TEN NIEZNOŚNY ROMANTYZM, albo o obronie fantazmatów

garść refleksji na marginesie chicagowskiego przedstawienia „Dziadów cz. II” Adama Mickiewicza

.

„Kto nie był ni razu człowiekiem, Temu człowiek nic nie pomoże” (Maciej Góraj jako Widmo Złego Pana)

.

I.
ROMANTYZMEM PODSZYCI

.

Nie ulega wątpliwości, że (abstrahując od religii) na polską tożsamość narodową najmocniej wpłynął Romantyzm. Kiedy na początku lat 90. XX wieku, po tzw. „transformacji” ustrojowej, w naszym kraju ogłoszono załamanie się kulturowego paradygmatu romantycznego, wszyscy tej diagnozie ochoczo przytaknęli, bo ponoć wreszcie nastała u nas „normalność” – staliśmy się suwerenni, wpadliśmy w otwarte ramiona liberalnej demokracji, gotowi na przyjęcie wszelkich dobrodziejstw wolnego rynku…
Wydawało się, że najważniejsze cechy romantycznego charakteru stały się po prostu nieprzydatne, anachroniczne, odczarowane, zbędne. Nie musieliśmy już składać krwawych ofiar walcząc o niepodległość; nie potrzebni nam już byli bohaterowie poświęcający się dla Ojczyzny. Martyrologia i mesjanizm stały się dość egzotycznie brzmiącymi pieśniami przeszłości. Umęczona solidarność narodowa mogła być zastąpiona zdrową konkurencją, symbol – konkretem, marzenie – ziszczeniem, pobożna życzeniowość – prakseologią, mit – narracją faktów, plemię oblężone – społeczeństwem otwartym.
Czy jednak to obwieszczenie śmierci romantyzmu w narodzie nie było przedwczesne? A może jest on z tkanką narodową Polaków nierozerwalnie zrośnięty? Może jesteśmy na niego skazani – na dobre i na złe?

Trupy i postęp, czyli jak to z Romantyzmem bywało

To, co się stało po katastrofie smoleńskiej świadczy o tym, że w psychice narodu konstrukty, złogi i piętna Romantyzmu tkwią nadal. Transformacja ustrojowa nie przełożyła się na transformację mentalną. I trzeba sobie jakoś z tym radzić i jakoś z tym żyć… co wychodzi nam różnie.
Jednak warto zaznaczyć, że Romantyzm niekoniecznie musi być tylko skazą i ciężarem. Okazuje się, że jest czymś, co nadal określa nasz charakter, co buduje nas organicznie, stawszy się poniekąd naszą cechą przyrodzoną, elementem składowym naszej umysłowości – i to nie tylko w wymiarze ogólnym, ale i indywidualnym.
Zresztą, niektórzy z tych, co głosili kres paradygmatu romantycznego w kulturze polskiej, zaznaczali, że konieczna jest nie tyle jego likwidacja, co transpozycja i przeobrażenie. Maria Janion, największa chyba znawczyni polskiego Romantyzmu, która nota bene najdobitniej ogłosiła jego załamanie się po ustrojowej transformacji, pisała, że „odkryjemy (Romantyzm) na nowo, na miarę naszej epoki, jego wielkość artystyczną, odnajdziemy jego filozofię egzystencji”.
Romantyzm miał swoich krytyków od samego początku, choć nawet oni nie mogli się wyzwolić od pewnych jego cech, atrybutów, charyzmów i miazmatów. Już Norwid wskazywał na różnicę między narodem a społeczeństwem – temu pierwszemu przypisując czyn, drugiemu zaś pracę, rozróżniając romantyczno-bohaterski zryw (słomiany zapał?) od organicznej pracy od podstaw, zdolnej rzeczywiście przeobrazić kraj i zmienić mentalnie ludzi. A z drugiej strony przecież pozostawał romantykiem z krwi i kości, uduchowionym i uwznioślonym, naznaczonym samotnością i rysem tragicznym.
Okoniem do Romantyzmu ustawili się pozytywiści, głosząc prymat rozumu nad duszą, wiedzy nad wiarą, praktycyzmu nad sentymentem, ewolucji nad Bogiem, prozy nad poezją, realizmu nad marą… Lecz te deklaracje nie zawsze szły w parze z ich rzeczywistą postawą i wewnętrznym stanem. Bo np. patriotyzm, miłość do Ojczyzny, podziw dla piękna kraju, marzenia o szklanych domach, czy szacunek dla narodowych bohaterów – czyli odruchy i wartości wyznawane przez nich bardziej lub mniej otwarcie – były na wskroś romantyczne.

„O sprawiedliwy, lecz straszny wyroku! I com ucierpiał, to cierpieć co roku” (Tomasz Maternowski jako Upiór)

Po uszy w Romantyzmie tkwił sam Wyspiański (nota bene pierwszy inscenizator Mickiewiczowskich „Dziadów”), który wprawdzie wyszydzał „poezję grobów”, drwił z mesjanistycznego bzika, zżymał się na chorobliwość złudzeń i iluzji, miał dość martyrologicznych gloryfikacji i nekrofilskiego szwungu… ale sam tworzył dramaty jak najbardziej romantyczne w formie i treści, które były niczym innym jak mierzeniem się i wadzeniem, dyskusją i konfrontacją z romantyczną miazgą, którą Wyspiański poddawał epokowej transformacji. Bo uznał, że w polskim Romantyzmie nadal tkwi wielka siła, tylko trzeba go przeczyścić, przesiać i przewietrzyć.
Młoda Polska była właściwie powtórzeniem Romantyzmu w wersji fine de siècle’owej (inna nazwa tej epoki, czyli „neoromantyzm”, mówi sama za siebie) tyle że bohaterem tragicznym staje się nie umęczony patriota a cierpiący kosmicznie artysta – kapłan absolutu. Wprawdzie istnieje też odmiana narodowa tego romantyzmu, ale tak dydaktyczna i miałka (z wyjątkiem dramatów Wyspiańskiego), że można na nią spuścić kurtynę milczenia.

Gombrowicz i inni

Do romantyzmu przyczepiali się także Boy-Żeleński, Brzozowski, Irzykowski i inni, ale najbardziej dał się mu we znaki Witold Gombrowicz, który – podobnie jak Wyspiański, tyle że w wersji à rebours, groteskowo-szyderczej – przenicował ten prąd jak nikt nigdy przed nim, dając tym samym dowód na to, że Romantyzmu nałykał się on więcej, niż zdecydowana większość szeregowych Polaków – przeżuwając go i trawiąc (ewentualnie spluwając i nie trawiąc); przekłuwając nadęte patosem balony narodowych kompleksów, urojeń i megalomanii. No, ale Gombrowicz w tym kontekście to jest temat rzeka – i wcale nie tak oczywisty w tych swoich anty-romantyzmach, anty-polonizmach, anarchizmach i innych pupizmach. Bo to przecież mędrzec pod maską błazna, człowiek poważny skryty za pozą trickstera, cierpiętnik o powierzchowności dandysa… Czy wreszcie arcy-Polak, który „Polaka z niego samego wyprowadzał”. Może nawet krypto-romantyk?
Nie lubił Romantyzmu Czesław Miłosz, zwłaszcza za te jego nacjonalistyczne skręty i obskurantyzm (co dało o sobie znać zwłaszcza w Polsce międzywojennej, którą właściwie opanował w znacznej części postromantyzm) tudzież skłonności heroiczno-martyrologiczno-nekrofilskie („Wy macie wspaniałą architekturę, sztukę, technikę, bogactwo – tak, ale ile my mamy trupów!” – pisał Noblista).
W Polsce „Ludowej” wzory Romantyzmu próbowali zawłaszczyć komuniści, z miernym raczej skutkiem. Bardziej nośny artystycznie (literatura, kino) okazał się sprzeciw wobec tych manipulacji widoczny choćby w twórczości Różewicza, Konwickiego, Białoszewskiego, Mrożka… także w filmach Kawalerowicza, Munka, Wajdy
Romantyczne echa dawały o sobie znać w kolejnych zrywach społecznego sprzeciwu wobec partyjnej dyktatury i zależności od sowieckiego imperium. Symptomatyczne i wymowne jest tu zwłaszcza poruszenie związane z wystawieniem w 1968 r. w Teatrze Narodowym „Dziadów” (uczestnictwo widzów w spektaklu przemieniło się w uliczną manifestację). Elementy martyrologii, poświęcenia, heroizmu – a nawet mesjanizmu – pojawiały się w kolejnych protestach i zamieszkach robotniczych, zwłaszcza w okresie powstania Solidarności. Swoistą restytucję odruchów romantycznych polskie społeczeństwo przeżyło po tragicznym wypadku pod Smoleńskiem. Również w obecnym życiu politycznym kraju – a zwłaszcza w konflikcie między stroną liberalno-modernistyczną a konserwatywno-tradycjonalistyczną – pojawiają się wątki wywiedzione jakby wprost z dawnych sporów romantyków z ich adwersarzami.

Ten przeklęty Mesjanizm, ta sucz Martyrologia

Mesjanizm i martyrologia – dwie specyficzne cechy polskiego Romantyzmu, najbardziej chyba wyszydzane, piętnowane i zwalczane – uznane za prominentne w zestawie polskich wad narodowych. A tymczasem, jeśli weźmiemy pod uwagę kontekst, w jakim powstały, nie okazują się one jakąś aberracją czy patologią myślenia politycznego Polaków, bo wraz z heroizmem – w czasach utraconej niepodległości, ucisku i państwowego niebytu – stanowiły mit ochronny dla polskiej tożsamości, służyły przetrwaniu narodu, były źródłem nadziei na zmianę losu, czy wreszcie pozwalały na zachowanie poczucia własnej wartości, odrębności a nawet i dumy – wbrew rzeczywistości i historycznym faktom. W obliczu klęski powstania listopadowego, wobec upokorzeń, strat i represji, jakie ona przyniosła, trzeba było sobie z tą beznadziejną traumą dawać radę, w jakiś sposób ją przezwyciężyć. Jak zauważył Artur Lewczuk: „Naród stanął wobec cierpienia, które mogło mieć dwojaki charakter: niszczący albo konsolidujący. Trzeba było je pomieścić w narodowym doświadczeniu, odnaleźć jego sens i ten sens znaleziono w myśli mesjanistycznej, która ostatecznie nie pozwoliła Polakom pogrążyć się w rezygnacji, rozpaczy, która stała się źródłem scalenia i wyznaczyła bieg narodowego trudu w walce z wrogiem.” W podobnym tonie pisała nawet Maria Janion, zwracając uwagę na pewien działający tu psychologiczny mechanizm: „Romantyzm polski był najbardziej wierny nie rzeczywistości empirycznej, lecz rzeczywistości psychicznej narodu, który utracił niepodległość, ale nigdy nie utracił wiary w konieczność jej odzyskania”.
Oczywiście, że poruszamy się tutaj w sferze wyobrażeniowej, ale czy fantazmaty nie nabierają czasami mocy stwórczej, przeobrażając samą rzeczywistość?

„Zamknijcie drzwi od kaplicy, I stańcie dokoła truny” (Julitta Mroczkowska Brecher jako Guślarz)

Należy podkreślić, że sama martyrologia nie była Polaków wyborem, czy nie daj Boże jakimś ich masochistycznym upodobaniem, a wynikała z tragizmu historycznego doświadczenia – z dramatu jaki fundowali nam co jakiś czas silniejsi od nas przeciwnicy. W tę sytuację wpisywała się również gloryfikacja takich zachowań jak poświęcenie, walka i heroizm. Mesjanizm zaś był sposobem na przechowanie i utrwalenie pewnych wyższych wartości moralnych, a ponadto ugruntowywał w Polakach przeświadczenie o przynależności do narodu nie tylko „wybranego”, ale i „niezbędnego”.
Zważywszy na to wszystko, całkiem zasadne staje się pytanie, czy aby nasze przetrwanie jako narodu – i utworzenie suwerennego państwa – nie zawdzięczamy właśnie tak ośmieszanemu i pogardzanemu przez niektórych Romantyzmowi?

