ZABÓJCZA SAMOTNOŚĆ W SIECI (o filmie Jana Komasy „Sala samobójców”)

*

Każda epoka ma takich Hamletów, na jakich zasługuje… czy też raczej – na jakich ją stać. Skłócony z całym światem (i z własnymi rodzicami), uzależniony od internetu, uciekający w wirtualne światy uczuciowych ersatzów Dominik, jest właśnie taką para-szekspirowską pacynką, rozdartą między swoją mangową powierzchownością uczernionej fryzury i podmalowanych oczów a autentycznym dramatem cierpienia, które wdziera się do jego wnętrza, grożąc totalną – i już wcale nie na niby – destrukcją.

.

Bo to nieprawda, że nudne, pozbawione sensu i spektakularnych wydarzeń życie nie może być tragiczne, a tym samym – dramatyczne. Gdyż jałowe i absurdalne życie jest jednak tragedią, a usiłowanie położenia mu kresu samobójczą śmiercią  – dramatem.
Podobnie jak opieranie własnych uczuć na iluzji wirtualnych światów nie przekreśla ich rzeczywistego wpływu na nasze życie w realu.
Dominik to – wydawałoby się – dziecko szczęścia. Nic mu bowiem nie brakuje (bogaci, wpływowi rodzice, uroda, inteligencja, wrażliwość, powodzenie u dziewczyn), z wyjątkiem takiego drobiazgu jak… miłości matki i ojca, czy choćby ich uwagi i zainteresowania synem. Wystarczy jednak małe potknięcie (młodzieniec odkrywa właśnie, że może być gejem), oraz pewna (choć rutynowa zapewne i dość bezmyślna) złośliwość otoczenia (w sieci zaczyna krążyć filmik szydzący z jego, uzewnętrznianej zresztą w dość głupi sposób, orientacji), by chłopak zamknął się w sobie (dla rzeczywistości „realnej”) i otworzył na odnaleziony w internecie świat „sali samobójców” – dziwny klub avatarowych indywiduów, napawających się kultem autodestrukcji, którzy tę swoją susyidalną aberrację nobilitują niejako odwoływaniem się do takich person jak Sylvia Plath czy Virginia Wolf, dyżurnych samobójczych prominentów pop-literackiej kultury. Ale – powiedzmy sobie szczerze – daleko im do językowego wyrafinowania i intelektualnej głębi rzeczonych celebrytów, którzy skończyli ze sobą z głową w piekarniku (Plath) albo w rzece (Wolf). Co jednak nie przekreśla wagi i dramatyzmu sytuacji, w jaką się sami wpędzili, ujawniając pewne uniwersalnej prawdy o naszym współczesnym świecie.

A ten współczesny świat omotuje się jednak coraz bardziej internetową siecią. Mamy już nawet choroby psychiczne wywołane totalnym uzależnieniem się od internetu, z których najbardziej znana jest – zdiagnozowana już ponad 10 lat temu przez Japończyków – hikikomori. Zapewne większość z tych, którzy czytają te słowa, doskonale wyczuwa to, o co może w tej chorobie chodzić – bo przecież któż z nas, korzystających intensywnie z internetu, nie poczuł tych jego macek, próbujących wciągnąć człowieka w przepastną głębię, utkaną z sieci naszych pragnień, potrzeb i złudzeń? Haruki Murakami napisał kiedyś: „Wszystko, od seksu po grę w piłkę, lepiej wychodzi na ekranie komputera. Kombinacja niesamowitej presji z cudownie łatwym dostępem do najnowocześniejszej technologii stworzyła we współczesnej cywilizacji nową odmianę uzależnienia”. Zanim naszej cywilizacji zaczną zagrażać cyborgi, niepostrzeżenie może ją rozwalić (a przynajmniej mocno w niej zamieszać) cyberiada w wersji bardziej soft – technologia przekazu informacji; wszystkie te ajpody, twittery, laptopy, pecety, laptopy, fejsbuki… (mam nadzieję, że mój blog jednak do tego towarzystwa się nie załapie ).
To prawda, że nasza ludzka skłonność uciekania (się) do świata iluzji i fantazji, tudzież do hipostazy i mitu, pomogła nam wynieść się ponad tę przyziemną biologiczną masę pozbawioną wyobraźni, ale też całkowity rozbrat z tzw. twardą rzeczywistością i namacalnym zmysłowo konkretem (jaki czasem z tym się wiąże), może się odbić jakąś paranoiczną czkawką, która wyrzuci nas poza nawias „normalnego” świata, w którym już zupełnie przestanie funkcjonować nasz rozum i rozsądek.

Lecz wróćmy do filmu: który, oprócz tego, że zajmuje się niszczącym ludzi światem iluzji, to jest także opowieścią o samotności w sieci i o szukaniu w tej sieci drugiego człowieka. To jest zresztą fascynujący temat: na ile nasze, ulokowane w wirtualnej przestrzeni uczucia, (wśród których nota bene odnajdujemy też coś, co skłonni bylibyśmy nazwać przyjaźnią, a nawet miłością) są „prawdziwe”, a na ile są kolejnym złudzeniem, które tylko nas zwodzi, okłamuje i odrywa od realnego świata?

Weźmy choćby pod uwagę, znane nam wszystkim, tzw. wirtualne społeczności – jeszcze jeden sieciowy fenomen naszych czasów. Co powoduje, że obcy sobie ludzie wyznają sobie naraz – i to przez kable – miłość czy choćby „tylko” przyjaźń? Czy sprawia to ich głód kontaktu i zwrócenia na siebie uwagi drugiego człowieka? Dojmująca samotność, którą odczuwają w realnym życiu? Poczucie solidarności ludzi wrażliwych, myślących i czujących jednako? A może zwykła ale przejmująca nuda, poczucie jałowości własnej egzystencji? Możliwość bycia w sieci kimś lepszym, niż się jest w rzeczywistości?
Na pewno… to – i wiele jeszcze innych rzeczy.
Oto przypominam sobie słowa, które wypowiedziała niedawno osoba często biorąca udział w czacie, jaki ma miejsce na jednym ze znanych mi blogów: “A samotność… Wiesz, tak naprawdę, to każdy jest sam. I po to się ma przyjaciół, żeby o tym nie myśleć!” Ja dostrzegłem w tym wyznaniu poruszający – i jednak smutny – paradoks. Ktoś, zapewne niechcący, wypowiedział pewną istotną dla tego rodzaju ludzkich „więzów” prawdę: tworzymy (wymyślamy) sobie w wirtualnej przestrzeni „przyjaciół”, których tak naprawdę nie uważamy za przyjaciół „prawdziwych”, bo przecież zdajemy sobie sprawę z ich tymczasowości – ulotności i ezoterycznego charakteru. Jest więc tak, jakbyśmy tych przyjaciół mieli i nie mieli zarazem – a to tylko po to, by zagłuszyć swoją własną samotność.

Filmowy Dominik, upokorzony przez koleżanki i kolegów, zaniedbany uczuciowo przez własnych rodziców, trafia w sieci na Sylwię, która wiedzie prym w klubowej „sali samobójców” (nazywana jest więc przez to „Królową”). W niej znajduje oparcie, gdyż tylko ona wydaje się go rozumieć. A my do końca nie wiemy – jest ona tylko manipulatorką, bawiącą się uczuciami przywiązującego się do niej Dominika, czy też dziewczyną, która rzeczywiście przeżywa – podobnie jak on – swój egzystencjalny dramat, pchający ją na dodatek w samobójczą obsesję? A może to wszystko wynika z jej narcyzmu, z urażonego ego, a dominująca rola jaką odgrywa w klubie, jest dla niej kompensacją za jej niedopasowanie i niepowodzenia w realnym świecie?
Nie chcę zdradzać szczegółów, bo w tym filmie ważny jest jednak, trzymający widza w napięciu, suspens. Ale jest to chyba możliwe, by znaleźć w nim odpowiedzi na większość z tych pytań.

*  *  *

„Sala samobójców” jest w sumie bardzo dojrzałym filmem o bardzo niedojrzałych ludziach. Czy jednak cały nasz współczesny świat nie jest taki? Czy może jednak niedojrzałość jest atrybutem większości ludzi (nie tylko młodzieży) we wszystkich epokach? A może ta niedojrzałość to nic innego, jak zagubienie się w jakiejś aksjologicznej próżni? Nihilizm, który straszy człowieka od czasów, kiedy zaczął on podejrzewać, że za jego życiem czai się pustka – że jest one we Wszechświecie zupełnie sam, a jego sprawy wobec Kosmosu nie mają absolutnie żadnego znaczenia i sensu?

Ponadto, film Jana Komasy to naprawdę kawał solidnej filmowej roboty, nie pozbawiony realizacyjnej błyskotliwości, świeżości, którą może tylko wnieść ktoś nie zrutynizowany, jak to się niestety zdarza wielu naszym, starszym od Komasy, reżyserom-seniorom. Świetny moim zdaniem był pomysł, aby ukazać w filmie przenikanie się świata rzeczywistego, w którym żyją ludzie z krwi i kości, ze światem animowanym, gdzie tych ludzi zastępują ich avatary. Formalny majstersztyk, który, mimo pewnego ryzyka, na szczęście doskonale zadziałał, dzięki czemu „Sala samobójców” świeci własnym – nie podobnym do niczego, co dotychczas oglądaliśmy w kinie – światłem. Znakomicie też moim zdaniem wypadli występujący w tym filmie aktorzy – bardzo wiarygodny Jakub Gierszał w roli Dominika, a zwłaszcza Agata Kulesza, grająca jego, często wpadającą w furię, matkę.
Jednym słowem – mamy tu do czynienia z filmem nad wyraz oryginalnym, który ma wielkie szanse zapisać się w historii polskiego kina, a nawet stać się obrazem kultowym… co chyba nawet już nastąpiło.

*

Advertisements

Odpowiedzi: 65 to “ZABÓJCZA SAMOTNOŚĆ W SIECI (o filmie Jana Komasy „Sala samobójców”)”

  1. matylda_ab Says:

    Dziękuję za wypowiedzenie słów, których ja nie byłabym w stanie powiedzieć. Właśnie wczoraj obejrzałam „Salę samobójców”! Temat ważny i przejmujący. Internet uzależnia, niestety, coraz częściej zastępuje rzeczywisty świat. I choć momentami wydawało mi się, że histeria zastępuje dramatyzm, to mimo wszytko uważam, że film jest świetny. Skróciłabym go, bo kilka dłużyzn było niepotrzebnych, ale to nie ja jestem tu reżyserem. Ucieszyło mnie to, że film mocno oddziałuje na psychikę, refleksje same się nasuwają. A to w polskim kinie ostatnimi czasy jest rzadkością, w zalewie głupawych komedii, czasem faktycznie można trafić na wartościowy film.

    • Logos Amicus Says:

      Ciekaw jestem, jakie to słowa?
      Popatrz jaki zbieg okoliczności: wczoraj oglądałaś „Salę samobójców” a dzisiaj pojawia się u mnie jej recenzja. ;)
      Nie dziwię się, że film się podoba – nie tylko zresztą młodym widzom (również starsi – np. Andrzej Wajda – wyrażają się o nim pochlebnie).

