NATURA – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie

*

Piękno to jeden z atrybutów, jakie przydajemy Naturze

* * *
Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu – jak pisał Nietzsche.
Ale życie to także poddanie się owemu „flow” Natury – skore lub bezwiedne płynięcie z jej nurtem, poczucie harmonijnego z nią współistnienia, współdziałania, swoistego sojuszu i zjednoczenia.
Poddając się tej kolaboracji jesteśmy zazwyczaj przez Naturę wynagradzani: spokojem, przyjemnością, radością, wrażeniem pełni – czasem wręcz błogością lub zachwytem, co możemy nawet nazwać szczęściem.
Taki stan nie trwa jednak stale. Tym bardziej więc należy go docenić – w jakiś sposób starać się zatrzymać i utrwalić.

Coś podobnego można przeżyć będąc na szlaku w górach, w lesie, idąc jakąś dziką plażą, mając tuż obok siebie morze lub ocean.
Ciągnie mnie w takie miejsca zawsze, bowiem obietnica przeżycia tego wszystkiego, doświadczenia takich chwil, działa na mnie jak narkotyk, który (dający się niekiedy we znaki) ból istnienia zamienia zwykle w jego przeciwieństwo, czyli w radość, a czasem nawet i w pewien rodzaj euforii.

* * *

Chmurnie, śnieżnie i strzeliście

Błędem jest chyba traktowanie Natury jako jednego organizmu (choć sam Wszechświat uznaje się za swego rodzaju Jednię). Takie homogeniczne podejście do Natury jest jednak uproszczeniem, bo przecież Natura – biorąc pod uwagę naszą ludzką skalę – nie jest ani czymś jednorodnym, ani nawet koherentnym. To właśnie wskutek traktowania przez nas Natury niczym jakiejś spójnej i zwartej, nieomal osobowej jedności (co przejawia się choćby w pisaniu jej imienia z dużej litery), wikłamy się w cały szereg sprzeczności, a w nasze myślenie wdziera się pewien relatywizm. Oto rodzi się bowiem choćby taka kwestia: jak Natura może być wobec nas jednocześnie opiekuńcza i okrutna, łagodna i przerażająca – spełniać zarówno rolę Matki i Kata, Akuszerki i Grabarza…? Albo też wydawać się nam czymś cudownie pięknym i zarazem absolutnie wstrętnym?

Wszystko to można wg mnie wyjaśnić pewną oczywistością: natura sama jest pełna sprzeczności, istnieją w niej przeciwstawne sobie siły – jest ona czymś nieskończenie złożonym, działającym w wielu kierunkach.
Owe sprzeczności pojawiają się wtedy, kiedy Naturę zaczynamy – tak po ludzku – personifikować.

Nie chciałbym jednak aby ta konstatacja o ścieraniu się różnych – a niekiedy i przeciwstawnych – sił w Naturze, zabrzmiała niczym jakiś współczesna wersja manicheizmu, gdyż złożoność Natury jest czymś o wiele bardziej kompleksowym i skomplikowanym, niż ów manichejski, prosty (bo dwubiegunowy) podział na Dobro i Zło, wyróżnienie tylko sił konstruktywnych i destruktywnych.
Ogólnie można powiedzieć, że każde zastosowanie wobec natury jakichkolwiek ludzkich pojęć nieuchronnie wiąże się z trudnością uchwycenia jej sensu, a wynika to po prostu z naszych ograniczeń. Może też być skutkiem mitologicznych właściwości tworzonej przez nas kultury.

* * *
To co w Naturze wydaje się nam być destrukcją, jest najczęściej jej transformacją.
Albo inaczej (i mocniej): destrukcja w Naturze jest tożsama z transformacją. (Jest to nic innego, jak przemiana jednej formy energii w drugą.)
Na nas, jak zwykle, większe wrażenie robi zagłada (rozpad) istniejącej dotychczas formy – zwłaszcza kiedy nie jesteśmy jeszcze w stanie dostrzec tej nowej, (a przywiązani jeszcze jesteśmy do starej).

* * *
To zabawne, ale i straszne zarazem, jak różnie postrzegamy Naturę.

Zabawne, bo „przyginamy” ją do naszych pragnień, tęsknot i wyobrażeń, dokonując wygodnej projekcji tego co nasze (czyli naszej kultury), mając przy tym złudne nadzieje, że możemy Naturę urabiać i kształtować wedle naszych widzimisię – gdyż jest nam to potrzebne, bo mamy z tego korzyści, bo to jest przyjemne, bo mamy „fun” … etc. Czyli totalny i dość bezczelny utylitaryzm, który zakradł się nawet do naszych najświętszych ksiąg, które wszak mówią: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. Bo człowiek ma być przecież „panem wszelkiego stworzenia”.
Straszne, bo z drugiej strony zdarza się nam patrzeć na Naturę jak na okrutnego Potwora bez czucia, działającego bez celu i bez sensu – doskonale obojętnego na nasze cierpienie, ból i przerażenie. Wobec takiej Natury jesteśmy ledwie mikroskopijnym trybikiem, jedną z „biliona bilionów śrubek wielkiego mechanizmu” (Miłosz) – niewiele znaczącą, bezbronną istotką wykorzystywaną bezdusznie przez gigantyczną, będącą w ciągłym ruchu machinę przemian i transformacji na kosmiczną skalę.

Tutaj zresztą również rzutujemy na Naturę nasze lęki, widma, strachy i demony (jednakże sama świadomość tej projekcji nie jest dla nas żadną pociechą).
Wobec horrendum jakim niekiedy jawi się nam świat przyrodzony, istnieją wszak środki uśmierzające: przymknięcie oczu, zamglenie świadomości, ucieczka w mit, wypełnienie nicości naszą ludzką treścią, powołanie sensu, wytyczenie kierunku i celu… wreszcie uznanie Stwórcy za demiurga dobrego.
Czy też uznanie, że jakiś Stwórca wogóle istnieje.

Czy przebywanie w zażyłej bliskości z Naturą może nas zmienić?

* * *
Miejsce zwane Krainą Czarów, miejsce zwane Rajem – miejsce zwane Piekielną Kuchnią, miejsce zwane Ogrodem Diabła (nota bene wszystkie te nazwy istnieją naprawdę).
Czyli: Natura jako poletko Pana Boga – natura jako dantejskie Inferno.
Wieczne odradzanie – skazanie na zagładę.
Anielskie harmonie niebiańskich sfer, boski ład stworzenia – szatański chaos Universum, pustka zimnego Kosmosu.
To właśnie pomiędzy tymi skrajnościami mieszczą się nasze wyobrażenia o Naturze.

* * *
Człowiek jako boskie ziarno, żywa cząstka Wszechświata, jedna z nieprzeliczonych monad martwo-żywego kosmicznego Organizmu – wypełniony tęsknotą za Stwórcą, próbujący koić się wiarą w Boga.
Człowiek wydarty siłą z niebytu i rzucony bezwolnie w istnienie; marny „pyłek” i „trybik” – jednakże obdarzony jaźnią, czuciem a niekiedy i świadomością absolutnej samotności – wyobcowany, drżący, zagubiony i zalękniony; zawieszony nad otchłanią Nicości.

Kim jesteśmy?
Albo jeszcze mocniej i konkretniej: kim jestem?
Kim jestem wobec Natury, którą chcę zgłębić – lękając się jej i zachwycając się nią? Przerażony i zafascynowany?

