KINO I KRYTYKA

.

W filmowym raju (kadr z filmu Cinema Paradiso)

     .

   Spotkałem się ostatnio z następującym stwierdzeniem: Recenzja filmowa, przynajmniej w wydaniu profesjonalnym, musi, jak się wydaje, prędzej czy później stać się reliktem przeszłości. Jaki jest bowiem cel istnienia tego typu formy, szczególnie w Internecie, w którym możliwość wyrażenia swojego zdania w o wiele prostszy sposób stanowi niezbywalne prawo? Czy tekst krytyczny ma jakąkolwiek przyszłość w świecie, w którym publicznie oceniać i krytykować – konstruktywnie lub nie – może każdy? (Cytat pochodzi stąd).

       Otóż wydaje mi się, że dopóki będzie istnieć kino, dopóty będzie istniała krytyka filmowa – i będą pojawiać się recenzje filmowe w wydaniu profesjonalnym. Jednakże, aby uznać daną recenzje za profesjonalną, muszą istnieć pewne kryteria, które taka recenzja musi spełniać. Podobnie jest z samym kinem (a ogólnie z całą sztuką): aby ocenić wartość filmu (dzieła sztuki), muszą istnieć kryteria jego oceny – normatywne punkty odniesienia, stanowiące aksjologiczną hierarchię. Bez niej poruszalibyśmy się po omacku, kierując się tylko własnym „widzimisię”.

       Wszelka dyskusja bez określenia czy też odniesienia się do pewnej hierarchii wartości nie ma większego sensu, ale to dopiero zgoda na przyjęcie określonej hierarchii (w tym definicji, norm, reguł, punktów odniesienia, kanonów) umożliwia sensowną wymianę myśli i osiągnięcie ewentualnego porozumienia (czy choćby tylko wzajemnego zrozumienia się).
Dlatego tak ważna w tym wszystkim jest erudycja – wiedza o kulturze, a w przypadku kina – znajomość jego historii, ustalonego kanonu arcydzieł, dorobku wybitnych twórców… etc. Tylko wtedy możliwe jest wyróżnienie (rozpoznanie, ustalenie…) autorytetów wśród ludzi wypowiadających się na temat kina (chodzi mi zarówno o samych twórców kina, jak i jego krytyków), bez których to autorytetów, według mnie, uprawiałoby się tylko amatorszczyznę. Tak jak to ma miejsce obecnie – w dobie rozpasanego Internetu, gdzie wszyscy wygłaszają swoje zdanie, opiniują, krytykują, oceniają – wieszają psy albo gloryfikują, mieszają z błotem albo wychwalają; gdzie każdy jest besserwisserem i ma we wszystkim rację, nie zawracając sobie głowy jakimiś autorytetami, czy ogólnie: własną edukacją i znajomością kultury. Niestety, dezynwoltura ta wprowadza w dyskursie chaos, wykluczając na dodatek zgodę. Ignorancja sprzyja prostactwu, zaś arogancja – tworzeniu podziałów i wzajemnych animozji.

      Nie ma nic złego w tym, że ktoś chce wyrazić (nawet publicznie) swoją opinię o filmie (książce, obrazie, dziele sztuki…), jednak warto mieć świadomość tego, że jest to zawsze nie tylko subiektywne, ale i skrojone na naszą miarę – że przynależy do domeny amatorskiej, z wszystkimi swoimi ograniczeniami. A tym samym nie może sobie rościć prawa do wyznaczania wartości uniwersalnych, ultymatywnych – do forowania sądów ostatecznych. To powinno uczyć pewnej pokory, a tymczasem niemal wszyscy wypowiadają się tak, jakby byli wyrocznią i inkwizytorem, uważając swoje zdanie za jedynie słuszne a własną opinię za nieomylną.
Internetowy zalew radosnej twórczości amatorów i dyletantów powoduje pewne kulturowe rozmycie i zaburzenie hierarchii – w tej powodzi ginie to, co jest rzeczywiście cenne, wybitne i naprawdę wartościowe: choćby właśnie profesjonalna krytyka filmowa.

       Inną sprawą jest to, że – takie odnoszę wrażenie – krytyka ta przeżywa dziś kryzys (powodów jest zbyt wiele, by się tutaj nimi zająć). Bo gdzie są krytycy takiego formatu, jakimi byli w Polsce choćby Zygmunt Kałużyński, Rafał Marszałek, Krzysztof Mętrak, Bolesław Michałek, Stanisław Janicki, Aleksander Jackiewicz… a na świecie Éric Rohmer, François Truffaut, James Agee, André Bazin, Pauline Kael, Andrew Sarris czy wreszcie Roger Ebert? Wymarli albo przeszli na emeryturę. Wszyscy, których wymieniłem to osobowości wybitne – nie tylko w dziedzinie kina, ale i w szerszym wymiarze kulturowym: literackim, humanistycznym a nawet filozoficznym. Obecna krytyka filmowa nie ma już tego ciężaru, jest moim zdaniem bardziej okazjonalna i efemeryczna, miałka i płytka tudzież zależna, czasem nawet sprzedajna, będąc na usługach jakiegoś medium lub środowiska, gdzie pisze się recenzje na zamówienie.

       Dawniej pozycja krytyka filmowego była bardziej określona i ustalona. Na to by uznano kogoś za krytyka trzeba było sobie zasłużyć, czyli innymi słowy: należało spełniać pewne kryteria, które stanowiły o jego poziomie, kompetencji czy wreszcie decydowały o prestiżu i autorytecie. Dziś, kiedy krytykiem jest każdy (bo przecież „śpiewać każdy może”), wszystko się pomieszało i pogubiło a języki, jakimi się mówi o filmie, to istna wieża Babel. Do tzw. średniego widza bardziej zaś trafia to, co pisze „średni” krytyk, bo ten zazwyczaj posługuje się jego językiem, czyli tym, co jest charakterystyczne dla kultury masowej, z wszystkimi jej ograniczeniami i miazmatami (stąd częsta niechlujność wypowiedzi, posługiwanie się językiem potocznym, a nawet wulgarnym). A przecież sztuce bardziej sprzyja elitaryzm niż demokracja – plebejskość wyklucza wyrafinowanie. Postmodernizm jednak poprzewracał ludziom w głowach – relatywizując prawdę, negując wartości, sprowadzając do jednego poziomu to, co dawniej porządkowane było pewną hierarchią. Wmówił ludziom, że wszystko jest sztuką (czyli każdy jest artystą, a jeśli tak, to również każdy może być filmowym krytykiem).

     Filmy są różne. To, co nam się podoba niekoniecznie jest dobre, a to, co nie podoba – niekoniecznie złe. Zawsze należy sobie uświadamiać to, że wszystkie nasze sądy są subiektywne ale dyskurs jaki prowadzimy zawsze posługuje się pewnym kodem, który warto umieć rozpoznawać i zdawać sobie z niego sprawę. To prowadzi nas do konstatacji jak bardzo ważny jest kontekst kulturowy (gatunkowy, historyczny, światopoglądowy…) filmu, a zarazem do stwierdzenia, że wszelka dyskusja na temat wartości filmu powinna zacząć się od rozpoznania (określenia) tego kontekstu. W przeciwnym razie każdy oceniający (krytykujący, opisujący) film będzie się poruszał po innym polu, śpiewając sobie a muzom.

       A i tak najważniejsza w tym wszystkim powinna być nasza miłość do kina. I to, by jednak większą przyjemność sprawiało nam oglądanie filmu, niż pisanie o nim, a tym bardziej – jego krytykowanie.

*  *  *

„IRLANDCZYK”, „PEWNEGO RAZU W HOLLYWOOD”, „LE MANS ’66”, „HISTORIA MAŁŻEŃSKA”, „JOKER”, „1917”, „MAŁE KOBIETKI”, „JOJO RABBIT”, „PARASITE” – mój krótki przewodnik po oscarowych filmach

.

.

       Już za kilka dni o Oscara w kategorii Best Picture powalczy 9 filmów: „1917”, „Ford v Ferrari”, „Irlandczyk”, „Jojo Rabbit”,”Joker”, „Małe kobietki”, „Historia małżeńska”, „Pewnego razu w Hollywood” i „Parasite”. Jeżeli chcielibyśmy całą tę pulę określić jednym słowem, to można byłoby napisać: „różnorodność”. Trzeba przyznać, że to wszystko są filmy dobre i bardzo dobre, ale czy jest wśród nich jakieś dzieło wybitne? Czy dają one świadectwo naszej współczesności? A może bardziej zwracają się do przeszłości i jest to spowodowane nie tylko nostalgią? A jak one świadczą o kondycji dzisiejszego kina? Czy mimo wszystko nie jest ona lepsza od kondycji świata, w jakim teraz żyjemy?

greydot.

Al Pacino i Robert de Niro – „Irlandczyk” (reż. Martin Scorsese)

.

„IRLANDCZYK”

      Scorsese mimo wszystko nie zawodzi, chociaż – opowiadając swoją kolejną bajkę dla dorosłych o gangsterach – zmienia ton, zwalnia tempo, mniej mitologizuje, trochę tylko koloryzuje… Przemoc jaką tym razem serwuje nam na ekranie nie jest już tak ostentacyjnie brutalna i krwawa, załatwia się ją jakby mimochodem – szybko i bez większych fajerwerków, „malując” co najwyżej ścianę czy bruk. Nie ma już takich ostrych cięć, nagłej akcji, pokawałkowanego montażu jak kiedyś. Wpływ testosteronu na ferajnę facetów nie jest już tak widoczny, jak parę dekad temu (wyjątek stanowi chyba tylko grany przez Pacino Hoffa) – ale to chyba zrozumiałe wśród 70-latków, którzy ten film stworzyli (przy okazji: moim zdaniem cyfrowe ich odmładzanie nie zdało jednak egzaminu, wprowadzając na ekran pewną sztuczność – geriatrycznych zmian nie da się oszukać ).
„Irlandczyk” kosztował ponoć aż 160 mln. dolarów, ale prawdę powiedziawszy tego realizacyjnego rozmachu po nim zbytnio nie widać, zamiast tego jest pewna kameralność, a nawet sitcomowa potoczność. Innymi słowy, ta obejmująca ponad 40 lat historia sprawia wrażenie bardziej gawędziarskiej niż epickiej. Ale to niekoniecznie jest wada, zwłaszcza jeśli robi to sam Scorsese, posługując się takimi hipnotyzującymi legendami aktorstwa, jak Al. Pacino, Robert de Niro czy Joe Pesci. To pewnie dzięki temu ten, trwający trzy i pół godziny film ani trochę mnie nie wynudził, choć też i zbytnio nie ekscytował. Nie będę jednak ukrywał, że oglądało mi się go bardzo dobrze i z wielką przyjemnością – a do niektórych scen wróciłem, aby je obejrzeć ponownie (jedną z zalet Netflixa jest to, że można mieć takie filmy na wyciągnięcie ręki.)
Nie ulega wątpliwości, że „Irlandczyk” jest dziełem mistrzów. Dlaczego więc nie jest filmem wybitnym ani tym bardziej arcydziełem?
Być może jest to wina kompozycji, która całość bardziej rozluźnia, niż kondensuje – rozbijając przy tym dramaturgię, ale też wprowadzając zbytnią gadatliwość oraz chronologiczną konfuzję. Może dlatego, iż na ekranie cały czas widzieliśmy bardziej ikonicznych aktorów niż postacie, w które się oni wcielali? Może dlatego, że walory rozrywkowe przeważają w nim nad jakimkolwiek innymi, a zwłaszcza poznawczymi, jeśli chodzi o amerykańskie społeczeństwo, politykę czy historię…?
Na szczęście, nic z tego nie może zmienić faktu, że film Martina Scorsese to kino solidne, do którego będzie się wracać, jak do starej dobrej klasyki.
(8/10)

greydot.

Christian Bale i Matt Damon – „Ford v Ferrari” (reż. James Mangold)

.

„FORD v FERRARI” („Le Mans ’66”)

       Znakomite kino rozrywkowe – american entertaniment at it’s best. Uproszczenia, sentymentalizm, fajerwerkowość akurat tutaj nie rażą, filmu nie psują, ba… mają przez to większy i szerszy mass appeal – w dobrym tego słowa znaczeniu. To, co gdzie indziej moglibyśmy uznać za wadę, tutaj – wobec uwodzicielskiej siły filmu i adrenaliny, jakiej on dostarcza – staje się dla nas nieistotne. Sama historia, choć oparta na faktach, jest klasycznie (według hollywoodzkich standardów) prosta, a przez to efektywna. Emocji dostarczają typowe, ikoniczne ale i nieodzowne w amerykańskiej mitologii elementy: duch rywalizacji, indywidualizm, wytrwałość, odwaga, waleczność… – poświęcenie dla sprawy, ale i dążenie do jednostkowego tryumfu, który staje się również tryumfem kolektywu, grupy, a w szerszej skali: amerykańskiego społeczeństwa. Christian Bale w roli wyścigowego charta, a jednocześnie samochodowego mechanika, jak zwykle świetny – choć nadpobudliwy i na granicy kreacyjnego przerysowania. Matt Damon tylko z pozoru powściągliwy, bo jest dla nas oczywiste, że w środku aż się gotuje. Chemia jakiej dostarcza nam to duo, działa na nas w trybie natychmiastowym. Podobnie jak same wyścigi. Nie musisz być wcale mobilofilem, żeby ta opowieść cię porwała.
(8/10)

greydot.

Scarlett Johansson i Adam Driver – „Historia małżeńska” (reż. Noah Baumbach)

.

