TAJ MAHAL PALACE – luksus i bomby w Bombaju

Próbowałem „ogarnąć” Bombaj jednym wpisem, jednak dość szybko uświadomiłem sobie, że gdybym chciał choćby tylko pokrótce napisać o najciekawszych miejscach, które udało mi się zwiedzić w tym mieście – i oczywiście ilustrując to zdjęciami – to rozrósłby się on do nietolerowanych zwykle przez dzisiejszą percepcję medialną rozmiarów. Zdecydowałem się więc podzielić ten materiał na części. Do tej pory udało mi się opublikować fotoreportaże z targu rybnego w Sassoon Docks oraz z największej pralni na świecie jaką jest Dhobi Ghat. Teraz czas na miejsce szokująco wręcz różne od tych, które wymieniłem przed chwilą. Indie znane są z kontrastów, ale dopiero wtedy, kiedy ze slumsu Dharavi trafiłem (i to tego samego dnia) do Pałacu Taj Mahal, dane mi było przeżyć wstrząs (nie tylko kulturowy, ale i psychiczny) o takiej intensywności, że przeorało to w jakimś sensie moje dotychczasowe pojęcie o świecie.

Na pierwszym planie: Brama Indii, na drugim: Hotel Taj Mahal Palace – dwie ikony Bombaju (fot. własna)

.

       Taj Mahal zwykle kojarzy się (i słusznie) ze słynnym mauzoleum indyjskiej księżniczki Mumtaz Mahal w Agrze, jednak jeśli do tej nazwy dodamy „Palace”, to już wielu z nas pomyśli nie tylko o tej najpiękniejszej (nie tylko moim zdaniem) budowli na świecie, ale i o jednym z najbardziej luksusowych hoteli w Indiach – zwłaszcza po tym, kiedy w 2008 roku Bombaj zaatakowali pakistańscy terroryści, a obrazy płonącego Hotelu Taj Mahal Palace, w którym uzbrojeni po zęby muzułmanie zdetonowali bomby i uwięzili setki zakładników, obiegły cały świat.
Na szczęście sława tego ikonicznego dla Bombaju budynku wyrasta daleko poza to tragiczne wydarzenie, bo przez cały XX wiek (od otworzenia swoich podwoi w 1903 r.) Taj Mahal Palace cieszył się ogólnoświatowym rozgłosem i renomą wśród wszelkiej maści elit i majętnych celebrytów. Wymienienie wszystkich znanych gości hotelowych zajęłoby nam nieprzyzwoicie dużo miejsca, dość wspomnieć (mieszając świat polityki, mediów i pop-kultury) takie nazwiska jak: Aldous Huxley, George Bernard Shaw, Jackie Onassis, Mick Jagger, Duke Ellington, Oprah Winfrey, Madonna, Dalai Lama, Bill Clinton, Gregory Peck, Ravi Shankar, George Harrison, John Lennon, Yoko Ono, Angelina Jolie, Brad Pitt, Sharon Stone, Tom Cruise, Sting… oprócz tego całe mnóstwo królowych i królów, książąt i księżniczek, oligarchów i magnatów…
Jednym z pierwszych znaczniejszych oficjeli, jacy odwiedzili hotel po zamachach bombowych (remont i odbudowa trwała dwa lata) był prezydent Obama, który w 2010 roku z bizantyjskim wprost rozmachem, przybył tu ze swoją świtą, wynajmując wszystkie 565 pokoi. Tych było jednak za mało, bo wynajęto jeszcze kilkadziesiąt w innych luksusowych hotelach Bombaju. Jak pisano w prasie: “Two jumbo jets are coming along with Air Force One, which will be flanked by security jets. The President’s convoy has 45 cars.”
Zostawmy jednak skromne – i wrażliwe na niedostatek mas – demokratyczne świty w spokoju.
Może zamiast tego wytłumaczę się z tego, dlaczego my z żoną w tym hotelu się znaleźliśmy. Otóż bynajmniej nie z zamiłowania do luksusu (jeśli już zdarzało mi się w przyszłości trafić do podobnych przybytków zbytku i wystawnego ekscesu, to zazwyczaj było w nich snobistycznie i drętwo) – ani tym bardziej nie dlatego, by równać się z wyżej wymienionymi wielmożami – tylko z czystej ciekawości. Poza tym, robiąc rezerwację, trafiłem na okazję, dzięki której cena noclegu w Taj Mahal Palace okazała się porównywalna z wynajęciem pokoju np. w średniej klasy hotelu na Manhattanie.

.

Dyskretny urok elegancji – Wielkie Schody w Hotelu Taj Mahal Palace (fot. własna)

.

       Tak więc, po spędzeniu kilku nocy w rejonie Fortu, przenieśliśmy się z żoną do hotelu Taj Mahal, który notabene położony jest w najciekawszej (z turystycznego punktu widzenia) dzielnicy Bombaju Colabie, nad samym Morzem Arabskim, bardzo blisko Bramy Indii. Stąd można było na piechotę dostać się do kilku miejsc, które planowałem odwiedzić.
Przy rejestracji spotkała nas miła niespodzianka, bo zamiast pokoju w Tower (dodatkowe skrzydło hotelu dobudowane w 1973 roku), otrzymaliśmy locum w „Pałacu”, czyli w budynku historycznym, i to bez żadnej dopłaty. (Czyżby spowodowały to nasze amerykańskie paszporty oraz pamięć o hojności i pochwałach amerykańskiego Prezydenta pod adresem hinduskiej gościnności?)
Rzeczywiście, ta gościnność zwróciła naszą uwagę od samego początku pobytu w hotelu. Przy czym, nie była to gościnność ostentacyjna – a przez to sztuczna – ale raczej dyskretna, taka w sam raz. Tym, co nas zaskoczyło – i co bardzo się nam spodobało – było to, że obsługa hotelu (zatrudnia się w nim około półtora tysiąca ludzi) nie zachowywała się usłużnie (owa „usłużność”, za każdym razem, kiedy się z nią spotykałem dotychczas powodowała, że czułem się źle i niekomfortowo) tylko pomocnie. Mieliśmy poczucie, że jesteśmy w przyjaznym środowisku, wśród życzliwych ludzi. Zauważyliśmy, iż każdego gościa hotelowego traktuje się tu z respektem (bez względu na jego pozycję) – że robi się wszystko, by wszyscy przyjezdni czuli się w tym miejscu po prostu dobrze.
No cóż, poczuliśmy się tak dobrze, że postanowiliśmy na terenie hotelu spędzić cały dzień – tym bardziej, że byliśmy już nieco zmęczeni po kilku dniach intensywnego zwiedzania miasta, które często było jednym wielkim atakiem na nasze zmysły. Zrobiliśmy to chyba pierwszy raz w życiu. Skorzystaliśmy nawet z hotelowego basenu – to była jednak rozkosz zanurzyć się i pływać w krystalicznie czystej wodzie. Kilka godzin zeszło nam na zwiedzaniu hotelu, który okazał się mieć mnóstwo fascynujących zakątków – ciekawych zarówno pod względem historycznym, jak i architektonicznym. Oczywiście śladów po ataku terrorystycznym w 2008 roku nie było już żadnych (przy okazji polecam film, jaki o tym wydarzeniu nakręcono: „Hotel Mumbai”), rekonstrukcję wykorzystano nawet do wprowadzenia pewnych zmian korzystnych dla funkcjonowania hotelu.
Zarówno, jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, jak i wnętrza, Taj Mahal Palace stanowi niezwykły amalgamat stylów – od renesansowego, przez saraceński, po radżputski – ale wszystkie te elementy układają się tu w harmonijną całość. Również „luskus” hotelu nie jest ostentacyjny (w rodzaju złotych sedesów, czy innych krezusowskich szaleństw) – a zamiast tego bardziej elegancki i umiarkowanie wykwintny. To, co przed chwilą napisałem, odnosi się również do pokoju, w jakim zamieszkaliśmy, który bardziej niż luksus definiowały komfort i wygoda.
W obrębie hotelu znajdują się sklepy (o tyle zwróciły naszą uwagę, że można było w nich znaleźć piękne, nietandetne wyroby sztuki hinduskiej i to wcale nie po astronomicznych cenach); znana, jedna z najlepszych w Azji, księgarnia Nalanda (gdzie, przy kawie, spędziłem sporo czasu, przygotowując się do następnego etapu mojej, niemal dwumiesięcznej, podróży); kilka restauracji, bary, lounge, pokoje klubowe, hole… O rozkoszach kulinarnych nie chcę nawet wspominać, by jeszcze bardziej nie narazić się ewentualnym Czytelnikom.
Pobyt w Hotelu Taj Mahal Palace nie okazał się jednak (na szczęście) jakimś hedonistycznym ćwiczeniem snobistycznym – pretensjonalnym i ponad stan – ale doświadczeniem dla mnie cennym, wzbogacającym wiedzę, ukazującym jedną z wielu faset tego niesamowitego kraju, jakim są Indie. A że przy tym można było doświadczyć małych plaisir de la vie – to chyba nie ma w tym nic złego.

