BITWA NAD LITTLE BIGHORN (Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)

ZWYCIĘSTWO, KTÓRE PRZYPIECZĘTOWAŁO KLĘSKĘ

*

Krwawe starcie nad rzeką Little Bighorn, jakie miało miejsce w 1876 roku w Montanie należy do najsłynniejszych bitew amerykańskich. Jest to zarazem najgłośniejsza, najczęściej opisywana bitwa w historii podboju tzw. Dzikiego Zachodu, jak i największa klęska, jaką poniosła armia Stanów Zjednoczonych w wojnach z Indianami.
Ironią dziejów jest to, że ta spektakularna wiktoria Indian Prerii, była jednocześnie początkiem ich końca. Bizony na preriach zostały już prawie wytępione, teraz przyszła kolej na Indian.

*

Obóz indiański nad rzeką Little Bighorn

*

DROGA ZŁODZIEI

Traktaty z Indianami zawierano po to, by je łamać. Świadczą o tym fakty. Oblicza się, że złamano około pół tysiąca traktatów. Prawie zawsze ponosili za to winę Biali, a konsekwecje Indianie.
Nie inaczej było na północnych Równinach, gdzie dominowali Siuksowie. W 1868 roku w forcie Laramie podpisano z nimi traktat przyznający temu plemieniu prawo do wyłącznego władnia ziemią na zachód od Missouri, aż po Góry Bighorn, włączając w to Czarne Wzgórza. W ten sposób powstał Wielki Rezerwat Siuksów. Dokument zapewniał m.in.: “Żadna biała osoba czy osoby nie mają prawa do osiedlania się lub zajmowania jakiejkolwiek części tego terytorium, jak również przekraczania jego granic bez zgody Indian”.
Doprawdy trudno uznać, że to co działo się w następnych latach na ziemiach Siuksów, odbywało się za ich przyzwoleniem. W 1870 roku zaczęto budować linię kolejową na zachód od Czarnych Wzgórz. Na tychże Czarnych Wzgórzach wkrótce znaleziono złoto i na tereny rezerwatu wtargnęli rozgorączkowani Biali. Było ich coraz więcej. Indianie dalecy byli od tolerowania tego najazdu i niekiedy napadali na przybyszów.
W lipcu 1874 roku Amerykanie zorganizowało pierwszą wojskową ekspedycję. Siódmą Brygadą Kawalerii w sile ponad 1000 żołnierzy dowodził generał George Armstrong Custer. Długi sznur okrytych białym płótnem wozów wojskowych znaczył szlak prowadzący wprost na Paha Sapa (Tak nazywali Siuksowie Czarne Wzgórza, które uznawali za ziemię świętą). Indianie byli wzburzeni, lecz nie interweniowali.

Ekspedycja Custera na Czarnych Wzgórzach (1874 r.)

Różnie się mówi o zadaniach ekspedycji Custera. Trudno dziś wskazać, które motywy brały wówczas górę. Jedno jest pewne – każdy chciał na tej wyprawie ubić swój własny interes.
Oficjalnie miała ona uporządkować coraz bardziej niejasną sytuację, a nawet powstrzymać białych osadników i poszukiwaczy złota od wkraczania na tereny indiańskie. Na ile jednak szczere były słowa prezydenta Ulissesa Granta, który kreował się na zwolennika humanitarnej i pokojowej polityki wobec Indian?: “Chcę zapobiec inwazji tej krainy przez intruzów, tak długo, jak zapewniają to Indianom prawo i traktaty”.
Skądinąd wiadomo, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. To, co miało służyć zapobieżeniu inwazji, samo stało się inwazją. Żołnierze Custera znaleźli nowe pokłady złota i wieść o tym rozeszła się po całym kraju, wzniecając ogromną ekscytację na nieznaną dotąd skalę. Rozpętała się prawdziwa histeria, ludzi ogarnęło szaleństwo kolejnej gorączki złota. Szlakiem przetartym przez Custera zaczęły w kierunku Czarnych Wzgórz ciągnąć złaknione bogactwa hordy. Podnieceni Biali zaczęli tę drogę nazywać “Szlakiem Wolności”. Indianie mieli na jej określenie bardziej trafną ich zdaniem nazwę: “Droga Złodziei “.
W 1874 roku na Czarnych Wzgórzach było już około 15 tysięcy Białych. Wojsko dość nieśmiało próbowało interweniować. Na nic się to zdało. Ci, których usunięto, za kilka dni wracali w to samo miejsce. W stosunku do gwałcicieli umowy nie wyciągano żadnych konsekwencji. Wreszcie Grant wydał dyskretne polecenie, by ignorować te fale najeźdźców.

TARGI

Indianie na gwałt zareagowali różnie. Choć wszyscy sprzeciwiali się mu całą duszą – wszak w sposób haniebny odbierano im drogocenne Paha Sapa, święte ziemie, które stanowiły też dla nich zasobnik żywności – to wielu z nich uznało, że sytuacja jest bez wyjścia. Przy czym uważali, że jeśli już mają odstąpić Czarne Wzgórza, to niech się to stanie jak największym dla Białych kosztem.
Kilkanaście tysięcy Siuksów zebrało się u stóp Czarnych Wzgórz, by wynegocjować warunki nowej umowy ze specjalną komisją senacką, jaka przybyła z Waszyngtonu. Amerykanie gotowi byli wynająć Czarne Wzgórza, ewentualnie zapłacić za nie 6 mln. dolarów. W imieniu Indian mieli wystąpić cieszący się wśród nich wielkim poważaniem wodzowie – Czerwona Chmura oraz Nakrapiany Ogon ze szczepu Siuksów Brule. To właśnie dzięki ich ostremu protestowi skierowanemu do Wielkiego Ojca (tak Indianie nazywali Indianie prezydenta) przeciw inwazji Białych, przybyła na Czarne Wzgórza delegacja rządowa.
Zanim jednak doszło do pierwszej debaty, wszyscy otrzymali wymowne ostrzeżenie. Do obozowiska wtargnął bowiem Mały Wielki Człowiek na czele trzystu wymalowanych w barwy wojenne wojowników. Wzniecając tumult i wymachując strzelbą rzucił gotującym się do ugody wodzom wyzwanie: “Zabiję tego, kto pierwszy zacznie mówić o sprzedaniu Paha Sapa!”. Po czym odjechał, zostawiając za sobą tumany kurzu.
Przypomniało to wszystkim o tych niepokornych Indianach, których wysłannikiem był właśnie Mały Wielki Człowiek. Odmawiali oni zamknięcia w rezerwatach, nie odbierali w agencji racji i przydziałów, odmówili hańbiącego ich zdaniem życia “na garnuszku” Białych. Nie chcieli być żebrakami i zniżać się do brania jałmużny. Takich Indian było około 3 – 4 tysiące, głównie Siuksów, choć przyłączyli się do nich również Czejenowie. Przez swoich zwani byli “wolnymi”, przez Białych “wrogimi”, “dzikimi” lub – nieco bardziej przychylnie – Indianami “nie-traktatowymi”. Było wśród nich wielu wodzów, jednak najsłynniejszymi z nich byli Szalony Koń i Siedzący Byk. Ten ostatni wykrzyczał kiedyś prosto w twarz ugodowcom: “Spójrzcie na mnie! Czy jestem biedny? Biali mogą mnie w końcu dostać, ale do tego czasu mogę zażywać słodkiej wolności. Jesteście głupcami robiąc z siebie niewolników za kawałek tłustego boczku, parę sucharów, trochę cukru i kawy”.

