VIRGIN ISLANDS REVISITED

every picture tells a story…

Piekło to inni, pisał Sartre. Ale raj też jest zawsze tam, gdzie nas nie ma. Lecz, podobnie jak piekło, również i raj jest ludzką konstrukcją – bardziej kreowaną w naszej wyobraźni, fantazji i marzeniach, niż istniejącą rzeczywiście w świecie, który uparliśmy się nazywać realnym. Tak naprawdę, raju na Ziemi nie ma. Jest tylko odbicie naszych pragnień i wyobrażeń – zachwyt istnieniem i poczucie piękna… ulotnego jak my sami. Ale przecież to, co prawdziwie odczuwane, jest (staje się) dla nas rzeczywiste – a przynajmniej takie się nam wydaje. Więc jeśli istnieje dla nas piękno, istnieje też i raj.
Takie myśli krążą mi po głowie, kiedy przeglądam zdjęcia, jakie zrobiłem niedawno podczas (kolejnej zresztą – o poprzedniej pisałem TUTAJ) podróży na Wyspy Dziewicze. Oto mała ich próbka. Każde opatruję małym komentarzem – wspomnieniem, opisem… refleksją, jaką ono przywołuje.

(Klikając na zdjęcia, można obejrzeć je w pełnym wymiarze.)

 .

Beach on St. John  (USA Virgin Islands)

Kąpiel w turkusowych wodach (St. John)

.

TURKUSOWY RAJ

Turkusowa woda, plaża, wyspy na horyzoncie… a wszystko to obramowane panoramicznie palmowymi liśćmi. Ładne, ale czy nie ocierające się o banał? Cóż, będąc na tej plaży – i robiąc to zdjęcie – o żadnym banale nie myślałem. A nawet jeśli był to banał (swoją drogą: czy raj nie jest w pewnym sensie banalny?), to… I couldn’t care less – nic mnie w tamtym momencie nie obchodziło oprócz cieszenia się chwilą i całym tym tropikalnym splendorem, który za pośrednictwem wszystkich zmysłów uderzał mi do głowy.
Widzę, że (całkiem przypadkowo) na tym zdjęciu znalazła się Liza (to ta czarna główka, tuż nad wodą, po lewej stronie zdjęcia), nasza znajoma od… kilkunastu minut, która zdradziła nam, że jest z pochodzenia Polką (mówiła do nas w naszym języku), mieszkała w Teksasie, ale tydzień temu przyleciała (do pracy sezonowej) na St. John, i codziennie rano zagląda na tę plażę, aby popływać. Zaprosiła nas do restauracji, w której była kelnerką. Obiecaliśmy, że przyjdziemy i słowa dotrzymaliśmy. Pewnie nagrodą za ową słowność były najbardziej smaczne ryby, jakie jedliśmy podczas naszego trzydniowego pobytu na St. John. (Aaa… muszę jeszcze wspomnieć, że restauracja ta nazywała się – nomen omen – Fish Trap. Polecam.)

greydot.

Kids platying in The Baths - Virgin Gorda

Kids playing in The Baths (Virgin Gorda)

.

KIDS IN THE BATHS

Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na Karaibach – The Baths (czyli Łaźnie). Potężne granitowe głazy (będące pamiątką po wulkanicznej przeszłości wyspy) legły na wypełnionej piaskiem plaży – i zarówno one, jak i sam piasek, swoją strukturę zawdzięczają erozji, która w tym przypadku bardziej jest siłą kreatywną, niż destruktywną (ot, taki naturalny paradoks).
W The Baths palm nie ma zbyt wiele, lecz w wielkiej obfitości rosną tu krzewy, które wszyscy nazywają całkiem adekwatnie seagrapes, czyli „morskimi gronami”. I to właśnie one zwisają niczym baldachim nad miejscem, w którym się skryłem przed skwarem – dzięki czemu mamy u góry zdjęcia piękną ramę z liści przypominających serca i wiszących kiści owoców, które choć przypominają winogrona, to są, niestety, niejadalne – i żadnego wina nie da się z nich zrobić.
Liście seagrapes są prześwietlone słońcem – dlatego mają taki intensywny kolor; na horyzoncie są widoczne jachty, chmurki układają się fotogenicznie na niebie, woda jak zwykle turkusowa a piasek żółty… jednak cały obrazek ożywia dopiero para dokazujących w tej fantastycznej scenerii dzieciaków, których starałem się uchwycić w miarę dynamicznej pozie – co zresztą, (zważywszy na hiperaktywność chłopca i dziewczynki), nie było wcale takie trudne.

greydot.

Ram Head Trail

W drodze na Ram Head w Parku Narodowym Wysp Dziewiczych (St. John)

.

W DRODZE NA BARANIĄ GŁOWĘ

Panorama wyspy dziewiczej Św. Jana – niemalże w całej okazałości. Widać tu całą południową część wyspy – z jej zatoczkami i wzgórzami, a nawet z małym osiedlem domków rozłożonym na zboczu jednego z tych wzgórz. Rzecz się dzieje na terenie Parku Narodowego Wysp Dziewiczych, a konkretnie na szlaku prowadzącym na… Baranią Głowę (Ram’s Head – tak obrazowo nazwano jeden z półwyspów St. John, z wysokim skalnym klifem przypominającym ponoć barani łeb).
Lubię nie tylko kompozycję tego obrazka (falująca linia horyzontu, który tworzą grzbiety wzgórz; Morze Karaibskie wcinające się między ląd zarówno pierwszego, jak i drugiego planu…) ale i kolorystykę, którą „rozmiękcza” tutaj słońce chylące się ku zachodowi, dzięki czemu barwy nie są już tak jaskrawe, a kontrasty bardziej stonowane nadają zdjęciu spokojnej atmosfery dobrze spełniającego się dnia.
Oczywiście – aby mieć jakiś ludzki element w całym tym dzikim, choć przecież relaksującym, pejzażu – poczekałem aż na grzbiet Baraniej Głowy wespnie się grupka piechurów, tym bardziej, że jedna z kobiet tej grupy miała na sobie czerwoną koszulę, która stanowiła niezły akcent w tej malowniczej scenerii. Jednak na pierwszy plan zdecydowanie „wychodzą” tutaj kaktusy organowe, wsparte niejako rosnącymi niżej kaktusami baryłkowymi – każdy z charakterystyczną, czerwonawą główką najeżoną kolcami.
Lekko się zdumiałem, kiedy znalazłem się blisko tych ludzi. Zauważyłem bowiem, że jeden z jej członków, starszy pan, wchodził na tę górę po szlaku pełnym ostrych kamieni i jeszcze bardziej ostrych kaktusów… na bosaka! Fakir jakiś, czy co? – zdziwiłem się w duchu. Jeszcze dziwniej zrobiło mi się na duszy, kiedy się dowiedziałem, że cała grupa zostaje na szczycie Baraniej Głowy do nocy. Spytałem się – po co? Odpowiedziano mi – bo dzisiaj jest pełnia księżyca. Cóż, różne są sekty i różne dziwne się zdarzają w tych sektach zachowania – pomyślałem wtedy. Ale gdy schodziliśmy coraz niżej (nie mieliśmy latarek i chcieliśmy zdążyć zejść ze szlaku przez zmrokiem) spotykaliśmy coraz więcej takich grupek i od pewnej kobiety (z kółkiem hula-hop!) dowiedzieliśmy się, że to taka wyspowa tradycja, i że raczej świecka to jest i całkiem niewinna, bo nie sekciarska zabawa – bez obrzędowych rytuałów i składania krwawych ofiar Bogu Księżyca na Baraniej Głowie.

greydot.