      A propos polskiego kina: jestem na gorąco po zakończeniu Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago, na którym udało mi się obejrzeć kilka ciekawych filmów, za które nasza krajowa kinematografie wcale nie musi się wstydzić.
      Ale o tym może następnym razem.

      • matylda_ab Says:

        Nie chodziło mi o jakieś konkretne słowa. ;) Raczej o to, że moje myśli znalazłam w Twoich słowach, zresztą chyba nie tylko moje odczucia ubrałeś w tak piękne słowa, inni też podpisują się pod Twoimi spostrzeżeniami. Czasem mam problem, aby nazwać emocje i znaleźć odniesienia. Wtedy cieszę się bardziej, że ktoś mi je pokazuje, nazywa. Znaczy, że nie tylko ja dostrzegam coś więcej pod tragicznie piękną historią.

        • Logos Amicus Says:

          Chyba każdy z nas odczuwa trudność, by dobrze oddać nasze emocje, znaleźć właściwe punkty odniesienia. Pisanie to nic innego, jak przełamywanie tego oporu – co zwykle nie jest takie łatwe jak by się czasem (sądząc po efekcie końcowym) wydawało.
          Lecz nie bądź taka skromna, Matyldo ;) Ja uważam, że z pisaniem świetnie sobie radzisz.

          A pod (fabularną) powierzchownością „Sali samobójców” jest naprawdę zdumiewające bogactwo innych warstw.

  2. honoremiyake Says:

    Wow, świetnie napisana recenzja! :) Dokładnie oddaje moje przemyślenia. Szkoda, że tak niewielu krytyków, których recenzje „Sali samobójców” czytałam potrafiło choć trochę zbliżyć się do sensu tego filmu i jego naprawdę dużego znaczenia dla kinematografii nawet jeśli nie światowej (zależy od punktu widzenia) to na pewno polskiej.

    Kult jakim film błyskawicznie obrósł nie ma właściwie żadnego znanego mi odpowiednika w polskiej kinematografii po roku 2000. Zazwyczaj jest tak, że to czas powoduje, iż coś jest nazwane ‚klasykiem’ – ciekawa jestem więc jak czas zadziała w przypadku „Sali samobójców” i czy ten film wejdzie do kanonu polskiego filmu. Życzę mu jak najlepiej. :)

    • Logos Amicus Says:

      Myślę, że „Sala”do kanonu wejdzie, bo wyróżnia się jednak na tle innych polskich produkcji.
      Ale od przynależności do kanonu – czyli od szufladkowania poniekąd – ważniejsze jest to, że jest to film naprawdę dobry i bardziej liczy się jego żywe przyjęcie przez widzów.

  3. Onibe Says:

    ciekawa recenzja, z której wnoszę, iż nasze kino dokonało jednak pewnego awansu. Droga od „Galerianek” okazała się długa, ale, summa summarum, trudu warta. Film trafia na wishlilstę, ale poczeka na niej na odpowiednio melancholijny nastrój… A sporo zdań, które poświęciłeś obrazowi, nadałoby się na oderwaną od filmu dyskusję o dojrzewaniu i szukaniu miejsca w świecie.

    • Logos Amicus Says:

      O melancholijny nastrój w długie jesienne lub zimowe wieczory nie powinno być trudno ;)

      Tak, film porusza kwestie, o których można by ciekawie porozmawiać (np. uzależnienie od sieci, manipulacja w niej ludźmi, szukanie w internecie uczuciowych ersatzów, kreowanie się na kogoś innego, niż się jest w rzeczywistości… etc.)
      Ale nie wiem, czy łatwo w niej byłoby o szczerość.

  4. tamaryszek Says:

    Obejrzałam ten film wiosną. Zatrzymałam się nad nim (bo pisałam, bo pracowałam na nim). Tak, kultowy.
    Początkowo ujęło mnie przede wszystkim to, że opowiada o niedojrzałości, o niedorastaniu do roli, którą narzuca nam świat. I wydało mi się, że to jest trafny strzał.
    Gdy ktoś mówi, że może Dominik nie jest tak głęboki jak Virginia czy Sylwia, to trudno mi taki zarzut zrozumieć. Oczywiście, ani on, ani matka czy ojciec, ani nikt. I ten stan niedogotowania świetnie łączy się z poczuciem przytłoczenia światem. Samobójstwo nie jest zarezerwowane dla wysublimowanych dekadentów.
    Swoją drogą: przydarza się w filmie temu, kto -wydawało się- był najmniej podatny na frazesy o jego głębokim sensie.
    Teraz też myślę, że genialnie podpatrzona została niedojrzałość. Aż boli, że tacy często jesteśmy. W swoich rolach rodzinnych, zawodowych, w relacjach z przyjaciółmi. Tacy niewyrobieni i jak słoń w składzie z porcelaną. Samotni. Jednak chyba na równi: film o niedojrzałości i samotności.

    Dorzucę tylko, że według mnie film jest niesamowicie „tekściasty”. Słyszę czasem frazy z tego filmu. W lot oddają w krótkim fragmencie całe sedno („bo o mnie się dba… i o mnie się dba!” – wyprowadzony z równowagi Dominik-dzieciuch).

    I pamiętam, że gdy wszedł na ekrany, pojawiło się sporo recenzji (oraz licznych rozmytych powtórzeń obiegowych opinii), że „Sala …” ukazała się za późno i jest w związku z tym spóźniona. Nie oddam dobrze, o co chodziło, bo nie utożsamiam się z tą opinią. Ale znamienne. Że coś trzeba znaleźć takiego, z czym właściwie nie da się dyskutować. Zarzut dotyczył właśnie tej nowatorskiej według Ciebie formy. Jedni mówili chyba o tym, że grafika komputerowa szybko się starzeje. A inni jeszcze absurdalniej: że problem pojawił się kilka lat temu i wtedy trzeba było z tym filmem, a nie „po czasie”.
    Może trochę Ci zaśmiecam blog tymi uwagami, ale jako że sama nie mam talentu polemicznego, więc krytykanctwo zawsze mnie zaskakuje.

    Do mnie trafia to, co piszesz o przyjaźni, że jest i nie jest. Nie mam fejsbukowej mentalności i nie przeżywam dylematów wirtualnych kompensacji. Ale i tak mam właśnie głowę „nabitą” rozczarowaniem, że relacje się kończą. I zawsze w głupim momencie, gdy komuś jeszcze bardzo zależy. Przyjaźnie są kruche. Piszę, ale nie wierzę. Na co komu krucha przyjaźń?

    • Logos Amicus Says:

      „Samobójstwo nie jest zarezerwowane dla wysublimowanych dekadentów.”
      Ale gdyby nie oni, Chwin by pewnie nie napisał swojej ostatniej książki („Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”). Zabieram się za przeczytanie wreszcie jej całej (od czasu do czasu sięgam po fragmenty), ale odstrasza mnie jednak hiper-analityczne podejście intelektualisty do czegoś, co jest w sumie czymś prostym i dosłownym: unicestwieniem w jednym nieodwracalnym geście swojego życia.

      Znam Twoją recenzję tego filmu. Zwróciła mi ona uwagę na pewne aspekty „Sali” – np. niedojrzałość wszystkich występujących tam postaci, nawiązanie Komasy do Plath, Wolf i innych samobójczych idoli…
      A te pretensje krytyków filmu o to, że jest on spóźniony, są moim zdaniem bezsensowne, bo „Sala” mimo wszystko ma wymowę uniwersalną, nawet jeśli w ogóle nie będziemy brali pod uwagę znaku naszych czasów – internetu.

      PS. „Może trochę Ci zaśmiecam blog tymi uwagami…”
      Ech Tamaryszku, Ty chyba jakaś kokietka jesteś ;)

      • tamaryszek Says:

        No co Ty, jaka kokietka? Rzeczowo sugeruję, że uwagi recenzenckie, które przywołuję, są śmieciowe troszkę.
        A moje własne to już nie. Bo ja bogatą wyobraźnię mam. I umiem sobie wyobrazić, że blogowy komentarz tamaryszka jest na swój sposób bezcenny. Nikt nie wyceni. A Ty to nawet do-cenisz.
        Wyobraźnia rozgrzesza nieskromność, że tak to ujmę. ;)
        pozdrawiam.

        • Logos Amicus Says:

          Acha! Dopiero teraz „załapałem” ;)
          No cóż, musisz chyba wybaczyć mi ten mój brak lotności umysłu, który niekiedy wychodzi na jaw – zwłaszcza w rozmowie z Tobą – jakże lotnym Tamaryszkiem (Bóg mi świadkiem, że piszę to bez najmniejszej dozy złośliwości czy sarkazmu ;) )

          A poważnie – takie zarzuty wobec filmu (jakie wymieniłaś) warto jednak przytoczyć, choćby tylko po to, by wykazać ich bezzasadność (z naszego punktu widzenia, of course)

  5. babka filmowa Says:

    Bardzo mnie cieszy pozytywna recenzja „Sali”. Ja nie za często miałam okazje spotkać się ze zrozumieniem tego filmu ze strony młodych ludzi (na forach filmowych), Oburzano się na Dominika, tylko dlatego, że nie przystawał do ich własnego, i kolegów, wizerunku. Niestety, film jest dla ludzi dojrzałych, posiadających także sporą dozę empatii, takich którzy zdają sobie sprawę z tego, że świat zaludniają ludzie inni od nich samych i ich rodziców. Miałam tylko jeden zarzut do filmu, moment dłużyzny w sekwencji, gdy Dominik przenosi się na dobre na salę samobójców. A zresztą, co się będę rozpisywać, podam linka do recenzji na moim blogu. http://babkafilmowa.blogspot.com/search/label/Sala%20samob%C3%B3jc%C3%B3w

    • Logos Amicus Says:

      Przeczytałem Twoją recenzję.
      Moją uwagę zwrócił zwłaszcza ten jej fragment:

      „Można przypuszczać, że być może Komasa zainspirował się ociupinkę przy pisaniu scenariusza holendersko- belgijskim filmem „Ben X”, traktującym o uzależnieniu od internetu i zacieraniu się granic między życiem wirtualnym a rzeczywistym. I muszę przyznać, że „Sala samobójców” wcale nie jest gorsza od „Bena X” (choć Ben X jest bardziej zwarty, może bardziej pomysłowy i zaskakujący). Chłopaków z obu filmów różni pochodzenie – Dominik jest synem bogatych, ale bardzo skupionych na sobie rodziców, natomiast Ben ma dobry kontakt z matką, lecz niestety, jest dzieckiem lekko autystycznym. Obydwoje mają podobne problemy w szkole, są wyautowanymi uczniami, Ben z powodu choroby, Dominik ze względu na status rodziców (to fatalne podwożenie i odwożenie ze szkoły do domu), także na pewne cechy osobowościowe, być może jest gejem, czyli ma już dwa powody, by czuć się innym. Oba filmy zmierzają ku podobnemu finałowi. Oprócz tego, jak czytałam w wywiadzie z Komasą, do pewnych sytuacji w scenariuszu zainspirowało go samo życie, a dokładniej rozmowa zamieszczona w”Wysokich Obcasach” (też ją pamiętam) matki dziewczyny, której niczego na pozór nie brakowało – spokojny, opiekuńczy dom, uroda, inteligencja, kontakt z rówieśnikami, a jednak – pewnego poranka wyszła z domu, by się zabić.”

