DOBRZE POINFORMOWANI BARBARZYŃCY (Ameryka według Albee’ego)

.

Podobnie jak człowiek, każda cywilizacja ma swój początek, czyli narodziny, oraz swój kres, który można nazwać jej śmiercią. W jakim stanie znajduje się współczesna Ameryka? Osiąga swój zenit, czy też stacza się już po równi pochyłej, ciążąc ku upadkowi?

Na te i inne pytania starał się odpowiedzieć goszczący w Chicago Edward Albee, jeden z najbardziej uznanych na świecie dramaturgów.

Edward Albee (zdjęcie własne)

Edward Albee (zdjęcie własne)

Temat Narodzin i Śmierci – tych kluczowych fenomenów egzystencjalnych człowieka – zajmował tegorocznych uczestników Festiwalu Humanistycznego w Chicago. Wszystkie najważniejsze instytucje kulturalne tego miasta brały udział w tym ogromnym przedsięwzięciu, w ramach którego, w ciągu zaledwie kilku dni miało miejsce blisko 50 różnych wydarzeń. Naukowcy, historycy, pisarze, artyści, politycy, teolodzy, prawnicy, lekarze… ludzie przeróżnych profesji uczestniczyli w tym gigantycznym sympozjum rozproszonym po wszelkich sanktuariach kultury, sztuki i religii Wietrznego Miasta.
Wśród wartych szczególnej wzmianki gości znaleźli się m.in.: William Styron – pisarz, autor takich książek, jak „Wybór Zofii”, czy „Wyznania Nata Turnera” (za tę ostatnią otrzymał Nagrodę Pulitzera); Robert Alter – znany badacz, znawca i interpretator Biblii; Christian de Duve – biolog, odkrywca lizosomów, laureat Nagrody Nobla, którego ostatnia książka „Vital Dust: Life as a Cosmic Imperative” w sposób fascynujący przedstawia ewolucję życia na Ziemi, począwszy od prymitywnych biomolekuł, po cudowność ludzkiego umysłu; Scott Turow – chicagowski prawnik, który w pewnym momencie swojej kariery zaczął pisać powieści sensacyjne i kryminalne bestsellery (m.in. „Presumed Innocent”); James Park Sloan – profesor literatury na Uniwersytecie Illinois w Chicago, autor szeroko komentowanej ostatnio biografii Jerzego Kocińskiego… To zaledwie kilka nazwisk.

Wziąłem udział w kilku z tych wydarzeń i myślę, że warto podzielić się z Czytelnikami omówieniem choćby jednego z nich. Wybrałem niezwykle interesujące moim zdaniem spotkanie z Albertem Albee – dramaturgiem, którego sztuka „Kto się boi Virginii Wolf” przyniosła mu ogólnoświatową sławę. Albee należy do ekskluzywnej trójki dramatopisarzy (obok Eugene’a O’Neilla i Roberta Sherwooda), jacy mogą się poszczycić aż trzema nagrodami Pulitzera.
Wielopoziomowa sala Orchestra Hall – siedziby Chicagowskiej Orkiestry Symfonicznej – wypełniona była do ostatniego miejsca. Albee przykuwał nieustanną uwagę, swobodnie nawiązując ze wszystkimi bardzo ścisły, emocjonalno-intelektualny kontakt. Mówił niezwykle płynnie, nienaganną dykcją, z naciskiem na liczne puenty, zgrabne aforyzmy i paradoksy przypominające dobrą szkołę Oscara Wilde’a czy George’a Bernarda Shaw. Żałuję tylko, że wiele z tych walorów blednie w druku, albo też idiomatyczna gra słów nie pozwala na ich wierne przetłumaczenie. Umyka więc ta specyficzna u Albee’ego ironiczna przekora i niepospolite poczucie humoru, które sprawiło, że sala bardzo żywo reagowała na to, co mówił pisarz, a spontaniczny śmiech był tak częsty, jak żarty.

śmierć w życiu

Myślę, że warto zapoznać się z poglądami Albee’ego na wiele z kluczowych aspektów amerykańskiej rzeczywistości. Na samym początku swojej prelekcji nawiązał on do tematu wiodącego Festiwalu, czyli zagadnienia Śmierci i Narodzin, dochodząc do wniosku, że jednym z powodów, dla którego bardziej koncentrujemy się na śmierci, niż narodzinach jest fakt, że aby myśleć o czymś racjonalnie, musimy mieć jakiś punkt odniesienia, jakąś możliwość porównania do czegoś. Śmierć możemy porównać z życiem, narodzin zaś nie możemy porównać z niczym, gdyż przed narodzinami nie doświadczyliśmy niczego.
Albee zapowiedział, że chce przetransportować w swoim wykładzie festiwalowym temat „Śmierci i Narodzin” na „Śmierć i Życie”, a nawet – posuwając się dalej – na „Śmierć w Życiu”.

edukacyjny ping-pong

Pisarz przypomniał następnie swój życiorys, szczególnie okres dziecięcy i młodzieńczy, czas swojej edukacji („krótki i gwałtowny”). Został zaadoptowany, kiedy był jeszcze „drobiazgiem” przez pełną „dobrej woli – bogatą, reakcyjną rodzinę” z północno-wschodniego krańca Stanów Zjednoczonych. „Rodzinę, która starała się wychować mnie zgodnie ze swoimi najlepszymi wartościami, a za jedną z nich uważali dobrą edukację; rodzinę, która oczywiście nieświadomie wypełniła mnie wielka niechęcią do każdej z tych wartości” – zwierzył się Albee. Zresztą, jak zaraz podkreślił, gdyby był wychowywany przez inną rodzinę – intelektualnie stymulującą, politycznie wyrafinowaną, świadomą moralnie – to zapewne wobec niej również byłby w opozycji i prawdopodobnie wyrósłby na kogoś w rodzaju… reakcyjnego bigota.
W wieku 11 lat został więc wysłany do bardzo dobrej szkoły, lecz on – i na to do tej pory nie może znaleźć racjonalnego usprawiedliwienia – wcale nie chciał być z dala od domu. Przy pierwszej lepszej okazji postarał się więc o to, by go ze szkoły wyrzucono i sytuacja ta powtarzała się później jak w ping-pongu. Tak, że po pewnym czasie obie strony zdążyły się do tego nawet przyzwyczaić. W ogóle stosunek Albee’ego do edukacji był pasywny, niemalże „ghandyjski”. Ostatecznie, jego opiekunowie, uważając że wpadli na znakomity i skuteczny sposób, wysłali go do… akademii wojskowej.

