KARSKI

Jakim człowiekiem był słynny emisariusz? Czy dowiadujemy się tego z filmu Magdaleny Łazarkiewicz?

.

Jan Karski

Jan Karski

Magdalena Łazarkiewicz o intencjach jakie nią kierowały, kiedy zaczęła pracować nad swoim filmem o Janie Karskim: „Chodzi nam o to, żeby postać Karskiego przefiltrować przez wrażliwość współczesnego widza, pokazać go poprzez optykę młodych ludzi, realizatorów filmu o Karskim, którzy z różnych pobudek podejmują się realizacji filmu o nim, a stopniowo, coraz bardziej, ta realizacja zahacza się o ich własne życiowe wybory a dylematy współczesnego świata niebezpiecznie rymują się z realiami ‚tamtych’ czasów.”
Uważam, że pomysł był świetny. A jaki jest rezultat?
Film Łazarkiewicz tak naprawdę był realizowany jako telewizyjny spektakl teatralny, więc już sam ten fakt ma swoje konsekwencje – choćby w pewnej ograniczoności środków wyrazów, w sposobie gry aktorów, skrótowości i doborze wątków… etc. – bo to jest forma w zasadzie kameralna, utrudniająca nieco szerszy oddech (o fabularnym „rozmachu” nie może więc być mowy). Ale to wszystko nie determinuje przecież tego, że tak realizowany film nie może być dobry. Nie chodzi tu więc o kwestionowanie wyboru takich a nie innych środków formalnych – bo te jeszcze nie przesądzają niczego – a o ostateczny efekt.

„Karskiego” oglądałem z zainteresowaniem i już to świadczy na jego korzyść. Teraz się jednak zastanawiam nad tym, czy powodem tego była sprawna egzekucja tematu przez twórców filmu, czy też sam temat, bo przecież Karski jest postacią intrygującą, wręcz legendarną i niewątpliwie kontrowersyjną, a ponadto jego niezwykłe życie i działalność wiąże się z kwestiami, które dla mnie osobiście zawsze były ważne. Chodzi o faszyzm, komunizm i masowe ludobójstwo jako produkty zachodniej cywilizacji; dokonywanie przez ludzi moralnych wyborów w warunkach ekstremalnych, jakie kreuje wojna, obóz koncentracyjny czy też inne rodzaje niewolenia człowieka przez człowieka (wliczając to reakcję świata – zarówno zwykłych ludzi, jak i ówczesnych politycznych liderów – na Holokaust).

Narracja w filmie przebiega raczej płynnie, co moim daniem jest zasługą nie tylko dobrego scenariusza, ale i montażu. Wizualnie i dźwiękowo obraz wydaje mi się bez zarzutu, gra aktorska jest poprawna (choć nie przekonała mnie do końca kreacja Łukasza Simlata, aktora skądinąd wszechstronnego i utalentowanego, wcielającego się w postać Karskiego, być może dlatego, iż można ją było konfrontować na bieżąco z autentycznym Karskim pojawiającym się równolegle we fragmentach dokumentalnych włączonych do filmu). Wątek współczesny dość zgrabnie jest wpleciony w stopniowe odkrywanie Karskiego przez młodych ludzi, którzy chcą uchwycić istotę tego człowieka – jego osobowość, charakter i Tajemnicę – i przedstawić to w swoim filmie o nim. Wszystko to działa mimo pewnej schematyczności (można ją nazwać publicystyczną) w wyłuskiwaniu i akcentowaniu owych „dylematów współczesnego świata”, o jakich mówiła reżyserka filmu, odnoszących się np. „faszyzacji” polskich „narodowców”, do wojny na Ukrainie, do problemu uchodźców, czy nawet do zagranicznej polityki Stanów Zjednoczonej oraz faktycznego rozniecania i podsycania konfliktów zbrojnych w różnych rejonach świata przez Zachód.

Nic właściwie nie mam przeciwko temu misz-maszowi wypełniającemu film Magdy Łazarkiewicz, jednakże pewne zastrzeżenia budzi we mnie obraz Jana Karskiego, jaki pokazują nam na ekranie jego twórcy. Obraz, który niby jest nakreślony i widoczny, ale mało jednak (jak na moje oczy) wyraziście i przekonująco.
Być może jest w tym pewna konsekwencja, bo przecież na samym początku filmu widzimy, że nawet filmowy reżyser, który ma – nota bene z okazji Roku Jana Karskiego – nakręcić o nim film, chce z tego zrezygnować ponieważ, mimo przedarcia się przez wszystkie możliwe dokumenty i materiały o Karskim, nadal nie może uchwycić tego, kim Karski był naprawdę: czy był bohaterem i zwycięzcą, czy też człowiekiem, który poniósł fiasko, bo nie uratował ani jednego Żyda, ani nawet nie zabił żadnego Niemca (nigdy nie biorąc udziału w bezpośredniej walce z bronią w ręku). Muszę przy tym zaznaczyć, że te ostatnie argumenty, mimo, że były podnoszone przez samego – wątpiącego w swój sukces – Karskiego, do mnie nie przemawiają, ale uzasadnienie tego zajęłoby tu zbyt dużo miejsca.

Magda Łazarkiewicz (przypominam: siostra Agnieszki Holland, reżyserki filmu „W ciemności” również nawiązującego do Holokaustu) i współtwórca scenariusza Dominik Rettinger, skupili się wyraźnie na wątku żydowskim w misji Karskiego lecz musimy pamiętać, że nie tylko on był przedmiotem tej misji, o czym wyraźnie mówi w jednym ze swoich wywiadów sam Karski. Bowiem na sercu leżały mu także inne sprawy polskie: losy całego społeczeństwa, problem Polskiego Państwa Podziemnego, zagrożenie komunizmem, kwestia granic powojennej Polski i suwerenności naszego kraju. W pewnym sensie misja Karskiego została niejako „zawłaszczona” – głównie przez środowiska żydowskie w Ameryce i słynnego dokumentalistę Lanzmanna – sprowadzona do jednego tylko wątku: zagłady Żydów w Polsce i próby uświadomienia tej tragedii obojętnemu na nią Zachodowi. Zresztą, w taki rodzaj narracji dał się uwikłać sam Karski, który na dodatek zaczął usprawiedliwiać europejski porządek pojałtajski, przez co popadł w konflikt z Kongresem Polonii Amerykańskiej i samym Janem Nowakiem Jeziorańskim.

Tak więc, jest sporo sprzeczności w postawie (czy też raczej postawach) Karskiego, który miał tendencje do pewnej mimikry – przystosowywania się do zmieniającego się środowiska, do zmieniającej się historycznej narracji, czy wreszcie do mitologizacji samego siebie (wbrew temu, że werbalnie własną osobę umniejszał).
Wprawdzie ten, jak najbardziej potrzebny film Łazarkiewicz zdołał uniknąć pułapki uczynienia z Karskiego postaci „większej jak życie”, ubohaterowienia go ponad miarę (co w pewnym sensie by go odhumanizowało), to jednak nie do końca uczynił z niego pełnego człowieka, gdyż nie podjął kilku istotnych wątków jego życia oraz pominął pewne charakterystyczne cechy jego osobowości, które jednak rzucają się w oczy, kiedy oglądamy autentyczne zapisy wystąpień Karskiego. Zawsze jednak można do nich wrócić i postarać się samemu o poznanie i zrozumienie tego wyjątkowego człowieka. Wszak ostatnie zdanie zawsze należy do widza.

.

Jakie są reakcje prominentów na Zachodzie na horrendalne wieści, jakie Karski wiezie im z okupowanej Polski? (Kadr z filmu Magdaleny Łazarkiewicz: Jan Karski rozmawia ze Szmulem Zygielbojmem w Londynie)

Jakie są reakcje politycznych prominentów na Zachodzie na horrendalne wieści, jakie Karski wiezie im z okupowanej Polski? (Kadr z filmu Magdaleny Łazarkiewicz: Jan Karski rozmawia ze Szmulem Zygielbojmem w Londynie)

.

UWAGA: Film obejrzany w ramach rozpoczętego niedawno w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

O BOGACH WOJNY i nie tylko…

(rozmowa z Onibe)

Jedną z tych dobrych stron prowadzenia bloga jest to, że można czasami ciekawie z kimś porozmawiać. Pamiętam takie rozmowy prowadzone choćby z Kartką z podróży (TUTAJ), czy też z Telemachem (TUTAJ)… Jednym z najciekawszych rozmówców jest także Onibe, który zazwyczaj – jeśli już na to się zdecyduje – wnikliwie, inteligentnie i uważnie podchodzi do poruszonych we wpisach tematów, umieszczając pod nimi równie wnikliwe, inteligentne i ważne komentarze. Cenię je sobie szczególnie, bo inspirują mnie one do odpowiedzi, które same w sobie są próbą uporządkowania myśli, wyrobienia sobie jaśniejszej opinii, lepszego zrozumienia pewnych zagadnień – również przeze mnie samego. Uważam, że jako takie mogą one zaciekawić też innych Czytelników bloga, tym bardziej, że poruszają ważne sprawy dotyczące współczesnego świata i nas samych –  tak jak ta rozmowa poniżej, która odbyła się pod wpisem „Dalaj Lama i gwiazdy”. Zdecydowałem się ją tutaj przytoczyć, bo według mnie jest tego warta, a przecież mogła umknąć uwadze niektórym Czytelnikom – i zaginąć w przepastnych czeluściach internetu. Byłoby szkoda, gdyby tak się stało. Oto więc jej wskrzeszenie.

.

Zdzislaw Beksinski

.

ONIBE: Przyznam się, że kiedyś z pobłażaniem podchodziłem do hinduizmu, buddyzmu. Ktoś mnie zmotywował jednak do przemyślenia swojego stanowiska zadając kilka prostych pytań. Wyszło mi, że wyżej cenię religię chrześcijańską czy islam, bo są bardziej wojownicze, bardziej bezkompromisowe. Teraz już staram się nie mylić siły ze słabością. Wydaje mi się, że buddyzm i hinduizm mają w sobie wiele mocy – nigdy ich nie zaakceptowałem w pełni, nie odczuwam potrzeby zmiany religii, (która wszak jest tylko płaszczem bez większego znaczenia, jeśli człowiek opiera się na uniwersalnym rdzeniu etyki i moralności) lecz mam do nich wielki szacunek. I do Dalajlamy jako – jak to określiłeś – Bożego Szaleńca, człowieka, który może stanowić przykład i jest autorytetem. Zapewne nie tak kryształowym jak się może wydawać, ale mimo wszystko autorytetem.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Chodzi też o to, by nie mylić „wojowniczości” (czegoś, co uznajemy za wartość pozytywną) z ekspansywną i zaczepną agresją, która jest zazwyczaj pędem do destrukcji i dążeniem do podporządkowania sobie innych społeczeństw, celem osiągnięcia korzyści z ich eksploatacji. Myślę, że na tyle dojrzałem do tego, by poddać to ocenie etycznej, uznając to za zło (a pisząc językiem bardziej dosadnym: nikczemność).
Oczywiście, pamiętam czasy, kiedy będąc chłopcem, zauroczony byłem „wojowniczością” (Winnetou, Czterej Pancerni, Ivanhoe, John Wayne, Brudny Harry i inni), ale z czasem mi to przeszło. Wyrosłem z tego tak, jak się wyrasta z krótkich majteczek i zabaw „w wojnę”. I w końcu objawiła mi się cała paranoja krwiożerczych podbojów i wojennej destrukcji uosobiona choćby w megalomańskiej kreaturze Napoleona.

Dawno też przestałem utożsamiać (mylić) dobroć ze słabością. Wbrew moim młodzieńczym złudzeniom, uważam teraz, że to właśnie czynienie dobra wymaga częściej większej odwagi i siły, niż uleganie swojej „wojowniczości” i skłonności do agresji.
I właśnie na tym wyrósł buddyzm. Na tym też opiera się nauka jaką głosił Chrystus. Ty piszesz o wojowniczości Chrześcijaństwa, ale moim zdaniem, ta „wojowniczość” – podboje kolonialne, krucjaty, wojny religijne… etc. – to jest właśnie zaprzeczenie idei chrześcijaństwa i gwałtem na chrześcijańskim duchu – a tym samym z istotą prawdziwego chrześcijaństwa nie ma nic wspólnego. Podobnie jak zdegenerowane moralnie „występy” papiestwa na przestrzeni wieków – ci wszyscy kościelni nepoci i wielmoże byli tak naprawdę uzurpatorami Chrześcijaństwa, a nie jego wyznawcami i krzewicielami w duchu nauk Jezusa Chrystusa.
Ten tekst pisałem 17 lat temu. Do tego czasu zmieniła mi się nieco perspektywa z jakiej patrzę na pewne poruszone w nim kwestie, choć sam ich rdzeń pozostał chyba nienaruszony.
Nie sądzę teraz, że Dalajlama jest takim „Bożym Szaleńcem”. On w rzeczywistości jest człowiekiem silnym, o mocnej osobowości i mimo wszystko racjonalnym. I oczywiście – jest także człowiekiem, który popełnia błędy (takim błędem było np. zawierzenie Mao, ulegnięcie komunistycznej iluzji…), czasami wypowiada się niezbyt fortunnie, ulega czemuś, co kto inny mógłby nazwać idealizmem (choć w rzeczywistości jest realistą). Jednak generalnie Dalajlama zasługuje na to, by traktować go w pewnych sprawach jako autorytet. Innymi słowy – jest kimś, kogo warto słuchać.

O: Winnetou, podobnie jak inni bohaterowie Karola Maya, był pacyfistą. Nie lubił zabijać i nie zabijał, jeśli nie musiał. Może dlatego nie jest teraz zbyt popularny… Brudny Harry, choć był bardziej agresywny, to jednak też tępił zło i nikczemność. Brutalność rzadko kiedy podawana jest bez upiększeń i usprawiedliwień, to zresztą poważny problem naszej kultury. Zabawne co piszesz o Napoleonie – zawsze wydawało mi się, że jestem jedynym Polakiem, który ma negatywne zdanie o małym-wielkim kapralu. Co prawda, nasuwa się pytanie, kto był od niego lepszy? Król Prus? Car Rosji? No właśnie…

Zgodzę się, że akcje czynione pod sztandarem chrześcijaństwa nijak się mają do chrześcijańskiej ideologii. Ale gdybyś się przeszedł do kościoła to usłyszałbyś w nim długą listę nienawiści, co prawda nie pod kątem Turków czy Murzynów, ale określonych ludzi. Kościół zawsze udawał, że wierzy w coś innego niż czyni. Kto zatem gwałci kościół? On sam siebie, jak mniemam… i czyni to skutecznie od dwóch tysięcy lat. Pytanie: co jest obecnie prawdziwym chrześcijaństwem, skoro nie słowo niesione przez kościół? Czy prawdziwe chrześcijaństwo tkwi ukryte przed kościołem?
Zawsze warto słuchać kogoś, kto sugeruje nam byśmy byli lepsi, silniejsi, sprawiedliwsi.

StB: Konsekwentny (prawdziwy) pacyfista nie bierze udziału w walce i nie zabija. Ale to jest – jak na obecny stan naszej cywilizacji – idealizm. Ale czy utopia? Tego nie wiem. Choć czasami skłaniam się do niezbyt optymistycznego poglądu, że wojen (walki człowieka z człowiekiem) ludzkość nie pozbędzie się nigdy. Obym się mylił.
W sumie sądzę jednak, że cywilizacja bez wojen jest możliwa.
Napoleon o tyle był gorszy od innych władców, że swój pęd do podbojów i agresję najeźdźcy urzeczywistniał bardziej konsekwentnie – z pełną siłą i rozmachem, która do dzisiaj budzi podziw wielu ludzi. Dlaczego więc napisałem „gorszym”? Bo według mnie – zaznaczyłem to już wcześniej – podbój innych krajów w celu podporządkowania sobie zamieszkujących je społeczeństw i eksploatowania ich, jest złem. Tylko pokrętna etyka – albo zupełny brak etyki – może to usprawiedliwiać.
Oczywiście, że Napoleon robił też dobre rzeczy (ale to samo można powiedzieć o Hitlerze, czy Stalinie), ale jeśli tak bliżej przyjrzeć się epoce napoleońskiej – całemu temu ogromowi zniszczenia, cierpienia, nieszczęść i wzajemnego mordowania się uskutecznianego w niekończących się wojnach – z perspektywy zwykłych ludzi, obywateli ówczesnej Europy – to megalomańskie posunięcia małego kaprala z Korsyki, były szubrawstwem na ogromną skalę.

Ja już od dawna nie utożsamiam prawdziwego Chrześcijaństwa z Kościołem – który dla mnie jest tylko instytucją ludzką, a więc ułomną – ale oczywiście wierzę, że wśród „wiernych” Kościoła Katolickiego, jak również wśród samych księży, są ludzie, których można nazwać prawdziwymi Chrześcijanami.
W kierunku „prawdziwego” Chrześcijaństwa idzie według mnie papież Franciszek. Także wielu misjonarzy. Wielka szkoda, że w obrębie Kościoła Katolickiego dokonują się rzeczy, które dają pretekst wrogom tego Kościoła do walki z nim. Dzięki temu Zło w Kościele wydaje się przyćmiewać Dobro, a przecież – moim zdaniem – tak nie jest. Bowiem, mimo mojego dość luźnego związku z instytucją kościelną, jestem przekonany, że w naukach chrześcijańskich tkwią wielkie pokłady Dobra – coś, co może przynieść wszystkim ludziom wiele dobrego.

O: Chyba jednak Napoleon był lepszy od Stalina czy Hitlera. Ci dwaj smutni panowie byli jednak niemal wyłącznie mordercami, Napoleon mordował bo był dzieckiem swoich czasów – był synem Rewolucji. I epoka napoleońska, w przeciwieństwie do mrocznych czasów władztwa nazistowsko-komunistycznego pchnęła ludzkość do przodu. Zauważ, że to właśnie Napoleon wdrożył wiele rozwiązań umożliwiających powstanie nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego. To on był adwokatem równości obywateli wobec prawa (jego przepisy zniosły nierówną odpowiedzialność osób z różnych warstw społecznych za tą samą przewinę). I, mimo wszystko, zbudował fundament pod Europę bez królów i arystokratów. Za to go akurat cenię. Reszta, jak napisałem wcześniej, nie zasługuje na aż taki podziw. Był geniuszem wojskowości, ale jego taktyka bitewna to po prostu szafowanie ludzkim życiem.

W naukach chrześcijańskich oczywiście, że tkwią pokłady Dobra. Problem w tym, że ludzie którzy je głoszą, sami w nie nie wierzą lub nie chcą respektować tych założeń. Poza tym, o jakich naukach i prawdach mówimy? Nie zabijaj, nie kradnij, nie krzywdź, staraj się być sprawiedliwym… itd. itp. – do tego nie potrzeba żadnego kościoła, wszyscy to wiemy i akceptujemy, choć nie zawsze się do tego stosujemy. Decyzja o stosowaniu się lub nie, stanowi jednak indywidualną, suwerenną dziedzinę każdego człowieka. Kościół, z kolei, bardziej niż uniwersalnymi prawdami jest zainteresowany własną wizją moralności i etyki: chodź do kościoła, nie chodź w niedziele do sklepu, uprawiaj sex po ślubie i tylko w celach prokreacyjnych itd. Spojenie tych dwóch wątków w jedną, względnie spójną naukę kościoła powoduje, że nie akceptując pojedynczych punktów, przestajemy akceptować całość nauk.
Naukę Dalajlamy rozumiem prościej: uniwersalna moralność plus zgoda z własnym sumieniem. To mi odpowiada.