Wojownicy indiańscy

Mimo ostrzeżeń Małego Wielkiego Człowieka, w obozowisku na Czarnych Wzgórzach zaczęły się targi. Trwały wiele dni. Indiańskie wymagania rosły, cierpliwość członków komisji malała. W końcu doszło do zerwania rozmów. Wysłannicy z Waszyngtonu uznali żądania Indian za nierealne do spełnienia. Niektórzy zasugerowali, by postawić Czerwonoskórych przed faktem dokonanym, z góry narzucając im określoną cenę i warunki.
Następne miesiące przyniosły szereg zarządzeń wojskowych i administracyjnych, które już wkrótce okazały się brzemienne w skutkach.

Ograniczono, a w niektórych wypadkach zatrzymano, pomoc dla Indian, dopóki ci nie “zmiękną”. Było to szczególnie dotkliwe i perfidne, gdyż większość z nich od dawna była już uzależniona od przydziałów rządowych. Jednym słowem, zastosowano politykę “poddaj się lub głoduj”, która zresztą najbardziej uderzała w Indian “pokojowych”. Ci niepokorni dalej czuli się panami prerii.
Inspektorzy agencyjni zaczęli słać do władz wojskowych depesze o konieczności zbrojnej interwencji, unieszkodliwienia “niecywilizowanych dzikusów”, którzy zagrażają życiu i własności osiedleńców na Czarnych Wzgórzach i w innych rejonach położonych na terytoriach Dakoty, Montany i Wyoming.
I wreszcie pokazano Indianom gwóźdź do trumny, w której na zawsze miała być pogrzebana ich wolność. W grudniu 1875 roku wydano zarządzenie, by do końca stycznia następnego roku wszyscy Indianie zaraportowali się w swych agencjach. Ci, którzy tego nie usłuchają, będą traktowani jako wrogowie i do poskromienia tych buntowników wysłane zostanie wojsko.

KLESZCZE

Indianie nie mieli w zwyczaju wędrowania po prerii w środku zimy. Tym bardziej nie zamierzali dobrowolnie robić z siebie więźniów i skazywać na mizerię w agencjach. Wszyscy wiedzieli, że wyegzekwowanie tego rozporządzenie jest nierealne. Nikt tak naprawdę nie spodziewał się, że Indianie zgłoszą się potulnie do niewoli. Był to właściwie pretekst do siłowej pacyfikacji Indian. Zarządzenie było równoznaczne z wypowiedzeniem im wojny.
Już na początku lutego 1876 roku z chicagowskiej kwatery generała Sheridana przekazano stacjonującym na Zachodzie wojskom odpowiednie rozkazy. Zawarty w nich plan był prosty. Przeciwko obozującym gdzieś między górami Bighorn a Czarnymi Wzgórzami Siuksom i Czejenom, wysłane zostaną trzy kolumny wojska, by otoczyć i zapobiec ucieczce Indian. Każda ma wyruszyć z innego miejsca: od strony południowej, z fortu Fetterman ruszy liczący ponad 1000 żołnierzy oddział dowodzony przez generała Georga Crooka; od zachodu, wyruszając z fortu Ellis w środkowej Montanie, zaatakować ma pułkownik John Gibbon z siłą 400 żołnierzy, i wreszcie z fortu Abraham Lincoln leżącego nad Missouri (dzisiaj Bismarck w Dakocie Północnej) wysłana zostanie licząca 650 żołnierzy Siódma Brygada Kawalerii pod dowództwem generała Alfreda Terry’ego, która przyprzeć ma Indian od wschodu. Tak więc, przebywający gdzieś w dolinach rzek Powder, Rosebud i Bighorn Siuksowie i Czejeni, wzięci zostaną w trójpalczaste kleszcze Armii. Kawalerzyści mają być wspomagani przez Szoszonów i Crow, wojowników z plemion wrogich Siuksom, rywalizujących z nimi o tereny łowieckie.
Jak się okazało, nawet wojsko pod rozkazem nie mogło się pozbierać i wyruszyć w drogę w zimie. Dopiero w maju i z początkiem czerwca oddziały te opuściły forty.
Niewielu żołnierzy zdawało sobie sprawę z tego, co ich czeka. A czekały ich największe siły zjednoczonych Indian, jakie kiedykolwiek w historii przeciwstawiły się amerykańskiej armii. Wokół Szalonego Konia, Siedzącego Byka i innych wodzów zgromadzili się wojownicy, którzy mieli już znaczne doświadczenie w walce z Białymi. Poza tym, znaczna ich część była teraz lepiej uzbrojona. Indianie, utrzymując dobre stosunki z handlarzami skórą i futerkami, dysponowali nowoczesnymi karabinami i znacznymi zasobami amunicji. Byli też niezrównanymi jeźdźcami, zdeterminowani i szaleni w walce. Uważali, że walczą w świętej sprawie, sprawiedliwość i duchy są po ich stronie. Większa niż zazwyczaj była też konsolidacja międzyplemienna, zwiększająca szansę na lepsze porozumienie na wypadek walki.

Generał Custer na czele swojego oddziału wkracza na Terytorium Dakoty

*

ATAK  MARTWYCH  ŻOŁNIERZY

Siuksowie i Czejeni każdego lata zbierali się na preriach na narady i wspólne polowania na bizony. W tym roku były to jednak spotkania szczególne, zważywszy na zaistniałą sytuację i zagrożenie ze strony wojska. Pod koniec maja indiańscy zwiadowcy roznieśli wśród wszystkich szczepów wieści o nadciągających od południa niebieskich żołnierzach. Indianie, którzy nie dążyli do walki, zbytnio się owych wieści nie zlękli. Postanowili jednak bardziej niż zazwyczaj zewrzeć swoje siły. Na przełomie maja i czerwca ich wspólne obozowisko liczyło już ponad pół tysiąca tepee, blisko 5 tysięcy ludzi, w tym tysiąc wojowników. Co kilka dni przenoszono je coraz bardziej na zachód, podążając za stadami bizonów i szukając nowych pastwisk dla koni, których Indianie mieli tysiące. W drodze znad rzeki Powder do potoku Rosebud, nad którym rozbito obóz z początkiem czerwca, dołączyło do grupy jeszcze wielu Indian z dalszych stron. Byli wśród nich Czejeni oraz różne szczepy Siuksów – Oglala (Teton), Brule, Sans Arc, Hunkpapa, Minneconjou i Czarne Stopy. Wszyscy wodzowie postanowili stawić czoło nadciągającemu wojsku, jednak Siedzący Byk, który cieszył się wśród nich największym posłuchem odradzał, by Indianie zaatakowali pierwsi

Jako że była to pora corocznego Tańca Słońca, Siedzący Byk przystąpił do obrzędów, których celem było uzyskanie wizji. Ta miała być wskazówką i przepowiednią przyszłości. Aby wpaść w trans, Siedzący Byk pozwolił zadać sobie ponad 100 krwawych ran, tańczył i modlił się przez kilka dni, patrząc w słońce. Na trzeci dzień ogłosił wszem i wobec treść wizji, jaką go obdarzyły duchy. Ujrzał w niej coś, co przypominało szarańczę polnych koników. Byli to galopujący ze wzgórza żołnierze. Z początku wydawało się mu, że atakują oni indiańską wioskę, jednak po chwili okazało się, że zjeżdżają oni ze wzgórza głową w dół, do góry nogami (i kopytami). Wszyscy byli martwi. Wyjawiwszy to, Siedzący Byk upadł wyczerpany na ziemię.
Wizja sprawiła, że przez obóz przebiegł dreszcz radości. Dla Indian bowiem była to oczywista  zapowiedź klęski bladych twarzy, którzy wtargnęli na ich ziemie tylko po to, by ponieść śmierć.

