WYWIAD W POLVISION

.

Przed spotkaniem autorskim wypada się pokazać w telewizji – przy całym ryzyku z tym związanym ;)

.

.

Reklamy

SPOTKANIE AUTORSKIE W CHICAGO

Kolejne spotkanie – tym razem w Ameryce.

Poprowadzą go Małgorzata Kot oraz Zbigniew Banaś.

Zapraszam więc wszystkich do Muzeum Polskiego w Wietrznym Mieście.

.

.

.

Wypada to jakoś nagłośnić, stąd te wizyty w takich miejscach jak te:

.

.

 

BOGDAN KWIATEK NA SPOTKANIU AUTORSKIM

.

I jeszcze jeden film ze spotkania autorskiego, czyli zawsze można liczyć na prawdziwe słowa przyjaciół ;)

.

.

ŹRÓDŁA I STRUMIENIE

Taki filmik…
.

.

PODRÓŻE – słowo o książce

.

Ktoś nazwał tę książkę-album bardzo zgrabnie „kolorowym satelitą” trzech pozostałych tomów, które ukazały się w pierwszej kolejności (chodzi o ZAPISKI, ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY oraz KINO TEATR SZTUKA). Jednakże, kiedy myślałem o spotkaniu autorskim, to obawiałem się nieco, że PODRÓŻE mogą niejako przysłonić tamte książki, a to ze względu na ich szatę graficzną (mnóstwo kolorowych zdjęć) i objętość (tomiszcze ma ponad 800 stron), więc skłonny byłem nawet prezentację PODRÓŻY na tymże spotkaniu pominąć, skupiając się na pierwszych trzech tomach, (które przecież zawierają solidną – i dla mnie ważną – dozę treści). Przygotowanie oraz edycja tej książki wymagała olbrzymiego wysiłku – chodzi o czas i pracę wielu osób (za co jestem im niezmiernie wdzięczny), o dwóch dekadach, jakie zajęło mi podróżowanie po świecie, robienie zdjęć i zapisywanie wrażeń z tych wojaży nie wspominając. No i – nieskromnie mówiąc – efekt jest znakomity, co musi przyznać (i przyznaje) każdy, kto bierze ten tom do ręki.

.

PODRÓŻE

 

Książka – album zawiera zapiski oraz relacje z licznych podróży do takich krajów i miejsc, jak np. Indie, Nepal, Chiny, Tybet, Birma, Tajlandia, Wietnam, Kambodża, Laos, Singapur, Brazylia, Peru, Meksyk, Hawaje, Kostaryka, Gwatemala, Jamajka, Wyspy Dziewicze, Kanada, Włochy, Hiszpania, Norwegia…
Sporo miejsca poświęcono również Ameryce Północnej, gdzie przez wiele lat autor organizował i prowadził wycieczki krajoznawczo-turystyczne. Całość ilustrowana jest setkami zdjęć ukazujących – a tym samym utrwalających – piękno odwiedzanych zakątków świata, z których wiele traci obecnie swój unikatowy charakter.

*  *  *

804 strony; oprawa twarda; 675 ilustracji barwnych
ISBN 978-83-62844-85-2

 

greydot

FRAGMENT KSIĄŻKI

 

Kiedy wyruszasz w podróż, żegnaj się uważnie z miejscem, w którym mieszkasz, tak jakbyś nigdy nie miał już do niego powrócić. Lecz nie dlatego, aby myśleć o tym, że może cię w tej podróży spotkać coś najgorszego, za co zwykle uważamy tragiczny wypadek i śmierć. Żegnaj się, aby przypieczętować twoje przywiązanie do czegoś trwałego w świecie, w którym wszystko jest ulotne i gdzie wszystko spływa z rzeką czasu albo dryfuje po bezkresnych wodach oceanu zdarzeń. Kiedy wypływasz na szerokie wody, podnosisz kotwicę, którą musisz za sobą dźwigać – ale nie jako brzemię, ale jako przypomnienie tego, że tylko wtedy, kiedy się zatrzymasz, możesz poczuć solidny grunt – że tylko jedno miejsce może być twoim prawdziwym domem, choćby wszędzie na świecie witano cię z otwartymi ramionami i oferowano serdeczną gościnę (a przecież nie wszędzie, nie zawsze i nie wszyscy tak cię witają).
Dlatego twoje powroty muszą być jeszcze bardziej uważne i świadome, niż wyruszania w podróż. Powroty mogą nas cieszyć albo smucić, są końcem, ale też i początkiem – jednakże nigdy nie są czymś obojętnym dla uświadomienia sobie naszego miejsca na ziemi. Nawet wtedy, kiedy pozostają pytaniem, nie dając nam żadnej odpowiedzi.

*

W swojej książce The Tao of Travel Paul Theroux podaje chętnym do wyruszenia w świat dziesięć zasad (porad):
1. Wyjedź z domu
2. Podróżuj samotnie
3. Podróżuj lekko
4. Weź ze sobą mapę
5. Podróżuj lądem
6. Przejdź pieszo przez granicę narodową
7. Prowadź dziennik
8. Czytaj powieść, która nie jest związana z miejscem, w którym przebywasz
9. Jeśli musisz mieć telefon komórkowy, staraj się go nie używać
10. Zaprzyjaźnij się

Ciekawe. Należy jednak pamiętać, że pan Theroux jest podróżnikiem „zawodowym” tudzież pisarzem profesjonalistą – a to po to, by się nie wpędzać w niepotrzebne kompleksy.
Poza tym zaczął on te swoje włóczęgi po świecie w czasach, kiedy podróżowało się zupełnie inaczej niż dzisiaj (i to nie tylko dlatego, że nie było jeszcze wówczas przewodników Lonely Planet).
Można by rady Theroux poddać szczegółowej i rozległej analizie, jednakże pozwolę sobie tutaj na rzucenie kilku dość luźnych uwag à propos każdego „przykazania”.

Ad 1.No tak, wyjazd z domu wydaje się warunkiem koniecznym do tego, by poznać świat indywidualnie, doświadczyć go na własnej skórze, poczuć wszystkimi zmysłami – przemieniając też to w doświadczenie duchowe. Wprawdzie można podróżować jedynie palcem po mapie i we własnej wyobraźni – ale czy to może nam zastąpić prawdziwą podróż? To jest dobre, jeśli jest impulsem do działania, jeśli stanowi preludium naszej przygody – mobilizując nas do poczynienia konkretnych planów podróży, które znajdą w końcu swoje spełnienie.
Ad 2. Dobrze jest podróżować samotnie. Dobrze jest podróżować w towarzystwie. Tak czy owak, dobrze jest podróżować w ogóle. Jeśli jednak podróżujemy z kimś, to oczywiście towarzystwo to jest bardzo ważne. Tak więc powinno być ono dobre – także wtedy, kiedy podróżujemy samotnie i jesteśmy skazani na towarzystwo samego siebie.
Coś jednak jest na rzeczy w tej radzie Theroux, by podróżować samemu. Bo wydaje się, że podróżnik kiedy jest sam, może się bardziej skoncentrować – i to nie tyle na sobie, co na własnych doświadczeniach. Ale przede wszystkim na świecie, który poznaje – wejść w bliższy kontakt ze spotkanymi ludźmi (chodzi zarówno o tubylców, jak i innych podróżnych) oraz z miejscami, które odwiedza.
Ad 3.Tak, dobrze jest mieć lekki bagaż – i nie czuć tego ciężaru posiadanych rzeczy na grzbiecie. Choć ciężar, jaki się ma w duszy, może jednak sprzyjać naszej podróży i ją pogłębić. Przydaje się też więc tzw. bagaż doświadczeń. Jednakże to prawda: czy widział ktoś prawdziwego podróżnika z wielkimi walizami wypełnionymi toną ubrań na zmianę? Większości wystarcza plecak. I nie mówi się wtedy zbyt dużo o higienie, która nie idzie raczej w parze z włóczęgowskim szlajaniem się po świecie.
Ad 4.Mapa jest ważna. Uwielbiam mapy! Wszystkie moje podróże rozpoczynają się od dokładnego studiowania mapy (co było ważne zwłaszcza wtedy, kiedy sam byłem pilotem grupy i ustalałem dla niej trasę podróży). Tak, była to swego rodzaju podróż palcem po mapie, ale już wtedy można było poczuć dreszcz zbliżającej się przygody. Podsycała się też tym sposobem ciekawość – pragnienie poznania nieznanych jeszcze miejsc.
Ad 5. „Podróżuj lądem”. Hm… dobrze mówić. Lecz jeśli chce się dotrzeć do Australii albo Nowej Zelandii? A pisząc poważniej: zasadniczo podróże odbywają się (wypełniają) na lądzie. Samolot jest bardzo dogodnym środkiem lokomocji, który pozwala nam w stosunkowo krótkim czasie dotrzeć do najbardziej odległych zakątków Ziemi. A po wylądowaniu – zaczyna się przecież nasza podróż po lądzie, która może trwać dowolnie długo (w miarę dysponowania czasem, chęcią i środkami, którymi możemy się w podróży wesprzeć). Zaś statek – podobnie jak jacht, żaglowiec czy łódź – to już zupełnie inna para kaloszy.
Ad 6. Pieszo przez granicę? Tak, to nie to samo, co przekraczanie tej granicy na wodzie czy w powietrzu. Lecz znowu – jak to zrobić, jeśli wybieramy się na inny kontynent i zamiast trzech tygodni wołami możemy przelecieć ten sam dystans w dwie godziny samolotem? Ale rzeczywiście – jednym z moich najmocniejszych (i niezapomnianych) wrażeń podróżniczych było (piesze) przekraczanie granicy Indii z Nepalem. (Dużo by pisać, dlaczego).
Ad 7.Nie zawsze jest czas na prowadzenie dziennika w czasie podróży. Ale warto to robić. Nigdy w domu nie napiszemy czegoś takiego, jak na gorąco, w trasie (bo jest to bardziej sprawa specyficznego stanu ducha niż wiedzy). W pisaniu o wrażeniach z miejsc, które odwiedzamy, preferuję szczerość. Lekkie podkolorowywanie jest dopuszczalne (można to uznać za pewną „literacką obróbkę”, wykorzystanie licentia poetica), ale kompletna konfabulacja, przeinaczanie lub ignorowanie faktów – już nie (no chyba, że piszemy powieść). Irytuje mnie czasem dość bezmyślny „zachwyt” nad „bajkowością” czy „magicznością” miejsca (tego typu frazesy), podczas gdy w rzeczywistości nic magicznego ani zachwycającego tam nie widzimy, wręcz przeciwnie – jesteśmy zawiedzeni, rozczarowani, niekiedy nawet zdegustowani tym, co zastajemy (a przecież to ostatnie także może być źródłem interesującego doświadczenia i opisu). Dla mnie bardzo ważny jest jednak autentyzm.
Ad 8. Czytać w trakcie podróży książkę niezwiązaną z krajem, w którym podróżujemy? No, trochę to przewrotne. Ja się nie dziwię panu Theroux, że podróżując kilka miesięcy po jakichś pustkowiach (zwłaszcza pociągiem), może już mieć czasami wszystkiego dość i chce się od tego oderwać. Ale my? Jeśli mamy na podróż najwyżej kilka tygodni i każda chwila jest dla nas cenna, by chłonąć dane miejsce, kraj, ludzi? Według mnie rada trochę kosmiczna. Jeśli już, to właśnie czytać książkę związaną z odwiedzanym krajem – o przewodnikach nie wspominając.
Ad 9. Precz z komórkami! (To już wolę lochy). Jeśli jednak mamy przy sobie komórkę (i zakładając, że jest tzw. zasięg – a w najciekawszych kątach Ziemi tego zasięgu najczęściej nie ma), to warto ją używać jedynie jako swoiste „narzędzie” pomocne nam w podróżowaniu. Nie jest dobrze, kiedy w podróż ciągniemy ze sobą cały nasz wirtualny świat – z Facebookiem na czele.
Ad 10.„Zaprzyjaźnij się”. O tak! To jest moim zdaniem najcenniejsza rada, jaką daje nam Paul Theroux. Jednakże przyjaźń to duże słowo. Przyjaźń wymaga sprawdzenia się, spełnienia, a na to potrzeba pewnych warunków, jak również czasu. Może więc mówmy o próbie zbliżenia się do ludzi, których w czasie naszej podróży spotykamy (chodzi mi zwłaszcza o tubylców, ale nie tylko). Bez tego nigdy nie będziemy w stanie poczuć smaku, istoty, ducha kraju, który odwiedzamy i który chcemy poznać. A czasami wystarczy jedna chwila, kilka zamienionych słów, jedno wymowne spojrzenie, jeden uśmiech…