      Chyba jednak możemy się zgodzić z tym, że „Sala samobójców” wyróżnia się na tle innych produkcji polskiego kina.
      Moim zdaniem miał ten film swoje – dość równe tempo. Dlatego nic mnie raczej w nim nie nużyło. (Może właśnie dlatego, że nie wydał mi się podobny do żadnego innego obrazu, jaki wyprodukowali ostatnio nasi krajowi filmowcy?)

      • babka filmowa Says:

        Cytat LA: „Chyba jednak możemy się zgodzić z tym, że „Sala samobójców” wyróżnia się na tle innych produkcji polskiego kina. Moim zdaniem miał ten film swoje – dość równe tempo. Dlatego nic mnie raczej w nim nie nużyło. (Może właśnie dlatego, że nie wydał mi się podobny do żadnego innego obrazu, jaki wyprodukowali ostatnio nasi krajowi filmowcy?)”

        Jak najbardziej, zgadzam się, że jest to film wyjątkowy (niejeden bój stoczyłam w jego obronie) na tle współczesnej produkcji, choćby ze względu na temat jaki porusza (wreszcie nie o polskiej bidzie i nie o SBkach i nie komedia romantyczna i …. bez Szyca w roli głównej!), ale i realizację. A że mnie nieco nużył w momencie wirtualnej wędrówki Dominika (fragment tańca, chyba w wodzie, już nie pamiętam dokładnie,), nie jest jakimś wielkim zarzutem, lecz tylko życzliwą i szczerą uwagą, co oczywiście nie ma wpływu na dobre o nim i reżyserze zdanie, będącego nota bene synem jednego z moich ulubionych, kiedyś, poznańskich aktorów Wiesława Komasy, na którego spektakle regularnie chadzałam do Nowego. Ostatnio pan Wiesław miał szczęście zagrać podobno świetną rolę, wiejskiego zabijaki w „Linczu”.
        Nie zabieram już głosu o internetowych relacjach, bo te mnie już, po doznanych rozczarowaniach, absolutnie nie ruszają. zawsze uważałam i będę uważać, że nic nie jest w stanie zastąpić prawdziwych relacji międzyludzkich. A jeśli jestem w sieci, to tylko dlatego, że jeśli nie można lubić tego co się chce, to musi się lubić to co się ma.
        A przy okazji, zobacz kiedyś „Bena X”. Filmy niby podobne, a jednak całkiem inne. :)

        • Logos Amicus Says:

          Właściwie to nie powinniśmy się dziwić odmiennym reakcjom innych ludzi na ten sam film, wystąpienie aktorskie, czy scenę… a jednak się dziwimy ;)
          Może byłoby ciekawie zastanowić się nad tym dlaczego tak się dzieje?
          Choć przecież wydaje się to proste: reagujemy różnie, bo jesteśmy różnymi ludźmi, a ponadto… dochodzi do tego jeszcze całe mnóstwo przyczyn.
          Mnie np. ta scena, w której widzimy Dominika zanurzonego w wodzie i wykonującego jakieś dziwne ruchy, zupełnie nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie: wydała mi się być czymś zupełnie adekwatnym do tego, co się z nim w tym wirtualnym świecie (a i w rzeczywistym też) działo. Poza tym, spodobała mi się ona także od strony czysto filmowym – realizacyjnym.

          PS. Pana Komasę – seniora widziałem kilka dni temu właśnie w „Linczu”. Zagrał moim zdaniem świetnie, tyle ze jakby postać z innego filmu. Ale o tym to może następnym razem (przy okazji o omówienia innych filmów obejrzanych przeze mnie na ostatnim Festiwalu w Chicago).

        • babka filmowa Says:

          Nigdy nie miałam takich wątpliwości, aby ten film nie zasługiwał na miano wyróżniającego się na tle najnowszego polskiego kina. Jest na pewno wyjątkowy, ale nie jedyny. „Wojna polsko-ruska” Xawerego Żuławskiego również na takie miano zasługuje, albo „Rewers:, który bez zwyczajowej pompy a także z perspektywy kobiet, zmuszonych pić piwo, które nawarzyli im mężczyźni, porusza niełatwy okres wczesnego komunizmu.

          Dla mnie „Sala…” nie jest tylko o zabójczej samotności w sieci, ale przede wszystkim o zabójczej samotności człowieka w ogóle. Bo skąd się biorą samotne dzieci” ponieważ płodzą je i wychowują samotni rodzice (tak jak ci filmowi). Później rodzą się uzależnienia, które pozwalają, albo i nie, jakoś przeżyć tę samotność.

  6. Shyna Says:

    Film jest wspaniały, na światowym poziomie i bije na głowę prawie wszystko co nakręcili do tej pory Polacy.
    Praktycznie od zawsze jestem zdeklarowanym wrogiem polskiej kinematografii, uważam ze mamy zawsze tych samych
    aktorów w kiepskich sztucznych rolach, wciska się te same osoby do wszystkiego : seriali, filmów i programów rozrywkowych.
    W Polsce robi się z kogoś „gwiazdkę” już po jednej kiepskiej roli w durnej i głupiej produkcji a potem wtyka na siłę wszędzie gdzie się da.
    Nie piję bezpośrednio do naszych aktorów bo wierzę – że oni by chcieli dobrze, tylko możliwości Polskiego filmu są żadne.
    W przypadku Sali samobójców jest zupełnie inaczej, uważam, że jest to najlepszy polski film od bardzo wielu lat i może śmiało konkurować z prawdziwym światowym kinem.
    Mam szczerą nadzieję, że zostanie doceniony i przyniesie swoim twórcom ogromną kasę aby tworzyli kolejne wspaniałe filmy.
    I oby ością w gardle stanęły wszystkie słowa krytyki jakie są wypowiadane kiedy film zdobędzie uznanie i nagrody o jakich wcześniej polscy twórcy mogli poważyć.

    • Logos Amicus Says:

      No, może „Sala” nie bije wszystkiego („co nakręcili do tej pory Polacy”), ale jest niewątpliwie filmem bardzo pozytywnie wyróżniającym się wśród innych polskich obrazów.
      I także życzę jego twórcom sukcesu w świecie – a tym samym zdobycia środków na realizację następnego projektu.
      Myślę, że jest na co czekać.

  7. sarna Says:

    Człowiek jest istotą społeczną i jak dowodzą badania i eksperymenty przeprowadzone przez ojców nurtu humanizacyjnego ekonomii, właśnie owa potrzeba przynależności do grupy i bycia przez tę grupę akceptowanym jest silniejsza niż wszelkie inne bodźce motywujące człowieka do jakiejkolwiek formy działania.
    Zarówno Elton Mayo, którego techniki przeprowadzania wywiadu stosujesz (być może nawet nieświadomie), jak i M. Parker Follett badali, co determinuje human relations i zgodnie orzekli, że człowiek pełną osobowość uzyskuje jedynie będąc członkiem grupy. Grupa społeczna to dwie i więcej osób pomiędzy którymi istnieją bezpośrednie interakcje, czyli kontakt „twarzą w twarz”, osobiste i bezpośrednie zderzenie się z emocjami innych ludzi. Takich relacji pozbawione są wszelkie internetowe fora społecznościowe, stąd też nie mogą one zapewnić poczucia przynależności do grupy społecznej. Są one jakąś złudną namiastką czegoś, co ostatecznie rozsypie się jak domek z kart, a wirtualni przyjaciele ulatniają się jak duchy, którymi w rzeczywistości byli na społecznościowych forach. Owszem, takie fora sprzyjają poznawaniu się ludzi w realu, a takie znajomości stanowią już jakąś grupę społeczną, tyle tylko, że są one zapewne zjawiskiem marginalnym.

    Swoją drogą to smutne, że młodzi ludzie na taką skalę uciekają w wirtualną ułudę, że właśnie tam szukają przyjaciół i sensu życia, gdy tym czasem realny świat jest o niebo ciekawszy, bardziej zajmujący i mający nam więcej do zaoferowania.

    • Logos Amicus Says:

      Podpisuję się pod wszystkim, co napisałaś.

      Ważne zwłaszcza – i bardzo trafne – jest to Twoje stwierdzenie:

      „…człowiek pełną osobowość uzyskuje jedynie będąc członkiem grupy. Grupa społeczna to dwie i więcej osób, pomiędzy którymi istnieją bezpośrednie interakcje, czyli kontakt „twarzą w twarz”, osobiste i bezpośrednie zderzenie się z emocjami innych ludzi. Takich relacji pozbawione są wszelkie internetowe fora społecznościowe, stąd też nie mogą one zapewnić poczucia przynależności do grupy społecznej. Są one jakąś złudną namiastką czegoś, co ostatecznie rozsypie się jak domek z kart, a wirtualni przyjaciele ulatniają się jak duchy, którymi w rzeczywistości byli na społecznościowych forach.”

      Także i moim zdaniem znajomości internetowe – choć staram się je szanować i na swój sposób cenić – są właśnie skażone tą ulotnością: często ktoś – jeśli mu jakieś „forum” nie jest już do niczego potrzebne (np. do afirmacji samego siebie, tudzież do pielęgnacji własnego narcyzmu – albo też przestaje spełniać funkcję terapeutyczną… etc.) – bez żadnych ceremonii zrywa te dotychczasowe kontakty i właśnie, jak to ujęłaś, „ulatnia się jak duch”. A szkoda, bo przecież w rzeczywistości ludzie „avatarovi” żadnymi duchami nie są i relacje, w jakie weszli z innymi ludźmi, (którzy im też zaufali, albo nawet z czasem się do nich przywiązali…) były jednak czymś rzeczywistym (bo angażującym prawdziwe nerwy, serca, dusze, umysły…)
      To jest w sumie smutne i przykre.

      Nie wiem jak młodzież w końcu zacznie odnosić się do tych swoich relacji internetowych. Ja wierzę jednak w jakiś instynkt samozachowawczy młodych ludzi – że w końcu przekonają się, że prawdziwą relacją (związkiem) może być tylko bliski (bezpośredni, zmysłowy, „cielesny”) kontakt z żywym człowiekiem – to czego nie da się przekazać niczym innym, jak spojrzeniem, dotykiem, gestem, grą ciała, modulacją głosu…
      W końcu tak się kontaktowaliśmy (poznawaliśmy) przez setki tysięcy lat – a ten internet to wobec tego wszystkiego jest jednak jakąś (trwającą ledwie sekundę) efemerydą.

      • Torlin Says:

        Tak troszeczkę się Sarno z Tobą nie zgadzam. Piszesz: „jak dowodzą badania i eksperymenty przeprowadzone przez ojców nurtu humanizacyjnego ekonomii, właśnie owa potrzeba przynależności do grupy i bycia przez tę grupę akceptowanym jest silniejsza niż wszelkie inne bodźce motywujące człowieka do jakiejkolwiek formy działania”.

        Tak, masz rację, jeżeli weźmiesz akurat tych dwoje, bo oni się po prostu zajmowali – nazwijmy to – systemem społecznym w przedsiębiorstwach, nie rozpatrywali człowieka jako osoby indywidualnej. Mnie o wiele bliższy jest Abraham Marlow i jego „Piramida Potrzeb”, a to, o czym piszesz, jest dopiero na drugim miejscu.
        http://pl.wikipedia.org/wiki/Hierarchia_potrzeb
        Co ciekawe, na podobne tematy dyskutuję sobie z Tes Teqiem.