Kto pierwszy?

W tym samym czasie w dolinę Rosebud  wkroczył oddział generała Crooka. Pierwsi z Siuksami i Czejenami starli się towarzyszący wojsku Szoszoni i Crow. Wkrótce do walki wciągnięci zostali także żołnierze. Bitwa trwała niemal przez cały dzień. Po stronie Siuksów wyróżnił się zwłaszcza Szalony Koń, znany z kilku wcześniejszych potyczek z Długimi Nożami, w których ujawnił się jego talent indiańskiego taktyka. Amerykanie stracili 10 żołnierzy, Indianie doliczyli się 30 zabitych wojowników.
Generał Crook uznał tę bitwę za swoje zwycięstwo, gdyż to on został na polu walki, a wycofali się jego wrogowie. W konsekwencji jednak starcie pod Rosebud w dniu 17 czerwca uznać można za sukces Siuksów i Czejenów. Ich postawa, determinacja i skuteczność walki uświadomiły generałowi wielkość wojowniczego potencjału Indian i w konsekwencji pomieszały mu szyki. Generał doszedł do wniosku, że musi poczekać na posiłki i zarządził odwrót. Tym samym oddział, którym dowodził, zniknął praktycznie z wojennej areny, przynajmniej na jakiś czas. Indianie, jak by na to nie patrzeć, wyeliminowali tym samym z gry najsilniejszą z trzech kolumn wysłanych do rozprawy z nimi.
Po tym wydarzeniu Indianie skierowali się w dalszą drogę na zachód. W dolinie rzeki Little Bighorn, którą nazywali ziemią Śliskiej Trawy (Greasy Grass) rozłożyli się obozem, jakiego jeszcze nikt na preriach nie widział. Trudno było wszystkich zliczyć, jednak sądzono, że obóz w ciągu niespełna tygodnia rozrósł się dwukrotnie. Złożony był teraz z nie mniej jak 10 tysięcy osób, w tym od 2 do 3 tysięcy wojowników. Nieopodal pasło się ponad 20 tysięcy koni.
Wodzowie domyślali się, że ostatnia bitwa nie była jeszcze tym, co objawiło się w wizji Siedzącemu Bykowi. Nie przypuszczali jednak, że jego proroctwo spełni się tak szybko.

MÓZG  NA  TWARZY

W międzyczasie Gibbon ze swoimi ludźmi zapędził się bez sensu i za daleko na wschód, gdzie połączył się z oddziałem Terry’ego, w którym znajdował się również Custer. Wszyscy zawrócili na zachód, podążając już razem w górę rzeki Yellowstone. W miejscu gdzie łączy się z nią rzeka Rosebud, generał Terry, który był zwierzchnikiem obu kolumn, zarządził ich rozłączenie. Siódma Brygada Kawalerii miała podążyć na południe w górę Rosebud. Dowództwo tego oddziału powierzył Terry Custerowi, który tylko na to czekał. Wraz z Gibbonem i resztą wojska zaczął się natomiast  poruszać dalej na zachód, w górę Yellowstone, by odbić później na południe tam, gdzie Yellowstone łączy się z rzeką Bighorn.
Podział wojska nastąpił 21 czerwca. Planowano, że za 5 dni oba oddziały się spotkają, otaczając jednocześnie Indian. Na odchodne Gibbon rzucił Custerowi: “Nie bądź zachłanny Custer, poczekaj na nas”. Ten odparł dwuznacznie: “Nie, nie będę”.
Nikt z nich nie wiedział o potyczce pod Rosebud i o odwrocie Crooka; nikt nie miał pojęcia, w jakiej sile zebrali się Indianie, ani gdzie się dokładnie znajdują.

Generał Custer ze swoimi zwiadowcami (Krwawy Nóż wskazuje palcem na mapę)

Custer, nie wiadomo dlaczego, zwlekał jeden dzień z wymarszem. Za to później narzucił mordercze tempo. Za dwa dni jego indiańscy zwiadowcy rekrutujący się z plemion Arikarów i Crow, donieśli mu o odkryciu śladów indiańskiego szlaku i ostrzegli, że Siuksów jest wystarczająco wielu, by mogli walczyć przez trzy dni. “Jest ich więcej, niż Żołnierze mają przy sobie kul” – stwierdził Krwawy Nóż.
Custer nie przejął się tym zbytnio. Palił się do walki i mimo wyczerpania żołnierzy, postanowił zaatakować. Aby szybciej dopaść “czerwonych dzikusów”, zarządził marsz na skróty. Podążył ze swoimi 11 kompaniami na zachód, kierując się wprost na obóz Siuksów i Czejenów rozłożony nad rzeką Little Bighorn.
Następnego dnia rano, czyli 25 czerwca, ludzie Custera dostrzegli ze wzgórza część obozowiska, które w całości znajdowało się po drugiej, zachodniej  stronie rzeki. Nie wiedzieli, że rozciąga się ono na długości aż trzech mil.
Każda z komend, jakie wtedy wydał generał Custer, okazała się wkrótce wielką pomyłką, mimo że daje się usprawiedliwić, jeśli weźmiemy pod uwagę ówczesną świadomość Custera i jego dotychczasowe wojenne doświadczenia. Otóż rozbił on brygadę na trzy oddziały. Kapitanowi Frederickowi Benteen polecił, by wraz z trzema kompaniami liczącymi 125 żołnierzy, odbił na południe, spenetrował teren i ewentualnie zatrzymał Indian, którzy mogą w tamtym kierunku uciekać. Zaraz po odprawie Benteena Amerykanie dostrzegli grupę kilkudziesięciu wojowników i Custer skierował w pogoń za nimi następne trzy kompanie (140 ludzi) pod dowództwem majora Marcusa Reno. Żadnemu z tych oficerów nie zdradził bynajmniej swoich planów ataku na obóz. Zarówno Benteen, jak i Reno skazani zostali na działanie na oślep.
Custerowi zostało ponad 200 kawalerzystów. Pogalopował z nimi wzdłuż rzeki, na północ, mając po lewej stronie obóz położony na przeciwległym brzegu. Do dzisiaj nie jest jasne, dlaczego Custer zapędził się aż tak daleko, choć z perspektywy czasu możemy się dziś domyślać jego intencji.

Musimy mieć na uwadze, że George Custer nie bał się walki z Indianami, ale tego, że mu się oni wymkną. Prawdopodobnie, dzieląc brygadę chciał otoczyć obóz z trzech stron. Od południa zamknąłby Siuksom odwrót Benteen, gdzieś w centrum dałby się im we znaki Reno, natomiast sam zaatakowałby od północy.

