„ROMA”

.

„Roma” to prawdziwy fenomen kina ostatnich miesięcy. 10 nominacji do Oscara wzmacnia famę tego niezwykłego filmu. Czy jest on wart tych wszystkich zachwytów?

.

Powrót do przeszłości – bez nostalgii (Yalitza Aparicio w filmie „Roma”)

.

„ROMA” (reż. Alfonso Cuarón)

Nie chciałbym tu powielać wszystkich superlatyw, jakimi (w wielkiej obfitości) obdarzono film Alfonso Cuaróna, napiszę więc o moim odbiorze „Romy” i o tym, co sam w tym filmie dostrzegłem – co mnie w nim poruszyło, a w pewnych momentach nawet uderzyło.
Przede wszystkim, wielkie wrażenie (nawet jeśli ogląda się ten obraz na ekranie monitora) robi forma tego filmu i jego estetyka. To co wykreował na ekranie Cuarón (który był również operatorem zdjęć), to prawdziwe mistrzostwo świata. Obraz jest czarno-biały, ale ma w sobie takie bogactwo tonów i odcieni, że określenie „monochromatyzm” wydaje się tu nie na miejscu, gdyż sugeruje pewne ograniczenie. Niemal każdy kadr, który najczęściej wypełnia szeroka panorama, jest niczym piękna fotografia, którą można oprawić w ramki, powiesić na ścianie i wpatrywać się w nią godzinami. W głowie mi się nie mieści, jak można było osiągnąć takie inscenizacyjne i scenograficzne bogactwo – przenieść nas do Meksyku początku lat 70. i wypełnić plan takim mnóstwem szczegółów – a jednocześnie wszystko to ożywić w zachwycającej kompozycji tak, że wciąga nas to niczym rzeczywistość, która na naszych oczach zamienia się w prawdziwe dzieło sztuki, mimo że pozostaje autentyczna, naturalna i prawdziwa.

Właśnie – mimo, że forma „Romy” jest olśniewająca i doskonała plastycznie, mimo że każdy element obrazu wydaje się wystudiowany i zaplanowany, to jednak nie odnosi się wrażenia, że film jest przeestetyzowany. Dlaczego? Otóż dlatego, że te niezwykłej urody obrazy nie tłamszą emocjonalnej tkanki opowiadanej historii, gdyż w centrum – i tym co najważniejsze – pozostaje człowiek, który w spektakularnym, głośnym i ruchliwym świecie zachowuje swoją prostotę, głębię i prawdziwość uczuć.
Cuarón mówił, że chciał w swoim filmie „uhonorować” czas i przestrzeń. I to mu się znakomicie udało – stąd ten epicki niemal oddech, stąd ta nieśpieszność, stąd tyle w jego obrazie „powietrza” i przestronności, mieszczącej nie tylko zwykłą ludzką krzątaninę wypełniającą leniwie biegnący czas, ale i nagłe wybuchy dramatycznych zdarzeń, które docierają tutaj z „zewnętrznego” świata, bardziej lub mniej wpływając na życie filmowych bohaterów.

Wydaje się, że ryzykowne były (zważywszy na ewentualne znużenie widza) te pierwsze kwadranse filmu, w których właściwie nic szczególnego się nie dzieje, ale później zrozumiałem, że tak właśnie miało być: powoli oswajaliśmy się z bohaterami i miejscem, przesiąkaliśmy jego atmosferą, wyczuwaliśmy na detale, uwrażliwiali na niuanse… To było czymś w rodzaju przedłużonego preludium do tego, co działo się potem, eskalując dramaturgicznie i coraz mocniej oddziałując na nasze emocje.

Reżyser powraca w „Romie” do swojego dzieciństwa. Ukazuje życie rodziny należącej do wyższej klasy średniej, ale największą uwagę poświęca Cleo – służącej, którą ona zatrudnia (Cuarón zadedykował film swojej niani, której odpowiednikiem jest Cleo). Cicha, skromna, ciepła, łagodna, opiekuńcza dziewczyna z sąsiedniej wioski (akcja dzieje się w Ciudad de México, Roma to jedna z dzielnic miasta), wywodząca się z autochtonicznej grupy Indian Mixtec, traktowana jest jak członek rodziny – dobrze i z empatią – niemniej jednak to, jak się zachowuje, i jakie obowiązki musi wykonywać, nie pozwala zapomnieć o jej podrzędnym statusie, wynikającym zarówno z odmienności rasowej, jak i klasowej niższości.

Można by sądzić, że wspominając dzieciństwo, Cuarón podda się w mniejszym lub większym stopniu sentymentalizmowi, ale jego „Roma” nie ma w sobie krzty nostalgii. Mimo obrazowego piękna ukazuje rzeczywistość zupełnie nieuromantycznioną. Zresztą, czy mogło być inaczej, skoro widzimy na ekranie rozpadającą się rodzinę, zachowujących się nikczemnie mężczyzn, klasowe podziały, materialną przepaść, niechcianą ciążę, krwawe zamieszki, kilogramy psich fekaliów, czy wreszcie… fałszującą niemiłosiernie, maszerującą po ulicy, wyglądającą jak chodzący absurd, orkiestrę dętą?

Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że „Roma” nie ma nic z komedii. Co ciekawe, ona nie ma też nic z tragedii – mimo, że więcej w niej goryczy, niż słodyczy. To jest w ogóle film paradoksalny, bo z jednej strony odrzuca on sentyment, a z drugiej wzrusza. Ukazuje rzeczy odpychające, ale jednocześnie mające w sobie jakąś tajemniczą moc atrakcji. Objawia nam piękno, odbijając rzeczywistość, która taka piękna już nie jest, a wręcz przeciwnie.

Spotkałem się z zarzutem, że w „Romie” wszystkie poważniejsze tematy zostały potraktowane zbyt powierzchownie. Bo niewiele się dowiadujemy o walce klas, o ówczesnej sytuacji politycznej kraju, o stosunku Cuaróna do podrzędnej – w sumie degradującej i w jakiś sposób upokarzającej – pozycji jego ulubionej niani… etc. Czy przypadkiem art-housowa konwencja – wynosząca, zdaniem niektórych, film do rangi arcydzieła – nie była ważniejsza od dyskomfortu jaki musiałby wynikać z głębszej analizy psychologicznej i społecznej wypełniającej go treści?

No cóż, to są spekulacje. Ja uważam, że Alfonso Cuarón zrobił film bardzo uczciwy – bez kalkulacji, bez osądzania, ale też bez uchylania się od dotknięcia prawdy. Ten świat, który widzimy na ekranie, to świat widziany po części z perspektywy Cleo, po części z perspektywy nastoletniego chłopca i jako taki nie mógł być społecznym, politycznym czy historycznym traktatem.

Czy „Roma” jest arcydziełem? Nie wiem, choć skłaniałbym się do odpowiedzi twierdzącej. Nie wahałbym się jednak uznać obrazu Cuaróna za jeden z najlepszych filmów ostatnich lat.

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Faworyta”.