„HISTORIA MAŁŻEŃSKA”  

       Ten film też może porwać i mimo, że nie ma kinowego rozmachu, to oglądając go, można się poczuć jak na rollercoasterze. Rozwodowa psychodrama angażuje emocjonalnie – nie tylko dzięki znakomicie rozpisanym dialogom, ale przede wszystkim dzięki wspaniałej grze aktorskiej (Adam Driver w tym filmie przekonał mnie wreszcie do siebie, ale prawdziwie genialna jest tutaj Scarlett Johansson). „Historia małżeńska” wydawała mi się momentami zbyt teatralna, ale z czasem przekonałem się do tej konwencji i teraz nie traktuję tego jako zarzut, tym bardziej, że jednak pogłębiało to psychologicznie postaci, zaostrzało ich dramat i pozwalało odczuć, w jakiej znaleźli się oni pułapce. Film jest wiwisekcją, w której jak na dłoni widzimy, jak niegłupi i nieźli przecież ludzie przestają wzajemnie się rozumieć (co ciekawe: nadal się przy tym kochając) i pozwalają swoim emocjom wyprowadzić się na manowce, gdzie spotyka ich dewastacja. Pocieszające jest to, że kiedy już przeczołgają się przez ten horror, są jeszcze w stanie się pozbierać (i bynajmniej nie pomagają im w tym ich rozwodowi adwokaci).
(8/10) 

greydot.

George MacKay i Dean-Charles Chapman – „1917” (reż. Sam Mendes)

.

„1917”

       Sam Mendes rzuca nas w okopy I wojny światowej nie tylko dlatego, by przypomnieć nam jakim była ona piekłem, ale przede wszystkim po to, byśmy podążali za zwykłym człowiekiem schwytanym w tryby wojennej machiny – cierpiącym, maltretowanym, ale nie tracącym swojego człowieczeństwa. I właśnie to ostatnie okazuje się być większym heroizmem, niż wszelkie inne wojenne czyny, które rodzą się z brawury, adrenaliny, chęci stania się bohaterem, czy wynikają po prostu z instynktu przerwania. W filmie tym nie ma żadnych komentarzy, które by głębiej wchodziły w historyczną specyfikę tamtej wojny; nie ma egzystencjalnego rozdarcia (z jakim mogliśmy się spotkać choćby u Remarque’a), nie ma antywojennej pasji obnażającej absurd wzajemnego zabijania się i ulegania bezsensownym rozkazom dowódców (jak np. w „Ścieżkach chwały” Kubricka)… Nie, film Mendesa jest inny, gdyż zajmuje się przede wszystkim doświadczeniem jednostkowym człowieka, który musi wykonać swoją misję tu i teraz (to właśnie dlatego kamera Deakinsa towarzyszy głównemu bohaterowi bez przerwy – a nie dlatego, żeby epatować widza technicznym złudzeniem „jednego ujęcia”).
Tak, obraz Mendesa jest również inny dzięki swojej formie – i bynajmniej nie chodzi tylko o jakiś gimmickowy „long take”. Ogromnie wrażenie robi scenografia, choć to prawda, że niekiedy jest ona przeładowana do granic sztuczności, ale mimo to (a może właśnie dlatego) stanowi (według mnie) odpowiednie tło dla tego, co spotyka głównych bohaterów, podkreślając sytuacyjny koszmar jakiego doświadczają żołnierze – cały ten nieludzki, piekielny wręcz anturaż destrukcji, gnicia i zmieszanych z błotem trupów. Choćby tylko z tego powodu – mimo obecnego w tej opowieści heroicznego wątku, który gloryfikuje patriotyzm, poświęcenie i bohaterstwo – „1917” jest bez wątpienie filmem antywojennym.
(8/10)

greydot.

Emma Watson, Florence Pugh, Saoirse Ronan i Eliza Scanlen – „Małe kobietki” (reż. Greta Gerwig)

.

„MAŁE KOBIETKI”

       To jest rzeczywiście jeden z najlepszych amerykańskich filmów wyreżyserowanych przez kobiety. Co prawda, zwykle płeć osoby reżyserującej film jest dla mnie mało istotna, ale tym razem warto – a nawet trzeba – o tym wspomnieć. I to z kilku powodów. Po pierwsze: źródło ekranizacji, czyli „Małe kobietki” Louisy May Alcott, to klasyka literatury „kobiecej” (w tym przypadku bardziej adekwatny byłby chyba przymiotnik „dziewczęcej”), której poczytność z czasem może nieco malała, ale do dzisiaj przetrwała, rezonując ze zmianami, jakie sukcesywnie wymuszał na społeczeństwie feminizm. Po drugie: ukazane na ekranie kobiety są ciałem, duszą, sercem i nerwami, jak również pokarmem, słodyczą, goryczą i solą tego filmu. Po trzecie: kobiety są też tutaj siłą sprawczą, demiurgami tej ekranizacji, przede wszystkim w osobie Grety Gerwig, która film wyreżyserowała oraz obsady aktorskiej (z rewelacyjną Saoirse Ronan na czele).
Sam nie jestem kobietą, ale muszę przyznać, że „Małe kobietki” mnie zabsorbowały i emocjonalnie poruszyły, co pewnie świadczy o tym, że ludzka wrażliwość biegnie ponad płciowymi podziałami. Być może również o tym, że film nawiązał do uniwersalnych kulturowych wartości, takich jak miłość, rodzina, przyjaźń, siostrzeństwo… i zrobił to przekonująco. Sporo jest też o ambicji, godności, ekonomicznej zależności; czy wreszcie o ograniczeniach w wyborze drogi życiowej w osiągnięciu sukcesu i społecznego awansu, jakie wynikały z faktu bycia kobietą w XIX wieku. Moim zdaniem Grecie Gerwig udało się jednocześnie zachować ducha tamtego czasu, jak i uniknąć anachronizmu, dzięki czemu współczesna widownia mogła się przenieść w odległe czasy (magiczny atrybut kina) ale przeżyć dawną historię zgodnie z dzisiejszymi oczekiwaniami i współczesną mentalnością.
Dzięki znakomitej scenografii oddającej materię (architektura, wystrój wnętrz) epoki w najdrobniejszych detalach, jak również dzięki walorom kostiumowym, obraz prezentuje się nie tylko autentycznie, ale i pięknie. Kobiety na planie zachowują się swobodnie i niewymuszenie, a mimo to kompozycje jakie tworzą ze swoich ciał na ekranie – zarówno w grupie, jak i solo – godne są malarskiego płótna. Dość szybko przyzwyczajamy się do nieco porwanej, niechronologicznej narracji; oswajamy się z postaciami, zaczynamy żyć ich życiem – w smutku, radości, szczęściu, rozpaczy… Widzimy, jak całość układa się w kolorową i bogatą mozaikę scen i obrazów. W świecie pełnym cynizmu i nieciekawych indywiduów – bufonów i pozerów okupujących zbiorową wyobraźnię – taki film jest jak świeży powiew ludzkiej normalności. I kobiecej wrażliwości.
(8/10)

greydot.

Taika Waititi i Roman Griffin Davis – „Jojo Rabbit” (reż. Taika Waititi)

.

„JOJO RABBIT”

       Taika Waititi podjął się ryzykownego zadania zrobienia komedii na bazie jednej z najbardziej koszmarnych i tragicznych auto-kompromitacji rodzaju ludzkiego, jakimi były niemiecki faszyzm, wywołana przez niego wojna i Holocaust. Oczywiście, aby taka komedia miała jakiekolwiek szanse powodzenia, musiała przybrać formę satyry i groteski, ale jednocześnie nie zagubić horrendalnej istoty tamtych czasów, ani nie odsuwać na zbyt odległy plan ich potworności i grozy. I to moim zdaniem reżyserowi się udało. Film na przemian śmieszy i przeraża – bawi nas i wzrusza, a jednocześnie uświadamia coś, co nas niepokoi i dręczy – i niestety jest aktualne w każdych czasach.
„Jojo Rabbit” opowiada umiejscowioną w faszystowskich Niemczech historię chłopca, którego wyimaginowanym przyjacielem jest… Hitler. Jojo zaczadzony jest nazistowską ideologią, głowę ma zaśmieconą absurdami antysemickiej propagandy; paraduje w mundurku Hitlerjugend szkoląc się na dzielnego niemieckiego żołnierza, gotowego podbić cały świat, a mimo to… niezdolnego ukręcić kark małemu królikowi. I to jest w filmie pierwszą oznaką tego, że z Jojo żaden tam nazista, a tylko skołowacony chorą ideologią dzieciak o dobrym sercu. Co wkrótce sprawdzi się jeszcze bardziej, kiedy odkryje on w swoim domu ukrywającą się tam żydowską dziewczynę. Jak się możemy domyśleć, Jojo dość szybko będzie się mógł przekonać, że nie tylko nie wzbudza ona w nim żadnej odrazy, ale jest kimś, kto może zostać jego przyjacielem.
Rozumiem, że poczucie humoru Waititi nie każdemu może się spodobać, bo podejmuje on wątki newralgiczne i drażliwe (w filmie są też momenty zgoła upiorne, na które nie przygotowuje nas groteskowo-zabawny trailer), ale jego intencje są na tyle jasne, że nie powinno to wzbudzać jakichś szczególnie negatywnych reakcji. To, że się z czegoś (w tym przypadku: zabójczej rasistowskiej ideologii) śmiejemy, nie powoduje przecież tego, że przestaje to być – w swojej istocie – odrażające i straszne. Reżyser (sam pochodzenia żydowskiego) o tym dobrze wie. A my powinniśmy wiedzieć, że w żadnym momencie on tego nie zapomina. Tym bardziej, że film ma w sumie pozytywne i budujące przesłanie: nie powinniśmy dopuścić do tego, aby jakakolwiek ideologia dehumanizowała w naszych oczach drugiego człowieka.
Czy pozbyliśmy się tego utrapienia i zgryzu w naszych czasach? Niestety, wystarczy się tylko rozejrzeć dookoła – i to wcale niedaleko nas: nienawiść i pogarda dla innych trzyma się ludzkich głów mocno. To dlatego takie filmy, jak „Jojo Rabbit” są nadal potrzebne i zawsze na czasie.
(7.5/10)

greydot.

Joaquin Phoenix – „Joker” (reż Todd Phillips)

.

„JOKER”

       Film ten mocno spolaryzował krytyków, widzów trochę mniej. Mnie również zaciekawiło to, że „Joker” miał w Polsce znacznie lepszą „prasę” (bardzo mało recenzji negatywnych), niż w Stanach. Więcej też było w Polsce widzów takich, którzy filmem wręcz się zachwycili. Lecz nie będziemy się tutaj zajmować szukaniem przyczyn, bo to bardziej odnosiłoby się do widzów niż do samego filmu.
Ja również mam mieszane uczucia w związku z „Jokerem”, bo niestety, im więcej o nim myślałem, tym więcej miałem do niego zastrzeżeń, i to różnej natury.
Skłamałbym, jeśli bym napisał, że film w sali kinowej nie zrobił na mnie większego wrażenia. Ale to była pewnie zasługa niezwykle intensywnej kreacji Joaquina Phoenix’a, ukazanej na ekranie przemocy, ponurej aury i mocno depresyjnej aparycji obrazu – a nie jego psychologicznej czy intelektualnej wagi (a tym bardziej społecznej doniosłości).
Joker to postać komiksowa, najbardziej znana z filmów o Batmanie, ale „chwyt” filmu Phillipsa polegał na tym, że zerwano w nim z konwencją widowiskowego super-bohaterstwa na rzecz (jak zadeklarowali jego twórcy) dramatu psychologicznego, który bardziej byłby podobny do filmów w rodzaju „Taksówkarza” czy „Króla komedii”, niż do dystopijnych fantazji wypełnionych postaciami o kartonowej proweniencji. Niestety, ta komparatystyka z dziełami Scorsesego tylko „Jokerowi” zaszkodziła, bo unaoczniła różnicę klas, jaka te obrazy dzieli.
Z filmu Phillipsa starano się wysnuć jakieś społeczno-polityczne wnioski, komentowano go w kontekście panujących obecnie stosunków ekonomicznych, pogłębiania się przepaści między „bogatymi” i „biednymi”, ale doprawdy nie dostarcza on amunicji większego kalibru ani dostatecznych argumentów, by taki dyskurs prowadzić. Usłyszałem np. niedawno, że „Joker” jest „lewicowy”. Ale przecież ten film – bardziej niż o wykluczeniu klasowym – jest o człowieku, którego osobiste (jednostkowe) doświadczenia – wewnętrzny ból i cierpienie – wreszcie choroba psychiczna (nerwica), doprowadziły do stanu, w którym zaczyna on mordować innych ludzi. Wskutek tego staje się on niepoczytalny – niezdolny do rozróżniania zła i dobra (wartości rozumianych ogólnie, jako wywodzących się z kodeksu podstawowych norm współżycia między ludźmi).
To jest zdecydowanie problem psychiatryczny (jednostkowy), a nie ideologiczny czy społeczny. Swoją drogą to niepokojące, że „bohater naszych czasów” (który dla niektórych staje się pewnym wzorem) jest psychopatą. No i wreszcie: wściekły i morderczy tłum, który szaleje na koniec filmu nie jest lewicowy. Jest anarchistyczny, przepełniony amokiem nienawiści i destrukcji. Co to ma wspólnego ze społeczną sprawiedliwością?
(7/10)

greydot.

Leonardo diCaprio i Bradd Pitt – „Pewnego razu w Hollywood” (reż. Quentin Tarantino)

.