Salmon Beach - Virgin Islands NP (St. John)

Palmy na Salmon Beach (St. John)

.

LIŚĆ ŻÓŁTY NA WIETRZE

Na Plaży Łososiowej (Salmon Beach – nie mam pojęcia, dlaczego tak została nazwana), rosną tylko trzy palmy, ale w bardzo nietypowy sposób: każda jest przegięta ku morzu tak samo (żałuję, że ta trzecia jest tutaj tak mało widoczna) – wszystkie znajdują się w takiej samej odległości od siebie i są tak samo oddalone od wody, tworząc niezwykłe palmowe trio. To zdjęcie jest jednak specyficzne nie tylko dlatego, że ukazuje ten kuriozalny tercet, ale że ukazuje go w cieniu i ukazuje go na wietrze – i to w momencie, kiedy powiew wiatru zawraca jeden z palmowych liści tak, że wypełniła on znaczną część kadru. Na dodatek liść ten nie jest zielony, a żółty – co jeszcze bardziej podkreśla malowniczość tej wyjątkowej chwili.
Palmy palmami, ale to była pierwsza z wielu plaż, które odwiedziliśmy na Wyspach Dziewiczych – i tak się złożyło, że okazała się jedną z tych najbardziej przez nas ulubionych. Bo kiedy zza chmur wyłoniło się słońce, dostrzec można było niewiarygodnie czystą i przejrzystą wodę i chęć zanurzenia się w niej przeważyła u mnie chęć dalszego fotografowania palmowego tria. (To właśnie wtedy spotkaliśmy Lizę  – patrz: wpis „Turkusowy Raj” powyżej.)

greydot.

Little Bay - Vitgin Gorda

Jachty w Little Bay (Virgin Gorda)

.

BIRAS CREEK

Piękny szmaragdowo-turkusowy kolor tej wody w zatoczce, pełen przeróżnych odcieni, a nawet refleksu białych chmur – wszystko podkreślone ciemną tonią o barwie wpadającej w granat i otoczone brzegami, utworzonymi przez zielone wzgórza. Napisałem pod zdjęciem, że jest to Little Bay, ale nie jestem tego taki pewien, bo taką nazwę nosi zatoczka, która jest w pobliżu (skryta za wzgórkiem po lewej stronie obrazka). Natomiast pewien jestem tego, że sfotografowałem ten widok z tarasu jednego z najdroższych resortów na wyspie: Biras Creek Resort, który z ciekawości przyszliśmy obejrzeć, po zjedzeniu lunchu w pobliskiej Kafejce Tłustej Dziewicy (Fat Virgin Cafe), ponoć najlepszej restauracji na wyspie, która okazała się być dość skromnym baraczkiem z kilkoma zbitymi z surowych desek stołami, pomalowanymi na krzykliwe, jaskrawe kolory (ryba była, owszem, dobra, ale nie rewelacyjna – i na pewno wcześniej zamrożona, co odbierało jej status świeżej, a chyba nawet i lokalnej ryby).
Ale warto było tutaj przypłynąć łódką (do tego miejsca bowiem nie prowadzi żadna droga lądowa), by zrobić to zdjęcie, jedno z moich ulubionych, wcale nie tak typowych dla Dziewiczych Wysp, choć ukazujących nieodzowny ich element – jachty.
Na resort Biras Creek rzuciliśmy tylko okiem (jak również na astronomiczne ceny: od $600.00 za noc); spotkaliśmy kilku znudzonych wszystkim resortowiczów, którzy nie odzywali się do siebie – ani tym bardziej do nas – ani słowem, być może przytłoczeni własną wyjątkowością i snobistyczną ekskluzywnością miejsca. Sztywniaki. Ale już zupełnie inna była tubylcza obsługa owego „luksusu” – czarny pan na traktorze, którego śpiew usłyszeliśmy już z daleka; czarna pani, z którą wracaliśmy łódką-promem na drugi kraniec zatoki (moja żona dostała od niej przepis na pyszne curry).
I jeszcze ciekawostka: na horyzoncie dostrzec można Mosquito Island – wyspę, którą Richard Bronson kupił w 2007 roku za 10 mln. funtów, i na której chce teraz zakładać swoje prywatne ZOO. (Nota bene, jest on również właścicielem dwóch innych wysp należących do archipelagu Virgin Gorda).

greydot.

Virgin Islands NP (St. John)

Zmierzch nad Salt Pond Bay (St. John)

.

JACHTY O ZMIERZCHU

To zdjęcie wyróżnia się wśród innych dzięki swojej monochromatyczności, której sprawcą jest zmierzch. Monochromatyzm jest na kolorowych Wyspach Dziewiczych swego rodzaju anomalią, ale i pewnym wytchnieniem od barwnego rozpasania jakie cechuje karaibski pejzaż – chociaż, mimo wszystko, jego dominującym kolorem jest niepokalana niebieskość wody i nieba, jak również tropikalna zieleń. Nie tutaj i nie w tym momencie.
Jachty przycumowane są w Zatoce Słonego Stawu (Salt Pond to sporej wielkości jeziorko usytuowane na mierzei dzielącej zatokę i Ocean –  w momencie robienia zdjęcia znajduje się on za moimi plecami). Ich załogi ułożyły się już pewnie do snu. Jachty sprawiają teraz wrażenie bezludnych, ale parę godzin wcześniej, kiedy wybieraliśmy się stąd na Baranią Głowę (patrz: wyżej), na każdym z nich ktoś się kręcił po pokładzie, albo wylegiwał na pontonie obok.
Lubię srebrzyste refleksy, które tutaj widać. Zresztą, widoczne są one nie tylko na wodzie, ale i na piasku, którego jaśniejsze pasmo obramowuje niejako zatokową wodę (musiałem utrafić ze zwolnieniem migawki na moment cofania się fali – inne zdjęcia, które wówczas zrobiłem, tego efektu nie mają i wyglądają przez to bardziej ubogo, choć równie dekadencko i ezoterycznie).

greydot.

Yocgts in the Baths - Virgin Gorda

Głazy w The Baths (Virgin Gorda)

.

GŁAZY W KAPIELI

The Baths raz jeszcze. Tutaj: z jeszcze większym rozpasaniem kształtów, faktur i kolorów – ziemia, woda, powietrze w chromatycznej i formalnej unii; pierzaste chmury sunące po niebie, które bez nich byłoby nudne; przejrzysta czysta woda obmywająca porośnięte żółto-zielonymi glonami głazy; fragment piaszczystej plaży, a na horyzoncie – ustawione w rządku jachty i katamarany, które zwinęły żagle i kołyszą się teraz nad głębią kryjącą koralowe rafy.
Lecz, mimo tego lenistwa łódek, zdjęcie to – jak na moje oko – ma w sobie wielką dynamikę. Może to skutek pamięci tego momentu zakodowanego w jakimś zakamarku mojego mózgu – wspomnienia chwili, w której zadziwiło mnie to widowisko pełne ruchu fal, bryzy smagającej twarz i migotliwych promieni słońca zaglądających mi w oczy

greydot.

Na hamaku w Mango Bay Resort (Virgin Gorda)

Na hamaku na plaży w Mahoe Bay (Virgin Gorda)

.

