O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Demonstrujący tłum nigdy nie zaspakaja swoich potrzeb wyższych, bo w tłumie ich nie ma – następuje równanie do średniej, jak również zniżanie się do zachowań instynktownych, często irracjonalnych.
Tłum nie myśli.

Nawet jeśli tłum występuje w imię jakiejś wyższej idei, to w akcie tłumnej demonstracji następuje jej zglajszachtowanie – sprowadzenie do bezrefleksyjnego stereotypu, często do parodii samej siebie.

Tłum jest zazwyczaj narzędziem w rękach manipulatorów, którzy – by osiągnąć cel – zawsze wmawiają tłumowi, że nie tylko działają oni w imię jego dobra, ale że sam tłum może o czymś decydować i że jest w tych decyzjach suwerenny i nieomylny.

O zachowaniach tłumu decydują hormony – impulsy i popędy – a nie refleksja. (Tłum jest domeną emocji, a nie myślenia.)

Włączenie się w tłum najczęściej wiąże się z regresją – to niejako zejście na niższy próg człowieczeństwa. (To ciekawe i warte zastanowienia, że właśnie w takim momencie ludzie przeżywają często euforię.) Co oczywiście nie oznacza, że tłum z zasady jest agresywny.

Tłum zaczyna funkcjonować w innej rzeczywistości, która nie jest, w stosunku do obiektywnej rzeczywistości, ani komplementarna ani alternatywna, tylko efemeryczna. W końcu i tak – prędzej czy później – następuje (wtedy już indywidualne) otrzeźwienie.

greydot

Jednakże właściwości tłumu nie zawsze są wartością negatywną, przynoszącą samo zło. Można je również wykorzystać w dobrej sprawie – wtedy tłum jest siłą pozytywną. Szkopuł w tym, ze często nie wiemy, co jest złe, a co dobre – zło nam się przedstawia jako dobro, a dobro jako zło.

greydot

Sądzę, że prawdziwy bunt jest aktem indywidualnym.
Tak więc określenie „zbuntowany tłum” jest w pewnym sensie oksymoronem: bo ktoś, kto przyłącza się do takiego tłumu automatycznie staje się oportunistą (przejmując ideę tłumu staje się jego częścią, pozbawiając się tym samym suwerenności – w działaniu i myśleniu).
Y Gasset pisał o „buncie mas”, ale w rzeczywistości opisywał powstawanie zatomizowanego tworu – nowej wersji europejskiego społeczeństwa, której „bunt” polegał nie na zdobywaniu kolejnych poziomów wolności (wliczając w to wolność indywidualną), ale wręcz przeciwnie: na rozrastanie się w masę, która de facto wolność indywidualną niszczyła (co wkrótce urzeczywistniło się w postaci państw totalitarnych – w komunizmie i faszyzmie). Podobne fiasko ponosi dziś ideologia neoliberalna, obiecując człowiekowi wolność, a w rzeczywistości pozbawiając go tożsamości i zmuszając do zachowań szablonowych w rodzaju politycznej poprawności czy kompulsywnej konsumpcji.
Niestety, wygląda na to, że nadal – w skali społecznej – jeden rodzaj zniewolenia zamieniamy na inny.

greydot

Pewne zachowania społeczne są zaraźliwe. Wydaje mi się, że sporą część winy za takie tragedie, jakimi są ostatnie masowe zabójstwa w różnych stanach, ponosimy my sami – nasza fascynacja mordem, która przybiera maskę strachu, przerażenia i oczywiście (często głębokiego i szczerego) współczucia dla ofiar. Winna jest również wynikająca z tego wszystkiego orgia wiadomości, którymi główne media katują nas non stop przez wiele dni. Skądinąd wiadomo, że np. samobójstwa mają tendencje do tego, by przybierać formę epidemii w pewnych kręgach społecznych – rozprzestrzeniają się tak, jak wiadomości o nich. Wydaje mi się, że podobnie jest z masowymi morderstwami, tak mocno nagłaśnianymi przez media, które wręcz się nimi napawają. Kto wie, czy np. tragedia w szkole Sand Hook wydarzyłaby się, gdyby nie wcześniejsza strzelanina w Oregonie, czy uczynienie z Brevika światowej sławy „gwiazdą” masowego mordu. Kto wie, czy tych, którzy decydują się na taki straszny czyn, nie napędza właśnie narcystyczny pęd do zostania swego rodzaju anty-bohaterem (w przypadku muzułmanów: męczennikiem), którego nazwisko znajdzie się nagle na ustach milionów ludzi całego globu? Te warholowskie 15 minut sławy – nieważne, że nienawistnej, ale przynajmniej przełamujące doskonałą anonimowość i poczucie zupełnej bezwartościowości, jakie żywi wobec siebie zabójca. Albo wykrzyczenie wobec świata własnej desperacji, może nawet krzywdy, jaką według nich wyrządził im ten świat i najbliższe otoczenie?

Może więc przydałoby się więcej powściągliwości? Mniej medialnej burzy? Może lepsze byłoby też zachowanie anonimowości mordercy?
No i wreszcie, last but not the least: może wreszcie ktoś zrobiłby porządek z tymi wszystkimi karabinami i pistoletami, do których łatwy dostęp – jak widać – mają także szaleńcy, będący w stanie zgromadzić ich cały arsenał? Czy rzeczywiście na wszystkim można robić pieniądze? (bo tu nie chodzi o żadne prawo do posiadania broni w imię obywatelskiej wolności, tylko właśnie o FORSĘ – może więc nadszedł także czas by tych wszystkich hipokrytów i cyników z NRA rozgonić na siedem wiatrów?)

Jest jeszcze nasz prezydent. Wzrusza się albo peroruje, załamuje mu się głos, ociera ukradkiem łzy jakie mu się kręcą w oku (nie wątpię, że szczere). Ale czy kiedy podpisuje rozkazy ataku dronami w Jemenie czy Afganistanie, podczas których giną niewinni ludzie, w tym również i dzieci – to czy nie powinna mu przy tym zadrżeć ręka? Wbrew pozorom życie afgańskiego czy jemeńskiego dziecka jest tyle samo warte, co amerykańskiego – a ból rodziców na całym świecie jest taki sam.


greydot

Nie wiem jaki jest wpływ nauk Nietzschego na upodobnienie się świata do jego idée fixe. Natomiast jestem pewien, że próba wprowadzenia w życie jego postulatów (np. tych wynikających z afirmacji „mocy” i utworzenia kasty nadludzkich panów) byłaby koszmarem.
Aż się nie chce wierzyć, że ktoś – dokładnie pół wieku później – usiłował to zrealizować. Czy jednak można za to winić Nietzschego? Moim zdaniem nie. On był tylko rodzajem medium, za pomocą którego objawiły się symptomy choroby, na którą zaczęła zapadać europejska kultura, cywilizacja Zachodu.

Niestety, nie wahałbym się pewnych idei Nietzschego nazwać „banialukami” – jakimś absurdalnym „para-romantyzmem”, rodzajem idealizmu, do którego – idąc nad wyraz pokrętnymi ścieżkami – dotarł Nietzsche, wychodząc (żeby było jeszcze dziwniej) z naturalizmu i biologizmu.
Sądzę, że lepiej mu wychodziła krytyka, (ważna o tyle, że obnażała i wskazywała słabe miejsca europejskiej cywilizacji), niż jakakolwiek konstruktywna afirmacja.

Co ciekawe i znaczące, Nietzsche był również znakomitym krytykiem samego siebie. Może właśnie dlatego nie stworzył on żadnego naprawdę spójnego, koherentnego „systemu”.

Prawdę mówiąc, Nietzsche zawsze interesował mnie bardziej jako człowiek (myślący, wrażliwy, cierpiący, poszukujący, walczący…), niż jako filozof. Moje pochylanie nad nim bardziej jest humanistyczne (antropologiczne) niż filozoficzne.
Może dlatego nigdy nie potrafiłem go potępić.

Nie sądzę, że Nietzsche był człowiekiem okrutnym, jednakże to, co czasami pisał – jeśli by tak zastosować jego idee w praktyce, lub potraktować poważnie i dosłownie (a tak np. – po „nietzscheańsku” – potraktowali hitlerowcy osoby chore i „gorszej” rasy) – prowadziłoby do okrucieństwa.

Oczywiście, że od czasu Nietzschego doszło do pewnych przewartościowań w naszej kulturze. Nie zmienia to jednak faktu, że podjęta przez niego próba „przewartościowania wszystkich wartości” zakończyła się fiaskiem i popchnęła go w szaleństwo. Porwał się na coś, co go przerosło i za co „zapłacił” obłędem.

greydot

W pismach Nietzschego kilkakrotnie można znaleźć fragmenty, w których wyraża się on o ludziach jak o jakimś nawozie historii (sugeruje np. że można np. poświęcić życie milionów ludzi, jeśli służy to osiągnięciu jakiegoś wyższego – jego zdaniem – celu). Była to swego rodzaju antycypacja poglądów jakie reprezentowali (w praktyce) autokraci sprawujący władzę w systemach totalitarnych (i to zarówno faszystowskich, jak i komunistycznych).

Nietzsche potrafił zmieniać swoje poglądy dosłownie z jednego akapitu na drugi. Był takim eksperymentatorem – badaczem duchowych i myślowych ekstremów. Oprócz rzeczy genialnych, pisał też wierutne bzdury. Nie stworzył też jakiegoś spójnego systemu filozoficznego. Jego poglądy ulegały ciągłej ewolucji. Z tego też względu trudno uchwycić coś naprawdę stałego w jego myśli.
To co pisał często było bardziej literaturą, niż filozofowaniem, które można byłoby traktować serio. (Koniec końców, dla mnie Nietzsche bardziej jest artystą czy też poetą, niż filozofem, którego można pojmować dosłownie.)

greydot

Szaleniec niekoniecznie jest – jak ktoś napisał – istotą „bezgranicznie głupią”. Choć, jeśli ktoś „postradał zmysły”, to potocznie mówi się, że „zgłupiał”. A jednak szaleństwo nie jest tożsame z głupotą. Wystarczy zresztą popatrzeć, jak wielu szaleńców jest branych za mędrców… i vice versa. Bo któż, jak nie ludzie „szaleni”, byli założycielami największych religii? (vide: Budda, Chrystus, Mahomet…) Ponadto, czy człowiek nie musi być do pewnego stopnia „szalony”, aby zostać uznanym np. za „świętego”? Albo porwać się – wbrew wszystkim i wszystkiemu – na istniejący w świecie „porządek”?

Jeśli jednak geniusz staje się „szaleńcem i potworem”, to przestaje tym samym być człowiekiem mądrym. Według mnie „potworność” wyklucza mądrość.

Co miał na myśli Brecht, pisząc że w każdym geniuszu jest coś z szaleńca i potwora? Może to, iż często geniusze zachowują się amoralnie (czyli są na bakier z obowiązującymi normami obyczajowymi), a czasem wręcz nikczemnie?
Jednakże to, że geniusz staje się czasami nikczemnikiem nie powoduje tego, że przestaje on być człowiekiem genialnym.

Związek geniuszu i obłąkania to rzecz powszechnie znana, już choćby od czasów Arystotelesa, który stwierdził, że „każdy wielki geniusz ma coś z szaleńca”. Sama europejska psychiatria, która raczkowała w XIX wieku, wydała wtedy taką – uznaną już dzisiaj za klasyczną – pozycję, jak „Geniusz i obłąkanie” (autorem był Lombroso).
Przykłady ludzi, którzy zostali uznani za genialnych, a którzy zapadli na chorobę psychiczną, można mnożyć. Ale przecież nie każdy rodzaj ludzkiego „szaleństwa” podpada pod diagnozę psychiatryczną (czyli nie każdy szaleniec jest psychiatrycznym „wariatem” – tak jak nie każde „szaleństwo” klinicznym obłąkaniem). Np. podczas II wojny światowej „oszalała” prawie cała Europa i pół świata… lecz było to „szaleństwo” cywilizacyjne, kulturowe, a nie kliniczne.

greydot

Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, liryzm, mitologizacja, patos…
Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura

greydot
Fragment „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza pochodzący z czasów niemieckiej okupacji Warszawy. Otóż w czerwcu 1943 roku, na jednym z tajnych wieczorów autorskich, swoje nowe opowiadanie („Wielki Tydzień”) przeczytał Jerzy Andrzejewski (spotkanie miało miejsce w mieszkaniu Marii Morawskiej, wdowie po rektorze UJ; obecni, oprócz Iwaszkiewicza, byli także m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, ksiądz Ziaja…). Utwór ten napisany został na gorąco przez Andrzejewskiego, zaraz po tragicznych wydarzeniach powstania żydowskiego w getcie warszawskim.
I oto co mówi Iwaszkiewicz (dla którego nota bene literatura była bardzo ważna w życiu, może nawet najważniejsza): „Opowiadanie Andrzejewskiego zrobiło bardzo niedobre wrażenie. Ja myślę, że jest ono bardzo dobrze napisane i porusza jedno z naszych najważniejszych zagadnień, zasadniczy problem moralny każdego z nas. A mimo wszystko opowiadanie opisujące to, cośmy przeżyli tak niedawno, robi wrażenie niepokojące. Zdarzenia opisane odnoszą się do końca kwietnia.(…) Nie ostygły jeszcze popioły getta, a on już pisał na ten temat opowiadanie. Transponował tę straszną rzeczywistość w jakiś świat zorganizowany, skomponowany. To chyba nigdy nie może się udać. A co najważniejsze, że możemy skonfrontować to, cośmy przeżywali przed chwilą (…) I oczywiście opis nie oddaje ani dziesiątej części naszych przeżyć (…). Pozostając jeszcze w sferze naszych świeżych przeżyć, nie sprosta tym przeżyciom, nie stając się dziełem sztuki.”

Tak więc okazuje się, że aby sprostać wyzwaniu literackiej próby ogarnięcia życiowego koszmaru, potrzebny jest dystans – i to nie tylko czasowy, ale i psychiczny. W przeciwnym razie do gardła rzuca się nam rzeczywistość, a literatura wydaje się mrzonką.

greydot

Lepiej jest żyć, niż o życiu czytać.
Czy to samo odnosi się do pisania?

greydot
Literatura jest zawsze czymś wtórnym dla doświadczenia życiowego. Co nie oznacza, że nieważnym.

greydot

Świadectwo Borowskiego. Obawiam się, że dzięki niemu (i temu co zrobił) mogła się nam objawić pewna okrutna prawda: jeśli człowiek w pełni pojął i „zrozumiał” Auschwitz, to jedynym dla niego wyjściem z tej opresji (wiedzy i świadomości) jest samobójstwo.
Ucieczka jest niemożliwa.
Tym bardziej płonna jest ucieczka w literaturę.

 

greydot

Po lekturze „Losu utraconego” Imre Kertésza.
Oczywiście, że wielu ludzi, którzy przeżyli obóz, zadawało sobie pytanie: dlaczego właśnie ja? Trudno mi uwierzyć, że wobec koszmaru, którego doświadczyli, przeszło im przez myśl, aby dziękować za to jakiejś „Opatrzności” (gdyż wobec tego co się stało, pojęcie „Opatrzności” wydaje się być jakąś Monstrualną Ironią!)
Czy wszyscy z nich byli winni? Czy można obwiniać nawet tych, którzy dopuścili się w obozie czynów nagannych, czy wręcz nikczemnych?

Początkowo, kiedy pisałem o zwątpieniu w człowieka, którego doświadczyłem przy zderzeniu się z Auschwitz, bardziej miałem na uwadze właśnie owo zło, które wyzwoliło się w więźniach, niż to, które było udziałem niemieckich (najczęściej) oprawców. Esesman w czarnym mundurze i z pejczem w ręce, zrazu wydawał mi się bardziej jakimś kosmitą, niż człowiekiem – dopiero później zdałem sobie sprawę z jego „ludzkiej” natury i z konsekwencji, jakie miało jego zachowanie na ogólny sąd o człowieku.

Tak więc na początku było przerażenie tym, czego dopuszczali się wobec siebie sami więźniowie.
Jak sobie dałem z tym radę? Otóż pomógł mi w tym np. Herling-Grudziński i jego słowa, że nie można sądzić człowieka (oskarżając go o „nieludzkość”), którego zmuszono do życia w nieludzkich warunkach.
Tadeusz Borowski tego nie zaakceptował (nie zrozumiał?) i dlatego się zabił. Pisząc, że Borowski poznał „pewną okrutną prawdę” o człowieku – i wskazując przy tym na to, że uświadomienie takiej „prawdy” musi konsekwentnie prowadzić do samobójstwa – nie wyraziłbym się jednak ściśle. To była bowiem „prawda” Borowskiego. A w takim miejscu jak Auschwitz, jest jeszcze wiele innych „prawd” (podobnie jak istnieje wiele „prawd” o Powstaniu Warszawskim).

Dlaczego piszę „prawda”, ujmując to słowo w nawias?
Ponieważ sądzę, iż owa „prawda” bardziej jest ludzką opinią, stanowiskiem, perspektywą, niż prawdą absolutną, (do której według mnie nie mamy dostępu w naszym ludzkim świecie).
A więc relatywizm?
Niekoniecznie.
Jeśli bowiem przyjmujemy już pewien system wartości (czyli potrafimy w naszym sumieniu odróżniać Dobro od Zła… co jest według mnie naszą ludzką powinnością – moralnym imperatywem), to nie powinniśmy mieć większych kłopotów z tym, co uznać za naszą prawdę.

Naturalnie, będzie to dotyczyć tylko jakiegoś fragmentu rzeczywistości… Ale nie mamy innego wyjścia, gdyż pełni rzeczywistości nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
To właśnie dlatego nie mogę zgodzić się z tym, że samobójstwo Borowskiego było, jak ktoś napisał, „jedynie słuszną odpowiedzią” na rzeczywistość. Może wikłam się tu w jakieś sprzeczności, ale inaczej chyba myśleć nie mogę.

