JAK POWSTAJE ARCYDZIEŁO – o filmie Abbasa Kiarostami’ego „SMAK WIŚNI” i nie tylko

Tak się składa, że ponownie znany polski krytyk filmowy Michał Oleszczyk, którego skądinąd bardzo cenię i darzę sympatią, sprowokował mnie do napisania kolejnego tekstu/noty o kinie. Chodzi o film Abbasa Kiarostami’ego „Smak wiśni”*, zdobywcę Złotej Palmy w Cannes w 1997 roku, przez wielu krytyków uznanego za arcydzieło i jeden z najlepszych filmów w historii kina**. Z tej okazji wysłuchałem ciekawego podcastu Oleszczyka, jak również obejrzałem ponownie film Kiarostamiego, aby go sobie przypomnieć i odświeżyć. Następnie podzieliłem się – starając się przy tym nie rozpisywać zbytnio – swoimi wrażeniami i myślami z autorem podcastu i gośćmi jego strony na Facebooku. Mój komentarz zamieszczam poniżej. Zdecydowałem się także – już w swoim tutaj wpisie – moją wypowiedź nieco rozszerzyć i lepiej uargumentować. Nie należy więc oczekiwać po tym tekście formalnej recenzji filmu, a raczej odniesienia do sposobu, w jaki kreuje się czasem arcydzieło – i bynajmniej nie chodzi tu o kreację dzieła przez samego twórcę.

.

W poszukiwaniu grabarza (Homayoun Ershadi w „Smaku wiśni”)

.

Mój komentarz na stronie Michała Oleszczyka:

       Wysłuchałem z ciekawością niemal całego podcastu (z wyjątkiem wywiadu z Hosseinem Eidizadehem, do którego chciałbym jeszcze wrócić)), gdzie na końcu czekała mnie niespodzianka: informacja, (której nie znałem), że Roger Ebert dał temu filmowi jedną gwiazdkę). I oto nagle poczułem się w dobrym towarzystwie ze swoim sceptycyzmem wobec filmu Kiarostamiego, (który notabene sobie teraz przypomniałem, oglądając go w całości ponownie).
Lecz, nawet bez wsparcia Eberta, i tak byłem zdecydowany wyrazić tutaj swoje wątpliwości.
Niestety, gdybym chciał napisać o wszystkich zastrzeżeniach wobec tego filmu – a zwłaszcza o hagiograficznym przyjęciu go przez krytykę filmową – to wyszedłby mi z tego spory elaborat, więc postaram się tylko o wzmiankę.
Tak więc uważam, że większość recenzji tego filmu jest bardzo „wydmuchana” (łączy się to w jakiś sposób z opinią Eberta, że „Smak wiśni” jest wydmuszką, choć ja akurat w tak radykalny sposób bym się o tym filmie nie wypowiedział).
To jest właściwie problem szerszy, który zresztą odnosi się nie tylko do kina tzw. „artystycznego” „festiwalowego” („powolnego”, „minimalistycznego”, „eksperymentalnego”… etc.) – i jego odbioru, zwłaszcza przez krytyków, czy filmoznawców (bo o znudzonej, zasypiającej i skonsternowanej widowni tzw. „szerokiej” tudzież o odbiorcach kina popularnego, czy tzw. „zwykłym” widzu nawet nie ma tutaj co wspominać), ale i do sztuki współczesnej (czy też pewnych jej przejawów, które są niestety dominujące).
Upraszczając: chodzi o nadinterpretację i swego rodzaju bałwochwalstwo, przejmowanie się „relikwią” – kawałkiem kina, który miał to szczęście, że wygrał jakąś „prestiżową” nagrodę (co często ma podstawy inne, niż artystyczne i filmowe, a np. polityczne, czy koteryjne), wszedł do kanonu kina jakiegoś kraju, zaczął być wynoszony pod niebiosa przez krytykę (co często przypomina mi jakiś quasi religijny odruch gromadny) – no i ten fakt spowodował ugruntowanie jego pozycji, że tak powiem, kulturowej, (czy nawet kultowej). A w rzeczywistości może to być film – tak jak „Smak wiśni” Kiarostamiego – całkiem średni – z zupełnie banalną treścią. (Jednakże, osobiście nie dałbym temu filmowi jednej gwiazdki, lecz, gdybym był zmuszony do jego oceny w ten sposób – choć podobnego wystawiania cenzurek filmom właściwie nigdy nie lubiłem – to dałbym mu ocenę 6.5/10)
Daruję sobie tutaj rozpisywanie się na temat samego filmu, które moją opinię by argumentowało – a gwarantuję, że tych argumentów by mi nie zabrakło, gdyż nie jest to jakieś moje widzimisię – sporo o tym myślałem. Napiszę tylko, że bardziej lubię inne filmy Kiarostamiego, ale zdecydowanie wolę dzieła jego rodaka Ashgara Farhadiego, zwłaszcza „Rozstanie”, które uważam za arcydzieło. Według mnie „Smak wiśni” arcydziełem nie jest.