NA HAMAKU

Hamak to nie jest moje ulubione miejsce wypoczynku, ale nie wszyscy tak mają ;) Zdjęcie to ma bardziej prywatny charakter (bo widać na nim Anię) a jednak zdecydowałem się go tutaj przedstawić, bo ukazuje też jedno z najbardziej malowniczych miejsc na wyspie: plażę, nad którą leży Mango Bay Resort oraz samą Zatokę Mahoe – widzianą z bliska.
Kompozycję zdecydowanie urozmaicają rosnące tuż nad wodą tropikalne drzewa, do których przymocowany jest hamak – kadrujące niejako widok na wodę zatoki, oddzieloną od nieba siną linią horyzontu. Całość urozmaica jasno-brązowy wtręt trójkąta płóciennego spłachetka. Dużą rolę odgrywa tu również cień – jakże pożądany w spiekocie leniwych południowych godzin.

greydot.

Mango Bay Resort, Virgin Gorda (Brytyjskie Wyspy Dziewicze)

Wśród zielonego szaleństwa w Mango Bay Resort (Virgin Gorda)

.MA

ORGIA ZIELENI

Zieleń jest tutaj niemal orgiastyczna – w takiej oto scenerii zanurzeni byliśmy przez siedem nocy i dni – nie licząc codziennych wypadów na zwiedzanie wyspy. Słusznej wielkości bungalow, w którym spaliśmy (lub usiłowaliśmy spać przy dźwiękach stworzeń wszelakich zamieszkujących okoliczną gęstwinę, uaktywniających się w nocy i dających dowód swego istnienia dźwiękami przeróżnymi i o różnym natężeniu), widoczny jest częściowo z tyłu – wśród palm i krzewów, osłaniających od słońca jego ściany i patio z grillem, na którym pichciliśmy czasem naszą kolację. A na drugi dzień nie było nic bardziej ożywczego, niż szklanka zimnego pomarańczowego soku.

greydot.

Raj bez retuszu - Mahoe Bay widziana ze wzgórza   (Virgin Gorda)

Raj bez retuszu – Mahoe Bay widziana ze wzgórza (Virgin Gorda)

.

MAHOE BAY

A oto „nasza” zatoczka i „nasza” plaża – w pełnej swojej tropikalnej krasie. A wśród bujnej roślinności tropików: domki, z których jeden był „naszym” domkiem przez cały tydzień (tyle bowiem czasu spędziliśmy na Virgin Gorda – jednej z pięciu Wysp Dziewiczych, które odwiedziliśmy tym razem). Muszę się przyznać, że pierwszy raz zdarzyło mi się wrócić dokładnie do tego samego miejsca – w Mango Bay Resort byłem dokładnie przed sześcioma laty. Resort to jest dość myląca nazwa – bo MBR to jest zbiór małych willi otoczonych tropikalnym ogrodem – w jego obrębie nie ma żadnych sklepów, salonów, restauracji, biur obsługi turysty… jest za to pełna prywatność (drzwi nie zamyka się tutaj na klucz!), domowa, luźna atmosfera – bez tłumów, gwaru – całego tego szumu jakim cechują się (zazwyczaj mamucie) ośrodki all inclusive. Akurat to, że w MBR wszystko (z wyjątkiem kajaków, sprzętu do nurkowania i wygodnych apartamentów mieszkalnych z własną kuchnią) jest all exclusive, bardzo mi odpowiadało.
Patrząc na to zdjęcie, trudno jest chyba się dziwić, że chciałem nad Zatokę Mahoe (do dzisiaj nie wiem, czy mahoe w którymś z lokalnych narzeczy oznacza mango) powrócić. Dla mnie jest to jedno z najpiękniejszych – nota bene: jeszcze nie stratowanych turystycznie – miejsc na Karaibach. Jak długo takie pozostanie? To wszystko zależy od tego, czy władze wyspy pozwolą na zabudowę okolicznych wzgórz – do tej pory dzikich i nie zagospodarowanych.
Codziennie rano, tuż po wschodzie słońca, jeszcze przed śniadaniem, wchodziłem do tej wody przy jednym końcu zatoki, płynąłem na drugi – i z powrotem. Kiedy był przypływ, płynąłem na przełaj, kiedy był odpływ – bliżej brzegu, by nie podrapać się i nie poobijać o skryte pod wodą rafy koralowe (to są właśnie te ciemne plamy na środku zatoczki), swoją drogą nadal pełne życia i podwodnych kolorowych stworów, które można zobaczyć pływając ze zwykłą maską snorkel. Rytuał ten powtarzał się późnym popołudniem (bo kiedy słońce było wysoko na niebie, trzeba się było chronić – najlepiej z książką – w cieniu).
Zdjęcie przedstawia Mahoe Bay niczym z lotu ptaka, dzięki czemu widać dobrze topografię całego terenu i wyspy – z plażą Savannah w oddali i wzgórzami, za którymi kryje się portowe miasteczko Spanish Town. Wody zatoki osłonięte są od wiatru i pełnego morza, dlatego woda jest tutaj bardzo spokojna, z łatwością więc można w niej pływać. A kto pływać nie chce, to może sobie pospacerować po piasku – jak widoczny na obrazku mężczyzna z dzieckiem – dwie małe sylwetki dostrzec można na plaży, w miejscu gdzie rozbijają się o brzeg białe, spienione fale.
Widać też – już z bliska – endemiczną florę: to te zielone zarośla na pierwszym planie – kaktusy, oleandry, hibiskusy, agawy… odcinające się od tła szmaragdowej wody.

greydot

Boy with a fish (Virgin Gorda)

Chłopiec z muralową rybą w Spanish Town (Virgin Gorda)

.

BIG FISH

Zatrzymałem się przy tej drodze prowadzącej do szkoły w Spanish Town (pierwszej szkoły podstawowej na wyspie, istniejącej dopiero od 2000 roku), bo chciałem sfotografować murale, jakie namalowano (w ramach akcji urządzonej przez lokalnych artystów, którzy ze sztuką chcieli wyjść do dzieci – czego się dowiedziałem od pewnej kobiety, którą spotkałem wcześniej). Zaintrygował mnie zwłaszcza obraz procesji czarnych niewolników skutych łańcuchami i w założonych na ich karki chomątach, nad którymi widniał napis: „DO YOU REMEMBER THE DAYS OF SLAVERY?” Tak się złożyło, że w tym samym czasie na chodnik wszedł czarny chłopiec, którego sylwetka wpasowała się w sylwetki zniewolonych ludzi, co uderzyło we mnie pewną analogią, ale także tym, iż uświadomiłem sobie przez to cały kompleks zmian, jakie od czasów niewolnictwa zaszły nie tylko w sposobie traktowania ludzi odmiennych rasowo, ale i w mentalności, która mimo wszystko coraz skuteczniej wypiera rasizm z głów ludzi uważających się tak niedawno za rasę panów. Wprawdzie właścicielami resortów, hoteli, restauracji – wszystkiego, co przynosi na wyspie większe dochody – nadal są biali, ale jest to bardziej sprawa nierówności materialnej, niż rasowej, bowiem Wyspy Dziewicze wydają się być zupełnie pozbawione rasowych antagonizmów: ludzie są przyjaźni, spokojni, pogodni i ufni.
Dlatego też tego czarnego chłopca przedstawiam tutaj z wielką kolorową rybą, bo to ona wydaje mi się być bardziej adekwatnym komentarzem do współczesności, niż ponury obraz nieszczęśników prowadzonych na targ niewolników. Rybka na seledynowym tle jest ładna, kolorowa i jasno oświetlona. Z tą feerią kolorów i światła mocno kontrastuje profil chłopca, którego ręce wydają się trzymać wielgachną rybę za ogon.

greydot.

Człowiek z muszlą - St. John (USA Virgin Islands)

Człowiek z muszlą – i dredami (St. John)

.

