AMOUR – PORNOGRAFIA UMIERANIA

o filmie Michaela Hanekego „Miłość”

jean louis trintignant emmanuelle riva amour miłość reż. Michael Haneke*

Mam problem z najnowszym filmem Michaela Hanekego, odczuwany z tym większą konsternacją, że jest on chyba najwyżej ocenianym filmem ubiegłego roku: Złota Palma w Cannes, Złoty Glob w Ameryce, nominacje do Oscara (to jest ewenement, bo „Amour” został tu nominowany w kategorii Best Picture podwójnie: zarówno tej głównej „amerykańskiej”, jak i obejmującej filmy nieanglojęzyczne). Na dodatek, wysokie noty krytyków dość zgodnie współbrzmią z aplauzem widowni. Ja niestety miałem inaczej: film mną nie poruszył i nie dostrzegłem w nim wystarczających przesłanek, by uznać go (w moim prywatnym panteonie kina) za film wielki.
I teraz muszę się zastanowić – dlaczego?
Bo przecież uważam Hanekego za jednego z najwybitniejszych reżyserów współczesnego kina; bo przecież tematem swoich filmów czyni on to, co i mnie zajmuje; bo pierwszy jego film obejrzany przed laty („Funny Games”) to był dla mnie totalny nokaut (nie pamiętam, żebym jakikolwiek inny film oglądał w takim permanentnym – nieznośnym, ale przykuwającym do ekranu – napięciu, jak to było właśnie w przypadku „Funny Games”).
Skąd więc ten zawód złamanych oczekiwań?
Tym bardziej jest to zastanawiające, że gra aktorska (Emmanuelle Rivy i Jeana-Louisa Trintignanta) jest tu bez mała genialna a reżyser wydaje się panować nad filmowym materiałem z niesłychaną precyzją; ponadto film w sposób niezwykle otwarty odwołuje się do jednego z najważniejszych dla nas wszystkich doświadczeń egzystencjalnych (mowa oczywiście o umieraniu i śmierci), no i estetyka obrazu plasuje go bez wątpienia w obszarach sztuki wysokiej…
A jednak, mimo tego wszystkiego wyczułem w tym filmie coś, co mnie powstrzymało… nie piszę tu nawet „przed zachwytem”, ale przed zwykłym docenieniem, nie tyle jego artystycznej wartości, co, rzekłbym, aksjologicznej wagi i intelektualnej nośności, którą można by rozpatrywać w szerszym kontekście kulturowym i humanistycznym.
Co to było?

Jeśli musiałbym to określić jednym słowem, to brzmiałoby ono: chłód. Zdaję sobie sprawę, że i to jest na przekór temu co chcą w tym obrazie widzieć jego admiratorzy, ale niestety zabrakło mi jednak w tym filmie zwykłego ludzkiego ciepła i empatii (co ciekawe, zauważyli to także apologeci filmu, tyle że nazwali to „brakiem sentymentalizmu” – określeniem bardziej dla nich akceptowalnym, bo nie brzmiącym tak pejoratywnie jak „brak ciepła”). Ale to nie tylko to.
Haneke jest niezwykle sprawnym reżyserem jeśli chodzi o przekazanie istniejącej w ludzkim świecie agresji, wrogości, deprawacji – podskórnej nienawiści, lodowatej psychotyczności, czającego się (za pozorami stabilności i spokoju) zła, czy wreszcie: wszechogarniającego poczucia zagrożenia – suspensu, którym wręcz torturuje widza, paraliżując go strachem i zmuszając do oczekiwania „najgorszego” – czegoś co przyniesie ból, cierpienie, utratę tego, co najważniejsze. Jest przy tym precyzyjny jak chirurgiczny skalpel i jak stal tego skalpela zimny. (I to wystarczyło, by zaliczyć go do mistrzów współczesnego kina.)