      • REM Says:

        Myślę że warto tu przypomnieć sobie tę piramidę potrzeb Maslowa:

        * samorealizacji – potrzeby samorealizacji – wyrażają się w dążeniu człowieka do rozwoju swoich możliwości; stanowią środek do zaspokojenia potrzeb fizjologicznych lub reakcje kompensujące niezaspokojenie innych potrzeb,

        – estetyczne (potrzeba harmonii i piękna)
        – poznawcze (potrzeby wiedzy, rozumienia, nowości)

        * szacunku i uznania – potrzeby uznania i prestiżu we własnych oczach i w oczach innych ludzi;
        – pragnienie potęgi, wyczynu i wolności,
        – potrzeba respektu i uznania ze strony innych ludzi, dobrego statusu społecznego, sławy, dominacji, zwracania na siebie uwagi.

        * przynależności – występują w usiłowaniach przezwyciężenia osamotnienia, alienacji i obcości, tendencji do nawiązywania bliskich intymnych stosunków, uczestnictwa w życiu grupy,

        * bezpieczeństwa – pobudzają do działania, zapewniając nienaruszalność, ujawniają się gdy dotychczasowe nawyki okazują się mało przydatne,

        * fizjologiczne – gdy nie są zaspokojone, dominują nad wszystkimi innymi potrzebami, wypierają je na dalszy plan i decydują o przebiegu zachowania człowieka.

        Piramida potrzeb nie tłumaczy jednakże wszystkich zachowań ludzkich. Pozornie według niej człowiek podejmuje działania z gatunku potrzeb wyższego rzędu, dopiero po zaspokojeniu potrzeb niższego stopnia, np. człowiek głodny nie będzie zajmować się kulturą. Od tej reguły zdarzają się istotne wyjątki. Sprzeczne bowiem z hierarchią potrzeb było zjawisko, np. teatru polskiego w czasie okupacji niemieckiej przy niezaspokojonej potrzebie bezpieczeństwa. Dlatego też na stosunek jednostki wobec swoich potrzeb wpływają jeszcze czynniki genetyczne, środowiskowe oraz aktywność własna jednostki lub też behawioralny system bodźców i reakcji.

      • Logos Amicus Says:

        Trochę tu nieporozumień.
        Dlatego wypada, abyśmy uświadomili sobie pewną hierarchię, jaką ustalił Maslow.

        Podstawę jego piramidy stanowią potrzeby fizjologiczne (jedzenie, woda, tlen, potrzeby seksualne, brak napięcia, sen) – bez tego ani rusz, człowiek daleko nie pociągnie.

        Następne, jeśli chodzi o ważność, są:

        Potrzeby bezpieczeństwa (zależność, opieka i oparcie, protekcja, wygoda, spokój, wolność od strachu)
        Potrzeby miłości i przynależności (więzi, afiliacja, miłość, bycie kochanym)
        Potrzeby szacunku i uznania (zaufanie do siebie, poczucie własnej wartości, kompetencja, poważanie)
        Potrzeby samorealizacji (posiadanie celów, spełnianie własnego potencjału, estetyczne, poznawcze)

        Oczywiście, to jest schemat, ale chyba jednak adekwatnie oddaje to, czego człowiek potrzebuje.
        Dobrze jest sobie czasem takie „piramidy” przypomnieć – choćby tylko po to, aby się za bardzo nie dziwić własnemu zachowaniu :)

        • sarna Says:

          Sorry za brak odpowiedzi w trakcie Waszej dyskusji, ale ślęczę nad pięknie brzmiącymi pojęciami jak mediana, dominanta, dystrybuanta … :), bo zaczyna się okres zaliczeń :(
          Otóż Torlinie, powiem jak L. Wałęsa, którego nie trawię, ale zacytuję: „jestem za, a nawet przeciw” Twojemu podejściu.
          Piramida Maslowa jest jak ekonomiczny dekalog, ale właśnie eksperyment tzw. 5 kroków przeprowadzony wśród robotników pewnej populacji z miasta (jakżeby inaczej) Chicago wykazał, że piramida Maslowa nie do końca jest doskonała. Eksperyment 5-ciu kroków polegał na tym, że ekonomiści, zwłaszcza ci z dziedziny zarządzania, zastanawiali się nad tym jak wpłynąć na wzrost wydajności produkcji. Wymyślili, że jak będą lepiej motywować pracowników, to ich zadowolenie i satysfakcja wpłyną na wzrost produkcji. I chyba tylko do tego miejsca było im po drodze z Maslowem. Dalej już tylko się z Nim mijali. Otóż w ramach ww eksperymentu, stopniowo, krok po kroku, ulepszali warunki pracy wydłużając przerwy, serwując posiłki, lepiej oświetlając stanowiska pracy, czyniąc narzędzia i maszyny bardziej ergonomicznymi, poświęcając uwagę indywidualnemu pracownikowi, rozmawiając z nim i dostrzegając jego potrzeby, okazując mu szacunek jako człowiekowi, ba! podnosząc płacę – i rzeczywiście wydajność rosła. Ale potem zaczęto krok po kroku wszystkie przywileje zabierać, a wydajność nie tylko nie spadła, ale nadal miała tendencje wzrostu :) Co za licho – zastanawiali się guru homo economikus. Okazało się, że żadne narzucone przez pracodawcę normy, a właśnie kodeks grupy i chęć sprostania mu, by być przez tę grupę akceptowanym, a przez to by móc do niej przynależeć, najbardziej motywowały do podnoszenia wydajności pracy.
          Torlinie, ja również troszeczkę się z Tobą zgodzę, co do tej piramidy potrzeb Maslowa, bo wiadomo, że jak w brzuchu burczy (zwłaszcza jak burczy w brzuchach osób za które jesteśmy odpowiedzialni) to trudno myśleć o ideałach :), ale pomyśl …… jak coś Cię pochłania tak bez reszty, albo chcesz się utrzymać w siodle – jakimkolwiek: małżeńskim, w pracy, towarzyskim, etc. to pamiętasz o jedzeniu, czy potrafisz o godz.22 zastanawiać się „jadłem coś dzisiaj?”, a przy czym, zadając sobie to pytanie uświadamiasz sobie, że nie czujesz głodu, bo „coś” było ważniejsze niż fizjologia.

          Amicusie, Ty tak poważnie? podpisujesz się pod wszystkim, co napisałam w pierwszym komentarzu? Taka zgoda między nami – to aż nudne :)

        • Logos Amicus Says:

          Cóż, tak się złożyło, że tym razem zgadzam się z Tobą więcej, niż mniej ;)

          PS.Chyba jednak nuda nam nie grozi.

  8. sarna Says:

    Amicusie, dźwięczą mi w uszach słowa Defendo o wirtualnych znajomych. Próbowałam je właśnie odnaleźć i „wciągnęło mnie na amen” :) Ona była niesamowita – te zabawne historie z Buniem, mądre riposty, rozległa wiedza, bezinteresowna promocja ptaszorów autorstwa Mii, miłość Tadeusza, złośliwostki Pruderii, pazur Procesa :) Przy okazji szukania tekstu o wirtualnych upiorach ;)
    Zrobiło mi się nostalgicznie i zatęskniłam za tamtymi wirtualnymi znajomymi, za tamtymi rozmowami. Było jakoś inaczej. Rozmawialiśmy z sobą, a nie mówiliśmy „do ściany”. Obecnie chyba już jest nowa generacja gadaczy-blogaczy.
    Fenomen netu tkwi w irracjonalizmie, a my szukamy w nim rozsądku.

    • Logos Amicus Says:

      A ja, muszę Ci powiedzieć, nie za wszystkimi tęsknię. Brakuje mi Defendo, kilku innych osób… Cieszę się także, że Ty wracasz do dawnej formy i przestałaś czynić mi tylko i wyłącznie zarzuty, oskarżając mnie nie wiadomo o co :)
      Wcale też nie tęsknię za tymi czatami, które często wzbudzały jedynie złośliwości i agresję (zresztą, ja raczej nie brałem w nich udziału). Brakuje mi natomiast niekiedy mądrej, konkretnej rozmowy na istotne tematy, (o które czasami staram się zahaczać w moich tekstach).
      Tak można było porozmawiać z Defendo.
      Zdarza mi się na szczęście rozmawiać tak z tymi, którzy teraz zaglądają na mojego bloga i decydują się zabrać głos.

      Nie mam nic przeciwko czatowym forum (takim jak np. ten z blogu Kartki), ja jednak do bloga podchodzę inaczej. Wolę porozmawiać tu o czymś konkretnym, niż sobie gadać dla zabicia czasu (nudząc się np. w pracy), czy też zagłuszenia poczucia samotności, tworząc przy tym jakieś obozy i frakcje – Towarzystwa Wzajemnej Masturbacji (jak to określił kiedyś Telemach, który sam nota bene takie towarzystwo, chcąc nie chcąc, powołał do życia).

      • sarna Says:

        Jak sam widzisz nie tak łatwo ją znaleźć bo blog Defendo jest obszerny.
        W tej rozmowie Defendo stymuluje, a w tamtej poruszała.

        • Torlin Says:

          Jak nigdy całkowicie się z Wami zgadzam.
          Defendo była jeszcze pod jednym względem niepowtarzalna, pisała na te same tematy do mnie obszerne e-maile. A za Jej towarzystwem blogowym nie przepadałem, tak jak za „rodziną” Telemacha. U Kartki są przesympatyczni, tylko sam Kartka się zmienił nie do poznania. Przecież ja z tym człowiekiem spędziłem kiedyś razem wakacje, a go nie poznaję.

        • Logos Amicus Says:

          Torlinie, cóż Ci mogę odpowiedzieć?
          Może tylko przytoczę jeden z moich komentarzy na ten temat, jaki napisałem dobre półtora roku temu:

          „A do mnie teraz przyszła taka lekka melancholia, kiedy tak zastanawiam się nad wielką jednak nietrwałością tych naszych wirtualnych zachwytów, zauroczeń – tych wszystkich deklaracji współodczuwania, współbrzmienia, podziwu i “przyjaźni”…
          Podejrzewam, że zwykle dzieje się tak jedynie do chwili, kiedy nam samym taki kontakt – “relacja” jest potrzebna (czyli zazwyczaj robimy to z pobudek egoistycznych). Kiedy być przestaje – milkniemy, znikamy bez słowa wyjaśnienia (tak jak to się stało w przypadku autorów blogów ongiś “zaprzyjaźnionych”), przestajemy komentować… – łaska wirtualnej przyjaźni na pstrym koniu jeździ. A do tego, aby gwałtownie zmienić front, nastawienie: np. z zachwytu, podziwu przejść na niechęć, a niekiedy wręcz wrogość – wystarczy jakiś pretekst, niezgodność opinii, urażenie dumy, dotknięcie kompleksu… etc.
          Trudno jest nam też ze sobą dyskutować.
          Najlepiej się jednak mają blogi, w których ustala się jakieś Towarzystwo Wzajemnej Adoracji, i gdzie unika się drażliwych (a przez to i ważnych) tematów, gdzie nie ma ścierania się odmiennych opinii, a jest tylko wzajemna afirmacja siebie samych i tego, co na dany temat sądzimy.

          Dlatego też, jeśli mam wyrazić swoją opinię, to nie mam większych złudzeń jeśli chodzi o wirtualne znajomości, a zwłaszcza internetowe “przyjaźnie” blogowe.

