z gruntu opresyjną.
Dysponuję przesłankami (a raczej dowodami) na potwierdzenie tego mojego przekonania, ale o nich za chwilę.

marksistowska przewrotność

Bo oto zaraz po rozdziale przywołującym casus księdza-pijanicy-utracjusza, mamy następny zatytułowany: „Marksizm i reakcja w polskiej historiografii”, traktujący o pojawieniu się historyków marksistowskich, którzy – jak pisze Leszczyński – zarzucali głównemu nurtowi narodowej historiografii „błędne założenia metodologiczne”, „odchylenie nacjonalistyczne”, „klasowy, reakcyjny sposób oceniania rzeczywistości historycznej”.
Co jest według mnie niesłychanie paradne, bo marksiści zrobili dokładnie (a na dodatek programowo i dobitniej) to samo: stosując odchylenie proletariacko-ludowe, przyjmując jeszcze bardziej klasowy sposób oceniania rzeczywistości historycznej. Czyli, co za tym idzie, sami posłużyli się (jak najbardziej błędnymi) „błędnymi założeniami metodologicznymi”.
Wynikało to z ich spostrzeżenia, że „nie ma politycznie neutralnych faktów i nie istnieje politycznie neutralna nauka historyczna” – co naturalnie, mimo pozornej oczywistości, można według mnie poddać filozoficznej krytyce i ocenie rzetelności historycznych badań.
Wprawdzie Leszczyński pisze, że „Staliniści wyciągnęli (..) krańcowe wnioski z takiej diagnozy”, ale sam stosuje nie inną, tylko właśnie marksistowską metodę pracy nad historią, mówiąc (w jednym ze swoich wywiadów) wprost: „Wybór tematu badawczego jest deklaracją polityczną, i nie ma materiałów badawczych, które są neutralne – sam ich wybór jest deklaracją”.
Z tego wniosek, że jego książkę trzeba uznać właśnie za deklarację polityczną. Co w moich oczach w pewnym sensie ją kompromituje – i to nie tylko dlatego, że mam dość całej tej prawicowo-lewicowej nawalanki, jaka w ostatnich latach nasiliła się w kraju do poziomu uniemożliwiającego jakąkolwiek sensowną dyskusję między obozami tzw. „prawicy” i tzw. „lewicy”. (Ujmuję te słowa cudzysłowem, gdyż z tradycyjnymi, klasycznymi pojęciami w obecnej rzeczywistości politycznej nie mają już one wiele wspólnego, a w praktyce są używane do identyfikacji i stygmatyzacji „wroga”).

greydot

Wieś polska – początek XX wieku (zdjęcie archiwalne, autor nieznany)

.

Leszczyński: „ludowa historia Polskie nie może być historią Polaków”

Autor książki, mierząc się z napisaniem ludowej historii Polski oświadcza, że musi ona „stawiać interesy i potrzeby ludzi podporządkowanych na pierwszym miejscu i stanowić całkowitą reinterpretację narodowej historii z ich perspektywy”. Zdając sobie sprawę z trudności zdefiniowania samego pojęcia „ludu” autor deklaruje, że taka historia powinna być „historią dolnych 90 proc. społeczeństwa – ludzi rządzonych, a nie rządzących; biednych, a nie bogatych; zwykle niewykształconych i zawsze podporządkowanych władzy.
Ale Leszczyński zaskakuje bardzo takim oto zdaniem: „‘Ludowa historia Polski’ nie da się więc w żaden sposób sprowadzić do ‘ludowej historii Polaków (i Polek)’” Jeśli tak, to błędem jest także pisanie „Ludowej historii Polski”, bo przecież sama Polska jest/była tworem w pewnym sensie fikcyjnym, bezosobowym – no i zniknęła, jako twór państwowy, z mapy Europy na sto kilkadziesiąt lat.
Zdanie ostatnie napisałem oczywiście z przekąsem, bo sądzę, że oświadczenie Leszczyńskiego wynika z jego fobii (anty)narodowej, sceptycznej wobec samego pojęcia „Naród” (którego istotę i historyczny byt poddaje się ostatnimi czasy rewizji) – z obawy, by broń Boże nie nazwać Polakami (Polkami) ludzi, którzy bynajmniej Polakami się nie czuli, choć żyli w kraju uważanym za Polskę.
Absolutnie nie mogę mieć żadnych pretensji do Leszczyńskiego, że „pochylił się” nad „ludem” – tutaj: ludźmi podległymi, wykorzystywanymi, biednymi – zwracając uwagę na ich wyzysk przez klasy wyższe oraz formy oporu, jakie stosowali (wręcz przeciwnie: jestem mu za to wdzięczny, gdyż ja sam zawsze identyfikowałem się bardziej z tymi „słabszymi”, „przegranymi”, „wykluczonymi” – wywodzącymi się z różnych narodów i ras, w różnych okresach historycznych, i w różnych częściach świata – o tym, że sam wywodzę się ze środowiska wiejskiego nie wspominając). Mam natomiast pretensje, że zaburzył on jednak proporcje, zupełnie ignorując pewne cywilizacyjne aspekty opisywanej rzeczywistości – przez co czasami odnosiłem wrażenie, jakby ów jego „lud” żył w jakiejś kulturowej próżni, otoczonej wrogimi, niewolącymi go siłami pochodzącymi w sumie od niewielkiej warstwy społecznej złożonej z ludzi posiadających władzę i (tu moja pretensja się wzmacnia!) zajmującymi się niczym innym, jak tylko tego „ludu” gnębieniem. No i składającymi się przy tym z samych brutali, oprawców i krwiopijców (lekka moja przesada zamierzona).
A tak przecież nie było.

nie ma polskości beż tożsamości

To jest mój główny zarzut wobec książki Leszczyńskiego. I stąd według mnie wynika jej zasadnicze ograniczenie, bo usuwa ona (nie tyle w cień, co w ogóle) z pola widzenia rzeczy wręcz fundamentalne i najbardziej istotne dla zrozumienia polskiej historii – i tzw. polskiej „tożsamości”. Tak, tak, głównie narodowej – bo czy nam się to podoba, czy nie, to dzięki niej właśnie Polska nie zginęła z mapy świata na zawsze, a Polacy nie żyją gdzieś na peryferiach innych państw, jak np. dzisiejsi Tybetańczycy, Palestyńczycy, czy Kurdowie.
Ponadto, poprzez to swoje zafiksowanie na rejestrze (niewątpliwych, i przyznaję, że często strasznych) krzywd ludności uciskanej, autor zupełnie nie analizuje genezy (ani nawet podstaw) opresyjnego bez wątpienia systemu – nawiązując wprawdzie do jakiejś „mitologii panowania”, ale jest to zbyt efemeryczne (legendarne) i hipotetyczne, aby było przekonujące. Według mnie, tu aż prosiłoby się spojrzenie antropologiczne – tak jak to zrobił w swoich książkach choćby Yuval Noah Harari (głównie w „Sapiens: od zwierząt do bogów”), który również pisze o mitologii panowania, jako o fikcji, ale w taki sposób, że rozumiemy (już zupełnie rzeczywiste i twarde) podstawy systemów władzy, jakie wymyślił człowiek (wykorzystując swoją własną podatność na podporządkowywanie się fikcjom, notabene również tworzonych – wraz z całą kulturą – przez Homo sapiens).

Kościół opresyjny, szlachta do niczego

Są jeszcze inne braki w tej książce. Uderzyło mnie np. to, że niemal zupełnie pominięta została w niej rola Kościoła – ta w kształtowaniu, jak i utrzymaniu polskiej świadomości historycznej i narodowej tożsamości, o której przed chwilą wspomniałem, uznając ją za warunek sine qua non przetrwania przez nasz kraj jego państwowego niebytu (zabory), czy nawet „wybicia się” Polski na niepodległość – pozbycia się sowieckiej kurateli i utworzenia demokratycznego państwa (Solidarność).
Leszczyński pisze w zasadzie wyłącznie o opresyjnym działaniu Kościoła wobec ludności z niższych warstw społecznych i jego roli w utrzymywaniu panującego systemu władzy, ucisku i wyzysku, jakby zapominając o tym, że był on dla przytłaczającej większości „ludu” źródłem wiary, kreując system wartości w perspektywie metafizycznej – nadający sens ich (to prawda, że w przytłaczającej mierze marnemu) życiu, niosącego pociechę, nadzieję i egzystencjalną ulgę (no, ale to są argumenty, które lewicowi „myśliciele” mogą raczej wyśmiać).
Co chcę przez to powiedzieć? Otóż to, że Kościół, jaki był to był, ale działał nie tylko w sferze opresji, porządkując chaos niezrozumiałego dla człowieka świata, ubogacając go w sens i wartości etyczne. Tak więc, ksiądz miał gigantyczny wpływ na to, co się działo we wsi, ale nie tylko „biorąc chłopa za mordę” i prowadząc przy tym życie pijaka, próżniaka, łupieżcy i niegodziwca (jak to sugeruje „Ludowa historia Polski”). Była też olbrzymia sfera wpływu pozytywnego księży i Kościoła (podobnie zresztą, jak szlachty), czym było np. (oprócz aspektów wyżej wymienionych) budowanie i utrzymywanie poczucia wspólnoty, wzajemnej pomocy, opieki i obrony, redukowania agresji. Jak by na to nie patrzeć, to właśnie Kościół określał światopogląd ludu.
Leszczyński traktuje tego rodzaju wpływ i znaczenie Kościoła, jakby go nie było, ale kiedy pisze o strajkach czy oporze – czy to chłopów, czy to robotników – to podaje też (choć tak jakby mimochodem) przykłady religijności tych ludzi (śpiewanie religijnych pieśni, odmawianie różańca, odprawianie mszy). Z sufitu – i z samego prania mózgu – to się jednak nie wzięło.
W podobnie idiosynkratycznej odsłonie funkcjonuje w książce Leszczyńskiego cała szlachta. A przecież nie była to grupa społeczna do cna zepsuta, wyzbyta wszelkich wyższych wartości. Wręcz przeciwnie. Nie bez kozery do dzisiaj używa się słowa „szlachetny” na określenie czegoś dobrej jakości, rzetelnego, nobliwego, porządnego… Wystarczy zapoznać się całą masą synonimów słowa „szlachetny”, by sobie uświadomić z czym powszechnie jest ono kojarzone do dzisiaj. (O wartościach wpisanych w hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” tudzież o patriotyzmie nawet nie wspominam, by znów nie wywołać gestów politowania czy wręcz rechotu sił tzw. „wyzwolonych” i „postępowych”, reagujących spazmem na samą ich wzmiankę). Chociaż (wiem, że to wygląda tak, jakbym sam sobie tutaj zaprzeczał) szlachta rzeczywiście – zwłaszcza w XVIII wieku – okazała się do niczego, sprzeniewierzając się swoim ideałom i wartościom, bankrutując moralnie i oddając (formalnie) nasz kraj w obce ręce.