StB: Osoba Napoleona obrosła tak wieloma interpretacjami i mitami, że teraz trudno dotrzeć do sedna tego, kim w istocie był ten człowiek, czy zło przeważało w nim nad dobrem, czy też było odwrotnie? Ocena Napoleona zależy też od kryteriów, jakie przyjmiemy – od perspektywy z jakiej na niego spojrzymy.
Polacy zawsze gloryfikowali Napoleona, bo wydawało się, że sprzyja on aspiracjom wolnościowym Polski (choć oczywiście nie wynikało to z miłości do naszego kraju, tylko z planów strategicznych Napoleona wobec Rosji i Prus).
Jest on do tej pory oceniany krytycznie przez historyków z krajów, które były dawniej jego wrogami: Anglię, Niemcy, Rosję… (ze zrozumiałych raczej względów).
W samej Francji zrobiono z niego w końcu narodowe bożyszcze, mimo, że tak naprawdę, epoka napoleońska była dla tego kraju katastrofą (góry trupów i ludzi okaleczonych, utracone kolonie, obniżony status Francji na arenie międzynarodowej… etc.).
Naturalnie masz rację wskazując na to, że, koniec końców, epoka napoleońska pchnęła do przodu europejską cywilizację, choć są i tacy, którzy twierdzą, że wskutek zrujnowania przez wojny napoleońskie Europy, opóźnił się jej rozwój ekonomiczny, o pogłębionych antagonizmach między poszczególnymi państwami nie wspominając.
Ja to wszystko wiem, ale osobiście, oceniając Napoleona, stosuję wobec niego kryteria, że tak powiem, humanitarne. Ja mu jednak nie mogę zapomnieć tych sześciu milionów trupów, po których chciał się on wspiąć na szczyty władzy, realizując swoje megalomańskie, imperialne zapędy. Nie mogę też znieść tego jego EGO i za każdym razem, kiedy patrzę na ten jego napuszony, pawi portret (wykonany przez Ingresa – TUTAJ), to ogarnia mnie pusty śmiech.
Rzeczywiście, nie ma większego sensu zestawiać ze sobą takie postacie, jak Napoleon, Hitler i Stalin. Już choćby dlatego, że każdy z tych władców reprezentował inny system, a na dodatek Napoleon żył w zupełnie inne epoce. A jednak znaleźli się w XX wieku całkiem poważni historycy, którzy nie wahali się porównywać Napoleona z Hitlerem.
Tak, tak… Napoleon był pod pewnymi względami genialny, ale podziw dla jego geniuszu nie powinien wpływać na etyczną ocenę tej postaci. Nawiasem mówiąc, o „wielkości” Napoleona i jemu podobnych popełniłem kiedyś tekst („Wielkości urojone”). Pod wpisem tym odbyła się zresztą wtedy ciekawa dyskusja.

A wracając do spraw etycznych. Według mnie nie istnieje coś takiego, jak „uniwersalny rdzeń etyki i moralności”, a i do „uniwersalnych”, czyli absolutnych prawd nie mamy chyba dostępu (za pomocą nauki poznajemy tylko – czy też usiłujemy poznać – prawa rządzące postrzeganym przez nas światem).
System etyczny jest funkcją rozwijającej się (i zmiennej) cywilizacji – w każdych więc warunkach obowiązuje inna moralność, która jest niczym innym jak rodzajem umowy społecznej – czyli czymś zmiennym, a więc chyba jednak nie „uniwersalnym”.
Moim zdaniem Universum jest a-moralne – czyli nie ma w nim podziału na Dobro i Zło. To są bowiem wartości ludzkie (stworzone przez ludzi), czyli nie uniwersalne.

O: Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że nie istnieje uniwersalna etyka. Pojęcia takie jak dbanie o życie (nie tylko swoje ale i cudze), uczciwość… itd., wpisują się właśnie w taką kategorię. Nie twierdzę, że wzięły się znikąd, wręcz przeciwnie: religie miały swój udział w ich kształtowaniu. Ale obecnie są to pojęcia ponad religijne. Oczywiście możemy wprowadzić utrudniacz w postaci teoretycznej społeczności wyznającej śmierć zamiast życia i wierzącej, że zabijanie jest dobre, życie jest złe. Aby nie wpaść w widełki absolutyzmu etnocentrycznego musielibyśmy zarezerwować na taką okoliczność jakieś wątpliwości. Z drugiej strony, może jest ze mnie prymitywny człowiek, ale niezabijanie jest dla mnie bardziej absolutne niż zabijanie. Choć, jak już zauważyłeś, nie wierzę w świat bez zabijania. Niestety.

Co do Kaprala. Panujący w Polsce mit napoleoński to właśnie mit. Bardzo, bardzo odrealniony. Tak naprawdę, choć Napoleona uwielbiamy (trafił nawet do naszego hymnu… rzecz niezwykła) to nie za to co trzeba. Nie za wpływ na rozwój cywilizacji, nie za postępy prawne i społeczne, ale za bardzo kuriozalne wsparcie dla sprawy polskiej. A przecież nawet umiarkowanie nie-naiwni ludzie zdają sobie sprawę z faktu, że Napoleon miał Polskę głęboko gdzieś. Dla niego Polska była peryferyjnym krajem (nawet nie krajem, ale kolonią Rosji), który dało się instrumentalnie wykorzystać i tyle. Ciekawie piszesz o postrzeganiu Napoleona przez Francuzów: w tym przypadku jednak nad zapaść ekonomiczną i ogromne straty społeczne Francuzi cenią chwilę dumy i chwały, bo przez kilkanaście lat mieli u stóp niemal cały świat. W dodatku Napoleon, w przeciwieństwie do Welleseya, określany bywa Bogiem Wojny i uchodzi za największego stratega od czasów Aleksandra Wielkiego. W jednym są sobie równi: ich osiągnięcia polityczne i zdobycze terytorialne okazały się bardzo nietrwałe, w przeciwieństwie do pozostawionych przez nich kultów własnej osoby.

StB: Nasze nieporozumienie z tzw. „uniwersalną” etyką bierze się stąd, że ja traktuję ją w sposób absolutny, czyli odnosząc się do Universum, w którym moim zdaniem nie ma ani Dobra, ani Zła w znaczeniu immanentnym; Ty zaś bardziej – że tak się wyrażę – lokalnie, antropocentrycznie. Bo rzeczywiście w różnych kulturach wydają się obowiązywać podobne zasady i wzorce moralne.
Czy w Naturze istnieje coś takiego, jak „uniwersalna” etyka? Moim zdaniem – nie. Możemy tylko mówić ewentualnie o tzw. prawie naturalnym, (które, nota bene, nie jest tożsame z prawem tworzonym przez człowieka, mało tego: człowiek dość często prawu naturalnemu się sprzeciwia, czy też raczej chce się sprzeciwić – i być może właśnie ta opozycyjność jest jednym z głównych źródeł ludzkiej kultury).
Jeśli się przyjrzeć Naturze, to wydaje się w niej obowiązywać jedna „uniwersalna” zasada: chroń swoje geny, staraj się utrzymać przy życiu, zabijaj wtedy, kiedy przyniesie ci to korzyść (zachowa twoje geny, umożliwi ci dalsze życie, przekazanie twoich genów dalej…) To dlatego w świecie przyrody panuje jeden wielki festiwal zabijania – wojna wszystkich ze wszystkimi, którą bardziej eufemistycznie nazywamy rywalizacją, czy też konkurencją.
No, ale przecież istnieje też coś tak jakiego jak kooperacja, symbioza, wzajemne wspieranie się (przedstawicieli tego samego gatunku, rodu, społeczności…)

A wracając do Napoleona: sam widzisz, jak wielką rolę w ocenie jego postaci odgrywa mit. A Bonaparte doskonale potrafił zadbać o – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – PR: był doskonałym propagandystą i kreatorem własnego image. Zaprzągł do tego najwybitniejszych artystów swojej epoki, kupując też swoich apologetów wśród ludzi pióra – a prasa była już wówczas całkiem dobrze rozwinięta.
Wybacz, ale jeśli osiągnięcia polityczne (a nawet zdobycze terytorialne) jakiegoś władcy okazują się nietrwałe w przeciwieństwie do kultu jego osoby, to jak to o nas – ludziach oceniających tego władcę z perspektywy czasu – świadczy? Niezbyt dobrze. Bo kult ten wyrasta tu z atawizmu, jakim jest nasze uwielbienie i respekt dla siły – i to bez względu na to, czy została ona użyta w sposób moralny, czy też nie. (Kto by się tam teraz przejmował sześcioma milionami trupów jakie zostawiły wojny napoleońskie, skoro Napoleon Wielkim Wodzem – i Bogiem Wojny – był? A ponadto chciał ponoć pomóc Polsce)
To nie znaczy, że ja jestem ślepy na to, co dobrego zostawił Napoleon Europie (kodeks, podwaliny nowoczesnego państwa obywatelskiego, ciosy zadane coraz bardziej zepsutemu systemowi monarchistycznemu) – bo i to jest faktem. Tyle że w moich oczach przyćmionym jego imperialną megalomanią i szafowaniem ludzkim życiem – tym wszystkim, co w końcu spowodowało jego klęskę.

O: Małe nieporozumienie. Ja nie o prawie naturalnym mówiłem. Zauważyłeś zapewne, że natura mnie fascynuje i chętnie ją podglądam – vide mój blog makro. Obserwując owady i ucząc się o nich dawno już uświadomiłem sobie, w stanie jak bardzo intensywnej wojny żyją miliony gatunków. Masz o tym pojęcie, tak jak każdy, ale zaufaj mi na słowo: wgryzając się w ten świat bardziej i tak byłbyś zaszokowany, bo ta wiedza – w gruncie rzeczy oczywista – przekracza po wielokroć wszystko to, do czego przywykliśmy…

Trupy nie przeszkadzają w gloryfikacji jednostek. Napoleon wszak walczył z monarchistycznym zepsuciem (szło mu tak dobrze, że sam stał się monarchą – jakże zadziwiająca ironia losu, prawda?). Lincoln jest w pewnym sensie odpowiedzialny za dewastację południa i ogromne ofiary cywilne i wojskowe. Z drugiej strony, taki Chamberlain zachował czyste ręce wygrywając pokój dla swoich czasów i przesuwając w rachunkach na późniejsze lata ponad 30 milionów trupów.
Napoleona lubię przeciwstawiać Wellingtonowi, który go ostatecznie pokonał. Geniusz kontra warsztat. Bonaparte znalazł godnego przeciwnika na polu walki, ale w jego czasach zabrakło odpowiednio wielkich przeciwników na scenie politycznej – zastanawiam się czy te 6 milionów zabitych to efekt takiej próżni (obraziliby się na mnie wielbiciele caratu) czy odwrotnie, gdyby przeciwko Napoleonowi stanął ktoś będący połączeniem Pitta i cara Aleksandra, to skończyłoby się na wyludnieniu Europy i regresie cywilizacyjnym? Zauważ, że Francja, mimo wszystko, podniosła się dość szybko.

StB: Musi być więc w nas jakiś stadny instynkt zatracenia, skoro tak łatwo dajemy się prowadzić na rzeź, i nawet miliony trupów (traktujemy się wtedy jak insekty) nie powstrzymują nas przed uwielbieniem dla tych, którzy nas na tę rzeź prowadzą. Jest w człowieku jakiś mechanizm, który w takich sytuacjach wyłącza mu mózg i powstrzymuje od racjonalnego myślenia (ogłupienie). Pęd do destrukcji, ukryta krwiożerczość, skrywający się w nas drapieżnik i zabójca? Oczywiście, my wolimy mówić o „męstwie”, wojowniczości, bohaterstwie… I kiedy pędzimy do walki, zalewa nas adrenalina, stajemy się zwierzęcym automatem, bez wyobraźni, posłusznym rozkazom, wypranym z wszelkiej etyki. Dochodzi do tego konformizm (bo w stadzie lepiej jest robić to, co robią inni), strach przed siłą, która ma nad nami władzę (bo lepiej nie ryzykować sprzeciwu), perspektywa łupów…
A potem, tym którzy przetrwali, też przydaje się brak wyobraźni (tak naprawdę nie możemy dziś sobie wyobrazić… nie dociera to do nas, czym było Borodino, Verdun, Stalingrad, Powstanie Warszawskie…) i amnezja (prawdziwe ofiary zamieniają się w statystykę, tragedie – w daty i historię). Więc po jakimś czasie znów jesteśmy gotowi na powtórkę z rozrywki.

O: Pięć śmierci to tragedia, milion to statystyka. Niestety, coś w tym jest. Nasz umysł nie potrafi ogarnąć takich skali, więc przetwarza je na informacje abstrakcyjne. Na suche dane, których nie potrafimy połączyć z rozumianą przez nas tragedią jednostek. Innymi słowy, nasz umysł nie pozwala na multiplikację rozumienia cierpienia. Poziom empatii zatrzymuje się w strefach dwucyfrowych, dalej nie idzie.
Dla mnie najlepszym przykładem zdrady ideałów jest pierwsza wojna światowa i zachodni front. Posyłanie hurtem setek tysięcy ludzi na karabiny bez nadziei, że to coś zmieni. Dowódcy, którzy to czynili powinni zawisnąć. Nota bene czytałem kiedyś – nie potrafię sobie przypomnieć gdzie, ale pracuję nad tym – że druga wojna światowa była w gruncie rzeczy zemstą weteranów. Była wymyślona przez ludzi w mundurach, którzy w pierwszej wojnie światowej byli rzucani tysiącami na stos, podczas kiedy cywile byli na ogół bezpieczni i nie uświadamiali sobie tego, co działo się nad Sommą, pod Verdun itd. Druga wojna światowa była bardziej egalitarna: dotknęła wszystkich bez wyjątku. I może dlatego, póki co, nie ma trzeciej…

StB: „…nasz umysł nie pozwala na multiplikację rozumienia cierpienia.” Innymi słowy: brakuje nam wyobraźni empatycznej. Zresztą, tu nie tyle chodzi o empatię, co o brak wyobraźni w ogóle.
Poza tym łudzimy się, że tragedia jaka spotkała miliony ludzi, nas akurat nie dosięgnie. Albo, że nas w ogóle nie dotyczy. To dlatego, gdy to wszystko staje się naszym udziałem, otwieramy szeroko zdziwione oczy i nie możemy uwierzyć, że oto i my jesteśmy w samym środku szamba (akurat tutaj mówimy o szambie wojennym).
Były różne próby ustalenia nieuświadomionych przyczyn II wojny światowej. Znaleźli się i tacy, którzy mówili o zbiorowym samobójstwie Europy. Jeśli tak, to można się zastanowić, co z kolei było przyczyną tego samobójstwa? Może zupełny rozpad porządku państwowego i społecznego, który do tej pory (a ściślej: do XVIII w.) był normalizowany z namaszczenia Boga – a tego przecież w XIX wieku uśmiercono? Nagle okazało się, że wolno wszystko, a ludzie takiej wolności nie mogą jednak znieść (unieść).

O: Myślę, że przyczyną główną drugiej wojny światowej był kolaps systemu politycznego, który wykreował dużą próżnię i nie był w stanie nią zarządzać. Konkurencyjny „koncert mocarstw” z lat wcześniejszych działał sprawniej, bo miał jasno określone cele i odpowiednie do ich realizacji środki. Europa międzywojenna sama nie wiedziała czego chce. Liga Narodów okazała się wydmuszką, która dała nadzieję słabszym państwom, ale w gruncie rzeczy nie miała czym tych nadziei pokryć. Anglia i Stany Zjednoczone jako jedyne państwa mogły spacyfikować sytuację w punkcie wyjścia, ale nie były tym zainteresowane, bo w owym czasie ich priorytety były inne.
Czy była to kwestia wolności? Raczej nie… bo tej wolności nie było zbyt wiele. III Rzesza demokracją nie grzeszyła, Polska też nie (choć była już ideałowi bliższa), Rosja… wiadomo. Stalin doszedł do władzy po trupach, nie w ramach procesów demokratycznych, czyli nie wolność go wniosła w mury Kremla. Hitler nieco lepiej wykorzystał mechanizmy demokratyczne, ale jego ultima ratio okazały się rozmaite koszule, w owym czasie głównie brunatne.

StB: Nie zrozumieliśmy się z tą „wolnością”. Ja uważam, że człowiek nadal pozostawał zniewolony tak jak zawsze, tylko mu się raptem WYDAŁO, że jest wolny i że może wszystko, począwszy od wypełniania historycznej misji, manipulowania ustrojem, po decydowanie o własnym przeznaczeniu. Zawierzenie ROZUMOWI, wbrew pozorom, zaczęło często sprowadzać człowieka na manowce (ot, choćby Rewolucja Francuska z jej morderczym chaosem; niepohamowana industrializacja i związany z nią imperializm…), bo jednak nie mógł on unieść nagle odsłoniętej przed nim omnipotencji, (która zresztą była złudna).
Przecież całe „masy” zaczęły się (na przełomie XIX i XX wieku) „buntować” (pisał o tym choćby Ortega y Gasset w swoim słynnym eseju „Bunt mas”) – z tych samych względów zapragnęły właśnie wolności, której później nie mogły udźwignąć, co wepchnęło je w totalitaryzmy: zarówno komunistyczny, jak i faszystowski. Innymi słowy: dążąc do wolności same się zniewoliły, bo aspiracje przerosły jej możliwości.
Pisząc o przyczynach „samobójstwa” Europy (I i II wojna światowa), nawiązałem do aspektów, że tak powiem, filozoficznych i psychoanalitycznych – do tego co było raczej mało uświadomione. Nie pisałem o przyczynach politycznych, bo te dość wyraźnie zostały zbadane, wyartykułowane i przedstawione – nawet jako oczywistość: upokorzenie Niemiec przez traktat wersalski, agresywna, imperialno-rasistowska polityka Hitlera, słabość i niezdecydowanie koalicji anty-hitlerowskiej, obawa przed komunizmem… etc. To wszyscy wiedzą i raczej nikt z tym nie polemizuje. Ale to jest powierzchnia, ewidentna naoczność – chodzi o to, by dotrzeć do przyczyn głębiej osadzonych w ludzkiej psychice, tych „podskórnych”, nieuświadomionych – bo to one najczęściej, jak mi się wydaje, powodują ludzkim działaniem.

O: Rozum i wolność to filary nieba i raju, ale zarazem autostrady do piekła. Wolność jest błogosławieństwem i przekleństwem. Rozum zaś daje człowiekowi siłę, będąc zarazem jego głównym wrogiem.
Oprócz rozumu i wolności, jako element układanki określił bym także wielkość populacji. Bo to ona w ostatecznym rozrachunku dała miliony trupów zamiast tysięcy. Plus technologia, niekoniecznie tylko ta wojenna.

StB: Doskonale to ująłeś. To są właśnie te paradoksy człowieka par excellence: to, co nas ratuje może też być powodem naszej zguby. Tutaj możemy stworzyć długą listę: biotechnologia, genetyka, automatyzacja, industrializacja, zbrojenia, globalizacja, internetyzacja… itd. Czasami mam wrażenie, że świat i warunki w jakich człowiek musi żyć (wliczając w to jego genetyczne zdeterminowanie i podległość Naturze) są dla niego pewnym rodzajem pułapki, z której nie sposób jest się uwolnić.
To prawda, wzrost ludzkiej populacji – jak również produkcja coraz bardziej zabójczych „broni” – walnie przyczyniły się do wzrostu liczby ofiar wojny. Podobno procentowo nie mordujemy się na większą skalę, niż (niektóre) społeczeństwa prymitywne (np. w dorzeczu Amazonki pewne plemiona, mimo, że nie prowadzą regularnych i zorganizowanych wojen – ponadto dysponując jedynie dzidami, łukami i kamieniami – potrafią wymordować się wzajemnie w 30 – 50 %). Ot, człowiek jest drapieżnikiem – wystarczy spojrzeć na nasze kły i pazury.