„POST TENEBRAS LUX” i „HOLY MOTORS” – czyli co jest grane?

festival.banner.wl

W repertuarze zakończonego niedawno Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago, znalazły się także dwa filmy, które wzbudziły wcześniej kontrowersje na innych festiwalach: „Post Tenebras Lux” Meksykanina Carlosa Reygadasa (Złota Palma za reżyserię na ostatnim festiwalu w Cannes), oraz „Holy Motors” francuskiego reżysera Leosa Caraxa (ten film z kolei zdobył główną nagrodę – czyli  Złotego Hugo – na festiwalu w Chicago). Bez wątpienia oba te obrazy są niezwykłe, oba można zaliczyć do pewnego rodzaju kina „eksperymentalnego”, oba też wymykają się racjonalnym objaśnieniom ale jednak różnią się między sobą zdecydowanie. Na czym ta różnica polega? Z czego wynikał mój diametralnie odmienny odbiór tych filmów?

*

Tak się złożyło, że tego samego dnia, w którym obejrzałem „Post Tenebras Lux”, zderzyłem się też z „Holy Motors”. Nadarzyła się więc okazja porównania obu filmów, które w oczach „zwykłego” widza wyglądają „dziwnie”, „niezrozumiale” – wprowadzając go zwykle w bardziej lub mniej okazywaną konsternację spowodowaną brakiem linearnej narracji, natłokiem dziwnych (dziwacznych?) obrazów, irracjonalnością zdarzeń, niejasnością intencji, eksperymentalną stylistyką, nieczytelnością symboli i metafor… czyli tym wszystkim, co obficie serwuje nam już od dawna kino tzw. „eksperymentalne”, podlewając swoje produkty postmodernistycznym sosem, w którym anything goes. To artystyczne (czasami niestety również pseudo-artystyczne) rozbestwienie doskonale potrafi podzielić kinową widownię: o tym samym utworze jedni mówią „bzdura”, inni zaś „arcydzieło”, jedni wzruszają tylko ramionami, podczas gdy inni sadzą przemądrzałe dysertacje, piejąc przy tym często z zachwytu.

Co jest grane!? – mógłby ktoś zapytać.
W sumie – nic wielkiego się nie dzieje: jedni udają, drudzy się zastanawiają, jedni wymyślają, drugim się nie chce, jedni się podniecają, jeszcze inni ziewają; jednych to kręci, innym zaś zwisa, jedni przeżywają, drudzy sprawdzają „mesydże” na „ajfonach” … itp. Czasem ma to z wiązek z ludzką wrażliwością, zawsze z psychiką, choć już niekoniecznie z inteligencją. Ważne wydaje się być nastawienie (sugestia, autosugestia). A przecież decydujące w tym wszystkim winno być jednak autentyczne doświadczenie danego działa sztuki czyli to, co NAPRAWDĘ odczuwamy stykając się z nim (np. oglądając film).

Czy każdy obraz musimy rozumieć? Może tylko wystarczy go czuć? („Post Tenebras Lux”)

Chciałbym się tu zastanowić nad tym, co tak naprawdę spowodowało, że za „Post Tenebras Lux” szło mi się jak po grudzie (bez przerwy miałem świadomość reżyserskich kombinacji), natomiast oglądanie „Holy Motors” mnie porwało, rozbawiło, podekscytowało – nie ukrywam, że to, co pokazywano na kinowym ekranie, sprawiło mi niezłą frajdę. Wprawdzie na tym stwierdzeniu mógłbym poprzestać, to jednak spróbuję mój odbiór jakoś zracjonalizować i zwerbalizować. I choć racjonalizacja, tak naprawdę, wcale nie jest tu potrzebna (z czym zapewne zgodziliby się reżyserzy obu filmów), to jednak zastosowanie pewnych rozumowych i ogólnie przyswajalnych argumentów wydaje się przy tym nie tylko pomocne, ale chyba i niezbędne.

Forma i styl. Pierwsza z brzegu różnica: „Post Tenebras Lux” Rayebrasa jest filmem pasywnym, powolnym, niezbornym, achronologicznym, nielogicznym, zmąconym… pozbawionym wyraźnej struktury, zrealizowanym jakby od niechcenia – z wielką artystyczną dezynwolturą i reżyserską nonszalancją, która czasami razić może prestensjonalnością (np. większość scen kręcona jest jakby ktoś zamoczył obiektyw, przez co obrzeża kadru są rozmyte, a pojawiające się przedmioty ulegają zwielokrotnieniu). W przeciwieństwie do niego, „Holy Motors” Caraxa jest ekspansywny, ostry, dynamiczny, jasno określony, wyrazisty i wbrew pozorom (anarchizująca, surrealna treść) formalnie zdyscyplinowany. Wygląda na to, że francuski reżyser doskonale wiedział czego chce i co chce pokazać, podczas gdy meksykański – sądząc zarówno z ekranowej ewidencji, jak i z tego co sam mówił w wywiadach – zdawał się na intuicję, przypadek, umieszczając na ekranie to, co mu właśnie w głowie zaświtało, w wyobraźni zagrało (nie zważając przy tym na fakt, jakie to może mieć dla widza – i jego odbioru – konsekwencje.)
Biorąc to pod uwagę, wydaje mi się, że jednak bardziej widza szanuje Carax niż Reygadas. Podobny zresztą jest ich stosunek do samej sztuki kina: podejście Francuza to niemal hołd złożony filmowej tradycji i legendzie kina, (co bynajmniej nie ograniczyło jego wolności – wręcz przeciwnie: pozwoliło mu przebierać w tych skarbach jak w ulęgałkach); Meksykanin zaś traktuje kino jak swój własny folwark, w którym mu wszystko wolno – bez zważania na nikogo i na nic (co można pomylić z poczuciem totalnej wolności, ale tak naprawdę jest ograniczeniem wyboru do własnego widzimisię, przez co wolność zamienia się w dowolność).

Treść. W „Post Tenebras Lux” jest minimalna, jakby przypadkowa, może nawet i szczątkowa, (choć nie tak znowu nieistotna); w „Holy Motors” – wręcz eksploduje z iście barokowo-surrealnym rozpasaniem, (choć rzeczywiście racjonalne jej ogarnięcie i wyjaśnienie mogłoby sprawić nam niejaki kłopot). Ale oczywiście: treściowy niedomiar „Post Tenebras Lux” wcale nie musi filmu dyskredytować, podobnie jak nadmiar treści w „Holy Motors” filmu nobilitować. Cezurą jest tu chyba opozycja banał – oryginalność: w „Post Tenebras Lux”, mimo onirycznych wstawek i sugestii Reygadasa, wszystko wydaje się być down to earth, łącznie z pojawiającym się w domu bohaterów widmem różowego czorta (nota bene zadziwiająco podobnego do Różowej Pantery) a nawet z człowiekiem urywającym sobie własną głowę; w „Holy Motors” natomiast oryginalność goni oryginalność – inwencja obrazów jest zdumiewająca, a ich skuteczność w działaniu na wyobraźnię widza powalająca, mimo nieustannych odniesień i cytatów czerpanych pełnymi garściami z filmowej i literackiej klasyki.