marksista o Kościele

Nie, w ludowej historii naszego kraju Kościół nie był tylko wspólnikiem opresyjnego systemu, jak chce nasz lewicowy historyk. Był również (może nawet przede wszystkim) organiczną częścią ludzkiej świadomości i polskiej tożsamości, stanowiąc jej kulturowy fundament – na dobre i na złe – czy to się komuś podoba, czy nie.
Kościół tamtego czasu był więc nie tylko źródłem opresji, ale wręcz konstytuował rzeczywistość, w jakiej żyli ludzie nie tylko w katolickiej Polsce, ale i w innych krajach Europy. Stanowił jakby centrum wiejskiego (i nie tylko wiejskiego) uniwersum. Pozwolę sobie tutaj zacytować to, co o Kościele napisał Karl Kautsky, notabene pierwszej wody marksista: „Jest rzeczą powszechnie znaną, że prawie całą wiedzę średniowieczną można było znaleźć jedynie w kościele i że to on dostarczał wówczas budowniczych, inżynierów, lekarzy, historyków i dyplomatów. Cale życie materialne ludzi, a wraz z nim i całe ich życie duchowe miało swe źródło w kościele; a przeto nic dziwnego, że kościół trzymał w swej władzy całego człowieka, że nie tylko określał jego sposób myślenia i odczuwania, ale i wszystkie czyny jego. Narodziny, ślub, śmierć dawały kościołowi powód do wkraczania w życie i obyczaje, a co więcej, kościół regulował też wówczas i kontrolował pracę, odpoczynek i święta. Rozwój ekonomiczny uczynił też kościół nieodzownie potrzebnym nie tylko dla jednostek i rodzin, ale i dla państwa.”
Tego typu stwierdzeń historycznych bardzo mi w książce Leszczyńskiego brakuje.

greydot

Kościół jako centrum wiejskiego wszechświata (Franciszek Kostrzewski, „Odpust na wsi”)

.

chłop niekulturalny

Paradoksalnie, w książce poświęconej historii ludu, nie ma praktycznie śladu ludowej kultury, tradycji, zwyczajów – brakuje obiektywnego, etnograficznego obrazu polskiej wsi. Autor zupełnie nie zajmuje się normalnym życiem chłopa – swoistą symbiozą w jakiej żyli pan, wójt i pleban (czyli szlachta/ziemianie/dworzanie, chłopi oraz duchowieństwo), którzy przecież nie tylko ze sobą walczyli. Tak, jakby za normę przyjmował permanentną przemoc. (Chociaż rzeczywiście, podległość i poddanie zawsze są jakąś formą działania przemocy, która jest domeną i atrybutem każdej władzy, zwłaszcza tej niedemokratycznej).
Skupienie się na samym wyzysku, gwałcie i oporze w życiu ludzi zamieszkujących nasz kraj (w różnych, zmieniających się granicach) być może uatrakcyjnia książkę w oczach czytelnika, (zwłaszcza takiego, który wpisuje się w dzisiejsze „progresywne” trendy lewicowe) ale powiela ten sam błąd badaczy przeszłości zajmujących się tylko walką elit o władzę, podbojem, bitwami… (które to podejście sam Leszczyński kontestuje).

podmiot czy pomiot?

Zadam teraz pytanie prowokacyjne: czy w ogóle lud może być podmiotem historii? Wydaje mi się, że w historii naszego kraju nigdy nie był – bo chyba nie mógł być, zwłaszcza kiedy panował system feudalny. (Co widoczne jest zwłaszcza w przypadku Rzeczpospolitej szlacheckiej i jej sukcesu jakim był tzw. złoty wiek Polski, charakteryzujący się – nie tylko mityczną – siłą i znaczeniem państwa polskiego w Europie. Co niestety nie przełożyło się na dobrostan chłopów, a wręcz przeciwnie – spowodowało ich dalsze zubożenie i jeszcze większe ubezwłasnowolnienie).
Wprawdzie komuniści tworzący pod „patronatem” Rosji sowieckiej Polską Rzeczpospolitą Ludową, twierdzili, że jest ona państwem „ludu pracującego miast i wsi”, ale i oni byli uzurpatorami władzy, która w dużej mierze wyzyskiwała chłopów i robotników (o czym, trzeba to przyznać, Leszczyński otwarcie pisze).
Tym bardziej lud (mimo że stanowił owe 90% ludności kraju) nie mógł być takim podmiotem w czasach feudalizmu i pańszczyzny. Dlatego też pretensje dzisiejszych lewicowych rewizorów historii, że ludzie ci w dotychczasowej – konserwatywno–tradycyjnej narracji historycznej – stanowili zaledwie tło dla działalności warstw wyższych (szlachty, magnaterii, króla), wydają mi się nietrafione. Z tego prostego powodu, iż rzeczywiście (zgadzam się, możemy nad tym ubolewać) ich rola sprawcza i decyzyjna w świecie, w którym żyli, była bardzo mała lub zgoła żadna (w perspektywie europejskiej było tak chyba do czasów rewolucji francuskiej pod koniec XVIII wieku, a może aż do Wiosny Ludów w połowie wieku XIX). Czyli lud przez lwią część nie tylko polskiej, ale i europejskiej historii w ostatnim tysiącleciu, BYŁ tłem. I jeśli teraz Leszczyński odwraca perspektywę i jak tło traktuje warstwę wyższą – dzierżącą władzę, decyzyjną – to coś tu zgrzyta.

historyk aktywista

A wracając do metodologii.
Nie uważam, że historyk powinien być – jak to określił autor jeszcze bardziej kontrowersyjnej „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” Howard Zinn – „uczonym aktywistą”, który uwypukla jedne zdarzenia kosztem drugich, „rzucając się w szalone mechanizmy historii w imię wartości, w które głęboko wierzy.” „Zniekształcenie dokonywane przez historyka ma charakter nie tyle techniczny, ile ideologiczny.” – pisał w innym miejscu Zinn.
Nie podzielam tej opinii, bo odbieram ją jako programowe wręcz zniekształcanie – a przez to zakłamywanie – historii. Nie mam nic przeciwko temu, że historyk ma jakieś sympatie czy antypatie (jest też oczywiste, że wyznaje on jakiś światopogląd, który wyznacza jego system etyczny, w dużej mierze determinując jego wolę, działanie, wrażliwość i uwagę) ale jeśli wybiórczość, stronniczość i manipulacja faktami staje się modus operandi jego pracy badawczej, to ja temu panu dziękuję. W idiosynkrazji tej wspomaga mnie awersja jaką czuję do jakiejkolwiek ideologii.

bardzo drobna część prawdy

Z tego co wiem, Adam Leszczyński współpracuje z „Krytyką Polityczną”, Oko.press, „Gazetą Wyborczą”, „Polityką”, Agorą – więc siłą rzeczy jego postawa publicystyczna wynika również z politycznego aktywizmu cechującego to środowisko (Ja dziękuję Bogu, że nigdy nie należałem do żadnej ideologicznej ferajny). Kiedy więc słyszę, jak Leszczyński mówi, że „jednym z takich wielkich nadużyć dzisiejszej ‘gigantycznej’ propagandy historycznej, jest przedstawianie PRL-u jako ustroju ‘narzuconego’ – takiego, gdzie jakaś wąska elita komunistów – często żydowskich – opresjonowała bogobojnych Polaków”; jak odżegnuje się on od alternatywy, jaką mogły być po wojnie rządy innych ugrupowań politycznych, stwierdzając: „oni nie walczyli o Polskę demokratyczną, tylko o Polskę narodowo-katolicką”, ta ja się temu nie dziwię, bo to przecież optyka polityczna obowiązująca we wspomnianym lewicowym towarzystwie. Kiedy jednak słyszę, gdy Leszczyński mówi (jakby mimochodem), że „owszem, zdarzało się, że komuniści zabijali polskich patriotów, ale to wszystko było o wiele bardziej skomplikowane”, albo w podobnym tonie, innym już razem: „PRL wymordował kilkadziesiąt tysięcy osób”, ale jest to „bardzo drobna część prawdy o tamtych czasach”, to mi się jednak trochę krew burzy. Bo oto człowiek, który jednemu księdzu pijanicy i złodzieju poświęca w swojej historycznej rozprawie trzy strony, ukazując go jako reprezentanta całego duchowieństwa, o kilkudziesięciu tysiącach polskich patriotów zamordowanych przez komunistów wyraża się jako o „bardzo drobnej części prawdy o tamtych czasach”. (W ogóle zauważyłem, że Leszczyński bardzo nerwowo, wręcz alergicznie, reaguje na wszelkie wzmianki o milionach ofiar – ludziach zamordowanych przez reżimy komunistyczne/”komunistyczne”, dla których, jak by nie było, ideologicznym punktem wyjścia był marksizm,
Dziwny to rodzaj społecznej – i humanistycznej – wrażliwości.

