„CZARNY CZWARTEK. JANEK WIŚNIEWSKI PADŁ”, „LINCZ”, „BAD GIRLS CELA 77″…

… o filmach 23. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, cz. III

„CZARNY CZWARTEK. JANEK WIŚNIEWSKI PADŁ” (reż. Antoni Krauze)

** * * * * *

O Czarnym Czwartku - tragicznie ale bez zbędnego patosu

Wszyscy jesteśmy uwikłani w polityczną poprawność – chcąc tego, czy też nie. Albo raczej: jesteśmy niejako „więźniami” momentu historycznego, w którym aktualnie żyjemy. Tzn. stosujemy nie tylko jego perspektywę patrzenia w historyczną przeszłość – interpretując ją przy tym i oceniając – ale i posługujemy się  uznanym w danym czasie kodem społecznym, systemem etycznym, politycznym kluczem, metodologiczną normą badań nad historią – poddajemy się obowiązującej powszechnie (czyli właśnie tej „poprawnej”) wizji historii.
Ale przecież jest też jeszcze zależność bardziej „twarda”: świadoma manipulacja historią powodowana taką, a nie inną opcją polityczną, przynależnością partyjną, jakimś partykularnym interesem, doraźną korzyścią…

Wiem, że to było zupełnie nie na miejscu, ale wkrótce po obejrzeniu filmu Antoniego Krazue zadałem sobie – być może kuriozalne – pytanie: dlaczego nie poświęciliśmy (chodzi tu oczywiście o kinematografię polską po upadku PRL-u) ani jednego filmu zajmującego się ofiarami przewrotu majowego, w którym zginęło nie 18, a blisko 400 osób? Czyżby nie dlatego, że musiało by to postawić w dwuznacznym – jeśli nie zdecydowanie złym, a nawet wręcz faszystowskim – świetle bohatera naszego narodowego, szlachetnego polskiego patrioty, protoplasty Polski niezależnej – Józefa Piłsudskiego, który już wkrótce dokonał niebywałego (ratującego nie tylko nasz kraj, ale i ponoć świat cały przez zalewem bolszewizmu) „cudu nad Wisłą”? Ja wiem, że poprzestawiałoby nam to nieco klocki naszego patriotycznego, prostego i wygodnego, nacjonalistycznego modelu kraju ale… jeśli już mamy być sprawiedliwi, to chyba jednak konsekwentnie, do końca i we wszystkim.

Przyznam, że trochę mi niezręcznie jest to wszystko pisać przy okazji omawiania filmu „Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł”, którego o żadną świadomą manipulację podejrzewać nie można, choć siłą rzeczy jest on jednak poddany tym wszystkim ograniczeniom, jakie stwarza nam trudność pełnego przedstawienia prawdy historycznej, a zwłaszcza trudność interpretacji tej prawdy (bo przecież każdy fakt historyczny nie tylko musi być przez nas uświadomiony, ale i zinterpretowany – w przeciwnym razie nie poznamy jego sensu i znaczenia).
Należy tutaj podkreślić, że twórcy „Czarnego Czwartku” zdołali przy tym wszystkim powołać do życia obraz o wyjątkowej sile wyrazu, mocno oddziaływający na uczucia widza, a także niezwykle realistyczny i wiernie trzymający się faktów – co nadało filmowi pewnych znamion dokumentu, żywego świadectwa tamtej epoki.

„Czarny Czwartek” Krauzego składa się jakby z trzech warstw: pierwsza (wg mnie dla filmowej narracji najważniejsza) to dzieje rodziny Drywów – zwykłych, przeciętnych ludzi, mieszkańców Trójmiasta, którzy wplątani zostali w tragiczne wydarzenia, na jakie nie mieli żadnego wpływu, stając się ich niewinnymi ofiarami.
Druga: to (wsparta autentycznymi dokumentalnymi zdjęciami i nagraniami), rekonstrukcja tego, co działo się w stoczniach, na ulicach i placach Gdyni i Gdańska w grudniu 1970 roku, a więc demonstracji, strajków i starć ulicznych z wojskiem i milicją. Znakomicie zresztą zrealizowana i wiernie oddająca klimat – horror i tragizm – tamtych chwil.
I wreszcie trzecia: odtworzenie tego, co działo się „na górze” – pełne nerwowości i histerii próby ogarnięcia i spacyfikowania sytuacji przez partyjnych „towarzyszy” (z Wiesławem Gomułką, Zenonem Kliszko i innymi szychami Biura Politycznego Partii na czele) – z nawiązaniem do szerszego kontekstu ówczesnej zależności Polski od Sowietów. I niestety, ta trzecia warstwa budzi we mnie największe wątpliwości, zarówno przez swoją płytkość i schematyzm (do którego przyczyniły się moim zdaniem trącące karykaturą wystąpienia Wojciecha Pszoniaka w roli Gomułki i Piotra Fronczewskiego w roli Kliszki), jak i nie oddający dostatecznie złożoności ówczesnych uwarunkowań społeczno-politycznych, lapidaryzm (zdaję sobie przy tym sprawę, że aby temu podołać, to musiano by nakręcić zupełnie inny film, a na dodatek przeznaczony dla zupełnie innego odbiorcy).

Peerelowską "sielankę" zakłóca gwałt - państwo "ludowe" strzela do swoich robotników

Jednak największa wartość filmu wydaje mi się wynikać z tego, że w sposób wierny, w miarę rzetelny i bez większego patosu przypomina nam (a zwłaszcza młodemu pokoleniu) o pewnym tragicznym momencie w niedawnej historii naszego kraju – o ludziach, którzy padli wówczas ofiarą autorytarnego systemu i zastosowanej wobec nich brutalnej, zorganizowanej przemocy państwa.
Właśnie wobec tej wartości bledną moim zdaniem zarzuty o to, że „Czarny Czwartek” nie odpowiada na pytania, które stawiamy sobie do dzisiaj: kto rzeczywiście ponosi winę za to, że wojsko zaczęło strzelać do ludzi i ich zabijać? Albo o to, czy wezwanie wicepremiera Kociołka do powrotu do pracy stoczniowców, którzy następnie zostali potraktowali kulami, było nikczemną prowokacją czy tylko nieporozumieniem? A nawet o to, gdzie wtedy był generał Jaruzelski, (o którym rzeczywiście scenariusz nie zająkuje się ani słowem).
Czy jednak Krauze musiał na te pytania odpowiadać?
Moim zdaniem takiego obowiązku nie miał.
Podobnie nieporozumieniem byłoby oczekiwać od tego filmu pełnej wykładni zależności politycznych i społecznych, jakimi uwarunkowana była wówczas Polska Rzeczpospolita Ludowa; czy też ustalenia i artykulacji wszystkich przyczyn, które doprowadziły do wydarzeń grudniowych w 1970 r.
Bo czy można tego wszystkiego wymagać od czegoś, co jest tylko filmem fabularnym, trwającym niespełna półtorej godziny?