Anarchia, surrealizm, komizm i melancholia – wszystko w jednym szalonym filmie („Holy Motors”)

Ale żeby do końca być sprawiedliwym, muszę przyznać, że filmowi Reygadasa nie brakuje hipnotycznych ujęć (tak na mnie oddziałały choćby pierwsze sceny z dziewczynką, która pod wieczór i przed burzą biega po łące otoczona psami, bydłem i końmi); natomiast w obrazie Caraxa pobrzmiewa niekiedy absurd zbyt daleko idący i nieprzebierający w środkach szok za wszelką cenę,  ponadto można odnieść wrażenie, że całość wiąże ze sobą zbyt wiele przypadkowych wątków – bo takie akurat znalazły się pod ręką reżysera. Jednakże, jeśli chodzi o „Święte motory” czułem się tak, jakbym jechał na nich bez trzymanki – i szalona to była jazda, i ekscytująca, i chciałbym jeszcze raz – tak dla zwykłego „fanu”. Zaś „Po ciemności jasność” nie za bardzo mnie oświeciła – zbyt często czułem się jednak niewyraźnie, jak to dziecko we mgle, i nie chciałbym już tego doświadczenia powtarzać – no bo po co się drugi raz męczyć?

Dziwna sprawa: tak naprawdę nie mam zbytnio ochoty, by tłumaczyć się z przychylności dla filmu Caraxa (bo zabawa jego „Świętymi motorami” w kinie mi wystarczyła), ale już z niechęcią do obrazu Reygadasa jest inaczej: nurtuje mnie coś w rodzaju poczucia winy i związanych z tym wyrzutów sumienia. Odczuwam więc potrzebę, by ową idiosynkrazję w jakiś sposób wyjaśnić. I myślę, że ma one swoje głębsze źródło w mojej niechęci do sposobu, w jaki do sztuki podchodzi wielu twórców współczesnych, i to nie tylko tych, mieszczących się w post-modernistycznych szufladkach.

Aby sprawę nieco lepiej naświetlić, zacytuję tu fragment wywiadu, jakiego Carlos Reygadas udzielił po premierze swojego filmu w Cannes (gdzie, jak już wspomniałem,  przyznano mu Złotą Palmę dla najlepszego reżysera). Na zarzut, że jego filmy są hermetyczne i niejasne, że trudno zrozumieć ich sens, przez co spotykają się ze skrajnymi ocenami i miewają bardzo złe recenzje, nawet u renomowanych krytyków, Ryegadas odpowiada: „Większość filmów, które lubię, ma złe recenzje. Pozytywne opinie zarezerwowane są dla filmów, które mi się nie podobają. Jeśli wielu żurnalistów je nienawidzi, to dla mnie tylko oznacza, że jest szansa, że taki film stanie się pewnego dnia wartościowy. Z drugiej strony smuci mnie to, bo widzę jak głupi może być ludzki gatunek.” I nieco dalej: „Nie możesz określić o czym jest mój film? To wspaniale!”
A mimo to Reygadas wymaga by przed jego filmem uklęknąć w pokorze i przyjąć go takim, jaki jest. Bo jeśli tak go nie przyjmiesz, to nie możesz go osądzać. (Reygadas wyraził się dosłownie: „to be able to receive, one has to get down on his knees and accept. (…) But if you don’t accept, you can’t judge”.)

Przenikanie się świata realnego z fikcją, widzialnego z wyobrażonym; ekranowa rzeczywistość jako sen – i sen jak rzeczywistość… („Post Tenebras Lux”)

Nie podoba mi się takie podejście do kina i taki stosunek do widza: jeśli nie akceptujesz tego, co robię, to… spadaj! Wtedy nie masz nawet prawa tego oceniać! Czy jest w tym wszystkim poszanowanie dla publiczności, które reżyser skądinąd tak deklaruje? Ja w to nie wierzę. Bo wydaje mi się, że dla niego najważniejsza jest jednak jego własna wizja – nieważne zaś to, jak zostanie przyjęta.
Oczywiście, że nie musimy w kinie wszystkiego rozumieć – czasami poddajemy się tylko poetyckiej aurze obrazu. Ale nawet obraz poetycki nie może się opierać na zupełnej dezynwolturze artystycznej twórcy i powinien posługiwać się pewnego rodzaju kulturowym (stylistycznym, formalnym, językowym) kodem, bo bez niego odbiorca zwykle czuje się zdezorientowany i zagubiony. Mało tego: przestaje cokolwiek odczuwać (oprócz konfuzji), albo odczuwa coś zupełnie przypadkowego, nieadekwatnego… Bowiem warunkiem dotarcia do naszej wrażliwości jest jakiś – rozpoznawalny przez nas bardziej lub mniej świadomie – znak. Bez tych znaków porozumienie – ale także i odczucie czegokolwiek – staje się niemożliwe. Ponadto: nie można dyskutować o tym, co jest nieweryfikowalne – taka rozmowa nie ma sensu (jest wtedy monologiem lub… milczeniem).
Jeden przykład: Reygadas się dziwi, że na scenę, w której jego bohater sam urywa sobie głowę, część publiczności reagowała śmiechem. Ale dlaczego się dziwi, skoro wcześniej nie poddał widzowi żadnego clue – tropu, który by mu choć zasugerował, że chodzi o te wszystkie ścięte głowy, jakie spadają teraz w Meksyku w wojnach narkotykowych gangów? To dlatego widz nie widzi tragedii, tylko groteskę – i z tego się śmieje. (Swoją drogą to zdziwienie Reygadasa niezbyt dobrze świadczy o jego reżyserskiej kompetencji – bo skoro nie potrafi on przewidzieć tak oczywistej ludzkiej reakcji na pewne obrazy, to jak tu mówić o porozumieniu z odbiorcą? Przecież filmu nie powinno się robić tylko dla siebie – jest on przede wszystkim komunikacją z drugim człowiekiem.)

To mnie właśnie w podejściu do kina twórców „eksperymentalnych” (bardzo często wyżywających się w formule tzw. „slow cinema”) wkurza: oto przez dwa kwadransy pokazują nam jazdę na motorze, albo przechadzającą się po łące kozę, albo to, jak sobie rośnie drzewo… i oczekują od widza artystycznych wzruszeń. Ale skąd biedny widz ma wiedzieć o tym, że Wielki Reżyser, kręcąc tę scenę, przepełniony był geniuszem – skoro nie dostarczono mu na ekranie żadnych po temu przesłanek, a nawet sugestii? Przecież normalny, zwykły… właściwie każdy widz potrzebuje jakiegoś znaku, aluzji, sugestii, przesłanki – czegoś, co można zweryfikować odwołując się do sztuki kina i pewnych jej kanonów albo do samego życia i ludzkiego doświadczania świata. A żeby sztuka kina była rzeczywiście sztuką, to nie powinno się w niej robić wszystkiego co się żywnie podoba – tylko dlatego, że ktoś kogoś nazwał artystą wybitnym i pokazuje się jego działa na festiwalach. Oczywiście, że znajdą się w tym wszystkim lekko ogłupiałe snoby, które będą się w te banalne i ciągnące się jak flaki z olejem ujęcia wpatrywały jak sroka w kość, ale moim zdaniem taka reakcja winna być bardziej domeną psychiatrii, niż percepcji sztuki.

