KINO TEATR SZTUKA – słowo o książce

.

Kolej na prezentację trzeciej książki spośród czterech, które się niedawno ukazały. Jest jeszcze obszerniejsza niż poprzednie (693 strony), a że traktuje o kinie (teksty filmowe stanowią zdecydowaną większość treści tomu), teatrze i sztuce, to znalazło się w niej znacznie więcej ilustracji – kadrów filmowych, zdjęć z przedstawień teatralnych oraz reprodukcji dzieł sztuki, głównie malarstwa. Być może niektórzy pamiętają, ale okładkę pomogli mi wybrać czytelnicy Wizji oraz goście mojej strony fejsbukowej, dzięki czemu trafił na nią wdzięczny kadr z filmu „Fanny i Alexander” – jednego z najlepszych w dorobku Ingmara Bergmana (nota bene tom otwiera tekst o symbolach, jakimi posługiwał się w kinie szwedzki reżyser). Jest więc o czym czytać i co oglądać.

.

KINO TEATR SZTUKA

Wybór tekstów filmowych autora publikowanych na łamach pism krajowych (m.in. „KINO”, „Film na Świecie”, „Polityka”, „Wprost”, „Powiększenie”) oraz polonijnych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”), obejmujący okres dwóch dekad i dotyczący kina w wielu jego aspektach: od monografii największych twórców (Ingmar Bergman, Krzysztof Kieślowski), przez kino gatunkowe (film wojenny) po fenomen artystyczny i popkulturowy. Eseje na temat głośnych filmów kina światowego ostatnich lat (Zjawa i Birdman Iñárritu, Rozstanie Farhadiego, Drzewo życia Malicka, Koń turyński Tarra, Miłość Hanekego, Snajper Eastwooda…). Zbiór zawiera także recenzje ponad 170 filmów polskich i zagranicznych, oraz kilku przedstawień teatralnych (Gombrowicz, Wyspiański, Teatr ZAR, Teatr Pieśń Kozła…). Do tomu załączone zostały również eseje i teksty na temat sztuki.

693 strony; oprawa twarda, płócienna + obwoluta; 261 ilustracji barwnych, 32 ilustracje czarno-białe; ISBN 978-83-62844-84-5

.

Noty o książce:

Autor ma temperament eseisty. Research recenzji i wypowiedzi twórców (z wieloma rozmawiał bezpośrednio), wiedza o świecie współczesnym czy znajomość tekstów kultury pozwalają mu budować wypowiedzi bardzo treściwe. Dążące do wyjaśnień, uzasadnień, racjonalizacji zajmowanego stanowiska. Tym ciekawiej na tym tle prezentują się racje emocjonalne. Mamy tu zapis metafizycznego głodu i analityczne roztrząsanie odpowiedzi, wydedukowanych z filmowego przekazu. Nie jest to książka letnia czy emocjonalnie obojętna. Jest w niej zachwyt i oburzenie. Nie ma zgody na to, że każda prawda jest uprawniona, byle dobrze opowiedziana. Veto pojawia się wielokrotnie, nierzadko w kontekście tytułów, które cieszyły się dobrym przyjęciem widzów czy krytyki.

Renata Borowiak

W swoich tekstach autor łączy publicystykę z własnego rodzaju refleksją, często moralną. Dzięki temu przekraczają one zakres recenzji, będąc zwykle mini-esejem traktującym o ważnych dla autora sprawach, które jednocześnie są istotne w wymiarze kulturowym. Widzę też w nich niezwykle ciekawe połączenie wnikliwej analizy z emocjonalnością – angażujące czytelnika zarówno duchowo, jak i intelektualnie.

Zygmunt Kałużyński

Bardzo lubię czytać taką krytykę filmową i bardzo rzadko mam po temu okazję. Stanisław Błaszczyna jest widzem poszukującym, nieobojętnym i nie ułatwiającym sobie niczego. Film prowokuje go do stawiania pytań (moralnych, społecznych, estetycznych) i do udzielania odpowiedzi, często niewygodnych, ale niemal bez wyjątku celnych. Tacy widzowie – i tak piszący – potrzebni są kinu w każdym momencie jego istnienia. Osobiście uwielbiam to, że po seansie możemy się o film inteligentnie pospierać – a ta książka jest właśnie jak spotkanie z wyjątkowo uważnym kinomanem, z którym można przegadać cały wieczór i zaplanować kolejne filmowe seanse.

Michał Oleszczyk

greydot

.

.

.

greydot

RECENZJA KSIĄŻKI

.

.

A JEŚLI ŻYCIE TO FILM…?

I

Czasem, absolutyzując sztukę, stawiamy ją ponad codziennym doświadczeniem. W artystach chcemy widzieć demiurgów. Oczekujemy, że uchylą przed nami drzwi do innego wymiaru dadzą wytrych do Tajemnicy. A przy tak wysoko postawionej poprzeczce łatwo o skrajne rozczarowania. Od nich już krok do zwątpienia, czy sztuka może coś więcej niż bajdurzyć, mamić mirażami i dostarczać zagłuszającej niepokój rozrywki. Między skrajnościami pojawia się stateczna droga środka. Założenie, by obniżyć rangę poszukiwań i wystudzić nadzieję na odpowiedzi. Uznać, że film to tylko film, nie warto kruszyć kopii, staczając bój o prawdę. Rzecz w tym, że każdy z tropów prowadzi na manowce.
To, co mnie zainteresowało w książce Stanisława Błaszczyny, wiąże się z zaprzeczeniem tym trzem wyżej opisanym manowcom: szukaniu w kinie objawień, degradowaniu go do roli rozrywki czy uznaniu, że dostarcza nam relatywnych, nieprzesądzających o niczym oglądów świata.
Po pierwsze. Mamy tu zapis metafizycznego głodu i analityczne roztrząsanie odpowiedzi, wydedukowanych z filmowego przekazu. Autor wchodzi w świat kina z bagażem fundamentalnych pytań. Pewnie nie zadaje ich sobie po raz pierwszy, ale stawia je twórcom, wierząc, że mają mu do zaproponowania istotną odpowiedź. Od niektórych oczekuje wiele. Terrence Malick pretenduje do godności filozofa, Alejandro González Inárritu, mistrz kontrapunktu, szuka wspólnego tonu w wielogłosie, a Asghar Farhadi – doceniony zostaje za skromność nierozstrzygania poruszających moralnych dylematów.
Jest więc respekt wobec twórcy, są serio stawiane „pytania naiwne” o sens, istotę, cel, prawdę, ale jest też pasja dyskutowania i rozczytywania wpisanych w film treści. Objawień nie przyjmuje się na wiarę.
Po drugie. Autor raz po raz przypomina o rozrywkowym rodowodzie kina, docenia dobre filmy bez intelektualnych pretensji. Wirtuozeria mistrzów kina nie rozgrywa się przecież wyłącznie na poziomie treści czy głębi. Wielokrotnie jednak – niczym memento – wraca odróżnianie kina artystycznego od popkultury. Podszyte obawą, by mainstreamowe uproszczenia nie zubożyły nam obrazu świata. I choćby po tysiąckroć wracało docenienie kina środka, umiejętności Stevena Spielberga czy innych wodzirejów masowych wzruszeń, to jednak rozmowa o kinie nie ogranicza się tu do omawiania gwiazdorskich wystąpień czy sprawnie rozegranych hollywoodzkich schematów. Kino rozrywką bywa, ale bywa też czymś znacznie więcej.
Po trzecie. Nie jest to książka letnia czy emocjonalnie obojętna. Jest w niej zachwyt i oburzenie. Nie ma zgody na to, że każda prawda jest uprawniona, byle dobrze opowiedziana. Veto pojawia się wielokrotnie, nierzadko w kontekście tytułów, które cieszyły się dobrym przyjęciem widzów czy krytyki. Lista Schindlera, Snajper, Sponsoring, Z daleka widok jest piękny – wyliczam tu tytuły z pierwszej części (te teksty bliższe są esejowi niż recenzji, a interpretacja rozszerzona jest o aspekt społeczny, psychologiczny, kulturowy). Autor pozostaje poszukiwaczem, nie zna prawdy jedynej, nie sądzę, by zakładał, że prawdę można zamknąć w jednym wymiarze. A jednak są to teksty, z których można wyczytać, co według Autora jest nadużyciem czy manipulacją. By nie być gołosłownym: nie ma zgody na nihilizm (Koń turyński Béli Tarra), na dehumanizację wroga i bezrefleksyjny patriotyzm (Snajper Clinta Eastwooda), na chłód jako metodę opowiadania o więzi, której istotą jest czułość (Miłość Michaela Hanekego), na reżyserię bez przesłanek pozwalających widzowi zrozumieć zamysł reżysera (Post Tenebras Lux Carlosa Reygadasa).
Oczywiście, ranga zakwestionowanych „prawd” jest różna i z różną siłą wypowiadana. Czasem żarliwie, z wyczuwalnym pazurem Polemicznym, który nabrałby ostrości, trafiając na oponenta. Innym razem z wewnętrznym pęknięciem, sugerującym, że pierwszym przekonywanym jest sam Autor.

II

Zaskakującym wrażeniem przy lekturze tego tomu było uświadomienie sobie, jak równorzędne względem siebie są emocje i logiczny dyskurs. Niektóre teksty znałam z wcześniejszych publikacji, więc merytoryczny ton, logika argumentacji, rozeznanie w temacie uznałam za znak firmowy. Moją uwagę przyciągały natomiast wyznawane bezpośrednio sympatie, emocjonalne deklaracje i subiektywne wrażenia.
„Ja na Birdmanie dosłownie upiłem się kinem. Pewnie wynikało to z tego, że Inárritu ma genialny dar absolutnego panowania nad filmową materią […], co przyprawia mnie o zawrót głowy, a czasem wręcz o euforię”.
„Czas na wyznanie: jestem zakochany w filmach A.G. Inárritu, dlatego też prawdopodobnie nie stać mnie na obiektywne spojrzenie na jego obrazy”.
Cytuję te najbardziej wyraziste. One nie dominują, lecz dopełniają odbiór intelektualny.

Autor ma temperament eseisty. Research recenzji i wypowiedzi twórców (z wieloma rozmawiał bezpośrednio), wiedza o świecie współczesnym czy znajomość tekstów kultury pozwalają mu budować wypowiedzi bardzo treściwe. Dążące do wyjaśnień, uzasadnień, racjonalizacji zajmowanego stanowiska. Tym ciekawiej na tym tle prezentują się racje emocjonalne. Bo jedna rzecz film zrozumieć, druga – uwierzyć w jego prawdę.
Nie zaskoczyła mnie – lecz nie sposób o niej nie wspomnieć – skłonność do polemiki i potrzeba dyskusji. Można ją w niektórych tekstach śledzić bezpośrednio: tam, gdzie przywoływane są zapisy rozmów blogowych. Ale zaczepność i wspominane wcześniej veto wobec niektórych reżyserskich rozwiązań pojawiają się nie raz. Wracam do tej cechy Autora, bo wynika z niej zaproszenie do polemizowania z napisanymi przezeń tekstami. Ta książka to przecież nie tylko kompendium wiedzy czy admiracja sztuki. To również impuls do przemyślenia własnych refleksji. Jedni dadzą się przekonać pomysłom interpretacyjnym, drudzy – przynajmniej przy niektórych tekstach – zechcą się wewnętrznie pozżymać i choćby bezgłośnie ripostować.
Nie mogę sobie tego prawa zawłaszczać. Nadmienię tylko, że w tekście o Kieślowskim za dużo jest asekuracji. Szybciej odrzuciłabym wątpliwości polskich recenzentów i intensywniej wskazałabym to, co dla mnie w jego filmach cenne. Za najbardziej prowokacyjną recenzję uznaję Taxi Driver Revisited, będącą powrotem do filmu Martina Scorsesego. Powrotem-wiwisekcją, polegającym na tym, że wszystko, co zachwyciło wcześniej, poddane jest zaprzeczeniu. Nie zgadzam się, nawet jeśli prowokacja jest zaplanowana, sugerowana tonem zastrzeżeń, jakoby Taksówkarz był „filmem, który, owszem, dobry jest, może nawet bardzo dobry, ale żeby od razu takie arcydzieło?” Gorący odbiór może towarzyszyć również licznym wypowiedziom na temat ukazanych w kinie konfliktów wojennych. II wojna światowa (Holocaust, partyzantka AK), Wietnam, Afganistan, Irak – emocje budzi sposób ukazania konfliktu. Autor buntuje się przeciw „estetyzacji” wojny (Lista Schindlera), przeciwko odstępstwom od historycznej prawdy czy mitologizacji wojennego bohaterstwa (Snajper). We mnie najsilniejszą potrzebę dyskusji budzi tekst Zupa ze sromotników poświęcony Obławie Krzyształowicza. Pojawia się w nim wątpliwość-zarzut, że bohaterowie są „wyabstrahowani z historii”. Jak by skupianie się na ludzkiej naturze bez uwzględniania racji historycznej, tego, w imię czego się walczy – czy stoi się po dobrej czy złej stronie – było rodzajem manipulacji. Powyższe zaczepki są subiektywne.

III

Gdy kreśląc te słowa, kolejny raz wertuję i podczytuję fragmenty, uderza mnie i spójność, i zakres rozważanego materiału. Niech będzie „Kino”, choć są przecież jeszcze rozdziały o teatrze i malarstwie. Warto docenić, jak łączą się tu i przeplatają artykuły o klasykach kina, studia tematu (np. Wojna jako widowisko), konfrontacyjne zestawienia twórców czy filmów – z recenzjami najnowszych tytułów.
Liczba analizowanych filmów wynika z intensywnej pasji kinofilskiej, a także stąd, że mamy tu teksty pisane w różnym czasie. Niektóre powstawały lata temu, więc skoro bronią się dziś, mają do zaoferowania coś więcej niż komentarz do bieżącego repertuaru. Moją uwagę przykuły interpretacje pracy reżyserskiej twórców, których filmografia jest już zamknięta. Esej o symbolach u Bergmana – o twarzy i lustrze, barwach i przestrzeni zaaranżowanej tak, by oknom i drzwiom nadać znaczenie niedosłowne (Zasłony i objawienia). Tekst o wrażliwości bohaterów Witolda Leszczyńskiego (Miłość, zachwyt, lęk), wspomniane już dywagacje o Kieślowskim (Nic prócz humoru różowego, czarnego, okrutnego…). Ci, którzy wiedzą, o czym mowa, bo klasykę znają, mogą wrócić i odświeżyć wspomnienia. Kto nie zna, ten ma szansę „zobaczyć film” w asyście rzeczowych komentarzy – czasem bardziej skoncentrowanych na warsztacie, czasem na kontekstach dopowiadających poruszony w filmie temat.
Ale oprócz tytułów ze światowego kanonu (Ojciec chrzestny Coppoli, Bez przebaczenia Eastwooda, Hannah i jej siostry Woody Allena, Amadeusz Miloša Formana, Werdykt Sidneya Lumeta) przywołane są ważne filmy ostatnich lat. Szczególnie interesujący jest dobór tytułów kina polskiego, oglądanego przecież najczęściej w Chicago, tym bardziej świadomie wybieranego. Ponad pięćdziesiąt filmów to już wyrazisty pejzaż, z którego wyłania się kilka generacji tutejszych filmowców.
Owszem, nie braknie filmów, które dopiero co zeszły z ekranów kin. Ale środek ciężkości (ważności) ulokowany jest tam, gdzie filmy o największej mocy oddziaływania i inspiracji. A według Stanisława Błaszczyny jest to kino starych mistrzów. Tych niewciągniętych w pogoń za werdyktem box office’ów.
„Był taki czas, kiedy wydawało się, że w dobie pośpiechu zwięzłe kino przejmie szlachetną rolę literatury – przez wieki jednego z najważniejszych nośników naszej kultury. Tak się jednak nie stało i film, zatoczywszy koło, wrócił do swych plebejskich korzeni, czyli do jarmarku. […] Kino artystycznie ambitne, autorskie przemyka się gdzieś po peryferiach”.
Gorzka refleksja, słodzona raz po raz triumfem tych „z peryferii” – jak widać zdolnych jednak poruszyć tłumy. Wraca jednak podejrzenie, że być może apogeum kina jest już za nami, że najcenniejsze zdarzyło się w przeszłości, a kanon dzieł filmowych nie potrzebuje suplementacji (Latarnia magiczna). „Bo wszystko to, co nas ukształtowało, już było…”
Jestem skłonna czytać tę melancholię nie tyle jako rezerwę wobec nowego, lecz zaproszenie, by wracać do tego, co już pokryła patyna czasu. Przywołam fragment wyjęty z tekstu o filmie Lecha Majewskiego Młyn i krzyż. Dotyczy co prawda mierzenia się z malarstwem Bruegla, nie ma jednak powodu, by rangi flamandzkiego malarza nie przydzielić mistrzom kinematografii: „Może więc tylko przypomnę o tym, jak wielkim przeżyciem może być dla nas obcowanie z twórczością dawnych mistrzów, jeśli tylko damy im szansę zaistnienia w naszej świadomości – poświęcając im czas, skupienie, chęć zrozumienia i zdobycia wiedzy, zarówno o nich samych, jak i o czasach, w których żyli”.

IV

Jak by tu zdefiniować „życie” i „film”, by dało się uzasadnić zdanie pojawiające się w tekście o Lęku wysokości Bartosza Konopki: „[…] przecież do końca nie wiemy, czym tak naprawdę jest rzeczywistość: może całe nasze życie jest rodzajem filmu, który wyświetlają sobie znudzeni bogowie?”
Najpierw zachodzi transformacja życiowych doświadczeń w sztukę. Z chaosem świata, z jego absurdalnością, bezwzględnością, nadmiarem mierzymy się – między innymi – kreując światy własne. Nad nimi mamy władzę, a przynajmniej są od nas zależne. Sztuka (również sztuka filmowa) jest próbą oswojenia tego, co niepojęte w nas samych i mechanizmów, kierujących tym, co wobec nas zewnętrzne. Jest iluzją. „Zawsze więc należy mieć na uwadze umowność i fantasmagoryczny charakter filmowego obrazu”.
Nie sposób jednak dotrzeć do wpisanych w sztukę sensów, trzymając się kurczowo założenia, że to tylko na niby. Iluzja jest jednocześnie prawdą. Granica między doświadczonym realnie, a przeżytym czy zrozumianym w kontakcie z dziełem artysty jest płynna. „Sztuka bowiem wymaga od nas dwoistego przeżycia: jednocześnie trzeba zapomnieć, że jest ona zmyśleniem, i nie zapominać o tym” (Latarnia magiczna).
W tym napięciu między realnością a iluzją, o której pisze Autor, podobnie jak w sprzężeniu ufności i sceptycyzmu, emocjonalności i intelektu tkwi cała przyjemność filmowych seansów. Ich koherentność z życiem. Co teksty zawarte w tej książce potwierdzają, wyjaśniają, a może nawet potęgują.

Renata Borowiak

greydot

.

Reklamy

ZAPISKI, ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY – słowo o nowych książkach

.

Wreszcie nadszedł ten czas, kiedy wziąłem do ręki nowe, pachnące jeszcze drukarnią książki. Zwykle sprawia mi to wielką przyjemność – ta fizyczna bliskość ujętych w formę, zadrukowanych kartek papieru – lecz tym razem była to satysfakcja szczególna, bo autorem tychże książek jest nikt inny, tylko ja. Wszystko to kosztowało mnie (i nie tylko mnie, bo w projekt ten zaangażowanych było wiele innych osób) masę czasu, nerwów i wysiłku – wydawnicza „harówka” trwała niemal dwa lata – jednakże to wszystko blednie wobec glorii gotowego już artefaktu, który tak naprawdę zaczyna żyć swoim własnym życiem, trafiając do ludzi i znacząc w nich swoją obecność. Radość odczuwam tym większą, że wszystkie książki wydane zostały znakomicie – dokładnie tak, jak to sobie wręcz wymarzyłem (no i „zacnie” – jak to zgrabnie określił jeden z ich recenzentów).

Wpis ten poświęcam ich prezentacji – a gdzież jak nie na stronach Wizji Lokalnej znajduje się najlepsze do tego celu miejsce? Tym bardziej, że najprawdopodobniej bez Wizji – bez tego blogowego dopingu i Czytelników – te książki nie mogłyby się zmaterializować. Dziękuję wszystkim tym, którzy się do tego przyczynili.

greydot

tom I – ZAPISKI

Obejmujący niemal dwie dekady wybór zapisków autora, czynionych na marginesie jego podróży po świecie, spotkań z ludźmi, pisanych artykułów, przeczytanych lektur, obejrzanych filmów i obrazów – zarówno tych znajdujących się w galeriach, jak i stworzonych przez Naturę. Komentarze do cywilizacji i przeżywanego świata – do wytworów ludzkiej kultury w postaci zarówno artefaktów sztuki, jak i myśli człowieka szukającego sensu i zrozumienia racji swojego istnienia w przepastnym Wszechświecie. Sentencje i noty ujęte niekiedy w formę aforyzmu, maksymy, konkluzji, puenty… odnoszące się do szeroko rozumianej kultury – filozofii, psychologii, literatury, kina, malarstwa, sztuki… jak również do świata przyrody, którego piękno i brzydota powodują nie tylko nasz zachwyt, ale i przerażenie. Współczesne silva rerum.

*  *  *

517 stron; oprawa twarda, płócienna + obwoluta; 50 ilustracji barwnych; ISBN 978-83-62844-72-2

Noty o książce:

Bohaterem tej książki jest żywa, ruchliwa myśl, która nie cofa się przed stawianiem ryzykownych pytań – i dlatego jest interesująca. Choć wiele też prowokuje tu do sprzeciwu, mamy do czynienia z ważnym sporem między materialistyczną kulturą konsumpcjonizmu a kulturą duchowości, który wciąż pozostaje nierozstrzygnięty… Ten intrygujący autoportret życia duchowego polskiego inteligenta naszego czasu z pewnością zasługuje na uważną lekturę.

Stefan Chwin

Brak rozstrzygnięć nie oznacza stanu zawieszenia. Autor ma sceptyczny stosunek do oświeceniowego kultu rozumu, choć sam kieruje się logiką i racjonalną argumentacją. Broni emocji, intuicji i wiary, ale dostrzega, że mogą prowadzić na manowce. Absurd to coś, co akceptuje z trudem i nie bez licznych zastrzeżeń. Nihiliści to „metafizyczni nic-ponie”, którzy grandzą i sieją zamęt. Ale już wobec rozpaczy ma duże pokłady zrozumienia: „Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz”. Wierzy jednak, że istnieją siły, którymi można ją oswoić lub przeczekać.

Renata Borowiak

Znajdujemy tu wiele tropów, a podążanie za każdym z nich jest niczym przechodzenie przez coraz to nowe drzwi, za którymi czai się każdorazowo nowy, gotowy do odkrycia świat.

Dariusz Barczewski

Autor nie głosi chwały fenomenu, jakim jest przywilej bycia światłą ludzką istotą. On po prostu z tego przywileju korzysta.

Jacek Dygoń

greydot.

tom II – ARTYKUŁY LEKTURY ROZMOWY

Wybór artykułów autora publikowanych na łamach pism polskich i zagranicznych, obejmujących szeroką tematykę społeczną, historyczną i kulturalną (poeci przeklęci, wojna, Ameryka, Indianie, holocaust, erotyzm…). Eseje i recenzje przeczytanych książek – zarówno klasyki (Nietzsche, Ortega y Gasset, H. Hesse, A. Bobkowski), jak i literatury współczesnej (m.in. J.M. Coetzee, S. Chwin, O. Tokarczuk…). Zbiór wywiadów ze znanymi twórcami kultury (A. Holland, K. Zanussi, J. Stuhr, Cz. Niemen, H.M. Górecki i in.); rozmów z przyjaciółmi i czytelnikami bloga Wizja Lokalna (literatura, sztuka, kino, mit, religia, popkultura…) oraz prób poetyckich z wątkami autobiograficznymi w tle.