„LINCZ” (reż. Krzysztof Łukaszewicz)

** * * * * *

"Lincz": socjopata terroryzuje polską wieś

Kiedy debiutujący „w fabule” reżyser „Linczu” Krzysztof Łukaszewicz zwrócił uwagę na głośne przed kilku laty wydarzenia w Włodowie pod kątem napisania na ich podstawie filmowego scenariusza, to (cytując jedną z wypowiedzi samego twórcy) jego „…pierwsza myśl była taka, że to dobry materiał na polski western. Głęboka prowincja, odludzie, bandzior, nieudolny szeryf i garść sprawiedliwych farmerów. Dopiero później, w miarę zapoznawania się ze sprawą, okazało się, jak wielki ciężar społeczny i etyczny ten temat niesie za sobą. Jak bardzo pokazuje różnice między miastem a wsią. Jest w tym wszystkim też pytanie, jak daleko można przekroczyć granice obrony koniecznej.”
I niestety mam wrażenie, że reżyser całego tego „ciężaru społecznego i etycznego” do końca nie uniósł. Na dodatek powyższe wyznanie mogło świadczyć o niebezpieczeństwie infantylnego podejścia do tematu. Na szczęście „Lincz” nie stał się infantylny, choć jednak wyczuć w nim można pewną… stylistyczną niepewność wynikłą być może z trudności wypracowania przez reżysera swojego własnego filmowego języka (stąd skojarzenia z filmami pochodzącymi jakby z całkiem innych parafii).
Pisząc, że twórcy filmu nie unieśli ważkiego tematu, nie twierdzę, że oni całkowicie ten film „położyli”. Nie… Po prostu potencjał jaki zawierała w sobie ta historia nie do końca został przez nich wykorzystany. A chodzi o niebagatelny problem moralnej odpowiedzialności za czyn, który z prawnego punktu widzenia jest zbrodnią, ale z „ludzkiego” (czy nawet ze społecznego) punktu widzenia jest być może nie tylko czymś zrozumiałym, ale i dającym się usprawiedliwić?
O tej sprawie pamiętamy chyba wszyscy: kilku mieszkańców pewnej mazurskiej wsi zatłukło łopatami i drągami na śmierć człowieka, który terroryzował (kradł, straszył, bił, kaleczył) kilka okolicznych wiosek. Doprowadzeni do ostateczności ludzie (policja nie mogła sobie dać z tym fantem rady) postanowili wziąć „sprawiedliwość” w swoje ręce, dokonując de facto linczu na swoim prześladowcy.
Ogólnonarodowa debata (nad ich winą, czy też niewinnością), jaka się po tym zdarzeniu w kraju rozpętała, rozszerzyła się wkrótce na debatę o sprawach bardziej ogólnych, a nawet uniwersalnych: o zaniedbaniu polskiej prowincji, o słabości i nieudolności policji, o ślepocie prawa, o absurdzie sztywnego i bezwarunkowego trzymania się „litery” prawa (czyli o niesprawiedliwości wymiaru „sprawiedliwości”), o mentalności wsi skonfrontowanej z mentalnością miasta, o odpowiedzialności człowieka za czyny podejmowane w ekstremalnych sytuacjach, o granicach obrony własnej…
Nie twierdzę, że „Lincz” nie prowokuje do takich rozważań, ale myślę, że reżyser o większym doświadczeniu niż Krzysztof Łukaszewicz lepiej by sobie jednak z tym wszystkim poradził, kreśląc bardziej wiarygodny obraz. A tak, zbyt często odnosiłem w kinie wrażenie, że wiele występujących w filmie postaci jest jakby w nim nie na miejscu – że oni tylko „grają” wieśniaków czy policjantów, grają adwokatów czy prokuratorów, grają więźniów czy lekarzy… (choć same w sobie te wystąpienia nie są bynajmniej złe). Zwłaszcza nie wyczuwałem na ekranie tej wiejskiej atmosfery – tego tak ważnego dla dziejących się wydarzeń folklorowego kontekstu i środowiskowej rodzajowości.
Lecz chyba największym dysonansem w tym wszystkim była postać samego złoczyńcy, nomen omen Zaranka.  Wprawdzie budząca trwogę i przerażenie (za sprawą niezwykle przenikliwego wcielenia się w nią Wiesława Komasy), to jednak jakby z innego świata, czy raczej epoki, z innej powieści czy filmu: trochę z Dostojewskiego, trochę z horrorów klasy B, C i D, trochę jakby z innego kraju. Spójrzmy zresztą na plakat. Czy ta wystylizowana na arcyłotra gęba przypomina twarz polskiego wieśniaka recydywisty, nawet jeśli awansujemy go do poziomu wybitnego socjopaty? Coś mi się wydaje, że prawdziwy Zaranek nie miał nic z tej zjawiskowej metafizyki ani nawet z demonizmu, był za to jednak bliżej wiejskiemu naturalizmowi. Bliżej nawet samych mieszkańców, niż by to się mogło wydawać, patrząc na tę jego wobec nich wrogość i zadawany im gwałt. Może właśnie dzięki temu podobieństwu był przez nich bardziej znienawidzony?

„BAD GIRLS CELA 77” (reż. Janusz Mrozowski)

** * * * * *

Życie za kratami - jakie naprawdę są "złe dziewczyny"?

Janusz Mrozowski, twórca dokumentu „Bad Girls Cela 77”, przedstawiającego portret grupy więźniarek jednego z polskich „kryminałów”, mówi: „interesuje mnie człowiek, nie wiezień” – i to w jego filmie doskonale widać (a zwłaszcza słychać). Nie tylko dlatego, że niemal zupełnie nie zajmuje się tym, co te kobiety do więzienia wtrąciło (milcząc o przestępstwach, które one popełniły), ale głównie dlatego, że jakimś szóstym zmysłem potrafił się on do swoich bohaterek zbliżyć tak, że one mu bez żadnej rezerwy zaufały i przed jego kamerą się otworzyły. Dzięki temu zobaczyliśmy na ekranie prawdziwych ludzi, a nie „kryminalistki”, które społeczeństwo od siebie separuje i wyklucza, m.in. poprzez czynienie zeń więziennych „numerków”-„recydyw”, (bo wtedy łatwiej usprawiedliwić penitencjarną konieczność i znieść świadomość tego, że skazuje się ludzi na coś, co z samej swej istoty musi do pewnego stopnia zredukować ich człowieczeństwo).
Jednakże humanitaryzm Mrozowskiego nie jest żadnym szlachetnym gestem będącym rezultatem jakiejś premedytacji czy też aksjologicznej deliberacji. Nie, on jest odruchem spontanicznym i czysto ludzkim – wynikającym bardziej z charakteru samego twórcy, niż z metodycznego podejścia i kalkulacji filmowca, który chce udokumentować jakiś fragment rzeczywistości nie znanej zupełnie tzw. „wolnemu” człowiekowi, (a której ten „wolny” człowiek nie jest sobie w stanie nawet wyobrazić).

Powiedzmy sobie szczerze, że naiwnością byłoby oczekiwać, że za pomocą jakiegoś – najbardziej nawet wnikliwego – filmu, możemy zrozumieć to, czym jest doświadczenie więzienne dla człowieka. I to przyznaje sam Mrozowski, mówiąc, że on nadal tego nie wie, mimo że przebywał w jednej celi (15 m. kw.)  – razem z okupującymi ją 7 kobietami – przez cały miesiąc i spędzając tam 12 godzin na dobę („chciałem się stać jedną z nich” – oświadcza rozbrajająco reżyser). Ale przynajmniej, dzięki tej dokumentalizacji, jesteśmy się do problemu zbliżyć, czy choćby tylko wprowadzić go do naszej świadomości.
Myliłby się ten, kto oczekiwałby tego, że „Złe dziewczyny” objawią mu jakąś wstrząsająco tragiczną, jeżącą włosy na głowie, głęboko dołującą ontologicznie historię. Może coś takiego na dnie tego filmu jest, ale na jego powierzchni jest całkiem… hm… wesoło. A to dzięki temu, że nasze bohaterki to rzeczywiście niezłe ziółka, nie pozbawione wszak zmysłu obrazowego komentowania nie tylko samych siebie, ale i całej otaczającej je rzeczywistości. Jednym słowem, są to kobiety barwne (i to nie tylko dlatego, że posługują się niezwykle „kwiecistym” językiem) i ciekawe, co przydaje dokumentowi walorów czysto rozrywkowych, dzięki czemu widz oglądając „Złe dziewczyny” może mieć sporą frajdę. Jednak, po bliższej i dokładniejszej peregrynacji treści tego dokumentu, można dojść do wniosku, że ów (powierzchniowy przecież) entertainment, kryje całkiem gorzkie prawdy o ludziach, którzy „zbłądzili” i popełniając błędy znaleźli się poza nawiasem „normalnego” społeczeństwa.