nowela miała rację…

Od najwcześniejszych lat próbował pisania. Wiersze zaczął tworzyć, kiedy miał 8 lat i robił to aż do 28-go roku życia. Były one coraz lepsze – to znaczy na pewno większość wierszy, jakie napisał w wieku 28 lat, była lepsza, niż większość wierszy, które napisał mając lat 8 – podkreślił Albee. Jednak w pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że gdyby nawet pisał dalej i gdyby nawet udało mu się pisać wiersze coraz lepsze, to stałby się ogromnie sprawnym, tyle że ogromnie… podrzędnym poetą. To mu nie wystarczało. Przestał więc pisać poezję.
Napisał także dwie powieści. Jedną w wieku lat 14 („jakieś 2200 stron”), drugą w wieku lat 16 („jakieś 180 stron”). Cieszy się przy tym na myśl, że te dwie powieści są najgorszymi powieściami napisanymi kiedykolwiek przez amerykańskiego nastolatka. Jeśli więc jakiś obecny na sali nastolatek przymierza się do napisania dwóch najgorszych powieści, jakie zostały kiedykolwiek napisane przez nastolatka w Ameryce, to niech z tym od razu da sobie spokój – one już istnieją, za sprawą Albee’ego.
Próbował też noweli. Ale ciągle nie mógł się z tą formą zgodzić i prawdopodobnie – w tym sporze – nowela miała rację.
Kiedy był młody chciał też malować i rysować, lecz nie był zadowolony z rezultatów. Później myślał o tym, czy aby nie zostać kompozytorem, ale uznał, że nie jest zbyt kompetentny, by nauczyć się muzyki i gry na fortepianie. („To niestety nie powstrzymało innych moich kolegów kompozytorów” – wtrącił.)

"Kto się boi Virginii Wolf" - sztuka Albee'ego, która zdobyła mu sławę (w kadrze z filmu: Liz Taylor, Richard Burton, George Segal)

„Kto się boi Virginii Wolf” – sztuka Albee’ego, która zdobyła mu sławę (w kadrze z filmowej adaptacji Mike’a Nicholsa: Liz Taylor, Richard Burton, George Segal)

co robić!? co robić!?

W pewnym momencie znalazł się – jednak pisarz przecież! – w samym środku stymulującej intelektualnie nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village. Pisarz, wyczerpany poeta – ktoś, kto nie sprawdził się ani w powieści, ani w noweli, niekompetentny eseista… ale przecież – pisarz!
Co robić!? Co robić !?
Tak więc, na swoje 40-te urodziny Albee podarował sobie prezent, a była nią sztuka teatralna „The Zoo Story”, która – jak się okazało – zmieniła całe jego życie. Wkrótce powstały inne dramaty, a wśród nich „Kto się boi Virginii Wolf” – sztuka, która zdobyła światowy rozgłos, głównie za sprawą opartego na niej filmu z Liz Taylor i Richardem Burtonem w rolach dysfunkcjonalnych małżonków.
Albee lubi być dramaturgiem. Na szczęście… Gdyż jest to jedno z niewielu zajęć, przy wykonywaniu którego czuje się pewnie i kompetentnie.

***

Nawet jeśli nie uznamy Edwarda Albee’go za autorytet totalny (a takich na świecie przecież nie ma), to zważywszy na intelekt, erudycję i niekonwencjonalność pisarza – warto chyba zaznajomić się z jego opiniami na kilka istotnych zagadnień dotyczących człowieka i współczesności.

wigor lat 60-tych

U progu 6-tej dekady, w Ameryce, ludzie kultury i sztuki wierzyli, że wszystko jest możliwe. Zresztą, większość społeczeństwa podzielała ten optymizm. Pełno było witalności, wigoru, a sztuka wybuchła, przynajmniej w tych większych amerykańskich miastach. Wszystko to było żywe, ekscytujące…
Przykłady.
W 1955 roku wszyscy z czwórki największych dramaturgów amerykańskich, byli martwi. Osiem lat później, tworzyło już czterech największych dramaturgów amerykańskich.
Nastąpiło masowe zainteresowanie muzyką klasyczną. W teatrze, na widowni, było już wreszcie więcej ludzi, niż na scenie. Prace młodych, odważnych twórców wystawiano w galeriach i muzeach… Ludzie to widzieli, ludzie zwracali na to uwagę. To właśnie w tym czasie powstała Narodowa Fundacja Sztuki (National Endowment for the Arts).

sztuka

Sztuka jest po to, by kwestionować nasze wartości, kwestionować nasze status quo, a wszystko po to, byśmy ponownie przemyśleli, czy rzeczywiście wierzymy w to, co wierzymy.

współczesna ignorancja

Młodym ludziom gwarantuje się w tym kraju 12-to klasową edukację. Gwarantuje się też możliwość dalszej nauki. Albee wierzy, że Narodowa Fundacja Sztuki powstała, gdyż Amerykanie zrozumieli, że jeśli nie umożliwi się kulturalnej i estetycznej edukacji społeczeństwa, wtedy nie będą mogli mówić, że spełnili swój obowiązek.
„Jeżeli teraz, w epoce komputerów i rewolucji informatycznej, nie zmienimy czegoś w systemie edukacji – konkludował Albee – to wychowamy społeczeństwo dobrze poinformowanych barbarzyńców.”

edukacja

Tym, co Albee’ego najbardziej teraz niepokoi, jest właśnie brak właściwej edukacji, czego doświadcza młodzież amerykańska, i to zarówno w domu, jak i na uniwersytetach. System edukacji w Stanach Zjednoczonych koniecznie musi być zmieniony. Faktycznie doszło do tego, że w Ameryce wyodrębniły się dwa poziomy edukacyjne. Jeden kształci ludzi na rządzącą elitę, drugi – będący właściwie brakiem edukacji – jest dla ludzi, którzy nie będą mieli żadnej szansy, by decydować za siebie i za kraj. Między tymi dwoma poziomami istnieje przepaść. Amerykańskie szkolnictwo to wielki wstyd dla tego kraju.
Albee wykłada na Uniwersytecie w Houston. Zna wielu zdolnych studentów, ale czuje się zaalarmowany i zaszokowany ignorancją ich nauczycieli.

czyja wina?