greydot

greydot

.

Inne relacje z Bombaju: SASSOON DOCKS, DHOBI GHAT

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

 

DHOBI GHAT – czyli jak to się robi w Bombaju?

Niestety, odnoszę wrażenie, jakby „cancel culture” wiązało się również z kancelowaniem naszych podróży po świecie, jednak tę sytuację „uziemienia” prawie całej turystyki globalnej można wykorzystać do podróży wirtualnych – wracając do miejsc, które odwiedziło się w przeszłości – wydobywając na światło dzienne zdjęcia, ożywiając wspomnienia, przeglądając zapiski… Jest więc okazja, by opracować materiały zebrane podczas poprzednich wojaży – by zrobić wreszcie to, co się do tej pory (z różnych względów) odwlekało. Jedną z takich podróży jest moja dwumiesięczna wyprawa do Azji, podczas której zwiedziłem niemal cały południowy subkontynent indyjski, począwszy od Bombaju, a na Sri Lance skończywszy. Sam nie spodziewałem się tego, że tę serię relacji rozpocznę od… największej pralni na świecie, do której trafiłem w Bombaju.

.

Dhobi Ghat – największa pralnia na świecie

.

       Nie planowałem wizyty w tym rejonie Bombaju (pozwolę sobie używać tej nazwy, mimo że miasto w 1995 roku zmieniło ją oficjalnie na Mumbaj), ale tak się zdarzyło, że znalazłem się w pobliżu stacji kolejowej Mahalaxmi i idąc wiaduktem trafiłem na platformę widokową, z której można było zobaczyć coś niezwykłego. Jak okiem sięgnąć roztoczył się przede mną widok z kolejnym szokującym indyjskim kontrastem: poniżej rampy rozciągała się wielka przestrzeń wypełniona setkami betonowych, wypełnionych mydlaną wodą balii, nad którymi powiewała porozwieszana na sznurach niezliczona ilość ubrań – spodni, sari, koszul, bluzek… prześcieradeł, zasłon, poszewek, obrusów i tkanin wszelakich – a za tym wszystkim, na horyzoncie, wznosiły się aluminiowo-szklane wieżowce – niektóre z nich były w trakcie budowy, z pochylonymi nań wielkimi dźwigami. Dotarło do mnie to, że oto znalazłem się o parę kroków od największej, znajdującej się pod gołym niebem pralni na świecie, znanej powszechnie jako Dhobi Ghat.

Rzut oka z platformy widokowej mógł wprawić człowieka w osłupienie – zdumiewające było już to, że wybudowano sporej wielkości konstrukcję tylko po to, by pokazać odwiedzającym Bombaj turystom pralnię – jednak postanowiłem sam znaleźć się tam, na dole, by zanurzyć się w atmosferze tego miejsca i z bliska przyjrzeć się istocie Dhobi Ghat, które często wymienia się wśród najciekawszych „atrakcji” miasta.
Nie zdecydowałbym się tego zrobić, gdybym się nie dowiedział, że jednak goście są tam chętnie (pod pewnymi warunkami) widziani, nie ma zakazu robienia zdjęć – a (nie tak znowu duża) opłata dla przewodnika, który oprowadza po Dhobi Ghat, jest dodatkowym – czasem nawet jedynym – źródłem utrzymania dla sporej grupy ludzi. Można oczywiście wejść za darmo, ale wtedy trzeba liczyć się z bardzo nieprzychylnym przyjęciem ze strony pracowników i właścicieli pralni (o samych przewodnikach nie wspominając). A to wstyd i dyskomfort.

Było wczesne popołudnie. Praca zaczyna się tutaj jeszcze przed świtem, więc o tej porze niewielu było już praczy w betonowych baliach (widziałem tylko mężczyzn, ale z tego co się dowiedziałem, w innych zakątkach Dhobi Ghat praniem zajmują się również kobiety) lecz za to niemal wszystkie rzeczy wyprane suszyły się już na sznurach, co stanowiło widok przyprawiający o lekki zawrót głowy.
Od przewodnika dowiedziałem się, że każdego dnia pracuje tu od 5 do 7 tysięcy praczy, którzy piorą ponad 100 tysięcy sztuk tkanin i ubrań. Ich największymi dostawcami są okoliczne szpitale, hotele, organizatorzy wesel, bankietów i przyjęć, ale także indywidualni klienci, a nawet inne pralnie. Oblicza się, że cała pralnia Dhobi Ghat przynosi rocznie 14 mln. dolarów dochodu (z tego wynika, że średni zarobek jednego pracownika to ok. 150 – 200 dolarów miesięcznie.) Kilkaset rodzin mieszka tu na stałe i zajmuje się praniem od kilku pokoleń (pralnie wybudowali Brytyjczycy pod koniec XIX wieku, głównie do obsługi wojska), jednak pracownikami są również – podobnie jak w bombajskich slumsach – przybysze z biedniejszych, głównie wiejskich rejonów Indii, którzy zwykle zatrudniają się tu na kilka lat, by potem szukać zarobku gdzie indziej (niekoniecznie trafiając na lepsze warunki)

Przewodnik prowadził mnie labiryntem wąskich korytarzy, tu i ówdzie spotykaliśmy pracza, który umoczonym w balii mokrym ubraniem uderzał zamaszystym ruchem o kamienną plankę, wzniecając za sobą pióropusz rozpryskującej się wody. W maleńkich pomieszczeniach obok mężczyźni prasowali wysuszone już ubrania, posługując się najczęściej żelazkiem „na duszę” – z ich środka wydostawał się na zewnątrz blask, którego źródłem był rozżarzony do czerwoności węgiel, oświetlając pomarszczoną twarz prasowacza. W ciemnych zakamarkach odpoczywali – śpiąc lub wpatrując się w ekran monitora lub telefonu – ci, którzy do południa zajęci byli ciężką pracą. Wszystko to wydawało mi się dziwne, ale – w jakiś szczególny sposób – i w swojej osobliwości – normalne. Taki cichy, spokojny chaos.