Polskość na cenzurowanym i pułapka liberalizmu

Źle się dzieje w państwie polskim, kiedy nie ma porozumienia co do tego, jak należy przekształcać polską tożsamość narodową w konfrontacji z przemianą w społeczeństwo postnowoczesne – w dobie europejskiej integracji i globalizacji, w zderzeniu z problemami jakie niosą ze sobą konsumpcjonizm, nierówność ekonomiczna, rewolucja informatyczna, moralny relatywizm, utowarowienie kultury i jej masowa degradacja. Tych zagrożeń i wyzwań jest znacznie więcej. Czy wobec tego mogą dziwić polityczno-społeczne reakcje mające przed nimi bronić? Próba ochrony polskiej tożsamości narodowej jest jedną z nich.
Tymczasem znajdują się „postępowi”, „wyzwoleni” i „nowocześni”, zwykle wpatrzeni w Zachód polityczni koryfeusze oraz uważający się za „elitę” polscy inteligenci, którzy pod przykrywką liberalizmu dekonstruują kulturowe mity, dokonują przewartościowania pewnych tradycyjnych wartości, niszczą typowo polskie formy… często zastępując to jakimś post-modernistycznym badziewiem, lub po prostu niczym. Dezawuują takie pojęcia jak patriotyzm, polskość i naród; okazują lekceważenie dla tradycji, rytuału, religii i wiary; bezkrytycznie poddają się obcym wpływom; zachodnie standardy uważają za jedynie słuszne; zachowanie się moralne jest dla nich śmiechu warte; przyzwoitość, dobroć i uczciwość dobre są dla naiwniaków i frajerów… itd. (Swoją drogą nie spodziewałem się, że doczekam czasów, kiedy zadeklarowani liberałowie zaczną się zachowywać jak sekta).
A przecież, nawet sam – tak hołubiony przez intelektualistów (na równi choćby z Mrożkiem) Gombrowicz pisał: “Nie będziemy narodem prawdziwie europejskim, póki nie wyodrębnimy się z Europy – gdyż europejskość nie polega na zlaniu się z Europą, lecz na tym, aby być jej częścią składową specyficzną i nie dającą się niczym zastąpić”. Czy komukolwiek wpatrzonemu w literackie szelmostwo i dezynwolturę pisarza przyszłoby do głowy, że taka deklaracja wyszła spod pióra drwiącego z romantycznej polskości kosmopolitycznego szydercy? A Gombrowicz byłby ostatnim, który by się godził z zastąpieniem czegokolwiek jakąś małpującą innych repliką – obcą formą jeszcze bardziej upupiającą Polaków.
Jak już wspomniałem, uważająca się za kulturalno-intelektualną elitę formacja stojąca po przeciwnej stronie barykady, niż obóz reprezentujący poglądy narodowo-konserwatywne i broniący polskiej – nota bene uwarunkowanej religijnie – tradycji, nie miała większych skrupułów by zdekonstruować polskie mity narodowe, poddać krytyce tak rdzennie polskie wartości tradycyjne jak np. patriotyzm czy wiara, ale niestety nie zdołała stworzyć i wprowadzić żadnej innej, alternatywnej, lecz suwerennie polskiej jakości – tego, co Polacy jako społeczeństwo mogliby uznać i przyjąć jako nową formę polskości. Bo łatwiej jest coś zburzyć niż zbudować – dekonstrukcja zawsze jest łatwiejsza niż konstrukcja, a deziluzja może mieć katastrofalne skutki uboczne. Powstała pustka, wyrwa, dziura, którą wypełnia się często jakimś surogatem lub atrapą. Dokonano analizy, ale synteza idzie jak po grudzie. Zalano nas krytyką polskości („polskość to nienormalność”, „ciemny lud”), ale nie uraczono żadną afirmacją, która uwzględniałaby polską specyfikę i charakter. Zadenuncjowano populizm, ale nie zastąpiono go żadnym – wiarygodnym i akceptowalnym dla większości społeczeństwa – paradygmatem zbiorowości czy narodu.

„Hej, sowy, puchacze, kruki, Szarpajmy ciało na sztuki” (Edyta Luckos, Maciej Góraj i Marcin Kowalik)

.

II.
ŻYCIE POZAGROBOWE DZIADÓW

.

W Chicago wystawiono część II arcydramatu Adama Mickiewicza, czyli tzw. „Dziady” wileńsko-kowieńskie. Kinga Modjeska, główna sprawczyni tego przedstawienia, jakby w obawie przed uznaniem go przez publiczność za wskrzeszanie narodowo-martyrologiczno-mesjanistycznej ramoty, kojarzonej często z lekturową nudą, podkreśliła, że zajmuje się w swoim spektaklu nie narodem a folklorem i naturą. Bo rzeczywiście Mickiewicz w tej części sięgnął do pogańsko-słowiańskich źródeł zadusznego rytuału – do obrządku mającego znaczenie bardziej uniwersalne, niż polityczne. Tak więc, jest to rzecz zdecydowanie spirytystyczna, a nie historyczno-patriotyczna.
Przyznaję, że u mnie chicagowskie przedstawienie Sceny Polonia uwolniło całą kaskadę myśli o ścisłych związkach polskiej tożsamości narodowej z Romantyzmem, jak również sprowokowało do prześledzenia jak to zapętlenie zmieniało się w perspektywie historycznej (patrz: część I tego tekstu). Choćby z tego powodu spektakl ten jest dla mnie wydarzeniem, który ma sporą wartość i wagę. A przecież jest jeszcze inna jego strona – ta, wyzwalająca całą gamę doznań estetyczno-duchowych, niekoniecznie racjonalnych, niekoniecznie narodowych… I myślę, że to właśnie ów drugi aspekt tej części dramatu – wraz z obsesyjnym wręcz usadowieniem się wersów Mickiewicza w głowie reżyserki – zadecydował o zmierzeniu się z tą materią Kingi Modjeskiej i jej artystycznej trupy.

Słowiańszczyzna jak upiór

„Słowiańszczyzna to na wpół niewidzialny upiór, to potępiona dusza wyjąca pośród pozłacano-buraczanych krajobrazów polskości. (…) Słowiańszczyzna pierwotnym lękiem, nagą duszą, na niej blizną. Jedno wiarą, drugie marą. Dziady idą.” – pisał jakże obrazowo Kuba Janicki.
No właśnie, nasza bardziej lub mniej skrywana niechęć do Wschodu, ale przede wszystkim sam katolicyzm (i naturalnie Kościół), sprawiły, że zapomnieliśmy o naszym pogańskim rodowodzie, wyparliśmy go ze świadomości – wraz z tym, co w nas archaiczne i pierwotne… Odsunęliśmy też na dalszy plan naszą plemienną słowiańskość. Mickiewicz pisał we wstępie do „Dziadów”, że w dzieciństwie wielkie wrażenie wywierały na mim ludowe opowieści, podania, legendy, czego ślad mamy głównie w II części dramatu, gdzie w cmentarnej kaplicy pojawiają się wywoływane przez „pospólstwo” duchy, upiory i zjawy.
Obrzęd pogański („dziadów”) miesza się tu i łączy z rytuałem chrześcijańskim (Zaduszek). Mickiewicz nie tylko to opisał, ale i w swoim arcydramacie (zwłaszcza w cz. III) poszedł znacznie dalej – to co pierwotne i archetypiczne (manifestujące się choćby w antycznych dionizjach, kultach Voodoo, religiach opętania), ożywił w słowiańskich folklorze, sprzęgnął to wszystko z chrześcijaństwem, a następnie przeniósł idee katolickie (Ofiara, Mesjasz, Odkupiciel) na cały polski naród. To jest, musimy przyznać, symboliczno-transformacyjna orka na miarę Tytana Wyobraźni, giganta poezji i myśli.
Wziąwszy to wszystko pod uwagę, odjazdowa niedorzeczność niektórych „dziadowych” motywów, okazuje się pozorna, bo pod cienką warstwą ich „bzdurności” i absurdu, czai się pełna znaczeń głębia, o ich roli moralizatorsko-dydaktrycznej nie wspominając.
Bo czyż my wszyscy, nawet dzisiaj – w dobie ponoć nieprzesądnej i racjonalnej – nadal nie obcujemy (w naszej wyobraźni przynajmniej) ze zmarłymi? Czy nie ustalamy z nimi ciągle naszych relacji – stosunku, jaki do nich mamy? Czy nie zajmuje nas kwestia życia po śmierci? Problem winy, kary, grzechu – konsekwencje naszych ziemskich postępków w życiu wiecznym? Czy nie mamy wrażenia, iż docierają do nas znaki z zaświatów? Czyż nie pragniemy nieśmiertelności z jednej strony, z drugiej zaś – czyż jej się nie obawiamy? Żyjemy na granicy widzialnych i niewidzialnych światów, doświadczanych zmysłami, ale i wyczuwanych intuicją – pełnych zarówno dotykalnych ciał, jak i ezoterycznych (choć nie pozbawionych substancji) fantomów.
Dlatego nie dziwią nas tak bardzo pojawiające się w „Dziadach” zjawy i duchy, a wręcz przeciwnie – wydają się nam być zjawiskiem zupełnie naturalnym. I nas angażującym.
To zaangażowanie wzmocnione zostało dość skutecznie przez twórców i artystów ze Sceny Polonia, którzy zaprezentowali nam arcydzieło Mickiewicza w Chicago.

„Kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie może być w niebie” (Kinga Modjeska jako Dziewica Zosia)

Spektakl – ludzie i zjawy

„Dziady”, mimo swej złożoności, niespójności i trudności, należą do najczęściej wystawianych polskich dramatów. I chyba łatwo to zrozumieć zważywszy na niezwykłą plastyczność i obrazowość Mickiewiczowego języka, na obecne w nim emocjonalne napięcia, na pobudzającą wyobraźnię ekspresję… o tkance narodowej, w której jest on zatopiony, nie wspominając.
Oczywiście, wraz z upływem czasu – i w rytm mijających epok – forma tych przedstawień się zmieniała, ale i sama treść podlegała pewnej fluktuacji znaczeń, za każdym razem, na swój własny sposób, inaczej interpretowana – już choćby ze względu na zmieniający się historyczny kontekst. I z tego co wiem, były to inscenizacje coraz bardziej odbiegające od „ducha” oryginału. Pod pretekstem aktualizacji i uwspółcześnienia, uwolnienia się od nacisku „polonocentrycznych klisz lekturowych” czy też od „propagandowych nadużyć” – odhistorycznienia i odpolitycznienia – traciły swój znaczeniowy impet, narracyjną spójność, postrzegane przez niektórych widzów jako „zwariowane”, „udziwnione” czy wręcz „idiotyczne”.
Interpretacja Kingi Modjeskiej sięga do „klasycznych” romantycznych źródeł – jej „Dziady” (scenografia, kostiumy) nie porzucają XIX wiecznego emploi, pozostają wierne teatralnej tradycji, a jednak nie są wtórne, plagiatorskie czy anachroniczne – wybrzmiewając autentyczną pasją, rezonując i współgrając ze współczesną wrażliwością widzów.
Spektakl zaczął się przejmującym monologiem – skargą Upiora (Tomasz Maternowski) i już to wystąpienie osadziło nas w charakterze tej inscenizacji: zarazem solidnej, jak i melodramatycznej, a mimo to nierzewliwej, niesentymentalnej, nieckliwej. Niejako sprawcą i reżyserem całego obrzędu był Guślarz (jak zwykle niezawodna Julitta Mroczkowska Brecher) – łączący tradycję pogańskiego Koźlarza z egzorcystyczną mocą chrześcijańskiego krzyża. Wtórował mu Starzec (Bartosz Kasza) – postać nie tylko styrana życiem, ale i milczkowato-ponura. Zjawa Złego Pana (Maciej Góraj) to jakby wskrzeszenie piekielne Łazarza – niesamowita charakteryzacja podkreślała nieziemskie udręczenie, nie tylko jego duszy, ale i wygłodzonego ciała. Opadająca go chmara żarłocznego, drapieżnego ptactwa (Małgorzata Kwaśniewicz, Marcin Kowalik, Maternowski raz jeszcze) wzmagała tylko wrzawę – niemiłosierną zaciętość szarpiących nieszczęśliwca mścicieli. Niejako kontrapunktem dla tego strasznego korowodu harpii były igrające w niebie Aniołki czy też pląsające po scenie Słowianki/Rusałki – jednak pozbawione już tak dramatycznej weny. Rozdzierała serce Matka/Sowa (Edyta Luckos) z zamarzniętym dzieckiem, wygnana na mróz przez nielitościwego Pana. Dziwiły dzieci (Nicole Krawczyk, Ethan Stanescu), których jedynym grzechem wydawało się być to, że miały szczęśliwe dzieciństwo (jedna z kilku niedorzeczności, na jakie trafiamy w logice gminnej sprawiedliwości).

Padając na kolana, unosząc się w górze…

Jednak prawdziwą kreację – a właściwie dwie – stworzyła Kinga Modjeska. Pierwszą – rolą Zosi, drugą – monologiem Pani Rollison (we fragmencie dodanym tutaj z III części „Dziadów”). Wprawdzie aktorka nie odarła Zosi z wianka, lecz pozbawiła ją niemal zupełnie sielankowej otoczki (na pierwszy ogień poszły wyrzucone ze sceny: fruwający motylek i bieżący przed pasterką baranek), podkreślając jej dramatyczną sytuację w zaświatach, gdzie wprawdzie hula ona dość lekko i beztrosko z wiatrem, ale boleje nad tym, że – przez swoją wyniosłość, nieprzystępność dla chłopaków i dumę – nie dane jej było zaznać prawdziwej „ziemskiej” miłości. (Czyżby morał tego był taki, że jednak cnota nie popłaca?) Dopełnieniem tej kreacji (znakiem Natury, może nawet Niebios?), była tęcza, która pojawiła się ni stąd ni zowąd na Zosinej sukience, (a którą właściwie odkryłem dopiero oglądając swoje, zrobione podczas spektaklu zdjęcia).
Modjeska na scenie świetnie się porusza – tak, że nawet imitacja jej powietrznych lotów (przy wydatnej pomocy dwójki partnerów) była bardzo wiarygodna – zrazu lekka, to znów brzemienna. (Kto by pomyślał, że dziewczyna z ludu jest w stanie prawie że hamletyzować?)