Ostatnio Kongres Stanów Zjednoczonych dąży do zdemontowania i ostatecznej destrukcji Narodowej Fundacji Sztuki – do destrukcji edukacji kulturalnej kraju. Albee wyznaje: „To mnie martwi, gdyż wiele mówi o stanie moralnego, filozoficznego i psychicznego zdrowia społeczeństwa. Ci ludzie, którzy głosują za tym, żeby to zniszczyć, robią to dlatego, że my, jako społeczeństwo, stawiamy ich na pozycjach takich, iż mają władzę, by to zrobić. Nie jest to więc ich wina, tylko nasza.”

wybory

W ostatnich wyborach głosowało około 49% uprawnionych do głosowania. Oznacza to, że Stany Zjednoczone będą rządzone dzięki woli zaledwie 1/4 potencjalnego elektoratu. A to już nie jest demokracja, tylko rodzaj elitaryzmu na opak.
Albee pyta się: „Czy naprawdę tak mało dbamy o to, jak jesteśmy rządzeni, że nawet nie zadajemy sobie trudu, by w sposób racjonalny i inteligentny przeanalizować i ocenić ludzi, których wybieramy? Jeżeli jesteśmy tak pasywni, to może oznaczać, że staliśmy się martwi za życia i nie dbamy już o tak wrażliwą i kruchą rzecz, jaką jest demokracja.”

amerykańska cywilizacja

Max Lerner był kiedyś tak uprzejmy i nazwał społeczno-kulturowy stan Ameryki „cywilizacją”.
Otóż w związku z tą „cywilizacją” Stanów Zjednoczonych, Albee jest najbardziej zaniepokojony tym, że ta – jedna z najdziwniejszych ludzkich cywilizacji – może się już chylić ku upadkowi, nie osiągnąwszy nawet swojego zenitu.
Wszystkie cywilizacje w historii miały okresy wielkiej witalności i rozkwitu, następnie pewnej stabilizacji, wreszcie zapaści. Ich koniec następował czasem bardzo gwałtownie, czasem był to schyłek łagodny, ledwie uchwytny… Są obawy, że Stany Zjednoczone zaczęły się staczać w dół.

totalitaryzm

Albee przyznał, że spędził sporo czasu w społeczeństwach totalitarnych, co jeszcze bardziej wzmaga jego obawy w związku z pasywnością amerykańskiego społeczeństwa. Kiedy był w Związku Sowieckim, spotkał tam wielu ludzi – i to zarówno pisarzy-dysydentów, jak i reżimowych komisarzy kultury, czyli ludzi, którzy decydowali w tamtym czasie jacy pisarze mogą publikować swoje książki, a których trzeba wysłać do obozów pracy; decydowali o tym jakie obrazy, jakich malarzy mogą wisieć w Galerii Tretiakowskiej, a które z nich należy zepchnąć czołgami do rzeki Moskwy; decydowali jacy kompozytorzy mogą być obecni w programie nauczania w konserwatoriach, a którzy z nich są na to zbyt reakcyjni… Komisarze kultury, którzy decydowali o tym, jaką świadomość mają Rosjanie rozwinąć.

semiotyczna zapaść

Jeden z rosyjskich przyjaciół Albee’ego, pisarz dysydencki Andriej Amalryk, spędził parę lat w więzieniu, później zdołał wyjechać do Rosji, ale został zamordowany w Hiszpanii, na długo przed swoją śmiercią, jeszcze w latach 60-tych, wysunął podczas jednej z rozmów z Albee’em teorię, że ludzie, którzy prowadzą kulturę w jego kraju, celowo dążą do czegoś, co Andriej nazwał „semantyczną zapaścią” między dwiema kulturami – rosyjską i amerykańską; dążą do sytuacji, w której nie będzie już możliwe żadne porozumienie. Totalne załamanie się języka, semantyki – zupełne załamanie się woli i intencji.
Później Albee wielokrotnie zastanawiał się nad tym, co powiedział mu Andriej. Wreszcie zadał sobie pytanie, czy tego typu „semantyczna zapaść” może się zdarzyć tylko między tak odmiennymi społeczeństwami, jak amerykańskie i rosyjskie? A może w samych Stanach Zjednoczonych może dojść do podobnego, całkowitego załamania się wzajemnego porozumienia między twórcami i intelektualistami, którzy chcą przekazać społeczeństwu twarde i niewygodne prawdy o nim samym, a ludźmi, od których zależy to, czy będą chcieli ich słuchać? To poczucie stale rosło w nim samym: tak, taka semantyczna zapaść w społeczeństwie amerykańskim nie tylko może mieć miejsce, ale właśnie się rozpoczęła.

jeszcze o Ameryce

Jednak Albee woli być pisarzem w Stanach Zjednoczonych, niż w jakimkolwiek innym kraju, a odwiedził ich wiele w swoim życiu. Był świadkiem tego, z czym muszą się tam mierzyć twórcy. Wrogość, niezrozumienie, odrzucenie… Sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest niczym w porównani ze sprawą życia i śmierci, jaką jest często pisanie prawdy i tego, co się myśli, w państwach totalitarnych, albo tam, gdzie panuje dyktatura. Tutaj, w Ameryce, to jest dziecinada w porównani z tym, co muszą znosić ludzie w niektórych krajach. Tam można stracić życie za napisanie książki.
Na szczęście w Stanach Zjednoczonych nie ma jeszcze nikogo, kto by mówił z urzędu: nie możesz czytać tej książki, nie możesz słuchać tej muzyki, nie możesz patrzeć na ten obraz, nie możesz oglądać tej sztuki, nie możesz czytać tej gazety… Nie ma jeszcze tutaj nikogo, kto by odmówił ludziom prawa dostępu do różnych przejawów kultury. I tym miejscu Albee dodał: „Z wyjątkiem nas samych”.
Autocenzura i brak uczestnictwa Amerykanów w życiu kulturalnym i politycznym kraju, jest – zdaniem Albee’ego – formą śmierci za życia.
Jednak może ktoś powiedzieć: Czy rzeczywiście ma to wszystko jakieś większe znaczenie? Czy nie mieliśmy w Ameryce cięższych okresów przez ostatnie 35 lat? Czy nie nastąpiło zhańbienie prezydentury przez Nixona? Czy tkanka naszego społeczeństwa nie została zszarpana przez wojnę w Wietnamie? Czy nie byliśmy w ostatnich latach świadkami katastrofalnego kierowania naszą gospodarką? Czy młodzi ludzie, od wielu już lat, nie odwracają się od aktywnego uczestnictwa w życiu politycznym kraju?
Alebee podkreślił, że Stany Zjednoczone są jedyną ze znanych mu demokracji, w której studenci wyższych uczelni w ogóle nie biorą udziału w polityce, nie formują żadnych programów, nie orientują się nawet w podstawowych sprawach społecznych i politycznych.
Zdaniem Albee’ego, społeczeństwo amerykańskie jest w związku z tym wszystkim bardzo zagrożone. Na domiar złego to, że amerykańska ekonomia jest zdrowa, jest totalnym złudzeniem. Tak więc, czy wobec tych wszystkich zagrożeń, jest jeszcze sens martwić się o sztukę? Albo o to w jakiej relacji jest ona ze społeczeństwem?