* * *
Czy kilkanaście dni spędzonych w górach i lasach – na „łonie przyrody” – mogą kogokolwiek zbliżyć do odpowiedzi na te wszystkie pytania?
Czy jest to możliwe, by w tak krótkim czasie strząsnąć z siebie cywilizacyjne naleciałości, pozbyć się ciężaru narzuconej mi (i przyjętej przeze mnie) kultury, która określa perspektywę z jakiej widzę (i oceniam) Naturę? I wejrzeć w nią nieuprzedzony i tak obnażony?
Czy jest to wogóle możliwe, gdy chce się jednocześnie pozostać człowiekem?
Wszak, już tylko używając języka i słów, stwarzamy swój własny świat – nadajemy imiona roślinom i zwierzętom, kreślimy topograficzną mapę uczuć krajobrazu i przyrody, obdarzamy góry, jeziora, drzewa i kwiaty osobowością.

We mgle…

Nazywając świat kreujemy go dla siebie na nowo. Czy jednak ten werbalizm nie oddala nas od poznania tego, co naprawdę JEST? Ale czy zbliżyłoby nas do tego milczenie? Przecież zdarza się, że kiedy milczymy, czujemy jeszcze mocniej, w przeciwieństwie np. do głazu. Czucie wywołuje emocje, a te z kolei „mącą” nam umysł, przez co poznanie staje się jeszcze trudniejsze.
Ideałem bezczucia byłby więc kamień, dzięki czemu, być może, to właśnie on jest najdoskonalej zespolony z Naturą, bo sam należy do jej esencji. W tym kontekście wydaje się, że na przeszkodzie do zgłębienia istoty Natury stoi nasza świadomość.

* * *
To prawda, Naturę można pokochać na wiele różnych sposobów: od infantylnego i naiwnego – po głęboki i fundamentalny (choć radykalna miłość jest tu dla mnie czymś zgoła wątpliwym).

Ale prawdą jest również to, że Naturę można znienawidzieć – choć ta nienawiść nigdy już nie jest infantylna, a bywa wręcz po ludzku głęboka. Dzieje się tak wtedy, gdy uznajemy (czy też mamy wrażenie), iż zaczyna ona działać przeciwko nam – unicestwiając nasz ludzki świat, niszcząc kogoś kogo kochamy, albo też nas samych.

Jednym słowem, nasz stosunek do Natury jest nie tylko ambiwalentny, ale i dziwny. Dziwny, jak my sami.
(No właśnie: może to nie dziwny jest ten świat, a tylko my sami?)

* * *
Relacje między cywilizacją człowieka a światem przyrodzonym (czyli Naturą), to jest temat-rzeka, którego nawet nie próbuję tutaj poruszać, bo mógłby mi on niechybnie eksplodować, roznosząc skromne ramy tego bloga.
Może więc tylko wspomnę o tej disney’owskiej, infantylno-naiwnej perspektywie z jakiej wielu z nas postrzega przyrodę podczas turystycznych, rutynowych wypadów „za miasto”. (A mogłem się na to napatrzeć do woli – choćby podczas częstych wizyt w parkach narodowych.)

Sarenki jak z bajki?

Wynieśliśmy to po części z naszego dzieciństwa, w którym karmiono nas całą masą antropomorfizujących zwierzęta bajek, dzięki czemu przypisujemy teraz nasze ludzkie atrybuty nie tylko zwierzętom, ale samej Naturze. Obdarzamy cechami istot żywych przedmioty martwe, ale również zjawiska przyrody – i temu animizmowi ulegają prawie wszyscy z nas.

Jest to niczym innym jak zwyczajnym oswajaniem świata (albo oswajaniem się z tym światem nas samych); i bywa zwykle czymś bardzo powierzchownym. Z jednej strony niezwykle ujmująca wydawać się może nasza „miłość do zwierzątek”, (dajmy na to głaskanie misia po futerku czy kózki po brodzie – wszystkie te nasze „żabcie” i „kiciusie”, „myszki” i „kaczucie”, „pieseczki” i „cipusie”).
Z drugiej – jakże naiwne i infantylne (ale i niebezpieczne) jest to przeświadczenie, że taki zwalisty niedźwiedź grizzly, tudzież ważący ponad tonę bizon, nie mogą nam zrobić żadnej krzywdy (więc pokarmy ich z ręki, więc posadźmy im na grzbiecie nasze dziecię).

Istnieje również pojmowanie przyrody głębsze – w sposób, w jaki robią to pasjonaci, entuzjaści, naturaliści… a i takich przecież spotkałem: byli to często pracownicy parku, naukowcy, artyści – ludzie, których wiedza przyrodnicza była niczym bezkresny i głęboki Ocean, na swój sposób onieśmielająca i nieco przytłaczająca.
Jednakże i oni nie byli w stanie przekroczyć naszej ludzkiej kondycji, ograniczeń, percepcji. Także i ich wiedza miała swoje granice – i gdy do tych granic docierali, zaczynało się niezrozumienie, które mogło być tylko przełamane wiarą (a u tych „niewierzących” – kolejnym domysłem lub hipotezą).

Dmuchawce, latwce i wiatr w drzewach

* * *
Oto kilka (pierwszych z brzegu) paradoksów, kóre wyłaniają się na styku naszego człowieczeństwa z naturą:

Nie wiadomo gdzie nas prowadzi cywilizacja (choć na pewno coraz dalej od Natury), ale jednak to właśnie ona czyni z nas ludzi.

Do Natury mamy ambiwalentny stosunek, gdyż z jednej strony jesteśmy jej dzieckiem; z drugiej zaś – chcemy się od niej wyemancypować.

Natura nas przyciąga i odpycha zarazem. (Możemy odczuwać wobec niej wstręt, ale również ją kochać.)

Walczymy z naturą a jednocześnie chcemy się stać jej sprzymierzeńcem.

Oddalamy się od natury (czesem wręcz od niej uciekamy), a jednocześnie lgniemy do niej i szukamy w niej ukojenia.

Z jednej strony natura nas rozstraja, z drugiej zaś – harmonizuje.

Zrazu natura wydaje się nam prymitywna, to znów czymś niewiarygodnie złożonym.

* * *

Cisza przed burzą – a w tle dramatyczne pasmo gór Teton (Wyoming)

* * *
Wydaje się, iż poddając się tylko naiwności i ufności dziecka, możemy uznać Naturę za Matkę, a jej dramatyczne teatrum ciągłych a bezlitosnych przemian za „łono” przyrody.

* * *
Mam pewne podejrzenia, że kiedy tak idę szlakiem zachwycając się otaczającym mnie splendorem przyrody, to oglądam tylko jej powierzchnię. Wchodzę wgłąb mojej wrażliwości estetycznej, ale nie w istotę Natury.
To być może tłumaczy paradoks naszego odbioru Natury: z jednej strony może być ta percepcja po ludzku głęboka, a z drugiej powierzchowna, omijająca istotę rzeczy – czyli po prostu nieadekwatna.

* * *
Niezwykła i zadziwiająca jest ta transformacja w sposobie jaki wielu z nas potrafi zmienić ucieczka przed cywilizacją na owo „łono” przyrody. Muszę się jednak przyznać, że nie lubię tego ostatniego określenia, bowiem wydaje mi się ono trywializować coś, co wg mnie może być głębokim doświadczeniem egzystencjalnym, a nie tylko piknikowym.