Można więc było nabrać pewnych podejrzeń i obaw, że kiedy weźmie się za „Miłość” (ta ostentacja tytułowa nie jest tu przypadkowa), a więc za uczucie, które przecież nie może być zupełnie wyzbyte sentymentu i czułości, to ten jego wykalkulowany sztafaż – owo zimne instrumentarium i specyficzny arsenał środków filmowego wyrazu – może się po prostu w nowym, innym pod względem uczuciowym i wrażeniowym emploi, nie sprawdzić. Ja takiego nastawienia nie miałem (wręcz przeciwnie – z ciekawością i pełen dobrej woli wyczekiwałem nowego filmu Hanekego, po którym spodziewałem się pogłębionej eksploracji czegoś, czego wcześniej w obrazach austriackiego reżysera nie było). Lecz niestety okazało się, że takie obawy nie byłyby czymś bezpodstawnym.
Cóż się więc stało? Napiszę wprost: mam wrażenie, że Hanekemu trudno jest uchwycić to, co w powszechnym odczuciu brane jest za ludzkie ciepło. A to, niestety, przekłada się według mnie na niemoc przekazu tego rodzaju uczuciowości i klimatu w tworzonych przez siebie filmach. To dlatego „Miłość” wydała mi się jednak być filmem nie o miłości, a o powolnym i bezlitosnym umieraniu, o rozpadzie ludzkiej osobowości, o degradacji nie tylko ciała, ale i psyche, o próbie zmierzenia się z tym ciężarem przez człowieka, który sam się starzeje i który przywiązany jest do odchodzącej w niewyobrażalnym cierpieniu bliskiej osoby. Zapewne w życiu pary głównych bohaterów filmów była miłość, ale w obliczu przeżywanego obecnie nieszczęścia, stała się ona przede wszystkim rozpaczą, która poprzez swoją przewlekłość i swoistą mechaniczność, nabrała cech jakiejś nieludzkiej rutyny. I to w filmie widać, słychać i czuć. I to właśnie udało się Hanekemu przekazać: przerażające spustoszenie ludzkiej duszy, bezsens cierpienia, horror czający się za drzwiami w życiu każdego człowieka. Tylko czy ma to cokolwiek wspólnego z Miłością, czy może raczej z tej miłości destrukcją? I czy tak winno się pokazywać Miłość? Czy właśnie to mamy sobie – skoro mowa o miłości – uświadomić? Według mnie, doszukiwanie się w tym wszystkim jakiejś wartości katarktycznej, (która przecież cechuje prawdziwie wielką sztukę ukazującą ludzką tragedię) miałoby w sobie coś z perwersji.