małpi ogon

Co odróżnia nas od innych zwierząt? (Zadając to pytanie Edward Albee podkreślił, że nie chce zaostrzać konfliktu między ewolucjonistami a kreacjonistami, choć ostatnie oświadczenie papieża odnośnie ewolucji jest precedensem na korzyść tych pierwszych.)
Otóż jesteśmy jedynymi zwierzętami, które świadomie i intencjonalnie tworzą sztukę; jedynymi zwierzętami, które posługują się metaforą, by zdefiniować zarówno relacje miedzy sobą, jak i siebie samych określić.
Albee opowiedział o swoich doświadczeniach w kontaktach z małpami, głównie z gorylami i szympansami. Zauważył np., że wszystkie, które chciały się z nim porozumieć, były samicami. (I nie ma zielonego pojęcia, co by to mogło znaczyć.*) Zdumiewające było także to, że niektóre z nich opanowały aż 500 różnych znaków. (To definitywnie o wiele więcej, niż w przypadku większości ludzi, jakich Albee poznał w Nowym Jorku.)
Jednak do tej pory nie spotkał on takiej małpy, która by napisała sztukę teatralną. Z pewnością, gdyby do czegoś takiego doszło, zyskałaby ona status Wielkiej Sztuki i od razu wystawiono by ją na Broadway’u. Zważywszy na stan współczesnej krytyki, otrzymałaby ona entuzjastyczne recenzje, dzięki czemu utrzymałaby się na scenie przynajmniej 4 i pół roku. Bowiem publiczność dzisiejsza nie chodzi wcale do teatru, by się czegoś tam dowiedzieć. Chodzi dlatego, ponieważ powiedziano jej, żeby chodziła.
Albee jest przekonany, że wynalazek metafory – czy też sztuki, jak ktoś to woli nazywać – jest częścią procesu ewolucji. Kiedyś mieliśmy ogon (jakiś jego szczątek ostał się nam do dzisiaj) i w związku z tym faktem Albee wypracował sobie pewną teorię: „W jakimś momencie ten ogon nam odpadł i wtedy… wykształciliśmy sztukę”.
Wykształciliśmy w nas zdolność i potrzebę trzymania przed nami lustra, abyśmy mogli się w nim przejrzeć; lustra, w którym odbijałoby się nasze zachowanie, nasze intencje… Na tym polega ewolucyjne rozwinięcie się sztuki.

kultura masowa

W Ameryce istnieje niezdrowa relacja między Sztuką a Pieniądzem. Niezdrowa relacja, która sugeruje, że to, co jest bardziej popularne, jest lepsze. Jest oczywiście lepsze dla kieszeni tych, którzy chcą to sprzedać. Jednak taki produkt najczęściej niewiele ma wspólnego ze sztuką. Wystarczy wziąć za przykład Hollywood. Albee wie, że dzisiaj wielu „olewa” („piss on”) Hollywood. Ale jest też mocny powód, dla którego obecnie tak „olewa” się Hollywood. O wiele trudniej jest rozpowszechnić np. poważniejszy, mądrzejszy, rozumny ale niskobudżetowy film, niż jakąś produkcję pełną przemocy, eskapistyczną. Tę sytuację całkowicie kontroluje ekonomia.
Podobnie jest z teatrem na Broadway’u. Niepodobne jest wystawienie tam teraz poważniejszej sztuki. Bardzo trudno jest to zrobić w komercyjnym teatrze dlatego, że… jest to komercyjny teatr.
Albee jest jednak przekonany – biorąc pod uwagę to, że jednak profit decyduje o tym, jak kontrolowana jest sztuka w Stanach Zjednoczonych – że jeżeli ktoś zdołałby przekonać ludzi prowadzących teatry, iż publiczność tak naprawdę chce oglądać sztuki takich dramaturgów, jak np. Czechow czy Pirandello, to po jakimś czasie większość teatrów grałaby taki repertuar, mając wielką widownię. A tak, wystawia się jakieś głupie musicale, jakieś „zdumiewające płaszcze Józefów”, jakichś beznadziejnych „nędzników”… etc.
Musimy zrozumieć, że możemy mieć to, co chcemy. Możemy mieć zdrową sztukę, dobry teatr, gdzie stale dostępne byłyby dla nas największe dramaty przeszłości i teraźniejszości. Moglibyśmy to mieć, gdybyśmy tylko chcieli. Ponieważ, gdyby tylko się zorientowano, że byśmy za to zapłacili, to by nam to dostarczyli. Ale w sytuacji kiedy jesteśmy bierni, siedzimy tylko i dajemy sobie wciskać „śmieci” („junk”), nigdy niczego nie zmienimy. Dadzą nam to, w co zainwestują. Tylko wtedy, kiedy sami im powiemy, czego chcemy, oni mogą zrobić to, na czym tak naprawdę nam zależy. To jest w sumie proste.

krytyka

Większość krytyków w Ameryce została wynajęta i tolerowana jest przez media masowe tylko dlatego, że w pewien sposób reprezentują to, co system władzy („power structure”) w Ameryce uważa za właściwy stosunek publiczności – czyli że odbiorca powinien reagować tak, a nie inaczej. Ci krytycy są tam właściwie tylko po to, by odbijać – a nie świadomie i pełnie kreować – gusta publiczności.
Pewien krytyk – i to człowiek bardzo wykształcony, inteligentny, z którego zdaniem się liczono – powiedział kiedyś w telewizji coś, co do dzisiaj utkwiło Albee’emu w pamięci: „uważam, że moja funkcja jako krytyka polega na tym, by odzwierciedlać to, co uważam za gust czytelników pisma, dla którego pracuję”.
I to mówił człowiek, którego zdanie powinno właśnie polegać na kreowaniu gustów i oczekiwań publiczności, na edukowaniu tej publiczności – pomaganiu w wyborze tego, co jest rzeczywiście dobre i wartościowe.