Tymczasem major Reno z ponad setką ludzi przekroczył rzekę i znalazł się na południowym krańcu obozu. Indianie byli zaskoczeni, nie wierząc, że Biali z tak znikomą w końcu siłą odważyli się zaatakować tak wielkie zgromadzenie. Szybko się jednak pozbierali i wśród gradu trzepoczących o płótno tepee kul chwycili za strzelby, łuki, lance i toporki.  Już wkrótce to oni byli w natarciu, zmuszając majora i jego ludzi do odwrotu. Reno polecił wycofać się pod osłonę małego zagajnika drzew. To właśnie tam doszło do incydentu, który zupełnie wytrącił z równowagi majora. Kiedy wśród bitewnego zamieszania stał on obok Krwawego Noża, kula trafiła Arikarę w czoło, rozbryzgując krew i mózg na twarzy Reno. Wówczas zaczęła się bezładna ucieczka żołnierzy przez rzekę, w kierunku znajdującego się po drugiej stronie wody wzgórza. Prawie jedna trzecia oddziału została wybita przez Indian. Kiedy żołnierze umocnili nieco swe pozycje na wzgórzu, pojawił się z kawalerią Benteen, który przejął praktycznie dowództwo, z uwagi na szok w jakim się znalazł Reno. Nikt nie wiedział, co się dzieje z pięcioma kompaniami Custera. Kawalerzyści na wzgórzu znaleźli się pod ciągłym oblężeniem aż do następnego dnia. Nie byli w stanie zmienić swojej pozycji. Dopiero gdy Indianie zniknęli, zeszli ze wzgórza i idąc wzdłuż rzeki, po kliku milach natknęli się na to, co zostało z Custera i jego 209 żołnierzy.

Jedna z wielu artystycznych wersji ostatniej walki Custera (H. Steinegger, „General Custer’s death struggle”)

*

Nie przeżył nikt. Spuchnięte od upału, pokiereszowane ciała leżały rozrzucone bezładnie na zboczach wzgórz. Większość z nich była oskalpowana, niektórym odrąbano dłonie lub stopy. Zwłoki były zmasakrowane. Trudno było jednak rozpoznać, które rany były zadane w czasie starcia, które zaś pochodziły od siekier i noży Indianek. Te bowiem zajęły się żołnierzami po bitwie. Trupy wydzielały odór tak niemiłosierny, że ludzie wymiotowali w czasie urządzania im pochówku.
Nie wiadomo dokładnie jak doszło do tego unicestwienia. W rekonstrukcji wydarzeń musimy się opierać albo na domysłach, albo na relacjach Indian. A nie wszystkie z nich są wiarygodne.
Najprawdopodobniej kawaleria Custera nie przekroczyła rzeki, a została zaatakowana na jej wschodnim brzegu i to aż z trzech kierunków. Z obozu na drugą stronę rzeki przedostało się około tysiąca wojowników i to oni uderzyli pierwsi. Kompanie kawalerii rozciągnięte wzdłuż zboczy nie były w stanie się obronić. Indianie mieli przewagę liczebną, dysponowali też nie gorszymi karabinami. Żołnierze ostrzeliwali się zawzięcie, jednak ze względu na zmęczenie i brak wprawy (ponad połowa rekrutów nigdy dotąd nie brała udziału w walce), skuteczność ich ognia była niewielka. Prawdopodobnie nie minęło pół godziny, a wszyscy z nich wyzionęli ducha. Pole usłane było stosami trupów żołnierzy i ich koni.
Dwa dni po tej krwawej jatce, na miejsce bitwy przybył oddział Gibbona i Terry’ego. Czekał ich widok, który wielu z nich będzie prześladował do końca życia. Indian oczywiście już nie zastali. Odeszli oni na zachód, kierując się w stronę gór Bighorn. Po tygodniu podzielili swe siły i poszczególne grupy udały się w różne rejony prerii.

George Armstrong Custer

CZY  CUSTER  BYŁ  SZALONY ?

Podobnie jak to się dzieje z każdym ważnym wydarzeniem w historii, również i bitwa pod Little Bighorn, będąca największą klęską zadaną przez Indian armii amerykańskiej, obrosła w mity i legendy, spod których trzeba wygrzebywać prawdę, oddzielać ziarna faktów od plew fikcji. Ważna okazuje się perspektywa widzenia i zabarwienie emocjonalne, z jakim podchodzi się do tej bitwy. A emocje ciągle są gorące.
Ponawiane są np. próby rehabilitacji Custera, z którego uczyniono zresztą najbardziej chyba rozdęty symbol amerykańskiego dowódcy “pogranicza”. Jednak co ma on symbolizować – do końca nie wiadomo. Najprawdopodobniej, gdyby nie zginął nad Little Bighorn, a jego oddział nie został tam wycięty w pień, nikt by się nim dzisiaj zbytnio nie zajmował.
George Armstrong Custer był niewątpliwie chojrakiem, tyle że w tamtym czasie na Dzikim Zachodzie roiło się od chojraków. Była to właściwie norma.
Czy był szalony?
To prawda, miał pewne cechy mitomana, ale był dość inteligentny i umiał się wyrazić; cechowała go brawura, złakniony był poklasku, jednak jego zachowanie nad Little Bighorn nie było tak wariackie, jak to głoszą jego krytycy. To fakt, że popełnił szereg błędów, lecz mimo wszystko były one w granicach rozsądku i dają się dziś wyjaśnić racjonalnie. Uważa się, że mając nawet przeciw sobie 2 tysiące walczących Indian, mógłby znad Little Bighorn wyjść obronną ręką, gdyby miał lepszych kawalerzystów i inaczej nimi pokierował .

Kardynalną, krytyczną pomyłką Custera było jednak zlekceważenie siły i możliwości Indian oraz brak jasności i koordynacji działań. Nie mieściło się mu w głowie, że to Indianie będą tymi, którzy zaatakują pierwsi. Poza tym, jego szczęście i niesłychane poczucie pewności siebie, stały się już przysłowiowe. W Montanie czekać go miała tylko sława i chwała. Odegrałby się tym samym swoim wrogom w Waszyngtonie, którzy ostatnio tyle mu krwi napsuli. Zapewne też zwycięstwo ułatwiłoby mu drogę do prezydentury, gdyby zdecydował się startować w wyborach. Bowiem ambicje 36-letni Custer miał wcale wysokie, jak na najgorszego w swoim roczniku absolwenta Akademii w West Point.
Custer był ciężkim egotykiem, “twardą dupą”, jak go nazywali żołnierze, mylił się często, w wojsku stosował nepotyzm, ale wariatem nie był.

Klęska Amerykanów nad Little Bighorn zbiegła się niemal dokładnie z setną rocznicą ogłoszenia Deklaracji Niepodległości. Tym bardziej gorzki był to orzech do zgryzienia. Debatom nad przyczynami tej fatalnej porażki do dzisiaj nie ma końca. Podaje się szereg powodów, które ją spowodowały, wskazując najczęściej na przeważające siły Indian, marne wyszkolenie i wyczerpanie żołnierzy, zlekceważenie przez Custera rozkazów zwierzchników i ostrzeżeń indiańskich zwiadowców; osłabiający siły podział kawalerii; napięcie i zawiść panujące między oficerami, a nawet spisek… Militarni eksperci dorzucają jeszcze “słabą dyscyplinę ognia”, wynikającą z załamania się “dowódczej kontroli”.
A przeznaczenie? Przecież objawiło się w wizji Siedzącego Byka.