A jaka jest np. prawda o Maksymilianie Kolbe?
Otóż ja już dawno temu żywiłem podejrzenie, że było to samobójstwo. Kolbe wykorzystał sytuację, by zakończyć życie i wyzwolić się z koszmaru. Zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy aby nie poczuł się on winny, bo przecież jego pisemko publikowało przed wojną teksty antysemickie, co można uznać jako pewien przyczynek do tworzenia atmosfery anty-żydowskiej histerii, która doprowadziła w końcu – a co najmniej ułatwiła – „ostateczne rozwiązanie” i zagładę większości europejskich Żydów. Ale o tym nikt nie mówi, bo wszak uznany on został człowiekiem „świętym”.
Jednakże później przyszła inna refleksja: może Kolbe, zdjęty litością, rzeczywiście chciał dostrzec w drugim człowieku Chrystusa i oddał za niego życie? Tym samym stając się symbolem ostatecznego poświęcenia dla bliźniego? Tej prawdy uchwycili się jego wyznawcy. I trudno się temu dziwić, gdyż ludziom trudno jest żyć bez nadziei (bo jakkolwiek uznalibyśmy ją może za naiwną „matkę głupich”, to jest ona również nam potrzebna jak powietrze do oddychania i woda do picia…)

W ludziach jest zarówno Kain i Abel, ale w końcu kogoś jednoznacznie potrafimy nazwać Kainem i Ablem. To jest ten bilans, dzięki któremu możemy dość jednoznacznie powiedzieć: ten człowiek jest zły, a ten dobry. Pisząc kiedyś, że były momenty kiedy utożsamiłem się również z tym esesmanem-oprawcą w obozie, pisałem o jakieś abstrakcji, którą pomyślałem chcąc przeniknąć ludzką naturę. Przecież, tak naprawdę, zawsze utożsamiałem się tylko z tymi, których krew wsiąkała w ziemię Auschwitz, a ciała ulotniły się przez kominy krematoriów.
Czasem jednak ogarniał mnie lęk i męczyła niepewność, czy zawsze w tych warunkach zachowywałbym się po ludzku, i czy nie zacząłbym patrzeć na świat oczami Borowskiego, co mogłoby być jednoznaczne z niezgodą na dalsze przebywanie na takimż świecie.

greydot

Bardzo byłbym ciekaw świata, jaki stworzyliby ludzie, których zabito w obozach zagłady, gdyby przeżyli wojnę. A wyginęły ich legiony. Byli wśród nich genialni naukowcy, artyści, myśliciele… Czy można sobie coś takiego wyobrazić? Na pewno nie. Talmud mówi, że kiedy umiera człowiek, to tak, jakby ginął z nim świat cały. A tu – w sposób okrutny i w tak krótkim czasie – zginęły tych ludzi miliony.

greydot

Kiedy wiadomo było, że wojna jest przegrana, samobójstwo popełniło tysiące Niemców. Ale czy z powodu poczucia winy, że było się po stronie katów? Wątpię. Głównie powodował nimi strach przed nadciągającą sowiecką „barbarzyńską” hordą.
Wrażliwość na wyrządzone zło?
Raczej strach przed karą i przed nowym „porządkiem” zwycięzców.

greydot
Jak wyglądałaby Europa bez zagłady? Można by próbować sobie to wyobrazić, ale prawdopodobieństwo tego, że wyobrazimy sobie stan, który odpowiadałby rzeczywistości, jest nikłe. Obawiam się, że zafundowalibyśmy sobie jakąś inną, równie potworną katastrofę, ponieważ w całej Europie panowała wówczas taka – prąca do konfrontacji – mentalność straceńczo-kombatancka, (która była m.in. skutkiem problemów i konfliktów nabrzmiałych po I wojnie światowej.) Być może Hitler uprzedził – i niejako ustrzegł – inne państwa przed popełnieniem podobnej zbrodni? Może wśród tych państw znalazłaby się i Polska?

greydot

Wata… wata, którą się owijamy, by się zbyt boleśnie nie poobijać; zasłona dymna, którą się okadzamy, by cała potworność świata nagle nie wypaliła nam oczu.

greydot

Pewnego razu (po opublikowaniu przeze mnie tekstu „Anus Mundi”) usłyszałem oświadczenie: „Nie byłam w Oświęcimiu i nie wybieram się. Mam wrażenie, że nie muszę tego miejsca oglądać. Świadomość tego, co się działo, wystarcza mi. Natomiast nie wiem, czy widziałeś video „Holocaust Survivor’s Death Camp Dance Flap”. Mężczyzna, który przeżył obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, wraca tam z wnukami, by na miejscu zagłady zatańczyć do piosenki „I will survive”. Zszokowało to Niemców i Polaków, mnie się zaś wydało cudowną apoteozą celebracji życia i przezwyciężeniem duchów przeszłości.”

Mnie to ani nie szokuje, ani nie oburza. Ale mogę tylko mówić za siebie. Skoro jednak protestują przeciw temu video ci, którzy faktycznie przeżyli Zagładę, to trudno to ignorować i nie brać tego pod uwagę. Może jednak, po prostu, warto ten fakt uszanować?
Wydaje mi się, że nieporozumienia wokół tych kontrowersji wynikają z polaryzacji dwóch odmiennych postaw. Bowiem z jednej strony jest bezbrzeżny smutek, rozpacz i przerażenie, jakie ogarniają ludzi w konfrontacji z tą potworną zbrodnią (i trudno się przecież tej reakcji dziwić, bo jest ona jak najbardziej uzasadniona i ludzka); z drugiej zaś – radość z ocalenia, afirmacja życia. Trudno jest takie reakcje przejawiać w tym samym czasie, a niektórzy uważają, że także i w tym samym miejscu – zwłaszcza w miejscu, gdzie miała miejsce Zagłada.
Istnieje przy tym jeszcze jedno niebezpieczeństwo: banalizacji i wyparcia czegoś, o czym jednak trzeba pamiętać w całym rzeczywistym wymiarze, także i w tym mało komfortowym, bolesnym, wręcz przerażającym. Według mnie pamięć taka jest konieczna do tego, abyśmy jednak byli świadomi tego, jak łatwo w naszej europejskiej cywilizacji (którą ponoć tak się szczycimy) o dokonanie podobnych zbrodni (a były one możliwe właśnie i dzięki temu, że pewne rzeczy wypierano ze swojej świadomości; że nie chciano ich dostrzegać; że dokonywano wygodnej i życzeniowej interpretacji faktów).
Kogoś, kto tańczy na zgliszczach (czy też popiołach pomordowanych), można jednak podejrzewać o to, że czyni to bez świadomości tego, jak potworny i bolesny był to pożar (zbrodnia) ewentualnie ze swojej świadomości to wypiera – bez faktycznego i dogłębnego zrozumienia tego, czym ta hekatomba była spowodowana.

greydot

Nie wyobrażam sobie życia nudnego, choćby z powodu tej jego właściwości, o której mówił Nietzsche: „Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu”. A poza tym – ileż to ekscytujących rzeczy dookoła.
Czy ci, którzy tęsknią za spokojem, wiedzą za czym tęsknią? Czy nie ma w tym czegoś z zakamuflowanego pragnienia bezruchu, może nawet śmierci?
A swoją drogą: jakże często ceną, jaką się płaci za doznanie tzw. „świętego spokoju” jest właśnie nuda. Przypomina mi się tutaj to, co o nudzie napisał Pascal w swoich „Myślach”: „Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku., bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal, rozpacz.”

greydot

Starość? Może nie tyle czuję już oddech starości na swoim karku, co odczuwam (niekiedy) przejmującą melancholię przemijania – siebie samego, moich bliskich, nas wszystkich i wszystkiego, co wokół nas.
Ale przecież wiem, że bez przemijania niemożliwa byłaby jakakolwiek zmiana, ewolucja, rozwój.
Czy z wiekiem to odczucie przemijania się wzmacnia? Myślę, że u większości ludzi tak. Jeśli chodzi o mnie, to również tak odczuwam, ale – jak tak zwracam się ku przeszłości – przemijalność wszystkiego, z całą jaskrawością i z wielkim przejęciem uświadomiłem już sobie w dzieciństwie, czy też (bardzo) wczesnej młodości. I od tamtego czasu ta świadomość jest ze mną – z większym lub mniejszym nasileniem – przez cały czas.

greydot

Miłość ma różne oblicza a występujący w niej egoizm maskujemy na wiele sposobów, zwłaszcza kiedy chcemy miłość uszlachetnić, wysublimować. Niezbyt z ową szlachetną wizją miłości współbrzmi to, że bardzo często nasza miłość jest zaborcza – tzn. zwykle chcemy kogoś posiąść na własność (psychicznie i fizycznie). To dążenie w skrajnych przypadkach jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, więc kiedy nie może się zrealizować, kończy się czasami samobójstwem (lub zabójstwem).

W miłości odwzajemnionej egoizm staje się walutą wymienną – dwoje ludzi ofiarowuje się sobie nawzajem (mając przy tym często poczucie bezinteresowności). Jednak zdarza się również, że człowiek w miłości niejako się „zatraca się” – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to w pewnym sensie można uznać za najwyższy stopień miłości, na jaki nas stać (choć, przyznaję, jest to dość desperackie i straceńcze). W tym przypadku rzeczywiście możemy powiedzieć, że został przezwyciężony wrodzony nam egoizm.

greydot

Miłość jest wytworem kultury, która w mit ujmuje hormonalną burzę, jaką miłość jest w wymiarze biologicznym. Zważmy na to, jaką rolę odgrywa miłość w każdej kulturze – i jak zmienia się jej obraz w zależności od mitologicznej fluktuacji danej kultury, która najlepiej widoczna jest w sztuce, w literaturze…
Każda epoka (i każdy rodzaj kultury) ma ten obraz miłości inny – i to właśnie jest dowodem na to, jak mocno – nierozerwalnie wręcz – miłość jest z kulturą sprzężona.
Można więc napisać wprost: bez kultury nie byłoby miłości, podobnie zresztą, jak nienawiści.

Erotyzm to nic innego, jak nasze „kulturalne” podejście do zwierzęcej (w swej istocie i proweniencji) „chuci” – do pożądania, seksu.

greydot

Miłość a przywiązanie?
To są pokrewne sobie uczucia, jednak różnią się od siebie, choćby intensywnością. Warto przy tym dodać, że miłość może przerodzić się w przywiązanie… chociaż nie musi (zdarza się przecież zamieniać w nienawiść).
Ale też przywiązanie może zaistnieć bez miłości.
Każdy z nas jednakże pojmuje miłość inaczej.

greydot
Miłość to nie kwestia wiary, ale „emocji i przeżywania”. Zdarza się, że ktoś tej emocji nie przeżył i wtedy mówi, że w miłość nie wierzy. (Gdyż nie wie, że miłość to nie sprawa wiary a doświadczenia.)

greydot
Miłość wielka i prawdziwa to rzadki ptak, trochę jak Feniks… Nie może to więc być ptak żyjący w stadach, bo wtedy wszyscy byśmy spłonęli.

greydot
Nie wiem, czy Bóg jest miłością, jak twierdzą ludzie „wierzący”. Tak naprawdę, to na temat Boga jest mi trudno cokolwiek powiedzieć. Mogę Go sobie tylko wyobrażać. To samo zresztą robią wszystkie bez wyjątku religie świata, (dlatego np. teologię uważam za wiedzę o ludzkich wyobrażeniach o Bogu, a nie za samą wiedzę o Nim samym).
Natomiast wiem, że człowiek pozbawiony miłości, albo taki, który miłości nigdy nie zaznał (a więc w nią nie wierzący) – jest człowiekiem nie tylko nieszczęśliwym (nieszczęsnym) ale i niebezpiecznym, bo skłonnym do destrukcji, będącej rodzajem zemsty na świecie za swoje uczuciowe upośledzenie i prostrację.

greydot

Hołd oddawany miłości „najwyższej”. Ktoś mówi, że w takiej miłości „człowiek niejako ‚zatraca się’ – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego”; ktoś inny, że „miłość ma w gruncie rzeczy wyraz desperacki i straceńczy.”
Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że jest to bardzo romantyczne spojrzenie na miłość – jak również, że jest to właściwie sięganie do jej mitycznych źródeł (rozpropagowanych głównie przez literaturę i sztukę).
Taka miłość najbardziej chyba działa na nasze emocje, uczucia i wyobraźnię, ma tylko jeden – niebagatelny wszak – mankament: jest destruktywna.
A przecież ta prawdziwa, pożądana przez nas miłość, nie powinna być czymś co niszczy, tylko tym co buduje.

greydot

Istnieje (materialistyczne w zasadzie) przekonanie, że wszystko co dzieje się w naszym mózgu jest sprawą chemii, a konkretnie reakcji chemicznych. Jednakże redukowanie wszystkich naszych fenomenów kognitywnych do materii (chemii) wynika moim zdaniem (po części, przynajmniej) z naszej bezradności wobec mocno jednak ograniczonych, możliwości poznawczych człowieka. Nauka, podobnie jak religia, także z czasem ustępowała ze swoich zarozumiałych – i w istocie dyletanckich – besserwisserskich pozycji.
Tak więc, kto wie? – może rzeczywiście „środki psychoaktywne” pozwalają nam przynajmniej przeczuć coś takiego, jak wieczność? Umożliwiają wejście w inne wymiary rzeczywistości, może nawet dotknięcie absolutu?

greydot

Tautologia. Czy aby czasem nie jest emfazą prawdy?

greydot

A jeśli by tak poezję uznać za próbę wyrażenia czegoś niewyrażalnego, wyobrażenia czegoś niewyobrażalnego, wypowiedzenia czegoś niewypowiadalnego…?

greydot

Oglądając album z malarstwem Jacka Malczewskiego po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, jak odważnym był Malczewski kolorystą (o jego precyzyjnym rysunku, mistrzowskim ujęciu formy, bujnej, symbolicznej wyobraźni nie wspominając). Daltonizujące snoby mogą kręcić nosem, ale ja lubię czasami popatrzeć sobie na taką orgię barw.
Rezygnacja z koloru (odnosi się to zarówno do malarstwa, jak i fotografii) musi mieć jednak swoje uzasadnienie – w przeciwnym razie staje się czymś pretensjonalnym. Do Malczewskiego na szczęście to się nie odnosi, bo on najwyżej redukował czasami (rzadko) kolorystykę swych obrazów do jednej tonacji, która i tak pulsowała bogactwem walorów, tonów i odcieni (jak np. w „Śmierci Ellenai”).

greydot

Pamiętam, że przed „Ofelią” Millaisa w londyńskiej Tate siedziałem dobry kwadrans. Już sam landscape można było studiować godzinami (Millais poświęcił mu pięć miesięcy pracy – malując po 11 godzin dziennie), ale to w końcu tylko tło (choć rojące się od symboli), bo najważniejszy jest tu trup Ofelii. Oczywiście, że jest w tym obrazie Śmierć (w kontraście do bujnej – i kolorowej – natury) ale warto zwróć uwagę, że Ofelia ma otwarte oczy – więc przy odrobinie erotycznej wyobraźni można odnieść wrażenie, że ona ma minę tak trochę jak przy orgazmie (nie bez kozery Francuzi nazywali orgazm La petite mort – a oni, jeśli chodzi o miłość i Erosa, to wiedzieli co mówią).

greydot

Malczewski „pisał” pędzlem (ten jego symbolizm jest przecież bardzo literacki, podatny na narrację i bogate interpretacje), ale „literacki” był też Matejko – niemal wszystkie jego obrazy to próba opisania historii, a w niektórych przypadkach, to nawet… jej tworzenia – głównie mitologizacji, idealizacji…

Malczewski i „Śmierć Elenai”. Jest jednak pewna omdlałość w ciele kobiety z tego obrazu, która odróżnia tu śmierć od snu. W tym stanie Ellenai już śnić nie może.

greydot

Ludzka twarz jako enigma. To jest ten paradoks: twarz potrafi ujawnić prawdę, ale też i prawdę skrywa. Mało tego – potrafi nas wprowadzić w błąd albo ukazać coś, co w istocie jest fałszywe. W każdym przypadku jednak, określa charakter i osobowość człowieka, który jest jej „właścicielem”.

greydot

No cóż, malarze byli różni… Zwłaszcza ci wielcy. Tym co ich łączyło była wrażliwość na kolor i fakturę, determinacja, by na płótnie oddać swoją wersję widzenia świata. To ich wyróżniało spośród innych ludzi.
Byli niezwykli, ale czy wszyscy byli szaleni, jak się czasami twierdzi?
To jest trochę taki romantyczny mit, który utrwaliła zwłaszcza secesja, dekadencja, bohema… bo wtedy wypadało być szalonym, więc wśród malarzy szaleństwo kwitło (tak bardzo, że nawet zaczęto podejrzewać, że przyczyną tego jest ołów, którego używano do wyrobu farb).

Ale tak po prawdzie to malarze charaktery mieli bardzo różne: od wyciszenia i skromności Fra Angelico, po wybujały, gwałtowny macho-izm Picassa. Byli wśród nich mordercy (Caravaggio) i ludzie powszechnie szanowani (Tycjan, Poussin), biedacy (Van Gogh, Rembrandt) i bogacze (van Dyck, Rubens); bon vivanci (Courbert, Delacroix) i stateczni sztywniacy (David, Ingres)… Niektórzy byli elokwentni i zostawili po sobie interesujące pisanie, inni zaś byli milczkami i opowiadali głównie za pomocą swojej malowanej sztuki. Było sporo geniuszy wyobraźni (Bosch), intelektu (da Vinci), pasji (Goya), oryginalności (Klee), cierpienia (Michelangelo), pracowitości (Durer)…
Innymi słowy: malarze to bardzo kolorowy i ciekawy ludek.

greydot

John Constable: „There is nothing ugly; I never saw an ugly thing in my life: for let the form of an object be what it may, – light, shade, and perpective will always make it beautiful.”

Constable napisał, że nic nie jest brzydkie pewnie dlatego, że dobry malarz nawet brzydotę potrafi zamienić (za pomocą swojej sztuki) w coś pięknego.

greydot

Sztuka – a tym samym i piękno – nie istnieje w naturze bez człowieka.

greydot

Czym innym jest dla nas ciemność, a czym innym jasność, lecz w naturze nie ma między nimi różnicy bo wszystko w niej ma takie samo znaczenie.
Na palecie malarza czekają barwy, które oddać mogą czarne chmury i burzę równie dobrze jak czyste niebo i słońce.
W naszych oczach rzeczywistość się zmienia więc chcemy utrwalić jej chwile nie wiedząc o tym, że Wszechświat i tak w końcu cały znieruchomieje. (A może już teraz jest nieruchomy i widzimy tylko jego kolejne zastygłe w bezruchu stop-klatki?)

greydot

Czyli wszystko dzieje się mimochodem i mimochodem też przemija – jak burza, jak słońce, jak człowiek, jak śnieg…
Jak życie…

greydot

Każda sztuka pozostaje martwa dopóki jej nie ożywimy naszą uwagą.

greydot

Na pewno dbanie o (rzeczywiste) proporcje nie jest w malarstwie najważniejsze, zwłaszcza w malarstwie pejzażowym. Przykład wielu malarzy – nawet tych klasycznych – pokazuje, że musieli oni pewne proporcje „naciągać”, podporządkowywać je niejako własnej koncepcji kompozycyjnej. (Przykłady: choćby El Greco, Tycjan, Giorgione, Mantegna, Maniasco, Rembrandt, Goya, Gainsborough… by wymienić tylko niektórych.)
Jak się tak zastanowić, to właściwie zdecydowana większość najsłynniejszych malarzy nie była wierna rzeczywistym proporcjom człowieka, o tych innych, występujących w przyrodzie, nie wspominając. I to wszystko mimo renesansowej dbałości – właśnie o proporcje i harmonię.
Bowiem najbardziej liczy się jednak harmonia kompozycyjna i kolorystyczna.

greydot

Czy ukazując (patrząc na) piękną kobietę, która wygląda „kwitnąco”, musimy się zamartwiać tym (a choćby tylko uświadomić sobie), że prędzej czy później ona przekwitnie – że jej uroda przeminie jak piękno kwiatu, który więdnie?
Tutaj wpadamy chyba w pułapkę snucia dość niepewnych paraleli i metafor – porównywania roślin z ludźmi. Kwiaty, które przekwitły, wyrzuca się, kobiet – jednak nie (zwłaszcza jeśli się je kocha).

greydot

Znany ze swoich kwiecistych portretów Fantin-Latour był jednak intrygującą postacią. Zdziwiło mnie np. jego zainteresowanie muzyką Wagnera (swoją wizytę w Bayreuth na premierze „Pierścienia Nibelungów” zaliczył do jednych z najważniejszych wydarzeń w swoim życiu), bo jakoś nie mogłem sobie skojarzyć tej wagnerowskiej fascynacji z psyche malarza ładnych kwiatków (co innego ubóstwiający muzykę Niemca Nietzsche, który do Wagnera bardzo mi pasował – mimo, że w końcu stał się jego wrogiem).

