„RÓŻA”, „W IMIENIU DIABŁA”, „JOANNA”…

… o filmach 23. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. I

Gehenna kobiety z Mazur - odkrywanie kolejnych "białych plam" z naszej niedawnej historii (Agata Kulesza jako "Róża")

*

„RÓŻA” (reż. Wojciech Smarzowski)

** * * * * *

Takiej ilości gwałtów nie widziałem chyba jeszcze w żadnym z obejrzanych przeze mnie dotychczas (w całym moim życiu) filmów, a zebrało się ich przecież sporo. Wiem, że nie jest dobrze rozpoczynać recenzję filmową od takiego zdania, ale cóż… skoro sam reżyser bez litości serwuje nam obraz za obrazem nasycony tak intensywnym okrucieństwem – i to w tak wielkim nagromadzeniu i naturalistycznym natężeniu – to widocznie jego zamiarem było mocne potrząśnięcie widzem. Więc niech się nie dziwi, że ten widz może się poczuć nieco obolały i wyda przy tym jęk. Skądinąd wiem, że Smarzowski przedstawiając swoją „Różę” chciał nam ukazać przede wszystkim „miłość” (sam to wielokrotnie podkreślał). Niestety, nie jestem do końca przekonany o tym, czy ja ową „miłość” w całym tym horrendum odczułem. Byłem bowiem tak przezeń rozbity (przybity), że miłosne akordy, jakie mogły świadczyć o rodzeniu się uczucia między niemiłosiernie pokaleczonymi ludźmi (a zaczęły one wybrzmiewać dopiero pod koniec filmu), wydały mi się zbyt odległe, głuche i niestety uświadomione nam trochę poniewczasie.

Napisawszy to wszystko mogę się teraz zastanowić nad tym, czy reżyser filmu Wojciech Smarzowski jest zdolny do ukazania miłości w jej czystym, lirycznym entourage – bez wchodzenia w groteskę („Wesele”), ponury nadrealizm („Dom zły”) czy też w pełną przemocy rzeczywistość („Róża”). Pewnie tak, bo należy on do tej grupy reżyserów, którzy bardzo elokwentnie i sugestywnie potrafią posługiwać się językiem kina, jak również sprawiają wrażenie, iż są w stanie totalnie zapanować nad filmową materią, mimo że nie podchodzą do niej z jakąś gotową, wynikającą z premedytacji, formułą (tak mi się przynajmniej wydaje, znając predylekcje reżysera do improwizacji). Jednym słowem, Smarzowski jest reżyserem nietuzinkowym, co wykazał kręcąc właśnie „Wesele” i „Dom zły” – jedne z najlepszych polskich filmów ostatniej dekady.
I mimo wszystko „Różę” też można do nich zaliczyć.

Gwałt za gwałtem - mimo uwikłania przemocą Wojciech Smarzowski nadal w zankomitej formie

Gwałt za gwałtem - mimo wikłania się w przemoc, Wojciech Smarzowski nadal w znakomitej formie

Miłość miłością, ale Smarzowskiemu udało się opowiedzieć swą „Różą” o nikczemności czasów tuż powojennych, którą w PRL-u nie tylko programowo przemilczywano, ale i skrzętnie zacierano jej ślady. Zamiast tego mieliśmy westernowy romantyzm ziem odzyskanych („Prawo i pięść”, „Wilcze echa”) czy komediową poczciwość „Samych swoich”. A jeśli już polskie kino decydowało się pokazać krew („Ogniomistrz Kaleń”) to w zawłaszczonych przez polityczną poprawność proporcjach: dobrych naszych i złych obcych – z małymi tylko wyjątkami. Wróg był jasno określony. Nawet jeśli to był wróg klasowy – bo to, że wszyscy Niemcy w mundurach byli wcieleniem Zła, wysysaliśmy już z mlekiem matki, tudzież karmiąc się pop-kulturową rozrywkową papką w rodzaju „Czterech pancernych i psa” czy „Stawki większej niż życie” – serialami skądinąd wspominanymi przez nas ze zrozumiałym i usprawiedliwionym chyba sentymentem. Wiedzieliśmy wprawdzie, że znęcającymi się nad nami bestiami byli także Ukraińcy, ale o niektórych „wrogach” (np. o Mazurach, których spotykamy w „Róży”) to jednak w ogóle nie słyszeliśmy (i tylko czasami przebijał się przez to jakiś – dajmy na to – Kaszub, w postaci choćby Tuskowego dziadka z Wehrmachtu).

„Róża z Mazur” (taki bodajże był roboczy tytuł filmu Smarzowskiego) to historia Mazurki (w tej roli świetna Agata Kulesza), wdowy po żołnierzu Wehrmachtu, która stara się przeżyć na kresowej wsi w swoim wielkim i spustoszonym przez wojnę gospodarstwie, nękana zarówno przez Polaków (Mazurzy, wiadomo, to najwierniejsze ziomki Hitlera, więc trzeba się ich było z polskiej ziemi pozbyć), jak i Sowietów (ci, jak to widać na filmie, gwałcili i zabijali właściwie wszystko co się ruszało – nie wdając się raczej w zbytnie subtelności narodowościowych rozróżnień). Do domu Róży trafia Tadeusz (znakomite wystąpienie Marcina Dorocińskiego)  były członek AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, w którym zabito jego żonę. Między tą dwójką ludzi nawiązuje się (z trudem) coraz bliższa relacja, a nad wszystkim ciąży atmosfera permanentnego zagrożenia (symbolizowanego niejako przez miny, jakich pełno jest na polach Róży), które zbyt często niestety ukonkretnia się w ciągu tragicznych i bolesnych wydarzeń i nieszczęść, jakie tych ludzi nie tyle dotykają, co sukcesywnie dobijają.
Tak, ciężki to film, ale ciężki tym ciężarem, pod którym, nawet jeśli czujemy się nim przytłoczeni, to odnajdujemy jakąś prawdę o życiu, dzięki czemu to doświadczenie ma w sobie pewną katarktyczną moc, dostarczając nam swoistej – być może nawet mającej coś z przewrotności – satysfakcji.