          Najważniejsze jednak powinny być nasze relacje z ludźmi naprawdę nam bliskimi – ale w tym naszym osobistym świecie rzeczywistym. W ostatecznym rozrachunku liczy się siła charakteru, nasza prawdziwa pozycja i pewność jaką mamy w życiu realnym.
          Bowiem reszta okazuje się zwykle ułudą.”

          Prawda, że pasuje do niektórych blogosferowych sytuacji jak ulał?

        • sarna Says:

          Torlinie, piszesz „tylko sam Kartka się zmienił nie do poznania”. Nie wiem jak jest naprawdę, choć mam na ten temat własne zdanie. Pozostając przy tłumaczeniu świata kategoriami ekonomicznymi, powołam się na terminy „użyteczność” i ” krańcowa użyteczność”, które poniekąd bardzo trafnie tłumaczą mechanizm blogowego „miziania się”. Użyteczność to nic innego jak subiektywne uczucie zadowolenia z konsumpcji danego dobra, które rośnie wraz z każdą konsumowaną jednostką dobra coraz bardzie. Np.z każdą kolejną, zjedzoną kostką czekolady Twoje zadowolenie/przyjemność rośnie i masz apetyt na więcej. Przychodzi jednak taki moment, zwany w w ekonomii użytecznością krańcową, gdy konsumpcja każdej, kolejnej jednostki dobra nie zwiększa satysfakcji, ale wręcz ją obniża. Np. każda kolejna kostka czekolady przyprawia Cię o coraz większe nudności, aż w końcu na słowo czekolada robi Ci się niedobrze :) Sądzę, że nawet na blogu chęć przypodobania się i zjednania sobie przyjaciół ma swoje granice , a przemilczanie siebie (z różnych powodów) i wzajemne (li tylko) mizianie, jak każde dobro ma swoją użyteczność krańcową.

  9. czara Says:

    Ciekawy tekst, wielowątkowy. A wszystko się łączy – niezbywalna samotność, przyjaciele czy „przyjaciele”, żeby zapomnieć, ucieczka w nałogi i w końcu w ostateczność. Niestety, tak jak Tamaryszek, myślę, że wszystkie relacje się kończą, a nasze ścieżki łączą się tylko na pewien czas. Jedyne szczęście, że te kawałki wspólnej drogi mogą być piękne, wzbogacające, a nawet uzdrawiające. Od samobójczych obsesji również.
    Co do poszukiwania sieciowych relacji, myślę, że ich głód jest tożsamy z głodem jakichkolwiek relacji. Jednak internet daje bezpieczeństwo, pozwala zachować więcej miejsca dla siebie i ulotnić się, kiedy zaczyna być mniej wygodnie. To tak z własnych obserwacji.
    Rzadko ostatnio komentuję, ale staram się czytać wszystkie notki. Dzisiaj bezsenna noc w tropikach mnie skłania do gadatliwości więc pozdrawiam serdecznie z Malezji!

    • Logos Amicus Says:

      Droga Czaro, a więc Ty, będąc w Malezji, masz jeszcze czas (i ochotę) na czytanie mojego bloga?! ;)

      Oczywiście, że wszystko przemija – że wszystkie relacje międzyludzkie się kończą.
      Nie to jednak miałem na myśli. Chodziło mi o pewną taką… wierność, pielęgnację tych relacji, (które mogą jeszcze trwać) – poczucie odpowiedzialności… nawet za te nasze wirtualne kontakty i „związki”.
      Wg mnie nie powinno tak być, że kiedy tylko przestaje nam być gdzieś „wygodnie”, to się stamtąd „zwijamy’ i cześć – a często to nawet tego „cześć” nie mówimy (chociaż rozmawialiśmy z tymi ludźmi, czasem i przez lata całe).
      Jeśli nawiązuje się jakaś przyjaźń, to nie zawsze wszystko w tej przyjaźni zawsze jest wygodne – na tym polega prawdziwa przyjaźń, że się także i przez tę niewygodę stara jakoś przejść; że można sobie czasem powiedzieć szczerze nawet i te niewygodne oraz trudne rzeczy, nie tylko wymieniać się pochlebstwami i zapewniać siebie wzajem jacy to jesteśmy wspaniali.

      A tak – kiedy tylko ktoś przestaje być nam przydatny (do zaspokojenia naszych, często narcystycznych i zazwyczaj egoistycznych potrzeb) – to się „ulatniamy”, cześć pieśni i pa!

      Ja zresztą nie mówię tutaj o moich rozmówcach (czyli tych, którzy piszą na moim blogu swoje komentarze) – bo tu raczej nie uprawiamy czatu i nie tworzymy żadnych towarzystw. Mam na myśli te fora, które – zrazu pełne deklaracji wzajemnego podziwu i dozgonnej przyjaźni – rozpadają się właśnie jak domki z kart.
      Dlatego ja staram się tu żadnych domków (kurników) nie stawiać – bo to może oszczędzić mi (nam) pewnych rozczarowań.

      Co nie znaczy, że nie cenię sobie znajomości, jakie tą drogą nawiązałem albo że nie zależy mi na rozmowach z tymi, którzy mój blog czytają i komentują. Wprost przeciwnie – ja to doceniam, szanuję i staram się w jakiś sposób pielęgnować.

      Lecz najważniejsze powinny być nasze relacje z ludźmi, których… można dotknąć w rzeczywistości.
      Dlatego istotne dla mnie stają się te znajomości, które spełniły się w tzw. realu – kiedy miałem okazję spotkać kogoś naprawdę, czyli człowieka z krwi i kości.
      (Bo dopiero wtedy mogę uznać, że nasza relacja jest czymś prawdziwym i rzeczywistym.)
      Dopóki tak się nie stanie, ludzie mogą się nam wydawać tylko fantomami (ukrytymi zwykle za jakimiś dziwnymi nickami i gravatarami ;) )

      Dziękuję za pozdrowienia!
      Uważaj tam na te tropiki i dżungle! (bo to przecież nie Paryż – jak zdążyłaś pewnie zauważyć ;) )
      Ciekaw jestem czy już trafiłaś do raju :)

  10. REM Says:

    Wiadomość z ostatniej chwili: „Sala Samobójców” okazała się zwycięzcą tegorocznych Złotych Kaczek. Do niej trafiły nagrody w większości kategorii. Publiczność głosująca w plebiscycie miesięcznika „Film” okrzyknęła ją Najlepszym filmem, przyznała też nagrody za Najlepszy scenariusz dla Jana Komasy, za Najlepsze zdjęcia dla Radosława Ładczuka i Najlepszą rolę męską dla Jakuba Gierszała.

    Wywiad z reżyserem „Sali samobójców”, Janem Komasą:

    http://www.se.pl/rozrywka/plotki/zlote-kaczki-2011-kto-wygral-sala-samobojcow-najlepsza-zdjecia_215225.html

    • Logos Amicus Says:

      Prawdę mówiąc, trochę mnie ta gremialna jednomyślność zastanawia.
      Rzeczywiście „Sala samobójców” jest filmem znakomitym i wyróżniającym się, ale przecież inne produkcje polskiego kina też zasługiwały na uwagę (jeśli chodzi o poszczególne kategorie, w których przyznawano „Kaczki”).
      Poza tym ciekawi mnie to, jaki jest tak naprawdę dzisiaj prestiż tych nagród?
      Bowiem muszę tu zaznaczyć, że jeśli chodzi o sam miesięcznik „Film”, to on już od dawna nie wzbudza mojego entuzjazmu.

  11. tamaryszek Says:

    … Nietrwałość relacji.
    Chciałabym jednak rozwinąć swoją myśl wyrażoną w poprzednim komentarzu:
    „…że relacje się kończą. I zawsze w głupim momencie, gdy komuś jeszcze bardzo zależy. Przyjaźnie są kruche. Piszę, ale nie wierzę. Na co komu krucha przyjaźń?”

    Bliskość, przyjaźń, towarzyszenie sobie w życiu to coś, co chciałabym, by raz zadzierzgnięte trwało bez końca, stawało się coraz głębsze. Ale wiem, że nie ma gwarancji, i że drogi się rozchodzą. Może czasami wygasają naturalnie, ja pamiętam głównie te rozstania, które mnie bolały. Właściwie, one zawsze były po prostu konieczne, ale i tak unosił się nad nimi jakiś żal i poczucie utraty. Nigdy nie zakładam, że jakaś ważna dla mnie relacja jest czasowa. Doświadczenie podpowiada, że trzeba się z przemijaniem pogodzić, ale nie znaczy to, by traktować koniec jak kaprys.

    Bardzo wyraźnie rozgraniczacie przyjaźnie realne od wirtualnych. Nie wiem, jak to jest na czatach, forach, portalach społecznościowych, bo jestem poza nimi. Ale relacje blogowe wcale nie wydają mi się takie wtórne. Ok, nie oczekuję od nich zaangażowania w moją codzienność (zwłaszcza, że jej szczególnie nie odsłaniam); nie każda komentarzowa obecność jest wyrazem przyjaźni (mimo wszystko nie biorę tego słowa w cudzysłów). Ale nie podcinałabym skrzydeł tym znajomościom. I to bez względu na to, czy oparte są na potwierdzeniu wspólnego postrzegania, czy na polemicznej konfrontacji. Mnie jakoś męczą polemiki i starcia, nie szukam ich. Wolę dopowiedzenia.

    Nie wydaje mi się, by wirtualna obecność musiała być gorsza/słabsza/bardziej krucha od tej realnej. Po prostu inna. Zaspokajająca inne potrzeby (nie koniecznie interesowne).
    Ułudą okazują się czasem i te relacje, które traktowaliśmy jak skałę w realu.
    No, może masz/macie rację, że w Necie fałsz jest lepiej zamaskowany. Albo że oszołomstwa więcej. Ale to wszystko zależy od człowieka. Może głównie od tego, z czym sam przychodzi i ile oczekuje. Nie wydaje mi się, by sympatię trzeba było wciąż w ten sam sposób potwierdzać.

    Pozdrawiam.

    • Logos Amicus Says:

      Nic nie trwa bez końca. To takie oczywiste, że aż banalne.
      A mimo to, nasze relacje z ludźmi – w danej chwili: tu i teraz – zwłaszcza te przyjazne (o samej miłości nawet nie wspominam) wypada nam traktować tak, jakby były nieprzemijające. Tylko wtedy bowiem potrafimy pozytywnie je przeżyć i doświadczyć.
      A jeśli już nie możemy tej świadomości przemijania się pozbyć, to właśnie to powinno sprawiać, by dany związek jeszcze bardziej głębiej i wdzięczniej przeżywać – jako pewien rodzaj daru. Podobnie jak samo życie.
      Ale ja tu nie chcę wpadać w jakąś górnolotność. Piszę właściwie o tych prawdziwych internetowych sympatiach, których jednak nie jest zbyt wiele (cała reszta jest jednak nad wyraz powierzchowna i fantasmagoryczna).