„PEWNEGO RAZU W HOLLYWOOD”

       Czy Quentin Tarantino to taki Stanley Kubrick naszych czasów? Jeśli tak, to świadczy o tym, w jakim kierunku podążyło kino amerykańskie w swojej masie. A jest to według mnie pewna jałowość i dziecinada. Odejście od tematów ważnych, a zajęcie się bardziej zabawą. Poza tym, Kubrick nie kręcił „kubricka”, natomiast Tarantino cały czas kręci „tarantina”. Kubrick robił kino, Tarantino najczęściej wykorzystuje w swoich filmach to, co już zostało w kinie zrobione (podlewając to tylko własnym sosem).
Myślę, że „Pewnego razu w Hollywood” to, co napisałem przed chwilą potwierdza, choć nie jest to pozycja typowa w filmografii Quentina, który swój ostry pazur pokazuje dopiero w końcówce filmu, reszta to takie… ekranowe bajanie.
Źle się to nie ogląda, tym bardziej że widzimy na ekranie m.in. Leonarda diCaprio, czy Brada Pitta – aktorów, którzy sami dla siebie są klasą, więc zazwyczaj wypadają świetnie, dostarczając widzowi sporo przyjemności. Poza tym Tarantino jest jednak bardzo zdolnym człowiekiem: pisze niezłe scenariusze, świetnie reżyseruje, wypełnia go pasja i miłość do kina. Szkopuł w tym, że tak naprawdę… sam nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Jego twórczość jest też taka trochę sztubacka, miejscami nawet szpanerska (to dlatego z miejsca podbił on młodą widownię, która ponadto zachwyciła się pewną dozą cynizmu, widocznego zwłaszcza w „Pulp Fiction”, filmu dla kariery reżysera przełomowego). O tym, jak traktuje on w swoich utworach przemoc nie będę pisał, bo jest to osobny temat, choć dość istotny w krytyce, z jaką spotyka się twórczość Tarantino.
To, że „Pewnego razu w Hollywood” jest swego rodzaju bajką, sugeruje już sam tytuł filmu. Problem jest w tym, że ta bajka staje się coraz bardziej rozwlekła, niewiele się w niej dzieje, wątki się rozłażą, nie ma w niej żadnego napięcia… Więc co to za bajka?
Jej zaletą jest to, że przenosi nas ona w inną epokę – i ta epoka rzeczywiście jest ładnie odmalowana. Z tym, że nie ma w tym wiele z realizmu, mimo autentycznej detaliczności, która w sumie jest tylko powierzchownością materii.
Końcówka lat 60. uznawana jest za koniec pewnej epoki. W roku 1969, w którym dzieje się akcja filmu, banda Mansona bestialsko zamordowała Sharon Tate i jej kilku przyjaciół, którzy przebywali z nią w domu Romana Polańskiego. Do tego mordu nawiązuje też w swoim filmie Tarantino, ale w bardzo przewrotny sposób, kreując własną, jakby alternatywną wersję historii. Według mnie posunął się w tym za daleko. Bawić się filmem przez dwie godziny po to tylko, żeby zaserwować nam na koniec specjalność swojej kuchni, czyli krwawą jatkę – orgię przemocy (pornoviolence), która zwykle wprawia w ekstazę jego licznych fanów? I która tak naprawdę nijak się nie ma do tego, co Tarantino pokazywał nam w tym filmie wcześniej.
(7/10)

greydot.

Woo-sik Choi, Kang-ho Song, Hye-jin Jang i So-dam Park – „Parasite” (reż Bong Joon-ho)

.

„PARASITE”

       Jestem w zdecydowanej mniejszości, bo nie uważam „Parasite” za najlepszy film roku ani tym bardziej za dzieło wybitne. Sądzę natomiast, że jest to dobrze zmontowany film, z nieźle napisanym scenariuszem, i rzeczywiście znakomicie wyprodukowany. Widać, że „Parasite” został zrobiony przez bardzo zdolnego reżysera (Bong Joon-ho), ale uznanie go za wiekopomne arcydzieło kina byłoby według mnie przesadą.
Nie sądzę, iż jest to film głęboko wchodzący w problematykę społeczną obecnego, ani tego, że stanowi on asumpt do jakieś głębszej analizy psychologicznej, o filozoficznej nie wspominając.
Cała intryga wydała mi się tak mocno naciągana i niedorzeczna, że nawet satyryczno-metaforyczna formuła nie mogła tego rozgrzeszyć i uwiarygodnić. W sumie wyszła z tego taka lunatyczna baja, podlana krwistym sosem, z wyraźną inklinacją do kiereszowania ciał.
To prawda, że reżyser zgrabnie żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając nagle ton i nastroje, ale według mnie zbyt często to nie działało: bo straszność znosiła śmieszność i vice versa: śmieszność rugowała straszność. To właśnie dlatego film ani za bardzo mnie nie śmieszył, ani też zbytnio mnie nie straszył. Zamiast tego stawał się w moich oczach coraz bardziej dziwaczny.
Ale przede wszystkim ten film ludzi dehumanizuje – i być może to jest główną przyczyna mojej wobec niego rezerwy.
„Pasożyt” wpisuje się w postmodernistyczny model poszatkowanego świata, w którym trudno jest odróżnić dobro od zła, prawdę od fałszu – gdzie estetyka zastępuje etykę, forma staje się ważniejsza od treści i do jednego wora wsypuje się wszelkie możliwe konwencje. No i mamy bigos – potrawę naszych czasów, którą karmi się mózgi konsumentów współczesnej kultury (antykultury?)
(Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.)
(7/10)

greydot.

Ocena filmów: 10 – arcydzieło, 9 – wybitny, 8 – bardzo dobry, 7 – dobry, 6 – niezły, 5 – przeciętny

*  *  *

„PARASITE”, albo o potrawach naszych czasów

.

„Parasite” – klasowy resentyment bawi i przestrasza wszystkich… a może też tumani?

.

Jestem w zdecydowanej mniejszości, bo nie uważam „Pasożyta” za najlepszy film roku (jak by wynikało z deszczu nagród przeróżnych oraz morza zachwytów – zarówno krytyki, jak i publiki), ani tym bardziej za dzieło wybitne. Sądzę natomiast, że jest to dobrze zmontowany film (choć im bliżej końca, tym jego konstrukcja trochę się sypie), z nieźle napisanym scenariuszem, i rzeczywiście znakomicie wyprodukowany. Widać, że „Pasożyt” został zrobiony przez bardzo zdolnego reżysera (Bong Joon-ho), ale uznanie go za wiekopomne arcydzieło kina byłoby według mnie przesadą.
Wydaje mi się, że na moje rozczarowanie „Pasożytem” wpłynęła jednak cała ta medialna pompa, jaka rozpoczęła się od przyznania mu Złotej Palmy w Cannes (później podkręciła to cała masa innych nagród i wyróżnień – łącznie ze Złotym Globem oraz sześcioma nominacjami do Oscara) i skonfrontowanie tego hype’u z moim odbiorem filmu, po którym spodziewałem się tak wiele dobrego.
Nie kupuję tego, że jest to film głęboko wchodzący w problematykę społeczną obecnego, coraz większego rozwarstwiania się klas społecznych (z uzasadnienia Jury w Cannes: „It’s so global but in such a local film”), ani tego, że stanowi on asumpt do jakieś głębszej analizy psychologicznej, o filozoficznej nie wspominając. Jeżeli już, to jest to wszystko raczej na poziomie gimbazy, a gdybym chciał być bardziej złośliwy, to napisałbym, że jest to taka „class struggle for dummies”, wpędzająca na dodatek w niejaką konfuzję.

Co mi przeszkadzało w tym filmie?
Nie rozpisując się zbytnio, chciałbym wymienić kilka moich wrażeń i zastrzeżeń.

– Cała intryga wydała mi się tak mocno naciągana (by nie napisać : niedorzeczna), że nawet (deklarowana przez Bonga Joon-ho) satyryczno-metaforyczna formuła nie mogła tego rozgrzeszyć i uwiarygodnić. W sumie wyszła z tego taka lunatyczna baja, podlana krwistym, horrorowym sosem, z wyraźną inklinacją do miażdżenia, kłucia i kiereszowania ciał. (Nic dziwnego, że Bonga pod niebiosa wynosi traktujący przemoc jak zabawkę Tarantino; ale że dał się w to wciągnąć Iñárritu… to mnie jednak trochę zaskakuje.)

– Dziwna przewrotność w postawach i charakterystyce bohaterów: ci, którzy mieli być mądrzejsi, bardziej inteligentni i wykształceni (upper class), zachowywali się jak naiwniacy i idioci; natomiast ci, wyraźnie kreowani na pasożytów z aluzjami do karaluchów (lower class), wykazywali się niezwykłą inteligencją, sprytem, przebiegłością i genialnymi wręcz zdolnościami. No i oczywiście byli przy tym oszustami i zawistnikami, a z czasem okazali się nawet (spoiler!) mordercami.
Czy to ma być wykładnia charakteru niższych klas? Nawet jeśli przyjmiemy, że jest to satyra, to bardziej świadczy to o mizantropii scenarzysty/reżysera, niż o konkretnych realiach społecznych czy jakiejś głębszej psychologii.
W sumie perfidia i mydłkowatość tych naciągaczy i macherów przeszkadzały mi w kibicowaniu ich intrydze, o braku wobec nich sympatii nie wspominając.

– Ten film jednak ludzi dehumanizuje – i być może to jest główną przyczyna mojej wobec niego rezerwy.

– To prawda, że reżyser zgrabnie żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając nagle ton i nastroje, ale zbyt często – przynajmniej jeśli chodzi o mój odbiór filmu – to nie działało: bo straszność znosiła śmieszność i vice versa: śmieszność rugowała straszność. To właśnie dlatego film ani za bardzo mnie nie śmieszył, ani też zbytnio mnie nie straszył. Zamiast tego stawał się w moich oczach coraz bardziej dziwaczny – i tak już było do samego końca, kiedy po finałowej krwawej jatce, na ekrany wylewa się… sentymentalizm.

– „Pasożyt” wpisuje się w postmodernistyczny model poszatkowanego świata, w którym trudno jest odróżnić dobro od zła, prawdę od fałszu – gdzie estetyka zastępuje etykę, forma staje się ważniejsza od treści i do jednego wora wsypuje się wszelkie możliwe konwencje. No i mamy bigos – potrawę naszych czasów, którą karmi się mózgi konsumentów współczesnej kultury (antykultury?)

To, że film mnie nie zachwycił, uznaję za swoją stratę. Ci, którzy się na nim bawili – wygrali. Mam nadzieję, że to co napisałem o „Pasożycie” nie zniechęci nikogo do jego obejrzenia, bo szansa, że film się spodoba, jest spora. Tak się stało, że do mnie – do mojego wnętrza (od dawna hołduję tezie, że każdy film odbieramy przede wszystkim trzewiami, a dopiero później uzasadniamy to racjonalnie) jakoś ten „Pasożyt” nie trafił (i bynajmniej nie stało się tak przez jego tytuł – którego przestraszył się chyba polski dystrybutor, bo jak widzę w kraju film pokazuje się pod angielskim tytułem „Parasite”).
Zachwyt „Pasożytem” pozostawiam innym.

*  *  *

OD LIZBONY PRZEZ TABORY PO SYBERIĘ (o filmach XXV Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce: „Papusza”, „Imagine”, „Baczyński”, „Chce się żyć”, „Nieulotne”, „Syberiada polska”, „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, „Dziewczyna z szafy”, „Bejbi Blues”, „Miłość”, „W imię…” i inn.)

.

Niedawno zakończył się w Chicago XXV Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce. Chciałbym się teraz podzielić moimi wrażeniami wyniesionymi z kinowych sal, w których przez ostatnie dwa tygodnie prezentowano polskie filmy. Szkic ten nie pretenduje do żadnej szczegółowej analizy kondycji współczesnego kina w Polsce, ani też do pełniejszego omówienia festiwalowych tytułów, będąc jedynie dość luźnym zbiorem ogólnych uwag o obrazach, z którymi udało mi się zetknąć. Ot, sposób na pewne uporządkowanie myśli i zostawienie po tej filmowej przygodzie na Festiwalu jakiegoś śladu.

.