Jak długo jeszcze będzie funkcjonowała ta pralnia? I w takiej formie? (Coraz więcej jednak instaluje się tu pralek i suszarni mechanicznych). Ludzie nie chcą jej opuścić, bo to tak, jakby musieli zrezygnować z czegoś, co stało się pewnym sposobem na życie – ich życie. Które jest takie, jakie jest ale jest – ich życiem własnym i niepowtarzalnym. Jednak pewnie wkrótce wielki kapitał zwycięży, miliarderzy-deweloperzy wykupią i przejmą te ziemie, by wybudować swoje szklane, pełne komfortu – ale czy pełne także szczęścia? – domy.

greydot.

greydot

.

Inne relacje z Bombaju: SASSOON DOCKS, TAJ MAHAL PALACE

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

SASSOON DOCKS – seafood heaven (or hell) w Bombaju

.

.

Wizyta na najbardziej ruchliwym targu rybnym w Bombaju – w Dokach Sassoona. Jedno z moich najbardziej intensywnych doświadczeń podczas ostatniej podróży do Indii. Doświadczenie socjologiczne i etniczne: wejście w epicentrum ludzkiej aktywności – rybackiej i handlowej – odbywającej się tu od wielu pokoleń, której głównymi aktorami są ludzie (zarówno kobiety, jak i mężczyźni) z plemienia Koli, od kilkuset lat zamieszkującego okoliczne wyspy i trudniącego się rybołówstwem; także mieszkańcy Bombaju, którzy kupują wyłowione przez nich morskie stworzenia oraz obsługują targ i cały ten zgiełk. Również doświadczenie estetyczne i zmysłowe – wynikające ze zmasowanego ataku zapachów na nozdrza oraz kształtów i kolorów na oczy.
Jak do tego doszło?
Pierwszy raz zajrzeliśmy tam z żoną wczesnym popołudniem, kiedy kutry rybackie spoczywały już w dokach, a hala była pusta. O tej porze wszelka aktywność związana z połowem ryb i handlem nimi zamiera i tylko gdzieniegdzie widać było rybaków naprawiających sieci, tankujących ropę, czyszczących łodzie, odpoczywających…
Drugim razem wybraliśmy się tam jeszcze przez wschodem słońca. Mieszkaliśmy w Taj Mahal Palace – czyli w hotelu położonym w tej samej dzielnicy południowego Bombaju (Calaba), co doki – więc taksówka dowiozła nas tam w niecały kwadrans. A świtanie to pora, kiedy w dokach panuje największy – frenetyczny wręcz – ruch. Do przystani zawijają wtedy z nocnego połowu kutry, z których transportuje się na brzeg nieprzebrane ilości ryb. Ich rozkładaniem – na straganach, skrzyniach, czy nawet bezpośrednio na betonowej posadzce – oraz sprzedażą zajmują się kobiety, najczęściej żony, siostry i matki rybaków. Licytacje odbywają się na miejscu, sprawnie i szybko – kupione ryby muszą bowiem zrobić miejsce następnym. A miejsca nie jest dużo – na stosunkowo małej powierzchni tłoczy się tutaj wiele setek handlujących ludzi. My byliśmy jedynymi, którzy po prostu chcieli sobie na to wszystko popatrzeć więc nie byłem pewny, jak nas się potraktuje. Tym bardziej, że do Doków Sassoona przybyłem z mocnym postanowieniem utrwalenia tego egzotycznego dla mnie miejsca na zdjęciach – mimo, że wiedziałem, iż istnieje tu zakaz fotografowania, (wprowadzony po atakach terrorystycznych na Bombaj – a konkretnie na wspomniany już Taj Mahal Palace i restaurację Cafe Leopold – w 2007 roku, kiedy to zamachowcy dotarli do Indii z Pakistanu, właśnie przez Doki Sassoona w Bombaju).

* * *

PS. Polecam obejrzenie załączonych tu zdjęć w pełnym wymiarze.

.
.

Odpoczynek po połowie, a w tle ludzka krzątanina w tłumie

.

Rybacy i ich łodzie – każdy zna swoje miejsce

.

Kobiety też muszą mieć silne dłonie

.

Wschód słońca (choć wygląda jak zachód) – łódź rybacka wraca na Ocean

*  *  *

Szokujący był kontrast, który z luksusowych pieleszy hotelu Taj Mahal Palace – gdzie zatrzymaliśmy się bynajmniej nie z powodu snobizmu czy też z zamiłowania do luksusu (ale o tym może innym razem) – rzucił nas wprost do tego miejsca ludzkiej hiper-aktywności w warunkach ciężkich i surowych, trudnych do ogarnięcia dla przybysza z zewnątrz, a przez to wręcz przytłaczających. Nie na tyle jednak, by nie doświadczyć pewnej euforii z racji uczestnictwa w czymś na wskroś dla nas egzotycznym, a przez to niezmiernie ciekawym. I fotogenicznym. Trudno się było oprzeć tej orgii kolorów (której raz po raz doświadczałem w Indiach, zwłaszcza w Radżastanie) oraz etnicznej wyrazistości otaczających mnie ludzi (którzy nota bene nie zwracali na nas większej uwagi, zajęci tym, co należało zrobić, by zdążyć przed nadchodzącym szybko ukropem południowych godzin. Mimo to każdy potrafił się w tej ciżbie znaleźć. My również robiliśmy wszystko, by nie stać się dla tych ludzi zawadą, choć aparat fotograficzny mi tego raczej nie ułatwiał. Oszałamiająca była różnorodność stworzeń wydobytych nocą z oceanicznej głębi – tylko niektóre z nich zdolny byłem nazwać po imieniu, wliczając w to tuńczyki, makrele, płaszczki, krewetki, ośmiornice, kraby… Czasem pytałem się o to ludzi, ale w odpowiedzi słyszałem tylko nieznane mi hinduskie nazwy, które nie sposób było zapamiętać. Wiem, że dla wielbicieli dań z owoców morza, Doki Sassoona mogły by się wydać konsumpcyjnym rajem, choć z drugiej strony – z punktu widzenia morskich stworzeń – miejsce to mogło przypominać jakieś inferno.

Wspomniałem o zapachach, ale to nie było tak, że czuć tam było dojmujący smród, jaki zwykle towarzyszy psującym się owocom morza. Tutaj bowiem nic nie zdążyło się jeszcze zepsuć, wszystko było świeże – woń była więc charakterystyczna, ale nie odpychająca. Mimo wszystko starano się utrzymać względną czystość, choć widok walających się tu i ówdzie ryb i krewetek poddawał to w wątpliwość. Imponowała sprawność kobiecych rąk patroszących ryby lub wycinających kawały mięsa z ogromnych cielsk złowionych płaszczek. Nawet dźwiganie na głowach ciężkich, wypełnionych po brzegi rybami miednic, nie pozbawiało tych kobiet pewnej gracji. Z kutrów i imponujących, choć wyglądających archaicznie łodzi, wynoszono ostatnie kosze ze srebrzącymi się rybami. Większość z rybaków zajęta już była czyszczeniem pokładu, choć niektórzy z nich wylegiwali się,  odpoczywając na dachach kajut – na sieciach, linach… gdziekolwiek się dało. Robiłem zdjęcia, a kadry wydały mi się tak gęste, że niekiedy traciłem orientację w rozróżnianiu przedmiotów i ludzi – takie było bogactwo kolorów i kształtów, kompozycji tworzących się impromtu przed moimi oczami. Setki masztów, kabli, rur, chorągiewek – kilometry lin, plątanina sieci – harpuny, skrzynie, beczki, kotwice… Przeważały kolory czerwieni, pomarańczów i żółci… Sporo niebieskiego i złamanej zieleni. Jakimś dziwnym sposobem harmonizowało to z kolorystyką kobiecych szat (a trzeba pamiętać, że kobiety w Indiach przy każdej okazji ubierają się w piękne, wzorzyste sari).  Siłą rzeczy porównywałem ten spektakl z tym, jaki widziałem rok temu w Birmie, gdzie w wiosce rybackiej Gyeiktaw byłem świadkiem powrotu z nocnego połowu setek łodzi obładowanych tonami ryb, które później rozkładano na plaży. Tam jednak była przestrzeń, plaża i wioskowa swojskość, tutaj zaś twardy beton doków, łodzie stłoczone w porcie – skraj wielkiej metropolii opierającej się jednak integracji z Oceanem. Oba wszak doświadczenia niezwykłe – równie niezapomniane.