*  *  *

 

584 strony; oprawa twarda, płócienna + obwoluta; 35 ilustracji barwnych, 11 czarno-białych
ISBN 978-83-62844-73-9

Noty o książce:

Ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim. Jest w tej książce wiele rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem.

Stefan Chwin

Bogactwo tematów do jakich nawiązuje się w książce – i dziedzin, w jakich się ona zanurza – jest oszałamiające. Czytelnik znajdzie tu aforystyczną gęstość, ale i eseistyczny rozmach; odwołania zarówno do cywilizacji i kultury, jak i jednostkowej „doli człowieczej”. Obok wędrówek w przeszłość, jest diagnoza stawiana współczesności. Są odniesienia do kina, literatury, filozofii, psychologii, socjologii, historii… nawet do polityki, wbrew apolitycznym deklaracjom Autora i jego niezależności od jakiejkolwiek ideologicznej koniunktury.

Bogdan M. Kwiatek

Podróż to słowo kluczowe w tej lekturze. Podróż przez meandry kultury, cywilizacji i ludzkiej psyche. Trudne wybory pomiędzy rozumem i intelektem a czuciem i wiarą. Zawieszenie między zachwytem nad światem a przerażeniem wagą obecnego w nim cierpienia – wreszcie między jego brzydotą a pięknem. Zastanawia to, czy ta podróż jest pogonią za czymś, czy też ucieczką przed czymś?

Elżbieta Kondyra

Od błysku i zadry po logiczny wywód i polemiczną dysertację. Po kobiecemu określę tę książkę analogią do perfum. Nuta głowy (faza wrażeń) to wszechstronność, różnorodność tematów i form, mnogość obserwowanych zjawisk i bodźców. Nutę serca (spoiwo) tworzy rozmowa – z bohaterami wywiadów, z tekstami kultury i z sobą samym. Nuta bazy (głębi) to metafizyczny głód sensu i potrzeba stawiania pytań. I tak jak rozwija się zapach, tak zmienia się oddziaływanie tej książki. Co warto na sobie przetestować.

Renata Borowiak

greydot.

.

.

.

.

RECENZJE

.

.Poniżej przedstawiam recenzje książek (tom I i II recenzowane były jako całość), ponownie dziękując przy tej okazji ich pierwszym Czytelnikom, którzy zarazem stali się jej recenzentami. Dziękuję im za czas jaki poświęcili tej lekturze oraz za ich teksty, które były tego rezultatem. Ich uwagi, zachęty i opinie były dla mnie bardzo pomocne, utwierdzając mnie w przekonaniu, że opublikowanie moich tekstów w formie książkowej jest zasadne i ma sens. Jestem Wam wszystkim bardzo wdzięczny.

greydot

.

METAFIZYCZNY SURVIVAL

.

„Może to zwyczajne – wracać późną porą do domu, do miejsc ziemi rodzinnej, do wspomnień tego, co już się w naszym życiu wydarzyło. Do refleksji – jak, po co i dlaczego? Do pytania o to, kim naprawdę jesteśmy i jak się zmieniamy? O to, jaki sens i kierunek ma droga, trakt, na który weszliśmy – wszystkie te nasze pogonie, ucieczki, powroty…”

*

Ta książka jest zapisem podróży i spotkań. Tych rozgrywających się realnie, ale przede wszystkim tych, które zdarzyły się w sferze mentalnej. Podczas lektury, seansu, wywiadu, w przestrzeni wirtualnej i po prostu w podróży przez życie. O podróżach, którymi dzieli się Autor, i podróży, w którą może wyruszyć Czytelnik.

Silva rerum

Porządkowanie uniwersum tej książki jest zadaniem tyleż ambitnym, co zbytecznym. W roli drogowskazu świetnie spełnia się spis treści. Mamy tu: zapiski z notatnika, teksty o lekturach, rozmowy z artystami i przy­jaciółmi, zbiór artykułów, utwory liryczne i najskromniejszy w formacie, lecz z zakusami na mikrokosmos, dział ŹRÓDŁA. Każda z tych szuflad rozrasta się i mieni tematami, mirażami, kontekstami. Silva rerum – praw­dziwy las rzeczy.
Zadanie porządkowania jest ambitne, gdyż uchwycenie istoty każ­dego z rozdziałów to nie tylko zdefiniowanie formy. Już to niełatwe, bo wywiad, recenzja, szkic czy wiersz to terminy dość umowne. Notatki wcale nie są szkicowe, często zmierzają w stronę aforyzmu lub miniarty­kułu czy eseju. Omówienia książek to trampolina do filozoficznych roz­ważań. Wywiad równoważy rozmówców i nawet tam, gdzie bohater jest wyraźnie wskazany – gdy tematem jest jego twórczość – ten, który pyta, wcale nie chowa się w cieniu. Poezja rozpościera się „pomiędzy” liryką pojedynczych wzruszeń czy błysków a poematem o przypadkach uniwer­salnych i ponadjednostkowych. Gdyby ktoś zamierzył sobie sklasyfikować pytania, wokół których ogniskuje się narracja, też nie rozjaśniłby zbyt wiele. Mógłby wskazać na rozważanie antynomii: afirmacja – nihilizm, ciało – duchowość, natura – sztuka, racjonalizm – emocjonalność. Są to jednak etykiety bardzo ogólne, a teksty Stanisława Błaszczyny rodzą się z konkretnych impulsów.
Zadanie porządkowania jest zbyteczne, bo po cóż segregować coś, co mimo pozornego miszmaszu, rządzi się wewnętrzną logiką, jest dostępne i czytelne zarówno wtedy, gdy mierzymy się z tym po kolei, od strony pierwszej po ostatnią, jak i wówczas, gdy wybieramy z wnętrza fragmenty, zwabieni nazwiskiem czy celnym zdaniem. Subiektywny odbiór rozstrzyga o tym, czym dla kogo ta książka może się okazać. Mnie przyciągały roz­ważania metaliterackie (po co i jak pisać), uwagi o książkach (zwłaszcza o Hańbie Coetzeego czy Losie utraconym Kertésza), rozmowy o potrzebie mitu. Ktoś inny wskaże na niepokorne dyskusje z autorytetami, pytania egzystencjalno-religijne, starcia z nihilizmem, rozmyślania o wolnej woli i determinizmie czy dyskusje o konfliktach politycznych współczesności.
Spis treści i podtytuły są wskazówką wystarczającą, by wybierać, wer­tować, przeskakiwać strony i wracać do miejsc podkreślonych. Do tych, które ktoś uzna za wyjątkowo celne lub zaczepne.

Kim jesteś – zgadnę po lekturach

Można odnaleźć w tej książce niejeden trop autobiograficzny. Wszystko zaczęło się na Podkarpaciu, w małej ojczyźnie, która wyposażyła Autora w pakiet swojskości i głód wielkiego świata. Były studia w Krakowie. Może stąd (a może zewsząd) bierze się przywiązanie do polskiej tradycji, intelektu­alny ferment, skłonność do roztrząsań i zadawania „pytań naiwnych”, które wracają, domagając się odpowiadania na nie wciąż od nowa. Były podróże. Ta, która wyznaczyła nowe miejsce na ziemi – w Chicago lub okolicach. Krocie innych, które do perspektywy polskiej i zachodniej (amerykańskiej) dodały spojrzenie z innych kultur, niszowe i egzotyczne. Autobiograficzne ślady prowadzą w głąb natury i do festiwalowego świata filmu i muzyki.
Życiorys jedno, biografia intelektualna drugie. Teksty zawarte w tym tomie tworzą portret wewnętrzny. Impresjonistyczny – bo jego percepcja jest subiektywna, zależna od światła i nastroju, kontury niejednoznaczne, kolory nakładane warstwami. Pisane były latami, więc czasem, by dotrzeć do sedna poglądów Autora, warto zderzyć wypowiedzi, które ten sam pro­blem ujmują pod wpływem różnych inspiracji i osadzają go w odmiennym kontekście. Mam wrażenie spójności, choć tonacji tu wiele: od zachwytu i afirmacji (podkreślonej ostatnim zdaniem ZAPISKÓW), przez polemiczną zaczepność, krytyczny sceptycyzm, neutralną rzeczowość, pokorną niepew­ność i ufność, że wie się swoje.
Dla tych, którym rekonstruowanie portretu wyda się istotne i dla tych, którzy szukają tylko bodźca do własnych poszukiwań, nie bez znaczenia będzie wgląd w dobór kontekstów. Przywołam tu inspiracje literackie wyodrębnione rozdziałem LEKTURY, ale można by rzucić światło również na kontekst filmowy, muzyczny, historyczny, społeczny, podróżniczy etc.
Oddzielne szkice poświęcone zostały tekstom Andrzeja Bobkowskiego, Stefana Chwina, Stefana Kisielewskiego, J.M. Coetzeego, Hessego, Nie­tzschego, Olgi Tokarczuk, Ortegi y Gasseta czy Fenby’ego (LEKTURY). Literatura przywoływana jest również w rozdziale ZAPISKI. Pojawia się Dostojewski i Cioran, Kundera i Miłosz, Pascal, Schopenhauer, Kierkegaard, Kołakowski i Tischner, Herling-Grudziński i Mrożek, Montaigne i Szek­spir, Imre Kertész i Sándor Márai. Na marginesie wspomnę o pismach czy wypowiedziach popularyzatorów myśli naukowej z psychologii (Wolfgang Prinz), socjologii (Zimbardo), filozofii (Mikołejko), neurobiologii (Vetu­lani) czy dziedzin jeszcze ściślej biologicznych.
Po pierwsze: mało tu fabuły. Dominują dzienniki i teksty eseistyczne, wolne od pośrednictwa fikcji. Nie jest to przypadkowa zbieżność, lecz świadomy wybór. Zabłąkana w tym towarzystwie powieść Olgi Tokarczuk pojawia się jako pretekst. Autora wyraźnie irytuje kryminalna intryga (Pro­wadź swój pług przez kości umarłych), odrzuca sposób podejścia do cier­pień zadawanych zwierzętom, ale już temat uzurpowanych przez człowieka praw, zawłaszczających zwierzęce życie bezkarnie i bezmyślnie, zasługuje na inkrustowany pytaniami komentarz.
Dzienniki górują nad beletrystyką tym, że mają pełnokrwistego, osadzonego w świecie bohatera. Rzecz jasna: ważne, co piszący dzienniki myśli, jego poglądy poddane są analizie, storpedowane kontrą lub przywołane jako zaczyn reflek­sji. Ale nie bez znaczenia jest osobowość: „chuligan wolności” (Bobkowski), kontestator peerelowskich absurdów (Kisiel), autystyczny wrażliwiec (Coet­zee) i filozof komentujący „dorosłym” „sprawy trudne do zniesienia” (Chwin).
Każda z tych postaci jest wybranym przez Stanisława Błaszczynę Roz­mówcą, o niepodważalnym potencjale intelektu. I nie tylko intelektu, co przekornie zilustruję cytatem: „Kiedy czytałem Szkice piórkiem, niejedno­krotnie odnosiłem wrażenie, że «intelektualizm» Bobkowskiego jest w jego osobowości jakimś obcym niemal wtrętem, dodatkiem, swoistym «kwiat­kiem do kożucha» – że więcej prawdziwej esencji tego charakteru znaleźć można w jego mięśniach, hormonach, «sercu» i jądrach niż w jego szarych komórkach i poskręcanych mózgowych zwojach”.
Po drugie: dużo filozofii. Są teksty filozofów rozczytywane, by je zro­zumieć i teksty przywoływane, by z nimi polemizować. Filozoficzny (bo egzystencjalny) charakter ma dyskurs całej książki. To chyba więcej niż koncepcja, to adekwatność formy do postawy Autora wobec świata. Zbadać coś z kilku stron i wyrobić sobie zdanie. Podważyć, zajrzeć pod podszewkę. Skonfrontować z tym, co dotąd uznawało się za swój pogląd i postawić pytania, na które odpowiedź nie może być ostateczna, lecz – dzięki pró­bom i powrotom – coraz bardziej własna.
„Próbuję po swojemu demontować tę wielką machinę rzeczywisto­ści, która mnie otacza; przejrzeć na wskroś ową gigantyczną konstrukcję, przyglądnąć się z bliska jej poszczególnym elementom… A mimo to nie opuszcza mnie wrażenie, jakbym podglądał świat przez dziurkę od klucza”.
Te powtarzające się refleksje dotyczą – tak ja to widzę – sprawdzania kanałów percepcji. Zaufać ciału czy mieć się na baczności, gdy instynkt bierze górę? Postawić na intelekt czy raczej chronić w sobie to, co „mięk­kie”: wiarę, empatię, miłość? Szukać wolności i nie dać jej sobie uszczk­nąć czy uznać, że zawsze jesteśmy spętani jakimś rodzajem determinacji? Gdyby istniały zadowalające rozstrzygnięcia, można by uszczuplić liczbę stron i liczbę znaków zapytania.
Brak rozstrzygnięć nie oznacza stanu zawieszenia. Autor ma sceptyczny stosunek do oświeceniowego kultu rozumu („Ceną, jaką płacimy za wiedzę, jest zwykle rozczarowanie”). Choć przecież sam kieruje się logiką i racjo­nalną argumentacją. Broni emocji, intuicji i wiary, ale dostrzega, że mogą prowadzić na manowce. „Jedną z właściwości wiary jest to, że znosi ona pojęcie absurdu. Mało tego – czyni dogmatami to, co osobom niewierzą­cym (lub wyznającym inną religię) wydaje się absurdem”. Absurd to coś, co akceptuje z trudem i nie bez tysięcznych zastrzeżeń. Nihiliści to „meta­fizyczni nic-ponie”, którzy grandzą i sieją zamęt. Ale już wobec rozpaczy Autor ma duże pokłady zrozumienia: „Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz”. Wierzy jednak, że istnieją siły, którymi można ją oswoić lub przeczekać.
Po trzecie: książki z wysokiej półki. Co prawda na popkulturę Autor nie jest obojętny, ale sięga do niej raczej przez medium kina. Wybrane tek­sty literackie to nie debiuty, rzadko nowości czy artystyczne eksperymenty, czytadła są poza horyzontem. Znów ważne jest kryterium doboru kontek­stu ze względu na wagę podejmowanych tematów i osobę twórcy. Trafiają tu literaccy nobliści: Miłosz (Ziemia Ulro), Imre Kertész (Los utracony) czy J.M. Coetzee (Hańba), lecz co ciekawe: tym, co rozstrzyga o wartości książek, jest ich „nieliterackość”.
„Ziemia Ulro to jest dla mnie ten rodzaj lektury, który wykracza poza… literaturę”. Za co więc ceni Miłosza? Za trafność metafizycznych diagnoz, za łączenie antynomii, przenikliwość, a nade wszystko za możliwość utoż­samienia się z myślą i słowem Miłosza, który „dotyka tych samych roz­darć, które i mnie bolą, obnaża to samo kalectwo, które i mnie nęka”. Wszystkie światy literackich fikcji Autor jest gotów oddać za tekst, który jawi mu się jako Prawda.
Los utracony w ocenie Stanisława Błaszczyny dlatego zasługuje na uwagę, że będąc powieścią, jest jednocześnie świadectwem życia Kertésza. Dotyka najtrudniejszych doświadczeń, totalnego ogołocenia, a mimo to, bez try­wialnych podpórek, przezwycięża czerń (słynne i paradoksalne „szczęście obozów”). Stemplem potwierdzającym wartość Losu utraconego jest to, że „Kertész pisze własną krwią, strachem, bólem i trzewiami, trzymając je na smyczy, by nie zagnały go właśnie na manowce literackości”.
O Hańbie pisze Stanisław Błaszczyna, zestawiając lekturę powieści z fil­mowym seansem. Temat powraca w pełnej pasji dyskusji z Kartką z Podróży (ROZMOWY). Historię profesora Luriego czyta jak antyczną tragedię, od której można oczekiwać katharsis. Konfrontacja z Losem jest konfrontacją z tym, co w człowieku podłe i tym, co słabość przełamuje. Jest docieraniem do prawdy o sobie i jej wyzwalającej mocy. Hańba zyskuje uznanie Autora nie ze względu na kunszt literacki Coetzeego (zaletą jest właśnie porzuce­nie „atrakcyjnych literackich szatek”), ale dlatego że jak „każda prawdziwie wielka literatura […] ma wymiar biblijny”.
To, co wynika z literackich wyborów Stanisława Błaszczyny, definiuje zarówno jego ambicje czytelnicze, jak i pisarskie. Sedno ujmuje refleksja o Ziemi Ulro: „Ta walka Nadziei ze Zwątpieniem – to jest jednak sprawa życia i śmierci, taki metafizyczny survival”. ‘

Ufać i wątpić

Warto zwrócić uwagę na paradoks zaufania i podejrzliwości, obie postawy idą tu ze sobą w parze. Najsilniej można to obserwować w tekstach z roz­działu ARTYKUŁY. Z jednej strony afirmatywna postawa wobec świata, dopatrywanie się Sensu i pochwała zmagań z tym, co w świecie i jed­nostkowym losie jest niedoskonałe. Permanentna afirmacja wypływająca z zachwytu, pokory czy determinacji. Z drugiej strony – nieufność wobec manipulacji, polityki i ideologii.
Czasem w stan podejrzenia postawiona jest propaganda polityczna (hitlerowskich czy izraelskich agresorów, bez wyjątku), cywilizacyjne zadu­fanie (podbój Dzikiego Zachodu) lub religijne namaszczenie doczesnych konfliktów. Innym razem pytania budzi ludzka natura – może nazbyt giętka i asekuracyjna. Niepokojące tropienie relatywizmu i samouspra­wiedliwień znajdziemy między innymi w tekście o artystach zaprzedanych władzy (Leni Riefenstahl i István Szabó). Artyści buntownicy (Rimbaud, Verlaine, Joplin, Morrison) poddani są odbrązowieniu, choć trzeźwy ogląd nie niszczy mitu, lecz go koryguje. Porcja nieufności musiała przy­paść w udziale również popkulturze (Kaczor Donald i Madonna). Mam wrażenie, że nawet tu powątpiewanie idzie ręka w rękę z akceptacją fenomenu.
Bezcelowe byłoby ponowne wyliczanie różnorodności tematycznej. Arty­kuły (rozwijające obserwacje poczynione w zapiskach) wprowadzają bardzo rozległe konteksty, ukazane z wielu perspektyw. Ani amerykański punkt widzenia, ani europejski czy polski nie ma tu wyłączności. Doświadczenia życiowe Autora, wsparte uważnością na świat, otwierają te rozważania na racje kilku stron.
Ujęło mnie coś jeszcze: pomysł zestawienia ze sobą tekstów pisanych latami (można liczyć w dekadach). Koncept wydaje się ryzykowny. Artykuły inspirowane tematem społecznym – inaczej niż zapiski o lekturach czy fil­mach – tracą rezonans, gdy znika problem lub gdy rzeczywistość dopisuje ciąg dalszy. Tekst o konflikcie izraelsko-palestyńskim powstał w 2001 roku. Dodano do niego aneksy z lat późniejszych. Ale jeśli ten pomysł się broni (sądzę, że tak), to nie tyle dzięki aktualizacjom czy autokomentarzom. Waż­niejsza jest metoda łączenia opisu zdarzeń czy zjawisk z pytaniem o to, co podstawowe i niezmienne. Dlatego, choć wgląd w racje izraelskie i arabskie im rzetelniejszy, tym większe budzi uznanie, to o ciężarze rozważań decydują imponderabilia. Elementarne pytania, które w tekstach Stanisława Błasz­czyny są istotne. I odwieczne, więc odporne na dezaktualizację. Zwłaszcza że Autor ma świadomość, że nie stawia ich jako pierwszy.

Rozmowa w stylu retro

„Jestem chyba człowiekiem anachronicznym…” – wyznaje Autor, przy­znając się do swej fascynacji malarstwem dawnych mistrzów. Wyznanie jest kokieteryjne. Anachroniczność oznaczałaby niedostrzeganie tego, co dzisiejsze, nienadążanie i epigoństwo. Ależ skąd. Jest jednak coś na rzeczy, bo przecież rozmach, pietyzm, drążenie tematu, cierpliwość i choćby próba scalania rozproszonych poglądów i tekstów mają w sobie staroświecki sznyt.
W poprzek współczesnych trendów (pośpiech, zdawkowość, ulotność) sytuuje się nastawienie na dialog. Równolegle z rozmową prowadzoną z autorami tekstów, z poglądami współczesnych i ludzi dawno minionych, toczy się dialog z rozmówcą nieco bardziej namacalnym. Z każdym, kto zechce podjąć zaproszenie.
Wyznam, że mam osobiste (choć wirtualne) doświadczenie rozmów na blogu Wizja Lokalna. Stanisław Błaszczyna (z sentymentem wspominam niegdysiejszy nick – Logos Amicus) jest rozmówcą szalenie wymagającym. Wymagającym, ale też uważnym, gościnnym, dociekliwym. Posty nie są przecież lakoniczne. Z uśmiechem przywołuję tu dylemat Autora zasygna­lizowany w ZAPISKACH: elaborat czy haiku? Zazwyczaj to pierwsze. Jeśli dodamy sążniste, wielopiętrowe komentarze, pozostawiane przez Czytelni­ków, moderowane przez Autora, uświadamiamy sobie, jaką wagę mają te spotkania.
Zapis kilku dyskusji trafił do działu ROZMOWY. Ich temperatura i wnikliwość są fenomenem. Choćby dlatego że wymiana zdań wymaga od interlokutorów znajomości tematu. Zamieszczone w tym tomie blogowe rozmowy dotyczą: powieści Coetzeego (Hańba), konfliktu izraelsko-palestyń­skiego, symboliki Krzyża, moralności moralistów, wojowniczości i pacyfi­zmu, potrzeby mitów etc. Ich zamaszystość, wielokontekstowość, a zwłaszcza determinacja w przekonywaniu do swoich poglądów kontrastują z codzien­nym doświadczeniem bardzo przelotnie rzucanych komunikatów. Uznanie budzi zaangażowanie Czytelników bloga, a zwłaszcza energia Moderatora, podsycającego rozmowę kolejnymi impulsami i polemicznym zacięciem.
Zadaję sobie pytanie, skąd bierze się ta potrzeba pisania i konfron­towania tekstów ze światem. Jedną z odpowiedzi jest próba zrozumienia i uporządkowania siebie. „Tworzą tylko ludzie, w których jest jakieś pęk­nięcie – w ten sposób dążą oni do sklejenia siebie w jedną nierozsypującą się całość”. Objaśnianie siebie dzieje się jednak poprzez Drugiego, który naszym słowom poświęca uwagę, tym samym uwierzytelniając nasz głos.
„Naturalnie, że pisząc do szuflady trafiamy w pustkę, czyli do «nikąd». Dopiero wtedy, gdy coś, co stworzymy (napiszemy, sfotografujemy, skom­ponujemy… etc.), znajdzie oddźwięk w drugim człowieku, to zaczyna to żyć, czyli tak naprawdę – istnieć. Tak jak stwierdził kiedyś Berkeley: Esse est percipi (istnieć to znaczy być postrzeganym). Odnosi się to zresztą nie tylko do tego, co tworzymy, ale i do nas samych (stąd zatrzęsienie wszel­kich blogów, stron fejsbukowych i innych sposobów autoprezentacji)”.
I to też jest metafizyczny survival.

Renata Borowiak

* * *

INNE RECENZJE (fragmenty)

.