w drodze do totalitaryzmu

Podsumowując, „Ludowa historia Polski” Adama Leszczyńskiego, mimo swoich wad (na których być może zbytnio się skupiłem) tudzież ideologicznego skrzywienia metodologicznego i programowej stronniczości autora, jest książką ważną, której lektura na pewno wzbogaciła moją wiedzę historyczną o Polsce i uświadomiła jednak pewne aspekty przeszłości, rzeczywiście pomijane w tradycyjnym podejściu historyków. Sprowokowała mnie też do tych oto przemyśleń, podgrzewając moje zainteresowanie przeszłością i mechanizmami działania władzy, której przecież – i to bez względu na jej formę i osadzenie w czasie – nigdy nie byłem fanem, a raczej kontestatorem. Zwróciła też ponownie uwagę na pewną ciągłość historyczną wyzysku jednych ludzi przez drugich, przenosząc tę świadomość na czasy nam współczesne, w których ów wyzysk nadal jest obecny, zmieniając tylko swoją formę. Warto z tego wszystkiego zdawać sobie sprawę, gdyż może to zwiększyć szanse naszego ewentualnego oporu (choćby tylko intelektualnego) przed jakąś kolejną (a podstępną i zdradziecką) formą totalitaryzmu, do której jednak świat wydaje się zmierzać – oczywiście w imię naszego bezpieczeństwa i dobrobytu.

greydot

Rodzina robotniczo-chłopska na Podkarpaciu – początek lat 50-tych XX wieku (zdjęcie z rodzinnego archiwum)

.

post scriptum

Zastanawiam się czasem, skąd też bierze się to ostatnie (wzmożone) zainteresowanie historyków (ale też i mediów, kina, literatury) ludźmi z tzw. nizin społecznych, wykluczonych, ignorowanych, słabych, wykorzystywanych… Czy wynika to tylko z empatii, chęci zadośćuczynienia skrzywdzonym i wyzyskiwanym? Czy może właśnie z przyjęcia konkretnej perspektywy ideologicznej? Tudzież z pewnej mody (akademickiej, medialnej, kulturowej) na taką, a nie inną tematykę (progresywną, lewicową, liberalną, czy jaką tam jeszcze)? Z instynktowego ulegania trendom (będących po części modą) – zbijania się w myślące tak samo gromady (kadry naukowe danej uczelni, redakcje mediów, towarzystwa wzajemnego wspierania się ideologicznego – samonakręcające się mentalnie grupy inteligentów)? A może głównym bodźcem jest dołożenie jakiejś grupie ludzi (politycznej, religijnej, opiniotwórczej), których poglądy nie zgadzają się z naszymi (zwykle „jedynie słusznymi”, należycie poinformowanymi, trzymającymi się prawdziwej prawdy)?
Innymi słowy: czy nie mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju rewizjonizmu na opak albo pędem do indoktrynacji?

* * *

DHOBI GHAT – czyli jak to się robi w Bombaju?

Niestety, odnoszę wrażenie, jakby „cancel culture” wiązało się również z kancelowaniem naszych podróży po świecie, jednak tę sytuację „uziemienia” prawie całej turystyki globalnej można wykorzystać do podróży wirtualnych – wracając do miejsc, które odwiedziło się w przeszłości – wydobywając na światło dzienne zdjęcia, ożywiając wspomnienia, przeglądając zapiski… Jest więc okazja, by opracować materiały zebrane podczas poprzednich wojaży – by zrobić wreszcie to, co się do tej pory (z różnych względów) odwlekało. Jedną z takich podróży jest moja dwumiesięczna wyprawa do Azji, podczas której zwiedziłem niemal cały południowy subkontynent indyjski, począwszy od Bombaju, a na Sri Lance skończywszy. Sam nie spodziewałem się tego, że tę serię relacji rozpocznę od… największej pralni na świecie, do której trafiłem w Bombaju.

.

Dhobi Ghat – największa pralnia na świecie

.

       Nie planowałem wizyty w tym rejonie Bombaju (pozwolę sobie używać tej nazwy, mimo że miasto w 1995 roku zmieniło ją oficjalnie na Mumbaj), ale tak się zdarzyło, że znalazłem się w pobliżu stacji kolejowej Mahalaxmi i idąc wiaduktem trafiłem na platformę widokową, z której można było zobaczyć coś niezwykłego. Jak okiem sięgnąć roztoczył się przede mną widok z kolejnym szokującym indyjskim kontrastem: poniżej rampy rozciągała się wielka przestrzeń wypełniona setkami betonowych, wypełnionych mydlaną wodą balii, nad którymi powiewała porozwieszana na sznurach niezliczona ilość ubrań – spodni, sari, koszul, bluzek… prześcieradeł, zasłon, poszewek, obrusów i tkanin wszelakich – a za tym wszystkim, na horyzoncie, wznosiły się aluminiowo-szklane wieżowce – niektóre z nich były w trakcie budowy, z pochylonymi nań wielkimi dźwigami. Dotarło do mnie to, że oto znalazłem się o parę kroków od największej, znajdującej się pod gołym niebem pralni na świecie, znanej powszechnie jako Dhobi Ghat.

Rzut oka z platformy widokowej mógł wprawić człowieka w osłupienie – zdumiewające było już to, że wybudowano sporej wielkości konstrukcję tylko po to, by pokazać odwiedzającym Bombaj turystom pralnię – jednak postanowiłem sam znaleźć się tam, na dole, by zanurzyć się w atmosferze tego miejsca i z bliska przyjrzeć się istocie Dhobi Ghat, które często wymienia się wśród najciekawszych „atrakcji” miasta.
Nie zdecydowałbym się tego zrobić, gdybym się nie dowiedział, że jednak goście są tam chętnie (pod pewnymi warunkami) widziani, nie ma zakazu robienia zdjęć – a (nie tak znowu duża) opłata dla przewodnika, który oprowadza po Dhobi Ghat, jest dodatkowym – czasem nawet jedynym – źródłem utrzymania dla sporej grupy ludzi. Można oczywiście wejść za darmo, ale wtedy trzeba liczyć się z bardzo nieprzychylnym przyjęciem ze strony pracowników i właścicieli pralni (o samych przewodnikach nie wspominając). A to wstyd i dyskomfort.

Było wczesne popołudnie. Praca zaczyna się tutaj jeszcze przed świtem, więc o tej porze niewielu było już praczy w betonowych baliach (widziałem tylko mężczyzn, ale z tego co się dowiedziałem, w innych zakątkach Dhobi Ghat praniem zajmują się również kobiety) lecz za to niemal wszystkie rzeczy wyprane suszyły się już na sznurach, co stanowiło widok przyprawiający o lekki zawrót głowy.
Od przewodnika dowiedziałem się, że każdego dnia pracuje tu od 5 do 7 tysięcy praczy, którzy piorą ponad 100 tysięcy sztuk tkanin i ubrań. Ich największymi dostawcami są okoliczne szpitale, hotele, organizatorzy wesel, bankietów i przyjęć, ale także indywidualni klienci, a nawet inne pralnie. Oblicza się, że cała pralnia Dhobi Ghat przynosi rocznie 14 mln. dolarów dochodu (z tego wynika, że średni zarobek jednego pracownika to ok. 150 – 200 dolarów miesięcznie.) Kilkaset rodzin mieszka tu na stałe i zajmuje się praniem od kilku pokoleń (pralnie wybudowali Brytyjczycy pod koniec XIX wieku, głównie do obsługi wojska), jednak pracownikami są również – podobnie jak w bombajskich slumsach – przybysze z biedniejszych, głównie wiejskich rejonów Indii, którzy zwykle zatrudniają się tu na kilka lat, by potem szukać zarobku gdzie indziej (niekoniecznie trafiając na lepsze warunki)

Przewodnik prowadził mnie labiryntem wąskich korytarzy, tu i ówdzie spotykaliśmy pracza, który umoczonym w balii mokrym ubraniem uderzał zamaszystym ruchem o kamienną plankę, wzniecając za sobą pióropusz rozpryskującej się wody. W maleńkich pomieszczeniach obok mężczyźni prasowali wysuszone już ubrania, posługując się najczęściej żelazkiem „na duszę” – z ich środka wydostawał się na zewnątrz blask, którego źródłem był rozżarzony do czerwoności węgiel, oświetlając pomarszczoną twarz prasowacza. W ciemnych zakamarkach odpoczywali – śpiąc lub wpatrując się w ekran monitora lub telefonu – ci, którzy do południa zajęci byli ciężką pracą. Wszystko to wydawało mi się dziwne, ale – w jakiś szczególny sposób – i w swojej osobliwości – normalne. Taki cichy, spokojny chaos.

Jak długo jeszcze będzie funkcjonowała ta pralnia? I w takiej formie? (Coraz więcej jednak instaluje się tu pralek i suszarni mechanicznych). Ludzie nie chcą jej opuścić, bo to tak, jakby musieli zrezygnować z czegoś, co stało się pewnym sposobem na życie – ich życie. Które jest takie, jakie jest ale jest – ich życiem własnym i niepowtarzalnym. Jednak pewnie wkrótce wielki kapitał zwycięży, miliarderzy-deweloperzy wykupią i przejmą te ziemie, by wybudować swoje szklane, pełne komfortu – ale czy pełne także szczęścia? – domy.

greydot.

greydot

.

Inne relacje z Bombaju: SASSOON DOCKS, TAJ MAHAL PALACE

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

„EROTICA 2022”, czyli seks jako kopulacyjno-reprodukcyjna tortura

.

W piekle seksualnych lalek i uciśnionych reproduktorek, czyli mężczyźni kobietom zgotowali ten los (Agata Buzek w filmie „Erotica 2022”)

.

Bardziej niż sam tytuł, do obejrzenia tego filmu zachęciły mnie nazwiska kobiet, które napisały do niego scenariusz (Olga Tokarczuk, Joanna Bator, Grażyna Plebanek, Gaja Grzegorzewska, Ilona Witkowska) i go wyreżyserowały (Kasia Adamik, Olga Chajdas, Anna Jadowska, Jagoda Szelc, Anna Kazejak). Pań jest dziesięć, bowiem „Erotica 2022” składa się z pięciu nowel, które te pisarki i reżyserki stworzyły, łącząc się (w każdej z tych nowel) w pary.
Wszystkie te części łączy dystopijna wizja świata, w którym rola i pozycja kobiet jest stłamszona patriarchatem, a one same są sprowadzone do roli inkubatorek oraz seksualnych lalek, służących do zaspokajania samczych instynktów, sprawujących nad nimi władzę mężczyzn (którzy niemal wszyscy – jak jeden mąż – są w tym filmie żałośni i obleśni, czyli mizoandria w pełnym rozkwicie).