Wydaje mi się, że Haneke – wbrew temu, co wynikło z gremialnego zachwytu filmem i zbiorowej sugestii (bo czyż zwykle nie widzimy tego, co sami chcemy widzieć?) – wcale nie chciał nam pokazać Miłości. On chciał wygarnąć nam prosto w oczy swój strach, rzucić nam w twarz własne przerażenie światem i pozbawiony wszelkiej nadziei pesymizm. Brzmi to ostro i kategorycznie, ale czy ja to sobie wyssałem z palca? Bynajmniej. Posłuchajmy co o sobie – i właśnie o sposobie postrzegania przez siebie życia i świata – mówi sam Haneke: „Z przeczytanych książek i obejrzanych filmów jedyną rzeczą, która mi po nich zostaje w głowie, jest wspomnienie trwogi, przytłaczającego lęku, panicznego przerażenia światem, w którym żyję. (…) Kultura masowa robi wszystko, abyśmy o egzystencjalnym strachu zapomnieli. Należy się temu przeciwstawić. Z tego m.in. powodu stosuję estetykę szoku. (…) Po co kłamać? Strach jest naszą rzeczywistością. Człowiek nie potrafi się od niego uwolnić. (…) Żyjemy w społeczeństwie przemocy i aby zmusić ludzi do refleksji, kino musi to dosadnie pokazywać.” (Wypowiedzi Hanekego pochodzą z wywiadu jaki z reżyserem przeprowadził Jacek Żakowski i który opublikowała „Polityka” Nr 44/2012, podkreślenie moje).
Zastanówmy się teraz: czy – mając takie przekonania i poglądy, i tak jednostronnie postrzegając rzeczywistość – można wiarygodnie i kompetentnie ukazać najwspanialsze i najbardziej afirmatywne ludzkie uczucie, jakim jest Miłość? Wydaje mi się to wątpliwe. Haneke nie daje nikomu żadnej pociechy, bo sam tej pociechy – w obliczu pustego nieba – nie może znikąd czerpać. Można więc odnieść wrażenie, jakby tą swoją okrutną wizją i pesymizmem chciał zarazić innych ludzi. I być może czyni tak dlatego, gdyż jemu samemu przynosi to pewne wytchnienie. (Haneke: „Jestem przekonany, że konfrontacja z tym, co wytrąca z równowagi, przed czym chce się uciec, ma sens i swoją wagę. A nawet przynosi w końcu ulgę, bo uświadamia, że nie tylko my się boimy, cierpimy w samotności i przeżywamy coś wyjątkowo bolesnego. Dzięki temu rodzi się poczucie głębszej wspólnoty, solidarności w klęsce i wstydzie.” A ja chciałbym się zapytać: Jaki sens? Jaka waga? (Bo z jego filmu nie można tego jednak wyczytać) Dlaczego „w klęsce i wstydzie”? (Czy klęska i wstyd są w życiu człowieka konieczne i nieuniknione?) I czy wskazanie, że może to przynieść ulgę, nie jest czymś przewrotnym, trącącym nawet pewnym masochizmem? No i co to wszystko ma wspólnego z Miłością? Czy aby jednak nie jest tej Miłości zaprzeczeniem?
Jeśli więc film Hanekego obwieszcza się jako „być może najpiękniejszy film o miłości”, to ja śmiem w to wątpić. Mało tego: w decyzji Hanekego, by nazwać swój film „Amour”, zaczynam podejrzewać pewną perfidię, która – żerując bez skrupułów na naszym naturalnym odruchu przerażenia wobec niszczącej ludzkie ciało śmiertelnej choroby – chce upichcić jakiś artystowski placek, który udaje tylko, że jest bogaty w treść mogącą sycić ducha i zaspokajać nasz głód uczuć wyższego rzędu, a który tak naprawdę jest w środku pusty jak nadmuchany suflet. Nic dziwnego, że widzowie w kinie się tym dławią – w przekonaniu jednak, że dławią ich łzy rozczulenia nad Wielką Miłością, (którą dopiero śmierć może rozdzielić) – nieświadomi manipulacji, jakiej zostali przez ten film poddani.

Tak więc, ponownie chciałbym tu zaznaczyć: obraz Hanekego nie jest według mnie filmem o miłości. Bardziej niż jakikolwiek inny genre, przypomina mi on horror, w którym eksploatuje się nasz pierwotny lęk przed cierpieniem, rozkładem ciała i fizyczną zagładą. Z tym, że klasyczny horror zyskuje swój efekt katharsis poprzez kanalizację strachu za pomocą groteskowej przesady, natomiast Haneke, decydując się na realizm (czy też nawet naturalizm), staje się zbyt dosłowny. I niestety, tej dosłowności nie są nawet w stanie zniwelować zastosowane przez niego wstawki symboliczne czy też oniryczne.

Przecież kwestia naszej śmiertelności, podatności na chorobę, ból i czy cierpienie – to jest temat zawierający w sobie tak wielkie bogactwo i potencjał dla głębokiej artystycznej eksploracji, i to nawet wtedy, kiedy rezygnuje się z odwoływań do jakiejkolwiek metafizyki. Jednakże redukowanie tego do fizykalności (a miejscami wręcz do fizjologii) powoduje, że już nie eksplorujemy tego co duchowe i ludzkie, a eksploatujemy to, co czysto materialne, funkcjonalne, organiczne i w istocie swej nieludzkie. A gdzie kultura? Zwróćmy uwagę, że Haneke mówi nam w swoim filmie wyraźnie, iż wyrafinowanie, duchowość, sublimacja, sztuka… – wszystko to, co człowiek w całym życiu w sobie rozwija by dokonać transgresji i przezwyciężyć opór ordynarnej materii – w obliczu „zwierzęcego” cierpienia i definitywnego „końca” staje się zupełnie bezużyteczne, a my zostajemy jedynie „sam na sam” z tępym i bezsensownym bólem osuwania się w nicość. Według mnie jest to (niezbyt nawet zakamuflowany) nihilizm. Czy rzeczywiście w cierpieniu nie ma nic oprócz cierpienia, a w śmierci jest tylko zagłada? Tego tak naprawdę nie wiemy. Ale Haneke uważa, że wie. Wie – a raczej wydaje mu się, że wie – iż POZA nie ma już NIC. Jego film pozbawiony jest jakiejkolwiek tajemnicy, nie ma w nim żadnej furtki – żadnej nadziei na znalezienie jakiejś drogi wyjścia. I na dodatek wygląda to tak, jakby Haneke chciał nas tym swoim beznadziejnym przekonaniem zarazić.