„W IMIENIU DIABŁA” (reż. Barbara Sass)

** * * * * *

Zmaganie się z Bogiem i Szatanem (Katarzyna Zawadzka jako siostra Anna w filmie Barbary Sass "W imieniu diabła")

O tym jak łatwo człowiekowi pomieszać to co boskie z tym co szatańskie, zaświadczyć może szokująca poniekąd konstatacja, że więcej ludzkość wyrządziła sobie zła występując (wedle własnego mniemania) w imieniu Boga, niż (robiąc coś) w imieniu diabła. Tak, jakbyśmy nie do końca jednak dowierzali temu, że Bóg wcale nie potrzebuje naszej pomocy – podobnie, jak tej pomocy nie powinien oczekiwać od nas diabeł. Albo inaczej: tak, jakbyśmy nie za bardzo wierzyli w to, że Bóg rzeczywiście może coś w świecie, (który stworzył) zdziałać; ani w to, że w tym świecie może też mocno namieszać Diabeł.
Tu rodzi się jeszcze jedno pytanie: czy aby nasza skłonność do tego, by to co czynimy wiązać z Bogiem czy Diabłem, nie jest tylko takim metafizycznym pretekstem albo też próbą zrzucenia na jakąś zewnętrzną Moc odpowiedzialności za nasze postępki?

Do tych refleksji sprowokować może film Barbary Sass „W imieniu diabła”, choć przecież, tak naprawdę, to nie zagłębia się on swoją historią w żadną metafizykę. Wchodzi natomiast dość głęboko w to, co dzieje się z człowiekiem poddanym psychicznej manipulacji lub – wyrażając się bardziej dosadnie: praniu mózgu. I nie ważne tu jest pod jakim ideologicznym płaszczem to się odbywa – religijnym, filozoficznym, politycznym… a może sekciarskim? Istotne jest to, jak bardzo może być ten proces destrukcyjny wobec człowieka o słabej – podatnej na wpływy, sugestię i manipulacje – psychice. A podatnymi na to jest jednak wielu ludzi.

Oto widzimy grupę sióstr zakonnych (wśród nich wyróżnia się Anna – rewelacyjnie debiutująca na dużym ekranie Katarzyna Zawadzka), którym przewodzi „matka przełożona”. Ich życie biegnące w murach klasztoru, znaczone modlitwą i codzienną rutyną, z pozoru spokojne i uległe, ale w głębi nękane niepokojem, mającym swoje źródło w ich traumatycznych doświadczeniach z przeszłości, które – dzięki ucieczce do klasztornej celi i poddaniu się rygorom życia zakonnego – próbują one zagłuszyć modlitwą, uwznioślając to wszystko miłością do Chrystusa i Boga.
No właśnie: miłość. Czym jest miłość w duszy i ciele zakonnej siostrzyczki? „W imieniu diabła” głównie tym wydaje się zajmować, czego przedsmak dawała nam już skandalizująca i prowokacyjna niewątpliwie zajawka reklamowa filmu: „każdy centymetr twojej skóry poczuje Chrystusa”, co przywołało do mojej świadomości skojarzenia choćby ze „Ekstazą Św. Teresy”, słynną rzeźbą Berniniego ukazującą zakonnicę w dwuznacznej pozie i wcale już jednoznacznym grymasem na twarzy, który jako żywo przypominał zmysłowy kobiecy orgazm. Bo czyż w mistycznym uniesieniu upojnego zjednoczenia się z bóstwem nie biorą udziału te same hormony (oraz mięśnie i ścięgna), które rozpalają i targają kobietą podczas jej stosunku seksualnego z mężczyzną-kochankiem?

Gdzie leży granica między religijną ekstazą a seksualnym ekscesem?

Wobec tego zapytać można cicho i delikatnie: gdzie w takim razie leży granica między religijną ekstazą a seksualnym ekscesem? Czy dawne kulty bachiczne nie były pod tym względem bardziej szczere i mniej zakłamane, zrównując ze sobą religijny kult i dosadny erotyzm? Czy może działo się tak dlatego, że wówczas było w nas więcej zwierza, niż kulturalnego człowieka? W każdym razie obecnie, nam – wyznawcom dekalogowej etyki – nie wypada już tego robić, więc zmuszeni jesteśmy separować erotyczne profanum od rozmodlonego sacrum, a zmysłowego Diabła-pokusiciela od duchowego Chrystusa-zbawcy (w końcu, w moralności Ojców Kościoła, wstrzemięźliwy i ezoteryczny Platon wygrał z hedonistycznym i bardziej konkretnym Epikurem… o czym zwłaszcza Św. Augustyn mógłby wiele powiedzieć).

Myślę, że mimo wszystko Barbara Sass uniknęła czarno-białego stygmatyzowania swoich postaci – bo i szalona a zarazem despotyczna siostra przełożona ma w sobie dość wyraźny tragiczny rys, a i ojciec Franciszek, który egzorcyzmuje siostry zakonne (zaznaczmy tutaj, że w większości są to piękne kobiety) nie jest wyłącznie podstępnym czarcim samcem dyszącym tylko po to, by zawładnąć młodym ciałem zakonnic (naturalnie w imię Chrystusa). Oboje są opętani, zniewoleni swoją obsesją – oboje stracili zupełnie kontakt z rzeczywistością, ale wydają się być jednak uczciwi w swojej wierze w to, iż wszystko to czynią by osiągnąć jakiś wyższy – metafizyczny i boski – cel.