Janusz Mrozowski w Chicago

Janusz Mrozowski zajął się więźniami całkiem przypadkowo (wiele lat temu jego uwagę przykuł apel więźniów francuskich o uwagę nad ich opuszczeniem, jaki przeczytał on w „Liberation”), ale tak się złożyło, iż temat ów wciągnął go bez reszty i – jak sam to przyznaje – stał się dla niego jednym z najgłębszych i najważniejszych doświadczeń w życiu. Reżyser przybył do Chicago z tej racji, że w ubiegłym roku jego film („Bad Boys Cela 425”) zdobył nagrodę publiczności, a tradycją chicagowskiej imprezy stało się zapraszanie laureatów tejże nagrody – wraz z ich najnowszymi dziełami – na Festiwal. Dzięki temu mieliśmy wielką przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z reżyserem, jakie odbyło się po projekcji jego dokumentu w siedzibie Towarzystwa Sztuki (przy 1112 N. Milwaukee) – nota bene nie mniej ciekawym, niż sam film.
Z niecierpliwością czekamy na ostatnią, trzecią część trylogii więziennej Mrozowskiego, jaką ma być film „Bad Boy”, zajmujący się już tylko jednym więźniem, ale za to szczególnym, bo przebywającym od wielu lat w ściśle izolowanej celi w Zakładzie Karnym o zaostrzonym rygorze dozoru, do którego trafiają już tylko prawdziwi „wrogowie ludu”, czyli przestępcy „szczególnej troski” (czytaj: szczególnie niebezpieczni dla społeczeństwa).

*  *  *

Logo Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

POST SCRIPTUM. Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce to prawdziwa gratka nie tylko dla tych, którzy bliżej interesują się kinem, ale i dla widzów chcących po prostu obejrzeć polskie filmy na dużym ekranie. Chicagowska impreza umożliwia bowiem zapoznanie się niemal na bieżąco z tym, co dzieje się w polskim kinie – i to w sposób chyba bardziej przystępny, niż to ma miejsce w samej Polsce, zważywszy na niedomogi dystrybucyjne jakie występują w kraju nad Wisłą – o unikaniu bardziej „niszowych” obrazów przez kina komercyjne nie wspominając.
Kibicuję temu przeglądowi od lat, nieodmiennie ciesząc się każdej jesieni z możliwości wzięcia w nim udziału. Zresztą, dzięki tej imprezie miałem okazję poznać wiele znanych osobistości polskiego kina – z większością z nich przeprowadzając wywiady. I choć tyczy się to bardziej lat 90-tych, to w tym roku miałem ten zaszczyt (a i niewątpliwą przyjemność) przeprowadzić rozmowę z Agnieszką Holland (przy okazji chciałbym podziękować tutaj panu Krzysztofowi Kamyszewowi – założycielowi i szefowi Festiwalu – za umożliwienie mi tego). Cieszę się również z tego, że poprzez Festiwal nawiązałem bliższą (i idącą już w długie lata) znajomość ze Zbyszkiem Banasiem – niewątpliwie najbardziej wyróżniającym się polonijnym krytykiem filmowym, który każdego roku – z charakterystyczną dla siebie błyskotliwością i genialnym wręcz talentem translatorskim – prowadzi spotkania festiwalowych gości z publicznością, zajmując się również ogólną konferansjerką imprezy.

Co mogę napisać o repertuarze tegorocznego Festiwalu, a konkretnie o filmach, które można było obejrzeć w Wietrznym Mieście? Czy na ich podstawie można było sobie wyrobić opinię o ogólnej kondycji współczesnego kina w Polsce? Niewątpliwie tak. Choć, siłą rzeczy, to, z czym stykamy się na tego typu przeglądzie, zawsze jest czymś wybiórczym. Najlepiej jest więc chyba jednak mówić o poszczególnych filmach (tak jak zrobiłem to pisząc o najnowszym filmie Agnieszki Holland „W ciemności”, wyróżniającym się obrazie Jana Komasy „Sala samobójców”, a także o innych tytułach: „Róża”, „W imieniu diabła”, „Joanna”, „Trzy minuty”, „Mój biegun”, „Ki”, „Maraton tańca”, „Uwikłanie”oraz o filmach omówionych powyżej: „Czarny czwartek”, „Lincz” oraz „Bad Girls Cela 77”). Każdy z nich jest bowiem odrębnym artystycznym przedsięwzięciem, niekoniecznie wpisującym się w jakiś konkretny nurt, który wskazywałby nową polską „szkołę”, czy coś w tym rodzaju. Co najwyżej można mówić o występujących ogólnie trendach – o klimacie jaki charakteryzują najnowsze polskie produkcje.

Jaki więc jest ten klimat?
Cóż, sądząc po tegorocznych festiwalowych propozycjach, koloryt tego klimatu jest dość ciemny, ciężki, przygnębiający i chmurnawy. Takie właśnie były najlepsze filmy chicagowskiego przeglądu, wśród których wyróżniały się „Róża” Wojciecha Smarzowskiego, „W ciemności” Agnieszki Holland, „Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł” Antoniego Krauze, „Joanna” Feliksa Falka, ale i filmy młodych twórców: „Sala samobójców” Jana Komasy czy „Lincz” Krzysztofa Łukaszewicza.
Nie wiem, może wśród innych filmów, które znalazły się w programie Festiwalu, a których już nie zdołałem obejrzeć, były pozycje bardziej jasne i radosne, lecz, niestety, do mnie to nie dotarło. Wręcz przeciwnie: doszły moich uszu opinie o niby to śmiesznych komediach, na których jednak nikomu nie było ponoć do śmiechu – co potwierdzałoby tylko powszechny sąd o niezbyt dobrym stanie w jakim znalazła się obecnie polska komedia. Ale to wygląda na jakąś szerszą, może nawet ogólnoświatową tendencję.

*  *  *

Reklamy

Komentarzy 49 to “„CZARNY CZWARTEK. JANEK WIŚNIEWSKI PADŁ”, „LINCZ”, „BAD GIRLS CELA 77″…”

  1. Deus ex Machina Says:

    „CZARNY CZWARTEK”:

    „LINCZ”:

  2. Onibe Says:

    a propos „Czarnego czwartku” poruszyłeś bardzo ważny temat. Też zauważyłem, że w Polsce w patriotyzm i historię gra się na zasadzie „wszystko albo nic”. I tak, Piłsudski jest albo wybitnym i niepokalanym zbawcą i półbogiem, albo potworem i faszystą bez ludzkich uczuć. Przydałoby się mówić na głos, że odbrązawianie nie jest równoznaczne z taplaniem w gównie. Wręcz przeciwnie: sam należę do rosnącej (jak mi się zdaje) grupy ludzi, którzy po prostu nie wierzą w niedosiężne autorytety, są gotowe natomiast zaufać uczciwym ludziom z krwi i kości…

    • Logos Amicus Says:

      Piłsudski był kimś wybitnym, ale nie niepokalanym, ani tym bardziej półbogiem. Nie był też faszystowskim potworem bez ludzkich uczuć… z tym może się zgodzić chyba większość z nas.
      Ale przyznać np. to, że także Hitler nie był faszystowskim potworem bez ludzkich uczuć… z tym to byłoby już chyba gorzej.