CZŁOWIEK Z MUSZLĄ

Stał ze swoimi muszlami przy wejściu na jeden ze szlaków w Parku Narodowym Wysp Dziewiczych na St. John. Native son – mieszka na tych wyspach od ponad 50 lat, i być może dlatego jego twarz – a zwłaszcza oczy – były takie pogodne. Rozmawialiśmy cały kwadrans – człowiek otwarty par excellance – po kilku zdaniach mieliśmy wrażenie, że znamy go od dawna. Chętnie pozował do zdjęć (obiecałem wysłać mu najlepsze – niestety, zawieruszyła mi się gdzieś jego wizytówka, nad czym szczerze boleję), rozplótł nawet specjalnie dla nas te swoje długie na parę metrów dredy, które hoduje już od kilku dekad. Co jakiś czas dął w jedną ze swoich najpiękniejszych i najdźwięczniejszych muszli, a echo odpowiadało mu wdzięcznie (a może był to ktoś, kto właśnie zrobił u niego zakupy?)
Spotkani przygodni ludzie. To oni „uczłowieczają” niejako nasze podróże – związują nas z odwiedzaną przez nas ziemią, pozbawiając ją przy tym pewnej „nieludzkiej” anonimowości. Bo każdy kraj to nie tylko obszar zamknięty w sztucznych zazwyczaj granicach, ale przede wszystkim zamieszkujący ten kraj ludzie.
Z kilkunastu zdjęć jakie zrobiłem Człowiekowi z Muszlą wybrałem to, bo ma chyba najlepszą kompozycję, jest ponadto zrównoważone walorowo i kolorystycznie. Ukazuje profil nie tylko twarzy, ale i muszli – więc oba te profile nawzajem jakby się uzupełniają, tworząc na dodatek pewną ciągłość – stając się czymś jednym. Słońce oświetla głowę od góry i z boku, ale od przeciwnej strony, igrając na kręconych włosach i prześwietlając muszlę, dzięki czemu materia z jakiej zbudowani są człowiek i muszla staje się lekka, a całość nabiera pewnej ezoteryczności. Komplementuje się też róż perłowej masy z różowymi paznokciami człeka, ale i z brązową skórą autochtona oraz białym barankiem jego siwiejących włosów. Ciekawa jest piramida brody – przedłużona trójkątem załamania się w łokciu ręki i ramienia. Niebieskawa biel koszuli tworzy kontrast z ciemną zielenią tła – ewidencją bujnej roślinności wegetującej na wyspie.

greydot.

White Bay Beach - Jost Van Dyke   (British Virgin Islands)

Iluminacje na plaży w White Bay (Jost Van Dyke)

.

PLAŻOWA ILUMINACJA

Plaża na małej, urokliwej wysepce Jost Van Dyke, będącej częścią Brytyjskich Wysp Dziewiczych, słabiutko zaludnionej, lecz z zatoczkami zawsze pełnymi jachtów – słynąca nie tylko z widocznej na zdjęciu White Bay Beach (uznawanej za jedną z najpiękniejszych plaż Karaibów – a przez to i świata, bo na Karaibach są chyba jednak najpiękniejsze plaże na świecie), ale i najbardziej hucznego karaibskiego Sylwestra, kiedy spływają tu tysiące żeglarzy, by balować w temperaturze 35 stopni Celsjusza, na żółtym i gorącym piasku, pod zieloną i szeleszczącą na wietrze palmą, nad ciepłą wodą i… wśród usianych wzdłuż plaży barów serwujących między innymi popularne wśród drinkujących imprezowiczów cocktaile, zwane obrazowo, sugestywnie ale i terapeutycznie pain killerami (tutejsza specjalność).
Pora jest wczesna, więc nie ma jeszcze tłumów, słońce jednak stoi już wysoko na niebie, świecąc bardzo jasno – kąpiąc w swych promieniach plażę, zacumowane na zatoczce jachty i katamarany, jak również nielicznych plażowiczów, przymierzających się co rusz do plażowania, kąpieli, pływania i ogólnego relaksu.
To ujęcie jest dla mnie ciekawe nie tylko tematycznie, ale i kolorystycznie, bo zrobione pod słońce, co nadaje całości właśnie taki iluminacyjny efekt – kolory są rozjaśnione, ale nie przejaskrawione, dzięki temu rzeczy zachowują wyraźne, może nawet ostre kontury, tworząc kontrast z bladoniebieską plamą nieba i wody, tudzież z czystą piaskownicą brzegu. Więcej światła nie potrzeba.

greydot.

Foxy Boss on Jost Van Dyke (British Virgin Islands)

Legendarny Foxy ze swoją wysłużoną gitarą (Jost Van Dyke)

.

FOXY Z JOST VAN DYKE

Bard Karaibów, o którym wiedzą wszyscy szwendacze po antylskich wyspach, plażach i zatoczkach: Philicianno Callwood, zwany i znany wszem i wobec jako Foxy. Swój pierwszy kram na Jost Van Dyke rozłożył jeszcze w latach 60-tych (parę desek podpartych kołkami), dzisiaj jego małe imperium to sporej wielkości bar (wraz z jadłodajnią i sklepem) Tamarind, rozłożony w jednym z końców plaży w Great Harbour (głównego portu małej skądinąd wysepki, której nazwa upamiętnia jakiegoś pływającego draba – pirata sprzed wieków) i dwie restauracje na wyspie, z których jedna nosi wdzięczną nazwę Foxy’s Taboo. Foxy jest teraz (jak podejrzewam) bogatym człowiekiem, ale nadal chodzi boso i często zabawia gości (i siebie) grając na gitarze i śpiewając dowcipne, często sprośne (i właśnie naruszające taboo) piosenki, z których każda jest czymś w rodzaju miniaturowej opowieści… z humorem kąsającym różne absurdy i absurdziki tego świata. Całego świata. Bo należy podkreślić, że Foxy jest człowiekiem (pełną gębą) światowym, o czym świadczą nie tylko fotografie zdobiące jedną ze ścian jego baru, ale i wykonywane przez niego śpiewne opowiastki, w których wspomina on swoje spotkania z różnymi możnymi tego świata (i nie wszystkie z nich są zmyślone!)
Występy Foxy’ego odbywają się na pełnym luzie, gdzie popadnie, sporo w nich improwizacji i interakcji z nadchodzącymi co rusz (i odchodzącymi – nikt tu nikogo na siłę nie trzyma) bardziej lub mniej przypadkowymi słuchaczami… A i widzami, bo Foxy (mimo 80-ki na karku) pełen jest czegoś w rodzaju… błazeńskiej dynamiki – gestykulacji i póz przypominających trochę lunatyka (czyt. lekkiego wariata). I choć nie wszyscy rozumieją wszystko co Foxy śpiewa – czy też deklamuje – ale zaśmiewają się już wszyscy… i to zaśmiewają szczerze, nawet przed uraczeniem się słynnym (nie tylko na JVD), wspomnianym już przeze mnie drinkiem zwanym adekwatnie painkillerem.
Przysiadłem obok Foxy’ego na dobrą chwilę (nie spodziewając się nawet, że go tu zastanę). Pozerem… sorry… pozującym do zdjęć też okazał się całkiem niezłym, ale do pokazania Wam wybrałem jedną ze spokojniejszych póz Lisickiego – darując sobie tę z zadartymi przez niego do góry łap… nogami. Poza spokojna, ale z promiennym uśmiechem – z pogodą kogoś, kto znalazł dla siebie perfekcyjne miejsce w świecie – na granicy żartu, przy plaży ze złotym pisakiem i lazurową wodą.
A na koniec: jedna ze zwrotek wierszyka, którego bohaterem (lirycznym) jest Foxy, znaleziona przeze mnie w internecie (tutaj):

This barefooted man with the saucer eyes
just loves to sing, while cracking wise.
With his big bowl chest and engaging grin,
Foxys’ never afraid to go out on a limb.