Co pozostaje…?

Jest w tym coś z katarktycznego przeczucia: będąc na szlaku – idąc w górach, w lesie, nad oceanem – odnoszę wrażenie, iż staję się innym człowiekiem. Wówczas uświadamiam sobie, że my wszyscy, przytłoczeni dobrodziejstwami i okropieństwami cywilizacji, prowadzimy jak gdyby podwójne życie.
Z jednej strony są w nas trzewia, krew i kości – prawieczna bestia, zwierzę, istota, która wyłoniła się z gliny, mułu i wody; z drugiej zaś – otaczają nas cywilizacyjne przybrania i protezy, które stały się dla nas bardziej realne, niż ta rzeczywistość pierwotnie nam przyrodzona.
Czyni to z nas istoty cudowne, ale i dziwaczne zarazem, rozkraczone między zwierzęcością a człowieczeństwem, miedzy naturalizmem a sztucznością, której już od dawna nie śmiemy nazwać pozytywizmem.
Na razie czekamy co też przyniosą nam te kolejne eksperymenty: z globalizacją i oplątaniem się informacyjną siecią, z manipulowaniem przy genach, nano- i bio-inżynierią, z coraz większą ilością protez, sztuczności i substytutów.

* * *
Moment, chwila, wrażenie,uczucie, impresja…
Może tym tylko jesteśmy?
Może tylko po to żyjemy?
Czyż nie z tego składa się nasze życie?

Czym (dla innych) będą „buty i telefon głuchy”, które po nas pozostaną?

* * *
Czy wobec potęgi przyrody nie przypominamy mrówki… biegającej tam i z powrotem swoją dróżką, krzątającej się wokół swoich spraw?
Pewnie tak.
Istnieje jednak między nami fundamentalna różnica: my jesteśmy, w przeciwieństwie do niej, obdarzeni świadomością i wiemy, że kiedyś i gdzieś na tej naszej drodze padniemy.
Mrówka pada – ot, tak sobie.
Ale czy my padamy metafizycznie?

* * *

WSZYSTKIE ZDJĘCIA ILUSTRUJĄCE  TEKST  (z wyjątkiem jednego, ukazującego Grand Teton) POCHODZĄ Z POŁOŻONEGO W STANIE WASZYNGTON PARKU NARODOWEGO MT. RAINIER. WIĘKSZY ICH WYBÓR MOŻNA OBEJRZEĆ TUTAJ – ZARÓWNO TYCH WYKONANYCH WIOSNĄ, JAK I LATEM.

( ©  FOTOGRAFIE WŁASNE )
Reklamy

komentarzy 29 to “NATURA – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie”

  1. Logos Amicus Says:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/05/yellowstone-fall-gesyer.jpg?w=780

    KRAINA WIECZNYCH CZARÓW: Wielki Kanion Rzeki Yellowstone i gejzer Old Faithful

    * * *
    Tych z Was, których to interesuje pragnę powiadomić, iż przez parę tygodni nie będzie mnie w domu, za to będę z dala od internetu (więc proszę się nie niepokoić :) i wybaczyć mi, że nie mam teraz sposobności – a więc i przyjemności :( – goszczenia na Waszych stronach.)
    Wybieram się do Yellowstone. Po raz kolejny, zresztą.
    Muszę się tu przyznać, że na terenie tego – najsłynniejszego chyba w świecie – parku narodowego, spędziłem w sumie kilka miesięcy swojego życia, więc z czystym sumieniem mogę Wam polecić to miejsce: jeśli tylko jest to możliwe – wpadnijcie tu kiedyś.

    A tymczasem zapraszam do zapoznania się z kilkoma wpisami, które poświęciłem Yellowstone:
    – wywiad: KRAINA WIECZNYCH CZARÓW
    – fantastyczne twory termalne: KOLORY YELLOWSTONE
    – fauna: ZWIERZĘTA, PTAKI… (nowe zdjęcia na Światowidzie)
    * * *
    Jeśli będzie taka możliwość – i jeśli całkiem o mnie nie zapomnicie ;) – to spróbuję się gdzieś z tych gór i lasów do Was odezwać… pod warunkiem oczywiście, że nie zostanę pożarty przez grizzly, zalany przez gorący gejzer ani też stratowany przez bizony :)
    Aaaa… i jeszcze jedno: Kaldera Yellowstone jest najpotężniejszym ze światowych superwulkanów. I wybucha mniej więcej co 600 tys. lat. Ostatnia erupcja miała miejsce ok. … 600 tys. lat temu :)
    (Lecz jeśli się wydarzy, to sparaliżuje nie tylko mnie, ale i całą ludzką cywilizację. Więc nie myślcie, że jesteście tacy w tej Europie bezpieczni :) )

    Do usłyszenia
    Pozdrawiam.

  2. iwona Says:

    Rewelacyjne zdjecia, bylam kiedys w Yellowstone – masz racje – raz nie wystarczy. Teraz to widze. Wpis spadl z nieba, bo jade do Seattle i powyzej wiec Parki Narodowe odwiedze.
    Juz poogladalam zdjecia! I dzieki nim zaczelam odliczac czas jeszcze bardziej…!!! a co do wpisu… hm… wlasciwie to jest to o czym pisalam. Trudno mi sie to tego ustosunkowac, bo za duzo bajkowosci, graniczace nawet z infantylizmem, a jak wiesz ja raczej mam blizszy stosunek do podejscia pracownikow Parkow niz „filozofow”. :)
    Udanej wyprawy zycze!!!! I czekam na super zdjecia, kolejne! :)

    • sarna Says:

      Iwona, dobrej pogody, pieknych widokow, mocnych wrazen i wygodnych butow

      pozdrawiam i do spotkania na szlaku ;)

      • iwona Says:

        Tez tam bedziesz?? :)

      • sarna Says:

        Będę, ale na szlaku wodnym w zupełnie innym regionie świata. Żagle i chyba się uda wygospodarować czas na pierwszy w życiu spływ kajakowy Krutynią.
        A mówiąc do zobaczenia na szlaku puściłam oczko, bo miałam na myśli te infantylne, ale jednak piękne sarenki i koziołki, które tam zapewne spotkasz. Moja strata, bo imponujesz mi swoim charakterem i wiedzą.
        Jeszcze raz niezapomnianych wrażeń.

  3. remigiusz Says:

    „Lakota był prawdziwym naturalistą – miłośnikiem Natury. Kochał Ziemię i wszystkie rzeczy na niej i jego uczucie wzrastało z wiekiem. Starsi ludzie siadali lub kładli się na Ziemię z uczuciem, że w ten sposób byli bliżej jej matczynej siły.

    Dotykanie Ziemi było dobre dla skóry i starzy ludzie lubili zdejmować mokasyny i chodzić bosymi stopami po świętej Ziemi.

    Ich tipi były stawiane na Ziemi i ich ołtarze były zrobione z ziemi. Ptaki, które latały w powietrzu odpoczywały na Ziemi, która była trwałym miejscem dla wszystkich rzeczy, które na niej żyły i wzrastały. Ziemia koiła, wzmacniała, oczyszczała i uzdrawiała.