*   *   *

A samochód jedzie, jedzie i jedzie… – styl to jeszcze czy już maniera?

.

       Oczywiście zdaję sobie sprawę z subiektywności swojej opinii (bo jakaż opinia własna  jest obiektywna?), ale mojego zdania o filmie zmienić nie mogę, tym bardziej że naprawdę poświęciłem mu sporo uwagi i przemyśleń. Nie chciałbym również, aby podejrzewano mnie o jakąś arogancję, przekorę czy lekceważenie czyichś osądów, mimo, że z przeważającą ich częścią się nie zgadzam.
Jak już wspomniałem w powyższym komentarzu, mógłbym napisać o filmie Kiarostami’ego jakąś sążnistą rozprawę z całą baterią argumentów, podpierających moje zdanie, ale nie chcę tym męczyć ewentualnego, zabłąkanego tu Czytelnika, więc dodam tylko kilka uwag, które pierwsze przychodzą mi teraz do głowy.
Po pierwsze, film nie jest według mnie głęboki – zarówno w sensie zawartości filozoficznej czy myślowej, jak również humanistycznej i egzystencjalnej.
Po drugie, nie ma też on większych walorów poetyckich, ani nawet estetycznych – wbrew usilnego wiązania go z poezją perską, czy wskazywania na obecne w nim ponoć piękno kadrowych ujęć.
Co ciekawe, potwierdzenie tych moich spostrzeżeń znalazłem w wypowiedziach samego reżysera (a wysłuchałem ich całkiem sporo). Nie pierwszy raz krytycy filmowi (literaccy) wciskają w dzieło twórcy to, czego tam nie ma: redundancja i nadinterpretacja to lwia część jakiejkolwiek krytyki i interpretacji sztuki, zwłaszcza współczesnej.
Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że kino Kiarostami’ego – tak jak traktuje go reżyser w „Smaku wiśni” – jest swego rodzaju anty-kinem***. Posłuchajmy zresztą jego własnych słów: „Wolę filmy, które usypiają widownię w kinie. Myślę, że te filmy są na tyle łaskawe, by pozwolić komuś na niezłą drzemką”. (Zaznaczam, że nie jest to ironia.) Ponadto, Kiarostami nieraz powtarzał, że nie lubi opowiadać żadnych historii, nie lubi też angażować widza swoich filmów emocjonalnie, a nawet wyznawał, że wcale nie czuje się przede wszystkim reżyserem.
Ja widzę w tym pewną świadomą deprecjację kina, a zwłaszcza jego narracyjnych czy – tu już ewidentnie – emocjonalnych funkcji.

       Kiarostami stał się znany z tego, że przy kręceniu swoich filmów stosował cięgle te same zabiegi, elementy i środki stylistyczne: długie ujęcia przedstawiające najczęściej drogę (zwykle w pustynnym anturażu, ale to nic dziwnego, skoro jest się w Iranie); następnie: drzewa, drzewa, i jeszcze raz drzewa; dalej: drzwi i okna; a przede wszystkim: ludzi jadących samochodem i wygłaszających przy tym długie monologi. (To wszystko naturalnie w „Smaku wiśni” jest, wypełniając ten film niemal w całości.)
Tutaj pojawia się jednak problem: mają te zabiegi wartość artystyczną, czy też może – poprzez swoją monotonię i powtarzalność – stają się rodzajem technicznego „chwytu” i gimmicku. Styl to jeszcze, czy już maniera? I gdzie w tym wszystkim miejsce na wizyjność (jaką spotyka się np. w filmach Bergmana, Tarkowskiego czy Kubricka?)
Roger Ebert wyraził się o „Smaku wiśni” Kiarostamiego, że jest to film „straszliwie nudny” (excruciatingly boring) i że to taki pozbawiony życia „brzęczyk” (lifeless drone). Ja jestem dla niego mniej okrutny, bo nie uważam nawet, że jest to film zły, tyle że przeciętny. Choć mający przy tym potencjał uwiedzenia (mało krytycznego) widza, podatnego na zewnętrzne sugestie i wpływy – tudzież ulegającego hipnotycznej sile filmu, wynikającej głównie z jego monotonii. Przy odrobinie determinacji – i odpowiednim nastawieniu – daje się on oglądać, ale żeby zaraz obwoływać go arcydziełem? No cóż, nie takie cuda w kinie się zdarzają.