Czyli (mniej więcej):

Ten bosonogi facet z oczami jak spodki
uwielbia śpiewać szelmowskie zwrotki.
Z torsem wielkim jak micha i niewąską miną
sprawia, że twoje troski natychmiast giną.

greydot.

The Baths Big Splash (Virgin Gorda)

Uciekając przed tsunami w Spring Bay (Virgin Gorda)

.

UCIECZKA PRZED TSUNAMI

Z tym tsunami to oczywiście żart, choć wszędzie tam gdzie jest ocean – gdzie są wulkany i trące się o siebie płyty tektoniczne (a wszystko to dotyczy przecież także Karaibów) – niebezpieczeństwo katastroficznego tsunami istnieje, więc na Wyspach Dziewiczych spotkać można tablice ostrzegawcze, wskazujące drogę ewakuacji na wypadek Wielkiej Fali. Moja żona ucieka więc przed falą nie aż tak wielką, ale ciągle sporą, by rzuciła kobietą o piach i kamienie. Rzecz się dzieje we wspomnianych już The Baths, wczesnym rankiem (byliśmy wówczas na tej plaży praktycznie sami, nie licząc jednego kudłatego towarzysza) – przejrzyste, rześkie powietrze, lekka bryza znad oceanu, fale bijące o głazy i przyjemnie operujące słońce, jeszcze nie tak rozgrzane, jak to będzie miało miejsce za kilka godzin – w samo południe.
O tym, że jest to plaża oblegana przez tłumy (o pewnej porze dnia, kiedy do Virgin Gorda przybijają pełne jednodniowych turystów promy z innych wysp), świadczą tysiące śladów bosych stóp na piasku, pozostawione tutaj poprzedniego dnia. Tam, gdzie plaże obmywa woda porannego przypływu widać tylko „piętaszkowe” ślady nasze (i zabłąkanego skądś psa, który nam wtedy towarzyszył) – ich żywot będzie wszak krótki. Światło słoneczne nie jest jeszcze tak ostre, więc skały oświetlone są miękko (w ten oto sposób obraz broni się przed jaskrawością), choć oczywiście rozświetla już mocno grzywy fal rozpryskujących się o twardą powierzchnię gigantycznych głazów. Mimo wszystko głównym aktorem (statystą?) są tutaj owe wielkie kamienie, stojące jakby na granicznej straży między Oceanem a wyspiarskim lądem – i to one właśnie sprawiają, że obraz tej plaży jest doprawdy niezwykły, unikalny w globalnej nawet skali.

greydot.

sunset2

Karaibski zachód Słońca nad Antylami (Virgin Gorda)

.

CARIBBEAN SUNSET

Słońce już zaszło, ale często właśnie w tym momencie zaczyna się najpiękniejszy spektakl na niebie – bowiem światło Wielkiej Ognistej Kuli, Matki i Ojca Naturalnego wszystkiego, co żyje na Ziemi, Olbrzymiej Lampy Pana Boga, nie daje jeszcze zanurzyć się w czerni chmurom, choć te, które są najbliżej nas, nabierają już dramatycznie granatowej ciemni, dzięki czemu lepiej widzimy ich postrzępione, zmieniające się z każdą chwilą, kształty. Chmurki znajdujące się wyżej wydają się być bardziej uporządkowane, tworząc coś w rodzaju okresowych zgęszczeń, zaś te, które są dalej, mienią się jeszcze różem, purpurą i złotem, kładąc się równolegle do horyzontu, co bardzo różnicuje fakturę i chromatykę obrazu ukazującego kolejny, odprawiający się każdego dnia globalny cud zachodzącego Słońca.
Oglądałem to widowisko z tarasu Mine Shaft Cafe (zwanej tak w związku z kopalnią miedzi, której ruiny znajdują się nieopodal) w towarzystwie… (nie licząc mojej żony, muzyka rozkładającego swoje klamoty i pary młodych ludzi, którzy zabierali się właśnie za konsumowanie swoich… a właściwie… wieprzowych żeberek) kur, które mają tutaj zwyczaj włażenia na jedno z pobliskich drzew dokładnie w momencie schowania się Słońca za horyzont, i moszczenia się wśród jego gałęzi do snu (historia z tymi kurami warta jest osobnej opowieści).
Pół dzikie ptactwo domowe zasnęło, a dla nas zaczął się kolejny ciepły wieczór na wyspie – z lampką czerwonego wina, przy dźwiękach muzyki i owadziej orkiestry, usadowionej gdzieś obok w tropikalnym gąszczu drzew i kołyszących się od lekkiej bryzy zaroślach.

greydot.

Więcej karaibskich obrazów obejrzeć można na stronie mojego bloga fotograficznego, TUTAJ.

.

.

Reklamy

WYSPY DZIEWICZE

.

Czy istnieją jeszcze gdziekolwiek Wyspy Dziewicze? Nie tyle bezludne, co takie, gdzie można uciec przed zgiełkiem świata i cywilizacji, schronić się przez wieściami o rewolucjach, katastrofach, kryzysach, zamachach i wojnach? Czy też może przesiąkamy współczesnością do cna i dlatego taka ucieczka jest już niemożliwa – bo to tak, jakbyśmy uciekali przed samym sobą? Czy można żyć w izolacji – w tym świecie, gdzie coraz ludniej, tłoczniej, głośniej i bardziej krzykliwie? Czy możemy wyrzucić z naszej świadomości cały ten balast i osad wiedzy o tym, co dzieje się złego, strasznego i tragicznego na Ziemi? Zapomnieć o wszystkim, zanurzyć się we własnej błogości niemyślenia o niczym co przykre i co może popsuć nam humor, a może nawet wpędzić w rozpacz? Lecz gdyby nawet było to możliwe, to czy byłby to egoizm, bezmyślność, nieczułość, brak empatii, zimna obojętność? Czy też instynkt samozachowawczy – próba samoobrony, wyzwolenia i ratowania siebie samego – wybawienia od wiecznie dotkliwego pytania: unde malum?

i

Jakimże niesamowitym miejscem musiały być Karaiby w epoce prekolumbijskiej, kiedy oblane turkusowym oceanem wyspy porośnięte były pierwotną i nieskażoną niczym dżunglą, zamieszkałą przez setki gatunków ptaków, roślin i zwierząt, które od tysięcy lat żyły w doskonałej naturalnej równowadze. Wprawdzie jeszcze przed Europejczykami walczyły tu ze sobą tubylcze plemiona, ale nie miało to większego wpływu na stan rodzimej fauny i flory.
Ten, być może wyidealizowany nieco obraz, zaistniał w naszej świadomości również dzięki powieściom przygodowym typu „Wyspa skarbów” Roberta Luisa Stevensona, czy „Robinson Crusoe” Daniela Defoe.
Wszystko się zmieniło z nadejściem plantatorów – wraz z ich chęcią zysku. Cukier, rum, tytoń, melasa – Zachodnie Indie postrzegane były tylko jako źródło dóbr, które miały przynieść bogactwo. Prawie wszystkie wyspy ogołocono z lasów. Sprowadzono rośliny i zwierzęta, które powodowały ekologiczne katastrofy. Po dziewiczości wysp zostało jedynie wspomnienie i… nazwa, jaką określa się do dziś kilka skrawków ziemi na Małych Antylach (Virgin Islands).
Na kilkaset lat – po dotarciu tu Europejczyków – Karaiby stały się areną walk o wpływy między Anglikami, Francuzami, Holendrami, Duńczykami i Hiszpanami; miejscem gdzie grasowali osławieni piraci w rodzaju kapitana Morgana i spółki. Tysiące niewolników pracowało na bogactwo białych kolonizatorów.
Resentymenty pozostały do dzisiaj.
Dla kogoś, kto wszędzie oczekuje na Karaibach uroczych, rajskich i sielskich zakątków, rozczarowaniem może być zdewastowany krajobraz, wykopy i śmietniska, ogołocone z lasów wzgórza; szokiem bywa widok nędznych ludzkich osiedli i baraków godnych trzeciego świata.