„Gdzie ty! – znajdę cię, mozgi na bruku rozbiję, Jak mój syn! Ha, tyranie! syn mój, syn nie żyje!” (Kinga Modjeska jako Pani Rollison)

Lecz najmocniej zabrzmiała dla mnie skarga Pani Rollison rozpaczającej po stracie swego syna. Modjeska w habicie i na kolanach – swoim dobitnym, choć brzmiącym dość głucho i upiornie głosem – wstrząsnęła mną tak, że zapomniałem, że jest to gra i że to jest ona.

Czy wszystko jest padliną?

Ryszard Kapuściński pisał: „Cywilizacja współczesna to cywilizacja odarcia – z tajemnicy, z duchowości, z sacrum – chce ona pokazać, że wszystko jest materią, czyli że wszystko jest lub stanie się wkrótce padliną”.
Właśnie, gdybyśmy nie wiem jak usilnie się starali, to ani nauka, ani empiryczna wiedza, ani racjonalizm nie jest w stanie dostarczyć nam SENSU – i to nie tylko metafizycznego (bo metafizykę materializm odrzuca z zasady), ale i teleologicznego (współcześni naukowcy twierdzą powszechnie, że świat – a tym samym życie – nie ma ani celu, ani sensu).
Lecz tak się składa, że człowiek (w rozumieniu ogólnym) potrzebuje poczucia sensu swojego życia, i to nie tylko w wymiarze doczesnym, ale i metafizycznym. Z tego powodu ludziom (cały czas mówimy o zdecydowanie większej części ludzkości) nie wystarcza sama wiedza, bo sensu może im dostarczyć dopiero wiara (religia). (To jest tak oczywiste, że dziwię się, iż hołubiący rozum „racjonaliści” nie są w stanie tego zrozumieć, ani tym bardziej przyjąć tego do wiadomości).
To dlatego Oświecenie od samego początku stanęło na straconej pozycji ze swoim zbiorem postulatów usiłujących opisać i normować społeczno-kulturową rzeczywistość. To dlatego dość szybko zostało wyparte przez Romantyzm, który nie mógł się pogodzić z materialistyczną – a tym samym bezduszną – wizją świata,  a który zaspokajał ludzką potrzebę duchowości, uczucia, nastroju, charyzmy, wyobraźni… o potrzebie Boga nie wspominając.
Zapanowało (wróciło?) przekonanie, że jednak rozum nie jest naczelną władzą człowieka i że poznanie rozumowe nie może być jedynym rodzajem poznania świata; że nie wszystko jest dostępne ludzkiemu pojmowaniu (nieokreśloność, nieuchwytność, tajemnica egzystencji i świata); że liczą się intuicja i przeczucie, że duch jest ponad materią, że istotniejszy (nadrzędny) jest wymiar metafizyczny; że życia wewnętrznego człowieka – z całym tym jego bogactwem i głębią – nie da się zredukować do funkcji i przejawu tylko li materii.
Oczywiście nie ze wszystkimi wymienionymi tu postulatami romantycznymi się zgadzam, ani nie twierdzę, że należy ulegać irracjonalizmowi (choć według mnie racjonalizm wcale nie wyrządził światu mniej szkód niż irracjonalizm), to daleki jestem od zachwytu ludzkim rozumem, który prawdę mówiąc już od dawna uważam za przereklamowany.

Skazani na mit i wyobraźnię

A wracając do refleksji, jakie wzbudziło we mnie chicagowskie przedstawienie „Dziadów” – z jego przeniesieniem nas w inne, duchowe wymiary świata (i zaświatów); z wywołaniem zjaw, mar, upiorów i duchów; z obcowaniem ze zmarłymi, które przywołało wspomnienie o naszych – nieżyjących już – przyjaciołach i bliskich… Po raz kolejny uświadomiłem sobie to, jak ogromną siłę może mieć nasza wyobraźnia i jak niezbędna jest ona do naszego funkcjonowania w rzeczywistym świecie.
Tak, jak ludzka kultura skazana jest na mit, tak życie wewnętrzne człowieka nie może się obejść bez iluzji, fantazji, marzenia, złudzenia… a ogólnie: bez wyobrażenia. Nie tyle dlatego, że (wbrew pozorom i naszemu przeświadczeniu) nie mamy bezpośredniego dostępu do rzeczywistości; nie tylko dlatego, że nasza jaźń jest produktem nieświadomości; nie tylko dlatego, iż rzeczywistego olśnienia – tego otwarcia przed nami Drzwi Percepcji na oścież – nie moglibyśmy znieść, ale przede wszystkim dlatego, że nasze myślenie i wyobraźnia nie są materialne, a ściślej: nie mogą być opisane w kategoriach materii. Podobnie zresztą jak sam człowiek, a co za tym idzie – nasze człowieczeństwo.
Przestrzeń duchowa, nawet jeśli oparta jest na materii, ma charakter niesubstancjalny, widmowy, nieuchwytny, może nawet mistyczny – rządzi się swoimi prawami i ma swoje wymagania. Wskutek tego nasze doświadczenie rzeczywistości nie jest – i nie może być – przejrzyste. Poruszamy się w świecie w dużej mierze wyobrażonym – nie tyle fikcyjnym i złudnym, co idealnym i zjawiskowym, posługując się przy tym hipostazami. Z naszymi niedoskonałymi zmysłami – i wielce ograniczoną percepcją –  mierzymy się z tym, co nazywamy rzeczywistością. W tym kontekście mój tekst jest nie tyle obroną fantazmatów, (których konotacja jest zazwyczaj negatywna) co przyznaniem, że nie można od nich uciec.
A jeśli bronię pewnego rodzaju fantazmatu, to jest to fantazmat rozumiany nie jako mamiący nas i prowadzący na manowce psychotyczny syf albo jakaś percepcyjna aberracja, lecz będący czymś, co pomaga nam radzić sobie z przytłaczającą nas niekiedy rzeczywistością – z dyktaturą bezlitosnych faktów. Wbudowany w naszą psychikę mechanizm przetrwania.

*  *  *

.

 

Fot. Stanisław Błaszczyna

NIEZNOŚNA LEKKOŚĆ GŁUPOTY, czyli słów kilka na marginesie wystawionej w Chicago sztuki Gabrieli Zapolskiej „Ich czworo”

.

Nie jest sprawiedliwy dla Zapolskiej Miłosz, który w swojej „Historii literatury polskiej” poświęca jej tylko jeden akapit, pisząc na dodatek, że „jej powieści (…) przejaskrawione i sensacyjne, dziś uważane są za literaturę jarmarczną” a „brak poważnego intelektualnego wyrobienia Zapolskiej skazywał ją na grube uproszczenia”. Nie jest też prawdą, że „gdyby nie artystyczny sukces tych dwóch dramatów [chodzi o „Moralność pani Dulskiej” i „Panna Maliczewska” – przyp. S.B.] Zapolska, niegdyś uważana za czołową wyrazicielkę naturalizmu, zostałaby zapomniana.”

Otóż Gabriela Zapolska nie jest zapomniana i to nie tylko dzięki „Moralności pani Dulskiej” – która rzeczywiście pozostaje jej dziełem sztandarowym i powszechnie znanym, bo „lekturowym” – ale przede wszystkim z powodu niezwykłej aktualności poruszanej przez nią tematyki, którą jest – z grubsza – dobieranie się do ludzkich przywar: głupoty, zakłamania, małości, obłudy, nieodpowiedzialności, ślepoty, zawiści, pozerstwa, histerii, próżności… (tutaj każdy z nas może sobie dodać kilka swoich własnych wad). A te, niestety, są nieprzemijające. Przy czym ważne – i chyba jednak decydujące – jest to, że język, jakim posługuje się w swoim pisarstwie Zapolska, sprawia wrażenie nowoczesnego, i – wyjąwszy pojawiające się tu i ówdzie archaizmy – w niczym nie przypomina fin de siècle’owej ramoty.

tragedia ludzi głupich

Anna Dolecki i Grzegorz Chiliński

Zapolska jest dla swoich bohaterów bezwzględna i widoczne jest to zwłaszcza w sztuce „Ich czworo”, której już sam podtytuł („tragedia ludzi głupich”) jest symptomatyczny i wymowny. Sama autorka pisze wprost: „W ‚Ich czworgu’ chciałam właśnie dać syntezę ludzkiej przeciętnej głupoty, z którą zmuszeni jesteśmy żyć i się spotykać na każdym kroku”. Co ciekawe, nawiązując do małżeńskiej zdrady i rozpadu rodziny, a jednocześnie okłamywania nie tylko innych, ale i samego siebie, Zapolska pisze o rzeczach sobie doskonale znanych, jakby z życia jej samej wziętych – bo przecież ona sama znana była szeroko jako skandalistka, ze swoimi rozwodami i kochankami, nie przystająca raczej do modelu przyzwoitej, tradycyjnej i stabilnej rodziny, której sama nie była w stanie – z różnych powodów – stworzyć. Być może z tego brało się jej jadowite wręcz wnikanie w samo sedno ludzkich wad i słabości, które przypisywała ona bez wyjątku wszystkim. Być może dlatego całe środowisko mieszczańskie wydawało się jej jedną wielką menażerią filistrów, każde małżeństwo skażone obłudą, każdy mężczyzna predatorem, a każda kobieta manipulatorką.
Pewnie ową totalną mizantropię Zapolskiej psychoanalityk mógłby rozebrać na części pierwsze – wskazując na jej źródła i motywy – ale nawet pobieżna znajomość ludzkiej psyche (oraz biografii Zapolskiej) skłania do wniosku, że autorka projektowała na ludzi głównie swoje własne wady i skażenia charakteru tudzież brała na świecie odwet za swoje nieudane życie. Znała więc całą tę ludzką malady od podszewki – to ją bolało i sierdziło, z tym żyła… i dlatego była – w tym co pisze – taka cięta, wnikliwa, drapieżna, bezlitosna i dosadna. Jako „zbuntowana kobieta” była dla wszystkich nie do zniesienia; jako ekscentryczka – dziwaczna; jako towarzyszka życia – irytująca i przykra… Niespełniona aktorsko i artystycznie wpadała w urojenia wielkościowe (chcąc być np. „sto razy lepszą” od Modrzejewskiej); płodząc dla zarobku trącące grafomanią teksty uważała, że inni (taki np. Sienkiewicz) nie dorastają jej do pięt… etc.

Zapolska forever

A jednak Gabriela Zapolska przetrwała, a jej najlepsze utwory bronią się do dzisiaj przed zapomnieniem, będąc jednak znakomitą literaturą. Dzięki składającemu się z chicagowskich aktorów, nowo-powstałemu zespołowi Polish American Actors Theatre, który za swój debiut wybrał właśnie sztukę „Ich czworo”, wróciłem do pisarstwa Zapolskiej, przypominając sobie kilka jej opowiadań, powieści oraz sztuk teatralnych (polecam zwłaszcza doskonałą adaptację teatru telewizji Skiz, ale też Pannę Maliczewską). I muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ich świeżość – to, że się jednak nie zestarzały i nadal mogą w nas rezonować. Świetne rysy charakterologiczne, żywe i po mistrzowsku prowadzone dialogi, gęsta psychologicznie proza… to wszystko sprawia, że słów Zapolskiej także i współcześnie słucha się z emocjonalnym zaangażowaniem i uwagą.
Oczywiście, że jest to wszystko skondensowane, wybiórcze i przerysowane, ale dzięki temu wyraziste i mimo wszystko wiarygodne psychologicznie. Zapolska swoim talentem potrafi nas omotać, nawet jeśli – stosując przy tym środki przejaskrawione i wyolbrzymioną formę – dotyka nas do żywego, ukazując nam nasze własne cienie oraz chowane skrzętnie wstydy. A mimo tego dostarczając przy tym swoistej satysfakcji, w której najprawdopodobniej jest coś z katharsis. To podobnie jak z gogolowską denuncjacją „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie?”, w której pewien masochizm pozwala widzom na dość przewrotne czerpanie przyjemności z wiwisekcyjnego babrania się w czymś, co przypomina ich własne, bardziej lub mniej utytłane, zbrukane i ochlapane błotkiem wnętrza.
I oto mierzą się z czymś takim nasi aktorzy z Chicago, wystawiając sztukę Zapolskiej „Ich czworo” na deskach Teatru Chopina.

rozterki

Nie roszcząc sobie pretensji do pisania recenzji z tego przedstawienia, chciałbym jednak poczynić kilka uwag, które przychodzą mi w związku z tym do głowy.
Zacznę może od małego utyskiwania: otóż można zauważyć – i myślę, że przyznają mi tu rację sami zainteresowani artyści – że w naszym polonijnym grajdołku trudno jest o recenzje z prawdziwego zdarzenia. Brak jest tekstów krytycznych, bardziej kompleksowych, które by sięgały profesjonalnego poziomu. Najczęściej więc jest to bardziej lub mniej zdawkowa notatka – tekścik niewolny od banału i schematów, którego właściwie jedyną zaletą i funkcją jest pozostawienie śladu po danym wydarzeniu w polonijnych mediach.