PEŁNOKRWISTY HUMANIZM

(…)
Nie sposób wskazać tutaj jednej myśli przewodniej, która poprowadziłaby czytelników przez lekturę dzieła. Przez Zapiski wiedzie bowiem kilka lub kilkanaście tropów, a podążanie za każdym z nich jest niczym przechodzenie przez coraz to nowe drzwi, za którymi czai się każdorazowo nowy, gotowy do eksploracji świat. Warto tutaj nadmienić, że nie są Zapiski pozycją fabularną: żadna kompozycja oparta na fikcji nie wytrzymałaby strukturalnie tak potężnego ładunku treści osadzonego w tak „potarganej” (ze swojej natury) strukturze.
Czym właściwie są Zapiski? Może rodzajem pamiętnika? Rozliczeniem się Autora z własnymi przeżyciami, próbą zachowania ich w kapsule czasu, a tym samym unieśmiertelnienie – z pożytkiem dla siebie i czytających? Jest to zarazem próba bardzo ryzykowna, bo już na wstępie nasuwają się ważkie pytanie: czy Autor podołał tak karkołomnemu zadaniu? Czy udało mu się spiąć w spójną całość rozważania o wszystkim i o niczym? Nade wszystko zaś, czy efekt jego wieloletniej pracy jest dość interesujący, by zafascynować współczesnego Odbiorcę, wszystkowiedzącego, niecierpliwego, wiecznie głodnego dróg na skróty i łasego na odpowiedzi rysujące się, zanim na dobre zakiełkuje pytanie? Wyzwanie – tak możemy w najkrótszy i uczciwy sposób ocenić epickie dzieło Stanisława Błaszczyny. Czy zwieńczone sukcesem? O tym postarajmy się przekonać w toku niniejszej recenzji.
Książka podzielona jest na dwa tomy, które zawierają: Zapiski (tom pierwszy), Artykuły, Lektury i Rozmowy (tom drugi). Każda z części składowych jest diametralnie inna, każda stanowi właściwie osobną, zamkniętą całość. Zapiski to interesujący strumień świadomości opływający szeroko rozumianą materię wszechrzeczy. W Lekturach odkryjemy szereg recenzji, ale i rozważania o instytucji recenzji jako takiej. W Rozmowach, wreszcie, czeka na nas bardzo nietuzinkowa niespodzianka… (,,,)
Przyjrzyjmy się Zapiskom. Ich treścią jest jedyny w swoim rodzaju melanż rozważań o… wszystkim. Człowiek i Bóg. Życie i śmierć. Wiara i ateizm. Religia i racjonalizm. Etyka, moralność. Konsumpcjonizm. Indywidualizm. Słowo. Sztuka. Kultura. A pomiędzy każdym z tych haseł jeszcze wielokrotnie „człowiek” – temat dla Autora nadrzędny i bezwzględnie priorytetowy. (…)
Rozważania o kulturze – czy, ogólnie: o artefaktach ludzkiej słabości (lub mocy) twórczej – stanowią bez wątpienia mocną stronę Zapisków. Ta niewydzielona strukturalnie sekcja w sekcji, sama składa się z wielu osobnych narracji. Fakt, że nie kolidują ze sobą, że nakładają się na siebie i tworzą polifoniczną uwerturę jest godną pochwały zasługą Autora, który nie tyle warsztatem (skądinąd bardzo dobrym, by napisać tylko tyle), ale ogromnym rozeznaniem w temacie (tematach) i szaleńczym bez mała zafascynowaniem przedmiotem rozważań porywa czytelnika i – nieco na siłę, ale nie wbrew jego woli – wpycha go głęboko w nurty strumienia dociekań. Stanisław odnosi się równie chętnie do książek, filmów, muzyki czy płócien, nie gardząc przy tym osobami ich twórców. Nota bene, Zapiski mają bardzo malarską oprawę, gdyż do ilustracji swojego dzieła Autor wybrał (między innymi) solidną garść naprawdę dobrych reprodukcji: od Vermeerowskiej Kobiety z wagą (zapewne nieprzypadkowo wybranej na intro), poprzez Millaisa, Malczewskiego czy van Gogha, po Maneta i Picassa. Jeśli dodamy do tej listy także zdjęcia z licznych podróży Autora dookoła świata, to wiemy już, że pisząc o artefaktach ludzkiej kultury, Stanisław nie potraktował po macoszemu estetyki.
(…)
Specjalizacją Autora jest kultura, jednak bystry i otwarty umysł, umiejętność posługiwania się logiką i zdolność łączenia faktów, stanowią uniwersalne narzędzie poznawcze. Akapity poświęcone wymienionym tutaj tematom polecam szczególnej uwadze czytelników jako ważkie w dyskusji o „dzianiu się” historii, o destynacji gatunku Homo sapiens (zwłaszcza w ujęciu społecznym i narodowym). Stanisław nie jest na tym polu przypadkowym gościem. Stojąc nieco z boku, umiejętnie wskazuje świeże ścieżki dedukcji, obce mainstreamowym mediom, których przywiązanie do stereotypów jest wszak legendarne. (…)
Warto podkreślić, że niemalże obsesją Autora są rozważania na temat wojny i pokoju. Pojawiają się one w Zapiskach w postaci odniesień do tzw. wojny z terroryzmem, amerykańskiego militaryzmu czy – w szerszym kontekście pojęcia wojny sprawiedliwej. Nota bene, zrozumiałą uwagę poświęca Autor największemu mocarstwu obecnego świata, czyli Stanom Zjednoczonym. Interesujące są i te przemyślenia, choćby z takiego powodu, że spisywane są ze szczególnej perspektywy: Autor jest bowiem jedną nogą „tam”, w Ameryce, drugą zaś w Starym Świecie, w Polsce i Europie – będąc jednocześnie obywatelem dwóch półkul Ziemi (dwóch światów), starając się przy tym uniknąć jednostronnej optyki.
Nie podołamy tutaj szalonemu wyzwaniu, jakim byłoby przytoczenie wszystkich pojawiających się w książce wątków. Można by wspomnieć o dywagacjach historycznych (na przykład dotyczących zdobycia władzy przez Hitlera czy charakteru postaci Napoleona); o związkach między Naturą, Sztuką i Cywilizacją; o odniesieniach do kina, literatury, malarstwa; o „dialogu” ze Stanisławem Lemem czy wreszcie o intrygujących dywagacjach psychologicznych (wielopoziomowych i „zdradzających”, jak głębokie i wielopoziomowe są rozważania Autora w tej dziedzinie) i nie tylko. Listę zatem urwijmy i przejdźmy do kolejnych części książki.
Artykuły – stanowiące wybór tekstów publikowanych przez Stanisława Błaszczynę w prasie polonijnej i krajowej – otwierają drugi tom dzieła. Pod względem skali, ale i problematyki oraz ciężaru gatunkowego można je uznać za najważniejszy – obok Zapisków lub samodzielnie, w zależności od gustu – element składowy książki.
Podobnie jak w przypadku Zapisków, mamy tutaj do czynienia z tęczą tematów. Autor nas nie oszczędza, serwując już na wstępie mocne wejście smoka. W Czasie przemocy podejmuje wątek ważny dla siebie osobiście, ale zarazem szalenie ważny dla ludzkości en masse. Tytuł mówi sam za siebie, a my uściślijmy, że Stanisław analizuje aspekt wojowniczości Homo sapiens. Znajdziemy tutaj szereg trafnych uwag, podanych w interesujący sposób (chociażby dzięki kontekstowi historycznemu czy też odniesieniom do znanych osobistości świata kultury), bez zacietrzewienia – chciałoby się rzec, że metodą naukową, w oparciu o obserwację i badanie, o obszar empirii. Rzecz bardzo interesująca i, niestety, wiecznie na czasie, gdyż chmury burzowe wojen i, szerzej, społecznie, narodowo czy też religijnie motywowanej przemocy są zbyt ciężkie by rozwiał je wiatr dziejów.
Nad ludzką naturą pochyla się Autor także w eseju Mefisto i Riefenstahl – żywoty równoległe? Artykuł ten jest zarazem ciekawą wyprawą do świata sztuki – rzec by się chciało, że do katakumb, skrytych zazwyczaj przed ludzkim okiem, mrocznych i posępnych, bliższych piekłu niż niebu. Stanisław dokonuje pewnej ekwilibrystyki porównując dwie postaci: fikcyjnego Mefista i jak najbardziej niefikcyjną Leni Riefenstahl, ikonę kinematografii nazistowskiej, której gwiazda niejako wbrew przeznaczeniu, nie zgasła do dzisiaj (aczkolwiek jej blask przytłumiony jest moralnym odium ciążącym nad słynną reżyser). Punkt wyjścia do rozważań szalenie interesujący. Same rozważania – nie zdradzając ich treści – niebanalne i odkrywcze, a przy tym świetne w lekturze!
Dobrze nam w temacie kultury, więc przyjrzyjmy się kolejnej historii spod tego znaku. Poeci przeklęci zaciekawiają już od pierwszych zdań: sama definicja tytułowych poètes maudits nastraja optymistycznie do dalszej części tekstu. Frapująca nuta romantyzmu, gorycz wyzwania rzuconego mainstreamowi, cierpki smak wielkich emocji… Autor wgłębia się w temat zaglądając do okna w oknie, o poetach przeklętych pisze z pozycji widza Całkowitego zaćmienia Agnieszki Holland, która sama – nie będąc wprawdzie „wyklętą”, ustawiła się nieco w poprzek klasycznej perspektywy, z własnego wyboru zbliżając się ku swym upojonym nihilizmem bohaterom. Holland, a dzięki niej Rimbaud i Verlaine, ale także, nieco na marginesie, Trakl, Baudelaire czy Przybyszewski… lektura tego artykułu jest głębszym niż można by się spodziewać zanurzeniem w świat opisany. A przecież, zaraz na kolejnej stronie, tuż po Poetach przeklętych, czeka nas opowieść o Morrisonie, Hendrixie i Joplin…
(…)
Nie ma sensu, aby wymieniać wszystkie artykuły, a tym bardziej aby je opisywać: zostawmy kilka niespodzianek dla czytelnika, który z pewnością znajdzie dla siebie coś ciekawego. A rozpiętość tematyczna tekstów ujętych w tej sekcji jest naprawdę spora i nie wszystkie koncentrują się na kulturze jako takiej – na przykład cykl artykułów poświęcony został kwestii indiańskiej, poczynając na pechowej wygranej pod Little Bighorn, a kończąc na tragedii… bizona, a osobnego wpisu doczekała się tragedia smoleńska (nota bene, postrzegana przez Autora zza Oceanu i może dlatego właśnie godna uwagi). Na tym skończmy. Zachęcając czytelników do zapoznania się ze wszystkimi artykułami, przejdźmy do następnego punktu programu.
Lektury to przeskok do zupełnie innego uniwersum. Zarówno w ujęciu stylistycznym, jak i pod względem charakteru dzieła. Ta część jest bardziej uporządkowana, w wyraźny i logiczny sposób jest podzielona na poszczególne sekcje poświęcone omawianym książkom. Z konieczności każda z takich pozycji uzyskała więcej przestrzeni niż niezwykle liczne, zatomizowane wątki w Zapiskach. Ma to swoje zalety – jedną z nich jest choćby cokolwiek bardziej klasyczna narracja. Dla wielu czytelników książki treść Lektur może być kluczową zawartością książki. Zresztą, te teksty krytyczne stanowią swego rodzaju bazę, są elementem fundamentu pod epickim i niejednorodnym w formie monumentem „filozoficznej” części pierwszej.
Trzeci rozdział, Rozmowy, nie zapowiada niespodzianki, wszak tytuł jest wystarczającą informacją, by wiedzieć, na co możemy liczyć. I faktycznie, mamy tutaj możliwość zapoznania się z fragmentami wywiadów np. z Juliuszem Machulskim, Krzysztofem Zanussim (trudna dyskusja!), Agnieszką Holland, Radosławem Piwowarskim, Januszem Zaorskim, Jerzym Stuhrem, ale także z Tadeuszem Nalepą, Czesławem Niemenem i Henrykiem Mikołajem Góreckim. Na nazwiskach znanych i uznanych się nie skończyło. Nietuzinkowym otwarciem części są bowiem… zapisy rozmów blogowych. A konkretnie dialogów prowadzonych w formie komentarzy pod wpisami na blogu Autora. To jest właśnie ta obiecana niespodzianka. Nieczęsto się zdarza, by w formie drukowanej autorzy tak dosłownie odnosili się do „potyczek” cyberprzestrzennych! Niespodzianka jest trafiona, bowiem, o ile wywiady z celebrytami okazują się rzeczywiście interesujące – co najmniej interesujące! – to przecież pełne żaru i emocji rozmowy niepokorne z przedstawicielami blogosfery wcale im nie ustępują, a może nawet przerastają. Są przy tym zupełnie inne: mniej formalne, improwizowane od początku do końca, momentami nawet nerwowe, bardzo przy tym autentyczne i bogate w mądrą treść. (…)
W czwartej części – Lirycznie – doświadczymy kolejnej interesującej wolty, jako że przenosimy się do mniej wymiernego, bardziej miękkiego świata poezji. Jej twórcą jest sam autor, a o części utworów można napisać to samo, co o konstatacjach w Zapiskach – są one odpowiedzią na potrzebę chwili, jeszcze jedną formą rejestracji przemyśleń autora, tyle że nieco mniej obiektywną, celowo mocniej naznaczoną formą. Są poszczególne liryki elementem dialogu z dziełami sztuki, jak choćby Pustka i żar oraz Jak pies będące wierszowanym komentarzem do pradowskich obrazów Goi i Boscha. Ta część jest szczególnie trudna w ocenie, gdyż jako mniej „racjonalna” silniej uzależniona jest od gustu Czytelnika, czy też nawet jego nastroju.
Last but not least, zamykające książkę Źródła i strumienie to epilog zamiast wstępu. Zabarwiony miłoszowskimi wątpliwościami i odnoszący się do najważniejszego z pytań: „dlaczego?” Nie jest to podsumowanie całości, raczej osobna mikro-całość i zarazem interesująca kropka nad „i”.
(…)
Imponująca jest rozległa wiedza Stanisława Błaszczyny i niezwykła łatwość, z jaką porusza się po tak różnych przestrzeniach, jak te będące treścią książki. Gdybyśmy chcieli skrócić niniejszą recenzję, a tym samym ocenę książki do jednego zdania, powinno ono zapewne brzmieć tak: Zapiski. Lektury. Rozmowy to pozycja nietuzinkowa, doskonała jako odpoczynek od popularnych powieści, ale i świetna jako element ekwipunku badacza rzeczywistości. Dla osób chcących zatrzymać się na chwilę przed mądrymi pytaniami i gotowych poświęcić czas na próbę znalezienia odpowiedzi, jest to lektura wręcz obowiązkowa.

Dariusz Barczewski

* * *

SZTUKA SPRZĘŻENIA ZWROTNEGO

Najprościej rzecz ujmując, autor uprawia eseistykę kulturową, a zważywszy na ogrom eksplorowanych tu dziedzin humanistycznego poznania i ekspresji, mamy do czynienia z rozmachem iście arystotelejskim. Błaszczyna jako wrażliwy – czuwający, czujny i czujący –erudyta wciela się w postać rodem z Fahrenheit 451 Raya Bradbury’ego, realizując na osobniczą miarę misję, którą zapewne zamierza kontynuować aż do swojego końca: uchronić i razem zgromadzić jak najwięcej z tego, co powstało na przecięciu sztuki, myśli ludzkiej i przeżycia.
Na palecie słownej autora, oprócz szeroko podejmowanej literatury pięknej, goszczą na przemian filozofia, historia, kino, poezja, sztuki plastyczne – w tym fotografia, którą sam uprawia – a także zapiski z licznych podróży (by skrótowo poprzestać na kilku najważniejszych).
Do tych wszystkich dziedzin Błaszczyna podchodzi z naturalną swobodą odpowiednio wyekwipowanego intelektualnie (przedwojennego?) krytyka-eseisty. Warto podkreślić, że autor ceni ekonomię słowa, pisząc przystępnie i bez egzaltacji. Myślowo są to teksty bardzo wyważone, jako że ich substancja wymaga ręki sapera, a nie kopyt stada w galopie… nie wiadomo dokąd. Do tego z równą wprawą porusza się on w obrębie licznych, a niezbędnych tu form: od wspomnianego eseju – przez recenzję, szkic krytyczno-literacki, wywiad czy popularno-naukowy tekst tematyczny – do aforyzmu i galerii przedstawieniowej włącznie.
Odrębną część książki stanowi wybór Artykułów. W tychże uwagę wypada zwrócić na rozważania Autora na temat wojny w niezmiernie frapującym eseju Czas przemocy. Temat gwałtu, jaki zadają sobie ludzie, podjęty zostaje bardzo kompleksowo: od przywołania rudymentarnych (wypartych?) sfer podświadomości indywidualnej i kolektywnej oraz archetypów – przez kwestie wyboru i socjotechniki – a na podlegających już raczej prawom chaosu doświadczeniach zbiorowych skończywszy.
Między wierszami nie jedno dowiadujemy się o piszącym te słowa, którego postawa wobec najbardziej destrukcyjnego żywiołu jaki człowiek jest w stanie świadomie sprowokować, wydać się może z pozoru paradoksalna. Błaszczyna, tak żarliwie wszelkiej wojnie przeciwny – wręcz jej nienawidzący – podkreśla jednocześnie, że nie jest pacyfistą. Z prostego powodu. Bowiem pacyfizm traktuje jako ideę i jako taką odrzuca; to nie jest czas ani miejsce dla idei – zdaje się mówić – zwłaszcza takich, których programem jest luksusowe zaniechanie (słabe tarcie węgla na głazach platońskiej jaskini). Sprzeciw dla wojny jest jego zdaniem domeną najtwardziej trzymającego się ziemi pragmatyzmu, praktycznej sztuki przetrwania, co w zasadzie stanowi wszelkiego idealizmu zaprzeczenie. Tę różnicę Błaszczyna stara się możliwie mocno podkreślać. Tym bardziej, że ideowość drugiej strony (wojennych jastrzębi i agitatorów) dąży nieodwołalnie do jak najszybszej transformacji w równie przyziemną postać rzezi, której na poziomie ludzkiego upodlenia od pewnego momentu nie daje się już kontrolować po żadnej stronie konfliktu, jak uczy historia każdej losowo wybranej wojny. Przyziemny konkret jest tu zbiorem wspólnym i jego język należy uczynić orężem w walce przeciwko walce.
Padają przykłady kilku różnych antywojennych postaw, z czego najbardziej intrygująca zdaje się być ta, którą przyjął w osobistym (bo niby w jakim?) wymiarze Witold Gombrowicz ”rejterujący” z ogarniętego pożogą kontynentu za ocean. A nawet nie tyle sama postawa, która przysporzyła mu w kraju etykietkę tchórza i frajera, co jej godna von Clausewitza obrona. Bo to jest militarna (sic) wyższa szkoła jazdy. Gombrowicz odmawia uczestnictwa w wojnie, tłumacząc to właśnie swoim frajerstwem i przyrodzoną łajzowatością, która dyskwalifikuje go, jako członka zespołu (wojna to gra zespołowa), zdolnego narazić cały ewentualny pododdział na niebezpieczeństwo z tytułu tak niepewnego, marnego ogniwa. Można to rozpatrywać w dwóch kategoriach. Primo – błyskotliwej tudzież nieodpartej logiki Gombrowicza, która pozwala mu bezpiecznie wyciągnąć się za własny harcap z każdego logicznie i przedmiotowo obcego mu bagna. Secundo – mamy tu bardzo realistyczną pochwałę zawodowstwa i powagi w podejściu do rzemiosła wojennego, gdzie partner z oddziału jest gwarantem twojego przeżycia (i vice versa). Gombrowicz mógł swoją ,,dezercją” uratować komuś życie. A skoro było o idealizmie, gdzieś tam – hen w tle takiego rozumowania – pobrzmiewa heroiczny koncept wysłania przeciwko sobie dwóch najlepszych ludzi, by rozstrzygnęli konflikt zbiorowości w walce jeden na jeden – humanitarne przeciwieństwo napoleońskiego ,,cały naród pod bronią”.
I tu zatoczywszy niewielkie koło dochodzimy à rebours do antywojennego praktycyzmu Autora, który raczej zaleca rozglądnąć się naokoło i zachłysnąć urodą otaczającego świata i ludzi, po czym zacisnąć powieki i zwizualizować sobie to, co z tego wszystkiego zostanie, gdy opadnie dym … Wtedy wyostrzy się obraz tych naprawdę nielicznych, którym się to ewentualnie opłaci (albo i nie). I nie będziesz to ani ty, ani ja, ani nikt, kogo w życiu spotkałeś.
Błaszczyna nie daje recepty, jak tego wszystkiego uniknąć – taki się jeszcze nie narodził. Ważna jest świadomość tego wszystkiego, którą należy wykształcić i pielęgnować. Ważne jest, by decydująca zbiorowość liczyła jak najwięcej jednostek tak właśnie mentalnie wyekwipowanych.
Jednak najbardziej interesujące – choć raczej w odniesieniu do prowadzonego bloga, niż jego książkowej tu rekapitulacji – jest interaktywne ,,drugie życie’” zamieszczanych tekstów w konfrontacji z czytelnikami. W rozdziale Rozmowy dostajemy soczystą próbkę tego, jak to wygląda…, co też powinno posłużyć odbiorcy za ostateczną zachętę do odwiedzenia strony autorskiej Stanisława Błaszczyny. Albowiem sama książka w tym wypadku ma się do tego tak, jak słuchanie płyty studyjnej do obecności na koncercie z szansą podłączenia się do jam session (z akcentem na pierwiastek dygresyjno-nieprzewidywalny). Mamy bowiem możność uczestnictwa w żywych i nieraz całkowicie zaskakujących rozmowach Autora z czytelnikami z wyjściowym punktem „A” w postaci zamieszczonego tekstu i punktem dojścia „?” poprzez meandrującą to polemicznie, to komplementarnie, wymianę myśli. Jakby Błaszczyna chciał przy tym wszystkim stworzyć jeszcze dodatkowy gatunek literacki: feedback art. Co oczywiście nie umniejsza wartości samych tekstów (których część tu zawarto) – przecież to one, nie co innego, są siłą napędową wspomnianej ,,sztuki sprzężenia zwrotnego”.
Autor nie głosi przez to wszystko chwały fenomenu, jakim jest przywilej bycia światłą istotą ludzką, on po prostu z tego przywileju korzysta. Warto więc zadać pytanie: w jakim celu?
Na pewnym poziomie to, co on robi, jest mową obronną dla rodzaju ludzkiego – także przez utrwalanie wszystkiego, co warto – układającą się w historię walki autora z własnym w człowieka zwątpieniem. Walki uczciwej. Pisząc o okrucieństwie historii (także i tej dokonującej się na gorąco), marginalizacji kultury wysokiej i urynkowieniu… praktycznie już chyba wszystkiego, Błaszczyna nie pozwala sobie na obiektywizm ani na krzepiąco-redukcyjny format ad usum delfini. Po prostu donosi o kolejnych samoniszczycielskich triumfach współczesnego świata, nawet gdy jedyne co może temu przeciwstawić, to bezradne wishful thinking.
Od razu uspokajam: bynajmniej nie przybiera to formy reaktywnych jeremiad urodzonego katastrofisty – raczej zaintrygować powinna w tym momencie metoda, jaką autor przyjmuje, szykując dla tego przeciwwagę. Na swoją modłę oczywiście, świata zbawić się nie da, ale zawsze można coś zrobić dla wykupienia go z jego własnej niewoli – w swoich oczach. I ugruntowywać, aktualizować to w świadomości.
W przypadku Stanisława Błaszczyny jest to osobista praktyka specyficznej jogi przeciwieństw. Starczy obejrzeć jego serię zdjęć z azjatyckich wypraw, gdzie (jak kiedyś jeden taki) „szuka człowieka”, a z drugiej strony ustawić jego północnoamerykańskie zachwyty przez obiektyw Nikona nad przyrodą, głównie nieożywioną.
Dlaczego tak? Tu przecież mieszka od lat, a jednak w obliczu tego terytorium woli pozostać sam z zachwycającym odludziem w migawce. Zaś w podróży na tereny obce mentalnie i kulturowo bywa się – tak czy inaczej – przechodniem. I paradoksalnie, dlatego autor tam właśnie szuka, czasami po omacku, szlachetnych iluminacji, chwytając uwikłanych w obcą – ale jakże afektywną – codzienność, autochtonów. Koniecznie w mgnieniu, które ma potem emanować możliwie najdłużej…, co istotne, z zachowaniem naturalnej prostoty tematu, bez artystowskiego doładowania „sobą”.
Składa się to wszystko na temporalnie rozwijany zapis głębokiego doświadczenia ogólnoludzkiego piękna, które formuje (?) tajemny szyfr ocalenia dla pojedynczego człowieka. Tajemny, gdyż z pominięciem translacji intelektu, któremu Błaszczyna przyznaje zwykle tak ważną rangę, choć nie bez poważnych zastrzeżeń. Jest w tym jakaś zawoalowana, grawitacyjna religijność, ale bardziej w rozumieniu Andrzeja Żuławskiego, który powiedział kiedyś: „albo rozmawiamy o Bogu, albo rozmawiamy poważnie”. A tak na marginesie, podobne doświadczenie zawsze na jakiś czas pomaga w byciu lepszym – dla bliskich i dla siebie samego.