6.5/10

*   *   *

PS. Film można obejrzeć na HBO Max oraz na YouTube.

* Z tym polskim tytułem „Smak wiśni” to trochę jest nie tak, bo tytuł angielski brzmi: „Taste of Cherry” czyli powinno być: „Smak czereśni” – tak jak jest w oryginalnie irańskim (po persku: Ta’m-e gīlās oznacza właśnie Smak czereśni).  Na pewno nie chodzi o owoce morwy, jak błędnie tłumaczy się w napisach dialogowych, gdzie zamiast czereśni znalazły się mulberries. Wiśnie po angielsku to sour cherries. Zresztą, jeden z bohaterów filmu opowiada o bardzo słodkim smaku owoców, a przecież wiśnie nie są słodkie, tylko kwaśne (sour), a owoce morwy raczej mdłe.

** „Smak wiśni” został przez magazyn „Time” uznany za najlepszy film 1997 roku. Wielu krytyków uznało film za arcydzieło; w 2012 r. w ankiecie pisma „Sight & Sound” Brytyjskiego Instytutu Filmowego, sześciu krytyków i dwóch reżyserów uznało „Taste of Cherry” za jeden z dziesięciu najlepszych filmów w historii kina. Tytuł ten znalazł się także na liście 100 najlepszych nieanglojęzycznych filmów wszech czasów, opublikowanych przez BBC Culture w 2018 r. Cóż, jeśli chodzi o mnie, to umieściłbym go raczej na liście 100 najbardziej przecenionych filmów w dziejach kina.

*** Argument o tym, że film ten posiada znamiona czegoś w rodzaju anty-kina wspiera moim zdaniem samo zakończenie „Smaku wiśni”, (które i mnie, podobnie jak niektórym widzom, wydało się bez mała irytujące). Otóż po ostatnich kadrach filmu „właściwego” (dzięki którym zakończenie filmu pozostawało „otwarte” i zależne już od interpretacji widza) widzimy video (ostentacyjnie marnej jakości), w którym zobaczyć można reżysera, aktorów i członków ekipy realizacyjnej filmu, odpoczywających po jakimś ujęciu. Jest to nic innego jak stosowane wielokrotnie w kinie oświadczenie: it’s just a movie, folks. (Prawdę mówiąc sam nigdy tego typu wstawek nie lubiłem, bo przypominały mi one – zupełnie niepotrzebnie – o trywialnej oczywistości faktu, że film koniec końców jest fikcją – i wyprowadzały mnie ze swego rodzaju magicznego transu, w jaki za każdym razem wprowadza mnie filmowa projekcja – dzięki czemu mogę się w nim zagłębiać i przeżywać jako pewnego rodzaju alternatywną rzeczywistość.) Sam Kiarostami przyznał, że tym właśnie się kierował, kiedy decydował się na takie, a nie inne zakończenie: miało być ono wskazaniem na to, że „Smak wiśni” to tylko kino (nie ma więc sensu – czy też jest raczej nadinterpretacją – doszukiwać się w tym jakichś ukrytych znaczeń, np. tego, że w ten sposób reżyser chciał nam przekazać wiadomość o swoim „smaku wiśni”, który utrzymuje go przy życiu).
Tak à propos anty-kinowych substratów w twórczości Kiarostamiego, można też przypomnieć tutaj o jego filmie „Shirin”, gdzie zamiast filmowej akcji, pokazuje się nam przez półtorej godziny twarze kobiet oglądających w kinie jakiś film. Kamera dosłownie odwraca się tyłem do ekranu (filmu) i – unieruchomiona – rejestruje coś, co jest zupełnie pozbawione narracji i dialogów (słyszymy tylko to, co jest na ścieżce dźwiękowej wyświetlanego na ekranie filmu).