greydot

Zmierzch nad Virgin Gorda

Zmierzch nad Virgin Gorda

A jednak te urocze zakątki istnieją, i to nie tylko w obrębie zamkniętych turystycznych enklaw. Trzeba je tylko odnaleźć i do nich dotrzeć. Wielkim walorem Karaibów jest klimat. Kiedy więc na amerykańskiej północy jest już szaro, panuje ziąb i pada śnieg, odległe zaledwie o parę godzin lotu wyspy kuszą ciepłem, słońcem, palmami, piaszczystymi plażami, bajecznymi rafami koralowymi i szmaragdową wodą.

greydot
Byłem już w tamtych rejonach wielokrotnie. Zawsze wybieram się tam z wielką przyjemnością. Podobnie jest teraz – cieszy mnie to, że zostawiam na jakiś czas to zimne, wietrzne i zasypane już śniegiem Wielkie Miasto.
Tam – pod palmami, nad ciepłą wodą, otoczona złotymi piaskami, czeka na mnie… Tłusta Dziewica.

greydot
Powyższy zapis powstał jeszcze w domu. Teraz jesteśmy już u celu – na Virgin Gorda, jednej z Brytyjskich Wysp Dziewiczych, która swoją dziwną nazwę (Tłusta Dziewica), zawdzięcza wyobraźni jednego z uczestników wyprawy Krzysztofa Kolumba.
Dotarliśmy tu z przygodami. Wczoraj wieczorem wylądowaliśmy na amerykańskiej Wyspie Dziewiczej – St. Thomas, która przywitała nas ciemnościami. Otóż okazało się, że w miejscowej elektrowni miał miejsce wybuch boilera, dzięki czemu niemal cała wyspa pozbawiona została prądu. Jakimś cudem udało się nam znaleźć nocleg w śródmieściu największego miasta wyspy Charlotte-Amalie, mimo, że – ze względu na awarię –  nie przyjmowano już tej nocy żadnych gości (życzliwość menadżerki oraz nasza siła perswazji zrobiły swoje.

Przyjęto nas życzliwie, obdarzono latarkami, a nawet udało się nam zjeść kolację w miejscowej restauracji.
Następnego ranka, czyli dzisiaj rano, promem przepłynęliśmy na Tortolę (Brytyjskie Wyspy Dziewicze), gdzie spędziliśmy cały dzień (przypomniałem sobie kilka interesujących zakątków, które odwiedziłem kilka lat temu: plaże Smugglers Cove i Long Beach, gdzie można było popływać i pobiegać po piasku – kilka godzin spędzonych w ciepłej oceanicznej wodzie, na złotym sypkim piaski i na słońcu, można odreagować wielkomiejskie stresy, tudzież zapomnieć o chicagowskim chłodzie).

Późnym wieczorem, kolejnym promem dobiliśmy do Virgin Gorda i wylądowaliśmy w resorcie Mango Bay. Mimo późnej pory zostaliśmy serdecznie przywitani przez właścicielkę, która oprowadziła nas po ośrodku.
Spodobało nam się tutaj tym bardziej, że zamiast zwykłego pokoju dostaliśmy dwusypialniowy apartament z olbrzymim „livingroomem”, dwoma łazienkami i tarasem z widokiem na plażę i Ocean.
Żyć, nie umierać!

greydot

Zupełnie niepotrzebnie podkusiło mnie, aby włączyć tej nocy telewizor – kanał z wiadomościami CNN. Nagle tory moich myśli gwałtem zostały skierowane na obrazy przejmujące i szokujące.
Wpierw zobaczyłem płonący, słynny hotel Taj Mahal w Bombaju, a zaraz potem inne dantejskie sceny z zaatakowanych przez terrorystów Indii.
Co za okrutna ironia: zaledwie kilka dni temu umieściłem na mojej stronie zdjęcia ukazujące ludzi z Indii – wraz z ich pięknymi uśmiechami, a oto teraz widzę trupy –  zakrwawione hinduskie ciała i twarze.

Tak się dziwnie składa, że niemal zawsze, gdy wybiorę się w jakąś podróż, zaraz na początku dopada mnie katastroficzna wiadomość.
Kiedy znalazłem się w Meksyku, tego samego dnia dowiedziałem się o morderczym tsunami, które nawiedziło wybrzeża Oceanu Indyjskiego; kiedy wracaliśmy z jakże spektakularnego wschodu słońca nad Wielkim Kanionem, w radiu usłyszeliśmy o walących się wieżowcach na Manhattanie; kiedy przylecieliśmy do Delhi – dotarła do nas wiadomość o bombach zamachowców, które wybuchły właśnie w Kalkucie… itd.
O czym to świadczy? O moim pechu? Czy też po prostu o przypadku, który wskazuje na to, jak bardzo ten nasz świat jest niespokojny, pełen przemocy i koszmarnych zdarzeń.

Czy mam się poddać owym nieszczęsnym wieściom i pozwolić by zrujnowały moje wakacje? (Bo przecież trudno obok nich przejść obojętnie.)
Takie jednak są realia świata, w którym żyjemy. Według mnie nie jest czymś dobrym chowanie głowy w piasek. Ale z drugiej strony – cóż można zrobić?
Chyba tylko odłożyć uporanie się z tymi faktami na później. Póki co, zająć się zwiedzaniem Wysp Dziewiczych, oddać się pływaniu, zażywaniu słonecznych witamin, poznawaniu nowych ludzi, fotografowaniu… Ukoić się szumem fal, śpiewem ptaków, odgłosami dżungli…
Czy przez to spotkam się z zarzutami, iż jest to podejście na wskroś egoistyczne?

greydot

PS. Powyższe zapiski pochodzą z 2008 roku i ukazały się na moim poprzednim blogu „Brain Graffiti”. Ciekawe są komentarze, jakie się wówczas pod tym wpisem ukazały:

Jula: „No cóż,  ja raczej powiedziałabym o wielkim szczęściu, bo zamachy terrorystów, czy inne kataklizmy jakby Ciebie omijały, jakbyś się z nimi rozmijał. Takie jest niestety życie ludzi na ziemi i zawsze tak było. Myślę, że wcześniej nie było tak szybkich środków przekazów, mediów itd… Bo ta walka o wpływy, o władze i pieniądze od zawsze była  jest i będzie. I nic na to nie poradzimy, bo nieba nie da się stworzyć na ziemi, no może na chwilę… Pokaz nam jakieś ładne zdjęcia z tego raju na ziemi.”