Barbara Sass podkreślała przed premierą filmu, że – sama będąc katoliczką – nie występuje w nim przeciw kościołowi. I ja jestem gotów jej w to uwierzyć, bo nie widzę w tym obrazie wrogości wobec katolicyzmu, ani nie wyczuwam żadnej anty-klerykalnej histerii, której nie może się dziś oprzeć wielu tzw. „liberałów”, czy też wojujących ateistów. Dostrzegam natomiast wysiłek dotarcia do źródeł religijnego fanatyzmu, próbę nazwania i odseparowania budującej i wzbogacającej człowieka religijności od destrukcyjnego szaleństwa, które tego człowieka tłamsi, upodla i w końcu niszczy. Myślę, że pani Sass – weterance polskiego kina (jest to jej pierwszy od 12 lat film!) – to się w dużej mierze udało. I choć „W imieniu diabła” nie ma nośności, ciężaru ani artystycznej klasy pamiętnej „Matki Joanny od Aniołów” Kawalerowicza, to jednak okazuje się być dość wartościowym i potrzebnym dzisiaj głosem w debacie nad naszą narodową – rozmodloną, choć często też i pogubioną – katolicką psyche.

„JOANNA” (reż. Feliks Falk)

** * * * * *

Dobrze opowiedziana, sprawnie zrealizowana filmowo, świetnie zagrana (zwłaszcza przez odtwarzającą tytułową rolę Urszulę Grabowską) historia kobiety – młodej Polki, która podczas hitlerowskiej okupacji, ukrywa w swoim krakowskim mieszkaniu żydowską dziewczynkę.
Wygląda na to, że temat II wojny światowej, tudzież ówczesnych relacji polsko-żydowskich jest niewyczerpany, jednak twórca „Joanny” Feliks Falk – jak wynikało to ze spotkania z reżyserem po projekcji filmu w Chicago – zastrzega się, że jego obraz należy przede wszystkim odbierać w aspekcie uniwersalnym, jako portret człowieka, który zmuszony jest dokonywać (zwykle dramatycznych) wyborów w sytuacjach skrajnych, w tym i takich, które decydują, nie tylko o jego „honorze”, godności i „człowieczeństwie”, ale przede wszystkim o jego życiu i śmierci. Jest w tym oczywiście coś z wyniosłości antycznej tragedii, ale sprowadzone na ziemię zwykłych śmiertelników, ukazuje człowieka w całym jego pełnym wymiarze – zarówno jako istotę ułomną, słabą, chwiejną, małą…  jak i heroiczną, twardą, solidną i wielką. I myślę, że Falk, który nota bene jest również autorem scenariusza „Joanny”, zdołał raczej temu podołać.

Walka o przetrwanie w czasach zarazy

Skąd jednak bierze się to „raczej”?
Z drobnych (?) właściwie elementów. Takich np. jak wątpliwość co do fortunności wyboru małej Sary odtwarzającej rolę żydowskiej dziewczynki (urocze i piękne dziecko, ale pozbawione chyba aktorskiego talentu); obcesowości odrzucenia Joanny przez własną rodzinę (tu rodzi się podejrzenie, iż zabieg ten miał jedynie wzmocnić martyrologiczny wymiar bohaterki i niejako ją w tym wszystkim „dobić”); pewne „przedramatyzowanie” cierpienia Joanny (które niewątpliwie było wielkie, tyle że wyłożone na ekran zbyt dosłownie i z niejakim ekshibicjonistycznym ekscesem), czy wreszcie dość nachalny chyba jednak patos zakończenia.

Jednak rzeczywiście losem Joanny widz wrażliwy mógł się tylko przejąć i tradycyjny sposób reżyserii Falka, (który oprócz tego, że jest artystą, to jest także zarazem sprawnym rzemieślnikiem kina) był w stanie wydatnie się do tego przyczynić. Chociaż z drugiej strony wystawia to film na zarzut anachronizmu ze strony tych, którym bliższy jest jednak nowoczesny, bardziej dynamiczny i swobodniejszy formalnie sposób robienia współczesnego kina. Ale to chyba bardziej kwestia stylistycznych preferencji, które sprawiają, że to co inni uważają za zaletę, inni mogą uznać za wadę.

Jest jeszcze sprawa tego (podkreślonego przez Falka) „uniwersalizmu”. Ja osobiście wątpię, czy kiedykolwiek (w najbliższym przynajmniej czasie) będziemy mogli (mam tu na myśli tzw. przeciętnego widza) odbierać uniwersalnie coś, co nawiązuje do tak wyjątkowego wydarzenia w naszej niedawnej historii, jakimi były Holocaust i niemiecka okupacja. Uważam, że niezwykle trudno jest wyjąć podobną opowieść z takiego jej historycznego kontekstu, choćby dlatego, że przecież na nim zasadza się jej istota i dramaturgiczne jądro. Wcale się więc reakcji tych widzów, (którzy w tego typu filmach dostrzegają pewne konkretne odniesienie się do relacji polsko-żydowskich tamtego okresu) nie dziwię, choć rzeczywiście sam oglądałem film tak, jak chciał tego reżyser: jako uniwersalną przypowieść o mierzeniu się człowieka z przewrotnością, niesprawiedliwością i okrucieństwem z jakim doświadcza go często bezlitosny los.

Reklamy

komentarze 33 to “„RÓŻA”, „W IMIENIU DIABŁA”, „JOANNA”…”

  1. Deus ex Machina Says:

    „RÓŻA”:

    „W IMIENIU DIABŁA”:

    „JOANNA”

  2. sarna Says:

    „Różyczka”, „Róża” – widać nie ma „prawdziwej” róży bez kolców.

    Dziwne, jak obecnie, od chwili kręcenia scen ma szybko miejsce premiera filmu. Jeszcze niedawno ekipa filmowa dezorganizowała życie mojej mieściny, a już produkt finalny w sprzedaży:)

    • Logos Amicus Says:

      „Róża” jest już gotowa od ładnych paru miesięcy. Pokazywana była na kilku festiwalach – m. in. we wrześniu w Gdyni (gdzie Dorociński dostał Złote Lwy, a Smarzowski nagrodę dziennikarzy) oraz w październiku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Warszawie (Grand Prix w konkursie głównym).
      W polskich kinach ma się ukazać w styczniu 2012.