brak racjonalnego dyskursu

Demokracja jest czymś bardzo delikatnym. Wiele krajów doświadczyło na sobie tego, że jeśli w demokracji nie uczestniczy się w pełni i świadomie, to w końcu znajdzie się ona w wielkim niebezpieczeństwie. A pasywność Amerykanów – brak odpowiedzialności zarówno za siebie, jak i za innych – jest dziś niebezpieczna i destrukcyjna dla Stanów Zjednoczonych.
Albee zauważył, że od jakiegoś czasu nie ma w społeczeństwie amerykańskim racjonalnego, „gniewnego” dyskursu.
Ostatni raz, kiedy w Ameryce miała miejsce debata na szczeblu państwowym – wolna debata, w której pozwalano na swobodne zadawanie sobie pytań, na mówienie bez przerywania, bez żadnego reżyserowania – to był rok 1960: debata między Kennedy’m a Nixonem. Wszystkie następne były już wyreżyserowane, wszystkie były kontrolowane tak, żebyśmy się niczego nie dowiedzieli o humanizmie, o prawdziwych ideałach i wartościach kandydatów.
Teraz wszyscy mają tendencję, by głosować tak, a nie inaczej, ponieważ manipulatorzy wmawiają im to, jak mają reagować, zanim jeszcze sami mają możliwość zareagowania na coś po swojemu.
Zanik woli, samodzielnego myślenia, rozsądku i samokrytycyzmu w Ameryce jest spowodowane m.in. przez komercyjną zachłanność, która nie ma nic wspólnego z demokratyzacją kultury, kraju i społeczeństwa.
W demokracji możemy mieć absolutnie wszystko, czego tylko chcemy, jak również – i to jest ta „twarda” część prawdy – w demokracji mamy dokładnie to, na co sobie zasłużyliśmy.

greydot

* Albee powiedział to z wyraźną ironią i przekąsem – sam jest zadeklarowanym homoseksualistą.

(Artykuł opublikowany został w Dzienniku Chicagowskim, 29 listopada,1996 r.)

 

Reklamy

komentarzy 35 to “DOBRZE POINFORMOWANI BARBARZYŃCY (Ameryka według Albee’ego)”

  1. Stanisław Błaszczyna Says:

    Tu można posłuchać Albee’ego:

  2. sarna Says:

    A co o tym sądzi twoja żona?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      A dlaczego pytasz?

      Tak się złożyło, że byliśmy na spotkaniu z Albee’em razem, kiedy nie byliśmy jeszcze małżeństwem (18 lat temu! ;) )
      Albee bardzo jej się spodobał, (jak zresztą całej publiczności, która go wtedy słuchała) i nawet nie czuła się zbulwersowana, kiedy zaczął opowiadać o swoim homoseksualizmie ;)

      A ja jestem ciekaw, co Ty sądzisz o tym, co mówił Albee.
      Wygląda na to, że podobny krytycyzm wobec Ameryki można wysunąć i teraz – może nawet jeszcze bardziej pogłębiło się to, co krytykował Albee.

  3. sarna Says:

    :))), ale jedziesz po bandzie, cytując publicznie jej opinie o mnie. To nie feir, mam brać pod uwagę czyjś głos o mnie (zresztą szkalujący), nie mając zielonego pojęcia o światopoglądzie tego kogoś.

  4. kamil Says:

    Paweł Snarski w swoim artykule „Dlaczego kochamy Amerykę?” pisze:

    Mimo lat krytycznej wobec USA propagandy w czasach PRL sympatia do Amerykanów zawsze utrzymywała się w Polsce na wysokim poziomie. Znamienne mogą być tutaj wspomnienia Richarda Nixona, który dwukrotnie, w roku 1959 i 1972, odwiedzał nasz kraj. Za pierwszym razem odnotował: „Jechaliśmy z lotniska do hotelu. Przyleciałem do Warszawy zaraz po mojej wizycie w Ameryce Łacińskiej, gdzie leciały w moim kierunku kamienie i jajka. Teraz, jadąc w otwartej limuzynie, widziałem wiwatujące tłumy. W pewnym momencie coś ciężkiego uderzyło w samochód. Myślałem, że to bomba, a okazało się, że to wielki bukiet róż”.
    W 1972 r., mimo że ówczesne władze zmieniły w ostatniej chwili trasę przejazdu Nixona, powitało amerykańskiego prezydenta ponad milion osób. Nixon zapisał wówczas: „Ludzie tłoczyli się wokół nas, płakali, krzyczeli: Niech żyje Ameryka. Zachowywali się tak, ponieważ kochają Amerykę”.

    Warto przeczytać cały tekst:
    http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/dlaczego-kochamy-ameryke
    który pisany był przed dekadą, by zdać sobie sprawę, jak bardzo jednak od tamtego czasu zmienił się stosunek Polaków do Ameryki. I rodzi się pytanie – stało się tak dlatego, że zmieniliśmy się my – Polacy, czy też zmieniła się przez ten czas Ameryka?

    • Miriam Says:

      Stosunek Polaków do Ameryki wydaje się – jak każda miłośd – nieco irracjonalny i samymi suchymi faktami wyjaśnić się go nie da. Nasza miłość w znacznym stopniu oparta jest na mitach i emocjach, a także na wdzięczności za pomoc, jaką okazywały nam Stany Zjednoczone w różnych okresach. Jednak Czesi i Słowacy, którzy też z amerykańskiej pomocy korzystali, też przeżyli komunizm, mają do USA stosunek znacznie bardziej racjonalny. Tak dalece zapamiętaliśmy się w tym uczuciu, że w podświadomośd spychamy nawet „zdradę jałtaoską”, jakiej dopuścili się wobec nas także Amerykanie. Uważamy Amerykę za naszego najlepszego sojusznika i najwyraźniej nie chcemy pamiętać zawodu, jaki nam kiedyś sprawiła. Od XIX wieku pokolenia Polaków śniły „amerykański sen” o wolności, przestrzeni, nieograniczonych możliwościach. Setki tysięcy próbowały go zrealizowad – emigrowali, ciężko pracowali, dorabiali się. A nawet jeśli się nie dorobili, też na ogół dobrze mówili i pisali o Ameryce, utrwalając mit „nowej Kolchidy” (to tam antyczny Jazon wyprawiał się po złote runo).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      @kamil,
      bardzo ciekawy tekst. A na Twoje ostatnie pytanie (co jest przyczyną zmiany naszego stosunku do Ameryki – to, że zmieniła się Ameryka, czy też to, że zmieniliśmy się my sami?) można odpowiedzieć, że to i to – czyli, że zmieniła się zarówno Ameryka, jak i my sami, a ponadto – kto wie czy to przyczyna nie najważniejsza? – upadł mit Ameryki.
      Warto przeczytać poniższe opinie, które nam fenomen miłości polsko-amerykańskiej próbują wyjaśnić – nawiązują przy tym do tego, jak to uczucie (stosunek) do Ameryki się zmienia:

      Edward Redliński, pisarz
      Obok nas są kraje nieporównanie bardziej cywilizowane, kulturalne, humanitarne, a co więcej, bardzo do nas zbliżone historycznie, demograficznie, geograficznie i klimatycznie, kraje do naśladowania i do zakochania – Dania, Szwecja, Finlandia, Belgia, Holandia, Niemcy, Francja. Dlaczego więc Polacy kochają USA? Nie tyle kochają, co są zafascynowani, i to nie Ameryką prawdziwą, realną, ale mityczną, bajkową, wykreowaną przez Amerykanów, ich kinematografię i telewizję. Ta nasza miłość jest w gruncie rzeczy komiczna, gdyby nie była w skutkach dramatyczna. Pasujemy do siebie jak kogut do indyka. By to zrozumieć, wyobraźmy sobie symboliczną Polkę w postaci Emilii Krakowskiej, Beaty Tyszkiewicz, Bożeny Dykiel, niezawierającą realnego małżeństwa z Marlonem Brando, Leonardem DiCaprio czy Jackiem Nicholsonem. Albo odwrotnie, metaforycznego Polaka – Olbrychskiego, Żebrowskiego itp. – jako realnego męża Sharon Stone, Nicole Kidman lub Julii Roberts. Już to jest komiczne. USA narzuciły światu kult auta, autostrad i wieżowców. Amerykanie narzucili nam hierarchię wartości. Fascynuje nas sprawność USA jak sprawność maszyny, np. samolotu – wydajność, szybkość, wygląd, siła USA jako całości. Podczas mojego długiego pobytu w USA bez przerwy od Polaków słyszałem: \”Dolar mi się podoba, Ameryka nie\”. Od tego czasu wartość dolara spadła 20-krotnie. Jeszcze w 1989 r. średnia pensja w Polsce wynosiła 25 dol., a dziś 400-500 dol. Ameryka podoba się już znacznie mniej, razem ze spadkiem wartości dolara.

      Prof. Longin Pastusiak, marszałek Senatu
      Dwie grupy czynników decydują o stosunkach polsko-amerykańskich, jedne są natury sentymentalno-historyczno-tradycyjnej, drugie to interesy. W stosunkach polsko-amerykańskich ważniejsze są te pierwsze. A należą do nich wczesne kontakty Polski z Ameryką Północną – pierwsi Polacy przybyli tam w 1608 r. – udział Polaków w wojnie o niepodległość USA, nie tylko Kościuszki, Pułaskiego, wkład dyplomacji amerykańskiej, szczególnie prezydenta Wilsona, w odzyskanie przez Polskę niepodległości po I wojnie światowej, programy pomocy amerykańskiej dla Polski po obu wojnach światowych, wreszcie fakt, że nigdy miedzy nami nie było stanu wojny, a nawet w obu wojnach światowych walczyliśmy po tej samej stronie. Wszystko to stwarza w Polsce atmosferę przyjazną dla Stanów Zjednoczonych. Ważne są również wspólne, wielopłaszczyznowe interesy: polityczne, gospodarcze i strategiczne, a także kulturalno-naukowe. To wszystko powoduje, że Amerykanie cieszą się szczególną życzliwością, choć istnieje również u nas zjawisko mitologii amerykańskiej, które jest skrzyżowaniem dwóch innych zjawisk – fascynacji Stanami Zjednoczonymi i ignorancją co do amerykańskich realiów. Czasem żartuję i mówię, że są dwa proamerykańskie kraje na świecie: jeden to Stany Zjednoczone, a drugi to Polska, po czym, kiedy rozmawiam z Amerykanami, dodaję żartobliwie, że nie wiem, czy w tej kolejności.
      Warto dodać, dlaczego nasze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi są ważne. Nie tylko dlatego, że USA są dziś najsilniejszym sojusznikiem w NATO, ale jeżeli dobrze odczytuję intencje polityki amerykańskiej w Europie, to Amerykanie prowadzą na naszym kontynencie taką politykę, aby żadne inne państwo nie uzyskało dominującej pozycji na europejskiej scenie politycznej, a to służy również interesom Polski. Często pojawia się w Polsce pytanie, czy iść razem z Europą czy z Ameryką. Uważam to za fałszywy dylemat, ponieważ w naszym interesie leży utrzymanie dobrych stosunków zarówno z USA, jak i z Europą, i to jest nasz wielki atut, że mamy dobre stosunki po obu stronach Atlantyku.

      Prof. Tadeusz Iwiński, minister w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów
      Dlaczego najbardziej kochamy Amerykanów? Składają się na to trzy rzeczy. To, że Polacy znają Amerykanów, gdyż mieszka tam ogromna polska społeczność szacowana na 9 mln. Jest stara tradycyjna emigracja, np. Nowy Jork, Chicago, i bardziej nowoczesna, w Kalifornii, na Hawajach itd. Polacy jeżdżą do rodzin i znajomych, widzą i lubią ten kraj. Po drugie, jest mit Ameryki. Jak mało który kraj Stany Zjednoczone mają taki mit. USA są krajem przodującym pod wieloma względami – techniki, mediów, filmu, piosenki itd. Mit ten umacniają potęga ekonomiczno-medialna i to wszystko, co składa się na potencjał kraju. Prawidłowość jest taka, że najlepsze zdanie mamy o tych narodach, z którymi nie graniczymy, bo z sąsiadami zdarzają się konflikty. Z każdym z siedmiu sąsiadów mamy jakąś zadrę z przeszłości i oni też mogą nam to i owo zarzucić. Natomiast znakomite, najlepsze są kontakty polsko-australijskie, polsko-argentyńskie, polsko-kanadyjskie i polsko-amerykańskie. Nigdy z USA nie mieliśmy punktów spornych, a zawsze spotykało nasz coś dobrego.

      Prof. Maria Jarosz, socjolog
      Myślę, że w świadomości społecznej Ameryka zawsze miała dobre konotacje, bo jest to kraj daleki, ale zarazem bardzo bliski, mieszka tam wiele milionów Polaków. Po drugie, kiedy żyliśmy w PRL i najbardziej doskwierał brak wolności, uważaliśmy, że Ameryka jest synonimem wolności i jest najbliższa naszym oczekiwaniom. Jeśli tam ktoś wyjedzie, zostanie i wrośnie w to społeczeństwo, będzie traktowany jak inni Amerykanie. Inaczej jest np. we Francji, bo tam praktycznie Polak czy inny przybysz do końca życia pozostaje obcy. Fakt, że tzw. stara Polonia amerykańska słabo wrosła w społeczeństwo, wiąże się z poziomem wykształcenia. Nowsza emigracja polityczna wygląda już na tym tle inaczej. Poza tym to Ameryka nam pomogła, nie zdradziła w 1939 r., choć w Jałcie i Poczdamie już zapisała się mniej korzystnie. Ale Poczdam i Jałta w świadomości Polaków tak bardzo nie ciążą. Łączy nas historia, Pułaski, walka o wolność i poczucie, że jesteśmy w Ameryce lepiej postrzegani niż w innych krajach, także europejskich.