Jest jeszcze sprawa „pornografii” tego obrazu i pewnego reżyserskiego w nim „bezwstydu”. Nie sądzę, abym używając tego słowa przesadził, bo reżyser wyraźnie kładzie emfazę na kliniczne przedstawienie procesu umierania ciała i jego rozkładu, przez co zaczyna to sprawiać wrażenie jakiejś mechanicznej rutyny, w której ból staje się zaledwie czymś funkcjonalnym, a w konsekwencji czymś „bezdusznym” i eliminującym wyższą uczuciowość. (W tym właśnie sensie film nabiera według mnie pewnych cech pornograficznych.) Ponadto, podejście Hanekego do swoich bohaterów wydaje mi się być nieetyczne. Zwróćmy uwagę, że robią oni wszystko, aby dramat i cierpienie, którego doświadczają pozostały tylko między nimi, czymś przeżywanym w prywatności czterech ścian własnego mieszkania. Innymi słowy: nie życzą sobie tego, aby stało się publicznym to, co w rzeczywistości jest dla nich czymś bardzo intymnym. To dlatego umierająca Anna wymusza na mężu przyrzeczenie, aby ten nie oddał jej do szpitala czy hospicjum. To dlatego – w bardzo wymownej scenie – gwałtownym ruchem odsuwa ona lustro, które podsuwa jej przed twarz opiekująca się nią kobieta. Lecz Haneke tego sam nie respektuje, wystawiając poniżenie i ból Anny na widok publiczny, robiąc z tego de facto widowisko. I jakby tego było mało, stosuje w tym wszystkim swoją „estetykę szoku”.
Na koniec muszę jeszcze raz podkreślić, że (abstrahując już o pewnej jałowości filozoficznej obrazu) najbardziej w tym filmie zabrakło mi czułości i ciepła – zwykłej ludzkiej empatii, którą wyparł kliniczny chłód reżyserskiej precyzji. A jak można ukazać prawdziwy obraz Miłości bez tego, co w tej miłości jest najbardziej istotne i najważniejsze?

greydot

FILMOWISKO („Biała wstążka”, „Ostatnia stacja”, „Autor Widmo”, „Alicja w Krainie Czarów”)

festival.banner.wl

„BIAŁA WSTĄŻKA” („Das Weisse Band”, reż. Michael Haneke)

 * * * * * *

Czy tylko w Austrii najistotniejsze sprawy rozstrzygają się w podziemiu? Czy to przypadek, że właśnie tam Zygmunt Freud zaczął sięgać do głębin podświadomości, które decydują (ponoć) o naszych świadomych poczynaniach? A Fritzl? Jak to możliwe, że funkcjonujący normalnie w społeczeństwie człowiek mógł przez prawie ćwierćwiecze trzymać w piwnicy swoją córkę, gwałcić ją i zmuszać do rodzenia całej gromady dzieci?

„Biała wstążka” – Złota Palma w Cannes, 2009

Czy dokonuję tu jakiegoś nadużycia wiążąc to wszystko z twórczością austriackiego reżysera Michaela Haneke, który obsesyjnie wręcz zajmuje się ukrytymi pod powierzchnią ludzkich zachowań ciemnymi siłami zła – instynktami przemocy, perwersji, zabójstwa? A przy tym robi to w sposób niezwykle sugestywny, niekiedy wręcz wstrząsający, o czym można było się przekonać oglądając choćby takie jego filmy, jak „Funny Games”, „Pianistkę”, „Ukryte”… no a teraz „Białą wstążkę” – surowy obraz ukazujący jedną z niemieckich wiosek i jej mieszkańców, w przededniu wybuchu I wojny światowej, oraz większe lub mniejsze potworności, które wyłaniają się spoza fasady tej ich – stworzonej przez protestancką represyjność i kostyczny temperament – powszedniej szarzyzny.

