AMOUR – PORNOGRAFIA UMIERANIA

o filmie Michaela Hanekego „Miłość”

jean louis trintignant emmanuelle riva amour miłość reż. Michael Haneke*

Mam problem z najnowszym filmem Michaela Hanekego, odczuwany z tym większą konsternacją, że jest on chyba najwyżej ocenianym filmem ubiegłego roku: Złota Palma w Cannes, Złoty Glob w Ameryce, nominacje do Oscara (to jest ewenement, bo „Amour” został tu nominowany w kategorii Best Picture podwójnie: zarówno tej głównej „amerykańskiej”, jak i obejmującej filmy nieanglojęzyczne). Na dodatek, wysokie noty krytyków dość zgodnie współbrzmią z aplauzem widowni. Ja niestety miałem inaczej: film mną nie poruszył i nie dostrzegłem w nim wystarczających przesłanek, by uznać go (w moim prywatnym panteonie kina) za film wielki.
I teraz muszę się zastanowić – dlaczego?
Bo przecież uważam Hanekego za jednego z najwybitniejszych reżyserów współczesnego kina; bo przecież tematem swoich filmów czyni on to, co i mnie zajmuje; bo pierwszy jego film obejrzany przed laty („Funny Games”) to był dla mnie totalny nokaut (nie pamiętam, żebym jakikolwiek inny film oglądał w takim permanentnym – nieznośnym, ale przykuwającym do ekranu – napięciu, jak to było właśnie w przypadku „Funny Games”).
Skąd więc ten zawód złamanych oczekiwań?
Tym bardziej jest to zastanawiające, że gra aktorska (Emmanuelle Rivy i Jeana-Louisa Trintignanta) jest tu bez mała genialna a reżyser wydaje się panować nad filmowym materiałem z niesłychaną precyzją; ponadto film w sposób niezwykle otwarty odwołuje się do jednego z najważniejszych dla nas wszystkich doświadczeń egzystencjalnych (mowa oczywiście o umieraniu i śmierci), no i estetyka obrazu plasuje go bez wątpienia w obszarach sztuki wysokiej…
A jednak, mimo tego wszystkiego wyczułem w tym filmie coś, co mnie powstrzymało… nie piszę tu nawet „przed zachwytem”, ale przed zwykłym docenieniem, nie tyle jego artystycznej wartości, co, rzekłbym, aksjologicznej wagi i intelektualnej nośności, którą można by rozpatrywać w szerszym kontekście kulturowym i humanistycznym.
Co to było?

Jeśli musiałbym to określić jednym słowem, to brzmiałoby ono: chłód. Zdaję sobie sprawę, że i to jest na przekór temu co chcą w tym obrazie widzieć jego admiratorzy, ale niestety zabrakło mi jednak w tym filmie zwykłego ludzkiego ciepła i empatii (co ciekawe, zauważyli to także apologeci filmu, tyle że nazwali to „brakiem sentymentalizmu” – określeniem bardziej dla nich akceptowalnym, bo nie brzmiącym tak pejoratywnie jak „brak ciepła”). Ale to nie tylko to.
Haneke jest niezwykle sprawnym reżyserem jeśli chodzi o przekazanie istniejącej w ludzkim świecie agresji, wrogości, deprawacji – podskórnej nienawiści, lodowatej psychotyczności, czającego się (za pozorami stabilności i spokoju) zła, czy wreszcie: wszechogarniającego poczucia zagrożenia – suspensu, którym wręcz torturuje widza, paraliżując go strachem i zmuszając do oczekiwania „najgorszego” – czegoś co przyniesie ból, cierpienie, utratę tego, co najważniejsze. Jest przy tym precyzyjny jak chirurgiczny skalpel i jak stal tego skalpela zimny. (I to wystarczyło, by zaliczyć go do mistrzów współczesnego kina.)

Można więc było nabrać pewnych podejrzeń i obaw, że kiedy weźmie się za „Miłość” (ta ostentacja tytułowa nie jest tu przypadkowa), a więc za uczucie, które przecież nie może być zupełnie wyzbyte sentymentu i czułości, to ten jego wykalkulowany sztafaż – owo zimne instrumentarium i specyficzny arsenał środków filmowego wyrazu – może się po prostu w nowym, innym pod względem uczuciowym i wrażeniowym emploi, nie sprawdzić. Ja takiego nastawienia nie miałem (wręcz przeciwnie – z ciekawością i pełen dobrej woli wyczekiwałem nowego filmu Hanekego, po którym spodziewałem się pogłębionej eksploracji czegoś, czego wcześniej w obrazach austriackiego reżysera nie było). Lecz niestety okazało się, że takie obawy nie byłyby czymś bezpodstawnym.
Cóż się więc stało? Napiszę wprost: mam wrażenie, że Hanekemu trudno jest uchwycić to, co w powszechnym odczuciu brane jest za ludzkie ciepło. A to, niestety, przekłada się według mnie na niemoc przekazu tego rodzaju uczuciowości i klimatu w tworzonych przez siebie filmach. To dlatego „Miłość” wydała mi się jednak być filmem nie o miłości, a o powolnym i bezlitosnym umieraniu, o rozpadzie ludzkiej osobowości, o degradacji nie tylko ciała, ale i psyche, o próbie zmierzenia się z tym ciężarem przez człowieka, który sam się starzeje i który przywiązany jest do odchodzącej w niewyobrażalnym cierpieniu bliskiej osoby. Zapewne w życiu pary głównych bohaterów filmów była miłość, ale w obliczu przeżywanego obecnie nieszczęścia, stała się ona przede wszystkim rozpaczą, która poprzez swoją przewlekłość i swoistą mechaniczność, nabrała cech jakiejś nieludzkiej rutyny. I to w filmie widać, słychać i czuć. I to właśnie udało się Hanekemu przekazać: przerażające spustoszenie ludzkiej duszy, bezsens cierpienia, horror czający się za drzwiami w życiu każdego człowieka. Tylko czy ma to cokolwiek wspólnego z Miłością, czy może raczej z tej miłości destrukcją? I czy tak winno się pokazywać Miłość? Czy właśnie to mamy sobie – skoro mowa o miłości – uświadomić? Według mnie, doszukiwanie się w tym wszystkim jakiejś wartości katarktycznej, (która przecież cechuje prawdziwie wielką sztukę ukazującą ludzką tragedię) miałoby w sobie coś z perwersji.

Wydaje mi się, że Haneke – wbrew temu, co wynikło z gremialnego zachwytu filmem i zbiorowej sugestii (bo czyż zwykle nie widzimy tego, co sami chcemy widzieć?) – wcale nie chciał nam pokazać Miłości. On chciał wygarnąć nam prosto w oczy swój strach, rzucić nam w twarz własne przerażenie światem i pozbawiony wszelkiej nadziei pesymizm. Brzmi to ostro i kategorycznie, ale czy ja to sobie wyssałem z palca? Bynajmniej. Posłuchajmy co o sobie – i właśnie o sposobie postrzegania przez siebie życia i świata – mówi sam Haneke: „Z przeczytanych książek i obejrzanych filmów jedyną rzeczą, która mi po nich zostaje w głowie, jest wspomnienie trwogi, przytłaczającego lęku, panicznego przerażenia światem, w którym żyję. (…) Kultura masowa robi wszystko, abyśmy o egzystencjalnym strachu zapomnieli. Należy się temu przeciwstawić. Z tego m.in. powodu stosuję estetykę szoku. (…) Po co kłamać? Strach jest naszą rzeczywistością. Człowiek nie potrafi się od niego uwolnić. (…) Żyjemy w społeczeństwie przemocy i aby zmusić ludzi do refleksji, kino musi to dosadnie pokazywać.” (Wypowiedzi Hanekego pochodzą z wywiadu jaki z reżyserem przeprowadził Jacek Żakowski i który opublikowała „Polityka” Nr 44/2012, podkreślenie moje).
Zastanówmy się teraz: czy – mając takie przekonania i poglądy, i tak jednostronnie postrzegając rzeczywistość – można wiarygodnie i kompetentnie ukazać najwspanialsze i najbardziej afirmatywne ludzkie uczucie, jakim jest Miłość? Wydaje mi się to wątpliwe. Haneke nie daje nikomu żadnej pociechy, bo sam tej pociechy – w obliczu pustego nieba – nie może znikąd czerpać. Można więc odnieść wrażenie, jakby tą swoją okrutną wizją i pesymizmem chciał zarazić innych ludzi. I być może czyni tak dlatego, gdyż jemu samemu przynosi to pewne wytchnienie. (Haneke: „Jestem przekonany, że konfrontacja z tym, co wytrąca z równowagi, przed czym chce się uciec, ma sens i swoją wagę. A nawet przynosi w końcu ulgę, bo uświadamia, że nie tylko my się boimy, cierpimy w samotności i przeżywamy coś wyjątkowo bolesnego. Dzięki temu rodzi się poczucie głębszej wspólnoty, solidarności w klęsce i wstydzie.” A ja chciałbym się zapytać: Jaki sens? Jaka waga? (Bo z jego filmu nie można tego jednak wyczytać) Dlaczego „w klęsce i wstydzie”? (Czy klęska i wstyd są w życiu człowieka konieczne i nieuniknione?) I czy wskazanie, że może to przynieść ulgę, nie jest czymś przewrotnym, trącącym nawet pewnym masochizmem? No i co to wszystko ma wspólnego z Miłością? Czy aby jednak nie jest tej Miłości zaprzeczeniem?
Jeśli więc film Hanekego obwieszcza się jako „być może najpiękniejszy film o miłości”, to ja śmiem w to wątpić. Mało tego: w decyzji Hanekego, by nazwać swój film „Amour”, zaczynam podejrzewać pewną perfidię, która – żerując bez skrupułów na naszym naturalnym odruchu przerażenia wobec niszczącej ludzkie ciało śmiertelnej choroby – chce upichcić jakiś artystowski placek, który udaje tylko, że jest bogaty w treść mogącą sycić ducha i zaspokajać nasz głód uczuć wyższego rzędu, a który tak naprawdę jest w środku pusty jak nadmuchany suflet. Nic dziwnego, że widzowie w kinie się tym dławią – w przekonaniu jednak, że dławią ich łzy rozczulenia nad Wielką Miłością, (którą dopiero śmierć może rozdzielić) – nieświadomi manipulacji, jakiej zostali przez ten film poddani.

Tak więc, ponownie chciałbym tu zaznaczyć: obraz Hanekego nie jest według mnie filmem o miłości. Bardziej niż jakikolwiek inny genre, przypomina mi on horror, w którym eksploatuje się nasz pierwotny lęk przed cierpieniem, rozkładem ciała i fizyczną zagładą. Z tym, że klasyczny horror zyskuje swój efekt katharsis poprzez kanalizację strachu za pomocą groteskowej przesady, natomiast Haneke, decydując się na realizm (czy też nawet naturalizm), staje się zbyt dosłowny. I niestety, tej dosłowności nie są nawet w stanie zniwelować zastosowane przez niego wstawki symboliczne czy też oniryczne.

Przecież kwestia naszej śmiertelności, podatności na chorobę, ból i czy cierpienie – to jest temat zawierający w sobie tak wielkie bogactwo i potencjał dla głębokiej artystycznej eksploracji, i to nawet wtedy, kiedy rezygnuje się z odwoływań do jakiejkolwiek metafizyki. Jednakże redukowanie tego do fizykalności (a miejscami wręcz do fizjologii) powoduje, że już nie eksplorujemy tego co duchowe i ludzkie, a eksploatujemy to, co czysto materialne, funkcjonalne, organiczne i w istocie swej nieludzkie. A gdzie kultura? Zwróćmy uwagę, że Haneke mówi nam w swoim filmie wyraźnie, iż wyrafinowanie, duchowość, sublimacja, sztuka… – wszystko to, co człowiek w całym życiu w sobie rozwija by dokonać transgresji i przezwyciężyć opór ordynarnej materii – w obliczu „zwierzęcego” cierpienia i definitywnego „końca” staje się zupełnie bezużyteczne, a my zostajemy jedynie „sam na sam” z tępym i bezsensownym bólem osuwania się w nicość. Według mnie jest to (niezbyt nawet zakamuflowany) nihilizm. Czy rzeczywiście w cierpieniu nie ma nic oprócz cierpienia, a w śmierci jest tylko zagłada? Tego tak naprawdę nie wiemy. Ale Haneke uważa, że wie. Wie – a raczej wydaje mu się, że wie – iż POZA nie ma już NIC. Jego film pozbawiony jest jakiejkolwiek tajemnicy, nie ma w nim żadnej furtki – żadnej nadziei na znalezienie jakiejś drogi wyjścia. I na dodatek wygląda to tak, jakby Haneke chciał nas tym swoim beznadziejnym przekonaniem zarazić.