Sitting Bull

KONIEC  WIELKICH  WODZÓW

W porównaniu z 263 zabitymi żołnierzami, indiańskie ofiary nie były liczne. Jeśli wierzyć Indianom, zginęło około 35 Siuksów i Czejenów.
Tak naprawdę, wbrew krążącym romantyczno-sensacyjnym mitom, Indianami w bitwie nie dowodził Siedzący Byk, który w ogóle nie brał udziału w walce, ze względu na rany zadane sobie podczas Tańca Słońca w dolinie Rosebud. Nie był więc tym, usuniętym z West Point “Czerwonym Napoleonem”, który rozgromił – rzecz niesłychana! – białych generałów. Także Szalony Koń nie kierował całością sił indiańskich. W zaistniałej sytuacji, w całym tym zaskoczeniu, nie było po prostu takiej możliwości. Indianie mieli inny sposób walki niż Biali, walczyli bardziej instynktownie, spontanicznie. Co nie znaczy gorzej – w niektórych przypadkach działało to na ich korzyść. Szalony Koń był być może taktykiem, ale nie w tej bitwie.

Kiedy wiadomość o tym, co się stało nad Little Bighorn dotarła na wschód, niedowierzanie Amerykanów mieszało się z wściekłością władz wojskowych. Na Indian spadły ciężkie represje. Na Zachód wysłano dodatkowe ilości wojska. Terry i Crook w sierpniu dysponowali już kawalerią w sile 3 i pół tysiąca ludzi. Zaczęła się pogoń za rozproszonymi po prerii grupami Indian. Jednak efekty tej letniej kampanii były raczej nikłe. Bardziej skuteczne było działanie wojska w zimie. Siły Indian powoli się wyczerpywały. Na preriach prawie w ogóle nie było już bizonów. Dodatkowym ciosem dla tych niepokornych było zaciąganie się ich współplemieńców pod gwiaździsty sztandar. Widok Indian w niebieskich mundurach demoralizował najbardziej.
Najdłużej i z największą determinacją opierały się grupy Siedzącego Byka i Szalonego Konia. Jednakże, nawet ten ostatni, zdecydował się w końcu na poddać i przyprowadził w maju 1877 roku półtora tysiąca swoich ludzi do agencji Czerwonej Chmury w Wyoming. Cztery miesiące później już nie żył, przebity bagnetem w forcie  Robinson, w którym chcieli go uwięzić Biali, kiedy rozeszły się pogłoski, że planuje on kolejne powstanie Siuksów.
Siedzący Byk schronił się w Kanadzie. Przebywał tam cztery lata, by w końcu powrócić na teren Stanów Zjednoczonych, gdzie natychmiast został aresztowany. Dwa lata traktowano go jak więźnia, później osadzono w rezerwacie Standing Rock na Terytorium Dakoty. Zastrzeliła go w grudniu 1890 roku indiańska policja podczas próby aresztowania w związku z niepokojami wywołanymi przez kult Tańca Ducha. Ale to już inna historia.
Taki był koniec wielkich indiańskich wodzów, których wielkość wszak na nic się zdała w obliczu nadciągającej machiny cywilizacyjnej Białych.

KONIEC

Dzisiejszy widok pola bitwy nad Little Bighorn

*

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

*
Reklamy

Komentarze 63 to “BITWA NAD LITTLE BIGHORN (Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)”

  1. Bazyl Says:

    Poproszę o więcej :)

  2. czara Says:

    Smutne przeraźliwie te dwa ostatnie „odcinki”. Niby bizony spotkał jakiś happy end, ale zawsze… Nie wiem zbyt wiele o Ameryce, dlatego zapytam: jak żyją dzisiejsi potomkowie Indian? Wiem, że jest ich już bardzo nie dużo, tym bardziej temat wydaje mi się pasjonujący.
    Pozdrawiam i tak jak Bazyl, czekam na więcej!

    • sarna Says:

      Czaro, jednym z potomków indiańskiego wodza był Polak,owoc miłości Wielkiego Orła i Białego Obłoku (Pani Stanisławy Supłatowicz, zesłanej na Sybir za działalność niepodległościową). Niesamowita historia, Amicus sprawił, że po latach odświeżyłam ja sobie.

      http://polishexpress.polacy.co.uk/art,dlugie_pioro_walczyl_w_armii_krajowej,4169.html

    • Logos Amicus Says:

      Niewiarygodna historia, nie wyzbyta zresztą kontrowersji:

      http://interia360.pl/artykul/polski-indianin,15382

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/08/sath-okh1.jpg?w=780

      Polski Indianin Sath Okh

    • czara Says:

      Sarno, naprawdę niesamowita historia! Pamiętam Sat-Okha z dzieciństwa, ale to było przed erą internetu i nie znałam tak naprawdę jego historii. Szczerze mówiąc, chyba myślałam, że to tylko jakiś pasjonat kultury Indian, który przybrał takie imię jako pseudonim literacki…

      Logosie, przeczytałam oba zalinkowane artykuły i tylko jedno pytanie mnie nurtuje: to w końcu spotkał swojego ojca, czy nie? Pewnie nie, happy ends w życiu rzadko się zdarzają. Co do reszty „kontrowersji” to cóż, małostkowe to wszystko…

      • Logos Amicus Says:

        To Ty również zdołałaś się „załapać” na fascynację Indianami? ;)
        Myślałem, że Twoje (o wiele przecież młodsze pokolenie) było już bardziej obojętne wobec romantyzmu opowieści o szlachetnych i walecznych Indianach, i już raczej nie czytało Karola Maya ani J.F. Coopera, ani nie emocjonowało się tak przygodami na Dzikim Zachodzie.
        Ja jeszcze przez to wszystko przeszedłem. I oczywiście, z wiekiem, ten mityczno-romantyczny polor ulegał mniejszej lub większej realistycznej korekcie.

        A Sat Okh – z tego co wiem – był niezwykłym człowiekiem, stał się czymś w rodzaju autorytetu i „father figure” dla młodych ludzi, zrobił wiele dobrego, choćby od strony edukacyjnej, wychowawczej. Propagował też to, co było dobre w kulturze Indian. Wobec tego wszystkiego, próba dyskredytacji jego „legendy”, chwytanie go za pewne biograficzne nieścisłości, rzeczywiście wydaje się być czymś małostkowym.

        PS. Czy Sat Okh spotkał się ze swoim ojcem? Nie wiem. Z pierwszego artykułu wynika, że tak, z drugiego – że nie. Wypadało by to sprawdzić.
        PS2. Natrafiłem w sieci na pracę magisterską o Sat Okhu, ale jeszcze jej całej nie przeczytałem. Być może kogoś zainteresuje:

        http://www.indianie.eco.pl/litera/Sat-Okh.pdf

        Pozdrawiam

        • sarna Says:

          Nie pamiętam programów z Sat Okh, ale w dzisiejszym dodatku do Gazety Prawnej są wspomnienia o programach dla dzieci i jest zdjęcie Sat Okha – piękny mężczyzna.
          Dla mnie rodzimym Sat Okhem był Pan Słomiński, prowadzący program Zwierzyniec. Kiedyś spotkałam go w realu i odbyliśmy ciekawą rozmowę. Niby nic, ale dla mnie cenne, bo człowiek nietuzinkowy, szlachetny, wielki pasjonat słusznej sprawy.