Poetka wyklęta ("Papusza")

Poetka wyklęta („Papusza”)

Zacznę o tego, co było moim zdaniem na Festiwalu najlepsze: “PAPUSZA”  – naprawdę niezwykły film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze (“Dług”, “Mój Nikifor”, “Plac Zbawiciela”), rzecz o cygańskiej poetce Bronisławie Wajs (postać jak najbardziej rzeczywista), którą poznał i wylansował (wraz z Janem Tuwimem) Jerzy Ficowski (któż z nas nie zna piosenki “Jadą wozy kolorowe taborami”, której słów jest on autorem). Na przekór kolorowym wyobrażeniom i quasi-romantycznej legendzie o Cyganach (zwanych od jakiegoś czasu – ech, ta eufemistyczna poprawność polityczna! – Romami), Krauzowie zdecydowali się przedstawić swoich bohaterów i ich historię w obrazie czarno-białym. I muszę przyznać, że tonacja ta sprawdziła się w tym filmie znakomicie: bo zarówno współgrała z melancholią i tragizmem losów cygańskich tułaczy, z ich – wcale nie tak barwną – rzeczywistością klepania biedy, niedostatku i ogólnej mizerii; jak i stworzyła na ekranie obraz o wielkiej (z estetycznego punktu widzenia) urodzie, rekompensującej, moim zdaniem, ową rezygnację z chromatyzmu – z barw jakimi zwykle przykrywa się szarość romskiej codzienności i niezbyt kolorową prozę ich życia.
Dobrze się stało, że za temat ten wzięli się Krauzowie, bo dzięki temu obyło się bez zbędnej sentymentalizacji i etnicznej taniochy (“nie chcieliśmy robić cepelii” – mówili), jakiej mógł ulec ktoś mniej czujny wobec gorzkiej prawdy o cygańskim losie i usiłujący podbudować legendę Papuszy, która w rzeczywistości stała się przecież jeszcze jedną poetką wyklętą (co było tym bardziej tragiczne, że “wyklęcie” przez własny ród w romskiej tradycji było jedną z największych hańb i dozgonnym nieszczęściem).
Ten film to jednak paradoks, i to pod niejednym względem.
Bo oto mamy historię Papuszy, wyjątkowej Cyganki, której postać wcale nie umieszcza się w centrum obrazu, a raczej gdzieś na peryferiach portretu romskiej społeczności, a mimo to (czy też może właśnie dzięki temu) wydaje się ona niejako “zrośnięta” z tym cygańskim światem, przez co nabiera on swoistego ciężaru, staje się bardziej konkretny i wyrazisty, tak, że można go niemal dotknąć, a już na pewno poczuć.
Bo oto mamy niesamowite, malarskie wręcz zdjęcia (Krzysztof Ptak i Wojciech Staroń dokonali sztuki prawdziwej, malując na ekranie obrazy przywodzące na myśl wizje samego Brueghela), obdarzone niewątpliwym pięknem (mam na myśli głównie te ich elegijne pejzaże), a z drugiej strony – doskonale zwracające nam uwagę na zgrzebność, surowość, brud i liszajowatość (a to wszystko przecież kojarzy się z brzydotą) środowiska w jakim żyli Cyganie.
Bo oto mamy odchodzący w przeszłość świat romskiej mniejszości (a przecież strata każdej kultury jest godna pożałowania, i to nie tylko z etnicznego punktu widzenia), ale też: to co oglądamy na ekranie uświadamia nam również ciemniejsze strony romskiej specyfiki życia i obyczajowości (chociaż Krauzowie bardzo umiejętnie zdołali uniknąć choćby cienia moralizatorstwa, powstrzymując się przed jakimkolwiek osądem – nikogo i niczego nie oceniając).
Jak widzimy, w przypadku “Papuszy” ryzyko było wielkie – bo przecież te przeciwstawne elementy wcale nie musiały  zgrać się w spójną, ani tym bardziej harmonijną całość – jednakże twórcy filmu zdołali tej sztuki dokonać, powołując do istnienia dzieło integralne i – nie waham się tego stwierdzić – wybitne na tle osiągnięć naszego kina ostatnich lat.

Tragizm i liryka, młodość, miłość i śmierć ("Baczyński")

Tragizm czasu i liryka młodości, czyli o śmierci i miłości („Baczyński”)

Bardzo mile zaskoczył mnie film poetycko-biograficzny (jak określili go sami jego twórcy) o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, zrealizowany przez Kordiana Piwowarskiego, dla którego obraz ten jest właściwie pierwszą większą formą, jaka trafia na kinowy ekran. Nie mogłem napisać „fabułą”, bo „BACZYŃSKI” posiada bardzo specyficzną, zaryzykował bym nawet określenie: „unikalną” budowę, będąc lirycznym (momentami nawet onirycznym), ale i żywym (także w sensie realistycznym) kolażem materiałów dokumentalnych (wliczając w to współczesny „slam” poświęcony poezji Baczyńskiego), wywiadów i wątków fabularyzowanych – a wszystko to owiane mgłą liryzmu i przeplatane poetyckimi obrazami, których klimat tworzony jest nie tylko przez świetnie dobrane dźwięki, ale i wzmacniany słowem samego poety, dzięki czemu mamy poczucie jego obecności duchowej, tudzież wrażliwości skonfrontowanej z bezlitosnym dramatem ówczesnej rzeczywistości naznaczonej tragedią Powstania Warszawskiego.
Tworzenie takiego amalgamatu było ryzykowne, jednak Piwowarskiemu udało się w znakomity sposób połączyć płynnie wszystkie te – zwykle nie przystające tak łatwo do siebie – elementy i utworzyć spójną, zgraną i przypasowaną jednolicie całość.
Nie wiem jak na innych widzów, ale na mnie „Baczyński” podziałał bez mała wstrząsowo. Nie jestem jakimś wielkim fanem jego poezji, ale tym razem dałem się jej ponieść – w czym wielka zasługa właśnie filmowego obrazu i dźwięku: na wszystkie te udziwnione skądinąd metafory poety zareagowałem bardzo emocjonalnie (wiem, że to niemęskie wyznanie, ale łzy kręciły mi się w oku co najmniej przez kwadrans), bo wydały mi się one tutaj czymś bardzo naturalnym, podkreślającym tylko autentyzm i grozę tamtego okrutnego czasu, w którym spontaniczna, czysta i kwitnąca młodość zderzała się z przedwczesną śmiercią i potwornością masowej zagłady.
Cieszę się, że osobiście zdołałem za to wszystko podziękować młodemu reżyserowi, przypominając sobie przy okazji spotkania-wywiady, jakie przeprowadziłem przed laty z jego ojcem Radosławem Piwowarskim (twórcą chociażby pamiętnego „Yesterday” czy „Pociągu do Hollywood”).

Człowiek z nadziei czy ze styropianu ("Wałęsa")

Człowiek z nadziei czy ze styropianu („Wałęsa”)

Niestety, stworzenie dzieła wybitnego, nie udało się według mnie Andrzejowi Wajdzie, uznawanemu skądinąd za jednego z największych mistrzów w historii polskiej kinematografii. „WAŁĘSA. CZŁOWIEK Z NADZIEI” nie jest nawet filmem bardzo dobrym, a zaledwie poprawnym, niebezpiecznie przypominając zwykłą narodową konfekcję, o której zapomina się zaraz po sezonie spędu dziatwy szkolnej do kina, w ramach krzewienia patriotyzmu i umacniania narodowej tożsamości w cokolwiek sztuczny, powierzchowny i okazjonalny sposób. Przykro mi to pisać, ale przyjemność oglądania najnowszego obrazu Wajdy spłynęła po mnie jak woda po kaczce, wysychając dość szybko i nie zostawiając większego śladu na moim kinofilskim ciele. Ale proszę zwrócić uwagę, że napisałem „przyjemność”. Bo film o Wałęsie oglądało się nieźle i w sumie bezboleśnie – ot, poprawnie sklecona opowiastka typu: z chłopa król, a raczej: z robotnika prezydent. Na dodatek ze świetną (jak zwykle) kreacją Roberta Więckiewicza, który – choć bliski parodii – w sposób wręcz organiczny wcielił się w postać przywódcy Solidarności (niektórzy stwierdzili nawet, że ekranowy Wałęsa jest tu lepszy od swojego życiowego oryginału). Ale wystąpienie, nawet tej miary, co Więckiewicza, to za mało, zwłaszcza że postać swojego bohatera, Głowacki i Wajda wepchnęli jednak w zbyt uproszczony schemat – nie tyle spiżowo-pomnikowy, co papierowo-kartonowy. Niestety, podobnie potraktowano też najnowszą historię Polski – płytko i powierzchownie. Bo historii tej nie może zastąpić nam anegdota – a czymś takim wydaje mi się być film Wajdy, zrealizowany przy tym z zaskakującym brakiem rozmachu i niestety bez jakiegoś głębszego oddechu.
Właściwie to niezbyt interesowały mnie burze medialno-polityczne, rozpętane już w momencie oświadczenia Wajdy, że będzie kręcił film o Wałęsie. Dlatego też absolutnie nie zamierzam podchodzić do tego filmu z jakimkolwiek politycznym kluczem, bo nie tędy moim zdaniem droga, jeśli się chce ocenić ten film z czysto artystycznego punktu widzenia – a tylko taka ocena mnie tu teraz interesuje. Analizę polityczno-historyczną pozostawiam więc tym, którzy są bardziej w politykę zaangażowani, z przeświadczeniem wszak, że nie będą oni w stanie pozbyć się swoich politycznych uprzedzeń i z góry przyjętych zapatrywań, rzutujących na odbiór ekranowego „Wałęsy”.
Mimo wszystko uważam, że obraz Wajdy jest pożyteczny, tak jak czymś pożytecznym (i to nie tylko z narodowego, ale i społeczno-psychologicznego punktu widzenia) jest pielęgnowanie legendy Wałęsy, jako bojownika o ludzką wolność i społeczną godność; legendy kogoś, kto nie tyle obalił komunizm (przypisywanie tej zasługi tylko i wyłącznie osobie Wałęsy jest bez wątpienia przesadą, a przekonanie o tym samego Lecha, trąci oczywiście megalomanią), co przyczynił się walnie do rozpadu sowieckiego bloku i do ustrojowej zmiany, ostatecznie kompromitującej marksistowską utopię.
Tak sobie myślę przy tej okazji, że jest to film, który idealnie nadaje się dla publiczności zagranicznej, bo w sposób prosty i nieskomplikowany – a tym samym bardziej przystępny i lepiej zrozumiały – ukazuje istotny przecież wkład polskiego społeczeństwa w historyczny przewrót, który ostatecznie zmiótł z areny świata totalitarnego molocha; a jeśli chodzi o postać samego Lecha Wałęsy – to podtrzymuje właśnie jego międzynarodową legendę, której burzenie wcale nie leży w naszym interesie, przynosząc wszystkim więcej szkody, niż pożytku.
Zdaję sobie sprawę, że również tą utylitarną drogą nie można dotrzeć do oszacowania rzeczywistej wartości filmu Wajdy, który, powiedzmy sobie szczerze – biorąc pod uwagę tylko li filmowe, artystyczne kryteria – jest produkcją średnią, niezbyt godną Mistrza.

Sowieckie czystki i polska gehenna ("Syberiada polska")

Zesłańcza gehenna („Syberiada polska”)

Janusz Zaorski powiedział nam na spotkaniu jakie odbyło się z nim po projekcji filmu, że „SYBERIADĘ POLSKĄ” kręcił przez siedem lat. I to niestety na ekranie widać: grubą nicią sztukowany wątek, brak przekonującej fabularnej narracji, kulejąca ciągłość przyczynowo-skutkowa, dramaturgiczny niedostatek (a przez to nieobecność emocjonalnego wybrzmienia) – wszystko to powodowało, że losy polskich zesłańców na Syberię oglądało się okiem zbyt chłodnym, by wzbudzić w naszych sercach i umysłach rezonans, na jaki niewątpliwie zasłużył ten tragiczny dla naszego kraju czas i gehenna setek tysięcy Polaków, których wówczas sponiewierało tak okrutnie sowieckie Imperium.
Według mnie zmarnowano wielki potencjał tego filmu oraz szansę na godne i kompetentne wypełnienie luki w kinie polskim zajmującym się najnowszą historią Polski, którą przez dziesiątki lat zawłaszczano politycznie, zniekształcano, albo po prostu przemilczywano. Szkoda, że tak się stało, ale można się tego było spodziewać po twórcy, który po stworzeniu pamiętnej „Matki Królów”, wypadł jakby z reżyserskiej wprawy, milknąc na wiele lat po nakręceniu niezbyt udanych „Panien i wdów” (w „Syberiadzie” doszły niestety do głosu te same błędy, którymi obarczony był tamten film: ot, choćby bezkrwista sztuczność postaci, uwikłanych w schematyczną fabułę, który z założenia miała być epicka, a w rzeczywistości okazała się zbiorem niespójnych scen i pozbawionych płynnej ciągłości wydarzeń.. Wydaje się, że to właśnie dlatego na obraz ten patrzyłem dość beznamiętnie, nie przywiązując się zbytnio do ekranowych postaci, co z kolei powodowało względną obojętność wobec ich losów.
Nie chcę wytykać twórcom „Syberiady” wszystkich błędów, jakich się dopatrzyłem (słusznie, czy też nie) w ich dziele (a litania ta, niestety, mogłaby być długa), bo – jak znam życie i kilka przypadkowych recenzji filmu – dokonano już tego skrzętnie w naszym kraju. Poza tym byłaby to zapewne czynność niezbyt radosna, więc sobie tego (i ewentualnym Czytelnikom) oszczędzę, żałując przy tym, że nie mogę szczerze pogratulować Panu Zaorskiemu, którego skądinąd wspominam bardzo sympatycznie od czasu naszego spotkania przed laty i długiej rozmowy jaką wtedy przeprowadziliśmy, a która ostatecznie ukazała się w prasie w formie wywiadu (myślę, że warto będzie ją kiedyś przypomnieć, tym bardziej, że dotyczyła właśnie polskich spraw narodowych – także naszej skłonności do patosu i martyrologii –  jakże dzielących teraz społeczeństwo nad Wisłą, uwikłane w walkę o historyczną pamięć, w spór o pojmowanie tradycji i patriotyzmu, o to jaki kształt powinna mieć polska tożsamość).