      Ja nie tyle rozdzielam przyjaźnie wirtualne od realnych, co (wyraźnie jednak) rozgraniczam świat wirtualny od realnego (nie chcę przynajmniej, by te światy mieszały się we mnie tak, bym tracił… właśnie zdolność rozróżniania ich od siebie). Ale z drugiej strony, nie chcę wartościować uczuć zrodzonych w obu tych światach: mówiąc np. że przyjaźń wirtualna jest gorsza od realnej. Chociaż… mimo, że nie chcę tego podkreślać, to jednak przyjaźń realną cenię bardziej, niż tę wirtualną – bo jest… po prostu bardziej dla mnie realna ;)
      Tu się trochę wikłam, ale to pewnie dlatego, że mówimy o takiej paradoksalnej relacji (przenikaniu się) świata realnego z wirtualnym, wynikającej z samej istoty doświadczanego przez nas fenomenu egzystencji, czyli – wyrażając się już prościej – z tego, że również w realnym świecie używamy wirtualnych konstruktów (wiara, marzenia, tęsknoty, wszelkie hipostazy, urojenia, wyobrażenia…) i vice versa: w świecie wirtualnym dotykani jesteśmy bardzo konkretnymi, rzeczywiście przeżywanymi (zarówno „duchowo”, jak i nawet cieleśnie) wrażeniami, uczuciami, wśród których są także realne cierpienie, euforia, radość…

      Jest jeszcze jedna sprawa.
      Piszesz: „Mnie jakoś męczą polemiki i starcia, nie szukam ich.”
      A ja jednak lubię dyskusję, w której ścierają się ze sobą różne punkty widzenia i racje. Są one dla mnie bardziej stymulujące, niż to jest w przypadku, kiedy dyskutuję z kimś, kto ma podobne zdanie do mojego. Cóż, dopowiedzenia są tylko dopowiedzeniami – taka „spolegliwość” jest oczywiście satysfakcjonująca i miła, ale nie ma w niej żadnego… stymulującego (przynajmniej mnie) bodźca, fermentu…
      Ponadto, ja czasem też lubię prowokację, bo ona często budzi nas z uśpienia, albo – wysadzając z wygodnego siodła – zmusza nas do eksploracji nieznanych nam dotąd terytoriów.
      Ale to jest też chyba w dużej części sprawa naszego charakteru czy temperamentu.
      Zresztą: kto to powiedział, że polemika musi być od razu sporem, a nie po prostu rozmową?

      • Ola Says:

        André Malraux kiedyś stwierdził: „Przez całe moje życie nie nauczyłem się niczego od człowieka, który się ze mną zgadzał.”

  12. Wojciech Walczak Says:

    Chciałem napisać zwykły polemiczny komentarz, ale tak się rozpisałem, że wyszła mi osobna blogowa notka :)

    Dlatego zapraszam tu: http://wojtekwalczak.wordpress.com/2011/11/24/sala-samobojcow-a-realnosc-ketchupu-o-swiecie-tak-zwanym-realnym/

    Pozdrawiam serdecznie!

    • Logos Amicus Says:

      Chciałem napisać zwykły polemiczny komentarz, ale tak się rozpisałem, że wyszła mi osobna blogowa notka :)

      Witam Wojtku,
      cieszy mnie to, że mój wpis sprowokował Cię do napisania „osobnej blogowej notki” :)

      Odpowiem wkrótce – kiedy tylko czas pozwoli.
      A na razie dziękuję za ciekawy wpis-komentarz.

      PS. Ping-pong (czy jak tam zwać tę wordpressową funkcję) przesłał mi zawiadomienie o tym, że wkleiłeś link do mojego bloga na swojej stronie.
      Uzupełniam go kompletnym tekstem – to dla wygody mojej i Czytelników „Wizji”, których przy okazji zapraszam do odwiedzin Twojego ciekawego bloga i przeczytania zamieszczonych tam tekstów).

  13. „Sala samobójców” a realność ketchupu. O świecie tak-zwanym-realnym « tańczący z chwilami Says:

    […]

    Sali samobójców jeszcze nie widziałem, ale czytałem kilka recenzji i czasem pojawia się tam wątek „dobra realność realnego świata” vs „zła wirtualność świata wirtualnego”. Dobrze wyraził to Logos Amicus na swoim blogu:

    To prawda, że nasza ludzka skłonność uciekania (się) do świata iluzji i fantazji, tudzież do hipostazy i mitu, pomogła nam wynieść się ponad tę przyziemną biologiczną masę pozbawioną wyobraźni, ale też całkowity rozbrat z tzw. twardą rzeczywistością i namacalnym zmysłowo konkretem (jaki czasem z tym się wiąże), może się odbić jakąś paranoiczną czkawką, która wyrzuci nas poza nawias „normalnego” świata, w którym już zupełnie przestanie funkcjonować nasz rozum i rozsądek (źródło: Wizja lokalna).

    Muszę przyznać, że mam z takim podejściem spory problem. Otóż wydaje mi się, że dobry realny świat został już tak kulturowo, cywilizacyjnie i technicznie obudowany, że przestał być i dobry, i realny. To, co jemy, to co ubieramy, to co nas otacza, relacje, w jakie wchodzimy, więzi, w jakie się angażujemy, role, jakie pełnimy, uczucia, jakie odczuwamy – wszystko to jest fikcja, surogat i sztuczność.

    Jedzenie? Nie pamiętam, kiedy widziałem ostatni raz żywą kurę, choć czasem kupuję jakieś sine – ociekające jeszcze antybiotykami – mięso, które jest ponoć filetem z piersi kurczaka. Każdy z tych filetów, które kupiłem, był filetem kurczaka-olbrzyma, jakiego nigdy w REALNYM świecie by nie wyhodowano. Dalej: frytki jem zwykle z ketchupem, ale nie bardzo wiem, na czym polega REALNOŚĆ ketchupu. Co w tej mazi wystrzeliwującej z plastikowej butelki jest realnego? Mało tego, że nie wiem – wolę nie wiedzieć.

    Rodzina? Sytuacja, w której rodzice wypruwają sobie żyły, żeby dziecko jak najdłużej mogło żyć w stanie niesamodzielności, nieprzydatności, braku siniaków na tyłku zadawanych przez życie i braku możliwości robienia czegoś, co ma znaczenie, to – z całym szacunkiem dla ciężko pracujących rodziców i dzieciaków duszących się w inkubatorach bezwoli – NIE JEST REALNE.

    Przyjaźń? To marna podróbka poczucia więzów krwi wspólnoty pierwotnej; żart, a nie realność, jeśli porównać „przyjaźń” do, chociażby, poczucia wspólnoty ludzi, którzy razem przemierzają pustynię, pilnują, aby ogień nie zgasł, albo razem polują na zwierza (nie mówię tu oczywiście o NIEREALNYCH myśliwych uzbrojonych w swoje fuzje i inne pukawki).

    Miasto? Miasto to pod każdym względem sztuczny świat. Prawdziwe są w nim tylko niewycięte jeszcze drzewa, psie kupy i to, że można zginąć z rąk silniejszego, choć i to prawdopodobieństwo zostało nierealnie zredukowane.

    Spotkania w dyskotekach, pubach czy bibliotekach? To hiper-sztuczność, festiwal NIEREALNYCH relacji, więzi bez znaczenia, które urywają się od razu, gdy ma za nimi pójść jakiś wysiłek.

    Ludzie? Zwykłe plastikowo-elektroniczne cyborgi: mówią sami do siebie, mają sztuczne piersi i sztucznie wyhodowane mięśnie, mają maski zamiast twarzy, patrzą przez szkła kontaktowe, uśmiechają się zębami z porcelany, mają sztuczne kości, rozruszniki, pozmniejszane żołądki, nieswoje nerki, w uszach aparaty słuchowe, a na zębach – korekcyjne. A co mają w mózgach, o czym myślą, co ich zaprząta? Ot, pierwsze z brzegu – reżyserowane spory polityczne, serialowa śmierć Hanki Mostowiak w wyniku zderzenia z kartonami i tym-razem-już-na-pewno-skuteczne-diety-cud.

    Oczywiście – wszystko, co powyżej napisałem, to tylko zbanalizowana kompilacja myśli wielu socjologów-narzekaczy, których bardzo za to narzekactwo nie lubię, ale którymi chyba jednak trochę przesiąkłem.

    Teraz do wniosków!

    Do czego dochodzimy, kiedy zestawimy opozycję „dobro i realność realnego świata” – „zło i wirtualność świata wirtualnego” z socjologicznymi utyskiwaniami na zmieniający się świat? Myślę, że dojdziemy do wniosku, że w obecnej sytuacji krytyka świata wirtualnego przez odwoływanie się do realności świata realnego nie ma sensu, bo o ile świat wirtualny faktycznie istnieje, o tyle świat realny nie jest tym, czym wydaje nam się, że jest.

    Dojdziemy zatem do wniosku, że naszym problemem jest nie tyle wirtualność świata wirtualnego, co brak realności świata realnego. Czy filmowy Dominik uciekałby w świat wirtualny, gdyby miał poczucie realności otaczającego go świata tak-zwanego-realnego? Filmu nie oglądałem, ale myślę, że nie.

    Czy zatem postuluję powrót do jaskiń? Nie, ale postuluję, aby w sporze „realność” – „wirtualność” pamiętać nie tylko o tym, że wirtualność jest coraz bardziej realna, ale też o tym, że realność już od dawna nie jest tak realna, jakbyśmy sobie tego życzyli.

    […]

    • Logos Amicus Says:

      Przyznaję – świetnie napisany tekst, tyle że – moim zdaniem – traktuje on o czymś zupełnie innym, niż ja miałem na myśli pisząc o różnicach między światem realnym a wirtualnym.
      Zwróć uwagę Wojtku, że ja pisałem o tym, że wolę kiedy międzyludzkie relacje spełniają się w tzw. realu, niż kiedy bujają w tej zjawiskowej, złudnej i iluzorycznej „rzeczywistości” wirtualnej. (Oczywiście mam tu na myśli relacje pozytywne, takie jak np. przyjaźń czy miłość).
      Innymi słowy: dla mnie prawdziwa przyjaźń (miłość) w rzeczywistości konkretnej (namacalnej) jest więcej warta, niż przyjaźń (miłość) ograniczona tylko do sfery wirtualnej. A to właśnie ze względu na konkret (i rzeczywistą weryfikowalność) pierwszej oraz iluzoryczność i ulotność drugiej.
      (Naturalnie nie piszę tu o takich przypadkach, kiedy np. młody człowiek znajduje więcej zrozumienia i komfortu w sieci, niż w życiu realnym – bo wtedy wina zwykle leży po stronie środowiska albo też spowodowane to jest innymi specyficznymi warunkami, w jakich się ten człowiek znalazł.)

      Twój tekst traktuje właściwie o coraz bardziej postępującej sztuczności świata, w którym żyjemy – o ersatzach jakimi sami się karmimy, albo jakimi karmią nas. To jednak jest kwestia konkretnej sytuacji (środowiskowej), w jakiej znalazł się współczesny człowiek, a nie problemu o jakim ja piszę.

      Stwierdzasz: „…w obecnej sytuacji krytyka świata wirtualnego przez odwoływanie się do realności świata realnego nie ma sensu, bo o ile świat wirtualny faktycznie istnieje, o tyle świat realny nie jest tym, czym wydaje nam się, że jest.”