*  *  *

PS. Kliknij na zdjęcie (lub wybierz opcję full size) by obejrzeć go w pełnym wymiarze.

.

.greydot.

Inne relacje z Bombaju: DHOBI GHAT, TAJ MAHAL PALACE

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

SHITTY SIDE OF LIFE (zapiski indyjskie)

*   *   *

Czego się najbardziej obawiałem wyjeżdżajac do Indii?
Otóż tego, że zostanę tam powalony ludzką nędzą – bezkresnym morzem egzystencjalnej mizerii; cierpieniem, na którego usprawiedliwienie, tak naprawdę, nic nie mają nasi bogowie, oprócz rozpaczliwych – lub zgoła obojętnych – tłumaczeń człowieka.
Przypomniałem sobie sceny opisane przez Kapuścińskiego w jego „Podróżach z Herodotem”, kiedy po raz pierwszy zawitał na subkontynent indyjski. Było to jeszcze w latach 50-tych. Jechał z Benares (Varanasi) do Kalkuty, gdzie zastał taki oto widok:
„Był już szary, zachmurzony dzień, kiedy wjechaliśmy na Sealdah Station. Na całej olbrzymiej stacji, na każdym skrawku jej długich peronów, na ślepych torowiskach i okolicznych bagiennych polach siedziały albo leżały w strugach deszczu czy już po prostu w wodzie i błocie (…) dziesiątki tysięcy chudzielców. Co uderzało od razu, to nędza tych ludzi – wymokłych szkieletów, ich nieprzebrana liczba i – może najbardziej – ich bezruch. Zdawali się martwą częścią tego ponurego, przygnębiającego pejzażu, którego jedynym żywym elementem były strugi lejącej się z nieba wody. W zupełnej bierności tych nieszczęśników była przecież jakaś, co prawda rozpaczliwa, logika i racjonalność: nie chowali się przed ulewą, bo nie mieli gdzie – tu był kres ich drogi – i nie osłaniali się niczym, bo nie mieli nic.”

Na szczęście dzisiaj, obraz obecnej tam nędzy nie jest aż tak dojmujący. W czasie, kiedy oglądał to Kapuściński, wydarzyły się klęski naturalne, miała też miejsce wojna domowa, i te tłumy na dworcu w Kalkucie tworzyli uchodźcy, którzy nie mieli się gdzie schronić.

Przy ulicy w Jaipurze

Co nie znaczy, że obecnie tej nędzy nie ma. Jest, i każdy przybysz musi się z problemem tej indyjskiej mizerii zmierzyć. Nie sposób przejść obok niej obojętnie, jeśli nosi się w sercu choć odrobinę współczucia dla ludzkiej niedoli.
W tym kontekście spory o Indie przenoszą się ze sfery czysto kulturowej na humanitarną, skupiajac sie np. na pozornej (?) obojetności Wschodu wobec tragizmu jednostkowego życia, na obecnej tu rzekomo (?) bierności i niesprzeciwianiu się złu.

Znakomitym na to przykładem może być tu wspomnienie utarczki, jaką podczas swojego pobytu w Indiach odbył Mircea Eliade (jeden z najbardziej wybitnych religioznawców świata) ze swoim przyjacielem, pochodzącym z Rosji profesorem Bogdanowem, sekretarzem poselstwa francuskiego w Indiach, znawcą języka perskiego. Podczas jednego ze wspólnych spacerów Bogdanow zwierzył się mu, jak bardzo jest nieszczęśliwy mieszkając w Indiach, jakim obrzydzeniem napełnia go hinduizm, jak mocno nienawidzi Hindusów, nazywając ich „barbarzyńskim narodem”.  Kiedy Eliade replikował ze śmiechem, ten wpadł w gniew: „No to panu powiem jakiego rodzaju człowieczeństwa dorobili się ci pańscy Hindusi…” Tu przerwał i dał mu znak, by przyśpieszył kroku. Eliade tak opisuje to, co wydarzyło się później: „Z uśmiechem podążam za nim. Otóż o parę metrów dalej (Bogdanow) dostrzegł argument i i ilustrację dla swej tezy; żebraka leżącego na trotuarze, w pełnym słońcu, jak tylu innych. Jest stary, ma fioletową twarz. Gęsty tłum wokół przepływa koło niego, nikt się nie zatrzymuje. Biedny starzec właściwie umiera; zwymiotował, leży nieruchomo, zażenowani widzimy, jak pod łachmanem okrywającym mu biodra następuje przedśmiertna erekcja. Może już umarł. Bogdanow czyni pośpiesznie znak krzyża; z pogardą patrzy na ludzi, którzy widząc nas w tym miejscu zaczynają się zatrzymywać. Wchodzi do apteki, żeby zadzwonić po karetkę, ale dla starego żebraka jest już za późno. Wtedy woła policjanta i żąda, by zabrano zwłoki. Jest tak wściekły, że plącze mu się język: ‚Mają cywilizację od tysięcy lat, a nie nauczyli się ani odrobiny miłosierdzia… To co robili pięć tysięcy lat temu, robią nadal teraz w 1930 roku; zamiatają tak samo niedbale jak pięć tysięcy lat temu, są tak samo nieludzcy jak pięć tysięcy lat temu…'”
Na co Eliade próbuje mu wyjaśnić, że „w ich oczach jakakolwiek interwencja nie miałaby sensu, gdyż umierający staruszek wyrównywał tylko swoje rachunki z własnym karmanem i nikt do tej czysto osobistej sprawy nie mógł się mieszać”.
 Bogdanow się odcina: „Niech pan posłucha. Jest pan indologiem, więc może pan usprawiedliwiać Indie. Ale ja jestem profesorem perskiego, siedemnaście lat mieszkałem w Persji i dla mnie Indie nie mają nic na swoją obronę!”.

*

Przydrożna toaleta (Shekhawati)

*   *   *
Wrażliwość na nędzę jest czymś bardzo subiektywnym (niestety, zależy nawet od czegoś takiego, jak szerokość i długość geograficzna), ma też różne stopnie nasilenia i idące za tym konsekwencje. Z jednej strony są jednostki, jak np. Matka Teresa, którzy całe swe życie potrafią podporządkować imperatywowi pomocy drugiemu człowiekowi, poświęcić je dla dobra innych; z drugiej – cała reszta ludzi, może nie tyle obojętnych (choć to też), co bezsilnych wobec ogromu potrzeb jakie występują w krajach trzeciego świata. Jałmużna jest tylko gestem, który jedynie tę bezradność podkreśla; kropla uśmierzająca na chwilę nasze sumienie.
Cóż dałby nam lament nad żałosną kondycją setek milionów ludzi? Może tylko poczucie przynależności do cywilizowanego świata, zagłuszenie poczucia winy za nasze dobre samopoczucie wobec nieprzebranego morza cierpienia, które rozlewa się po całej Ziemi?
Bo tym ludziom nie daje nic.
Czy mamy wiec prawo do współczucia, jeśli nic nie zamierzamy zdziałać?