Zaskakujące jest to, że wszystkie ukazane historie dzieją się w mocno depresyjnej i ponurej scenerii przypominającej siermiężno-szary PRL. Dokładnie takie samo zabarwienie ma życie erotyczne występujących w filmie postaci, zabarwione dodatkowo „bizarnością” (wylansowane przez Olgę Tokarczuk słowo oznaczające „osobliwość” lub „dziwaczność”) tudzież perwersją, z wyraźnie morderczym zacięciem.

Niestety, w niewielu filmach sceny tzw. „erotyczne” wymęczyły mnie tak bardzo, jak w tym – stworzonym bądź co bądź przez kobiety – dziele. Zresztą, wszystko wskazywało na to, że również dla biorących udział w tych (jakże tutaj licznych) kopulacjach aktorów/bohaterów, owe akty seksualne były bardziej mechaniczną torturą, niż intymnym spotkaniem dwojga ludzi przynoszącym jakąkolwiek przyjemność – o czułości i miłości nie wspominając.

Od strony technicznej film prezentuje się nieźle (ciekawe ujęcia, obrazowa malowniczość, intrygująca ścieżka dźwiękowa…), obsada aktorska jest naprawdę dobra (m.in. Agata Buzek, Małgorzata Bela, Lena Góra, Agnieszka Żulewska) jednak moim zdaniem bardzo kuleją scenariusze większości nowel, przez co (skądinąd przecież dobrym reżyserkom), trudno było wycisnąć z tych historii jakieś bardziej treściwe soki – zarówno jeśli chodzi o akcję, jak i metaforyczny przekaz. W sumie, zbyt często sprowadzało się to do banału. Ale też i do nonsensu.

Prawdę pisząc, rozbawiły mnie nieco recenzje krajowych krytyków, którzy wskazywali na „uderzające” podobieństwo tego, co ukazywał film, do obecnej sytuacji w naszym kraju, gdzie kobiety są tyranizowane przez opresyjną – pozbawiającą ich praw i wolności – władzę. (Że też muszę się tego dowiadywać z filmu Netflix’a!). Jeśli jeszcze równie ponuro (jak w „Erotica 2022”), wygląda seks uprawiany przez walczące teraz o swoje prawa kobiety, to… strach się bać – przystępując do tych pań w wiadomym celu.

W sumie, wydaje mi się, że „Erotica 2022” jest bardziej autorską wizją kobiecości i erotyzmu (tzn. mówi więcej o samych twórczyniach filmu) niż uniwersalną diagnozą pozycji i społecznej roli kobiet w zachodnim świecie, która przecież jest coraz silniejsza, wbrew temu co nam wmawia współczesny wojujący feminizm.

5/10

 *  *  *

UWIĘZIENI W BIEGU DONIKĄD – o książce Olgi Tokarczuk „Bieguni”

.

Oto nowy typ umysłu, który nie ufa słowom z książek, z najlepszych podręczników, z opracowań, monografii, encyklopedii – sponiewierany w czasie studiów, a teraz ma czkawkę. Zdeprawował się łatwością rozkładania na czynniki pierwsze każdej, najbardziej nawet skomplikowanej konstrukcji. Sprowadzaniem do absurdu każdej nieprzemyślanej argumentacji, przyjmowaniem co kilka lat zupełnie nowego, modnego języka, który – podobny do najnowszej, reklamowanej wersji scyzoryka – potrafi zrobić wszystko ze wszystkim: otworzy puszkę, oprawi rybę, zinterpretuje powieść i przewidzi rozwój sytuacji politycznej w centralnej Afryce.

To umysł szaradzisty, umysł, który operuje odsyłaczami i przypisami jak nożem i widelcem. Umysł racjonalny i dyskursywny, samotny i sterylny. Umysł, który zdaje sobie ze wszystkiego sprawę, także i z tego, że niewiele rozumie; lecz porusza się szybko, bystry, inteligentny elektroniczny impuls, bez ograniczeń, łącząc wszystko ze wszystkim, przekonany, że wszystko to coś razem znaczy, ale nie wiemy – co.

Olga Tokarczuk, „Bieguni”

.

       Powyższy cytat to chyba najlepsza diagnoza stanu umysłu współczesnego człowieka bez właściwości, z jaką dotychczas się zetknąłem – umysłu zanurzonego w postmodernistycznej brei i kosmopolitycznej próżni; wyobcowanego, niewierzącego w tożsamościowe narracje, wydziedziczonego z sensu…. błąkającego się samotnie po obcym rozkawałkowanym świecie – dokładnie tak, jak to się dzieje z bohaterką książki Tokarczuk, będącą w ciągłym ruchu, podróżującą, kolekcjonującą zarówno banały, jak i kurioza, nie odróżniającą hotelu od domu. (Dzisiejszy flâneur zamieniający wałęsanie się po ulicach we włóczęgę po lotniskach).

Podróż jako niedomaganie

       Wprawdzie fragment, który przytoczyłem na początku, jest wypowiedzią jednej z bohaterek książki Tokarczuk, ale istnieje wiele przesłanek za tym, że autorka jednak opowiada też o sobie i o własnym postrzeganiu świata. Świadczy o tym wiele fragmentów kilku pierwszych – wyraźnie autobiograficznych – rozdziałów książki:

  • – „(…) moje korzenie zawsze były płytkie i wywracał mnie byle jaki podmuch wiatru. (…) Moje energia bierze się z ruchu – z trzęsienia autobusów, z warkotu samolotu, z kołysania promów i pociągów.”
    – „Mnie życie zawsze się wymykało. Natrafiałam tylko na jego ślady, jakieś marne wylinki.”
    „Miałam skłonność do zamazywania oczywistości, podawania w wątpliwość niezbitych argumentów (…). Nie chciałam mieć stałych poglądów, byłyby niepotrzebnym bagażem.”
    – „Historia moich podróży jest tylko historią niedomagania. (…) Mój zespół objawów polega na tym, że pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki. Wszystko, co odstaje od normy, co jest za małe albo za duże, wybujałe lub niepełne, monstrualne i odrażające.”

Zaś w jednym z wywiadów Olga Tokarczuk mówi wprost:[nasz świat] to świat pełen informacji, ale pozbawiony znaczenia.”

Co robić w takim świecie? Być w ciągłym ruchu, przemieszczać się, podróżować? „Więc ruszaj się, kiwaj, kołysz, idź, biegnij, uciekaj…” – czytamy w książce. Biegnij, bo – jak wierzyli bieguni, czyli rosyjscy starowiercy – chroni to przed złem, jakie przenika świat – i tylko wtedy można uciec przed Antychrystem, którego nie sposób jest zwalczyć. A kiedy się zatrzymujemy, wystawiamy się na łatwy łup Szatana.
Tokarczuk wyznała, że sama jest biegunem, ale oczywiście nie oznacza to, że XXI-wieczna pisarka utożsamia się z półobłąkaną sektą z XVIII wieku – bo na pewno nie wierzy w Antychrysta czy Szatana, a chyba nawet i w samo zło – ale że dla niej jest to (jak sama określiła) metafora poszukiwania w rozkawałkowanym, rozedrganym, efemerycznym i pozbawionym znaczenia świecie tego, co jest stałością, całością, stabilnością i sensem: „Chciałam przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy? Podróż jest chyba największym zbliżeniem do tego, czym współczesny świat wydaje się być – ruchem, niestabilnością.”
Lecz tu pojawiają się pytania: czy aby rzucanie się w wir podróży nie jest antytezą stabilności? Czy wrzucanie do jednego worka (książki) kawałków, fragmentów – przypadkowych i najczęściej do siebie nie przystających (a z tego formalnie składają się „Bieguni”) – daje nam szanse na sklejenie tego w koherentną i sensowną całość, czy też raczej poczucie poszatkowanego i roztrzęsionego świata wzmacnia? Czy nie przypomina to gaszenie pożaru benzyną? Albo jakieś nowej formy syndromu Tourette’a, czy bieżączki – nerwicy natręctw nie pozwalającej człowiekowi ustać w jednym miejscu i zmuszającej go do wykonywania w kółko tej samej czynności?
A może to coś w rodzaju egzystencjalnej pląsawicy strojącej się w epistemologiczne piórka – bo ponoć „widzieć znaczy poznać”?
Tak, podróż powinna być motywowana chęcią poznania. Szkopuł w tym, że w „Biegunach” powodowana jest ona zazwyczaj strachem, nerwicą i walką z bezruchem. Jest ucieczką „od” a nie zmierzaniem „do” (jakiegoś celu).

Uciekinierzy

       Każdy człowiek, jakiego spotkamy na kartach biegunów, jest człowiekiem w ruchu. Pewnie dlatego, że tylko taki człowiek jest dla autorki człowiekiem żywym i prawdziwym. („Mobilność jest realnością”, „(…) prawdziwe życie odbywa się w ruchu.”) Większość z nich – włącznie z główną narratorką – podróżuje.
Motyw podróży to jeden z głównych wątków „Biegunów”, ściśle powiązany z obsesyjnym wręcz zajmowaniem się w tej książce ruchem (bo bezruch to stanie w miejscu, a stanie w miejscu to rozkład). Autorka – zgodnie ze wspomnianą wcześniej intencją – przygląda się temu, czym jest podróż, jaki ma ona sens, co nam daje, co znaczy… a my przyglądamy się temu, co ona na ten temat napisała. I co widzimy?
Mnóstwo literackich, psychologicznych, filozoficznych i antropologicznych tropów (notabene cechuje się tym cała książka, nie tylko w odniesieniu do ruchu i podróży), które jednak w żaden sposób nie są w stanie ukryć tego, że podróżny – tak jak to opisuje autorka – to człowiek wyalienowany, samotny, wykorzeniony, rozchwiany, pozbawiony celu, a więc błądzący i zdezorientowany. Potwierdziła to w jednym z wywiadów sama Tokarczuk, dla której biegun to bardziej kloszard i każdy, kto wypadł poza stabilny porządek, a nie turysta (który według niej jest tylko jednym z rodzajów bieguna).
Ile w tak pojętej podróży jest z ucieczki, a ile z poszukiwania, chęci poznania, pogoni za czymś, tęsknoty za sensem? Uderza to, że wiele z głównych postaci, które spotykamy w „Biegunach” ucieka – w sposób wręcz desperacki wyrywają się oni z jakiegoś miejsca lub sytuacji, szarpią się, chcąc uwolnić się od okoliczności, w jakich uwięziło ich życie. Niestety, jest to dla nich wyzwolenie pozorne – bo zaraz potem wracają do punktu wyjścia. Ich droga (ucieczki) okazała się błędnym kołem.