Muszę przyznać, że z początku Fantin-Latoura znałem tylko z jego obrazów kanonicznych, czyli tych przedstawiających kwiaty. Dopiero później dowiedziałem się o jego próbach portretowych, a jeszcze później – o jego litografiach i kompozycjach alegorycznych odwołujących się nie tylko do muzyki Wagnera, ale i Berlioza, Brahmsa czy Schumanna.
Co ciekawe – sam Fantin-Latour te ostatnie prace cenił najbardziej, ale paradoksalnie były one przez krytyków i odbiorców raczej ignorowane i w końcu sławę artyście przyniosły te jego kwiaty, którymi właściwie zarabiał na życie. Choć zapewne nie malował je tylko z przykrego obowiązku – wręcz przeciwnie: on musiał to malowanie ich bardzo lubić, w przeciwnym razie nie byłyby takie piękne.

greydot

Niektórzy wolą obrazy przedstawiające pewną anegdotę, wypełnione jakimś pierwiastkiem antropologicznym – bo tylko wtedy (jak mówią) może on mieć – i przekazywać – „emocję”.
Ja to widzę nieco inaczej. Dla mnie np. martwe natury nie są emocjonalnie puste, ani zimne. Mam wrażenie, że czuję w nich właśnie te emocje, które zapewne odczuwał artysta, kiedy je malował.
Nie wiem, może to jakaś nadinterpretacja, ale np. każdy z kwiatów Fantin-Latoura wydaje mi się mieć swoją „osobowość”. Tak je chyba traktował sam malarz – jako coś indywidualnego i żywego.

greydot

Ktoś ciekawie napisał: „Muzea to miejsca niezwykłe. Każdy obraz, który w nich jest, bez względu, jaki nosi tytuł, nie jest ‚martwą naturą’, jak mówią Polacy, tylko ‚cichym życiem’, jak mówią Niemcy, i to ukryte życie decyduje o ich życiu w nas, w naszej świadomości, bo innego życia nie ma. Malarstwo i postrzeganie sztuki wzrokiem jest swoistą umiejętnością. Słuchowcy umieją to zrozumieć. Widzenie jest taką samą łaską, jak słyszenie. Ale ma też coś więcej: łaskę niesłyszenia, łaskę ciszy. Łaska ciszy jest być może przywilejem największym, bo daje nam spokój. W zakończeniu Mistrza i Małgorzaty padają słowa znaczące: on nie zasłużył na niebo, on zasłużył na spokój. Malarstwo od swoich początków, od czasów grot z Lascaux, daje nam taki właśnie spokój, jest ciszą, nie gra i nie mówi, choć zawiera w sobie tak wiele dźwięków i tak wiele słów.”

Właśnie – nie „martwa natura” ale „ciche życie” (Stilleben, still life) – to tłumaczenie też mi się bardziej podoba.
Trafne spostrzeżenie o powiązaniu malarstwa z ciszą. Choć niektórzy widzą w nim muzykę, której nie można usłyszeć uchem. Ale malarstwo, choć odbywa się bez dźwięcznych słów, dla wielu jest jednak czymś bardzo wymownym.

greydot

Zauważyłem, że od jakiegoś czasu (XIX wiek?) zbyt wiele poświęca się w dyskusjach energii na spory czym jest sztuka, kim jest artysta, co to jest dzieło sztuki. Często sprowadza się to do sporu czysto językowego (definicji) – a przecież, w gruncie rzeczy, nie powinno to być takie ważne. Ważne jest meritum – sens. Także swoista uczciwość artystyczna.
Moim zdaniem, jeśli ktoś idzie na skróty, to przestaje być artystą. Niekoniecznie ekstremalność jest wyznacznikiem artyzmu – zwykle nie jest. Stąd np. moja rezerwa wobec ekscesów, szokowania, prowokacji – „rewolucyjnej” demolce wszystkiego, co było do tej pory. Według mnie więcej w tym destrukcji niż kreacji.

greydot

Tak często obecny w sztuce współczesnej masochizm i ekshibicjonizm to fetysz, nie sztuka. Tak więc, bardzo często w tej sztuce mamy do czynienia z fetyszyzacją.

Zresztą, najprawdopodobniej, na samym początku sztuki był fetysz. Innymi słowy: to właśnie ludzkie zapotrzebowanie na fetysz było pierwotnym źródłem sztuki.

greydot

Marina Abramović super star. Najsłynniejsza współczesna performerka. Jej sztandarowym wyczynem było patrzenie przez parę miesięcy w oczy ludzi, którzy tłumnie walili na to wydarzenie drzwiami i oknami Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Manhattanie.
W związku z wystąpieniem Abramović ciekawe pytania zadała na swoim blogu latająca pyza. Jak sama autorka napisała, są to jednocześnie pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki.

„Pytanie (a właściwie pytania) pierwsze.
Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie.
A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się…

Pytanie trzecie.
Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance’u wskazuje jego główny temat – artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy – obrazów, filmów, instalacji… Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu…”

Tyle pyza. Nie wiem czy istnieją jednoznaczne odpowiedzi na te pytania, jednak chciałbym się pokusić przynajmniej o pewną próbę odpowiedzi cząstkowych:

1. Może dlatego boimy się szczerości (za jej synonim można uznać spojrzenie prosto w oczy) bo żyjemy w swoistej bańce pozorów i często spojrzenie kogoś obcego uważamy za inwazję w naszą prywatność, a poza tym nie wiemy czego się po takiej osobie spodziewać? Ale przecież tę potrzebę kontaktu (w tym i wzrokowego) można zaspokajać w gronie naszych przyjaciół, rodziny, bliskich – wśród tych, których kochamy. Dlaczego tak się nie dzieje i wybieramy sztuczną sytuację (taka jak ta z Abramović)? Czy nie dlatego, że jesteśmy – albo czujemy się – samotni? Często – samotni w tłumie? I samotność tę próbujemy zabić w przestrzeni wirtualnej – prowadząc blogi, strony na Facebooku, udzielając się na różnych forach… etc. Nie wydaje mi się, że Abramović siedziała w MOMie i patrzyła w oczy ludziom bezinteresownie. Ale ważne było to, iż odbywało się to w sytuacji jakby „rozbrojonej” – ludzie kontaktujący się wzrokowo z artystką czuli, że przebywają w strefie bezpiecznej, a na dodatek wśród ludzi im podobnych, co zapewniało im coś w rodzaju poczucia wspólnoty. Czuli się też w ten sposób wyróżnieni – stawali się ważni.

2. Nie, gdyby to był ktoś inny, niż uznana artystka Abramović – i w innej sytuacji (nie w tej sztucznie wykreowanej i kultowo namaszczonej w MOMie) – to moim zdaniem nic by z tego nie wyszło. Mamy tu do czynienia z wyraźną idolatrią – Abramović to z jednej strony kapłanka, a z drugiej strony postać kultowa, „celebrytka”, jak byśmy to niezbyt elegancko dzisiaj nazwali. To tworzyło pewne napięcie związane z wyzwoleniem się – często silnych – emocji.

3. Performance Abramović to ani dno ani Olimp – ot, dość banalny pomysł (okazał się mimo to kontrowersyjny) znalazł swoje urzeczywistnienie w jednej z najważniejszych „świątyń” sztuki współczesnej, odnosząc (choćby tylko frekwencyjny) sukces, dzięki czemu zapisze się z pewnością w historii tejże sztuki.

greydot

Owszem, ja również – od czasu kiedy wszystko zaczęło być uważane za sztukę – sam sobie przyznaję prawo decydowania o tym (uznawania tego) co według mnie jest sztuką, a co nią nie jest (nie mam innego wyjścia – postmodernizm postawił mnie niejako pod ścianą i takich wyborów muszę dokonywać sam).
Lecz sprawy mają się już inaczej, kiedy weźmiemy pod uwagę przeszłość, czyli odniesiemy się do historii sztuki, kiedy to kryteria jej oceny były w miarę czytelne (w zasadzie wszyscy się zgadzali co do tego, co można nazwać sztuką).

Jednakże o tym co jest sztuką nie może decydować TYLKO efekt, jaki na nas dane dzieło (sztuki) wywiera. Bo skoro żadnego wrażenia nie robi na kimś muzyka Bacha, to czy nie byłoby czymś bezczelnym twierdzić, że nie jest ona sztuką? Albo jeśli nie podobają się komuś freski Rafaela, tudzież jest ktoś doskonale obojętny patrząc na rzeźby Michała Anioła czy obrazy Rembrandta, to czy na tej podstawie ma prawo twierdzić, że to co stworzyli ci twórcy nie jest sztuką? (Owszem, powiedzieć tak można, ale nikt nie będzie tego brał poważnie.)
Oczywiście, że liczy się efekt (czyli to, jak na kogoś działa czyjaś twórczość), ale powinny się także liczyć (i liczą się) również inne rzeczy – takie właśnie jak forma, biegłość warsztatowa artysty, jego przesłanie, wrażliwość, pasja, wpływ jaki on ma na twórczość innych… etc.

greydot

Uznaję emocje za coś ważnego – nie tylko w naszych kontaktach z innymi ludźmi i światem – ale i w samym procesie poznawania świata. Rozum to według mnie za mało. Sam podchodzę do niego (rozumu i jego możliwości) z rezerwą (bo widzę, że czysty racjonalizm ze swoim utylitaryzmem, zrobił jednak w świecie wiele złego).
Oprócz emocji, ważna jest także intuicja. (Przyznaję, że mój stosunek do ludzi bardziej chyba jednak kreuje „serce”, niż intelekt.)

Myślę, że większość ludzi odbiera świat (a zwłaszcza sztukę – kino, literaturę, muzykę…) przede wszystkim „trzewiami” (to jest ten pierwotny impuls poznawczy leżący ponad progiem naszej świadomości, czyli od nas niezależny), a dopiero później ten swój odbiór (reakcję, doświadczenie) racjonalizuje.

Istnieją w nas pokłady wrażliwości nieprzewidywalnej i nieoswojonej.
Żyją jak taki pół-dziki – i pół-kulturalny – zwierzak.

greydot.

Reklamy

OD PSÓW PO KONOPIELKĘ

.

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych prac ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić.

.

SCHODZIMY NA… „PSY 2”?

.

"Psy II. Ostatnia krew", czyli jak świat gangsterów wyobrażają sobie twórcy polskiego kina amerykańskiego.

„Psy II. Ostatnia krew”, czyli jak świat gangsterów wyobrażają sobie twórcy polskiego kina amerykańskiego

Pierwsza część „Psów” Władysława Pasikowskiego okazała się być najpopularniejszym filmem polskim pierwszej połowy lat 90-tych. Opowieść traktująca o „ubeckich biesach”, czyli o byłych pracownikach bezpieki przekwalifikowujących się na przemytników, gangsterów i bandziorów, już nie tyle państwowych, ale z własna inicjatywą, znalazła poklask u widzów szukających w kinie mocniejszych wrażeń.
Niezła sprawność warsztatowa, wartka akcja, ostre dialogi, dobre aktorstwo i nerw reżysera rzeczywiście uczyniły z „Psów” widowisko rozrywkowe, nietuzinkowe. Natomiast niczym nieskrepowane czerpanie pełną garścią z bogatych zasobów amerykańskiego kina sensacyjnego, mogło tylko wzmóc plebejski aplauz. Jednak film, mimo że wpisywał się w kontekst ówczesnych zmian politycznych w Polsce, to jednak robił to w sposób cokolwiek kartonowy i naciągany. Płaska psychologia i myślowa infantylność dodatkowo mogła odebrać ochotę na poważniejsze potraktowanie „Psów”. Po wielce obiecującym „Krollu” – debiucie reżysera – było to, moim zdaniem, zejście Pasikowskiego o szczebel niżej w artystycznej hierarchii kina – choć ciągle było to kino takie złe w klasyfikacji czysto rozrywkowej komercji. Niestety, „Psy 2” zaświadczyły, że Pasikowski schodzi jeszcze niżej, zatracając już zupełnie dobry smak, mieszając idee i wartości, gubiąc się w meandrach i niewiarygodności scenariusza.

Nie jestem ślepym przeciwnikiem przemocy w kinie. To, że staje się ona wulgarna, bezmyślna i odpychająca, zależy od fabularnego kontekstu filmu i jego artystycznej klasy. podobnie zresztą rzecz ma się z seksem. W pewnym otoczeniu ten sam akt erotyczny będzie zjawiskiem estetycznym, w innym zaś – pornograficznym. Tak właśnie – jako element sztuki – można potraktować przemoc w filmach, dajmy na to Kubricka, Scorsesego, Peckinpaha… Przypadek Pasikowskiego wymaga już wszak większej rezerwy.
Franz Maurer (Bogusław Linda), były ubek, wychodzi z więzienia, do którego trafił za krwawą jatkę dokonana w części pierwszej. W geście samopokuty zatrudnia się w… hucie, skąd natychmiast zostaje wyrzucony jako… łamistrajk. Zwerbowane jednak przez niejakiego gangstera Wolfa (Rafał Żmijewski)pośredniczy w zakupie polskiej broni przez rosyjską mafię i jej przemycie do ogarniętej wojna Bośni. Do przedsięwzięcia tego dokooptowuje swojego starego przyjaciela Nowego (Radosław Pazura), który na tę okazję urlopuje się z pracy w… policji.

cierpiętnicy od k..ew i bagna

Pasikowski i Linda mówili w wywiadach, że ich filmy nawiązują do obecnej rzeczywistości, a scenariusze ją odzwierciedlają. Linda wyraził się dosadniej: Dla mnie film „Psy” i moja w nim rola, wzięły się z nienawiści i pogardy do tego, co dzieje się w tym kraju.
Zważywszy na charakter roli Franza, stwierdzenie to brzmi – delikatnie pisząc – dość przewrotnie. Można się przy tej okazji spytać: to dlaczego – skoro tak cierpią oni z powodu otaczającej ich mizerii i bagna- z prawdziwą fascynacją i zaangażowaniem rzucają się (masochistycznie?) w najczarniejsze szambo?

Tutaj chciałbym przytoczyć próbkę dialogu z „Psów 2”, absolutnie dla filmu reprezentatywną. Oto trójka „naszych” bohaterów wraca furgonem po spotkaniu z rosyjskimi mafiozo i zainkasowaniu – bagatela! – 21 mln. dolarów. Transakcję przypieczętowała dzika i upojna noc ze śpiewem, trunkami i kobietami. Konwersacja dżentelmenów na miejsce nazajutrz, w samochodzie:

Żmijewski: Zamknij się i przestań mnie podkurwiać!
Pazura: Wolfo, nie krzycz!
Ż: Stul pysk, kurwa! Przynajmniej usiądź, a nie leżysz, jak wydymana kurwa!
P: Czego się czepiasz?!
Ż: Jeszcze się pytasz, gnoju? Miałeś kurwa nie pić! Miałeś kurwa pilnować kapusty! Miałeś kurwa pilnować 21 pierdolonych milionów dolarów! Miałeś ich nie spuścić z oczu, a nie urżnąć się i dymać małolatę.
P: Co się przypierdalasz? Zginęło coś? Podłożyłem torby pod nią, to jak mogły zginąć?
Ż: Miałeś kurwa pilnować tych pieniędzy, a nie się na nich rżnąć! Co ty kurwa jesteś, pierdolca małych dzieci?
P: Weź się! Jakie dzieci! Zwykła dziwka.
Ż: Nie na moich pieniądzach!
P: Ty, co się przypierdalasz? A ta twoja Jugolka to ile ma lat, jedenaście?

"Psy" jako przykład polskiego kina amerykańskiego

Macho, brutal, „prawdziwy mężczyzna”…? („Psy”)

Linda: Ona nie jest jego.
P: Ty się nie wpierdalaj między wódkę a zakąskę, bo coś powiem.
L: To mów!
Ż: Stul pysk, kurwa!
P: Boisz się! Nagle się przestraszyłeś chojraku, że mu coś powiem, co!?
L: Co mi powiesz?
Ż: Co ty mi tu kurwa pierdolisz?! Wytrzeźwiej!! Choć i od tego nie zmądrzejesz, bo to przecież niemożliwe, jak ktoś ma dziedziczny syf zamiast mózgu.
P: Ty nie mów tak do mnie. Zobaczymy czy będziesz taki twardy, jak się Franz dowie.
L: Czego się dowiem?
P: Co ty kurwa myślisz, że co?!
Ż: Że mu zależy? Że jest takim samym głupim gnojem, jak ty?
L: Na czym mi kurwa zależy!?
Ż: Że ją kupiłem od serbskiego kaprala za butelkę mocnej whisky, a sprzedałem mu za karton. To na czym ma mu kurwa zależeć, jeśli sam przepłacił?
L: Kupiłem ją i jest moja.
P: Twoja! Nie rozśmieszaj mnie! Rżnie się z nim, jak ty tylko stoisz za drzwiami. Ta twoja cholerna Nadia, rozumiesz? Gdy my gadamy przed domem, to ona w środku ciągnie mu. Zadowolony jesteś? I ten bydlak zarzuca mi, że się przespałem z 16-letnią kurwą, co sprzedaje dupę na ulicy od siódmego roku życia. No nie?!
Ż: Miałeś matkojebco pilnować pieniędzy!
(…)
itd. itp. (Wkrótce wybucha strzelanina i ogólna jatka, a ekran zalewa posoka.)

prawdziwi, wierni sobie mężczyźni

„Psy II. Ostatnia krew” (taki jest pełny tytuł filmu w sposób jakże subtelny nawiązujący do „Rambo: First Blood”) poparło kilka tzw. „poważnych” polskich periodyków. M.in. w „Polityce” Zdzisław Pietrasik pisał jak najpoważniej: Dlaczego młody, wrażliwy widz tak szalenie polubił Bogusława Lindę, grającego byłego ubeka z komunistyczną przeszłością? Może dlatego, że jest to prawdziwy mężczyzna wierny sobie, nie podobny do obłudnych mięczaków prawiących frazesy o „wartościach niezbywalnych?
I oto – dzięki opiniotwórczej „Polityce” – mamy wykładnię przyczyn tak wielkiego wzięcia „pasikowszczyzny”, szczególnie u widzów „wrażliwych”. (A tak przy okazji i na marginesie: chciałbym się mylić, ale czy przychylność „Polityki” nie wzięła się przypadkiem z faktu, iż jeden z jej prominentnych publicystów napisał nie tak dawno książkę biograficzną o Wojciechu Fibaku, nota bene producencie „Psów 2”?)

No cóż, mnie osobiście Linda wydał się tu karykaturą Brudnego Harry’ego, pamiętnego policjanta z filmu Eastwooda, który stawia siebie (tragicznie) ponad prawem, by „wyrwać chwasty” i uporać się z gangsterską szumowiną. Pietrasik zacytował jeszcze dość enigmatycznie Wajdę, który powiedział ponoć, że Pasikowski wie coś ważnego o polskim widzu. Rzeczywiście, Pasikowski w jednym zw wywiadów wyznał: …widz moich filmów nade wszystko przeraźliwie tęskni do podstawowych wartości: miłości, pokoju, uczciwości, rodziny, sprawiedliwości… Koniec cytatu.
A to dobre! I w tej desperackiej tęsknocie do owych cnót rzuca się, by oglądać „Psy 2”! (Nie wiem, czy Pasikowski zdawał sobie sprawę, że oto właśnie wymienia owe „wartości niezbywalne”, które wyszydził jego apologeta i poplecznik z „Polityki”.)