Jacek Dygoń

* * *

SŁOWO KLUCZOWE – PODRÓŻ

Gdyby wybór tytułu tej książki należał do mnie, to brzmiałby on banalnie – Żywot niebanalny. Książka wielowątkowa, z gatunku tych, o których trudno wydaje się opinie, bo poruszane problemy są tak ważne i złożone, że trudno opowiedzieć się jednoznacznie po którejś ze stron. Autor prowadzi nas poprzez swoje światy, zmusza do przemyśleń moralno-filozoficznych, uświadamia, że zło jest zdradliwe, bo często posługuje się dobrem albo przemyca się pod osłoną białych kołnierzyków, pyta o sens istnienia, o istotę człowieczeństwa, balansuje na granicy pomiędzy sacrum a profanum, zestawia ze sobą ludzką cywilizację i zwierzęcą chuć, dobro i zło, prawdę i fałsz, brata Twardowskiego z Wojaczkiem. Można odnieść wrażenie, że Autora bawi doszukiwanie się podobieństw i różnic, ale to nieprawda – On dąży do ideału i poszukuje Sensu.
Myślący, wrażliwy, niegodzący się na wyzierającą z każdego kąta bylejakość, powierzchowność, merkantylność – stąd być może wrażenie, że czasami wydaje się być osamotniony. Chwilami pasują mi do Niego jego własne słowa charakteryzujące postać Andrzeja Bobkowskiego: „sfrustrowany własną niemożnością znalezienia sobie w tym wszystkim miejsca. Znajduje się więc on jakby między młotem a kowadłem, chciałby się uwolnić od tego całego balastu kulturowej nadbudowy, która bądź co bądź go uformowała, a jednocześnie jest w niej zanurzony po same uszy”.
Samotność jest niepożądanym, a jednocześnie nieuniknionym znakiem zmian zachodzących w świecie. Obawia się jej każda istota społeczna, jaką jest człowiek. Najsilniej uderza w ludzi wrażliwych. Syndrom współczesnych czasów to samotność w tłumie, w masie, która według Ortegi y Gasseta jest niczym innym jak społeczną nijakością, zbiorem ludzi niewyróżniających się niczym od innych, będących jedynie powtórzeniem typu biologicznego. Stanisław Błaszczyna pozwala sobie mieć odmienne zdanie i słusznie zauważa, że z takich samych ludzi składały się tłumy wiwatujące na cześć Hitlera, jak i tłumy zebrane na placu Świętego Piotra, by oddać hołd zmarłemu Janowi Pawłowi II.
Tym, czym w Zapiskach ujął mnie Autor, jest Jego wyznanie „Ważniejsza stała się dla mnie ta sfera fenomenu istoty człowieka, która związana była […] z jego sercem. A więc zwykłe wyczucie dobra i przyzwoitości”. Majątek, prestiż to tylko pozory szczęścia. „Materialiści za wszelką cenę chcą zdegradować ducha, usuwając go ze swojego słownika. I odnoszą w tym sukces. To dlatego materializm staje się nie tylko czymś oczywistym i powszechnym, ale i bezdusznym”.
Książka, a szczególnie jej pierwszy tom, wypełniony zapiskami Autora, naszpikowana jest takimi filozoficznymi perełkami. Stanowią one dodatkowy smaczek i mogą być niezłą gratką – nie tylko dla koneserów aforyzmu.
Zapiski, o których Autor z przymrużeniem oka mówi czasami „co się plecie w kajecie” – to refleksja nad światem, życiem, konstatacja nad jego przemijaniem. Tyczą zarówno fundamentalnych, jak i zupełnie prozaicznych sfer życia każdego człowieka, stąd skłonność do utożsamiania się z nimi przez czytelnika. Satysfakcję sprawia odkrycie, że jest Ktoś takiego formatu, kto myśli i czuje podobnie i ma odwagę to publicznie wyartykułować.
W części I tomu drugiego znalazł się wybór artykułów, których tematy są zupełnie różne i pozornie nie tworzą z sobą żadnej spójnej całości. Pozornie, bo mają wspólny mianownik i jest nim „konflikt”.
Żyjemy w czasach totalnego konfliktu wszystkiego z wszystkim, wszystkich z wszystkimi. Sam człowiek uwikłany jest w nieustanny dialog z samym sobą. Postęp cywilizacyjny sprawił, że przemieściły się wszystkie granice, zarówno te fizyczne jak również – może nawet przede wszystkim – te mentalne. Chyba jeszcze nigdy dotąd człowiek nie żył w takim rozdarciu i rozterce jak obecnie
Konflikty, o których traktują artykuły powstają na różnych płaszczyznach i dotyczą każdego człowieka, choć w codziennym zabieganiu nie wnikamy aż tak głęboko w źródła ich przyczyn. Każdy z nas opisany jest, a tym samym determinowany granicami państw, polityką, religią, płcią, kulturą i oczekiwaniami społeczności, w której funkcjonuje. Gdzie tu miejsce na wierność samemu sobie, na osobiste szczęście, na wolność w każdym wymiarze? Czy nasze wybory czynią nas wolnymi czy może niewolą?
(…)
Druga część tomu drugiego, zatytułowana Lektury, to kompozycja krótkich „portretów” takich osobowości, jak np. Coetzee, Nietzsche, Ortega y Gasset, Bobkowski, Kisielewski, Chwin… Dzieli tych autorów wiele – pochodzenie, wiek, miejsce zamieszkania, wykształcenie, ale to, co jest dla nich wspólne, to fakt, że każdy z nich, wykorzystując literacką przestrzeń, realnie wpływa na świat. Jak to możliwe? Są kontrowersyjni, niepokorni, mają odwagę publicznie obalać mity, rzucać nam niewygodną prawdę prosto w twarz. Są autorytetami. Wprawdzie panuje pogląd, że z autorytetami się nie dyskutuje, ale Autor to robi, i robi to ciekawie. Każda historia ma swoją dynamikę, swój język. Ja np. zakochałam się w historii miłości Bobkowskiego do Francji, która jest opisana niezwykle plastycznym językiem, wręcz brawurowo – tak jak brawurowe były rowerowe jazdy „chuligana wolności” bez trzymanki.
(…)
Sądzisz, że znasz kogoś tak dobrze, że już niczym cię nie zaskoczy. Namawiasz by to, czym karmił cię przez lata, wydał w formie książki, a gdy to się dzieje i masz napisać kilka słów, dlaczego to jest takie ważne, raptem masz z tym problem.
(…)
W części zatytułowanej Źródła będącej refleksją autora nad własnym życiem, nad motywami, które obudziły w nim zew podróży i pozwoliły znaleźć w sobie odwagę realizacji marzeń, próbą odpowiedzi, czy ich spełnienie uszczęśliwiło Go. Jako analogię Stanisław Błaszczyna przytoczył słowa Czesława Miłosza: „Całe życie badał, podpatrywał sekrety wielkich mistrzów malarstwa, po to tylko, żeby namalować strumień koło swojej rodzinnej wioski i dwie gęsi na brzegu. Gdyby tak powiedziano o mnie, byłbym zadowolony, bo znaczyłoby to, że czegoś się nauczyłem, […] Wyruszając w moją podróż, miałem nadzieję odkryć ukrytą formułę, pozwalającą przeniknąć w sam ogród rzeczywistości, tam gdzie prawidła gry są już niepotrzebne”, dopisując do nich własną refleksję: „Odkryć «ukrytą formułę». Ale czy taka formuła istnieje? A jeśli istnieje, to czy jest nam dostępna? Wyrosłem w ogrodzie rodzinnego domu – w ogrodzie mojego dzieciństwa. Chciałem poznać inne ogrody, także ten ogród rzeczywistości, o którym pisze Miłosz. Ale dlaczego? Co mnie do tego skłaniało? I do czego ta wiedza była (jest) mi potrzebna? Czy naprawdę łudziłem się, że odnajdę ów Master Key of Perception – czyli klucz do wszystkiego, który otworzyłby mi Drzwi Poznania na oścież? A może to była zwykła ciekawość? Albo odwieczny atawizm pchający nas z miejsca na miejsce – za następną górę, za kolejne lasy, jeziora, rzeki, morza i oceany…, bo być może tam, i może nawet tuż za rogiem jest… jeśli nie raj, to nasza Ziemia Obiecana, albo co najmniej jakiejś miejsce ciekawe i ekscytujące… Była to (jest) pogoń za czymś. Ale może też i ucieczka? Chęć odnalezienia siebie prawdziwego, czy może pragnienie, by o sobie – a raczej o tym, co sprawia ból i cierpienie – zapomnieć?”
W zapisku Książki mojego dzieciństwa niewinny zwrot „za sosnowym lasem, który – jak mi się wtedy zdawało jest niczym wobec zagajnika palm kokosowych” sugeruje, że autor już docenia wszystko to, co niesie ze sobą symbolika sosnowego lasu, czegoś się w tej podróży przez życie nauczył i jak sam zauważa, nie tyle istotne jest miejsce, gdzie zamknie się pętla naszego bytu, co droga, którą do niego przebędziemy – czyli nasza podróż przez życie.
Jeśli zgodzimy się z autorem, że duszą i życiem książki stają się serce, rozum i zmysły czytelnika – że z tych samych względów ta sama książka może być błyskotliwa lub mętna, mądra lub głupia, pełna ducha lub duszna – to ciekawe, czym okaże się ona w Twoim odczuciu, Szanowny Czytelniku?

Elżbieta Kondyra

* * *

MALARZ SŁÓW I OBRAZÓW

I stało się!… myśl zaczęła się rozwijać, snuć jak zwoje pajęczynowe. I oplatać nią najpierw oczy, później koniec nosa, (tak, tak – w tej kolejności), wreszcie mózg. Im głębiej się zanurzać w lekturę tych myśli, to wysnuwane refleksje pochłaniają czytelnika coraz bardziej…
W swojej książce, będącej zbiorem rożnych form literackich, Autor porusza liczne ważne kwestie interesujące – jak sądzę – dla każdego czytelnika. Bogactwo tematów, do jakich nawiązuje i dziedzin, w jakich się zanurza – jest oszałamiające. Czytelnik bowiem może znaleźć tu aforystyczną gęstość, jak i eseistyczny rozmach, odwołania do cywilizacji i kultury, jak i jednostkowej „doli człowieczej”; obok wędrówek w przeszłość jest diagnoza stawiana współczesności; są odniesienia do kina, literatury, filozofii, psychologii, socjologii… nawet do polityki, wbrew temu, że autor wydaje się nie darzyć polityków sympatią, deklarując swoją apolityczność i niezależność od jakiejkolwiek ideologicznej koniunktury. W książce są też rozmowy z twórcami kultury (Henryk Górecki, Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Czesław Niemen…) – osobami znanymi i publicznymi, ale i niezmiernie ciekawe dyskusje z bardziej anonimowymi internautami czy nawet z przyjaciółmi (godna polecenia jest zwłaszcza konwersacja o micie). Wreszcie – co chyba jest najważniejsze – są też własne, zupełnie świeże refleksje na temat licznych obrazów, tak tych malowanych ręką ludzką, jak również – a może i przede wszystkim – malowanych ręką Matki Natury… i to nie tylko na kontynencie amerykańskim, ale i całego świata.
Stanisław Błaszczyna jest publicystą, eseistą, krytykiem filmowym… Bez względu na to, czy pisze do dziennika, tygodnika, miesięcznika, bloga w Internecie, czy pamiętniki do szuflady – pisze to z wnikliwością i pasją, nadającą temu wszystkiemu odpowiednią wagę. Jego recenzje filmowe i wywiady z filmów tych reżyserami (tak polskimi, jak i zagranicznymi), ale też z aktorami, muzykami, kompozytorami… wszystko to – zwłaszcza po latach, gdy niektórych z tych ludzi nie ma już pomiędzy żyjącymi i jakaś nowa perspektywa pozwala nam patrzeć inaczej – wypełnia bogate życie intelektualne Stanisława Błaszczyny. I w tych wywiadach jest jak skauci u eksploratora Roberta Baden-Powella – bardzo dokładny i skrupulatny, jakby w obiektywie swojego aparatu zmieniał zoom z szerokokątnego na teleobiektyw i wnikał w szczegóły – a tam właśnie kryje się sens i głębia – pełnia obrazu.
Stanisław jest przecież malarzem i fotografem. Malarzem słów, ale i obrazów fotograficznych – utrwalanych sensorycznie i cyfrowo – ale też i tych pastelowych. Czarno-białych portretów cyfrowych, jak również grafik. Mnogość technik, twórcze poszukiwania doskonale dopełniają jego wędrującą Naturę. Jest jak holenderski malarz z XVII wieku – zostawia nam swoje odbicie lustrzane, zaklęte w odbiciu karafki, czy jako cień na szybie.
Jest też poezja.
A Poezja u Staszka jest chyba specjalnie w tym tomie podana na końcu… za opisami, relacjami, konwersacjami – jest myśl poetycka. Jak u Arystotelesa (w tym roku obchodzimy 2400. urodziny Stagiryty!)… po fizyce jest metafizyka! Po opisie są wnioski. Po prozie – poezja!
Stanisław Błaszczyna jest wreszcie podróżnikiem, wagabundą, Bobkowskim Ameryki (o którym zresztą pisze), Stachurą Białych Piasków i Pustynnych Wydm, który w licznych podróżach po Stanach Zjednoczonych – po obu Amerykach i po całym świecie – notuje i utrwala tego świata piękno. Pokazuje to w szczegółach, fotografując ludzi, ich twarze, zajęcia i miejsca pracy oraz wypoczynku, wreszcie malownicze krajobrazy przyrodnicze, w szczególności te zamknięte w parkach narodowych na świecie. Obnaża przez to swoje głębokie związki z człowiekiem i człowieczeństwem… Jest bowiem Człowiekiem Drogi (Homo Viator), a Brulion Przydrożny jest najlepszym przyjacielem Człowieka Drogi…
I na koniec uwaga osobista.
Drogi Staszku, to chyba ja namawiałem Ciebie kiedyś, byś wydał swoje teksty, które na bieżąco (w mediach lub na blogu) komentowałem, uzupełnianiem moim punktem widzenia. Wreszcie dzieliłem się z Tobą i z innymi, moimi myślami, które pobudzasz. Cieszę się, że Twoja Opera Omnia jest publikowana, że jest ten wybór zapisków, artykułów, wywiadów zebrany w jedną całość… Że jest już pierwsza książka – a właściwie pierwsze dwa tomy – (czekamy na następne), którą można dotknąć, nie tylko wirtualnie. Bo jak dotknąć bitów w komputerze, a papier przecież – który choć przyjmie wszystko – zostanie po nas… może nieco dłużej. Może na półkach domowych, a może w bibliotekach. Na koniec.

Bogdan M. Kwiatek

*  *  *

.

SZAMPAN I PISZCZELE

.

edouard-manet-bar-w-folies-bergere-courtauld-gallery-londyn

Melancholia w jaskini hedonizmu (Édouard Manet, Bar w Folies-Bergère)

.

      Jedno z najbardziej smutnych spojrzeń w dziejach malarstwa europejskiego – tym bardziej wydaje się puste i melancholijne, że pochodzi z samego epicentrum europejskiego XIX-wiecznego hedonizmu. Zza baru w paryskim przybytku uciech wszelakich w Folies-Bergère patrzy na nas Suzon – kelnerka mająca obsłużyć kolejnego klienta w meloniku, ale jakby nieobecna, myślami znajdująca się gdzie indziej. Opiera się na marmurowym blacie baru, na którym stoją butelki szampana, piwa, absyntu, likieru… kieliszek z różami, taca z pomarańczami (symbol prostytucji?). W lewym górnym rogu obrazu dostrzegamy zielone buciki akrobatki na trapezie, w prawym – mężczyznę, który wydaje się patrzeć na dziewczynę, choć jego spojrzenie również wydaje się puste. Między nimi kłębi się paryski tłum, który zażywa „rozrywki”.
Co uwiera Suzon? Jakieś osobiste zmartwienie? Czyżby nie umiała się tutaj znaleźć? Może nie uśmiecha się jej rola kokoty – i nie chce dołączyć do 30 tysięcy prostytutek, jakie funkcjonowały wówczas w mieście nad Sekwaną, uznanym za europejską stolicę – na dodatek: kultury?
W obrazie Maneta jej melancholia kontrastuje ze wspaniałym splendorem kształtów, akcentów, światła i barw – pędzel malarza tworzy fakturę poszarpaną i z pozoru chaotyczną, ale w rzeczywistości harmonijną i uporządkowaną – a całość pyszną. I dającą tak wielką przyjemność naszej wrażliwości estetycznej, że nasza wrażliwość etyczna schodzi na plan dalszy: bo czy rzeczywiście współczujemy tej nieszczęśliwej dziewczynie zanurzonej w frenetycznym świecie zabawy, wyraju, frajdy i swawoli? Chcielibyśmy jej pomóc czy ją wykorzystać – napiwszy się wcześniej szampana i zagryzając to pomarańczą?

greydot

Pablo Picasso, Stary gitarzysta)

Hiszpański blues (Pablo Picasso, Stary gitarzysta)

       Ecce Homo in blue

    Zawsze, kiedy jestem w Chicagowskim Instytucie Sztuki, idę się spotkać ze Starym gitarzystą. Jest to rendez-vous szczególne, bo mimo tego, że gitarzysta jest zamknięty… a raczej wtłoczony przez Picassa w ramy wiszącego na ścianie obrazu – a ponadto ślepy – to jednak za każdym razem coś innego mi on mówi (choć de facto jest niemy). I ta jego omdlewająca postać – niczym zdjęty z krzyża El Greco człowiek, w którym życia tli się już tylko na tyle, by uchwycić akord i trącić struny gitary. Wszystko jednak jest bezdźwięczne – przemawia tylko upiorna postura starca i tląca się w nim dusza – ciało ze skórą przezroczystą, pod którą znaczą się żyły, piszczele i kości; oraz jego muzyka, którą możemy sobie wyobrazić, ale nie usłyszeć.
Lecz nie jest to zjawa, która nas przeraża – bardziej przejmuje litościwym współczuciem, bo przecież nadal jest to człowiek, tyle że zanurzony w finałowej mizerii swojego żywota, spowity błękitną atmosferą smutku. To hiszpański blues, który staje się lamentem wszystkich ludzi, bez względu na to, gdzie się znajdują i jakie melodie śpiewają.
Taki oto obraz nędzy i rozpaczy tworzy dwudziestoparoletni Pablo, człowiek, który miał się stać największym artystą rozpoczynającego się właśnie stulecia (twórcą, który zrewolucjonizował sztukę), a ponadto człowiekiem o niezwykłej witalności, dumnym ze swoich cojones – o takich drobiazgach jak kilka żon, tuziny kochanek i materialne bogactwo, jakiego dorobił się własnymi rękami, nie wspominając.
Jednakże malując swojego gitarzystę w 1903 roku, Picasso nie tylko bawił się farbami i melancholią, która była udawana – wymyślając tym koncept „błękitnego okresu”. Nie, on sam wtedy pogrążony był w nędzy, a ponadto boleśnie przeżywał samobójczą śmierć swojego najbliższego przyjaciela, który wskutek zawiedzionej miłości wpakował sobie (w rozbawionym Paryżu) kulę w skroń.
Niebieski jako kolor smutnego, choć momentami frenetycznie też gwałtownego XX stulecia. Ale blue to nie tylko chandra – to także genialna tonacja, którą (nota bene nawiązując bezpośrednio do Picassa) wygrywał choćby Miles Davis (jak wiemy, jego najsłynniejsza płyta nosiła tytuł Kind of blue); o bluesie, którym przesiąknięty był rock (najbardziej dynamiczna muzyka, jaka powstała) nie wspominając.
Oto jak blisko siebie są melancholia i werwa, mizerność i ikra – anhedonia i epikureizm. Szampan i piszczele.
Homo sapiens jako istota par excellence maniakalno-depresyjna.

greydot.

BALANS I SPOKÓJ W CAŁYM TYM ZGIEŁKU – przed „Kobietą z wagą” Vermeera

.

Jan Vermeer, Kobieta z wagą

Jan Vermeer, Kobieta z wagą (Galeria Narodowa w Waszyngtonie)

.

       Przeczekawszy zainteresowanie kilku zwiedzających, wreszcie i ja do niej podszedłem – i miałem ją tylko dla siebie, chyba nawet dłużej niż te coelhowskie „jedenaście minut”.

      Ten obraz zawsze mnie obezwładniał, bo zmuszał do zanurzenia się całym sobą w jego świecie – w tej niezwykłej atmosferze, w której to, co ziemskie przenika się z tym, co metafizyczne, to co cielesne – z tym, co duchowe, to co materialne – z tym co idealne…
Poza tym, w żadnym innym obrazie mistrza z Delft nie ma takiej genialnej równowagi kompozycyjnej i kolorystycznej, jak to jest w przypadku Kobiety z wagą (to stwierdzenie powinno mówić za siebie, bo przecież niemal wszystkie obrazy, jakie pozostały po Vermeerze – choć nie jest ich wiele, bo nieco ponad 30 – to arcydzieła).
Tym, co mnie najbardziej w nim uderza to właśnie owa paradoksalna dwoistość – niebywała prostota w połączeniu z niesłychanym wyrafinowaniem – i to zarówno jeśli chodzi o koncepcję kompozycyjną, jak i zawartą w obrazie treść i anegdotę, będącą jednocześnie sceną rodzajową i przedstawieniem alegorycznym.

      Ta kobieta wcale nie waży złoto ani perły (jak to można było wnioskować z błędnych tytułów, jakimi przez wieki podpisywano dzieło Vermeera). Ona wyważa i balansuje wagę – a szale są puste. Być może położy później na nie złotą monetę – jedną z tych, które leżą obok niej na stole (jednakże nie perły, bo tych nie ma tu luzem – są związane sznurem w naszyjnikach), ale teraz zastygła w jednej chwili wydartej ze zgiełku, próżności i cierpienia świata: na jej twarzy maluje się niebiański wręcz spokój, ze szkatuły „wylewa” się bogactwo – perły i złoto, zamienione tutaj w stos świecidełek, nieważnych wobec błogiej harmonii jaką niesie ze sobą moment refleksji – poczucie wstrzemięźliwości i powściągliwości. Odłożona na bok Vanitas (nota bene na wprost kobiety znajduje się lustro – symbol Próżności – ale ona w nie nie zagląda).
Bo co temperuje ludzkie zamiłowanie do przepychu, bogactwa i zbytku?
Otóż to, co znajduje się na obrazie, który wisi z tyłu za kobietą na ścianie: przypomnienie Sądu Ostatecznego, zważenie dobrych i złych uczynków i wynikająca stąd segregacja na dusze zbawione (widoczne na dole, po lewej stronie obrazu) i potępione (po stronie prawej); a nawet, jeśli się w to nie wierzy – uświadomienie sobie tego, że wszystko to marność nad marnościami, że prochem jesteś i w proch się obrócisz – że przyjdzie moment, w którym dla każdego człowieka to zgromadzone przez niego na ziemi bogactwo nie będzie miało żadnej wartości i znaczenia.
Jeśli coś zostanie, to tylko naga dusza.