I na koniec: fotografowanie w czasie podróży. Wprawdzie Theroux nie formułuje tego jako kolejnego „przykazania”, to jednak uważa, że robienie zdjęć jest przeszkodą dla pamięci, bo powoduje, że nie trzeba już danej rzeczy pamiętać. Ponadto, jego zdaniem, tworzy to dystans między rozmówcą a podróżującym. I dlatego nie zabiera ze sobą w podróż aparatu.
Mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Nie chcę podróżować bez aparatu fotograficznego (choć oczywiście taką podróż jestem sobie w stanie wyobrazić, a nawet docenić pewne jej zalety). Bowiem zdjęcia nie tylko dokumentują moją podróż – one stają się jakby częścią kraju (i ludzi), który zwiedziłem, a który chcę zapamiętać. I dzięki tym zdjęciom ten kraj w pewnym sensie mogę zabrać ze sobą do domu. Tym sposobem niejako zostaje on ze mną na dłużej. I jednak fakt, że robię ludziom zdjęcia, zbliża mnie do nich – przynajmniej takie odnoszę wrażenie.

greydot.

.

SŁOWO O KSIĄŻCE

 

WIELKI BAZAR PODRÓŻNY

.

Ponoć w każdym ziarnku piasku odbija się, a może i przejawia cały wszechświat. Tak jest powiedziane i myślę, że tak samo jest w przypadku tekstów Stanisława Blaszczyny. To co łączy wszystkie opisy krajów – w ich dogłębności i historyczno-literaturoznawczych kontekstach – to osoba autora przesiąkniętego ideą humanizmu XX wieku, który w każdym napotkanym, a zwłaszcza sfotografowanym człowieku widzi (chce zobaczyć) jego głębię i uniwersum. W każdym opisie mijanego kraju, w dowolnym obrazie przemijającego oblicza (zwłaszcza w twarzach hinduskich starców czy kambodżańskich dzieci) przebija się swego rodzaju troska o kondycję człowieka, którą można chyba nazwać „humanitaryzmem” – czyli wiarą w człowieka zanurzonego w swoim środowisku naturalnym, w jego tu i teraz…
Czytając kolejne rozdziały z tomu Podróże każdy czytelnik (bez względu na to, czy był w danym miejscu, czy nie był) nawiązuje specyficzny dialog z autorem. Czyta te rozdziały, bo chciałby się czegoś dowiedzieć przed wyjazdem i własnym doświadczeniem danego kraju, ewentualnie porównuje z tym, czego sam doświadczył. Uczy się i przewiduje, co się może zdarzyć w podróży – każda jego myśl i refleksja jest zwykle odnośnikiem do przeszłych lub przyszłych wojaży. A książka ta jest jak ogólny i szczegółowy „przewodnik” napisany przez kogoś, kto sam przez wiele lat był przewodnikiem – jest jak najbardziej szerokie vademecum.
Lektura tego tomu to wielodniowa wyprawa niemalże „dookoła świata”, bo każda strona jest wędrówką po innym zakątku naszego globu. Warto delektować się obecnymi tam słowami i obrazami dłużej – zanurzyć się w jakimś miejscu i być… A sprzyja temu nie tylko zawarta tam ilość refleksji filozoficznych czy literackich metafor, znakomitych fotografii, ale i odniesień praktycznych. Wszystko to sprawia, że ta książka-album jest jak dobry kompan do podróży w dowolnym jej czasie…
Wędrując po świecie z Herodotem, czy też raczej ciceronem – którego miejsce zajmuje tu Stanisław Błaszczyna – odwiedzamy pół świata… w tym wiele miejsc Azji, obu Ameryk, Europy… Każdy opisany kraj ma swoją specyfikę – niepowtarzalne miejsca, atrakcje i klimaty. Klimaty meteo, ale i stany duchowe – będące spuścizną minionych stuleci. Ma swoich mieszkańców, z którymi – twarzą w twarz (czasem bardzo konkretną twarzą kobiety, starca, dziecka) spotykamy się, dzięki bystremu oku i sprawnej ręce autora, który jest zarazem fotografem. Te opisy wraz z wiedzą i pogłębioną refleksją, jak również świetne ilustracje, przenoszą nas w inne miejsca i inny (miniony czas). Barwność i różnorodność malują bardzo szczegółowy obraz mijanego i przemijającego na naszych oczach świata. Świadectwo pisarza (a przy tym felietonisty, dziennikarza, myśliciela wreszcie) oraz fotografa (mistrza portretu, krajobrazu, fotoreportażu…) śmiało mogłoby być włożone do kapsuły czasu, którą po latach można by otworzyć i czerpać ze znajdującej się tam zawartości, odtwarzając świat, którego już nie ma.
Łatwo się w tej książce-albumie zanurzyć w opisach miejsc dokonywanych na bieżąco przez bystrego obserwatora, podbudowanych jego wiedzą historyczną, geograficzną, przyrodnicza… wielostronną i wieloaspektową. A zarazem pełną pokory do wielkości opisywanego materiału, jak np. w tym fragmencie zapisków z Azji: „Indie przypominają grubą księgę (…) Jesteśmy zdolni przerzucić ledwie kilka kartek… Czy możemy więc opisać całą księgę?”
Na początku książki spotykamy się z komentarzem autora do rad, jakie swego czasu dał podróżującym słynny pisarz i podróżnik Paul Theroux. Każda wynikała oczywiście z bagażu jaki on posiadał. Z wieloma radami Theroux można się dość łatwo zgodzić. A jednak autor z niektórymi z nich polemizuje, bo przecież zawsze warto mieć na uwadze, że każdy z nas jest inny – ma inny bagaż doświadczeń, inną percepcję, inne zainteresowania… Dlatego na nic zdadzą się rady kogoś kto podróżował zwykle tylko pociągiem (jak to miał właśnie w zwyczaju autor Wielkiego Bazaru Kolejowego) dla tego, kto przemierza świat jadąc rowerem, jeepem po całkowitych bezdrożach albo żeglując po oceanach. Zwykle rad oczekujemy od kogoś, kto był dokładnie tam, dokąd się wybieramy. Jednak każdy, kto z różnych względów podróżował kilka razy do tego samego miejsca (w różnych porach roku, o innej porze dnia, dysponując inną ilością czasu…) wie, że nie ma jednej rady!
I dlatego w tym „doradzaniu” podróżującym bliższe mi są poglądy Stanisława B. niż Paula T. (z całym szacunkiem dla ich dorobku piśmienniczego). Zwłaszcza odnośnie mapy, telefonu, lektury czy aparatu fotograficznego (wszystkie te rzeczy można zmieścić dziś w jednym urządzeniu!) A podróżowanie pociągiem (nomen omen piszę ten fragment właśnie w pociągu na trasie Kraków-Warszawa przed wylotem [prawda – nie da się jeszcze tam dojechać w 100% lądem] na mój „koniec świata” do Nowej Zelandii. W pociągu, z którego w ogóle nie widzę świata (małe okna w proporcji do widoków z auta, ciemno na zewnątrz, a światła wewnątrz, prędkość składu znacznie przewyższająca średnią prędkość na drodze asfaltowej, itp). Nie mówiąc o współpasażerach, którzy w tej podróży są najmniej zainteresowani oglądaniem świata za oknem… choć w zasięgu ucha mówią co najmniej w 3 – 4 językach… i najprawdopodobniej przyjechali poznać nasz kraj.
A świat można poznać tylko wtedy, kiedy się podróżuje uważnie. Tak jak autor tej książki. I chyba większość z tych, którzy zechcą ją przeczytać.