Kierunki bez celu, ułamki bez całości

       Wróćmy jednak do podróżnych lotniskowych i tej wersji podróży po świecie, która nie może obyć się bez samolotów. W „Biegunach” znalazł się również rozdział zajmujący się tzw. „psychologią podróżną” a w nim taki oto fragment:

  • – „Psychologia podróżna zajmuje się człowiekiem podróżującym, człowiekiem w ruchu, i w ten sposób sytuuje się w opozycji do tradycyjnej psychologii, która zawsze rozpatrywała istotę ludzką w stałym kontekście, w stabilności i w bezruchu – na przykład poprzez pryzmat jej biologicznej konstytucji, związków rodzinnych, usytuowań społecznych. Dla psychologii podróżnej są to sprawy drugorzędne. Chcąc opisać człowieka przekonująco, możemy to tylko uczynić, umieszczając go w jakimś ruchu skądś – dokądś.”
    – „Ważnym pojęciem w psychologii podróżnej jest pragnienie, to ono istocie ludzkiej nadaje ruch i kierunek oraz – pobudza w niej lgnięcie ku czemuś. Pragnienie samo w sobie jest puste, to znaczy wskazuje tylko kierunek, lecz nie cel; cel bowiem zawsze pozostaje fantasmagoryczny i niejasny; im do niego bliżej, tym bardziej staje się enigmatyczny. W żaden sposób nie można takiego celu osiągnąć ani tym samym zaspokoić pragnienia. Pojęciem, które unaocznia ten proces dążenia, jest przyimek ‘ku’. Ku-czemu.”
    – „W życiu (…) nie da się zbudować konsekwentnego przyczynowo-skutkowego ciągu argumentów ani opowieści z następujących kazuistycznie i wynikających z siebie zdarzeń. (…) To konstelacja, a nie sekwencja jest nośnikiem prawdy. Dlatego psychologia podróżna opisuje człowieka nie usiłując nadać jego życiu żadnej przybliżonej nawet ciągłości. (…) Powtarzalność [sytuacji] nie przesądza jednak o tym, by nadawać życiu pozór jakiejkolwiek konsekwentnej całości.”

Powyższy tekst podany jest w książce jako wykład, który specjaliści od „psychologii podróżnej” serwują przypadkowym ludziom – pasażerom i podróżnym – na jednym z dużych lotnisk. Znamienne jest to, że temu (miejscami mętnemu i w istocie swej przewrotnemu) referatowi przysłuchuje się bez większego zainteresowania garstka znudzonych oczekiwaniem na samolot pasażerów (nawet nasza narratorka opuszcza na pewien czas to zgromadzenie, by kupić kawę), a zwykli podróżni (i jasno tutaj przez autorkę określeni: kibice, para zakochanych, rodzice z dziećmi…) zajęci sobą i poruszający się według swojego ściśle określonego itinerarium, przechodzą tłumnie obok. Trudno byłoby uwierzyć, że ta „psychologia podróżna” odnosi się właśnie do nich.
Według mnie się nie odnosi. Natomiast związana jest z czymś, co można nazwać dekonstrukcją podróży.
O swoich rodzicach narratorka pisze tak: „nie byli prawdziwymi podróżnikami, bo wyjeżdżali po to, aby wrócić”; albo: „tam i z powrotem – parodia podróży”. Czyli: kto wraca do domu nie jest prawdziwym podróżnym? Czyli: prawdziwa podróż to podróż bez powrotów?

Przypomnijmy tutaj główne pojęcia „psychologii podróżnej”: ważny jest człowiek mobilny, a nie ustabilizowany; pragnienie kogoś, kto się porusza jest puste i wskazuje tylko kierunek, ale nie cel; życie człowieka podróżnego nie jest ciągłe, i nie jest całością…
Można odnieść wrażenie, że dekonstrukcji poddaje się tu nie tylko podróż (i samego podróżnego), ale i człowieka w ogóle, a nawet cały świat z na nowo definiowaną cywilizacją: „Płynność, mobilność, iluzoryczność – to znaczy być cywilizowanym.
Trudno o bardziej dobitne określenie postmodernistycznej wizji rzeczywistości. Ale czy ta wizja jest odbiciem prawdy, czy też tę prawdę symuluje, bo nie ma do niej dostępu?
A może rzeczywiście nasz świat się rozpada a my zaczynamy być z wszystkiego wydziedziczani?
Kim jest człowiek bez „związków rodzinnych”, „usytuowań społecznych” jak nie wyobcowaną monadą, błąkającą się bezcelowo po wyzbytym sensu świecie?

Zawieszeni – między „kiedyś” a „nigdy”, między „nigdzie” a „wszędzie”

  • – „Bo jeśli przyszłość i przeszłość są nieskończone, to nie istnieje w rzeczywistości jakieś ‚kiedyś’.”
    – „W rzeczywistości żaden ruch nie istnieje. Jak ten żółw z paradoksu Zenona, donikąd się nie poruszamy, wędrujemy zaledwie do wnętrza momentu i nie ma żadnego kresu ani żadnego celu. I to samo mogłoby dotyczyć przestrzeni – skoro wszyscy jesteśmy jednakowo oddaleni od nieskończoności, to nie istnieje również żadne „gdzieś” – nikt nie tkwi w żadnym dniu ani w miejscu.”

Same paradoksy – a może niedorzeczności? Bo przecież to, że można coś dzielić w nieskończoność, nie oznacza tego, że to coś nie może być całością. Skoro w czasie istnieje moment, to tym samym istnieje „kiedyś”. Wszystko jest w ruchu – nie ma więc czegoś takiego jak bezruch. (Nie istnieją rzeczy, które się nie poruszają. Jeśli wydają się nie poruszać, to dlatego, że ruch jest względny – podobnie jest z czasem.) Jeśli istnieje zmienność, to musi istnieć czas. Skoro nikt/nic nie tkwi w żadnym czasie ani miejscu, to musi się poruszać w czasie i przestrzeni – a to oznacza istnienie zarówno czasu jak i przestrzeni (a tym samym owych „gdzieś”), które są do tego konieczne. Innymi słowy: fundamentalną i permanentną właściwością świata jest jego zmienność w czasie i przestrzeni. Przy czym nie można zmierzyć tego, jak daleko jesteśmy od nieskończoności, tak samo jak nie można ustalić czasu jaki mamy stąd do wieczności.
Po co – i dlaczego – o tym wszystkim piszę? Otóż nie (tylko) po to, aby się bawić myślą, mową – słowem i znaczeniami – przy rozgryzaniu tekstu książki – zanurzaniu się w jego ewentualnym sensie czy bezsensie. Piszę po to, aby wykazać płynność i labilność świata wyobrażanego, kreowanego i opisywanego w „Biegunach”. Piszę dlatego, że mnie to intryguje, czasem trochę irytuje, ale jednak – co jest dla mnie pewnym zaskoczeniem – nie nuży.
A przede wszystkim chciałbym tym zwrócić uwagę na to jak bardzo tekst Tokarczuk otwarty jest w wielu miejscach na interpretację – co można uznać zarówno za jego wadę, jak i zaletę. Zaletą jest wtedy, kiedy pobudza, zmusza do myślenia, daje wrażenie bogactwa; natomiast wadą – kiedy jego nieuchwytność i osobliwość wyklucza adekwatną przymiarkę do rzeczywistości, uniemożliwiając wysnucie wiarygodnych i sensownych znaczeń, nie tylko w obrębie powieściowej fikcji, ale przede wszystkim w odbiciu prawdziwego świata.

Konstelacja – powieść jak szwedzki bufet?

       Tokarczuk: „Każdy recenzent zauważa w tej książce coś innego, wyciąga inne wątki i składa je w inną całość. Takie było zresztą założenie jej formy – powieści konstelacyjnej, jak ją sobie nazwałam. Wątki w niej zawarte, motywy, idee są pretekstem do ustanowienia własnego porządku czytelniczego. Ma zadziałać jak test projekcyjny – rzutujemy na nią własne sensy.”
Konstatacja to czy asekuracja? Jak mamy tę wypowiedź rozumieć? Czy wieloznaczność może zdradzić nam sens, a jeśli tak to czy nam drogę do poznania tego sensu ułatwia, czy utrudnia? Skoro sami nadajemy sens temu co jest w książce, to czy nie świadczy to o deficycie tego sensu w jej treści – a może nawet wręcz o jego braku? (Przypomnijmy słowa Tokarczuk: „Świat jest pełen informacji, ale pozbawiony znaczenia”.)
Po prawdzie sam do tej pory nie wiem, czy kolażowo-patchworkowa forma „Biegunów” jest wadą tej książki, czy zaletą (choć sam nie miałem z tym żadnego kłopotu); czy świadczy to o bogactwie znaczeń, czy też może jest przejawem semantycznego chaosu? Skoro sama pisarka stwierdza, że dopiero czytelnik „ustanawia własny porządek”, to czy nie jest to dowodem na to, że książka sama w sobie jest porządku pozbawiona?
Synkretyzm gatunkowy „Biegunów” jest wręcz ostentacyjny. Książka podzielona jest na ponad sto „rozdziałów” – niektóre z nich mają po kilkadziesiąt stron, inne ograniczają się do kilku zdaniowych akapitów. Są w niej kartki jakby wyjęte z pamiętnika, mini-opowiadania, zapiski z podróży, uwagi i komentarze do świata, epizody, monologi i dialogi, wspomnienia przypadkowych spotkań; niektóre z tych słownych okruchów trącą aforyzmem, inne zaś można zrozumieć tylko jako metaforę… Przeróżna jest też waga tych „rozdziałów”: od błahostki i banału po ciężkie intruzje psychologiczno-filozoficzne; od myśli rozproszonych po zbite konglomeraty słów, od tego co zwykłe (w ilości jednak śladowej) po to co bizarne (warto podkreślić, że to ostatnie stanowi gros tej książki).