    Dlatego stary Indianin wciąż siada na Ziemi… Dla niego siedzenie lub leżenie na niej umożliwiało głębsze myślenie i odczuwanie; mógł on widzieć jaśniej tajemnice życia i swoje bliskie pokrewieństwo z innymi istotami. „

    — Luther Stojący Niedźwiedź

  4. Torlin Says:

    Bardzo ciekawy wpis, ale – moim zdaniem – zbyt prosty w wyciąganiu wniosków. Piszesz o zmienności natury, jej wielopostaciowości, o naszym ambiwalentnym stosunku. To zamień przy pomocy Worda wyraz „Natura” na „Człowiek”. Lub na „Kobieta”. Albo „Kościół”.
    Podobny tekst można napisać o słowie „Pogoda”, tragedia Nowego Orleanu i wakacje na plaży w Agadirze. Przy każdym tak złożonym z wielu przeciwstawności określeniu możemy powiedzieć: „my wszyscy (jesteśmy) przytłoczeni dobrodziejstwami i okropieństwami cywilizacji, prowadzimy jak gdyby podwójne życie”.

    • Logos Amicus Says:

      Bardzo ciekawa uwaga, ale – moim zdaniem – zbyt prosta w wyciąganiu wnisków :)

      No dobrze Torlinie, idąc za Twoją radą zamieniam np. Naturę na Kobietę, i oto co mamy:

      „Błędem jest chyba traktowanie Kobiety jako czegoś w rodzaju jednego organizmu (choć sam Wszechświat jest swego rodzaju Jednią). Takie homogeniczne podejście do Kobiety jest jednak uproszczeniem, bo przecież Kobieta – biorąc pod uwagę naszą ludzką skalę – nie jest ani czymś jednorodnym, ani nawet koherentnym. To właśnie wskutek traktowania przez nas Kobiety niczym jakiejś spójnej i zwartej, nieomal osobowej jedności (co przejawia się choćby w pisaniu jej imienia z dużej litery), wikłamy się w cały szereg sprzeczności, a w nasze myślenie wdziera się pewien relatywizm. Oto rodzi się bowiem choćby taka kwestia: jak Kobieta może być wobec nas jednocześnie opiekuńcza i okrutna, łagodna i przerażająca – spełniać zarówno rolę Matki i Kata, Akuszerki i Grabarza…? Albo też wydawać się nam czymś cudownie pięknym i zarazem absolutnie wstrętnym?”

      Hm… zrobiło się nieco zabawnie, nie sądzisz?
      Ale pójdźmy jeszcze trochę dalej i wstawmy „Kobietę” w taki oto kontekst:

      „To co w Kobiecie wydaje się nam być destrukcją, jest najczęściej jej transformacją.
      Albo inaczej (i mocniej): destrukcja w Kobiecie jest tożsama z transformacją. (Jest to jedynie przemiana jednej formy energii w drugą.)”

      Ciekawie, ciekawie… :)
      Ale najbardziej podoba mi się taka oto konstatacja:

      „Niezwykła i zadziwiająca jest ta transformacja w sposobie jaki wielu z nas potrafi zmienić ucieczka przed cywilizacją na “łono” Kobiety.”

      No no…! :)

      Ale poważniej:
      ja właśnie chciałem wskazać na to, że jeśli zaczynamy Naturę personifikować, to możemy dojść do takich oto śmiesznych nieco i infantylnych wnisków, jaqk np. ten, że Natura to jakaś Osoba, Postać, Kobieta, a nawet… Kościół (nota bene „Szatana”, jak chciał bodajże Blake). I że stąd właśnie ta ambiwalencja.

      Piszesz, że mój tekst jest „zbyt prosty w wyciąganiu wniosków”. Przyznam się, że gotów jestem to wziąć za komplement (bo czasami mam skrupuły, że niekiedy piszę zbyt zawile ;) ).
      Czy jednak naprawdę jest „zbyt” prosty?
      Czy rzeczywiście tak bardzo zdajemy sobie sprawę, jaki jest nasz stosunek do Natury i skąd on wynika?

      PS. Nie, nie – z tym podstawianiem słów to moim zdaniem coś jest nie tak. (Czy naprawdę sądzisz, że można zrównywać np. Kościół z tragedią Nowego Orleanu albo z plażą w Agadirze?

      Pozdrawiam

      • Torlin Says:

        To z tym Wordem było metaforyczne, a nie dosłowne. Chodziło mi o to, że pewne – nazwijmy to matematycznie – zbiory możemy przedstawiać w najrozmaitszy sposób. I im są one bardziej skomplikowane, tym bardziej będą one ukazywać najrozmaitsze twarze.
        A pozwól – ja po swojemu „bo przecież Kobieta – biorąc pod uwagę naszą ludzką skalę – nie jest ani czymś jednorodnym, ani nawet koherentnym. To właśnie wskutek traktowania przez nas Kobiety niczym jakiejś spójnej i zwartej, nieomal osobowej jedności (co przejawia się choćby w pisaniu jej imienia z dużej litery), wikłamy się w cały szereg sprzeczności, a w nasze myślenie wdziera się pewien relatywizm. Oto rodzi się bowiem choćby taka kwestia: jak Kobieta może być wobec nas jednocześnie opiekuńcza i okrutna, łagodna i przerażająca – spełniać zarówno rolę Matki i Kata, Akuszerki i Grabarza…? Albo też wydawać się nam czymś cudownie pięknym i zarazem absolutnie wstrętnym?
        Lub taki passus – „To zabawne, ale i straszne zarazem, jak różnie postrzegamy Kobietę. Zabawne, bo “przyginamy” ją do naszych pragnień, tęsknot i wyobrażeń, dokonując wygodnej projekcji tego co nasze (czyli naszej kultury), mając przy tym złudne nadzieje, że możemy Kobietę urabiać i kształtować wedle naszych widzimisię – gdyż jest nam to potrzebne, bo mamy z tego korzyści, bo to jest przyjemne, bo mamy “fun” … etc.

  5. jazyk Says:

    Zauważyłem, że w kilku przypadkach są słowa natura i przyroda synonymami, ale nie zawsze. Myślę, że można tylko mówić martwą naturę i nie martwą przyrodę, że ktoś je z natury gadatliwym i nie że ktoś je z przyrody gadatliwym i że możemy nawiązywać do ochrony przyrody i nie do ochrony natury.

    • dinna Says:

      Słowo “natura”, jak sam zauważyłeś, ma nieco szersze znaczenie. Obejmuje ono “przyrodę”, ale także może ono oznaczać zbiór cech charakterystycznych dla danego przedmiotu albo czyjeś cechy wrodzone i usposobienie.
      Występuje też w wielu związkach frazeologicznych i utartych zwrotach, jak wspomniałeś, “martwa natura” (still life), zwykle mówi się też “Matka Natura” (Mother Nature), rzadziej zaś “Matka Przyroda”.

    • Oletta Says:

      Przyroda = świat bez wytworów pracy ludzkiej

      Natura

      1. = świat bez wytworów pracy ludzkiej
      2. = stan pierwotny, prymitywny, nie zmieniony przez cywilizację, kulturę
      3. = przyroda jako siła kształtująca organizmy żywe, zwłaszcza ludzi
      4. = organizm, zasób sił fizycznych
      5. = właściwości wrodzone, charakter, usposobienie; człowiek, istota o określonym charakterze, usposobieniu
      6. = istota, główne rysy charakterystyczne czegoś, charakter, rodzaj
      7. = produkty, towary, przedmioty użytkowe, najczęściej jako środek płatniczy, dziś tylko w wyrażeniu:

      W naturze, płacić w naturze = tj. nie pieniędzmi a na przykład mlekiem, jajkami, masłem itp, lub żartobliwie o prostytucji = płacić ciałem.