Kiedy więc dowiedziałem się, że Haneke wziął się za temat, dzięki któremu można się było zająć genezą nazizmu – tej „choroby”, która opętała Niemców w XX wieku, i to z potwornym skutkiem, czyniąc z nich jednych z z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości – spodziewałem się wiele. Lecz okazało się, że to co Hanekemu wychodziło nieźle (a niekiedy wręcz znakomicie) w sytuacjach bardziej kameralnych i hipotetycznych, nie sprawdziło się już tak dobrze, kiedy jego ambicją stało się ukazanie podobnej problematyki z szerszej, społecznej perspektywy. Tak, jakby reżyser nie był w stanie zapanować nad większą ilością postaci, a także nad wszystkimi wątkami, które zaczęły mu się trochę wymykać z rąk. Bowiem najsłabszą stroną „Białej wstążki” wydaje mi się być narracja.
A jednak jest to bez wątpienia film ponadprzeciętny i ze wszech miar godny polecenia. W oczy rzuca się jego starannie wykoncypowana i wyegzekwowana estetyka (Haneke wyrzucił z filmu kolory, zastępując je obrazami czarno-białymi), integralnie związana z treścią filmu i budująca odrealnioną nieco atmosferę świata minionego, ale przecież nadal istniejącego w historycznej świadomości wielu ludzi.
Poza tym, poszczególne sceny są wręcz przepełnione hipnotycznym spleenem, wiele z nich ma walor miniaturowych arcydzieł, które mimo ciemnego kolorytu dość ostro wcinają się w naszą świadomość i wdzierają do naszych wnętrz, wywołując tam małą emocjonalną rewolucję. A obrazów o takim uderzeniu się nie zapomina.

Dyscyplina, posłuszeństwo, porządek, czyli Niemcy w przededniu wojny. Czy za protestancką fasadą pozornego ładu czai się widmo faszyzmu? („Biała wstążka” Michaela Haneke)

 

 

„OSTATNIA STACJA” („The Last Station”, reż. Michael Hoffman)

 * * * * * *

Na „Ostatniej stacji” się nie zawiodłem, być może dlatego, że wybierając się na ten film nie spodziewałem się, iż na ekranie zobaczę ów rosyjski (czesto ciemny, niekiedy desperacki) autentyzm. Pamiętałem bowiem o innych filmach Hoffmana, zwłaszcza o „Śnie nocy letniej” – dość lekkiej, swobodnej i bardzo „amerykańskiej” adaptacji Szekspira. Zresztą, już dawno temu przestałem się łudzić, że Amerykanie (i ogólnie – większość reżyserów zachodnich) potrafią autentycznie oddać rosyjskiego ducha – ową „dostojewszczyznę” czy właśnie „tołstojowszczyznę” (z „pasternakowszczyzną” też nie było zachwycająco… trochę lepiej wychodzi im tylko „czechowszczyzna”). Niestety – a może na szczęście? – nikt nie robi tego lepiej od samych Rosjan.

Lew Tołstoj – mędrzec, szaleniec, geniusz, „mały wielki człowiek”?

Mając więc takie nastawienie, łatwiej mi było znieść pewne wtręty lekko sentymentalne i melodramatyczne, czy też inne, dość arbitralne zabiegi tworców usiłujących oddać historyczną czy też charakterologiczną prawdę o czasach i bohaterach, o jakich opowiada film.
Jednym zdaniem: nie nastawiałem się na to, że spotkam się z realistyczną interpretacją tego, co zaszło w ostatnich dniach życia wielkiego pisarza. Jeśli bowiem ktoś chce do tej „prawdy” się zbliżyć, to wg mnie powinien sięgnąć nie tylko po dzienniki samego Tołstoja oraz (oczywiście) Zofii Andrejewny, (które swego czasu wywołaŁy spore zamieszanie) ale i zajrzeć do interpretacji krytycznych tych, którzy na próbach zbadania tego jak to było w rzeczywistości, zęby swoje zjedli.