Edyta Luckos

Lecz przyczyną jest tu nie tylko brak dobrych piór i publicystyczne lenistwo. W grę wchodzi także – i kto wie czy w nie największym stopniu – to, że… zwykle znajomi piszą recenzje znajomym.
Oczywiście nie ma w tym jeszcze nic nagannego. Mnie samemu zdarzyło się to kilkakrotnie. Schody zaczynają się jednak wtedy, kiedy znajomość (a często nawet zażyłość) tak silnie rzutuje na opinię piszącego tekst, że staje się on po prostu mało wiarygodny. Skądinąd to wszystko jest zrozumiałe, bo przecież każdy z nas jest człowiekiem i kibicowanie „swoim” jest takie… ludzkie.
Jednakże dla mnie, napisanie recenzji dotyczącej twórczości kogoś, kogo dobrze znam (a zwłaszcza kogoś, kogo osobiście lubię) staje się czymś trudnym, czy choćby tylko niezręcznym, i to nie tylko wtedy, kiedy coś mi się nie spodobało, a chcąc zachować uczciwość musiałbym to skrytykować, robiąc komuś przykrość. Zdarzało mi się więc również zaniechanie pisania podobnego tekstu – wolałem swoje uwagi krytyczne przekazać komuś osobiście, a nie obnosić się z tym publicznie.
Tak, trudno jest w tym wszystkim o obiektywizm, a niezależność wymaga zachowania pewnego dystansu, także tego towarzyskiego.
W tych warunkach dochodzi do tego jeszcze pewne ryzyko: jeśli napiszesz coś pochlebnie to możesz być posądzony o kumoterstwo; kiedy zaś wyrazisz się krytycznie – możesz stać się pariasem, a nawet i wrogiem (to ostatnie piszę tak pół żartem, pół serio, bo przecież wiadomo, że przez jakiś tam tekścik świat się raczej nie zawali).

pierwszy plan i tło

Może jednak, po tych wszystkich asekuracjach, przejdę do meritum, czyli napiszę o moich wrażeniach wyniesionych z przedstawienia „Ich czworo”, które obejrzałem w Teatrze Chopina.
Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na spory rozmach tej produkcji, która – mimo że zajmująca się sztuką dość kameralną i angażująca aktorów prowadzących raczej podwójne życie zawodowe, dla których teatr nie jest źródłem utrzymania – robi wrażenie solidnej, noszącej bez wątpienia cechy profesjonalizmu.
W Chicago dość często gościmy polskie zawodowe zespoły teatralne, które zazwyczaj raczą nas przedstawieniami na znakomitym poziomie artystycznym – świetnie zagranymi i mimo dość ubogiej oprawy inscenizacyjnej, atrakcyjnymi, więc chcąc nie chcąc przyjmujemy je za tło naszych lokalnych przedsięwzięć teatralnych, zestawiając i porównując te produkcje ze sobą. I muszę przyznać, że w tym porównaniu nasz teatr polonijny nie wypada tak źle, a w niektórych wypadkach wypada nawet bardzo dobrze. Moim zdaniem „Ich czworo” umiejscawia się gdzieś tak pośrodku, ze zdecydowanym jednak wychyleniem w stronę pozytywów. Dzięki temu obejrzenie tej sztuki sprawiło mi sporą satysfakcję. I chyba podobnie było z odbiorem publiczności, która szczelnie wypełniła salę – i to w każdym z trzech dni, w jakich wystawiana była sztuka.
Wszyscy aktorzy dość odważnie weszli w tekst Zapolskiej, który wymagał od nich pewnej karykaturyzacji postaci. Rodziło to niebezpieczeństwo ich przejaskrawienia, jednak farsowa forma „Ich czworo” okazała się tu buforem, dzięki któremu wyrazista gra aktorów bardziej bawiła, niż raziła, stanowiąc przy tym alibi dla ich – niekiedy zbyt intensywnej, jak na mój gust – ekspresji. To zresztą wynika z charakteru twórczości Zapolskiej, która mimo, że zaliczana jest do (pokrewnego choćby Zoli) naturalizmu, to zawsze posługiwała się niezbyt naturalnymi środkami, obecnymi przecież w każdej karykaturze czy tragifarsie. Pewnie dlatego teksty Zapolskiej z jednej strony mogły być melodramatyczne, z drugiej zaś – brutalne.

ludzka menażeria

Wprawdzie sztuka nosi tytuł „Ich czworo”, to tak naprawdę chodzi w niej o „ich siedmioro”, chociaż pewne postaci mają więcej do powiedzenia (a aktorzy, tym samym do zagrania) niż inne. Grana przez Annę Dolecki Żona wydaje się być w centrum całego tego ko(s)micznego zgiełku, i w sporej części spektaklu to ona właśnie dominuje – zarówno scenę, jak i uwagę widowni (jestem pewien, że nie tylko jej męskiej części, której atencja – zważywszy na wyeksponowaną przez aktorkę kobiecość – wydaje się być jak najbardziej zrozumiała, wręcz oczywista). Anna Dolecki gra kobietę pustą, głupią i zachowującą się obrzydliwie, a jednak – być może dzięki przymiotom pozascenicznym – nie budzącą w nas spodziewanej abominacji czy awersji. (Do końca nie wiem, czy to źle czy dobrze, jednak muszę przyznać, że w mojej pamięci zagrana przez nią postać zapisała się trwale).

Julitta Mroczkowska

Julitta Mroczkowska jest klasą samą w sobie. Na jakiejkolwiek scenie się nie pojawi zwraca na siebie uwagę wszystkich – głównie swoim profesjonalizmem. Z nią każdy reżyser może iść jak w dym, bo może być pewny, że aktorka ta zawsze trafi w sedno. Tak też stało się tym razem, bo Mroczkowska na scenie zaistniała doskonale – z nerwem, ale też i z wdziękiem, mimo że i ona miała do odegrania postać dość żałosną i budząca politowanie.
Co tu kryć, bardzo spodobała mi się Edyta Luckos w roli Panny Mani. Równie przewrotna jak Żona – i podobnie jak ona szafująca swoim sex appealem – obracająca się wokół Męża (nie swojego, of course) jak fryga, usiłująca go omotać… Luckos, nie dość, że była w swej grze koncertowa, to jeszcze potrafiła się przy tym fantastycznie poruszać, z jakąś taką… dynamiczną gracją.
Dobrze też wypadł w roli Fedyckiego Grzegorz Chiliński. Jego „kochanek” to taki „picuś-glancuś”, który za fasadą lekkoducha i bawidamka skrywa zwykłego, pozbawionego honoru hochsztaplera. Też, niestety, wzbudza w nas bardziej rozbawienie niż będącą tutaj bardziej na miejscu irytację. (Dzieje się tak pewnie dlatego, że nie bierzemy tej jego szulerki zbyt poważnie.) Chiliński w wywiadach podkreśla to, że jest aktorem-amatorem, ale moim zdaniem powinien porzucić to wyznanie, gdyż to co robi wcale nie odstaje poziomem od gry jego bardziej zaawansowanych profesjonalnie koleżanek i kolegów.
Marcin Kowalik miał zagrać Męża, człeka osaczonego przez ludzką głupotę i bezbarwne życie, a przez to udręczonego i stłamszonego, więc ten występ nie mógł być fajerwerkiem, a zamiast tego był tym, czym był, czyli objawieniem człowieczka w szarym swetrze (choć jego runięcie na deski/posadzkę Teatru Chopina było jednak dla wielu widzów wstrząsające).
Znakomita była Aldona Olchowska jako służąca. Szkoda tylko, że miała taka mało do zagrania, bo to jest przyjemność patrzeć jak ona się zachowuje na scenie – ze świetną mimiką i gestami, w których była zarówno frywolność, jak i nieodparty wdzięk.
„Pożal się Boże dorośli” są w tej sztuce dorosłymi, więc ich mizeria i degrengolada – ta ich żałosna moral insanity – jest jakby na ich własne życzenie, ale najbardziej tragiczną i godną prawdziwego współczucia osobą w sztuce Zapolskiej jest według mnie Dziecko, czyli kilkunastoletnia dziewczynka, córka Męża i Żony. Wciela się w nią – trzeba powiedzieć, że nader śmiało – Nicole Figlewicz, stając się czymś w rodzaju wyrzutu sumienia w świecie ogarniętym szaleństwem i niegodziwością „dorosłych”.

Polonia ensemble

Mariusz Kotowski, reżyser „Ich czworo”, spadł na Chicago jak meteoryt, założył nową trupę mobilizując tutejszych, bardziej lub mniej aktywnych aktorów, i wraz z nimi – jak również, co warte podkreślenia, z całym zespołem ludzi niezbędnych – w ciągu zaledwie kilku miesięcy zaprezentował polonijnej publiczności spektakl z prawdziwego zdarzenia, mając w zanadrzu następne.
Tak się składa, że w tym samym niemal czasie inny, bardzo się wyróżniający chicagowski zespół o familiarnej nazwie TEATR NASZ pod dyrekcją Andrzeja Krukowskiego wystawił Gombrowicza (nota bene, nie tak dawno wstecz prezentując też z sukcesem „Bal w operze” Tuwima). Agata Paleczny ze swoimi Warsztatami Teatralnymi, dosłownie na dniach przedstawi w Copernicus Center jubileuszowy program „Bajkowe Podróże, czyli wspomnień czar”. Z kolei, pełna ambicji i pomysłów Kinga Modjeska ma nam za kilka tygodni pokazać (pod szyldem Sceny Polonia) mickiewiczowskie „Dziady”. (O bardziej kameralnych wieczorach nawet nie wspominam.)
Tak więc, dzieje się! Ja nie pamiętam w naszym Wietrznym Mieście takiego scenicznego wzmożenia i czadu.
To cieszy, ponieważ nieraz odnosiłem wrażenie, iż polonijni aktorzy, mimo swojego potencjału nie mają po prostu w czym grać – są niedostrzegani i zaniedbywani, a tym samym czują się niedoceniani i niespełnieni. Miejmy nadzieję, że to się wreszcie zmieni, czego wszystkim artystom – a i samej chicagowskiej publiczności – życzę!

znój i afirmacja

Pozwolę sobie jeszcze na koniec wrócić na chwilę do przedstawienia „Ich czworo”, by zwrócić uwagę na to, jak wielkiego wysiłku – i to wielu zaangażowanych osób – wymaga stworzenie podobnego spektaklu. My, ludzie postronni, nie zdajemy sobie z tego tak do końca sprawę, lecz należy to mieć na uwadze i wspierać podobne przedsięwzięcia na różne sposoby. A jeśli stoi za tym prawdziwy walor artystyczny (tak jak w przypadku omawianej tu sztuki) to tym bardziej warto ten trud docenić.
Każdy człowiek potrzebuje afirmacji tego, co robi.
I jeszcze jedna rzecz… wcale nie drobnostka. Otóż chciałbym zwrócić uwagę na niezwykłą fotogeniczność wszystkich bez wyjątku, wystawianych w Chicago spektakli. Jest to zasługą nie tylko reżyserów i aktorów (choć choreografia jest głównie ich dziełem), ale i twórców kostiumów oraz scenografii. Tę fotogeniczność potrafi znakomicie dostrzec i uchwycić – z właściwym sobie artyzmem – np. Krzysztof Babiracki, „nadworny” fotograf TEATRU NASZEGO (mam nadzieję, że się z powodu tego określenia nie obrazi). Wyróżnia się również na tym polu Andrzej Brach, którego szczodre fotoreportaże z przedstawień znaleźć można na stronach internetowych wielu artystów.
Ja sam próbuję zrobić czasem trochę zdjęć, ale uwiązanie do jednego miejsca na sali – do fotelu widza – tudzież niechęć do przeszkadzania sąsiadom, dość mocno moje fotograficzne pole manewru ogranicza. Niemniej jednak udało mi się utrwalić kilka obrazków z przedstawienia „Ich czworo”. I chciałbym nimi mój tekst zilustrować, mając nadzieję, że choć trochę oddadzą one ducha sceny, intencje aktorów oraz atmosferę panującą wówczas w teatrze.

* * *

Fot. Stanisław Błaszczyna

SPOTKANIE AUTORSKIE (relacja filmowa)

.

Po wielu perypetiach i sporej pracy włożonej w edycję nagrania, dotarł wreszcie do mnie film zarejestrowany podczas mojego spotkania autorskiego w Muzeum Ziemi Leżajskiej w ubiegłym roku. Ze względu na uwarunkowania kanału YouTube przedstawiam go tutaj w trzech częściach. Zapraszam do jego obejrzenia.

.

 

.

 

.

 

.

Więcej o moich książkach dowiedzieć się można TUTAJ.

.

RADIO

.

Z bodajże sześciu rozmów radiowych, w jakich wziąłem udział przed moim spotkaniem autorskim w Muzeum Polskim w Ameryce, udało mi się skompletować cztery, które chciałbym teraz przedstawić, gdyż są one dla mnie nie tylko cenną pamiątką, ale i dokumentacją pewnego etapu w moim życiu. Jeśli ktoś chce, może sobie ich posłuchać.

Oto garść podcastów – rozmów:

.

1. z Jackiem Zielińskim w WPNA Chicago: TUTAJ

 

*  *  *

*

2. z Beatą Kociołek w Polski FM: TUTAJ

 

*  *  *

*

3. ze Zbigniewem Banasiem w Polskim Radiu 1030: TUTAJ

 

*  *  *

*

4. z Markiem Boberem w Radiu Polonii 2000: TUTAJ

 

*  *  *

*

.