      So as you can see przyroda has one general meaning, whereas natura has more than one meanings. Można powiedzieć przyroda martwa. Martwa natura zaś określa artystyczną kompozycję najczęściej malarską, w której skład wchodzą elementy natury w stanie „martwym”, np. owoce, warzywa, zabite zwierzęta itp.

  6. Tess Says:

    Jesteś bardzo odpowiedzialny za słowa. Cały czas pozostaję pod ich ogromnym urokiem („urok” nie jest złym słowem, ponieważ Twoje teksty są pięknie złożone) – To dla mnie UCZTA duchowa i estetyczna – bardzo, bardzo się cieszę, że odnalazłam Twój blog. Daje mi on ogromne UKONTENTOWANIE – niech to słowo wyrazi właściwie mój zachwyt.
    Proszę, byś czuł, że zachwyca mnie Twoja wrażliwość, humanistyczna pasja i także to, że jesteś dziedzicem renesansu, w najlepszym tego określenia znaczeniu. Nie generuję pochwał z grzeczności, tylko z potrzeby… chyba umysłu, który, w tym wypadku, dominuje nad sercem (chociaż bije ono szybciej, od kiedy odkrywam TO, co niosą Twoje strony).

    Twoje fotografie – moje oczy – pewnie wiele osób myśli, że ująłeś ich postrzeganie. Bardzo sobie pochlebiam, ponieważ fotografuję na poziomie podstawowym. Nie inwestuję w dobre aparaty ale, kiedy patrzę… to widzę. Dzięki, że Ty to tak rewelacyjnie wyrażasz. Twoje uporządkowanie mobilizuje mnie do porządkowania także. Robię to właściwie stale, ale, czuję, że można osiągać znacznie lepsze efekty. Najlepszym katalizatorem jest kontakt z kimś takim, jak Ty. Świetnie wyraziłeś swoje skłonności polemiczne i ich celowość. To niezwykle przyciąga mnie do Twojego bloga (Twego typu umysłowości).

    Podniecające jest „rozkruszanie” (weryfikacja?) „przyzwyczajeń”, skostniałych znaczeń – dzięki za prowokacje. Pisząc, że odsłaniasz mi nowy wymiar, daję znać, że myśleć czynnie jest sprawą cudną, a Ty nie pozwalasz „przycupnąć” i pobyć na jałowym biegu. Dzięki!
    Coś jest na rzeczy, że nie wpadam do innych blogów, a od Twego zaczynam dzień. Jeszcze długo będę Ci dziękować za (?)… wszystko(!), czyli za cud uruchomienia do myślenia. Z naszego kontaktu wynika dla mnie samo dobre – niezwykle dużo się o sobie dowiaduję.

    Życzę Ci dobrego pobytu w miejscach o tak przesłynnych nazwach.
    Uważaj na siebie i wracaj szczęśliwie – serdecznie Cię pozdrawiam, a reszta jest myśleniem.

    • Logos Amicus Says:

      A do mnie teraz przyszła taka lekka melancholia, kiedy tak zastanawiam się nad wielką jednak nietrwałością tych naszych wirtualnych zachwytów, zauroczeń – tych wszystkich deklaracji współodczuwania, współbrzmienia, podziwu i “przyjaźni”…
      Podejrzewam, że zwykle dzieje się tak jedynie do chwili, kiedy nam samym taki kontakt – “relacja” jest potrzebna (czyli zazwyczaj robimy to z pobudek egoistycznych). Kiedy być przestaje – milkniemy, znikamy bez słowa wyjaśnienia (tak jak to się stało w przypadku autorów blogów ongiś “zaprzyjaźnionych”), przestajemy komentować… – łaska wirtualnej przyjaźni na pstrym koniu jeździ. A do tego, aby gwałtownie zmienić front, nastawienie: np. z zachwytu, podziwu przejść na niechęć, a niekiedy wręcz wrogość – wystarczy jakiś pretekst, niezgodność opinii, urażenie dumy, dotknięcie kompleksu… etc.
      Trudno jest nam też ze sobą dyskutować.
      Najlepiej się jednak mają blogi, w których ustala się jakieś Towarzystwo Wzajemnej Adoracji, i gdzie unika się drażliwych (a przez to i ważnych) tematów, gdzie nie ma ścierania się odmiennych opinii, a jest tylko wzajemna afirmacja siebie samych i tego, co na dany temat sądzimy.

      Dlatego też, jeśli mam wyrazić swoją opinię, to nie mam większych złudzeń jeśli chodzi o wirtualne znajomości, a zwłaszcza internetowe “przyjaźnie” blogowe.

      Najważniejsze jednak powinny być nasze relacje z ludźmi naprawdę nam bliskimi – ale w tym naszym osobistym świecie rzeczywistym. W ostatecznym rozrachunku liczy się siła charakteru, nasza prawdziwa pozycja i pewność jaką mamy w życiu realnym.
      Bowiem reszta może się okazać jedynie ułudą.

      Pozdrawiam

      PS. A swoją drogą… dziękuję za wszystkie Twoje słowa komplementujące to co piszę – za docenianie tego, co znajdujesz na moim blogu.

      • Magda Kotowska Says:

        Logosie, masz rację z tymi wirtualnymi relacjami – mnie osobiście nie satysfakcjonują, jeśli trzymają się jedynie pajęczej sieci słów bez pokrycia – bez kontaktu oka z drugą, żywą źrenicą. Nie da się ukryć jednak, że duże znaczenie ma tu świadomość wirtualności i jeśli takowa istnieje, to w zdystansowanych zauroczeniach blogami (takimi jak ten) nie widzę niebezpieczeństwa – przeciwnie – to wielka wartość także dla mnie – czytając Ciebie serce mi rośnie! Tożsamość czucia i postrzegania.

        Sama zrezygnowałam z dzielenia się słowem. Chyba szukam właściwiej drogi. Najczęściej wyrażałam się przez pryzmat emocji, a od pewnego czasu próbuję ukrócić nieco ich władzę nad moją percepcją – stąd zawieszenie. No i jakaś dziwna niemoc, spadek self-esteem w odniesieniu do własnej wiedzy, intelektu, wartości tego, co mam do przekazania. Dziwny czas, ale widocznie i przez takie momenty trzeba w życiu przejść. Czekam, aż wewnętrzna blokada naturalnie zniknie…
        Wracając do wątku głównego – zawieszony bloger to także zaprzyjaźniony bloger. Serdeczności! :)

      • Logos Amicus Says:

        Magdo, wszyscy mamy już taką właściwość, że światy wirtualne, wyobrażone, wyimaginowane, wymarzone… – czy jak je tam nazwać – mogą nam dostarczyć podobnych przeżyć, uczuć, emocji jak świat realny, rzeczywisty. Stąd potęga mitów, opowieści, filmów, literatury a także… takich dziwnych nieco i niezbadanych do końca pól jak blogosfera, tudzież inne internetowe sieci.
        Wg mnie jednak klucz do właściwej taksacji tego fenomenu leży w użytym przeze mnie słowie „podobnych”. Czyli: te uczucia są podobne, ale nigdy takie same, jak w przypadku naszych doświadczeń w świecie (życiu) realnym. Dlatego też, (przynajmniej jeśli chodzi o mnie) nie mogę na nie patrzeć inaczej, jak na pewne namiastki. Innymi słowy, zawsze mam tego świadomość, że to jednak „nie jest to”.
        Co nie znaczy, że do moich znajomości czysto wirtualnych nie podchodzę uważnie, że je lekceważę – że nie mam świadomości tego, iż po drugiej stronie kabla jest jednak żywy i czujący człowiek. Lecz świadomość tego, że jest to mimo wszystko relacja wirtualna, pomaga mi zachować pewien dystans, oszczędzając przy tym ewentulanych rozczarowań.