Jest jeszcze sprawa „pornografii” tego obrazu i pewnego reżyserskiego w nim „bezwstydu”. Nie sądzę, abym używając tego słowa przesadził, bo reżyser wyraźnie kładzie emfazę na kliniczne przedstawienie procesu umierania ciała i jego rozkładu, przez co zaczyna to sprawiać wrażenie jakiejś mechanicznej rutyny, w której ból staje się zaledwie czymś funkcjonalnym, a w konsekwencji czymś „bezdusznym” i eliminującym wyższą uczuciowość. (W tym właśnie sensie film nabiera według mnie pewnych cech pornograficznych.) Ponadto, podejście Hanekego do swoich bohaterów wydaje mi się być nieetyczne. Zwróćmy uwagę, że robią oni wszystko, aby dramat i cierpienie, którego doświadczają pozostały tylko między nimi, czymś przeżywanym w prywatności czterech ścian własnego mieszkania. Innymi słowy: nie życzą sobie tego, aby stało się publicznym to, co w rzeczywistości jest dla nich czymś bardzo intymnym. To dlatego umierająca Anna wymusza na mężu przyrzeczenie, aby ten nie oddał jej do szpitala czy hospicjum. To dlatego – w bardzo wymownej scenie – gwałtownym ruchem odsuwa ona lustro, które podsuwa jej przed twarz opiekująca się nią kobieta. Lecz Haneke tego sam nie respektuje, wystawiając poniżenie i ból Anny na widok publiczny, robiąc z tego de facto widowisko. I jakby tego było mało, stosuje w tym wszystkim swoją „estetykę szoku”.
Na koniec muszę jeszcze raz podkreślić, że (abstrahując już o pewnej jałowości filozoficznej obrazu) najbardziej w tym filmie zabrakło mi czułości i ciepła – zwykłej ludzkiej empatii, którą wyparł kliniczny chłód reżyserskiej precyzji. A jak można ukazać prawdziwy obraz Miłości bez tego, co w tej miłości jest najbardziej istotne i najważniejsze?

greydot

Advertisements

komentarzy 78 to “AMOUR – PORNOGRAFIA UMIERANIA”

  1. WM Says:

    Po przeczytaniu tej recenzji natychmiast zaczęłam szukać sposobu obejrzenia filmu. Jeszcze nie widziałam, a powyższa wypowiedź fascynuje odmiennością przesłania!

  2. miziol Says:

    Kiedy piszesz o „Funny Games” masz na mysli wersje austriacka czy amerykanska? Nie wiem, ktora obejrzec zeby moc sie jakos odniesc do twego tekstu.

  3. Monika Says:

    „Przecież kwestia naszej śmiertelności, podatności na chorobę, ból i czy cierpienie – to jest temat zawierający w sobie tak wielkie bogactwo i potencjał dla głębokiej artystycznej eksploracji, i to nawet wtedy, kiedy rezygnuje się z odwoływań do jakiejkolwiek metafizyki. Jednakże redukowanie tego do fizykalności (a miejscami wręcz do fizjologii) powoduje, że już nie eksplorujemy tego co duchowe i ludzkie, a eksploatujemy to, co czysto materialne, funkcjonalne, organiczne i w istocie swej nieludzkie. A gdzie kultura? Zwróćmy uwagę, że Haneke mówi nam w swoim filmie wyraźnie, iż wyrafinowanie, duchowość, sublimacja, sztuka… – wszystko to, co człowiek w całym życiu w sobie rozwija by dokonać transgresji i przezwyciężyć opór ordynarnej materii – w obliczu „zwierzęcego” cierpienia i definitywnego „końca” staje się zupełnie bezużyteczne, a my zostajemy jedynie „sam na sam” z tępym i bezsensownym bólem osuwania się w nicość. Według mnie jest to (niezbyt nawet zakamuflowany) nihilizm. Czy rzeczywiście w cierpieniu nie ma nic oprócz cierpienia, a w śmierci jest tylko zagłada? Tego tak naprawdę nie wiemy. Ale Haneke uważa, że wie. Wie – a raczej wydaje mu się, że wie – iż POZA nie ma już NIC. Jego film pozbawiony jest jakiejkolwiek tajemnicy, nie ma w nim żadnej furtki – żadnej nadziei na znalezienie jakiejś drogi wyjścia. I na dodatek wygląda to tak, jakby Haneke chciał nas tym swoim przekonaniem zarazić.”

    Myśle, że Haneke chciał właśnie pokazać fizykalność, ból cierpienie i jak ono dokonuje erozji człowieka. Tak! Właśnie chciał pokazać, że „sam na sam” z tępym i bezsensownym bólem osuwamy się w nicość. Póki nie cierpimy i nie umieramy widzimy w śmierci sens i „coś głębszego.” Mamy nadzieję, że tam po drugiej stronie jest coś, bo jeszcze nasza fizyklaność nie jest w aż tak złym stanie, żeby uczynić z nas nihilistów. Myślę, że Haneke rzeczywiście wie, że w cierpieniu i śmierci jest zagłada. Co do tajemnicy – Haneke odziera nas z tajemnicy, a jego Amour polega na tym, że zostaje przy żonie i towarzyszy jej do końca i skraca jej ten bezsensowny koniec. Że nie oddaje jej obcym w opiekę, że chce podołać wszystkiemu sam, że śle do diabła bezduszną opiekunkę, że odprawia córkę z kwitkiem, gdy ta robi histerię, że się strasznie martwi o niego i o matkę, a on nie kontaktuje się z rodziną. Bo do cholery nie ta rodzina teraz jest ważna tylko umierająca żona i zamknięcie w intymności ich obojga ostatniego rozdziału ich życia razem. Nikt nie wie i nikt nie zrozumie, ile go to kosztuje, ta śmierć ukochanej osoby. Nikt, tylko on sam jest w stanie pojąć tę tragedię i tylko on umie stawić czoła tej tragedii.

    Świadkowanie fizycznej degradacji, a co za tym idzie umysłowej degradacji bliskiej osoby nie jest niczym duchowym ani uwzniaślającym. Wręcz przeciwnie strąca człowieka na dno depresji. Żeby to zrozumieć trzeba mieć za sobą doświadczenie 24 godzinnego opiekowania się umierajacym człowiekiem. Doszukiwanie się ducha w bełkocie chorego mózgu, robieniu pod siebie i napadach złości upodlonego cierpieniem człowieka jest naprawdę zdane na niepowodzenie. Amour polega na trwaniu przy takim człowieku i niesieniu mu do końca pomocy przez pamięć miłości i wspólnego dobrego życia. Bardzo zdawkowo potraktowałam niegdyś swoje refleksje na temat filmu na swoim angielskim blogu. http://monika-badecka-kozikowska.pl/amour-by-haneke1516/
    Film mnie przygnębił, bo przypomniał mi umieranie mojej matki, które zniszczyło mi psychikę na długi czas. Nawet chciałam uciec z kina, ale warto bylo oglądnąć do końca, żeby poczuć wspólnotę odczuć z bohaterami i reżyserem.

    • Logos Amicus Says:

      Piszesz Moniko, że Póki nie cierpimy i nie umieramy widzimy w śmierci sens i “coś głębszego.” Ale przecież są ludzie, którzy (np. dzięki swojej wierze), nawet kiedy cierpią i umierają widzą w swej śmierci sens i „coś głębszego”. Tak umierał np. Jan Paweł II, tak umiera wielu ludzi wierzących, tak umierają ludzie pewnych religii Wschodu… Czy uważasz, że kiedy jakiś człowiek doświadcza fizycznej degradacji, to musi to uczynić z niego nihilistę?
      (Polecam Ci przy tym wzięcie pod uwagę tego, co w swoim komentarzu napisała zielono-oka.)

      Każdy wie, że śmierć jest zagładą, ale czy definitywną? Tego nikt nie może wiedzieć.
      Nie podzielam niektórych poglądów Hanekego, być może dlatego nie mogłem odczuć z nim – jak piszesz – „wspólnoty”, kiedy oglądałem film. I myślę, że dostatecznie to uargumentowałem w swoim tekście.

      Przeczytałem Twój wpis dotyczący „Amour”. Trudno się z wyrażonymi tam przez Ciebie myślami nie zgodzić. Lecz odniosłem wrażenie jakbyś rzeczywiście nie chciała w ten temat – a tym samym w film Hanekego – wchodzić głębiej.

      • Monika Says:

        Tak, przeczytałam piękny wpis Zielono_Okiej. Przyznaje Jej i Tobie rację. We wszystko to, o czym piszecie wierzyłam gorąco, byłam uduchowioną i wrażliwą osobą i Wasze racje były moimi racjami. Chcę nadal wierzyć w miłość i sens umierania. Uważam się za osobę religijną wbrew dręczącym mnie wątpliwościom. Ale mam do Was pytanie, czy któreś z Was osobiście opiekowało się dzień i noc przez rok śmiertelnie chorym człowiekiem? Opieka nad moją matką uczyniła mnie wrakiem fizycznym i psychicznym. Wcześniej zanim na dobre zachorowała postanowiłam sobie, że będę Mamie towarzyszyła do końca. I tak było, ale to było ponad moje ludzkie siły. Patrzenie na jej cierpienie, dźwiganie jej umierającego ciała, przerażenie osoby, która była żarliwą chrześcijanką przez całe życie, a teraz zaglądnęła śmierci w oczy – odarły mnie z radości życia. To się tak pięknie mówi o innych opiekunach, nawet tych z najbliższej rodziny, trzeba samemu tego doświadczyć, żeby pojąć co znaczy jak ukochana osoba dusi się, traci mowę, zanika odruch przełykania i nie możesz napoić umierającego. Myślę, że wielu widzów dzieli od Hanekego młodszy wiek, czas życiowych doświadczeń.

        Natomiast akt uduszenia Anny jest dla mnie nie do przyjęcia. Scena mnie zszokowała, ale nie oceniam tego.

        Może zrozumiecie mnie jeśli przeczytacie moje wiersze w Kąciku Literackim – z cyklu: Przyjaciółki – na stronach: (27) Przyjaciółka Mama; Nieprzyjaciółka Choroba (34), Nieprzyjaciółka Śmierć, Przyjaciółka Trumna, Przyjaciel Grób (str.36), Przyjaciółka Żałoba.

        • Logos Amicus Says:

          Twoje reakcje Moniko są jak najbardziej zrozumiałe. Dopiero kiedy samemu się coś przeżywa, można pewne rzeczy zobaczyć takimi, jakie są naprawdę. I jak sami się w takich sytuacjach sprawdzamy. A ludzie jednak sprawdzają się różnie – to zależy od wielu, wielu różnych czynników (przede wszystkim od samego człowieka).

          Akt uduszenia Anny. Piszesz, że go nie oceniasz. A jeśli czegoś nie oceniamy, to znaczy, że jesteśmy wobec tego obojętni moralnie. Tylko czy naprawdę jest Ci obojętne moralnie to, że ktoś pozbawia życia drugiego człowieka? Nie wierzę w to.