*   *   *
Jak poszczgólne kultury radzą sobie z fizjologią wydalania? W kulturze Zachodu nawet psy i koty uczy się załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych w specjalnych wychodkach. Za sikanie na ulicy rąbie się mandaty, o restrykcjach za oddawanie kału tamże nie wspominając. Zresztą odnosi się to nie tylko do Homo sapiens, ale i do jego podopiecznych czworonogów.
Nazbyt łatwo zaś niektóre indyjskie ulice porównać można do kloacznego rynsztoku. Przechadzający się (stadnie i swobodnie) po tychże ulicach inwentarz – czyli krowy, psy, bawoły, świnie, kozy, jak również małpy, słonie i wielbłądy – robi co chce, kiedy chce i gdzie chce. Podobnie zachowują się ludzie, zwłaszcza mężczyzni oddający mocz pod najbliższym murem. Odnosiłem więc często wrażenie, że ów mur jest dla Hidnusa tym, czym dla psa drzewo.

Czy istnieje coś takiego jak „kultura” wydalania? (Podwórko w Mandawie)

Europa, bawiąca się czasem w perwersje, wymyśliła kiedyś taką oto przewrotność: co by to było, gdyby tak odwrócic pewne kulturowe wzorce i nawyki – np. jedzenie, jako coś wstydliwego, odbywałoby się w kryjówce, zaś wypróżnianie się, jako rzecz jak najbardziej naturalną, załatwiano by publicznie. Cóż… mógłby ktoś rzec – przecież to tylko kwestia konwenansu i umowy.
Jakie było moje zdumienie, kiedy w jednej z wiosek pod Jaipurem dowiedziałem się, że dawny obyczaj nakazywał radżastańskim kobietom spożywanie posiłku w ukryciu. Podobno do dziś spotkać można grupki kobiet jedzące pod rozpostartą nad ich głowami kolorową płachtą.

Wszechobecność ludzko-zwierzęcych fekalii na wielu indyjskich ulicach bywa dla niektórych przybyszów z Zachodu szokiem. Osobiście starałem się na to jakoś uodpornić, z większym lub mniejszym skutkiem, oczywiście. Niejaką pociechą była dla mnie świadomość, że organ węchu jest u nas w ewolucyjnym zaniku, więc liczyłem na pewne zapachowe „otępienie”.
Byłem jednak świadkiem, kiedy pewna higieniczna Europejka krzyknęła na widok oddających mocz Hindusów: „Patrzcie, patrzcie, przodem sikają!”. Na co ktoś (raczej obcesowo) jej odpalił: „A czymże u licha mają sikać!? Tyłem!?”

W drodze do hotelu Ajanta Inn w Forcie Jaisalmer

*   *   *
Jest rzeczą naturalną, że ściek nie może budzić w żadnym normalnym człowieku pozytywnych estetycznie uczuć. Pisząc więc o pewnej atrakcji indyjskiej ulicy (i tego wszystkiego, co się tam „wyprawia”), miałem na myśli cały ten zgiełk oraz solidny kop adrenaliny, którego doświadczamy kiedy się z indyjska ulicą zderzamy.

Nigdy nie zapomnę momentów, kiedy zanurzałem się (byłem wciągany) w ten żywioł po uszy. Tak było na wąskich ulicach Starego Delhi, we wściekle zatłoczonym Jaipurze, w strasznych zaułkach Mathury… Zwłaszcza to ostatnie miasto (miejsce mitycznych narodzin Kriszny), zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie, kiedy dość ryzykownie kazałem się ryksiarzowi wieźć nad brzeg Jamuny, do ghaty Vishram, gdzie ponoć przed tysiącami lat kąpał się sam Lord Kriszna.
Jechaliśmy jak szaleni przez nieziemski ciasny labirynt ruder i rynsztoków, który pewnie niewiele się zmienił przez ostatnie tysiąc lat. Sterty butwiejących śmieci, pełne stęchlizny powietrze, walające się odchody, wciskający się wszędzie kurz i pył; tłum przechodniów, zatrzęsienie przeróżnych wehikułów – rowerów, ryksz, motorów, wózków… Wycie klaksonów, gwar sprzedawców, jakieś dziwne warsztaty we wnękach sypiących się ruder, rozłożone na ulicy archaiczne sprzęty, wychudzeni mężczyźni kucający pod liszajowatymi murami… no i wszechobecny zwierzęcy folwark, w którym prym wiodły podobne do szkieletów krowy, tudzież czarne świnie, no i same włochate małpy, też jakby ze zwierzęcego piekła rodem.
I nagle, jak objawienie, wśród tej koszmarnej scenerii… dwie młode roześmiane dziewczyny, ubrane schludnie w biało-niebieskie szkolne fartuszki, idące beztrosko i spokojnie wąską uliczką tego nieziemskiego panopticum.

Nad brzegami Jamuny – miejsce narodzin Kriszny (Mathura)

Po jakimś czasie docieramy wreszcie do ghat, czyli do prowadzących do rzeki schodów. Wymalowane w pstrokate kolory świątynie, bardziej lub mniej fałszywi sadhu (święci mężowie), upstrzeni jakąś czarwono-pomarańczową mazią, skołtunieni… Mały tłumek moczących się w wodzie pielgrzymów; kilka pływających po rzece łodzi… Mimo obecności tego wszystkiego – ogólne wrażenie opuszczenia i pustki, jakiegoś apokaliptycznego bez mała horrendum. Ciemna woda i sine mgły spowijające ruiny starej świątyni; ogromne, rozczapierzone nad rzeką, martwe drzewo, po którego gałęziach biegają upiorne małpy; kał, odchody, odór moczu. Świete krowy grzebiące w kupach śmieci i odpadków, wałęsające się psy…
A jednak, obok tej mieszaniny wstrętu i odrazy, jakaś niewytłumaczalna fascynacja, zawrót głowy, bijące szybciej serce – wrażenie, jakby nagle objawiała się w tym wszystkim cząstka prawdy o naszej egzystencji, jakiś mgliście przeczuwany archetyp, kołaczący się gdzieś w najgłębszych zakamarkach naszej jaźni.

*   *   *

Koczowisko bezdomnych – a w tle: jedna z najbogatszych prywatnych rezydencji świata, Pałac Umaid Bhawan (Jodhpur)

© ZDJĘCIA WŁASNE

 

INNE OBLICZE INDII MOŻNA OBEJRZEĆ  TUTAJ . ZAPRASZAM

ULICZNY ŻYWIOŁ BHARATU (zapiski indyjskie)

 

strumień ludzi i pojazdów

Pisząc o Indiach, nie sposób nie wspomnieć o tym co się w tym kraju dzieje na drogach i ulicach – patrząc na to nie tylko od strony komunikacyjnej, ale i socjologicznej.
Naczelną zasadą tamtejszego ruchu drogowego jest brak zasad. Być może przepisy istnieją gdzieś na papierze, w jakichś urzędach, ale nie na ulicy, gdzie panuje reguła większego pojazdu, głośniejszego klaksonu, szybszego refleksu. Najbardziej zadziwiające jest to, że to nieziemskie zatrzęsienie jakoś się kręci – że te wszystkie wehikuły nie wpadają na siebie, nie zderzają się, nie potrącają (zbytnio) przechodniów, o świętych krowach nie wspominając. Ruch uliczny przypomina płynąca rzekę, żywioł regulowany jakąś niewytłumaczalną siłą.
Dla przybysza z Zachodu czymś niewyobrażalnym byłoby aktywne włączenie się do tego strumienia pojazdów. Może on od biedy przecisnąć się (na piechotę) pod ścianą, wśród straganów, przyłączyć się do tłumu pieszych, ale wręcz niemożliwością byłoby, aby wjechał w to kłębowisko jakimś samochodem, motorem lub rowerem i nie utknął tam natychmiast, zdezorientowany i sparaliżowany.
Dlatego jazda moto-rykszą prowadzoną przez Hindusa po ruchliwej ulicy jest jednym z najmocniejszych (fizycznych) przeżyć wywiezionych przez Europejczyka z Indii, przypominając nic innego, jak zawrotną, szaleńczą jazdę roller-coasterem.