Co naprawdę miał na myśli Andrzej Wajda, wyrażając się tak oględnie, że dopuścić można każdą wygodną interpretację? Czy aby nie to, że gust masowej widowni w naszym kraju sięgną bruku i na wzbierającej fali ogólnego schamienia raczy się tanią jatką i agresywnym prymitywizmem? W końcu sam Pasikowski przyznaje, że Wajda wyraził się o nim, iż za cenę popularności nie powinien gloryfikować postaci tak wątpliwych, jak Franz Maurer.
Ja jednak chcę być optymistą i wierzyć, że widz potrafi w końcu oddzielić ziarno od plew. Np. w momencie obcinania Pazurze kciuka przy pomocy łopaty, lub wbijania w oko gwoździa, w kinie rozlegał się śmiech. Jedni, zgorszeni, uznali to za reakcję cyniczną publiczności, ja uważam to za przejaw zdrowia. Nikt chyba nie przejął się rzeczywistością filmu, uznając ją – słusznie zresztą – za fikcyjną. Osobiście radziłbym także podejść do filmu humorystycznie i uznać go za taki, jakim jest naprawdę: fantazją wyrośniętych chłopców, wariacją na temat: „Jak mały Władzio wyobraża sobie twardy, brutalny, ostry i ‚męski’ świat postkomunistycznych gangsterów.”

ewentualne atrakcje Pasikowskiego i kolaudacja Piwowarskiego

Władysław Pasikowski był gotów do realizacji następnego, napisanego przez siebie scenariusza pt. „Glok 17”. Komitet Kinematografii projekt odrzucił. Wśród negatywnych opinii ekspertów, znalazła się również reprymenda znanego reżysera („Yesterday”, „Marcowe migdały”, „Kolejność uczuć”…) Radosława Piwowarskiego:

1. Walory artystyczne projektu: brak
Uzasadnienie: Film z gatunku „seks i przemoc”, postawy i charaktery wzorowane na filmach pornograficznych: mężczyźni to samce i brutale; kobiety służą do bicia, ewentualnie kopulacji. Pomiędzy liczeniem forsy, mordowaniem i biciem, bohaterzy często mówią „kocham cię”, co ma tworzyć warstwę liryczną. Ukraińcy i Ruscy jako płatni mordercy, przedstawiciel świata biznesu – kompletna świnia.
2. Walory rozrywkowe: średnie.
Uzasadnienie: 9 trupów + trupy Ruskich i Ukraińców. 5 pieprzeń (aktów miłosnych). Stosunki sadystyczne (bicie dziewczyny sprzączką od pasa, gryzienie). 2 duże wybuchy (stodoła, statek). Męskie dialogi. Dowcipy. Mordobicia, niekonwencjonalne mordowania, sikanie na trupa i tym podobne atrakcje.
3. Przewidywana frekwencja: duża.
Uzasadnienie: Film nie wymaga wysiłku przy oglądaniu. Akcja toczy się sprawnie. „Dobro” zwycięża. Ładne auta.
4. Walory promocyjne: brak (festiwale, imprezy, eksport, itp.)
5. Uznaję projekt za: nadający się do realizacji.
6. Decyzja: nie popieram projektu.

Panie Radosławie, wypada panu podziękować. Nie tyle w imię polskich moralistów, co podatników i zwolenników dobrego kina.

(napisane w lipcu, 1994 roku)

greydot

MIŁOŚĆ, ZACHWYT, LĘK…   (o filmach Witolda Leszczyńskiego)

.

Zadziwienie światem, zachwyt nad cudem istnienia, pomieszany z lękiem przed potęgą natury; miłość i śmierć… „ŻYWOT MATEUSZA”, „KONOPIELKA”, „SIEKIEREZADA”, „KOLOS” – wszystkie te filmy łączy ze sobą wielka wrażliwość reżysera w próbie ogarnięcia rzeczywistości, w której na pewno nie „wszystko jest poezją” i „nie każdy jest poetą”. A jednak Witold Leszczyński widzi świat tak, jak Stachura – w jego filmach poezja jest wszędzie. Od nas zależy, czy to spojrzenie potraktujemy jako próbę ucieczki z tego świata, czy też jego wzbogacenie.

Przeglądać się w naturze, jak zwierciadle ("Żywot Maeusza")

Przeglądać się w naturze, jak zwierciadle („Żywot Mateusza”)

Zaczęło się od „Żywotu Mateusza”, lirycznej przypowieści o wiejskim „pomylonym”, pełnej ciepła i życzliwości do swoich bohaterów… To był pierwszy film Leszczyńskiego, w którym z „całą jaskrawością” wyłożył on nam swoje artystyczno-duchowe credo. „Żywot Mateusza” wyznacza styl, w którym ascetyzm i powściągliwość w doborze środków wyrazu, podkreśla tylko poetycką intensywność obrazu i jego egzystencjalno-humanitarne przesłanie.
Moim zdaniem niepotrzebnie na spotkaniu z publicznością po projekcji filmu, reżyser zaczął się tłumaczyć z win niepopełnionych – jakby chcąc uprzedzić zarzuty o stylistyczną sztuczność. Nawet zaprzeczenia, jakie padły ze strony publiczności nie mogły go od tego odwieźć.

Filmy, które nastąpiły po „Żywocie Mateusza” można potraktować jako rozwinięcie tego stylu, ewolucje motywów, które w zmieniającej sią formie, stawały się jeszcze bardziej elokwentne. Tak było w „Siekierezadzie” (z 1986 r.), tak jest w najnowszym obrazie Leszczyńskiego „Kolos”.
Wszystkie te tytuły – mimo, że za ich kanwę posłużyły utwory literackie różnych autorów – łączy podobna wrażliwość i sposób przeżywania świata. Wydają się one być wariacją na te same tematy, mówić o samotności człowieka otoczonego ludźmi i przyrodą, o pogoni za fantomem miłości i o fatalizmie umierania. Bohaterowie zarówno „Kolosa”, jak i „Siekierezady”, ogarnięci są obojętną, acz wspaniałą potęga natury i jej majestatem. Przyglądają się w niej, jak w zwierciadle, chcąc dostrzec po drugiej stronie Boga. W „Siekierezadzie” Jan Pradera zatrudnia się w charakterze drwala. Otoczony leśną głuszą, drzewami niemal dotykającymi wierzchołkami nieba i oprószonymi śniegiem, szuka w sobie siły przetrwania i miłości. Tak samo, jak Brage, bohater „Kolosa”. Wiedziony pozostawionym mu przez matkę przesłaniem („Będziesz kiedyś duży i silny. Wtedy spotkasz właściwą dziewczynę, którą pokochasz. Musisz jej dać wszystko i żądać od niej wszystkiego. Bo tylko miłość jest celem i sensem naszego życia.”), chwyta się miłości, jak ostatniej deski ratunku przed absurdem istnienia. Również i on zanurzony jest w dzikim i surowym splendorze natury: góry i jeziora Norwegii, zapierające dech w piersiach swym krystalicznym, chłodnym pięknem.
Lecz jest coś, co różni obu bohaterów w ich głodzie uczucia. Miłość Bragego znajduje swe cielesne spełnienie. Dla Janka Pradery ukochana dziewczyna na zawsze pozostanie Gałązką Jabłoni – jasnowłosą zjawą z jego słów i marzeń.

Jest jednak w „Żywocie Matgeusza”, „Siekierezadzie” i „Kolosie” coś, co może prowokować w nas jakiś instynktowny sprzeciw.
Zarówno Pradera, jak i Brage (również Mateusz) wybierają samobójstwo – z tym, że finał, puenta tych filmów zawiera w sobie irytującą przewrotność. „Siekierezada” i „Kolos” zadają pytanie: „Czy warto żyć?”, po czym uśmiercają swoich bohaterów, a następnie odpowiadają: „Pewnie, że warto!” (Piosenka, jaką na zakończenie „Siekierezady” śpiewa Daniel Olbrychski, swoje „Nie, nie warto!”, zamienia jednak w konkluzję: „Jeszcze jak warto!”) Brage, który jest już „duży i silny”, czyli takie, jakim chciała go widzieć matka, nie może się pogodzić ze śmiercią swej ukochanej. Ciągnie na saniach jej martwe ciało, odchodząc w lodowatą, bezkresną dal. Ale żegnając się z nami, podnosi pięść i wydaje okrzyk, który jest dla nas głosem życia, a nie śmierci.

W „Siekierezadzie”, pod postacią Pradery, Stachura opisał siebie (pojawiający się tam Kątny – Olbrychski stanowi zaś jego alter ego). Znamy tragiczne przypadki tego poety, jego twórczość, dzięki której zrodził się mit, kult niemalże. Sted popełnił taki sam grzech, jak Pradera – sławiąc wolę istnienia, odwagę życia i poezję świata, wybrał śmierć (a może wykreował w sobie świat urojony, w którym śmierć wybrała jego?). Natomiast jeśli chodzi o Brage – to na cóż mu ta siła, skoro świadomie rezygnuje z szukania nowej miłości, a choćby tylko woli przeżycia i zmierzenia się ze swoim nieszczęściem? Czy to czasem nie jest jakaś egzystencjalna ironia i paradoks: moc owych bohaterów służy im w końcu tylko do odnalezienia w sobie tyle odwagi, by odebrać sobie życie?

„Konopielka” umożliwiła Leszczyńskiemu pozostanie w kręgu tematu „wiejskiego” (rozumianego zresztą bardzo powierzchownie), będąc pretekstem do ponownego oczarowania nas realizmem „magicznym”. Czy tekst Redlińskiego daje się przełożyć na język filmowego obrazu i to taki, który na dodatek byłby niejako idiomem Leszczyńskiego? Czy możliwe było to, by gęstość i bogactwo świata „Konopielki” „pisanej”, przenieść na ekran? Reżyser poddał jednak tę literacką materię transformacji, która w jego ujęciu zaczęła żyć własnym życiem, wypowiadać się swoim własnym językiem – zdobywając przy tym artystyczną autonomię.

Zupełnie inaczej oglądało mi się tę ciętą (choć przecież w istocie ciepłą) satyrę na polską wieś (zapadłe gdzieś nad bagnami Taplary) pod wieżowcami chicagowskiego downtown, niż przed laty, w kraju. Ciemnota, zabobony, brud, szpetota… z tego wszystkiego łatwiej śmiać się na własnym podwórku, niż poza jego opłotkami – za Oceanem, w Wielkim Mieście. Jednakże amerykańska publiczność zgromadzona w sali kinowej Art Institute nie była publicznością przypadkową, a przez to łatwiej jej było przyjąć tak umowną konwencję. Poza tym, łatwiej jest odebrać nam to, że śmiejemy się z siebie sami, niż gdy śmieje się z nas ktoś obcy. Bądź co bądź jednak, zarówno Redliński, jak i kroczący jego śladem Leszczyński, z wielką życzliwością traktują mieszkańców Taplar. Różnią się tym zdecydowanie o takiego np. Kosińskiego, który swoich chłopów w „Malowanym ptaku” popchnął ku koślawej grotesce i pornografii okrucieństwa. „Konopielka” też nie szczędzi taplarskich bohaterów, niemniej jednak zawsze zachowuje ich ludzkie oblicze.

Miło zauważyć, że w ślady Witolda Leszczyńskiego idzie w Polsce młody reżyser Jan Jakub Kolski (nawet Franciszek Pieczka dostał mu się w schedzie), który takimi filmami, jak „Pogrzeb Kartofla”, „Pograbek” czy ostatnio „Jancio Wodnik”, wypracowuje swój oryginalny styl, ciepłą liryką owiewając ludowy przekaz i wiejskie krajobrazy.

(napisane w kwietniu 1994 r.)

greydot

"Konopielka" - cięta, choć ciepła satyra na polską wieś

„Konopielka” – cięta, choć ciepła satyra na polską wieś

.

PRZEGRANI ZA MŁODU (Nie nazywajmy samobójstwa poezją)

KURT COBAIN I „NIRVANA”- DZIECI „FUCKED GENERATION”

W piekle nie ma nic z romantyzmu, tak jak w samobójstwie nie ma nic z poezji. To nasze mity wynoszą na ołtarze liryzmu straceńców i nieszczęśliwców, którzy nie mieli już sił, by żyć… Albo też wybrali drogę ćmy lecącej prosto w ogień, spalając się na naszych oczach.

Czy romantyczne mogą być dreszcze lub torsje po przedawkowaniu narkotyków lub zatruciu alkoholem? Jaki liryzm ma w sobie heroinowy głód skręcający wnętrzności. Ile poezji jest w nieznośnym a stałym bólu, w psychicznych katuszach, w izolacji od najbliższych, w niemożności normalnego funkcjonowania w społeczeństwie? Ciągle domagamy się mitów, a śmierć pop-kulturowych sław wykorzystujemy jako pretekst do ich beatyfikacji – do pasowania ich na romantycznych idoli, na kultu godne bożyszcza. Celebracja jest ślepa, a wyznawcy oddani.
.

Kurt Cobain na koncercie “Nirvany”

Kurt Cobain na koncercie “Nirvany”

W Polsce mieliśmy kult Stachury, Hłaski, Wojaczka… W Ameryce – Jamesa Deana, Presley’a, Morrisona, Hendrixa, Janis Joplin… A ostatnio, na naszych oczach, za sprawą i pośrednictwem mediów, wykreował się mit świeży – mit heroizmu i martyrologii Kurta Cobaina, który popełnił niedawno samobójstwo, strzelając sobie w skroń.* Gdy jednak nazwano go „głosem pokolenia”, podniósł się sprzeciw młodzieży, która nie identyfikowała się z nieszczęśnikiem i nie chciała mieć nic wspólnego z chorym desperado. Sprostowano więc nominację, mówiąc o tzw. Fucked Generation, czyli pokoleniu – delikatnie mówiąc – przegranym już na starcie. (Uwaga dla zgorszonych: określenia Fucked Generation używa się nawet w oficjalnych raportach socjologicznych.)

Zaniedbani i potępieni

Zanim jednak potępimy to pokolenie, przyjrzyjmy się mu bliżej. Może wtedy nie będziemy tak skorzy do rzucenia kamieniem. Któż bowiem jest bez winy?
Oto co ma do powiedzenia Dr Donna Gaines, autorka książki „Teenage Wasteland: Subarbia’s dead End Kids” (tłum. własne):
„Lata 80-te oferowały młodym ludziom doświadczenie bezwzględnej społecznej przemocy i upokorzeń. Pełni urazów powodowanych nieobecnością lub nadużyciami rodziców, nauczycieli, wychowawców, policji; wykonując bezsensowne, źle opłacane prace; zdezorientowani rozpadem różnych instytucji… wielu młodych ludzi poczuło się schwytanych w błędne koło daremności i rozpaczy. Starsi zawodzili na całym froncie, zaniedbując całe pokolenie, nie zapewniając mu ani ochrony, ani też przygotowania do samodzielnego życia. A jednak, gdy młodzież zaczęła wykazywać symptomy zaniedbania – czyli zwiększoną liczbę samobójstw, zabójstw, przestępstw, rozbojów, niepowodzeń w szkole, lekkomyślności i ogólnej mizerii – dorośli potępili ich, nazywając apatycznymi nieukami, amoralnymi nicponiami, ludźmi przegranymi.”
Autorka, doktor socjologii, maluje obraz przygnębiający, ale i prawdziwy, mówiąc o frakcji młodzieży wcale jednak nie marginalnej. W takiej sytuacji są młodzi ludzie zamieszkali nie tylko na obrzeżach Ameryki, ale także miliony zaludniające bezkresne przedmieścia tzw. lower middle-class. Amerykańskiego marzenia już nie starcza dla wszystkich. Stąd frustracja, poczucie przegranej, braku perspektyw… Stąd ucieczka w narkotyki, alkohol czy – w przypadkach drastycznych – w śmierć. Przypadkach wcale nieodosobnionych. Tylko w ubiegłym roku zanotowano wśród młodzieży 400 tysięcy prób targnięcia się na swoje życie. W latach 80-tych podwoiła się liczba samobójstw, stając się drugą – po wypadkach – przyczyną śmierci nastolatków i dwudziestolatków.
W tej desperacji szuka się ulgi i wytchnienia – frustracja domaga się ujścia. Kiedy zawodzi rodzina, instytucje wychowawcze, religia, szkoła… młodzi ludzie chronią się w świecie sobie znanym, swojskim, wśród odczuwających podobnie rówieśników. Na takich podstawach zrodziła się m.in. subkultura rocka alternatywnego, w nurcie którego „Nirvana” Kurta Cobaina była grupą wiodącą. Tzw. zespoły grunge’owe (wywodzące się głównie ze Seattle) przedostały się ostatnimi laty z undergroundu do mainstereamu, czyli głównego nurtu rocka, stając się tym samym fenomenem masowym. Co, nawiasem mówiąc, jest zjawiskiem symptomatycznym oraz alarmującym, także smutnym i niepokojącym.

Samobójcy z Aberdeen

Aberdeen w stanie Waszyngton, to depresyjne, przygnębiające, skazane na jałową egzystencję, prowincjonalne miasteczko Ameryki, zapomniane przez Boga i amerykańska administrację. W nim dorastał Kurt poddany środowisku, które już za młodu zdewastowało mu psychikę. A jako dziecko zapowiadał się doskonale. Był żywym, ciekawym, pełnym pomysłów, niezwykle uzdolnionym artystycznie chłopcem, kiedy w wieku 8 lat dotknęła go pierwsza tragedia: rozwód rodziców. Matka, gospodyni domowa i półetatowa sekretarka, wniosła do sądu pozew o rozwód z ojcem Kurta, mechanikiem samochodowym. Dziecko zgasło, zamknęło się w sobie, stało się nieobecne, nieśmiałe i zalęknione. Przez następne lata Kurt traktowany był jak piłka tenisowa, przenoszony z domu matki do ojca, skąd bywał też wyrzucany. Mieszkał również u dziadków, wujków, ciotek, a nawet i pod mostem. Nieraz oberwało się też słabemu, rachitycznemu chłopakowi od lokalnych osiłków. W międzyczasie dwóch braci dziadka popełniło samobójstwo, co na pewno nie pozostało bez znaczenia w ostatnim dramatycznym akcie Cobaina.

Bez wyjścia?

Pewnego razu Kurt wraz z siostrą byli obecni przy jednej z awantur. Matka, dowiedziawszy się o zdradzie męża, przystawiła mu pistolet do potylicy i zaczęła ładować magazynek, podczas gdy dzieci z przerażeniem się temu przyglądały. Opamiętawszy się, w poczuciu winy, wyrzuciła wszystkie domowe (!) pistolety do pobliskiej rzeki. Kurt opłacił starszych kolegów, którzy mu je wydobyli z dna. Nazajutrz sprzedał broń, a za uzyskane pieniądze kupił swój pierwszy wzmacniacz. Tak zaczęło się jego obcowanie z rockiem.
Świat muzyki stał się dla Cobaina jedynym światem, w którym się mógł wyrazić, gdzie doznawał jedynej egzystencjalnej ulgi. Zakłada własny zespół, któremu daje nazwę: „Nirvana”. Już to miano może przypominać totalny eskapizm. Nikt jednak nie przypuszcza, że w ciągu paru zaledwie lat, „Nirvana” stanie się nie tylko amerykańskim, ale i ogólnoświatowym fenomenem, sprzedając kilkanaście milionów płyt. Czy jednak zmieniło to cokolwiek w umęczonej i chorej duszy Cobaina?
Już ciężkie dzieciństwo nadwyrężyło mu zdrowie. Nabawił się krzywicy i chronicznego bronchitu. Cieleśnie był kruchy, psychicznie nadwrażliwy. Brak dyscypliny jego stan pogarszał. Później, spustoszenia dopełniły alkohol i narkotyki. Kiedy więc stał się „gwiazdą” i milionerem, nie był już w stanie cieszyć się swoim sukcesem, sławą, materialnym dobrobytem, ani nawet własnym dzieckiem, rodziną… Pozostawał w ciągłej depresji, uzależniony od heroiny i alkoholu, ze zniszczonym gardłem, płucami i żołądkiem, na którego bóle uskarżał się przez kilkanaście lat swojego życia. W jednym z włoskich szpitali, lekarze zrobili mu płukanie żołądka, w którym znaleziono 50 tabletek uspokajających, zalanych szampanem. Miesiąc później już nikt nie mógł go uratować. Ciało Kurta Cobaina, ze zmasakrowaną głową, znaleziono w jego nowym, wartym półtora miliona dolarów domu. Obok leżał rewolwer 38 Special i prawo jazdy mające ułatwić identyfikację.