      Lecz na razie czujemy pod stopami mocny grunt: wygląda na to, że kobieta jest zabezpieczona „materialnie” – znajduje się w solidnym mieszczańskim domu, opiera się o blat wspaniałego stołu, jest ubrana w drogie suknie i podszyty futrem elegancki kaftanik… I najprawdopodobniej jest w ciąży, co dodatkowo wiąże ją z ziemskim, odradzającym się w niej życiem. (Koncepcje, że gruba talia kobiety nie ma nic wspólnego z ciążą, tylko wynika z panującej wówczas mody, są chyba jednak chybione. Tym bardziej, że Vermeer – który był ojcem piętnaściorga dzieci – widział zwykle swoją żonę brzemienną.)

      Warto jednak zwrócić uwagę na to, że Kobieta z wagą to nie tylko kontestacja bogactwa, denuncjacja ludzkiej próżności i rzucenie nam w twarz upomnienia vanitas vanitatum et omnia vanitas z Wulgaty. Nie. Tu chodzi przede wszystkim o balans – o zachowanie umiaru i równowagi między dobrami materialnymi a duchowymi. Dzięki tym pierwszym możemy utrzymać się na powierzchni, żyć na godziwym poziomie; dzięki drugim zaś nie stajemy się kanalią, łotrem, bydlakiem czy mendą, o karze wiecznej za grzechy – czekającym nas po śmierci ogniu piekielnym – nie wspominając

      Zachwyca kompozycja tego obrazu, a przede wszystkim światło, które Vermeer potrafił uchwycić z niesłychanym mistrzostwem. Zwróćmy uwagę na to jak wspaniale – zarówno jeśli chodzi o kolor, jak i walor – „zapala” się kotara w oknie po lewej, górnej stronie obrazu, gdzie znajduje się źródło światła dla wszystkiego, co umieścił na płótnie Johannes. Ten sam złoty kolor możemy dostrzec na brzemiennym brzuchu kobiety i na ramie obrazu wiszącego na ścianie – kolorystyczny trójkąt, który nie tylko harmonizuje chromatycznie całość, ale i wyznacza przestrzeń, w której znajduje się to, na co zwraca nam uwagę Vermeer, a co dla niego jest najważniejsze: dłoń trzymająca wagę. To właśnie ona (zauważmy jak wspaniale układ palców kobiety koresponduje ze wszystkimi elementami kompozycji) jest wizualną (i znaczeniową) emfazą dzieła – miejsce, w którym się znajduje stanowi nie tylko geometryczne centrum obrazu, ale jest też punktem zbiegu jego najważniejszych linii perspektywicznych.
No i te gradacje światłocieniowe – zwłaszcza na ścianie! Ta faktura materii – ulotnej i solidnej zarazem! To płynne przenikanie się konturów i kształtów! Czy wreszcie – last but not the least – świetlne refleksy, dzięki którym obraz w naszym oku ożywa, karmiąc i stymulując nasze zmysły, równie ważne przecież jak nasza wyobraźnia.

      Mieć piętnaścioro dzieci i malować takie obrazy! (Mimo czy dzięki temu – bo co tutaj jest skutkiem a co przyczyną?) Niewiele wiemy o życiu Vermeera, ale już o jego rodzinie trochę więcej. Także o czasach, których był świadkiem. I choć sam, przez większość swojego krótkiego życia (zmarł mając 43 lata) nie zaznawał biedy, to już nie mogła dawać mu spokoju nie tylko cała ta czereda gęb do wyżywienia, ale i ekscesy, jakich dopuszczali się członkowie jego rodziny (obłęd, awanturnictwo, przestępstwa, gwałt, oszustwo). W końcu dopadł go kryzys wywołany najazdem Francuzów na Holandię – pozbawienie dochodów jakie miał dzięki swoim mecenasom-sponsorom, oraz majątkowi teściowej – i śmierć, która (według świadectwa i słów jego żony) w parę dni go „zwinęła”.

      Tumult, brzydota, brud i niedoskonałość świata na pewno była Vermeerowi doskonale znana. I nie mogła go nie uwierać. Być może właśnie dzięki temu tworzył on na swoich płótnach takie wspaniałe enklawy ciszy, harmonii i ładu – chwile wytchnienia w całym tym zgiełku walki o byt na ziemskim padole łez i cierpienia.

      I jeszcze za coś innego można uwielbiać Vermeera: za piękno, godność i spokój, jakimi obdarzał on swoje kobiety, które bez wątpienia kochał.

.
greydot

© ZDJĘCIA WŁASNE 

NAJDROŻSZA FOTOGRAFIA ŚWIATA

rozmowa z Onibe

 

Andreas Gursky, Rhein II

Andreas Gursky, Rhein II

.

W 2011 roku, fotografia niemieckiego artysty wizualnego Andreasa Gursky’ego pt. „Rhein II”, została sprzedana na aukcji w nowojorskim Christie’s za $4,338,500. Niedawno trafiłem na artykuł brytyjskiego Guardiana (TUTAJ) o najdroższych fotografiach świata. Przypomniał mi on jeden z wpisów Onibe na ten temat, pod którym wywiązała się rozmowa, jaką pozwolę sobie teraz przytoczyć, bo podejmuje ona kilka istotnych aspektów sztuki współczesnej, a zwłaszcza rynkowej manipulacji w handlu dziełami sztuki. Czy ma w tym całym procederze jakiekolwiek znaczenie wartość artystyczna obiektu wystawionego na sprzedaż, za który płaci się bajońskie sumy? Pojawiają się w tej rozmowie także inne wątki: m. in. pytania o to, czym jest artyzm i czym jest sama sztuka.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zawsze zacznie zgrzytać kiedy do sztuki (współczesnej) podłączymy kasę. Mnie interesuje dzieło sztuki samo w sobie – ewentualnie w związku ze swoim twórcą. Cała reszta to nadbudowa (nie twierdzę, że zbędna, ale dla mnie zawsze mniej ważna niż samo dzieło) i interpretacja (zawsze subiektywna i dyskusyjna).
A jego cena – to dla mnie właściwie tylko ciekawostka (często nie mająca wiele wspólnego z samą sztuką – bardziej z rynkiem i kupiecką umową).

ONIBE: cena jest składową dzieła. Moim zdaniem uwzględniamy walutową wartość dzieła praktycznie na równi z innymi parametrami. Często to właśnie wysoka cena powoduje, że czymś się zaczynamy interesować. Tym zdjęciem z pewnością nikt z nas by się nie zaciekawił, gdyby nie cena… W taki przekorny sposób potwierdza się mariaż kasy i sztuki.

StB: Trudno mi się zgodzić z tym, że cena jest składową dzieła. (Czy wszystko musi być wystawione na sprzedaż?) Ja na pewno nie „uwzględniam walutowej wartości dzieła praktycznie na równi z innymi parametrami.” Dla mnie najważniejszym parametrem jest artyzm, a nie metka, jaką się do dzieła sztuki przyczepia.
Piszesz, że „to właśnie wysoka cena powoduje, że czymś się zaczynamy interesować.”
To mi przypomina podejście tabloidowe: często tylko to, że zaczyna się o czymś mówić (pisać) powoduje, że zaczynamy się czymś interesować. Według mnie „twórca”, jeśli tworzy tylko po to, by się sprzedać, jest przede wszystkim handlarzem a nie artystą.
To dlatego o niebo wyżej cenię choćby takiego Van Gogha, (który za swojego życia nigdy niczego nie sprzedał), od takiego choćby Hirsta, (który zarobił na swoich „dziełach” miliony – zresztą, to nawet nie były jego dzieła, tylko seryjne produkcje, które zlecał on zatrudnionym w jego „firmie” wyrobnikom).
A wszystko przez to, że zwykle „kasa” robi na ludziach wielkie wrażenie, zwłaszcza teraz, w czasach rozbuchanego konsumpcjonizmu.

ONIBE: czy rzeczywiście cena nie gra roli? Idąc ulicą dowolnego miasta zatrzymujesz się przy każdym malowidle naściennym? Pochylasz się nad dokonaniami dresiarzy ze sprejami? Kiwasz głową i mówisz: tak, to jest sztuka, mimo że tania? Ile czasu poświęcisz muralowi przedstawiającemu pięć kresek na krzyż? A ile czasu poświęcisz bykowi Picassa?

sztuka jest powiązana z kasą, bo kasa wynosi sztukę ponad przeciętność. Sztuka bez kasy to puszka zupy pomidorowej – oczywiście możemy ochać i achać nad takimi cudami, ale czy sztuka pozbawiona wartości materialnej jest w stanie obronić się sama przed czymkolwiek? Gdyby nie tezauryzacyjna funkcja sztuki, to by jej dzisiaj nie było. Niestety. Albo i stety. Artyści też jedzą. VanGogh nic nie sprzedał za życia, ale z tego co kojarzę, z jednego z jego obrazów wykrojono jakiś fragment, który spodobał się kupującemu – pośrednio więc jednak dokonał sprzedaży…

StB: Jest taki klasyk w polskiej literaturze, autorstwa Jana Białostockiego, pt. „Sztuka cenniejsze niż złoto”. I właściwie to powinno wystarczyć na odpowiedź Tobie.
Ja nie chodzę po muzeum i nie sprawdzam ceny każdego zawieszonego tam obrazka (na szczęście nie wpadli jeszcze na ten pomysł, by do każdego obrazu przyczepiać metkę z ceną). Nawet jeśli jestem w galerii, gdzie każdy obraz wystawiony jest na sprzedaż i ma swoją cenę wypisaną obok, to mnie interesuje głównie to, co jest na tym obrazie – moje oko ustala niejako jego wartość artystyczną. Cenę sprawdzam czasami z czystej ciekawości. Gdyby było tak jak piszesz, to wpierw sprawdzałbym cenę, a później dostosowywał do niej mój odbiór.
Dla mnie sprawy merkantylne związane ze sztuką są absolutnie drugo… a może nawet trzeciorzędne.

Oczywiście nie mam nikomu za złe, że chce się utrzymać ze swojej sztuki sprzedając to, co tworzy. I jeśli ktoś płaci za to duże pieniądze – to bardzo dobrze: jego wygrana. Sądzę jednak, że dla prawdziwego artysty najbardziej liczy się sama sztuka, samo dzieło, które on tworzy – i którym chce przekazać pewne wartości intelektualne, moralne czy duchowe – i raczej nie jest to związane z podniecaniem się na widok jego ceny detalicznej.
Taki np. Rubens, moim zdaniem artysta genialny, był także znakomitym biznesmenem, który w swoim warsztacie rozkręcił niebywały interes, wspaniale prosperujący. Ale dla mnie to jest tylko ciekawostka, i jestem pewien, że kiedy Rubens malował swoje obrazy, to wkładał w nie cały swój artyzm, kunszt, idee… – tworzył przede wszystkim sztukę, a nie towar na sprzedaż. I z taką świadomością staję przed jego dziełem i to jest źródłem mojego podziwu: jego czysto malarski geniusz.

Możesz w to wierzyć, albo nie, lecz rzeczywiście zdarza mi się dość często, że zatrzymuję się przed muralem, czy przy ulicznym rysowniku czy rzeźbiarzu – i jestem pełen podziwu, jeśli uświadamiam sobie, że to co widzę ma wartość artystyczną, mimo, że w danej chwili warte jest grosze (albo zgoła nic, bo nikt tego nie kupuje) i jest wytworem kogoś doskonale anonimowego.

Sugerujesz, że podziwiam jakiś obraz (np. Picassa) tylko dlatego, że jest wart ileś tam milionów dolarów? Obrażasz mnie trochę, bo ja jednak takim snobem nie jestem.
Z drugiej strony to, że puszka zupy (już nie mówię – kału, jak było to w przypadku Manzoniego) ma cenę dziesiątków tysięcy dolarów, nie czyni tej puszki w moich oczach sztuką (a raczej jest dowodem tego, jak nisko ta sztuka upadła – że zabrnęła w ślepy i absurdalny zaułek, skupiając się na handlu, czyniąc z niego wartość najważniejszą i nadrzędną). Moim zdaniem, samym przyczepieniem metki z astronomiczną ceną sztuki się nie robi, bo jaki może być w tym artyzm? Może tylko handlowy i kupiecki. Ja jednak nie zaliczam go do sztuki (bo nadal dla mnie – w przeciwieństwie do kryteriów wartościowania i oceny sztuki, jakie lansuje się od jakiegoś czasu, i to zarówno w modernizmie, jak i postmodernizmie – nie wszystko jest sztuką).

ONIBE: nie sugeruję, że podziwiasz jakiś obraz tylko dlatego, że jest wart milion dolarów. Niepotrzebnie bierzesz to do siebie. Próbujesz się wybielić podczas kiedy nikt Cię nie oczernia. Po prostu chodzi mi o to, że sztuka jest z założenia elitarna – oczywiście możemy wymienić tysiące przykładów dzieł sztuki powszechnej, banalnej, codziennej itd, ale nie o to chodzi. Sztuka nie byłaby sztuką gdyby polegała jedynie na zmianie wzornictwa telewizorów czy pralek. Sztuka musi stać wyżej od przeciętności, dzięki temu jest sztuką. A pieniądz daje możliwość wyniesienia sztuki ponad ową przeciętność. Jeśli zabierzesz pieniądze ze sztuki, to pośrednio odbierzesz jej elitarny charakter. Każdy z nas ma – załóżmy – dość gustu, by na targu staroci, w antykwariacie czy u sąsiada na wyprzedaży, kupić za parę złotych fajne cacko będące świetnym przykładem szeroko rozumianej sztuki, ale to, że nie kierujemy się ceną a gustem nie wyklucza wcale, że właśnie cena stanowi mechanizm wyznaczający trendy, nagradzający i karzący artystów.

W muzeum nie pytasz się o cenę obrazu, ale przecież domyślasz się, że żadne z dzieł sztuki w Luwrze nie kosztuje pięć złotych, prawda? To trochę tak jakbyś udał się do Braci Brooks i powiedział, że chcesz kupić dowolny garnitur, bo wcale nie jesteś snobem i cena nie ma znaczenia…

Cena puszki zupy jest dowodem przez zaprzeczenie. To przykład nadużycia mechanizmu nagrody, a zarazem próba zrównania sztuki z asfaltem. Jak widać sama kasa nie wystarcza aby regulować zjawisko sztuki, trzeba mieć jeszcze gust. Tym niemniej zauważ: ani o tym zdjęciu, ani o puszce zupy byśmy nie rozmawiali, gdyby nie pieniądz właśnie. Gdyby pieniądz nie miał w sztuce znaczenia, to każdy machnąłby ręką. Co z tego, że banalne zdjęcie kosztuje milion dolarów? To z tego, że jednak podświadomie oczekujemy, że zaistnieje możliwie obiektywna metoda wyceny dzieł sztuki…

StB: Moim zdaniem tym, co wynosi sztukę ponad przeciętność nie jest – jak piszesz – kasa, tylko artyzm (i to właśnie on jest, czy też raczej powinien być obiektywną metodą wyceny dzieł sztuki). To, że podnosi się cenę danego dzieła (artefaktu), nie ma żadnego wpływu na to, że wzrasta jego artyzm (wartość artystyczna). Czy obraz będzie się robił coraz lepiej namalowany, kiedy będziemy zwiększać jego cenę? To byłby absurd! To jest według mnie dowód na to, że sztuka (artyzm) nie jest (nie powinna być) funkcją ceny.
Ale sztuka jak najbardziej powinna być (i moim zdaniem jest) elitarna. jednakże tym, co powinno określać jej prawdziwą wartość (przynależność do elity) powinien być artyzm, a nie pieniądz.

ONIBE: a co to jest artyzm? Bo ja nie kumam tego pojęcia. Dla jednego artyzmem jest namalowanie czarnego kwadratu na białym tle, dla innego artyzmem jest stworzenie hiperrealistycznego obrazu z mnóstwem detali. A może artyzmem jest wszystko? W takim razie każdy przejaw takiej działalności jest zarazem działaniem elitarnym…

co to znaczy: „obraz lepiej namalowany”? masz jakieś obiektywne kryteria/definicje na te sprawy? Bo opisywanie zjawiska poprzez stosowanie słów-wytrychów niewiele tutaj pomoże…

StB: Onibe, jeśli „nie kumasz” co to jest artyzm, to może poczytaj trochę o teorii sztuki, gdzie są różne koncepcje artyzmu. Moja zbliżona jest do definicji klasycznej i oznacza z grubsza kunszt wykonania, doskonałość warsztatową, talent, biegłość, zdolność przekazu wrażeń, piękna, idei, głębi… etc.
Kwestionujesz to, że o jednym obrazie można powiedzieć, że jest lepiej namalowany od innego? Ja twierdzę, że jak najbardziej można określić, który obraz jest lepiej namalowany, a który gorzej – i nie potrzebna jest do tego znajomość jego ceny.
Na pewno obraz namalowany przez Rembrandta jest lepiej namalowany od tego, który namalował pan Mietek ostatniej niedzieli, bo zapragnął przedstawić jelenia na rykowisku. Na pewno Zimmerman lepiej zagra Chopina, niż pan Zenek, który dorabia na weselnych chałturach. Na pewno Michał Anioł lepiej rzeźbił od pana Janka, który taśmowo produkuje odpustowe świątki… itp.
Jeśli człowiek nie dał się zwariować różnym takim spekulantom współczesnym, którzy handlując sztuką wciskają ludziom kit i mieszają im w głowach, to kryteria oceny sztuki i artyzmu są w miarę proste i czytelne. I tylko wtedy można określić, kto jest artystyczną elitą.

Piszesz: „A może artyzmem jest wszystko? W takim razie każdy przejaw takiej działalności jest zarazem działaniem elitarnym…”
Ależ ja właśnie do znudzenia powtarzam, że to nieprawda, iż artyzmem jest wszystko, albo że wszystko może być sztuką. Gdyby tak było, to właśnie pojęcie elitaryzmu byłoby bez sensu – bo co to za elitaryzm, jeśli wszystkich uznamy za artystów, i wszystko, co ktokolwiek (czyli byle kto) raczy spłodzić, nazwiemy sztuką?

A czy Ty uważasz, że wszystko może być artyzmem (sztuką)? Może więc czas abyś – tak sam dla siebie, aby nie ulegać bełkotowi współczesnych „znawców” sztuki, jej sprzedajnym „kuratorom” i spekulatorom-handlarzom – ustalił, czym dla Ciebie jest artyzm i sztuka? Bo jeśli tego nie zrobisz, to zrobią to za Ciebie inni i nadal nie będziesz wiedział z czym to się je.
Jeśli zaś chcesz oceniać wartość sztuki na podstawie metki z ceną, którą ktoś sobie podpiął do zupełnie przeciętnej fotografii czy malunku, to Twoja sprawa. Ja wolę bardziej zajmować się elitą twórców-artystów, niż elitą handlarzy sztuką.

ONIBE: ok, czyli Twoim zdaniem, jeśli jestem zwolennikiem ekonomiczno-syndykalnej teorii doboru sztuki, to tym samym nie jestem skłonny do oceny sztuki samemu, muszę się zdać na wybór innych, tak? Natomiast Ty, będąc zwolennikiem czystej sztuki (nie wierzę w to pojęcie) sam decydujesz co jest sztuką a co nie, tak? Czyli, pewnie w przeciwieństwie do mnie, nie chodzisz po muzeach (gdzie selekcją dzieł sztuki zajmują się „inni” i robią to często na bazie finansów), nie czytujesz i nie przeglądasz albumów malarskich (znowu: dobór, druk, komentarz – to jest coś, co robią „inni”). Prawdziwej sztuki szukasz chodząc po studiach malarskich, zaglądając do starych, zdezelowanych komórek, w których biedni ale natchnieni ludzie generują sztukę niezauważeni przez takich jak ja zwolenników kasy. Hmm… nie wiem skąd przekonanie, że skoro oglądamy tych samych twórców i często ich tak samo oceniamy, Ty czynisz to obiektywnie, a ja subiektywnie…

wspominasz o panu Mietku. Skąd mam wiedzieć, że pan Mietek nie jest porównywalny z Rembrandtem skoro Twoim zdaniem cała otoczka finansowo-celebrycką jest zbędna? Jeśli dobrze Cię rozumiem, to Mietek może generować porównywalny artyzm co van Gogh a różnica wartości ich obrazów nie ma nic do rzeczy. Podając jako przykład zderzenie uznanej marki z no-namem sam przeczysz swojej teorii, przyznajesz natomiast rację mnie. Bo mnie właśnie o to chodzi, że potwierdzeniem umiejętności i pozycji artysty jest jego rozpoznawalność połączona z kwestiami pieniężnymi.

StB: Skąd mam wiedzieć, że pan Mietek nie jest porównywalny z Rembrandtem skoro Twoim zdaniem cała otoczka finansowo-celebrycka jest zbędna?
Otóż wystarczy zestawić obok siebie obrazy Rembrandta i pana Mietka. Wtedy Twoje oczy powinny dostrzec, czy jego malarstwo jest lepsze czy gorsze od Rembrandta – a nie powinna o tym decydować metka, którą im doczepiono, ani nawet to, że jakiś obraz powieszono na ścianie w muzeum. (I oczywiście może się tak zdarzyć, że sztuka pana Mietka będzie porównywalna ze sztuką Rembrandta, choć jest to bardzo mało prawdopodobne. A jeśli chodzi o muzea, to niestety, ale one również mogą być – i są – wypełnione badziewiem, zwłaszcza współczesnym.)
Jestem przekonany, że oceniając dzieło sztuki nie można kierować się metką, ani nawet tym, że jakieś muzeum ma to w swoich zbiorach.
Ja (nie wiem, może to zarozumialstwo) uważam, że na tyle lubię malarstwo, na tyle je znam, że jestem w stanie powiedzieć, który obraz jest dobry, bez zaglądania do cennika.

Jeszcze raz (do znudzenia pewnie) powtórzę: dawniej kryteria oceny sztuki były dość jasne i rzeczywiście artyzm decydował o tym, jaki malarz miał wzięcie i jakiego artysty sztukę ceniono, uznawano mistrzem (to była właśnie artystyczna elita par excellence). I zazwyczaj twórcy ci dobrze zarabiali, ich działa miały swoją wymierną wartość (dlatego są teraz w muzeach – które nota bene odwiedzam dość często).
Ze sztuką współczesną jest już zupełnie inaczej: tutaj zwykle decyduje nie artyzm (warsztat, talent, praca, talent) ale widzimisię tych, którzy właśnie przyczepiają metki, którzy kreują sztuczną zadymę (tzw. trend), często wykorzystując przy tym głupotę i naiwność snobów, albo też wyrachowanie kupieckie handlarzy. (To dlatego m. in. za sztukę – i to wysoko cenioną – uznano puszki z gównem Manzoniego, czy kibel Duchampa, który nota bene w pewnej ankiecie poważanych krytyków uznano za „najwybitniejsze dzieło sztuki XX wieku”. Ja dziękuję za taką elitę.)

Tak, to prawda, wygląda na to, że jesteś zwolennikiem ekonomiczno-syndykalnej teorii doboru sztuki. Ja jednak kieruję się innymi kryteriami, (o których już chyba napisałem wystarczająco dużo, więc nie chcę się powtarzać).