      Prof. Adam Bromke, politolog
      Dlaczego Polacy są proamerykańscy? W epoce Związku Radzieckiego i zimnej wojny Amerykanie byli przeciwni Rosjanom, tak jak tradycyjnie Polacy, zwłaszcza w okresie komunizacji. Tego nie da się zmienić. Polacy są i będą bardziej proamerykańscy, bo mamy ku temu powody, choć sami Amerykanie specjalnie nigdy się nami nie interesowali. Jednak myślę, że w kwestiach bieżących politycznych rozbieżności między Unią Europejską i NATO albo Francją i Ameryką powinniśmy być bardziej subtelni i nie wykazywać za dużo emocji, bo to może nie być zbyt dobre. W tym sensie jesteśmy trochę jednostronni. Francuzi są tradycyjnie naszymi przyjaciółmi, a my w konflikcie opowiadamy się po stronie Busha, choć bardziej potrzebna jest nam dzisiaj Europa niż Ameryka.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      @Miriam,
      ostatnia wizyta Obamy w Polsce jeszcze bardziej uświadomiła mi, jak bardzo ten nasz stosunek wobec Ameryki (mieszanka miłości i nienawiści, pragmatyzmu i idealizmu, szczerości i zakłamania) jest paradoksalny.

  5. mira W. Says:

    To ciekawe, że najbardziej krytykują Amerykę ci, którzy czerpią z niej korzyści i korzystają z benefitów, jakie się ma, mieszkając w tym kraju.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      I to jest bardzo amerykańskie ;)
      Również i mnie to uderzyło, tym bardziej, że ja sam przejawiam takie skłonności (kochając Amerykę, a jednocześnie ją krytykując) ;)
      Jednakże dość łatwo mógłbym to wyjaśnić. Dzieje się tak dlatego, że Ameryka jest światem samym w sobie, pełna kontrastów, zróżnicowania… przebogatym w odniesienia, pełnym paradoksów, o skomplikowanych stosunkach z całym zewnętrznym światem… etc. Tak więc, krytykuję to, co mi się tutaj nie podoba (być może zbyt często i ostro?), ale też staram się zwracać uwagę na to, co jest w Ameryce dobrego (być może za rzadko i mało przekonywająco?)
      Ale nie mogę zmienić faktu, że w Stanach Zjednoczonych spędziłem najpiękniejsze lata mojego życia – nie tylko dzięki sobie, ale i temu, co Stany Zjednoczone miały do zaoferowania, że był to jednak (i nadal po części jest) kraj wielkich możliwości.

  6. Simply Says:

    1996… nie za dużo tego ? Kto ma krytykowac , albo bronic Ameryki ? Ty, który tam mieszkasz od lat, czy jacyś anonimowi interlokutorzy, którzy z życiem tam NIC wspólnego nie mają ? . I tak znowu i znowu o upadku cywilizacji z perspektywy lat 90-tych ( nic się nie zmieniło ). Wszystkie wymiany zdań sprowadzają się do konkluzji, że korporacje ukatrupiły wolną konkurencję . Za każdym razem. To już nie chodzi , czy to prawda, czy nie ( jasne, że prawda ) ale Twój blog jest jąkałą tematyczną. Ty kiedyś rzuciłeś coś takiego ,,muszę odetchnąc od polityki” – gówno prawda . KAŻDY twój wpis od bardzo dawna, jest umoczony w polityce. Zero czegokolwiek innego. Tylko teksty sprzed stu lat. Ja pierdolę, aż tak strasznie kochasz to wszystko ? Teraz dla odmiany pewnie zapodasz wywiad z Połomskim, Sipińską , Villas , albo ( o zgrozo ) jakąś kurwą typu Pilch, która się akurat 20 lat temu nawinęła. Albo z Zanussim – bo na pewno nie z Żuławskim , ani żadnym reżyserem/ aktorem/ operatorem/ scenarzystą amerykańskim, godnym, uwagi. Z Danielem Olbrychskim, to każdy już tysiąc wywiadów przeczytał, bądż wysłuchał. Dlaczego nie ma u Ciebie wywiadu z Davidem Mametem ? Albo Johnem Carpenterem ” Czy Davidem Lynchem ? Chuj kogo obchodzi Janusz Zaorski, to nie ma nic do rzeczy, że rodak .
    Malujesz ? Rysujesz? Fotografujesz? A dlaczego nie opowiadasz o przeciętnych Amerykanach, czarnych, Portorykańcach, redneckach, mieszkańcach różnych regionów kraju, Indianach, beatnikach, boomsach, rockmanach, młodych i starych intelektualistach a.d. 2014 ?
    Co do ciężkiej cholery kogo interesuje, co Maryla Rodowicz, czy Machulski nawijali w 95′ ?
    Sorry, trochę się uniosłem, może przesadnie. Trudno. Poszło.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Niepotrzebnie podchodzisz do tego tak emocjonalnie – uruchamiając przy tym raczej te złe emocje ;)
      Być może „chuj” obchodzi kogoś Janusz Zaorski, albo to, „co Maryla Rodowicz, czy Machulski nawijali w ’95”, być może ktoś przeczyta to zainteresowaniem.
      W sumie to co ja robię takiego strasznego? Po prostu wyciągam teraz z szuflady moje dawne artykuły i wywiady, bo jest to poniekąd część mojego życia. To taki (w sumie dość niewinny) sposób dokumentacji tego, czym się zajmowałem dotychczas/kiedyś – może po prostu nie chcę, aby to już do końca zostało w tych szufladach – bo być może ma to jeszcze jakąś wartość? I warto to wskrzesić – choć na chwilę?
      I widzę jednak, że nadal sporo ludzi odwiedza mój blog, więc chyba znajduje w nim coś dla siebie interesującego?

      Zresztą, ja tę swoją Wizję Lokalną bardziej traktuję jako własną stronę autorską, niż bloga sensu stricte. (Blogowanie mnie właściwie mało interesuje.)