          Jednak pisząc to, muszę tu o czymś wspomnieć. Myślę, ze wymaga tego pewna uczciwość. Ja nie jestem ślepym (ani tym bardziej doktrynalnym) przeciwnikiem eutanazji. Uważam, że są w życiu człowieka sytuacje, kiedy on sam może decydować o tym, czy chce dalej żyć, czy też nie. Ale to muszą być sytuacje i powody bardzo wyjątkowe. Moim zdaniem, w niektórych wypadkach bezmyślnością (i pewną bezdusznością) jest sztuczne podtrzymywanie tzw. procesów życiowych, kiedy osobowość człowieka (czyli on sam) w ciele już praktycznie nie istnieje i nie ma żadnych szans na odwrócenie tzw. śmierci mózgu i przywrócenie choćby częściowej tylko świadomości człowieka.
          Nie wiem jednak czy chciałbym tego, aby eutanazja była dozwolona przez prawo (tak jak to jest np. w Szwajcarii), bo jednak rodziłoby to pewne niebezpieczeństwo, iż może to otworzyć furtkę dla nadużyć.

          Nie potępiam czynu popełnionego przez bohatera filmu Hanekego. Wierzę, że można zabić kogoś z litości – i że może to być raczej wielkim poświęceniem, niż wygodnictwem. A jednak rozumiem osoby, które zdecydowanie mówią, że tego się nie powinno robić.
          Moja żona uświadomiła mi pewną rzecz mówiąc: jak byś się czuł, kiedy byś się dowiedział, że twój dziadek udusił twoją babcię – zwłaszcza wtedy, kiedy byłaby ona już umierająca?
          Film – filmem, a życie – życiem.

  4. zielono_oka Says:

    Pierwszą połowę filmu oglądałam ze wzruszeniem. Temat ten znam bardzo dobrze z życia, gdyż mój dziadek przez kilkanaście lat opiekował się chorą na Elzheimera babcią i miałam wrażenie iż oglądam bardzo podobną historię, bardzo wiernie oddaną. Niestety moment MORDERSTWA całkowicie zdyskredytował ten film w moich oczach. Uważam, że jest to podane w pięknym sosie (miłość, troskliwość, czułość) ohydne, wstrętne i przerażające kłamstwo pt: morderstwo kochanej osoby jest jak najbardziej ok. jeśli to ma ulżyć jej cierpieniu. Czyli innymi słowy propaganda eutanazji.
    Ponieważ znam ten temat z życia chciałam podzielić się z wami wszystkimi historią moich dziadków, gdyż dla mnie to jest właśnie historia prawdziwej miłości. Przed chorobą babci dziadek był osobą bardzo skoncentrowaną na sobie. Żona go obsługiwała. Przez te kilkanaście lat jej choroby całkowicie się zmienił. Nauczył się prawdziwej troski o drugą osobę. Ostatnie lata życia babcia była w stanie gorszym niż Pani na filmie. Też trzeba było ją karmić i też nie chciała jeść, też były pieluchy itp. W ogóle już prawie nie mówiła, nikogo nie rozpoznawała. A jednak dwa miesiące przed śmiercią powiedziała dziadkowi „Ja cię bardzo kocham”. Dziadek walczył o jej życie do samego końca, a po śmierci babci nie mógł się z tą śmiercią pogodzić. Dla niego ona zawsze, w najbardziej niepełnosprawnej formie pozostała najbliższą na świecie osobą.

    Choroba babci była naprawdę trudnym doświadczeniem dla nas wszystkich, a jednak jestem przekonana że każdy dzień jej życia miał głęboki sens. Nie wyobrażam sobie, żeby mój dziadek mógł coś takiego zrobić, a myśl o tym co by to znaczyło dla naszej rodziny gdyby zamordował babcię napawa mnie przerażeniem. Babcia odeszła tydzień przed dniem wszystkich świętych, miesiąc po tym jak urodził się jej pierwszy prawnuk i długo oczekiwana wnuczka. Jej śmierć miała swój właściwy moment, a pozostawiła po sobie zamiast grobowej ciszy (jak na filmie Hanekego) potężne świadectwo miłości i wierności. Do dziś czujemy, że jest wśród nas a jej kolejna prawnuczka nosi jej imię. Dziadek zaś pozostał i jest absolutnym guru swojego małego prawnuczka, który patrzy w niego jak w obraz.

    Haneke patrzy na świat z perspektywy ateistycznej, według której cierpienie jest bezsensowne. Moja rodzina patrzy zaś z perspektywy chrześcijańskiej, według której cierpienie przyjęte w zaufaniu może przynieść wielkie owoce. To nie nam ludziom przyszło decydować o życiu i śmierci. Są nam one dane, nie wiemy na jak długo. Nie wierzcie w te kłamstwa, iż eutanazja jest dobrym wyjściem. To jest po prostu morderstwo i nie sądzę, żeby ktokolwiek z was naprawdę będąc w tej sytuacji zamordowałby własną żonę dla jej dobra. Nie wierzę w to.

    • Logos Amicus Says:

      Cieszę się z tego, że Twój komentarz tutaj się pojawił i że w prosty i ujmujący sposób przedstawiłaś swój sposób widzenia i odczuwania tego, co poruszył ten film. Masz absolutne prawo spojrzenia na to z perspektywy chrześcijańskiej, (którą na wszelkie sposoby próbuje się ostatnio zdyskredytować, a nawet ośmieszyć). I masz rację wskazując na to, że Haneke patrzy z perspektywy zupełnie innej, a konkretnie – z ateistycznej. To jednak bardzo rzutuje na ogólną wymowę jego filmu i zawarte tam przesłanie.
      Zresztą, pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest pewien anty-chrześcijański rys w traumie Hanekego (używam słowa „trauma”, bo podejrzewam, że sposób widzenia świata Hanekego może być pochodną jakiegoś głębokiego osobistego urazu, prawdopodobnie natury egzystencjalnej albo bawet religijnej). Ale żeby nie być gołosłownym posłużę się przykładem. Otóż jest w cytowanej przeze mnie rozmowie Żakowskiego z Hanekem taki fragment:

      Żakowski: Nieuchronna bliskość śmierci rodzi strach i zmusza do zastanowienia co dalej z istnieniem, Bogiem, zbawieniem? Dlaczego w Pana filmie nikt się nie modli, nie stawia pytań natury religijnej?

      Haneke: Wiedzieć, że śmierć jest nieunikniona, to jedno. Ale zaakceptować ją to już zupełnie coś innego. Gdy małżonków odwiedza ich własny uczeń, gra na fortepianie preludium chorału Jana Sebastiana Bacha „Ich ruf zu Dir, Herr Jesu Christ”. Przerywają słuchanie w momencie, gdy mają paść słowa: „Potrzebuję Ciebie Panie, Jezu Chryste”.

      Żakowski: Dlaczego właśnie wtedy?

      Haneke: Dlaczego? (śmiech) Niech pan spyta o to bohaterów.

      Niby drobiazg, ale czy jednak nic nie znaczący? Podobnie jak fakt, że sadystyczna para zbrodniarzy z innego znanego filmu Hanekego („Funny Games”), została obdarzona przez reżysera imionami Piotr i Paweł (na tę ich nowotestamentową proweniencję wskazał sam Haneke – nie było to więc przypadkowe). Czy aby nie jest w tym ukryty jakiś podskórny cynizm?

      Piszesz o eutanazji, nazywając ten morderstwem. Również masz do tego prawo. Zresztą, w świetle obowiązującego obecnie prawa, pozbawienie kogoś życia (nawet „z litości”) nadal uznawane jest za morderstwo.
      Jednak nie mogę się zgodzić z tym, że film Hanekego propaguje eutanazję. Nie jest to film o eutanazji. Przynajmniej ja tego tak nie odebrałem. Według mnie zabójstwo ukazane jest tutaj jako czyn, którego w pewnej sytuacji życiowej dokonuje jeden z bohaterów filmu.

      Nie chciałbym też aby nasza dyskusja tutaj zamieniła się w jakiś spór ideologiczny czy światopoglądowy.

  5. czara Says:

    Logosie, bardzo często zgadzam się z Tobą w odbiorze kina i kinowych emocji. I tak jest też tym razem. Mogłabym się podpisać pod tą notkę. Dziękuję Ci za nią, chciałam sama jakiś czas temu coś podobnego napisać, ale nie miałam siły. Wrócę jeszcze tu podyskutować w wolnej chwili na ten temat.

  6. miziol Says:

    Obejrzalem. Funny Games. „Nie pamiętam, żebym jakikolwiek inny film oglądał w takim permanentnym – nieznośnym, ale przykuwającym do ekranu – napięciu” – tak napisales i musze sie podpisac pod tym wszystkimi konczynami, bo to dokladnie oddaje moj stan ducha podczas ogladania. Z tym, ze u mnie to wszystko wymieszalo sie dokladnie w polowie z niesmakiem i chyba niechecia (nie wiem jak to w tej chwili nazwac, piec minut po projekcji). Film trwa 144 minuty i do 110 minuty jakos (meczac sie mocno) probowalem zrozumiec zamiary rezysera chociaz w sto dziesiatej minucie zaczalem sie zastanawiac dlaczego ten film sie jeszcze nie skonczyl, skoro juz wszystko zostalo powiedziane. Dotrwalem jakos do sto czterdziestej minuty i doznalem olsnienia. Mozesz nie wierzyc, ale (nie pamietajac tytulu twego wpisu) przyszlo mi wtedy na mysl, ze ten film to jest rodzaj PSYCHOLOGICZNEJ PORNOGRAFII. Pokazanie zachowan, ktore sa malo prawdopodobne w realnym zyciu, ale tutaj jakos ekscytuja bo zaskakuja, zniesmaczaja czy juz sam nie wiem co. Wcale bym sie nie zdziwil, gdyby ktorys z bohaterow w koncowce na przyklad zjadl swoja kupe. To by nic nie wnioslo do tresci filmu, ale byloby kolejnym z wielu pokreconych momentow, ktorymi Funny Games caly czas epatuje. Tak samo, jak patrzac na pornola, nie odczuwalem zadnej potrzeby identyfikacji z bohaterami ani nie miotaly mna zadne uczucia, raczej jakies niezdrowe zaciekawienie – co bedzie dalej – szybko ustepujace zmeczeniu i niesmakowi. Jak dla mnie zbyt wiele akcji, ktora w sumie i tak nie pokazuje niczego i dosc szybko zaczyna meczyc, kompletna plytkosc emocjonalna i male prawdopodobienstwo psychologiczne. Byc moze wersja amerykanska jest lepsza, ale juz sobie dam spokoj. Sadzac po twojej recenzji, ani warsztat ani zainteresowania Hanekego sie nie zmienily, wiec i „Amour” odpuszcze sobie. Dla spokoju ducha.

    • Logos Amicus Says:

      Męczyłeś się mocno tym filmem ale dotrwałeś do końca ;) I to jest właśnie zwycięstwo Hanekego, który nakręcił „Funny Games” tylko po to, by manipulować widzem. I okazał się jednak genialnym manipulatorem, bo prawie wszystkich widzów wodził na pasku tak, jak chciał. Ta jego gra z widzem jest ewidentna, a dowód choćby w tym, że jedna z postaci zwraca się co jakiś czas prosto do widowni, a nawet robi rewind pilotem, by zmienić akcję.

      Dla mnie zetknięcie się z tym filmem było totalnym zaskoczeniem, bo nigdy wcześniej o reżyserze, który go zrobił, nie słyszałem. Ale od razu wiedziałem, że to jest ktoś kto totalnie panuje nad akcją, obrazem i uczuciami widza (jednak w „Amour” już tak ławo nie dałem się na to złapać ;) )
      Kiedy oglądałem „Funny Games” nie siliłem się na odczytywanie zamiarów reżysera, bo jednak tej jego grze się poddałem. Ale też w końcu doszedłem do wniosku, że to jest tylko pewnego rodzaju ćwiczenie, że to wszystko prowadzi w sumie donikąd i jest na swój sposób jałowe, zabijając w zarodku jakąkolwiek refleksje.
      Haneke mówiąc o zawartości filmu chciał ją w jakiś sposób zuniwersalizować (mówiąc np, że „Funny Games” to reakcja na sposób w jaki przedstawiana jest przemoc w mediach i tzw. „przemyśle rozrywkowym”), ale moim zdaniem to jest typowe dorabianie ideologii do czegoś co powstało jednak z innych pobudek. A jedną z tych pobudek (może nawet główną) było wstrząśnięcie widzem i manipulacja jego uczuciami (zwłaszcza strachem). Trzeba przyznać, że zrobił to bardzo inteligentnie, ale przy tym jednak cynicznie. Udowadniając przy okazji, że jest bardzo sprawnym reżyserem.