.

„Wielu ludzi wierzy, że istnieje na układzie współrzędnych świata punkt doskonały, gdzie czas i miejsce dochodzą do porozumienia. Może to nawet dlatego wyruszają z domu, sądzą, że poruszając się choćby chaotycznie, zwiększą prawdopodobieństwo trafienia do takiego punktu. Znaleźć się w odpowiednim momencie i w odpowiednim miejscu, wykorzystać okazję, chwycić chwilę za grzywkę, wtedy szyfr zamka zostanie złamany, kombinacja cyfr do wygranej-odkryta, prawda-odsłonięta.” Olga Tokarczuk, „Bieguni”

.

Gabinet osobliwości i kolekcja trupów

       Właśnie, „bizarne” (słowo zaanektowane przez samą pisarkę, która najwyraźniej nie chciała się ograniczać do polskiego wyrazu „dziwaczny”) jest być może nawet dominantą „Biegunów”. Nie bez racji często powtarzającym się określeniem odnoszącym się do zawartości książki Tokarczuk jest „gabinet osobliwości”, podobnie zresztą jak „panoptikum”. (Przypomnijmy: „…pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte (…) niepełne, monstrualne i odrażające.”)
Wśród tytułów rozdziałów książki, spotykamy np. takie: „Torebka do wymiotowania” czy „Sutki ziemi”. Dziwność, ekscentryczność – nie tylko w opisie rzeczy i zjawisk, ale też okoliczności, sytuacji i zachowania się ludzi.
Jednakże mnie poczucie owej „bizarności” nawiedzało najbardziej wtedy, kiedy czytałem o preparowaniu ludzkich zwłok, który to temat jest w książce potraktowany wcale nie marginalnie. Wprost przeciwnie: wszystkie te opisy sekcji zwłok, amputacji, technik balsamowania ciała, przeglądanie kolekcji zmumifikowanych trupów i mutantów; fascynacja tym, co zostało z żywego człowieka i pływa teraz w formalinie lub innym płynie, albo zostało splastynowane i wystawione na widok publiczny… ciągną się to w „Biegunach” przez dziesiątki stron. Czytając to zdawałem sobie sprawę, że to nie moja fascynacja – że to jednak nie jest w tym „bufecie” moja cup of tea. Nie mogę wszak powiedzieć, że ta lektura mnie nudziła – bo plastyczny i obrazowy, mocny i giętki język Tokarczuk przykuwał moją uwagę – prowokował, zmuszał do myślenia i stawiania pytań: co to ma znaczyć? Gdzie to wszystko prowadzi? Jest w tym wszystkim piękno i tajemnica, czy tylko marność, ohyda i nicość?
I wreszcie: czy rzeczywiście rozbierając na części pierwsze maszynę, jaką według biologów jest człowiek, można dowiedzieć się czegoś istotnego o jego człowieczeństwie – o czymś co stanowi i konstytuuje człowieka poza biologizmem? (Moim zdaniem nie można opisać naszego człowieczeństwa w kategoriach materii. Ponadto człowiek może istnieć – i określić się sensownie – tylko w relacji z drugim człowiekiem – właśnie w swoich „usytuowaniach społecznych”.)
Dla Schopenhauera ciało było kluczem do zagadki świata, dzięki któremu możliwe jest poznanie metafizyczne. Dla Tokarczuk poruszającej się w post-religijnym, pozbawionym metafizyki universum, ciało jest tylko eksponatem, naukowym gadżetem, osobliwością – przedmiotem plastynacji albo sekcji zwłok.

Cioran zamiast Biblii

       „Widzieć znaczy wiedzieć”, „opisać znaczy zniszczyć”, „To, co się nie porusza stoi w miejscu. To, co stoi w miejscu, rozpada się.” – pisze Olga Tokarczuk.
Jak mamy traktować te stwierdzenia? Są zbyt dosadne i jednoznaczne, by widzieć w nich tylko metaforę. Z kolei – traktowane dosłownie, nie wytrzymują krytyki jako metody ogarniania, opisu i rozumienia świata. Bo przecież widzieć to wcale nie znaczy wiedzieć (dla neurologów iluzoryczność – a często i złudność – obrazów, jaki przedstawia nam mózg, jest oczywista: tak naprawdę to nie widzimy rzeczywistości tylko jej przetworzone już w naszym mózgu odbicie). Ponadto, żeby coś wiedzieć, to trzeba też to zrozumieć. Ale jak można coś zrozumieć w świecie pozbawionym (jak twierdzi autorka) znaczenia, a tym samym i sensu?
Czy rzeczywiście ruch jest zawsze dobry, a bezruch zawsze zły? Czy opuszczać coś jest zawsze lepiej niż gdzieś pozostawać? Czy zakorzenienie się i stałość to koniecznie rozkład, czy może wprost przeciwnie: to ochrona przed rozpadem, alienacją i wydziedziczeniem – warunek stabilności i spokoju?
Czy opisywanie to niszczenie? A może dopiero to, co opisane zaczyna istnieć w naszej świadomości – nabiera konkretu w ludzkiej wyobraźni? Czy jeśli pisarz coś opisuje – to tym samym coś niszczy, czy wręcz przeciwnie: tworzy?
Zresztą, sama metafora „bieguna” – jeśli jej się tak bliżej przyjrzeć – też pozostawia wiele do życzenia pod względem logiki, choćby dlatego, że żaden powieściowy „biegun” nie uwalnia się od zła i nikczemnego losu, mimo że jest w ciągłym ruchu.

Jest jeszcze jeden aspekt filozoficzny, który w „Biegunach” zwrócił moją uwagę. Jeden z bohaterów książki sugeruje, by hotelowe egzemplarze Biblii wymienić na Ciorana (bo „do celów wróżebnych Biblia straciła swoją aktualność”), czyli na coś bardziej aktualnego, a tym samym bardziej pożytecznego. I jako przykład cytuje jedną z wypowiedzi Ciorana: „(…) nasza misja polega na wznoszeniu kurzu w poszukiwaniu jakiejś niepoważnej tajemnicy”. Niestety, polskie tłumaczenie cytatu nie oddaje cioranowskiego sensu i klimatu tak dobrze, jak wersja angielska: our mission was to graze the dust in search of a mystery stripped of anything serious. Bo jednak istnieje różnica między „wznoszeniem” pyłu a jego „gryzieniem”, a jeszcze większa między „niepoważną tajemnicą” a „tajemnicą odartą ze wszystkiego, co poważne”.
Cioran – nihilista, mizantrop, totalny pesymista; nienawidzący swoich narodzin gostek („typy takie jak ja, nigdy nie powinny zaistnieć”), który odmawia jakiegokolwiek sensu nie tylko własnej osobie, ale i życiu oraz całemu światu.
I on ma być lepszy od Biblii?
Pozwolę sobie jeszcze na zacytowanie tego, co Cioran napisał w swoim eseju „O niedogodności narodzin”: „Gdziekolwiek się ruszę – to samo odczucie nieprzynależności, bezużyteczności gry. Udaję zainteresowanie czymś, co mnie zupełnie nie obchodzi, kręcę się tu i tam, ale nigdy nie jestem ‘w środku’, w żadnym określonym miejscu. To, co mnie przyciąga, znajduje się gdzieś indziej, czym zaś owo ‘gdzie indziej’ jest – nie wiem.”
Czy nie uderza nas w tych słowach zbieżność z „filozofią” i wymową „Biegunów” – z zachowaniem, stosunkiem do świata i charakterem występujących w tej książce postaci?

Bandycka napaść na sacrum…

       Wśród recenzji jakie przeczytałem po lekturze „Biegunów”, najbardziej chyba dotknęło mnie to, co napisał Zbigniew Ściubak. Nie tylko dlatego, że autor wyczuł w książce podobne materie i kanwy, jak ja, ale dlatego, że – co najważniejsze – to co napisał jest żywe, krwiste, wyraziste, szczere i niewykalkulowane – zupełnie nie przypominające innych tekstów „krytycznych” (zwłaszcza tych bezkrytycznych) zbyt często zaprawionych akademicką drętwotą.
Przytoczę tu tylko jeden fragment tej recenzji: „Są więc ‘Bieguni’ pędem donikąd. Do nigdzie. (…) Bycie w podróży Olgi Tokarczuk, to [też] bycie – nigdzie. Bez punktu zaczepienia, tak naprawdę bez celu. W zawieszeniu. W przestrzeni pomiędzy. Nigdzie. (…) ‘Celem pielgrzymki jest inny pielgrzym’ – powtarza Tokarczuk. Ale nie jest to pielgrzym, w rozumieniu żywego człowieka z całym wszechświatem jego znaczeń, wartości, przeżyć. Cel ‘pielgrzymki’ Olgi Tokarczuk to zatopiony w formalinie organ lub część ciała, to woskowa figura ilustrująca rozkład kości, rozpięcie naczyń krwionośnych. Celem pielgrzymki Olgi Tokarczuk jest nicość – to jest – materia, to jest to, co pozostaje z człowieka, dotykalne, zachowane i owo zachowywanie materii tak Autorkę ‘Biegunów’ fascynuje. (…) Ale taka redefinicja pielgrzymki to zwykła bandycka napaść. Podstępny skok na skarbiec człowieka, na to, co ma najcenniejsze, bo przecież pielgrzymowanie, we wszystkich kulturach i wszystkich religiach, biegło ku sacrum. To sacrum postawione, jako punkt odniesienia dla ludzi, to świętość wymykająca się materialności, doczesności czy zmysłowości, ogniskowała całe pozamaterialne poznanie człowieka. To dlatego, byliśmy ludźmi, że mieliśmy rzeczy święte. To jest przekraczające, przynajmniej w zamiarze, zbiór atomów, elektronów, układ związków chemicznych, który w danym momencie może stanowić funkcjonalną całość, a w innym wcale nie, i sacrum było wyrazem tego fundamentalnego przekonania, że… nie, że to nie wszystko (…). Uporczywe wracanie do człowieka jako preparatu. Jeden z bohaterów pisze do własnej odciętej nogi. Bycie nigdzie, to jest pomiędzy, a to znów – nigdzie. Nigdzie niezmierzanie z tym kończącym książkę przesłaniem, że jesteśmy w podróży, bo tu i teraz, to nie jest miejsce właściwe, ani pisany nam czas. To wszystko jest wyrazem alienacji. Wejścia w nihilizm bycia ‘nie tu’ ani ‘nie tam’, niezmierzania. W tej przestrzeni jedynym co pęcznieje jest ‘ja’ człowieka. To ono rośnie. Rozgląda się wokół. Nadyma się, z braku granic, nicością.”