      I daj ludziom żyć – Ty się możesz pławić w zakrapianych, niezbyt mądrych horrorach (czy ktoś Ci to wypomina?), ja sobie przypominam moje dawne amerykańskie przygody, wśród których jest epizod moich spotkań ze znanymi ludźmi polskiej kultury. (Znam gorsze sposoby marnowania swojego czasu ;) )
      Wyluzuj

      PS. Nie można kogoś potępiać za to, że się czasami jąka ;)

  7. graal_anonim Says:

    Jestem od lat wiernym czytelnikiem wizji lokalnej i mnie różnorodność tematyczna tej strony zupełnie nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Zresztą, autor umieszcza wpisy jak gdyby pewnymi seriami. Od jakiegoś czasu są publikowane wywiady, które, mimo że pochodzą sprzed lat, nadal są dla mnie ciekawe – i w pewnym sensie pomagają zrozumieć to, co się dzieje obecnie – w kraju i na świecie.
    Dziękuję

  8. Onibe Says:

    najbardziej doceniam passus poświęcony roli krytyka. Uświadomiłem sobie, że:
    – primo: jest to sformułowanie prawdziwe także w Polsce
    – secundo: że czegoś takiego szukałem samemu o tym nie wiedząc ;-)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Kiedy czytałem ponownie to sprawozdanie ze spotkania z Albee, to uświadomiłem sobie to, że – z jednej strony – wiele z jego stwierdzeń do dzisiaj nie straciło wartości i sensu (czyli, że można je odnieść do sytuacji panującej obecnie); a z drugiej – jednak do niektórych z nich podszedłem krytycznie i widzę ich… pewną banalność (zresztą Albee czytany wiele traci moim zdaniem z Albee słuchanym).

      Ale ciekawa sprawa z tymi krytykami.
      Masz rację, że teza o sprzedajności, stronniczości, lokajstwu krytyków odnosi się jak znalazł do obecnego stanu polskiej krytyki w Polsce (sam jesteś krytykiem/recenzentem, więc chyba wiesz co mówisz – bynajmniej nie dlatego, że sam taki jesteś [o to Cię nie podejrzewam;)], tylko że znasz to środowisko, no i mieszkasz w kraju, więc masz lepszy ode mnie wgląd w światek polskiej kultury.)
      Jednakże – i to jest najciekawsze – od czasu spotkania z Albee niebywale rozwinął się internet. I dzięki temu istnieje dostęp do krytyki uprawianej przez ludzi zupełnie nieinteresownie. Dość łatwo jest jednak odsiać to, co piszą ludzie z jakiegoś „układu” od tego, co jest spontaniczne, indywidualne i szczere.
      Tak więc, (mam akurat tutaj na myśli krytykę filmową) jest kilku (kilkunastu) krytyków amerykańskich, których naprawdę cenię – również za ich niezależność.

      • Onibe Says:

        wiesz, akurat ze mną to nieco inny temat. Na mojej płaszczyźnie nie ma miejsca na krytykę. Recenzja jest rozumiana raczej jako informacja o książce. Pewnym jej wymogiem jest ograniczenie subiektywnej oceny. Nie są tolerowane osobiste wtręty, a nawet używanie pierwszej osoby. Krytyka zaczyna się dużo dalej, ja krytykom mogę co najwyżej buty umyć ;-)

        Ale odnoszę wrażenie, że wielu krytyków zachowuje się jak recenzenci, zwłaszcza recenzenci piszący recenzje płatne, na zlecenie.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Słusznie zwróciłeś uwagę na różnicę między krytykę a recenzją.
          Wydaje mi się, że zbyt często o niej zapominamy.
          Ale i bardzo często świadomie miesza się (łączy) te dwie formy – tak często, że można chyba mówić o uprawnionej hybrydzie krytyko-recenzji (krytycznej recenzji).

          Ja mimo wszystko lubię kiedy recenzja wyzwala pewne emocje autora recenzji – bo to może się przełożyć na emocje czytelnika tej recenzji ;)
          Zresztą, czy nie uważasz, że nawet (z pozoru) obiektywna recenzja, jest w istocie czymś subiektywnym?

          (Czy w swoich recenzjach nie oceniasz omawianej książki? Przypominam, że opinia także jest oceną. A krytyka niekoniecznie oznacza ocenę/opinię negatywną – wbrew potocznemu znaczeniu tego słowa.)

        • Onibe Says:

          krytyka oczywiście może być pozytywna, jasna sprawa. Krytyka to po prostu głębsza analiza dzieła z uwzględnieniem kontekstów itd. Z emocjami w recenzji to bywa tak, że wyzwalają je tylko książki tragiczne ;-D

        • Miriam Says:

          Recenzje i krytyki

          Recenzenci omawiając moje wiersze
          pisali o dialektyce, antynomiach,
          Pascalu, Heraklicie i Heglu.
          Przeraziłem się. Otworzyłem mój tom,
          przeczytałem: „Polna myszka siedzi
          sobie, konfesjonał ząbkiem skrobie”
          i uspokoiłem się

          Jan Twardowski

        • Paula Says:

          Przede wszystkim krytyka ma sens jedynie wtedy, kiedy jej celem jest promowanie zjawisk cennych, artystycznie wartościowych albo wytykanie błędów tym nieco mniej dopracowanym. Celem krytyki nie jest natomiast krytyka sama w sobie – złośliwości i osobiste antypatie, a także budowanie własnej pozycji kosztem zajadle niszczonych twórców, nie mają nic wspólnego z konstruktywną krytyką. Także cecha, którą najczęściej przypisuje się recenzji, a więc subiektywność, jest tylko częściowo adekwatna. Z każdego sądu i każdej opinii trzeba się wytłumaczyć. Zarówno pochwały jak i nagany powinny być poparte rzetelnymi argumentami. W przeciwnym razie recenzja może zmienić się w bałwochwalczy panegiryk lub złośliwy pamflet, nie przedstawiając przy tym żadnej obiektywnej wartości.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Zgadzam się, z opinii krytycznej negatywnie, wypada się wytłumaczyć, czyli podać merytoryczne i logiczne przyczyny, dla których coś się nam nie podoba.
          Często też jest tak, że najpierw czujemy „trzewiami” a dopiero później doszukujemy się racjonalnych przesłanek (uzasadnienia) naszej reakcji. I taka recenzja jest prawdziwsza (nie mówiąc o tym, że bardziej szczera), niż ta, która jest intelektualnie wy- czy też prze-kombinowana.

        • Onibe Says:

          o, no właśnie. Te „trzewia” to ważna rzecz, może nawet najważniejsza. Ale w sformalizowanym świecie – bez znaczenia.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Dlatego sformalizowany świat trzeba czasem olać.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s