        * * *
        Mam nadzieję, że Twoja „rezygnacja z dzielenia się słowem” jest czymś chwilowym i przejściowym. Bo, moim zdaniem, warto mimo wszystko tym słowem się dzielić, czy choćby tylko artykułować, „wysyłać” go w świat.
        I tu dochodzimy do sensu czegoś takiego jak pisanie bloga, czy wogóle pisania, które powinno nam dostarczać nie tylko przyjemności, czy też satysfakcji… Pisanie może być przecież także sposobem na przeżywanie świata, na naszą ekspresję, rejestrację i afirmację istnienia – wyrażanie zarówno radości, pasji i fascynacjii, jak i smutków, czy też tego co nas boli… niekiedy nawet i rozpaczy.
        Albo tak po prostu: pisanie to ćwiczenie dla naszego umysłu, formułowanie i porządkowanie myśli, zdobywanie wiedzy, poznawanie świata.
        A wiadomo, przy czymś takim, nie zawsze jesteśmy w doskonałej formie, nie zawsze wszystko nam wychodzi, nie do wszystkich możemy trafić.
        No i trzeba się liczyć z tym, że jeśli to co piszemy, zarazem publikujemy – to nie zawsze spotka się to z aprobatą, zrozumieniem a nawet… zainteresowaniem :)
        Jeśli więc trafi do kilku osób, (z którymi na dodatek, możemy czasami interesująco podyskutować) – to jest to pożądane, to jest dobre. A jeśli nie? No cóż… wtedy pozostaje przyjemność czystego pisania i te wszystkie benefity, o których wspomniałem powyżej :)

        A na Twoim miejscu tym „zawieszeniem” (mniemam, że chwilowym) zbytnio bym się nie przejmował. Również „self-estimowym” spadkiem, który przecież czasem może się nam przydać, bo nie pozwala „osiąść na laurach”, ani wpaść w przesadny zachwyt nad tym, co tworzymy :).
        Zamiast tego może (ów, jakby nie było, rodzaj samokrytycyzmu) w końcu zadziałać mobilizująco, zmusić nas do podniesienia poprzeczki, dokonania pewnych przewartościowań…
        Czego Ci życzę,
        pozdrawiając serdecznie

  7. Heliska Says:

    Zazdroszczę tej podróży do Yellowstone. Wybieram się tam już od wielu lat i jakoś wybrać się nie mogę. Wiem, że to magiczne miejsce i że muszę kiedyś tam się znaleźć. Pracuję naukowo i również moja praca ma związek z czymś, co znajduje się w Yellowsotne, a są to bakterie termofilne. Pisałam Ci zresztą o tym parę la temu przy okazji zdjęć ukazujących kolory Yellowstone, które widziałam na Twoim blogu fotograficznym Światowid. Zastanawialiśmy się wtedy jak to możliwe, że mogą one żyć w temperaturze powyżej 100 stopni C., czyli w warunkach powyżej punktu wrzenia.
    Później jeszcze kilka razy tam zaglądałam – na te fotografie można patrzeć i patrzeć, jak ktoś napisał, zgóry na dół i z dołu do góry i tak wkółko. Ale i tak wiem, że przecież żadna fotografia nie jest zdolna oddać prawdziwej rzeczywistości i że to trzeba zobaczyć na własne oczy.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego oraz owocnego pobytu w Yellowstone,
    Heliska
    (Czekam na jakiś tekst i nowe zdjęcia)

    • Logos Amicus Says:

      Dzięki Heliska za pamięć.
      Na razie w Yellowstone jest zimno i pada… deszcz, śnieg, grad – i tak na przemian :)
      Na szczęście od czasu do czasu przez chmury przebija się słońce i lada dzień ma się wypogodzić.
      Pozdrawiam

  8. Mariola Says:

    Czesc Stachu. Zazdroszcze Ci, ze mozesz po raz kolejny podziwiac ten piekny park (uwazaj na miski). Nam pozostalo wiele pieknych wspomnien z Yellwstone i wiele jeszcze nie wywolanych zdjec.
    Pozdrowienia od nas wszystkich. Jak bedziesz mogl to sie odezwij i napisz cos. Ciekawe gdzie sie tam zatrzymales, czy w tych ladnych domkach na terenie parku, co mysmy byli?
    Pozdrow od nas wszystkie gejzery, a w szczegolnosci Old Faithful, no i misie, bizony, no i oczywiscie male sliczne pieski preriowe.

    Pozdrawiam. Pa.
    Mariola.

  9. magamara Says:

    Jaka adekwatna notka do planowanej podrozy! Zycze wielu niezapomnianych wrazen! :-)

    Co do samej natury, to wydaje mi sie, ze problem lezy w tym, o czym zreszta sam wspomniales, ze ja personifikujemy, ze mowiac o niej, uzywamy zasad swiata ludzi. Starozytni grecy mieszali do tego bogow, romatycy wyruszali samotnie w poszukiwaniu absolutu. Natura jest jednak natura, ktorej obce sa ludzkie emocje. Mozna ja opisac, trudno ja jednak pojac, bo trzeba by wyzbyc sie ludzkiej terminologii. O tej ludzkiej ulomnosci znakomicie pisal Lem, zwlaszcza w „Solaris” (kontekst byl nieco inny, bo chodzilo o wystawienie ludzkiego umyslu na spotkanie z natura obcej planety, nie mniej jednak wnioski z obserwacji sa uniwersalne). To zreszta jedna z moich ulubionych ksiazek.

    Pozdrawiam serdecznie i do uslyszenia wkrotce!

  10. tamaryszek Says:

    Zdjęcia! (no tak, zawsze u Ciebie są ciekawe fotki) Nadciągnął czas inwazji koloru, więc biało-czarne obrazy ze szlaku są zaskakujące. Bardzo życiowe wykorzystanie buta! Przypomniał mi się Chaplin zjadający sznurowadła, ale wersja z kwiatkiem jest zdecydowanie zdrowsza. :)

    „Mam pewne podejrzenia, że kiedy tak idę szlakiem zachwycając się otaczającym mnie splendorem przyrody, to oglądam tylko jej powierzchnię. Wchodzę wgłąb mojej wrażliwości estetycznej, ale nie w istotę Natury.”