Pożoga, hańba i (nie)pamięć ("Pokłosie")

Pożoga, hańba i (nie)pamięć („Pokłosie”)

A skoro o wilku naszych narodowych urazów mowa, to oto jeszcze inna odsłona wilka: jest bowiem okazja by wspomnieć o „POKŁOSIU”, które ze znacznym poślizgiem, ale w końcu trafiło na chicagowskie festiwalowe ekrany. Muszę się przyznać, że to  pasikowskie „Pokłosie” wybrzmiało się już we mnie – a pewnie i w wielu innych widzach – już dawno, choćby z racji kolejnych narodowych awantur dotyczących naszych stosunków z Żydami, które, chcąc nie chcąc, śledziłem swego czasu w polskiej prasie. Jednak nie mogłem się oprzeć ciekawości i postanowiłem naocznie przekonać się co zacz i o co tyle hałasu. Ciekaw byłem nie tyle potraktowania w tym filmie wątku polskiego antysemityzmu, co samej filmowej roboty Władysława Pasikowskiego, którą, jak dobrze pamiętam, ze wszech stron chwalono, zwykle w oderwaniu od, że tak się wyrażę, „ideologicznej” wymowy filmu, utrzymując, że to po prostu dobrze zrealizowany thriller (niektórzy dodawali: psychologiczno-społeczny). A gdzie tam! Napięcia w tym filmie nie wyczułem większego, rozwiązaniem zagadki (bo trudno ją nawet nazwać tajemnicą) wiało na kilometr, społeczeństwo wioski przypominało jakieś dzikie panopticum, bohaterowie zachowywali się niedorzecznie i nad wyraz dziwnie, konflikt zakreślony był jak od siekiery, a wszelkie rekordy absurdu pobiło niedorzeczne i absolutnie wzięte z sufitu zakończenie, które zamiast mnie przerazić, to po prostu rozśmieszyło. I nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak ktokolwiek z trzeźwo myślących widzów, mógł ten patetyczno-pasyjny finał potraktować poważnie i się nim naprawdę przejąć, wierząc, że coś takiego mogło się zdarzyć w środku Europy – we współczesnej Polsce.
Ale zostawmy już ten film, który przejdzie pewnie do historii… lecz nie tyle kina, co właśnie polskich awantur.

O wiele bardziej przeżywałem to, czego doświadczali bohaterowie „MIŁOŚCI”. Choć film Sławomira Fabickiego od dzieła Hanekego – mimo takiego samego tytułu – dzieli tematyczna przepaść, to oba te obrazy mogą dostarczyć solidnego pretekstu do tego, by zastanowić się (po raz kolejny, zresztą) czym tak naprawdę jest miłość. I dojść (też po raz nie wiadomo który) do wniosku, że nie może być prostych recept, zgodnych opinii, ani też wyczerpujących definicji miłości, i to esencjonalne dla naszej ludzkiej egzystencji uczucie w każdym przypadku jest czymś innym, wymykając się jednoznaczności, zrozumieniu i racjonalnemu pojęciu.
Film kameralny, ale znakomicie rozegrany – i to zarówno jeśli chodzi o grę aktorską (Julia Kijowska, Marcin Dorociński), jak i sam scenariusz: skromne środki dramaturgiczne, proste słowa i gesty oszczędne, ale bardzo skuteczne jeśli chodzi o budzenie emocji i utrzymanie psychologicznej wiarygodności postaci, z których żadna nie jest jednoznacznie przypisana dobrej ani też złej stronie.
Bez wątpienia „Miłość” Fabickiego to jeden z lepszych filmów festiwalu. Mimo lekko mrocznej tonacji i pewnego rysu szaleństwa, pokazuje kawał prawdziwego życia i ludzi, którzy nie sprawiają wrażenia, iż są tylko ekranowymi fantomami udającymi rzeczywiste postacie. Innymi słowy: kino dobrej próby.

Wyobrazić sobie znaczy więcej niż widzieć ("Imagine")

Wyobrazić sobie znaczy więcej niż widzieć („Imagine”)

Kinem jeszcze lepszej próby mógł być obraz Andrzeja Jakimowskiego „IMAGINE”, ale chyba nie był. Trochę żal. Tym większa szkoda, że materie z jakich składa się film nie zostały zamienione w bardziej szlachetny stop, czy też w ujmujący swoją artystyczną formą amalgamat. Myślę, że winę za to ponosi scenariusz, pozbawiony większej dramaturgii i ukazujący historię raczej mdłą, niepełną i – wbrew temu kim są jej bohaterowie – mało ekscytującą. Nie może więc w moim odbiorze uratować filmu egzotyczna i piękna estetyka obrazu (rzecz się dzieje w słonecznej Lizbonie) połączona z miłą dla ucha muzyką, ani nawet bez mała wizyjne miejscami przedstawienie ściśle korespondujących ze sobą elementów filmowego świata, który nabiera dzięki temu na ekranie niemalże metafizycznych znamion.
No cóż, fabuła nie byłaby taka ważna, gdyby nie zawiodły tutaj emocje. Bo film wcale nie musi opowiadać jakiejś szczególnie wciągającej historii (choć „Imagine” taką historią potencjalnie dysponował), wystarczy, że złapie nas w emocjonalne sidła, chwytając w swoją orbitę, która siłą rzeczy wymusza na nas właściwą atencję. Bo dopiero wtedy film zaczynamy – zgodnie z intencją jego twórców – „przeżywać”.
Z „Imagine” tak się niestety – przynajmniej w moim przypadku – nie stało. Przeszkodziły mi chyba zbyt liczne repetycje tych samych motywów (np. powtarzające się próby niewidomych, by za pomocą dźwięków poznać – wyobrazić sobie? – świat, który ich otacza) i czynności (buntownicze ucieczki na gwarne ulice miasta, pełne ludzi, którzy patrzą, ale tak naprawdę niewiele widzą). Poza tym, między bohaterami tego filmu nie wywiązywały się żadne głębsze relacje – istniała więc wśród nich jakaś uczuciowa pustka (bo pustka, wbrew pozorom, ma wiele wspólnego z istnieniem) i mimo dramatycznej sytuacji, która im wszystkim była wspólna (a przez to mogła ich łączyć), każdy z nich żył w swoim hermetycznym świecie. A to nie są zbyt sprzyjające warunki do pojawienia się empatii, która jest niezbędna do tego, by przejąć się (nie tylko w kinie) czyimś losem.

Lirycznie, dramatycznie i z humorem ("Dziewczyna z szafy")

Lirycznie, dramatycznie, ciepło i z humorem („Dziewczyna z szafy”)

Realizmem magicznym chciał też otoczyć swoich dziwnych bohaterów Bodo Kox, a przy okazji owiać nim (oczarować?) widzów, przedstawiając historię miłości dwojga ludzi żyjących na peryferiach tzw. „normalnego” społeczeństwa, których nieprzystosowanie ma swoje źródło albo w niepełnosprawności i autyzmie (On), albo w nadwrażliwości i zbyt bujnej wyobraźni, traktowanej na dodatek narkotykami (Ona). Wprawdzie trudno mi było w ową miłość uwierzyć (czy też raczej: ją poczuć), ale sam obraz Koxa skutecznie trafiał do mnie poprzez swój klimat i umiejętne połączenie ciepłego acz specyficznego humoru z gorzkim acz lekko wymuszonym liryzmem. Właśnie. Trochę podobnie jak to było w przypadku „Papuszy” (choć oba filmy są pod względem gatunkowym diametralnie różne) „DZIEWCZYNA Z SZAFY”, mimo swojej prostoty, także zbudowana jest z paradoksów, które na pierwszy rzut oka wydają się wyrastać z zawartych w tym filmie przeciwieństw. Bodo Kox mówił o swoim filmie, że jest to tragi-farsa, jednak chyba lepiej można go określić jako komedio-dramat. I sporym sukcesem reżysera jest to, że na ekranie sprawdzał się zarówno komizm, jak i dramatyzm. Udała się więc Koxowi ta dość trudna i ryzykowna sztuka godzenia ognia z wodą: ani się mu nic nie spaliło, ani nie zepsuł on niczego żadnym wodolejstwem. Ot, opowiedział nam swoją niezwykłą historię po swojemu, opanowując przy tym sztukę robienia pełnometrażowego, niegroszowego a przyzwoitego filmu (dotychczas Kox znany był z produkcji off-owej kina „niezależnego” i „Dziewczyna” jest właściwie jego fabularnym debiutem). Wszystko więc na ekranie wypadło dobrze, bardzo oryginalnie, tak że bardzo jestem ciekaw kolejnego filmu tego reżysera (a filmy na pewno będzie on robił nadal, gdyż – jak sam powiedział w jednym z wywiadów – dzięki temu mógłby „w przyszłości wciągać kokainę z płaskich brzuchów modelek na jachtach Morza Śródziemnego”).
Nie jestem pewien czy ja też mógłbym się znaleźć w tej samej co Kox sytuacji wciągania „koksu” ze śródziemnomorskich lasek (choć może nie tyle z moralnych, co fizycznych względów), ale na pewno podzielam jego obawy, (o których mówił on na spotkaniu z publicznością po projekcji filmu), że świat idzie coraz bardziej w kierunku ograniczania wolności człowieka. Bliska mi jest także jego wrażliwość na ludzką „inność”, sympatia dla „dziwaków”, wszelkiej maści „odmieńców”, w których jak w zwierciadle odbija się nasze własne człowieczeństwo (albo jego brak).

Czy naprawdę wszystko jest dobrze? ("Chce się żyć")

Czy naprawdę wszystko jest dobrze? („Chce się żyć”)

Do człowieka też warto było dotrzeć w ważnym filmie Macieja Pieprzycy „CHCE SIĘ ŻYĆ”, którego bohaterem – podobnie jak w „Dziewczynie z szafy” – była osoba niepełnosprawna, chory na porażenie mózgowe Mateusz (genialna rola Dawida Ogrodnika). Temat trudny z bardzo wielu względów:  już choćby dlatego, że istniało wielkie niebezpieczeństwo przerysowania postaci, może nawet ich karykaturalizacji, jak również pozornie łatwego wykorzystania fizycznego kalectwa w celu epatowania widzów swoistym aparycyjnym kuriozum, jakim podświadomie uznajemy człowieka, którego ciało uległo deformacji wskutek ciężkiej choroby. A przy tym można było ulec pokusie fałszywego współczucia, ckliwości i łzawego sentymentu – obciążeniu całym tym bagażem jaki niesie ze sobą ludzka tragedia spowodowana ślepym zrządzeniem losu, czy też raczej defektem Natury, zupełnie obojętnej na  cierpienie człowieka. (Mateusz, po wysłuchaniu słów księdza, który mówi mu, że Bóg go kocha, stwierdza sarkastycznie w myślach, które słyszymy z offu: „Bogu niech będą dzięki, bo co to by było, gdyby mnie nienawidził”.)
W zasadzie wszystkich tych pułapek Pieprzyca zdołał uniknąć, choć nie do końca uwolnił się od pewnych uproszczeń i niekonsekwencji w logice przedstawianych na ekranie wydarzeń. Sam w którymś z wywiadów stwierdził, że jego film składa się zarówno z prawdy (w sensie fabuły opartej na faktach), jak i ze zmyśleń, ale przecież nie ma w tym nic dziwnego, bo taka jest natura samego kina, które za pomocą fikcji usiłuje wpłynąć na nasze rzeczywiste przeżywanie świata. Najważniejsze jest to, że film Pieprzycy jest niezwykle skuteczny jeśli chodzi o wywieranie emocjonalnego wpływu na widza, a to właśnie emocje – bardziej niż sam intelekt – decydują w nas o tym, że coś staje się dla nas prawdziwe i autentyczne, a tym samym zdolne do tego, by wpłynąć na nasze życie.

„Bejbi blues” i „NIEULOTNE” – dwa filmy o młodości, zrobione przez ludzi młodych, dość śmiało i bez bez większych kompleksów – co niestety okazało się dla tych filmów miejscami niezbyt fortunne, bo w efekcie otrzymaliśmy trochę takie artefakty, które nie za bardzo jednak trzymają się… sorry za ten kolokwializm: kupy.
Zawiodłem się zwłaszcza na najnowszym filmie Jacka Borcucha, którego poprzedni obraz „Wszystko co kocham” rozbudził we mnie spore nadzieje. Tym razem jednak Borcuch – zajmując się  młodymi ludźmi i podchodząc do tego z artystyczną ambicją – cokolwiek „przedobrzył”: to, co pewnie miało być w jego zamyśle metaforą inicjacji w dorosłość, przejściem ze słonecznej i zmysłowej sielanki (podkreślonej jasno-pastelowym hiszpańskim plenerem) w twardy dramat życia (rozgrywający się już w szaro-burości krakowskich scenerii), stało się – zwłaszcza w drugiej, „polskiej”, części – dość niezbornym i trudnym do pojęcia zlepkiem scen, w których dwójka młodych bohaterów próbuje (podobnie jak my) zrozumieć swoje zachowania, zazwyczaj pozostawiając siebie (i nas) w niemej konsternacji i sporym zadziwieniu. Podejrzewam nawet, że wszystkie te niedopowiedzenia i niejasności nie musiały nawet wyniknąć ze scenariuszowych zaniedbań i błędów. Może były zamierzone? (Dwuznacznie zabrzmiało w tym kontekście wyznanie Borcucha, który z wyraźną satysfakcją stwierdził, że jeśli chodzi o jego film, to „nikt nic nie wie”. A satysfakcja brała się najprawdopodobniej stąd, że według niego, niejednoznaczności w „Nieulotnych” wzmagały tylko różnorodność interpretacyjną tego obrazu, a tym samym sam film pogłębiały. No, doprawdy nie wiem.)