Zaskakujące kontrasty – uroda splatająca się z brzydotą, oczywistość z tajemniczością, dosłowność z parabolą… („Holy Motors”)

Jeszcze bardziej szalonym filmem niż „Post Tenebras Lux” są „Holy Motors”, tyle że to szaleństwo mi się spodobało. Opisując ten obraz, na upartego moglibyśmy snuć jakieś paralele z literackimi dziełami (np. z „Ulissesem” Joyce’a – bo główny bohater „Motorów”, wcielający się co chwila w inną postać Monsieur Oscar krąży po Paryżu niczym Odys, a to że jest to Paryż, a nie Dublin, nie ma przecież żadnego znaczenia – bo Paryż to jak świat cały, a wędrówka Oscara to jak samo życie), albo z filmowymi (tu odwołań znaleźć by można bez liku), ale byłoby to chyba zbyt pretensjonalne, może nawet nudne, bo radość patrzenia na to co się wyprawia na ekranie w „Świętych motorach” jest uczuciem czystym, doświadczanym tu i teraz, bez uświadamiania sobie jego źródeł. Co wcale nie musi oznaczać bezmyślnym: film ma w sobie tyle treści, że starczyłoby jej na tony analiz i rozpraw. Jeśli jednak ktoś chciałby koniecznie racjonalnej egzegezy całej tej surrealistycznej maskarady odprawianej w filmie, to proszę bardzo – przydaje się tu trop wskazany przez samego Caraxa: limuzyna wożąca Oscara to coś w rodzaju wirtualnego wehikułu-bańki, do której pakuje się człowiek, by odegrać kolejną rolę w swoim życiu, udając za każdym razem kogoś innego. A jest to w dobie internetu i ekshibicjonistycznych mediów znak czasów, w których ludzie usilnie poszukują tożsamości, albo równie mocno chcą tę swoją tożsamość zatuszować (zatracić?) – co w obu wypadkach wymaga gry, kamuflażu i innych wybiegów. (To tylko jedna – i wcale nikogo nie zobowiązująca – interpretacja.)

Grający Oscara Denis Lavant jest fenomenalny – wchodzi dosłownie w skórę swoich postaci (a jest ich niemal tuzin) niczym w jakimś transie, co w zestawieniu z niezwykle wybujałą inwencją budowania scen i wizualną ekstrawagancją obrazu, robi często piorunujące wrażenie. Całe to filmowe bogactwo byłoby może przeładowanym ekscesem, gdyby nie doskonałe opanowanie przez reżysera sztuki wpływania na emocje widza (a w „Holy Motors” równie skutecznie targają nami paroksyzmy śmiechu, co dojmujący smutek i melancholia).
I choćby tutaj podejście Caraxa jest diametralnie różne od podejścia Reygadasa, który mówi że nie jest żadnym „mistrzem ceremonii” i nie chce nigdzie widza prowadzić. A moim zdaniem reżyser powinien być właśnie takim „mistrzem ceremonii” (tyle że w miarę dyskretnym) popchnąć niejako widza w odpowiednim kierunku, a to jak się z twego zadania wywiązuje świadczy o tym, czy jest prawdziwym artystą kina, czy tylko przypadkowym wypełniaczem kinowego obrazu (często robiącym to dla swojej przyjemności, próżności, terapii… you name it), którego nie za bardzo obchodzi, jak zareaguje na to wszystko widz.
Tu zresztą wyłania się jeszcze jedna ciekawa sprawa: paradoksalnie, mimo że Reygadas deklaruje, że nie chce być „mistrzem ceremonii” to odnosimy wrażenie, że po ekranie rozpycha się głównie jego własne EGO. Natomiast oglądając film Caraxa nie uświadamiamy sobie wcale obecności reżysera – wydaje się że na ekranie każdy (i wszystko) jest na równych prawach i że pierwsze skrzypce oddaje francuski reżyser komuś (czemuś) innemu: aktorom, kamerze, obrazowi, scenie, wątkowi… innymi słowy – samemu filmowi. I tak jest chyba lepiej.

Piękno leży już w samym akcie działania… („Holy Motors”)

*

BIUTIFUL – HIOB Z BARCELOŃSKICH SLUMSÓW

o najnowszym filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „Biutiful”

*

*

Czuję się nieco bezradny biorąc się za opisanie tego filmu. Jakiekolwiek bowiem słowa wydają mi się blade, kiedy przed moimi oczami pojawiają się obrazy z „Biutiful” – tej Via Dolorosa współczesnego Hioba (może Chrystusa, może Judasza, może syna marnotrawnego, może miłosiernego Samarytanina?). Jest nim Uxbal, który, umierając na raka na ulicach miejskiego Inferno Europy, chce ocalić swoje człowieczeństwo – chroniąc własne dzieci, zmagając się z atakami szaleństwa psychicznie chorej żony, tęskniąc do nigdy nie widzianego przez siebie ojca, pomagając czarnoskórym imigrantom, negocjując ze skorumpowaną policją, przeciwstawiając się chińskim mafioso…
Więcej niż ze słów, można chyba wyczytać z naznaczonej cierpieniem, pogrążonej w mroku rozpaczy i zatopionej w morzu zgryzot, męskiej lecz nie pozbawionej ciepła twarzy Javiera Bardema, który wszedł w skórę Uxbala niemal organicznie, nie pozwalając nam na schronienie się w jakiejś komfortowej zonie, gdzie moglibyśmy sobie uświadomić, że… to tylko aktorstwo. Nie mogłem też szukać komfortu w skądinąd oczywistej dla innych widzów prawdzie, że „Biutiful” jest tylko filmem. Gdyż obcowanie z dziełem Iñárritu stało się dla mnie czymś więcej, niż oglądaniem artystycznej fikcji – więcej, niż kinem, (czego doświadczam nie tak znowu często).
*  *  *
Uxbal jest męczennikiem, ale – w odróżnieniu od narcystycznych męczenników mniejszych czy większych religii – męczennikiem mimo(własnej)woli. A takim męczennikiem może być każdy z nas. I podobnymi męczennikami bywają (co zwykle do nas nie dociera) miliony ludzi na całym „bożym” świecie. Jednakże tej martyrologii sobie (przynajmniej na co dzień) nie uświadamiamy, bo wolimy żyć w świecie, gdzie panuje kult sukcesu, szczęścia, konsumpcji, zdrowia i młodego ciała. Ale ją przeczuwamy i właśnie dlatego zderzenie z nią w jakimś dziele sztuki może być dla nas bez mała szokiem. Ale szok bez katharsis – bez czegoś co nas oczyszcza i obmywa – byłby tylko ukąszeniem nicości i Iñárritu nas przed tym chroni. To dlatego świat Uxbala wypełniony jest duchami zmarłych; to dlatego cały film spina metafizyczna klamra, którą jest spotkanie Uxbala ze swoim dawno zmarłym (a dużo od niego młodszym) ojcem.
*  *  *