    Mam takie podejrzenia i ja. Wabi „estetyzm”, ale obdarowuje czymś ulotnym. Głębsza symbioza z naturą wymaga: decyzji, determinacji, prostoty (a ta z kolei wysiłku niestrojenia się w etykiety) i gotowości na niezaplanowane zmiany. Kto gotowy, niech daje nura. Ja (tymczasem) zostaję na płaszczyźnie parków miejskich, spacerów nad rzeką i łąk pokwitujących.
    Pozdrawiam! Zbieraj pilnie inspiracje do notek;)
    ren

  11. salina Says:

    „Więc nie myślcie, że jesteście tacy w tej Europie bezpieczni”
    Nie myślimy Amicusie, nie :) Mamy swój wulkan o którym zapomnieliśmy, a co poniektórzy w ogóle o nim nie wiedzieli (ja na przykład) – przebudził się jakiś czas temu i nie wygląda na to że zaraz znów uśnie :( Co gorsza, nie jest wykluczone, że wielokroć większy jego sąsiad (nazwy nie wymówie, zbyt trudna dla mnie) też wybuchnie! Ten podobno nie poprzestanie na Europie, o Amerykę też zawadzi! Nie wyobrażam sobie co wtedy może się dziać. Samoloty pewnie w ogóle przestaną latać, a Polska całkiem zatonie w powodziach, i parę innych terytoriów też.
    Teraz u nas Natura pokazuje marsowe oblicze, zupełnie inne niż u Ciebie :)
    Chociaż… jeśli wspomnieć Zatokę Meksykańską…
    Udanych wojaży Amicusie! Pozdrowienia ślę :)

  12. kamino Says:

    Logosie
    Pytasz – “Czy jest to możliwe, by w tak krótkim czasie strząsnąć z siebie cywilizacyjne naleciałości, pozbyć się ciężaru narzuconej mi (i przyjętej przeze mnie) kultury, która określa perspektywę z jakiej widzę (i oceniam) Naturę? I wejrzeć w nią nieuprzedzony i tak obnażony?” Moim zdaniem niemozliwe. Nigdy nie dokonamy regresu do postaci “dzikiego dziecka”. Miałem okazję spotkać ludzi zyjących w odosobnieniu, blisko z natura ale zawsze byli panami świata wokół. Z tego panowania czyli ludzkiej perspektywy nigdy nie rezygnowali. Umysł człowieka służy jego panowaniu. Nie przypominam sobie w tej chwili tytułu amerykanskiego filmu o dobrze wykształconym chłopaku, który porzucił cywilizację – karty bankomatowe, pieniądze, wsparcie innych ludzi i zbliżył się do natury najbliżej jak mógł. Zagłodził się na Alasce. Bardzo dobry film – pewnie oglądałeś.
    Zgadzam się, że żyjemy w dziwacznym rozdwojeniu między przyrodą a cywilizacją. Szczególnie gdy odkrywamy w kontakcie z naturą przyjemności euforyczne o których piszesz. Dla mnie to rozdwojenie jest przykre – nie da się ukryć, że stabilizacja mnie męczy. Jednak odżywam na szlaku.

  13. eskulap Says:

    Kiedyś, przy okazji podobnego tematu napisałeś:

    „Choć znaleźli się przecież i tacy, którzy, jak np. Beaudlaire, uważali ludzkość za pewnego rodzaju zanieczyszczenie środowiska. Podobnie było z jednym z najbardziej znanych poetów amerykańskich Robinsonem Jeffersem, który, wobec wojennego szaleństwa ludzkości XX wieku, uznał, że gatunek ludzki jest tylko skażeniem uniwersalnego porządku i – jako taki – zasługuje na zniszczenie.”

    Owszem, jeśli się nie opamiętamy to możemy być potraktowani jak bakterie. Bakterie żyją w nas ale gdy stracimy odporność – czytaj: stworzymy warunki dla rozwoju większej liczby bakterii – następuje inwazja wg wszelkich zasad praw natury. „Podporzadkuj sobie swiat”… gdzieś to już słyszałem.

    Bakteria jednak nie ma na tyle rozumu, by przewidzieć, że w dłuższej perspektywie jej działaność powoduje zniszczenie żywiciela i w sumie zagładę całej swojej populacji.

    My zachowujemy sie podobnie i mimo MÓZGU nie bardzo nam się chce patrzeć na przyszłe pokolenia – co zrobią z Matką Ziemią gdy już ona przestanie znosić naszą działalność na niej.
    Jednak prawo rozwoju – patrz: ekonomia i ciagle żądanie rozwoju gospodarczego – chyba prowadzi nas nieuchronnie do zagłady. Właściwie, jak twierdzi Wilson, zagłada już się zaczęła i dotyczy na razie zwierząt, choć np. Afryka też umiera i cały świat na to spokojnie patrzy.

    Można by znów potraktować to jak na przypadek jednego czlowieka – złe warunki środowiskowe, osłabiona odporność, słaba higiena – no i… wirusy oraz bakterie mają używanie. Tak oto największy ziemski predator ma za predatora najmniejsze ziemskie stworzenia, całkowicie pozbawione mózgu.
    Czyż nie jest to ciekawe!?

  14. Jula Says:

    Tak, Natura, nasza Ziemia, ciągle nas nas zadziwia. :)
    Olśniewa swoim pięknem i straszy swoja tajemniczością. :D
    Bo Ziemia żyje swoim życiem, które jest dla nas ciągle nieznane.
    I dlatego ciągle nas zaskakuje zarówno swoją groza jak i pięknem ;D)))

    Pa!

    Ps.
    Szybko wracaj z kolejnej swojej podróży cały zdrowy pełen wrażeń i nowych pięknych zdjęć z cudowna oprawą, czyli Twoim opisem ;)

  15. kuzynka Says:

    Ja tutaj z apelem wystąpię małym, z nadzieją, że kuzyn się nie obrazi za agitkę:
    Chodzi o naturę, a właściwie jej część.
    Zwierzęta z powodzi.
    Bo są w Polsce małe miasta bez schronisk dla zwierząt. Są tam na szczęście wolontariusze, którzy tym bidom powodziowym pomagają. Problem w tym, że stworzyli nieformalne schronisko, na przykład w Sandomierzu, które utrzymuje się jak może.
    http://www.dogomania.pl/threads/186363-Pomoc-dla-ofiar-powodzi-dla-zwierz%C4%85t-i-ludzi-dary-w%C4%85tek-rozliczeniowy

    Dlatego załączam link, jeżeli ktoś ma wrażliwą duszę, to proszę zareagować. W linku są numery kont i dane.
    Wczoraj oglądałam reportaż Ekspresu Reporterów i trudno było patrzeć na to obojętnie (właśnie o nieformalnym schronisku w Sandomierzu).
    Ludzie cierpią, ale mają wiele organizacji, potężnych organizacji (jak Caritas, PCK itp) pomagających.
    O los zwierząt niektórzy dopominają się nieśmiało, bo wiadomo – najpierw zawsze pomaga się ludziom.
    Ale drobne kwoty na pewno się przydadzą tym Stowarzyszeniom, a my chyba nie zbiedniejemy, prawda? I tak zwani „bracia mniejsi” przynajmniej nie będą chodzić głodni.
    Zwierzęta też mają swoje lęki, smutki i niedole, niestety (Jak choćby jeden psiak pokazany w reportażu. Gdy tylko widzi większą wodę panicznie wspina się, gdzie może, żeby się ratować. Na dachu przetrwał powódź, żył tam z… kotem przez kilka dni, strażacy dowozili mu jedzenie, potem go zabrali). Na szczęście są wolontariusze, którzy pomagają. I my też chyba możemy pomóc?
    Serdecznie pozdrawiam Szanownych Czytelników bloga i samego Autora (a mego kuzyna:)
    Kuzynka