Jeśli chodzi o mnie, to – abstrahując od tego wszystkiego – dałem się ponieść swoistemu urokowi i niewąpliwej maestrii obrazu (gra aktorów, sposób prowadzenia kamery, montaż… to wszystko dostarczało mi doprawdy wielkiej przyjemności, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu).
Być może zasadny jest zarzut, iż wątek poboczny (romansu/miłości) młodego Walentego (sekretarza Tołstoja) i Maszy (należącej do para-komunistycznej sekty „Tołstojan”) można było sobie darować, bo rozmywał nieco główny temat filmu, jakim był konflikt pisarza z jego żoną (oraz ze swoim, mitycznym już wówczas, wyobrażeniem, jaki miał o nim świat). Lecz wiem, że z kolei inni mogą go potraktować, jako przeciwwagę dla tragikomicznych perypetii małżeńskich hrabiostwa Tołstojów.

Helen Mirren i Christopher Plummer w „Ostatniej stacji”

Ja oczywiście nie za bardzo wierzę w melodramatyzm i sentymentalizm ostatnich momentów życia Tołstoja na Jasnej Polanie – i jego śmierci na stacji Astapowo… Wątpię, iż prawdziwa Zofia Tołstoj miała tak rześki temperament, seksapil, a zwłaszcza wyrafinowanie Helen Mirren… Trudno mi także uwierzyć w to, że pisarz, mając 82 lata, piał (i zachowywał się) jak kogut w swojej sypialni… Ale wszak nie dokumentu spodziewałem się idąc do kina, ani tego, że dzięki temu filmowi objawi mi się wreszcie tajemnica ostatnich dni tego małego wielkiego człowieka, jakim był Tołstoj… Poddałem się konwencji, jaką zaproponowali twórcy tego filmu, zaś jego bohaterów zacząłem traktować jak postacie… w pewnym sensie autonomiczne, żyjące tylko na filmowym ekranie – „wykrojone” na potrzeby tego konkretnego obrazu. Dzięki temu zetknięcie się z filmem sprawiło mi – tego nie kryję – wielką przyjemność. Zresztą, nie tylko mnie, więc tym bardziej – i z czystym sumieniem – mogę ten film polecić każdemu, kto lubi po prostu dobre kino.

 

„AUTOR WIDMO”  („The Ghost Writer”, reż. Roman Polański)

 * * * * * *

Co prawda sam adresat tej skargi nigdy się o niej nie dowie, to ja jednak napiszę, że mam do Romana Polańskiego pretensje, że naprawdę dobre (i. e. wybitne)  filmy przestał kręcić dobrych 30 lat temu („Tess”) i już nigdy nie wzniósł się na wyżyny choćby takiego „Chinatown” (jeden z najlepszych filmów w historii kina) czy „Dziecka Rosmemary”, o prowokacjach typu „Wstręt” czy „Lokator” nie wspominając. Nie chciałbym jednak dociekać przyczyn, bo mógłbym trafić np. na tragedię osobistą reżysera (mord Masona na jego żonie i nienarodzonym dziecku) czy niefortunny wyskok seksualny z niepełnoletnią dziewczyną, (który pociągnął za sobą oskarżenie o gwałt i długoletnią banicję).

Świat wielkiej polityki, kławstwa i zbrodni. Pierce Brosnan i Ewan McGregor w filmie Romana Polańskiego „Autor Widmo”)

Nie ulega wątpliwości, że Roman Polański jest bardzo dobrym reżyserem. Problem w tym, że przez ostatnie trzy dekady kręcił on filmy, które równie dobrze mógłby nakręcić inny… pierwszy lepszy sprawny reżyser.