CZY KULTURA JEST NA WYMARCIU?

.

Moje spotkanie autorskie zostało sfilmowane – parę godzin zarejestrowanego materiału czeka jeszcze na zmontowanie – jednakże chciałbym już teraz przedstawić fragment mojej rozmowy z prowadzącym to spotkanie (wraz z dyrektor Muzeum Polskiego w Ameryce, Małgorzatą Kot) Zbigniewem Banasiem, który zadał mi pytanie dość trudne, ale prowokujące: czy przeżywamy zmierzch naszej kultury?

.

Zbigniew Banaś

ZBIGNIEW BANAŚ: Fantastyczne jest to twoje zdjęcie z Czesławem Niemenem z Deer Field z 1991 roku, kiedy siedzicie i rozmawiacie, bo w pewien sposób jest to obraz świata, który już nie istnieje. Mówię zarówno o XX wieku, który jest za nami; o tym, że Niemena z nami już nie ma; o tym, że wszyscy jesteśmy już dużo starsi… Świat się zmienił, my się zmieniliśmy. Jak postrzegasz ten zmieniający się świat i zmieniające się w nim wartości?

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Ten świat tak teraz pędzi, że ja mam problemy, żeby jakoś ogarnąć to, co się dzieje. Nie wiem, czy ktokolwiek z nas wie, co się dzieje. Ten pędzący coraz bardziej świat porywa nas ze sobą i my w tym kołowrocie – chcąc nie chcąc – bierzemy udział. I bardzo często się przy tym zatracamy. Nie mamy czasu dla siebie; nie mamy czasu dla tych rzeczy, które cenimy; nie mamy czasu na to, żeby się wyciszyć, poddać refleksji… Te media, ten Internet, ta wirtualna rzeczywistość nas porywa i gdzieś razem z tym wszystkim pędzimy. Chodzi więc o to, żeby się zatrzymać, żeby nie dać się bombardować tymi informacjami – najczęściej bez znaczenia. Trzeba się wyciszyć, pozwolić sobie na moment refleksji. I może wtedy dotrze do nas to, co rzeczywiście jest najważniejsze.

Z.B.: Ale w moim pytaniu był taki podtekst związany z tym, że zarówno ty i ja, jak i Czesław Niemen, Agnieszka Holland, Krzysztof Zanussi… to są osoby, które wyrosły na bazie wartości wieku XX-go i być może wiele z tych rzeczy, o których my rozmawiamy teraz, to jest pewnego rodzaju przeszłość, jaką staramy się zatrzymać w zapiskach, w rozmowach, artykułach… Grube książki w świecie zdominowanym przez Internet i elektronikę też są pewnego rodzaju – pozornie przynajmniej – anachronizmem. Chciałbym, żebyś powiedział na ile według ciebie to wszystko, co możemy wyczytać w tych książkach, stanowi pewną próbę zatrzymania czasu, który w sposób nieunikniony nieustannie idzie naprzód.

Stanisław Błaszczyna

S.B.: Myślę, że czasami warto zatrzymać coś z tego, co nam w głowie czy sercu powstaje. Te książki to taka moja tego próba. Według mnie bardzo ważna jest tradycja – kanony, które tworzy kultura przez wieki. Dlatego ja nie lubię w zasadzie rewolucji; nie lubię kontestatorów (mimo, że sam kiedyś uważałem się za takiego), którzy wychodzą i mówią, że wszystko, co było do tej pory jest nic nie warte i dopiero oni będą teraz tworzyć coś, co jest naprawdę warte. Sądzę, że bardzo ważne jest to co powstało wcześniej, bo przecież tworzymy pewną ciągłość kulturową – kanony, wartości, które wypada nam respektować. Mimo, że kultura jest taką sferą mityczną, to nie możemy tego co w jej ramach powstało lekceważyć i odrzucać, bo to jest dla nas pewien punkt zaczepienia i orientacji – dzięki temu istnieje właśnie ta ciągłość kulturowa, a my możemy się w tym wszystkim odnaleźć. Kiedy rozmawiamy, próbujemy się porozumieć, to właśnie odnosimy się do tych wartości i kanonów, które nas przecież ukształtowały i w których się wychowaliśmy, któryśmy się przejęli – nawet jeśli teraz próbujemy stworzyć nowe. To dlatego znajomość kultury – tego co było wcześniej – jest taka ważna. A jest to właśnie utrwalone w… już nie mówię o moich książkach, ale np. w dziełach gigantów literatury i myśli człowieka, jak choćby Lew Tołstoj, czy nawet Nietzsche…

Z.B.: Ale czy te kanony są na wymarciu? Czy kultura jest na wymarciu? Bo kiedy piszesz o sztuce współczesnej to bardzo często przekazujesz swoje przemyślenia o tym, ile jest w niej kiczu i brzydoty. Tymi najnowszymi formami „instagramowo-różnymi” w ogóle się nie zajmujesz, a zatem może wszyscy ci, którzy podpisują się pod tym, pod czym i ty się podpisujesz, coraz bardziej należą do świata przemijającego?

*

Tutaj odstąpię od naszej rozmowy na spotkaniu, bo moja odpowiedź, jakiej wtedy udzieliłem, była właściwie nie na temat – tak to widzę teraz. Być może przyczynił się do tego stres – presja jaką czułem wypowiadając się przed licznym audytorium; być może w tamtej chwili te pytania mnie po prostu przerosły, więc jakakolwiek odpowiedź byłaby w takiej sytuacji nie tylko niepełna, ale i wymijająca. Jednakże to, o co zapytał Zbyszek Banaś, jest i było dla mnie na tyle istotne, że sam niejednokrotnie się nad tym zastanawiałem. Mimo wszystko pozwolę sobie teraz na poczynienie kliku – odnoszących się do tego tematu – uwag.

*

Ciągłość kulturowa a kontestacja

Czy kultura jest na wymarciu?

Cóż, ludzka kultura wymrze dopiero wraz z wymarciem gatunku Homo sapiens, bo jest ona jego nieodzowną, niejako przyrodzoną i charakteryzującą go cechą. Wprawdzie wiemy, że w historii ludzkości wymarło wiele kultur a nawet cywilizacji, ale były one ograniczone do pewnego regionu, państwa, społeczności – miały zasięg lokalny, a nie globalny. Tak więc, aby spróbować odpowiedzieć na pytanie postawione w pierwszym zdaniu, musimy się umówić, co rozumiemy w nim przez „kulturę”.
Zbigniew Banaś miał zapewne na myśli kulturę, w której wyrośliśmy, która nas ukształtowała i w której nadal funkcjonujemy – czyli kulturę Zachodu, która nota bene ma obecnie największy wpływ na ludzkość w skali globalnej (takiego wpływu nie mają kultury orientalne czy afrykańskie, o pomniejszych nie wspominając).
Czy chcemy tego czy nie, cały świat się homogenizuje, a tym samym homogenizuje się ludzka kultura, mimo oporów stawianych przez różne uwarunkowania polityczne – w tym przez nacjonalizmy czy religie. Wszystko jednak wskazuje na to, że w przyszłości cała ludzkość będzie zdominowana przez kulturę uniwersalną, która będzie – poprzez swoje wartości, paradygmaty, normy i formy – kształtować i określać całą ludzką cywilizację en bloc.
Lecz nie wybiegajmy aż tak daleko w przyszłość i skoncentrujmy się na tym, co dzieje się z naszą kulturą obecnie.
Jedyną rzeczą, która się nie zmienia na świecie jest sama zmiana. Wszystko płynie, wszystko się zmienia… Nieuchronną tego konsekwencją jest przemijanie, odchodzenie w przeszłość. Tak więc, wraz ze zmianą (przemianą) kulturową, przemijają (tracą swój wpływ i znaczenie) pewne jej elementy. Chodzi jednak o to, aby w tym procesie zachować pewną ciągłość (o której wspomniałem na spotkaniu), pozwalającą nam na wzajemne porozumienie się. A to jest możliwe tylko wtedy, kiedy znamy i respektujemy pewne istniejące już wartości kulturowe (w tym również normy, zasady i kanony) – czyli to, co powstało wcześniej. Bo to jest ten język, bez znajomości którego cały nasz świat zmieniłby się w jedną ogromną wieżę Babel, ogarniętą semantycznym chaosem i zdominowaną przez bełkot.

Ale, ale… czy taką chaotyczną i zdominowaną przez bełkot wieżą Babel nie jest obecnie Internet?

*

Każde pokolenie ma tendencje to tego, by uważać to, co było wcześniej, za lepsze od tego co jest teraz. To dlatego mówi się: stare dobre czasy. Czy rzeczywiście jednak są powody, by tęsknić za wiekiem XX – wiekiem totalitaryzmów, dwóch szalejących wojen światowych, masowego ludobójstwa i obozów zagłady? W porównaniu z tamtym czasem (o mizerii wieków dawniejszych nie wspominając), to w czym żyjemy dzisiaj, wygląda na prawdziwą sielankę.
Czy jednak nie mamy żadnych powodów do niepokojów i zmartwień?

Niestety, nasza współczesna cywilizacja stoi przez olbrzymim wyzwaniem, jakie stwarza gwałtowny rozwój technologii informatycznej (komputeryzacja, automatyzacja, sztuczna inteligencja, algorytmizacja… etc.), biotechnologii (manipulacje genetyczne, hybrydyzacja biologiczno-cybernetyczna, interfejs, genetyczne „ulepszanie” człowieka…); musimy się również mierzyć ze zmianą klimatyczną, degradacją ekologiczną, zagrożeniem nuklearnym, przeludnieniem… Ponadto, wygląda na to, że wszystkie dotychczasowe społeczno-ideowe narracje, które do tej pory organizowały, cementowały i napędzały ludzką cywilizację (jak np. feudalizm, komunizm, faszyzm) straciły na znaczeniu, czy wręcz zbankrutowały i raczej nie ma do nich powrotu (w tej formie w jakiej przez jakiś czas funkcjonowały). Co gorsza, kryzys – a może nawet i wyczerpanie – przeżywa narracja, jaka wydawała się zwyciężyć wszystkie dotychczasowe, a nawet stanowić „koniec historii”, czyli demokracja liberalna, która de facto umożliwia teraz coraz większą monopolizację świata – skupianie coraz większej władzy, środków i bogactwa w rękach nielicznej grupy ludzi.
Wziąwszy to wszystko pod uwagę, można sobie uświadomić, że stoimy na progu zmian, które zadecydują nie tylko o tym, jak będzie wyglądała nasza cywilizacja (w tym i kultura), ale i o tym, czy w ogóle gatunek ludzki przetrwa.

Może to zabrzmi cokolwiek anachronicznie i pretensjonalnie, ale w tym procesie przemian chodzi o to, aby przetrwała… ludzka dusza.
Innymi słowy, warto dbać właśnie o kulturę, która określa naszą humanistyczną tożsamość, opartą na wartościach stworzonych i przyjętych przez ludzi w przeszłości.
Oczywiście w swojej historii człowiek wyznawał różne wartości, jednak z czasem wypracowany został kodeks moralny, który uwzględniał dobro każdego człowieka, jako autonomicznej i równoprawnej jednostki, określał well-being jak największej ludzkiej grupy (a w najogólniejszym znaczeniu: całej ludzkości); miał na względzie ludzką solidarność, respektował wolność, równość i sprawiedliwość; uznawał prawo każdego człowieka do godnego życia i dążenia do szczęścia; zmierzał do minimalizacji cierpienia, szerzył empatię, a nawet miłosierdzie.
Zauważmy jak w tym wszystkim człowiek zbliżał się do pojęcia miłości jako najwyższej wartości (nie tylko jednostkowej, ale i powszechnej), która nadawała sens jego istnieniu.