      PS. Pisząc recenzję z „Amour” nie było moim zamiarem, aby kogokolwiek zniechęcić do obejrzenia tego filmu. Wręcz przeciwnie. Żeby wyrobić sobie własne zdanie o nim, trzeba go jednak obejrzeć samemu. I być może poczuć na własnej skórze ;)

      Tutaj jest fragment wywiadu z Hanekem, w którym opowiada on o „Funny Games”:

      • miziol Says:

        Rzeczywiscie dotrwalem, ale musze sie przyznac, ze od polowy filmu sprawdzalem co kilka minut ile jeszcze pozostalo do konca. Piszesz dokladnie tak, jakbys czytal w moich myslach, z tym jednym wyjatkiem, ze ja zadnego strachu nie odczuwalem, momentami chcialo mi sie smiac, a tricki z mowieniem do publicznosci i przewijaniem byly rzeczywiscie zaskakujace, bo nie wiadomo po co! Wydaje mi sie, ze to po prostu jakas proba udziwnienia, ale bez konkretnego przeslania. Jalowe – znowu bardzo dobrze to ujales. Ja nie jestem jakos szczegolnie zachwycony poziomem rezyserii. Po przeczytaniu spisu dokonan Hanekego, z krotkimi streszczeniami, tym bardziej odpuszczam sobie „Milosc”. On eksploruje obszary zycia, ktore sa kompletnie marginalne (jakkolwiek na pewno obecne) i po obejrzeniu „Funny Games” mysle, ze robi to bez polotu.
        Wlasnie wrocilem z ksiegarni, gdzie nabylem (droga kupna) ksiazke Folleta, ktorej jeszcze nie czytalem, gruba jak ksiazka kucharska mojej babci. Wole poswiecic nastepne kilkanascie dni na jej lekture, bo mam prawie stuprocentowa pewnosc, ze autor sie staral i ze mu wyszlo.

        • Logos Amicus Says:

          Nie odczuwałeś strachu może dlatego, że podszedłeś do filmu bardziej… analitycznie ;)
          Po co były te tricki z przewijaniem taśmy? Mówił o tym Haneke, ale i samemu jednak można na to wpaść: były po to, by podkreślić umowność tego, co się dzieje na ekranie; by przypomnieć widzowi, że jednak to wszystko na co patrzy, dzieje się „na niby”; że jako reżyser może arbitraline sterować (manipulować) reakcjami i uczuciami widza… etc. Niby mało to w sumie odkrywcze, ale jednak łamiące konwencję swoistego „zaufania” widza do filmu, burzące jego gotowość do poddania się fikcji, czyli traktowania jej tak, jakby to była rzeczywistość.

          Jestem jednak lepszego zdania o sprawności reżyserskiej Hanekego. Uważam mimo wszystko, że jest on reżyserem wybitnym, bardzo inteligentnym i intrygującym. Moja potyczka z nim wynika nie tyle z tego, że ja podważam doskonałość jego warsztatu, artystyczne kompetencje i umiejętności, co z tego, że kontestuję jego sposób widzenia pewnych, ważnych dla człowieka kwestii (i odnoszą się te moje zastrzeżenia głównie do tego, co pokazał – czyli jak potraktował miłość, śmierć oraz tzw. sprawy ostateczne – w „Amour”).
          Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na to, że nie można jednak wypowiadać się definitywnie o poziomie reżyserii kogoś, kogo widziało się tylko jeden film. Ja byłbym bardziej z tym ostrożny.

          PS. Czy naprawdę uważasz, że przemoc albo starzenie się i śmierć (czyli to, czym zajął się Haneke w „Funny Games” i „Amour” to są obszary życia „kompletnie marginalne”?

        • sarna Says:

          Miziole, taka funkcja przewijania przydałaby się mojej mamie. Tylko Folleta nabyłeś, a gdzie rajstopki w siateczkę ;)?

  7. Monika Says:

    Scena uduszenia potężnie mnie zaskoczyła w filmie. Trochę zgłupiałam i nie wiedziałam co o niej sądzić. Myślę jednak, że to wcale nie jest pochwała eutanazji. Nie osądzam bohatera. Wiem, że sama nie potrafiłabym tego zrobić.

    • Logos Amicus Says:

      Ci co czytają nasze komentarze, a filmu jeszcze nie widzieli, mają prawo nas udusić za to, że zdradzamy sposób w jaki umarła Anna, bo to jest jednak olbrzymi SPOILER. ;)
      Wprawdzie już w pierwszej scenie widzimy martwą kobietę, ale nie wiemy przecież co spowodowało jej śmierć.
      Ja niestety też o tym wiedziałem przed projekcją, bo wyczytałem to w felietonie Krzysztofa Siwczyka w „Polityce”(i miałem mu to za złe): „Oto człowiek, który życie ‚przeczytał’ i teraz je ‚przeżywa’, w niemym geście rozpaczy przykładając poduszkę do śpiącej twarzy Emmanuelle Rivy.”

  8. Sonia Says:

    To jest chyba pierwszy w historii kina film o „miłości”, w którym nikt do nikogo nie powiedział „kocham cię”, nikt nikogo ani razu nie pocałował, ani nawet nie przytulił.

  9. ZygmuntMolikEWA Says:

    Wiesz LA, piszesz cudnie i mądrze, jako i ci reżyserowie różni, kręcą. Macie… jakoś – podobnie.
    Jakby prawdziwy świat nigdy ich/was nie dotknął. Czytam i ciebie i tych co komentują.
    Z większością zgadzam się, gdy czytam.
    A potem, gdy skończę czytać myślę (serio): sztuka dla sztuki.
    2 lata opiekowałam się obłożnie chorym mężem, drugi rok opiekuję się gasnącym, gubiącym rozum tatą.
    Czy to miłość? Właśnie, bo jest w tym i wiele zwykłych, prostych, przyziemnych wręcz uczuć. Boli, lecz nie tylko. Co to jest?

    Nie mówiąc już o tym, że i J-L Trintignant i E. Riva powalili mnie (wizualną) namacalnością przemijania. Wciórności (?)
    Pewnie za mało linijek popełniłam, jak na wymagania tego blogu. Nie mniej jednak: jestem, czytam, myślę, czuję. Starczy?

    Tylko, błagam, nie dywaguj mi tu za zbytnio. Bo… przestanę czytać.

    • sarna Says:

      Ewo, autopsja to jest (niestety) to, co Tobie umożliwia sprawne funkcjonowanie funkcji przewijania. Nie każdy tak ma – na szczęście/ na nieszczęście?

    • Logos Amicus Says:

      Ewo, nie będę ;)
      Myślę, że zdecydowana większość z nas ma podobne doświadczenia z umierającymi obok nas bliskimi ludźmi (nie jesteś tu wyjątkiem). A jeśli ktoś nie miał, to będzie miał – i sam będzie się w końcu musiał również zmierzyć z własną śmiertelnością. Czy jeśli ktoś zechce to wszystko przekuć na sztukę – to będzie to tylko, jak piszesz: „sztuka dla sztuki”? Naprawdę masz tak niskie mniemanie o sztuce? Przecież większość swojego życia spędziłaś wśród twórców, artystów – blisko teatru. Hm… może więc stąd to Twoje przekonanie? Jeśli tak uważasz, że sztuka to tylko taka sztuka dla sztuki – i jest ona jedynie takim kręceniem się wokół własnego (iluzorycznego) ogona bez większego związku z realnym życiem – to po co zajmujesz się tej sztuki propagowaniem?

      Piszesz, że opiekowałaś się obłożnie chorym mężem i że obecnie opiekujesz się chorym ojcem, a następnie pytasz się: „Czy to jest miłość?” Ale to pytanie nie może być przecież skierowane do nas. To Ty musisz sama sobie odpowiedzieć – bo tylko Ty możesz znać prawdę.
      (Mam nadzieję, że nie zostanie to wzięte za dywagację ;)

      Sarno, widzę że nadal nie możesz się powstrzymać od osobistych wycieczek (jak choćby ta pod adresem miziola) i zachowujesz się tak, jakby w ogóle Cię nie interesował sam wpisu i poruszony w nim temat.

  10. sarna Says:

    „gwałtownym ruchem odsuwa ona lustro, które podsuwa jej przed twarz opiekująca się nią kobieta” – nie potrzebuje go, Ona ogląda swoje odbicie w żywych lustrach. Co widzi?

    ps Nie pisz w liczbie mnogiej, bo osobista wycieczka była tylko do miziola, ale On wie o co chodzi i zna się na żartach, a wpisy choć lakoniczne są na temat, wystarczy czytać ze zrozumieniem

  11. Sonia Says:

    Maria Dąbrowska napisała kiedyś: „Nikt nie wie, ile nadziei jest jeszcze w braku nadziei, ile wiary – w braku wiary, ile miłości – w braku miłości. Różne aspekty rezygnacji”.

  12. miziol Says:

    @ Amicus. Rzeczywiscie nie siadalem przed telewizorem tak calkiem zielony, bo przeczytalem twoj wpis i jedna krotka recenzje. Ale poza tym bylem calkiem otwarty na kazda oferte Hanekego. Nie przekonal mnie tymi zabiegami w czasie filmu, bylem nimi zaskoczony, ale wlasnie dlatego, ze nie rozumialem przyczyny dla ktorej zostaly zastosowane. Moim zdaniem (jako zwyklego smiertelnika i laika) ten zabieg to proba nieudana. Chociaz potem przeczytalem jego objasnienia i rozumiem intencje. Z tym, ze ten film od poczatku robil na mnie wrazenie zbyt pokreconego, zeby sie naprawde zaangazowac i dac sie wciagnac i przekonac. Troche to jak jakas niezla, ale jeszcze nie calkiem dojrzala etiuda studencka.
    Co do wypowiadania sie na temat rezyserii. Twoj wpis dotyczy zupelnie innego filmu niz ja ogladalem, a jednak sporo twoich uwag n.t. „Amour” dokladnie oddaje moje przemyslenia na temat „Funny Games”. Zakladam wiec, ze Haneke ma swoje pomysly, zainteresowania i maniere. Nie powiedzialem, ze rezyseria byla zla. Byla poprawna i tyle.
    „Czy naprawdę uważasz, że przemoc albo starzenie się i śmierć (czyli to, czym zajął się Haneke w “Funny Games” i “Amour” to są obszary życia “kompletnie marginalne”? – ta uwaga niebezpiecznie zahacza o demagogie :-). On sie nie zajmuje przemoca albo starzeniem. On sie zajmuje kompletnie marginalnymi aspektami tych zagadnien. To co opisuje Haneke moze sie zdarzyc, ale tak rzadko, za malo kto ma jakies realne doswiadczenia tego typu. To jest jego metoda na to zeby zostac zauwazonym, jakos mu sie udaje, ale to nie znaczy, ze ja mam to ogladac! Wole Folleta :-)

    • Logos Amicus Says:

      Rozumiem Twoje argumenty wyjaśniające Twoją niechęć do tego reżysera (choć w moim mniemaniu jeden obejrzany film jego autorstwa nie powinien o tym przesądzać), ale zdecydowanie muszę tu podkreślić, że nie zgadzam się z Twoją oceną „Funny Games”, jakoby ten obraz był „nie całkiem dojrzałą etiudą studencką”. Moim zdaniem film ten jest już utworem bardzo dojrzałego twórcy, który doskonale wie, co chce za pomocą swego filmu powiedzieć i jaki efekt osiągnąć.