  16. Logos Amicus Says:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/06/bizony-bw.jpg?w=780
    Bizony w Yellowstone

    * * *
    Przygoda z Yellowstone zakończona. Dwa tygodnie w dzikiej puszczy – w lasach i górach Wyoming, Idaho i Montany – zleciało jak z bicza strzelił. Pora wrócić na „łono” naszej kochanej cywilizacji.
    Minie jakiś czas zanim uporządkuję jakoś swoje notatki, posegreguję zdjęcia – tym bardziej, że życie w cywilizacyjnych „okowach” ma swoje wymogi – niestety, nie możemy już utrzymać się z tego, co upolujemy, ani z jagódek, które zbierzemy, z korzonków, do których się dokopiemy, z krówki, którą wychodujemy, ze zboża, które zasiejemy… ;)

    A tymczasem pozwolę sobie zamieścić jedynie mały wybór zdjęć z mojej ostatniej wyprawy do Yellowstone, dziękując przy okazji za pamięć i miłe słowa tym, którzy tu zaglądali i swój przyjazny ślad zostawili :)

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/06/mewagt.jpg?w=780
    Mewa nad Jeziorem Jackson w Wyoming (Grand Teton NP)

    * * *
    Przy okazji załączę tu jeszcze ponadto niezwykle interesujące cytaty, które znalazłem na blogu Porcelanki , jakże pięknie korespondujące z poruszonym we wpisie tematem:

    * * *
    “Odrywając od spraw małostkowych przyroda nie tylko ogólnikowo daje oczyszczenie i spokój, ale staje się w szczególności wyjątkowo skutecznym lekarstwem na ambicję, miłość własną i próżność.”

    Henryk Elzenberg, „Kłopot z istnieniem”

    * * *
    Czy myśli Pan, że istnieje potrzeba uczucia, potrzeba miłości przyrody, bycia z nią w jakimś związku?

    Myśmy tę przyrodę opuścili. Nie chce powiedzieć nieładnie o nas, ale my, pod wpływem sukcesów niektórych technologii, przestaliśmy rozumieć fakt podcinania gałęzi, na której siedzimy i może nas to bardzo dużo kosztować w nadchodzącym stuleciu. Przecież znamy z historii całe cywilizacje, które wyginęły, gdyż nie umiały dostosować się do przyrody. Dzisiaj nam się wydaje, że jesteśmy panami, ale to nieprawda. Jak przychodzą klęski żywiołowe, to się wtedy okazuje, że jesteśmy robaczkami na tej kuli ziemskiej i jesteśmy zupełnie, ale to zupełnie bezsilni. Wystarczy kilka dni opadów i okazuje się, że człowiek nie może się nigdzie ruszyć, nie może nic załatwić.”

    “O przyrodzie i człowieku”, rozmowa ze Stanisławem Lemem (2001)

    * * *
    “Wielokrotnie miałam wobec przyrody poczucie metafizycznej obcości. Mnie samej trudno jest to zrozumieć, bo mam do tej przyrody nastawienie pozytywne. W tym roku byliśmy w Norwegii, gdzie dotarliśmy na szczyty gór wznoszących się nad oceanem. Nie było tam ludzi, droga się skończyła, była pusta przestrzeń. To, co czułam, to może nawet nie był lęk, nie bałam się, że stanie mi się coś złego, czułam raczej grozę potęgi natury. Poczułam też, że ta wielka przestrzeń, wszystko to, co widziałam tam, w górach, obywa się świetnie bez nas. Kiedy tylko schodzimy do osiedli, zapominamy o tym i wydaje nam się, że jesteśmy u siebie w domu, że wszystko jest nam podporządkowane. Ta groza to uświadomienie sobie, że by się nic nie stało, gdyby ludzi nie było. Dlatego nazwałam to grozą metafizyczną, jest to jak gdyby świadomość niekonieczności naszego istnienia.”

    “O przyrodzie i człowieku”, rozmowa z Olgą Tokarczuk

    * * *
    “Mądrością człowieczą jest to, żeby miał świadomość, że jest cząstką większej całości, której nie jest i nie będzie w stanie objąć. Może ją jedynie poznawać cząstkowo. I to poznawanie jest wielką nagrodą. Pozwala nam doświadczyć, że jesteśmy czymś więcej, ale z drugiej strony Natura jest znacznie wyżej.(…) Idąc do lasu spróbuj wpuścić ten las do siebie, nie bądź nadajnikiem, kiedy tylko wyłączysz siebie, tak niewiele zrobisz, a tak ogromnie wiele dostaniesz.”

    “O przyrodzie i człowieku”, rozmowa z Józefem Brodą

    * * *
    Czy zwierzęta nie są w jakiś sposób doskonalsze od nas?

    Niewinność jest zawsze doskonalsza. Świadomość rodzi wątpliwości. Zapewne nigdy nie poznamy całej prawdy, a prawda cząstkowa daje nam jedynie zarozumiałość i pewność siebie. Gdzie się kończy zwierzę, a zaczyna roślina? Wiemy, że rośliny też okazują sympatię, antypatię i lęk. Roślina też czuje. Powiem więcej, nawet ten kamień, który tutaj leży ma w sobie odrobinę duszy – Siły Sprawczej. On co prawda nie mówi, ale jest trwalszy od nas. My mówimy wiele, ale szybko przemijamy.”

    “O przyrodzie i człowieku”, rozmowa z prof. Andrzejem Strumiłło

    * * *
    Moyers: To jasne, że my, ludzie nowocześni, odzieramy świat z jego naturalnych objawień, z samej przyrody. Myślę o tej pigmejskiej legendzie opowiadającej o chłopcu, który w lesie znalazł śpiewającego ptaszka i przyniósł go do domu.
    Campbell: Prosi ojca, żeby przyniósł dla ptaszka jedzenie, ale ojciec nie chce; co tam będzie karmił zwykłego ptaka… I zabija go. Legenda mówi, że człowiek, zabijając ptaka, zabił też pieśń, a razem z pieśnią – siebie. Upadł martwy, zupełnie i na amen martwy, i pozostał martwy na zawsze.
    Moyers: Czy to nie jest opowieść o tym, co się dzieje, gdy ludzie niszczą swoje otoczenie? Swój świat? Naturę i jej cuda?
    Campbell: Niszczą też swoją własną naturę. Zabijają pieśń.
    Moyers: A czy mitologia to nie jest właśnie opowieść o pieśni?
    Campbell: Ona sam j e s t pieśnią. Jest pieśnią wyobraźni inspirowaną przez energie ciała. Pewnego razu mistrz zen stanął przed swoimi adeptami, by wygłosić kazanie. Wtem, właśnie gdy miał otworzyć usta, zaśpiewał ptak. Mistrz powiedział: Kazanie zostało wygłoszone.”

    Joseph Campbell, „Potęga mitu”
    * * *
    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/06/grizzly-and-cub.jpg?w=780

    Samica grizzly z małym (Yerllowstone NP)
    * * *
    (ZDJĘCIA WŁASNE)

  17. Z TATR W GÓRY SKALISTE | WIZJA LOKALNA Says:

    […] NATURA – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie […]

  18. Michał Says:

    Świetny post – sam byłem w Yellostone – pisałem o tym na https://natura351.wordpress.com/ – cudowne miejsce, piękna natura.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s