        • sarna Says:

          Niewybaczalne faux pas, z nazwiskiem Pana Michała, choć znając jego życzliwy stosunek do bliźniego nie powinnam przeżywać tej gafy – szkoda, że odszedł niedawno do krainy wiecznych łowów.

  3. Bibliomisiek Says:

    Świetny, detaliczny tekst. Dodam od siebie, że kilka lat temu znakomite opracowanie tej batalii ukazało się w serii Bellony „Historyczne bitwy”. Jego autorem jest Grzegorz Swoboda, służbowo polski konsul w Vancouver i później chyba w Nowym Jorku; człowiek ten wśród miłośników „habeków” owiany trochę legendą jako twórca najlepszych tomów w długaśnej historii cyklu (poza LBH o Powstaniu Wielkanocnym w Irlandii, ale przede wszystkim o Gettysburgu – ta ostatnia książka miała już trzy wydania (skądinąd są to również trzy odmienne autorskie wersje). Pozdrawiam serdecznie.

    • Bazyl Says:

      Detaliczny, ale jednocześnie świetnie skondensowany. Mnie dodatkowo przypomniały się czasy, kiedy zagrzebany byłem po uszy w Szklarskich, Wernicach, Sat-Okhu i kowbojskich masówkach z „Globu” :) Ech, człowiek był taki niewinny, a potem się zestarzał i McCarthy pozbawił go złudzeń nt. Dzikiego Zachodu. A przedtem jeszcze Berger.

  4. Logos Amicus Says:

    Czara, Bazyl, Bibliomisiek: będzie więcej… niestety.

    • Bazyl Says:

      Ale dlaczego niestety? Historia ludzkości, to przede wszystkim śmierć i zniszczenie i nic na to nie poradzimy (albo może poradzimy, ale w swym indywidualnym, bardzo ograniczonym, wymiarze). Za to Ty świetnie i esencjonalnie opowiadasz i dlatego moim zdaniem stety :)

      • Logos Amicus Says:

        No nie jestem pewien, czy historia ludzkości to przede wszystkim śmierć i zniszczenie.
        Moim zdaniem, to przede wszystkim życie i budowanie, ale nasza uwaga „historyczna” skupiona jest bardziej na wojnach, śmierci i destrukcji i przez to mamy wrażenie, że to dominuje ludzkie dzieje i cywilizację.
        To tak jak z newsami: banalne życie nikogo nie obchodzi, dopiero wypadek, wariat, strzelanina, katastrofa… są w stanie ludzi zainteresować.

  5. tamaryszek Says:

    Niesamowita opowieść. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio czytałam batalistyczny opis, w którym nie przeskakiwałabym przez słowa i linie. ;) Może dlatego tym razem bez skoków, że precyzja opisu strategii ma naddatek w czymś zgoła nie wojskowym.
    Jeśli mogę podzielić się tym, co szczególnie mi zostało w pamięci („jeśli mogę”, no bo całość mi została i nie ma nic do odrzucenia, ale chodzi mi o szczegół, który ma większą moc), to primo taniec Siedzącego Byka, secundo – Indianie w niebieskich mundurach.
    Pozdrawiam.

    • Logos Amicus Says:

      O ile dobrze sobie przypominam, to Indian wstępujących na służbę do Białych, ubierano w takie właśnie, niebieskie mundury. Ale mogę się mylić – a zasugerowany jestem filmem, który w dzieciństwie zrobił na mnie olbrzymie wrażenie (jago tytuł: „Niebieski żołnierz” właśnie).

      Mówisz, że mój batalistyczny opis czytałaś bez skoków? To chyba dobrze, bo raczej do fanek militariów Cię nie zaliczam (chociaż… nie wiem czy sobie przypominasz, ale nasza blogowa znajomość rozpoczęła się od… izraelskiego czołgu ;))

      • tamaryszek Says:

        Był czołg i były potyczki.;) Ale zaczęło się zwiewnie, „w chmurach”. Nie wiem, jakim cudem do mnie trafiłeś, bo to był jeden z moich najpierwszych wpisów (o filmie pod tym tytułem). A u Ciebie, gdy pierwszy raz zajrzałam, było coś indyjskiego/hinduskiego, kolorowe i lekkie.
        Zabawne są takie porównania początków.:) Niby powinien być jeden, ale tak się rzadko zdarza.

        • Logos Amicus Says:

          Rzeczywiście, zaczęło się wszystko „W chmurach”.
          Czołg był kilka dni później ;)
          I to on mi – jakimś sposobem – bardziej utkwił w głowie.

  6. sarna Says:

    Szkoda, że blade twarze i Indian nie połączyła przyjaźń godna Winnetou i Shatterhanda. Najwyraźniej tam, gdzie w grę wchodzi wszystko to, co uosabia sobą złoto, przelewa się krew, tyle, że nie w imię przyjaźni.

    • Logos Amicus Says:

      Mimo wszystko zdarzały się przyjaźnie między bladymi twarzami a Indianami.
      Może nie takie wyidealizowane jak u Karola May’a, ale zawsze…
      Tak w ogóle to ten Dziki Zachód jest strasznie zmitologizowane – i to zarówno w jedną (romantyczno-idealistyczną), jak i w drugą (ponuro-demoniczną) stronę.

  7. Cane Says:

    Czytając te historie, a raczej tę historię w kilku tekstach (i ja czekam na smutny ciąg dalszy), zastanawiam się jaki kształt miałby współczesny świat gdyby nie „odkryto” „Ameryki”.

    • Logos Amicus Says:

      Trudno powiedzieć.
      Mnie jest szkoda tych indiańskich cywilizacji, które uległy zagładzie, bo mogłyby bardzo wzbogacić nasz świat.
      No i uchronić nas przed grzechem bycia okrutnymi i bezwzględnymi hipokrytami.

  8. ulotna_wiecznosc Says:

    Ja też czekam na c.d.n… Jak kiedys gdzies przeczytałam ,, Wraz ze smiercią bizonów serca Indian wsiąkły w ziemię”.
    Bardziej zainteresowałoby mnie jak wygląda życie wspólczesnych Indian i czy LA zna ich? To ja poproszę kilka zdań i na ten temat.Pozdrawiam serdecznie.

  9. Maciej Says:

    Indianie dobrzy, biali źli. ILe razy takie coś czytam to dostaje torsji. Ekspedycja wojskowa miała na celu wywalenie Siuksów i Szejenów z rezerwatu Wron. To po pierwsze. Po drugie „szlachetni indianie” w latach 70 XIXw. wymordowali znacznie więcej farmerów i innych mieszkanców pogranicza niż biali indian. Po trzecie na rozdział o szaleństwie Custera sadłem z krzesła ze śmiechu. Czy oficer który był jednym z najlepszych kawlerzystów w czasie w. secesyjnej, oraz najlepszym znawcą do walki z indinami mógł popełnic tyle błędów? Polecam książke Grzegorza Swobody „Little Big Horn 1876” z wydawnictwa Bellona. Wg Swobody Custer popełnił jeden, jedyny błąd. Mianowicie rozdzielił dowództwo nad batalionami wg. starszeństwa i grzeczności. Aczkolwiek nie mógł przewidziec jak zachowają się ci oficerowie w walce.
    Artykuł jest stronniczy i powiela mit o wspaniałych i miłujących pokój indianach.