      • sarna Says:

        Widocznie „ładnych parę miesięcy” jest pojęciem względnym, bo ja mam uczucie, że to zaledwie chwila temu. Tak jak mam wrażenie, że zaledwie chwilę temu ekipa filmu „Wenecja” dezorganizowała nam życie, a przecież to już kilkanaście miesięcy. Uczucie „dziwności” tempa upływu czasu między zdjęciami, a wejściem filmu do obiegu towarzyszy mi od kiedy zaczęłam się w realu zderzać na ulicy z ekipami filmowymi. Nie wiem skąd, ale tkwiło we mnie przekonanie, że nakręcenie filmu to długi, czasochłonny proces, a tu np. jeszcze w sierpniu br inna ekipa z Fronczewskim i Dereszowską kręciła film o jakichś mnichach, a reżyser zapowiadał jego emisję w telewizji już we wrześniu. Co prawda nie dotrzymał terminu, ale sam fakt tempa realizacji filmu nadal mnie lekko szokuje.

        • Logos Amicus Says:

          Wygląda na to, że Twoje miasteczko jest bardzo fotogeniczne, skoro rozbijają się o nie ekipy realizacyjne tak wielu filmów i to filmów różniących się od siebie dość znacznie.

          Każdy dzień zdjęciowy to dla producenta filmu spory wydatek finansowy, więc każdy (kto jest odpowiedzialny za koszta) dwoi się i troi, aby kręcenie trwało jak najkrócej.

          Ale, ale… przecież „Różę” musiano już zacząć filmować co najmniej ostatniej zimy (bo akcja filmu rozgrywa się głównie o tej porze roku). Wiec realizacja trwała na pewno więcej, niż te kilka miesięcy.

          PS. A ten film z Fronczewskim i o mnichach… to co to za film? Nic o nim do tej pory nie słyszałem.

        • sarna Says:

          :) z tą fotegenicznością to gruba przesada, ale jak sam wiesz, interesujący człowiek wszędzie dostrzeże coś interesującego. Może akurat reżyser odnalazł tu klimat architektoniczny, który pasował do jego koncepcji . To miasteczko ma ładną, ale zaniedbaną architekturę więc być może oszczędził na scenografii. W życiu trade-of jest raczej normą. Zyskał coś reżyser, w zamian zyskało też coś z tej współpracy miasteczko. Ważne jest by umieć niepowodzenia przekuwać na zwycięstwo i potrafić wyciągać wnioski. Po Twoim poście rozmawiałam z kolegą, który gościł ekipę u siebie przez czas robienia zdjęć i opowiedział mi może śmieszną, a może żenującą historię kręcenia sceny gwałtu, kiedy to zaklejono wszystkie okna w kamienicy przed wścibskimi lokatorami, a i tak nie obyło się bez nieprzyjemnej scysji. Jak kiedyś spotkasz reżysera ( a pewnie spotkasz) to może sam Ci o tym opowie.

          Film z Fronczewskim miał chyba tytuł „siła wyższa”, ale skoro Róża z Mazur została skrócona do Róży, to nie nie wiadomo jaka będzie ostateczna wersja tytułu filmu z mnichami

        • sarna Says:

          Podokuczam Ci jeszcze;)
          „W imieniu diabła” Barbary Sass również gościło z kręceniem w moim miasteczku.

          dobrej nocy

        • Logos Amicus Says:

          Dzień dobry! :)
          Jak mi jeszcze napiszesz, że w Twoim mieście kręcono „Lincz”, to… zacznę coś podejrzewać ;)
          Jak widzę: your town is a movie star!

        • sarna Says:

          Zarówno „Lincz” jak i „Dom nad rozlewiskiem” kręcono „kole mego płota”, ale o tym miasteczku trudno mówić w Twojej kategorii gwiazd. Jedna z koleżanek ma zdrowy osąd rzeczywistości. Zwykła np. mawiać, że kobieta, która która kręci filmy w Hollywood i ma kilkoro dzieci, a każde z innym panem to GWIAZDA. U nas, wystarczy mieć jedno dziecko z panem, któremu się nie ślubowało i nazywają ja jakoś na K.

  3. Onibe Says:

    do recenzji „W imieniu diabła” wkradł się drobny błąd. W akapicie:

    „Myślę, że mimo wszystko Barbara Sass uniknęła czarno-białego stygmatyzowania swoich postaci – bo i szalona a zarazem despotyczna siostra przełożona ma w sobie dość wyraźny tragiczny tragiczny” ostatnie dwa wyrazy są powtórzone, chyba chciałeś napisać coś innego.

    oceniając dobór filmów… dominują klimaty pośrednio powiązane z drugą wojną światową. Ta wprawdzie nie gra pierwszych skrzypiec, ale posłużyła jako wygodne, dobrze znane tło do opowiedzenia kilku bardo różnych historii. Czyżby trend rósł w siłę?

    • Logos Amicus Says:

      Chciałem chyba napisać „rys”. (Już poprawiłem – dziękuję za zwrócenie mi na to uwagi.)

      Dobór filmów w tym wpisie jest dość przypadkowy. W sumie udało mi się w ciągu 2 i pół tygodnia trwania Festiwalu obejrzeć kilkanaście filmów. O każdym z nich będę chciał tutaj wspomnieć.

      Czy trend kręcenia filmów nawiązujących do II wojny światowej rośnie w siłę?
      Nie wiem, czy można tu mówić o trendzie, ale faktem jest, że wiele polskich filmów ostatniego czasu nawiązuje do gwałtownych wydarzeń z niedawnej historii naszego kraju (wśród nich wyróżnia się „Czarny czwartek” Antoniego Krauzego).