ONIBE: dzięki za ciekawą dyskusję

greydot

Powyższa konwersacja miała miejsce dobrych kilka lat temu, na początku naszej znajomości blogowej z Onibe – może dlatego można w niej wyczuć pewną dozę zniecierpliwienia, może nawet sarkazmu… Odnoszę też wrażenie, iż nie została ona przeprowadzona do końca, pozostawiając pewne kwestie otwarte. Od tego czasu poznaliśmy się lepiej, tudzież przeprowadziliśmy wiele innych rozmów na różne tematy (choćby TUTAJ), co zawsze było dla mnie przyjemnością, bo Darek to rozmówca interesujący, inteligentny i uważny, z którym wymianę zdań wielce sobie cenię.

Wracając jednak do meritum. Fotografia Gursky’ego, za którą zapłacił ktoś absurdalnie wysoką cenę, to jedynie pretekst do zastanowienia się nie tylko nad sztuką współczesną, ale i nad kondycją dzisiejszego świata i ludzkiej kultury en bloc. Dom aukcyjny Christie opisał „dzieło” Gursky’rgo, jako „dramatyczne i głębokie spojrzenie na ludzką egzystencją i nasze relacje z naturą na zakręcie XXI wieku”, co jest stwierdzeniem trafnym, tyle że jego trafność wynika bardziej z całej tej artystyczno-socjologicznej otoczki i zamieszania jakie sprowokowała fotografia (a konkretnie: jej sprzedaż), niż z samej jej wartości artystycznej. Warto przy tym nadmienić, że zdjęcie Renu autor zmanipulował, usuwając z niego za pomocą Photoshopu ludzi spacerujących z psem, rowerzystów, fabrykę na horyzoncie… Nie widzę w tym nic złego ale czy w takim razie może to zdjęcie obrazować „naszą relację z naturą”? W tym kontekście dość niepoważnie brzmią zachwyty, jak np. ten, recenzentki „Daily Telegraph”, która napisała: „Ten obraz jest żywy, piękny i niezapomniany. To współczesna wariacja na temat Niemiec i ulubionego w kraju romantycznego krajobrazu oraz relacji człowieka z naturą.” Jak się okazuje, napisać można wszystko. Co jednak weryfikuje taką ocenę i sąd? Czy na pewno jest to konkretne współczesne dzieło sztuki? Czy naprawdę nie jest tak, że jednak przestaje być ono istotne, a liczy się tylko czyjeś ludzkie „widzimisię” – to, co sami sobie wymyślimy?

greydot.

Gwoli żartu (broń Boże nie po to by porównywać się z Gurskym) zamieszczam przy okazji dwie moje fotografie, które mi się w tej chwili przypomniały, bo trochę są podobne w tematyce i minimalizmie:

.

Fale w słońcu (Pacific Rim NP, British Columbia, Canada)

Fale w słońcu (Park Narodowy Pacific Rim, Kanada)

O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Demonstrujący tłum nigdy nie zaspakaja swoich potrzeb wyższych, bo w tłumie ich nie ma – następuje równanie do średniej, jak również zniżanie się do zachowań instynktownych, często irracjonalnych.
Tłum nie myśli.

Nawet jeśli tłum występuje w imię jakiejś wyższej idei, to w akcie tłumnej demonstracji następuje jej zglajszachtowanie – sprowadzenie do bezrefleksyjnego stereotypu, często do parodii samej siebie.

Tłum jest zazwyczaj narzędziem w rękach manipulatorów, którzy – by osiągnąć cel – zawsze wmawiają tłumowi, że nie tylko działają oni w imię jego dobra, ale że sam tłum może o czymś decydować i że jest w tych decyzjach suwerenny i nieomylny.

O zachowaniach tłumu decydują hormony – impulsy i popędy – a nie refleksja. (Tłum jest domeną emocji, a nie myślenia.)

Włączenie się w tłum najczęściej wiąże się z regresją – to niejako zejście na niższy próg człowieczeństwa. (To ciekawe i warte zastanowienia, że właśnie w takim momencie ludzie przeżywają często euforię.) Co oczywiście nie oznacza, że tłum z zasady jest agresywny.

Tłum zaczyna funkcjonować w innej rzeczywistości, która nie jest, w stosunku do obiektywnej rzeczywistości, ani komplementarna ani alternatywna, tylko efemeryczna. W końcu i tak – prędzej czy później – następuje (wtedy już indywidualne) otrzeźwienie.

greydot

Jednakże właściwości tłumu nie zawsze są wartością negatywną, przynoszącą samo zło. Można je również wykorzystać w dobrej sprawie – wtedy tłum jest siłą pozytywną. Szkopuł w tym, ze często nie wiemy, co jest złe, a co dobre – zło nam się przedstawia jako dobro, a dobro jako zło.

greydot

Sądzę, że prawdziwy bunt jest aktem indywidualnym.
Tak więc określenie „zbuntowany tłum” jest w pewnym sensie oksymoronem: bo ktoś, kto przyłącza się do takiego tłumu automatycznie staje się oportunistą (przejmując ideę tłumu staje się jego częścią, pozbawiając się tym samym suwerenności – w działaniu i myśleniu).
Y Gasset pisał o „buncie mas”, ale w rzeczywistości opisywał powstawanie zatomizowanego tworu – nowej wersji europejskiego społeczeństwa, której „bunt” polegał nie na zdobywaniu kolejnych poziomów wolności (wliczając w to wolność indywidualną), ale wręcz przeciwnie: na rozrastanie się w masę, która de facto wolność indywidualną niszczyła (co wkrótce urzeczywistniło się w postaci państw totalitarnych – w komunizmie i faszyzmie). Podobne fiasko ponosi dziś ideologia neoliberalna, obiecując człowiekowi wolność, a w rzeczywistości pozbawiając go tożsamości i zmuszając do zachowań szablonowych w rodzaju politycznej poprawności czy kompulsywnej konsumpcji.
Niestety, wygląda na to, że nadal – w skali społecznej – jeden rodzaj zniewolenia zamieniamy na inny.

greydot

Pewne zachowania społeczne są zaraźliwe. Wydaje mi się, że sporą część winy za takie tragedie, jakimi są ostatnie masowe zabójstwa w różnych stanach, ponosimy my sami – nasza fascynacja mordem, która przybiera maskę strachu, przerażenia i oczywiście (często głębokiego i szczerego) współczucia dla ofiar. Winna jest również wynikająca z tego wszystkiego orgia wiadomości, którymi główne media katują nas non stop przez wiele dni. Skądinąd wiadomo, że np. samobójstwa mają tendencje do tego, by przybierać formę epidemii w pewnych kręgach społecznych – rozprzestrzeniają się tak, jak wiadomości o nich. Wydaje mi się, że podobnie jest z masowymi morderstwami, tak mocno nagłaśnianymi przez media, które wręcz się nimi napawają. Kto wie, czy np. tragedia w szkole Sand Hook wydarzyłaby się, gdyby nie wcześniejsza strzelanina w Oregonie, czy uczynienie z Brevika światowej sławy „gwiazdą” masowego mordu. Kto wie, czy tych, którzy decydują się na taki straszny czyn, nie napędza właśnie narcystyczny pęd do zostania swego rodzaju anty-bohaterem (w przypadku muzułmanów: męczennikiem), którego nazwisko znajdzie się nagle na ustach milionów ludzi całego globu? Te warholowskie 15 minut sławy – nieważne, że nienawistnej, ale przynajmniej przełamujące doskonałą anonimowość i poczucie zupełnej bezwartościowości, jakie żywi wobec siebie zabójca. Albo wykrzyczenie wobec świata własnej desperacji, może nawet krzywdy, jaką według nich wyrządził im ten świat i najbliższe otoczenie?

Może więc przydałoby się więcej powściągliwości? Mniej medialnej burzy? Może lepsze byłoby też zachowanie anonimowości mordercy?
No i wreszcie, last but not the least: może wreszcie ktoś zrobiłby porządek z tymi wszystkimi karabinami i pistoletami, do których łatwy dostęp – jak widać – mają także szaleńcy, będący w stanie zgromadzić ich cały arsenał? Czy rzeczywiście na wszystkim można robić pieniądze? (bo tu nie chodzi o żadne prawo do posiadania broni w imię obywatelskiej wolności, tylko właśnie o FORSĘ – może więc nadszedł także czas by tych wszystkich hipokrytów i cyników z NRA rozgonić na siedem wiatrów?)

Jest jeszcze nasz prezydent. Wzrusza się albo peroruje, załamuje mu się głos, ociera ukradkiem łzy jakie mu się kręcą w oku (nie wątpię, że szczere). Ale czy kiedy podpisuje rozkazy ataku dronami w Jemenie czy Afganistanie, podczas których giną niewinni ludzie, w tym również i dzieci – to czy nie powinna mu przy tym zadrżeć ręka? Wbrew pozorom życie afgańskiego czy jemeńskiego dziecka jest tyle samo warte, co amerykańskiego – a ból rodziców na całym świecie jest taki sam.


greydot

Nie wiem jaki jest wpływ nauk Nietzschego na upodobnienie się świata do jego idée fixe. Natomiast jestem pewien, że próba wprowadzenia w życie jego postulatów (np. tych wynikających z afirmacji „mocy” i utworzenia kasty nadludzkich panów) byłaby koszmarem.
Aż się nie chce wierzyć, że ktoś – dokładnie pół wieku później – usiłował to zrealizować. Czy jednak można za to winić Nietzschego? Moim zdaniem nie. On był tylko rodzajem medium, za pomocą którego objawiły się symptomy choroby, na którą zaczęła zapadać europejska kultura, cywilizacja Zachodu.

Niestety, nie wahałbym się pewnych idei Nietzschego nazwać „banialukami” – jakimś absurdalnym „para-romantyzmem”, rodzajem idealizmu, do którego – idąc nad wyraz pokrętnymi ścieżkami – dotarł Nietzsche, wychodząc (żeby było jeszcze dziwniej) z naturalizmu i biologizmu.
Sądzę, że lepiej mu wychodziła krytyka, (ważna o tyle, że obnażała i wskazywała słabe miejsca europejskiej cywilizacji), niż jakakolwiek konstruktywna afirmacja.

Co ciekawe i znaczące, Nietzsche był również znakomitym krytykiem samego siebie. Może właśnie dlatego nie stworzył on żadnego naprawdę spójnego, koherentnego „systemu”.

Prawdę mówiąc, Nietzsche zawsze interesował mnie bardziej jako człowiek (myślący, wrażliwy, cierpiący, poszukujący, walczący…), niż jako filozof. Moje pochylanie nad nim bardziej jest humanistyczne (antropologiczne) niż filozoficzne.
Może dlatego nigdy nie potrafiłem go potępić.

Nie sądzę, że Nietzsche był człowiekiem okrutnym, jednakże to, co czasami pisał – jeśli by tak zastosować jego idee w praktyce, lub potraktować poważnie i dosłownie (a tak np. – po „nietzscheańsku” – potraktowali hitlerowcy osoby chore i „gorszej” rasy) – prowadziłoby do okrucieństwa.

Oczywiście, że od czasu Nietzschego doszło do pewnych przewartościowań w naszej kulturze. Nie zmienia to jednak faktu, że podjęta przez niego próba „przewartościowania wszystkich wartości” zakończyła się fiaskiem i popchnęła go w szaleństwo. Porwał się na coś, co go przerosło i za co „zapłacił” obłędem.

greydot

W pismach Nietzschego kilkakrotnie można znaleźć fragmenty, w których wyraża się on o ludziach jak o jakimś nawozie historii (sugeruje np. że można np. poświęcić życie milionów ludzi, jeśli służy to osiągnięciu jakiegoś wyższego – jego zdaniem – celu). Była to swego rodzaju antycypacja poglądów jakie reprezentowali (w praktyce) autokraci sprawujący władzę w systemach totalitarnych (i to zarówno faszystowskich, jak i komunistycznych).

Nietzsche potrafił zmieniać swoje poglądy dosłownie z jednego akapitu na drugi. Był takim eksperymentatorem – badaczem duchowych i myślowych ekstremów. Oprócz rzeczy genialnych, pisał też wierutne bzdury. Nie stworzył też jakiegoś spójnego systemu filozoficznego. Jego poglądy ulegały ciągłej ewolucji. Z tego też względu trudno uchwycić coś naprawdę stałego w jego myśli.
To co pisał często było bardziej literaturą, niż filozofowaniem, które można byłoby traktować serio. (Koniec końców, dla mnie Nietzsche bardziej jest artystą czy też poetą, niż filozofem, którego można pojmować dosłownie.)

greydot

Szaleniec niekoniecznie jest – jak ktoś napisał – istotą „bezgranicznie głupią”. Choć, jeśli ktoś „postradał zmysły”, to potocznie mówi się, że „zgłupiał”. A jednak szaleństwo nie jest tożsame z głupotą. Wystarczy zresztą popatrzeć, jak wielu szaleńców jest branych za mędrców… i vice versa. Bo któż, jak nie ludzie „szaleni”, byli założycielami największych religii? (vide: Budda, Chrystus, Mahomet…) Ponadto, czy człowiek nie musi być do pewnego stopnia „szalony”, aby zostać uznanym np. za „świętego”? Albo porwać się – wbrew wszystkim i wszystkiemu – na istniejący w świecie „porządek”?

Jeśli jednak geniusz staje się „szaleńcem i potworem”, to przestaje tym samym być człowiekiem mądrym. Według mnie „potworność” wyklucza mądrość.

Co miał na myśli Brecht, pisząc że w każdym geniuszu jest coś z szaleńca i potwora? Może to, iż często geniusze zachowują się amoralnie (czyli są na bakier z obowiązującymi normami obyczajowymi), a czasem wręcz nikczemnie?
Jednakże to, że geniusz staje się czasami nikczemnikiem nie powoduje tego, że przestaje on być człowiekiem genialnym.

Związek geniuszu i obłąkania to rzecz powszechnie znana, już choćby od czasów Arystotelesa, który stwierdził, że „każdy wielki geniusz ma coś z szaleńca”. Sama europejska psychiatria, która raczkowała w XIX wieku, wydała wtedy taką – uznaną już dzisiaj za klasyczną – pozycję, jak „Geniusz i obłąkanie” (autorem był Lombroso).
Przykłady ludzi, którzy zostali uznani za genialnych, a którzy zapadli na chorobę psychiczną, można mnożyć. Ale przecież nie każdy rodzaj ludzkiego „szaleństwa” podpada pod diagnozę psychiatryczną (czyli nie każdy szaleniec jest psychiatrycznym „wariatem” – tak jak nie każde „szaleństwo” klinicznym obłąkaniem). Np. podczas II wojny światowej „oszalała” prawie cała Europa i pół świata… lecz było to „szaleństwo” cywilizacyjne, kulturowe, a nie kliniczne.

greydot

Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, liryzm, mitologizacja, patos…
Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura

greydot
Fragment „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza pochodzący z czasów niemieckiej okupacji Warszawy. Otóż w czerwcu 1943 roku, na jednym z tajnych wieczorów autorskich, swoje nowe opowiadanie („Wielki Tydzień”) przeczytał Jerzy Andrzejewski (spotkanie miało miejsce w mieszkaniu Marii Morawskiej, wdowie po rektorze UJ; obecni, oprócz Iwaszkiewicza, byli także m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, ksiądz Ziaja…). Utwór ten napisany został na gorąco przez Andrzejewskiego, zaraz po tragicznych wydarzeniach powstania żydowskiego w getcie warszawskim.
I oto co mówi Iwaszkiewicz (dla którego nota bene literatura była bardzo ważna w życiu, może nawet najważniejsza): „Opowiadanie Andrzejewskiego zrobiło bardzo niedobre wrażenie. Ja myślę, że jest ono bardzo dobrze napisane i porusza jedno z naszych najważniejszych zagadnień, zasadniczy problem moralny każdego z nas. A mimo wszystko opowiadanie opisujące to, cośmy przeżyli tak niedawno, robi wrażenie niepokojące. Zdarzenia opisane odnoszą się do końca kwietnia.(…) Nie ostygły jeszcze popioły getta, a on już pisał na ten temat opowiadanie. Transponował tę straszną rzeczywistość w jakiś świat zorganizowany, skomponowany. To chyba nigdy nie może się udać. A co najważniejsze, że możemy skonfrontować to, cośmy przeżywali przed chwilą (…) I oczywiście opis nie oddaje ani dziesiątej części naszych przeżyć (…). Pozostając jeszcze w sferze naszych świeżych przeżyć, nie sprosta tym przeżyciom, nie stając się dziełem sztuki.”

Tak więc okazuje się, że aby sprostać wyzwaniu literackiej próby ogarnięcia życiowego koszmaru, potrzebny jest dystans – i to nie tylko czasowy, ale i psychiczny. W przeciwnym razie do gardła rzuca się nam rzeczywistość, a literatura wydaje się mrzonką.

greydot

Lepiej jest żyć, niż o życiu czytać.
Czy to samo odnosi się do pisania?

greydot
Literatura jest zawsze czymś wtórnym dla doświadczenia życiowego. Co nie oznacza, że nieważnym.

greydot

Świadectwo Borowskiego. Obawiam się, że dzięki niemu (i temu co zrobił) mogła się nam objawić pewna okrutna prawda: jeśli człowiek w pełni pojął i „zrozumiał” Auschwitz, to jedynym dla niego wyjściem z tej opresji (wiedzy i świadomości) jest samobójstwo.
Ucieczka jest niemożliwa.
Tym bardziej płonna jest ucieczka w literaturę.

 

greydot

Po lekturze „Losu utraconego” Imre Kertésza.
Oczywiście, że wielu ludzi, którzy przeżyli obóz, zadawało sobie pytanie: dlaczego właśnie ja? Trudno mi uwierzyć, że wobec koszmaru, którego doświadczyli, przeszło im przez myśl, aby dziękować za to jakiejś „Opatrzności” (gdyż wobec tego co się stało, pojęcie „Opatrzności” wydaje się być jakąś Monstrualną Ironią!)
Czy wszyscy z nich byli winni? Czy można obwiniać nawet tych, którzy dopuścili się w obozie czynów nagannych, czy wręcz nikczemnych?

Początkowo, kiedy pisałem o zwątpieniu w człowieka, którego doświadczyłem przy zderzeniu się z Auschwitz, bardziej miałem na uwadze właśnie owo zło, które wyzwoliło się w więźniach, niż to, które było udziałem niemieckich (najczęściej) oprawców. Esesman w czarnym mundurze i z pejczem w ręce, zrazu wydawał mi się bardziej jakimś kosmitą, niż człowiekiem – dopiero później zdałem sobie sprawę z jego „ludzkiej” natury i z konsekwencji, jakie miało jego zachowanie na ogólny sąd o człowieku.

Tak więc na początku było przerażenie tym, czego dopuszczali się wobec siebie sami więźniowie.
Jak sobie dałem z tym radę? Otóż pomógł mi w tym np. Herling-Grudziński i jego słowa, że nie można sądzić człowieka (oskarżając go o „nieludzkość”), którego zmuszono do życia w nieludzkich warunkach.
Tadeusz Borowski tego nie zaakceptował (nie zrozumiał?) i dlatego się zabił. Pisząc, że Borowski poznał „pewną okrutną prawdę” o człowieku – i wskazując przy tym na to, że uświadomienie takiej „prawdy” musi konsekwentnie prowadzić do samobójstwa – nie wyraziłbym się jednak ściśle. To była bowiem „prawda” Borowskiego. A w takim miejscu jak Auschwitz, jest jeszcze wiele innych „prawd” (podobnie jak istnieje wiele „prawd” o Powstaniu Warszawskim).

Dlaczego piszę „prawda”, ujmując to słowo w nawias?
Ponieważ sądzę, iż owa „prawda” bardziej jest ludzką opinią, stanowiskiem, perspektywą, niż prawdą absolutną, (do której według mnie nie mamy dostępu w naszym ludzkim świecie).
A więc relatywizm?
Niekoniecznie.
Jeśli bowiem przyjmujemy już pewien system wartości (czyli potrafimy w naszym sumieniu odróżniać Dobro od Zła… co jest według mnie naszą ludzką powinnością – moralnym imperatywem), to nie powinniśmy mieć większych kłopotów z tym, co uznać za naszą prawdę.

Naturalnie, będzie to dotyczyć tylko jakiegoś fragmentu rzeczywistości… Ale nie mamy innego wyjścia, gdyż pełni rzeczywistości nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
To właśnie dlatego nie mogę zgodzić się z tym, że samobójstwo Borowskiego było, jak ktoś napisał, „jedynie słuszną odpowiedzią” na rzeczywistość. Może wikłam się tu w jakieś sprzeczności, ale inaczej chyba myśleć nie mogę.

A jaka jest np. prawda o Maksymilianie Kolbe?
Otóż ja już dawno temu żywiłem podejrzenie, że było to samobójstwo. Kolbe wykorzystał sytuację, by zakończyć życie i wyzwolić się z koszmaru. Zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy aby nie poczuł się on winny, bo przecież jego pisemko publikowało przed wojną teksty antysemickie, co można uznać jako pewien przyczynek do tworzenia atmosfery anty-żydowskiej histerii, która doprowadziła w końcu – a co najmniej ułatwiła – „ostateczne rozwiązanie” i zagładę większości europejskich Żydów. Ale o tym nikt nie mówi, bo wszak uznany on został człowiekiem „świętym”.
Jednakże później przyszła inna refleksja: może Kolbe, zdjęty litością, rzeczywiście chciał dostrzec w drugim człowieku Chrystusa i oddał za niego życie? Tym samym stając się symbolem ostatecznego poświęcenia dla bliźniego? Tej prawdy uchwycili się jego wyznawcy. I trudno się temu dziwić, gdyż ludziom trudno jest żyć bez nadziei (bo jakkolwiek uznalibyśmy ją może za naiwną „matkę głupich”, to jest ona również nam potrzebna jak powietrze do oddychania i woda do picia…)

W ludziach jest zarówno Kain i Abel, ale w końcu kogoś jednoznacznie potrafimy nazwać Kainem i Ablem. To jest ten bilans, dzięki któremu możemy dość jednoznacznie powiedzieć: ten człowiek jest zły, a ten dobry. Pisząc kiedyś, że były momenty kiedy utożsamiłem się również z tym esesmanem-oprawcą w obozie, pisałem o jakieś abstrakcji, którą pomyślałem chcąc przeniknąć ludzką naturę. Przecież, tak naprawdę, zawsze utożsamiałem się tylko z tymi, których krew wsiąkała w ziemię Auschwitz, a ciała ulotniły się przez kominy krematoriów.
Czasem jednak ogarniał mnie lęk i męczyła niepewność, czy zawsze w tych warunkach zachowywałbym się po ludzku, i czy nie zacząłbym patrzeć na świat oczami Borowskiego, co mogłoby być jednoznaczne z niezgodą na dalsze przebywanie na takimż świecie.

greydot

Bardzo byłbym ciekaw świata, jaki stworzyliby ludzie, których zabito w obozach zagłady, gdyby przeżyli wojnę. A wyginęły ich legiony. Byli wśród nich genialni naukowcy, artyści, myśliciele… Czy można sobie coś takiego wyobrazić? Na pewno nie. Talmud mówi, że kiedy umiera człowiek, to tak, jakby ginął z nim świat cały. A tu – w sposób okrutny i w tak krótkim czasie – zginęły tych ludzi miliony.

greydot

Kiedy wiadomo było, że wojna jest przegrana, samobójstwo popełniło tysiące Niemców. Ale czy z powodu poczucia winy, że było się po stronie katów? Wątpię. Głównie powodował nimi strach przed nadciągającą sowiecką „barbarzyńską” hordą.
Wrażliwość na wyrządzone zło?
Raczej strach przed karą i przed nowym „porządkiem” zwycięzców.

greydot
Jak wyglądałaby Europa bez zagłady? Można by próbować sobie to wyobrazić, ale prawdopodobieństwo tego, że wyobrazimy sobie stan, który odpowiadałby rzeczywistości, jest nikłe. Obawiam się, że zafundowalibyśmy sobie jakąś inną, równie potworną katastrofę, ponieważ w całej Europie panowała wówczas taka – prąca do konfrontacji – mentalność straceńczo-kombatancka, (która była m.in. skutkiem problemów i konfliktów nabrzmiałych po I wojnie światowej.) Być może Hitler uprzedził – i niejako ustrzegł – inne państwa przed popełnieniem podobnej zbrodni? Może wśród tych państw znalazłaby się i Polska?

greydot

Wata… wata, którą się owijamy, by się zbyt boleśnie nie poobijać; zasłona dymna, którą się okadzamy, by cała potworność świata nagle nie wypaliła nam oczu.

greydot

Pewnego razu (po opublikowaniu przeze mnie tekstu „Anus Mundi”) usłyszałem oświadczenie: „Nie byłam w Oświęcimiu i nie wybieram się. Mam wrażenie, że nie muszę tego miejsca oglądać. Świadomość tego, co się działo, wystarcza mi. Natomiast nie wiem, czy widziałeś video „Holocaust Survivor’s Death Camp Dance Flap”. Mężczyzna, który przeżył obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, wraca tam z wnukami, by na miejscu zagłady zatańczyć do piosenki „I will survive”. Zszokowało to Niemców i Polaków, mnie się zaś wydało cudowną apoteozą celebracji życia i przezwyciężeniem duchów przeszłości.”