O: Niejedna wojna toczona przez naszych królów wiązała się ze stratami procentowo porównywalnymi ze współczesnymi bestialstwami. Mam wrażenie, że żyjemy jednak pod coraz większą presją – tak bardzo szukamy absolutu, postępu i szczęścia, że podnosimy wysokość kosztów uznawanych za warte poniesienia. Przeraża mnie  – u wszelkiej maści fundamentalistów – sposób w jaki traktują ludzi myślących inaczej: odbierają im właściwie ludzkość, traktują jak szkodniki, przedmioty, śmieci do usunięcia…

StB: Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to co jeszcze nie tak dawno wydawało się nam pewną gwarancją stabilności i kursu świata w dobrą stronę – a więc wolny rynek, zdrowa ekonomiczna konkurencja wolna od dogmatycznych, ideologicznych nawisów i obciążeń, fundamentalistycznego religijnego fanatyzmu… – też przestało się sprawdzać, skompromitowane choćby przez przekręty i chciwość światowej finansjery w ostatniej dekadzie (powiedzenie „masz jak w banku” nabrało przez to diametralnie innego znaczenia) oraz przez kapitalizm bez ludzkiej twarzy, czyli traktujący ludzi przedmiotowo, niczym towar, który trzeba wszystkim „maluczkim” za wszelka cenę wcisnąć. Rozwarstwienie klas (przepaść między wąską grupą ludzi posiadających olbrzymie środki – a tym samym władzę – a tzw. „klasą średnią”, która cały czas się kurczy, podczas gdy zwiększa się zasięg biedy, a więc liczebność klas niższych) pogłębia się ostatnio w tempie zastraszającym, podobnie jak ilość ludzi „zbędnych” czyli takich, którzy nie mają co ze sobą zrobić (cała rzesza młodych ludzi bezrobotnych)… Nie, historia wcale się nie skończyła (na ustroju liberalno-demokratycznym, jako najlepszym z wszelkich możliwych, jak zbyt optymistycznie ogłosił to przed kilkunastoma laty Fukuyama) i zapewne ludzkość zafunduje sobie jeszcze niejedną bolesną niespodziankę… na drodze nie wiadomo dokąd.

O: Nie istnieje coś takiego jak wolny rynek. Nie twierdzę, że wolny rynek w czystej postaci uzdrowiłby świat, ale obecna forma układów rynkowych jest dość chora. Kapitalizm bez ludzkiej twarzy… cóż, niestety, to akurat występuje w nadmiarze. Oczywiście zależy co rozumiemy jako „bez ludzkiej twarzy”, bo wiadomo, że aby przetrwać na rynku trzeba najpierw pieniądze zarabiać, a dopiero później wydawać (na ogół, poprzez „ludzką twarz” rozumie się rozdawnictwo).
Przydałoby się więcej średniej klasy, to fakt, ale klasy świadomej, inteligentnej. A nie buców, którzy za pierwsze zarobione pieniądze kupują mercedesy i chodzą z głową w chmurach. Klasa średnia bardzo chce być klasą wyższą, a że nie może przeskoczyć realnej przepaści materialnej, nadrabia miną i chamstwem. Teoretycznie sam jestem przedstawicielem tej klasy, ale raczej nie jestem zadowolony z tego co widzę wokół siebie…
Historia się nie skończyła, sam Fukuyama to w końcu przyznał. Umarło także kilka nowszych modeli geopolitycznych, obecnie panuje chaos. Wszystkiego możemy się spodziewać i nic nie jest pewne…

StB: Nic nie jest pewne… I nic nie jest wolne – oprócz wolności absolutnej. No ale ta jest nam niedostępna.
Określenie „wolny rynek” miało jakiś sens na początku, ale później stało się tylko językową kalką, a i przykrywką do tego, by ci silniejsi na rynku (nieważne w jaki sposób swoją dominująca pozycję zdobyli) dyktowali swoje warunki słabszym, nie zawsze przecież fair. Dzięki temu umacniał się tylko społeczny darwinizm, ale to inna śpiewka.
Innymi słowy, wraz z rozwojem korporacyjnych gigantów, (jak również z idącą za tym globalizacją) „wolny rynek” przestaje funkcjonować, stając się swoistą dyktaturą.
Pisząc o „kapitalizmie z ludzka twarzą” nie miałem na myśli „rozdawnictwa”, tylko bardziej sprawiedliwy podział wypracowanych dóbr, a pisząc prościej: zapewnienie ludziom zatrudnionym przez „kapitalistów” godziwej wypłaty za ich pracę. Ponadto, zysk nie może być „bogiem”, czymś ważniejszym od samego człowieka – również i ekonomia powinna być podporządkowana jakiejś etyce, jak również uwzględniać potrzeby socjalne społeczeństwa. Chodzi mi z grubsza o wypracowanie czegoś w rodzaju złotego środka między kapitalizmem a socjalizmem (jeśli przyjmiemy, że pojęcia te jeszcze się nie zdewaluowały – i że coś takiego jest w ogóle możliwe).

Coś mi się wydaje, że piszesz o klasie średniej, tak jak ją widzisz w Polsce. A tam rzeczywiście trudno mówić o kulturze klasy średniej – raczej o jej braku. Bo nie można tej kultury wypracować, czy też stworzyć w pół pokolenia – zwłaszcza jeśli ma się za sobą obciążenia mentalnością peerelowską, a na sumieniu – wszystkie grzechy popełniane przez nuworyszostwo (życie ponad stan, pozerstwo, wpatrzenie we wzory o wątpliwej jakości, arogancja, zakompleksienie a jednocześnie zarozumiałość, zwykłe chamstwo…).
W Europie Zachodniej, jak również w Stanach klasa średnia jest jednak – en masse – inna. I osobiście ubolewam, że jeśli chodzi o tę amerykańską, to ona się teraz kurczy (bo jednak pozostaje prawdą to, że zamożność kraju/państwa mierzy się zamożnością klasy średniej). Ponadto, im klasa średnia jest bogatsze, tym większa stabilizacja danego kraju. To są rzeczy oczywiste. (Abstrahuję od tego, że każda klasa średnia jest obciążona – w mniejszym lub większym stopniu – pewnym filisterstwem.)
Nic nie jest pewne… to fakt (nic nie jest pewne – oprócz śmierci i podatków, jak mówił Benjamin Franklin). Ale tak naprawdę nigdy nic pewne nie było. W tym jednak zawarty jest zarówno fatalizm (paradoksalnie, bo przecież fatum oznacza pewną nieuniknioność), jak i nadzieja (wbrew fatalizmowi – żeby było śmieszniej).

O: W sprawie ludzkiej twarzy kapitalizmu – jako anonimowa osoba mogę napisać co mi ślina na język przyniesie, więc zdaję sobie sprawę z tego, że moje słowa nie muszą być traktowane jako święta prawda. Mimo to powiem Ci, że staram się u siebie, w swojej niewielkiej firmie, stosować w miarę możliwości zasady „ludzkiej twarzy”. Wątpię jednak, by któryś z moich pracowników był zadowolony i by któryś mnie chwalił, bo dla nich pensja jest zawsze za mała. Zresztą, ja to rozumiem i nie mam do nich żalu. Przykro mi jest, że nie mogę dać więcej, a moje zarobki są dopiero na czwartym miejscu w mojej własnej firmie (żaden mój pracownik nigdy w to nie uwierzy, nota bene).(…)

Wolny rynek to pic na wodę, ale i konkurencja ze strony gigantów korporacyjnych schodzi na drugie miejsce wobec tego, co robi państwo. W takim układzie nigdy nie nastąpi polepszenie sytuacji.
Dodam jeszcze jedną rzecz: ludzie zapominają, że aby lepiej zarabiać, trzeba trochę inaczej wydawać pieniądze. Przemysł całej Europy ledwo zipie, bo przeciętny Kowalski – ten sam, który chciałby dostać jakąś podwyżkę w pracy – zamiast kupić produkt polski, niemiecki czy angielski skusi się na chiński. Mały handel pada, wzrasta ilość marketów… Nie można nikomu nic zabronić, ale odrobina zdrowego rozsądku podpowiedziałaby ludziom, że nie żyją w próżni, ich wybory kształtują rzeczywistość. Tymczasem dominuje „chcizm”: ja chcę podwyżkę, ja chcę tego, ja chcę owego. Ja nie chcę za to płacić. Niech płaci „ono” – państwo i „oni” – źli kapitaliści. Dramat.

Złoty środek pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem? Musielibyśmy doczekać się rynku, w którym jest równowaga pomiędzy producentem, handlowcem a konsumentem. Rynek konsumenta zawsze i wszędzie doprowadzi do konkurencji cenowej, która w ostatecznym rozdaniu zepchnie pracowników do roli niewolników, którym zwyczajnie nie będzie z czego płacić.
Masz rację pisząc, że średnia klasa zapewnia stabilność. Choćby z tego powodu, że średniacy rekrutują się z dołów. Im więcej klasy średniej, tym mniej dołów, a zatem mniejsze prawdopodobieństwo rewolty. Brak klasy średniej to też brak nadziei: bo kto może mieć nadzieję, że z pucybuta awansuje na milionera? Łatwiej już otworzyć małą firmę, zatrudnić kilku innych pucybutów i wczołgać się do klasy średniej, prawda?
Gospodarka… głęboki temat. To co napisałem powyżej to właściwie westchnienia i okrzyki żalu. Problematyka współczesnych gospodarek jest tak szalenie skomplikowana, że nawet nie wiadomo od czego zacząć analizę…

StB: No tak, ale Ty piszesz o małych firmach (czyli o skali mikro), ja miałem na myśli wielkie korporacje, które dysponują ogromnymi możliwościami finansowanymi i które de facto dyktują warunki produkcji, zatrudnienia, dystrybucji, sprzedaży… – mają decydujący wpływ na rynek konsumencki, kreując np. popyt (reklama), styl konsumpcji, trendy…
Pisząc to miałem ponadto na uwadze sytuację w Stanach Zjednoczonych, gdzie ma miejsce coraz bardziej pogłębiająca się i szalona już teraz dysproporcja między zarobkami tych, którzy są na topie zarządzania (właściciele, CEOs) a szeregowymi pracownikami, których pensje są groszowe i nie wystarczają na godziwe życie, czyli na zaspokojenie podstawowych potrzeb – do tego stopnia, że ci ludzie zmuszeniu są korzystać z tzw. food stamps, czyli z kuponów żywnościowych, nota bene fundowanych przez rząd z naszych podatków (dość głośna ostatnio sprawa pracowników Walmartu – korporacji, która jest największym pracodawcą na amerykańskim rynku – ale tu chodzi nie tylko o Walmart, w takiej samej sytuacji są miliony innych pracowników zatrudnianych prze wielkie firmy i korporacje).
Być może w Europie państwo się bardziej szarogęsi, ale jeśli chodzi o globalną skalę, to coraz bardziej wielki kapitał korporacyjny zaczyna wpływać na politykę państw, dyktując warunki i ustalając reguły gry. Tak jest już w Sanach Zjednoczonych, bądź co bądź nadal największej potędze gospodarczej świata, gdzie korporacje mają w swoich kieszeniach większość polityków, wpływając przemożnie na politykę państwa.
A Chiny? Może się nam wydawać, że tam państwo ma decydujący głos, ale to jest złudzenie, bo owo chińskie „państwo” bardziej jest teraz (robiącą interesy) jedną gigantyczną korporacją, niż państwem.

O: Masz niestety rację. To proces globalny, nie uzasadniony ani dobrem społeczeństw, ani poprawą kondycji gospodarek. Zresztą, o współczesnej gospodarce coraz pewniej można mówić, że ma charakter syndykalny, choć jest to syndykalizm ukryty, pozornie wręcz niezgodny z prawem, które jednak jest fasadowe.
Różnice pomiędzy zarobkami są większe w USA niż Europie. Pamiętam jeszcze ze studiów, kiedy zajmowaliśmy się kulturami kapitalizmu, że w USA różnica pomiędzy zarobkami CEO a szeregowca jest wyrażona w liczbie trzycyfrowej (częściej będzie to zapewne okolica stukrotności niż większa). W Europie różnice są o jeden rząd mniejsze. Ale i tak są duże, często nieuzasadnione.
Duży może więcej, niestety. Bolączką demokracji jest to, że w ostatecznym rachunku nie broni przed agresorami: ci mają po swojej stronie tłum, który kupują sobie na miliony sposobów, de facto na koszt tego tłumu. Kiedy korporacja buduje nową fabrykę dostaje zwolnienie z podatku, miasto lub gmina na swój koszt budują drogę wysokiej klasy, podciągają media i otaczają ochroną przed własnymi instytucjami. Kiedy buduje się mała firma, to drenuje się ją jak mleczną krowę. Ale tłum popiera taką politykę, bo w ten sposób za marnych parędziesiąt milionów euro powstaje kilka miejsc pracy…

StB: Właśnie, nauczono się doskonale manipulować tłumem (społeczeństwem, „masami”) – wykorzystując zarówno indywidualne skłonności człowieka, jak i jego zachowanie stadne.
W sumie – w skali cywilizacyjnej – zawsze mamy to, na co sobie zasłużyliśmy.

O: Niestety, niestety…

greydot

Ilustracja: Zdzisław Beksiński (bez tytułu).

AMERYKA (szkice)

*

*

Amerykański kontynent zawsze był dla wychodzącego mu na spotkanie człowieka kanwą, na jakiej tkał on w swojej wyobraźni mity pozwalające mu oswoić pustkę niezmierzonej i niedającej się ogarnąć okiem przestrzeni, nadawać sens tułaczce i krzesać nadzieję, dzięki której można było bez większej grozy patrzeć w przyszłość – na to, co czekało go na tej ziemi nieznanej, obiecanej mu przez bogów, czy też tylko owych bogów – bardziej lub mniej fałszywych – proroków. Czy głównym motorem była tu potrzeba wolności, czy też chciwość; złudna nadzieja powrotu do Edenu, czy choćby tylko poszukiwanie lepszego życia; awanturniczy zew przygody, a może po prostu konieczność? W każdym przypadku, człowiek, który się tu znalazł, musiał się zderzyć z oporem materii – z rzeczywistością najczęściej odstającą od jego wyobrażeń, jednak do pewnego stopnia dającą się kształtować pod wpływem jego woli. Otwierające się przed człowiekiem puste a ogromne przestrzenie stają się dzięki temu areną cywilizacyjnego eksperymentu, który z czasem przybrał formę nader konkretną – światowego imperium.
To, że imperium to w oczach wielu ludzi wydaje się teraz chylić już ku upadkowi – a przynajmniej tracić z wolna swoją moc i supremację nad światem – jest jednak dramatem, wobec którego trudno zachować obojętność. I dotyczy to zarówno jego wrogów, jak i (coraz mniej jednak licznych) przyjaciół.

greydot

Wolność, przestrzeń, ekspansja, bogactwo, siła… w czasie kiedy wyłaniał się i kształtował w mojej świadomości amerykański mit, te i podobne im słowa były jego osnową. To wokół takich właśnie pojęć (być może będących niczym innym, jak zakamuflowaną afirmacją witalności i nie do końca uświadomionym impulsem – echem nie tylko osobniczego, ale i społecznego darwinizmu?) budował się powszechny jednak zachwyt (nie wszyscy już chcą o tym pamiętać) nad american way of life, czyli amerykańską drogą i sposobem życia, metodą i stylem, które wydawały się być kulminacją zachodniej cywilizacji: tym, udanym wreszcie, polityczno-socjo-technicznym eksperymentem ludzkości. Zupełnie nie zauważałem przy tym, że leży to właściwie w sprzeczności z moją, przebiegającą niejako symultanicznie, fascynacją kontrkulturą lat 60-tych, która tenże amerykański sposób życia zaczęła kontestować (inna sprawa, że sama się przy tym kompromitując). Niekonsekwencja, zaślepienie, czy po prostu brak dostatecznej wiedzy i wyobraźni?

greydot

Największą klęską mitu nie jest to, że zostaje on złamany, ani nawet to, że między bajki się go wkłada. Największą jego klęską jest to, że staje się on nie tyle historią, co wspomnieniem, podszytym na dodatek rozczarowaniem.
A trzeba przyznać, że mit amerykański bronił się dzielnie. W świadomości wielu nie zdołały go zburzyć ani kłamstwo tzw. „odkrycia” Ameryki przez Kolumba (wiadomo przecież, że ludzie żyli na tym kontynencie już kilkadziesiąt tysięcy lat wcześniej); ani wojny zaborcze z Meksykiem, (którego Stany Zjednoczone pozbawiły ogromnych połaci ziemi Południowego Zachodu, wliczając w to dzisiejszą Kalifornię); ani podszyta chciwością agresywna ekspansja pionierów na Zachód, eksploatująca bez umiaru zasoby naturalne kontynentu; ani mająca znamiona holocaustu (także kulturowego) eksterminacja prawowitych a niewygodnych plemion Indiańskich; ani bratobójcza rzeź wojny secesyjnej, która wcale nie była wojną o zniesienie niewolnictwa (kolejny ciężki grzech Ameryki), tylko o zachowanie unii i ekonomicznych priorytetów; ani bezlitosny kryzys i depresja międzywojnia, z jej korupcją i gangsteryzmem; ani kunktatorska, izolacjonistyczna postawa amerykańskiego rządu w czasie pierwszych lat II wojny światowej; ani daleko posunięty kompromis z sowieckimi komunistami oddający im pod władanie całą Europę Wschodnią; ani zakłamana, okrutna i szalona wojna w Wietnamie i masowe ludobójstwo dokonane przez Amerykanów w latach 70-tych w Kambodży; ani jałowość amerykańskiej kultury masowej i bezmyślny, stadny konsumpcjonizm; ani cyniczna gra amerykańskich służb specjalnych popierających brutalne reżimy (zwłaszcza w Ameryce Południowej) i maczanie palców w brudnych wojnach; ani oparta na krętactwie i łgarstwach agresja na Irak; ani bezwzględne poparcie dla okupującego palestyńskie ziemie Izraela, za nic mające względy humanitarne, łamanie praw człowieka i zbrodnie wojenne popełniane przez izraelską armię; ani nawet bezsensowna wojna w Afganistanie… (sam jestem zaskoczony zarówno długością i ciężarem tej litanii).

