NIGDY NIE WYJECHAŁEM Z POLSKI – twierdzi MICHAŁ URBANIAK

.

Michał Urbaniak koncertujący (zdjęcie własne)

Michał Urbaniak: „Jazz bowiem dzieje się między odwagą a wielkim strachem.” (zdjęcie własne)

Światowej sławy skrzypek i saksofonista jazzowy, multiinstrumentalista, kompozytor, lider zespołów i producent… Jego udziałem jest kariera, jaką rzadko może się poszczycić na Zachodzie polski twórca. To właśnie przypadek Urbaniaka wskazuje się jako wzór artystycznego sukcesu za granicą.

Po przybyciu do Nowego Jorku w 1973 roku, Michał Urbaniak prawie natychmiast skupił na sobie uwagę jazzowego świata Ameryki. Wykorzystując swe kulturowe zaplecze, wykształcenie i kompozytorsko-wirtuozerskie zdolności – z powodzeniem zaczął łączyć europejskość z amerykańskością, tradycję ze współczesnością, klasykę z modernizmem, wierność źródłom ze śmiałością eksperymentu. Stał się grającym eklektykiem, muzykiem – kameleonem… ale w tym pozytywnym znaczeniu, które oznacza wszechstronność, różnorodność, bogactwo, a nie rozmycie, komercyjną mimikrę czy nieokreśloność. Te przeciwieństwa, których się muzyk nabawił, rozszerzyły tylko spectrum jego artystycznych możliwości, wyznaczając napięcie niezbędne do kreacji i rozwoju.
Michał Urbaniak nie daje się zaszufladkować, co nie wzbudza raczej zachwytu promotorów z firm nagraniowych, którzy lubią mieć wyraźnie oznaczony „target” i uważają, że klarowny image, jasno określona persona, mocniej odciska się na uwadze odbiorców, a wtedy wykonawca ma większą szansę na szerszą popularność. Lecz Urbaniak nie chce być reklamowym sloganem. Wie doskonale, że w różnorodności i bogactwie jego siła. To właśnie chciał udowodnić na ostatnich koncertach w Chicago, które odbyły się w „Cafe Lura”, dzięki staraniom m.in. Grażyny Auguścik, nowego szefa artystycznego lokalu.
Spotkaliśmy się w przerwie między kolejnymi koncertami. Oto wybrane wątki naszej rozmowy.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zaczął pan grać na skrzypcach jeszcze jako dziecko. Czy to były tradycje rodzinne? Jak po raz pierwszy objawił się pański talent?

MICHAŁ URBANIAK: To nie były tradycje rodzinne. Ja byłem takim samym chłopakiem jak inni – grałem w piłkę, jeździłem na rowerze… Mój wujek miał akordeon, to czasami się do niego dobierałem. Ale najważniejszą sprawą chyba było to, że mając te 5 – 6 lat, codziennie, o 12 w południe siadałem przy adapterze, rozkładałem go jak organy, które w kościele widziałem, i udawałem, że gram w natchnieniu. A tam grała orkiestra Stedzia i Wesołowskiego. No i jeszcze rodzice robili party do tydzień, na których skłaniano mnie żebym tańczył. Na te wieczory przychodził też profesor Irzykowski ze swoją żoną. Państwo Irzykowscy byli przyjaciółmi moich rodziców. I któregoś dnia pani Irzykowska powiedziała mamie: „Słuchaj Irenko, on ma talent, powinnaś go posłać do szkoły muzycznej na skrzypce.”

– A dlaczego akurat na skrzypce?

– Dlatego, że skrzypce były takim uznanym królewskim instrumentem, wymagającym talentu, słuchu… itd. I od tamtego czasu zacząłem grać na skrzypcach… po parę godzin dziennie.

– Nigdy się panu nie nudziły te skrzypce? Wiadomo, że wiele dzieci, nawet tych z talentem, nie wytrzymuje rygoru ćwiczeń, zraża się, rezygnuje…

– Poradziłem sobie w ten sposób, że czytałem książkę podczas tych ćwiczeń. Bo rzeczywiście dużo jest przy tym pracy mechanicznej, przy której człowiek się nudzi, i która nie wymaga zbytniego wysiłku mózgowego. No to sobie książkę czytałem.

– Studiował pan w Warszawskiej Akademii Muzycznej a później w moskiewskim konserwatorium?