      A przecież to powinno działać w obie strony: nie tylko powinniśmy sobie zdawać sprawę z tego, że nawet największy nasz bohater nie był nieskazitelny, ale i z tego, że nawet największy nasz prześladowca nie był zupełnie wyprany z ludzkich uczuć.
      Robiąc np. z Hitlera nieludzkiego potwora uruchamiamy nasz mechanizm obronny eksterioryzując zło poza człowieka i demonizując go. A ono było banalne – ono było wśród takich samych ludzi, jak my. Nie dopuszczamy jednak tego do naszej świadomości.

      • jula Says:

        Ten pomysł na obozy koncentracyjne, to był wcześniej zastosowany przez Anglików w Afryce, wobec Burów (Boerowie; boer czyt.: bur w języku niderlandzkim oznacza chłop, rolnik, farmer) – potomkowie głównie holenderskich, flamandzkich i fryzyjskich) w czasie tych wojen o kolonie. Hitler tylko a raczej ówczesne Niemcy za późno się załapał i już nie miał co złapać ze światowego podziału, no to jak obrósł w siłę to to samo robił w Europie – tyle ,że jak na zdyscyplinowanych Niemców przystało wszystko było w formie Fabryk i z odpowiednimi dokumentami. Anglicy tej dokumentacji nie zostawili. Tam nie zostawiano śladów a ludzie tez ginęli w podłych skrajnych warunkach!.. Hitler tylko poważył się robić to samo na większa skalę ! wśród białej ludności w Europie.!…
        Tak i teraz, czy rusza nas ludobójstwo w krajach arabskich , czy w krajach Afrykańskich, gdy tam celowo wielkie korporacje dla swojego zysku taki stan rzeczy podsycają, bo to w ich interesie , bo to olbrzymie pieniądze. Moim zdaniem ;)
        Ja oczywiście nikogo nie tłumaczę a tym bardziej Hitlera, tyle ,że on wykorzystał ten już istniejący mechanizm stosowany przez innych.
        Wymyślony w XIX wieku , który pozwalał dzielić i klasyfikować ludzi , dla ułatwienia prowadzenia ludobójstwa !… Bo czy właściciel plantacji odpowiadał za zabicie swojego niewolnika?…

        • Onibe Says:

          słusznie piszesz: obozy koncentracyjne „wymyślili” Anglicy, Hitler jedynie podjął rękawicę. Dodajmy jeszcze, że nasza polska Bereza Kartuska też nie była lokalnym disneylandem – nosiła pewne cechy obozu koncentracyjnego, przy czym nie była miejscem masowej zsyłki.

        • Logos Amicus Says:

          Trafne i słuszne spostrzeżenia, Jula.
          Tacy już jesteśmy: widzimy tylko to, co chcemy – a już zwłaszcza interpretujemy wszystko po swojemu, żeby było nam łatwiej, mniej skomplikowanie… Postrzegamy rzeczywistość bardzo wybiórczo.
          Taki Churchill np…. jak mu się lepiej przyjrzeć (zwłaszcza z początkowej jego kariery wojskowego i polityka) – toć to wcale nie lepszy militarysta (na dodatek, równie bezwzględny) niż Hitler (przy czym wcale nie zamierzam go tu zrównywać z Hitlerem, jeśli chodzi o inne kwestie polityczne czy społeczne). Ale, jako że był po „naszej” stronie i przyczynił się do klęski hitlerowskich Niemiec – to raczej mu jego przewin nie wytykamy.
          Albo: czy ktoś pamięta dziś o ofiarach amerykańskich nalotów dywanowych na Kambodżę (o Korei i Wietnamie nie wspominam) w latach 70-tych, kiedy to spalono żywcem (napalmem) tysiące Bogu ducha winnych ludzi? To była zbrodnia ludobójstwa, którą powinno się osądzić w trybunale sprawiedliwości.
          Czy ktoś w Polsce (na szczeblu oficjalnym) wypowiada się o zbrodniach popełnianych na palestyńskiej ludności cywilnej przez armię Izraela podczas operacji „”Płynny ołów” parę lat temu?
          Czy nikogo nie razi barbarzyńskie potraktowanie (zamordowanie) Kadafiego przez „rewolucjonistów” libijskich? Albo równie barbarzyńska egzekucja Saddama Husajna? Co na to pełna ideałów (chrześcijańska ponoć) cywilizacja europejska?
          Przykłady, niestety, można ciągnąc dalej.

      • Onibe Says:

        właśnie mnie o to chodzi – na historię można spojrzeć bez różowego filtra. Zaręczam Ci, że jest sporo osób, które jednak tego nie potrafią. Weź choćby polską politykę, gdzie hasło goni hasło, zero realizmu, zero głębokiej dyskusji. Im bardziej chwytliwy slogan tym lepiej… ot co! I tak jak piszesz, nasi wrogowie też nie są do gruntu źli. Wszystko sie sprowadza do tego, na jakim poziomie chcemy dyskutować – czy zachłystywać się propagandą, czy raczej drążyć, myśleć i analizować. W tym ujęciu pojawienie się filmu o którym rozmawiamy cieszy – jest ruchem we właściwym kierunku. Pod warunkiem, że nie rozpęta się moda na ukazywanie czegoś w odwrotnym świetle niż do tej pory – to też nasza polska przypadłość: z jednej skrajności lubimy wpadać w drugą.

        a propos skrajności. Mieszkam w Zgierzu i na naszym urzędzie miasta jest powieszona tablica pamiątkowa dedykowana… Marii Piłsudskiej, mamie naszego herosa ;-). Czemu akurat ona? Można się domyślać. A tablica pewnie dlatego, że ulica Piłsudskiego już jest. Dodam, że pod ową tablicą odbywają się różne kalendarzowo-patriotyczne misteria i choć historia nie jest mi obca (a nawet ją lubię) to należę do szerokiego grona ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia skąd się to wszystko wzięło. Wot, koloryt lokalny ;-)

        • Logos Amicus Says:

          Ludziom, generalnie nie chce się myśleć krytycznie. W zasadzie gładko łykają to, co im ktoś (coś) podsuwa – czy to partia czy to zinstytucjonalizowana religia. Dochodzi tu do głosu nasz (ludzki) wrodzony (chyba genetycznie) konformizm i oportunizm – wspomagany myśleniem plemiennym, czy też (nazywając rzecz mniej elegancko) stadnym.
          A wszystko to staje się możliwe dzięki powszechnej ludzkiej ignorancji…
          Tak to, niestety, jest.