Jak się okazuje, mit Ameryki rozwiewa skutecznie dopiero słabnięcie potęgi amerykańskiego Imperium – stopniowe schodzenie z pozycji światowego hegemona (spowodowane choćby fatalną polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych), coraz większa niewydolność finansowa, jaką pociągnęły za sobą skandaliczne machinacje bankowców; kryzys demokracji, (której domniemany tryumf skłonił swego czasu światową gwiazdę ekonomii, Fukuyamę, do obwieszczenia „końca historii”) czyli systemu, którym Ameryka tak się dotychczas chlubiła, a który obecnie przestaje działać, stając się zakładnikiem wielkich korporacyjnych pieniędzy i działających wbrew interesowi całego społeczeństwa lobby (choćby przemysłu zbrojeniowego).
Niestety, to odwrócenie się od Ameryki dopiero teraz, kiedy ona słabnie i kiedy już nie możemy czerpać z jej siły i bogactwa takich korzyści jak dotychczas (a przypomnijmy sobie całe fale emigracji Polaków do Stanów Zjednoczonych, w pogoni za wszechmocnym dolarem i „lepszym” życiem, tudzież podlizywanie się Amerykanom przez kolejne polskie rządy w nadziei na mocarstwowy protektorat, czy choćby tylko na… intratne kontrakty dla polskich firm w Iraku), nie wystawia nam dobrego świadectwa, bo świadczy nie o autentycznym podziwie dla amerykańskich osiągnięć i zalet tego kraju, a o zwykłej interesowności i oportunizmie.

greydot

Dopiero z perspektywy czasu widzę, że sama – jakże sławetna i niemalże immanentna! –  wolność amerykańska też była pewnym rodzajem mitu. I mam tu na myśli wolność w głębszym rozumieniu tego słowa, a nie w tym potocznym, prozaicznym i praktycznym, jak np. w sferze swobód obywatelskich, czy tę, odnoszącą się do wolności wypowiedzi, możliwości decydowania o swoim życiu, (która w Ameryce bez wątpienia była – i częściowo nadal jest – czymś godnym podziwu i wspaniałym).
Powoli zdawałem sobie sprawę, że Amerykanie, w zdecydowanej większości, nie czują się jednak ludźmi wolnymi, mimo owych powszechnych deklaracji przywiązania do wolności i jej (werbalnej) manifestacji. Ostatni kryzys tylko to pogłębił. (Jednakże, powtórzę to raz jeszcze, mam tu na myśli nie tylko uwarunkowania ekonomiczne, a przede wszystkim – nazwijmy je – egzystencjalne.)

Weźmy choćby pod uwagę literaturę, która nota bene zawsze jest czymś w rodzaju diagnozy wystawianej społeczeństwu (chociaż, paradoksalnie, bywa też symptomem jego chorób). Wszystkie ważne dzieła literatury amerykańskiej mówiły o szarpaniu się indywidualnego człowieka z siłami, które go pętały: począwszy od Steinbecka, Faulknera, Hemingway’a, przez Scotta Fitzgeralda, Salingera, Kazana, Millera… na McCarthy’m i Franzenie skończywszy. Podobnie było w kinie: nawet te filmy, które zajmowały się „wolnym”, „wyzwolonym” człowiekiem – tak naprawdę przedstawiały jego tragedię wynikającą ze sprzeciwu wobec okoliczności i warunków, które w rzeczywistości go zniewalały. Można tu przypomnieć takie obrazy, jak np. „Easy Rider” albo „Znikający punkt”, także „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Hair”… również „Ostatni seans filmowy”, „Czyż nie dobija się koni”, „Midnight Cowboy”, Serpico”, „On the Waterfront”, „Paris-Texas” Wendersa; filmy Stone’a, Scorsesego, Lumeta… a z tych nowszych: „Into the Wild” Penna, „No Country for Old Men” braci Coenów, czy „There Will Be Blood” Paula Andersona…  przykładów można podać mnóstwo, nie zapominając oczywiście o takiej klasyce jak „Obywatel Kane”, „Olbrzym”, „Buntownik bez powodu” czy „Wielki Gatsby”. Oczywiście, to wszystko była fikcja, lecz  uświadamiająca nam pewne prawdy funkcjonujące w amerykańskiej rzeczywistości.
Można tu jednak zadać sobie pytanie, czy to, co napisałem (o permanentnym poczuciu pewnego zniewolenia), bardziej nie dotyczy ludzkiej „kondycji” rozumianej ogólnie, a nie braku wolności wynikającego z osadzenia w jakimś konkretnym społeczno-politycznym kontekście (tutaj: w rzeczywistości amerykańskiej)? Bo to czy człowiek jest istotą wolną – w egzystencjalnym wymiarze – jest jednak problemem otwartym. Na wszystkich kontynentach, we wszystkich krajach i we wszystkich okolicznościach.

greydot

Miłosz w swoich „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” pisał: „(…) moja humanistyczna gorliwość jest osłabiona przez góry i ocean, przez te liczne momenty, kiedy patrzyłem na bezmierność z uczuciem podobnym do mdłości, a wiatr pustoszył moje małe gospodarstwo nadziei i zamiarów.”

Zupełnie inaczej reagowałem na amerykańską „bezmierność”. Nigdy nie zapomnę swoich wrażeń, kiedy po raz pierwszy trafiłem na zachodnie pustynie i półpustynie kontynentu i kiedy pierwszy raz skierowałem mój wzrok ku horyzontowi, starając się objąć coś, co wydawało się bezkresne. Ani tego oszałamiającego, rozpierającego pierś uczucia podniecenia i radości na widok niekończącej się przestrzeni, która była dla mnie zapowiedzią przygody życia – poszukiwania i odnajdowania miejsc nieznanych, a przeczuwanych tylko za pragnieniem doświadczenia czegoś niezwykłego. Wiatr wcale nie pustoszył mojego małego gospodarstwa nadziei i zamiarów – choćby dlatego, że nadzieja i zamiary nie były jeszcze przeze mnie zagospodarowane, kotłując się gdzieś w bezkształtnym żywiole nie posiadającym żadnych punktów oparcia i barier.

To prawda: będąc chroniony przez cywilizację (klimatyzowany samochód) nie doświadczałem tego zagrożenia dziką i niekiełznaną Naturą, jakie zapewne odczuwali pierwsi osadnicy – pionierzy, który skazywali się na wielomiesięczną poniewierkę, ciągnąc ledwo co przetartymi szlakami na Zachód – w tamtym czasie jak najbardziej dziki, lecz jednak nie pozbawiony nadziei, bo poddający się ludzkiej żądzy podboju, niczym gotujący się do uległości – i bycia poskromionym – zwierz. Miałem ten komfort, by w tym, co było wówczas przerażające, widzieć teraz naturalne piękno, które zachowało się do naszych czasów, mimo cywilizacyjnej ekspansji.
Zapewne sporo w tym zachwycie i zachłyśnięciu się wspaniałościami amerykańskiego pejzażu było z ignorancji i kompleksu prowincjusza, który nagle wyłamał się zgrzebnej prostocie i szarości podkarpackiego krajobrazu, przyzwyczajony do pospolitości otaczającej go przyrody, niemającej w jego oczach nic wspólnego z egzotycznym rozpasaniem i bogactwem, jakie spotkać można na innych – poza ziemią rzeszowską – kontynentach. I oto byłem tutaj: niebotyczne ściany z granitu i wieże z kolorowego piaskowca na wyciągnięcie ręki, zawracająca w głowie olbrzymia rozpadlina Wielkiego Kanionu, pokryte kwitnącymi kaktusami i drzewkami Jozuego gorące pustynie, grzmiące wodospady Yellowstone, niedźwiedzie grizzly w oddali, bizony w pobliżu, Indianie u boku… morze traw prerii nad Missisipi, ocean bezmiaru wód za skalnymi urwiskami wybrzeża… Oto mit ucieleśniał się przed moimi oczami, nic bynajmniej nie tracąc ze swojej kuszącej – podniecającej wyobraźnię i zmysły – niezwykłości.

greydot
Droga w mitologii amerykańskiej jest równie dobrze zaznaczona, jak rzeka w całej kulturze Zachodu. Kerouac i Heraklit nie mieli ze sobą nic wspólnego, ale ich odwołanie się do drogi i rzeki jako egzystencjalnej metafory życia i przemijania jest podobne. Droga jest życiem, życie jest rzeką – i na odwrót. Życie w kontekście rzeki i drogi – to wielka symboliczna triada naszej egzystencji.
Droga podnieca i ekscytuje, droga wydaje się nie mieć końca – daje możliwość podboju i ekspansji; bywa też nużąca, znojna i wyczerpująca – zwłaszcza wtedy, kiedy prowadzi do kresu.
A jednak bycie w drodze jest synonimem wolności, umożliwia zakosztowanie wszystkich smaków życia i poznanie jego bogactwa – począwszy od poczucia ekstazy i doświadczenia piękna mijanych stron, przez nudę i monotonię pokonywania tysięcy takich samych mil, po cel, który równie dobrze może być spełnieniem, co znikającym punktem – początkiem czegoś nowego albo kolizją i zagładą. Najlepiej jest jednak, jeśli droga, na które się znaleźliśmy, jest drogą poznania.
A w Ameryce dróg jest bez liku: począwszy od tzw. dirt roads (czyli często wyboistych „dzikich” dróg polnych, piaszczystych, żwirowych), przez obszerne freeway’e o niezłej twardej nawierzchni, po wygodne i supernowoczesne highway’e (czyli autostrady), których gęsta siatka oplata amerykański kontynent. Oprócz tego, że amerykańskie drogi są przejawem praktyczności i mają znaczenie czysto utylitarne, wiodąc do określonego celu, to biegną także niekiedy przez najbardziej zdumiewające tereny, do równie zadziwiających miejsc – właściwie bez celu – prowadząc nas na dobrą (lub złą) sprawę donikąd. Dlaczego więc wtedy wybiera się taką drogę? Z prostej przyczyny: bo jest. Ale również dlatego, że zwykle odsłania przed nami piękno amerykańskiej ziemi.

greydot

zdjęcie własne (Dolina Monumentów, rezerwat Indian Nawaho, Arizona)

*

Z KAMERĄ W PIEKLE (Więcej niż kino: „Lista Schindlera”)

Sowiecki sołdat do wyzwolonych Żydów: „Nie idźcie na Wschód. Tam was nienawidzą.” („Lista Schindlera”)

*

UWAGA: Poniższa recenzja filmu Stevena Spielberga napisana została w styczniu 1994 roku, wkrótce po światowej premierze tego filmu w Stanach Zjednoczonych. W wersji skróconej opublikowała ją „POLITYKA” (Nr 6 z 5 lutego 1994 r.) pod tytułem „Kamera w piekle”. (Zachowuję oryginalny tekst i śródtytuły.)

*

WSTRZĄSAJĄCY HIT

Wszyscy wydają się być zszokowani. Steven Spielberg, człowiek uważany dotychczas za głównego eskapistę Hollywoodu, reżyser bajecznie spektakularnych widowisk, autor czystego kina przygody i dziecięco-spontanicznej zabawy; twórca najbardziej kasowych filmów w historii kina („Szczęki”, „Indiana Jones”, „ET”, „Park Jurajski”) tworzy obraz zajmujący się jednym z największych koszmarów naszej rzeczywistości: Holocaustem, zbrodnią Hitlera, hańbą Europy XX wieku. Trzygodzinne, epickie widowisko bez efektów specjalnych, nakręconej na taśmie czarno-białej, starające się ująć studium „ciemnej strony” człowieka w artystyczną formę, ale zarazem nie pozbawić go realizmu i tchnienia autentycznego horroru.
Takie były intencje. A jakie rezultaty?

OBNAŻONE SERCE MISTRZA

Mimo, że specjalna premiera „Listy Schindlera” odbyła się dopiero w połowie ubiegłego miesiąca, a do szerszego rozpowszechniania film skierowany został zaledwie tydzień temu, to już zdążył się on znaleźć na pierwszym miejscu wielu wykazów „najlepszych filmów roku” ogłoszonych przez prominentnych amerykańskich krytyków. Recenzje były entuzjastyczne i jednomyślne w uznaniu „Listy Schindlera” wręcz za arcydzieło – za tzw. „natychmiastową klasyką”.
Oto zachwycone czołówki największych amerykańskich gazet: „Spielberg bez iluzji. Hollywoodzki król fantazji wkłada całe serce w swój najnowszy film”, „Steven Spielberg święci Ducha Humanizmu”, „Arcydzieło! Krzyk Pasji! Wielki Dramat! Monumentalny Tryumf”„Byłem wstrząśnięty i rozbity” – wyznaje powściągliwy zazwyczaj Gene Siskel i dodaje: „nawet kiedy oglądałem film po raz drugi, nie mogłem powstrzymać łez”. Wtóruje mu drugi, najbardziej znany krytyk Ameryki, Roger Ebert: „W swoim filmie Spielberg rozważa przygniatający fakt Holocaustu z mocą wielką, ale tak cichą i skrytą, że jego ręka nigdy nie jest widoczna, choć serce jest obnażone zawsze”.

BUNT „WIECZNEGO CHŁOPCA”

Wunderkind kina hollywoodzkiego mierzy się z koszmarem Holocaustu (Steven Spielberg i Liam Neeson na planie filmowym „Listy Schindlera”)

„Lista Schindlera” ma być dla Spielberga pewnego rodzaju odreagowaniem. Przez lata uważano go za reżysera zajmującego się emocjami, marzeniami, tęsknotami dzieciństwa; za takiego „dużego chłopca”, któremu pozwalano się bawić potężnymi zabawkami, a ten – z wdzięczności – wymyślał imponujące, bajeczne historie, przelewał je na ekran, dostarczając beztroskiej zabawy milionowej rzeszy widzów. Widzów płacących za  owe przyjemności: cztery czołowe filmy reżysera zarobiły na całym świecie blisko 3 miliardy dolarów!
Spielberg próbował już wcześniej zatrzeć swój image „wiecznego dziecka” reżyserując m.in. „Kolor purpury” (1985) – feminizująca sagę murzyńską i „Imperium Słońca” (1987), gdzie zamierzał utracić swoją „dziecięcą niewinność” przyglądając się wojnie (nota bene również oczami chłopca). Próby spaliły jednak na panewce, tonąc w słodkim technikolorze, przyduszone zwałami sentymentalizmu.
Dopiero realizując „Listę Schindlera” Spielberg mógł się poczuć „poważnym” twórcą: „Po raz pierwszy pozwoliłem części własnego ‚ja’ – tej, której używam w życiu z moimi dziećmi, żoną, przyjaciółmi – przeniknąć do filmu. To pierwszy obraz, w którym angażuję własną prawdziwą osobowość, by przekazać pewną ideę, przesłanie, temat…”
Tak więc dopiero „Lista Schindlera” ma ujawnić jego serce i duszę, radykalnie zmienić publiczne wyobrażenie jego persony.

SCHMUEL WSTYDZI SIĘ JARMUŁKI

Po raz pierwszy o Schindlerze usłyszał Spielberg w 1982 roku, w czasie szalonej popularności „ET”. W Nowym Jorku ukazała się recenzja książki „Schindler Ark” autorstwa zamieszkałego w Australii Thomasa Keneally’ego, który otrzymał za nią prestiżową brytyjską Nagrodę Bookera. Jednak wtedy – jak sam mówi – nie czuł się jeszcze na siłach, by zekranizować historię Oscara Schindlera, Austriaka o niemieckim rodowodzie, członka partii nazistowskiej i katolika, fabrykanta, który zatrudniając podczas okupacji w swojej krakowskiej fabryce naczyń emaliowanych ponad 1000 Żydów, uratował im de facto życie.
Przypominano mu jednak o niej ciągle, jakby chciano przy okazji pogłębić w nim poczucie żydowskiej tożsamości, do której od samego dzieciństwa nie był skory się przyznawać: „Zawsze chciałem się zasymilować, być zaakceptowany, stać się anonimowym członkiem amerykańskiej większości. Nie chciałem wcale należeć do ‚plemienia wybranego’.” Buntował się, gdy rodzice chcieli mu założyć jarmułkę. Kiedy dziadek przywoływał go jego hebrajskim imieniem „Schmuel, Schmuel!”, ten – grając w piłkę z kolegami – udawał, że nie słyszy. Najchętniej zapomniałby o swoich dziadkach pochodzących z Odessy i z południowej Polski. Może więc „lista Schindlera” ma być także pewnym zadośćuczynieniem za ten grzech wyparcia?

Z PARKU JURAJSKIEGO DO OŚWIĘCIMIA

Ostateczna decyzja zapadła ponoć w czasie, kiedy robił barokową fantazję „Hook” traktująca o nowych przygodach Petera Pana, bajkowego chłopca, który… nie chciał nigdy dorosnąć. Wyglądało to na kolejne pogrążenie się Spielberga w fantastyczno-infantylnym sosie. I wtedy powiedział: „basta!” Powiadomił o swojej decyzji wytwórnię „Universal”. Tam, producenci, zapoznawszy się ze scenariuszem, powiedzieli mu, że lepiej by zrobił, gdyby złożył donację na Muzeum Holocaustu, niż marnował pieniądze studia. Kiedy jednak sprezentował im – po raz kolejny zresztą – filmowy hit Wszech-czasów pt. „Parki Jurajski”, przestali oponować. Podejrzewam, że wiedząc o tych dodatkowych $850 mln., które już wkrótce miał zarobić film o dinozaurach, zgodzili by się na każdą ekstrawagancje swojego „wunderkinda”.

Spielberg skończył „Park Jurajski” przed czasem, by załapać się jeszcze na polską zimę. Wcześniej już jeździł do Krakowa, by wybrać plenery i przygotować produkcję, ale zdjęcia rozpoczęły się dopiero w styczniu 1993 roku i trwały 3 miesiące. Niemal cały materiał zrealizowano w Krakowie i okolicach. Akcja przenosi się także do Płaszowa i Oświęcimia. Nastawiałem się więc trochę na krakowskie plenery, wędrówkę w znane sobie kąty. Jednak ostatnią rzeczą jaką chciał nam ukazać Spielberg, była uroda miasta. Reżyser potraktował lokalizację jako przedsionek piekieł – i trudno ukryć, że takim piekłem były tamte strony dla ofiar nazistowskiego terroru.

„CHUJOWA GÓRKA” KOSZMARU

Film Spielberga pełen jest scen wstrząsających. Obozowa apokalipsa, masowy exodus, pacyfikacja, getta, palenie zwłok na „Chujowej Górce” (zachowuję oryginalna pisownię z kadru); natychmiastowe egzekucje, sadystyczny komendant obozu w Płaszowie, który na poranna rozgrzewkę ustrzeliwuje sobie z balkonu swojego mieszkania kilku więźniów…

Kolizja: kino popularne vs. historyczny koszmar ludobójstwa (Raplh Fiennes jako Amon Goeth – psychopatyczny komendant obozu koncentracyjnego strzelający do więźniów z balkonu własnego mieszkania)

*

Rozumiem szok Amerykanów rozpieszczanych dotychczas rozrywkową iluzją, komercyjna zabawką. Wielu z nich po raz pierwszy patrzy na czarny koszmar tamtych okrutnych czasów. Bowiem, jeśli już przedstawia się im na ekranie wojnę, to zwykle w postaci komedii, farsy, paraboli lub musicalu. Nic dziwnego, że zamierzony przez Spielberga naturalizm w ukazywaniu mordu, robi na widzach piorunujące wrażenie. Siedząca przede mną amerykańska nastolatka dziesiątki razy westchnęła podczas projekcji: „Oh! God!” Nie wątpię, że tego rodzaju film potrzebny jest w tutejszych kinach. Zbrodnie, które ukazuje, warto mieć ciągle w świadomości, mimo że boleśnie czasem ja uwierają. I jest jeszcze lepiej, kiedy firmuje go twórca o taki statusie w (pop)kulturze amerykańskiej, jak Spielberg. Miałem to wszystko na uwadze, rozumiałem intencje twórców, ale pewne aspekty filmu trudno było mi zaakceptować. Napiszę wprost: mój sprzeciw dotyczył  obecnych w filmie Spielberga  zafałszowań i manipulacji (zdaję sobie sprawę z wymowy tych słów, ale niestety, tak odbierałem obecne w filmie „mijania się z prawdą”, które moim zdaniem są czymś niedopuszczalnym i nie mogą być usprawiedliwione „poetycką licencją” twórcy opisującym tak szczególny i newralgiczny okres w naszej niedawnej historii, obejmujący masową zagładę i ludobójstwo).