To prawda, że wymienieni przez Zbyszka Banasia twórcy są (byli) „wytworami” XX wieku. Banaś stwierdził nawet dobitnie, że my (on, ja, Zanussi, Holland…) nadal żyjemy w XX wieku. Poniekąd jest to prawda, gdyż zostaliśmy właśnie w tym wieku mentalnie i światopoglądowo ukształtowani – i ciągle też się do niego (a konkretnie do tego, co wówczas stworzono, sfilmowano, napisano) odnosimy i wracamy. Dla mnie osobiście XX wiek był niejako lustrem, w którym odbijało się – na ogromną skalę! – zarówno to co jest w człowieku najgorsze, jak i najlepsze.
Przerażony wojnami światowymi i ludobójstwem (mimo, że sam nie byłem ich świadkiem, to jednak szok jakiego doświadczyłem w zetknięciu się z faktami, które je ukazywały, naznaczył mnie na całe życie) starałem się dociec genezy tych zbrodni oraz totalitaryzmów (zarówno faszystowskiego, jak i komunistycznego), szukając odpowiedzi m.in. w książkach takich pisarzy i myślicieli, jak np. Camus, Miłosz, Herling-Grudziński, Sołżenicyn… Była też lektura tego, co w paryskiej „Kulturze” wydawał Giedroyć; był Gombrowicz, Lem, Mrożek, Kołakowski… Wszystko to są ludzie XX wieku, którzy – paradoksalnie! – w czarnych czasach zamętu, kłamstwa, agresji, zniewolenia i masowych mordów, starali się określić ludzką duszę – zachować godność i wartości, które mogłyby człowieka zrehabilitować a nawet zbawić. Czy możemy – w tych naszych idyllicznych ponoć czasach – pozwolić sobie na to, żeby to wszystko przeminęło, żebyśmy o tym zapomnieli?
Pochłonięci coraz bardziej przez wirtualną rzeczywistość, oddając się niepohamowanej konsumpcji, bawiąc się i używając, narkotyzując i znieczulając; oglądając pieski, kotki i dzimdziusie na Fejsbuczku, obrazkując się bezmyślnie oraz mizdrząc w Instagramie, uciekając od jakiejkolwiek głębszej myśli i refleksji… z attention span kurczącym się do karłowatych rozmiarów… skłóceni przez politykę (która zbyt często odbiera nam rozum); bezkrytyczni w sprawach ważnych, hiper-krytyczni w bzdurkach… zalani przez informacyjny junk, ogłupiani przez fake news  i rozmamływani przez popkulturę… manipulowani przez algorytmy, komercję i reklamy… itp, itd…
Tak oto dajemy się zhakować nie tylko przez Internet, ale także przez różnej maści handlarzy, wpadając w korporacyjny kołowrót, poddając się dominacji najsilniejszych graczy. Stajemy się niewolnikiem ekonomiczno-bankowych schematów wyznaczonych przez współczesny kapitalizm tudzież łudzimy się, że nadal żyjemy w demokracji.
Kto więc urządza nam świat? Czy na pewno jesteśmy to my sami?

Wobec tego wszystkiego musimy poszerzyć pole naszej świadomości – żyć bardziej uważnie – sięgając po to, co stworzyli przed nami mądrzejsi od nas i bardziej doświadczeni ludzie.

*

Spotkanie autorskie w Muzeum Polskim w Ameryce. Na zdjęciu (od lewej): Stanisław Błaszczyna i Zbigniew Banaś.

.

Na koniec podsumowanie, czyli próba konkretnych acz skrótowych odpowiedzi na zadane pytania.

P: Czy kultura jest na wymarciu?
O: Nie jest. Na wymarciu są tylko pewne jej elementy, jak również ci, którzy tę kulturę tworzyli. Lecz oni w pewnym sensie nadal żyją w tym, co nam pozostawili i z czego możemy cały czas korzystać.
Ogólnie: kultura współczesna nie wymiera, ale ulega ciągłej przemianie.

P: Czy kanony są na wymarciu?
O: Kanony jako takie nie mogą „wymrzeć” (tak jak nie może „wymrzeć” sztuka Renesansu, zasady rysunku klasycznego albo muzycznej harmonii, czy też arcydzieła pozostawione nam przez mistrzów z przeszłości). Natomiast mogą być te kanony odrzucone, lekceważone, nie stosowane… Najgorszą sytuacją jest taka, w której nie respektuje się żadnych kanonów – czyli kiedy wszystko można, kiedy wszystko jest równoprawne, kiedy nie ma żadnej hierarchii a wartości przyjmowane są dowolnie, tylko przez czyjeś widzimisię. Podobna, postmodernistyczna dezynwoltura ogarnęła np. duże obszary sztuki współczesnej – dlatego wygląda ona tak, jak wygląda. Kanony są niczym język, dzięki któremu możemy się porozumieć, i dzięki któremu możemy poznać, jak również ocenić to, co ma jakąś wartość. Mało tego: bez przyjętych kanonów pojęcie sztuki traci swój sens. (Nie ma sztuki, kiedy sztuką może być wszystko). Jak do tej pory, dość skutecznie opiera się temu np. kino, teatr i literatura – mimo pewnych ekscesów, które stanowią wszak margines.
Ogólnie: kanony same w sobie nie wymierają (bo mogą być nadal używane). I powstają ciągle nowe, poszerzając w pewnym sensie kulturowe spectrum.

P: Czy ludzie, o których mówimy, należą do świata przemijającego?
O: To co istnieje przemija. Dotyczy to zwłaszcza ludzi – twórców kultury. Czyli ci, których działa podziwialiśmy i których twórczość nas ukształtowała – a którzy stale od nas odchodzą, czy też już ich pośród nas nie ma – naturalną koleją rzeczy należą do świata przemijającego. Ale jednocześnie jest to świat, który jeszcze całkiem nie przeminął. I nie przeminie, dopóki my żyjemy – i dopóki będzie istniało to, co ci ludzie stworzyli. I dopóki będziemy do tego wracać.
Ogólnie: świat przemija – zmienia się – ale nie przestaje (jak na razie) istnieć.

A tego, jaka będzie przyszłość, nie wie nikt.

*  *  *

SPOTKANIE AUTORSKIE – echa prasy polonijnej

Od mojego spotkania autorskiego w Chicago minęło już prawie trzy miesiące, ale dopiero teraz zdołałem przygotować wpis dotyczący artykułów jakie ukazały się na jego temat w prasie polonijnej („Monitor”, „Kurier”, „Dziennik Związkowy”, „Super Express”). Gwoli dokumentacji i wspomnienia, przedstawiam tutaj dwa z nich.

.

.

I

O LITERATURZE, PODRÓŻACH I FOTOGRAFII
wieczór autorski Stanisława Błaszczyny
(„DZIENNIK ZWIĄZKOWY”)

.

W sobotę 29 września chicagowskie Muzeum Polskie w Ameryce było miejscem nadzwyczajnego wieczoru autorskiego. O swoich związkach z literaturą, fotografią, kinem, teatrem a przede wszystkim podróżami po całym świecie opowiadał Stanisław Błaszczyna, publicysta, krytyk filmowy i podróżnik, autor książek: „Zapiski”, „Artykuły Lektury Rozmowy”, „Kino Teatr Sztuka” oraz „Podróże”. Na wydanych bardzo starannie opasłych, bo zawierających po kilkaset stron tomach autor zawarł doświadczenia swojego życia.

„Dzisiejszy wieczór łączy nas Błaszczyną. Pan Stanisław to dziennikarz, fotograf, krytyk filmowy, podróżnik, publicysta. Osoba, która jest świetnym obserwatorem, komentatorem, puentystą. Jego rodzinne miasto to Leżajsk, natomiast emocjonalnie, biograficznie i sercowo związany jest z Krakowem. Mieszka w Stanach Zjednoczonych od 28 lat. Przez wiele lat był redaktorem rozmaitych polonijnych periodyków, między innymi „Dziennika Chicagowskiego”, tygodnika „Relax”, publikował w „Dzienniku Związkowym”, a także jego artykuły ukazywały się w prasie krajowej, w tym w tygodniku „Wprost” i tygodniku „Polityka”. Przeprowadził w swoim życiu wiele wywiadów. Jest autorem pierwszej polskiej monografii o Parku Narodowym Yellowstone. Jedną z jego pasji oprócz podróżowania i przebywania ze swoją uroczą żoną jest film. Współpracował z miesięcznikami „Kino”, „Film na Świecie” i „Powiększenie”.(…) Dzięki temu, że pan Stanisław sprezentował Muzeum Polskiemu i mnie swoje publikacje, muszę stwierdzić, że chociażby „Zapiski” wielokrotnie trafiały mi prosto w serce” – powiedziała prezentując sylwetkę bohatera Małgorzata Kot, dyrektor wykonawcza MPA.
Słowa Małgorzaty Kot są najlepszą i bardzo skondensowaną opinią o twórcy, który ma w swoim dorobku setki podróży i tysiące fotografii dokumentujących przepych i biedę zwiedzanego świata. Kartkując książkę „Podróże” czytelnik przenosi się w bajkowy świat Indii, Tajlandii, Gwatemali, Nepalu i dziesiątków innych krajów i krain. Na zamieszczonych fotografiach widać ludzi, na których twarzach wyryta jest surowa codzienność i trudy życia. To niezwykle poznawcza i ciekawa lektura, podobnie jak i pozostałe trzy pozycje będące zbiorem dotychczasowych własnych publikacji z różnych dziedzin życia i kultury, uzupełnionym aktualnymi przemyśleniami. Mówiąc o autorytetach, którzy mieli wpływ na jego twórczość, przytoczył nazwiska Giedroycia, Miłosza, Grudzińskiego, Kołakowskiego oraz prof. Stefana Chwina, wykładowcy Uniwersytetu Gdańskiego, który sporo czasu poświęcił lekturze szczególnie dwóch pierwszych tomów. W swojej opinii o książce profesor napisał: „Ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim. Jest w tej książce wiele rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem”. Obok zainteresowania różnymi dziedzinami sztuki Stanisław Błaszczyna z powodzeniem próbował swoich sił w rysunku.
Trwająca ponad dwie godziny część oficjalna sobotniego spotkania, prowadzonego przez Małgorzatę Kot i krytyka filmowego Zbigniewa Banasia, przeplatana była wystąpieniami Julity Mroczkowskiej, która recytowała poezję oraz czytała krótkie fragmenty książek bohatera wieczoru. Punktem kulminacyjnym było podpisywanie książek i rozmowy, które prowadzone przy lampce wina i smacznych przekąskach, przeciągnęły się do późnych godzin wieczornych.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Baraniak/NEWSRP
Dziennik Związkowy, 5 -7 października, 2018 r.

*  *  *

Spotkanie prowadzili dyrektor wykonawcza Muzeum Polskiego w Ameryce Małgorzata Kot oraz krytyk filmowy Zbigniew Banaś       (fot. Paweł Szubzda)

II

PODRÓŻE, KINO, LITERATURA, SZTUKA…
o wieczorze autorskim Stanisława Błaszczyny
(„KURIER”)

.

W ostatnią sobotę września w Muzeum Polskim w Ameryce miało miejsce niezwykłe wydarzenie, którym było spotkanie autorskie Stanisława Błaszczyny, publicysty, podróżnika, krytyka filmowego i fotografa, od blisko trzech dekad związanego ze środowiskiem polonijnym w Ameryce, byłego redaktora chicagowskich gazet, współpracującego również z prasą krajową. Okazją do wieczoru autorskiego było wydanie przez niego w ostatnich kilku latach czterech książek, którymi są „Zapiski”, „Artykuły Lektury Rozmowy”, „Kino Teatr Sztuka” oraz „Podróże”.

Spotkanie otwarła dyrektor wykonawcza MPA Małgorzata Kot, która przedstawiła sylwetkę autora: „Dzisiejszy wieczór łączy nas Błaszczyną. Pan Stanisław to podróżnik, fotograf, krytyk filmowy, publicysta. Osoba, która jest świetnym obserwatorem, komentatorem, puentystą… Jego rodzinne miasto to Leżajsk, natomiast emocjonalnie, biograficznie i sercowo związany jest z Krakowem. Mieszka w Stanach Zjednoczonych od 28 lat. Przez wiele lat był redaktorem rozmaitych polonijnych periodyków, między innymi ‘Dziennika Chicagowskiego’, tygodnika ‘Relax’, publikował w ‘Dzienniku Związkowym’. Jego artykuły ukazywały się również w prasie krajowej, w tym w tygodnikach ‘Wprost’ i ‘Polityka’. Przeprowadził w swoim życiu wiele wywiadów. Jest autorem pierwszej polskiej monografii o Parku Narodowym Yellowstone. Jedną z jego pasji, oprócz podróżowania i przebywania ze swoją uroczą żoną jest film. Współpracował z miesięcznikami ‘Kino’, ‘Film na Świecie’ oraz ‘Powiększenie’. (…) Dzięki temu, że pan Stanisław sprezentował Muzeum Polskiemu i mnie swoje publikacje, muszę stwierdzić, że chociażby ‘Zapiski’ wielokrotnie trafiały mi prosto w serce” – powiedziała Małgorzata Kot.

Spotkanie autorskie prowadził wraz z dyrektorką MPA Kot znany chicagowski krytyk filmowy Zbigniew Banaś, który przedstawił pokrótce zawartość poszczególnych publikacji, mówiąc, że „Zapiski” to chyba najbardziej osobista i wnikliwa książka autora, będąca zbiorem zapisków czynionych na marginesie jego podróży po świecie, spotkań z ciekawymi ludźmi, pisanych artykułów, przeczytanych lektur, obejrzanych filmów i obrazów… Książka będąca swoistym komentarzem do cywilizacji, wytworów ludzkiej kultury, na którą składają się sentencje i noty ujęte niekiedy w formę aforyzmu, maksymy, konkluzji, puenty… Odnoszące się do szeroko rozumianej kultury – literatury, kina, malarstwa i sztuki. Takie współczesne silva rerum.
W tomie drugim noszącym tytuł „Artykuły Lektury Rozmowy” znalazł się natomiast wybór najciekawszych artykułów autora publikowanych w różnych pismach – zarówno polonijnych, jak i krajowych – obejmujących szeroką tematykę kulturalną, która nie traci nic ze swojej aktualności. Są również recenzje książek, głównie klasyki oraz pozycji wydawniczych ważnych dla współczesnego świata, W książce tej zawarto także wywiady ze znanymi ludźmi, spośród których większość to wybitni twórcy polskiej kultury, poczynając od ikony polskiej piosenki Czesława Niemena, przez znanych reżyserów, takich jak Krzysztof Zanussi, Juliusz Machulski, Agnieszka Holland… po kompozytora muzyki klasycznej Henryka Mikołaja Góreckiego.
Trzecia książka „Kino Teatr Sztuka” zawiera wybór tekstów filmowych publikowanych w prasie popularnej i fachowej oraz zbiór ponad stu pięćdziesięciu recenzji najgłośniejszych filmów polskich i zagranicznych. Są tutaj również opisy kilku spektakli teatralnych, wystawianych przez artystów polskich w Chicago a także zbiór esejów na temat sztuki, zazwyczaj dość krytycznie odnoszących się do sztuki współczesnej.
„Podróże” to książka najbardziej kolorowa, bo zawierająca setki fotografii, jakie przywiózł autor – będący zarazem fotografem – ze swoich licznych wojaży po całym świecie. Wydawnictwo na poły albumowe, mieniące się wszystkimi barwami i ukazujące piękno odwiedzanych – najczęściej egzotycznych – krajów, ale zajmujące się też najciekawszymi i najbardziej malowniczymi zakątkami amerykańskiego Zachodu.