Epitafium

Śmierć Cobaina w wieku 27 lat była dla utożsamiającego się z nim pokolenia czymś więcej niż szokiem. Była tym, co pogrzebało ich nadzieje, rozwiało złudzenia. Kurt Cobain był skłóconym z życiem, nieprzystosowanym, słabym młodym człowiekiem. Wyrażał swoją muzyką i słowami to, co czuli jemu podobni. A była to – niestety – rozpacz, dezorientacja, zagubienie, anarchia i podszyta nihilizmem agresja. Wszystko to, czego nie mogło zaakceptować tzw. „zdrowe” społeczeństwo.
Świat rocka alternatywnego oferował Cobainowi i innym schronienie, środek porozumienia się z podobnymi sobie, solidarność przeżyć i uczuć. Nieliczni, jak np. członkowie „Nirvany”, osiągnęli w  tym świecie to, na co nie mieli szans w świecie „normalnym”: transcendencję, afirmację własnych osobowości, sławę, wielki sukces finansowy. Cobain, żeby ironia losu była jeszcze bardziej gorzka, założył rodzinę, doświadczył miłości żony i córki. A jednak to wszystko nie zdołało go powstrzymać od samobójstwa. Nie pomogły terapie, kuracje ani modlitwa. Tym większa to była klęska dla dzieciaków, dla których Kurt był bohaterem, nadzieją – którzy sukces „Nirvany” uznali za swój własny.

I hate myself and I want to die

Przyglądnąwszy się jednak bliżej „systemowi wartości” reprezentowanemu przez Cobaina, „Nirvanę” i cały ruch rocka alternatywnego, ta śmierć wcale nie dziwi. Mało tego – wydaje się być logiczną konsekwencją zawartego tam nihilizmu. Właściwie, bardziej to krzyk desperacji i wyrażenie niemocy, niż jakikolwiek system. Oferuje młodym ludziom poczucie wspólnoty w cierpieniu i lękach, ale nie wskazuje im żadnych dróg wyjścia. Sankcjonuje frustracje i bezradność. Trudno w nim znaleźć cokolwiek, co mogłoby być zaakceptowane przez ludzi, którzy dążą do zadomowienia się w świecie, do uładzenia naszej rzeczywistości, a nie do potęgowania chaosu i negowania pozytywnych wartości.

Przeczytałem kilka tekstów Cobaina: dokładne odwrócenie do góry nogami tradycyjnej (a konstruktywnej) hierarchii wartości. Nie można długo żyć z przekonaniem i na serio powtarzać, jak Cobain: „I hate myself and I want to die”, które to słowa uczynił on niemalże swoja dewizą. Żarty kończą się tam, gdzie kończy się ironia. Poza nie uchroni nikogo od ostatecznego zderzenia się z prawdziwym życiem i konsekwencją negacji wszystkiego.
Mimo to, zastanówmy się kilka razy, zanim potępimy tych ludzi, utwierdzając się przy okazji we własnej moralnej wyższości. Są oni jednak produktem mizerii swojego środowiska, także tego, jakimi się urodzili – co mieli w genach. Mieć do nich pretensje, że są tacy a nie inni, to tak, jak mieć pretensje do wilka, że ma kły i szarą sierść. A łatwo jest potępiać, łatwo gromić z ambon ludziom sytym, zabezpieczonym socjalnie i będących – w swoim mniemaniu – w dobrych stosunkach z Bogiem.
Nie o potępienie powinno więc tu chodzić.

Muszę się przyznać, że mnie samemu obca jest ta muzyka, ten świat „Nirvany” i innych zespołów alternatywnych, post-punkowych. Nie ta estetyka, nie te dźwięki, nie te idee… (choć przecież rock, i to nawet ten ciężki, też towarzyszył mi od samego dzieciństwa, stając się dość istotnym czynnikiem kształtującym mój sposób widzenia – i odbioru – świata).
Kiedy przed trzema laty zobaczyłem „Nirvanę”, pomyślałem, że jeśli ci chłopcy nie udają, to za parę lat będą gryźć ziemię. Taka to była histeryczna anarchia – tak to wszystko wydawało się przeć ku samozagładzie. Mimo, że nie wdziałem MTV od dawna, to jednak ostatnio posłuchałem z ciekawości kilka zespołów grounge’owych i rocka alternatywnego (całkiem nieźle, moim zdaniem, gra kapela „Pearl Jam”). Ale, generalnie rzecz biorąc, to już nie na moje ucho. Jeśli uderzyły mnie te dźwięki, to tylko dzięki ich autentyzmowi i intensywności. I takimi już pozostaną zawsze.

Konkluzja

Nie mówmy więc, że wybrańcy bogów umierają młodo. Jakie to bóstwa są tak okrutne… a może miłosierne? Kurt Cobain nie żyje. Umarł śmiercią – jak by powiedział Stachura – jak każda śmierć, tragiczną. Pokój jego duszy. I nie nazywajmy jego rozpaczy i tragedii romantyzmem, a samobójstwa poezją. Kres jest tylko kresem.

*

*

* PS. Artykuł powyższy opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim” (28 października 1994 r.) – w ramach cyklu “Rock i okolice”, jaki prowadziłem wówczas na łamach prasy polonijnej. Na moim blogu zamieszczam małą jego próbkę – kilka tekstów nawiązujących do fascynacji rockiem, który był bez wątpienia muzyką naszego pokolenia.

LITERACKIE ROJENIA I PRAWDZIWE TRUPY (o książce Stefana Chwina „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”)

*

*

Śmierć jest nie tylko nieunikniona, ona jest przede wszystkim możliwa: każdy z nas może się zabić. Chwin w swoim obszernym eseju o samobójstwie posuwa się do stwierdzenia wręcz radykalnego. Oto wyznaje, że przekonany jest o tym, iż istnieją sytuacje, w których samobójstwo popełniłby każdy: „jeśli nie popełniamy go, to tylko dlatego, że jeszcze nie znaleźliśmy się w takiej sytuacji”. W pierwszym momencie, ulegając zapewne sugestii pomyślałem, że to może być prawda, ale po pewnym namyśle uznałem, że mogę na to odpowiedzieć słowami samego Chwina: „Tymczasem nie jest to takie pewne”, (który w ten sposób wyraził wątpliwość w to, że „zdrowa” większość ludzi „z definicji” popełnić samobójstwa raczej nie może).
Drugi ważny motyw, który niejako wyznacza moje podejście do książki Chwina (przy okazji ją definiując), zawiera się natomiast w takim oto fragmencie: „Powiedzmy od razu: świat wewnętrzny samobójców artystów i bohaterów literackich, którzy do samobójstwa się zbliżyli bądź je popełnili, tylko w pewnym stopniu pokrywa się ze światem wewnętrznym ‚zwykłego samobójcy’, którego życiem duchowym zajmuje się psychologia i psychiatria. (…) W świetle standardowej wiedzy psychologicznej filozoficzni samobójcy (np. z powieści Dostojewskiego) mogą się wydać całkowicie ‚wymyślonymi’ istotami nie z tej ziemi. Dla literatury jednak psychologiczne prawdopodobieństwo obrazu samobójstwa zwykle nie jest sprawą najważniejszą.”

Tak więc autor „Samobójstwa jako doświadczenia wyobraźni” sam przyznaje (stwierdzając to explicite), że przypadki samobójstw „artystów i bohaterów literackich”, które rozważa on w swojej książce, z tzw. rzeczywistością nie muszą mieć wiele wspólnego i że psychologia tych postaci jest cokolwiek naciągana, (czyli, jednym słowem: niewiarygodna). A my możemy z tego wyciągnąć wniosek, że w takim razie motywacje suicydalne tychże „bohaterów” są właściwie tylko literackimi rojeniami, (co zresztą można już wyczytać z samego tytułu książki). Innymi słowy: są to ledwie fantasmagorie zrodzone z ludzkiej imaginacji i jako takie mogą budzić nasze wątpliwości i podejrzliwość, jak również sceptycyzm co do ich życiowej wiarygodności, a tym samym realnej wagi.

Jeszcze dobitniej ów rozdźwięk między wyimaginowaną fikcją a praktyczną rzeczywistością zaznacza Chwin na samym początku swojej pracy: „Dodam też, że samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni artystycznej jest zwykle niepodobne do samobójstw w życiu i warto o tym pamiętać. Samobójstwo w życiu jest zawsze odpychające i bardzo bolesne. W sztuce jest ono zawsze ‚piękną śmiercią’, nawet jeśli budzi odrazę, lęk i przerażenie, bo sztuka wszystko zamienia w sztukę.”
Jednakże – i jest to moim zdaniem rzecz godna uwagi – na ponad 500 stronach książki, te dwa małe fragmenty są w zasadzie jedynym rzeczowym i bezpośrednim odwołaniem się do rozsądku w Chwinowych rozważaniach o samobójstwie. Reszta tekstu przebiega tak, jakby autor o tym na dobre (czy też raczej „na złe”) zapomniał, brodząc w chorobliwych fantazmatach zabijania samego siebie (to prawda: piszę „chorobliwych” stosując perspektywę medycznej suicydalnej prewencji).
Mało tego. W ostatnim, podsumowującym rozdziale książki Chwin zaznacza: „Nasza pewność, że ‚my na pewno czegoś takiego nie zrobimy’, oparta jest na krzepiących złudzeniach. Żyjemy tylko dlatego, że los nas jeszcze nie wrzucił w takie ‚miejsce’. O takich ‚miejscach’ sporo potrafią powiedzieć sztuka i literatura, i niektóre z takich miejsc, poprzez literaturę i sztukę rozpoznawanych, próbowałem w tej książce opisać.”

Ja widzę w tym spory dysonans i ambiwalencję: z jednej strony bowiem Chwin pisze, że motywacje i argumentacja samobójców-artystów z prawdziwym życiem nie mają wiele wspólnego (będąc przede wszystkim produktem wyobraźni czyli de facto urojeniem), z drugiej jednak oświadcza, że mogą nam one sporo o tych suicydo-gennych „miejscach” powiedzieć. Czy to ostatnie stwierdzenie nie jest przypadkiem mimowolnym wyznaniem credo przez pisarza, który literaturę i sztukę traktuje jako bardziej realną, niż samą rzeczywistość (czyli tę, w której żyją zwykli, a używając sartre’owskiego określenia – „banalni”, przeciętni ludzi, wliczając w to psychologów i psychiatrów)? Jeszcze mocniej potwierdza to jeden z ostatnich akapitów książki, wspomnianą ambiwalencję bardziej nawet zapętlając: „Większość teorii samobójstwa zakłada, że samobójstwo jest skutkiem poznawczego błędu i emocjonalnej nierównowagi samobójcy. Że samobójca myli się w rozpoznaniach swojej realnej sytuacji i właśnie dlatego się zabija. Że ma fałszywy, zdeformowany  obraz rzeczywistości i ten fałszywy, zdeformowany obraz popycha go w śmierć. Że nie widzi świata takim, jaki jest naprawdę, to znaczy nie widzi go tak, jak my – ‚zdrowi’ – go widzimy. Tymczasem bywa i tak, że samobójca wcale się nie myli w swoich rozpoznaniach. Więcej: że zabija się właśnie dlatego, że wcale się nie myli. Po prostu w jakiejś chwili spostrzega to, co w ludzkim losie jest naprawdę nie do zniesienia, a czego my wolimy nie dostrzegać. Właśnie wtedy staje się samobójcą ‚egzystencjalnym’. Odrzuca życie dlatego, że uznaje kondycję ludzką na Ziemi za ‚nieuleczalną’.”

Należy zwrócić uwagę, że to co pisze Chwin jest równoznaczne z przyznaniem rację temu, kto kondycję ludzką uznaje za coś, co jest „nieuleczalne”. A jest to nic innego jak uznanie samego życia człowieka za pewnego rodzaju chorobę. Wygląda więc na to, że taki jest również pogląd samego Chwina (skoro pisze on, że jeśli ktoś w ten sposób postrzega życie, to „wcale się nie myli” i że w ludzkim losie jest coś „naprawdę nie do zniesienia”). A jest to pogląd – mimo że skrywany – na wskroś pesymistyczny, którego ja osobiście nie podzielam. Dlatego mam pretensje do Chwina, że pod pozorem obiektywnego studium „samobójstwa jako doświadczenia wyobraźni”, zatruwa on czytelnika kulturowym depresantem, budując wokół niego świat z obrazów nie do zniesienie, wsączając mu w duszę autodestrukcyjne jady i – napawając się ich walorem literacko-artystycznym – wciąga go w urojone światy samobójczych fantasmagorii, babrając się w przeróżnych samobójczych miazmatach.

Choć rzeczywiście jest to wina nie tyle samego Chwina, co literacko-artystycznej wyobraźni, którą nam on w swojej książce przedstawia i analizuje. Trudno mi tu zresztą mówić o winie, gdyż odczuwam jednak pewien opór przed przystawianiem do literatury i sztuki etycznej miarki, bo pisarz wcale nie musi być moralizatorem (choć zwykle bywa moralizatorem ukrytym.) Czy jednak mam się wzbraniać w tym kontekście przed określeniem własnego stosunku do samobójstwa oraz jego „nadbudowy kulturowej” jaką się ten radykalny aktu ludzkiej woli (?) obwarowuje i otacza, szukając powodów, argumentów i motywów (usprawiedliwień?) tego, że człowiek decyduje się zabić samego siebie?

Nie będę ukrywał, że mój stosunek do samobójstwa wpływał na odbiór tego, co zawarł w swojej książce Chwin. Czy mogło być jednak inaczej? Czy to, jak odbieramy literaturę, nie zależy od tego, jakie są nasze poglądy, system etyczny, który przyjęliśmy (wyznajemy), od naszej konstrukcji psychicznej wreszcie? Po co udawać, że tak nie jest? Obwieszczanie wszem i wobec tego, że jesteśmy obiektywni i że nikogo i niczego nie oceniamy, jest zmyłką… zmyłką innych, a często i samego siebie.

Tak, każdy człowiek może się zabić. A czy ma do tego prawo? Nie wiem. To zależy od tego, przez kogo to prawo jest ustalane. Jeśli w naturze istnieją samobójstwa, to świadczy o tym, że natura na to „przyzwala” (czyli istnieje w niej takie prawo – bo przecież nic nie może się stać w naszym świecie wbrew prawom przyrody).
Jeśli zależałoby to ode mnie, to takie prawo do zabicia się człowiekowi bym przyznał (czy też – jeśli już takie prawo człowiek ma – to bym mu go nie odbierał). Wprawdzie nie wiem, czy samobójstwo jest (może być?) aktem wolnej woli, ale wiem, że istnieją sytuacje, kiedy śmierć staje się dla człowieka wybawieniem i ulgą, wydaje się jedyną drogą „wyjścia”, czy też raczej ucieczki. I choć samobójstwo zawsze jest wyrazem skrajnego egoizmu, to według mnie te sytuacje człowieka (decydującego się na przerwanie swojego życia) usprawiedliwiają.

Stefan Chwin na karty swojej książki przywołuje cały szereg samobójców, ale skupia się na przypadkach niejako „klasycznych”, mocno zakorzenionych w literaturze, sztuce i mitologii. Są to m. inn. Kiryłłow z „Biesów” Dostojewskiego, Józef K. z „Procesu” Kafki, Lukrecja, Ofelia… Także sami pisarze (stanowiąc zresztą w eseju tym pewną nad-reprezentację): Jerzy Kosiński, Aleksander Wat, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Rafał Wojaczek, Sylwia Plath, Mishima… Nawiązuje też do motywu samobójstwa w malarstwie (choć dość wyrywkowo i wybiórczo). Na samym początku mamy zaś ikonę wisielca – Judasza, która w całej judeo-chrześcijańskiej kulturze europejskiej odcisnęła piętno penalizacji samobójstwa, jako czynu nikczemnego, tchórzliwego, złego… (w opozycji choćby do kultury antyku, gdzie samounicestwienie się było niekiedy aktem chwalebnym, heroicznym i godnym, czasem nawet wzniosłym i pożądanym, co w końcu przejął w Europie etos romantyczny w postaci tzw. samobójstwa altruistycznego, które zresztą zawsze kołatało się pod skórą chrześcijańskiej mitologii kreującej kult poświęcających się dla społeczności męczenników).

Samobójca samobójcy nierówny, metafory życia – jego podtrzymywania, afirmacji albo unicestwiania – są niewyczerpane. Zawsze samobójstwo wpisane jest w swój kontekst kulturowy – nie jest więc żadnym niezmiennym toposem. I jednak każde samobójstwo jest inne i (nomen omen) niepowtarzalne – tak jak inny i niepowtarzalny jest każdy człowiek.
Zdawałem sobie z tego sprawę czytając traktat Chwina i pewnie dlatego nie dziwiłem się, kiedy do pewnego rodzaju samobójców czułem coś w rodzaju idiosynkrazji (choć raczej nigdy nie było w tym potępienia), innych zaś obdarzałem współczuciem. Jedni irytowali mnie swą dziwaczną pozą i rojeniami, wydumaną pseudo-filozofią, snuciem bzdurnych sofizmatów, które przybierały formę zwykłej… no cóż… głupoty. Natomiast u innych wyczuwałem ból prawdziwy i przejmujące na wskroś cierpienie, widziałem rozpacz, na którą zostali skazani przez sytuację i okoliczności, wtrąceni do piekła niewyobrażalnych mąk i czarnej beznadziei.
Teraz spostrzegam, że te pierwsze – budzące moją rezerwę i niechęć samobójstwa – należą do samobójstw „egzystencjalnych” (tu odwołuję się do klasyfikacji zastosowanej przez samego Chwina), natomiast te drugie – do tzw. „interakcyjnych”. Pierwsze odnoszą się do postawy jaką przyjmuje wobec świata i życia sam samobójca (odbierając życie jako „obrzydliwy” przymus bezzasadnego istnienia, a świat za coś immanentnie dla człowieka wrogiego – miejsce, w którym istota ludzka czuje się kimś obcym, wyalienowanym, więc jej samounicestwienie się jest wyrazem radykalnej niezgody na istnienie). Drugie są skutkiem dramatycznej, niefortunnej i tragicznej sytuacji życiowej, w jakiej znalazł się człowiek; rezultatem okoliczności wynikających z tzw. „zrządzeń” losu, na które nie mamy w zasadzie żadnego wpływu. Pierwsze wynikają z pobudek filozoficznych i światopoglądowych, mając bardziej charakter konceptualny, intelektualny i mentalny, czyli właśnie „wyobrażony” (by nie rzec „urojony”). Drugie odwołują się do praktyki i realiów życia, są więc czymś utylitarnym i empirycznym, naocznym i namacalnym – konkretnym i „niewymyślonym” (a przez to może bardziej dla nas rzeczywistym i zrozumiałym?)
To dlatego, kiedy czytałem o sposobie w jaki postrzega wszystko Roquentin, bohater sartre’owskich „Mdłości”, (dla którego każdy byt, a zwłaszcza człowiek, jest właśnie „obrzydliwością”, czymś w rodzaju samo powielającego się nowotworu), albo zaznajamiałem się z nader pokrętną i fantasmagoryczną filozofią Kiryłłowa, (który zabija się, bo uważa to za najwyższą manifestację własnej woli, za jedyny sposób na wyrwanie się z matni natury, jaka nim zawładnęła; za ucieczkę od życia będącego niczym innym jak swego rodzaju „szatańską farsą” wyreżyserowaną przez złego/złośliwego demiurga – i zabijając się chce osiągnąć tylko ten jeden orgazmistyczny moment absolutnej wolności, w którym jego ciało ulec ma swoistemu „przebóstwieniu”), to mnie to nużyło a nawet zniesmaczało, jeśli nie śmieszyło, to zadziwiało, tudzież niebezpiecznie prowadziło w pobliże konstatacji, że oto mam do czynienia z jakimś humbugiem i bzdurą (i nie powstrzymał mnie przed tym fakt, że firmowane to było takimi tuzami intelektu i literatury, jak Dostojewski i Sartre – choć oczywiście niekoniecznie oni sami się z taką postawą utożsamiali czy też ją aprobowali).
Z kolei, kiedy Chwin przypominał mękę chorego Wata, albo całą tę – obnażoną do nagiego nerwu – jaskrawość bolesną Stachury, czy też ból udręczonego nadwrażliwością Van Gogha, to ogarniało mnie dogłębne współczucie. Byłem pewien, że jedynym skutecznym ukojeniem dla tych nieszczęśników jest jednak śmierć.
Podobnie było z Sylvią Plath, Virginią Woolf… może także z Rafałem Wojaczkiem, choć ten ostatni nie uwolnił się jednak moim zdaniem od pozy. Większą rezerwę czułem do Mishimy (zawsze drażnił mnie ten jego patos i narcystyczna megalomania), także do Witkacego, którego wybitność – błyskotliwa inteligencja i rozliczne talenty – przytłoczona chyba jednak została przez eksces, wygłup i – co tu kryć – dziwactwo. Ujął mnie natomiast Gombrowicz, który wychodząc od mało (dla mnie) przekonujących dywagacji egzystencjalnych motywujących samobójstwo (dość kuriozalna metafora „człowieka-samobójcy-skorpiona”), doszedł do „ludzkiego” argumentu, że horror fizycznego doświadczenia, jakim jest ból nieznośny i nieprzemijający doznawany przez ciało, może tylko przerwać tego ciała unicestwienie, czyli śmierć.