  10. Maciej Says:

    Gadanie o etyce dziewiętnastego wieku z perspektywy dwudziestego pierwszego jest co najmniej żałosne. To był wiek odkryc geograficznych, naukowych i społecznych. Wtedy pierwotni mieszkańcy Ameryk nie byli dla Białych (piszę białych ale przez prerię przewalała się potężna masa ludzi różnej maści, koloru i płci) równorzędnym przeciwnikiem. Indianie byli od nich lepsi. Małolat był uczony od małego do walki i kradzieży, zdobycie skalpu, kradzież konia lub gwałt to dla nich chwała i prestiż, przeciwnie niż do społeczeństwa opartego o wzorce europejskie. I co tacy biedni biali mogli sobie myślec? Że to dzicz i według naszych wzorców postępowań mieli rację. Owszem były podpisywane traktaty ale z kim? Wodzowie klanów i kacykowie szczepów, którzy władzę mieli tylko do miejsca gdzie sięgał ich wzrok. Dlaczego? Bo każdy z tych kacyków twierdził, że jest głównym wodzem plemienia a całe plęmię oprócz jego tipi miało go serdecznie gdzieś. Biali podpisywali, w dobrej wierze wychodzili i dostawali strzał z Winchestera w plecy, bo Indianin twierdził, że strzał w plecy to doskonały podstęp wojenny.

    • Logos Amicus Says:

      „Gadanie o etyce dziewiętnastego wieku z perspektywy dwudziestego pierwszego jest co najmniej żałosne.”

      To zdanie dla mnie brzmi tak, jak brzmiałoby następujące: „Gadanie o etyce europejskiego dwudziestowiecznego faszyzmu z perspektywy dwudziestego pierwszego jest co najmniej żałosne.”

      Inne Twoje zdanie: „I co tacy biedni biali mogli sobie myśleć? Że to dzicz i według naszych wzorców postępowań mieli rację.”
      Równie dobrze – wg twojego sposobu myślenia – można byłoby napisać: „I co tacy biedni Niemcy mogli sobie myśleć? Że (np. żydowscy czy polscy Untermenschen) to dzicz i według niemieckich wzorców postępowań mieli rację.”

      To co piszesz o Indianach jest szowinizmem.

      • Maciej Says:

        Noooo….. . Pewnie, że szowinizm. A co skonczyły się argumenty? Piszemy o zderzeniu cywilizacji europejskiej z ludźmi którzy nawet nie dorobili się feudalizmu lub konkretnej władzy plemiennej. Nie przeczytałeś dokładnie całości i parafrazujesz to co jest dla ciebie wygodne nie łącząc mojej wypowiedzi w całośc. Dla większości ludzi wieku XIX Indianie byli dziczą ale dla NIEKTÓRYCH byli dziczą dzięki której wygrywali w wyborach, powołując się na „biednych, skrzywdzonych i bezbronnych” Indian.

        • Logos Amicus Says:

          Argumentów mógłbym wymienić wiele, lecz bardzo wątpię, czy którekolwiek by do ciebie dotarły.

          Może byłoby to możliwe, gdybyś zapoznał się z jakimiś książkami o kulturze Indian Ameryki Północnej. A literatura jest całkiem spora.

  11. Maciej Says:

    O jakiej kulturze? Wierzeniach? Mitach? Kulturze materialnej (tkactwo, rzeźba, malowidła itp)? A może o cywilizacji nad Missisipi o ile taka istniała (nie mówimy o Cahokii). A może sięgniemy jeszcze dalej do Folsom lub Clovis? Nie zapomnij, że kultur było tyle ile plemion a i jeszcze więcej bo każdy klan miał swoją własną tradycję. Rozmawiamy o Indianach prerii (Wielkich Równin) a oni i nie tylko oni stosowali Prawo Kalego. Podaj literaturę, bo może masz jakąś inną niż ta, którą ja czytałem, zapoznam się z nią i będziemy dyskutowac dalej. A zwracanie komuś uwagi, że argumenty nie docierają jest co najmniej niegrzeczne. Tylko proszę, niech w wymienionej przez ciebie literaturze nie będzie „Złota Gór Czarnych” ani „Dzikiego Andy”…..

    • Logos Amicus Says:

      Napisałeś np., że Indianie “nie dorobili się (…) konkretnej władzy plemiennej.”
      Choćby tylko to zdanie świadczy, że nie posiadasz elementarnej wiedzy o strukturze i organizacji indiańskich społeczeństw.

      A jeśli chodzi o bibliografię dotyczącą kultur społeczności Indian amerykańskich, to jest ona przeogromna i – zważywszy na dzisiejsze możliwości internetowe – dość łatwo i ogólnie dostępna.

      PS. „…piszemy o zderzeniu cywilizacji europejskiej z ludźmi którzy nawet nie dorobili się feudalizmu”
      Nie jestem pewien, czy europejskim feudalizmem możemy się tak bardzo szczycić.

      • Maciej Says:

        „Napisałeś np., że Indianie “nie dorobili się (…) konkretnej władzy plemiennej.”
        Choćby tylko to zdanie świadczy, że nie posiadasz elementarnej wiedzy o strukturze i organizacji indiańskich społeczeństw.”

        Taaaa? A wymień mi owe konkretne władze plemienne na Wielkich Równinach. Coś na wzór Ligi Irokezkiej.

  12. Maciej Says:

    Nie przedstawiłeś mi żadnego konkretu. Nie podparłeś się żadnym faktem. Nie przedstawiłeś wiarygodnych danych. Nie podałeś źródeł z których czerpałeś wiedzę a teraz mówisz o tonie dyskusji? To ty stwierdziłeś, że jestem odporny na argumenty choc żadnych nie było, stwierdziłeś, że nic nie wiem na temat struktury plemion i poddajesz krytyce feudalizm europejski. Więc cóż to za dyskusja?

  13. Maciej Says:

    Chyba tak. Nie podałeś żadnego wiążącego faktu powiązanego z historią Wielkich Równin tylko frazesy klepane przez abolicjonistów i miłośników Indian.

    • Maciej Says:

      Aha, zmień avatara bo skoro średniowiecze i feudalizm były be, to po co człowiek człowiek witruwiański? Wszak to produkt średniowiecza.

      • Logos Amicus Says:

        Vitruvius żył w I wieku przed naszą erą, a Leonardo był człowiekiem Renesansu.
        Twoja ignorancja (nie mówiąc o szowinistycznych poglądach) jest jednak powalająca.

        • Maciej Says:

          Mi chodzi o malunek a nie o Leonarda czy Wityruwiusza. Wszak koniec średniowiecza to umowna data 1453- 1517 a rysunek powstał około 1490 r. Byc może jestem ignorantem ale nadal proszę o konkrety w kwestii dyskusji n/t Indian Wielkich Równin, których dotąd nie dostrzegam bo zasłaniasz się moją ignorancją i „Na moim blogu nie prowadzi się dyskusji w takim tonie”. Tobie wolno mnie krytykowac bezpodstawnie ale odpowiedzi udzielic to już nie łaska?