      • Torlin Says:

        Tylko skończy się to wszystko jak z Katyniem. Przez wiele lat nie wolno było pisać na ten temat (ale kto chciał, to wiedział), po 1989 roku nastąpiła taka inflacja wydawnictw, że ludzie po chwili mieli dość tego tematu. Tu będzie podobnie, tak jak wielu ludzi nie może już oglądać filmów na tematy żydowskie podczas II W.Ś. Przegrzanie materiału.

        • Logos Amicus Says:

          Torlinie, jeśli film jest dobry, to „przegrzanie materiału” nie powinno mieć tu nic do rzeczy. Może się ono liczyć w powszechnym odbiorze filmu (bo tu grają jednak rolę koniunktura ewentualnie jej brak, „zmęczenie materiału” wałkowanego przez wszystkich i wszędzie, usilne upolitycznianie, czy też jakaś społeczna dydaktyka… etc), ale przecież nie powinno mieć to wpływu na wartość (artystyczną) samego filmu i jego ocenę z punktu widzenia sztuki kina.

  4. tamaryszek Says:

    Nie mam wiele do powiedzenia, bo nie widziałam żadnego z tych filmów. Filmy Falka i Sass ominęłam świadomie. Co nie znaczy, że się ich zastrzegam – na przykład w tej chwili wolałabym jednak je znać, by mieć własne rozeznanie. Ale swego czasu przegrały walkę z konkurencją. „Róża” będzie na polskich ekranach dopiero w lutym. A czekam bardzo. Primo, secundo, tertio (w dowolnej kolejności): Kulesza, Dorociński, Smarzowski. Wiem z drugiej ręki (były seanse w Warszawie, na festiwalu), a Ty to potwierdzasz, że mocne kino, bolące i sięgające „do trzewi”.
    Polskie kino…, co to czasami wybija się na uniwersalność, czasami ucieka w hermetyczność. Nie wiadomo, co lepsze. Chyba jednak częściej triumfują te obrazy, które wyrastały ze swoich korzeni, żadnych uniwersalnych chwytów nie stosując. Uogólniać nie ma co, myślę tak sobie, bo piszę w przerwie między seansami polskich filmów (seminarium filmowe). Oglądam (z licealistami) stare obrazy. I raz po raz zachwycają. „Ziemia obiecana”, „Brzezina” – te zwłaszcza.

    Ale to ująłeś: [o Smarzowskim] „bardzo elokwentnie i sugestywnie potrafi posługiwać się językiem kina…”
    Ciekawe treści to z sobą niesie. Elokwentnie posługiwać się językiem kina. Wybieram sobie takie rozumienie, że chodzi o to, iż opowiada za pomocą płynnej, szerokiej, wieloznacznej mowy filmu, a więc stosując co tylko się da z filmowego warsztatu, by wyrazić swą myśl.

    Czyli, że będą liczne kolejne filmowe odcinki, tak? Serial festiwalowy. :)

    • Logos Amicus Says:

      „Różę” wypada obejrzeć, choć jest to film okrutny i bezlitosny. A jednocześnie po mistrzowsku zrealizowany i zapadający w człowieka głęboko. Można się nieco zżymać na niezwykłe nagromadzenie w nim przemocy (mamy już serdecznie dość, patrząc na kolejny gwałt na Kuleszy – o zbiorowym gwałcie sowieckiej tłuszczy sołdackiej na kilkunastu mazurskich kobietach nie wspominając), to chyba jednak Smarzowski wiedział co robi, dając nam tymi obrazami po głowie.
      Tylko, że jeśli mówi on przy tym, że zależało mu głównie na ukazanie w tym filmie miłości, to moim zdaniem owa miłość została przez cały ten horror zupełnie przybita i przytłoczona.
      Wobec tego co napisałem, zachęcanie do obejrzenia tego filmu może wyglądać an jakiś odruch sado-masochistyczny, ale dla kogoś, kto się filmem bliżej interesuje, jest to wg mnie pozycja obowiązkowa.

      Słuszna uwaga o tym, że kino polskie chcąc się wybić na uniwersalność, czasami ucieka w hermetyczność (bo zakłada, że to co nam wydaje się oczywiste, będzie też takie dla innych – spoza naszego kręgu kulturowo-historycznego).
      Podobno właśnie „Róża” Smarzowskiego przegrała w wyścigu po nagrody na FF w Gdyni z „Essential Killing” Skolimowskiego, bo międzynarodowe jury nie mogło się połapać w tych wszystkich zawiłościach tuż-po-wojennej polskiej rzeczywistości ukazanej w „Róży” (z Mazur).

      Ja trochę podpadłem Feliksowi Falkowi na spotkaniu, jakie po projekcji jego „Joanny” odbyło się z widownią chicagowskiego Festiwalu, bo zwróciłem właśnie uwagę na to, iż nie można się dziwić, że skoro akcję filmu umieszcza się w pewnym konkretnym momencie historycznym, to widz – chcąc nie chcąc – odnosi to co widzi właśnie do historycznego kontekstu i panujących wówczas (dziejowych, epokowych, społecznych) uwarunkowań. A jeśli twórca naciska mimo wszystko przy tym, aby jego dzieło odebrać uniwersalnie, to – albo ma zawyżone nieco pretensje i oczekiwania, albo też (asekuracyjnie dość) chce uniknąć wchodzenia na grząskie pole narodowych kontrowersji (jak np. w sprawach polsko-żydowskich). Na co Falk się obruszył, zanim nawet zdążyłem mu powiedzieć, że ja mimo wszystko jego film odbierałem tak, jak by on sobie tego życzył – czyli jako obraz o wymowie uniwersalnej, ukazującego zachowanie kobiety, która znalazła się w pewnej ekstremalnej dla siebie sytuacji, która wymagała od niej dokonywania dramatycznych wyborów.