Bogdan Kwiatek

greydot

GARŚĆ KARTEK

.

.

greydot.

Na spotkaniu autorskim – z naręczem tomów PODRÓŻE

.

KINO TEATR SZTUKA – słowo o książce

.

Kolej na prezentację trzeciej książki spośród czterech, które się niedawno ukazały. Jest jeszcze obszerniejsza niż poprzednie (693 strony), a że traktuje o kinie (teksty filmowe stanowią zdecydowaną większość treści tomu), teatrze i sztuce, to znalazło się w niej znacznie więcej ilustracji – kadrów filmowych, zdjęć z przedstawień teatralnych oraz reprodukcji dzieł sztuki, głównie malarstwa. Być może niektórzy pamiętają, ale okładkę pomogli mi wybrać czytelnicy Wizji oraz goście mojej strony fejsbukowej, dzięki czemu trafił na nią wdzięczny kadr z filmu „Fanny i Alexander” – jednego z najlepszych w dorobku Ingmara Bergmana (nota bene tom otwiera tekst o symbolach, jakimi posługiwał się w kinie szwedzki reżyser). Jest więc o czym czytać i co oglądać.

.

KINO TEATR SZTUKA

Wybór tekstów filmowych autora publikowanych na łamach pism krajowych (m.in. „KINO”, „Film na Świecie”, „Polityka”, „Wprost”, „Powiększenie”) oraz polonijnych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”), obejmujący okres dwóch dekad i dotyczący kina w wielu jego aspektach: od monografii największych twórców (Ingmar Bergman, Krzysztof Kieślowski), przez kino gatunkowe (film wojenny) po fenomen artystyczny i popkulturowy. Eseje na temat głośnych filmów kina światowego ostatnich lat (Zjawa i Birdman Iñárritu, Rozstanie Farhadiego, Drzewo życia Malicka, Koń turyński Tarra, Miłość Hanekego, Snajper Eastwooda…). Zbiór zawiera także recenzje ponad 170 filmów polskich i zagranicznych, oraz kilku przedstawień teatralnych (Gombrowicz, Wyspiański, Teatr ZAR, Teatr Pieśń Kozła…). Do tomu załączone zostały również eseje i teksty na temat sztuki.

693 strony; oprawa twarda, płócienna + obwoluta; 261 ilustracji barwnych, 32 ilustracje czarno-białe; ISBN 978-83-62844-84-5

.

Noty o książce:

Autor ma temperament eseisty. Research recenzji i wypowiedzi twórców (z wieloma rozmawiał bezpośrednio), wiedza o świecie współczesnym czy znajomość tekstów kultury pozwalają mu budować wypowiedzi bardzo treściwe. Dążące do wyjaśnień, uzasadnień, racjonalizacji zajmowanego stanowiska. Tym ciekawiej na tym tle prezentują się racje emocjonalne. Mamy tu zapis metafizycznego głodu i analityczne roztrząsanie odpowiedzi, wydedukowanych z filmowego przekazu. Nie jest to książka letnia czy emocjonalnie obojętna. Jest w niej zachwyt i oburzenie. Nie ma zgody na to, że każda prawda jest uprawniona, byle dobrze opowiedziana. Veto pojawia się wielokrotnie, nierzadko w kontekście tytułów, które cieszyły się dobrym przyjęciem widzów czy krytyki.

Renata Borowiak

W swoich tekstach autor łączy publicystykę z własnego rodzaju refleksją, często moralną. Dzięki temu przekraczają one zakres recenzji, będąc zwykle mini-esejem traktującym o ważnych dla autora sprawach, które jednocześnie są istotne w wymiarze kulturowym. Widzę też w nich niezwykle ciekawe połączenie wnikliwej analizy z emocjonalnością – angażujące czytelnika zarówno duchowo, jak i intelektualnie.

Zygmunt Kałużyński

Bardzo lubię czytać taką krytykę filmową i bardzo rzadko mam po temu okazję. Stanisław Błaszczyna jest widzem poszukującym, nieobojętnym i nie ułatwiającym sobie niczego. Film prowokuje go do stawiania pytań (moralnych, społecznych, estetycznych) i do udzielania odpowiedzi, często niewygodnych, ale niemal bez wyjątku celnych. Tacy widzowie – i tak piszący – potrzebni są kinu w każdym momencie jego istnienia. Osobiście uwielbiam to, że po seansie możemy się o film inteligentnie pospierać – a ta książka jest właśnie jak spotkanie z wyjątkowo uważnym kinomanem, z którym można przegadać cały wieczór i zaplanować kolejne filmowe seanse.

Michał Oleszczyk

greydot

.

.

.

greydot

RECENZJA KSIĄŻKI

.

.

A JEŚLI ŻYCIE TO FILM…?

I

Czasem, absolutyzując sztukę, stawiamy ją ponad codziennym doświadczeniem. W artystach chcemy widzieć demiurgów. Oczekujemy, że uchylą przed nami drzwi do innego wymiaru dadzą wytrych do Tajemnicy. A przy tak wysoko postawionej poprzeczce łatwo o skrajne rozczarowania. Od nich już krok do zwątpienia, czy sztuka może coś więcej niż bajdurzyć, mamić mirażami i dostarczać zagłuszającej niepokój rozrywki. Między skrajnościami pojawia się stateczna droga środka. Założenie, by obniżyć rangę poszukiwań i wystudzić nadzieję na odpowiedzi. Uznać, że film to tylko film, nie warto kruszyć kopii, staczając bój o prawdę. Rzecz w tym, że każdy z tropów prowadzi na manowce.
To, co mnie zainteresowało w książce Stanisława Błaszczyny, wiąże się z zaprzeczeniem tym trzem wyżej opisanym manowcom: szukaniu w kinie objawień, degradowaniu go do roli rozrywki czy uznaniu, że dostarcza nam relatywnych, nieprzesądzających o niczym oglądów świata.
Po pierwsze. Mamy tu zapis metafizycznego głodu i analityczne roztrząsanie odpowiedzi, wydedukowanych z filmowego przekazu. Autor wchodzi w świat kina z bagażem fundamentalnych pytań. Pewnie nie zadaje ich sobie po raz pierwszy, ale stawia je twórcom, wierząc, że mają mu do zaproponowania istotną odpowiedź. Od niektórych oczekuje wiele. Terrence Malick pretenduje do godności filozofa, Alejandro González Inárritu, mistrz kontrapunktu, szuka wspólnego tonu w wielogłosie, a Asghar Farhadi – doceniony zostaje za skromność nierozstrzygania poruszających moralnych dylematów.
Jest więc respekt wobec twórcy, są serio stawiane „pytania naiwne” o sens, istotę, cel, prawdę, ale jest też pasja dyskutowania i rozczytywania wpisanych w film treści. Objawień nie przyjmuje się na wiarę.
Po drugie. Autor raz po raz przypomina o rozrywkowym rodowodzie kina, docenia dobre filmy bez intelektualnych pretensji. Wirtuozeria mistrzów kina nie rozgrywa się przecież wyłącznie na poziomie treści czy głębi. Wielokrotnie jednak – niczym memento – wraca odróżnianie kina artystycznego od popkultury. Podszyte obawą, by mainstreamowe uproszczenia nie zubożyły nam obrazu świata. I choćby po tysiąckroć wracało docenienie kina środka, umiejętności Stevena Spielberga czy innych wodzirejów masowych wzruszeń, to jednak rozmowa o kinie nie ogranicza się tu do omawiania gwiazdorskich wystąpień czy sprawnie rozegranych hollywoodzkich schematów. Kino rozrywką bywa, ale bywa też czymś znacznie więcej.
Po trzecie. Nie jest to książka letnia czy emocjonalnie obojętna. Jest w niej zachwyt i oburzenie. Nie ma zgody na to, że każda prawda jest uprawniona, byle dobrze opowiedziana. Veto pojawia się wielokrotnie, nierzadko w kontekście tytułów, które cieszyły się dobrym przyjęciem widzów czy krytyki. Lista Schindlera, Snajper, Sponsoring, Z daleka widok jest piękny – wyliczam tu tytuły z pierwszej części (te teksty bliższe są esejowi niż recenzji, a interpretacja rozszerzona jest o aspekt społeczny, psychologiczny, kulturowy). Autor pozostaje poszukiwaczem, nie zna prawdy jedynej, nie sądzę, by zakładał, że prawdę można zamknąć w jednym wymiarze. A jednak są to teksty, z których można wyczytać, co według Autora jest nadużyciem czy manipulacją. By nie być gołosłownym: nie ma zgody na nihilizm (Koń turyński Béli Tarra), na dehumanizację wroga i bezrefleksyjny patriotyzm (Snajper Clinta Eastwooda), na chłód jako metodę opowiadania o więzi, której istotą jest czułość (Miłość Michaela Hanekego), na reżyserię bez przesłanek pozwalających widzowi zrozumieć zamysł reżysera (Post Tenebras Lux Carlosa Reygadasa).
Oczywiście, ranga zakwestionowanych „prawd” jest różna i z różną siłą wypowiadana. Czasem żarliwie, z wyczuwalnym pazurem Polemicznym, który nabrałby ostrości, trafiając na oponenta. Innym razem z wewnętrznym pęknięciem, sugerującym, że pierwszym przekonywanym jest sam Autor.