Dzieci mają dzieci ("Bejbi blues")

Dzieci mają dzieci („Bejbi blues”)

Z tego, co do mnie docierało, zanim jeszcze sam obejrzałem najnowszy film Katarzyny Rosłaniec, wynikało, że mogę się spodziewać czegoś najgorszego, bo film przez niektórych został wręcz wyszydzony. Moim zdaniem – niezasłużenie. Wprawdzie można było – przy odrobinie uprzedzenia i nieprzychylności – wytknąć mu to i owo, lecz moim zdaniem „BEJBI BLUES” broni się na ekranie swoją kolorową energią, żywymi postaciami i ogólnym estetyczno-dramatycznym zamysłem, choć końcówka filmu psuje nieco to, co było w nim dobrego wcześniej (stąd można odnieść wrażenie, że scenariusz kończony był jakby trochę na kolanie).
Mimo to nietrafione są według mnie zarzuty o niewiarygodność psychologiczno-społeczną tego, co się w „Bejbi blues” dzieje. Bo kto to powiedział, że film – nawet jeśli rozgrywa się w jakimś specyficznym środowisku społecznym – musi przypominać trzymające się ścisłych realiów studium społeczne, na podstawie którego moglibyśmy przeprowadzać jakieś pogłębione jego analizy – poznawać to społeczeństwo i wyciągać wnioski ona temat jego status quo? „Bejbi blues” do pewnego stopnia takim filmem jest (otwiera bowiem pole do dyskusji nad kondycją współczesną „wielkomiejskich” Polaków), ale jest też przede wszystkim artystyczną fikcją, czymś autonomicznym, rządzącym się własną logiką, wypełnionym emocjami i postaciami, dzięki którym chce przykuć naszą uwagę. I muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o mnie, to Katarzynie Rosłaniec to się w dużej mierze udało… choć nie do końca.

Mam jednak problem z najnowszym dokumentem specjalizującego się w tematyce „więziennej” Janusza Mrozowskiego „BAD BOY – CELA DLA NIEBEZPIECZNYCH”. W centrum standardowego podejścia „humanitarnego” leży zwykle imperatyw dostrzeżenia w skazanym przestępcy człowieka (o co przy każdej okazji prezentacji swoich, zajmujących się zwykle więźniami filmów, apeluje sam reżyser) – i trudno jest w zasadzie z takim podejściem dyskutować, bo można być wówczas posądzonym o brak empatii, bezwzględność, nieczułość – o uleganie atawizmowi zemsty i społecznego odwetu na kimś kto łamie reguły zachowania się w grupie. A przecież oczywiste jest to, że każdy – nawet najbardziej odrażający bandyta czy bestialski morderca – pozostaje do końca człowiekiem, wystawiając przy okazji świadectwo temu, do czego może się posunąć przedstawiciel „korony stworzenia”, gatunku Homo sapiens. Bohater dokumentu Mrozowskiego Damian, nie jest żadnym demonicznym potworem – ot drobny, przeciętny, szeregowy bandziaszek, skazany za rozboje i napady z bronią w ręku, z bliżej niewiadomych (nam) powodów osadzony w celi (izolatce) o specjalnym nadzorze (jako więzień „szczególnie niebezpieczny” dla otoczenia).

Między współczuciem a potępieniem ("Bad Boy - cela dla niebezpiecznych")

Więzień to też CZŁOWIEK  („Bad Boy – cela dla niebezpiecznych”)

Mimo całej sympatii dla intencji reżysera, nie mogłem się pozbyć wrażenia, że jednak – jako widzowie – jesteśmy tym empatycznym i uważnym wejrzeniem w ludzką twarz przestępcy niejako „szantażowani” (nie tylko emocjonalnie, ale i moralnie), umieszczani w jakimś psychologicznym klinczu uniemożliwiającego nam jednak pełne spojrzenie i ocenę tej postaci, zwłaszcza w kontekście popełnionych przez niego kryminalnych czynów, które z pewnością były niegodziwością i krzywdzeniem innych ludzi. Mam wrażenie, że od tego się w tym filmie celowo ucieka (podobnie było z dokumentem „Bad Girls. Cela 77”, gdzie również nic nam się nie mówiło o tym, czego dopuściły się więźniarki i co było powodem tego, że trafiły za kraty), przez co staje się on zbyt jednowymiarowy, może nawet zbyt natarczywy w lansowaniu takiego, a nie innego przesłania, kosztem jednak poczucia zwykłej sprawiedliwości i odpowiedzialności za swoje czyny.
Nie wiem, być może się zapętlam w tej interpretacji, bo niby na podstawie tego, co słyszymy i widzimy na ekranie, mamy także wgląd w ową złą stronę osobowości, nomen omen „bad boy’a”, lecz nie mogę się też pozbyć wrażenia, że Damianek przed kamerą „gra” i że jednak nami manipuluje, nawet wtedy, kiedy uderza w bardziej samokrytyczny ton i mówi, że właściwie to on na swoją karę zasłużył i że w ogóle ni zaprzątał sobie głowy tym, że wyrządza innym ludziom krzywdę.
Czy współczucie temu człowiekowi nie wiąże się z koniecznością zapomnienia o jego nikczemnych czynach? Bo psychologia empatii wyklucza przecież odczuwanie w tym samym momencie zarówno współczucia, jak i odrazy wobec kogoś, kto popełnił ewidentne zło. Czy mamy więc zapomnieć o złu – nie tylko po to by wybaczyć, ale i współczuć? To są trudne pytania, których jednak reżyser w swoich filmach nie zadaje – być może nawet unika – i to jest chyba największy mój zarzut wobec podejścia twórcy dokumenów do tej bardzo specyficznej tematyki, której poświęcił on wszystkie swoje ostatnie filmy.
Żeby jednak nie było nieporozumień: podzielam jak najbardziej dobrą wolę Janusza Mrozowskiego, który chce zwrócić uwagę na człowieczeństwo swoich bohaterów (bo jednak są i tacy, którzy im tego człowieczeństwa odmawiają), jak również nie zgadza się z tym, by tych ludzi stygmatyzować i z góry skazywać na ostracyzm społeczeństwa, (zbyt często postrzegającego więźniów jako śmieci i odpady, z których żadnego już pożytku nie będzie). Ponadto jestem mu wdzięczny za to, że zajął się ludźmi „z marginesu”, zwracając naszą uwagę na ich problemy (widzimy np. jakim absurdem jest nazywać „resocjalizacją” coś, co w rzeczywistości jest tylko jeszcze większym izolowaniem człowieka od społeczeństwa), bo i mnie samemu ten temat jest bliski (mogę tu na świadka przywołać swój tekst „Więźniowie”), ale chyba jednak nasze drogi w niektórych momentach nieco się rozchodzą – zwłaszcza w interpretacji odpowiedzialności człowieka wobec własnych czynów oraz niemożności pogodzenia imperatywu ludzkiej wolności z sytuacją, kiedy ta wolność musi być ograniczona.
Cóż, może cały ten wątek krytyczny wynika stąd, że tym razem nie spodobał mi się po prostu sam bohater filmu? W przeciwieństwie do o wiele barwniejszych moim zdaniem „dziewczyn”, które widziałem w przedostatnim dokumencie Mrozowskiego „Bad Girls. Cela 77”? (pisałem o nim swego czasu TUTAJ) Skoro tak, to biję się w piersi: ten lekki zamęt rodzi się tylko w mojej głowie i nie do końca może się wydać właściwie umotywowany i usprawiedliwiony. A jeśli kogoś porwie i zafascynuje „bad boy” Damianek, to jego wygrana – nie chcę nikomu psuć tego odbioru, więc wypada mi tylko usunąć się w cień i przeprosić Janusza za to moje zrzędzenie.

Dramat geja-księdza ("W imię...")

Dramat księdza-geja  („W imię…”)

Na fali tematów skandalizujących, Małgorzata Szumowska zrealizowała swój kolejny film „W IMIĘ…” – rzecz o rozterkach (a właściwie dramacie) księdza homoseksualisty. Zważywszy na stosunek polskiego społeczeństwa do kwestii homoseksualizmu, jak i jego drażliwości w sprawach dotyczących polskiego Kościoła, połączenie tych dwóch wątków w jednym filmie zakrawało po prostu na prowokację. A jednak reżyserce udało się uniknąć zarówno taniej i agresywnej denuncjacji polskiego katolicyzmu, jako prymitywnej kruchty i ksenofobicznego zaścianka, jak i zwulgaryzowanej wersji genderyzmu i nachalnej pro-gejowskiej propagandy, według której zachowania homoseksualistów nie można poddawać żadnej – odnoszącej się do erotyki i ludzkiego zachowania seksualnego – ocenie etycznej. Obraz Szumowskiej jest pod tym względem dość wyważony, co oczywiście nie powstrzymało politycznie zorientowanych środowisk w naszym kraju, by oskarżyć film zarówno o antyklerykalizm i zajadłą wrogość wobec Kościoła, jak i lansowanie „zboczenia”, którym według pewnej części naszego społeczeństwa jest homoseksualizm. Mnie w zasadzie ten spór w kontekście filmu Szumowskiej nie interesuje – nie tylko zresztą dlatego, że nie identyfikuję się tu z żadną stron tych ujadań, ale i dlatego, że w samym filmie nie widzę dostatecznych po temu przesłanek, by kruszyć kopię o rzekome szarganie dobrego imienia polskiego księdza, czy też o krzewienie homoerotycznej pornografii w mainstreamowym kinie.
Podobnie jak w przypadku filmu Wajdy, mnie interesowało przede wszystkim to, jaka jest wartość obrazu Szumowskiej, biorąc pod uwagę kryteria czystej sztuki kina. I muszę napisać, że nie było tak źle, a obawiałem się nieco, że po słabym „Sponsoringu” otrzymamy kolejny, wypichcony z pretensjami kawałek problematycznej obyczajówki.
Nie będę w tym oryginalny, jeśli stwierdzę, że chyba jednak największa w tym zasługa znakomitej kreacji Andrzeja Chyry, który tej swojej arcy-trudnej roli sprostał jednak z nawiązką. Sam aktor powiedział na spotkaniu z publicznością, jakie odbyło się po projekcji filmu, że rola ta była dla niego sporym wyzwaniem – i trudno mu nie wierzyć, bo postać Adama bardzo łatwo mogła zamienić się w karykaturę człowieka zachowującego się zupełnie „nie na miejscu” – nie dość, że nie przypominającego księdza, to i niepodobnego do geja. Największym sukcesem Chyry jest więc to, że mimo niezbyt prawdopodobnych sytuacji, w jakie wpychał go scenariusz, sama wykreowana przecz niego postać, jak i jej zachowanie, były po prostu wiarygodne.
Można kwestionować fortunność niektórych pomysłów Szumowskiej (ot, choćby to szelmowskie spojrzenie Kościukiewicza w ostatniej scenie, jako żywo przypominające zakończenie „Omenu” Richarda Donnera), ale ogólnie film się obronił, przykuwając uwagę widza i nie rażąc sztucznością.
(I jeszcze uwaga na marginesie: na szczęście, tuż przed realizacją „W imię…” poszedł ktoś po rozumu do głowy i zrezygnowano z pomysłu takiego, by z postaci Adama zrobić… pedofila. I choć rzeczywiście stworzenie takiego filmu byłoby niesłychanie ryzykownym i trudnym – a przez to bardzo wyzywającym – zadaniem, to zapewne pogrążyłoby obraz już na starcie, bo jednak przełknięcie homoseksualizmu bohatera jest (mimo wszystko) czymś dużo łatwiejszym, niż byłaby konfrontacja z jego pedofilią.)

* * *

I tak oto coś, co miało być tylko powierzchownym sprawozdaniem z festiwalowych wrażeń, rozrosło się w tekst dość sporych rozmiarów, ale to chyba dobrze świadczy o obejrzanych przeze mnie obrazach, skoro nie dały się one zbyć opisem w paru zdaniach, prowokując do szerszych uwag i refleksji. A przecież nie napisałem o wszystkich tytułach, które znalazły się w programie Festiwalu. Nie byłem nawet w stanie zobaczyć większości filmów. Żałuję zwłaszcza tego, że nie mogłem obejrzeć prezentowanych w ramach Festiwalu dokumentów (z wyjątkiem „Bad Boy’a” Janusza Mrozowskiego), jak również czeskiego tryptyku Agnieszki Holland „Gorejący krzew” – doprawdy pięciogodzinny maraton utkwienia w fotelu był w moim przypadku (niedawna operacja) wykluczony. Cieszę się, że jakoś wysiedziałem na innych projekcjach i że rekonwalescencja nie wyłączyła u mnie zupełnie funkcji w miarę sprawnego (I hope) myślenia i spisania tego w formie wzmianek o filmach, z którymi miałem okazję się zapoznać. A warto było.

.

Wyczarowywanie dawno zaginionego świata (jeden z pięknych. elegijnych kadrów "Papuszy")

Wyczarowywanie dawno zaginionego świata (jeden z pięknych, nostalgicznych kadrów „Papuszy”)

.

Uwaga: klikając w podświetlone tytuły, można obejrzeć zwiastuny omawianych filmów.

Wstęp do powyższego wpisu przeczytać można TUTAJ.

ANATOMIA WŁADZY… i filmu (Więcej niż kino: „Nixon”)

NIXON: anatomia duszy polityka i pożądania władzy. Anthony Hopkins w filmie Olivera Stone’a.

NA ROZSTAJU DRÓG

*
Mam do wyboru kilka dróg, którymi można pójść opisując film Olivera Stone’a:

1. FAKTY I POZÓR. Przystawanie filmowego obrazu do historycznej rzeczywistości. Przenikanie się fikcji i prawdy. Obiektywizm – subiektywizm autorów. Typowe dla kina emocjonalne zmącenie; wpływ uprzedzeń, konfrontacja z historycznym mitem. Iluzoryczność wynikająca ze specyfiki filmowego przekazu. Prawda emocjonalna i psychologiczna jako alternatywa, komentarz lub objawienie „prawdy” historycznej. Trudności z uchwyceniem tej „prawdy”. Wymóg syntezy i skrótowości – rola w tym metafory, wpływ przejaskrawienia…

Ale przecież nie chcę być nudziarzem.