O co mi chodzi?
O to, że wszystkie filmy Polańskiego z tego okresu są pozbawione czegoś, co można by nazwać osobistym „nerwem”, głębszym rysem charakteru, przejawem specyficznej, niepowtarzalnej autorskiej weny. Innymi słowy: wg mnie stał się on (nie powiem, że nie mistrzowskim ale jednak szeregowym) wyrobnikiem kina. I właściwie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie te (wygórowane?) oczekiwania – tęsknota za kinem par excellence autorskim, wyróżniającym się artystycznie, sprzężonym ściśle z demonami twórcy.
Robert Harris, (którego książka „The Ghost” posłużyła Polańskiemu za kanwę scenariusza) stwierdził po premierze filmu: „Miałem wrażenie, że Polański nigdy nie powiedziałby: ‚Robimy film artystyczny’. On nie lubi kina, które nie wciąga ludzi.”
Coś podobnego! Tak, jakby „kino artystyczne” nie mogło już „wciągać ludzi”!
Chociaż… z drugiej strony to prawda, z jednym wszak zastrzeżeniem – takie kino nie wciągnęłoby już tak wielu widzów, jak kino komercyjne (a takim jest „Autor Widmo”) , które wzbrania się przed posądzeniem o artyzm, bo to tylko może odstraszyć „masowego” widza i pociągnąć za sobą zmniejszenie zysków.

„Autor Widmo”, czyli polityczny thriller w bardzo dobrym gatunku

Jeśli jednak podejdziemy do najnowszego filmu Polańskiego od strony „konsumpcyjnej”, to musimy przyznać, że jest to produkt znakomity – świetnie zagrany i sfotografowany (zdjęcia Marka Edelmana), trzymający w napięciu polityczny thriller, nawiązujący do najlepszych wzorów gatunku (Hitchcock, Schlesinger, Friedkin…) – do sprawdzonej już wielokrotnie tradycji kina sensacyjnego.
Oczywiście w scenariuszu znalazłoby się parę dziur, w zachowaniu głównych postaci kilka absurdów, zaś nad jego wiarygodnością można by postawić spory znak zapytania… lecz wygląda na to, że wszyscy zajęli się tylko jego atrakcyjna powierzchnią, nie zawracając sobie głowy schodzeniem gdzieś głębiej. Co najwyżej robi się aluzje (albo pisze otwarcie) o pewnych analogiach między kryminalnymi nadużyciami głównego bohatera filmu Adama Langa (Pierce Brosnan) a serwilistyczną wobec USA polityką byłego brytyjskiego premiera Tony’ego Blaire’a, (który miał być ponoć pierwowzorem postaci Langa). Ale to właśnie takie analizy stanowią dowód na dziecinadę niektórych krytyków, którzy zamiast odnieść się do konkretnych poczynań żywych polityków, usiłują dociec prawdy (o politycznym świecie) zajmując się fikcją.

„ALICJA W KRAINIE CZARÓW” („Alice in Wonderland”, reż. Tim Burton)

 * * * * * *   (wizualne szaleństwo Tima Burtona)
 * * * * * *   (film – ogólnie)

Najlepsze bajki pisane są zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.
Dlaczego?
Może dlatego, że – po pierwsze: sam (dorosły) autor musi poczuć twórczą satysfakcję, bowiem, nawet jeśli tworzy bajkę z myślą o dziecku, to pisze ją także (a może i przede wszystkim) dla siebie i z sobie znanych powodów; po drugie: jeśli sam dorosły nie uzna jakiejś bajki za ciekawą, to nie będzie mu się także chciało czytać jej dziecku.
Wynika z tego, że „Alicja w Krainie Czarów”, stając się jedną z najsłynniejszych bajek świata, spotkała się wręcz z fascynacją dorosłych, (a ta – co tu kryć! – po części była odbiciem fascynacji samego autora, Lewisa Carrolla, swoją nieletnią bohaterką).
Ową fascynację tłumaczy również to, że właściwie wszyscy dorośli nie przestają być dziećmi. Cóż innego bowiem zmusiłoby takiego starego konia jak Burton do poświęcenia paru lat swojego życia dla podobnej fantazji?
Same pieniądze? Eeee… nie przesadzajmy. Gdyby rzeczywiście pieniądze były w Hollywood najważniejsze, to nie byłoby tam żadnego prawdziwego artysty (z jego zanurzeniem w nierzeczywistych światach – własnych twórczych fantazmatach), a jedynie sami handlowcy, manipulatorzy i gracze. A artyści niewątpliwie w Hollywood są. Jednym z nich jest oczywiście Tim Burton.