  5. Elektra Says:

    Skrajny naturalizm „Róży” to nie jest realizm. To tylko styl filmowy. Ukazanie, że świat to nic tylko padół brzydoty i gnoju nie sprawia, że przez to ten film jest od razu prawdziwy i oddaje rzeczywistość. Reżyser sądzi, że jeśli przedstawi wszystko w tak czarny, pesymistyczny, dołujący, naturalistyczny sposób, to będzie to od razu wielka prawda o życiu i głęboka sztuka. Sorry, ale życie tak nie wygląda. Nawet w najgorszych czasach życie nie jest tak jednowymiarowe.

    • Logos Amicus Says:

      Tak, ale reżyser zawsze dokonuje pewnej syntezy rzeczywistości (niejako ją kondensuje), tworzy swój własny filmowy świat, by uzyskać pewien konkretny efekt na widzu – a tym samym ukazać mu pewne aspekty realnego świata. Nigdy naturalizm filmu nie będzie realizmem – nigdy bowiem (nawet tak jest w przypadku dokumentu, czy cinema verite) świat filmowy nie jest tożsamy ze światem realnym.
      To prawda, że nawet w najgorszych czasach życie nie jest jednowymiarowe, ale np. czasy, w których umieścił swój film Smarzowski, pełne były okrucieństw, jakie ukazał nam on na ekranie (takie były fakty). I właśnie przez nagromadzenie ich w filmie, reżyser chciał moim zdaniem uzyskać zamierzony efekt: uświadomić nam jedną z prawd o tamtych czasach (a tym samym i o życiu).

  6. Marcus Says:

    Całą „Joannę” można zobaczyć na Youtube:

    Pozdrawiam

  7. Ewa Says:

    A ja tam lubię jak objaśniasz „nam” świat, przy pomocy filmów choćby. I podoba mi się ten świat, mimo że połowa z niego jest FUJ, FUJ.
    Bo za to ta druga połowa… Więc sobie czytam z ciekawością i przyjemnością, nawet gdy nie widziałam i nie zobaczę tego o czym piszesz.
    Ja to mam fajnie, nie?

    • Logos Amicus Says:

      Pewnie, że fajnie :)

      Tak się przymierzam żeby wreszcie zabrać się ze tę „drugą (lepszą) połowę” (świata, naturalnie), ale to jakby trochę trudne w naszych czasach – a zwłaszcza jak się ogląda najlepsze filmy współczesnego kina.
      Mimo wszystko lepiej ten gorszy świat przeżywać w kinie, niż w rzeczywistości.

      Pozdrawiam

  8. betty-blue Says:

    poniekąd się zgadzam Logosie, że gorszy świat lepiej nam oglądać w kinie, bo i wyjść z niego można kiedy nam się tylko zechce. Natomiast mój znajomy ma inną koncepcję na kino – lepiej w kinie zobaczyć to lepsze życie, weselsze, bogatsze, bo prozy codziennej mam dość! I może dobry to pomysł Logosie, by opisać tę lepszą połowę świata, no może czasami przetykać ją czymś „złym” (bo jak ktoś wspomniał nic nie jest jednowymiarowe, tym bardziej życie)… A swoją drogą, jakże dużo nam daje do myślenia, działania również coś, co nami nieźle potrząśnie.
    pozdrawiam:)

    • Logos Amicus Says:

      No pewnie, że przyjemniej jest zobaczyć to lepsze, weselsze, bogatsze życie/świat – nawet w kinie ;)
      Szkopuł w tym, że (nie wiem, może to tylko takie moje subiektywne odczucie), takie nam ostatnio czasy nastały, że zewsząd wręcz osaczają nas teraz obrazy świata – te gorsze, smutniejsze, nędzniejsze…
      Mówisz, że dobry to pomysł, aby opisywać tą lepszą połowę świata? (No właśnie, można się przy tym zapytać: czy rzeczywiście świat dzieli się równo na złą i dobrą połowę? ;) )
      Niemniej jednak, ja również uważam, że jest to dobry pomysł.
      Postaram się… zobaczymy co z tego wyjdzie ;)

      Na razie jest o polskich filmach, które obejrzałem na ostatnim Festiwalu w Chicago. I tak się jakoś złożyło, że zdecydowana większość z tych krajowych obrazów ukazuję tą gorszą, ciemniejszą stronę świata. Czyżby to był więc jakiś ogólny trend? Choć niemal w każdym filmie, na całym tym pesymistycznym tle – prześwitywał jakiś promyk, ukazywano coś w rodzaju nadziei (może dlatego, żeby jednak ludzi tak do końca nie dołować? ;) )
      Chciałem obejrzeć np. jakąś komedię. Ale to doprawdy trudno. Bo jak już była komedia – to bardziej z nazwy. I za bardzo nie było na niej do śmiechu – chyba że z żenady.

      PS. I może jeszcze coś na koniec: ja raczej nie uciekam od uświadomienia sobie tego zła, które w świecie niewątpliwie jest. Nie chciałbym się zamykać w jakiejś cieplarni, czy też wieży z kości słoniowej – tudzież za każdym razem, kiedy coś mi/nam grozi, chować głowę w piasek.
      Jak zachować w tym wszystkim optymizm?
      Oto jest pytanie!

  9. betty-blue Says:

    raz jeszcze……:)
    optymizm owszem, tak na przekór temu wszystkiemu, tylko nie pytaj jak ten optymizm uzewnętrznić? Powiem tak, pracuję nad tym dnia każdego powszedniego. Najprościej – i to moja dewiza, nie znam lepszej (a poproszę o jakąś alternatywę)- uśmiech.
    Logosie, nieco przekornie zapytałam o tę lepszą stronę w kinie, ale do czegoś się przyznam po cichu. Niestety, zawsze, no prawie zawsze wybieram kino „trudniejsze i brudniejsze”. Co pod tym się kryje, tego nie będę objaśniać, bo raczej jest to jasne. Dziwnym jest fakt, że jakoś na dobrą komedię nie mogę trafić. (czy mój humor się wypaczył, czego potrzebuję zatem, by coś mnie dobrze uhahało??). Może zróbmy ranking dobrych komedii. Tylko tu znów nasuwa się pytanie, czymże jest dobra komedia? A to już pozostawiam pozostałym forumowiczom….
    z pozdrowieniami i uśmiechem….