– W Akademii w Warszawie tak, ale nie w Moskwie. Miałem tam stypendium od Ojstracha, ale nie pojechałem. Sprawa wyglądała tak. Mając 14 lat zakochałem się w jazzie, słuchając konkretnie „Głosu Ameryki”. Połknąłem, jak to się mówi, „bakcyla” jazzu. Nie chciałem jednak psuć sobie warsztatu skrzypiec klasycznych – a było to bardzo ważne, gdyż grałem już zarówno koncerty z orkiestrą symfoniczną, recitale, brałem udział w różnych konkursach. Ja jednak miałem już gitarę, saksofon i trąbkę. I właśnie wtedy zacząłem się wymykać z domu właśnie na koncerty jazzowe. Tak, żeby się rodzice nie dowiedzieli. Pewnego razu dostałem po łbie od profesora za granie na gitarze, ponieważ miałem odciski. Musiałem sie zdecydować. Nie wolno mi już było jeździć na rowerze. W piłkę też już nie mogłem grać… Wtedy kolega mi powiedział: „Słuchaj, saksofon jest łatwiejszy, spróbuj saksofonu.”
Na Widzewie w Łodzi – bo wychowałem się w Łodzi, choć urodziłem się w Warszawie – koledzy mieli zespół i kiedyś poszedłem na próbę. Dali mi nowiutkiego Zelmera, saksofon sopranowy. No i zacząłem na nim grać. Sześć tygodni później zagrałem swój pierwszy koncert w Kutnie. Od tamtego czasu prowadziłem podwójne życie.

– Właśnie, wiemy jak to się skończyło. W jednym z wywiadów powiedział pan, że jest „saksofonistą, który gra na skrzypcach”. Początkowo nie doceniał pan skrzypiec jako instrumentu jazzowego. Dlatego, przechodząc w latach 60-tych do grania jazzu, zamienił pan skrzypce na saksofon i grał prawie wyłącznie na tym instrumencie, stając się jednym z czołowych saksofonistów Europy. Później, ze względów zdrowotnych, chwycił pan ponownie za skrzypce. Czy rozstanie z saksofonem przyszło panu łatwo?

– Bardzo trudno. Do dzisiaj się nie mogę z tym pogodzić.

– Czy rzeczywiście wyglądało to tak krytycznie, że musiał pan dokonać takiej zamiany?

– Krytycznie! Ja po prostu mdlałem na estradzie, kołowało mi się w głowie, na pogotowie mnie zawozili. Inna sprawa, że grałem 24 godziny na dobę. No i musiałem zaprzestać grania, prawie na rok.

– Wkrótce skrzypce stały się dla pana bardzo bogatym instrumentem jazzowym. To właśnie dzięki temu instrumentowi zrobił pan karierę na Zachodzie. Gra pan jednak w dalszym ciągu – zamiennie – na saksofonie i skrzypcach. Czy nie czuje się pan w pewnym sensie innym człowiekiem, grając na tych dwóch, tak różniących się między sobą instrumentach?

– W tej chwili już nie, gdyż właściwie ja cały czas szukałem saksofonu. Na skrzypcach gram więc, jak na saksofonie. Nie gram „skrzypcowo”. Koledzy śmieją się i mówią: „Przecież to brzmi jak saksofon”. I dla mnie to jest wielki komplement.

– Jazz jest muzyką dość elitarną. Ma to swoje konsekwencje. Z jednej strony daje jazzmanom (jak i słuchaczom) poczucie właśnie elitarności, ekskluzywności, z drugiej jednak – ogranicza ich komercyjne możliwości. To znaczy, że nie mogą liczyć na taką popularność, jaką mają np. gwiazdy muzyki pop, a co za tym idzie – na podobną „kasę”.

– To jest prawda, choć są wyjątki. Jednak generalnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o socjologię, jazz to prawie hobby. Ułamek płyt jazzowych w stosunku do wszystkich sprzedawanych płyt wynosi od 2,5 do 3 procent. Ale jest i druga strona medalu. Nielicznym, full-time jazzmanom, udało się życie na tym zbudować. Mnie też.

– I nie zniża się pan nigdy do komercji? Bowiem, żeby dotrzeć do szerszej publiczności, niezbędny jest chyba jednak jakiś kompromis?

– Żeby dojść do szerszej publiczności, trzeba po prostu być lepszym! To jest jedyna metoda na to, żeby być komercjalnym. Miles Davis, muzyk genialny, ciągle szedł z cywilizacją. Czy był komercjalny?

– Był zawsze wierny sobie, wyznaczał kierunki. Właściwie to sam był kierunkiem.