Z TOSKANII DO TOKIO („Like Someone in Love”, reż. Abbas Kiarostami)

Starość i młodość ulegają wzajemnej atrakcji? – legendarny irański reżyser tym razem jedzie ze swoją kamerą do Tokio. (Na zdjęciu: Tadashi Okuno i Rin Takanashi w najnowszym filmie Abbasa Kiarostamiego „Like Someone in Love”)

*

Również Abbas Kiarostami uważa, że do prawdy można się w sztuce zbliżyć jedynie poprzez kłamstwo.
Czy więc jego film „Like Someone in Love” mamy traktować jak jedno wielkie kłamstwo? W takim razie co w tym wszystkim, co o filmie pomyślimy, będzie prawdą?

A może całe nasze życie jest kłamstwem? Podobnie jak kłamstwem jest świat, który nas otacza – albo kultura, którą tworzymy? Może od życia w kłamstwie nie możemy uciec – bo wszystko dookoła nas jest iluzją i fałszem. A może to nie są kłamstwa, tylko złudzenia – jakieś nasze wirtualne konstrukcje? Bo do prawdziwej podszewki rzeczywistości nie jesteśmy w stanie dotrzeć? Bo tak naprawdę błądzimy we mgle i wszystko co  widzimy jest przez to jedynie ułudą? Gdyż prawdy nie możemy poznać, a nawet jeśli ją poznamy, to nie możemy jej pojąć? I tylko pozostaje nam ślizganie się po powierzchni rzeczy i zjawisk – przybieranie dobrej miny do złej (bo niepewnej) gry; udawanie, że to wszystko nas zaspokaja i kontentuje, interesuje i zajmuje – że dobrze jest jak jest, a jeśli jest źle, to damy sobie z tym radę za pomocą jakieś wiary, która właściwie może być wiarą w cokolwiek, co jest nas w stanie na powierzchni życia utrzymać.  Albo przysposobić nas do wchłonięcia przez nicość?

Czy przed kłamstwem możemy się uchronić tylko wtedy, kiedy zaczniemy udawać, że jest ono prawdą? Albo kiedy zaprzestaniemy wszelkich dociekań i nie będziemy zadawali żadnych pytań?

Co robi uznany (za wielkiego artystę) reżyser, który zderza się z tego typu dylematami, walczy długo z materią kłamstwa, by przedstawić je jako prawdę (co według jego przekonania jest synonimem tworzenia sztuki); eksperymentuje ze zwodzącą nas percepcją świata (a tym samym i filmu), by dotrzeć do naszego serca, nerwów i mózgu? I zaczyna wątpić nie tylko w siebie, ale przede wszystkim w samą sztukę – jak np. Béla Tarr, który oświadczył nie tak dawno, że zrywa z kinem? Albo zaczyna kwestionować sens swojej twórczości, tudzież samą zasadność zajmowania się kinem – jak to było choćby w przypadku Krzysztofa Kieślowskiego, który pod koniec życia, kiedy był już sławnym i wydawałoby się spełnionym reżyserem, wyznał, że wolałby jednak być… chirurgiem, bo to zajęcie bardziej pożyteczne i konkretniejsze od kręcenia filmów?
A może ucieka się do prostoty, rezygnuje z artystycznego rozgadania, minimalizuje środki wyrazu, wycisza się i urefleksyjnia, uspokaja nasze (a przy tym własne) zmysły… i być może wcale nie chce nas zmuszać do myślenia?  Albo wręcz przeciwnie: w zawoalowany sposób sam stawia pytania, ale już próbę odpowiedzi pozostawia nam samym – jak to właśnie zrobił Abbas Kiarostami w swoim najnowszym, nakręconym w Japonii filmie, „Like Someone in Love”?

Ktoś złośliwy mógłby obraz ten nazwać celofanowym świecidełkiem (tak się wyrażano o filmach Kieślowskiego, które film Kiarostamiego mi przypominał); albo cukierkiem owiniętym w kolorowy papierek (rzeczywiście forma w jaką oprawił swój obrazek Kiarostami jest bez mała słodka a w prostocie swojej niemal perfekcyjna); albo błahym filmem o niczym, któremu sens i znaczenie nadaje dopiero sam widz. Jeśli jednak poddamy się lekkiej fali, jaką wzbudza Kiarostami swoim filmem w naszym wnętrzu, poruszając znajdującą się tam wrażliwość, to obcowanie z „Like Someone in Love” może się okazać nader satysfakcjonującym doświadczeniem.