Dość szybko jednak doszedłem do wniosku, że ten sposób poruszania jest dokładnie taki, jaki tam być musi. W przeciwnym razie, najprawdopodobniej, wszystko utknęłoby w jakimś gigantycznym korku, ulicznej obstrukcji. A tak, każdy człowiek znajduje sobie w ułamku sekundy pewną niszę, lukę, przestrzeń, gdzie się może wcisnąć, wpełznąć, przemieścić niczym omijająca kamień woda. Pomyślałem również, że podejmowanie tych błyskawicznych decyzji leży niewątpliwie poza progiem świadomości hinduskich kierowców – musieli oni bowiem wykształcić w sobie jakiś szósty zmysł, dzięki któremu instynktownie wybierają dla siebie optymalny w danym momencie wariant ruchu. Jest to więc właściwie odruch. My, dzieci chrześcijańskiej „cywilizowanej” Europy, takich odruchów nie mamy, więc zastępujemy je wyzwiskiem lub wysunięciem wiadomego palca.

*  *  *

uliczny dentysta

No właśnie. Co mnie jeszcze uderzyło w tym wszystkim?
Otóż prawie zupełny brak agresji.
To było niewiarygodne – w takim ścisku, w takim harmidrze, w takim kurzu – spokojne, prawie że obojetne twarze. Tu i ówdzie pojawia się nawet uśmiech.
Lecz po prawdzie, co byłaby warta cywilizacja, która po pięciu tysiącach lat istnienia dałaby się wyprowadzić z równowagi zwykłym spalinowym pojazdom?

* * *
Trywialny stosunek do Indii.
Dotyczy to sporej części tych, którzy dostali się w tryby maszynki, jaką jest masowa turystyka. Z jednej strony jest to bezkrytyczny zachwyt, dość bezmyślny i niekiedy nawet obłudny, zawsze jednak powierzchowny; z drugiej zaś – awersja ściemniająca i zasłaniająca prawdziwy obraz kraju, (która jednak powierzchowna jest również).

To prawda, pierwsze zetknięcie z Indiami może być dla przybysza – przyzwyczajonego choćby do innych standardów higieny – szokujące. Na pierwszy plan wysuwają się kwestie sanitarne – brud i zapylenie; przypominające rynsztok ulice pełne fekalii i psujących się odpadków; zalegające wszędzie śmieci; wałęsające się, często będące w opłakanym stanie zwierzęta – począwszy od tzw. świętych krów, poprzez kozy, świnie, woły, psy, małpy, aż po słonie i wielbłądy (te ostatnie zawsze mają swoich panów, w przeciwieństwie do poprzednich); wreszcie zanurzeni w tym wszystkim ludzie, na widok których rodzi się naturalnie pytanie: jak można w ten sposób żyć?

Moim zdaniem grzech popełniają zarówno ci, którzy pozwalają by owe brudne aspekty hinduskich realiów zdominowały w ich oczach obraz całych Indii, jak i ci, którzy starają się to ignorować, ukazując tylko jasne strony kraju, często go przy tym mitologizując i uromantyczniając.

Wprawdzie osobiście nigdy nie uważałem, że ten wszechobecny brud jest czymś godnym zaakceptowania, to jednak zauważyłem w sobie dość przewrotną tendencję do patrzenia na to z punktu widzenia… egzotycznego wojera i fotografa. Bowiem na swój sposób pociągał mnie ów koloryt rynsztoku i śmietniska.
Dochodziło do tego wrażenie podróży w czasie – poczucie cofnięcia się o sto, dwieście lat, do epoki, wydawałoby się, dawno minionej. Kiedy więc w niektórych miastach spotykałem się ze względną czystością ulic, większym ładem (ciągle są one jednak w mniejszości: myślę tu o takich miejscowościach jak np. Jodhpur, czy Udaipur), czułem się w jakiś dziwny sposób… zawiedziony. Naturalnie, natychmiast rozsądek mi podpowiadał, że właśnie w tym kierunku powinien dążyć ten kraj, że w końcu najważniejsze jest ludzkie zdrowie i jakość życia… (takie tam oczywistości), to jednak miałem przy tym wrażenie, że porządkując się w ten sposób, Indie tracą coś ze swojego charakteru i wyjątkowości, upodabniając się do nudnawej schludności, jaka staje się standardem globalnej wioski.

*  *  *

ulica jak żywy kalejdoskop

 

 *

rzeka ryksz

* *

*

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

 

 

WIĘCEJ ZDJĘĆ INDYJSKICH TŁUMÓW, ULIC I BAZARÓW MOŻNA OBEJRZEĆ  TUTAJ  W NOWYM WPISIE W BRULIONIE  PODRÓŻNYM  (ilustrowanym) .

FOTOGRAFICZNY RAJ (zapiski indyjskie)

Indie w wersji bajecznej (Udaipur, Radżastan)

Indie to istny raj dla fotografa. Zupełnie można tam stracić głowę – wśród tego bogactwa kształtów i kolorów osaczających człowieka z każdej strony. Gdzie się nie spojrzy tam widnieje gotowy kadr z zaaranżowaną przez jakąś nieodgadnioną siłę kompozycją i tematem, który może stać się ciekawą anegdotą.

Zastanawiam się skąd też bierze się tak niesamowita fotogeniczność tego kraju.
Pierwsza i oczywista rzecz: egzotyka. Indie są swoistym kosmosem, krajem jakby z innej planety, w którym wszystko jest inne, niż gdziekolwiek indziej na świecie. Podejrzewam, iż muszą się wydawać egzotyczne nawet samym Azjatom (no może z wyjątkiem mieszkańców krajów ościennych, takich jak Pakistan, Nepal czy Bangladesz), a cóż dopiero takim nieodrodnym synom cywilizacji zachodniej, jak my – isoty będące na dodatek dziećmi szarej Północy. Jakby tego było mało, ta odrębność jest wzmacniana po tysiąckroć przez niesłychaną różnorodność kulturową, etniczną, religijną i językową tego kraju… kalejdoskop, w którym mienią się i skrzą miriady bardziej lub mniej przystających do siebie elementów – drobin.
Nastepnie: kolorystyka i forma – intensywność, kontrast i jaskrawość spektaklu jakim są Indie.

Marwarska pasterka

Mieszkańcy Indii – a zwłaszcza kobiety – wykazują niezwykłą predylekcję do przyozdabiania i strojenia się w dzień powszedni, nawet podczas wykonywania całkiem zwyczajnych i przyziemnych czynności. Ta estetyka (to prawda, że niekiedy ocierająca się o kicz, jarmark i pstrokaciznę) jest wszechobecna, permanentna i świadoma, spotykana ponadto w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. W barwne sari kobiety przybierają się nawet do… ciężkich robót drogowych. Jedną z najbardziej wystrojonych dziewczyn spotkałem dość przypadkowo w pewnej wiosce pod Jodhpurem – na dodatek była to pochodząca z niższej kasty pastereczka, która eksponując swe ozdoby obdarzyła mnie uśmiechem nadającym się wprost na okładkę National Geographic (proszę spojrzeć na zdjęcie obok i samemu się przekonać, czy przesadzam.)