*

Biutiful znaczy piękny. Lecz gdzie jest to piękno?
Na pewno nie w brudnych, zbutwiałych, pokrytych liszajami i przypominających norę mieszkaniach, gdzie po szybach pełzają gigantyczne mrówki a pod sufitem wiszą jakieś obleśne ciemne owady. Nie na szarej zatłoczonej ulicy z krzykliwymi graffiti, z handlarzami narkotyków, niewolniczą pracą i brutalnymi obławami policji. I raczej też nie w nocnych klubach i burdelach przypominającym jakąś gorszą, bo współczesną wersję piekła z Boscha rodem – w tych przybytkach straceńczego hedonizmu, które opanowała histeria „fanu” za wszelką cenę i robienia sobie dobrze. Na pewno nie w powracającej jak zły sen depresji żony Uxbala, kiedy jej matczyna miłość przeradza się nagle w skierowaną przeciw własnym dzieciom paranoiczną agresję. Tym bardziej nie ma żadnego piękna w śmiertelnej chorobie Uxbala – w wymiotach i w krwawej urynie, jaką wydala on z siebie w szalecie. Ani w chińskich trupach wyrzuconych na brzeg Costa Brava. Ani też… tak, tak… wszystko to szkaradne, ohydne, wstrętne i odrażające. I pełno tego, pełno…
Gdzież więc to piękno?
Czy w widocznych z daleka wieżycach La Sagrada Família – tej bajecznej ekstrawagancji architektonicznej Gaudiego? Może w złotej poświacie nad Barceloną – miastem kojarzącym się z śródziemnomorskim rajem, kolorową mekką turystów, pełną słońca, ciepła i zmysłowych uciech? (Tutaj widzę niewątpliwą przewrotność Iñárritu, który – serwując nam ten niebiańsko-piekielny kontrast – w sposób bezlitosny burzy, czy też raczej przestawia mi w głowie moje własne doświadczenie tego pięknego i uroczego skądinąd miasta.)

Nie, nie ma piękna w tym złudnym i parszywym świecie, który ukazuje nam „Biutiful”. Piękno jest natomiast w ludziach, mimo wszystko w samym Uxbalu i na pewno w jego dzieciach – w miłości jaka ich ze sobą łączy, (jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało).
Piękno jest nawet w tym niegramatycznie napisanym przez córkę Uxbala słowie biutiful. W czułym dotknięciu Uxbala zmumifikowanej twarzy ojca. W jego ludzkich odruchach wobec senegalskiej kobiety i innych eksploatowanych bezlitośnie nieszczęśników zniewolonych imigrancką niedolą. W niepokalanej choć mroźnej bieli snów Uxbala. A nawet w jego wyniszczonej przez chorobę i nieszczęście twarzy, która mimo tego piętna nie została odarta z ludzkiej godności. Piękno enigmatyczne, kruche i ulotne… ale mające w sobie moc wyzwolenia i ekspiacji.
*  *  *
Czas na wyznanie: jestem zakochany w filmach A. G. Iñárritu, dlatego też prawdopodobnie nie stać mnie na obiektywne spojrzenie na jego obrazy. Kiedy więc siedzę w ciemnej kinowej sali i widzę je przede mną na ekranie, mam wrażenie, że łączy mnie z nimi jakaś czuła i intymna więź – dosłownie każdy kadr oddziałuje na moje nerwy. I myślę, że dzieje się tak dlatego, że z podobnym nerwem i wrażliwością kreuje wszystkie te obrazy sam Iñárritu – tyle w nich wizualnego i emocjonalnego napięcia.
Miłość miłością, więc kiedy Iñárritu rzuca mi w twarz tę swoją dantejską w sumie wizję świata, to ja ją przyjmuję z pokorą, a może nawet z jakąś perwersyjną rozkoszą.
Nikt nie musi ponosić takiej ofiary, więc jeśli komuś to co napisałem wyda się odstręczające, to ja się mu nie dziwię i ewentualną kolizję z tym filmem odradzam.
Bo rzeczywiście, „Biutiful” zbliża się w nim zbyt niebezpiecznie do tego, co koszmarne i wstrętne… W piękny i porywający sposób.
*  *  *

*

Na zdjęciach: Javier Bardem jako Uxbal w filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „Biutiful”.

FILMOWISKO („Rok przestępny”, „Krzyczący człowiek”, „Dni pożądania”, „Księżna de Montpensier”, „O miłości i makaronach”, „Miecz desperacji”, „O miłości i innych demonach”, „Nannerl, siostra Mozarta”, „5 X fawela”, „Problemat”)

Ciąg dalszy recenzji z wybranych filmów, które można było obejrzeć na ostatnim 46. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago.

„ROK PRZESTĘPNY” („Año Bisiesto”, reż. Michael Rowe, Meksyk)
** * * * * *

*

Niesłychane, jak ten film przemienił mnie stopniowo od znudzonego pierwszymi dwoma kwadransami projekcji, po bez mała zaszokowanego w jego drugiej połowie. I wygląda na to, że tak właśnie miało być – dokładnie tak jak to zamierzył sobie twórca „Roku przestępnego” Michael Rowe.
Początkowe pół godziny filmu miało być nudne, bo tylko w ten sposób można było nam przekazać nudę i beznadzieję życia Laury, 25-letniej Meksykanki, która przeprowadziwszy się z prowincji do stolicy, wiedzie mizerne i samotne, a więc nader żałosne życie w obskurnym blokowym lokum, zarabiając grosze w jakimś internetowym magazynie „biznesowym”, „wyrywając” na jedno-nocny „niezobowiązujący” seks anonimowych mężczyzn, (z których każdy okazuje się tylko zwykłym, tyle że napalonym na jej łatwe „łóżko”, palantem).
Laura tworzy wokół siebie pozory i iluzję: kiedy wyjada z puszki tanie żarcie, mówi przez telefon, że właśnie ucztuje delektując się stekiem; mieszkańcy bloku, w którym mieszka w ogóle nie zauważają, że Laura istnieje, ale postronnemu gościowi opowiada ona jacy to oni są przyjacielscy i jak na nich można polegać. Kiedy dostaje od swojego przypadkowego gacha czekoladkę, to pieści jej złotko jak najdroższy skarb i dowód miłości, oprawiając ją niemalże w ramki… itp.
Początkowo wydaje się nam to śmieszne, później żałosne, w końcu gorzkie, no i wtedy już nam wcale nie jest do śmiechu. Tym bardziej, że Laura poznaje mężczyznę, który wciąga ją w niebezpieczną i mocno dysturbującą (przynajmniej nas, widzów) sado-masochistyczną grę. Nasze zmieszanie i dyskomfort zamienia się stopniowo w (oczywiście, że na miarę kinowego widza) przerażenie.
Aktorzy osiągnęli tu niezwykle wysoki poziom ekshibicjonizmu, wymagający jednak od nich wielkiego profesjonalizmu i odwagi (bo nie jest to ekshibicjonizm bezmyślny, prowokujący i ordynarny, obliczony na tani efekt w oczach wojerystycznej widowni). Wymagający także podporządkowania się artystycznej koncepcji reżysera. To właśnie powoduje, że byłoby wielkim nieporozumieniem nazwać „Rok przestępny” pornografią.