Sarna: „Dziś nazwa ‚Wyspy Dziewicze’ brzmi jak ironia. Zdewaluowała się jak prawie wszystko. Zbrukane dziewictwo, co z niego pozostało? Twierdzisz, że można się w tym krajobrazie dopatrzeć jakichś niewinnych i pięknych miejsc. Tylko trzeba chcieć. A my tak coraz mniej zadajemy sobie trudu, by chcieć. Lubimy gotowe rady, recepty, programy biur podróży, wygodne życiowe fast foody.
Nie narzekaj, Jula ma rację, twierdząc że opacznie tłumaczysz własne szczęście. Narzekać może twoja żona, bo cieszysz się, że dostałeś dwusypialniowy apartament z dwoma łazienkami. Dla mnie to byłby afront :)
W ogóle jesteś nieznośny. U mnie szaro i dżdżyście, w niedzielę kolejny egzamin, a Ty wylegujesz się na plaży, pełzasz po cudnej wyspie, spijasz wytrawne winko i śmiesz twierdzić, że jesteś pechowcem. Miałam się uczyć, chyba się upiję, a może jedno i drugie.”
Miłego urlopu i podobnie jak Jula czekam na zdjęcia.”

Geograf: „Enjoy your holidays! Co do samych wysp – pewnie obyłyby się zarówno bez plantacji jak i bez turystów; wystarczy im największy tonaż floty handlowej na świecie na mieszkańca. No i sama nazwa – grunt to dobry PR .”

I moje odpowiedzi: „Jula, chociaż raju na ziemi rzeczywiście nigdzie nie ma, to są jednak miejsca, które nam ten raj przypominają. Karaiby np. to raj dla lubiących ciepłe wody, słońce, kąpiel, nurkowanie, no i oczywiście żeglowanie… I nie ma w tym przesady. A jednak bardzo chciałbym zobaczyć Wyspy Dziewicze w czasie, kiedy rzeczywiście były jeszcze dziewicze… nie tylko z nazwy.”

„Sarno, tutaj naprawdę jest ładnie i ciekawie, mimo pewnego cywilizacyjnego ‚zbrukania’ wysp. Całe mnóstwo uroczych zakątków. Zwłaszcza na wyspie, na której jesteśmy, czyli na Virgin Gorda znaleźć można plaże, na których prawie nikogo nie ma – jest dziko i spokojnie zarazem. Ja nie znoszę leżenia plackiem na piasku i prażeniu się w słońcu. Staram się ruszać: biegam, pływam, nurkuję… Dzisiaj wypłynąłem kajakiem na Ocean i trafiłem na bajeczną rafę koralową. Wystarczyło założyć wodne okulary, rurkę do oddychania (snorkel) i płetwy, zanurzyć głowę pod wodę, a przed moimi oczyma roztoczył się niewiarygodny, kolorowy świat rafy koralowej, o istnieniu którego wielu ludzi na brzegu nie ma pojecia – bo nic go na lądzie nie zapowiada. Rafa ginie na całym świecie w zastraszającym tempie, ale jeszcze zachowały się jej fragmenty – między innym Rafa Barierowa na Karaibach.”

„Geografie: no nie wiem, czy ten imponujący tonaż by im tutaj wystarczył. Bez turystyki rdzenna ludność Karaibow raczej by nie przetrwała, choć same Wyspy z pewnością tak.”

(zapiski z podróży na Wyspy Dziewicze, 2008 r.)

greydot

Karaibska klasyka - Tortola (Brytyjskie Wyspy Dziewicze)

Karaibska klasyka – Tortola (Brytyjskie Wyspy Dziewicze)

.

ii

Wieczorem, w przeddzień planowanego wyjazdu z Chicago rozpętała się burza śnieżna. Wiele lotów odwołano, pod wielkim znakiem zapytania stanął nasz jutrzejszy wylot. Ruch na drogach został sparaliżowany, ledwie dotarłem z pracy do domu – droga, którą zwykle pokonuję w pół godziny, tym razem zajęła mi blisko dwie godziny. Samochód tańczył na lodzie, a z góry spadały wielkie i mokre płaty śniegu. Miasto zaczęło wyglądać dość nierealnie, a jeszcze bardziej nierealnym wydawało się to, byśmy już za kilkanaście godzin znaleźli się w słonecznym i zielonym tropiku.
A jednak udało się.
Mimo zasypanych ulic taksówka przyjechała punktualnie jeszcze przed świtem, wylot nastąpił planowo, za trzy godziny wylądowaliśmy w Ft. Lauderdale na Florydzie. Tutaj przesiadka na inny samolot, kilka następnych godzin lotu i oto lądujemy w stolicy Kostaryki, San Jose.
(…)
Wypożyczanie samochodu na lotnisku. Rezerwację zrobiłem dobrych kilka tygodni temu, sprawdzałem ją jeszcze przed tygodniem, ale oczywiście teraz, samochodu, takiego jakiego chciałem, nie było. Zgrzyt. Na szczęście, po kilku telefonach, w sąsiedniej kompanii znaleźliśmy nowiutkiego SUVa z napędem na cztery koła (samochód osobowy odpadał ze względu na wertepy jakie czekały nas na kilku odcinkach naszej trasy).
Wyjazd z San Jose okazał się nie taki prosty. Brak oznakowań, mylące napisy, jakieś ślepe uliczki… lecz w końcu znaleźliśmy się na drodze prowadzącej na drogę do Cartago, skąd zamierzałem zrobić wypad na szczyt Irazu, najwyższego czynnego wulkanu w Kostaryce. Pogoda była pod psem, jednak miałem nadzieję, że się poprawi. Było pochmurno i mgliście, siąpił deszcz… Jednakże, jak się dowiedziałem, często wyjeżdżając w takiej aurze na Irazu – ze względu na to, że znajduje się on na wysokości 3,5 km. n.p.m. – złą pogodę, deszcz i chmury zostawia się pod sobą i wyjechawszy na szczyt, krater zastaje się oświetlony słońcem. Nic z tego. Robię dwa podjazdy w przeciągu kilku godzin (w międzyczasie rozgrzewamy się herbatą w przydrożnej gospodzie), ale niestety mgła spowija wszystko wokół, widoczność jest więc żadna.
Myślałem o noclegu w Cartago (małym, niezbyt ciekawym miasteczku, które ongiś było stolicą Kostaryki), przypomniałem sobie jednak to, czego dowiedzieliśmy się wcześniej od naszego znajomego Kostarykańczyka, który wspomniał o położonym w pobliskich górach miejscu, gdzie spotkać można quetzale, bajecznie upierzone rajskie ptaki. Później wyczytałem w jednym z przewodników, że można tam również przenocować. Nie namyślając się zbyt wiele, postanowiłem tam dotrzeć jeszcze tego samego dnia.
Trafiliśmy do cudownego miejsca. Właśnie taką atmosferę uwielbiam: ukryte w lesie górskie schronisko, z dala od turystycznych tłumów, rozrzucone po wzgórzu bungalowy, zbieranina ludzi z całego świata (lecz bez frekwencyjnego szaleństwa). Przy kominkowym ogniu suszy się para z Teksasu, obok grupa Niemców studiuje książki i albumy, próbując zidentyfikować ptaki, które widzieli dziś na szlaku. Mirador de Quetzales jest bowiem miejscem znanym dobrze ornitologom. Tutaj mamy największe szanse by zobaczyć na własne oczy quetzala. Jutro o świcie wyruszamy z przewodnikiem w las, w poszukiwaniu tego mitycznego ptaka.
(…)
Wcześnie rano jesteśmy już na szlaku. Mgły opadły, chmury zaczęły się rozwiewać, przez gęste korony drzew przebijały się promienie słońca. Szlak prowadził zboczem, co jakiś czas mijaliśmy jakieś kaskady, wodospady, strumienie… Wreszcie nasz przewodnik, który cały czas zdawał się nawoływać ptaki, wskazał nam drzewo w oddali… I rzeczywiście, na jednej z jego gałęzi, można było dostrzec charakterystyczną sylwetkę quetzala. Podeszliśmy ostrożnie nieco bliżej i wówczas ptak ukazał się nam w całej swojej rajskiej krasie – przepiękne kolorowe upierzenie, fantazyjny czub na łebku, imponujący ogon… Za chwilę dostrzegliśmy także inne quetzale, i tak, zachwycając się nimi, wędrowaliśmy po baśniowym lesie, gubiąc zupełnie poczucie czasu.
(…)
Tego dnia żegnamy się ze słynną – biegnącą tutaj grzbietem górskiego pasma Cordillera de Talamanca – drogą Interamericana i docieramy do położonej już nad Pacyfikiem miejscowości Dominical, gdzie planujemy zatrzymać się na kilka dni i nocy.
Docieramy na miejsce. Noclegownia zwie się Alberque Alma de Hatillo i… ma niespodziewany a mocny polski akcent.
(…)