  3. jula Says:

    No cóż nikt nie jest alfa i omega. I pamiętajmy ,że nasz osobisty rodowód , nie wszyscy z wywodzimy się z klasy inteligencji, szlachty czy młodej przedwojennej burżuazji. ;)…
    Nie wszyscy jesteśmy Polakami -katolikami aczkolwiek z racji czy to zamieszkania , czy to z pochodzenia czujemy się po prostu Polakami. ..
    Chciałam przez to powiedzieć, że część z nas a może bardziej nasi przodkowie, rodziny zawdzięczają i to dużo okresowi powojennemu w Polsce tj. socjalizmowi w tej formie , w jakiej u nas był . W Polsce chyba nie było, co tak teraz jet reklamowane „komunizmu”. Przemysł był znacjonalizowany, były Pegeery ale tez i były gospodarstwa chłopskie indywidualne i to na części dawnych majątków szlacheckich i są do dzisiaj ;)… Nie wiem jaka politykę zwrotu państwo prowadzi chyba w formie pieniężnej , bo z tego co się orientuje nie ma zwrotu ziemi , no chyba że dla Kościoła. ..
    Tak wiec ta historia nie jest taka jednoznaczna dla wszystkich i co dobre dla jednych to niekoniecznie dla innych. Nic się nie mówi poza naukami społecznymi np socjologii społeczeństwa o ogromnych stratach ludzkich , które zawsze są podczas transformacji ustrojowej. ..
    Ta olbrzymia fala samobójstw, ludzi którzy nie potrafili się odnaleźć w nowej sytuacji… bo;
    -Stracili pracę w wyniku likwidacji państwowych zakładów pracy.
    -Zaryzykowali , pobrali olbrzymie kredyty (lichwiarskie) na otwarcie swoich małych biznesów ale nie potrafili się odnaleźć w gospodarce rynkowej , konkurencyjnej i przyznajmy strzeże nie granej fair play !…
    – Masa imigracyjna, przyczyna rozpadu rodziny !… ITD….
    Chodzi mi to ,że nie jesteśmy jednakowi , nasz punkt widzenia sytuacji może być skrajny , bo to nasze indywidualne podejście i co dla jednego jest „biała” dla drugiego może być „czarnym”.
    Bo generalnie życie nie ma jednej barwy , jest kolorowe! .. Tak i nasza indywidualnie podejście do danego „tematu” bywa bardzo odmienne o czym świadczą ofiary ,śmierci ludzi w każdych sytuacjach !..
    I każdy film to , to skrótowy obraz przedstawiony przez indywidualny filtr , danego reżysera . Jest to zawsze obraz subiektywny, bo każdy ma prawo być po jakieś stronie. ..
    Problemem dla ludzi okazuje się być obiektywnym , bo każdy na dany moment swojego życia, być wygranym. ..
    Ps.
    Tak jak było bardzo dużo kombatantów wojennych im dalej od II wojny światowej to ich przybywało, tak i teraz im dalej od zajść „solidarnościowych” tym więcej coraz młodszych bohaterów , nie za fryko ;) …
    A płacone było na dwie strony , niektórzy szli tylko tam gdzie było lepiej . :D))
    To jest moje zdanie , mój pogląd ,do którego mam demokratyczne prawo i takie prawo daje innym do innego zdanie na te zaprzeszłe wydarzenia w kraju i każdy reżyser też ma prawo je przedstawiać po swojemu, choć on ma również nacisk nawet i teraz niby w demokracji od aktualnie rządzących, czyż nie?… ;) ..
    Ja już jestem z tego pokolenia,że nie uważam autorytetów. uważam , tutaj za zloty środek pragmatyzm anglików, że każdy może być dobry , sprawdzić się tylko na dany moment.Bo takie jest aktualnie zapotrzebowanie na tego kogoś. ;)..
    Pozdrawiam! … :)

    • Logos Amicus Says:

      Co dobro, a co zło? Odwieczny problem dla człowieka.

      Coś mi się wydaje, że trudno nam teraz uwolnić się od tej tematyki (i chyba mój następny wpis też będzie do niej nawiązywał).

  4. Ewa Says:

    Pytań wiele, przewaga chmur czarnych, umiejętności i możliwości (te finansowe np., przeznaczone na realizację) – różne. I żyj tu człowieku, ogarniając to jakkolwiek. Nie tylko twoje miasto, Logosie, wietrzne. Wichry wszelkiej maści hulają bez umiaru po całym globie. Faktycznie, trudno się uśmiać, pewnie i dlatego komedie mało śmieszne. Na dodatek dobra komedia to pewnie najtrudniejsza forma filmowa. A przecież uśmiać się, najzdrowiej – z rzeczy obiektywnie nieśmiesznych. Tak więc szukajmy okazji do uśmiechu na własną rękę, nie koniecznie w kinie. Jest ci tych okazji mnogość wielka, ja je dostrzegam.

    Dziękuję za wszystkie filmowe opowieści z Festiwalu. Sobie też dziękuję; przeczytanie ‚tej powieści’ było nie lada wyzwaniem czasowym i intelektualnym. A dałam radę! :)

    • Logos Amicus Says:

      Tak, tak… uśmiechy trzeba łapać, kiedy się tylko da :)

      PS1. Co do Wietrznego Miasta – dzisiaj się wypogodziło, choć… mroźno już prawie.

      PS 2. Dziękuję za wysiłek intelektualny, tudzież… czasochłonny ;)

  5. byli działacze Says:

    Były prezydent Lech Wałęsa, który przez wielu nazywany jest legendą walki z komunizmem, a sam uważa,
    że Polska jemu zawdzięcza wolność, stanął po stronie komunistycznych zbrodniarzy. Przyznał, że Polacy
    nie powinni się już zajmować rozliczaniem komunistów za masakrę w grudniu 1970.

    „Ten proces jest bez sensu. Potrzebna jest amnestia” – powiedział były prezydent Lech Wałęsa, wchodząc na rozprawę w procesie dotyczącym masakry na Wybrzeżu
    w 1970 roku.
    Wałęsa ma zeznawać w procesie jako świadek. Proszony o komentarz w sprawie procesu, Wałęsa zaznaczył,
    że dziś Polacy powinni zajmować się innymi sprawami niż rozliczenia z przeszłością.
    Opowiedział się za rozwojem technologicznym w kraju.

    W ocenie byłego szefa „Solidarności” na zachowanie komunistów w grudniu 70. należy patrzeć w szerokim kontekście.
    „Trzeba pamiętać o okolicznościach. Tu rządzili Sowieci. Polscy komuniści wykonywali ich polecenia. Nawet gdyby się sprzeciwili, zginęłoby dwie trzecie Polski” – mówił Lech Wałęsa.
    Zaznaczał, że w latach 70. nie było szans na upadek komuny.
    „Ja, prowadząc strajk w grudniu, zauważyłem, że nie mamy szans na zwycięstwo” – komentował były prezydent.
    Niestety sąd nie zgodził się na obecność kamer na sali sądowej.
    A szkoda, Lech Wałęsa zapewne ma więcej ciekawych rzeczy do powiedzenia…

    • Logos Amicus Says:

      Sprawa nie jest tak prosta, jak ją widzi Pan Wałęsa.

        • Logos Amicus Says:

          Wypowiedź Wałęsy dotyczy wydarzeń grudniowych w 1970 r.
          Natomiast notatka, do której link nam podesłałaś (dzięki) odnosi się do odpowiedzialności (roli) generała Jaruzelskiego za stan wojenny i „13 grudnia” 1981 r.
          Czy Jaruzelski był zdrajcą czy też może bohaterem? A może nie był ani tym, ani tym?
          To chyba jednak zależy od tego, z jakiej perspektywy patrzymy.
          Ja patrzę na to z „tej” strony barykady, czyli człowieka przeciw któremu państwo „puściło” czołgi i uzbrojone w pały ZOMO (ale, muszę to podkreślić, nie ma w tym żadnej mojej zasługi – o tym właściwie decydowało miejsce, w jakim wówczas byłem, czyli właściwie przypadek?)
          Najważniejsze jest chyba to, że nie żywię do tego człowieka żadnej nienawiści (ale też uważam michnikowe „bratanie się” z generałem za – delikatnie mówiąc – przesadę).