Michał Urbaniak: "Będąc chłopcem wiedziałem już, że jestem podróżnikiem i będę tam, gdzie będę mógł grać najwięcej, najlepiej i po swojemu." (zdjęcie własne)

Michał Urbaniak: „Będąc chłopcem wiedziałem już, że jestem podróżnikiem i będę tam, gdzie będę mógł grać najwięcej, najlepiej i po swojemu.” (zdjęcie własne)

– Dziękuję. Muzyka to również filozofia… Muzyka, dla takiego człowieka jak ja, to 24 godziny życia na dobę. Gdy człowiek budzi się w nocy, to nie myśli o niczym innym, tylko o muzyce. W związku z tym, jest się na bieżąco… Przede wszystkim ze sobą, potem… z cywilizacją. Jeżeli ktoś ma talent muzyczny, to słucha – jeśli słucha, to nie może nie słyszeć tego, co się dzieje naokoło. To musi mieć wpływ. A zasklepiać się, grać i kultywować to, co się kiedyś grało – jak wielu muzyków, niestety, robi – prowadzi do porażki, do odizolowania, stagnacji. I tu wracamy do elitarności jazzu. Otóż jazz wcale nie jest taki elitarny, jak się wydaje. Większość muzyki popowej, zwłaszcza w Ameryce, ma olbrzymią ilość elementów jazzowych. Np. rap. Rapowcy, biorąc z jazzu, stworzyli w ostatnich kilkunastu latach nowy rodzaj muzyki. Bardzo witalnej, prężnej i z wielką przyszłością.

– Ale właśnie rap jest krytykowany – za to, że agresywny, wulgarny, że propaguje przemoc… Ja wiem, że zahacza to o socjologię.

– A mnie właśnie w rapie interesuje strona muzyczna: sprawa rytmu, formy… Oczywiście, są raperzy, których lubię, i raperzy, których nie cierpię. Poza tym, rap jest muzyką, która cały czas się zmienia, rozwija… Najlepszy rap ma i melodię, i rozsądny tekst.

– Wiem, że jazzmani – zresztą chyba nie bez kozery – mają pewne poczucie wyższości nad tymi, którzy uprawiają bardziej popularne odmiany muzyki. Jazz uważany jest zaś za muzykę bardziej wyrafinowaną, specjalną. Czy w takim kontekście nie jest frustrujący dla jazzmana fakt, że inni – posiadający mniejszy talent muzyczny, wiedzę, zaawansowanie muzyczne – znajdują poklask o wiele bardziej szerokich rzesz publiczności?

– Uważam, że większość jazzmanów jest sama sobie winna przez to, że tak właśnie spogląda na sprawę. A jest to spojrzenie według mnie absolutnie błędne. Przede wszystkim należy sobie zdać sprawę z tego, dlaczego tak jest i o co tu chodzi. Nie jest najważniejsze, że muzyka jazzowa jest bardziej wyrafinowana. Obiektywnie – to prawda – pewne rzeczy są w niej trudniejsze i bardziej złożone. Ale kto wie, czy konieczne? Istnieje muzyka prosta, która jest po prostu bardzo dobrą, wartościową muzyką. Problem jazzmanów jest taki, że uprawiają muzykę bardzo personalną i często na krawędzi. Jazz bowiem dzieje się między odwagą a wielkim strachem. Muzyka popularna, czyli tzw. pop, kieruje się natomiast zupełnie innymi regułami. Jej kompozytorzy tworzą muzykę podobną do tej, jaką słuchacz sobie wyobraża, że mógłby zagrać, gdyby był muzykiem. A prawdziwych jazzmanów jest mało. I oto cała odpowiedź.

– Czy jest sens rozróżnianie jazzu na tzw. „europejski” i „amerykański”?

– Jeżeli jazz potraktujemy poważnie, to nie ma czegoś takiego jak jazz „europejski”. To sprawa kulturowego backgroundu. A jednak, z drugiej strony, każdy kraj może mieć swój jazz. Uważam, że w Europie najlepszy jazz i najlepszych słuchaczy ma Norwegia i Polska. Jest w tym jakieś duchowe połączenie. Niemcy np. ciągle szukają marsza w jazzie. Niestety, można powiedzieć, że większość europejskiej muzyki jazzowej jest nudna i trochę bez sensu. Nawiązuje do jakiejś pseudo-klasyki sprzed stu lat, bez żadnej szansy w konkurencji. Strasznie to lokalne. A prawdziwy jazz jest tutaj – Nowy Orlean, Nowy Jork, może Waszyngton… może trochę Chicago z tym bluesem. I to wszystko.

– Nagrał pan niedawno nową płytę. Co na niej jest?