z Sabiną w Alberque Alma de Hatillo

z Sabiną w jej posiadłości Alberque Alma de Hatillo

Sabina przybyła tutaj z Kanady 10 lat temu. Pochodzi z Wrocławia. Wyemigrowała z kraju w 1974 roku. Polskę odwiedza co parę lat, ciągle czuje się tam jak u siebie, jednak okolicę pacyficznego wybrzeża Dominical uznała za miejsce gdzie chce żyć i… umrzeć.
Piszę te słowa siedząc w cieniu na obszernym, otoczonym bujną tropikalną roślinnością patio i czytam to, co pisze o miejscu, do którego miałem szczęście dotrzeć, przewodnik Lonely Planet: „One of the most loved B&Bs on the entire Pacific Coast, this hidden gem is run by Sabina, a charming Polish lady who has legions of dedicated fans the world over.” Rzeczywiście, wszystko się zgadza.
(…)
Wpierw pomyślałem sobie, że Sabina uciekła od cywilizacji, lecz po kilku rozmowach z nią, swój pogląd musiałem zweryfikować: ona wcale nie uciekła od cywilizacji, ona przede wszystkim uciekła… do ludzi. I prawdziwszego chyba jednak, bardziej naturalnego życia. Sabina nie czyta gazet, nie ogląda telewizji, mówi że nie obchodzi ją za bardzo to, kto jest – czy też będzie – prezydentem Stanów Zjednoczonych… Nie chce się przejmować światowym tyglem, sytuacjami i wydarzeniami gdzieś daleko, bo przecież i tak nie ma na nie żadnego wpływu.
Weszła w to egzotyczne miejsce, zżyła się z tutejszymi ludźmi, z którymi łączą ja teraz silne więzy. Uważa, że życie jest tutaj prostsze i dlatego bardziej autentyczne.
A ja przez to wszystko uświadamiam sobie mój ciągle nierozwiązany dylemat: kim jestem? Nieodrodnym tworem współczesnej cywilizacji, czy wygnanym z naturalnego środowiska banitą bez ziemi, tęskniącym do powrotu do natury?
Taki i inne myśli przyszły mi dzisiaj do głowy, kiedy obudziłem się rano w jednym z domków Sabiny. Za oknem budziło się życie – intensywne, bujne życie dżungli, przepełnione odgłosami insektów i śpiewem egzotycznych ptaków. Z dala, z okolicznego rancza, dochodziło beczenie krów, pianie kogutów, gdakanie kur, rżenie koni… Cofnąłem się do lat mego dzieciństwa spędzonego u dziadków na wsi. Zaraz potem przypomniałem sobie dźwięki budzące mnie w Chicago – odgłos startujących i lądujących samolotów na O’Hare, hałasujące na ulicach samochody, syreny i gongi w oddali…
Gdzie chciałbym żyć?
W takim momencie jak ten, odpowiedź jest dla mnie jasna, prosta i oczywista.
(…)
Nie spodziewałem się, że kwestia ta dopadnie mnie nad rzeką Pacuare w Kostaryce  – w niewątpliwie jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Co prawda, podczas podróży po Ameryce Środkowej, przypadkowo, co jakiś czas, docierały do mnie słowa i obrazy tego, co dzieje się teraz na Bliskim Wschodzie, to jednak zaraz absorbowały mnie bieżące sprawy związane z naszą włóczęgą – również dotkliwy ból, jaki towarzyszył mi przez kilka dni po mojej motocyklowej kraksie (dwa pęknięte żebra i mocno potłuczona stopa) na wyspie Ometepe w Nikaragui.
Doszło do tego silne trzęsienie ziemi, jakie przeżyliśmy wczoraj. Pacuare Lodge oddalona jest od wulkanu Poas – czyli od miejsca, gdzie było epicentrum – o dobre sto kilometrów, więc nie wydarzyło się tu nic tragicznego ani dewastującego, niemniej jednak naszym bungalowem zatrzęsło mocno, a ja zrazu myślałem, że po dachu biegnie stado małp.
(…)
Oto siedzę teraz na bajecznym tarasie Pacuare Lodge i zamiast kontemplować naturalne piękno przyrody, tudzież ożywczą dzikość otaczającej mnie puszczy, rozpamiętuję wieści, jakie dotarły do mnie ostatnio z ogarniętej płomieniami Gazy, przeglądam internetowe strony…
Nie chcę tutaj silić się na tanią dramatyzację, ale wszystko to wtrąciło mnie dosłownie w inny stan świadomości – przeniosło w pewien wymiar, który znajduje się gdzieś w moim mózgu – w sąsiedztwie “Jądra ciemności”, “Czasu Apokalipsy” – obrazów skąpanej w ogniowym napalmie dżungli…
Mimo to, wydaje mi się, że mój ogląd tego, co dzieje się teraz w Gazie jest dość jasny, ostry i racjonalny. Daleki od jakichś mitologicznych, literacko-metaforycznych, czy też technikolorowych wizji wojennego piekła, tudzież quasi-religijnego doświadczenia Dies Irae – gniewu bogów, który bezpośrednio uderza w ludzi. Wydaje mi się, że jak na dłoni widzę ludzką manipulację faktami, przyginanie ich do własnych wyobrażeń, kreowanie własnej wersji rzeczywistości – bezwiednie i wiednie – w aktach bardziej lub mniej świadomych, wynikających z cynizmu lub ignorancji.
(…)
Coraz lepiej rozumiem Sabinę. I wiem, że gdybym pomieszkał tam gdzie ona kilka dobrych lat, to życie zaczęłoby mnie zmieniać. Mógłbym zapomnieć o „szerokim” a może nawet  i „całym” świecie.
Odsuwałbym docierające do mnie z tego świata złe (najczęściej) wieści. Nie wiedziałbym o ludzkiej doli i niedoli w wielu zakątkach globu.
Jak widać, na razie jeszcze mnie na to nie stać. I do końca jednak nie jestem pewny, czy bym tego chciał.

(fragmenty zapisków z podróży do Kostaryki, 2008 r.)

greydot

Pacuare Lodge otoczona dżunglą

Pacuare Lodge otoczona dżunglą

© ZDJĘCIA WŁASNE

Zdjęcia z podróży na Wyspy Dziewicze obejrzeć można tutaj, zaś na Kostarykę tutaj („Fauna i flora”) oraz tutaj („Pstryki z Kostaryki”) – na moim blogu fotograficznym ŚWIAT W OBRAZACH.

.