II

Zaskakującym wrażeniem przy lekturze tego tomu było uświadomienie sobie, jak równorzędne względem siebie są emocje i logiczny dyskurs. Niektóre teksty znałam z wcześniejszych publikacji, więc merytoryczny ton, logika argumentacji, rozeznanie w temacie uznałam za znak firmowy. Moją uwagę przyciągały natomiast wyznawane bezpośrednio sympatie, emocjonalne deklaracje i subiektywne wrażenia.
„Ja na Birdmanie dosłownie upiłem się kinem. Pewnie wynikało to z tego, że Inárritu ma genialny dar absolutnego panowania nad filmową materią […], co przyprawia mnie o zawrót głowy, a czasem wręcz o euforię”.
„Czas na wyznanie: jestem zakochany w filmach A.G. Inárritu, dlatego też prawdopodobnie nie stać mnie na obiektywne spojrzenie na jego obrazy”.
Cytuję te najbardziej wyraziste. One nie dominują, lecz dopełniają odbiór intelektualny.

Autor ma temperament eseisty. Research recenzji i wypowiedzi twórców (z wieloma rozmawiał bezpośrednio), wiedza o świecie współczesnym czy znajomość tekstów kultury pozwalają mu budować wypowiedzi bardzo treściwe. Dążące do wyjaśnień, uzasadnień, racjonalizacji zajmowanego stanowiska. Tym ciekawiej na tym tle prezentują się racje emocjonalne. Bo jedna rzecz film zrozumieć, druga – uwierzyć w jego prawdę.
Nie zaskoczyła mnie – lecz nie sposób o niej nie wspomnieć – skłonność do polemiki i potrzeba dyskusji. Można ją w niektórych tekstach śledzić bezpośrednio: tam, gdzie przywoływane są zapisy rozmów blogowych. Ale zaczepność i wspominane wcześniej veto wobec niektórych reżyserskich rozwiązań pojawiają się nie raz. Wracam do tej cechy Autora, bo wynika z niej zaproszenie do polemizowania z napisanymi przezeń tekstami. Ta książka to przecież nie tylko kompendium wiedzy czy admiracja sztuki. To również impuls do przemyślenia własnych refleksji. Jedni dadzą się przekonać pomysłom interpretacyjnym, drudzy – przynajmniej przy niektórych tekstach – zechcą się wewnętrznie pozżymać i choćby bezgłośnie ripostować.
Nie mogę sobie tego prawa zawłaszczać. Nadmienię tylko, że w tekście o Kieślowskim za dużo jest asekuracji. Szybciej odrzuciłabym wątpliwości polskich recenzentów i intensywniej wskazałabym to, co dla mnie w jego filmach cenne. Za najbardziej prowokacyjną recenzję uznaję Taxi Driver Revisited, będącą powrotem do filmu Martina Scorsesego. Powrotem-wiwisekcją, polegającym na tym, że wszystko, co zachwyciło wcześniej, poddane jest zaprzeczeniu. Nie zgadzam się, nawet jeśli prowokacja jest zaplanowana, sugerowana tonem zastrzeżeń, jakoby Taksówkarz był „filmem, który, owszem, dobry jest, może nawet bardzo dobry, ale żeby od razu takie arcydzieło?” Gorący odbiór może towarzyszyć również licznym wypowiedziom na temat ukazanych w kinie konfliktów wojennych. II wojna światowa (Holocaust, partyzantka AK), Wietnam, Afganistan, Irak – emocje budzi sposób ukazania konfliktu. Autor buntuje się przeciw „estetyzacji” wojny (Lista Schindlera), przeciwko odstępstwom od historycznej prawdy czy mitologizacji wojennego bohaterstwa (Snajper). We mnie najsilniejszą potrzebę dyskusji budzi tekst Zupa ze sromotników poświęcony Obławie Krzyształowicza. Pojawia się w nim wątpliwość-zarzut, że bohaterowie są „wyabstrahowani z historii”. Jak by skupianie się na ludzkiej naturze bez uwzględniania racji historycznej, tego, w imię czego się walczy – czy stoi się po dobrej czy złej stronie – było rodzajem manipulacji. Powyższe zaczepki są subiektywne.

III

Gdy kreśląc te słowa, kolejny raz wertuję i podczytuję fragmenty, uderza mnie i spójność, i zakres rozważanego materiału. Niech będzie „Kino”, choć są przecież jeszcze rozdziały o teatrze i malarstwie. Warto docenić, jak łączą się tu i przeplatają artykuły o klasykach kina, studia tematu (np. Wojna jako widowisko), konfrontacyjne zestawienia twórców czy filmów – z recenzjami najnowszych tytułów.
Liczba analizowanych filmów wynika z intensywnej pasji kinofilskiej, a także stąd, że mamy tu teksty pisane w różnym czasie. Niektóre powstawały lata temu, więc skoro bronią się dziś, mają do zaoferowania coś więcej niż komentarz do bieżącego repertuaru. Moją uwagę przykuły interpretacje pracy reżyserskiej twórców, których filmografia jest już zamknięta. Esej o symbolach u Bergmana – o twarzy i lustrze, barwach i przestrzeni zaaranżowanej tak, by oknom i drzwiom nadać znaczenie niedosłowne (Zasłony i objawienia). Tekst o wrażliwości bohaterów Witolda Leszczyńskiego (Miłość, zachwyt, lęk), wspomniane już dywagacje o Kieślowskim (Nic prócz humoru różowego, czarnego, okrutnego…). Ci, którzy wiedzą, o czym mowa, bo klasykę znają, mogą wrócić i odświeżyć wspomnienia. Kto nie zna, ten ma szansę „zobaczyć film” w asyście rzeczowych komentarzy – czasem bardziej skoncentrowanych na warsztacie, czasem na kontekstach dopowiadających poruszony w filmie temat.
Ale oprócz tytułów ze światowego kanonu (Ojciec chrzestny Coppoli, Bez przebaczenia Eastwooda, Hannah i jej siostry Woody Allena, Amadeusz Miloša Formana, Werdykt Sidneya Lumeta) przywołane są ważne filmy ostatnich lat. Szczególnie interesujący jest dobór tytułów kina polskiego, oglądanego przecież najczęściej w Chicago, tym bardziej świadomie wybieranego. Ponad pięćdziesiąt filmów to już wyrazisty pejzaż, z którego wyłania się kilka generacji tutejszych filmowców.
Owszem, nie braknie filmów, które dopiero co zeszły z ekranów kin. Ale środek ciężkości (ważności) ulokowany jest tam, gdzie filmy o największej mocy oddziaływania i inspiracji. A według Stanisława Błaszczyny jest to kino starych mistrzów. Tych niewciągniętych w pogoń za werdyktem box office’ów.
„Był taki czas, kiedy wydawało się, że w dobie pośpiechu zwięzłe kino przejmie szlachetną rolę literatury – przez wieki jednego z najważniejszych nośników naszej kultury. Tak się jednak nie stało i film, zatoczywszy koło, wrócił do swych plebejskich korzeni, czyli do jarmarku. […] Kino artystycznie ambitne, autorskie przemyka się gdzieś po peryferiach”.
Gorzka refleksja, słodzona raz po raz triumfem tych „z peryferii” – jak widać zdolnych jednak poruszyć tłumy. Wraca jednak podejrzenie, że być może apogeum kina jest już za nami, że najcenniejsze zdarzyło się w przeszłości, a kanon dzieł filmowych nie potrzebuje suplementacji (Latarnia magiczna). „Bo wszystko to, co nas ukształtowało, już było…”
Jestem skłonna czytać tę melancholię nie tyle jako rezerwę wobec nowego, lecz zaproszenie, by wracać do tego, co już pokryła patyna czasu. Przywołam fragment wyjęty z tekstu o filmie Lecha Majewskiego Młyn i krzyż. Dotyczy co prawda mierzenia się z malarstwem Bruegla, nie ma jednak powodu, by rangi flamandzkiego malarza nie przydzielić mistrzom kinematografii: „Może więc tylko przypomnę o tym, jak wielkim przeżyciem może być dla nas obcowanie z twórczością dawnych mistrzów, jeśli tylko damy im szansę zaistnienia w naszej świadomości – poświęcając im czas, skupienie, chęć zrozumienia i zdobycia wiedzy, zarówno o nich samych, jak i o czasach, w których żyli”.