Ta prezentacja była wstępem do trwającej ponad dwie godziny rozmowy między prowadzącymi spotkanie a autorem, przeplatanej fragmentami książek Błaszczyny, które z niezrównanym kunsztem aktorskim przeczytała Julitta Mroczkowska. Publiczność zasłuchała się w opowieści o „Kobiecie z wagą”, słynnym obrazie Vermeera; o poetach przeklętych, czy wreszcie o przygodzie autora z amerykańskim kontynentem (w latach 90. ubiegłego wieku Stanisław Błaszczyna przez kilka lat zajmował się organizacją i prowadzeniem wycieczek turystycznych po Stanach Zjednoczonych).
Zważywszy na to, że zarówno główny bohater wieczoru, jak i moderator spotkania Zbigniew Banaś podzielają wspólną pasję, jaką jest dla nich kino, rozmowa dość długo – ale i zajmująco – toczyła się wokół filmów, zwłaszcza tych, które szczególnie dotknęły w przeszłości Błaszczynę, począwszy od słynnej „Persony” Bergmana, poprzez nie mniej głośnego „Taksówkarza” Scorsese’go, po współczesne filmy Alejandra Gonzáleza Iñárritu, które Błaszczyna szczególnie ceni i podziwia.
Mówiono również o literaturze, sztuce współczesnej, malarstwie… Błaszczyna podkreślił, że jego korzenie literackie znajdują się w XX wieku – że najwięcej w kształtowaniu swojego języka zawdzięcza takim pisarzom, jak Czesław Miłosz, Gustaw Herling-Grudziński, Witold Gombrowicz, Leszek Kołakowski, Sławomir Mrożek… Następnie pisarzom z kręgu paryskiej „Kultury” prowadzonej przez Jerzego Giedroyca, ale i tych skupionych wokół „Tygodnika Powszechnego”, którego redaktorem naczelnym był Jerzy Turowicz.
W pewnym momencie Zbigniew Banaś zaskoczył Stanisława Błaszczynę wątkiem bardzo osobistym, wpierw cytując fragment listu jaki napisał do Błaszczyny znany polski pisarz, wykładowca literatury na Uniwersytecie Gdańskim, prof. Stefan Chwin, a następnie prosząc o odniesienie się do przeczytanej opinii profesora: „Pana książka jest bardzo ciekawa jako świadectwo życia intelektualnego agnostyka, który jest w gruncie rzeczy człowiekiem religijnym i tylko chwilami wmawia sobie, że jest agnostykiem.” – na co Błaszczyna odpowiedział: „Cóż, wygląda na to, że Chwin mnie przejrzał, ale czy w rzeczywistości jestem człowiekiem religijnym, który wmawia sobie to, że jest agnostykiem? Nie wiem. To prawda – odczuwam swego rodzaju metafizyczną tęsknotę za jakimś Wyższym Sensem. Intuicja (ale też i rozum) mówi mi, że istnieje jednak jakiś wyższy Byt, Siła Nadrzędna – że wszyscy jesteśmy częścią jakiegoś niepojętego przez nas Planu; zaś uczciwość intelektualna (którą chcę zachować) sprawia, że jestem jednak jednocześnie człowiekiem sceptycznym i wątpiącym. Stąd ten agnostycyzm. Ale ja go sobie nie wmawiam – raczej się przed nim bronię, a mimo to, on zawsze mi jakoś w moim racjonalizmie wychodzi na wierzch i daje o sobie znać. Pod tym względem jestem takim człowiekiem trochę rozdwojonym – jak zresztą pewnie większość z nas, nawet tych, uważających się za chrześcijan, jak ja sam.”
Warto zresztą przy tej okazji przytoczyć bardzo pochlebną opinię prof. Chwina o pisarstwie Stanisława Błaszczyny, którą można wyczytać ze skrzydełka jednej z książek autora: „Ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim. Jest w tej książce wiele rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem.”
Wśród tematów poruszanych podczas tego wieczoru nie mogło zabraknąć podróży, tym bardziej, że Stanisław Błaszczyna przygotował pokaz fotografii, które tysiącami przywoził ze swoich wypraw w bliższe lub dalsze zakątki naszego globu. Ilustracją do rozmowy o podróżach były więc obrazy m.in. z takich krajów i miejsc jak Indie, Tybet, Nepal, Chiny, Tajlandia, Wietnam, Birma, Kambodża, Laos, Singapur, Brazylia, Peru, Wyspy Dziewicze, Alaska, Hawaje, Kostaryka, Gwatemala, Meksyk, Kanada, Hiszpania, Włochy, Norwegia i wielu innych. Nie zabrakło również zdjęć ukazujących piękno ziemi amerykańskiej.

Po części oficjalnej spotkania, które odbywało się w pięknej scenerii Sali Głównej Muzeum, pełnej dzieł sztuki, rzemiosła i pięknych obrazów, miało miejsce podpisywanie książek, jak również rozmowy w bardziej kameralnych warunkach – między ludźmi, z których wielu się znało, podzielało wspólne pasje i wzajemnie lubiło. Sprzyjała temu nie tylko specjalna atmosfera całego wydarzenia, ale i smaczne przekąski tudzież białe i czerwone wino, rozwiązujące niewątpliwie języki, bo przecież – jak wszyscy wiemy – in vino veritas.
Wśród gości – a przybyło ich na spotkanie grubo ponad setkę – dostrzec można było wiele znanych wśród Polonii chicagowskiej osobistości. Wśród nich znaleźli się np. mecenas polskiej kultury, sponsor i przyjaciel Muzeum Polskiego w Ameryce Stephen Kusmierczak. kompozytor i pianista Jarosław Golembiowski, redaktorka naczelna „Dziennika Chicagowskiego” Alicja Otap z mężem, wieloletni publicyści tej gazety Krystyna Cygielska i Artur Partyka, Maria Zakrzewska – przedstawicielka Chicago Public Library, współ-założycielka Sceny Polonia Kinga Modjeska, mistrzyni i trenerka fitness Magda Huk „Dzika”, artystka-plastyk Ewa Uszpolewicz-Figurski, współ-właścicielka biura „Exotica Travel” Jolanta Kulka z córką Pauliną, właścicielka Księgarni Polonia Agata Szymczyk, animatorki polonijnych wydarzeń kulturalnych Anna Ejsmont i Anna Gliszczyńska, szefowa Studio 41 Elizabeth Stolarczuk, działacz społeczny i policjant w jednej osobie Martin Vogel… i wielu innych. Plakaty i plansze (pięknie wydane przez drukarnię Blue Box) pomagał rozwieszać sam dyrektor Teatru Chopina Zygmunt Dyrkacz. Również fotografów było wielu: Julita Siegel, Andrzej Baraniak, Dariusz Lachowski, Lesław Flis, Paweł Szubzda… Całe wydarzenia sfilmowali i nagrali Kinga i Kuba Łuczkiewicz z Road 28 Productions.
Pełen wrażeń wieczór przeciągnął się do późnych godzin nocnych.

Arkadiusz Słowiński
Kurier (19-25 pażdziernika, 2018 r.)

Zdjęcia: Dariusz Lachowski, Lesław Flis, Paweł Szubzda, Anna Zimny, Anna Ejsmont i archiwum

*  *  *

.

.

NOC W MUZEUM – relacja ze spotkania autorskiego w Chicago

.

Spotkanie autorskie prowadzili dyrektor wykonawcza Muzeum Polskiego w Ameryce Małgorzata Kot oraz krytyk filmowy Zbigniew Banaś (fot. Anna Ejsmont)

.

Tyle się ostatnio działo wokół, że nawet nie miałem czasu, by napisać jakieś sprawozdanie ze spotkania autorskiego, które odbyło się kilka tygodni temu, a dokładnie 29 września w chicagowskim Muzeum Polskim w Ameryce.
Cóż, nie wypada się chwalić, ale muszę wyjawić prawdę, więc napiszę, że to co się zdarzyło tego sobotniego wieczoru przerosło wszelkie moje oczekiwania. Mimo konkurencyjnych imprez, które w tym samym czasie odbywały się w Chicago (jak np. wybory Miss Polonia czy mecz o mistrzostwo świata w siatkówce), wielka sala główna Muzeum wypełniła się dość szczelnie, bo przybyło ponad 120 osób, co – jak na spotkanie autorskie z kimś, kto nie ma wyrobionego medialnie „nazwiska” – może być chyba sporym zaskoczeniem, a dla mnie satysfakcją i sukcesem.
Od początku wszystko mi sprzyjało (kiedy – w jakże napiętym harmonogramie wydarzeń organizowanych przez Muzeum – udało się nam znaleźć termin, bardzo dogodny na dodatek, sama pani dyrektor tej placówki stwierdziła, że pomagają mi dobre duchy). Również to, że dyrektor wykonawcza MPA Małgorzata Kot zgodziła się – i mogła – poprowadzić to spotkanie, było dla mnie szczęśliwym trafem, gdyż w tym samym czasie przedstawicieli Muzeum zaproszono na ważną dla tej instytucji uroczystość, która pod auspicjami UNESCO odbywała się w Paryżu.
Szczęściem, czas dla mnie znalazł także mój długoletni znajomy (z którym nota bene podzielamy wspólną pasję do kina) a mianowicie znany chicagowski krytyk filmowy Zbigniew Banaś. Tak się złożyło, że między wyjazdami na festiwale przebywał w tym czasie w Wietrznym Mieście i mógł być nie tylko moderatorem, ale i spirytus movens tego wydarzenia.

Impreza zaczęła się rozkręcać na taką skalę, że w pewnym momencie zacząłem się obawiać, że to wszystko mnie przerośnie, lecz byłem już tak wciągnięty w tę machinę, że nie było odwrotu. I wypadało przygotować wszystko jak najlepiej. Zacząłem więc działać nawet wbrew swojej naturze, bo nie jestem raczej człowiekiem, który pcha się na afisz, lubi światła reflektorów, bryluje w radiowym czy telewizyjnym studio… a tu trzeba było jakoś to wydarzenie rozreklamować, wyjść z nim do ludzi. Koniec końców wystąpiłem w kilku najważniejszych polonijnych rozgłośniach radiowych, nagrałem niemal półgodzinny wywiad dla telewizji Polvision, przeprosiłem się z kilkoma gazetami, które oprócz informującej zajawki zamieszczały (nieodpłatnie) pół-stronicowe ogłoszenia reklamujące spotkanie… Nie byłoby to wszystko możliwe bez pomocy i wsparcia wielu osób, za co jestem im bardzo wdzięczny. Właściwie, osoby, które mnie zawiodły (tudzież zabolało ich wydanie moich książek) można policzyć na palcach jednej ręki (przy okazji był to test na to, kto mi dobrze życzy, jaki kto ma do mnie stosunek, kto zawiści, albo komu – że się tak brzydko wyrażę – zwisam). Zdecydowana większość potraktowała mnie bardzo przychylnie i życzliwie, co mnie dość mocno podbudowało (a było mi to jednak potrzebne, gdyż były momenty, że zaczynałem wątpić w sens tego wszystkiego). Mimo to niemal za każdym razem musiałem pokonywać pewien opór, bo ludzie bywają jednak dość ostrożni, zwłaszcza gdy nie wiedzą za dobrze z kim mają do czynienia i o co facetowi tak naprawdę chodzi.
Przygotowanie całego spotkania to była niezła harówka. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, ile logistycznego zachodu wymaga organizacja takiej imprezy, które niby jest występem gadających głów, więc nie ma nic prostszego jak zaświecić światło, ustawić krzesła, stół, mikrofony i sobie porozmawiać. Jakże byłem naiwny, gdyż dopiero od środka widać, że to wszystko nie jest takie proste, bo dograć trzeba całe mnóstwo innych rzeczy: od takich drobiazgów jak zamówienie obrusów i zakup kwiatków, ustawienia ekranu i projektora; przez druk zaproszeń, plansz i plakatów (o kosztach imprezy nie wypada mi tu pisać, ale może tylko wspomnę, iż samej tylko drukarni trzeba było zapłacić grubo ponad tysiąc dolarów), po catering, a nawet znalezienie miejsca, gdzie można schłodzić białe wino (czerwone też było)… etc. etc… Gdyby nie pomoc pracowników Muzeum (a zwłaszcza Krystyny Grell) – i naturalnie mojej żony – to zginąłbym w całym tym zgiełku marnie. A tak wszystko poszło jak z płatka i spotkanie rozpoczęło się tylko z niewielkim, a kontrolowanym poślizgiem (mimo, że ludzie – jadąc do Muzeum, które położone jest blisko downtown – utykali na dobrą godzinę w korkach).