PS. Na festiwalu w Cannes Michael Rowe otrzymał Złotą Kamerę z najlepszy debiut reżyserski.

„KRZYCZĄCY CZŁOWIEK” („Un homme qui crie”„A Screaming Man”, reż. Mahamat Saleh Haroun, Czad/Francja/Belgia)
** * * * * *

*

Sprawy nie mogą się mieć dobrze, jeśli dla człowieka czymś najważniejszym w życiu staje się… kąpielowy basen. Zwłaszcza wtedy, gdy mieszka się w ogarniętym wojną domową Czadzie.
Adam, 55-letni mężczyzna, były mistrz Afryki Środkowej w pływaniu, dogląda wraz ze swoim synem Abdelem basenu w ekskluzywnym (jak na czadyjskie warunki) hotelu. Niestety, hotel zostaje przejęty przez bogatą Chinkę, co oczywiście nie zapowiada dla jego obecnych pracowników niczego dobrego. Jeśli coś zapowiada, to zwolnienia. Tak się też staje. Na pierwszy ogień idzie pracujący w hotelu od 30 lat kucharz. Także Adamowi, dla którego basen jest „całym życiem”, sądzone jest wylanie, jednakże zostaje on przeniesiony na inne „stanowisko” polegające na otwieraniu i zamykaniu hotelowego szlabanu. Jednoosobową pieczę nad basenem przejmuje jego syn. Mimo tego (a może właśnie wskutek tego) Adam popada w depresję. Wykonując nowe zajęcie czuje się poniżony i upokorzony – cierpi.
Sytuacja staje się bardziej skomplikowana psychologicznie a nawet dwuznaczna, kiedy Abdel zostaje powołany do wojska i wysłany na front do walki z rebeliantami. Adam wraca do basenu, jednak niepokój o syna oraz zaogniający się konflikt nie pozwala mu na odzyskanie równowagi. Wręcz przeciwnie – jego zachowanie staje się cokolwiek desperackie. Zrozumiemy je dopiero wtedy, kiedy wyjawi się nam dość szokująca tajemnica.
„Krzyczący człowiek”, wbrew tytułowi jest właściwie filmem bardzo wyciszonym, oszczędnym słowa, nieśpiesznym w akcji, dość ascetycznym w obrazach… co dla widza zmęczonego mainstreamowym pośpiechem może stanowić wartość samą w sobie, jednak dla kogoś kto po współczesnym kinie spodziewa się konkretu i wyrazistości, może się wydać nużące. Jeśli zaś chodzi o moje odczucie – to plasuje się ono gdzieś pośrodku.
Film Mahamata Saleha Harouna nie jest pozbawiony niuansów, które pogłębiają jego rys psychologiczny. Monotonia afrykańskich obrazów posiada właściwości lekko hipnotyzujące, co współgra zarówno z melancholią głównego bohatera, jak i pewną klaustrofobią, jaką odczuwać mogą ludzie osaczeni przez siły, okoliczności i rzeczywistość, na którą nie mają żadnego wpływu.

PS. Film na festiwalu chicagowskim zdobył nagrodę za najlepszy scenariusz, (którego autorem jest reżyser filmu Mahamat Saleh Haroun); natomiast wcześniej, na festiwalu w Cannes – Nagrodę Specjalną Jury.

„DNI POŻĄDANIA” („A vágyakozás napjai”, reż. József Pacskovszky, Węgry/Francja)
** * * * * *

*

Do filmu Józsefa Pacskovszky’ego pasowały nie tyle czerń i biel ( „Dni pożądania” nakręcone zostały na taśmie B&W), co szarość. To taki trochę węgierski „bergman” ukazujący szarpaninę ludzi ze swoim życiem, tyle że pozbawiony filozoficznego zacięcia i metafizyki szwedzkiego Mistrza. Sam reżyser na spotkaniu po projekcji powiedział, że to „prosta historia” (co było zresztą dla niego powodem do nakręcenia filmu czarno-białego, a nie kolorowego), niemniej jednak to wyjaśnienie wydało się być nieco pokrętne. No bo tak: do domu trzydziestokilkuletniej businesswoman przybywa młoda dziewczyna, by zatrudnić się w charakterze gosposi. Gospodyni, podczas  „interview” dziwi się zrazu jej milczeniu, lecz przestaje, kiedy okazuje się, że dziewczyna jest niemową, a na dodatek sierotą. Mimo to zostaje przyjęta. Gospodyni jest kobietą nowoczesną, a na dodatek bardzo (jeszcze) atrakcyjną, co w sposób znaczny ułatwia jej ściąganie do domu mężczyzn biznesmenów… w każdym tygodniu innego. Jej męża nie ma w domu. Jest na odwyku. Był chirurgiem (ocznym, zresztą), ale wypił przed operacją, (by mu się ręce nie trzęsły) i… naturalnie chirurgiem być przestał. Teraz pracuje w stajni, przy koniach – w ramach terapii, of course. Po jakimś czasie wraca jednak do domu, zastaje w nim dziewczynę, stara się nawiązać jakąś normalniejszą relację z żoną, a to skutkuje m.in. tym, że oboje zaczynają traktować dziewczynę jak własną córkę. Okazuje się, że naprawdę własną córkę już mieli, tylko że zginęła ona w wypadku samochodowym. Służąca  staje się więc dla nich czymś w rodzaju uczuciowego substytutu rodzicielskiej miłości. Mamy wrażenie, że staje się ona także dla nich spoiwem, dzięki któremu będą mogli znów funkcjonować jako małżeństwo. Ale to tylko pozory. Dziewczyna poznaje młodego człowieka, a to dopiero początek komplikacji, które doprowadzają do… ale tego już zdradzał nie będę.
Na przekór temu – może nadto zgryźliwemu streszczeniu – film żadną groteską, ani nawet satyrą, nie jest. Jest za to portretem obyczajowym i charakterologicznym – i to nawet zaskakująco wnikliwym. Również absorbującą nas stopniowo psychodramą, z wyraźnie nakreślonymi postaciami, które coraz bardziej przestają być nam obojętne. Może właśnie dlatego ich nieszczęśliwość i ogólny pesymizm, jakim cały film emanuje, ciąży nam jeszcze długo po zakończeniu jego projekcji.