Tak więc, nawet jeśli skutek samobójstwa zawsze jest taki sam (śmierć człowieka), to same samobójstwa mają nieskończenie wiele faset – tak jak nieprzebrana w swoim zróżnicowaniu i bogactwie jest rzeczywistość egzystencjalna i kulturowa, którą człowiek jest otoczony i… jaką sam poniekąd stwarza. I ta ostatnia możliwość jest według mnie bardzo (zwłaszcza w rozważaniach o samobójstwie) istotna.

Jak już zwróciłem uwagę, Stefan Chwin, zajmując się samobójstwem jako „doświadczeniem wyobraźni”, pisze w jednym miejscu, że z prawdziwym życiem nie ma ono wiele wspólnego, by zaraz potem zaznaczyć, że literatura i sztuka rozpoznają jednak te „miejsca” i sytuacje, które powodują, że człowiek się zabija. (Problem w tym, że częściej te „miejsca” i sytuacje kreują, niż rozpoznają – o czym świadczy w zasadzie cała rozprawa Chwina.)
Co to jest? Niekonsekwencja? Sprzeczność pozorna czy prawdziwa? A może wynika to po prostu z paradoksu całej ludzkiej kultury: sami tworzymy wokół nas rzeczywistość, która – mimo, że fikcyjna (fałszywa?) – oddziałowuje na nas całkiem realnie? Skoro tak, to mamy jednak władzę, by wpływać na nasz los, wybierać takie a nie inne wartości, decydować o tym co dobre a co złe, budować świat, w którym lepiej i pełniej nam się żyje… – a przynajmniej tak się zachowywać, jak byśmy taką władzę mieli. I choć jesteśmy w tym wszystkim ograniczeni czymś co nas przerasta i czego ani na jotę zmienić nie możemy (to ta olbrzymia czapa Wszechświata z jego żelaznymi prawami, które cały czas nad nami wiszą i którym w żaden sposób nie możemy się wymknąć), to jednak mamy wpływ na to, co stanowi naszą kulturę, czyli na naszą wyobraźnię – a tę można przecież formować, nadawać jej kształt i kierunek, wypełniać ją sensem. Dlaczego więc pchać się używając tej wyobraźni w destrukcję, albo (zwłaszcza) w autodestrukcję? Dlaczego wyobrażać sobie – a tym samym kreować – coś, co nas w końcu może zabić? Możliwe, iż życie samo w sobie nie jest dobrem absolutnym, ale przecież zawsze lepiej jest dla nas stanąć po jego stronie, zostać sojusznikiem vis vitalis – wybrać raczej jasność, a nie ciemność, sens a nie bezsens, cel a nie absurd, coś a nie nicość – nazwać złem to, co nas zabija, a dobrem to, co pozwala nam żyć. Bo to nieprawda, że nie mamy wyboru. Jeśli nie spadnie na nas miecz Damoklesa, jeśli nie przebije nas „pocisk zawistnego losu” – to cała reszta leży jednak w gestii naszej wyobraźni, czyli tam, gdzie ten wybór mamy.

Nie muszę się pytać Chwina, dlaczego do swoich szerokich rozważań, które ujął w dość opasłym tomie, wybrał temat samobójstwa. A nawet jeśli Chwin by takie pytanie usłyszał, to wcale nie miałby obowiązku na nie odpowiadać. Jednakże trudno byłoby czytając tę książkę nie uświadomić sobie tego, że dla autora samobójstwo jest czymś fascynującym. Że zanurza się on w tych wszystkich literacko-artystycznych obrazach „przygotowujących” śmierć (takiego określenia używa autor, choć moim zdaniem nie jest to „przygotowywanie” śmierci a raczej przygotowywanie zadania tej śmierci samemu sobie – co stanowi jednak dość istotną różnicę) i że robi to z pasją nie wolną chyba od pewnej masochistycznej przyjemności, mimo pozornego analitycznego chłodu i dystansu referenta, (któremu na szczęście udaje się zazwyczaj uniknąć akademickiej sztywności). Zapoznając się z traktatem Chwina, ciągle jednak odnosiłem wrażenie, że pisarz niejako bardziej jest po stronie śmiercionośnej przecież argumentacji samobójczej, niż tej, która wybiera życie. Że gotów jest się zgodzić z tym, że życie nie ma w sobie żadnego majestatu i że tego majestatu pozbawiona jest także każda śmierć. Tylko w jednym jedynym zdaniu, bardzo zresztą dwuznacznie brzmiącym, zdobywa się on na pewną deklarację sugerującą sprzeciw i mającą w sobie jakieś ziarno oceny: „Nie interesuje mnie podporządkowywanie mojego wywodu intencji ‚zapobiegania samobójstwom’, którą zresztą jak najgłębiej pochwalam.” Mnie osobiście to oświadczenie nie bardzo przekonywuje – wydaje mi się być ono cokolwiek wymuszone i wyrażone tylko gwoli dydaktycznej poprawności. Bo skoro Chwin zapobieganie samobójstwu „jak najgłębiej pochwala”, to dlaczego nie czuć tego zupełnie w tym, co o samobójczej wyobraźni pisze? (A wręcz czuć jest coś wprost przeciwnego?) I nie chodzi mi tu o to, by Chwin uraczył nas moralitetem, by wykazał się jakimś wyrażonym wprost i jednoznacznie stosunkiem taksującym (ani tym bardziej kondemnującym) samobójców, a o pewną „podskórną”, wyczuwaną intuicyjnie przez czytelnika, po(d)stawę etyczną pisarza, (do zasygnowania której wcale się nie musi wchodzić w skórę moralizatora).

Czcze „filozofowanie” na temat samobójstwa, rojenie sobie suicydalnych fantazmatów, okupowanie własnej wyobraźni chorobliwymi a podniecającymi tanatycznie obrazami zabijania siebie samego, wydaje mi się mieć w sobie coś „nieludzkiego”, z gruntu niedobrego (zwłaszcza w konfrontacji z pragnieniem trzymania się życia za wszelką cenę, które często spotyka się u ludzi cierpiących, „skazanych” na śmierć przez chorobę, dotkniętym jakimś prawdziwym nieszczęściem, wypadkiem czy kalectwem – rzeczywistym już a nie urojonym). To zaś, czym zajmuje się Chwin, przypomina mi coś w rodzaju pornografii autodestrukcji. I moim zdaniem lepiej by było, gdyby to poza literaturę i sztukę nie wychodziło. Ale jednak wychodzi. Bo nawet jeśli w literaturze uchodzi bawienie się w „być albo nie być”, „zabójcze” rojenie sobie tego i owego, to przenoszenie owych fikcji do życia, może już niestety zapachnieć prawdziwym trupem.

Ktoś, kto kocha i jest kochany, kto czuje się lub może się czuć szczęśliwy – samobójstwa nie popełni nigdy.  Ktoś, kto jest „zakorzeniony” w życiu – w świecie będącym dla niego nieustannym źródłem zaciekawienia i fascynacji – ten nie będzie dążył do unicestwienia samego siebie. Ktoś, kto potrafi zbliżyć się do ludzi, czuje się w ich otoczeniu dobrze, robi coś, co jest pożyteczne dla wszystkich, (czyli ktoś, kto identyfikuje się z ludzką wspólnotą i jest z nią związany) wcale nie będzie chciał się zabijać. Czy nie warto więc się starać, by taki pożądany stan osiągnąć, odrzucając tym samym wszelkie fantasmagorie, które wabią nas w pułapkę, gdzie jedynym wyjściem wydaje się zaciśnięcie pętli sznura na szyi, podcięcie sobie żył czy rzucenie się w przepaść? To nieprawda, że zabicie się jest przejawem naszej wolności. I choć wydaje się czasem aktem wielkiej odwagi, to najczęściej podszyte jest jednak strachem (nie bez kozery uważane jest wtedy za tchórzostwo). Wykorzystując naszą wyobraźnię, powinniśmy dążyć do afirmacji życia, a unikać tego co nas ciągnie ku śmierci. Jeśli to tylko od nas zależy – pozostańmy żywymi.

A kiedy by już od nas zależeć nie mogło… to od takiej sytuacji (bez wyjścia) uchowaj nas Boże.

* * *

POLIFONIA I KONWULSJE – rzecz o wypełnianiu pustki (Teatr ZAR w Chicago)

*

Cesarskie cięcie. Próby o samobójstwie

Zgodnie z tym co można wyczytać z historii wrocławskiego teatru ZAR, tryptyk „Ewangelie dzieciństwa” powstawał blisko 10 lat. Jego początki datują się w 1999 roku, kiedy to członkowie zespołu (wówczas jeszcze stażyści) wraz ze swoim liderem Jarosławem Fretem, zaczęli swoje etnomuzykologiczne podróże na europejskie obrzeża (Gruzja, Bułgaria, Armenia, Grecja, Czeczenia, Andaluzja, Sardynia, Korsyka… z czasem docierając nawet do Iranu, Egiptu i Japonii), gdzie poszukiwali archaicznych form muzycznych i wiekowych pieśni polifonicznych (sama nazwa teatru wywodzi się od rodzaju starodawnej pieśni żałobnej śpiewanej do dzisiaj przez Swanów – lud zamieszkujący wysokie partie gór Kaukazu).
Każda część tryptyku stanowi właściwie odrębne przedstawienie, jednakże, kiedy od pewnego czasu prezentuje się je razem, traktować je można jako jedną całość. Tym sposobem mogą one wybrzmiewać w tym samym czasie, komplementując się i uzupełniając, stanowiąc coś w rodzaju „nieustannego requiem” (jak to określił sam reżyser).
Część pierwsza nosi (niezwykle rozbudowany) tytuł „Uwertura. Fragmenty o przeczuciach nieśmiertelności ze wspomnień wczesnego dzieciństwa” i stanowi odniesienie do nowotestamentowej opowieści o wskrzeszeniu Łazarza oraz do gnostyckiego przekazu zwanego „świadectwem Marii Magdaleny”. Część druga to „Cesarskie cięcie. Próby o samobójstwie” – wykorzystując wielogłosowe pieśni oraz wątki muzyki bałkańskiej, hiszpańskiej, rumuńskiej, korsykańskiej i islandzkiej, podejmuje temat samobójstwa, jego egzystencjalnych implikacji i dylematu granic ludzkiej wolności. Doszukać się można w niej odniesień do prozy Dostojewskiego, para-mistycznych tekstów Simone Weil a także do słynnego eseju Alberta Camusa o samobójstwie „Mit Syzyfa”. Część trzecia „Anhelli. Wołanie” to raczej luźne,  dowolnie potraktowane nawiązanie do romantycznego poematu Juliusza Słowackiego, będącego rezultatem jego podróży do Ziemi Świętej i pochylenia się nad niedolą i martyrologią zniewolonego przez zaborców narodu polskiego.

greydot

Kiedy wsłuchiwałem się w swoje wrażenia i myślałem nad tym, czym było dla mnie doświadczenie spektaklu, który obejrzałem w ostatnią niedzielę w sali chicagowskiego Museum of Contemporary Arts, zastanawiając się także nad tym, skąd się moje odczucia tak naprawdę wzięły, natrafiłem na wypowiedź Jarosława Freta, twórcy teatru ZAR i reżysera widowiska. Podkreślił on, że mimo iż tryptyk odbierany jest przez wielu widzów niczym ceremoniał kościelny, to jednak chrześcijańska symbolika nie jest tym co go tak naprawdę interesuje: „Tak, dorastałem w społeczności chrześcijańskiej, w bardzo chrześcijańskiej rodzinie. Ale wielu członków zespołu ZAR to nie są Chrześcijanie… Nie o to chodzi w naszej pracy”. A na pytanie co jest w takim razie celem jego teatru, Fret odpowiedział: „Chodzi w nim o wypełnienie próżni czy pustki; o to, by dzielić z innymi nie tylko nasz ból – ponieważ ból jest jedynym dowodem na to, że żyjemy – ale także poczucie i doświadczenie życia… tego, co oznacza bycie żywym.”
Czytając tę wypowiedź Frata, nagle uświadomiłem sobie skąd się wzięła moja rezerwa wobec tego spektaklu. Nie wystarczyło mi bowiem samo wypełnianie pustki głosem, śpiewem, ruchem i oddechem aktorów – bez względu na sens słów, stosunek do sacrum i nieokreśloności tego, czym naprawdę jest ludzkie ciało wobec śmiertelności i zmartwychwstania.
W słowach, które udało mi się dosłyszeć, sens był niezrozumiały albo był sprawą drugorzędną a może nawet nieistotną. Treść tryptyku – wbrew pozorom – była w istocie indyferentna religijnie więc nie czuło się sfery sacrum. Ciało na scenie było ciągle obiektem profanacji i wstrząsów, bardziej narzędziem fizycznej ekspresji i pojemnikiem na cierpienie, niż świętym naczyniem wypełnionym duchem (to tak ważny przecież dla Chrześcijanina fenomen) – nie przekonywała mnie więc ta emfaza na konieczność jego zmartwychwstania, (które i tak jest – co też można odczytać z przedstawienia – „niemożliwe”), spuentowana na dodatek oczywistością tego, że prędzej czy później wszyscy pójdziemy do piachu, a nad nami rozpostrze się biały całun obojętnego świata.

Ale zostawmy na razie eschatologię. Z tego co usłyszałem w teatralnej sali i zobaczyłem na deskach sceny odniosłem wrażenie, że tryptyk ZAR-u jest produktem kultury, która się rozpadła na milion kawałków, ale próbuje się na nowo scalić sięgając do swoich archaicznych źródeł, które wszak prawie już wyschły. Synkretyzm religijny jest jednak niemożliwy także z innych względów: poszczególne elementy nie mają już swojej pierwotnej wartości, a nawet są wobec siebie przeciwstawne. W najlepszym wypadku pozostaje przeczucie tego co było w przeszłości, muzealne ocalenie małej cząstki od zapomnienia, lament pogrzebowy i żałobny śpiew nad trupem, który już od dawna spoczywa w ziemi.
Zamiast synkretyzmu, mamy więc worek pełen elementów z przeróżnych parafii – kokofonię wielu znaczeń ogarniętą harmonijną polifonią dźwięków, coś w rodzaju postmodernistycznej mix-kaszanki wybrzmiewającej w teatralnej „sonosferze”.
Powodzenie trupy ZAR-u w wielu różnych częściach globu może świadczyć o tym, że trafia on jednak w wrażliwość współczesnego widza (czy też raczej słuchacza), dla którego najbardziej liczy się właściwie moment sensualnej wibracji (będącej niczym miejscowa stymulacja żywego organizmu w laboratorium) niż synteza znaczeń, która mogłaby doprowadzić nas do sensu i zrozumienia. Artyści ZAR-u znaleźli sposób na niezwykłą kondensację życia, ale ceną za to wydaje się być wszechogarniający ból, oraz to, że owo życie przybiera w ich ciałach formę spazmu.

Uwertura. Fragmenty o przeczuciach nieśmiertelności ze wspomnień wczesnego dzieciństwa

*

Cisza i tumult. Życie jak opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, nic nie znacząca, będąca niczym sen wariata śniony nieprzytomnie… innymi słowy: wiele hałasu o nic – bo świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają, utkani z tego samego materiału co sny…
Tryptyk, o którym tu mowa, mógł stworzyć tylko ktoś, kogo dogłębnie dotknęła cisza, jaka zapada wokół człowieka, który przestaje oddychać. Dziadek Freta był żałobnym śpiewakiem. Kiedy odbywał się jego pogrzeb, 17-letni chłopak przeżywa – jak sam twierdzi – najgłębsze, związane z dźwiękiem, doświadczenie swojego życia: w chórze żałobników nie usłyszał głosu swojego dziadka. Lecz jak to możliwe, by doświadczenie to spowodowała cisza, pustka… nic? – zastanawia się po latach reżyser. I realizuje swoją obsesję poszukiwania ZAR-u, pieśni żałobnej, którą uważa za spirytualną „kolumnę oddechu”, po jakiej dusza zmarłego wspina się jak po drabinie do nieba.

greydot

Jednak doświadczenie reżysera nie musi – i zwykle nie jest – doświadczeniem widza (czy też słuchacza). Żeby dotknąć kogoś do żywego, musi ze sobą nieść pewną wartość uniwersalną, wspólną jeśli nie wszystkim, to większości ludzi. Wszyscy z nas mamy swoje konszachty, układy i rokowania ze śmiercią, wszyscy się jej lękamy, wszyscy staramy się ją oswoić, przechytrzyć… i wszyscy zastanawiamy się, bardziej lub mniej śmiało, gdzie też nas ona w końcu doprowadzi – za jaką granicę i do jakiej krainy zawlecze. Czy będziemy za nią wstępować do nieba, a może zepchnie nas w jakieś piekielne czeluście?
ZAR zaczyna swój tryptyk od (wynikającego z pragnienia nieśmiertelności) zmartwychwstania, ale kończy wspólną mogiłą, obróceniem się ludzi w proch, przykryciem wszystkiego białą płachtą milczenia: nad tumultem życia zapada cisza śmierci, świat się opróżnia i wraca do swojego pierwotnego (?) i właściwego (?) stanu – pustki i nicości.

Nie wiem czy istnieje „kolumna oddechu” prowadząca nasze dusze do nieba. Nie wiem czy istnieje niebo, a jeśli nawet istnieje, to nie nie wiem czym ono jest. Trudno mi jest też podzielać tę wizję podniebnej drabiny, nawet jeśli pojąć ją nie dosłownie, a metaforycznie.
Nie sądzę, że ból jest jedynym dowodem na to, że żyjemy. A wyrażając to inaczej: nie wierzę w to, że ból i cierpienie definiuje życie. To pewnie jeden z powodów tego, że nie zostałem przez tryptyk porwany. Momentami męczyła mnie siłowość z jaką aplikowano ruch w ciała aktorów, deprymowała zbyt intensywna ekspresja gestu – wszystkie te konwulsyjne miotania się po scenie, brak umiaru i niuansu, jakby ciało było opętane jakąś karykaturalną nadruchliwością i skazane na epileptyczne drgawki.
Tym bardziej uderzył mnie kontrast między tą gwałtownością (którą czasami odbierałem wręcz jako gwałt zadawany ciału) a kojącym i pięknym harmonijnym śpiewem aktorów – być może ewokującym pamięć o utraconej świętości: naiwności, prostoty, zaufania i oddania się wierze. Nie odebrałem tego jako kontrapunktu (bo widziałem zbyt duże dysproporcje). Był to dla mnie jeszcze jeden przejaw jakiegoś ontologicznego niezrównoważenia – dysharmonii między spokojem wynikającym z komfortu bycia we wspólnocie i odprawiania liturgii a niepokojem, lękiem a nawet czymś w rodzaju histerii opanowującej indywiduum-ciało wydane niejako na pastwę osobnego życia (jak to sugeruje np. symbolika „cesarskiego cięcia”.)