        • sarna Says:

          Niekoniecznie dot. wydarzeń grudniowych. Mamy perspektywę 30-tu lat od dnia zaistnienia faktu stanu wojennego, który był konsekwencją wydarzeń 1970 i nie powinniśmy o tym zapominać przy próbie może nie tyle osądu, co poznania prawdy i jej zrozumienia. Że to jest raczej niemożliwe dziś, gdy żyją uczestnicy tamtych wydarzeń, którzy, co zrozumiałe osądzają z subiektywnego punktu widzenia i nie potrafią zgodnie podać jednej wersji to jedno, ale proponuję cierpliwie poczekać i spojrzeć na wydarzenia z upływu lat od dnia ich wydarzeń. Już dziś Wałęsa przyznaje, że nie miał żadnej wiedzy o planach Rosji i państw (sojuszniczych?) zachodnich, a Jaruzelski mógł coś wiedzieć. Ponadto,jak tu wpisał Spider-mały – „Nie sądziłem, że ponad 20 lat po wojnie w Polsce miały miejsca sytuacje przedstawione w filmie… myślałem, że wojna ta brutalność w Polsce zamknęła i sytuacje takie już miejsca nie miały…”
          Jaruzelski i wielu Polaków, w latach 70-tych XX miało za sobą doświadczenie II wojny światowej, potem w 1956 marsz na Czechy, a przy okazji pogróżki rzucane przez Chruszczowa pod adresem Polski , więc mieli prawo bać się, a to mogło wpływać na ich decyzje.
          Proponuję poczekać z osądami na bezstronnego arbitra w postaci historii.
          Póki co, jeśli kogoś bawi kabaret z polską sceną polityczną, to można popatrzeć, co z Polski i ku chwale Ojczyzny wyprawiają dziś naczelni bohaterowie strajków, którzy nota bene jak nic przypominają mi historię ze śmiercią JP. Płaczą, rozdzierają szaty, a jednocześnie depczą i opluwają samą ideę. Widać łatwiej w tym kraju być bohaterem niż Obywatelem.

        • sarna Says:

          O rety,piszę o roku 1970, a potem – wg mnie jest 1956. Kalendarz bije u mnie typowo jak dla kobiety, tj, wstecz ;)

        • Logos Amicus Says:

          Wydaje mi się, że historia nie ma (nie zna) „bezstronnych arbitrów”.
          Masz rację, że z oceną stanu wojennego (a nawet całego PRL-u) trzeba jeszcze trochę poczekać. Potrzebne jest spojrzenie z dystansu. Dziś, siłą rzeczy, postawy ludzi wobec pewnych wydarzeń z naszej najnowszej historii, są jeszcze mocno spolaryzowane, ponieważ nadal żyją jeszcze ci, którzy byli w nie uwikłani – czy to po jednej, czy też drugiej stronie. Więc trudno tu mówić o jakimkolwiek obiektywizmie.

  6. czara Says:

    A ja, dzięki Twojemu cyklowi, mogłam zyskać przynajmniej jako takie pojęcie na temat tego, co się dzieje w rodzimym filmie. Niestety paryski festiwal Kinopolska, wyglądający na przynajmniej w części tak ciekawy jak ten chicagowski, jest poza moim geograficznym zasięgiem (podróż).
    Pozdrawiam serdecznie!

    • Logos Amicus Says:

      Ciekaw jestem tego, jakie polskie filmy znalazły się na przeglądzie paryskim

      PS. A ja myślałem, że Ty już ze swojej azjatyckiej podróży wróciłaś.

      • czara Says:

        Logosie, widzę, że jesteś na bieżąco :) Jak najbardziej wróciłam z azjatyckich rewirów, teraz miałam się przemieszczać lokalnie ale w ostatniej chwili Panna Gorączka skłoniła mnie do rozpakowania walizki. Bywa i tak.
        Co do festiwal paryskiego, to jeśli chodzi o kino współczesne wygląda trochę biedniej niż u Was – są Galerianki i Erratum, które widziałam kiedyś w Polsce. Jest „Ki”, na którą nie zdołałam się wyrwać, a żałuję, po tym co czytałam u Tamaryszka, a następnie u Ciebie. Poza tym „Lęk wysokości” Bartka Konopki, Sala Samobójców i Młyn i Krzyż – spróbuję przynajmniej na to się wybrać, jeśli zdrowie pozwoli ;)
        Ale poza tym program wygląda ciekawe – są krókie metraże, animacje i kino mistrzów.
        Ja będę w grudniu jeszcze w Polsce, spróbuję coś nadrobić, kierując się, oczywiście, Twoimi notatkami. (Podobnie jak Ewa gratuluję Tobie, ale i też sobie, bo przeczytałam lub odsłuchałam wszystko! (Program czytający tekst ostatnio mi pomaga w tego typu zaległościach).
        Pozdrawiam!

        • Logos Amicus Says:

          Oczywiście, że interesuje mnie to gdzie aktualnie jesteś :)
          Jakże by inaczej!

          Widzę, że na ten paryski przegląd filmów polskich zebrali to, co się dało ;)
          Jednak to dobrze, że robią coś takiego.
          Widzę, że masz (ponownie) okazję, by obejrzeć „Młyn i krzyż” Majewskiego. Warto. „Salę samobójców” też polecam (podobno dostępna jest też już od dawna w internecie – ale ja jestem wielkim zwolennikiem oglądania filmów na dużym ekranie).
          Jeśli będziesz niedługo w Polsce, i będziesz chciała się wybrać do kina, to zwracam uwagę na „Wymyk” (lecz o tym pewnie już wiesz od tamaryszka).

          PS. „Program czytający tekst ostatnio mi pomaga w tego typu zaległościach”.
          A cóż to jest za dziwo?! Obawiam się, że moje teksty wydają się jeszcze bardziej dziwne, czytane przez jakiś automat :)
          PS2. Mam nadzieję, że Panna Gorączka się już od Ciebie odczepiła.

        • czara Says:

          Logosie, pocieszę Cię, ten program czyta Cię poważnym i grubym głosem „Jana” :D Taki automat jest bardzo przydatny, zwłaszcza dla gospodyń domowych ;) Można robić pranie, sprzątanie, gotować czy cokolwiek,a Jan usłużnie czyta teksty wyświetlone na ekranie. Gdyby jeszcze można było mu coś podyktować, ech…
          „Wymyk” zanotowałam. Rozumiem, że jeżeli to jest jedyny polski film, jaki mogłabym obejrzeć w kraju, to dobrze jeśli wybór padnie na niego. Pretensje zgłoszę do Ciebie i Tamaryszka.
          Gorączki i katary skutecznie przeganiam. Jestem ostatnio w tym mistrzem, niestety dużo okazji do praktyki…

        • Logos Amicus Says:

          …ten program czyta Cię poważnym i grubym głosem „Jana”

          I to ma być pocieszenie? ;)

  7. Spider_mały Says:

    Oglądałem „Czarny Czwartek” i przyznaję, że trochę mnie ten film zszokował. Nie sądziłem, że ponad 20 lat po wojnie w Polsce miały miejsca sytuacje przedstawione w filmie.. myślałem, że wojna ta brutalność w Polsce zamknęła i sytuacje takie już miejsca nie miały… Miałem, oczywiście pojęcie,że byli bici ludzie itd ale nie sądziłem, że to tak wyglądało… A ludzie narzekają na Niemców którzy zabijali w czasie wojny i to ludzi innej Narodowości, tutaj zabijali po wojnie i to rodaków….Przecież ta sytuacja w filmie jak uderzał pałką tego młodego 17 razy ze względu na ilość liter w jego imieniu i nazwisko to sytuacja rodem z obozów. Nie przypuszczałem, że w Polsce i to za sprawą Polaków było w 1970 tak jak w czasie wojny. Te lata bardziej mi się kojarzyły z teoretycznym brakiem żywności (bo niby żywność było ciężko dostać a tak naprawdę ludzie nie głodowali), sporami z milicją ale z latami nie najgorszymi ale w życiu bym nie pomyślał, ze ludzie byli łapani jak w czasie wojny i przetrzymywani jak w obozach i do tego jeszcze bici… Wiedziałem, że było źle ale nie wiedziałem, że aż tak.