IV

Jak by tu zdefiniować „życie” i „film”, by dało się uzasadnić zdanie pojawiające się w tekście o Lęku wysokości Bartosza Konopki: „[…] przecież do końca nie wiemy, czym tak naprawdę jest rzeczywistość: może całe nasze życie jest rodzajem filmu, który wyświetlają sobie znudzeni bogowie?”
Najpierw zachodzi transformacja życiowych doświadczeń w sztukę. Z chaosem świata, z jego absurdalnością, bezwzględnością, nadmiarem mierzymy się – między innymi – kreując światy własne. Nad nimi mamy władzę, a przynajmniej są od nas zależne. Sztuka (również sztuka filmowa) jest próbą oswojenia tego, co niepojęte w nas samych i mechanizmów, kierujących tym, co wobec nas zewnętrzne. Jest iluzją. „Zawsze więc należy mieć na uwadze umowność i fantasmagoryczny charakter filmowego obrazu”.
Nie sposób jednak dotrzeć do wpisanych w sztukę sensów, trzymając się kurczowo założenia, że to tylko na niby. Iluzja jest jednocześnie prawdą. Granica między doświadczonym realnie, a przeżytym czy zrozumianym w kontakcie z dziełem artysty jest płynna. „Sztuka bowiem wymaga od nas dwoistego przeżycia: jednocześnie trzeba zapomnieć, że jest ona zmyśleniem, i nie zapominać o tym” (Latarnia magiczna).
W tym napięciu między realnością a iluzją, o której pisze Autor, podobnie jak w sprzężeniu ufności i sceptycyzmu, emocjonalności i intelektu tkwi cała przyjemność filmowych seansów. Ich koherentność z życiem. Co teksty zawarte w tej książce potwierdzają, wyjaśniają, a może nawet potęgują.

Renata Borowiak

greydot

.

LIST OD STEFANA CHWINA

.

W związku z wydawanymi przeze mnie książkami zwróciłem się o opinię do prof. Stefana Chwina – cenionego przeze mnie pisarza, którego kilka książek przeczytałem kiedyś z wielkim zainteresowaniem, dając temu wyraz w recenzjach jakie im poświęciłem (vide: Dziennik dla dorosłych, Kartki z dziennika, Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni). Na odpowiedź czekałem długo ale w końcu ona do mnie dotarła. Poniżej przedstawiam list jaki otrzymałem od Pana Profesora, jak również moją odpowiedź.

greydot.

Stefan Chwin

Stefan Chwin

Szanowny Panie,
proszę wybaczyć, że odpowiadam dopiero teraz, ale bieżący rok był dla mnie rokiem trudnym, w którym nie wszystkie moje zamiary udało mi się zrealizować, a Pan przesłał mi do lektury bardzo obszerny materiał.

A teraz kilka uwag po lekturze pierwszej części:
Pana książka jest bardzo ciekawa jako świadectwo życia intelektualnego agnostyka, który jest w gruncie rzeczy człowiekiem religijnym i tylko chwilami wmawia sobie, że jest agnostykiem. I jeszcze na dodatek ma fobię na punkcie sekty ateistów… wyraźny zgryz na punkcie intelektualistów… absolutny brak krytycyzmu wobec Papieża z Wadowic… oraz pogardliwą wyniosłość wobec besserwisserów… Tak, to jest w Pana rozważaniach ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim, ale psuje ją Pan, kiedy chwilami ludzi dzisiejszych, o których Pan pisze, ma Pan za durniów i głupców „epoki konsumpcjonizmu”. Lepiej takich wypowiedzi unikać, bo nie przyciągają one czytelników.

Wiele jest w Pana książce rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem, zdarzają się jednak też myśli banalne, z których radziłbym Panu zrezygnować w edycji książkowej. Na przykład:

„Jaką wartość może mieć słowo?
To zależy od tego, jaką ma ono treść, kto i w jakim momencie je wypowiada.
Słowa więc mogą ulatywać na wietrze, potrafią też zabić (nie tylko te, które są wyrokiem śmierci); słowo może uleczyć albo wpędzić w chorobę. Niektórzy pisarze sądzą, iż słowami mogą uderzać w ludzi”.

Generalnie rzecz biorąc, wszystko to prawda, tyle, że wiemy już o tym od dawna, więc chyba jednak nie warto tego przypominać raz jeszcze w prywatnych zapiskach.

Zdarza się w Pana tekstach, że już w punkcie wyjścia obezwładnia Pan swoich przeciwników, wygodnie ustawiając ich do uderzenia. Radzę Panu, niech Pan nie pisze o  „literatach” w ogóle i o ich myśleniu. Zamiast tego lepiej, żeby Pan napisał, co Pan sądzi o konkretnym literacie np. Dostojewskim czy Faulknerze i jego sposobie myślenia. Wtedy tekst będzie bardziej mięsisty… W podobny, ogólnikowy sposób pisze Pan o ateistach, chrześcijanach, komunistach itd… Tymczasem zamiast pisać o „materializmie” w ogóle, niech Pan napisze, co Pan myśli na przykład o konkretnym materializmie Holbacha czy La Mettrie’go. Bo samo pojęcie materializmu – wcale niejednolite – nikogo ani ziębi ani grzeje. Jako czytelników Pana zapisków obchodzi nas, co Pan myśli o konkretnych osobach z krwi i kości, które materializm wyznają – i to z nimi warto się zderzać własną myślą.

Podobnie rozmyślania o „słowie w ogóle”. Niech się Pan mierzy z konkretnymi opiniami konkretnych wielkich pisarzy, bo jeśli Pan pisze tylko o „słowie w ogóle”, to powstają rozrzedzone uogólnienia, które nie rozgrzewają uwagi czytelnika. Warto „dobierać się” do myśli i słów konkretnych osób, o których Pan pisze i to w taki sposób, by z tego wynikła uniwersalistyczna obserwacja, dotycząca nas wszystkich. Same uogólnienia, nawet rozbudowane, w dłuższym czytaniu nużą…

Wątpliwe w Pana pisaniu jest także „my”, w którego imieniu Pan pisze. Np. „musimy budować nasz świat”, „błąkamy się jak dzieci we mgle…” – „My”? To znaczy kto? Pięć miliardów ludzi? Naród polski? Nasze pokolenie? Europejczycy? Oczywiście najgorsze co się przytrafia rozmaitych pisarzom, to pisać o „człowieku współczesnym” albo o „człowieku Zachodu”. Bo ani jeden ani drugi nie istnieje. To wytwory dziennikarskiej wyobraźni, mające ułatwić pisanie. Lepiej już pisać np. o konkretnych ludziach, których Pan zna i pisarzach, których Pan czyta. Wtedy wiadomo, że Pana uwagi mają mocne zaczepienie we własnej obserwacji. Bo ogólna teoria kultury, którą Pan buduje w swoich zapiskach, składa się, niestety, w jakiejś części z opinii dość rozpowszechnionych wśród polskich inteligentów umiarkowanie konserwatywnych… „zaczęliśmy błądzić, jak te pijane dzieci we mgle, powodowani impulsami, odruchami i jakimś stadnym instynktem: kultura masowa, konsumpcjonizm”. Niby kto błądzi? Pan? Ja? Papież Franciszek? Prezydent Niemiec? Brad Pitt? Beata Szydło? „Człowiek współczesny”, który nie istnieje? „Stulecie kłamliwych ideologii i największych zbrodni ludzkości”, „doba rozpasanego postmodernizmu”, „W poezji, według mnie, bardzo ważne są autentyzm oraz szczerość” – wszystkie takie sformułowania, które pojawiają się w Pana pisaniu, to są banały, których powinien Pan unikać, nie dlatego, że są nieprawdziwe, tylko dlatego, że są nieciekawe. Niech Pan swoją książkę z tego oczyści.
Bo widzi Pan, kiedy Pan spiera się bezpośrednio np. z Kapuścińskim, to od razu Pana pisanie nabiera rumieńców… Ale kiedy Pan Sartre’a i Gombrowicza zbywa lekceważącym określeniem: „W sumie – perspektywy to mało sympatyczne”, to jednak czytelnik ma mocne poczucie niedosytu, bo oczekiwał czegoś więcej. Bo jak się już spierać z Sartre’em czy Gombrowiczem, to na całego, a nie rzucając mimochodem jakieś drobne uwagi.

Słabością Pana rozumowania jest z góry przyjęte założenie: unikam skrajności, wybieram złoty środek. Taki wybór drogi pisania, nawet jeśli słuszny, powinien dla czytelnika wynikać niespodziewanie np. z zaskakującej linii rozumowania, a nie z ogólnej etycznej zasady umiarkowania, do której jest Pan wyraźnie przywiązany.
Ale kiedy Pan pisze konkretnie o Kunderze, to od razu lektura przyśpiesza. Radziłbym Panu wykasować z Pana zapisków przynajmniej część uogólnień na temat ludzkości, kosmosu, świata, słowa itd., bo jest w nich Pan dzieckiem swojego czasu i środowiska, to znaczy przestaje być Pan indywidualnością, a staje się reprezentantem powszechnych opinii. Warto byłoby wyjść trochę poza… może wbrew… może pod prąd… może inaczej… Kiedy jednak Pan twierdzi, że Kundera nie zna ironii, żartu, kpiny, a nawet nie ma bezczelnego poczucia humoru, to już lekka przesada…

W uogólnieniach aforystycznych jest Pan statyczny, przeźroczysty jak ze szkła i zupełnie niewidoczny jako konkretna, pisząca osoba z krwi i kości, ale kiedy Pan spiera się wprost z np. Cioranem, to czytelnik zaczyna w Panu widzieć interesującą osobę – i o to właśnie chodzi. Przeźroczystość podmiotu w zapiskach autobiograficznych to nie jest zaleta. Po prostu czytając, chcemy widzieć całościowy obraz człowieka, który w naszej obecności zapisuje swoje myśli. Kiedy Pan osobiście zmaga się z Cioranem i pokazuje Pan, że nie wie Pan, jak sobie z nim poradzić – to jest ciekawe. Ale tutaj pojawia się niebezpieczeństwo –  Pana fragment o Cioranie mocno zalatuje Gombrowiczem z „Dzienników”, co zaletą już być przestaje.