    • Logos Amicus Says:

      Oczywiście na mnie też większe wrażenie robiło zawsze to kino „trudniejsze i brudniejsze”. Ale z drugiej strony uwielbiałem też dobre komedie.
      Teraz mi jednak tego komediowego kina brakuje. I do końca nie wiem, gdzie leży przyczyna – we mnie, czy też w braku poczucia humoru we współczesnym kinie?
      Chyba jednak to drugie, bo teraz naprawdę dobrej komedii na ekranie – to ze świecą szukać.

  10. Peckinpah Says:

    Co do „Róży” to myślę, że będę miał z tym filmem ten sam problem co z „Weselem” tegoż samego reżysera. Uważam, że „Wesele” to film bardzo dobry, ale gdy próbowałem go obejrzeć po raz drugi to już mnie denerwował. „Róża” ze względu na nagromadzenie scen przemocy i gwałtów także jest raczej do jednokrotnego obejrzenia. Czy aby na pewno te „momenty” były w tym filmie potrzebne? Takie stare klasyki jak „Matka i córka” (1960) oraz „Rocco i jego bracia” (1960) zawierały tylko jedną scenę gwałtu, a mimo to zapadły mi głęboko w pamięć. Mam więc wątpliwości, czy Smarzowski postąpił słusznie, nadmiar przemocy tylko odwraca uwagę widza od tego co w filmie najważniejsze (scenariusz, fabuła, bohaterowie).

    • Logos Amicus Says:

      No to rzeczywiście możesz mieć z „Różą” problem.
      Według mnie jednak to nagromadzenie przez niego przemocy na ekranie miało swój sens – i jakby wpisywało się w rodzaj języka filmowego, jakim postanowił posłużyć się reżyser, by opowiedzieć nam tę tragiczną przecież historię.

      Również i mnie często irytuje przemoc ukazywana w kinie tylko dla samej przemocy (Tarantino), ale z drugiej strony uznaję zasadność tej przemocy w filmach np. Martina Scorsesego, Olivera Stone’a, Kubricka, Peckinpaha ;), Coppoli… etc.

      • Peckinpah Says:

        Moim zdaniem Kubrick przesadził w „Mechanicznej pomarańczy”, ale u Tarantino przemoc mnie nie irytuje, nie jest aż tak szokująca jak mogłaby być, np. w „Pulp Fiction” scena homoseksualnego gwałtu nie jest tak drastycznie pokazana jak u Johna Boormana w „Deliverance” (mimo tej mocnej sceny uważam, że „Deliverance” to znakomity film), z kolei Sam Peckinpah w „Nędznych psach” świetnie pokazał zezwierzęcenie istoty ludzkiej i scena gwałtu jest tu w pełni uzasadniona.

        „Różę” chciałbym obejrzeć, bo zupełnie sobie nie wyobrażam jak można pokazać miłość za pomocą przemocy i gwałtów zamiast liryzmu (zresztą w swoim tekście napisałeś miłość w cudzysłowie, co sugeruje, że tu może chodzi jednak o coś innego).

        • Logos Amicus Says:

          Przemoc w kinie może być szokująca – pod warunkiem, że jej ukazanie ma swoje uzasadnienie a klasa reżysera zapewnia jego filmowi wysoką rangę artystyczną. Tarantino jest bardzo utalentowanym reżyserem, ale przemoc w jego filmach mnie mierzi, bo jest taka… – wiem, że się tu powtarzam – szpanerska. Ona mnie nie szokuje, ona wydaje mi się po prostu… – tak, to jest chyba najwłaściwsze słowo – głupia.

          A wracając do „Róży”.
          Wydaje mi się, że ta miłość między dwojgiem głównych bohaterów filmu jest – przynajmniej w scenariuszu ;)
          Ja jej w kinie nie odebrałem, bo przytłoczyły mnie spadające na mnie z ekranu liczne obrazy gwałtu i przemocy (ale zdaję sobie sprawę z tego, że jest to moje subiektywne odczucie i ktoś innym może to odebrać inaczej).
          Nawet jeśli Smarzowski rzeczywiście chciał nam ukazać przede wszystkim miłość, to jednak to, co widzimy na ekranie może świadczyć o tym, że jednak – przy samej realizacji filmu – bardziej go kręciła czysta przemoc, niż owa (deklarowana przez niego) miłość.

  11. „CZARNY CZWARTEK. JANEK WIŚNIEWSKI PADŁ”, „LINCZ”, „BAD GIRLS CELA 77″… « WIZJA LOKALNA Says:

    […] się obrazie Jana Komasy „Sala samobójców”, a także o innych tytułach: „Róża”, „W imieniu diabła”, „Joanna”, „Trzy minuty”, „Mój biegun”, „Ki”, „Maraton […]

  12. tamaryszek Says:

    Obejrzałam dziś „Różę”. Tego się w ogóle nie da skomentować. Jeszcze mi mało reanimacji, jeszcze się nie całkiem pozbierałam. Boli ten film. Nie tylko gwałty, cała plugawość, jej stężenie. I ludzie w stanie degrengolady.

    Chyba już bym chciała wybrać się do kina, nie wiedząc prawie nic o tym, na co idę. A tu w repertuarze same filmy oscarowe lub z innego powodu głośne. Na „Różę” szłam z lękiem. Po otwierającym film gwałcie miałam ochotę modlić się, by jednak nie bylo więcej, bo coś kojarzyłam, że jednak będzie.