Uderzyła mnie więc arbitralność Spielberga. To nieprawda, że niewidoczna jest tam jego „ręka”. Reżyser wszystko trzyma w garści mocno – jego kontrola nad obrazem jest totalna. W związku z tym rzeczywistość, którą on kreuje, odarta jest z przypadkowości, swobody, a przez to – z autentyzmu. To prawda, że temat domagał się kręcenia na taśmie czarno-białej, lecz zdjęcia Janusza Kamińskiego zdradzają niestety czasem estetyczną pretensjonalność: obraz – dzięki sztucznie wygenerowanemu oświetleniu – przestaje być tajemniczy, staje się dziwaczny. Spielberg twierdzi, że przygotowując się do kręcenia „Listy”, przejrzał setki dokumentów tamtego czasu. To może tłumaczyć sposób w jaki traktuje on w swoim filmie ludzi, którzy wskutek tego przypominają niekiedy jakieś graficzne znaki. Holocaust ulega tu estetyzacji. Mnogość epizodów, postaci, przyczynia się do zagęszczenia filmu. Odnosimy w końcu wrażenie, iż Spielberg traktuje wszystko instrumentalnie. Dochodzi tu do paradoksalnego odwrócenia sytuacji: to kwestia czy dialog tworzy postać, a nie odwrotnie.

SYBARYTA, SPEKULANT I BOHATER

Wojna, okupacja i życie w luksusie. Wyrachowany oportunista czy przejęty współczuciem wybawca? Jakim człowiekiem był naprawdę Oscar Schindler?

Paradoksem, który zafascynował Spielberga był fakt, że 1300 Żydów  uniknęło zagłady za sprawą nazistowskiego spekulanta – industrialisty, a nie kogoś, kto zadeklarował się jako sługa ludzkości (jak np. Raul Wallenberg).
Pierwotne motywacje Schindlera były jednoznaczne. Zatrudnił w swojej fabryce Żydów, gdyż stanowili tańszą siłę roboczą niż Polacy (ponadto ich zarobki szły bezpośrednio w ręce niemieckiej administracji). Wyrabiał sobie układy wśród oficerów SS i gestapo – uczestnicząc razem z nimi w pijatykach i hulankach. Przekupywał ich sutymi łapówkami. Był typowym hedonistą, bon-vivantem, lubował się w luksusie i dobrych trunkach, otaczał wianuszkiem pięknych kobiet. Był okres, kiedy pod jednym dachem trzymał żonę i kochankę, romansując jednocześnie na boku z esesmanką. (Nic dziwnego, że Emilia Schindler jeszcze po wojnie wyzywała swojego byłego męża od „dziwkarzy”.) Czy Spielberg prezentuje nam swojego bohatera z tej strony? Otóż nie za bardzo. Są niby jakieś sugestie, ale Schindler nie jawi się nam jako człowiek z krwi i kości. Dość szybko natomiast staje się na ekranie postacią bez mała mityczną. Trudno jest dostrzec w nim rozbuchanego sybarytę, którym go było czuć w Krakowie na kilometr. Spielberg – purytanin – niczym ów chłopiec od ET i Piotrusia Pana, wzbrania się przed ukazaniem lubieżnej i kabotyńskiej strony osobowości Schindlera – choć co parę minut zmusza nas do oglądania ludzkich czaszek roztrzaskiwanych przez hitlerowskie kule. Trochę dziwna to powściągliwość i niedopełnienie.
Wielce wątpliwa jest wobec tego wszystkiego ewolucja postawy Schindlera i jego motywacji. Ponoć walczył pod koniec wojny o swoich pracowników jak lew, pewną ich partię wyciągając nawet z samego Oświęcimia. Spielberg każe nam wierzyć, że odezwało się w nim ludzkie współczucie, dopiero wtedy dotarła do niego prawda o całym hitlerowskim planie, i że się ta prawdą przejął. Zrujnował się w końcu, wydając  majątek na łapówki i przenosząc całą fabrykę na czeskie Morawy – byle tylko uratować swoich „Schindlerjuden”, jak po wojnie zwykło się nazywać  Żydów z listy Schindlera.
A może Schindler nie tyle przejął się „ostatecznym rozwiązaniem”, co przeczuł wynik wojny i Żydzi mogliby stanowić jego alibi, uchronić go od stryczka?

I jeszcze rzecz z pozoru drobna, ale symptomatyczna: fabryka Schindlera produkująca początkowo wyroby emaliowane, wraz ze zwiększającym się zapotrzebowaniem frontu przestawiła się na produkcje amunicji. Dość to niewygodny fakt dla idealistyczno-heroicznego przesłania filmu. Jak sobie z owym fantem radzi Spielberg? Otóż każe nam wierzyć, że wszystkie (dosłownie: wszystkie!) kule, pociski, miny były bublami – świadomi Żydzi sabotowali robotę. Mało tego, Schindler nie tylko o tym wiedział, ale i aprobował: „Gwarantuję, że ta amunicja nie zrobi nikomu krzywdy” – mówi pewny siebie i zadowolony, wzbudzając tym entuzjazm wśród widzów.
Bardzo autentyczne.

Na „listę Schindlera” można się było dostać za łapówkę – ale tego, z oczywistych względów, z filmu Spielberga się nie dowiemy. (Liam Neeson i Ben Kingsley jako Izaak Stern, księgowy Schindlera, ustalają listę – w rzeczywistości Schindler nie brał w tym udziału.)

ŁZY I SACHARYNA

Kompromitująca „Listę” jest moim zdaniem niesłychana scena finałowa, zupełnie niewiarygodna – nie wspominając już o tym, że i ona jest fikcyjna. I niestety, wg mnie, swoją ckliwością godną niewybrednego hollywoodzkiego melodramatu, dokumentnie niwecząca dające się wcześniej zauważyć w filmie rysy realistyczne.
Oto widzimy jak Schindler zwija manele i gotuje się do ucieczki przed zbliżającym się sowieckim frontem. Otoczony jest przez żegnającą go, łkającą rzeszę swoich pracowników – niewolników (jego fabryka była de facto obozem jenieckim). Nadużywając teatralnych gestów, wskazuje trzęsącą się ręką na samochód i mówi drżącym głosem: „A przecież i za niego można było kupić życie paru ludzi” – i patrząc na złotą obrączkę na swoim palcu: „Także za to – życie dwóch ludzi”.
A jaka była rzeczywistość?
Jego pożegnanie z załogą nie roztkliwiło tych ludzi. Ono postawiło im włosy na głowie. Pod koniec wojny Schindler jeździł po Generalnej Guberni jak opętany, z walizką wypchaną pieniędzmi, z kieszeniami pełnymi brylantów, prowadząc podejrzane interesy, chcąc uratować ze swojego majątku co się da. Tracił jednak kontrolę nad wszystkim. Kiedy uciekał z fabryki, jego samochód zawalony był biżuterią i złotem, (które zresztą wkrótce mu rozkradziono). Doprawdy, wobec tego wszystkiego, trudno uwierzyć w rozczulonego Schindlera, „ojca i matkę” Żydom, „nawróconego Szawła”, „Skałę i Wieżę Humanizmu”.

I jeszcze sama lista.
Również scena, w której Schindler dyktuje zarządcy swojej fabryki Izaakowi Sternowi nazwiska Żydów, jacy powinni znaleźć się na liście, nie miała w rzeczywistości miejsca. Gwoli ścisłości listy nie stworzył Schindler, tylko jego współpracownicy, którzy na dodatek brali łapówki od Żydów chcących znaleźć się na liście. Kto nie miał czym zapłacić nie był na niej umieszczany (co wówczas było praktycznie równoznaczne z tym, że taki człowiek trafiał w końcu do gazu).

Jeszcze przed premierą filmu czytałem w jednej z amerykańskich gazet wywiad z człowiekiem, który miał być pierwotnie autorem scenariusza do „Listy Schindlera”. Pisarz, były żurnalista, (którego nazwiska niestety nie pomnę) wyznał, że zrezygnował ze współpracy ze Spielbergiem, bo nie pozwoliła mu na to jego – jak to sam określił – nakazująca wierność faktom dziennikarska etyka. Po prostu uznał, że rozbrat Spielberga z tym jak było naprawdę, idzie za daleko. Zwróciło to moją uwagę i bez wątpienia przyczyniło się do tego, że do filmu Spielberga podszedłem z większą ostrożnością i bardziej krytycznie.

Przywoływanie przeszłości na ekran – w filmie nie brak spielbergowskiej dynamiki i mistrzowskiego opanowania medium kina

NIEZGODA NA MIT

Czego nie można powiedzieć o tych wszystkich, którzy film Spielberga przyjęli wręcz entuzjastycznie. Do tej pory nie natrafiłem w mediach na choćby jedno zdanie krytyczne. Wszystkie recenzje, jakie czytałem, były w jednoznacznym tonie: Spielberg stworzył arcydzieło! – prawdę o Duchu Humanizmu!
Ciekaw jestem jak film zostanie odebrany w Polsce, czyli w kraju, w którym o realiach tamtej wojny wie się znacznie więcej, niż Ameryce. Poza tym Polacy bywają niezwykle czuli na to, jak przedstawia się ich rolę w stosunkach z Żydami – zwłaszcza jeśli robią to sami Żydzi. Obawiam się, że oglądając „Listę” niektórzy mogą odnieść wrażenie, iż w okupowanej Polsce ofiarami nazistów byli tylko i wyłącznie Żydzi – podobnie tylko Żydów mordowano w Oświęcimiu czy w innych obozach masowej zagłady, które w prasie amerykańskiej (i nie tylko) na dodatek nazywane są „polskimi obozami koncentracyjnymi”. I rzeczywiście: w filmie Spielberga polskie komendy w obozach brzmią głośniej (Niemka tylko powtarza za Polką, która pełni funkcje kapo i wydaje rozkazy). Jednak Polacy pojawiają się w filmie dość sporadycznie, właściwie tylko po to, by zbluzgać Żydów i zademonstrować wobec nich swoją nienawiść (są to jednak momenty, które wszak przy odrobinie dobrej woli potraktować można jako wypadki przy reżyserskiej pracy).
Nazwa Niemcy pada w całym filmie tylko raz (pod koniec, kiedy Schindler mówi o podpisaniu kapitulacji). Cały czas są natomiast tylko „SS-mani”. W tym miejscu można się zastanawiać, czy aby unikanie używania słowa  Niemcy i zastępowanie ich takimi, dość abstrakcyjnymi, określeniami jak „gestapo”, „hitlerowcy”, „naziści”… nie tworzy swego rodzaju eufemistycznej zasłony dymnej, pozwalającej na nienazwanie czegoś po imieniu?
To dobrze, że amerykańskie kino (przeważnie rozrywkowe) chce wracać do momentów w naszej historii, które żadną miarą rozrywkowe nie są. Użycie do tego celu medium typowo ludycznego (a głównie takiego rodzaju medium jest kino), nikogo jednak nie może zwolnić od odpowiedzialności, ostrożności, wyważenia… tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę jego nośność i wpływ na tzw. masową wyobraźnię, która ma tendencje do tego, by to co pojawia się na ekranie, uznawać za coś bardziej realnego, niż otaczającą nas rzeczywistość (dotyczy to również wydarzeń historycznych).

Mój problem z filmem Spielberga wziął się niewątpliwie z niezgody na mitologizację, jakiej poddał on postać Schindlera i jego postawę podczas okupacji. Zdaję sobie sprawę jak ważne są mity dla naszej kultury, tudzież dla naszego wysiłku usadowienia się i zadomowienia w świecie, który nie zawsze jest nam przyjazny. Kiedy jednak sięga się po tematy tak ważne i wyjątkowe jak ludobójstwo, warto jest zachować trzeźwość, właściwy ton i umiarkowanie – o zgodności z historycznymi faktami nie wspominając.

*  *  *

POST SCRIPTUM

Muszę przyznać, że nie byłem świadomy, jaka to burza rozpęta się w polskiej (a zwłaszcza polonijnej) prasie i mediach, wkrótce po opublikowaniu tej recenzji, która przez jednych uznana została za obronę „dobrego imienia” Polaków (co oczywiście nie było moją intencją), przez innych zaś za antysemicki napad na bogu ducha winnego Spielberga i denuncjację wpływów żydowskiego lobby w Ameryce i to w kategoriach syjonistycznego spisku (a to nie było moją intencją tym bardziej). W swojej naiwności zapomniałem o przestrodze jaką kiedyś dał wszystkim bodajże Kazimierz Wierzyński, pisząc że poruszanie tematów polsko-żydowskich jest niczym wchodzenie na pole minowe przypominające łączkę, na której pasą się zacietrzewione osły i barany. I że można przez to wylecieć w powietrze.
Po moim artykule, w „POLITYCE” rozpętała się awantura, skutkiem której było kilka innych tekstów dotyczącej zarówno Schindlera, jak i stosunków polsko-żydowskich podczas niemieckiej okupacji. W rezultacie redaktorem naczelnym tego pisma przestał być Jan Bijak, a zastąpił go Jerzy Baczyński.
Osobną historią są perturbacje jakich wkrótce doświadczyłem w Chicago, dając się wciągnąć w dyskusję jaka rozpętała się między dwoma obozami, w których naturalnie nie zabrakło zacietrzewionych osłów i baranów… po obu zresztą stronach. (Najgorsze jest to, że i ja takiego osła mogłem wówczas przypominać ;))

CHINY – UPADEK I NARODZINY WIELKIEJ POTĘGI

O książce Jonathana Fenby’ego, „Chiny”

Każde państwo uważa się za pępek świata, a co za tym idzie – za coś, co jest „najważniejsze”. I Państwo Środka nie jest pod tym względem wyjątkiem… Lecz tak naprawdę Chiny są jednak wyjątkowe pod wieloma innymi względami: to najludniejszy kraj świata (1 miliard 300 milionów mieszkańców – każdego dnia rodzi się tam 44 tysięcy małych Chińczyków!); olbrzymi obszarowo (stanowiąc niejako cały kontynent); posiadający najstarszą, istniejącą nieprzerwanie od dwóch i pół tysiąca lat cywilizację. Ponadto jest to państwo, którym rządzi jedna partia mieniąca się – o dziwo! – nadal „partią komunistyczną” ale przyzwalająca na funkcjonowanie gospodarki charakterystycznej dla państw kapitalistycznych… I to z jakim skutkiem! Żaden inny kraj na świecie nie rozwija się w sposób tak gwałtowny i jeśli proces ten nie zostanie zahamowany, to już wkrótce Chiny wysforują się na czoło globalnej awangardy i prześcigając Stany Zjednoczone staną się największym mocarstwem na planecie Ziemia. Ponadto, wszystko wskazuje na to, że Państwo Środka, stając się potęgą gospodarczą, nie zrezygnuje ze sposobności, by stać się przy tym także największą potęgą militarną w dziejach ludzkości, a co za tym idzie – rzeczywistym Panem Świata. Tak więc jeśli komuś do tej pory nie podobało się to, że w roli globalnego policjanta występuje Ameryka, to wizja policjanta o skośnych oczach powinna jednak budzić jeszcze większą jego obawę, by nie napisać „zgrozę”.

CHIŃSKA TAJEMNICA

Chiny to jedna Wielka Zagadka. Niestety (?) po przeczytaniu opasłego, liczącego 1000 stron tomiszcza Jonathana Fenby’ego, zajmującego się historią Chin ostatnich 160 lat, muszę szczerze wyznać, że owa zagadka w mojej głowie wcale to a wcale się nie wyjaśniła. Wprost przeciwnie – stała się Zagadką Jeszcze Większą. Lecz bynajmniej nie jest to winą autora. Właściwie, świadczy to na jego korzyść, ponieważ oznacza, iż nie wyartykułował on w swojej pracy sądów jednoznacznych, definitywnych, stronniczych… dzięki czemu interpretacja „chińskich przypadków” pozostaje dla czytelnika kwestią otwartą. Zagadka nierozwiązana może się przez to stać zagadką jeszcze bardziej pasjonującą.
Zresztą: wydaje się, że nie sposób jest jednak wyartykułować na temat Chin prawdy jednej i jedynej – jasno zdefiniować to, co się w Pastwie Środka tak naprawdę wyprawia.

Fenby, jak przystało rasowemu dziennikarzowi, skupia swoją uwagę na wydarzeniach, które tworzyły chińską historię począwszy od połowy XIX wieku do roku 2008, a więc na tym w jaki sposób doszło do upadku cesarstwa (1912) co się działo w okresie tzw. interludium, japońskiej okupacji, krwawej walki nacjonalistów z komunistami o władzę (1941 – 45), powstanie Chińskiej Republiki Ludowej (1949), umacnianie się władzy komunistów i rządy Mao Zedonga, za których doszło do niewyobrażalnych ,   dotykających szeregowych Chińczyków, nieszczęść (głód na przełomie lat 50-tych i 60-tych, powodujący śmierć ok. 30 mln. ludzi – efekt tzw. Wielkiego Skoku ale i wielkiej suszy jaka nawiedziła kraj w tym samym czasie; szaleństwo Rewolucji Kulturalnej końca lat 60-tych). Dalej: śmierć Wielkiego Sternika, upadek tzw. „bandy czworga”; przejęcie władzy (schedy po Mao) przez Deng Xiaopinga, który mimo poważnych kłopotów po drodze (Masakra na Placu Bramy Niebiańskiego Pokoju w 1989 roku) skierował Chiny na nową drogę bezprecedensowego w dziejach świata rozwoju gospodarczego, który trwa do dzisiaj i oszałamia wszystkich na globalną skalę.

KŁANIAJĄC SIĘ MAO

Przyznam się, że ze szczególną uwagą czytałem to, co autor ma do powiedzenia o Mao Zedongu. Uważałem, że nie sposób jest zachować wobec tej postaci całkowity obiektywizm i że stosunek jaki ma Fenby do Mao, będzie wydatnie wpływał na to, co napisze on o nim (a także o samych Chinach) w swojej książce.
I chyba się nie pomyliłem.
Mao Fenby’ego jest dość marnym – szalonym, narcystycznym, małostkowym, knującym coś nieustannie i popełniającym błąd za błędem – człowieczkiem, który skupił w swoich rękach niebywałą władzę.
Szkopuł w tym, że patrząc na Mao w takim świetle nie sposób jest zrozumieć jak doszło do tego, że stał się on władcą absolutnym najliczniejszego ludu świata i przetrwał w tej roli przez blisko 40 lat. Jedynym wytłumaczeniem – na pierwszy rzut oka – wydaje się to, że musiał on być Wielkim i Wyjątkowym Człowiekiem, posiadającym niezwykłą charyzmę, dysponującym genialnym potencjałem umysłowym, obdarzonym wybitnymi zdolnościami przywódczymi a nawet…  jakąś nadprzyrodzoną siłą.
Ale czyż nie są to nasze złudzenia? Czy rozumując w ten sposób sami nie ulegamy mitologicznej sile kultu jednostki, którą reprezentowany przez Mao system zaszczepiał w sercach i umysłach swoich pokornych oddanych? Może więc Mao był w rzeczywistości dość przeciętnym, a nawet małym człowiekiem, który w sposób przypadkowy (ale i wskutek własnej determinacji) znalazł się na szczycie hierarchii wypracowanej przez liczącą kilka tysięcy lat cywilizację i że to właśnie wiążąca się z tą pozycją moc (sakralizowana na dodatek przez odwołanie się do tzw. Mandatu Niebios) dawała mu ową absolutną władzę i swoistą nietykalność, dzięki czemu nawet okrucieństwo, obłęd i ewidentnie idiotyczne decyzje nie spowodowały jego haniebnego upadku?
Tak, tak… wszystko to stało się możliwe tylko dlatego, że Mao Zedong stał się kolejnym chińskim cesarzem.