Alicja (Mia Wasikowska) w Krainie Czarów

Najnowszą „Alicję w Krainie Czarów” – mimo formatu 3D – oglądałem jakby w dwóch wymiarach: pierwszy to sama wizualność obrazu w oderwaniu od treści tej opowieści; drugi – jego myślowa i znaczeniowa zawartość, w tym narracja, akcja i cała ta symboliczna gęstość, zbliżająca się niekiedy do absurdu, nonsensu i halucynacji.
I muszę napisać, że pierwszy wymiar (wizja) zrobił na mnie spore wrażenie (choć przecież nie jest to „moja” estetyka, czyli taka jakiej szukam np. w malarstwie, albo z jaką chciałbym mieć do czynienia na co dzień), zaś drugi (intelektualna zawartość i treść) – już jakby zrobiła na mnie wrażenie nieco mniejsze (mimo, iż Burton dość wiernie trzymał się w swojej ekranowej wersji literackiego pierwowzoru Lewisa Carrolla – z całym tym jego fantastycznym sztafażem, słowną przewrotnością i niewydarzoną menażerią przeróżnych dziwolągów).

Tim Burton to prawdziwy wizjoner kina. W związku z czym, cokolwiek on robi, to spotyka się to z należytą uwagą tych, którym sztuka filmowa jest nieobojętna. Nawet jeśli nie podziela się jego entuzjazmu dla mrocznych, trącących horrorem fantazji o wyobcowanych z normalnego świata groteskowych nieudacznikach, to można zostać weń wciągniętym chociażby dzięki niezwykłej, zaskakująco bogatej – i bez mała szalonej – wyobraźni plastycznej artysty. I ja właśnie tak daję mu się czasem wciągać.

Ale co z tą treścią? – może ktoś zapytać.
Czy oprócz wizualnej karmy dla złaknionych estetycznym głodem zmysłów, znajdzie się tam coś dla tych miliardów neuronów w mózgu, wśród których generują się i wyładowują nasze myśli?
Jak wiadomo, ludzki mózg to taka bestia, że zawsze znajdzie dla siebie pożywkę… nawet jeśli zetknie się tylko z „Białym kwadratem na białym tle”, kropką, przecinkiem, ciszą Cage’a albo zwykłą główką od szpilki. Bo wszystko chce wypełnić znaczeniem. A co dopiero, jeśli zetknie się z takim bogactwem ludzkiej fantazji, jakie zawarł w swojej „Alicji” Carroll? Nic dziwnego, że interpretacja, objaśnianie i roztrząsanie tego pękającego od obrazów i intrygujących słów dziełka zaowocowało niezliczoną ilością analiz – począwszy od Freudyzmu, a na Marksizmie skończywszy.

Lewis Carroll i jego rzeczywista „Alicja”

Także teraz, po premierze filmu Burtona, nie cichną dyskusje na ten temat. Ale jakoś skrzętnie omija się erotykę, jaką tak naprawdę naładowana jest „Alicja” Lewisa Carrolla, który – jak wiemy – miał wszak takie, a nie inne skłonności i upodobania.
Unikom wytwórni Disney’a (tak, tak… tej od landrynkowych słoników Dumbo, sacharynowych jelonków Bambi i kretynkowatego kaczora Donalda) się nie dziwię, ale tym wszystkim krytykom, którzy twierdzą, iż chcą się dokopać do źródeł i genezy Carrollowych fantazji – to już trochę tak… Chociaż nie zachowują się oni przecież inaczej jak całe społeczeństwo, dla którego dziecięcy seksualizm stanowi temat tabu (do tego wyparcia przyczyniły się niewątpliwie liczne skandale z pedofilami).
Któż teraz głośno (w oficjalnych mediach) przyzna, że królicza dziura, w którą wpadła Alicja to nic innego jak symboliczne (i zastępcze) przedstawienie kobiecej pochwy, a wszystkie te przygody Alicji w (pełnej fallicznych grzybów) Krainie Czarów to po prostu mierzenie się dorastającej dziewczynki z własnym, rozkwitającym seksualizmem? I że właściwie nie jest to fantazja dziecka, tylko dorosłego (?) hm…  mężczyzny, który za wszelką cenę pragnął wejść w takiej dziewczynki skórę?

„Alice in Wonderland” – nieokiełznana filmowa fantazja Tima Burtona

„Białą wstążkę” – surowy

*