    Ale piszę, by jednak potwierdzić, że dla mnie to był film o miłości. Dziwne, jeszcze tego nie umiem ładnie w słowa ubrać, ale tak.
    Tylko że to nie jest historia miłosna, przy której można się ogrzać. Opowieści o miłości raczej sprzyjają jeśli nie utożsamieniu się, to otwarciu na doświadczenia tych, którzy jej doznają. Tutaj jest tyle bólu, że stoję zmrożona z boku.
    Ale jeśli nie miłość, to co sprawia, że on przy niej w ten sposób jest, że ona oprócz otępienia znajduje w sobie czułość?
    Miłość, ale nie uniesienie, namiętność, błogość. Taka inna ta miłość. Ale zostałabym przy tym słowie, bo to coś, co otwiera i przemienia.

    • Logos Amicus Says:

      Tak jak napisałem w swojej notce o filmie, dla mnie był to przede wszystkim film o przemocy i brutalności świata w czasach rozprzężenia, rozbestwienia i ogólnej zarazy. Nic na to nie poradzę, ale ja w filmie Smarzowskiego żadnej miłości nie zobaczyłem. Nie wierzyłem, że tak skopani, poranieni, zabrudzeni i okaleczeni ludzie mogą się jeszcze pokochać miłością czystą i duchową – a sposób w jaki Smarzowski ukazał przypadki swoich bohaterów, tylko tę moją wiarę ugruntował (może nawet wcześniej ją wzbudził).
      Ale być może to z moim odbiorem filmu jest coś nie w porządku, bo oto np. czytam w ostatniej „Polityce” jak Pietrasik opisuje scenę, w której Dorociński i Kulesza siedzą w półmroku przy zapalonej świeczce i patrzą sobie w oczy. I że jest tam tkliwość i czułość. Ale ja tej sceny w ogóle nie pamiętam. A nie pamiętam pewnie dlatego, że nie współgrała ona z moim przeżyciem (odczuciem) filmu – po prostu w tę czułą miłość tych dwojga ludzi nie uwierzyłem.

      PS. To prawda, na ekranach kin dużo teraz filmów, które wypada (z pewnych względów) zobaczyć. Dlatego sporo chodzę ostatnio do kina i sporo o filmach piszę. Niedawno np. udało mi się obejrzeć „Rozstanie”.
      A dzisiaj zobaczyłem Twój nowy wpis o „Idach marcowych”. Mnie jakoś ten film umknął, kiedy był jeszcze w kinach, ale dzisiaj go sobie wypożyczyłem i za chwilę obejrzę – Ty mnie poniekąd do tego zmobilizowałaś ;)
      Mam nadzieję, że wymienimy się uwagami na jego temat – i nie tylko… :)
      Pozdrawiam

  13. babka filmowa Says:

    Elektra napisała:
    „Skrajny naturalizm „Róży” to nie jest realizm. To tylko styl filmowy. Ukazanie, że świat to nic tylko padół brzydoty i gnoju nie sprawia, że przez to ten film jest od razu prawdziwy i oddaje rzeczywistość. Reżyser sądzi, że jeśli przedstawi wszystko w tak czarny, pesymistyczny, dołujący, naturalistyczny sposób, to będzie to od razu wielka prawda o życiu i głęboka sztuka. Sorry, ale życie tak nie wygląda. Nawet w najgorszych czasach życie nie jest tak jednowymiarowe.”

    I pod tym bym się podpisała. Wiem, że teraz zgrzeszę, ale ja nie jestem wielbicielką filmów Smarzowskiego. Owszem doceniam jego kunszt reżyserski, ale wyczuwam w jego filmach jakiś fałsz (za wyjąkiem może „Wesela”), jakąś kalkulację, co zrobić, żeby Polskiego widza zszokować i mu się przypodobać. No tak, najlepiej pokazać brudny, zapyziały PRL – polska wiocha się do tego najlepiej nadaje. A zezwierzęcona ruska świnia jest jeszcze lepszym ku temu środkiem. Dla osłody, dodam dwóch, trzech Polaczków zaprzedanych systemowi (czy POlacy też tu gwałcą? Bo te świńskie ryje dyszących chucią facetów wszystkie mi się myliły. Rozpoznawałam tylko Lubosa), a AK-owiec będzie żródłem miłości i będzie ok. A przegięciem, z lekka humorystycznym, nie wiem, czy zamierzonym, czy niechcący, było bezpośrednie i gwałtowne zapodanie po zbiorowej scenie gwałtów w miasteczku, sceny mozolnego rżnięcia piłą grubego drzewa przez Tadeusza i córkę Róży.

    Tak jak piszesz LA, gdzieś ta miłość się zagubiła w tym horrorze. Uważam, że błędem i przysłużeniem się rozmyciu owego uczucia było wtrącenie wątku więziennego, katowania Tadeusza. Smarzowski przedobrzył w tym momencie, zdradził Różę, ja bardziej widziałam film o dobrym Polaku Panu Tadeuszu, niż o tej biednej dzielnej Róży.

    • Logos Amicus Says:

      To co myślę o komentarzu Elektry napisałem pod jej wypowiedzią powyżej – więc nie będę się powtarzał.

      Moim zdaniem masz sporo racji z tym Smarzowskim, czy też raczej… może z manierą, w którą wpada? Jak na razie mnie to jeszcze nie razi – ja nadal widzę w nim przed wszystkim bardzo sprawnego warsztatowo filmowca. Ale to niestety może się zmienić. I nieco obawiam się, że następny film Smarzowskiego (gdzie, jak on sam mówił) to będzie jeszcze większa degrengolada (ma być o alkoholikach, czy też czymś podobnym). Istnieje więc niebezpieczeństwo, że moja dotychczasowa sympatia dla jego reżyserki może mnie opuścić.
      Szkoda by było.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s