– Płyta nazywa się „Urbanator”. Jest to płyta – marzenie moje. Miałem wizję rapu, czyli hip-hopu z jazzem, od roku 1986. Po nocach słuchałem czarnych stacji, tzw. undergroundu. Muzyki, która nie była dopuszczana oficjalnie do fal. Stało się wówczas dla mnie oczywiste, że tylko tędy prawdziwe oblicze jazzu zostanie uwypuklone na świat. Nad płytą „Urbanator” zacząłem pracować w latach 1989-90. Pierwszy utwór na niej, „Kameleon”, został nagrany w 1991 roku. No i w zasadzie nikt nie chciał w to zainwestować, ani wydać. Każdy oczekiwał ode mnie tego, co zawsze robiłem. Nikt nie chciał zrozumieć, że ja już nie chcę robić tego, że coś innego mam teraz do powiedzenia, W końcu, w ubiegłym roku, wytwórnia „Hip-Hop Records” zainteresowała się projektem, dała nam budżet i zrobiłem płytę, z której jestem bardzo zadowolony. Moim zdaniem rozpoczęła ona nową erę… Dla mnie na pewno. W każdym razie sprowokowała wielu muzyków w Nowym Jorku do robienia podobnych rzeczy.

– Jakiej muzyki słucha pan na co dzień? Czy wraca pan do klasyki?

– Z jazzu słucham albo starych mistrzów albo nowych ciekawych rzeczy. Również rapu, ale tego dobrego. Klasyki nie słucham już tak dużo, jak kiedyś. Ale mam swoich ulubionych kompozytorów. Jednym z nich jest Szymanowski, drugim Lutosławski. Interesują mnie impresjoniści – od Ravela począwszy. Paru Rosjan – Glinka, Korsakow…

– A jak podchodzi pan do Paganiniego?

– Ze straszną ilością pompek przed graniem – tak forsowna jest ta muzyka. Tak poważnie, to grałem kiedyś wszystkie 24 kaprysy Paganiniego. I do dzisiaj mnie szyja boli.

– Jakie ma pan plany na przyszłość?

– Nagrywam płytę poświęconą Milesowi Davisowi. M. in. będzie kilka jego kompozycji w stylu, w którym on nie grał, ale może by zagrał, gdyby żył do dzisiaj. Będą to aranżacje jego standardów, z wpływami rapu i hip-hopu.

– Wróćmy jeszcze do początków pańskiej kariery. Z jakimi uczuciami jechał pan tutaj? Czy zdecydowany na podbój Ameryki?

– Była to dla mnie bardzo osobista sprawa. Takie potwierdzenie własnej wartości, potwierdzenie słuszności mojego działania od czasów, kiedy chwyciłem za saksofon. Właściwie, to od dawna czułem się jak Amerykanin, wiedziałem, że tu należę. I to się potwierdziło. Oczywiście, że czasami dochodziły elementy polskiego strachu, czasami polskiej odwagi, wręcz brawury. Ciągle jednak miałem uczucie, że nie jest to dla mnie takie trudne, jak się wydaje. Najważniejszą sprawą było to, żeby to sobie udowodnić, żeby to się potwierdziło. No i na szczęście to się sprawdziło bardzo szybko.

– Konkurencja w Stanach, zresztą nie tylko jeśli chodzi o muzykę, jest zabójcza.

– Jest zabójcza! Ale muszę powiedzieć, że na dobrą sprawę jest bardzo dużo znakomitych – przeciętnych muzyków, którzy właściwie robią tylko tłok tym najlepszym, w warunkach, w których walczy się o każdą minutę na antenie. Z drugiej jednak strony, kiedy się przekonałem – słuchając nawet tych bardzo znanych muzyków – że ich poziom nie jest aż tak wielki, jakby się mogło wydawać, to po prostu dodało mi otuchy.

– Czy zdecydowany był pan zostać w Ameryce?

– Nigdy nie byłem zdecydowanie nigdzie zostać. Będąc chłopcem wiedziałem już, że jestem podróżnikiem i będę tam, gdzie będę mógł grać najwięcej, najlepiej i po swojemu.

– Czy spotkały tu pana jakieś rozczarowania?

– To będzie aż komiczne, ale przysięgam, że przyjechałem tu jak do siebie. To było jak inkarnacja. Po prostu, wysiadłem z samolotu, później wyszedłem z taksówki na Manhattanie i powiedziałem: „Jestem!” To było jak sen, jak deja vu – miałem wrażenie, że wszystko to gdzieś wcześniej widziałem.

– Czyli wszedł pan w tę kulturę bez żadnych oporów?