    • zlom Says:

      Ja w szkole średniej kończe historie i materiał zakończony na II wojnie światowej – czasu nie starczyło, bo cała 1 klasa to Mezopotamie, Egipty i inne syfy. A potem zdziwienie czemu Polacy tak łatwo we wszystko wierzą i się z ruskimi bratają … Ostatnio jeden mniej ogarnięty kolega stwierdził że „potem tam w osiemdziesiątych było powstanie, nie? a ten siedemdziesiąty to też było jakieś powstanie czy co?” . Ręce opadają, ale jeśli ktoś się tym nie interesuje, to skąd ma wynosić wiedze na ten temat?

    • Logos Amicus Says:

      Tak już chyba jest, że najtrudniej jest interpretować historię najnowszą. Może jest też w tym jakiś rodzaj asekuranctwa? A może po prostu to wszystko jest zbyt jeszcze „świeże” i dlatego trudno jest ludziom zachować wobec tych wydarzeń dystans?

  8. jula Says:

    „Spider_mały” , „zlom ”

    No cóż, chyba nie jesteście z „kosmosu” . Żyjecie w Polsce , gdzie żyli i wasi rodzice i wasi dziadkowie. Sami tu mieszkacie i tez macie swoje subiektywne spojrzenie na rzeczywistość. :)
    Trochę i z nimi (Waszymi przodkami) porozmawiajcie jak było?…
    Jak im się żyło . Przy zmianach ustroju jest zawsze twarda walka o władzę. Czasami obrywa się mocno i przypadkowym obserwatorom.

    Każde państwo jest tak zorganizowane , że posiada aparat przymusu (obecnie policja , wojsko itd.. nie mówiąc o służbach specjalnych, szpiclach itd… ! ) Nawet i teraz , wydawałoby się ,że w państwie demokratycznym ich nie potrzeba a jednak nadal są bynajmniej nie w celach reprezentacyjnych !… ;)

    Ten obraz , ten film subiektywny , choć nie twierdzę , że milicjant głaskał po główce :D, ale i teraz też jego interwencja nie kończy się na głaskaniu.
    Wystarczy popatrzeć na te akcje (tak mówią ) w wyłapywaniu bandytów, jak Ci bandyci ( „gangsterzy) są traktowani !…
    Oni też żyją między nami, czasami są z braku innych nawet naszymi pracodawcami !….

    To nie jest takie jednoznaczne i jednak bardziej skomplikowane :)

    Jednak nie ośmieliłabym się mimo wszystko absolutnie – nie usprawiedliwiając tamtych działań ówczesnej milicji i innych reprezentujących ówczesny „aparat przymusu” – porównywać do poczynań Hitlera.
    W czasie II wojny światowej , Hitler miał jednak swój plan , który polegał na podporządkowaniu Mu , Niemcom Hitlerowskim całego świata .
    Inni ludzie mieli być traktowani jako podludzie i był powszechnie stosowany terror, uliczne łapanki a nawet i pokazówki uliczne. Wieszanie przypadkowych przechodniów , pacyfikacja całych wsi (spalenie i zabicie całej ludności w tym starców i dzieci łącznie z niemowlętami).

    Do miłego…

    • Logos Amicus Says:

      Oczywiście, że ZOMO, to nie było „gestapo” – jak skandowali wówczas protestujący ludzie. W takich momentach trudno jest jednak zachować zimną krew i wypowiadać wyważone opinie.

      Czy „Czarny Czwartek” jest filmem subiektywnym?
      Jest nim o tyle, że ukazuje tamte wydarzenia z perspektywy zwykłych ludzi – robotniczej rodziny. I ukazuje fakty – dlatego nie jest filmem (jak ktoś to tutaj w komentarzach ujął) „zakłamanym”. Nie jest żadną manipulacją historii – tak było.
      Na pewno, gdyby film o wydarzeniach grudniowych nakręcili ludzie, którzy byli wówczas po innej – niż robotnicy – stronie barykady, to byłby to film zupełnie inny. (Swoją drogą chętnie bym taki obraz zobaczył).

  9. krystian Says:

    Wczoraj oglądnąłem „Lincz”. Sądzę, że bracia, którzy zabili Zaranka są przedstawieni w jednoznacznym, pozytywnym świetle. Ale zarzut, że jest to tendencyjny film, byłby zbyt mocny. Film prezentuje krytykę takich zachowań ustami prokuratora. Jak najbardziej słuszną krytykę z którą trudno się nie zgodzić.

    Można próbować usprawiedliwiać przestępstwo braci, szukać przesłanek łagodzących zło którego się dopuścili. Ale nie może być akceptacji dla samowolnego katowania człowieka, bo nam w jakiś sposób podpadł. Powinni go ubezwłasnowolnić w ramach obywatelskiego zatrzymania i oddać w ręce policji. Przecież policja go poszukiwała. Tymczasem zostawili go skatowanego i umierającego. Zostali potraktowani nad wyraz łagodnie przez sąd.

    • Logos Amicus Says:

      Zgadzam się.
      zabójstwo człowieka jest zabójstwem człowieka – jak by na to nie patrzeć.
      Czy to, co uczynili mieszkańcy tej wioski, mieści się w kategoriach zabójstwa w obronie własnej? Jednak wątpię.

      Przestrzegałbym przed jednoznacznym usprawiedliwieniem tego, co zrobili bracia i ich pomocnicy.

    • Logos Amicus Says:

      Myślę, że nie popełnię większej niedyskrecji, jeśli przytoczę tutaj kilka zdań z maila, jaki dzisiaj otrzymałem od Janusza Mrozowskiego:

      „Bardzo mi bylo milo przeczytac Twoja recenzje mojego filmu – fajnie by bylo, zeby widzowie tak odebrali ten film, jak Ty! Przesle link do ewentualnej publikacji na portalu Sluzby Wieziennej.
      Jutro lece do Warszawy pokazac badgirlsy na Festiwalu Praw Czlowieka, i popracowac troche nad montazem badboya…”

  10. Torlin Says:

    Piszesz: „Chicagowska impreza umożliwia bowiem zapoznanie się niemal na bieżąco z tym, co dzieje się w polskim kinie – i to w sposób chyba bardziej przystępny, niż to ma miejsce w samej Polsce”.
    Ja o tych polskich filmach dowiaduję się po raz pierwszy od Ciebie. Nie przepadam za polskimi filmami, a dlaczego, to wyjaśnia ten link

  11. skandal! Says:

    „Czarny Czwartek” to jest film proszę Państwa zakłamujący historię socjalistycznej ojczyzny.
    Funkcjonariusze pracowali dla państwa, przeciw anarchii i chaosowi.