      Z filozoficznego punktu widzenia (biorąc pod uwagę możliwości i mechanizmy percepcyjne człowieka) nigdy świat realny nie jest tym, czym nam się wydaje, bo, tak po prawdzie, nasze postrzeganie rzeczywistości – czyli tego co naprawdę JEST – jest zaledwie naszą zmysłową (także umysłową) INTERPRETACJĄ tego co JEST. Innymi słowy, my nie widzimy świata takiego, jaki on rzeczywiście JEST, tylko taki, jak się on nam WYDAJE.
      Ale to są dywagacje filozoficzne, które chyba możemy sobie tu darować.

      The point is: normalny, zdrowy na umyśle, w miarę inteligentny człowiek może odróżnić fikcję od rzeczywistości, sen od jawy, iluzję od prawdy, mit od faktu, złudzenie od konkretu… przynajmniej jeśli chodzi o to, z czym mamy do czynienia na tym poziomie „prozaicznym” – życia naszego powszedniego. I jeśli uciekamy w światy wirtualne, to robimy to celowo i jednak świadomie, bo myślimy, że dadzą one nam coś, czego nie jest nam w stanie dać świat realny.
      Mnie się wydaje, że ten eskapizm więcej przynosi ludziom złego, niż dobrego. Taki ersatz właśnie.

      Uważam, że np. rzeczywisty stosunek z kobietą, która kochamy jest czymś lepszym niż onanizowanie się na jej widok na ekranie komputera; uważam, że fajniej jest pojechać na Hawaje samemu, niż oglądać tylko te Hawaje na obrazkach; uważam, że lepiej jest skosztować jakiś owoc samemu, niż czytać opisy jego smaku w książkach… itd. itp.

      Piszesz też: „…postuluję, aby w sporze „realność” – „wirtualność” pamiętać nie tylko o tym, że wirtualność jest coraz bardziej realna, ale też o tym, że realność już od dawna nie jest tak realna, jakbyśmy sobie tego życzyli.”

      Otóż wg mnie problem polega na tym, że ludzie wcale nie życzą sobie tego, aby realność była realna – i to od dawna.
      Dlatego uciekają od niej w wirtualne światy, (albo właśnie samą realność odrealniając).

      Pozdrawiam

      • Wojciech Walczak Says:

        Jeśli tekst się udał, to dziękuję za inspirację, bo inaczej by nie powstał!

        Zgadzam się też, że ja – wychodząc od Twojej notki – podjąłem trochę inny temat.

        U Ciebie problem jest taki: ta sama miłość i ta sama przyjaźń jest możliwa zarówno w świecie realnym i w świecie wirtualnym, ale świat realny ma swoje niezaprzeczalne walory i o ile to możliwe, lepiej, żeby miłość/przyjaźń odbywała się właśnie w świecie realnym.

        Z kolei w moim tekście stawiam pytanie o to, czy „prawdziwa przyjaźń/miłość” może we współczesnym, realnym świecie być – ze względu na „postęp” społeczno-technologiczny tego świata – w ogóle „prawdziwa”. Lub inaczej: piszę o tym, że nie zastanawiamy się, czy jeszcze dotykamy świata i ludzi, czy już tylko wydaje się nam, że to robimy.

        A to już, jak słusznie zauważasz, jest wejście na grząski grunt filozoficzny.

        Dalej piszesz: The point is: normalny, zdrowy na umyśle, w miarę inteligentny człowiek może odróżnić fikcję od rzeczywistości, sen od jawy, iluzję od prawdy, mit od faktu, złudzenie od konkretu… przynajmniej jeśli chodzi o to, z czym mamy do czynienia na tym poziomie „prozaicznym” – życia naszego powszedniego. I jeśli uciekamy w światy wirtualne, to robimy to celowo i jednak świadomie, bo myślimy, że dadzą nam one coś, czego nie jest nam w stanie dać świat realny.

        I pokazujesz poziom, na którym da się odróżnić realność od wirtualności:

        Uważam, że np. rzeczywisty stosunek z kobietą, która kochamy jest czymś lepszym niż onanizowanie się na jej widok na ekranie komputera; uważam, że fajniej jest pojechać na Hawaje samemu, niż oglądać tylko te Hawaje na obrazkach; uważam, że lepiej jest skosztować jakiś owoc samemu, niż czytać opisy jego smaku w książkach… itd. itp

        I to jest bardzo przejrzyste zdefiniowanie sytuacji.

        A to mącenie, które ja staram się robić, to pytanie o to, czy jeśli na przykład uwzględnimy, że ta nasza ukochana miała zoperowany wzgórek łonowy, żeby był jak u dziecka, bo tak ponoć ładniej, jeśli my ją kochamy, bo ona jest jak z okładki, a dla nas bardzo ważne jest, co na okładkach pokazują, jeśli kochamy się wedle 10 porad seksuologa, do którego poszliśmy po wizycie u psychoanalityka, u którego ratowaliśmy nasz związek, a miłość pojmujemy jako takie coś, co robią wszyscy nasi znajomi no i wypada po prostu, to czy to jeszcze – poza farmakologicznie wspomaganym orgazmem – jest w ogóle prawdziwe?

        I to, co mnie zastanawia, także w kontekście filmu, w kontekście młodego człowieka, nieukształtowanego jeszcze nastolatka, to to, czy taki „normalny, zdrowy na umyśle, w miarę inteligentny człowiek” jest w stanie dostrzec, że jego realny świat, to właśnie taki niby-świat, w którym każdy drobny kawałeczek można wziąć pod światło i powiedzieć „to nie jest prawda”. Wydaje mi się, że nie i że zamiast fałsz tego świata zdemaskować, to on tylko mu się poddaje, pozwala, aby go ten świat uwierał, budził niepokój, nie dawał możliwości poczucia spełnienia. …a stąd już prosta droga do – dającego ukojenie – świata wirtualnego, w którym czujemy się lepiej i sami nawet nie wiemy dlaczego (a ja chcę powiedzieć, że to dlatego, że zaszwankował świat uważany-za-realny).

        Ukłony załączam!

        • Logos Amicus Says:

          „…stawiam pytanie o to, czy „prawdziwa przyjaźń/miłość” może we współczesnym, realnym świecie być – ze względu na „postęp” społeczno-technologiczny tego świata – w ogóle „prawdziwa”. Lub inaczej: piszę o tym, że nie zastanawiamy się, czy jeszcze dotykamy świata i ludzi, czy już tylko wydaje się nam, że to robimy.”

          Na pierwsze pytanie mogę odpowiedzieć: tak, tak przyjaźń/miłość może być prawdziwa.
          A na drugie?
          Cóż, wiele z naszych kontaktów w świecie realnym, jest niestety taka tylko naskórkowa – „ślizgamy” się ledwie po powierzchni tego świata, a spotykani przez nas ludzie są dla nas bardziej jakimiś „chodzącymi” gravatarami, niż istotami z krwi i kości, których egzystencją byśmy się głębiej przejęli.
          (Ale to też jest inny – swoją drogą też wart uwagi – temat. Podobnie jak podjęty przez Ciebie wątek artyfikalizacji naszego współczesnego świata – jego coraz bardziej zaawansowaną sztuczność i karmienie nas w nim różnymi złudami udającymi tylko rzeczywistą wartość i konkret.)

          „I to, co mnie zastanawia, także w kontekście filmu, w kontekście młodego człowieka, nieukształtowanego jeszcze nastolatka, to to, czy taki „normalny, zdrowy na umyśle, w miarę inteligentny człowiek” jest w stanie dostrzec, że jego realny świat, to właśnie taki niby-świat, w którym każdy drobny kawałeczek można wziąć pod światło i powiedzieć „to nie jest prawda”.”

          Nawiązując do filmu i jego bohatera: tak, on właśnie dostrzegł, że jego świat realny jest tak naprawdę niby-światem (brak prawdziwego, głębszego kontaktu/związku z własnymi rodzicami, powierzchowność, złuda i obłuda „przyjaźni” rówieśników…) I dlatego postanowił z tego „realnego” świata uciec w świat wirtualny, w którym – jak mu się wydawało – znajdzie większy komfort, przyjaźń, uczucie…
          Zakończenie filmu mówi zaś jednoznacznie – czy to mu się udało, czy też nie?

          Swoją drogą, cały film jest dostępny w sieci na Youtube:

          Pozdrawiam

        • Wojciech Walczak Says:

          Nawiązując do filmu i jego bohatera: tak, on właśnie dostrzegł, że jego świat realny jest tak naprawdę niby-światem (brak prawdziwego, głębszego kontaktu/związku z własnymi rodzicami, powierzchowność, złuda i obłuda „przyjaźni” rówieśników…) I dlatego postanowił z tego „realnego” świata uciec w świat wirtualny, w którym – jak mu się wydawało – znajdzie większy komfort, przyjaźń, uczucie…
          Zakończenie filmu mówi zaś jednoznacznie – czy to mu się udało, czy też nie?

          Ja nie mam złudzeń co do wirtualnego świata i generalnie nie widzę w nim ratunku.

          Pojawiał się już wątek miłości/seksu, więc do tego nawiążę: z badań socjologicznych wynika, że chłopcy nabywający swoją wiedzę i wyobrażenia o związkach z kobietami z filmów pornograficznych nie potrafią nawiązywać ani relacji uczuciowych, ani seksualnych z prawdziwymi kobietami. W realu na każdym kroku natrafiają na jakieś przedziwne zachowania partnerek: a to się okazuje, że randka nie zaczyna się od seksu, że potrzeby kobiet nie współgrają z potrzebami kobiet z filmów, że kobiety oczekują innego zachowania niż to jakie partner przyswoił sobie z porno filmów, że ta realna kobieta ma zapach itd. itp.

          Takich przykładów można mnożyć, żeby pokazać, że świat wirtualny przynosi mnóstwo negatywnych konsekwencji.

          Tylko – i tutaj mój główny punkt – że nie można krytyki zaczynać od krytyki świata wirtualnego. On jest wtórny. Najpierw trzeba powiedzieć: real jest do kitu i dlatego dzieciaki uciekają do alternatywnego świata. Narzekamy, że uciekają w świat wirtualny? To dajmy im lepszy świat realny. Nie potrafimy? To chociaż pogódźmy się z tym, że wina nie leży po stronie świata wirtualnego, nad którym nie mamy kontroli, tyko, że leży w nas, w rodzinach, w przyjaciołach, w otaczających nas instytucjach, w kulturze itd.

          Pozdrawiam :)

        • Logos Amicus Says:

          To prawda, świat wirtualny sam w sobie nie jest ani zły ani dobry (choć bez wątpienia – jako taki nasz znak czasu – może się nam wydawać fascynujący). Dopiero to, co my (ludzie) z tym światem (w tym świecie) robimy, czyni zeń coś złego lub dobrego.

          Zgadzam się też co do Twojej diagnozy o dość marnej kondycji naszego współczesnego świata.
          Uważam jednak, że lepiej byłoby, gdybyśmy ten świat realny starali się jakoś naprawiać (choć przecież nigdy nie będzie on „działał” doskonale), niż (zamiast tego) uciekali (się) do różnej maści – iluzorycznych przecież w swej istocie – światów wirtualnych.
          (Sorry, jeśli zabrzmiało to zbyt dydaktycznie.)