      Masz natomiast rację z tą demagogią w cytowanym przez Ciebie zdaniu. Bo ta moja wypowiedź niejako ignoruje to, co rzeczywiście miałeś na myśli – pewną marginalność tego, co ukazuje w „Funny Games” Haneke (bo zapewne chodzi Ci tu o sam opisany w filmie incydent). Ale jednak za pomocą czegoś tak incydentalnego (rzadko występującego), można się odnieść do pewnego zjawiska występującego powszechnie (tutaj: przemocy) w sposób ogólny, uniwersalizujący. (Podobnie zrobił np. Truman Capote w swoim głośnym eseju-reportażu-powieści „Z zimną krwią” opisując autentyczne zabójstwo całej rodziny dokonane przez parę rzezimieszków.)

      A „Amour” nie oglądałeś, więc nie wiesz, czy Haneke zajmuje się tam czymś marginalnym. Moim zdaniem – nie. Wręcz przeciwnie: on ukazuje tam to, co jest niestety bardzo powszechne (wyjąwszy oczywiście sam fakt zabójstwa).

      • miziol Says:

        Sluchaj Amicusie… Najpierw piszesz, ze jestes zawiedziony filmem Hanekego, a potem nie zgadzasz sie ze mna chociaz ja tez nie jestem nim zachwycony (mimo tego, ze go nie ogladalem). Masz racje nie widzialem go. Obejrzalem „Funny Games” (nieudana proba artystyczna, chociaz niewatpliwe sukces marketingowy ), i przeczytalem takie opinie o „Amour”:

        1. … Jak dotąd nigdy mi się nie zdarzyło, żeby tego rodzaju obraz, cichy, smutny, bez zbędnych fajerwerków, a mający wniknąć w widza, okazał się źle rozpoczęty. Obejrzałem wiele filmów, w których „nic się nie dzieje”, ale tylko ten spowodował, że nie potrafiłem się „podłączyć”. „Bunt”, „Dom wariatów”, filmy Bergmana – wszystko to potrafiło jednak przykleić do fotela i nie pozwolić z niego zejść choćby na sekundę, czy odwrócić wzroku na cokolwiek. „Miłość” sobie ze mną nie poradził. Niestety jest gorszy aspekt tego filmu. Lewackie odmóżdżanie. Film wyraźnie wyprodukowany na potrzeby krzewienia kondycji ideologicznej u widza, którego mózg sponiewierany został obrzydliwymi lewackimi kretynizmami….
        2. … jest ktoś, kto ten film odbiera tak jak ja. choć trwa nie całe 2 godziny, ja przesiedziałam na nim ze 3. według mnie – nudny. historia, która jest oczywiście wzruszająca, pełna emocji, ale totalnie nie nadaje się na film. też uważam, że w tym filmie tematem przewodnim była eutanazja i pokazanie społeczeństwu, że to dobra droga…
        3. … a jednak ogromną ulgą napełnia mnie to, że ktoś w taki sam sposób na ten film patrzy jak ja. Również nie rozumiem jak można się nim zachwycać …
        4. …film mną nie poruszył i nie dostrzegłem w nim wystarczających przesłanek, by uznać go (…) za film wielki.
        5. … Na koniec muszę jeszcze raz podkreślić, że (… ) najbardziej w tym filmie zabrakło mi czułości i ciepła – zwykłej ludzkiej empatii, którą wyparł kliniczny chłód reżyserskiej precyzji. A jak można ukazać prawdziwy obraz Miłości bez tego, co w tej miłości jest najbardziej istotne i najważniejsze?
        6. …Jestem w stanie zrozumieć zarzucane (…) mankamenty – przesadne dla niektórych epatowanie cierpieniem czy rozciągnięte do granic wytrzymałości sekwencje. (…) kolejny obraz o śmierci, z której nic nie wynika, i którą w jakiejś mierze próbuje się nam wytłumaczyć, oswoić z nią, byśmy potem w naszej refleksji po raz kolejny odłożyli ją na później.

        Dlatego uwazam, ze dalsze zajmowanie sie tym filmem to strata czasu. Co roku powstaja setki filmow fabularnych i (chociaz coraz rzadziej) mozna znalezc takie, ktore zostaly zrobione z sercem i polotem. Nie mam zatem zamiaru kopac sie z koniem i wracam do Folleta :-)

        • Logos Amicus Says:

          Skoro nie widziałeś „Amour” to nie możesz być tym filmem zawiedziony (proste). Nawet jeśli z mojej recenzji wynikałoby, że jest to film bezwartościowy. (A nie wynika – uważam bowiem że jest zrobiony sprawnie – przez bardzo dobrego reżysera.) Napisałem zresztą wyraźnie, odpowiadając na jeden z Twoich komentarzy: „Moja potyczka z nim – czyli z filmem – wynika nie tyle z tego, że ja podważam doskonałość jego warsztatu, artystyczne kompetencje i umiejętności, co z tego, że kontestuję jego sposób widzenia pewnych, ważnych dla człowieka kwestii”).
          Jeszcze raz więc powtórzę: nie można definitywnie skreślać reżysera (zwłaszcza jeśli uważany jest on za jednego z najwybitniejszych twórców kina współczesnego – i to przez ludzi, którzy zęby na kinie zjedli i mają o nim większe pojęcie niż zwykły zjadacz chleba), jeśli się widziało tylko jeden jego film.

          Twój argument z przytoczeniem recenzji negatywnych (nieprzychylnych filmowi), jest zupełnie nietrafiony. Nie tylko dlatego, że zawarte są w tych opiniach stwierdzenia prostackie i obraźliwe („Lewackie odmóżdżanie. Film wyraźnie wyprodukowany na potrzeby krzewienia kondycji ideologicznej u widza, którego mózg sponiewierany został obrzydliwymi lewackimi kretynizmami….”, „uważam, że w tym filmie tematem przewodnim była eutanazja i pokazanie społeczeństwu, że to dobra droga…”…), nie tylko dlatego, że zawsze można znaleźć krytykę film dołującą, nawet jeśli jest on rzeczywiście dobry; ale dlatego, że akurat „Amour” ma doskonałe recenzje – i te stanowią przytłaczającą większość (ponad 90%).
          Możesz sobie zerknąć np. na listę recenzji najbardziej liczących się krytyków filmowych w Stanach (tylko jedna jest negatywna):

          http://www.rottentomatoes.com/m/771307454/reviews/?type=top_critics

          A jeśli nie poważasz głosów amerykańskich, to wiedz, że w Europie było całkiem podobnie.

          (A swoją drogą: czy nigdy nie zdarza Ci się zabijać czas oglądając coś, co jest po prostu „junkiem”, taką „gumą do żucia dla oczu”?)

  13. Artur Says:

    Nie wiem, czy to był film o miłości. Tytuł w kontekście obrazu, który zobaczyłem wydaje mi się nieadekwatny, zmiękczający inną bardziej dotkliwą wymowę tego filmu. Dla mnie to film o upokorzeniu i opuszczeniu. Upokorzeniu przez chorobę i opuszczeniu bezpiecznej rutyny codzienności. Małżonkowie cierpią, ale to cierpienie wynika ze wstydu, słabości wobec choroby i nieumiejętności jej sprostania. Jeśli jest tu miłość, to bardziej przejawia się w tym, że oni po prostu są, bo byli zawsze.

    • Logos Amicus Says:

      Również odniosłem takie wrażenie, że nie był to film o miłości, a sam tytuł jest jednak mylący. I zasugerował widzów, którzy zobaczyli w tym filmie to, co sami chcieli zobaczyć (czyli własne wyobrażenie o miłości dwojga ludzi, którzy spędzili ze sobą całe życie i teraz borykają się z pewnym nieszczęściem).
      Według mnie, nie można opowiadać o miłości w taki sposób, w jaki zrobił to Haneke. (Zresztą, tak naprawdę – jak już zgodziliśmy się powyżej – on o miłości nie opowiada. O czym, moim zdaniem, opowiada – to napisałem w moim tekście).

      Na pewno ten film jest o poświęceniu dla drugiej osoby i odważnej próbie zmierzenia się z olbrzymim ciężarem. W realnym życiu ktoś, kto by postępował tak, jak filmowy Georges, spotkałby się u mnie z wielkim szacunkiem (abstrahując od tego, co zrobił on na koniec).

  14. miziol Says:

    @ Amicus. Wlaciwie to ja sie z Toba zgadzam i zaczynam sie czuc dziwnie, bo mam wrazenie, ze chociaz mamy podobne zdanie, to Ty caly czas probujesz mi udowodnic, ze nie mam racji :-) Druga mozliwosc (z dosyc sporym prawdopodobienstwem) – Nie rozumiemy jeden drugiego. Ja nie mowie, ze jestem „zawiedziony”, bo to rzeczywiscie byloby nielogiczne. Ja powiedzialem, ze jestem „zniechecony”. Moze powinienem dodac – do obejrzenia. Mialem wrazenie, ze moge sobie pozwolic tutaj na pewne skroty myslowe. Zacytowalem te recenzje dla podkreslenia, ze sa tez widzowie, ktorzy maja niechetny stosunek po obejrzeniu filmu i moglbym tez przytoczyc wiele recenzji neutralnych albo generalnie pozytywnych, w ktorych wytyka sie temu filmowi mase brakow (chociazby Twoja). Co do recenzji „cenionych krytykow” to juz chyba na ten temat rozmawialismy wiele razy i gdybym mial dosyc cierpliwosci i widzial w tym jakis sens, znalazbym w Twoim archiwum wpisy pod ktorymi zgodzilismy sie, ze opinie krytkow zawodowych prawie zawsze zawsze (powiedzmy w 90 % :-)) sa kupione. A zreszta dlaczego ja mam sie sugerowac takimi recenzjami? Niech to biora pod uwage producenci, potencjalni reklamodawcy i wlasciciele sieci kin. Ja sie najczesciej kieruje intuicja i opiniami innych widzow. Kiedys bez wahania zasiadalem do filmu, ktory Ty polecales na swoim blogu, ale od czasu jak napisales zaskakujaco entuzjastyczna opinie „Drive’u”, ktory ja uwazam za beznadziejny (Box office zdaje sie to potwierdzac), jestem sporo ostrozniejszy. Z ostatniej Twojej uwagi wnosze, ze juz dotarlismy do punktu w dyskusji, w ktorym skonczyly sie argumenty merytoryczne i zaczyna personalne atakowanie adwersarza. Wiec juz tylko dla wyjasnienia: Ostatnimi czasy raczej „zabijam czas” czytajac ksiazki i ogladam bardzo malo filmow. Jesli mnie pamiec nie myli, to od poczatku grudnia widzialem ” Popiol i Diament”, „Zycie Pi”, „Sweet November” (ten ostatni akurat, bo zostalem poproszony o opinie), ” Nietykalni”(francuski, a nie ten z Kostnerem) i „Timeline” (z 2003 roku). Rozumiem, ze wygodniej jest odpierac moja niewygodna argumentacje, sadzajac mnie w jednym rzedzie z bezrefleksyjnymi odbiorcami Kiepskich, Rancza i Buly i spoly, ale to naduzycie. Ja w tym rzedzie nie siadam prawie nigdy.

    • Logos Amicus Says:

      Czasami możemy się sugerować recenzjami, czasami nie. Chcę zauważyć miziole, że to właśnie Ty wygarnąłeś tutaj te negatywne recenzje, jako argument w dyskusji ze mną.

      Jeśli chodzi o filmową krytykę: to nie jest tak, że ja przyjmuje wszystko na klęczkach (wręcz przeciwnie), ale też nie lekceważę opinii ludzi, których cenię (nie wszyscy są jednak „sprzedajni”) – to byłaby zwykła głupota i zarozumialstwo, może nawet arogancja, gdybym ignorował zdanie ludzi, których skądinąd cenię. Są – i byli – krytycy, których pisanie o filmie jest niczym innym jak dobrą literaturą. I ja to doceniam, choć nie zawsze się z opiniami tych krytyków zgadzam.
      Generalnie jednak unikam czytania recenzji przed obejrzeniem filmu.

      A co do „Drive’u”: nie napisałem „entuzjastycznej recenzji”, tylko to, że jest to film dobry.