Mnie to ani nie szokuje, ani nie oburza. Ale mogę tylko mówić za siebie. Skoro jednak protestują przeciw temu video ci, którzy faktycznie przeżyli Zagładę, to trudno to ignorować i nie brać tego pod uwagę. Może jednak, po prostu, warto ten fakt uszanować?
Wydaje mi się, że nieporozumienia wokół tych kontrowersji wynikają z polaryzacji dwóch odmiennych postaw. Bowiem z jednej strony jest bezbrzeżny smutek, rozpacz i przerażenie, jakie ogarniają ludzi w konfrontacji z tą potworną zbrodnią (i trudno się przecież tej reakcji dziwić, bo jest ona jak najbardziej uzasadniona i ludzka); z drugiej zaś – radość z ocalenia, afirmacja życia. Trudno jest takie reakcje przejawiać w tym samym czasie, a niektórzy uważają, że także i w tym samym miejscu – zwłaszcza w miejscu, gdzie miała miejsce Zagłada.
Istnieje przy tym jeszcze jedno niebezpieczeństwo: banalizacji i wyparcia czegoś, o czym jednak trzeba pamiętać w całym rzeczywistym wymiarze, także i w tym mało komfortowym, bolesnym, wręcz przerażającym. Według mnie pamięć taka jest konieczna do tego, abyśmy jednak byli świadomi tego, jak łatwo w naszej europejskiej cywilizacji (którą ponoć tak się szczycimy) o dokonanie podobnych zbrodni (a były one możliwe właśnie i dzięki temu, że pewne rzeczy wypierano ze swojej świadomości; że nie chciano ich dostrzegać; że dokonywano wygodnej i życzeniowej interpretacji faktów).
Kogoś, kto tańczy na zgliszczach (czy też popiołach pomordowanych), można jednak podejrzewać o to, że czyni to bez świadomości tego, jak potworny i bolesny był to pożar (zbrodnia) ewentualnie ze swojej świadomości to wypiera – bez faktycznego i dogłębnego zrozumienia tego, czym ta hekatomba była spowodowana.

greydot

Nie wyobrażam sobie życia nudnego, choćby z powodu tej jego właściwości, o której mówił Nietzsche: „Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu”. A poza tym – ileż to ekscytujących rzeczy dookoła.
Czy ci, którzy tęsknią za spokojem, wiedzą za czym tęsknią? Czy nie ma w tym czegoś z zakamuflowanego pragnienia bezruchu, może nawet śmierci?
A swoją drogą: jakże często ceną, jaką się płaci za doznanie tzw. „świętego spokoju” jest właśnie nuda. Przypomina mi się tutaj to, co o nudzie napisał Pascal w swoich „Myślach”: „Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku., bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal, rozpacz.”

greydot

Starość? Może nie tyle czuję już oddech starości na swoim karku, co odczuwam (niekiedy) przejmującą melancholię przemijania – siebie samego, moich bliskich, nas wszystkich i wszystkiego, co wokół nas.
Ale przecież wiem, że bez przemijania niemożliwa byłaby jakakolwiek zmiana, ewolucja, rozwój.
Czy z wiekiem to odczucie przemijania się wzmacnia? Myślę, że u większości ludzi tak. Jeśli chodzi o mnie, to również tak odczuwam, ale – jak tak zwracam się ku przeszłości – przemijalność wszystkiego, z całą jaskrawością i z wielkim przejęciem uświadomiłem już sobie w dzieciństwie, czy też (bardzo) wczesnej młodości. I od tamtego czasu ta świadomość jest ze mną – z większym lub mniejszym nasileniem – przez cały czas.

greydot

Miłość ma różne oblicza a występujący w niej egoizm maskujemy na wiele sposobów, zwłaszcza kiedy chcemy miłość uszlachetnić, wysublimować. Niezbyt z ową szlachetną wizją miłości współbrzmi to, że bardzo często nasza miłość jest zaborcza – tzn. zwykle chcemy kogoś posiąść na własność (psychicznie i fizycznie). To dążenie w skrajnych przypadkach jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, więc kiedy nie może się zrealizować, kończy się czasami samobójstwem (lub zabójstwem).

W miłości odwzajemnionej egoizm staje się walutą wymienną – dwoje ludzi ofiarowuje się sobie nawzajem (mając przy tym często poczucie bezinteresowności). Jednak zdarza się również, że człowiek w miłości niejako się „zatraca się” – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to w pewnym sensie można uznać za najwyższy stopień miłości, na jaki nas stać (choć, przyznaję, jest to dość desperackie i straceńcze). W tym przypadku rzeczywiście możemy powiedzieć, że został przezwyciężony wrodzony nam egoizm.

greydot

Miłość jest wytworem kultury, która w mit ujmuje hormonalną burzę, jaką miłość jest w wymiarze biologicznym. Zważmy na to, jaką rolę odgrywa miłość w każdej kulturze – i jak zmienia się jej obraz w zależności od mitologicznej fluktuacji danej kultury, która najlepiej widoczna jest w sztuce, w literaturze…
Każda epoka (i każdy rodzaj kultury) ma ten obraz miłości inny – i to właśnie jest dowodem na to, jak mocno – nierozerwalnie wręcz – miłość jest z kulturą sprzężona.
Można więc napisać wprost: bez kultury nie byłoby miłości, podobnie zresztą, jak nienawiści.

Erotyzm to nic innego, jak nasze „kulturalne” podejście do zwierzęcej (w swej istocie i proweniencji) „chuci” – do pożądania, seksu.

greydot

Miłość a przywiązanie?
To są pokrewne sobie uczucia, jednak różnią się od siebie, choćby intensywnością. Warto przy tym dodać, że miłość może przerodzić się w przywiązanie… chociaż nie musi (zdarza się przecież zamieniać w nienawiść).
Ale też przywiązanie może zaistnieć bez miłości.
Każdy z nas jednakże pojmuje miłość inaczej.

greydot
Miłość to nie kwestia wiary, ale „emocji i przeżywania”. Zdarza się, że ktoś tej emocji nie przeżył i wtedy mówi, że w miłość nie wierzy. (Gdyż nie wie, że miłość to nie sprawa wiary a doświadczenia.)

greydot
Miłość wielka i prawdziwa to rzadki ptak, trochę jak Feniks… Nie może to więc być ptak żyjący w stadach, bo wtedy wszyscy byśmy spłonęli.

greydot
Nie wiem, czy Bóg jest miłością, jak twierdzą ludzie „wierzący”. Tak naprawdę, to na temat Boga jest mi trudno cokolwiek powiedzieć. Mogę Go sobie tylko wyobrażać. To samo zresztą robią wszystkie bez wyjątku religie świata, (dlatego np. teologię uważam za wiedzę o ludzkich wyobrażeniach o Bogu, a nie za samą wiedzę o Nim samym).
Natomiast wiem, że człowiek pozbawiony miłości, albo taki, który miłości nigdy nie zaznał (a więc w nią nie wierzący) – jest człowiekiem nie tylko nieszczęśliwym (nieszczęsnym) ale i niebezpiecznym, bo skłonnym do destrukcji, będącej rodzajem zemsty na świecie za swoje uczuciowe upośledzenie i prostrację.

greydot

Hołd oddawany miłości „najwyższej”. Ktoś mówi, że w takiej miłości „człowiek niejako ‚zatraca się’ – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego”; ktoś inny, że „miłość ma w gruncie rzeczy wyraz desperacki i straceńczy.”
Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że jest to bardzo romantyczne spojrzenie na miłość – jak również, że jest to właściwie sięganie do jej mitycznych źródeł (rozpropagowanych głównie przez literaturę i sztukę).
Taka miłość najbardziej chyba działa na nasze emocje, uczucia i wyobraźnię, ma tylko jeden – niebagatelny wszak – mankament: jest destruktywna.
A przecież ta prawdziwa, pożądana przez nas miłość, nie powinna być czymś co niszczy, tylko tym co buduje.

greydot

Istnieje (materialistyczne w zasadzie) przekonanie, że wszystko co dzieje się w naszym mózgu jest sprawą chemii, a konkretnie reakcji chemicznych. Jednakże redukowanie wszystkich naszych fenomenów kognitywnych do materii (chemii) wynika moim zdaniem (po części, przynajmniej) z naszej bezradności wobec mocno jednak ograniczonych, możliwości poznawczych człowieka. Nauka, podobnie jak religia, także z czasem ustępowała ze swoich zarozumiałych – i w istocie dyletanckich – besserwisserskich pozycji.
Tak więc, kto wie? – może rzeczywiście „środki psychoaktywne” pozwalają nam przynajmniej przeczuć coś takiego, jak wieczność? Umożliwiają wejście w inne wymiary rzeczywistości, może nawet dotknięcie absolutu?

greydot

Tautologia. Czy aby czasem nie jest emfazą prawdy?

greydot

A jeśli by tak poezję uznać za próbę wyrażenia czegoś niewyrażalnego, wyobrażenia czegoś niewyobrażalnego, wypowiedzenia czegoś niewypowiadalnego…?

greydot

Oglądając album z malarstwem Jacka Malczewskiego po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, jak odważnym był Malczewski kolorystą (o jego precyzyjnym rysunku, mistrzowskim ujęciu formy, bujnej, symbolicznej wyobraźni nie wspominając). Daltonizujące snoby mogą kręcić nosem, ale ja lubię czasami popatrzeć sobie na taką orgię barw.
Rezygnacja z koloru (odnosi się to zarówno do malarstwa, jak i fotografii) musi mieć jednak swoje uzasadnienie – w przeciwnym razie staje się czymś pretensjonalnym. Do Malczewskiego na szczęście to się nie odnosi, bo on najwyżej redukował czasami (rzadko) kolorystykę swych obrazów do jednej tonacji, która i tak pulsowała bogactwem walorów, tonów i odcieni (jak np. w „Śmierci Ellenai”).

greydot

Pamiętam, że przed „Ofelią” Millaisa w londyńskiej Tate siedziałem dobry kwadrans. Już sam landscape można było studiować godzinami (Millais poświęcił mu pięć miesięcy pracy – malując po 11 godzin dziennie), ale to w końcu tylko tło (choć rojące się od symboli), bo najważniejszy jest tu trup Ofelii. Oczywiście, że jest w tym obrazie Śmierć (w kontraście do bujnej – i kolorowej – natury) ale warto zwróć uwagę, że Ofelia ma otwarte oczy – więc przy odrobinie erotycznej wyobraźni można odnieść wrażenie, że ona ma minę tak trochę jak przy orgazmie (nie bez kozery Francuzi nazywali orgazm La petite mort – a oni, jeśli chodzi o miłość i Erosa, to wiedzieli co mówią).

greydot

Malczewski „pisał” pędzlem (ten jego symbolizm jest przecież bardzo literacki, podatny na narrację i bogate interpretacje), ale „literacki” był też Matejko – niemal wszystkie jego obrazy to próba opisania historii, a w niektórych przypadkach, to nawet… jej tworzenia – głównie mitologizacji, idealizacji…

Malczewski i „Śmierć Elenai”. Jest jednak pewna omdlałość w ciele kobiety z tego obrazu, która odróżnia tu śmierć od snu. W tym stanie Ellenai już śnić nie może.

greydot

Ludzka twarz jako enigma. To jest ten paradoks: twarz potrafi ujawnić prawdę, ale też i prawdę skrywa. Mało tego – potrafi nas wprowadzić w błąd albo ukazać coś, co w istocie jest fałszywe. W każdym przypadku jednak, określa charakter i osobowość człowieka, który jest jej „właścicielem”.

greydot

No cóż, malarze byli różni… Zwłaszcza ci wielcy. Tym co ich łączyło była wrażliwość na kolor i fakturę, determinacja, by na płótnie oddać swoją wersję widzenia świata. To ich wyróżniało spośród innych ludzi.
Byli niezwykli, ale czy wszyscy byli szaleni, jak się czasami twierdzi?
To jest trochę taki romantyczny mit, który utrwaliła zwłaszcza secesja, dekadencja, bohema… bo wtedy wypadało być szalonym, więc wśród malarzy szaleństwo kwitło (tak bardzo, że nawet zaczęto podejrzewać, że przyczyną tego jest ołów, którego używano do wyrobu farb).

Ale tak po prawdzie to malarze charaktery mieli bardzo różne: od wyciszenia i skromności Fra Angelico, po wybujały, gwałtowny macho-izm Picassa. Byli wśród nich mordercy (Caravaggio) i ludzie powszechnie szanowani (Tycjan, Poussin), biedacy (Van Gogh, Rembrandt) i bogacze (van Dyck, Rubens); bon vivanci (Courbert, Delacroix) i stateczni sztywniacy (David, Ingres)… Niektórzy byli elokwentni i zostawili po sobie interesujące pisanie, inni zaś byli milczkami i opowiadali głównie za pomocą swojej malowanej sztuki. Było sporo geniuszy wyobraźni (Bosch), intelektu (da Vinci), pasji (Goya), oryginalności (Klee), cierpienia (Michelangelo), pracowitości (Durer)…
Innymi słowy: malarze to bardzo kolorowy i ciekawy ludek.

greydot

John Constable: „There is nothing ugly; I never saw an ugly thing in my life: for let the form of an object be what it may, – light, shade, and perpective will always make it beautiful.”

Constable napisał, że nic nie jest brzydkie pewnie dlatego, że dobry malarz nawet brzydotę potrafi zamienić (za pomocą swojej sztuki) w coś pięknego.

greydot

Sztuka – a tym samym i piękno – nie istnieje w naturze bez człowieka.

greydot

Czym innym jest dla nas ciemność, a czym innym jasność, lecz w naturze nie ma między nimi różnicy bo wszystko w niej ma takie samo znaczenie.
Na palecie malarza czekają barwy, które oddać mogą czarne chmury i burzę równie dobrze jak czyste niebo i słońce.
W naszych oczach rzeczywistość się zmienia więc chcemy utrwalić jej chwile nie wiedząc o tym, że Wszechświat i tak w końcu cały znieruchomieje. (A może już teraz jest nieruchomy i widzimy tylko jego kolejne zastygłe w bezruchu stop-klatki?)

greydot

Czyli wszystko dzieje się mimochodem i mimochodem też przemija – jak burza, jak słońce, jak człowiek, jak śnieg…
Jak życie…

greydot

Każda sztuka pozostaje martwa dopóki jej nie ożywimy naszą uwagą.

greydot

Na pewno dbanie o (rzeczywiste) proporcje nie jest w malarstwie najważniejsze, zwłaszcza w malarstwie pejzażowym. Przykład wielu malarzy – nawet tych klasycznych – pokazuje, że musieli oni pewne proporcje „naciągać”, podporządkowywać je niejako własnej koncepcji kompozycyjnej. (Przykłady: choćby El Greco, Tycjan, Giorgione, Mantegna, Maniasco, Rembrandt, Goya, Gainsborough… by wymienić tylko niektórych.)
Jak się tak zastanowić, to właściwie zdecydowana większość najsłynniejszych malarzy nie była wierna rzeczywistym proporcjom człowieka, o tych innych, występujących w przyrodzie, nie wspominając. I to wszystko mimo renesansowej dbałości – właśnie o proporcje i harmonię.
Bowiem najbardziej liczy się jednak harmonia kompozycyjna i kolorystyczna.

greydot

Czy ukazując (patrząc na) piękną kobietę, która wygląda „kwitnąco”, musimy się zamartwiać tym (a choćby tylko uświadomić sobie), że prędzej czy później ona przekwitnie – że jej uroda przeminie jak piękno kwiatu, który więdnie?
Tutaj wpadamy chyba w pułapkę snucia dość niepewnych paraleli i metafor – porównywania roślin z ludźmi. Kwiaty, które przekwitły, wyrzuca się, kobiet – jednak nie (zwłaszcza jeśli się je kocha).

greydot

Znany ze swoich kwiecistych portretów Fantin-Latour był jednak intrygującą postacią. Zdziwiło mnie np. jego zainteresowanie muzyką Wagnera (swoją wizytę w Bayreuth na premierze „Pierścienia Nibelungów” zaliczył do jednych z najważniejszych wydarzeń w swoim życiu), bo jakoś nie mogłem sobie skojarzyć tej wagnerowskiej fascynacji z psyche malarza ładnych kwiatków (co innego ubóstwiający muzykę Niemca Nietzsche, który do Wagnera bardzo mi pasował – mimo, że w końcu stał się jego wrogiem).

Muszę przyznać, że z początku Fantin-Latoura znałem tylko z jego obrazów kanonicznych, czyli tych przedstawiających kwiaty. Dopiero później dowiedziałem się o jego próbach portretowych, a jeszcze później – o jego litografiach i kompozycjach alegorycznych odwołujących się nie tylko do muzyki Wagnera, ale i Berlioza, Brahmsa czy Schumanna.
Co ciekawe – sam Fantin-Latour te ostatnie prace cenił najbardziej, ale paradoksalnie były one przez krytyków i odbiorców raczej ignorowane i w końcu sławę artyście przyniosły te jego kwiaty, którymi właściwie zarabiał na życie. Choć zapewne nie malował je tylko z przykrego obowiązku – wręcz przeciwnie: on musiał to malowanie ich bardzo lubić, w przeciwnym razie nie byłyby takie piękne.

greydot

Niektórzy wolą obrazy przedstawiające pewną anegdotę, wypełnione jakimś pierwiastkiem antropologicznym – bo tylko wtedy (jak mówią) może on mieć – i przekazywać – „emocję”.
Ja to widzę nieco inaczej. Dla mnie np. martwe natury nie są emocjonalnie puste, ani zimne. Mam wrażenie, że czuję w nich właśnie te emocje, które zapewne odczuwał artysta, kiedy je malował.
Nie wiem, może to jakaś nadinterpretacja, ale np. każdy z kwiatów Fantin-Latoura wydaje mi się mieć swoją „osobowość”. Tak je chyba traktował sam malarz – jako coś indywidualnego i żywego.

greydot

Ktoś ciekawie napisał: „Muzea to miejsca niezwykłe. Każdy obraz, który w nich jest, bez względu, jaki nosi tytuł, nie jest ‚martwą naturą’, jak mówią Polacy, tylko ‚cichym życiem’, jak mówią Niemcy, i to ukryte życie decyduje o ich życiu w nas, w naszej świadomości, bo innego życia nie ma. Malarstwo i postrzeganie sztuki wzrokiem jest swoistą umiejętnością. Słuchowcy umieją to zrozumieć. Widzenie jest taką samą łaską, jak słyszenie. Ale ma też coś więcej: łaskę niesłyszenia, łaskę ciszy. Łaska ciszy jest być może przywilejem największym, bo daje nam spokój. W zakończeniu Mistrza i Małgorzaty padają słowa znaczące: on nie zasłużył na niebo, on zasłużył na spokój. Malarstwo od swoich początków, od czasów grot z Lascaux, daje nam taki właśnie spokój, jest ciszą, nie gra i nie mówi, choć zawiera w sobie tak wiele dźwięków i tak wiele słów.”

Właśnie – nie „martwa natura” ale „ciche życie” (Stilleben, still life) – to tłumaczenie też mi się bardziej podoba.
Trafne spostrzeżenie o powiązaniu malarstwa z ciszą. Choć niektórzy widzą w nim muzykę, której nie można usłyszeć uchem. Ale malarstwo, choć odbywa się bez dźwięcznych słów, dla wielu jest jednak czymś bardzo wymownym.

greydot

Zauważyłem, że od jakiegoś czasu (XIX wiek?) zbyt wiele poświęca się w dyskusjach energii na spory czym jest sztuka, kim jest artysta, co to jest dzieło sztuki. Często sprowadza się to do sporu czysto językowego (definicji) – a przecież, w gruncie rzeczy, nie powinno to być takie ważne. Ważne jest meritum – sens. Także swoista uczciwość artystyczna.
Moim zdaniem, jeśli ktoś idzie na skróty, to przestaje być artystą. Niekoniecznie ekstremalność jest wyznacznikiem artyzmu – zwykle nie jest. Stąd np. moja rezerwa wobec ekscesów, szokowania, prowokacji – „rewolucyjnej” demolce wszystkiego, co było do tej pory. Według mnie więcej w tym destrukcji niż kreacji.

greydot

Tak często obecny w sztuce współczesnej masochizm i ekshibicjonizm to fetysz, nie sztuka. Tak więc, bardzo często w tej sztuce mamy do czynienia z fetyszyzacją.

Zresztą, najprawdopodobniej, na samym początku sztuki był fetysz. Innymi słowy: to właśnie ludzkie zapotrzebowanie na fetysz było pierwotnym źródłem sztuki.

greydot

Marina Abramović super star. Najsłynniejsza współczesna performerka. Jej sztandarowym wyczynem było patrzenie przez parę miesięcy w oczy ludzi, którzy tłumnie walili na to wydarzenie drzwiami i oknami Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Manhattanie.
W związku z wystąpieniem Abramović ciekawe pytania zadała na swoim blogu latająca pyza. Jak sama autorka napisała, są to jednocześnie pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki.

„Pytanie (a właściwie pytania) pierwsze.
Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie.
A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się…

Pytanie trzecie.
Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance’u wskazuje jego główny temat – artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy – obrazów, filmów, instalacji… Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu…”

Tyle pyza. Nie wiem czy istnieją jednoznaczne odpowiedzi na te pytania, jednak chciałbym się pokusić przynajmniej o pewną próbę odpowiedzi cząstkowych:

1. Może dlatego boimy się szczerości (za jej synonim można uznać spojrzenie prosto w oczy) bo żyjemy w swoistej bańce pozorów i często spojrzenie kogoś obcego uważamy za inwazję w naszą prywatność, a poza tym nie wiemy czego się po takiej osobie spodziewać? Ale przecież tę potrzebę kontaktu (w tym i wzrokowego) można zaspokajać w gronie naszych przyjaciół, rodziny, bliskich – wśród tych, których kochamy. Dlaczego tak się nie dzieje i wybieramy sztuczną sytuację (taka jak ta z Abramović)? Czy nie dlatego, że jesteśmy – albo czujemy się – samotni? Często – samotni w tłumie? I samotność tę próbujemy zabić w przestrzeni wirtualnej – prowadząc blogi, strony na Facebooku, udzielając się na różnych forach… etc. Nie wydaje mi się, że Abramović siedziała w MOMie i patrzyła w oczy ludziom bezinteresownie. Ale ważne było to, iż odbywało się to w sytuacji jakby „rozbrojonej” – ludzie kontaktujący się wzrokowo z artystką czuli, że przebywają w strefie bezpiecznej, a na dodatek wśród ludzi im podobnych, co zapewniało im coś w rodzaju poczucia wspólnoty. Czuli się też w ten sposób wyróżnieni – stawali się ważni.