Prochy na wietrze

       W „Biegunach” znalazły się jednak rozdziały, które autentycznie przykuły moją uwagę, ogarnęły swoim klimatem, pozwoliły smakować język jakim posłużyła się autorka… I działo się to wbrew temu, że z tych mini-opowiadań emanował jakiś nieprzemożny smutek, a właściwie rozpacz człowieka uwięzionego w bezdusznym mechanizmie świata, będącego na łasce i niełasce losu, usiłującego wyrwać się z roli w jaką wtłaczało go życie. Ale były też tam ślady czułości (ale chyba nie takiej, o jakiej Tokarczuk pisze ostatnio), choć najbardziej dojmujące było jednak poczucie stratybezpowrotności, przemijania i rozpadu.
Mężczyzna, który na chorwackiej wyspie poszukuje zagubionej żony i dziecka, zdezorientowany absurdem zaistniałej sytuacji, bezradny wobec rzeczywistości (lustruje przedmioty zaginionej) która rozpadła się nagle, tworząc jakiś nowy, zupełnie niezrozumiały dla niego wzór. (Znaczące jest to, że wyjaśnienie zagadki jeszcze bardziej komplikuje i być może nawet niszczy jego życie.)
Pływający kiedyś po wszystkich oceanach świata marynarz, który na starość utknął w jednym miejscu, obsługując kursujący tam i z powrotem prom. Pewnego dnia buntuje się jednak i uprowadza wypełniony pasażerami statek, wypływając nim na pełne morze. Kobieta opiekująca się niepełnosprawnym synem, ucieka z domu i – podobnie jak inni bezdomni „bieguni” – błąka się całymi dniami i nocami po wszystkich liniach moskiewskiego metra.
Małżeństwo akademickich naukowców, które co roku odbywa rejs po Morzu Śródziemnym, udzielając współpasażerom wykładów na temat historii starożytnej. Poznajemy ich w czasie ostatniego rejsu, gdzie wskutek wypadku profesor (erudyta i wybitny znawca kultury greckiej) doznaje wylewu krwi do mózgu. Opis tego, jak wraz z postępującym niszczeniem mózgowych tkanek znika utrwalony w nich pamięcią bogaty świat profesora jego wiedza, poprowadzony jest według mnie po mistrzowsku (i muszę przynać, że chwycił mnie za gardło). W tym czasie jego żona „siedziała przy nim całą noc. Szeptała mu do ucha, wierząc, że słyszy i rozumie.” A kiedy już wszystko zalała krew: „była przy nim, gdy definitywnie odłączono niepotrzebną już aparaturę i gdy łagodne dłonie greckiej pielęgniarki jednym ruchem przykryły jego twarz prześcieradłem. Ciało zostało skremowane, a prochy wspólnie z dziećmi rozsypali do Morza Egejskiego, wierząc, że taki pogrzeb podobałby mu się najbardziej.”

Silva rerum czy zawartość damskiej torebki?

       Mimo wszystko trudno jest znaleźć jakiś wspólny mianownik tych 116 rozdziałów, na jakie podzielona jest książka Olgi Tokarczuk. Ruch czy podróże to kryteria zbyt pojemne. Ich formy nieprzystające do siebie, styl i ton zmienny, waga przeróżna, znaczenia rozproszone… taka bliska chaosu niezborność.
Ten zbiór to konstelacja w sumie nie bardzo przejrzysta.
Czy o doborze decydował jakiś klucz, czy przypadek? Czy aby z tej nieskładności i niejednorodności nie wynika wisząca nad książką interpretacyjna niespójność?
Misz-masz, patchwork, silva rerum czy może (jak ktoś to nie bez złośliwości nazwał) zawartość damskiej torebki? Wygląda na to, że autorka nie przejmowała się zbytnio tą niekoherencją i pomieszaniem, które jeden z recenzentów określił (nie kryjąc swojej aprobaty) „frywolnością” pisarki. A może to nie frywolność a bardziej dezynwoltura?
Jak już wspomniałem, mnie ta migotliwa mozaikowość w „Biegunach” nie przeszkadzała (lubię pojawiającą się w literaturze wyrywkowość i dorywczość, polifonię, chwytanie myśli i świata w momencie i w różnych jego przejawach – wszelkie notatki, zapiski, dzienniki, komentarze, uwagi, przypisy, marginalia) ale skądinąd wiem, że wielu czytelników – przyzwyczajonych do linearności i formalnej spójności – miało z tym jednak problem.

Olga Tokarczuk: „Nadal coś jest ze światem nie tak Staje się on martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni.”

.

„Czuły narrator” jak Bóg?

       Ostatnią książką Olgi Tokarczuk, a jednocześnie pierwszą po otrzymaniu Nobla, jest zbiór jej tekstów „Czuły narrator” (tytuł nawiązuje oczywiście do przemowy noblowskiej pisarki).
Kim (czym) jest taki narrator?
Myślę, że najlepiej będzie oddać tu głos samej Tokarczuk, która odbierając nagrodę Nobla mówiła:

  • – „Marzy mi się także nowy rodzaj narratora – „czwartoosobowego”, który (…) potrafi zawrzeć w sobie zarówno perspektywę każdej z postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. (…) Możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość (…). Mogłoby to być „podwaliną pod nową opowieść – uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów u jednocześnie zrozumiałą”(…), „językiem, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję.”
    – Natomiast „[czułość] pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest ‚ja’. Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu. Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny.

Tę wizję „czułego narratora” autorka rozszerza w jednym ze swoich ostatnich wywiadów: „[Czułość] to poczucie głębokiej, fundamentalnej więzi ze wszystkim co żywe i trwa. Nie ma nic wspólnego z „pochylaniem” się nad innymi, z czułostkowością, sentymentalizmem. W tym sensie jest to postawa bardziej intelektualna niż emocjonalna.”

Czytając to wszystko lepiej mogę sobie uświadomić ewolucję, jaką przeszła Olga Tokarczuk przez te kilkanaście lat jakie dzielą nas (i ją) od powstania „Biegunów”. Po drodze przydarzyły się jej najwyższe wyróżnienia w świecie literatury – nagrody Bookera (właśnie za anglojęzyczne wydanie „Biegunów”„The Flights”) i Nobla. W tym czasie napisała też monumentalne (również w sensie wagi i objętości) „Księgi Jakubowe” i stała się dla wielu autorytetem (Nobel oblige) – i to nie tylko literackim. Ale stała się też obiektem ataków, po tym jak w jednej ze swoich (moim zdaniem jednak niefortunnej, stygmatyzującej i nie do końca sprawiedliwej) wypowiedzi nazwała Polaków „kolonizatorami”, „właścicielami niewolników” i „mordercami Żydów”, w czym rzeczywiście trudno się było dopatrzeć jakiegokolwiek zniuansowania i zachowania historycznych proporcji.
Nie chcę tu jednak o tym pisać, wolę wrócić do konfrontacji tego, co znalazłem w „Biegunach” z tym, co artykułuje Tokarczuk w ostatnich tekstach i wystąpieniach.

To, co najważniejsze…

       W dalszym ciągu widzi ona rozbicie świata na kawałki; skarży się, że jesteśmy jak te marionetki (zombie) poruszane przez siły, które nas przerastają; posuwa się nawet do stwierdzenia, że „nadal coś jest ze światem nie tak” – że staje się on „martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni”; uważa, że „nasza duchowość zanika”; posuwa się nawet do stwierdzenia, iż rzeczywistość w jakiej żyjemy „już stała się surrealna”; że od świata coraz bardziej oddziela nas szyba/ekran, a my stajemy się więźniami naszych „baniek”; że „zamiast usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia” – że „żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury”, a Internet to – parafrazując Szekspira – „coraz częściej opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku”.

Z drugiej strony daje się zauważyć zwrot uwagi Tokarczuk w stronę mitu i uznanie nie tylko potrzeby tego mitu, ale i jego niezbędności: „Taki powrót do zwartych struktur mitologii, mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować.” Tokarczuk przyznaje teraz, że religia, w której swego czasu widziała przeważnie zło (i której nadal nie szczędzi mocnej krytyki) „dawała poczucie sensu”, „zaspakajała potrzebę sensownej, pełnej znaczeń opowieści o świecie, jego wielowymiarowości, miejscu w nim człowieka i innych istot, o losie i przeznaczeniu, o tym czego nie potrafimy zrozumieć.”
Wcześniejsze wypowiedzi Tokarczuk o religii dość wyraźnie wpisywały się w trend postępującej demitologizacji i sekularyzacji świata. Ale kiedy ruguje się religię i niszczy tożsamościowe mity, to nie ogarniamy już całości i – jak przyznaje sama pisarka – „wszystko przez nas przelatuje jak przez sito”, a my sami zanurzamy się w surrealności i absurdzie.
Lecz tęsknota za znaczeniem, sensem i jednością odzywa się nadal.