Irytują też trochę aforyzmy, które czasem brzmią jak puste obietnice. Jeśli Pan pisze: „Są sprawy, w które lepiej Boga nie mieszać” – to czytelnik chce wiedzieć, jakie to niby są konkretnie sprawy. A Pan pozostaje przy poetyce insynuacji, którą czytelnik nie za bardzo może się pożywić. Tak zdarza się u Pana co jakiś czas. Np. w jakimś fragmencie stwierdza Pan, że Nietzsche „pisał też wierutne bzdury”. Jest to pusta, negatywna ocena, bo przecież dużo ciekawsze byłoby, gdyby Pan pokazał w pismach Nietzschego konkretną „wierutną bzdurę” i jaką to własną mądrość chce jej Pan przeciwstawić. A już prawdziwym wyczynem byłoby znaleźć jakąś konkretną „bzdurę” w  jego pismach, o której nikt dotąd przed Panem nie pisał! Bo o to chodzi w polemicznym notatniku myśli, żeby dostrzec coś, czego inni nie dostrzegli. Same stwierdzenie, że on nie stworzył żadnego systemu, to jest ogólnik tyle razy powtarzany, że nie warto go powtarzać. Albo sformułowanie: „potworność wyklucza mądrość”. A niby dlaczego ma wykluczać? Powinien Pan dać jakiś soczysty przykład takiej potworności, wtedy byłoby ciekawiej. Cały zresztą osąd Nietzschego – mocno lekceważący – nie jest u Pana oparty na przykładach konkretnych fragmentów z jego pism, tylko na tzw. ogólnikowej opinii. Kiedy jednak sprowadza Pan refleksję Nietzschego nad chrześcijaństwem do „klinicznego, zaślepionego pieniactwa” – nie wygląda to interesująco, bo znowu to są puste potępienia zamiast konkretów…

Wydaje się też, że Pana umiarkowany konserwatyzm i dyskretna antyoświeceniowość trochę krępują swobodę pisania. Oskarża Pan bezbożników o potworności Rewolucji, ale bierze Pan wodę w usta, kiedy należałoby coś powiedzieć o potwornościach choćby Inkwizycji, która była paroksyzmem najgłębiej bogobojnej religijności. Zresztą nie da się wybronić ani Oświecenia ani Religii przed oskarżeniami o zbrodniczość, bo fanatyzm religijny jest równie okropny jak fanatyzm postępowo-ateistyczny. A Pan próbuje zwalić winę na polityczne nadużycia religii – wmawiając sobie, że Inkwizycja to nie było prawdziwe chrześcijaństwo, tylko  „błędy i wypaczenia” chrześcijaństwa, tak jak to Chruszczow mówił o stalinizmie, że to niby były „błędy i wypaczenia” prawdziwego marksizmu. To wygląda, niestety, w Pana książce na konserwatywne wykręty umiarkowanego agnostyka. Z pewnością w prywatnych zapiskach takie rzeczy są dopuszczalne, bo jakoś one uwyraźniają Pana jako pisarską osobowość, chociaż budzą elementarny sprzeciw, bo mogą być odebrane jako intelektualne ułatwienia, podobnie jak stereotypowe określenia w rodzaju „nieprzejednani wrogowie religii”.

Poza tym radzę Panu, niech Pan częściej używa w swoich zapiskach słowa „ja”. Radziłbym, żeby Pan pokazał dokładnie w swoim  pisaniu, jak się np. Pan kłóci z M. To by uczłowieczyłoby Pana nadmiernie mózgową czasem narrację.

Problemem Pana książki jest kompozycja. Chwilami miałem wrażenie, że trudno uchwycić porządek układu setek oderwanych od siebie fragmentów. Czy nie lepiej by było, gdyby Pan to pogrupował w jakieś rozdziały, podrozdziały, części i dał tytuły orientujące czytelnika? Albo wpisał w jakąś quasi-fabułę z Panem w roli głównej? Teraz to wszystko trochę się rozsypuje. Nagłe przeskoki z tematu na temat…

Druga część tego, co Pan mi przesłał, jest zbiorem recenzji, w których Pan występuje jako osoba prywatna, oceniająca różne książki. Pana oceny jednak mają dość często charakter moralnego osądu, trochę się więc z literaturą rozmijają. Poza tym często stosuje Pan dość nieskomplikowane kryterium życiowego prawdopodobieństwa, jakby w literaturze chodziło wyłącznie o tego rodzaju prawdopodobieństwo. Ani Hamlet, ani Don Kichot, ani Józef K. z powieści Kafki nie są postaciami prawdopodobnymi w sensie życiowym. Nigdy Pan kogoś takiego nie spotka na ulicy. Ale w recenzji mojej książki o samobójstwie kpi Pan sobie np. z Kiryłłowa czy bohatera Mdłości Sartre’a, że są to postacie wydumane. Jest to słaby argument. Bo jak się zajmujemy literaturą to musimy pamiętać, że to są wielkie kreacje literackie. I te wykreowane postacie mnie fascynują nie dlatego, że mają ochotę sobie odebrać życie, jak Pan sugeruje, tylko dlatego, że one zostały świetnie wymyślone przez pisarzy pod względem filozoficzno-literackim. Ani Pan, ani ja, nie umielibyśmy wymyślić takich osób, a Dostojewski i Sartre potrafili  – więc chwała im za to, nawet jeśli stworzyli postacie samobójców, a nie jakichś entuzjastów życia. Literaturę mierzy się innymi miarami niż życie.

Ostatnia część Pana tekstów – czyli internetowe dialogi – jest bardzo ciekawa, chociaż biegnie linią kapryśnych skojarzeń. Ale wywiady, które Pan chce publikować teraz, robił Pan dobre, bo umiał Pan stawiać swoich rozmówców w kłopotliwych sytuacjach, w których oni musieli się odsłonić, albo zrezygnować z rozmowy.

Proponuję więc – o ile nie jest już za późno – taką zapowiedź na skrzydełko pierwszej części:

Bohaterem tej książki jest żywa, ruchliwa myśl, która nie cofa się przed stawianiem ryzykownych pytań – i dlatego jest interesująca. Choć wiele tez prowokuje tu do sprzeciwu, mamy do czynienia z ważnym sporem między materialistyczną kulturą konsumpcjonizmu a kulturą duchowości, który wciąż pozostaje nierozstrzygnięty… Ten intrygujący autoportret życia duchowego polskiego inteligenta naszego czasu z pewnością zasługuje na uważną lekturę.

Z wyrazami szacunku
Stefan Chwin

*  *  *

Stanisław Błaszczyna

Szanowny Panie Profesorze,
przepraszam, że dopiero teraz odpisuję na Pana list, ale – zważywszy na poczynione w nim konkretne uwagi i ich wagę – nie chciałem robić tego zdawkowo, a moc zajęć wszelakich i obowiązków, jakim musiałem podołać ostatnio, skutecznie moją odpowiedź opóźniły.

Przede wszystkim wdzięczny jestem Panu za czas jaki poświęcił Pan na lekturę moich tekstów oraz za cenne rady i opnie, jakimi mnie Pan zaszczycił. Dały mi one wiele do myślenia, ale też wzbudziły potrzebę czegoś w rodzaju polemiki, czemu chciałbym dać wyraz niniejszym listem. Mam nadzieję, że nie poczyta mi to Pan jako brak szacunku, a wręcz przeciwnie – jako dowód tego, że poniekąd się nimi przejąłem i potraktowałem poważnie.

Niestety, Pana odpowiedź dotarła do mnie zbyt późno, by dokonać w wydawanej książce jakichś gruntownych zmian, choć w międzyczasie – w korekcie – sporo błędów zostało wyłapanych i poprawionych. W sumie materiał okazał się zbyt obszerny, by wydać go w jednej książce więc razem z wydawcą postanowiliśmy go umieścić w dwóch tomach.
Radził mi Pan w liście, by „wyczyścić” książkę z pewnych wątpliwej jakości fragmentów, ale to wymagałoby jednak sporo dodatkowego czasu – a przede wszystkim: musiałby to zrobić ktoś inny niż ja; ktoś kto podszedłby do tych tekstów z pewnym krytycyzmem, ale i z wyczuciem ich charakteru, problematyki i „poetyki”. Ja chyba z czasem zatraciłem dystans do tego, co napisałem, więc trudno byłoby mi to zrobić samemu. A przecież zdaję sobie sprawę z tego, że „wyrzucenie”, dajmy na to ok. 10 – 15% materiału, wyszłoby tylko książce na dobre. A tak, pozostaje mi nadzieja, że w ostatecznym wydaniu znajdzie się jak najmniej kompromitujących mnie rzeczy.