      I na marginesie: Box office może tylko potwierdzać wzięcie komercyjne filmu, ale zwykle niewiele mówi o jego wartości artystycznej. Nota bene te filmy, które mają wysokie „box office” stanowią raczej w puli filmów, które oglądam margines. Najczęściej, filmy które cenię bardzo wysoko, przemykają się gdzieś po peryferiach kinowego mainstreamu i wpływy kasowe mają raczej mizerne.

      PS. Myślę, że znamy się już na tyle długo, że możemy się już obyć bez zbędnej kurtuazji :)

      • miziol Says:

        Edytowanie swoich komentarzy, po tym jak ktos sie do nich odniosl, nie jest uczciwe.

        • Logos Amicus Says:

          Po prostu, kiedy Ty pisałeś odpowiedź (o czym jeszcze nie wiedziałem), usunąłem ze swojego komentarza zdanie:
          „(A swoją drogą: czy nigdy nie zdarza Ci się zabijać czas oglądając coś, co jest po prostu “junkiem”, taką “gumą do żucia dla oczu”?)”
          bo uznałem je za niemerytoryczne.

          Kiedy jednak zobaczyłem, że się do tego odniosłeś, to je przywróciłem.
          Ot, i cała moja tutaj „nieuczciwość”.

        • sarna Says:

          Przykro mi miziole, że Ty też musiałeś doświadczyć efektu „odwracania kota ogonem” – jak nie szczena na widok zmanipulowanych komentarzy, to ręce opadają? , bo kto jak kto, ale On?
          Przykro szczególnie dlatego, że s. zachowuje się właśnie tak, tylko względem osób, które przez wiele lat były dla niego Przyjaciółmi, jakby wiedział, że wiele mu zostanie wybaczone – błąd.
          Zwyczajne „przepraszam” byłoby eleganckie i do przyjęcia, a wykręty są ……… :(

        • Logos Amicus Says:

          Może jednak powinienem pójść za Twoją wzmianką Sarno i wykasować te wszystkie komentarze (chodzi mi głównie o Twoją z miziołem fascynującą konwersację o „rajstopkach w siateczkę”). Ale jednak tego nie zrobiłem, bo w końcu jesteście ludźmi dorosłymi i powinniście być świadomi tego, co piszecie.
          A na mój blog magiel wylewał się jednak stosunkowo rzadko i myślę, że tak już pozostanie.

        • sarna Says:

          owszem, jesteśmy świadomi, żartowaliśmy ze scenki z innego postu,wyluzuj

  15. Monika Says:

    Logosie, oto cytat z Twojej wypowiedzi na mój wpis: „Przeczytałem Twój wpis dotyczący Amour”. Trudno się z wyrażonymi tam przez Ciebie myślami nie zgodzić. Lecz odniosłem wrażenie jakbyś rzeczywiście nie chciała w ten temat – a tym samym w film Hanekego – wchodzić głębiej.” – Otóż to nie to, że ja nie chcę wchodzić głębiej w interpretacji tego filmu, bo w tym filmie, wg mnie chodzi Haneke’mu o to właśnie, że tej głębi w umieraniu nie ma.

    Poza tym niech będzie jasne, że jestem przeciwniczką eutanazji !!! Nigdzie w swoich komentarzach nie broniłam eutanazji !!!

    W nawiązaniu do sceny uduszenia Anne, zauważcie, że chociaż widz zupełnie się tego nie spodziewa, to scenarzysta i reżyser może upierać się przy pewnej konsekwencji i spójności. Anne prawie na początku próbuje popełnić samobójstwo, gdy Georges wychodzi na pogrzeb znajomego. Po powrocie do domu zastaje ją przy otwartym oknie w przedpokoju i domyśla się co chciała uczynić. Piszesz, Logosie o pornografii umierania w filmie Hanekego, o fizykalności i fizjologii, o pozbawieniu umierania ludzkiej duchowej wartości – a ja sądzę, że właśnie taki był zamysł filmu – pokazać degradację ducha spowodowaną degradacją ciała. Duch i ciało to nierozerwalne części tego samego. W starym i chorym ciele choruje duch. Przyjrzyjcie się starości jaka ona jest smutna w tym filmie, film przygnębia nie tylko starymi ciałami bohaterów, ale starymi wnętrzami i starymi sprzętami starego mieszkania. Mówiąc lakonicznie starość nie radość. Pewnie zauważyliście nienormalny chód Georgesa. Dam głowę, że Louis Trintignant ma sztuczne stawy. Ja jestem po operacji kolana, mam zniszczony staw. Będę miała protezę i może będę tak chodziła jak on. To początek starości. Piękne uniesienia młodych ludzi na temat starości i umierania są żałosne w oczach starych ludzi.
    Jest jedna rzecz, której jestem ciekawa. Jak Ty Logosie i Wy Drodzy Internauci rozumiecie polowanie George’a na gołębia w końcówce filmu? Czy gołąb to jest ten duch jeszcze nie umarły, metafizyczna i optymistyczna wartość, którą George chce uśmiercić, ale ona nie daje się i on w końcu rezygnuje z polowania? Może to jest ten optymistyczny wariant? A może dusza Anne błąka się po mieszkaniu, przylatuje i odlatuje i szuka czegoś/kogoś?

    Pozdrawiam. M

    • Logos Amicus Says:

      Moniko, te wykrzykniki nie są chyba potrzebne – nikt Ci nigdzie nie zarzucał, że bronisz eutanazji. Zresztą, tu nie spieramy się o eutanazję, bo ten film jednak o tym nie jest.

      Piszesz: (film Hanekego mówi) „o pozbawieniu umierania ludzkiej duchowej wartości – a ja sądzę, że właśnie taki był zamysł filmu – pokazać degradację ducha spowodowaną degradacją ciała.”
      Zgadzam się, czy jednak jest to najlepszy sposób do tego, by pokazać miłość?
      Poza tym: niekoniecznie umieranie musi być pozbawione duchowej wartości. Tak uważa ktoś, kto jest osobą wierzącą. Zresztą, jak myślę, nawet jeśli się nie jest osobą wierzącą, to niekoniecznie musi się pozbawiać umierania wartości duchowej.

      Wspominasz o tym gołębiu. Mnie niestety, ta symbolika Hanekego wydała się nico naciągana, nieprzekonująca. Uważam, że był to zaledwie taki instrumentalny zabieg, „trick” reżysera, by złagodzić naturalizm filmu, który zaczynał się robić duszny i klaustrofobiczny (podobną funkcję miały pewnie pełnić te kadry, na których Haneke pokazał pejzaże z obrazów wiszących na ścianach mieszkania Anny i Georgesa – moim zdaniem były one nie na miejscu i tylko rozbijały formalną spójność filmu). To są wg mnie te słabsze elementy obrazu.
      Symbol gołębia jest jednak banalny (duch, dusza, pokój, spokój) a zarazem pretensjonalny, bo Haneke jest ateistą, więc jeśli stosuje symbolikę religijną to jest to nieszczere i na swój sposób nieuczciwe.
      Skoro już o tym mowa to wspomnę, że pierwsza scena z gołębiem wydała mi się niezła, jednak druga – raziła mnie jednak nieco swoją nieporadnością (widać, że ptak jest lekko ogłuszony i że – aby go na dłuższą chwilą zatrzymać w kadrze – rozsypano mu ziarno po pokoju ;) ), no i Trintignant łapał tego gołębia tak, jakby wcale nie chciał go złapać. Ale w końcu złapał (nie jest więc tak, jak piszesz, że w końcu zrezygnował on z polowania).
      Piszesz: „Czy gołąb to jest ten duch jeszcze nie umarły, metafizyczna i optymistyczna wartość, którą George chce uśmiercić?” Nie rozumiem. Dlaczego miałby chcieć uśmiercić coś, co ma optymistyczną wartość?

  16. Katon Najmłodszy Says:

    Aktion T4, E-Aktion – nazwa programu realizowanego w III Rzeszy w latach 1939–1944 polegającego na fizycznej eliminacji (zabijaniu) ludzi niedorozwiniętych psychicznie, przewlekle chorych psychicznie i neurologicznie (schizofrenia, niektóre postacie padaczki, otępienie, pląsawica Huntingtona, stany po zapaleniu mózgowia, ludzie niepoczytalni, chorzy przebywający w zakładach opiekuńczych ponad 5 lat) oraz z niektórymi wrodzonymi zaburzeniami rozwojowymi (niem. „Vernichtung von lebensunwertem Leben” – „likwidacja życia niewartego życia”). Szacuje się, że w okresie szczytowym tego programu, tj. w latach 1940–1941, zabito w jego ramach 70 273 chorych i niepełnosprawnych, w tym także pensjonariuszy szpitali psychiatrycznych na terenach okupowanych.

    Od kwietnia 1941 r. program ten rozszerzono o „akcję 14f13″ (niem.” Aktion 14f13″), obejmującą chorych psychicznie i niepełnosprawnych nieniemieckich więźniów obozów koncentracyjnych, w ramach której wymordowano ok. 20 tys. osób.
    Polecam: http://katonnajmlodszy.wordpress.com/2012/11/16/smierc-psychiatry-eugenika-i-totalitaryzm/

    • Logos Amicus Says:

      „Eutanazja” stosowana przez Niemców w czasach nazizmu była bez wątpienia zbrodnią. Czy można ją łączyć z problemem eutanazji, z jakim spotykamy się współcześnie? Chyba tylko do pewnego stopnia, bo jednak skala i kontekst historyczny są jednak zupełnie inne. Jednakże eutanazja pozostaje bardzo ważnym problemem etycznym nawet i w obecnych czasach. Nic dziwnego, że wzbudza tyle emocji.

      Domyślam się, że poruszyłeś ten temat, ponieważ w filmie, o którym mowa we wpisie wpisie, główny bohater zabija swoją umierającą żonę (najprawdopodobniej po to, by ulżyć jej cierpieniom i skrócić okres bolesnej i degradującej jej ciało agonii). Ale – o czym zresztą już wspomniałem w jednym ze swoich komentarzy – wydaje mi się, że ten film nie jest jednak filmem o eutanazji. Tym bardziej nie uważam, że reżyser propaguje w nim ideę eutanazji.

      Co do polecanego przez Ciebie filmu. Temat jest mi znany. Swego czasu zainteresowałem się eugeniką, w tym działalnością przedwojennego Polskiego Towarzystwa Eugenicznego. To, co się wtedy działo i do czego doprowadziła w praktyce koncepcja „polepszania” gatunku ludzkiego za pomocą odpowiedniego doboru genetycznego (czyli m.in. do eliminacji „osobników” genetycznie „niepełnowartościowych”) powinno być dzisiaj przestrogą przed naukowym „grzebaniem” w genach w celu ich modyfikacji (teraz nie używa się już skompromitowanego wcześniej określenia „polepszenia” bo właśnie trąci koncepcją eugeniczną). Ale, jak wiadomo, przestrogi zwykle nie działają, a historia nie zawsze potrafi nas czegoś nauczyć.

  17. akwamaryna Says:

    Logosie, z początku i ja zastanawiałam się czy nie powinien być w tytule znak zapytania.
    Też zauważyłam ten brak czułości. Czuję jednak, że reżyser skupił się na zachowaniach ludzkich, gdy dotknęło ich nieszczęście..
    Georges w rozmowie z córką Ewą przyznał się do lęku jaki w nim siedzi i obawy czy sobie poradzi w trudnej dla niego sytuacji. Może brak czułości został zastąpiony właśnie lękiem?
    Umiejętność okazywania uczuć nie każdemu jest dana. Wygląda na to, że Georges był tego przykładem (zdaje się większość mężczyzn należy do tej grupy:)).
    Zgadzam się z Tobą, że w zachowaniach dotkniętej nieszczęściem pary reżyser mógł umieścić własne uczucia i emocje.