„KSIĘŻNA de MONTPENSIER” („La Princesse de Montpensier”, reż. Bertrand Tavernier, Francja)
** * * * * *

*

Magia kina polega m.in. i na tym, że zdolne jest ono przenieść nas w inną epokę, w inny świat… Latarnia magiczna zamienia się wtedy w wehikuł czasu, dzięki któremu staje się to możliwe – choćby tylko mocą naszej wyobraźni i choćby tylko na chwilę.
Niestety, „Księżna de Montpensiere” wyreżyserowana przez weterana francuskiego kina Bertranda Taverniera, według mnie tej magii jest pozbawiona. Tym większy był to dla mnie zawód, że znając rozmach produkcyjny filmu, ostrzyłem już sobie apetyt na barwne widowisko historyczne, na malownicze scenerie i „realia” XVI-wiecznej Francji, na wszystkie te intrygi, knowania, żądze i siły, które wprawiały w ruch ubrane w epokowe kostiumy, kolorowe, pełne temperamentu postaci, zaludniające XVI-wieczną Francję.
Niby wszystkie te elementy i rekwizyty na ekranie są, ale całość wlecze się i rozłazi jak jakiś pozbawiony formy i smaku suflet, tu i ówdzie wypieczony i rumiany, ale w środku pusty, a na dodatek miejscami lepki jak zakalec. I nie dość że lepki, to jeszcze nie trzymający się kupy.

„Księżna de Montpensier” przez bite dwie i pół godziny pozostawiała mnie w stanie mocno niewzruszonym… z wyjątkiem tych momentów, kiedy powodowała moją irytację – banalnością wątku, płycizną charakterów, przewidywalnością ich zachowań, jak również komiksowym (a stąd bardzo powierzchownym) potraktowaniem historycznej rzeczywistości ówczesnej Francji, kraju rozdartego przecież wtedy krwawą, religijną wojną domową między protestantami a katolikami.
Tak się teraz zastanawiam, gdzie – oprócz nad wyraz słabej gry aktorskiej – leżeć może główny feller filmu Taverniera, i tym, co pierwsze mi przychodzi do głowy, jest… fatalny montaż, a konkretnie: brak płynnych przejść między zróżnicowanymi emocjonalnie scenami, brak „rozwinięcia” postaci i motywów ich postępowania; brak kontroli nad głównym wątkiem, który na dodatek niemiłosiernie się przeciąga. W sumie cały obraz przypominał mi jeden wielki i niezborny patch-work.
Wiem, że robi się źle, kiedy zaczynam nad filmem odprawiać takie krytyczno-analityczne egzorcyzmy, bowiem oznacza to, że film mnie po prostu nie wciągnął, nie zadziałał na moją wyobraźnię, nie spowodował, że uległem iluzji, którą kino winno przecież omamić widza, by spełnić swoją katarktyczną, a choćby i tylko rozrywkową, rolę.

„O MIŁOŚCI I MAKARONACH” („Mine Vaganti”, reż. Ferzan Ozpetek, Włochy)
** * * * * *

*

Włoskiemu reżyserowi tureckiego pochodzenia Ferzanowi Ozpetekowi winno się dać pewien kredyt, ale bynajmniej nie dlatego, że jest (zadeklarowanym i otwartym) gejem, ale z powodu jego podejścia do swoich bohaterów, które ujmuje nie tylko sympatią i zrozumieniem, ale i zabarwione jest ciepłym, choć nie pozbawionym satyrycznego nerwu, humorem.
„Mine Vaganti” to niemal klasyczna commedia all’italiana, z całym tym zgiełkiem jaki zwykle wznieca włoska rodzina – pełna sekretów i kipiąca w środku, na zewnątrz zaś promieniująca tradycyjnymi „wartościami”, co zazwyczaj równoznaczne jest z desperackim zachowywaniem pozorów.
Ozpetek sam jest gejem, co akurat w tym przypadku ma znaczenie, ponieważ wątki gejowskie są obecne w każdym jego filmie, a „Mine Vaganti” wyjątkiem nie jest. Zresztą… trudno tu mówić o wątkach, bo homoseksualizm stanowi właściwie główny temat niemal wszystkich jego filmów. Z tym, że jest to homoseksualizm przefiltrowany stylistycznie, a w przypadku „Mine Vaganti” – podany w formie komedii i farsy.
Film jest zaludniony całym mnóstwem barwnych, by nie rzec, ekscentrycznych postaci; zdjęcia zgrabnie oddają malowniczość italskiego krajobrazu i uroczych zakątków włoskich miasteczek; na potrzeby filmu została też specjalnie napisana muzyka… więc wszystko składa się na niezwykle atrakcyjną formę – zwłaszcza dla tzw. „szerokiej” publiczności (o ile się nie mylę, to film we Włoszech okazał się wielce popularnym hitem). A jak wiemy, „szeroka” publiczność nie przepada zbytnio za intelektualną głębią, ani za nadmiarem oryginalnych rozwiązań i kompleksowością kwestii, więc… tego wszystkiego po filmie Ozpeteka nie można się spodziewać. Można się natomiast spodziewać całkiem niezłej rozrywki i paru momentów (jak i ludzkich charakterów), które na dłużej zostają w naszej pamięci.
Koniec końców „Mine vaganti” dostarczyć może sporej przyjemności, choć nie takiej jaką sprawiają nam wyszukane dania. To raczej smaczny, dobrze (bo tradycyjnie) przyrządzony makaron, w sam raz na zaspokojenie naszej okazjonalnej ochoty na kino lekkie, łatwe i przyjemne.

Wypada mi jeszcze wspomnieć o kilku filmach Festiwalu, o których już nie miałem czasu poczynić dłuższych, bardziej uważnych notek (stąd pewna nonszalancja poniższych), a które, moim zdaniem, warte były (są) obejrzenia:

“MIECZ DESPERACJI” (“Hisshiken Torisashi”, reż. Hideyuki Hirayama, Japonia)
** * * * * *

„Miecz desperacji”

Trzeba przyznać, że już sam tytuł jest “zabójczy” – a na dodatek dość mylący, bo sugerujący jakiś samurajski festiwal walki, japońskie kino heroiczno-historyczne, jednym słowem “eastern” (co można uznać za odpowiednik amerykańskiego “westernu”). Tymczasem, oprócz ostatniej – rzeczywiście niezwykle krwawej sceny walki w stylu pamiętnego (dla niemal wszystkich dorastających w Polsce chłopców) “Masażysty Ichi” – film ten jest nader nastrojowym i wysmakowanym estetycznie, tudzież wyważonym psychologicznie studium japońskiej mentalności, czyli ludzkich relacji w mocno opresyjnym systemie feudalnych stosunków i kastowej zależności. Obraz pięknie sfotografowany, wręcz hipnotycznie przykuwający uwagę, co wynika także ze specyficznego (niby “obcego”, ale jednak jakże silnie korespondującego z naszym) zachowania ludzi, jakich widzimy na ekranie, a którzy mimo owej “inności” stają się nam bliscy na tyle, że zaczyna nas obchodzić ich (jak się okazuje – tragiczny) los.