2. Nie, gdyby to był ktoś inny, niż uznana artystka Abramović – i w innej sytuacji (nie w tej sztucznie wykreowanej i kultowo namaszczonej w MOMie) – to moim zdaniem nic by z tego nie wyszło. Mamy tu do czynienia z wyraźną idolatrią – Abramović to z jednej strony kapłanka, a z drugiej strony postać kultowa, „celebrytka”, jak byśmy to niezbyt elegancko dzisiaj nazwali. To tworzyło pewne napięcie związane z wyzwoleniem się – często silnych – emocji.

3. Performance Abramović to ani dno ani Olimp – ot, dość banalny pomysł (okazał się mimo to kontrowersyjny) znalazł swoje urzeczywistnienie w jednej z najważniejszych „świątyń” sztuki współczesnej, odnosząc (choćby tylko frekwencyjny) sukces, dzięki czemu zapisze się z pewnością w historii tejże sztuki.

greydot

Owszem, ja również – od czasu kiedy wszystko zaczęło być uważane za sztukę – sam sobie przyznaję prawo decydowania o tym (uznawania tego) co według mnie jest sztuką, a co nią nie jest (nie mam innego wyjścia – postmodernizm postawił mnie niejako pod ścianą i takich wyborów muszę dokonywać sam).
Lecz sprawy mają się już inaczej, kiedy weźmiemy pod uwagę przeszłość, czyli odniesiemy się do historii sztuki, kiedy to kryteria jej oceny były w miarę czytelne (w zasadzie wszyscy się zgadzali co do tego, co można nazwać sztuką).

Jednakże o tym co jest sztuką nie może decydować TYLKO efekt, jaki na nas dane dzieło (sztuki) wywiera. Bo skoro żadnego wrażenia nie robi na kimś muzyka Bacha, to czy nie byłoby czymś bezczelnym twierdzić, że nie jest ona sztuką? Albo jeśli nie podobają się komuś freski Rafaela, tudzież jest ktoś doskonale obojętny patrząc na rzeźby Michała Anioła czy obrazy Rembrandta, to czy na tej podstawie ma prawo twierdzić, że to co stworzyli ci twórcy nie jest sztuką? (Owszem, powiedzieć tak można, ale nikt nie będzie tego brał poważnie.)
Oczywiście, że liczy się efekt (czyli to, jak na kogoś działa czyjaś twórczość), ale powinny się także liczyć (i liczą się) również inne rzeczy – takie właśnie jak forma, biegłość warsztatowa artysty, jego przesłanie, wrażliwość, pasja, wpływ jaki on ma na twórczość innych… etc.

greydot

Uznaję emocje za coś ważnego – nie tylko w naszych kontaktach z innymi ludźmi i światem – ale i w samym procesie poznawania świata. Rozum to według mnie za mało. Sam podchodzę do niego (rozumu i jego możliwości) z rezerwą (bo widzę, że czysty racjonalizm ze swoim utylitaryzmem, zrobił jednak w świecie wiele złego).
Oprócz emocji, ważna jest także intuicja. (Przyznaję, że mój stosunek do ludzi bardziej chyba jednak kreuje „serce”, niż intelekt.)

Myślę, że większość ludzi odbiera świat (a zwłaszcza sztukę – kino, literaturę, muzykę…) przede wszystkim „trzewiami” (to jest ten pierwotny impuls poznawczy leżący ponad progiem naszej świadomości, czyli od nas niezależny), a dopiero później ten swój odbiór (reakcję, doświadczenie) racjonalizuje.

Istnieją w nas pokłady wrażliwości nieprzewidywalnej i nieoswojonej.
Żyją jak taki pół-dziki – i pół-kulturalny – zwierzak.

greydot.

THE ARTIST IS PRESENT – krew, pot i łzy Mariny Abramović

hucpa czy charyzma?

.

Patrzenie prosto w oczy - największym wydarzeniem artystycznym XXI wieku? scott.rudd@gmail.com

Patrzenie prosto w oczy – największym wydarzeniem artystycznym XXI wieku?

.

Obejrzałem właśnie film dokumentalny „The Artist is Present” zajmujący się twórczością znanej „performerki” Mariny Abramović (a głównie: jej ekspozycją autorską w nowojorskim Muzeum Sztuki Współczesnej w 2011 roku, gdzie oprócz zaprezentowania swojej retrospektywy, artystka siedziała przez trzy miesiące, po 7 i półgodziny dziennie, patrząc w oczy przypadkowym ludziom), który niestety umknął mi, kiedy gościł na ekranach kin. Pamiętam, że w tamtym czasie przeczytałem ciekawy, dotyczący filmu wpis na jednym z blogów, którego autorka stwierdziła: „…nieważne jakich środków użyła artystka, jakie kierowały nią pobudki. Liczy się efekt (w moim wypadku lawina pytań), jaki wywołała.” A że w tym samym czasie na stronie Wizji opublikowałem serię artykułów dotyczących sztuki współczesnej (m.in. o „cyfrach” Romana Opałki) i temat ten obecny był jeszcze na świeżo w mojej głowie, to zdecydowałem się ów post wtedy skomentować:

„Dla mnie jest ważne to jakich artysta używa środków, i jakie są jego pobudki… Nadal ważny jest dla mnie warsztat artysty, jego wiedza, wrażliwość, biegłość, mistrzowskie opanowanie formy, treści jakie chce nam przekazać, (jego przesłanie), mądrość, intencje… Jeśli tego – jak również dzieła per se – nie będziemy cenić (poważać), jeśli staje się nam to obojętne – to tak, jak byśmy nie cenili samego artysty (który to wszystko sobą reprezentuje, który tym wszystkim jest, który przez to wszystko wyraża swoją sztukę… etc.) Wtedy rzeczywiście najważniejszy staje się pomysł. I nawet nieważne jest to, czy ten pomysł jest banalny, mądry czy głupi – tylko to, jakie reakcje (emocje) w nas wywołał. Tym sposobem, według mnie, sztuka przestaje istnieć – zamienia się w koncept, pewien impuls, psychologiczny gadżet, nowinkę, kuriozum… A my reagujemy jak dzieci (czyli infantylnie), które mają radochę już wtedy, kiedy ktoś zrobi do nich głupią minę, albo kiwnie zabawnie paluszkiem. Tylko czy to będzie świadczyć o naszych genialnych zdolnościach aktorskich? Czy też o potrzebie śmiechu dziecka, które będzie się śmiało z byle czego?

Zdaję sobie sprawę z tego, że można godzinami wpatrywać się np. w akwarium, w wodę, w drzewo, w mur, cegłówkę, w jeden punkt, plamkę albo – dajmy na to – w białe cyferki namalowane (ledwie widocznie) na białym płótnie. I wymyślać sobie Bóg wie co… Bynajmniej nie uważam, że samo w sobie jest to czymś złym (w końcu uznać to można za jeden z rodzajów medytacji), jednak sprawy zaczynają wyglądać nieco inaczej, kiedy taką sytuację rozpatrzymy w kontekście odbioru sztuki. Bo według mnie natrafiamy tu na jeden z zasadniczych problemów związanych z percepcją ‚dzieł’ sztuki współczesnej, którym są: nadinterpretacja, swoista nadbudowa myśli, przydawanie znaczenia czemuś, co znaczenia nie ma (albo ma znaczenie zupełnie inne). I czyni się tak bez względu na to, czym w rzeczywistości dany obiekt (sztuki?) jest, jaką ma treść, czy też wartość artystyczną, (którą i tak ustala się dziś dowolnie i arbitralnie – bo uniwersalne kryteria wartościowania sztuki uleciały wraz z postmodernizmem i przestały praktycznie istnieć). Dla mnie jednak ciągle czymś najważniejszym pozostaje samo dzieło sztuki, a nie to, co wokół niego się nawarstwia. (Czyli w samym dziele sztuki nadal szukam punktu zaczepienia, a nie w ezoteryce tego, co ktoś sobie o nim pomyśli.) Uważam, że weryfikacja znaczeniowa jest możliwa tylko wtedy, jeśli odniesiemy się do dzieła, a nie do jego interpretacji i wartości naddanej. Oczywiście, że o – dajmy na to – czarnej kropce na białym tle można spisać tomy. Ale w tym tumulcie znaczeń i asocjacji sama czarna kropka przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie – równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie być, a my nadal podniecalibyśmy się tym, co byśmy sobie o tej kropce pomyśleli. Ale niestety to, by się zachwycać byle czym, lub zgoła niczym, ma już w sztuce współczesnej długą tradycję. Bo jeśli wszystko jest sztuką, to samo pojęcie sztuki przestaje mieć sens. I tym oto sposobem wszyscy znaleźliśmy się (a raczej zagubili) w kropce.” (…)

Teraz widzę, że powyższe słowa były zarówno trafione, jak i chybione. (Chcę jednak zaznaczyć, że jest to sprzeczność pozorna.) Trafione, bo nadal wyrażają moją opinię o pustce i jałowości niektórych przejawów sztuki współczesnej, sprzedającej swój nihilizm jak sens objawiony, będący w rzeczywistości bezsensem; głębię, która tak naprawdę jest płycizną; znaczenie, które każdy wyznacza sam sobie według własnego widzimisię… Chybione, ponieważ w przypadku Mariny Abramović, mamy do czynienia z jej gargantuicznym wręcz EGO (wyrastające, jak każde takie ego, z poczucia własnej znikomości), jak również z jej dominacją nad wszystkim i wszystkimi – już sam tytuł („Artystka obecna”) mówi nam czego się spodziewać: wszechobecności Abramović, która całym swoim performerskim CV mówi „Sztuka to Ja!”.

———————————————————————————————————————————————————————————-

Marina Abramović,

Marina Abramović, „The Lips of Thomas”, 1976

Zastanawiałem się, czy zamieścić tutaj te drastyczne zdjęcia (bo istnieje takie niebezpieczeństwo, że zdominują one znaczeniowo i wizualnie ten wpis, który skupia się w zasadzie na performance Abramović w MOMA w 2011 r.) ale doszedłem do wniosku, że bez nawiązania do twórczości performerki z przeszłości, nie będzie można zrozumieć jej artystycznej osobowości i charakteru tego, co robi ona teraz. Zdjęcia te są dostępne w sieci. Ja znalazłem je tutaj, wraz z opisem, który przytaczam in extenso (wpierw oryginał, następnie moje tłumaczenie). Warto też podać jego tytuł, który dla wielu zabrzmi pejoratywnie, ale zapewne nie dla autora/autorki, który/która najwyraźniej zauroczony jest artystką i jej aktem. Otóż brzmi on: EMPTINESS WILL EAT THE WITCH (PUSTKA ZJE CZAROWNICĘ).

First performed in 1976, The Lips of Thomas heavily references both religion and communism; at its premiere, it similarly transformed the passive audience into actors. Abramović begins this performance with sticky, transubstantiated reverence, consuming more than two pounds of honey and a liter of wine. After whipping herself to numbness, she carves a five-pointed star into her stomach with a razor blade. Abramović then lays on a crucifix fashioned from blocks of ice, with a heater positioned over her stomach. As the star’s bleeding is hastened by warmth, the rest of her body begins to freeze. At the 1976 premiere, the audience was unable to watch for more than half an hour. After 30 minutes, members of the audience retrieved Abramović from the crucifix and carried her off set. The two subsequent performances, in 1983 and 2005 have lasted significantly longer; in 2005, at the Guggenheim, the performance lasted for a full seven hours. I love this lady. (Przedstawione po raz pierwszy w 1076 roku, „Wargi Tomasza” mocno odwołują się zarówno do komunizmu, jak i religii; w czasie swojej premiery podobnie przetransformowały bierną publiczność w aktorów. Abramović rozpoczęła ten performance z lepką, transsubstancjalną nabożnością, konsumując ponad dwa funty miodu oraz litr wina. Po zbiczowaniu się do momentu bezczucia, żyletką wycięła na swoim brzuchu pięcioramienną gwiazdę. Następnie Abramović położyła się na krzyżu zrobionym z lodowych brył, z ogrzewaczem umieszczonym ponad jej brzuchem. Podczas gdy krwawienie gwiazdy wzmagało się wskutek ciepła, reszta jej ciała zaczęła marznąć. W czasie premiery w 10976 roku publiczność nie mogła patrzeć na to dłużej, jak pół godziny. Po 3o minutach członkowie publiczności zdjęli Abramović z krzyża i wynieśli poza instalację. Dwa następne przedstawienia, w 1983 i 2005 r. trwały znacznie dłużej; w 205 roku w muzeum Guggenheima, przestawienie trwało pełne siedem godzin. Kocham tę panią.)

* * *

Rzeczywiście, w sposób oczywisty mamy tu odwołanie się do komunizmu i religii (Abramović wycina na swoim brzuchu gwiazdę Dawida, która, krwawiąc, upodabnia się do czerwonej gwiazdy komunistycznej); nawiązanie do chrześcijańskiej przemiany (transsubstancji) wina w krew, do krwawej ofiary i sakralnego męczeństwa. Jest tutaj kilka elementów charakterystycznych dla „twórczości” (ujmuję to słowo w cudzysłowie bynajmniej nie z powodu pogardy dla samej Abramović, ale dlatego, iż nie jestem pewien, czy uznać to co ona robi za twórczość artystyczną). Są to: masochistyczna (i narcystyczna zarazem) chęć (jest w tym nawet jakaś desperacja) zwrócenia na siebie uwagi (myślę, że źródło tego leży w dzieciństwie Mariny, która sama mówi, że była dzieckiem osamotnionym i niekochanym przez swoich, mocno zaangażowanych w komunizm, rodziców); dalej: szokowanie publiczności krwią, brutalizmem; drastyczne samoudręczanie i samookaleczanie; badanie limitu ludzkiej wytrzymałości; łamanie tabu, odwoływanie się w tym wszystkim do seksu, religii (elementy gore, bluźnierstwa, pornografii…); transgresja, teatralność, prostota i pierwotność (by nie napisać: prymitywizm i dzikość).

———————————————————————————————————————————————————————————–

Jest jeszcze kilka innych paradoksów, z którymi skonfrontowało mnie zetknięcie się z filmem „Marina Abramović: The Artist is Present”. Otóż, kiedy po jego zakończeniu Netflix spytał się mnie o ocenę, dałem temu filmowi cztery gwiazdki (na pięć możliwych), gdyż – abstrahując od tego, że wydał mi się on być dokumentem sprawnie zrealizowanym – rzeczywiście byłem nim poruszony (byłoby to nieuczciwe, gdybym się do tego nie przyznał). Na domiar złego uświadomiłem sobie, że ta kobieta mi zaimponowała (z pewnością jest to skutek tego, co zobaczyłem w tym filmie – który przecież, siłą rzeczy, jest selektywny, jeśli nie stronniczy – a nie rzeczywistej znajomości jej osoby, bo przecież Mariny osobiście nigdy w życiu nie spotkałem). Przede wszystkim byłem pod wrażeniem (tak mi się wydawało) jej siły charakteru, wytrzymałości, wyrazistości… Kiedy podzieliłem się tym z żoną (informując ją także o tym, na czym polegał performance Abramović w MOMie), spotkałem się z ripostą: „ty, taki inteligentny człowiek (sorry, ale naprawdę tak powiedziała – przyp stb), i dałeś się na to nabrać? Wytrzymałość? Przecież pracownicy, ci stójkowi w salach muzealnych tyle samo czasu spędzają, nic w zasadzie nie robiąc – i nie mają za to płacone tyle, co Abramović za swoje siedzenie na krześle. A bezdomni, którzy pod tym muzeum tkwią w tej samej pozycji, na bruku, przez 24 godziny na dobę, czasami przez parę lat? To ma być jej poświęcenie? Dla sztuki, czy dla sławy i pieniędzy? Zastanów się dobrze.”

No cóż, zastanowiłbym się nad tym wszystkim także i bez napomnienia mojej żony, ale nie mogę przecenić jej zdroworozsądkowej postawy, która jednak dość szybko mnie orzeźwiła i sprowadziła na ziemię.

W pierwszej kolejności zastanowiłem się nad tym, dlaczego ten film mnie poruszył – a momentami nawet wzruszył. Otóż wzruszył mnie dlatego, że – mimo sztucznej pompy i spędowego entourage’u całego tego wydarzenia – reakcje ludzkie w zetknięciu się w obecnością (wzrokiem) Mariny Abramović (tym, co najczęściej nam pokazano, były łzy) – wydały mi się autentyczne (a dość często, kiedy widzę ludzkie łzy, to sam nieco się rozklejam). Ponadto uświadomiłem sobie to, jacy ci ludzie muszą być zgłodniali kontaktu z drugim człowiekiem – a przy tym: jacy muszą być w głębi samotni i cierpiący – skoro czekają po kilkanaście godzin w kolejce (niektórzy koczowali przed wejściem do MOMA całą noc), by spojrzeć w oczy obcej kobiecie i się przy niej (a także w obecności całego tłumu) rozpłakać. Dodatkowo, poruszyło mnie również to, jak łatwo można ludźmi manipulować, czy też – wyrażając się bardziej elegancko – na ludzi wpływać, wykorzystując ich odwieczną potrzebę relacji z drugim człowiekiem – wliczając w to potrzebę kultu i adoracji („odkąd człowiek przestał wierzyć w Boga, gotów jest wierzyć w byle co”), łatwość podporządkowania się guru i kapłanowi, łaknienie doświadczenia kolektywnego, a przy tym pokazania się samemu – odciśnięcia na innych swojej obecności. Dochodzi do tego coś w rodzaju stadnego instynktu, psychologia prowadzonego na pasku tłumu – stąd mało wybredne epitety o baranach i osłach. Wreszcie głupota: niby wszyscy są złaknieni kontaktu i wzroku drugiego człowieka, ale kiedy mogą ten głód zaspokoić – np. w metrze, w parku czy w jakimkolwiek innym miejscu publicznym, to wtedy ślepią w te swoje „ajfony”, świata rzeczywistego poza wirtualnym nie widząc.

Pisząc o autentyzmie ludzkich reakcji podczas spotkania z Abramović, miałem oczywiście na myśli tę publiczność zaangażowaną, na której skupiała się uwaga twórców filmu. Bo zapewne było też sporo takich, którzy patrzyli na ten spektakl (jak również na inne instalacje i performance tego wydarzenia autorskiego Abramović, którym MOMA poświęciła kilka pięter) niewiele z tego rozumiejąc i nadrabiając miną snoba. Przypomniała mi się jedna z moich ostatnich wizyt w tym przybytku sztuki współczesnej na Manhattanie i to, co wówczas naskrobałem w swoim kajecie, odpoczywając w Parku Centralnym: W MOMie zastałem niemożliwe do wyobrażenia tłumy, które zmuszone były udawać, że podziwiają w tych warunkach dzieła sztuki współczesnej, która wszak łatwa w odbiorze nie jest. Przyglądając się tej snującej się po wystawowych salach ciżbie, w pewnym momencie uderzyło we mnie poczucie… absurdu: większość tych ludzi, tak naprawdę, zgromadzonymi tam obrazami, rzeźbami i instalacjami nie była zainteresowana: równie obojętnie przechodzili obok pięknego aktu namalowanego przez Modiglianiego, co obok zupełnie nieczytelnych kleksów Motherwella. (A jeśli już przystawali przed jakimś obrazem, to taksowali go niewiele rozumiejącym wzrokiem, jakby zdziwieni, ale przysłaniając to miną znawcy, człowieka myślącego.) Tłoczna ta procesja przypominała mi jakiś rytuał – haracz spłacany nawykowi turystycznej (ewentualnie snobistycznej) konsumpcji – w miejscu, które ciszy się famą jednej z największej atrakcji Nowego Jorku.”

Lecz wróćmy do Mariny i jej wytrzymałościowego posiedzenia. Uderzyło mnie jeszcze kilka innych rzeczy. Na przykład ścisła kontrola całego tego eventu: przestrzeń wokół Abramović była ściśle wyznaczona, między Marina a publicznością, na straży porządku, stało z siedmiu „goryli” – regulamin „audiencji” musiał być ściśle przestrzegany. Kiedy ktoś, siedząc już na krześle, wyciągnął zwykłą ramkę i chciał przez nią patrzeć na Marinę – został bezceremonialnie usunięty. Dziewczyna, która zdjęła sukienkę i chciała nago patrzeć na Marinę, nawet nie zdążyła usiąść na krześle, a już została otoczona przez kilku ochroniarzy i (zaskoczona, ze zdziwionymi oczami) odstawiona na bok. Czy to nie dziwne, że te w sumie niewinne, małe happeningi publiczności, zostały obcesowo uziemione przez organizatorów propagujących (ponoć) swobodę indywidualnej ekspresji, której Abramović wydawała się być apostołką? Gdzie tu miejsce na spontaniczność? Mając to na uwadze można nabrać podejrzenia, że nawet te łzy były wykalkulowane.

I jeszcze jedna sprawa: komercja. W filmie widzimy młodą Marinę, jak czyta swój „artystyczny manifest”. Jest tam też punkt mówiący o tym, że artysta nie może się zaprzedać komercji. Tymczasem wszyscy czołowi artyści reprezentujący sztukę współczesną są częścią wielkiej machiny komercyjnej (w przeciwnym razie nie mogliby zaistnieć). Wystarczy przyjrzeć się sposobowi w jaki funkcjonuje runek sztuki – działaniu Saatchie Gallery albo „taśmowej” produkcji „dzieł sztuki” przez fabrykę Hirsta… (to mało chwalebna spuścizna po „największym biznesmenie wśród artystów” i „największym artystą wśród biznesmenów”, Andym Warholu). MOMA to też już jest komercyjny gigant – trudno więc, żeby wydarzenie „The Artist is Present” nie było także komercją (sprzedawano np. limitowaną ilość fotografii firmowanych przez Abramović w cenie 3 – 5 tys. dolarów, które niedługo później osiągały cenę 25 – 30 tys. dolarów za sztukę). Mnie to wszystko przypomina coś w rodzaju sekty, klubu towarzyskiego, układu, który sam sobie wyznacza standardy, sam kreuje popyt i ceny, sam wyznacza wartości (dzięki czemu wszystko – zarówno tzw. wartość artystyczna jak i komercyjna „dzieła sztuki” wraz z jego znaczeniem – jest umowne, dla outsiderów często niezrozumiałe). A przy tym, wydarzenia tego typu, co „The Artist Is Present”, nie są wcale jakimś niszowym, marginalnym wybrykiem sprokurowanym przez garstkę maniaków i dziwaków: w spotkaniu z Abramović wzięło udział ponad 750 000 ludzi.

W to wszystko wikła się więc publiczność, widza… Wykorzystuje jego łatwowierność, naiwność, potrzebę kultu, celebracji – głód przeżycia czegoś wyjątkowego, chęć bycia wyróżnionym… Lecz, mimo to, nie rozpatrywałbym tego w kategoriach oszustwa – bo wydaje mi się, że nie jest to głównym motywem, ani celem organizatorów, twórców, producentów – tych, którzy życie artystyczne dzisiaj animują. Gdzieś tam też jest autentyzm, jakaś prawda o sztuce i człowieku. Moim zdaniem, wydarzenie w MOMA, jakim się tu zająłem, więcej mówi o ludziach, którzy wzięli w nim (w sposób zaangażowany) udział, niż o samej artystce i organizatorach. W tym już jest pewna wartość. A to, co mówi, nie jest jednak wesołe – i bynajmniej nie chodzi tu tylko o ludzkie łzy ronione przed „kapłanką” Abramović.

.

(Marina Abramović,

Takie tam skojarzenie (Marina Abramović, „Back to Simplicity”)

.