2. FILMOWY WARSZTAT. Dynamika narracji, symbolika obrazów, inwencja operatora, prowadzenie reżysera, perfekcja montażu. Anthony Hopkins organicznie wchodzący w skórę Richarda Nixona (brrrr!!!).  Hipnotyzm oświetlenia, gęstość dialogów, sugestywność wizji i techniczna doskonałość.

Ale kogo to interesuje?

3. POLITYCZNY AMORALIZM. Perfidia polityki wypaczającej najbardziej prawe i unikalne charaktery. Dobre intencje „Ojców Narodu” brukujące piekło społecznej niezgody i zapełniające cmentarze w Arlington. Machiwelizm i organiczna wredność politykierów. Skuteczność polityki równoznaczna z manipulacją i żonglerką wartościami. Cnoty republikanów i czerwień demokratów; prawość prawicy i mańkutyzm lewicy. Reakcyjność, rewizjonizm, kulisy politycznej hucpy; fasadowość i kamuflaż. Zimna kalkulacja i bezwzględność. Naród jako abstrakcja, dobro jako abstrakcja, interes własny jako konkret. Człowiek łamany kołem historii – prawo i konstytucja łamana przez człowieka…

Ale po co się mam narażać?

4. DRAMAT SZEKSPIROWSKI. Anatomia władzy. Tragedia człowieka nie mogącego ujść przeznaczeniu – fatalizm. Niemożność dokonania moralnego wyboru. Jednostka a absolutyzm, jednostka a imperium – ludzka słabość a potęga mocarstwowej machiny. Samotność i alienacja bohatera – sam przeciw światu, nękany upiorami przeszłości…

Ale czy Nixon to rzeczywiście Hamlet?

5. WIETNAM I AFERA WATERGATE. Wojna w Wietnamie jako największa pomyłka polityczna Amerykanów i jedyna przegrana przez nich wojna, nie licząc wojny w Iraku i Afganistanie, które jeszcze trwają ale i tak pewnie będą przegrane. (Coś podobnego! Ja to ostatnie zdanie pisałem 16 lat temu, a ono ciągle jest aktualne! – przypis LA) Ambiwalentna rola Nixona, który wojnę zastał i ponoć ją zakończył, eskalując w międzyczasie konflikt, m. in. bombardowaniem oraz inwazją Kambodży. 60 tys. Amerykanów wraca do ojczyzny w czarnych plastikowych workach. Palenie kart mobilizacyjnych, nienawiść młodego pokolenia do Nixona, „systemu” i establishmentu. Ekonomiczne uwarunkowania bijatyki w Indochinach, przemożny wpływ przemysłu zbrojeniowego. Polityczne manipulacje i okłamywane społeczeństwo. Arogancja i bezduszność wojskowych. Protest, zamieszki i rozłam w narodzie.

Beznadziejne wdepnięcie w g… sorry – w błoto Watergate, żałosne szamotanie się w nim Nixona, polityczne kozły ofiarne. Skandal prawny i moralny. Dyshonor. Nadszarpnięta wiarygodność republikanów, zabrudzony i zszargany prezydencki fotel. Od rzemyczka do koniczka – Hoover, FBI i CIA…

Ale po co psuć humor sobie i innym?

6. TRANSFORMACJA OLIVERA STONE’A. Ewolucja jego postawy ideowo-politycznej: republikanin, ochotnik walczący w Wietnamie, doświadczenie wojny na własnej skórze, gwałtowne nawrócenie antywojenne, wróg Nixona i polityki przedłużającej rzeź w Wietnamie, narkotyki i paranoja; ekspiacja, katharsis i oczyszczenie w „Plutonie” i „Urodzonym 4 Lipca”; teoria spiskowa w „JFK”; kształtowanie nowej mitologii narodowej; amerykańskie korzenie lat 60-tych: „The Doors” jako popkulturowy narkotyczno-psychodeliczny przyczynek do rewizji epoki kontestacyjnej; gwałt i przemoc jako prowokacja w „Urodzonych mordercach”; powtórka z historii najnowszej: najbardziej kontrowersyjny reżyser amerykańskiego kina kręci film o najbardziej kontrowersyjnym prezydencie w historii amerykańskiej państwowości; finał odysei: dojrzałość (?), powściągliwość (?), umiarkowanie (?) twórcy… Ekh!

Ale przecież nie jest to artykuł dla „Cahiers du Cinema” ani nawet dla „Film Comment”.

UWAG PARĘ (mimo wszystko)

Wynika z powyższego, że wątpliwy jest sens pisania o filmie w ogóle. Lecz ta wątpliwość może też być natury bardziej uniwersalnej: kogo interesuje historia? Kogo interesuje polityka? Kogo interesuje kino?

Mimo wszystko postaram się skreślić parę uwag dla tych nieobojętnych.

„Nixon”, kiedy znalazł się na ekranach kin całego kraju, chwalony był zewsząd – i to zarówno w prasie konserwatywnej, jak i liberalnej. Nawet „Newsweek”, który przy okazji „JFK” wyzwał Stone’a od paranoika podważającego zaufanie do państwa i mącącego w głowach młodzieży, tym razem nie szczędził reżyserowi pochwał. Rzeczywiście, znając życiorys Stone’a i jego filmowe przypadki – mając w pamięci wszystkie te jego kontrowersyjne obrazy, czy też nad wyraz nieortodoksyjne zapatrywania i temperament pasjonata, można się było po „Nixonie” spodziewać istnej mieszanki wybuchowej – jakiejś kolejnej historyczno-politycznej psychodelli. Może właśnie dlatego, tym co ujęło wielu recenzentów, była próba i wysiłek jakiego dokonał Stone, by w miarę uczciwie i kompleksowo ukazać całą tę złożoność charakteru prezydenta, niejednoznaczność tej postaci – pod pewnymi względami żałosnej, a mimo to nie pozbawionej pewnych znamion wielkości i tragizmu. Próba zrozumienia, a więc przebaczenia?

Wbrew temu co się sądzi powszechnie, dla sporej grupy Amerykanów nieobce i nieobojętne są te najbardziej istotne i kluczowe elementy amerykańskiej historii. Nazwiska Waszyngtona, Lincolna, Roosevelta, Kennedy’ego czy właśnie Nixona, funkcjonują w tzw. społecznej świadomości jako symbole amerykańskiego wodzostwa, dla wielu są też przedmiotem głębszej  analizy źródeł oraz istoty państwa i republikanizmu. Takie wydarzenia, jak np. film Stone’a prowokują i konfrontują z wcześniejszymi przeświadczeniami i stereotypem. Bywają też pretekstem do samookreślenia się, podobnie jak to zrobił znany krytyk z Chicago Gene Siskel: „Myślę, że często jesteśmy narodem owiec, wystraszonym przez tych, których uważamy za zwycięzców. Richard Nixon bał się swoich rodziców, a my baliśmy się jego”.

Bez wątpienia „Nixona” Olivera Stone’a warto obejrzeć, choć jeszcze raz przestrzegam, że nie jest to film dla tych, których nie interesuje polityka, ani historia, ani nawet kino.

Richard Nixon - jedyny prezydent amerykański odsunięty od władzy

*

KOMUNIZM PO HOLLYWOODZKU (Więcej niż kino: „Czerwoni”)

Komunizm jako barwna kanwa dla burzliwego romansu?
Coś takiego mogło się zdarzyć tylko apologetom ustroju w służalczych kulturach państw „demo-ludowych” lub w… kapitalistycznym do szpiku kości Hollywood!

Diane Keaton i Warren Beatty w "Czerwonych"

„Czerwoni” („Reds”), film oparty na biografii Johna Reeda, autora głośnej, zajmującej się rewolucją październikową książki „Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem”, to jedno długie pasmo paradoksów. Film o komunistach pojawia się na amerykańskich ekranach w czasach, kiedy stery rządu przejmuje człowiek od 30 lat deklarujący się jako zagorzały przeciwnik wszystkiego, co bardziej na lewo. A w dodatku ktoś, kto jest (był) aktorem. Reaganizm to również przypływ w społeczeństwie amerykańskim kapitalistycznego wigoru i optymizmu, nadziei na kolejną hossę.
Pomysł pokazania Amerykanom w takim momencie filmu zajmującego się ruchem lewicowym w Stanach Zjednoczonych oraz przewrotem bolszewickim – a ponadto skłonnego do uwznioślania i heroizacji tematu – tylko z pozoru jednak wyglądał na ryzykowny i odważny. Jego projekt filmu zrodził się bowiem w głowie Warrena Beatty kilkanaście lat wcześniej, u progu lat 70-tych, kiedy to radykalizm młodego pokolenia nie wytracił jeszcze swego impetu i nie rozmył się w bezideowości nadchodzącej dekady. Kiedy więc Beatty zdobył sobie w Hollywood pozycję, dzięki której jego plany stały się  realne, było to już w czasie, kiedy premiera takiego właśnie filmu jak „Czerwoni” wydawać się mogła czymś niestosownym. Zresztą, zazwyczaj demonstracja „czerwieni” przed Ameryką dość alergicznie przecież wyczuloną na komunizm, wygląda jak wymachiwanie czerwoną płachtą przed bykiem.

REWOLUCJONISTA BEZ GŁOWY

Zetknąłem się z opinią, że tak naprawdę, to bohater grany przez Beatty’ego zachłystuje się rewolucjonizmem tylko po to, by śmiertelnie się na nim sparzyć. Lecz ja, niestety, nie odnalazłem w tym hollywoodzkim produkcie prawdziwego oblicza „10 dni, które wstrząsnęły światem”, ani tym bardziej rozczarowania Reeda tym wydarzeniem, o poczuciu skruchy nie wspominając. Cały przewrót październikowy ukazany jest jako „doniosłe wydarzenie historyczne” – z całą, idąca za tym, polityczną „pompą”. Pełni ono jednak w zasadzie tylko funkcję tła, wyznacza pewne momentum grandioso dla uwznioślenia romansu Reeda i Louise Bryant (Diane Keaton). Tryumf i burzliwość Rewolucji to tryumf i gwałtowność ich związku. Wybuch entuzjazmu rewolucjonistów ma służyć głownie podkreśleniu miłosnego uniesienia pary kochanków.
Dopiero na 20 minut przed końcem filmu (trwającego bite 3 i pół godziny) podejmuje się niejaką próbę kontestacji ciemniejszej strony sowieckiej rewolucji, którą wcześniej w zasadzie przez cały czas się ignoruje, zbywając niewygodne fakty milczeniem.

Ponoć zauroczenie Reeda ruchem komunistycznym skończyło się totalnym i bolesnym rozczarowaniem. Niewątpliwie, skoro był on człowiekiem równie uczciwym, jak i inteligentnym, musiał w końcu przejrzeć na oczy, spojrzeć ruskiemu niedźwiedziowi prosto w gębę, dostrzegając wreszcie jak mu paskudnie ze ślepi patrzy. Tego jednak w filmie nie zobaczymy. Reed w wydaniu Beatty’ego jest co najwyżej jakby nieco otumaniony. Jeśli rozczarowany – to niemożnością kontaktu z Louise, ze swoim krajem, (czyli Ameryką) oraz gwałtem jaki wydaje się mu zadawać Zinowiew (w roli tej widzimy samego Jerzego Kosińskiego) mówiący o zatraceniu się w rewolucji, poświęceniu się jej w całości i bezwarunkowo – odzierając go w ten sposób z resztek instynktownego amerykańskiego indywidualizmu. Dochodzi do tego, że Reed drze swoją rezygnację z członkostwa w Komitecie (którą miał złożyć w proteście przeciw ignorowaniu przez towarzyszy sowieckich jego macierzystej organizacji w Stanach)  i w nagrodę delegowany jest na Wschód, by zająć się agitką… tym razem świata arabskiego, bo również i tam zdążono się już zarazić komunistycznym tyfusem. To jednak okazuje się ponad jego siły. Dla „towarzysza” z jedną nerką, nadciśnieniem, szkorbutem i gruźlicą (skutek zarówno pobytu w fińskim mamrze jak i wśród rdzennych komunistów) podobny wypad musiał zakończyć się tragicznie.

JAK ZOSTAĆ BOHATEREM?

Ponoć Warren Beatty przez ponad dekadę pieścił w sobie ideę wcielenia się w bohatera romantycznego, jakim w jego mniemaniu był Reed i przeniesienia jego dramatycznego żywota na ekran. I to w „Czerwonych” widać – niestety kosztem historycznej ostrości i humanistycznej uczciwości – co pociąga za sobą zanurzenie się po uszy w melodramacie. A należy pamiętać, że Beatty przyjął na siebie zadanie producenta, reżysera, scenarzysty i odtwórcy głównej roli (czegóż to się nie robi by zneutralizować własną reputację bawidamka – największego kobieciarza Hollywoodu?). Przy czym, należy tu jednak dodać, że ukazuje on również tę mniej heroiczną stronę Reeda – jego słabości, konsternację i frustrację… przy czym bliższe to jest jakiejś chłopięcej kokieterii, niźli chęci dopełnienia ludzkiego wymiaru tej postaci.