Przedstawienia ZAR-u są gęste w emocje i znaczenia – daleko im do „ubóstwa” teatru Mistrza i guru Grotowskiego. Wprawdzie tryptyk „ubogi” jest jeśli chodzi o wizualne decorum, ale za to bogaty w ruch, dźwięk, metafory i symbole. Nie dziwi mnie więc fascynacja tych, którzy tym przedstawieniom się (p)oddali, nie dziwi wrażenie obcowania z niezwykłą sztuką, która nabiera tu ciężaru rytuału. Ja również jestem pod wrażeniem intensywności oddania się swojej sztuce przez artystów – aktorów teatru ZAR (praca jaką wykonali wydaje mi się kolosalna). W wielu momentach poruszyła mnie muzyczna jakość zaprezentowana w tryptyku – harmonijne brzmienie, anielski ton, melodia i śpiew przejmujący – trudno było na to wszystko pozostawać obojętnym. Ale w końcu przytłoczył mnie jednak pesymizm grobu i śmierci, jako „ostatecznego rozwiązywania” dla życia, które w swej istocie jest tylko torturą – spazmem, konwulsją, udręką, męczarnią i bólem.
Nie, życie ma także wiele innych właściwości i faset. Mnie nie wydawało się już okrutne w chwili, kiedy odbierałem płaszcz z teatralnej szatni, widząc obok siebie uśmiechniętych i zadowolonych ludzi.

Anhelli. Wołanie

Photo: Tom Dombrowski, archiwum Teatru ZAR, Irena Lipińska

CO SIĘ PLECIE W KAJECIE? (zapiski I)

*

*

Czym może być pisanie? Rodzajem autoterapii? (Bo przecież każdy z nas jej potrzebuje.) Ekspresji? (Bo każdy chce zamanifestować swoją obecność w świecie.) Ćwiczeniem umysłu? (Który stara się dociec celu i sensu tego, że jakieś kosmiczne siły obdarzyły go świadomością i czymś tak cudownym, jak ludzki mózg.) Porządkowaniem myśli? (Bo zalew informacji, jakiego doświadczamy we współczesnym świecie robi nam niezły mętlik w głowie)… etc.

Z tego co pamiętam, pisałem „od zawsze” – zacząłem już wtedy, kiedy jeszcze nie znałem liter, zapełniając całe zeszyty jakimś swoim „pismem”, którego sensu nikt nie mógł przeniknąć (wliczając w to oczywiście mnie samego). I to mi weszło w krew (a raczej w neurony), lecz mam nadzieję, że teraz już piszę na tyle sensownie, że jest to czytelne i w miarę zrozumiałe – i że może to mieć wymierną wartość. Ja w tę wartość właściwie nie wnikam i pozostawiam ocenie kogoś, kto ewentualnie będzie chciał to czytać.

Piszemy zawsze na swoją własną miarę. Nie sposób jest przeskoczyć samego siebie – zawsze więc powinniśmy zdawać sobie sprawę z własnych ograniczeń. Mam tego świadomość, co jednak od pisania mnie nie powstrzymuje. Lecz nie jest to żadna zarozumiałość, bardziej sposób na wyrażenie samego siebie – na poziomie, który jest mi dostępny. A że wszyscy jesteśmy (pod jakimiś względami, w pewnych dziedzinach) dyletantami? I że zazwyczaj trudno jest się nam do tego przyznać? Cóż, dyletantyzm i ignorancja to taka nasza dola w świecie ludzkiej kultury, który rozrósł się na niebywałą skalę, i którego nie sposób objąć jednym umysłem. Czy jednak ma to nam zamykać usta? Chyba nie, bo moim zdaniem ciąży na nas jednak obowiązek myślenia. Myślę więc… Czasem ta ma większy sens, czasem mniejszy, czasem uda mi się chyba dotknąć głębszej mądrości, to znów chlapnąć jakieś głupstwo… tak to już się plecie w tym moim kajecie, w którym ślady tego myślenia zapisuję. Zdaję sobie też sprawę z tego, że może to przypominać wyważanie drzwi już dawno otwartych – ale przecież tamte drzwi otwarte to są drzwi dla mnie cudze, a ja muszę otworzyć drzwi własne, tzn. „przemielić”, pogryźć i przetrawić coś w sobie samym, przepuścić to wszystko przez własne nerwy, trzewia i wrażliwość – bo dopiero wtedy będę mógł to uznać za coś własnego, dopiero to tak naprawdę może mnie kształtować i stać się ze mną w pewnym sensie tożsame.

Kajet w zasadzie zawsze był „klasyczny” – tj. był po prostu zeszytem (notatnikiem) pełnym papierowych kartek. Dopiero stosunkowo od niedawna, zamienił się w ekran monitora. A jednak sentyment (i przyzwyczajenie) pozostało: mimo, że większość z tego co piszę, rejestruję bezpośrednio w bebechach komputera, to jednak kajetu papierowego nie wyrzuciłem i od czasu do czasu – zwłaszcza będąc poza domem – sięgam do niego i coś tam w nim gryzmolę. Myślę, że nie zawadzi podzielić się tu czasami z wami jego zawartością. 

greydot

Od dawna czuję rezerwę do określenia „intelektualista”. Intelekt w stanie czystym jest czymś nieludzkim – i praktycznie rzecz biorąc, niemożliwym – a jednak spora liczba „intelektualistów” szczyci się swoim statusem „intelektualisty”, bez zażenowania obnosząc się z tym poczuciem wyższości wobec „nie-intelektualistów”. Jest to więc pewien rodzaj (wg mnie pretensjonalnej) autoprezentacji, która zakłada, że ta etykieta niejako samowiednie przyda wagi i znaczenia temu, co głoszą.
A to właśnie intelektualiści są głównymi winowajcami w historii uwodzenia ludzi ideologią, która przenikając do mas zamieniała się w doktrynę niewolącą tak naprawdę ludzkie umysły. I niewolącą samych ludzi, jako jednostki – bo traktującą ich instrumentalnie poprzez podporządkowanie idei, czyli jakieś intelektualnej abstrakcji. Idee nie są ważniejsze od ludzi.

greydot

Eutanazja.
Prawo niekiedy bywa okrutne, bo jest “ślepe” i nie uwzględnia ludzkich emocji, także cierpienia.
Najgorsze w tych wszystkich “nieprzejednanych” głosach sprzeciwiających się eutanazji jest to, że wynikają one z pobudek ideologicznych, które mają swoje oparcie w religii i może dlatego właśnie wiążą się z myśleniem w kategoriach “fundamentalnych”.
To jest okropne ale i paradoksalne, bo najczęściej reprezentują je ludzie, którzy deklarują się jako współczujący, miłosierni, kochający bliźniego swego. Ale mnie zdumiewa takie “współczucie”, (które nie z darma racji ujmuję w cudzysłów) – bo bardziej przypomina mi ono o braku nie tylko wyobraźni, ale i serca.

Swoją drogą to ciekawe, dlaczego akurat katolicy są tak przeciwni eutanazji. Argument, że wynika to z konieczności uznania życia za “święte” zupełnie mnie nie przekonuje, bo historia nie tylko katolicyzmu (ale i ogólnie – Chrześcijaństwa) mówi nam o często instrumentalnym traktowaniu życia człowieka (palenie na stosie, wojny krzyżowe i nie tylko…)
Poza tym, Watykan współcześnie, usprawiedliwia moralnie udział w wojnie, jeśli jest to wojna “obronna” – co przecież także wiąże się z zabijaniem drugiego człowieka.
Dalsze paradoksy: Chrześcijaństwo właśnie na zabójstwie (i to Syna przez Ojca) oraz na samobójstwie (jakim de facto było poddanie się woli Ojca przez Syna) opiera swoje credo.
Zbawienie przez śmierć, bo bez niej nie ma Zmartwychwstania. Przewrotne.

greydot

A propos życia jako “daru Boga”. Warto zwrócić uwagę, co na ten temat napisała (niestety nieżyjąca już Defendo):

“Śmierć jest częścią życia, nie czymś egzotycznym, wrogim i osobnym. Z faktu mojego przyjścia na świat nie wynika, że cokolwiek mi się należy – poza życiem, które mam na własność. Realizując je – realizuję również śmierć. Czyż nie? Mam więc prawo do realizacji tej części życia zgodnie z moją wolą.
Życie jest darem? Zatem obchodzę się z nim jak z darem – mogę o nie dbać, odkurzać, rozbudowywać, chuchać nań i dmuchać, mogę też je zniszczyć lub wyrzucić. Akt samounicestwienia nie ma żadnego celu – nie ma pobudzać innych do czegokolwiek. Nie jest ofiarą. Dlaczego nie miałabym mieć prawa decydowania o swoim życiu? Dlaczego mam zakładać, że dostałam je od Boga? Czy muszę wierzyć w Jego istnienie? A jeżeli nawet jest – dał mi życie nie stawiając warunków. Nie pytał, co z nim zrobię. Skazał mnie na nie? Przecież nie jest okrutny… nie zrobił tego.
To nie jest żadne wołanie o pomoc.”

Więcej można przeczytać TUTAJ – we wpisie jaki poświęciłem Defendo (kiedy go pisałem, ona jeszcze żyła, i nie wiedziałem, że pozostał jej tylko jeszcze jeden dzień tego życia).

Defendo wspomniała o Bogu, ale ja bym Go do tego nie mieszał, mimo że – w przeciwieństwie do Defendo – nie uważam siebie za ateistę.
Chodzi mi o kulturę… samobójstwa. Tak, myślę, że o czymś takim można mówić w kontekście filozoficzno-literacko-artystycznej „nadbudowy” jakiej doczekał się ten ekstremalny akt ludzkiej woli (?) jakim jest samobójstwo (z tego pytajnika wypadałoby się jednak wytłumaczyć, na razie napiszę tylko, że pojawił się on tutaj po to, by zaznaczyć niepewność co do tego, czy rzeczywiście dysponujemy czymś takim jak „wolna wola”).

Samobójstwo… to był bardzo bliski mi temat w okresie mojej wczesnej młodości. W okresie, kiedy wielkie wrażenie robiły na mnie filozoficzno-egzystencjalne wywody choćby Alberta Camusa (to jego słynne: „jest tylko jeden problem filozoficzny prawdziwie poważny: samobójstwo” – zdanie otwierające jeden z najsłynniejszych esejów XX-go wieku, czyli „Mit Syzyfa”) albo różnych takich dandysów nihilizmu, stwierdzających: „gdyby nie (pocieszająca) myśl o samobójstwie, to dawno bym się zabił” (Cioran).
Teraz widzę, ile w tym wszystkim było pozy, blagi, zagubienia i dezorientacji.

greydot

Pamiętam, że swego czasu Czara na swoim blogu napisała o filmie, który w pewne słoneczne paryskie popołudnie obejrzała (w samotności, bo jedyna osoba jaka jej towarzyszyła w kinie, wyszła z seansu wkrótce po jego rozpoczęciu). Tym filmem był obraz Petera Liechtiego pod nieco horrendalnym tytułem „Odgłosy robaków – zapiski mumii” (mnie przypomina to tytuły horrorów klasy C), opowiadający historię człowieka, który postanawia popełnić samobójstwo, zaszywając się w leśnej głuszy i zagładzając się w końcu na śmierć. Ale oczywiście wszystko skrupulatnie opisuje w prowadzonym przez siebie dzienniku. Czara siedziała w ciemnej kinowej sali, patrzyła z przejęciem na ekran, chciała zrozumieć tego człowieka… A ja czytając jej wpis pomyślałem: ot, jeszcze jeden narcystyczny pozer przyciągnął czyjąś uwagę i to w sposób cokolwiek obrzydliwy: robiąc ze swojej nekrofilskiej obsesji bezwstydne widowisko.
Czara pisała: „Zaskoczyło mnie też przywiązanie tego człowieka do ziemskich rytuałów, jak na przykład higiena i skomplikowany system toalety, odprowadzającej  na zewnątrz nieczystości. Mężczyzna umierając zanotuje: ‚Umyłem zęby’. ‚Wyszedłem na zewnątrz, żeby się wykąpać w deszczu’. I znowu ten kontrast, splot dwóch porządków, jednoczesne dbanie o ciało i powolne go zabijanie, wstrząsnął mną najbardziej. Dlaczego nie skrócić tego wszystkiego, chciałoby się zapytać bohatera, obserwując w jak wielkich męczarniach mijają jego ostatnie dni. I jedyna odpowiedź, jaką można sobie samemu spróbować udzielić, to konieczność nadania swojemu życiu sensu. W tak paradoksalny sposób. Tak, jak anorektyczki przestają jeść, by poczuć wreszcie kontrolę i swoją siłę, tak i on udowadnia sobie swoją wartość, odchodząc w ten dziwny sposób. ‚Czuję się dumny, bo wiem, że nikt nigdy nie będzie próbował mnie naśladować’ powie, a nam przejdą zimne dreszcze po plecach.”
A mnie nie przechodzą zimne dreszcze po plecach, bo nie widzę w tym wszystkim nic innego, jak właśnie pozę narcyza („czuję się dumny”), kogoś kto zdrowy instynkt życia poddaje chorobliwej obsesji. Wyczuwam tu również jakąś martyrologię na pokaz. (Co za specyficzny sposób na „udowodnienie sobie swojej wartości”: poprzez anihilację siebie samego!). I niemal irytuje mnie ta przewrotność: nadawanie sensu swojemu życiu przez „powolne zabijanie siebie” czyli de facto niszczenie go – podobnie jak niszczą swoje życie anorektyczki (akurat to, że przestają one jeść, nie jest wg mnie wyrazem ich siły i kontroli nad własnym życiem, ale czegoś wręcz przeciwnego: słabości i utraty kontroli nad własnym życiem).
Ta irytacja odezwała się chyba w tym, co wówczas napisałem w komentarzu pod wpisem Czary:
„Nie budzą już we mnie współczucia ludzie, którzy świadomie podejmują decyzję o zniszczeniu swojego zdrowia (i ewentualnie życia) i którzy robiąc to zgrywają się na wielkich męczenników, obwieszczają wszem i wobec jakie to życie jest okrutne i absurdalne, rozczulają się nad sobą (bo jakże oni strasznie cierpią) lub też starają się tym zarazić (zatruć) innych ludzi… Czuję jakąś wewnętrzną dezaprobatę wobec decyzji kogoś, kto postanawia popełnić samobójstwo wskutek jakiegoś swojego widzimisię – bo np. nie ma już ochoty dłużej żyć, bo mu się życie nie podoba, bo mu ono zbrzydło albo uważa, że ma do tego po prostu prawo… etc.
Współczuję jedynie tym, którzy rzeczywiście nie mają żadnej szansy na odzyskanie zdrowia i uratowanie życia (a więc ludziom śmiertelnie chorym, których przeznaczeniem na tej ziemi jest już tylko cierpienie i powolna agonia). Według mnie istnieją naprawdę bardzo szczególne – i wyjątkowe – przypadki, które mogą usprawiedliwiać samobójstwo. Na pewno takim usprawiedliwieniem nie może być napisanie książki czy zrobienie filmu. Tak sądzą. Estetyka, filozofia – czy też sztuka – nie może (moim zdaniem) stanowić pretekstu dla samobójstwa. (Tak, wtedy postanowienie o zniszczeniu własnego życia jest albo chorobą psychiczną, albo po prostu głupotą.)”

Jeśli uznamy, że czymś chorobliwym jest to, co niszczy nasze zdrowie i życie (a nie przyjęcie takiego postulatu jest po prostu jednoznaczne z uznaniem, że coś takiego jak choroba nie istnieje) to w konsekwencji uznać musimy, że także samobójstwo jest przejawem czegoś chorobliwego. I to znajduje odbicie we współczesnej medycynie – psychiatrii, która  myśli samobójcze uznaje za przejaw pewnych zaburzeń psychicznych.

Jest jeszcze kwestia oceny. Oczywiście, jak na czasy współczesne przystało, wzbraniamy się by oceniać (a więc osądzać moralnie) kogokolwiek i cokolwiek (dodam: osądzać na forum publicznym, bo prywatnie osądzamy i krytykujemy zwykle wszystko i wszystkich.) Wzbraniamy się więc przed tym, żeby powiedzieć wprost, że samobójstwo jest złem – czyli uznać, że jeżeli ktoś decyduje się na to, by odebrać sobie życie, to jest to złe. Ale wystarczy tylko odnieść to do nas samych: czy jeśli ktoś kogo kochamy (nasze dziecko, mąż, żona, partner, partnerka) postanowiłoby się zabić, to czy nie uważalibyśmy (niekiedy całym sobą) że jest to złe i nie robilibyśmy wszystkiego, co w naszej mocy, by do tego nie dopuścić? Czy przyszłaby nam jakakolwiek ochota by rozważać to w kwestiach… artystycznych? Usprawiedliwiać to filozoficznie, egzystencjalnie, moralnie…? etc. Weźmy np. taki alkoholizm. W pewnym sensie można go uznać za powolne samobójstwo (podobnie jak anoreksję czy narkomanię…) Czy jednak nie mamy jednoznacznego stosunku do alkoholizmu? Czy unikamy odpowiedzi na pytanie, czy jest on czymś złym? Nie, bo widzimy, że niszczy on zdrowie i życie człowieka (którego kochamy). I mówimy wprost, że alkoholizm jest złem. Ale oczywiście nie musi to mieć cokolwiek wspólnego z potępieniem człowieka.
Podobnie patrzę na samobójstwo.