– Ja byłem w tej kulturze od dziecka. Jako nastolatek chodziłem tylko na filmy amerykańskie, próbowałem mówić po angielsku – nie mając żadnej lekcji; spisywałem swoje ulubione piosenki amerykańskie. Odwiedziłem Amerykę jeszcze w 1962 roku – przyjechaliśmy tu z zespołem Trzaskowskiego, na stypendium Departamentu Stanu. Mogłem się już wtedy trochę rozejrzeć. Chciałem zostać, ale koledzy mnie wtedy wyśmiali. Minęło 11 lat i znalazłem sie ponownie na Manhattanie. Wiedziałem już wówczas parę rzeczy: że muszę być sobą, że muszę mieć swoją muzykę, żeby nikogo nie słuchać, tylko siebie i robić swoje… To wszystko:” że tutaj jestem, że tu pasuję i że tu jest najlepiej dla mojej muzyki. Bo tę muzykę właśnie tu słyszałem najlepiej i do dzisiaj tak słyszę.

– I nie myśli pan o powrocie do kraju?

– No, chyba że na emeryturę… Ale tak poważnie: to jest źle i sztucznie postawiony problem – powrót czy nie. Proszę pana, ja nigdy z kraju nie wyjechałem.

– Niedawno, jedna z polskich gazet rozpisała ankietę z podobnym, pytaniem wśród znanych Polaków, którzy od dawna przebywają za granicą, I właśnie wielu z nich w ten sam sposób odpowiedziało: że właściwie to oni z Polski nigdy nie wyjechali. Jest w tym trochę z kokieterii, ale rzeczywiście, tak stawiając problem, dajemy dowód swoim starym nawykom myślowym, będącym chyba spuścizną po „kochanym” PRL-u, po tym myśleniu zza „żelaznej kurtyny”. Przecież sama nasza fizyczna obecność gdzieś na jakiejś ziemi, nie przesądza wcale o tym, kim jesteśmy, kim się czujemy…

– Dokładnie. Proszę mi wierzyć, że ja to wiedziałem od samego początku. A mieszkałem też przez parę lat w Szwecji. Po prostu, świat jest mały – to taka mała kula. I wszyscy mieszkamy razem w tej wiosce.

– Dziękuję i gratuluję świetnych koncertów w Chicago.

greydot

Michał Urbaniak koncertujący  (zdjęcie własne)

Michał Urbaniak koncertujący (zdjęcie własne)

* Wywiad z Michałem Urbaniakiem opublikowany został w tygodniku „Relax”, 24 września, 1994 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

INDIANIE TAŃCZĄ POLONEZA W MIAMI

(ze wspomnień wywiadowcy)

Kolejna część cyklu ukazującego się na łamach “Dziennika Chicagowskiego” w latach 1995-96 i odnoszącego się do wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury i polityki, przeprowadzonych w latach 1990-94 w Stanach Zjednoczonych, jak również do amerykańskich i polonijnych wydarzeń kulturalnych oraz politycznych tamtego okresu.

Blanca Rosenstiel na balu Polonaise

Blanca Rosenstiel na balu Polonaise

 

Floryda nie taka znów kolorowa, jak ją malują. A wiadomo, że folder reklamowy zniesie każde egzotyczne kłamstwo. Dobry fotograf i piekło na raj przerobi: wybiórczość kadru, podretuszowane kolorki, papier kredowy i bajer sloganowy potrafią czynić cuda. Obrazki znane nam z reklam telewizyjnych czy prasowych – to słońce, palmy, złoty piasek i laski nieziemskie w bikini – to ledwie cząstka florydzkiej rzeczywistości. Cała reszta to skwar, wilgoć i bagna.* To, co się nam kojarzy z egzotyczną Florydą, to zaledwie wąski pas wybrzeża wzdłuż Atlantyku i Zatoki Meksykańskiej. Tam rzeczywiście możemy trafić na miejsca, które robią wrażenie i mogą przypominać bajkę; są też niewątpliwie warte zwiedzenia (Key West, St. Augustine, Cape Canaveral, wyspa Sanibel…) ale klimat, zwłaszcza latem, jest fatalny – jeszcze bardziej zwariowany, niż w Chicago. Najbardziej daje w kość wilgoć, częste zmiany ciśnienia i wiatry. Pogoda zmienia się błyskawicznie – w ciągu jednego dnia przeżyć możemy ulewę, huragan, duchotę i rozpalona patelnię. Niekiedy wystarczy przejść na drugą stronę ulicy, żeby podobnej zmiany doświadczyć. Wysoką temperaturę można by jeszcze znieść, gdyby nie ta cholerna humidity. To pod tym względem można mówić o bezdyskusyjnej wyższości ciepłego, ale suchego klimatu Kalifornii nad subtropikalnym, lepkim piekiełkiem Florydy.
To zdumiewające, co potrafi zrobić sprawna mitotwórcza kampania reklamowa i handel ludzkimi marzeniami. Bowiem, jeszcze przed kilkudziesięcioma laty Floryda była niemal pusta. Wielu entrepreneurs dostrzegło w tym możliwość fantastycznego zarobku. Rozkręcono więc wielką machinę naganiającą do osiedlenia się we florydzkim raju. Głównym targetem, czyli – mówiąc już po ludzku – celem agentów realnościowych, stali się ludzie starsi, będący już na emeryturze, często zamożni, dysponujący oszczędnościami całego życia. To nic, że klimat Florydy przystawał do zdrowotnych wymogów seniorów jak pięść do nosa: fatalny dla niedomagającego już serca, niewydolnego układu oddechowego, zwiędłej skóry… Wykreowano więc mit Florydy jako sielskiej, ostatniej przystani na zimę życia. A wszystko po to, by dokopać się do żyły złota. Naturalnie, to co teraz tutaj piszę to są uogólnienia – gdyż spotkałem tam również szczęśliwych rezydentów, którzy przenieśli się z chłodnej północy. Ale ogólnie, jeśli już gdzieś uciekać, to lepiej jest wyjechać do Kalifornii (tym bardziej, że nie są to już czasy „Gron gniewu” Steinbecka).