    Logosie, coś mnie tknęło, nie jestem w stanie podać Ci ani jednego przykładu pary podobnej wiekiem do bohaterów filmu, u których okazywanie uczuć jest widoczne. Natomiast znam dwa przypadki, gdzie życie wygląda podobnie jak na filmie..
    Pozdrawiam serdecznie:)

    • Logos Amicus Says:

      Niestety, ja też mam wrażenie, że w większości przypadków, kiedy stary człowiek zaczyna bardzo podupadać na zdrowiu – kiedy rozpada się jego osobowość, kiedy zdaje się na łaskę i niełaskę innych, kiedy staje się dla otaczających go osób „ciężarem”… – to jest wtedy pozbawiony ciepła i czułości.
      Zapewne moje rozczarowanie filmem wzięło się również z oczekiwania, że rzeczywiście spotkam w nim obraz miłości, która jest w stanie przetrwać i zamanifestować się ponad całą tą fizjologiczną mizerią i prozą powolnego umierania (a więc również w cieple i czułości), ale niestety tak się nie stało. I właśnie z tego powodu zacząłem patrzeć na film Hanekego bardziej krytycznie, starając się dociec przyczyny tego, że mnie nie poruszył i dlaczego wydał mi się być pozbawiony głębi.
      Bowiem od artysty większego kalibru można oczekiwać czegoś, co będzie miało pewną moc katarktyczną, afirmacyjną – co może być bardziej nośne filozoficznie czy kulturowo… a nie będzie chłodnym, wykoncypowanym, klinicznym niemal sprawozdaniem z umierania starego człowieka i bezradności kogoś, kto się nim zajmuje.

      A ja jednak znam przypadki, kiedy umierającym powolnie ludziom okazywano ciepło i czułość – nie wspominając już o starych dobrych małżeństwach, które nie wstydziły się okazywania sobie wzajem czułości – ot, choćby trzymania się w miejscach publicznych za rękę :)

  18. Cane Says:

    „Funny Games” (jak i remake „Funny Games U.S.” z Timem Rothem, nota bene tego samego autora) wstrząsnęły mną mocniej niż „Natural Born Killers” i „A Clockwork Orange” razem wzięte. Ta nieodzowna chęć (moja, widza) uratowania rodziny przed oprawcami, i ten moment kiedy dociera świadomość, że nie są do uratowania.
    Co do „Amour” nie wypowiadam się, nie miałem okazji obejrzeć.

    • Logos Amicus Says:

      Filmy Stone’a i Kubricka były jednak pewną „stylizacją”, swego rodzaju „zabawą” z przemocą, mimo wszystko dokonywaną jednak z pewnym przymrużeniem oka („Natural Born Killers” to nurzanie się w gwałcie coś ala Tarantino, „A Clockwork Orange” – to bardziej satyra pomieszana z groteską). Natomiast „Funny Games” Hanekego miał w sobie coś takiego strasznie na serio (mimo tych tricków z przewijana taśmą, czy puszczaniem oka do widowni przez występujących w filmie bandziorów-gnojków-morderców).
      Swoja drogą posądzano Hanekego o to, że na „Mechanicznej pomarańczy” (trochę) się wzorował. (Jeśli tak, to swój film mimo wszystko zrobił jednak bardzo oryginalny.)

      • Cane Says:

        Może dlatego, że zarówno w „Mechanicznej pomarańczy”, jak i w „Funny Games” złoczyńcy mają podobny sposób zachowywania się, ekspresji i podejścia do przemocy?

  19. Kamysto Says:

    Niestety nie oglądałem jeszcze Miłości Hannekego. Muszę nadrobić zaległości jak najszybciej. Co do Funny Games to ten film był dla mnie osobiście niesmaczny. Fakt można znaleźć podobieństwa do Mechanicznej Pomaranczy, lecz ogólny przekaz jest w zupełności inny. A dla mnie, przekaz Funny Games jest taki, że gdzieś tam w odległym świecie istnieją głupi ludzie robiący głupie rzeczy. To nie ważne, że jest to fikcja, są ludzie dla których to byłoby po prostu zabawą. Pozdrawiam

  20. paulina Says:

    … miłość nie ulega rozkładowi tak jak ciało, przedmioty czy rośliny i nie jest pyłkiem, który można zdmuchnąć tak szybko, jak może zgasnąć ludzkie życie.

  21. Monika Says:

    Polecam dobry artykuł w ostatniej „Polityce” pt. Bardzo Starzy Oboje. Pomaga zrozumieć film (a także mój punkt widzenia).

    • Logos Amicus Says:

      Wydaje mi się Moniko, że rozumiem Twój punkt widzenia. Artykuł w „Polityce” przeczytałem – jest właśnie taki „w duchu” filmu Hanekego: nie jest o miłości, tylko raczej o „skazaniu na siebie”, o mordędze, a nawet samobójstwach (zabójstwach) ludzi starych, nękanych chorobą i niedołężnością. Też jest w sumie taki jednostronny, pesymistyczny – bo ukazuje te związki tak, jakby były zupełnie wyprane z miłości. Ale tak przecież – w wielu wypadkach – nie jest. Ludzie starzy też się kochają, okazują sobie czułość, ciepło… Tego w artykule „Polityki” zupełnie nie ma – w filmie Hanekego również (cała moje recenzja z „Amour” jest właśnie o tym). Tego, że w artykule „Polityki” tego nie ma, niekoniecznie musi nas dziwić – w końcu jest to publicystyka. Natomiast film Hanekego ma aspiracje bycia dziełem sztuki – więc powinno się od niego oczekiwać czegoś więcej.

      Mogę powtórzyć jeszcze raz: uważam, że tytuł „Miłość” jest jednak bardzo mylący, a ponadto sugerujący widzom, że oglądają Wielką Miłość, podaną na dodatek przez Wybitnego Twórcę. I wielu widzów (właściwie większość) dała się na to złapać. Ja jednak, od Hanekego (którego przecież, jako reżysera, bardzo cenię) spodziewałem się czegoś innego – pewnej afirmacji ludzkiego uczucia, może tragedii, ale niosącej ze sobą katharsis – a nie pornografii umierania, jaką nam on zaserwował na ekranie. Moim zdaniem, film Hanekego jest pozbawiony jakiejkolwiek wiary i nadziei – nawet, jeśli chodzi o wiarę w wartość tworzonej przez nas kultury. I jako taki jest wg mnie filmem jałowym.

  22. babkafilmowa Says:

    Wydaje mi się, że rozumiem Haneke’go. Bojąc się, jak każdy z nas, chorób, cierpienia, dogorywania przez lata w stanie, kiedy człowiek nie będzie w stanie popełnić samobójstwa, funkcjonując na podobieństwo rośliny, może być tak, że dowodem największej miłości może być wyzwolenie kochanej osoby przez zadanie jej śmierci. Ja też jestem takiego zdania. Tylko osoba, która naprawdę kocha poświęci swoje sumienie i dobre samopoczucie dla tej, która pragnie skończyć swą wegetację w cierpieniu.
    Mówisz, że tu nie ma ciepła, miłości. Dla mnie jest i to sporo. Jak może inaczej wyglądać miłość w takim wieku i w takim stanie? Gdy jedno z ukochanych jest prawie martwe. Już samo to, że Georges szanuje prośbę Anne i nie oddaje jej do szpitala czy hospicjum, jest najwyższym dowodem jego miłości. Jakież inne jej dowody może dac swej chorej śmiertelnie, starej żonie, która jest kompletnie unieruchomiona, nie tylko fizycznie. Przecież, najwygodniej byłoby mu oddać ją pod czyjąć opiekę i mieć święty spokój, tym bardziej że sam nie jest pierwszej młodosci. Już samo trwanie przy niej, opieka, rozmowa, trzymanie za rękę, karmienie, znoszenie jej humorów jest dowodem, że ją kocha. Co innego mógłby jej dać? Niestety, dożywając daleko posuniętej starości musimy się liczyć, że przy obecnych osiągnieciach medycyny możemy być skazani na wieloletnie cierpienia i agonię, sztuczne podtrzymywanie przy zyciu wbrew naszej woli, z czego jedynym możliwym wyzwoleniem może być śmierc zadana przez najbliższą osobę. Tak jak to było np. w filmie „W stronę morza”, gdzie facet ponad 2o lat leżał w łóżku, pod opieką rodziny brata, który go już prawie nienawidził, bo takim był ciężarem i dopiero prosta kobieta, chyba sprzątaczka, która zakochała się w tym nieszczęśniku spełniła jego prośbę.
    Wiem, że takie postępowanie nie jest legalne, tym większa miłość, jeśli ktoś się na to odważy.

    • Logos Amicus Says:

      Wszystko to prawda, co piszesz.
      Ja także rozumiem Georgesa i skłonny jestem uznać jego desperacki czyn za dobro (w tej sytuacji w jakiej znalazła się ta para starych ludzi). To taki rozpaczliwy gest (dowód) miłości.

      Ja pisząc krytycznie o tym filmie, starałem się dociec przyczyny, dlaczego tej miłości w filmie nie poczułem, co stanęło mi na przeszkodzie? Mój tekst jest właśnie o tym. Nie muszę chyba dodawać, że jest to moje subiektywne uczucie, które jednak starałem się objaśnić używając w miarę racjonalnych argumentów. Ale jednak u podłoża mojego stosunku do filmu Hanekego leży wewnętrzne odczucie i intuicja, a nie – bardziej lub mniej inteligentne – mędrkowanie.

      Aby rzecz podsumować: wydaje mi się, że Haneke – ze swoim sposobem robienia filmów, ale i także ze swoją osobowością i sposobem reagowania na świat (piszę to na podstawie tego, co usłyszałem od niego samego w licznych jednak wywiadach, jakie są dostępne w sieci i jakie czytałem w prasie) – niezbyt nadaje się do kręcenia filmów o miłości. Z tego co wiem, on doskonale czuje chłód przemocy i horrendum ludzkiego strachu, ale nie ciepło jakie ma jednak w sobie każda miłość. Haneke mówił np., że wybrał Trintignanta do tej roli, bo aktor ten wydał mu się emanować ciepłem. Niestety, ja tego ciepła w Trintignancie nie czułem (a przecież nie jestem chyba jakimś zimnym i nieczułym s.. nem – bo jednak w kinie zdarza mi się wzruszać dość często). Ale pal licho mnie: to samo powiedziała mi moja żona – a jej jednak w tym względzie ufam, bo jest ona jednak dla mnie ekspertką w wyczuwaniu w ludziach prawdziwych uczuć, w tym i ciepła ;) Zresztą, jej odbiór tego filmu, pokrywa się w dużej części z moim :)

      Tak więc, ten film nie ma wg mnie klimatu – aury, która zwykle otacza kochających się ludzi, i to nawet tych w podeszłym wieku.

      Ale chciałbym być dobrze zrozumiany: ja nie mam pretensji o to, że w tym filmie Anne z Georgesem się do siebie nie przytulają, nie szepczą sobie żadnych czułych słówek – to są w sumie bardzo ograne gesty i motywy, którymi aż nadto łatwo można każdy film o miłości przesłodzić. Nie mam też do Hanekego pretensji o to, że starał się uniknąć sentymentalizmu. Mam pretensje o to, że nawet kiedy Georges głaska rękę Anny, to ja w tym geście żadnej czułości nie czuję ;) (Owszem, to zdanie jest nieco prowokacyjne i przewrotne, ale jednak mówi coś o sednie mojej uczuciowej percepcji tego filmu. Nie wiem, może problem leży bardziej we mnie, niż w samym obrazie? ;) Tego oczywiście nie wykluczam.)

  23. babkafilmowa Says:

    Piszesz: „Zapewne w życiu pary głównych bohaterów filmów była miłość, ale w obliczu przeżywanego obecnie nieszczęścia, stała się ona przede wszystkim rozpaczą, która poprzez swoją przewlekłość i swoistą mechaniczność, nabrała cech jakiejś nieludzkiej rutyny. ” – myślę, że niejeden, niejedna chciałaby być tak „rutynowo” kochana przez bliską osobę.