Przyszły Syn Niebios i Wielki Sternik Mao Zedong wraz ze swym adiutantem Zhou Enlaiem (w czapce) po zakończeniu Długiego Marszu w 1937 r.

Jestem za coś wdzięczny Jonathanowi Fenby’emu. Mianowicie za to, że umieścił jednak Mao w rzędzie największych zbrodniarzy XX wieku. Bo to, że Mao był odpowiedzialnym za masowe ludobójstwo „potworem”, nie wydaje się być tak oczywiste w świecie dzisiejszej oficjalnej polityki globalnej. Należy zaznaczyć, że to właśnie Stany Zjednoczone zapoczątkowały – i to jeszcze za życia Mao (konkretnie: Nixon w 1972 r.) – ignorowanie zbrodniczych poczynań ChRL, legitymizację komunistycznego reżimu na arenie międzynarodowej – w imię „współpracy” gospodarczej i normalizacji dyplomatycznych stosunków między Chinami a państwami demokratycznymi. I proces ten trwa w najlepsze po dziś dzień: pragmatyzm i „biznes” bierze górę nad jakimikolwiek skrupułami natury moralnej. A przecież jest to – ujmując sprawę w kategoriach etycznych – nic innego jak degenerowanie wartości uznanych za „niezbywalne” przez szczycącą się ideałami demokratycznymi i poszanowaniem praw człowieka cywilizację zachodnią. I wydaje mi się, że przyjdzie czas, kiedy Zachód będzie za to musiał zapłacić słoną cenę.
Prawda jest taka, że Mao Zedong odpowiedzialny jest za podobne zbrodnicze poczynania jak Hitler czy Stalin, a na swoim koncie ma nawet więcej ofiar niż oni. Jedyną różnicą jest to że imperia niemieckie (Rzesza) oraz rosyjskie (Sowiety) upadły, a imperium  chińskie przetrwało. Mało tego – ono urasta w jeszcze większą, niewyobrażalną potęgę przy współudziale i kooperacji niemal wszystkich krajów świata. Co byśmy powiedzieli o takiej współpracy z hitlerowskimi Niemcami, gdyby dotrwały one do naszych czasów? Czy zapomnielibyśmy nagle o Holokauście? Dlaczego holokausty zaserwowane milionom ludzi w Chinach są mniej ważne od tych, które zafundował Żydom (i innym nacjom) Hitler a Rosjanom (a także Polakom) Stalin?
Jednak muszę zaznaczyć, że są to moje dywagacje – Fenby nie posuwa się w swojej książce tak daleko. Lecz wnioski nasuwają się same. Stanowisko autora wydaje się być nam jednoznaczne, zwłaszcza gdy czytamy takie ustępy: „Z okazji sto dziesiątej rocznicy narodzin Wielkiego Sternika partyjny sekretarz generalny Hu Jintao (obecny przywódca polityczny Chin, przyjmowany z wszelkimi honorami na wszystkich znaczniejszych dworach politycznych współczesnego świataprzyp. LA) wygłosił składające się z dziesięciu tysięcy sinogramów przemówienie wynoszące pod niebiosa wielkie osiągnięcia ojca założyciela Chińskiej Republiki Ludowej. Jeszcze przed przemową Hu udał się do mauzoleum położonego nieopodal placu Tian’anmen, by trzykrotnie pokłonić się posągowi człowieka odpowiedzialnego za śmierć wielu dziesiątek milionów ludzi.”

GLOBALNE WEJŚCIE SMOKA

Po śmierci Mao tylko ślepcy mogli nie zauważyć tego, że kontynuowanie narzuconej przez niego polityki opierającej się wyłącznie na ideologii, maoistycznym dogmatyzmie i oderwanego zupełnie od rzeczywistości partyjnego – zmieniającego się jak chorągiewka na wietrze – widzimisię, doprowadzi wkrótce do kolejnej klęski i pogrąży Chiny w chronicznej zapaści. Dlatego też  jego następca (i ostatni chyba chiński satrapa wielkiego formatu) Deng Xiaoping obrał inny kurs polegający na szerszym otwarciu się na to, co dzieje się na świecie, wykorzystywaniu doświadczeń innych państw, większym poszanowaniu mechanizmów rynkowych, rozwijaniu gospodarki przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii… etc.
Dzięki temu, status państwowego rządcy, czyli Chińskiej Partii Komunistycznej, zaczął wyglądać cokolwiek cudacznie, zupełnie już w swojej marksistowsko-leninowsko-maoistycznej dogmatyce odrywając się od rzeczywistości, czyniąc tym samym z Państwa Środka jakiś bez mała schizofreniczny stwór, dziwaczną ustrojową hybrydę: państwo komunistyczno-kapitalistyczne, autorytarne, reżimowe, stanowiące dyktaturę jednej partii, de facto tylko nominalnie „komunistycznej”.
Oczywiście nie obyło się to bez ostrych spięć i mocnych tarć między bardziej konserwatywnym partyjnym „betonem” a (z pozoru) liberalnym odłamem reformatorów stawiających na wolny rynek, uaktywnienie „sił produkcyjnych, „wolną” konkurencję i ekonomiczne otwarcie się na świat. Ci ostatni np. w sposób sarkastyczny proponowali, by utworzyć specjalną strefę, „w której wprowadzono by w życie postulaty skrajnej lewicy, narzucając całkowite centralne planowanie, racjonowanie i kolejki po żywność, a także zakazano by zagranicznych inwestycji, nie wpuszczano cudzoziemców, natomiast mieszkańcom zabroniono by podróżowania czy wysyłania zagranicę” (autorem tych słów był wicepremier Tian Jiyun, który wyraziwszy to zapytał, czy lewaccy przywódcy byliby gotowi przeprowadzić się w takie miejsce).

Co przyniesie najbliższa przyszłość? Nie wiadomo. Według wracającego w ostatnich dekadach do łask Konfucjusza, nie da się zrozumieć przyszłości bez wiedzy o przeszłości. Jednak to, co się działo z Chinami w przeszłości, nie wróży w tym kontekście niczego dobrego. Lecz akurat nie dlatego, że państwo to już kilkakrotnie nie wykorzystało szansy, by stać się dominującym globalnie imperium (czego akurat nie powinniśmy sobie życzyć). Prawdziwe niebezpieczeństwo leży w możliwości kolejnej, katastrofalnej destabilizacji i upadku giganta, co będzie tragiczne w skutkach nie tylko dla samych Chińczyków, ale i dla wielu innych ludzi na świecie.
A wbrew pozorom, Chiny dzisiejsze nie są państwem stabilnym. Wydaje się nam, że wszystko jest tam pod kontrolą, że sterowane jest wg kolejnego „mistrzowskiego” planu, jakiejś złotej reguły, która w sposób spektakularny i godny pozazdroszczenia prowadzi Chiny ku nowoczesności, czyniąc zeń państwo bogate, nowoczesne i potężne. Lecz jest to złudzenie. Mimo rozbudowywanego stale do niespotykanych dotąd rozmiarów aparatu represji (służby specjalne, policja, wojsko), monopolu władzy na „prawdę” i zawłaszczania historią, kneblowania ust dysydentom i opozycji, decyzyjnej centralizacji… władze chińskie nie panują jednak nad żywiołowo rozwijającą się gospodarką, nie mają jasnej koncepcji stabilizacji materialnej społeczeństwa, nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa socjalnego setkom milionów ludzi (dopuszczając do zwiększania się różnic społecznych, przez co przepaść między bogatymi a biednymi jest już w tej chwili kolosalna); w najmniejszym stopniu nie przeciwdziałają degradacji środowiska naturalnego… etc.

Pozycja Chin w dzisiejszym świecie jest wyjątkowa z wielu względów. Podobnie jak w przeszłości, nie da się do analizy tego kraju stosować tego, czym można było opisać rozwijające się państwa zachodnie, takie jak np. Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania – a tym samym przewidzieć mniej więcej w jakim kierunku zdąża.
Tę specyfikę Jonathan Fenby starał się ująć w swojej książce konkludując, że ustrojowo Chiny są „państwem kapitalizmu biurokratycznego, podpartego przemocą, oferującego obywatelom niewielką  ilość czasu wolnego, który mógłby zostać przeznaczony na promocję ludzkiego szczęścia na innej płaszczyźnie niż tylko pod kątem dochodu materialnego; (…) narodu, którego wpływy zmieniają cały świat, ale który pozostaje zupełnie niezgłębiony, a sami jego władcy zmagają się z kłopotami o bezprecedensowym wymiarze”, kończąc swoje obszerne dzieło słowami: „Chiny biorą na swoje barki odgrywanie głównej roli na scenie międzynarodowej, nie uporawszy się wcześniej z własną historią, która wciąż wyznacza przyszłość.”

Jeśli Konfucjusz miał rację.

*  *  *

Chińskie dzieci na szkolnym apelu (widok z hotelowego okna w Xi'an, zdjęcie własne)

*

DOPISEK: Powyższa nota o książce Jonathana Fenby’ego powstała jeszcze przed moim wyjazdem do Chin. Czy teraz – po powrocie stamtąd – napisałbym ją inaczej? Niewątpliwie tak, choć w ogólnych zarysach pozostałaby ona niezmieniona. Mam wrażenie, iż ten kilkutygodniowy pobyt w Państwie Środka był tylko czymś w rodzaju wprowadzenia do Chin, dotknięciem wierzchołka góry lodowej, liźnięciem jego powierzchni… Niemniej jednak dał mi poczuć smak tego kraju, pozwolił dostrzec jego specyfikę, „sznyt”, koloryt (ale także i szarość), a zetknięcie się… a właściwie bliższe poznanie kilku jego mieszkańców (wśród których znaleźli się głównie młodzi ludzie, tacy jak Hu Xin, Wang Xan Tang, Zhang Dan, Fang Ling, Song Shan Hu, jak również Tybetańczyk Pema) umożliwiło mi (do pewnego stopnia) wniknięcie w duszę i umysł konkretnego, prawdziwego człowieka. Zobaczyłem przy tym kilka rejonów Chin  – m. in. Pekin, Szanghaj, dawną stolicę cesarstwa Xi’an, Czengdu w Seczuanie, Guilin (wraz z rzeką Li i miastem Yangshuo)… Udało się nam również zrobić kilkudniowy wypad do Tybetu (Lhasa i okolice). Jednym słowem – wrażeń wywiozłem z tej podróży mnóstwo i mam nadzieję, że przynajmniej z kilkoma z nich zdołam się z Wami podzielić.

*

ANATOMIA WŁADZY… i filmu (Więcej niż kino: „Nixon”)

NIXON: anatomia duszy polityka i pożądania władzy. Anthony Hopkins w filmie Olivera Stone’a.

NA ROZSTAJU DRÓG

*
Mam do wyboru kilka dróg, którymi można pójść opisując film Olivera Stone’a:

1. FAKTY I POZÓR. Przystawanie filmowego obrazu do historycznej rzeczywistości. Przenikanie się fikcji i prawdy. Obiektywizm – subiektywizm autorów. Typowe dla kina emocjonalne zmącenie; wpływ uprzedzeń, konfrontacja z historycznym mitem. Iluzoryczność wynikająca ze specyfiki filmowego przekazu. Prawda emocjonalna i psychologiczna jako alternatywa, komentarz lub objawienie „prawdy” historycznej. Trudności z uchwyceniem tej „prawdy”. Wymóg syntezy i skrótowości – rola w tym metafory, wpływ przejaskrawienia…

Ale przecież nie chcę być nudziarzem.

2. FILMOWY WARSZTAT. Dynamika narracji, symbolika obrazów, inwencja operatora, prowadzenie reżysera, perfekcja montażu. Anthony Hopkins organicznie wchodzący w skórę Richarda Nixona (brrrr!!!).  Hipnotyzm oświetlenia, gęstość dialogów, sugestywność wizji i techniczna doskonałość.

Ale kogo to interesuje?

3. POLITYCZNY AMORALIZM. Perfidia polityki wypaczającej najbardziej prawe i unikalne charaktery. Dobre intencje „Ojców Narodu” brukujące piekło społecznej niezgody i zapełniające cmentarze w Arlington. Machiwelizm i organiczna wredność politykierów. Skuteczność polityki równoznaczna z manipulacją i żonglerką wartościami. Cnoty republikanów i czerwień demokratów; prawość prawicy i mańkutyzm lewicy. Reakcyjność, rewizjonizm, kulisy politycznej hucpy; fasadowość i kamuflaż. Zimna kalkulacja i bezwzględność. Naród jako abstrakcja, dobro jako abstrakcja, interes własny jako konkret. Człowiek łamany kołem historii – prawo i konstytucja łamana przez człowieka…

Ale po co się mam narażać?

4. DRAMAT SZEKSPIROWSKI. Anatomia władzy. Tragedia człowieka nie mogącego ujść przeznaczeniu – fatalizm. Niemożność dokonania moralnego wyboru. Jednostka a absolutyzm, jednostka a imperium – ludzka słabość a potęga mocarstwowej machiny. Samotność i alienacja bohatera – sam przeciw światu, nękany upiorami przeszłości…

Ale czy Nixon to rzeczywiście Hamlet?

5. WIETNAM I AFERA WATERGATE. Wojna w Wietnamie jako największa pomyłka polityczna Amerykanów i jedyna przegrana przez nich wojna, nie licząc wojny w Iraku i Afganistanie, które jeszcze trwają ale i tak pewnie będą przegrane. (Coś podobnego! Ja to ostatnie zdanie pisałem 16 lat temu, a ono ciągle jest aktualne! – przypis LA) Ambiwalentna rola Nixona, który wojnę zastał i ponoć ją zakończył, eskalując w międzyczasie konflikt, m. in. bombardowaniem oraz inwazją Kambodży. 60 tys. Amerykanów wraca do ojczyzny w czarnych plastikowych workach. Palenie kart mobilizacyjnych, nienawiść młodego pokolenia do Nixona, „systemu” i establishmentu. Ekonomiczne uwarunkowania bijatyki w Indochinach, przemożny wpływ przemysłu zbrojeniowego. Polityczne manipulacje i okłamywane społeczeństwo. Arogancja i bezduszność wojskowych. Protest, zamieszki i rozłam w narodzie.

Beznadziejne wdepnięcie w g… sorry – w błoto Watergate, żałosne szamotanie się w nim Nixona, polityczne kozły ofiarne. Skandal prawny i moralny. Dyshonor. Nadszarpnięta wiarygodność republikanów, zabrudzony i zszargany prezydencki fotel. Od rzemyczka do koniczka – Hoover, FBI i CIA…

Ale po co psuć humor sobie i innym?

6. TRANSFORMACJA OLIVERA STONE’A. Ewolucja jego postawy ideowo-politycznej: republikanin, ochotnik walczący w Wietnamie, doświadczenie wojny na własnej skórze, gwałtowne nawrócenie antywojenne, wróg Nixona i polityki przedłużającej rzeź w Wietnamie, narkotyki i paranoja; ekspiacja, katharsis i oczyszczenie w „Plutonie” i „Urodzonym 4 Lipca”; teoria spiskowa w „JFK”; kształtowanie nowej mitologii narodowej; amerykańskie korzenie lat 60-tych: „The Doors” jako popkulturowy narkotyczno-psychodeliczny przyczynek do rewizji epoki kontestacyjnej; gwałt i przemoc jako prowokacja w „Urodzonych mordercach”; powtórka z historii najnowszej: najbardziej kontrowersyjny reżyser amerykańskiego kina kręci film o najbardziej kontrowersyjnym prezydencie w historii amerykańskiej państwowości; finał odysei: dojrzałość (?), powściągliwość (?), umiarkowanie (?) twórcy… Ekh!

Ale przecież nie jest to artykuł dla „Cahiers du Cinema” ani nawet dla „Film Comment”.

UWAG PARĘ (mimo wszystko)

Wynika z powyższego, że wątpliwy jest sens pisania o filmie w ogóle. Lecz ta wątpliwość może też być natury bardziej uniwersalnej: kogo interesuje historia? Kogo interesuje polityka? Kogo interesuje kino?

Mimo wszystko postaram się skreślić parę uwag dla tych nieobojętnych.

„Nixon”, kiedy znalazł się na ekranach kin całego kraju, chwalony był zewsząd – i to zarówno w prasie konserwatywnej, jak i liberalnej. Nawet „Newsweek”, który przy okazji „JFK” wyzwał Stone’a od paranoika podważającego zaufanie do państwa i mącącego w głowach młodzieży, tym razem nie szczędził reżyserowi pochwał. Rzeczywiście, znając życiorys Stone’a i jego filmowe przypadki – mając w pamięci wszystkie te jego kontrowersyjne obrazy, czy też nad wyraz nieortodoksyjne zapatrywania i temperament pasjonata, można się było po „Nixonie” spodziewać istnej mieszanki wybuchowej – jakiejś kolejnej historyczno-politycznej psychodelli. Może właśnie dlatego, tym co ujęło wielu recenzentów, była próba i wysiłek jakiego dokonał Stone, by w miarę uczciwie i kompleksowo ukazać całą tę złożoność charakteru prezydenta, niejednoznaczność tej postaci – pod pewnymi względami żałosnej, a mimo to nie pozbawionej pewnych znamion wielkości i tragizmu. Próba zrozumienia, a więc przebaczenia?

Wbrew temu co się sądzi powszechnie, dla sporej grupy Amerykanów nieobce i nieobojętne są te najbardziej istotne i kluczowe elementy amerykańskiej historii. Nazwiska Waszyngtona, Lincolna, Roosevelta, Kennedy’ego czy właśnie Nixona, funkcjonują w tzw. społecznej świadomości jako symbole amerykańskiego wodzostwa, dla wielu są też przedmiotem głębszej  analizy źródeł oraz istoty państwa i republikanizmu. Takie wydarzenia, jak np. film Stone’a prowokują i konfrontują z wcześniejszymi przeświadczeniami i stereotypem. Bywają też pretekstem do samookreślenia się, podobnie jak to zrobił znany krytyk z Chicago Gene Siskel: „Myślę, że często jesteśmy narodem owiec, wystraszonym przez tych, których uważamy za zwycięzców. Richard Nixon bał się swoich rodziców, a my baliśmy się jego”.

Bez wątpienia „Nixona” Olivera Stone’a warto obejrzeć, choć jeszcze raz przestrzegam, że nie jest to film dla tych, których nie interesuje polityka, ani historia, ani nawet kino.