greydot

Głównym powodem, dla którego zacząłem pisać o Florydzie, jest chęć przelania na papier wspomnień związanych z moim kontaktem z Amerykańskim Instytutem Kultury Polskiej w Miami. Warto więc zacząć od wystawnych imprez zwanych balami „Polonaise”, będących w Ameryce prawdziwym ewenementem, jeśli chodzi o kulturalną polsko-amerykańską symbiozę. Rok rocznie wydarzenie to organizuje Blanka Rosenstiel, założycielka Instytutu, inicjatorka Fundacji im. Chopina, milionerka i filantropka, od kilkudziesięciu już lat propagując kulturę polską wśród Amerykanów. Bal „Polonaise” to jej oczko w głowie i perła w koronie – uważa go za jedną ze swoich spektakularnych wizytówek.
Pamiętam pierwszy bal, którego byłem świadkiem. Gdybym miał opowiedzieć o nim językiem tanich reportaży wydawanych w formie paper-back, zacząłbym następująco:
Sobotni wieczór, trzeci tydzień karnawału. Pogoda, jak to w styczniu: osiemdziesiąt kilka stopni, powietrze lepi się od wilgoci, wiatr nie daje ochłody, a tu jeszcze trzeba przedzierać się sposobem bumper-to-bumper w korku samochodów zalewających miamskie downtown. Prawdziwa florydzka zima. Nabrzeżną, wysadzaną strzelistymi palmami arterią, docieram do hotelu Inter-Continental. Szum Atlantyku miesza się z gwarem przybywających gości. Pytam się hotelowego boy‚a o drogę do sali, w której ma się odbyć całe wydarzenie „Oh! I know! Polynesian Ball!” – mówi łamaną angielszczyzną, wskazując nam kierunek. Mogliśmy być pewni, że jesteśmy we właściwym miejscu.

Pomylić poloneza z Polinezją? Nie będzie to wyglądać tak absurdalnie, jeśli uprzytomnimy sobie, jak egzotycznie dla hotelowych gości z całego świata musiała wyglądać np. niezwykle malownicza postać jegomościa z sarmackimi wąsami, przebranego w efektowny szlachecki strój sprzed kilku stuleci. A tu jeszcze te poczty honorowe, surmy, prezentacje, insygnia, sztandary… Nie wspominając już o tłumie pań w wytwornych sukniach jak nie z tej epoki, panów we frakach i smokingach… „It must be a real big party” – dotarło do moich uszu stwierdzenie ze strony przyglądającej się temu wszystkiemu z ubocza – a będącej pod wielkim wrażeniem – pary Australijczyków.

W podobnym tonie można by ten opis ciągnąć dłużej, tym bardziej, że specyfika fety obfitowała w kurioza i wcale nie wymagała ubarwień. Tak jest zresztą co roku, choć każdy bal ma inny akcent i tematykę, przybierając inne barwy. Wtedy akurat poświęcony był dwusetnej rocznicy ustanowienia przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego Orderu Virtuti Militari. Z tej to racji całość trzymał w garści prof. dr Zdzisław Wesołowski, który był głównym inicjatorem obchodów, jako wybitny znawca historii orderu, jak i falerystyki ogólnej. To wówczas miałem okazję zawrzeć z nim znajomość, podobnie jak z Alexandrem Jordanem – Lutosławskim, kończącym wtedy tłumaczenie „Historii Polski” Pawła Jasienicy na język angielski. Znajomości te miały zresztą swoje konsekwencje, ale o nich może wspomnę następnym razem.