Film skupia się przede wszystkim na ukazaniu związku Johna Reeda i Louisy Bryant, kobiety wyzwolonej, ekscentryczki, pisarki radykalnej, która zerwała ze swym burżuazyjnym środowiskiem uciekając z położonego w stanie Oregon Portland od męża – dentysty, wprost do bohemy nowojorskiej Greenwich Village, pogrążonej w intelektualnym fermencie początku stulecia. Tam, związana z Reedem, nie budząc zresztą większego zainteresowania wśród otaczających ją artystów, pisze lewicujące artykuły i towarzyszy kochankowi w jego coraz większym zaangażowaniu się i wikłaniu w ruch socjalistyczny. Flirtuje także przy okazji z samym Eugenem O’Neillem (Jack Nicholson powściąga swój cynizm odtwarzając postać słynnego dramaturga).

Romancing the communism: John Reed (Warren Beatty) dywaguje ideologicznie z Leninem (Roger Sloman)

*

Sugeruje się nam w filmie arystokratyzm postawy Reeda (motto obrazu: „Trzeba obrać sobie coś, dla czego warto żyć i za co warto umrzeć”) i jego rozdarcie między miłością do Louise a poświęceniem dla rewolucyjnej Sprawy (vel Idei)… Diane Keaton ma w filmie kilka wyśmienitych momentów, jednak odgrywanej przez nią postaci brakuje spójności (nie wspominając już o prawdopodobieństwie). Wszystko wskazuje na to, że służyć ma ona głównie naświetleniu ekranowej osobowości Reeda. Nie raz np. widzimy to  oniemiałe od podziwu oblicze Keaton będącej świadkiem płomiennych, pełnych pasji, rewolucyjnych wystąpień Reeda; lub tę wydumaną, absolutnie już fikcyjną przeprawę przez śnieżne ostępy Finlandii w celu połączenia się z romantycznym – tu: również umęczonym – kochankiem.
W takich momentach film niebezpiecznie zbliża się do sentymentalnych cliché, nadymając się patosem przypominającym nieco „Doktora Żywago” – jeszcze jedną „zamaszystą” epikę ukazującą „jak to Amerykanie wyobrażają sobie Rewolucje Bolszewików”. Moim zdaniem kompromituje to w pewnym stopniu wiarygodność związku Reeda z Louise, któremu wszak – z drugiej strony – nie brakuje jednak iskry i autentyzmu, bowiem scenariusz i reżyseria Warrena Beatty (za tę ostatnią otrzymał on Oscara) – trzeba to sobie uczciwie powiedzieć – jest  nad wyraz sprawna i profesjonalna.

FLIRT Z HISTORIĄ

Niewątpliwie, mimo swych skaz i usterek, ideologicznego błądzenia a nawet sporego rozbratu z realiami, film ów wart jest uwagi oraz naszego, trzy i pół-godzinnego z nim obcowania. Jest to bowiem mimo wszystko obraz „z klasą”, nie pozbawiony przy tym duszy. W Ameryce określono go jako film będący jednocześnie komedią romantyczną, chwytającym za serce melodramatem, filmem kostiumowym, spektaklem na olbrzymią skalę, lekcją historii, parabolą dla współczesności.

„Film kostiumowy”?, „melodramat”? – ma pewno; „komedia romantyczna”?, „spektakl”? – być może; „lekcja historii”?, „parabola dla współczesności”? – no… z tym ostatnim to już trudno się jednak zgodzić. Czy może lekcją historii być obraz, w którym tak zbrodniczy eksperyment ludzkości – jakim de facto była rewolucja bolszewicka (z wszystkimi jej powikłaniami) – wykorzystuje się do wygrywania własnych romantycznych tęsknot i ciągot, nie obdarzając go przy tym należytym i odpowiedzialnym komentarzem. Czy naiwność (nieświadomość? a może świadoma ignorancja?) Warrena Beatty’ego może go usprawiedliwiać? Już to, że w Hollywood umożliwiono mu nakręcenie takiego filmu – wykładając na to dziesiątki milionów dolarów – mówi samo za siebie. Otóż nikt nie wierzył w jego szkodliwość, nikt się go nie obawiał, umieszczając go w przynależnym mu naturalnie wymiarze ludycznej (rozrywkowej) fantazji.

* * *

Amerykanin w pogoni za komunistycznym złudzeniem

*

AMERYKAŃSKA DROGA KRZYŻOWA (Więcej niż kino: „Urodzony 4 lipca”)

Oliver Stone: „Moja romantyczna wizja wojny nie miała nic wspólnego z tym, czym ona była naprawdę”

*

Oliver Stone – reżyser, który w Ameryce uważany jest za coś więcej, niźli tylko hollywoodzkiego wyrobnika (autor kontrowersyjnego „JFK”), nakręcił swego czasu słynną trylogię wietnamską: „Pluton”, „Urodzony 4 lipca” oraz „Niebo i ziemia”, gdzie wojnę w Indochinach przedstawił z różnych perspektyw. Wykorzystał przy tym – co jest niezwykle istotne – własne doświadczenia, jako że sam walczył w Wietnamie.
A pojechał tam jako ochotnik:
„Pochodzę z dość konserwatywnej rodziny. W 1964 roku byłem zwolennikiem Barry Goldwatera i uważałem za słuszne angażowanie się Ameryki w wojnie wietnamskiej. Byłem gotów umrzeć za mój kraj. Uważałem, że należy wypędzić komunistów z Wietnamu, bo przecież wychowałem się w atmosferze zimnej wojny i nasiąkłem filmami z Johnem Waynem. Ale byłem młody, miałem 21 lat, studiowałem na uniwersytecie i uważałem, że Wietnam to wojna mojego pokolenia i że nie powinno na niej zabraknąć młodych Amerykanów z zamożniejszych, bardziej wykształconych klas społecznych.”

A oto jakiej transformacji uległy poglądy Stone’a po wzięciu udziału w walkach w Wietnamie i powrocie z frontu:
„Wojnę znałem tylko z kinowego ekranu. Byłem romantykiem, fascynował mnie ‚Lord Jim’ Conrada. Wojna jawiła mi się jako najcięższa i najbardziej surowa próba dla każdego człowieka, jako kluczowe ludzkie doświadczenie. (Nietzsche: ‚Rezygnuje się z wielkości życia, jeśli rezygnuje się z wojny’ – przyp. LA) Bardzo szybko zdałem sobie sprawę jak wielka pomyłką był mój wyjazd do Wietnamu – że  moja romantyczna wizja wojny nie miała nic wspólnego z tym, czym ona była naprawdę. Nie wyobrażałem sobie, że wojna może być tak brutalna i upodlająca. (…) Mój powrót do Ameryki był szokiem z powodu powszechnej obojętności. Nikt nie dostrzegał, że przecież tam właśnie umierają młodzi Amerykanie. W parę dni trafiłem do więzienia w San Diego. Znaleziono przy mnie LSD i marihuanę. Groziło mi od pięciu do dwudziestu lat więzienia. Byłem wciekły! Oto jak traktowano tych, którzy ocaleli. Nie wróciłem już do rodzinnego gniazda. Wolałem zanurzyć się w nowojorską dżunglę. Rewolucję hippiesowską uważałem za kompletny idiotyzm. Gardziłem tymi wszystkimi kontestatorami. Myliłem się. Nie rozumiałem znaczenia kontestacji. Byłem samotnikiem, dzikusem. (…) Byłem zbyt gwałtowny, miałem ochotę zabijać. Chciałem obalić rząd przy pomocy armatnich strzałów. Stałem się absolutnym anarchistą. Żyłem w świecie paranoi i narkotyków.”
*  *  *

Stone: „Bardzo szybko zdałem sobie sprawę jak wielka pomyłką był mój wyjazd do Wietnamu”

*

Biorąc pod uwagę wypowiedzi Stone’a, nie dziwi wcale jego decyzja o ekranizacji autobiograficznej książki Rona Kovica, wietnamskiego weterana, który z hurra-patriotycznego ochotnika, wskutek psychicznych urazów, nabawionego w walce kalectwa i rozczarowań po powrocie do Ameryki, zamienił się w pacyfistycznego aktywistę, protestującego przeciw kontynuowaniu tamtej wojny.
Stone z realizacją filmu nosił się już od dawna, ale udało mu się to zrealizować dopiero wtedy, gdy przebrzmiała epoka Reagana z jej kogucią zaczepliwością i wielko-mocarstwową chełpliwością, odbijająca się m. in. na ekranach kinowych w fantazyjnych fajerwerkach typu „Rambo”. Tak więc, dopiero w kilkanaście lat po zakończeniu wojny przyszło uderzyć się w piersi. Jak na ironię jednak, nie były to piersi polityków, ale ofiar. Bowiem takimi ofiarami byli autorzy filmu – Kovic i Stone.

W piekle upokorzenia – gniew i cierpienie weterana

Ron Kovic przeszedł w Wietnamie identyczną transformację jak Oliver Stone. Z początku był to napalony młodzik z głową pełną romantycznych mrzonek, admiracji dla „męskiej a prawej wojowniczości” (typu Johna Wayne’a). Później widzimy go już na wózku inwalidzkim – nieogolonego, zapijaczonego, wszczynającego burdy i bluzgającego przekleństwami, w oparach narkotyków i otoczeniu meksykańskich prostytutek. Wreszcie: jako kipiącego od gniewu bojownika, politycznego aktywistę, który usiłuje potrząsnąć społecznym sumieniem.

Oliver Stone, ongiś, w swej młodości „durnej i chmurnej” romantyk i idealista, mimo własnych rozczarowań, odarcia z iluzji i przejrzenia na oczy realisty, pozostaje jednak romantykiem i idealistą… stylistycznym. Innymi słowy: on ten swój temperament przenosi jakby w inne rejony, które jednak tylko z pozoru stają się rejonami kinowej iluzji, będąc, tak naprawdę, kolejnym zaangażowaniem się „w sprawę”.
Przyjrzyjmy się początkowym kadrom „Urodzonego 4 lipca”. Obchody Święta Niepodległości, którym przygląda się mały Ron, przypominają bombastyczną paradę patriotycznych ideałów i sloganów. Przedstawia się nam też Kovica – młodzieńca bogobojnego, dobrego syna (zarówno dla swojej matki, jak i Ojczyzny), dla którego wojna jest romantyczną „męską” przygodą, gdzie nabawić się można tylko sławy, chwały i medali za bohaterstwo i odwagę. W filmie Stone’a Kovic uchował się pod szklanym kloszem złudzeń, gdzie ani razu nie dotarły wieści o brudzie, piekle i szaleństwie wojny. Dzięki temu jednak, jego zderzenie z Wietnamem jest jeszcze bardziej ostre a lądowanie na wózku inwalidzkim – jeszcze bardziej twarde i bolesne.

Oliver Stone

Dzięki podobnym kontrastom Stone uzyskuje w swoim filmie siłę, nabiera on impetu, który bywa dla widzów nokautujący. Tworząc swój własny, prywatny mit – odziera z mitu innych.
Nie brak w „Urodzonym 4 lipca” wietnamskiej batalistyki, choć lwia część filmu rozgrywa się w Ameryce. To tylko parę minut, ale takich, które mocno w nas uderzają, odciskając piętno horroru na całym obrazie. Stone, chcąc jakby odciąć się od ostentacyjnie wyrazistej batalistycznej estetyki „Plutonu”, zrezygnował z umieszczenia akcji w tropikalnym gąszczu, zamieniając zielone piekło dżungli na żółto-czerwone inferno płonącej wietnamskiej wioski i otaczających ją pól. To właśnie tam rozegrał się dramat Kovica mordującego (przez pomyłkę) cywilów, strzelającego do własnego żołnierza, wreszcie trafionego kulą w kręgosłup. Bez wątpienia te sceny są „większe jak życie”, mają ambicję i moc symbolu wyrastającego ponad rzeczywistość. Dlaczego jednak tego nie wykorzystać?
*  *  *

Film zrodził się gniewu Kovica i wszystkich wietnamskich weteranów, którzy poczuli się oszukani, zdradzeni i opuszczeni przez własną ojczyznę – społeczeństwo i rząd. Jednak w przypadku Kovica najobfitsze źródło miał ów gniew w jego fizycznym kalectwie. Film Stone’a tego nie zmienia. I chwała mu za tę jego psychologiczna uczciwość. Utrata przez Kovica „męskości” (był sparaliżowany od pasa w dół) wydaje się w pewnym momencie przysłaniać jego ból „socjologiczny”, czyli utratę złudzeń co do słuszności ideałów i zasadności tamtej wojny; wyobcowanie z rodziny, odwrócenie się, a nawet wrogość samego społeczeństwa. Gdyż Kovic, po powrocie do domu, nie doświadczył nawet gorzkiej chwały „narodowego bohatera”. Zamiast tego musiał przejść „drogę krzyżową” – jedno długie pasmo cierpień i upokorzeń: od wszawego i zaszczurzonego szpitala na Long Island, przez piekło impotencji w meksykańskim burdelu, po wyrzucenie go na bruk (razem z inwalidzkim wózkiem) podczas zjazdu Republikanów na Florydzie.
*  *  *

Spotkałem osobiście Rona Kovica. Miało to miejsce podczas  Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago. Miałem wrażenie, że oglądam dalszą część optymistycznej pointy Stone’a: weteran miał na sobie elegancki smoking (wózek dodawał mu jakby glorii), budzący przychylne zainteresowanie, celebrowany… Miałem nadzieję, że czuł się wreszcie jak we własnym domu.

*  *  *

Stone: „Wojna jawiła mi się jako najcięższa i najbardziej surowa próba dla każdego człowieka, jako kluczowe ludzkie doświadczenie.” Nietzsche: „Rezygnuje się z wielkości życia, jeśli rezygnuje się z wojny’”.

*