Samobójstwo (przede wszystkim „filozoficzne”, czyli wynikające z pobudek konceptualnych… nie mam tu na myśli samobójstwa – ucieczki przed beznadziejnym, permanentnym cierpieniem, wynikającym ze śmiertelnej choroby) jest oczywiście przejawem skrajnego egoizmu – ostatecznym potwierdzeniem (być może głęboko skrywanej) pogardy dla życia, innych ludzi i samego świata – często nawet i pogardy wobec samego siebie. Decyzja o tym, aby jednak żyć dalej, jest wg mnie odrzuceniem tego egoizmu. Przypominają mi się tutaj słowa napisane kiedyś przez Jonathana Carrolla:  „Świat niczego od ciebie nie potrzebuje, ale ty musisz mu coś dać. Dlatego żyjesz. Jeśli się teraz zabijesz – niczym się nie różnisz od miliardów innych czaszek, które leżą pod ziemią. Jeśli dasz coś światu, nawet coś nietrwałego, wygrasz.”
A jako konkluzję i puentę mógłbym przytoczyć to, co w „Wilku stepowym” napisał Hermann Hesse: „Każdy w jakimś zakątku swojej duszy wie aż nadto dobrze, że samobójstwo jest wprawdzie wyjściem, ale przecież tylko jakimś wyjściem nędznym, nielegalnym, zapasowym, i że w zasadzie szlachetniej i piękniej jest dać się pokonać przez samo życie niż ginąć z własnej ręki.”

greydot

Czy wolna wola jest wytworem ludzkim tak samo jak moralność? Zauważmy, że bez założenia, iż człowiek posiada wolną wolą straciłby sens jakikolwiek system etyczny, który zakłada możliwość wyboru między dobrem a złem – a to możliwe jest tylko wtedy, kiedy człowiek dysponuje wolną wolną (czyli jest zdolny do dokonywania wyborów). Tylko wtedy może być on sądzony – czyli można stwierdzić, że to co zrobił jest złe i że można go na tej podstawie ukarać. (W wymiarze eschatologicznym Chrześcijaństwa dokonuje się to na Sądzie Ostatecznym. Ale nie idźmy aż tak daleko i wysoko: na co dzień robią to wszystkie tzw. „wymiary sprawiedliwości”, a i my sami – osądzając innych na nasz prywatny użytek).
Lecz z drugiej strony może ktoś powiedzieć: w naturze wolna wola nie występuje (nota bene utożsamiając w ten sposób z maszyną nie tylko materię nieożywioną, ale i ożywioną, czyli zwierzęta). Jakkolwiek powiewa tu skrajnym determinizmem (a tym samym materializmem), to można odczuć pewną pokusę, aby się z tym zgodzić. Wygląda to na prawdę w tym sensie, że wszystko (każdy atom, każda cząstka – o obiektach w skali makro nie wspominając) musi się podporządkować prawom (przyrody, fizyki, natury… jakby ich nie nazwać) obowiązującym w całym Wszechświecie. (Czyżby więc ta kosmiczna machineria – raz wpuszczona w ruch – nie miała żadnej możliwości swobodnego manewru, samowolnego spowodowania nawet najmniejszej zmiany ruchu choćby jednej nanoskopijnej cząsteczki?)
W takim razie, jeśli ktoś mówi o (wolnej) woli, to czy nie musi wpleść w to wszystko pierwiastek boski? (Bo tylko w akcie wolicjonalnym Pierwszej Przyczyny mogło zadziałaś coś, co było poza wszelkim prawem – jakieś ponad-kosmiczne „niech się stanie”?)

greydot

Czyżby Homo sapiens miał już jednak coś z demiurga?
Oto fragmenty wypowiedzi Wolfganga Prinza, renomowanego niemieckiego psychologa i kognitywisty, udzielającego wywiadu pismu „Die Zeit”: Jeśli chodzi o wpływ na zachowanie człowieka, to „istnieje tylko sterowanie zewnętrzne, nic więcej. W nauce i tak nikt nie wierzy w absolutną wolność wewnętrzną. (…) Ludzie są maszynami, które wspólnie tworzą swój świat społeczny. Na tym właściwie polega clue procesów kulturowych. Ten stworzony własnymi siłami świat społeczny wywiera ponadto ogromny wpływ na zachowanie jednostki. (…) Istnieje względna wolność w tym sensie, że wszyscy zobowiązujemy się czynić to, co uważamy za dopuszczalne moralnie. Nasza wolność polega na tym, że pozwalamy sobą kierować, np. poprzez rozsądne argumenty. W tym sensie istnieje wolność wyboru. (…) Wolna wola jest instytucja społeczną (…). Już sama idea wolnej woli zapewnia nam swobodę działania. Traktujemy siebie nawzajem tak, jakby każdy z nas mógł swobodnie decydować i dlatego w ramach społeczności jesteśmy podmiotami obdarzonymi wolną wolą. (…) Wolna wola nie występuje w naturze. („Die Zeit”: „Pozwalamy, by determinowało nas to, na co zgodziło się społeczeństwo.”) Tak. Instytucje (społeczne) są równie realne jak zjawiska występujące w naturze, gdyż determinują nasze zachowanie. W przeciwnym razie całe nasze życie społeczne uległoby załamaniu. Przypisujemy sobie wolną wolę i dlatego jest ona ‚realna’. („Die Zeit”: „To, że wolna wola rzekomo nie istnieje, zaniepokoiło specjalistów w zakresie prawa karnego.”) Niesłusznie. Dlaczego argumenty wynikające z fizjologii mózgu miałyby oddziaływać na naszą rzeczywistość moralną?”.

Cóż, widzimy tu, że z wolną wolą jest tak, jak np. z każdym hipostatycznym wytworem jakiejkolwiek religii: ona w rzeczywistości nie istnieje, ale tak naprawdę istnieje, pełniąc pewną funkcję w naszym świecie (rzeczywistości). A czy nie można odnieść tego do całej naszej kultury?
Prinz poczynił kilka kapitalnych stwierdzeń, więc ja z kolei, chciałbym wyrazić tu kilka ustosunkowujących się do nich uwag:

– Nie możemy być pewni tego, że wpływa na nas tylko i wyłącznie „sterowanie zewnętrzne” a nie jeszcze to, co wypływa z naszego wnętrza (i być może nigdy się nie dowiemy, bo nasze możliwości poznawcze są jednak ograniczone).
– Oczywiście, że nikt w nauce nie wierzy w absolutną wolność wewnętrzną. Ale trzeba odróżnić wolność „absolutną” od wolności zakrojonej na znacznie mniejszą, bo ludzką skalę (bo któż to wie, co to jest Absolut… oprócz tych, którym się wydaje, że coś o nim wiedzą?)
– Wywieranie „ogromnego wpływu” na zachowanie jednostki nie oznacza jeszcze tego, że jest to wpływ jedyny.
– Jeśli już na coś „pozwalamy” (np. na to, by kierowały nami uwarunkowania społeczne, czy argumenty innych), to znaczy, że musimy dysponować pewną swobodą wyboru, a więc posiadać jakiś zapas „wolnej woli”.
– Czym innym jest „zdeterminowanie” naszego zachowania przez to, na co zgodziło się społeczeństwo, a czym innym wpływ tego na nasze zachowanie. Zdeterminowanie – w odróżnieniu do „wpływu” – pozbawia nas jakiegokolwiek pola manewru. Czyni z nas takiego niewolnika przeznaczenia. Wpływ jest czymś, co (do pewnego przynajmniej stopnia) poddać możemy kontroli naszej woli.

Najbardziej jednak uderzyło mnie stwierdzenie następujące: „Dlaczego argumenty wynikające z fizjologii mózgu miałyby oddziaływać na naszą rzeczywistość moralną?” Pytanie tak naprawdę retoryczne. Bo rzeczywiście: dlaczego fizjologia miałaby decydować o wyborze przez nas takiego a nie innego systemu etycznego? Dla mnie jest to jeszcze jeden argument o rozłączności… (a może nawet wzajemnej opozycyjności) natury z tworzoną przez człowieka kulturą.
Ale czy stworzona przez Homo sapiens kultura sama nie staje się częścią natury? Błędne koło czy powrót do „boskich” źródeł?

greydot

Czytam ciekawy wpis na blogu Katarzyny Piotrówny pt. „Odwrócona natura głupoty”. Takie np. fragmenty: „Głupota nie istnieje, a na pewno jest czymś innym, niż na co dzień sądzimy. (…) Nazywanie kogoś idiotą to chodzenie na łatwiznę. (…) Głupota jest nabytą umiejętnością postępowania, a nie wrodzoną cechą charakteru. Ludzie nie są z natury źli czy durni – gdzieś się tego nauczyli. (…) To nie człowiek jest głupi, lecz jego działanie. (…) Powodowanie w człowieku zmiany zawsze zaczyna się od (zmiany) świadomości…”
Jakbym czytał kogoś, kto prezentuje teorię behawioralną Skinnera, wg której na człowieka działają tylko wpływy zewnętrzne.
Czy jednak można tu mówić o wyłączności sterowania człowieka przez siły działające z zewnątrz? Czy rzeczywiście od niego samego nic już nie zależy? Taka wiedza krzycząco nie zgadza się z naszym poczuciem autonomii i indywidualizmu. A jednak….

Jeśli przestępstwo jest zawinione to niestety – głupota również.
Nie można zrzucić odpowiedzialności na psychologię (ani nawet na geny), nawet gdyby się chciało. Wygląda na to, że nic poza człowiekiem podmiotowym, nie może odpowiadać za nic. Wszelkiej odpowiedzialności uczy dopiero kultura (a raczej: to dopiero dzięki kulturze pojęcie odpowiedzialności nabiera sensu).
Innymi słowy: podobnie jak zakwalifikowanie jakiegoś czynu jako przestępstwo, również uznanie jakiegoś postępowania za głupie, jest kwestią umowną (wynika z kultury – podobnie zresztą jak sam brak kultury). I podlegającą naszemu uprawomocnieniu.

Ech, znowu wychodzi na to, że stwarzamy świat, w którym żyjemy (mimo, że nasze jego postrzeganie jest tylko pewnego rodzaju interpretacją „rzeczywistości” – czyli tego, co istnienie niezależnie od nas). A właściwie stwarzają nas dopiero inni ludzie, bez których nie moglibyśmy nawet poznać samego siebie – bo staje się to możliwe tylko w relacji do innego, poszukującego siebie (swojej tożsamości) człowieka.

PS. Czy nagminność głupoty nie da się przypadkiem wytłumaczyć za pomocą teorii neuronów lustrzanych?

greydot

Czy jesteśmy tylko nośnikami i przekazicielami genów? Jeśli tak, to dlaczego obdarzono (?) nas tak wielką samoświadomością (bo mimo naszej niewiedzy jest ona w ożywionym świecie ewenementem) a nasz mózg jest tak niewyobrażalnie skomplikowaną i zadziwiającą konstrukcją?
Po co to wszystko?
Czy to możliwe, by tylko przypadek decydował o tej fenomenalnej złożoności życia?
Czy to możliwe, że od przypadku do przypadku powstało coś tak cudownego, jak ludzki mózg?

(Te pytania są skierowane do tzw. neodarwinistów oraz do całej współczesnej nauki, której przedstawiciele w przytłaczającej większości uznają za prawdziwą hipotezę mówiącą o tym, że to przypadek zdecydował o pojawieniu się życia na naszej planecie. Nie jest to więc pogląd niszowy ani tym bardziej dziwaczny czy też celowo obrazoburczy, jakim mógłby się wydawać na pierwszy rzut oka katolickiej większości naszego kraju.)

greydot

Notować własne myśli?
Co za pycha – mógłby ktoś powiedzieć. Uważać, iż narodzą się w naszej głowie idee nigdy jeszcze nie pomyślane, a w duszy – uczucia nigdy jeszcze nie doświadczone.
A przecież miliardy mózgów, kłęby nerwów…
Oryginalna myśl? To ponoć tylko nie wykryty plagiat. Nic nowego pod słońcem – słyszymy.
A my sami? Czy ktoś wcześniej cierpiał nasz ból, lękał się naszych demonów, śnił nasze marzenia?
I ten szum oceanu, ciepły piasek pod naszymi stopami, fale dotykające skóry… bicie serca…

greydot

Ludzie piszący to istoty szalenie naiwne.
Naiwne po trzykroć:
Po pierwsze – dlatego, że naiwnie się łudzą, iż to, co piszą, inni przeczytają.
Po drugie – dlatego, że się naiwnie łudzą, iż to, co inni przeczytają, zarazem zrozumieją.
Po trzecie – dlatego, że się naiwnie łudzą, iż to, co inni przeczytają i zrozumieją, coś zmieni.

A może zmieni?…

greydot

ZABÓJCZA SAMOTNOŚĆ W SIECI (o filmie Jana Komasy „Sala samobójców”)

*

Każda epoka ma takich Hamletów, na jakich zasługuje… czy też raczej – na jakich ją stać. Skłócony z całym światem (i z własnymi rodzicami), uzależniony od internetu, uciekający w wirtualne światy uczuciowych ersatzów Dominik, jest właśnie taką para-szekspirowską pacynką, rozdartą między swoją mangową powierzchownością uczernionej fryzury i podmalowanych oczów a autentycznym dramatem cierpienia, które wdziera się do jego wnętrza, grożąc totalną – i już wcale nie na niby – destrukcją.

.

Bo to nieprawda, że nudne, pozbawione sensu i spektakularnych wydarzeń życie nie może być tragiczne, a tym samym – dramatyczne. Gdyż jałowe i absurdalne życie jest jednak tragedią, a usiłowanie położenia mu kresu samobójczą śmiercią  – dramatem.
Podobnie jak opieranie własnych uczuć na iluzji wirtualnych światów nie przekreśla ich rzeczywistego wpływu na nasze życie w realu.
Dominik to – wydawałoby się – dziecko szczęścia. Nic mu bowiem nie brakuje (bogaci, wpływowi rodzice, uroda, inteligencja, wrażliwość, powodzenie u dziewczyn), z wyjątkiem takiego drobiazgu jak… miłości matki i ojca, czy choćby ich uwagi i zainteresowania synem. Wystarczy jednak małe potknięcie (młodzieniec odkrywa właśnie, że może być gejem), oraz pewna (choć rutynowa zapewne i dość bezmyślna) złośliwość otoczenia (w sieci zaczyna krążyć filmik szydzący z jego, uzewnętrznianej zresztą w dość głupi sposób, orientacji), by chłopak zamknął się w sobie (dla rzeczywistości „realnej”) i otworzył na odnaleziony w internecie świat „sali samobójców” – dziwny klub avatarowych indywiduów, napawających się kultem autodestrukcji, którzy tę swoją susyidalną aberrację nobilitują niejako odwoływaniem się do takich person jak Sylvia Plath czy Virginia Wolf, dyżurnych samobójczych prominentów pop-literackiej kultury. Ale – powiedzmy sobie szczerze – daleko im do językowego wyrafinowania i intelektualnej głębi rzeczonych celebrytów, którzy skończyli ze sobą z głową w piekarniku (Plath) albo w rzece (Wolf). Co jednak nie przekreśla wagi i dramatyzmu sytuacji, w jaką się sami wpędzili, ujawniając pewne uniwersalnej prawdy o naszym współczesnym świecie.

A ten współczesny świat omotuje się jednak coraz bardziej internetową siecią. Mamy już nawet choroby psychiczne wywołane totalnym uzależnieniem się od internetu, z których najbardziej znana jest – zdiagnozowana już ponad 10 lat temu przez Japończyków – hikikomori. Zapewne większość z tych, którzy czytają te słowa, doskonale wyczuwa to, o co może w tej chorobie chodzić – bo przecież któż z nas, korzystających intensywnie z internetu, nie poczuł tych jego macek, próbujących wciągnąć człowieka w przepastną głębię, utkaną z sieci naszych pragnień, potrzeb i złudzeń? Haruki Murakami napisał kiedyś: „Wszystko, od seksu po grę w piłkę, lepiej wychodzi na ekranie komputera. Kombinacja niesamowitej presji z cudownie łatwym dostępem do najnowocześniejszej technologii stworzyła we współczesnej cywilizacji nową odmianę uzależnienia”. Zanim naszej cywilizacji zaczną zagrażać cyborgi, niepostrzeżenie może ją rozwalić (a przynajmniej mocno w niej zamieszać) cyberiada w wersji bardziej soft – technologia przekazu informacji; wszystkie te ajpody, twittery, laptopy, pecety, laptopy, fejsbuki… (mam nadzieję, że mój blog jednak do tego towarzystwa się nie załapie ).
To prawda, że nasza ludzka skłonność uciekania (się) do świata iluzji i fantazji, tudzież do hipostazy i mitu, pomogła nam wynieść się ponad tę przyziemną biologiczną masę pozbawioną wyobraźni, ale też całkowity rozbrat z tzw. twardą rzeczywistością i namacalnym zmysłowo konkretem (jaki czasem z tym się wiąże), może się odbić jakąś paranoiczną czkawką, która wyrzuci nas poza nawias „normalnego” świata, w którym już zupełnie przestanie funkcjonować nasz rozum i rozsądek.

Lecz wróćmy do filmu: który, oprócz tego, że zajmuje się niszczącym ludzi światem iluzji, to jest także opowieścią o samotności w sieci i o szukaniu w tej sieci drugiego człowieka. To jest zresztą fascynujący temat: na ile nasze, ulokowane w wirtualnej przestrzeni uczucia, (wśród których nota bene odnajdujemy też coś, co skłonni bylibyśmy nazwać przyjaźnią, a nawet miłością) są „prawdziwe”, a na ile są kolejnym złudzeniem, które tylko nas zwodzi, okłamuje i odrywa od realnego świata?

Weźmy choćby pod uwagę, znane nam wszystkim, tzw. wirtualne społeczności – jeszcze jeden sieciowy fenomen naszych czasów. Co powoduje, że obcy sobie ludzie wyznają sobie naraz – i to przez kable – miłość czy choćby „tylko” przyjaźń? Czy sprawia to ich głód kontaktu i zwrócenia na siebie uwagi drugiego człowieka? Dojmująca samotność, którą odczuwają w realnym życiu? Poczucie solidarności ludzi wrażliwych, myślących i czujących jednako? A może zwykła ale przejmująca nuda, poczucie jałowości własnej egzystencji? Możliwość bycia w sieci kimś lepszym, niż się jest w rzeczywistości?
Na pewno… to – i wiele jeszcze innych rzeczy.
Oto przypominam sobie słowa, które wypowiedziała niedawno osoba często biorąca udział w czacie, jaki ma miejsce na jednym ze znanych mi blogów: “A samotność… Wiesz, tak naprawdę, to każdy jest sam. I po to się ma przyjaciół, żeby o tym nie myśleć!” Ja dostrzegłem w tym wyznaniu poruszający – i jednak smutny – paradoks. Ktoś, zapewne niechcący, wypowiedział pewną istotną dla tego rodzaju ludzkich „więzów” prawdę: tworzymy (wymyślamy) sobie w wirtualnej przestrzeni „przyjaciół”, których tak naprawdę nie uważamy za przyjaciół „prawdziwych”, bo przecież zdajemy sobie sprawę z ich tymczasowości – ulotności i ezoterycznego charakteru. Jest więc tak, jakbyśmy tych przyjaciół mieli i nie mieli zarazem – a to tylko po to, by zagłuszyć swoją własną samotność.

Filmowy Dominik, upokorzony przez koleżanki i kolegów, zaniedbany uczuciowo przez własnych rodziców, trafia w sieci na Sylwię, która wiedzie prym w klubowej „sali samobójców” (nazywana jest więc przez to „Królową”). W niej znajduje oparcie, gdyż tylko ona wydaje się go rozumieć. A my do końca nie wiemy – jest ona tylko manipulatorką, bawiącą się uczuciami przywiązującego się do niej Dominika, czy też dziewczyną, która rzeczywiście przeżywa – podobnie jak on – swój egzystencjalny dramat, pchający ją na dodatek w samobójczą obsesję? A może to wszystko wynika z jej narcyzmu, z urażonego ego, a dominująca rola jaką odgrywa w klubie, jest dla niej kompensacją za jej niedopasowanie i niepowodzenia w realnym świecie?
Nie chcę zdradzać szczegółów, bo w tym filmie ważny jest jednak, trzymający widza w napięciu, suspens. Ale jest to chyba możliwe, by znaleźć w nim odpowiedzi na większość z tych pytań.

*  *  *

„Sala samobójców” jest w sumie bardzo dojrzałym filmem o bardzo niedojrzałych ludziach. Czy jednak cały nasz współczesny świat nie jest taki? Czy może jednak niedojrzałość jest atrybutem większości ludzi (nie tylko młodzieży) we wszystkich epokach? A może ta niedojrzałość to nic innego, jak zagubienie się w jakiejś aksjologicznej próżni? Nihilizm, który straszy człowieka od czasów, kiedy zaczął on podejrzewać, że za jego życiem czai się pustka – że jest one we Wszechświecie zupełnie sam, a jego sprawy wobec Kosmosu nie mają absolutnie żadnego znaczenia i sensu?

Ponadto, film Jana Komasy to naprawdę kawał solidnej filmowej roboty, nie pozbawiony realizacyjnej błyskotliwości, świeżości, którą może tylko wnieść ktoś nie zrutynizowany, jak to się niestety zdarza wielu naszym, starszym od Komasy, reżyserom-seniorom. Świetny moim zdaniem był pomysł, aby ukazać w filmie przenikanie się świata rzeczywistego, w którym żyją ludzie z krwi i kości, ze światem animowanym, gdzie tych ludzi zastępują ich avatary. Formalny majstersztyk, który, mimo pewnego ryzyka, na szczęście doskonale zadziałał, dzięki czemu „Sala samobójców” świeci własnym – nie podobnym do niczego, co dotychczas oglądaliśmy w kinie – światłem. Znakomicie też moim zdaniem wypadli występujący w tym filmie aktorzy – bardzo wiarygodny Jakub Gierszał w roli Dominika, a zwłaszcza Agata Kulesza, grająca jego, często wpadającą w furię, matkę.
Jednym słowem – mamy tu do czynienia z filmem nad wyraz oryginalnym, który ma wielkie szanse zapisać się w historii polskiego kina, a nawet stać się obrazem kultowym… co chyba nawet już nastąpiło.

*