    To nurt sztuki wpisujący się w szkalowanie socjalistycznego państwa i jego wiernych obywateli. Rzetelnych, odpowiedzialnych, dokładnych.

    • Logos Amicus Says:

      Czyli te tysiące robotników, którzy protestowali wówczas w Gdańsku, to „niewierni” obywatele PRL-u?
      Rzetelni, odpowiedzialni, dokładni… – czyżby to odnosiło się do tych, którzy do protestujących robotników strzelali? Czy też może do całej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – przewodniej siły narodu?

      Film jest zakłamany?
      Ale co konkretnie jest w nim zakłamane?

  12. Ewa Says:

    O Matko Kochana, O Matko Kochana. Ci nasi Kochani Rodacy i ich argumenty. Ty LA oczywiście powiesz, że nie rozumiesz „o co mi się rozchodzi”. Schodzę więc do ‚podziemia’ w temacie: lata siedemdziesiąte, stan wojenny, filmy ‚na temat’. Dobranoc (0:25), proszę nie budzić.

  13. babka filmowa Says:

    „LINCZ”
    Cytuję: „Wprawdzie budząca trwogę i przerażenie (za sprawą niezwykle przenikliwego wcielenia się w nią Wiesława Komasy), to jednak jakby z innego świata, czy raczej epoki, z innej powieści czy filmu: trochę z Dostojewskiego, trochę z horrorów klasy B, C i D, trochę jakby z innego kraju. Spójrzmy zresztą na plakat. Czy ta wystylizowana na arcyłotra gęba przypomina twarz polskiego wieśniaka recydywisty, nawet jeśli awansujemy go do poziomu wybitnego socjopaty? Coś mi się wydaje, że prawdziwy Zaranek nie miał nic z tej zjawiskowej metafizyki ani nawet z demonizmu, był za to jednak bliżej wiejskiemu naturalizmowi. Bliżej nawet samych mieszkańców, niż by to się mogło wydawać, patrząc na tę jego wobec nich wrogość i zadawany im gwałt. Może właśnie dzięki temu podobieństwu był przez nich bardziej znienawidzony?”

    No właśnie! Zaranek wyraźnie odstawał od społeczności, w której przyszło mu żyć. Nie tylko pod względem wyglądu. Już pierwsza scena ( o czym piszę w swojej recenzji) sugeruje nam, że facet jest nie w ciemię bity. Te gazetowe wycinki z procesów z trybunałami, a za chwilę podanie o rentę z mnóstwem załączników świadczą, że facet potrafi główkować. Poza tym, mówi niezłą czystą (bez żadnych naleciałości gwarowych) polszczyzną, co prawda z ozdobnikami „łacińskimi”, ale jednak. Poza tym, gdy chce, potrafi być bardzo uprzejmy, aż by się chciało powiedzieć – ma ogładę, co nie wstrzymuje go by, gdy sie zdenerwuje, od rzucania mięsem. Jednym słowem, aż się prosiło, by temu facetowi poświęcić więcej uwagi, był zbirem, ale ciekawiło dlaczego nim został, choćby słówko na ten temat.
    Czy prawdziwy Zaranek taki nie był, czy był bardziej podobny do swoich ziomków, czy się od nich właśnie różnił, tak jak na filmie? Być może właśnie się różnił, ludzie bardziej nienawidzą innych, obcych, których nie rozumieją, pomijając, że tu już same czyny Zaranka wystarczały by go nie cierpieć, bać się go. Ale być może nie znalazł z nimi wspólnego języka wcześniej, właśnie dlatego, że od nich odstawał, to wyzwalało w nim złość, może wcześniej go ci ludzie odrzucili.Trudno powiedzieć, możemy sobie gdybać do woli. Ja właśnie żałuję, że nie stworzono w tym obrazie jakiejś frapującej historii, która pozwoliłaby widzowi na jakieś emocje różne od tych oczywistych, związanych wprost z linczem i jego przyczyną.
    Pamiętasz, scenę na moście, gdy jeden z braci rzuca się na tory? Jakie to było sztuczne, żeby nie powiedzieć wręcz śmieszne. Rozumiem, że służyło opisowi rozpaczy oskarżonego, jego desperacji, miało nas jeszcze bardziej utwierdzić w niechęci do prokuratora zabiegającego o wyrok skazujący na więzienie bez zawieszenia, niestety tak scena wlepiona na siłę, odnosi odwrotny skutek.
    Poza tym, nie widzę w tym filmie żadnych wielkich rozważań, o których wspomina reżyser, o różnicach między wsią a miastem, oprócz jednej sceny w gabinecie lekarskim (z Izbaelą Kuną), ale właściwie tak może potraktowana może zostać także kobieta z miasta. Z nieudolnością policji czy innych służb spotykają się mieszkańcy całego kraju. Wieś jest pokrzywdzona z tego powodu, że jest bardziej oddalona od instytucji, trzeba do nich dojechać ileś tam kilometrów, jest mniej doglądana to też wynika z tych odległości i braku pieniędzy, ale poza tym, nie innych różnic nie zauważyłam. Pewnie, że ludzie żyją biedniej, ale bieda w miastach też jest. Chyba coś się reżyserowi przyśniło…

    • Logos Amicus Says:

      To prawda: Zaranek (chodzi teraz o postać filmową) wyraźnie odstawał od reszty społeczności tej wsi. Ale jednak z niej się wywodził – i tego moim zdaniem nie było widać na ekranie. Wydaje mi się, iż właśnie dlatego, że reżyser i aktor wykreowali na ekranie indywiduum jakby z innego świata (i to bardziej literackiego, filmowego, a nie istniejącego gdzieś rzeczywiście). Dlatego Zaranek sprawiał na mnie wrażenie, jakby był z innego filmu.
      Oczywiście, że należało pokazać tą „inność” Zaranka, ale w kontekście środowiskowym, socjologicznym – jego niedopasowanie społeczne. W końcu był on socjopatą, który spędził ponad 30 lat swojego życia w więzieniu, więc nie dziwota że był „inny”.
      A tu wyszło jakieś pęknięcie stylistyczne.

      Przy okazji chciałem zwrócić tutaj uwagę na Twoją recenzję „Linczu”.
      Pozwól, że zacytuję tu tylko taki jej mały fragment:

      „Z tej historii, ekscytującej samej w sobie, można było wycisnąć coś więcej ponad to, co już wiedzieliśmy wcześniej. Nie jestem pewna, czy reżyser i scenarzysta zarazem, dobrze zrobił, że zrezygnował z linearnej fabuły na rzecz jej poszatkowania i wymieszania. Powstała swoista sałatka, można by rzec ze swojska „chłopska”, trochę słabo doprawiona, bez dobrych proporcji ostrego i słodkiego, bo z wybijającym się zdecydowanie smakiem chili (Zaranek).”

      Polecam całość na Twoim blogu:

      http://www.babkafilmowa.blogspot.com/2012/01/lincz-rez-k-ukaszewicz.html#comment-form

      Pozdrawiam

  14. OD LIZBONY PRZEZ TABORY PO SYBERIĘ (o filmach XXV Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce: “Papusza”, “Imagine”, “Baczyński”, “Nieulotne”, “Syberiada polska”, “Wałęsa. Człowiek z nadziei&# Says:

    […] przedostatnim dokumencie Mrozowskiego “Bad Girls. Cela 77″? (pisałem o nim swego czasu TUTAJ) Skoro tak, to biję się w piersi: ten lekki zamęt rodzi się tylko w mojej głowie. I jeśli […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s