W Parku Narodowym Kaoledeo pewien tubylec zaciągnął mnie na jego skraj, by mi pokazać… catwalk! W pierwszej chwili nie zrozumiałem o co mu chodzi, spodziewając się jakichś dzikich kotów, ale cała zagadka została wyjaśniona, kiedy wychyliliśmy się ponad otaczające park ogrodzenie: ocienioną drzewami aleją kroczyły z wielką gracją, odziane w kolorowe sari kobiety, niosąc na głowach naczynia pełne wody, którą czarpały z równie malowniczej studni. (Scenkę tę można zobaczyć na zdjęciu ilustrującym poprzedni wpis pt. „Indie jak rzeka” .)
Tam właśnie, przy studni w Bharatpur, zrozumiałem dlaczego modelki na całym świecie, ucząc się chodzić po wybiegu, muszą nosić na głowie jakiś ciężar. Większość Hindusek bowiem chodzi tak wdzięcznie i zgrabnie, gdyż ma do czynienia z podobnymi ćwiczeniami na codzień.

Kolejny magnes dla fotografa to zabytki, a wśród nich najpiękniejsza bez wątpienia perła architektury światowej – Taj Mahal. Oprócz tego setki fortów, pałaców i świątyń, rozsianych po całych Indiach i dających świadectwo bogatej przeszłości, gwałtownych zawirowań historii i religijnej różnorodności, wynikającej nie tylko z ogromnej ilości spotykanych w Hinduizmie bogów, ale i ze swobody w wyborze odprawianych rytuałów i obrządków.
Bajecznie bogaci maharadżowie prześcigiwali się w budowaniu imponujących pałaców i rezydencji, których świetność zachowała się w lepszym lub gorszym stanie do dzisiaj; zaś darwinistyczna walka o dominację, rządza ekspansji i obrona przed najeźdzcami wymagały wznoszenia gigantycznych twierdz. Olbrzymie wrażenie robią zwlaszcza radżpudzkie forty w Radżastanie, które niczym bajkowy miraż wyłaniają się z fantastycznych scenerii pustyni Thar.
Wszystkie te obrazy narzucają się jakby same przed obiektyw. Zaskakuje ich dostępność – często człowiek ma wrażenie iż znalazł się w oku jakiegoś piktograficznego żywiołu. Przyprawia to bez mała o zawrót głowy – traci się wtedy do pewnego stopnia kontrolę i zmysł wybiórczości, rejestrując wszystkie przesuwające się przed oczami sceny.

* * *
Fotografując obcy kraj staram się unikać banalności. Z Indiami było o tyle łatwiej, że tam nic nie wydawało mi się banalne. Być może była to sprawa nieustającej niespodzianki, zaskoczenia? Nawet zupełnie powszednie sytuacje, przypadkowe elementy przestrzeni, czy oczywiste dla danego miejsca zestawienia architektoniczne były dla mnie ciekawe.

Ganesh – bóg człeko-słoniowaty

Tak naprawdę, to nigdzie nie widziałem tam niebezpieczeństwa popadnięcia w landszafcikowy trywializm. A przecież dość skutecznie uprawiany jest on na całym świecie, czego aż nadto ewidentnym przykładem są straszące nas wyblakłymi barwami oraz do znudzenia powielające te same motywy, eksploatujące „ładność”, ukazujące najbardziej oczywiste turystyczne atrakcje tzw. pocztówki, na których zwykle panoszy się wyprany z wszelkiego artyzmu kicz.
Chociaż warto zaznaczyć, że w Indiach nawet kicz – abstrahując jednakże od tego uniwersalnego na pocztowych kartkach – jest niebywale fotogeniczny, bo zupełnie dla nas egzotyczny. A to, co wydaje się nam egzotyczne, to nie jest dla nas kiczowate (z wyjątkiem, oczywiście, sztucznej palmy na warszawskim rondzie de Gaulle’a). Kiczem w naszych oczach stałoby się prawdopodobnie wtedy, kiedy przestałoby być dla nas egzotyczne – co staje się zwykle udziałem tych, którzy w krajach egzotycznych osiedlają się na dłużej. Bowiem kicz, aby zaistnieć, musi zaistnieć nie w rzeczy, a w oku patrzącego, podobnie zresztą jak piękno – jak każde dzieło sztuki.

* * *

Hinduskie kobiety spotkane w Amber Fort (Jaipur, Radżastan)

Wyjazd do Indii z traktowanym poważnie aparatem fotograficznym ma swoje dość istotne konsekwencje. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo nadmiernej estetyzacji tego kraju. Również wizualiazacji, która zajmuje się powierzchnią, przez co można mieć problem z dotarciem do wnętrza i poznania głębi. Ograniczenie się do patrzenia na obcy kraj przez wizjer aparatu zwiększa zwykle dystans do jego prawdziwej esencji.
Z drugiej jednak strony czuję (być może wikłam się tu w sprzeczności), że w jakiś sposob o wiele uboższe byłyby moje wspomnienia i doświadczenie Indii, gdybym teraz, po powrocie, nie mógł się wesprzeć tymi wszystkimi zdjęciami, gdzie utrwaliłem napływające do mnie zewsząd obrazy, odwiedzane miejsca, a przede wszystkim setki ludzkich twarzy – spotkanych osób, w których oczach mogę dziś oglądać ich dusze, dopowiadać sobie historię ich życia.
A jednak żałuję, że nie wszyscy o tym życiu opowiedzieli mi sami. Gdyż nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z człowiekiem, rozmowy z nim, także wspólnego milczenia; dotyku, zapachu, jedzenia przy tym samym stole, wsparcia go w codziennym wysiłku, cieszenia się jego radością, lub odczucia tych samych co on smutków i lęków.

* * *

Pogawędka pod pałacem w Udaipur

To, że wybieramy, ustawiamy i komponujemy kadr jest już ingerencją w świat, który chcemy ukazać.
Ale czy jest inna droga?
Tak czy owak przedstawiany świat – czy to za pomocą słowa czy obrazu – musi zostać przefiltrowany przez naszą osobowość, naszą wrażliwość, zdolność do obserwacji. Liczy się nasze wyczucie estetyki, preferencje, intencje, szczerość, uczciwość, refleks, intuicja, entuzjazm, ciekawość, dociekliwość, pasja… Nie jest to więc zwykły wojeryzm, który zakłada jedynie jakąś podejrzaną chęć podpatrzenia rzeczywistości i wykorzystania tego dla naszych – bardziej lub mniej uświadomionych – wewnętrznych potrzeb, bez projekcji tego na zewnątrz.
Tymczasem fotografia prawdziwa chce się narzucić światu, będąc jednocześnie czymś kreatywnym, choćby w samym fakcie selekcji i wybiórczości rejestrowanych obrazów.
O tym trzeba pamiętać, kiedy oglądamy fotograficzne albumy – są one tylko śladową rejestracją rzeczywistości, której całościowe ogarnięcie jest niemożliwe. Przedstawiają – wbrew pozorom – jedynie maleńki jej wycinek.