        • Wojciech Walczak Says:

          Problem chyba jest tu taki, że tak, jak lekarstwem na postęp jest więcej postępu, to jedyne lekarstwo jakie możemy obecnie skonstruować i wprowadzić w życie w omawianej tu kwestii – to lepszy świat wirtualny :)

  14. Katon Najmłodszy Says:

    Film widziałem, ale muszę przyznać szczerze, że mnie nie zachwycił, ani nie rozczarował. A co do dyskusji o świecie „ralnym” (a cóż to jest?) i tym „alternatywnym”, sieciowym, nie macie wrażenie, że nie wypada być sędzią we własnej sprawie?

    Pozdrawiam Gospodarza po dłuższej przerwie! I jego gości.

    • Logos Amicus Says:

      Sędzią może nie, ale adwokatem? ;)

      Zresztą, ja nie uważam, że żyję w tym „alternatywny”, sieciowym świecie.
      W zasadzie nie wchodzę na żadne fora, nie przynależę do żadnego TWA, nie „czatuję”…
      Mój blog jest bardziej odbiciem tego, co robię w świecie „realnym” (no jednak mniej więcej wiadomo co to jest ;) ).
      Nie myślę, że tworzę jakieś wirtualne złudy niewidy, albo że kreuję się tu na kogoś innego, niż jestem w rzeczywistości. (Co nie znaczy, że mam się za kogoś lepszego, niż ci, którzy w tej sieci angażują się bardziej).
      Jednak na pewno spędzam przed ekranem komputera zbyt dużo czasu – pisząc choćby moje teksty czy odpowiadając na komentarze ;)

      Poza tym, kilka z tych osób, które spotkałem w internecie – a na znajomości z którymi mi zależało – poznałem w tzw. „realu”. Dzięki temu uważam te znajomości za bardziej rzeczywiste.

      Sorry za tę rzeczowość :)
      I witam po dłuższej przerwie.

  15. Magda Says:

    Masz rację z tymi wirtualnymi relacjami – mnie osobiście nie satysfakcjonują, jeśli trzymają się jedynie pajęczej sieci słów bez pokrycia – bez kontaktu oka z drugą, żywą źrenicą. Nie da się ukryć jednak, że duże znaczenie ma tu świadomość wirtualności i jeśli takowa istnieje, to w zdystansowanych zauroczeniach blogami (takimi jak ten) nie widzę niebezpieczeństwa – przeciwnie – to wielka wartość także dla mnie – czytając Ciebie serce mi rośnie! Tożsamość czucia i postrzegania.

    Sama zrezygnowałam z dzielenia się słowem. Chyba szukam właściwiej drogi. Najczęściej wyrażałam się przez pryzmat emocji, a od pewnego czasu próbuję ukrócić nieco ich władzę nad moją percepcją – stąd zawieszenie. No i jakaś dziwna niemoc, spadek self-esteem w odniesieniu do własnej wiedzy, intelektu, wartości tego, co mam do przekazania. Dziwny czas, ale widocznie i przez takie momenty trzeba w życiu przejść. Czekam, aż wewnętrzna blokada naturalnie zniknie…
    Wracając do wątku głównego – zawieszony bloger to także zaprzyjaźniony bloger. Serdeczności! :)

    • Logos Amicus Says:

      Warto zauważyć, że wszyscy mamy już taką właściwość, iż światy wirtualne, wyobrażone, wyimaginowane, wymarzone… – czy jak je tam nazwać – mogą nam dostarczyć podobnych przeżyć, uczuć, emocji jak ten świat realny, rzeczywisty. Stąd potęga mitów, opowieści, filmów, literatury a także… takich dziwnych nieco i niezbadanych do końca pól jak blogosfera, tudzież inne internetowe sieci.

      Wg mnie jednak klucz do właściwej taksacji tego fenomenu leży w użytym przeze mnie słowie „podobnych”. Czyli: te uczucia są podobne, ale nigdy takie same, jak w przypadku naszych doświadczeń w świecie (życiu) realnym. Dlatego też, (przynajmniej jeśli chodzi o mnie) nie mogę na nie patrzeć inaczej, jak na pewne namiastki. Innymi słowy, zawsze mam tego świadomość, że to jednak „nie jest to”.
      Co nie znaczy, że do moich znajomości czysto wirtualnych nie podchodzę uważnie, że je lekceważę – że nie mam świadomości tego, iż po drugiej stronie kabla jest jednak żywy i czujący człowiek. Lecz świadomość tego, że jest to mimo wszystko relacja wirtualna, pomaga mi zachować pewien dystans, oszczędzając przy tym ewentualnych rozczarowań.

  16. miziol Says:

    Chyba nie obejrze tego filmu, bo chociaz forma (sadzac po trailerze i komentarzach widzow) rzeczywiscie niezla to temat juz dosc mocno ograny, a poza tym ja lubie ogladac filmy, ktore w jakis sposob dotycza mnie lub moich najblizszych. Ten akurat nie bardzo to kryterium spelnia, chociaz ja sam czasami lubie sie zatopic w „Cywlizacji” Sida Mayersa, na dlugie godziny. Coraz rzadziej zreszta.
    Z drugiej strony, bylem sam swiadkiem czegos w rodzaju przejscia do wirtualnej rzeczywistosci. To znaczy widzialem goscia, ktory tak sie „zagral”, ze nie wychodzil ze swojego pokoju przez kilkanascie tygodni, prawie nie spiac, jedzac przed ekranem monitora (brat go litosciwie dokarmial), nie myjac sie i nie tracac kontaktu wzrokowego z monitorem podczas innych czynnosci fizjologicznych. Skonczylo sie to szpitalem, bo to co ze soba robil bylo absolutnie nieludzkie, a jak sie czlowiek za bardzo probuje oddalic od swojego „jestestwa” to zawsze zle konczy.
    Wielkimi krokami nadchodzi era holografii i w tym bym upatrywal realnego niebezpieczenstwa dla zdrowia psychicznego ludzkosci. Chociaz, kiedy po raz pierwszy uruchamiano kolej parowa to przeciez jednym z glownych zarzutow pod jej adresem bylo to, ze czlowiek nie bedzie w stanie psychicznie wytrzymac takich predkosci :-).

    • Logos Amicus Says:

      „…a poza tym ja lubie ogladac filmy, ktore w jakis sposob dotycza mnie lub moich najblizszych.

      No nie mów miziole, że nie lubiłeś oglądać „Indiany Jonesa” czy „Gwiezdnych wojen” :)

      • miziol Says:

        Chyba nie chcesz powiedziec Amicusie, ze ten film jest z gatunku science fiction wzlednie podrozniczo-awanturniczych :-)

        • Logos Amicus Says:

          A żebyś wiedział, miziole: prawie połowa tego filmu to coś w rodzaju komiksowego science-fiction. Nie brakuje też w nim awantur, a nawet i podróży (ostatniej, zresztą) ;)

  17. miziol Says:

    Aha. A ja myslalem, ze to skrzyzowanie mangi z film noir.

    • Logos Amicus Says:

      Coś w tym jest ;)
      Ten film to w ogóle taka jedna wielka „krzyżówka”, tyle że bardzo jednak oryginalna – a całość zmontowana jest na tyle dobrze, że nie sprawia wrażenie wtórności. I jest w miarę spójna.

  18. Peckinpah Says:

    Szereg pozytywnych recenzji oraz między innymi wyróżnienie filmu Złotą Kaczką w kategorii najlepszy film sprawiły, że postanowiłem w końcu ten film obejrzeć. Nie oglądam zbyt często polskich filmów i dlatego nie powiem, że „Sala samobójców” to najlepszy polski film ostatnich lat, ale bez wątpienia jest to film całkiem niezły, wyróżniający się oryginalnością, w ogóle trudno ten film porównać do czegokolwiek. Podobało mi się przenikanie świata rzeczywistego z wirtualnym, a do tego w ciekawy sposób zostały podjęte uniwersalne problemy współczesnego świata. Jednak nie wszystko mi się w nim podobało, moim zdaniem film jest trochę przeszarżowany, główny bohater zbyt często zachowuje się jak idiota – nienaturalnie, groteskowo, dziwnie (całowanie posągu, napady histerii i płaczu). Żaden z bohaterów nie wzbudzał sympatii, [ S P O I L E R ] więc tragedia w końcówce nie wzbudziła we mnie żadnych emocji.
    Ale po obejrzeniu filmu pozostało sporo pytań i przemyśleń dotyczących otaczającej nas rzeczywistości, więc ogólnie mogę uznać ten film za udany, w dodatku zrealizowany jest z pomysłem i dobrym aktorstwem (szczególnie Agata Kulesza), ale scenariusz, w tym także dialogi pozostawiały wiele do życzenia.

    • Logos Amicus Says:

      „Salę samobójców” zrobił bardzo młody człowiek (Komasa, kiedy ją wymyślał, miał dwadzieścia kilka lat – co może w literaturze jest już wiekiem nieco podeszłym ;) ale w filmie fabularnym to oseskowość). Ja o tym wiedziałem, więc być może wpłynęło to na stępienie nieco mojego krytycyzmu i podziw dla debiutu. I nadal uważam, że Komasa poradził sobie z tym filmem świetnie – zwłaszcza, że łatwo nie było te wszystkie pomysły wyegzekwować, aby to jakoś ze sobą grało. (Być może pomógł mu w tym trochę ojciec – Wiesław Komasa – weteran polskiego aktorstwa i pedagog, którego można było zresztą przez moment w „Sali samobójców” zobaczyć. Ale o tym nic konkretnego nie wiem.)

      Mnie osobiście „przeszarżowanie” filmu nie raziło, podobnie histeryczne (idiotyczne?) momentami zachowanie głównego bohatera (w końcu znalazł się on przecież w sytuacji dla siebie granicznej, tracąc zdrowie psychiczne) – uważam, że pokazanie tego w ten sposób w filmie miało swoje uzasadnienie.

      W końcu, zgadzamy się chyba, że jest to film dobry, może nawet bardzo dobry (choć uznanie go za arcydzieło byłoby już najprawdopodobniej przesadą).

  19. kwark_no1 Says:

    Komasa chciał zrobić film o prawdziwej i wirtualnej rzeczywistości, Hamlecie współczesnej polski, niedostosowaniu emocjonalnym ludzi w epoce „mieć”… chciał zrobić film niesamowicie smutny, a jednocześnie atrakcyjny, jednak niesugerujący wniosku, iż bycie emo jest fajne. W prywatnej wojnie reżysera z własnym talentem padło sporo ofiar – najwięcej uśmiercił chyba subtelny jak wiertarka dydaktyzm filmu. Jednak pole bitwy nadal ciekawie się zwiedza.

  20. „CZARNY CZWARTEK. JANEK WIŚNIEWSKI PADŁ”, „LINCZ”, „BAD GIRLS CELA 77″… « WIZJA LOKALNA Says:

    […] filmie Agnieszki Holland „W ciemności”, wyróżniającym się obrazie Jana Komasy „Sala samobójców”, a także o innych tytułach: „Róża”, „W imieniu diabła”, […]

  21. taka_tam_ Says:

    Czy mogłabym prosić o pojawienie się recenzji filmu ,,Samotny mężczyzna”?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Film ten oglądałem kilka lat temu. Podobał mi się – świetna rola Colina Firtha, a i scenariusz bardzo dobry.
      Ale, by napisać coś więcej o tym filmie, musiałbym go sobie przypomnieć.
      Może więc w przyszłości taka recenzja pojawi się na mojej stronie, kto wie? ;)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s