Richard Nixon - jedyny prezydent amerykański odsunięty od władzy

*

ŻÓŁTO NA BIAŁYM (o „Dziennikach” Stefana Kisielewskiego )

7 marca tego roku mija dokładnie 100 lat od urodzin Stefana Kisielewskiego – słynnego Kisiela, który był jedną z najbardziej znaczących postaci w historii polskiej kultury drugiej połowy XX wieku. Warto z tej okazji przypomnieć zwłaszcza „Dzienniki” – w opinii wielu największe (wraz z felietonami) jego dzieło, mimo iż pisane niejako mimochodem. Poniższy tekst powstał przed laty i opublikowany był dwukrotnie w prasie polonijnej: w 1996 roku w „Dzienniku Chicagowskim” (a więc kiedy „Dzienniki” ukazały się po raz pierwszy drukiem) oraz w 2002 roku w „Dzienniku Związkowym” (tutaj okazją było ich wznowienie). Przypomnijmy sobie tego niezwykłego człowieka – zaproszenie to kieruję zwłaszcza do młodszych pokoleń, osób zainteresowanych polską kulturą, którym Stefan Kisielewski jest mało znany.

Stefan Kisielewski: „Pozdrawiam nieznanego Czytelnika, który po latach te zapiski przeczyta – albo i nie przeczyta. Ciekawe pomyśleć, że mnie już wtedy nie będzie. Ale jeszcze ciekawsze – co będzie po owych latach w Polsce.”

‚Dzienniki’ to dzieło na miarę Montaigne’a, tyle że smutne, nudne i błahe niewymownie” – pisał o zapiskach Stefana Kisielewskiego jeden z jego redakcyjnych przyjaciół, Marcin Król.
Smutne? Raczej choleryczne. Nudne? Bardzo rzadko. Błahe? Na pewno nie. (Jak może być coś na miarę Montaigne’a a jednocześnie błahe – to pozostanie zagadką sofistów.)
Pierwsze wydanie „Dzienników” Kisiela okazało się bestsellerem. Po serii dodruków wyszła niedawno jego nowa edycja. Wszystko to świadczy o nieustającym zainteresowaniu tym, jednym z najbardziej notorycznych, i niepokornych felietonistów w powojennej historii Polski.
Czy „Dzienniki” warte są tej uwagi? Kto ma rację? Ci, którzy tę książkę chwalą, czy też ci, którzy ją ganią? Jedno jest pewne: Kisiel nie przestał wszystkich zaskakiwać nawet po swojej śmierci.

*

KTO  ZAGLĄDA  DO  „ŻÓŁCIOWEGO DZIENNICZKA”?

Dzieło na miarę Montaigne’a?

Pierwsze wydanie Kisielowych „Dzienników” rozeszło się w mig i już wkrótce pojawiły się pierwsze recenzje krytyczne. Autorami byli zazwyczaj ludzie, którzy autora znali osobiście, a ponadto sami zanurzeni byli w peerelowskim żywiołku opisywanym tak namiętnie, choć niemal po kronikarsku, przez Kisielewskiego. Niewątpliwie były to wypowiedzi najcenniejsze i najbardziej kompetentne, szkoda tylko, że tak powściągliwe, asekuracyjnie dwuznaczne (jak cytowany wyżej artykuł Króla w „Tygodniku Powszechnym”), czyli, innymi słowy, mijające się nieco z prawdą i nie do końca szczere. Postawa wobec Kisiela – człeka przecież bezceremonialnego, ostrego, ciętego, po sarmacku ostentacyjnego – zgoła nie na miejscu. Doprawdy, wg mnie zasłużył on sobie na inne traktowanie i sam pewnie wyśmiałby letniość swoich recenzentów. Letniość o tyle niezrozumiałą, że Kisiel podotykał niewybrednie w swoich zapiskach całe mrowie ludzi, szastając (często pochopnie) na prawo i lewo słowami kąśliwymi, wręcz grubiańskimi, a przez to niesprawiedliwymi.
Lecz pewną nietykalność za swoje niepohamowane ekscesy towarzysko-polityczne zyskał on już sobie za życia, więc tym bardziej po śmierci nie oczekiwano oburzonych i gwałtownych reakcji na opublikowany „żółciowy dzienniczek”, jak sam go sobie nazwał. Niemniej jednak Kisiel godzien jest podejścia bardziej bezpruderyjnego, mniej dyplomatycznego, bez zbędnej kurtuazji, która niezbyt dobrze do niego pasuje.

Obawiam się, iż to nie przypadek, że książkę tę omawiali ludzie ze starszych pokoleń, w przeszłości zżyci – jakby nie było – z PRL-em. Nieważne – dyspozycyjnie, czy też opozycyjnie, (gdyż opozycja to także pewna forma symbiozy z adwersarzem, tyle że niejako a rebours). Wszyscy oni zainteresowani byli tymi zapiskami z różnych względów. Przede wszystkim sam Kisiel: persona nad wyraz oryginalna, niezależna, niestereotypowa, nieprzewidywalna, barwna, radykalna… Każdy jego sąd był niezawisły, indywidualny, bywało że dziwaczny i fantazyjny, ale też niezmiennie ciekawy. Kisiel często i gęsto się mylił, lecz rzadko – w bezpośrednim kontakcie – nudził. A to już było osiągnięciem niebagatelnym.
Z drugiej strony sprawa PRL-u była i jest w okresie po transformacji ciągle żywa. Rewizje, remanenty, przewartościowania, spory o schedę, ochota do lustracji i dekomunizacji, społeczno-polityczne obciążenia świadomości, odniesienia, analogie i resentymenty ludowej przeszłości… – z tym wszystkim, chcąc nie chcąc, wielu ludzi w Polsce, zwłaszcza w kręgach polityki, kultury i publicystyki, musi się liczyć. A Kisiel rzuca przy tej okazji własne ostre światło.
Niebagatelny jest też chyba powód osobisty. Są tacy, którzy rozrachunek z własną przeszłością, samoświadomością i tożsamością robią na swój własny rachunek.
Na pewno wieloma czytelnikami przy sięgnięciu po „cegłę” Kisiela (950 stron!) powodowała zwykła ciekawość – czy też nie znajdą w niej wzmianki o sobie samym lub o osobach znanych im osobiście, tudzież o wydarzeniach, w których sami brali udział. W końcu Kisiel, choć odcięty przez cenzurę i partię od masy społeczeństwa, w środowiskach elitarnych był postacią znaną.

POKOLENIE W ROZKROKU

Zastanawiam się teraz, czy to pierwsze wydanie „Dzienników” Kisiela miało wielu czytelników wśród mojego pokolenia (wówczas) dwudziesto- trzydziestolatków, które o PRL ledwie się otarło, a już na pewno nie było z tym tworem ustrojowo-państwowym związane konformistycznie ani oportunistycznie. Nie chcę tym twierdzić, że to pokolenie lepsze od poprzednich. Może po prostu nie zdążyło się jeszcze w socjalizmie dobrze usadowić? Choć przecież i wśród moich kolegów i koleżanek znaleźli się SZSP-owcy, czy nawet partyjni, a wśród dalszych znajomych – nawet ubeccy kapusie. Jednak w swej pokoleniowej masie wszyscy byliśmy anty… – jedni radykalnie bardziej, drudzy mniej. Po prostu z racji szczenięcego wieku bardziej nadawaliśmy się na kontestatorów status quo, niż nasi rodzice, z których wielu posiadało czerwone legitymacje i związanych było z peerelowską strukturą zawodowo. Oczywiście nie pozbawiało ich to krytycyzmu, tyle że był to najczęściej krytycyzm towarzysko-domowy, nie wykraczający poza prywatne opłotki.
Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że nasz bunt miał bardziej znamiona młodzieńczego buntu pokoleniowego, niż politycznego. Mówię o latach 70. Później, już za „Solidarności”, nasze pokolenie zaczęło odgrywać rolę bardziej konkretną, z tym, że PRL zaczynał przypominać ledwie żywego truposza, sztucznie podtrzymywanego przy życiu przez namioty tlenowe partyjnej inercji, w których głównym miechowym był generał Jaruzelski. Większych zasług w obaleniu tzw. „komunizmu” nie możemy sobie przypisać, bo trudno uznać za takowe studencko-zomowskie bijatyki na ulicach czy też drukowanie i kolportaż „bibuły”.

Tak się więc złożyło, że moje pokolenie nie trafiło w czas… Ale przecież każde niemal pokolenie ma takie wrażenie. Byliśmy rozkraczeni między zieloną szczeniackością lat 70-tych, a tymczasowością i nieokreślonością lat 80-tych. Rewolucję  – przeciwko „komunizmowi”! – robili za nas głównie lewicowcy i socjaliści, wspierając się w dodatku proletariatem, który jednakże nie mienił się czerwonym a raczej katolickim, stąd późniejsza możliwość doczepienia się doń partii i partyjek uważających się za prawicowe.
Ludzie pokroju Stefana Kisielewskiego, pamiętający jeszcze polską niezawisłą rację stanu, byli zakneblowani, na emigracji lub na wymarciu. A o solidnym podłożu, na którym mogłaby się rozwinąć zdrowa nowoczesna polska prawica, w ogóle nie mogło być mowy.

Przyjdzie mi teraz usprawiedliwić ten przydługi nieco wstęp. Bierze się on z tego, że odczuwam jakąś podskórną potrzebę wytłumaczenia się, że także i ja chcę się wypowiedzieć o „Dziennikach”, choć, jak już zaznaczyłem, należę do pokolenia, któremu Kisielewski był w zasadzie obcy, a i sama istota PRL-u wymykała się (z racji naszego wieku i braku historycznego dystansu) właściwej percepcji. A może właśnie dlatego taki głos „z zewnątrz” może posiadać pewne walory? W każdym bądź razie nieco śmieszne to chyba skrupuły.

Stefan Kisielewski siedział w jaskini lwa, w oku komunistycznego cyklonu, w centrum kulturalnych i politycznych zawirowań

ZWIERZ POLITYCZNY W WALCE Z „DYKTATURĄ CIEMNIAKÓW”

„Dzienniki” zaczęły powstawać w 1968 r., już po marcowych czystkach, awanturze ze studentami i żydami, u schyłku epoki Gomułki i Moczarowców (choć wówczas jeszcze tak dekadencko to nie wyglądało). Kisiel dostał szlaban na wszelkie publikacje po tym, jak ówczesny sposób partyjnego rządzenia Polską nazwał publicznie „dyktaturą ciemniaków”. Dwa tygodnie później spuszczono mu lanie w jednej z bram Starego Miasta. Trzy miesiące potem, pod koniec maja 1968 r., w zeszycie pojawia się pierwszy zapis: „Nareszcie po długim okresie chmurnego zimna trochę słońca. Waham się, czy pisać, czy też pojechać na rowerze lub opalać się na słońcu. Pisanie dla siebie rzecz złudna, trudna, choć czasem w perspektywie lat owocna”.
Natura Kisiela – ekstrawertyczna, wybujała – knebla znieść nie mogła. Jego zapiski osobiste pełniły jednak wiele różnych funkcji, będąc nie tylko wentylem bezpieczeństwa, którym uchodziła żółć sfrustrowanego, skazanego na publiczny niebyt zwierza politycznego i publicystycznego. Zgoda, terapeutyczne zadanie „Dzienników” było tu najistotniejsze, lecz Kisiel traktował je również jako kronikę swoich czasów, utrwalenie dziejów peerelowskiego „absurdu” – bo tak tę rzeczywistość widział.
Wielokrotnie dawał też wyraz swoim obawom, iż totalne zakłamanie, obłudna polityka Zachodu i prasowe łgarstwa skutecznie blokują prawdę o rzeczywistej stronie tzw. „realnego socjalizmu”, którą trzeba bezkompromisowo obnażać i demaskować. To, że akurat dowód Kisiela miałby tu być monopolem krytycyzmu i nieomylności, nosi oczywiście pewne znamiona megalomanii, a jednak, gdy tak przyjrzymy się ogólnemu stanowi ówczesnej opozycji, to owo egotyczne podejście Kisiela okazuje się mieć pewne realne postawy: na tym tle jego postać opozycjonisty i stronnika kapitalizmu, wydaje się być skrystalizowana, wyjątkowa, wręcz wybitna.

Przez wiele lat Stefan Kisielewski związany był z „Tygodnikiem Powszechnym” gdzie na ostatniej stronie miał swoją trybunę. Wielu ludzi głównie dla Kisiela kupowało „Tygodnik”, od jego felietonu lekturą zaczynając i często – jeśli wierzyć nieco złośliwemu komentarzowi Daniela Passenta z „Polityki” – na tym lekturę „Powszechnego” kończąc. Strona ta stała się niemal instytucją samą w sobie, będąc bez wątpienia jednym z najważniejszych fenomenów ówczesnej publicystyki w Polsce.
Po zaatakowaniu „ciemniaków” redakcja Jerzego Turowicza otrzymała absolutny zakaz druku czegokolwiek co wyszło spod pióra Kisielewskiego. Restrykcjami zresztą objęto także inne pola, na których mógł on działać, np. muzykę Dla rasowego publicysty-felietonisty i politycznego pasjonata był to cios. W „Dzienniku” możemy śledzić kilka wątków. Jednym z nich jest sposób w jaki Kisiel z tym ciężkim szlabanem musiał się szarpać. Użerki z cenzurą były w owym czasie na porządku dziennym, jednak nie mogły się nawet równać z zakałą całkowitego zakazu.
Kisiel więc miota się i wyżywa przy swoim biurku: „20 lat pisałem a tu nagle pysk zasznurowany tylko czytaj człowieku tę najgłupszą prasę świata, gdzie w powodzi panegiryzmu na temat siebie, oraz w falach aroganckiej krytyki wszystkiego co inne (z Ameryką, rzecz prosta, na czele), z rzadka znaleźć można coś do sensu, poruszającego jakąś istotę sprawy”. Także, nie mniej dosłownie, w innych miejscach autor poddaje się „… charakterowi niniejszych notatek, mających być czymś w rodzaju ‘pamiętników żółciowca’, gdzie wyładowuje się drobne wściekłości, których nie sposób wylać gdzie indziej.”
Kisiel ma pełną świadomość tej katarktycznej, oczyszczającej funkcji swoich zapisków. W pewnym momencie przytacza nawet sposób hinduskich joginów na pozbycie się żółci. Otóż zalecali oni napisanie listu z wymyślaniami na tego, do kogo czuje się złość, by zaraz potem wybuchowy i zjadliwy liścik zniszczyć. Przypomniało mi to, iż onegdaj w Ameryce można było zamówić rodzaj manekina na wzór osoby, która człowieka „wnerwia” (np. żony, męża, ewentualnie szefa) i go sobie w domu dla ulgi nokautować.
Kisiel pisał w dziennikach głównie o polityce, sam nazwał swoje notatki kroniką obsesji; z masochistyczną wręcz pasją wertował dziesiątki polskich gazet, dość regularnie powracał też do periodyków francuskich, niemieckich i amerykańskich. I wściekał się oczywiście przy tej lekturze, ale przecież, jak sam przyznawał, lubił pisać o tym, czego nie lubił, więc nic dziwnego, że szukał tam dla siebie nie tylko informacji, ale też narkotyku i podniety.

PRAWDA I TYLKO PRAWDA?

Mimo, że Kisielewski nie mógł oficjalnie publikować w „Tygodniku Powszechnym” (nie wspominając już o innych pismach), to jednak kilkakrotnie zdołał przemycić własne teksty pod pseudonimem, próbował komponować (głównie zlecone drobiazgi, choć mocował się też z symfonią), no i równolegle tworzył swe „dzieła” vel „romanse” czyli powieści, które pod nazwiskiem Tomasz Staliński wydawane były sukcesywnie przez paryską  „Kulturę”.

Choć Kisielowi daleko było do artysty pięknoducha (uduchowioną mimozą to on nigdy nie był, bardziej gargantuicznym cholerykiem), to niewątpliwie duch artystowski nie był mu obcy. Jako były poseł, a także powieściopisarz, eseista i kompozytor, stykał się blisko nie tylko ze światem polityki, która była jego największym i najbardziej naturalnym żywiołem, ale i ze światem sztuki. Przy czym, z racji cech specyficznych Kisiela, zderzenie to dawało nieraz nad wyraz zaskakujące, niepowtarzalne, niezmiernie ciekawe efekty.
Wydawać by się mogło, że  – zważywszy na charakter i okoliczności powstawania dziennika – będzie on zawierać absolutną prawdę (Kisielową) i tylko prawdę („a tu mogę pisać co chcę”); porażać nas swoim emocjonalno-intelektualnym ekshibicjonizmem – bez zahamowań, kruczków, aluzji, gry i mrugania okiem… I tak jest rzeczywiście, choć zdarzały się momenty, że Kisiel się po prostu i po ludzku bał. Niekiedy nie mamy pewności, czy jego częste wspominki o śledzeniu go i mnogości ubeckich agentów wokół, miały źródło w konkretnej rzeczywistości, czy też były symptomem jakiejś manii prześladowczej, tworem wyobraźni. Lecz inwigilacja i kontrola Kisiela przez „ubezpieczalnię” była faktem niewątpliwym, co potwierdzają najbliższe mu osoby.
Właśnie wtedy zdarzały mu się takie zapiski: „Ciekawa jest rzecz z tym dziennikiem, piszę go nie całkiem szczerze, bo wciąż mam w głowie myśli, że wpadnie w czyjeś ręce. A więc pełny kamuflaż  – gdzie istnieje człowiek zupełnie wyzbyty kamuflażu?” (…) Ale z drugiej strony: „Przeczytałem sobie ten dziennik i przestraszyłem się, że taki ostry – jak go władze wezmą, to krewa. Poza tym za dużo w nich wymyślań, ostrych słów, a to jest zawsze dowodem bezsilności. Trzeba się hamować: złość piękności szkodzi.”

Kisiel: „Polska dzisiejsza to niewątpliwy i klasyczny dom wariatów”

Niech nas jednak podobne stwierdzenia nie zwiodą. Jeśli Kisiel stosuje jakąś autocenzurę, to tylko na chwilę, bowiem zaraz później porywa go znów ten jego choleryczny, polemiczny, antykomunistyczny temperament i chlasta on swych adwersarzy jak trzeba. Nie mamy więc tak naprawdę żadnych powodów czy przesłanek, by uważać „Dzienniki” en gross za nieszczere, zakamuflowane, czy nie daj Boże, bojaźliwe. Podobne uwagi są czynione przez autora właściwie en passant, mimochodem, i jako takie nie mają istotnego znaczenia. A różnorodność reakcji, niedoskonałości charakteru, pewne odkrycie się z uczuciami, które ktoś inny mógłby uznać za wstydliwe czy niezbyt chwalebne, przybliżają nam tylko autora jako człowieka.

DOKUMENT NASZYCH CZASÓW

Na przekór tym denuncjacjom o maniach, obsesjach i problematycznej merytoryczności „Dzienników”, są one prawdziwym zagłębiem wiedzy, informacji, faktów, nazwisk, świadectw tamtej epoki. Biorąc nawet poprawkę na silne emocjonalne zabarwienie, pewien brak obiektywizmu czy też wręcz zdecydowaną stronniczość, „Dzienniki” należy uznać za ważny dokument swoich czasów, choćby nawet kuriozalny. Miejscami zajmuje on nas bardziej, miejscami mniej – by nie napisać, że jest nużący – to znów wydaje się bez mała fascynujący, bulwersuje. Dla czytelnika, który za kulisy PRL-u nie miał wstępu tudzież wglądu, lektura tej księgi może być czymś w rodzaju nadrabiania zaległości – wypełniania luk w wiedzy o najnowszej historii rodzinnego kraju, bez znajomości której trudno by zrozumieć to, co się dzieje obecnie w Polsce.
A Stefan Kisielewski siedział w jaskini lwa, tkwił w oku komunistycznego cyklonu, w centrum kulturalnych, politycznych i gospodarczych zawirowań. Mimo narzuconej mu izolacji, pozbawienia możliwości wpływania na społeczny ogół, cały czas trzymał rękę na pulsie bieżących spraw, utrzymywał kontakty z mnóstwem liczących się w kulturze i polityce ludzi (niejedną wódkę z nimi wypił), miał też bezpośredni wgląd w sytuację na świecie. Będąc przy tym obserwatorem przenikliwym, niepoprawnie zachłannym, o diabelsko ruchliwej wyobraźni i ciekawości, z niepoślednim intelektem, unikalną umysłowością, zostawił po sobie ślad, nad którym nie sposób przejść – nawet po wielu latach – obojętnie.