Czy wymyślony przez Olgę Tokarczuk „czuły narrator” może stanowić tutaj remedium? Pisarka przypisuje mu boskie atrybuty omnipotencji i wszechwiedzy, ale czy cokolwiek może być substytutem Boga usankcjonowanego przez odwieczne i nadal potężne światowe religie?
„Czuły narrator” ma też posiadać klucz do nowego sposobu oglądu świata – jego poznania, opisu i zrozumienia. Ma wyrażać wszystko, co istotne. Ma widzieć wszystko, z każdej perspektywy, a nawet wykraczać poza ludzki horyzont.
Nie za dużo tego wszystkiego? Jak widzimy to pojęcie staje się tak pojemne, że zaczyna chyba rozsadzać samo siebie.
Ciekawe, zastanawiające i uderzające dla mnie jest również to, jak pisarka w tej figurze rozumie samo pojęcie „czułości”. Wbrew potocznemu rozumieniu tego słowa, które niemal wszystkim z nas kojarzy się z uczuciem, wrażliwością, delikatnością, łagodnością, współodczuwaniem… dla niej czułość to postawa „bardziej intelektualna niż emocjonalna”, wykraczająca przy tym poza empatię. Czyli jednak domena umysłu, a nie serca.
Być może dlatego tak trudno jest w „Biegunach” znaleźć słowo „miłość”, a w mowie noblowskiej Tokarczuk pojawia się ono bodajże tylko raz. A tu bardziej niż abstrakcyjnego „czułego narratora” potrzeba nam kogoś na naszą miarę – kogoś, kto może nas obdarzyć tym, czego potrzebujemy najbardziej i co jest w życiu najważniejsze.

*  *  *

SAMOTNOŚĆ INFLUENCERKI – o filmie Magnusa von Horna „Sweat”

Główną nagrodę – Gold Hugo dla Najlepszego Filmu – na ostatnim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago zdobył polsko-szwedzki film „SWEAT” w reżyserii Magnusa von Horna, będący intrygującym obrazem bohatera (czy też raczej bohaterki) naszych czasów.

.

Selfie trendsetterki czyli życie na Instagramowym haju (Magdalena Koleśnik w filmie Magnusa von Horna „Sweat„)

.

Problem z kreacją (a tym samym z promocją i prezentacją) samego siebie w mediach społecznościowych polega właśnie na tym, że jest to kreacja. W rezultacie powstaje sztucznie wygenerowany – bardziej lub mniej fałszujący rzeczywistość – obraz, który już z samej swej natury nie może być tożsamy z tym, co przedstawia. A cóż dopiero, jeśli zniekształcenie tego, co obraz ma ukazywać, jest celowe?
Tym zniekształceniem często jest podszyta narcyzmem idealizacja samego siebie, jak również projekcja czegoś, co jest związane z dążeniem do mocy (wywierania wpływu na innych). Jedno i drugie może wynikać z kompleksów niższości (w pierwszym przypadku jest to bardziej lub mniej uświadomione przekonanie o istnieniu w nas czegoś, co wcale piękne nie jest; w drugim zaś: poczucie/podejrzenie/wiedza o własnej słabości).
Siłą rzeczy modus operandi w tym wszystkim stanowi ekshibicjonizm, który – jeszcze bardziej niż obnażaniem – jest tu po prostu manipulacją. A żeby było jeszcze ciekawiej, to jest manipulacją opierającą się na zasadzie: im więcej pokazuję, tym więcej ukrywam.

Zaskakujące w podejściu reżysera filmu Magnusa von Horna jest to, że tak naprawdę nie interesuje go diagnozowanie żadnej z chorób społecznych związanych z gwałtownym rozwojem Internetu i sposobów komunikacji międzyludzkiej (choć objawy tych chorób pozwala on nam w filmie dostrzec), ani tym bardziej osądzanie kogokolwiek, kto – często na własne życzenie – tym chorobom się poddaje. Wręcz przeciwnie: reżyser jest wobec swoich bohaterów wyrozumiały, zaś Internet i media społecznościowe traktuje (i przedstawia) li tylko jako instrumenty techniczne i mechanizmy, których wykorzystanie (dobre lub złe, zdrowe lub chore) zależy jedynie od ich użytkowników. Nie tylko więc tych narzędzi nie demonizuje, ale wręcz je upowszednia i w jakimś sensie banalizuje.
Już na początku filmu okazuje się, że jego bohaterka, (którą jest Sylwia Zając, posiadająca 600 tys. „followersów” influencerka fitness) mimo medialnego sukcesu, modelowej urody, fizycznej kondycji, bogatych sponsorów, występom w telewizji i goszczeniu na okładkach kolorowych magazynów, cierpi jednocześnie z powodu samotności, braku partnera i prawdziwych przyjaciół – nęka ją poczucie bezsensu… (Idolatria jako jedna z form samotności – i to zarówno idola, jak i jego wyznawców.) Swojej, spotkanej przypadkowo, nie widzianej od dawna szkolnej koleżance mówi: „Ja tak mam, że czasem bym chciała rzucić moją pracę. Że chciałabym zamknąć moje konto na Instagramie, bo tak naprawdę nikt by za mną nie tęsknił. Ja to wiem. Że zrobiłabym jeden klik i to wszystko by zniknęło. Tak po prostu.
Wydawać by się mogło, że stąd już tylko o krok od kliszy i banału (sztuczne szczęście wykreowanego image vs. smutna rzeczywistość) ale von Horn na szczęście nie idzie tą drogą i ukazuje nam bohaterkę w pełnym wymiarze – jej świadomość się zmienia, empatia rośnie, a wszystko to pozwala jej na obrachunek z samą sobą i zmianę własnego postępowania, zwłaszcza względem innych. Nawet z własnej słabości próbuje czerpać siłę… wzmacnia ją to, co jej nie złamało.

Kiedy tak oglądałem „Sweat” to nasuwały mi się pewne porównania i paralele z nie tak dawno obejrzanym „Hejterem” (pełny tytuł filmu: „Sala samobójców. Hejter”). I muszę przyznać, że bardziej wiarygodny wydał mi się obraz von Horna niż Komasy, mimo że nad „Hejterem” chyba więcej się napracowano, o znacznie większych środkach, jakie przeznaczono na jego produkcję, nie wspominając. Myślę, że to główna zasługa debiutującej w tak dużej roli Magdaleny Koleśnik, odważnie mierzącej się z rolą młodej kobiety, która musi się jakoś znaleźć zarówno w świecie wirtualnym on-line, gdzie wszystko jest na sprzedaż, a ona sama staje się rodzajem produktu, jak i w rzeczywistości off-line, gdzie nie wszystko poddaje się naszej woli i kreacji. I tu i tu młoda aktorka wypadła bardzo przekonująco. Wygląda na to, że pomogła jej w tym swoboda, jaką dał jej reżyser, który – z tego co wiem – przy powstaniu tego filmu przyjął bardziej postawę akuszera, niż kapelmistrza czy dyrygenta.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że film na chicagowskim festiwalu zdobył również główną nagrodę za oprawę artystyczną (best art direction), co jest ciekawe o tyle, że jego niski budżet nie pozwalał na jakieś scenograficzne ekstrawagancje i zazwyczaj korzystano z istniejących już locum. Interesujące jest też to, że mimo iż z łatwością można zidentyfikować widoczne na ekranie warszawskie kąty, to w sposób dynamiczny na pierwszy plan wybijała się ta Warszawa „nowoczesna” – szklanych wieżowców, centr handlowych, modernistycznych mieszkań i wnętrz – co było adekwatnym tłem dla tego, czym zajmowała się główna bohaterka filmu – lśniący przedmiot pożądania fanów, wypełniona energią, długo-rzęsa, pięknie umięśniona heroina neonowego różu. Jeśli już daje się także zauważyć zgrzebność anturażu starszego pokolenia, to jest on zepchnięty na dość daleki plan.

W jednej z (nielicznych jak dotychczas) recenzji, jakie się pojawiły na Zachodzie, przeczytałem zdanie, które zwróciło moją uwagę. Otóż ktoś napisał, że bardzo szybko zapomniał o tym, że film rozgrywa się w Polsce. Cóż, jak widać dawniej pisano: „w Polsce, czyli nigdzie”, teraz można napisać: „w Polsce, czyli wszędzie”. Jeśli tak, to świadczy to jednak o postępującej homogenizacji świata, wbrew opinii tych, którzy uważają, że ten świat się coraz bardziej dzieli, separując od siebie ludzi, społeczeństwa i narody.
Piszę to nie dlatego, by wywołać temat globalizacji, ale po to, aby wskazać na uniwersalną wymowę filmu, zarówno jeśli chodzi o jednostkowe doświadczenie psychologiczne człowieka, jak i przemiany zachodzące w skali całego społeczeństwa pod wpływem lawinowego rozwoju technologii informacyjnych, w tym Internetu i mediów społecznościowych.

W tym momencie zdałem sobie sprawę, że jest jeszcze jedna zasadnicza różnica między filmem von Horna a obrazem Komasy, i jest ona jednak uderzająca: otóż w przeciwieństwie do „Hejtera” „Sweat” zupełnie nie odnosi się do panujących obecnie w kraju podziałów politycznych czy klasowych, ani też nie ma w nim najmniejszego śladu swądu wojny polsko-polskiej. Może dlatego, że Magnus von Horn jest Szwedem? Ale przecież od 16 lat mieszka w Polsce i to do tego ze swoją polską żoną. (Warto w tym miejscu dodać, że ten młody reżyser skończył Szkołę Filmową w Łodzi). Mnie się jednak to jego podejście podoba, bo pewnie dzięki temu ukazywane przez niego postacie bardziej przypominają żywych ludzi funkcjonujących w wymiarze egzystencjalnym, a nie marionetki poruszane jakimś politycznym trybalizmem, czy napuszczane na siebie stada baranów, powodowane najczęściej wrogością i hejtem.

Mimo, że świat kina stanął ostatnio na głowie, to filmy takie jak „Sweat” są dowodem na to, że nie wszystko poddaje się w nim Covidowemu szaleństwu czy też cierpi na obstrukcję. Lecz nawet jeśli się okaże, że kino choruje, to trzeba mu pomóc w rekonwalescencji. Zbyt wiele mu zawdzięczamy, by go opuścić w potrzebie.

7.5/10

*  *  *