Na balu był także obecny Janusz Onyszkiewicz z małżonką Joanną (nawiasem mówiąc: wnuczką marszałka Piłsudskiego), wówczas jeszcze wiceminister obrony narodowej. Złoty Medal „za wybitne osiągnięcia na polu kultury i polityki” odebrał pisarz Stanisław Kuniczak (przetłumaczył na język angielski m.in. trylogię Henryka Sienkiewicza). W poprzednich latach wyróżniono w ten sposób m.in. Krzysztofa Pendereckiego i znanego pisarza amerykańskiego Jamesa Michenera. Była również aktorka Loretta Swit, kilku generałów US Army, państwo Burzyńscy z Teksasu, kawalerowie Virtuti Militari. Odczytano depesze: Busha i Wałęsy, a nawet… generała Schwarzkopfa. No i oczywiście nie zabrakło przeróżnych księżnych i książąt, hrabiów i hrabianek, baronów i baronowych – z Danii, Finlandii, Jugosławii, Francji, Rosji, Anglii… Nie omieszkał też zawitać jakiś król (bliżej mi nie znany). Świat, który – jak widać – jeszcze nie zaginął. I – jak się dowiedziałem – nie tylko, że nie zamierza ginąć, ale i wydaje w Europie własny magazyn for Royalties and Aristocracies zatytułowany „Point De Vue – Images Du Monde”.

greydot

Loretta Switt na balu Polonaise (1993) - młodsza i piękniejsza niż przed 20 laty, kiedy występowała (jako Hot Lips) w serialu tv M*A*S*H*

Loretta Switt na balu Polonaise (1993) – młodsza i piękniejsza niż przed 20 laty, kiedy występowała (jako Hot Lips) w serialu tv M*A*S*H*

Równie egzotycznie było na balu następnym. Może nawet bardziej egzotycznie, jako że z dźwiękiem poloneza mieszały się melodie indiańskie. Bowiem z okazji 500-nej rocznicy odkrycia Ameryki przez Kolumba, bal „Polonaise” odbywał się w hołdzie… pierwszym (rdzennym) Amerykanom, czyli Indianom. W wielkiej sali balowej hotelu Fontainbleau w Miami Beach doszło więc do zderzenia dwóch – wydawałoby się odległych o antypody – kultur. „La Grande Polonaise” poprowadziła idąca w pierwszej parze z senatorem Enochem Kelly Haney, Lady Blanka Rosenstiel. Należy zaznaczyć, że senator Haney z Oklahomy jest nikim innym, jak czystej krwi Indianinem ze szczepu Seminoli, oprócz polityki zajmującym się – z równym powodzeniem – malarstwem i działalnością biznesową. Nie brakło też wodzów ze szczepów Cherokee i Mohawków: Jonathana Taylora i Normana Tarbella spotkać można było w towarzystwie Marii Józefy i Marii Christiny, księżnych saksońskich.
Gazeta „Miami Herald” obwieszczając bal, za wzmiankę najbardziej godną uwagi uznała fakt obecności na nim Loretty Swit, znanej powszechnie z roli Hot Lips w serialu „M*A*S*H”. Przyjaciółka Blanki Rosenstiel, aktorka polskiego pochodzenia, której rodzice nosili nazwisko Świt. Chciałem skorzystać z okazji i przeprowadzić z nią wywiad, w czym obiecała pomóc mi Gospodyni balu, przedstawiając mnie aktorce. Wówczas jeszcze nie przypuszczałem, że będzie to jeden z największych niewypałów w mojej karierze wywiadowcy. Może dlatego, że było to już późną porą, po paru toastach? A wszystko zaczęło się tak obiecująco. Dowiedziałem się więcej o polskich korzeniach Loretty, zanim rozmowa nie zeszła na nieszczęsny „M*A*S*H”. Wpierw, nieopatrznie wyraziłem zdziwienie, że pani Swit nie widziała filmu Roberta Altmana „M*A*S*H” (nota bene uznanego przez Amerykańską Akademię Filmową najlepszym obrazem 1971 r.), który, bądź co bądź, stanowił pierwowzór dla serialu telewizyjnego. Następnie pogrążyłem się jeszcze bardziej zdradzając, że widziałem tylko jeden odcinek tej mydlanej opery, która przyniosła sławę Lorettcie. Na to artystka odpowiedziała, że z serialem nie ma już nic wspólnego od 20 lat i chciałaby porozmawiać o innych swoich aktorskich osiągnięciach. Na co ja… ani be ani me, jako że nie spotkałem nazwiska pani Swit nawet w drugorzędnych produkcjach kina amerykańskiego, nie mówiąc już o produkcjach pierwszorzędnych. Delikatnie więc poprosiłem o przybliżenie mi tych osiągnięć. Tutaj artystka, (która na balu występowała przecież w charakterze Wielkiej Gwiazdy) zrobiła uwagę, że byłoby lepiej gdybym sam wcześniej zaznajomił się z jej wyczynami. Ja z poruszoną ambicją sumiennego wywiadowcy (gdyż zazwyczaj dość rzetelnie staram się przygotowywać do tego typu spotkań) odparłem, że przed naszą rozmową poszedłem do biblioteki i przewertowałem wszelkie możliwe źródła wiadomości o ludziach estrady, sceny i filmu… i niestety… nawet w najbardziej opasłych księgach, kompendiach wiedzy i przewodnikach typu „Who is Who?” żadnych informacji o Lorettcie Swit nie znalazłem. W tym momencie nastąpił raptowny koniec naszej rozmowy. Może dlatego, że było to już późna porą, po paru toastach?…**