“O MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH” (“Del amor y otros demonios”, reż. Hilda Hidalgo, Kostaryka/Kolumbia)
** * * * * *

„O miłości i innych demonach”

Z kolei ten tytuł jest znakomity, ale to zasługa nie byle kogo, bo samego Gabriela Garcíi Márqueza, na podstawie powieści którego film ten nakręcono. I przyznam się, że to właśnie nazwisko Márqueza głównie zwabiło mnie do sali kinowej, gdzie obraz ten wyświetlono. Nie było czego żałować, choć młoda reżyserka  z Kostaryki (coś mi się wydaje, że przy tej okazji obejrzałem pierwszy kostarykański film w moim życiu) nie poradziła sobie do końca z dramaturgią Márquezowego opowiadania (choć, być może, była to bardziej wina montażu?) Poradziła sobie natomiast bardzo dobrze z oddaniem klimatu i magii poszczególnych scen, z wrażliwym podejściem do swoich bohaterów (zwłaszcza do grającej główną rolę zjawiskowej dziewczyny); także z poetycką aurą “realizmu magicznego”, który przecież wykluł się nigdzie indziej, jak w postkolonialnej Ameryce Łacińskiej, czyli właśnie tam, gdzie rozgrywa się akcja filmu. Hm… „akcja” to może zbyt dużo powiedziane, bo tematem opowieści jest “grzeszna”, „zakazana”  i “wyklęta” acz – jakże by inaczej! – namiętna miłość katolickiego księdza do kilkunastoletniej, “opętanej” przed demony dziewczyny, z której ma on owe demony egzorcyzmować. Ha! Któż z nas nie domyśla się, jakie to demony w końcu opanują samego, niewiele starszego od dziewczyny, księdza?
Piękne zdjęcia.

“NANNERL, SIOSTRA MOZARTA” (“Nannerl, la soeur de Mozart”, reż. René Féret, Francja)
** * * * * *

„Nannerl, siostra Mozarta”

To, w czym zawiodła mnie “Księżna de Montpensier”, powetowała mi w dwójnasób “Nannerl, siostra Mozarta” – film Renégo Féreta, również “kostiumowy” i również z dość odległej epoki (choć nieco późniejszej – chodzi bowiem o Francję drugiej połowy XVIII wieku), ale w odróżnieniu od obrazu Taverniera posiadający duszę i bohaterów, którzy już nie miotają się tak bez sensu po całym ekranie jak to było w “Księżnej”. Pomysł na film był ciekawy: przybliżyć nam Nannerl Mozart, siostrę słynnego geniusza, traktując ją w tej opowieści jako postać centralną, na której skupia się cała nasza uwaga, podczas gdy Amadeusza ustawia się gdzieś tam na boczku, mimo że jest on oczkiem w głowie swojego ojca, który obwozi własne dzieci po wszystkich monarszych dworach Europy, faworyzując wyraźnie syna. I właśnie na tym polega problem Nannerl, która wydaje się być nie mniej utalentowana niż jej młodszy brat, tyle że – jako że jest kobietą – nie jest ona traktowana poważnie jako muzyk, i to nie tylko przez swoją epokę, ale i własną rodzinę.
W filmie Féreta zawsze dzieje się coś ciekawego, postaci zachowują się jak prawdziwi ludzie, tyle że schwytani przez imperatywy i ograniczenia narzucone przez epokę, w której żyją, a która nota bene prezentuje się na ekranie nad wyraz  imponująco (wygląda na to, że ekipę zdjęciową wpuszczano do najbardziej “wystrzałowych” wnętrz Francji Ludwika XV, włącznie z samym Luwrem). Koniec końców problemy siostry Mozarta stają się naszymi problemami i… po prostu zaczynamy tej dziewczynie kibicować. No i jest jeszcze przecudowna muzyka, która w paru momentach niemal rzuca nas kolana.

“5 X FAWELA, TERAZ PRZEZ NAS SAMYCH” (“5x Favela, Agora por Nós Mesmos”, reż. Nelson Pereira dos Santos, Ruy Guerra, Walter Lima Jr., Daniel Filho, Walter Salles, Fernando Meirelles, João Moreira Salles  i inn., Brazylia)
** * * * * *

„5 x fawela”

Pięć nowel o życiu mieszkańców brazylijskich faweli, czyli slumsów, którymi obrosły największe miasta tego kraju, a najbardziej – najpiękniej położone miasto na świecie, jakim jest niewątpliwie Rio de Janeiro. Pięć różnych historii z życia (w tychże slumsach) wziętych, opowiedzianych – jak twierdzą ich autorzy – po raz pierwszy przez ludzi, którzy sami w fawelach mieszkają. Tym samym dając wszystkim do zrozumienia, że ich opowieści są inne od tych, które przedstawiały slumsy dotychczas – a przedstawiały je zazwyczaj jako piekło na ziemi, gdzie syf, kiła i mogiła, walki narkotykowych gangów, szwadrony śmierci i groza czająca się za każdą ruderą i barakiem udających dom. Oczywiście, coś z tego horroru w tych nowelkach pobrzmiewa (w końcu to wszystko też jest częścią prawdziwego życia faweli), ale główna uwaga wszystkich reżyserów (a trzeba zaznaczyć, że film robiła ich cała churma) skupia się na normalnym życiu normalnych ludzi, układających sobie jakoś życie w warunkach, które właściwie tylko nam, mieszkańcom wspaniałych metropolii i szklanych domów, wydają się być czymś nienormalnym.

“PROBLEMAT” (“Problema”, reż. Ralf Schmerberg, Niemcy)
** * * * * *

„Problemat”

Niezwykle ciekawy dokument z Niemiec, gdzie niedawno, na Bebelpatz – czyli na berlińskim placu, na którym palili książki naziści – zebrało się ponad 100 tzw. “wpływowych” person z całego świata, by (przy największym na świecie “okrągłym stole”) odpowiedzieć na (wybrane oczywiście z tysięcy) 100 pytań, jakie zadali ludzie z ponad 50 krajów. Dotykały one przeróżnych tematów, ale wszystkie łączyły się w jakiś sposób z globalnym “problematem”, czyli z tym gdzie, a raczej w jakim położeniu (jako ludzkość) jesteśmy,  oraz dokąd zmierzamy. Kalejdoskop ludzkich charakterów, inteligencji, mnogość odmiennych perspektyw widzenia, opinii, barw… a wszystko zarejestrowane bez zbytniego zadęcia, a nawet z ukazaniem ludzkiej (czyli nie upozowanej) twarzy dyskutantów, którzy do swoich wypowiedzi podchodzili zarówno żartobliwie, jak i z należną niektórym kwestiom powagą (wśród nich zauważyć można było m.in. Willema Dafoe, Wima Wendersa a nawet… Biankę Jagger). Całość ilustrowana była dosłownie lawiną niezapomnianych – często wstrząsających – obrazów, zdjęć i dokumentów, które ukazywały najbardziej istotne wydarzenia z najnowszej historii naszych wyczynów na planecie Ziemia.