Rin Takanashi

Choć wydawałoby się, że spotkanie starego acz sympatycznego profesora (Tadashi Okunoz) z prostytutką może być początkiem czegoś ekscytującego i mimo wszystko pikantnego, to sposób w jaki przedstawia nam to Kiarostami bardziej przypomina filmową etiudę – grzeczną anegdotkę może nawet ciepłą zupkę (nie bez kozery dziadziu upichcił na tę okazję krewetkowe udon, którą chciał poczęstować dziewczynę). A jednak w otoczeniu przytulnej biblioteki wiekowego erudyty i przy dźwiękach nastrojowej, snującej się po mieszkaniu muzyki (Ella Fitzgerald), wszystko zaczyna nabierać lekko wyrafinowanego smaczku i atmosfery jakiejś wyższej jakości: moment, w którym profesor i dziewczyna poznają się, prowadząc pełną wdzięku rozmowę (znakomita gra Rin Takanashi – kobiety pięknej i pełnej tutaj dziewczęcego uroku), to scena bardzo ujmująca, mogąca niejako stanowić emocjonalny klucz do ogarnięcia całego obrazu. Jednak z czasem ciepło nagromadzone w tym filmie zaczyna się ulatniać, a gdzieś z drugiego planu dociera do nas chłód i przeczucie tego, że może zdarzyć się coś złego. Głównie za sprawą gwałtownego i nieobliczalnego narzeczonego dziewczyny, który stopniowo zaczyna wprowadzać do filmu atmosferę niepokoju i napięcia, co jest przez nas wyczuwalne nawet wtedy, kiedy nie widzimy go na ekranie. Kiarostami stosuje tutaj również tak charakterystyczny dla siebie sposób otaczania swoich postaci enigmą, niedopowiedzeniem, aluzyjnością… Mamy wrażenie, iż dochodzi przy tym do tajemniczego przenikania się ludzkich tożsamości, tak, że do końca nie wiemy kto jest kim – a za to qui pro quo odpowiedzialne są jakieś nieznane siły, które za pomocą niewidzialnych sznurków (lub tzw. „przypadku”) poruszają ludźmi, niczym marionetkami (nota bene podobnie było w filmach Kieślowskiego). Przypomina to nieco poprzedni film Kiarostamiego „Zapiski z Toskanii”. (Jak widać reżyser na dobre opuścił swój rodzinny kraj, którym jest Iran i równie dobrze kręci mu się filmy w tak różnych miejscach jak Włochy i Japonia. Ale czy to oznacza, że stał się kosmopolitą? Bynajmniej. Zważywszy na jego wcześniejsze przywiązanie do tematyki irańskiej, nie wydaje mi się to prawdopodobne.)

Kiarostami wykorzystuje w „Like Someone in Love” cały wachlarz chwytów tzw. slow cinema: przeciągające się ujęcia, w których właściwie nic się nie dzieje; długie zbliżenia twarzy, unieruchomienie kamery rejestrującej zupełnie banalne zachowania, rozmowy i przedmioty, mechaniczną monotonię poruszających się wycieraczek samochodowych… etc. Może właśnie dzięki temu minimalizmowi – dzięki oszczędności i skąpstwu ukazywanej nam na ekranie treści – reżyser prowokuje nas do nadawania znaczenia czemuś, na co poza kinową salą – i w innych warunkach – zupełnie nie zwrócilibyśmy uwagi? Lecz oto magia najsłynniejszego i „największego” reżysera Bliskiego Wschodu powoduje, że zaczynamy to odbierać jako coś szczególnego, pietycznego, może nawet… metafizycznego? (Tutaj również przypomina mi się nadbudowa „metafizyki cieknącego kranu” w przeestetyzowanych obrazach Kieślowskiego). Tak więc codzienność zaczyna w naszych oczach nabierać znamion niecodzienności, powierzchowna zwyczajność – estetycznej wartości, a banał – ważności. Może właśnie dlatego po premierze filmu w Cannes nie udało się ponoć uciszyć gwizdów i buczenia malkontentów, nie zważających na pozycję i renomę Kiarostamiego we współczesnym kinie? Nie wszystkim więc w Cannes snobizm i układy zamykają usta – i nie wszyscy nabierają w nie wody. Ja bym nie gwizdał (w końcu sala kinowa to nie sportowy stadion) ale nie dlatego, że takie zachowanie przypomina mi zwykłe chuligaństwo. Nie przyłączyłbym się do tego towarzystwa po prostu dlatego, że udało mi się jednak z czasem „Like Someone in Love” polubić. I nie musiałem się posiłkować przy tym żadnym snobizmem.

greydot

PS. Film obejrzany w ramach trwającego w Chicago 48. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. O innym festiwalowym filmie („Za wzgórzami” Cristiana Mungiu) przeczytać można TUTAJ.