greydot

Kiedy dziś wspominam te bale, doznaję mieszanych uczuć. Z jednej strony imponować mógł rozmach i wystawność tych imprez, z drugiej – można było wyczuć na nim sztuczność i napuszenie Towarzystwa Wzajemnej Adoracji przejętego własną pozycją i geologicznym drzewem. A przecież żadnego wrażenia nie powinien na nas robić tytuł barona czy hrabiny, dopóki się nie przekonamy co ci ludzie sobą reprezentują, czy przypadkiem nie są nadmuchanym balonem zarozumialstwa i jedyną ich zasługą nie jest aby tytuł odziedziczony po przodkach. Trochę niewyraźnie się więc poczułem, kiedy, rozmawiając o organizacyjnych kulisach balu, usłyszałem od pani Blanki: „Jestem pewna, że wielu ludzi gotowych jest zapłacić nawet kilkaset dolarów, byle tylko doznać tego zaszczytu, by zasiąść przy jednym stole z naszą arystokracją.” A odnosząc się do balu jubileuszowego, który akurat wtedy się zakończył, dodała: „Nasze bale – a było ich już dwadzieścia – mają swoją specyfikę i ulegają po drodze pewnej ewolucji. Ostatnimi laty np. przyjeżdżała na niego głównie arystokracja europejska. Zazwyczaj więcej jest Amerykanów. To nic, że nie przyjechała księżna Bernadotte, państwo Sapiehowie, ani książę Alexander, który zazwyczaj tutaj bywał (prawdopodobnie zostanie teraz królem Serbii). Przysłali nam piękne życzenia i telegramy.”

To jest znakomite, że miamski Instytut usiłuje sprzęgać to, co polskie z tym, co amerykańskie. Ta zasobna w fundusze (zmarły przed kilkudziesięcioma laty mąż Blanki zostawił jej fortunę, dzięki której mogła ona rozwinąć swoją działalność) organizacja, aktywna dzięki energii i wyobraźni Prezeski, tworzy i przechowuje wartości, których brak zubożyłby nie tylko środowisko florydzkie, ale i całej Polonii amerykańskiej. Choć z drugiej strony, Polacy na Florydzie skarżą się na odsunięcie się od ich środowiska pani Blanki, dzięki czemu działalność Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej jest im obca. Skąd my znamy te animozje? Może wynika to właśnie z tego, że Blanka Rosenstiel założyła sobie, iż ma to być przede wszystkim instytucja amerykańska i w zasadzie elitarna? Jedno jest pewne – w oczach Amerykanów przydaje nam chluby i prestiżu, budując obraz Polski i Polaków na jakim powinno nam zależeć.

c.d.n.
greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 3 marca, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

* Nieco przesadziłem tutaj z tym opisem Florydy. Zawsze lubiłem ten stan i nawet po przeprowadzce do Chicago wracałem na Florydę z przyjemnością. Dlatego wkrótce postaram się opublikować tekst, który lepiej oddaje sprawiedliwość temu, czym – i jaka naprawdę – jest Floryda.
** To prawda, nie zachowałem się wówczas jak dżentelmen i do dzisiaj jest mi z tego powodu wstyd (nie można przecież wszystkiego zwalać na alkohol). Zresztą Loretta Swit kilka lat później przyjechała do Chicago ze swoim monodramem („Shirley Valentie”), który zaoprezentowała na najbardziej chyba renomowanej scenie Wietrznego Miasta – Chicago Theatre. Kto wie, może nawet przyczyniła się do tego jej ambicja urażona przez moje zachowanie i ignorancję?

© ZDJĘCIA WŁASNE

.