Teraz chciałbym odnieść się do konkretnych Pana uwag, opinii i zarzutów – bo tak chyba mogę traktować niektóre ustępy (Muszę się przyznać, że zapoznając się z nimi, czułem się niekiedy jak besztany nieco student).
Tak więc – ad rem.

Czy w rzeczywistości jestem człowiekiem religijnym, który wmawia sobie to, że jest agnostykiem? Nie wiem. To prawda – odczuwam swego rodzaju metafizyczną tęsknotę za jakimś Wyższym Sensem. Intuicja (ale też i rozum) mówi mi, że istnieje jednak jakiś wyższy Byt, Siła Nadrzędna – że wszyscy jesteśmy częścią jakiegoś niepojętego przez nas Planu; zaś uczciwość intelektualna, ontologiczna i epistemologiczna (którą chcę zachować) sprawia, że jestem jednak jednocześnie człowiekiem sceptycznym i wątpiącym. Stąd ten agnostycyzm. Ale ja go sobie nie wmawiam – raczej bardziej się przed nim chronię, a mimo to, on zawsze mi jakoś w moim racjonalizmie wychodzi na wierzch i daje o sobie znać.
Koniec końców nie jestem przywiązany do konkretnej religijnej instytucji, jak również – już od dziecka – miałem wielkie opory, by poddawać się gremialnym rytuałom i religijnej ceremonialności.
Zawsze jednak czułem się chrześcijaninem.

Nie wydaje mi się, abym miał fobię na punkcie ateistów. Odczuwam jednak zdecydowaną niechęć wobec tzw. „wojującego” ateizmu, który na dodatek poniża ludzi religijnych, często z nich szydzi – gardząc nimi i ich potrzebą wiary.
Intelektualistom już nie dowierzam. Kiedyś byli moimi idolami ale z czasem uświadomiłem sobie to, że cierpią na takie same przypadłości jak ludzie „zwykli” (czyli: przede wszystkim mogą się mylić), choć uzurpują sobie (zazwyczaj) prawo do besserwisserstwa – no i, dzięki swojej sile perswazji, mogą poczynić w świecie więcej szkód, niż ludzie, którzy nie występują pod sztandarem intelektualizmu, wynosząc się ponad innych, uważając, że wszystko wiedzą najlepiej.
Wobec papieża z Wadowic nie jestem – jak mi Pan zarzuca – „absolutnie” bezkrytyczny, ale to prawda, że bardzo tego Człowieka szanuję i poważam (jest w tym nawet pewna doza miłości). Uważam, że rzadko który człowiek w historii ludzkiej cywilizacji, emanował (w moim pojęciu) Dobrem na taką skalę i o takim zasięgu, jak właśnie Jan Paweł II. Jego „konkurentem” pod tym względem jest chyba tylko sam Jezus Chrystus (można się z tego co napisałem śmiać, ale tak właśnie sądzę).

Czy mam ludzi dzisiejszych za durniów?
Tę kwestię można odnieść szerzej do opinii jaką mam o gatunku Homo sapiens en masse (do którego sam przecież się zaliczam) i zdaję sobie sprawę, że jeśli odpowiedź na to pytanie będzie twierdząca, to będzie to jednoznaczne z przyznaniem się do mizantropii.
Otóż mizantropem jestem czasami. Ale odnosi się to nie tyle do samych ludzi, co do pewnych ludzkich zachowań.
Bowiem któż z nas nie dziwił się – choćby tylko czasami – bezmiernością oceanu ludzkiej głupoty, jaki wylewa(ł) się niekiedy z pustych czerepów osobników Homo sapiens? Niestety, wydaje mi się, że głupota jest dla człowieka czymś przyrodzonym (oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, że sam nie jestem wolny od głupoty – żaden człowiek nie jest).
Nie chcę tutaj – mówiąc o głupocie (a zarazem potworności) naszego gatunku – wytaczać najcięższych armat, wytykając mu (nam) takie występy cywilizacyjne, jak I i II wojna światowa, gułagi, obozy masowej zagłady, krematoria…

A jeśli chodzi o współczesność?
Czy naprawdę nie widzi Pan głupoty i pustoty niektórych zachować społecznych – jak np. właśnie gremialnej uległości wobec komercyjnej perswazji i oddawaniu się konsumpcyjnej orgii? (te zakupy milionów rzeczy, które tak naprawdę nie są nikomu do niczego potrzebne). Albo bezkrytycznego poddawania się politycznej indoktrynacji i manipulacjom wszelkiej maści (nie tylko politycznych) cwaniaków? Powszechnej podatności na medialne ogłupianie? Brania pozorów za prawdę?
A zachowanie się człowieka w przestrzeni wirtualnej? Zapewne zna Pan oświadczenie Lema, że nie wiedział on, iż na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie poznał Internetu.
Kto nigdy nie był przeświadczony o bezmiarze ludzkiej głupoty, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Ale ja przecież człowieka bronię. Zawsze byłem po stronie ofiar – ludzi represjonowanych, wykorzystywanych, krzywdzonych, zabijanych, męczonych…
Sprzeciwiam się traktowaniu ludzi jak „masy”. Nie wywyższam się ponad innych, nie uważam się za kogoś lepszego i mądrzejszego. Sądzę również, że intelekt (czy też sprawność mentalna) nie jest najważniejszym wyznacznikiem wartości człowieka.
Koniec końców uważam się za humanistę. Myślę, że niejednokrotnie dałem temu wyraz w tym, co piszę.

Wytyka mi Pan również myśli banalne, dając tego przykład w tym, co napisałem o słowie.
Gotów jestem się z Panem Profesorem zgodzić – wiele z rzeczy, które napisałem, może się wydać banalnymi, może nawet naiwnymi. Skupmy się jednak tutaj na tym, czemu poświęca Pan w swoim liście najwięcej miejsca. A jest to właśnie słowo i literatura.
Otóż wiele moich wątpliwości i rozterek – jeśli chodzi o wartość i jakość mojego pisania – brało się właśnie z braku wiary w moją literacką sprawność, ze świadomości niedostatków oraz luk w mojej wiedzy i tzw. „wykształceniu”.
Jest Pan uniwersyteckim wykładowcą literatury, ma Pan kanon literacki w małym paluszku, studenci (a zwłaszcza studentki) są wpatrzeni (wpatrzone) w Pana jak w obrazek… Gdzież mi się z Panem równać. Pewnie na bezczelność zakrawa już to, że ośmielam się z Panem polemizować.
Ale proszę zważyć na to, że (biorąc pod uwagę powyższy kontekst) to, co wydaje się banałem Panu, większości czytelnikom banałem wcale się wydawać nie musi. (Podobnie: to co jest już banałem dla Pana, dla mnie może być dopiero odkryciem.)
Poza tym – wiem, że nie można tego traktować jako moje usprawiedliwienie – proszę także wziąć pod uwagę to, że ja nie posiadam formalnego wykształcenia „humanistycznego” – nie studiowałem literatury, filologii, historii, dziennikarstwa… Studiowałem metalurgię na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a w liceum zapisano mnie (wbrew mojej woli zresztą) do klasy matematyczno-fizycznej.
Lecz jeszcze raz podkreślam: mam świadomość, że nie może to stanowić usprawiedliwienia moich ewentualnych braków, błędów – i dyletanctwa (ja zresztą uważam, że każdy człowiek jest – w większości dziedzin – dyletantem).

Pisze Pan, że za często używam słowa „my”, natomiast zbyt rzadko „ja”.
No bo niby kto to są ci „my”?
Otóż pisząc „my” chcę zaznaczyć to, że jakieś zjawisko występuje dość powszechnie, że w jakiś sposób oddaje pewną widoczną i znaczącą tendencję (kulturalną, społeczną, cywilizacyjną…). Wiem, że jest to skażone błędem uogólnienia i zapewne lepiej byłoby, gdybym zamiast tego używał bardziej poprawnej formy bezosobowej.
Zaś używania (nadużywania) „ja” unikam świadomie – dość często zdarza mi się np. wykreślać słowo „ja”, by nie za bardzo rozpychać się ze swoim Ego. Ze mnie żaden Gombrowicz, żeby pisać tak, jak on: „Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja, czwartek – ja.” Jemu ta bufonada uchodzi na sucho, mnie by poniekąd było za nią wstyd.
Ale rozumiem Pańską sugestię: radzi mi Pan wypowiadać się bardziej „osobiście”, konkretnie, osobniczo, indywidualistycznie… Wtedy nie będę tak „przezroczysty” i dla czytelnika nieuchwytny, bo niewidoczny. Jest to rada słuszna.