    Dalej, piszesz: „Tylko czy ma to cokolwiek wspólnego z Miłością, czy może raczej z tej miłości destrukcją? I czy tak winno się pokazywać Miłość?”
    A jak ty byś pokazał miłość w wieku oko. 80 lat, albo i więcej, kiedy jedno z umiłowanych lezy bezwładnie w w łóżku, a drugiemu sił ubywa z każdym dniem, i wie, że nie może liczyć na nikogo w domowej opiece? Masz jakiś pomysł?

    Dalej: „Tak więc, ponownie chciałbym tu zaznaczyć: obraz Hanekego nie jest według mnie filmem o miłości. Bardziej niż jakikolwiek inny genre, przypomina mi on horror, w którym eksploatuje się nasz pierwotny lęk przed cierpieniem, rozkładem ciała i fizyczną zagładą.”
    Owszem, ale ludzie przeżywają takie „horrory” na co dzień. Samotnie, uwięzieni we własnym mieszkaniu, bez nadziei, w cierpieniu. To jeszcze i tak dobrze, że Georges mial kasę i stać go było na opiekę pielęgniarek, które wyręczały go w pielęgnacji ciała żony.

    „Zwróćmy uwagę, że robią oni wszystko, aby dramat i cierpienie, którego doświadczają pozostały tylko między nimi, czymś przeżywanym w prywatności czterech ścian własnego mieszkania. Innymi słowy: nie życzą sobie tego, aby stało się publicznym to, co w rzeczywistości jest dla nich czymś bardzo intymnym. To dlatego umierająca Anna wymusza na mężu przyrzeczenie, aby ten nie oddał jej do szpitala czy hospicjum. To dlatego – w bardzo wymownej scenie – gwałtownym ruchem odsuwa ona lustro, które podsuwa jej przed twarz opiekująca się nią kobieta.”

    Anne odsuwa lustro, jakie podsuwa jej czesząca ją tzw. pielęgniarka, bo ta zachowuje się jak idiotka bez cienia empatii. Nie dosyć, że niemiłosiernie szarpie jej włosy, to jeszcze każe się przeglądać Annie mówiąc jaka jest piękna. A Anna widzi nie piekną, a starą, zbolałą twarz chorej kobiety. Ta pani nie wykazała minimum taktu, klepie formułki jakimi posługują sie pielęgniarki szydząc z chorych.
    Tak, Anne nie chce umierac w jakimś publicznym przybytku bo była w szpitalu i wie jaka tam panuje bezduszność i obojętność wobec starych pacjentów, skazanych na śmierć.

    Uważasz, że Haneke czyni z choroby i umierania Anne widowisko? Ja tak nie odczułam. O czym piszę u siebie. Pokazuje życie i mizerię umierania w całej krasie. Tak jak ono wygląda, to może być szokiem dla niektórych, którzy myślą, że są nieśmiertelni a co najmniej zdrowi do końca życia. Ten film to dobra lekcja życia, jakie może czekać każdego z nas.

    • Logos Amicus Says:

      Ależ ja mam wielki szacunek do Georgesa za to, że zaczął się opiekować swoją żoną z tak wielkim poświęceniem. I ten jego ostatni gest rozpaczy: ja go absolutnie nie potępiam, wręcz przeciwnie.
      Oczywiście, że wielu ludzi na co dzień przeżywa takie horrory. Wspomniany (powyżej, przez Monikę) artykuł w „Polityce” mówi właśnie o tym. Ale to nie jest artykuł o miłości starych ludzi, tylko o ich gehennie (czymś bardzo przewrotnym – może nawet cynicznym – byłoby nadać temu artykułowi tytuł „Miłość”). I taki wg mnie jest też film Hanekego.

      Piszesz: „A jak ty byś pokazał miłość w wieku oko. 80 lat, albo i więcej? (…) Masz jakiś pomysł?”
      Tak. Nawet w tym wieku ludzie okazują sobie czułość.

      • babkafilmowa Says:

        No nie wiem, nie czytałam za wiele recenzji, a właściwie wcale, polegam tylko i wyłącznie na swoich odczuciach. Ja czułam pewną czułość, taką na jaką mógł sobie pozwolić Georges opiekujący się bezwładną Anną. /A jak ty byś przedstawił sceny czułości w ich przypadku?/ I na tyle na ile pozwalało mu jego też słabe stare ciało. Pewnie, że pieknie by było, gdyby ją sam mył, pielęgnował, ale był na to zwyczajnie za stary. Nie wiem, może mam wrażliwość podobną do Haneke’go, ale ja w tej jego krzątaninie, rozmowach, trosce takiej na ile mógł sobie pozwolić, ze względu na wiek, czułam miłość. I przede wszystkim w tym, że uszanowal prośbę Anny i nie oddał jej do żadnej instytucji. A mógł, bo go było stać. I miał by święty spokój, poszedłby od czasu do czasu do niej w odwiedziny, pocałował w czoło, może w usta, podał obiad, i wrócił do domu, gdzie mógłby spokojnie słuchac sobie koncertów fortepianowych. Chciał być w domu razem z nią. To jest dowód miłości. Także to, to co zrobil w końcowej scenie. Nie chciał patrzeć na upokorzenie żony. A może bał się, że z czasem, nie dając rady w opiece nad Annę, zacznie ją nienawidzić, bo będzie mu ciężarem nie do udźwignięcia. A przysięgał, że do przytułku jej nie odda, bo to było dla niej najważniejsze. A jej szczęście i życzenie z kolei, było najważniejsze dla niego. To jest chyba miłość, gdy dbamy o szczęście drugiego człowieka i spełniamy jego marzenia. Ludzie ciężko chorzy, bezwładni, zdani kompletnie na innych, mają tylko marzenie, by umrzeć jak najszybciej, także Ci wierzący. Po/zdrawiam. :)

        • Logos Amicus Says:

          Zgadzam się z wszystkimi Twoimi argumentami – mnie nie musisz przekonywać o tym, że Georges był bardzo troskliwy wobec żony. To było widać. Ale czy naprawdę sumienność – albo obowiązkowość – w opiekowaniu się chorym to jest to samo co miłość?
          Miłość powinno być nie tylko widać, ale także ją czuć ;)
          I może właśnie w tym leży problem jaki mam z tym filmem (bo to przecież jest mój problem – i nie dotyczy tych, którzy obraz Hanekego uznali za obraz o miłości).

          PS. „Ludzie ciężko chorzy, bezwładni, zdani kompletnie na innych, mają tylko marzenie, by umrzeć jak najszybciej, także Ci wierzący.”

          No nie wiem czy wszyscy i czy mają tylko takie marzenie.

    • Logos Amicus Says:

      Dobry tekst. Dziękuję za polecenie,
      W tym tonie zresztą jest jakieś 90 % wszystkich recenzji o filmie Hanekego ;)
      Przyjmuję te wszystkie argumenty, że jest to portret miłości, ale niestety swoich odczuć ze spotkania z tym filmem nie mogę przecież zmienić.

  24. margo Says:

    Piotr Gociek: „W zakresie formy i środków realizacji film Michaela Haneke „Miłość” jest bardzo prosty. W sferze emocjonalnej – to tortura. W sferze przesłania – prawdziwa bomba, którą wypada nazwać antychrześcijańską do szpiku kości. Austriacki reżyser wyrzuca za okno wszelką metafizykę, koncentrując się na fizycznym procesie umierania. Ten film męczy – bo taki jest jego cel. Chodzi o to, byśmy po długiej męczarni potraktowali jako wyzwolenie sugestię reżysera, że skrócenie czyjegoś życia jest usprawiedliwione.
    (…)
    Odcinając Miłość od jej sióstr (Wiary i Nadziei), Haneke jednocześnie okrutnie chybia. No bo właściwie niby dlaczego mielibyśmy się specjalnie przejmować cierpieniem i wyborami przedstawionej na ekranie pary, jeśli wszystko to ma wymiar jedynie fizjologiczny?”

    Całość recenzji pod linkiem:
    http://wnas.pl/artykuly/272-premiera-kinowa-michaela-haneke-chory-film-o-milosci-nasza-recenzja

    • babkafilmowa Says:

      Dlaczego możemy się przejmować ich losem? Po prostu, bo są ludźmi, jednymi z nas.

      • Logos Amicus Says:

        babko, ja myślę że sens tego zdania można zrozumieć tylko wtedy, jak przeczyta się całość recenzji.
        Wydaje mi się, że jest ono napisane z przekąsem, bo autor recenzji nie znalazł w filmie Hanekego ani Wiary, ani Nadziei. W tym kontekście rzeczywiście ten film… może nie tyle jest antychrześcijański co niechrześcijański. Nie wiem czy można to traktować jako zarzut, ale chyba jednak tak jest – a każdy ma prawo wypowiedzieć zdanie ze swojego punktu widzenia, który może także uwzględniać sprawy (osobistej) wiary.

        Coś z tym anty-chrześcijaństwem Hanekego jest jednak na rzeczy (o czym zresztą wspomniałem chyba w jednym z poprzednich komentarzy) bo słuchając (i czytając) wiele wywiadów z nim, również miejscami podniosłem takie wrażenie (przy czym nie jest to jakiś mój wymysł, bo sam Haneke do tego nawiązywał).

        Całkiem możliwe, że również i to wpłynęło (być może podświadomie) na mój odbiór tego filmu.
        Ale ja jednak nie chciałby przykładać religijnych miarek do „Amour”. A światopoglądowych?… to już prędzej.

  25. Logos Amicus Says:

    Z dyskusji pod wpisem o filmie „Amour” na blogu Babki Filmowej:

    Logos Amicus:
    Ja też chciałem tak ładnie i budująco napisać o tym filmie, ale nie mogłem ;)

    Babka Filmowa:
    No trudno. Słowo „miłość” każdemu kojarzy się z czym innym. Mnie, akurat z tym co widziałam na ekranie. A może podaj, dla kontrastu, jakiś film, w którym poczułeś, że bohaterowie się naprawdę kochają? Będąc oczywiście, w podobnej sytuacji jak Anne i Georges, czyli mając ponad 80 lat i gdy jedno z nich jest ubezwłasnowolnione przez chorobę i nie mogący liczyć na pomoc (psychiczną) innych? :)

    Logos Amicus
    :
    Trudno mi teraz znaleźć taki przykład.
    A wracając do filmu Hanekego: to nie chodzi o to, że to mi się nie kojarzyło z miłością. Oczywiście, że to mogło się kojarzyć z miłością. Naturalnie, że to co robił Georges, można nazwać miłością.
    Mnie zabrakło w tym obrazie… trudno to nazwać… aury, klimatu, pewnego rodzaju wrażliwości i uczuciowości, która ZAWSZE prawdziwej i głębokiej miłości towarzyszy. Ja tego w tym filmie nie poczułem (nic na to nie poradzę), choć sam uważam miłość za najważniejszą część ludzkiego życia i chyba dość łatwo jednak jest mi ją wyczuć w filmie, czy literaturze.
    Koniec końców, nie jestem pewien, czy Haneke jest tego typu reżyserem, który potrafi to (pewien rodzaj uczuciowości) na ekranie oddać. Być może jest to jakiś odmienny rodzaj wrażliwości. Bo przecież inne rzeczy w kinie (przemoc, poczucie zagrożenia, suspense, napięcie, zimno w ludziach…) wychodziły mu świetnie (zawsze bardzo wysoko ceniłem go jako reżysera).
    (…)
    Ale to jest w sumie dla mnie dziwne: Haneke w tym filmie mówi wszystkim, że na końcu jest bezdenna rozpacz, cierpienie, pustka, bezsens, absurd, beznadzieja, rozpad i ostateczne unicestwienie… a i tak wszyscy są tym filmem zachwyceni. (Może dlatego, że nie chcą jednak tego – co naprawdę Haneke pokazuje – zobaczyć, a zamiast tego chcą bardzo zobaczyć miłość… więc ją w tym filmie widzą?)
    Ja też zobaczyłem coś, co mogło wynikać – i najprawdopodobniej wynikało – z miłości, ale samej miłości w tym filmie nie poczułem. Horror tego filmu (wynikający m.in. z tego co wymieniłem w poprzednim komentarzu) skutecznie mnie jednak przytłoczył.

    Całość rozmowy przeczytać można TUTAJ.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s