Jak na literata przystało, nie obyło się bez podpisywania książek (fot. Anna Ejsmont)

Nie będę się rozpisywał o samym przebiegu spotkania (to oficjalne, czyli nasz rozmowa i prezentacja fragmentów książek, trwało ponad dwie godziny, potem przez kilka kwadransów podpisywałem książki, zaś bankiet przeciągnął się do późnych godzin nocnych), bo najprawdopodobniej w jednym z następnych wpisów zamieszczę fragmenty relacji prasy polonijnej, która – zwłaszcza w jednym przypadku – dość wiernie opisała tę Noc w Muzeum. Wspomnę tylko, że dwie godziny przed mikrofonem i przy stoliku przeleciało mi jak z bicza strzelił (zatraciłem niemal zupełnie poczucie mijającego czasu), z całej rozmowy pamiętam jedynie kilka zdań (byłem pod takim stresem – czy też na takim rauszu – że moja pamięć, mimo że byłem świadomy co się dzieje i o czym się mówi, niewiele z tego rejestrowała). Dobrze więc, że całość została nagrana i sfilmowana (przez Kingę i Kubę Łuczkiewiczów z Road 28 Production), więc kiedyś pewnie się temu przyglądnę i sobie tego posłucham. Na szczęście – jak mi powiedziano – zbyt wielkich głupot nie plotłem, a gros audytorium słuchała wszystkiego z zainteresowaniem i to do samego końca.
Zresztą, ja sam często odwracałem głowę w kierunku znanej chicagowskiej aktorki Julitty Mroczkowskiej, która tak znakomicie czytała fragmenty moich książek, że momentami nie dowierzałem, że to ja je napisałem.

Jest wiele innych rzeczy, o których chciałbym tutaj napisać, ale nie chcę, aby ta relacja przerodziła się w jakiś elaborat, więc wspomnę jeszcze tylko o scenerii w jakiej spotkanie się odbywało. Otóż nie mogłem sobie wymarzyć lepszej. Sala Główna Muzeum jest imponująca – jej aparycja nie przytłacza – mimo przestronności zachować w niej można pewną kameralność; jest zarazem nobliwa i lekka; niebieskie przepierzenia, na których wiszą olejne obrazy, stanowią malownicze tło; na ścianach wiszą olbrzymie płótna Kossaka i Batowskiego – ze swoim batalistycznym rozmachem wprowadzają nawet pewien element… heroizmu, tradycji i patriotyzmu, tyle że ich oddalenie i odpowiednie oświetlenie sprawia, że oddziaływanie tychże płócien nie jest jednak zbyt nachalne.
Zresztą, co tu dużo pisać. Myślę, że na załączonych zdjęciach (a fotografów – i to profesjonalistów – było wielu) jest to wszystko widoczne.
Jeszcze jedna wynikła dla mnie korzyść z tego spotkania. Otóż dzięki niemu poznałem realnie kilkanaście osób, które do tej pory znałem tylko wirtualnie. Bowiem nie ma to jak uścisnąć czyjąś dłoń lub dać komuś „huga”, popatrzeć prosto w oczy, uśmiechnąć się – poczuć kogoś fizycznie, w bezpośrednim kontakcie… Wtedy wirtualny awatar i zjawa z Internetu, zamienia się w człowieka z krwi i kości.
Welcome to the real world!
A co będzie dalej, to zobaczymy.

*  *  *

Stanisław Błaszczyna: „Dziękuję Dariusz za to zdjęcie. Jest znakomite – ukazuje splendor Sali Głównej Muzeum Polskiego w Ameryce i nasze spotkanie, akurat w momencie rozmowy o poetach przeklętych, którzy jakoś próbują wpasować się w nobliwość pomieszczenia. Mam nadzieję, że się Wojaczek, Morrison, Baudelaire i Rimbaud w grobie nie poprzewracają.Dariusz Lachowski: „Dokładnie rok temu w tym samym niemalże miejscu prezentowane były po raz pierwszy w Ameryce, oryginalne prace Mistrza Zdzisława Beksińskiego. Wystawie tej towarzyszyła także wyjątkowa prezentacja Virtual Reality Beksiński De Profundis. Przywołany do tablicy nazwiskiem Charlesa Baudelaire’a pozwolę sobie zacytować fragment jego wiersza: ‚Wszechświat to czarny, nad nim z ołowiu opona, Tam przestrach i bluźnierstwo nurza się w ciemności.’ Dziękuję za dobre słowa.Stanisław Błaszczyna: „Tak, echo słów tych galerników wrażliwości – pijusów, utracjuszy i birbantów – proroków czerni i otchłani – krąży do dzisiaj po niebieskich sferach i po nobliwych salach, jak ta – gdzie usiłuje się spacyfikować ‚przestrach i bluźnierstwo’„. (fot. Dariusz Lachowski – http://www.dariusz.us)

APENDIX

Jako dodatek zamieszczam tutaj wpis, jaki ukazał się na mojej stronie Facebookowej po spotkaniu:

Serdecznie dziękuję Muzeum Polskiemu w Ameryce za gościnę i wspaniały wieczór. Dziękuję również wszystkim gościom za tak liczne przybycie. Wdzięczny jestem bardzo prowadzącym spotkanie Pani Dyrektor MPA Małgorzacie Kot, oraz Zbigniewowi Banasiowi za jakże interesującą rozmowę, jak również osobie szczególnej tego wieczoru – Pani Julittcie Mroczkowskiej Brecher, która wspaniale przeczytała fragmenty moich książek. Osobne podziękowania należą się Kindze oraz Kubie Łuczkiewiczom, którzy całość sfilmowali i nagrali, jak również Panu Prezesowi MPA Richardowi Owsianemu oraz pracownikom Muzeum Polskiego w Ameryce – paniom Barbarze Kożuchowskiej, Iwonie Bożek, Krystynie Grell… Dzięki wielkie!

Chciałbym również serdecznie podziękować polonijnym mediom za wielkie wsparcie w organizacji mojego spotkania. Jestem wszystkim ogromnie wdzięczny. Naprawdę byłem zbudowany tym, jak przychylnie potraktowali mnie niemal wszyscy, do których zwróciłem się o rozpropagowanie tego wydarzenia. Wiele zawdzięczam tutaj Zbyszkowi Banasiowi. Pozytywnie przyjęła moją propozycję Pani Kamila Dworska dzięki czemu wraz z Panią Małgorzatą Ptaszyńską nagraliśmy wywiad dla Polvision oraz audycję w polskim radio 1030 am. Z Jackiem Zielińskim porozmawialiśmy sobie po przyjacielsku w radiu WPNA FM (tę rozmowę cenię sobie szczególnie bo to było ujeżdżanie naszego wspólnego konika, jakim jest kino). Kilkakrotnie zaproszono mnie do radia polski FM, gdzie parę razy spotkałem się z sympatyczną Beatą Kociołek. Szczególnie serdecznego przyjęcia (wraz z pysznymi pączkami) doznałem w studio (i saloniku) Radia Deon, gdzie z otwartymi ramionami i mikrofonem przywitali mnie Marta Kędzior, Arkadiusz Stachnik i Sławomir Budzik. Z Markiem Bobrem porozmawialiśmy chyba najdłużej w Radio Polonia 2000 – i zostaliśmy tam nie tylko nagrani, ale również sfilmowani (przy okazji dziękuję Beacie Chrobak).

NIGHT AT THE MUSEUM – the evening full of wonders and beautiful people aside me.
*
Dziękuję Ani Zimny za to fantastyczne zdjęcie. Dla tych kogo ciekawią te płomienie nad naszymi głowami (a nie wiedzą co zdjęcie przedstawia), wyjaśniam, że jest to kadr z filmu Terrence’a Malicka „The Tree of Life„, przedstawiający niesamowite gorące źródło Grand Prismatic Spring znajdujące się w Parku Narodowym Yellowstone. (fot. Anna Zimny)

Szczególnie jestem wdzięczny polonijnej prasie, która bezinteresownie – i nieodpłatnie – zamieszczała pół-stronicowe reklamy mojego spotkania autorskiego. Tutaj dziękuję zwłaszcza Pani Alicji Otap, redaktorce naczelnej Dziennika Związkowego i ponownie Markowi Boberowi, redaktorowi naczelnemu Kuriera. Sam nie wiem, komu zawdzięczam ogłoszenie wieczoru w Monitorze. W promocję wydarzenia zaangażował się również Edward Dusza (Gwiazda Polarna) oraz Sylwester Skóra (Dziękuję Panom serdecznie – a Edwardowi, weteranowi polonijnego pisarstwa, zdrowia w tym trudnym dla niego momencie życia życzę).

Tak à propos książek – bardzo przychylnie przyjęli mnie w swoich progach Pani Bożena z księgarni Quo Vadis, Pani Agata Szymczyk z księgarni Polonia oraz Pan Zbigniew Kruczalak z D&Z House of Books. (Przy okazji mogę wspomnieć, że moje książki – a nie zostało już ich w Chicago zbyt wiele – można nabyć w tych właśnie księgarniach).

No i – last but not the least – serdecznie dziękuję Andrzejowi Baraniakowi za bardzo dobre relacje prasowe ze spotkania, jak również fotografom: Julicie Siegel, Lesławowi Flisowi, Dariuszowi Lachowskiemu, Darkowi Kuczborskiemu i Pawłowi Szubzdzie za utrwalenie całego wydarzenia na znakomitych zdjęciach, do których dorzucili się także uczestnicy spotkania, jak np. Anna Ejsmont, czy Anna Zimny.

Ogromnie się cieszę, że całe spotkanie sfilmowali i nagrali (również nieodpłatnie – sorry, że to podkreślam) Kinga i Kuba Łuczkiewicz z Road 28 Productions.

Składam Dzięki Jarkowi Maculewiczowi, który skontaktował mnie ze znaną wśród chicagowskich miłośników teatru aktorką Julittą Mroczkowską, która jakże sugestywnie i wymownie przeczytała fragmenty moich książek.

Wspaniałym ludziom opiekującym się Muzeum Polskim w Ameryce dziękowałem już przy innych okazjach wielokrotnie, ale jeszcze raz mogę tutaj wyrazić swoją im wdzięczność.

*

Miałem o tym nie pisać, ale opróżniana właśnie trzecia lampka białego wina (które jakoś ostatnio lepiej mi służy niż czerwone) ośmieliła mnie, by wspomnieć o małej łyżce dziegciu w tej ogromnej beczce miodu. Otóż właściwie tylko jedna osoba – bardzo zresztą znana słuchaczom polskiego radia i nota bene do tej pory dość przeze mnie lubiana – odmówiła mi, bym mógł coś o moim spotkaniu autorskim powiedzieć na antenie. A właściwie nie odmówiła mi, a postawiła takie warunki (jeżeli miałbym wystąpić w jej audycji, to za 7-minutowy wywiad musiałbym zapłacić 1000 – słownie: tysiąc – dolarów), że poszło mi w pięty. Gdybym bym w gorszym nastroju, to bym się załamał, a tak ten warunek mnie po prostu rozbawił. Odpisałem więc grzecznie – i zgodnie z prawdą – że nie stać mnie na to, żeby zapłacić tysiąc dolarów za 7-minutowy wywiad; że ja na wydaniu tych książek nic nie zarabiam (bo taka jest prawda); że myślałem, iż polonijne radio promuje również polska kulturę, a ja mogę urozmaicić jej program (tym bardziej, że ta pani dysponuje rozległym czasem antenowym); no i w końcu, że spotkanie autorskie w Muzeum nie ma charakteru komercyjnego; i wreszcie – że nie wszystko w życiu robi się dla pieniędzy. Amen.

Przepraszam za ten elaborat, ale… in vino veritas.

*

Jestem szczęśliwy, że to spotkanie się tak bardzo udało. Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili swój czas, by w nim uczestniczyć, bo – jak pisała Simone Weil – „uwaga to najrzadsza i najczystsza forma hojności”.

Thank you! Love you!

*  *  *

W związku z pytaniami o dostępność moich książek w Stanach Zjednoczonych informuję, że można je nabyć w polonijnych księgarniach, takich jak: D&Z House of Books, Polonia Bookstore oraz Quo Vadis Bookstore; zaś jeśli chodzi o Polskę, to pisząc na adres: giedlar@sbcglobal.net

.

Spotkanie miało swoje lekko burzliwe momenty, w których nie obyło się bez wskazania palcem – tutaj: obrazu Vermeera (fot. Julita Siegel)

.

Autorami poniższych zdjęć są: Anna Błaszczyna, Anna Ejsmont, Magdalena Huk, Anna Zimny, Julita Siegel, Andrzej Baraniak, Darek Kuczborski, Lesław Flis, Dariusz Lachowski (www.dariusz.us) i Paweł  Szubzda + anonim.

.