Uważa Pan, że słabością mojego rozumowania jest z góry przyjęte założenie: unikam skrajności, wybieram złoty środek. Coś w tym jest, bo ja rzeczywiście uważam „etyczną zasadę umiarkowania” – jak ją Pan nazywa – za mądrą, a tym samym za wartą uwagi i (przynajmniej) próby aplikacji we własnym życiu. Z tym, że ja dość często (zwłaszcza kiedy byłem młody) ulegałem właśnie skrajnościom i mijałem się zupełnie z jakimkolwiek złotym środkiem. Za co oczywiście płaciłem swoim zdrowiem fizycznym i psychicznym. W pewnym momencie mojego życia poszukiwanie umiaru (i znalezienie go) stało się wręcz warunkiem mojego przetrwania – zachowania, a nie utraty „zmysłów”.
Mój stosunek do tego zawarłem po części w eseju o poetach przeklętych. Zaś z miotaniem się między skrajnościami (ascetyzm – hedonizm, eksces – umiarkowanie, duchowość – materializm, być – mieć) starałem się rozprawić pisząc o książce Hessego Siddhartha.
Ale zdecydowanie zgadzam się z tym, że umiar i powściągliwość niekoniecznie wychodzi literaturze na dobre – że stosowanie tego w pisaniu zwykle sprawia, iż to pisanie jest blade, miałkie, mdłe i nijakie. Wiec mimo wszystko staram się tego unikać, czasem nawet uciekając się do prowokacji (co się mi pewnie udaje, skoro sam Pan Profesor zauważył, że w mojej książce zawarta jest „ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości”). I nie sądzę, że jestem jak ta rybka, która płynie z prądem, bo chyba często wypowiadam się „pod włos”, staję okoniem tudzież idę „pod prąd” obiegowym opiniom. Zawsze (przez to?) odczuwałem swoją „inność”.
Nie czuję jednak, że mój „umiarkowany konserwatyzm” czy „dyskretna antyoświeceniowość” krępuje moją swobodę pisania. Może tylko nadaje jej pewnego charakteru – bo ja naprawdę piszę to, co chcę.

Przywołuje Pan moje nawiązania do Sartre’a, Dostojewskiego, Kundery, Ciorana, Nietzschego… ale jednak nie jest Pan konsekwentny, bo z jednej strony zarzuca mi Pan, że moje sądy o nich są w swoim nietrafieniu (zarzutach?) zbyt daleko posunięte, z drugiej zaś – chwali mnie Pan za to, że kiedy się z nimi spieram (ewentualnie coś im tam wytykam) to od razu moje pisanie „nabiera rumieńców”.
Proszę zważyć na to, że charakter moich zapisków (ich forma) wyklucza jednak jakieś kompleksowe analizy twórczości tych pisarzy/filozofów. Często więc są to wtręty, czynione mimochodem uwagi, zaznaczenia, wskazania… Kiedy piszę, że Nietzsche czasem pisał bzdury, to nie są to czcze wymysły, tylko moje myśli i odczucia jakich doznawałem czytając niektóre jego rzeczy (proszę mi wierzyć, że cytatów – i argumentów – by mi tu nie brakło). Nota bene, to właśnie dlatego niektóre idee (wymysły) Nietzschego nie są brane dzisiaj na poważnie – podobnie jak rozległe obszary jego filozofii, która bardziej uważane są za literaturę, niż za asumpt do uznania ich za jakiś spójny filozoficzny system.
Zdecydowanie zaprzeczam, jakoby mój osąd Nietzschego był – jak Pan to nazwał – „mocno lekceważący”. Już sama uwaga, jaką poświęciłem Nietzschemu w swoim życiu, temu przeczy. Gdybym lekceważył wszystko, co on napisał, to nigdy by on w mojej świadomości nie zajął takiego miejsca, jakie tam ma. Podobnie jest z Cioranem czy z Dostojewskim.
A tak à propos nietzscheańskiego postulatu wytępienia gorszych ludzi i zastosowania cywilizacyjnego suprematyzmu Nadludzi: jestem jednak przekonany o tym, że potworność wyklucza mądrość. Historia ludzkości świadczy o tym, że wszelkie potworności jakie ludzie sobie wzajem aplikowali, zawsze uderzały w nich rykoszetem, ujawniając przy tym zwykle ich bezdenną głupotę – o okrucieństwie i etycznym skandalu nie wspominając.

To nieprawda, że „zbywam” Sartre’a i Gombrowicza „lekceważącym określeniem”, które Pan przytacza cytując moje zdanie: „W sumie – perspektywy to mało sympatyczne”. Należy wziąć pod uwagę kontekst, w jakim to zostało napisane. Odnosiło się bowiem do pewnego konstruktu myślowego i światopoglądowego, jaki oni stworzyli (wyłożyli w swoich książkach) – do ich fikcyjnych bohaterów i tez – a nie do nich samych. Nadmieniam, że jest to przecież stwierdzenie oczywistości, bo czyż to, co oni pisali, było sympatyczne?
Podobnie: ja nigdzie nie pisałem, że Kundera „nie zna ironii, żartu, kpiny”. Jeśli zasugerowałem coś podobnego, to odnosiło się to konkretnie do jego Nieznośnej lekkości bytu, która moim zdaniem jest mistrzostwem świata w konkurencji pt. „smętny pesymizm”. Tam wszystko jęczy a cała rzeczywistość skrzeczy. Żartu – tudzież humoru – nie ma tam za grosz. Na szczęście, w innych książkach Kundery jest już inaczej.

Czy literaturę mierzy się innymi miarami, niż życie?
To zależy jaką literaturę.
Oczywiste jest to, że kiedy mierzymy Władcę pierścieni Tolkiena, Harry’ego Pottera Rowling, fantazje Le Guin lub Sapkowskiego, czy też Opowieści z Narnii Lewisa, to trudno do tego przykładać werystyczne miarki (choć i tam musi przecież obowiązywać jakaś psychologiczna przynajmniej wiarygodność). Jednakże, kiedy autor – pod pretekstem fabuły i postaci przez siebie wymyślonych – przemyca do naszej świadomości zasadnicze tezy (filozofię) swojego postrzegania (jak najbardziej rzeczywistego już) świata, to zasadne jest moim zdaniem pytanie o to, czy są to postaci „życiowo prawdopodobne”. Bo jeśli takie nie są, to przenosimy się do świata fikcji i na pole jakichś ludycznych fantazji, którymi niezupełnie musimy się przejmować w naszym konkretnym życiu, zważywszy na ich „odlotowe” nieprawdopodobieństwo właśnie.

Natomiast słusznie Pan zauważył, że niekiedy to co piszę (recenzując np. film czy książkę) ma charakter moralnego osądu. Sam się na tym łapię. Ale to wynika z tego, że ja rzeczywiście – podskórnie, czy też raczej podkorowo – sadzę, że każda wielka literatura (a i ta mniejsza też) jest w swojej istocie (bardziej lub mniej ukrytym) moralitetem. (Czy może Pan temu z czystym sumieniem zaprzeczyć?)

Inny problem (dość chyba istotny): czy rzeczywiście wmawiam sobie to, że takie rzeczy jak np. Inkwizycja to nie było prawdziwe chrześcijaństwo, (podobnie jak np. stalinizm – czystki i gułagi, które były „błędami” i „wypaczeniami” prawdziwego marksizmu).
To zestawienie rzeczywiście jest kłopotliwe, niemniej jednak uważam, że zbrodnie jakie popełniał Kościół – jak również niektórzy jego „wyznawcy” – były zaprzeczeniem przesłania i nauk Jezusa z Nazaretu, a tym samym z prawdziwym „duchem” i ideą (etyczną obligacją) chrześcijaństwa niewiele miały wspólnego. To właśnie dlatego użyłem określenia chrześcijanie „nominalni” (czyli tylko „tak zwani”), którzy niejako uzurpowali sobie tę nazwę, pod sztandarem chrześcijaństwa dopuszczając się wszelkiej niegodziwości – często potworności właśnie.
Lecz zdaję tu sobie sprawę z pewnej słabości mojej argumentacji, bo przecież istotność nominalna też jest rzeczywista, może nawet definicyjna.

Jak Pan zapewne się zorientował, nie jest to książka typowa. W związku z tym nietypowa jest również jej kompozycja. Zapiski to siłą rzeczy miszmasz – kalejdoskop przeróżnych tematów, ale też i form. Mimo wszystko starałem się, aby to nie był bigos i w jakiś sposób chciałem uporządkować te notatki, tworząc coś w rodzaju sekwencji tematycznych (np. „ciąg” zapisków z podróży, dotyczących kina, sztuki, natury, Ameryki, miłości, przemocy, narcyzmu, Nietzschego… etc.) To była taka próba opanowania żywiołu – ujęcia chaosu w pewne ryzy i na swój sposób zsynchronizowane formy. Zdaję sobie sprawę, że trudno będzie czytać Zapiski tzw. „jednym cięgiem”. I one tak wcale czytane być nie muszą, tym bardziej, że często są one „gęste” jeśli chodzi o sens i znaczenie – wymagają jednak uwagi i czasu na ich przetrawienie. Można wiec do nich podchodzić „na wyrywki”. Bardziej koherentne formalnie są natomiast części na jakie został podzielony tom drugi: Artykuły, Lektury, Rozmowy… znalazła się tam nawet wkładka zawierająca moje próby – nazwijmy to – „poetyckie”. Wprawdzie tematyka tych tekstów jest bardzo różnorodna, to jednak łączą ją wątki, które przewijają się – w formie bardziej lapidarnej i esencjonalnej – w stanowiących tom pierwszy Zapiskach. Zaś jeśli chodzi o fabułę, to nigdy nie czułem się w tym mocny (nigdy zresztą tej formy nie próbowałem). Lepiej mi chyba wychodzi relacjonowanie historii, niż ich wymyślanie.

Kończąc ten mój elaborat, chciałbym jeszcze raz podziękować Panu za czas i uwagę poświęconą mojemu pisaniu, jak również za wszystkie uwagi, które były dla mnie czymś wielce inspirującym, pouczającym i cennym.

Z poważaniem,
Stanisław Błaszczyna

*  *  *

.