*  *  *

PATRIOTYZM  SFRUSTROWANY

*

Polska – to był największy ból Stefana Kisielewskiego. I był to ból przewlekły, tak jak przewlekła była sowiecka kuratela nad naszym krajem. Lata mijały a patriotyczna chandra Kisiela nie ustępowała, co na kartach „Dzienników” widoczne jest aż nazbyt ostro. Choroba „na Polskę”, głęboka frustracja biorąca się z różnicy między tym, co wyobrażał i czego życzył sobie (i krajowi) Kisiel, a rzeczywistym stanem peerelowskim.

Kisiel „chory” na Polskę

To, że był to starej daty patriotyzm, raczej nie ulega wątpliwości. Sprawa polska leżała Kisielowi nie tylko na wątrobie ale i na sercu. Jakże inaczej tłumaczyć ową polemiczną pasję roztrząsania – i to niemal każdego dnia – najistotniejszych dylematów gospodarczych, politycznych i społecznych występujących nad Wisłą? Prawdziwe powody znajdziemy oczywiście w „Dziennikach”, lecz nie zawadzi tu przytoczyć także opinię Czesława Miłosza, który w swoim „Abecadle” pisze tak: „Dla człowieka kochającego swój kraj – a Kisiel był patriotą – to, co się działo w Polsce po 1945 roku, przedstawiało się jako jedno wielkie niszczenie i marnotrawstwo”.
Nie tylko niszczenie i marnotrawstwo. Kisiel analizuje za swojego punktu widzenia różne aspekty peerelowskiej rzeczywistości: wasalskie uzależnienie od Rosji, stan polskich „elit” i innych grup społecznych, jak również narodu polskiego jako całości. Zajmuje go sposób rządzenia, polityka władzy, irytują ustrojowe paradoksy i absurdy.
Uważał, że „sojusz” ze Związkiem Radzieckim, pętając Polskę, czyni z niej kraj zacofany, zupełnie przez Zachód lekceważony. Przyszłość jednak pokazała, że Stefan Kisielewski był o wiele bardziej trzeźwym realistą, niż ci, którzy uważając się za „realistów”, szli na kompromis i tym samym system ten wspierali, moszcząc się wygodnie – naiwnie lub z wyrachowaniem – w jego strukturach. Realizm Kisielewskiego polegał na tym, że odrzucał on oparcie socjalistycznej ekonomii na fikcyjnych podstawach. To właśnie funkcjonowanie rynku i gospodarki w socjalizmie było na bakier z realizmem ekonomicznym, nie odwrotnie. I tu Historia przyznała Kisielowi rację.

DOM WARIATÓW I OPERETKA

Podczas swoich częstych podróży po Polsce, Kisiel oczywiście wszystko dookoła bacznie obserwował, czyniąc uwagi, które niekiedy wymykały się jakby tej jego pesymistycznej  i krytycznej idiosynkrazji. Pisał np: „ładny kraj, idylliczny na pozór”; autentycznie zachwycał się morzem czy górami (namiętnie spacerował i jeździł na rowerze), rajcował go (z początku przynajmniej) „rozkwit” Warszawy za Gierka. Parę przychylnych uwag poczynił pod adresem górali, młodzieży („ładna, dobrze odchowana, ubrana”)… etc. Natychmiast jednak wskakiwał na tego swojego wierzgającego byka krytyki. Jego uwaga koncentrowała się na czerwonej płachcie braków, ułomności, absurdów otaczającej go „socjalistycznej rzeczywistości”: „Polska dzisiejsza – Kisiel pisze to na dwa miesiące przed zajściami grudniowymi 1970 r. – to niewątpliwy i klasyczny dom wariatów: to wszystko, co w Rosji jest tragiczne czy dramatyczne, tu jest tylko operetkowe. Kraj z tajemniczą, nikomu nieznaną ‘elitą’ na górze, rządzony w myśl doktryny, którą mało kto podziela, z prawami dziwacznymi i zawile sformułowanymi, egzystujący od przypadku do przypadku, w dużym stopniu dzięki korupcji i łamaniu tego prawa; nie informowany o niczym i mający wszystko w dupie, ale za to kierujący się węchem i siódmym zmysłem; kraj, gdzie wszyscy boją się czegoś nieznanego, nikt natomiast nie boi się oszukiwać i naciągać, wiedząc doskonale, że bez tego nie można żyć; kraj, gdzie nikt nie wierzy w marksizm, a partia marksistowska ma 2 mln. członków – etc. Jak z domu wariatów wyłoni się normalny naród?”
Temu narodowi dostają się cięgi i gorzkie sarkazmy: „…masochizm narodowy i mesjanizm już są nieaktualne, bo jakże gloryfikować ten naród biedny wprawdzie, ale w swej biedzie mało wykazujący wielkości, intrygancki, plotkarski, tchórzliwy?” Zapis z 30 marca 1972 roku: „Polacy nie mają już odwagi cywilnej (tej zresztą nigdy nie mieli) ani godności. Narody, którym odebrano godność, czyli kraje demokracji ludowej – tak bym to określił”. 30 grudnia 1976 r.: „Komunizmowi mogą się oprzeć tylko społeczeństwa rozwinięte przemysłowo, mające nową elitę, nową szlachtę, arystokrację pieniądza. W kraju zniwelowanym, pozbawionym wszelkich elit, siłą faktu elitą zostaje centralistyczno-biurokratyczna partyjna sitwa, której służy zastrachana i skurwiona inteligencja naukowo-techniczna i prasowo-artystyczna”. 22 października 1978 r.: „Czy my wszyscy nie jesteśmy przypadkiem zdegenerowani? Przecież już od 30 lat akceptuje się, żyjąc w nim, stan rzeczy, że na białe mówi się czarne, dyktaturę nazywa się demokracją, gwałt przyjaźnią etc., to muszą z tego wyniknąć jakieś konsekwencje psychiczne (…) A co będzie z polskim narodem? Młodzi chcą go teraz otrzeźwić, ale czy doceniają, jak on w tym sowietyźmie zeskurwysyniał?”

Czesław Miłosz: „Kisiel był patriotą” Kisiel: „Naród w sowietyźmie zeskurwysyniał”

Stefan Kisielewski miał szlaban nie tylko publicystyczny, ale i graniczny: przez długi czas nie mógł opuścić Polski, odmawiano mu wydania paszportu. Kiedy więc udało się mu wyjechać i przez 7 miesięcy na przełomie 1973 i 74 roku przebywał w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Francji i RFN, zakosztował wolności i Zachodu, jego diagnoza socjalistycznej rzeczywistości polskiej po powrocie była druzgocząca: „Kraj niedemokratyczny, z fochami i fumami, gdzie każdy chce przewodzić innymi, wszyscy razem są prymitywni i biedni. Cóż za system kretyński i demoralizujący ludzi – bo nieszczęście ludzi nie czyni sympatyczniejszymi, przeciwnie! Jakież tu wszystko jest nielogiczne, niewygodne, absurdalne (…) Do tego monotonia życia, ubóstwo kulturalne, potwornie idiotyczna prasa i radio. Zresztą wszędzie ten absurdalny, nic wspólnego z rzeczywistością nie mający żargon partyjny, mieszanina abstrakcyjnej doktryny z konsekwentnym cwaniactwem oszustów – wszystko to jest niesamowite”.
System oparty na fikcji i utopii musi się w swym oderwaniu od rzeczywistości wspierać różnymi trikami: dymne zasłony ideologiczne, magia słów, doktrynalne zaklęcia, ignorowanie oczywistych faktów, utwierdzanie mitów, sankcjonowanie kłamstwa i obłudy. Wiadomo to skądinąd, nie tylko dzięki Orwellowi. Kisiel raz po raz punktuje owe zjawiska jednoznacznie, ocierając się nawet czasem o profetyzm: „Cała nasza elita partyjna zmienia się w automaty, ludzi nieczułych i niewrażliwych na drganie prawdy, nie dopuszczających istnienie innych poglądów, nie znających prawdziwej dyskusji, nie robiących niczego co nie uzgodnione, nie postanowione z góry. Rezultat – chcąc coś zmienić, trzeba wyjść na ulicę i palić komitet. Gierka też to spotka, to jasne, bo on już też tak odrętwiał jak Gomułka”.
Wielu ludzi PRL-u było świadomych tego, że żyją w świecie, który kształtować i kontrolować chciano za pomocą fikcyjnej ideologii, jednak instynkt samozachowawczy – niektórzy powiedzą: mimikra – powodowało, że przyjmowali reguły gry, urządzali się jakoś i egzystowali w czymś, co można nazwać orwellowskim „dwójmyśleniem”. Kisiel ich nawet czasem usprawiedliwiał. Był to kamuflaż, słynne, spotykane zwłaszcza wśród inteligentów „barwy ochronne”. Nie wszyscy jednak – choć byli to nieliczni – owe barwy przybierali. I to nie tylko z powściągliwości czy nawet wstrętu do tego rodzaju obłudy. Po prostu niektórzy nie byli do tego zdolni. Kisiela, to co się działo wokół niego zdumiewało „jak sen wariata  śniony nieprzytomnie”, a najbardziej zdumiewało go to, że tak niewielu się tym w sumie zdumiewało.
Zapewne nieraz Kisiel zadawał sobie pytanie: kto tu zwariował – on czy cała reszta? Pytanie wszelkich niepokornych, nieprzystosowanych do zunifikowanego systemu, których rzeczywiście jako „wariatów” zamykano w szpitalach psychiatrycznych. Tak było np. w ZSRR, gdzie patologia komunizmu objawiła się najostrzej (przykłady: Brodski, Mandelsztam i wielu innych). Sam Kisiel przyznał parokrotnie, iż naprawdę trzeba posiadać pewne cechy szaleńca, by uprawiać opozycję w komuniźmie, nie mówiąc już o próbach buntu i wzniecania rewolucji. Na tym też osadza on jeden z dylematów życia w totalitaryzmie: „wyobcować się czy przyjąć ogólną konwencję?”.

ORĘDOWNIK KAPITALIZMU CZY DENUNCJATOR GOSPODARCZEJ FIKCJI SOCJALIZMU?

W przeciwieństwie do innych krytyków komunizmu czy socjalizmu, Stefan Kisielewski stosunkowo rzadko wdawał się z tymi systemami w głębsze dysputy natury ideologiczno-filozoficznej. Nie rozwinął też własnej alternatywy ustrojowej, choć niejednokrotnie dawał wyraz swemu poparciu dla kapitalizmu – i to ostatnie właśnie przylgnęło do jego wizerunku opozycjonisty. Powiedzmy sobie szczerze, że przylgnęło bardziej na zasadzie mitu i legendy, niż czegoś wynikającego z rzeczywistych przesłanek. Sam Kisiel daje wyraz temu w „Dziennikach” przyznając, iż kapitalizmu nie zna na tyle, by ogłosić siebie jego otwartym i kompetentnym poplecznikiem. Uczciwe postawienie sprawy.
Nie przeszkadza mu to jednak w obnażaniu słabizn ekonomicznych ustroju, stawianiu diagnoz chorej gospodarce: „Obłędna jest niepraktyczność tego ustroju (…) Uderza mnie tu bałagan, zła organizacja i lekceważenie wszystkiego przez wszystkich”. (…)„Budowano to głupio, po doktrynersku, bez ekonomistów”. (…) „W socjaliźmie wielki popyt, mała podaż, fatalna organizacja, pełne zatrudnienie, niskie płace, równość w brakach życiowych i w baraku praw do gadania; w kapitaliźmie – odwrotnie”.

Krytyka stanu gospodarki w socjaliźmie łączy się u Kisiela z powierzchowną co prawda, niemniej jednak dobitną krytyką ideologii, podstaw ustrojowych, a więc marksizmu i komunizmu. Trudno się temu dziwić skoro upolitycznianie wszystkiego było nieodłączną cechą funkcjonowania systemu
Raz po raz wraca Kisielewski do denuncjacji fikcji, na której opiera się ustrój i sposób rządzenia w PRL-u: „Wczoraj oglądałem w telewizji otwarcie sejmu – coś wręcz przerażającego: od czasu do czasu, gdy ja byłem posłem, drętwość tego widowiska posunęła się naprzód, ku swej ‘doskonałości’, w sposób po prostu niewyobrażalny. Jakby marionetki poruszane sznurkiem, wszystko wyreżyserowane, bez cienia autentyzmu (…) Potworna nieruchoma fasadowość tego wszystkiego, mająca na celu ukrycie jakichkolwiek konfliktów, zdradza kurczowy strach przed społeczeństwem, przed życiem, przed jakąkolwiek zmianą (…) Polityka pojęta jako utrzymanie władzy i tajności jej kulis za wszelką cenę”.

KTO TĘSKNI ZA PRL-em?

Warto zwrócić uwagę na powyższe sądy Stefana Kisielewskiego tym wszystkim, którzy niejako zwątpili dziś (tekst pisany był w drugiej połowie lat 90-tych – przyp. LA) w zasadność i dobrodziejstwo całej solidarnościowej zawieruchy kładącej kres PRL-owi. A że takie zwątpienie jest stale obecne, to nie ulega wątpliwości. Społeczeństwo polskie w dużej mierze tęskni za „bezpieczeństwem” i „komfortem”, które jakoby panowały w czasach Polski Ludowej. W tych tęsknotach zapomina się jednak o kosztach, jakich ten „komfort” wymagał – o cenie jaką trzeba było płacić. Nie bierze się też przy tym pod uwagę jakie to wszystko było papierowe, budowane w powietrzu, na ruchomych piaskach – i skazane przez to na zawalenie i ruinę. Złudna była niezawisłość, niepewne bezpieczeństwo narodowe, urojona gospodarcza potęga, sztuczny i nietrwały dobrobyt (zwłaszcza w czasie przejadania zagranicznych kredytów); wreszcie – na fałszu oparta była oficjalna ideologia. Na tym zasadzały się peerelowskie „dobrodziejstwa” i „spokój”.

Daniel Passent: „Był autorytetem. Każdy jego felieton był dla mnie wyrzutem sumienia.”

Okazało się, iż taka jest prawdziwa kolej rzeczy: komunizm, jak również tzw. realny socjalizm (gdyż w Polsce prawdziwego komunizmu, dzięki Bogu, nie było nigdy), skazany był na bankructwo, nawet gdyby nie miał swoich przeciwników i kontestatorów. Stało się więc to, co musiało się.
O ile sobie przypominam, poglądy wyrażone tak ostro, jednoznacznie, śmiało i jaskrawie przez Kisiela, podzielane były w Polsce coraz powszechniej, krążyły w obiegu nieoficjalnym. Stefan Kisielewski miał odwagę wypowiadać je głośno i publicznie – dopóki było to możliwe. Później to samo głosił w swoim środowisku, utrwalając jednocześnie w dziennikach. Wszyscy w zasadzie przyznawali mu rację (po cichu raczej), choć niewielu tak pełnie, elokwentnie i z taką swadą potrafiło te myśli wyrazić. Często nie była to nawet sprawa odwagi, co właśnie przenikliwości i ruchliwości umysłu.

WYRZUT SUMIENIA

Myślę, że dość adekwatną opinią na temat postawy Kisiela będzie tu zdanie Daniela Passenta, którego doprawdy trudno by uznać za opozycjonistę PRL-u, czego on się zresztą wcale nie wypiera, wyznając otwarcie, choć nie bez pewnej kokieterii: „Dla mnie najważniejsza w tych felietonach była odwaga. Stanowiły one wyrzut sumienia, że nie posuwam się w swych wnioskach tak daleko, jak autor ‘Gwoździ w mózgu’. Z tych samych przesłanek Kisiel wyciągał bowiem wnioski, jakich ja nie wyciągałem (…) Czytało się więc Kisiela jako tego, który zasadniczo ma rację, mimo że w tej czy innej sprawie mógł się mylić. Pochlebna wzmianka w jego felietonie dawała satysfakcję, reprymenda – bolała, takim był autorytetem. Każdy jego felieton był więc dla mnie wyrzutem sumienia”.

Przyznaję, opinie Kisiela o polskim społeczeństwie (padło nawet słowo „naród”) mogą bulwersować. Sądy to ostre, nie przebierające w epitetach, nie wolne nawet od inwektyw. W ustach nie-Polaka, człowieka z zewnątrz, zabrzmiałyby niewątpliwie jak zniewaga, obelga, jednak akurat Kisielowi skłonni byliśmy to odpuścić. Mało kto, tak jak on, miał prawo do podobnego sarkazmu i bezceremonialności. Silne emocjonalne zabarwienie świadczyć może tylko o zaangażowaniu. Jeśli naród byłby Kisielowi obojętny – letnie i obojętne byłyby o nim wzmianki. Przy okazji odpowiedzmy sobie w duchu: czy sami nie odczuwaliśmy nigdy takiej potrzeby, by wyrzucić z siebie to, co nas boli z powodu tych mniej chlubnych cech naszych narodowych – by, po prostu, naurągać nieco naszemu własnemu plemieniu? I wcale nie byłby to dowód braku patriotyzmu, czy tym bardziej zdrady. A Kisiel jest ostatnią osobą, którą można by podejrzewać o zdradę i zaprzedanie.

NIEPRZEKUPNY

Właśnie… według mnie, najważniejszą cechą Kisiela, która zawsze budziła mój najwyższy podziw i szacunek, była jego niezależność i niesprzedajność – to, że nie można go było kupić. A na powszechnym udawaniu i oportunizmie (różnie to nazywano: „kompromis”, „rozsądek”, „realizm”, „spryt”, „życiowość” etc.) oparty był cały system. Jakże niewielu było (i mimo wszystko nadal jest), takich ludzi, którzy bez względu na konsekwencje potrafią śmiało głosić swoją opinię, poglądy i zapatrywania wtedy, gdy nie jest to popularne, alb gdy grożą za to konkretne restrykcje, utrata czegoś wymiernego. Konformizm jest w zasadzie postawą powszechną. Wchodzi się w tzw. „układy”, urabiając pod zewnętrzne wymagania, w konsekwencji gubiąc nieraz gdzieś samego siebie.
Doprawdy nie chciałbym tu takiej postawy oceniać, ani tym bardziej ganić (w końcu jest to takie „ludzkie”). Chcę jedynie podkreślić, jak bardzo cenni mogą być ludzie, którzy z tych reguł potrafią się wyłamać. Cena jaką za to płacą bywa niekiedy przeraźliwie wysoka. Dostają oni zewsząd cięgi, skazywani są na ostracyzm, niekiedy ich kosztem jest tzw. zmarnowane życie. Tym bardziej należy się im hołd. Poświęcając się, narażając siebie, ocalają tym samym coś niezwykle szlachetnego i wartościowego. Nie tylko prawdę. Jednym z tych niewielu był Stefan Kisielewski.

*  *  *

Kisiel: „Wyobcować się czy przyjąć ogólną konwencję?”

Zdjęcia: Włodzimierz Echeński, Włodzimierz Wasyluk, tvp east news