* * *
Kolorystyczne rozpasanie Indii… Ciągle do niego wracam. I zaczynam dostrzegać inne fasety indyjskiej rzeczywistości. Ot, choćby powszedniość, przeciętność, standard, normę…
Mimo wszystko dość szybko uporałem się tam z szokującymi aspektami indyjskiej ulicy – brudem, smrodem i ubóstwem – i zacząłem dostrzegać… jakąś codzienną normalność, zwykłe życie setek milionów ludzi. Moje spojrzenie nabrało szerszej perspektywy. W końcu zacząłem dostrzegać to, co tak naprawdę dominowało w tej scenerii – dynamikę sił witalnych, kalejdoskopową barwność, społeczny żywioł. Mimo pozornego balaganu każdy człowiek wydawał się być na swoim miejscu i robić „swoje”. Nagle objawiła mi się cała realność tych miejsc.

Straganowa orgia kolorów (Varanasi, Uttar Pradesh)

Do tych obserwacji upodobałem sobie szczególnie bazary i targi. W każdym niemal mieście starałem się odwiedzic „market”, gdzie przychodzili zwykli mieszkańcy i gdzie ujawniał się charakter miejscowej ludności. No i oczywiście – gdzie permanentnie poddany był atakowi mój zmysł wzroku – barwą, formą, kształtem, fakturą! (Nie wspominając już o ataku na nasz nos – o unoszącym się w powietrzu, bardzo specyficznym dla Indii aromacie, i to zarówno tym odrażającym, jak i upajającym niczym afrodyzjak i narkotyk.)

Na bazarze w Jodhpur

W miejscach takich, wszystkie stragany, jak również wszelkie możliwe stanowiska handlu i rzemiosła, stanowiły rodzaj gotowej kompozycji. Scenki rodzajowe, mnogość i różnorodność dóbr wszelakich – nie tylko warzyw, owoców, przypraw, ryb, ziaren, potraw, ale i przeróżnych artykułów, rzeczy bardziej lub mniej potrzebnych, materiałów, naczyń, ubrań, ozdób. Mam na myśli cały ten lokalny rozpasany sztafaż: oto wyrwiząb z rozłożonymi na bruku obcęgami i protezami; to znów szewc zbijający właśnie buta gwoździem, albo fryzjer-golibroda siedzący w kucki i wymachujący brzytwą nad klientem.
Dochodziło do tego antropologiczne bogactwo charakterów – mozaika ludzkich twarzy, sylwetek, postaci. Gwar i krzątanina – wszystko to żyło!
Może więc właśnie tam można znaleźć te prawdziwe Indie?

* * *

*

Kobiety w sari przed straganem (Radżastan)

*

Na targach wielbłądów w Pushkar (Radźastan)

*

Wędrowni pielgrzymi

*

Sadhu nad brzegami Bedwy (Orchha, Madhya Pradesh)

*

Fort Amber (Jaipur, Radżastan)

*

U mamusinej spódnicy

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

*

Więcej obrazów z Indii obejrzeć można TUTAJ – w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym).

*

INDIE JAK RZEKA (zapiski indyjskie)

Hinduskie kobiety pod Tadż Mahal

Kontemplacja czy znużenie? (Siedzący Hindus, Jodhpur)

Indie to miejsce mityczne, które zawsze pociagało pewnych ludzi z kręgu cywilizacji zachodniej. Europa od zarania kontaktów z Azją spoglądała na Wschód, by dojrzeć tajemnicze, bo bliżej nieokreślone, Światło (ex Oriente lux), które miało jakoby zdradzić tajemnice wszechrzeczy.
Pielgrzymowali tu pisarze, myśliciele, artyści, ludzie sztuki… A jednak, jeśli coś tu znajdowali, to było to… coś, co już wcześniej w nich się zadowało – tyle że ukryte.
Jeśli chodzi o mnie, to do wszelkich nawróceń czy konwersji podchodzę z pewnym sceptycyzmem. Myślę, że człowiek nie jest w stanie tak drastycznie zmienić swojej mentalności (wyrosłej z kultury, w której się wychował i okrzepł), rzucając się w otchłanie innej religii, przechodząc np. z chrześcijaństwa na buddyzm czy hinduizm. Mam wrażenie, że przeszkody są natury wręcz… organicznej, czy też raczej genetycznej. Na pewno musi to być proces długotrwały, a nie jakaś iluminacja, która jest możliwa jedynie w obrębie religii wpajanej komuś od dzieciństwa.

Pamiętam co o swoim pobycie w Indiach napisał pod koniec życia Mircea Eliade. Otóż wyjechał on tam jako bardzo młody człowiek na studia kulturoznawcze i – jak oznajmia – dopiero po wielu latach pobytu zaczął odczuwać dokonującą się w nim pewną transformację intelektualono-psychologiczną, która stawała się niejako przemianą całej osobowości. Czyli – tak to sobie można chyba tłumaczyć – zaczął się utożsamiać (antropologicznie) z tamtą kulturą. Ale był to dopiero początek, a na drodze do pełnego przemienienia stanęła… jakby mogło być inaczej! – kobieta. No i Eliade wrócił do swojego bizantyjsko-śródziemnomorskiego mózgu.

* * *

W jednej ze swoich rozmów Miłosz przypomniał haiku poety Issa: „Chodzimy nad piekłem, co dzień oglądając kwiaty”.
Nazwał też Indie „wielkim kontynentem metafizycznym”, jak również zwrócił uwagę na pewien pogląd, że XXI wiek będzie „wielkim rewanżem Indii”.
Jak wiele asocjacji prowokują te myśli…

* * *

Poranne ablucje (Orchha, Mdhya Pradesh)

Niestety, metafizyka jest poza zasięgiem kogoś, kto tylko turystycznie „wpada” do Indii. Moim zdaniem łudzą się na przykład wszyscy ci, którzy klepiąc mantrę, mażąc sobie kredką czoła, śpiewając w kółko „Hari Kriszna” i przywdziewając kolorowe indyjskie szatki myślą, że zagłębiają się w autentyzm kraju. Bo tak naprawdę jest to tylko powierzchowna mimikra, podpieranie się kulturowym gadżetem, dość tania atrapa…
A opium, haszysz, marihuana…? Łańcuszki, kolczyki, breloczki, wisiorki…? Cała ta błyszcząca maskarada? Do dziś w Indiach przegląda się hippisowska naiwność.

* * *

Złote Słońce pałacu w Udaipur

Pod jednym tylko względem Indie przypominają Stany Zjednoczone: można o nich powiedzieć wszystko. I na tym wszelkie podobieństwa się kończą.
Oto kolejny dowód na to, jak wielkim paradoksem są oba te kraje.

* * *

Wszystkie, najbardziej istotne w Indiach granice, są niewidoczne. Dlatego tak trudno jest Indie pojąć i opisać.

* * *

Indie przypominają grubą księgę, w której zapisują się losy miliardów ludzkich istnień. Jest tam straszno i komicznie, nędznie i bogato, nudno i dramatycznie, pięknie i szkaradnie, sielankowo i tragicznie…
Jesteśmy zdolni przerzucić ledwie kilka kartek…
Czy możemy więc opisać całą księgę?

Indie są też jak szeroka rzeka. Widzimy ją z naszego brzegu; czasem zanurzymy w niej rękę lub stopę, może wejdziemy po kolana, ale nie dalej, bo przecież nie umiemy pływać i boimy się utonąć…
Czy w takim razie możemy ją uchwycić, zbadać, ogarnąć?
Nie wiemy nawet tego, czy jest płytka czy głęboka.

* * *

*

Wioskowa studnia (Bharatpur, Radżastan)

*

Widok na Orchhę z Jahangir Mahal (Madhya Pradesh)

 *

Wschód słońca nad Świętą Rzeką – Gangesem (Varanasi, Uttar Pradesh)

  

© ZDJĘCIA WŁASNE

 

*