  14. Simply Says:

    Też czytałem kiedyś ksiązkę Swobody ( znakomitą, z resztą ), z tego , co pamiętam, rzecz miała się następująco :
    Doświadczenie Custera z Wojny Domowej niczego nie musiało gwarantowac – był to inny rodzaj działań wojennych, innego typyu kampania. Po zwycięsteie w nierównej, zakonczonej masakrą bitwie nad Washita, Custer nabrał zbytniej pewności siebie, co go zgubiło.
    Na pewno nie ma podstaw do rozpatrywania decyzji Custera w kategorii szalenstwa, a wyłacznie błędow w sztuce wojennej – a tych popełnił kilka. Byc może największym było zlekceważenie przeciwnika – Custer miał raport zwiadowców o przybliżonej liczebności Indian ( przeszło trzykrotnej ) i uznał to za fakt bez znaczenia. Nie wiem , czy miał informacje na temat uzbrojenia Indian , którzy po ostatnich transakcjach z handlarzami poważnie sie dozbroili.
    Jeśli nawet o tym Custer nie wiedział, to też poczytuje mu się za błąd. Przed taką kampanoią nalezało monitorowac działające w okolicy ekipy wszelkiej maści ,,commancheros”. Zwłaszcza, że istotne okazały się typy broni, jakimi dysponowały obie strony. Żołnierze uzbrojeni byli w karabiny systemu Springfield – celne, o dużym zasiegu i wysokiej mocy obalającej , ale jednostrzałowe, o słabej niezawodności i ergonomii ; w obronie – OK., w walce manewrowej – do dupy.
    Indianie mieli ponad 200 nowiutkich winchesterów ( kilkunasto-strzałowych ) i spencerów, charakteryzujących się może mniejszą donośnoscią, ale dających potężną szybkostrzelnosc i siłę ognia – walory bezcenne w bezpośrednim starciu.
    Podział pułku na cztery pododdziały okazał się fatalny w skutkach nie tyle sam przez się, co poprzez brak jakiejkolwiek synchronizacji działan między nimi i calkowity brak komunikacji. W rezultacie bitwa pod Litlle Big Horn to trzy pomniejsze bitwy prowadzone przez poszczególne pododdziały, każy z osobna, bez wsparcia pozostałych.
    Trudno powiedziec, jak by to wszystko się potoczyło,, gdyby przeprowadzono jednoczesny, skoordynowany atak z kilku stron.
    Mjr.Reno zaatakował obóz zgodnie z rozkazem, związał Indian walką ( a Custer był wtedy dopiero gdzieś w połowie drogi na ustaloną pozycję ataku na tyły obozu ) a widząc miażdżącą przewagę, wydał rozkaz odwrotu. Gdyby nie to, podzielił by póżniejszy los grupy Custera.
    Custer był dowódcą – on ponosi odpowiedzialnośc. Gdyby przeżył, mógłby sądzic swoich oficerów, ale jego przełozeni sądziliby jego, a nie ich.

    Teraz parę oczywistości :
    Kolonizacja Ameryki była na tym etapie procesem już od dawna nieodwracalnym. Wojna z Indianami, to starcie wczesnoindustrialnej formacji cywilizacyjnej z formacją łowiecko-zbieracką, a kulturowo animistyczną, szamańską.
    Zadna wojna społeczeństw o tak potęznych rozwojowych dysproporcjach nie jest wojną równych – a zatem żaden traktat niczego nie gwarantował, podobnie jak w każdym podobnym przypadku w historii. Indianie mogli przetrwac, ale wyłącznie na warunkach białych – odrzucając swoją kulturę (model życia , obyczaje i widzenie świata – który i tak czekała zagłada ) i przechodząc własnie na etap feudalny – osiadły, rolniczy. Nie przyjęli tego.

    • Logos Amicus Says:

      Mówiąc o bitwie pod Little Big Horn możemy się opierać tylko o opracowania innych publicystów, (którzy, nota bene, także zmuszeni byli korzystać z wątpliwych źródeł). Ponadto, zależały one również od perspektywy, jaką przybrali ich autorzy – badacze tego wydarzenia). Nas tam nie było, więc niczego pewnego nie możemy twierdzić. A nawet gdybyśmy tam byli obecni, to i tak nasze relacje i oceny by się różniły. Tak wiec, wszystko co o tej bitwie mówimy, to są w większości tylko przypuszczenia. Niezaprzeczalnym faktem jest tylko rezultat bitwy.

      Ale dla mnie temat ważnjejszy – bo uniwersalny – to historia stosunków białych z Indianami. Uważam, że nie ma sensu dyskutować z kimś, kto jawnie głosi poglądy rasistowskie i szowinistyczne (typu: Indianie to „dzikusy”, czyli pozbawieni kultury nie-ludzie ), które dla mnie są nie do przyjęcia, a które zawsze są dla mnie oznaką tego, że ktoś ma zamknięty umysł i nieprzejednany poglądy, których nie zmieni nawet na jotę. W takim przypadku, wysuwanie argumentów wobec kogoś o takiej konstrukcji psychicznej i światopoglądowej jest wg mnie niczym innym, jak rzucaniem grochem o ścianę. (Wystarczy się przyjrzeć sposobowi w jaki obecnie pewne grupy, czy też obozy, dyskutują ze sobą w Polsce, podniecając się tylko własnym zacietrzewieniem i frustracją. Z tych m.in. względów nie podejmuję raczej dyskusji politycznych na moim blogu.)

      Ja, pisząc o historii podboju Ameryki przez europejskich kolonizatorów, nie odrzucam (nie ignoruję) kontekstu etyczego tych wydarzeń. Uważam jednak, że racja moralna była po stronie rdzennych Amerykanów, czyli Indian (z tej prostej przyczyny, że najeźdźcami, czyli agresorami, byli biali). A to ma jednak wpływ na perspektywę, w jakiej widzę ten problem (nie wierzę w coś takiego jak obiektywizm historyka, zwłaszcza jeśli chodzi o interpretację historycznych faktów).

      Jest jednak jakiś pożytek z tej niespodziewanej dla mnie dyskusji pod tym wpisem, bo dzięki temu postanowiłem zamieścić już wkrótce na moim blogu parę artykułów na temat stosunków białych z Indianami we wczesnym okresie kolonizacji Ameryki Północnej.

      • Simply Says:

        Pierzszy akapit Twojego posta jest co najmniej dziwny. Kazdy tekst historyczny czerpie z dostępnych żródeł, skąd takie arbitralne załozenie, że w tym wypadku wątpliwych ? A Ty piszac swój artykuł, z jakich korzystałeś? Skoro także z wątpliwych, to stwierdzenie, że ,, wszystko , co o tej bitwie mówimy, to tylko przypuszczenia” nalezalo uczciwie zamiescic we wprowadzeniu. A truizmy , w rodzaju ,, …nas tam nie było, więc niczego pewnego nie możemy stwierdzic…” to sobie z łaski swojej daruj, tym bardziej, że Tobie to nie stanęło na przeszkodzie przed napisaniem sążnistego tekstu. W sferze domysłów pozostaje tylko zagłada oddziału dowodzonego przez Custera – nikt ( oprócz konia ) nie ocalał nie ma relacji strony indiańskiej.
        Poza tym masa żołnierzy przeżyła, pozostałe działania zostały opisane i zdokumentowane w raportach, co stanowi bazę informacyjną dla historyków.
        W swoim komentarzu pisałem wyłącznie na temat samej bitwy i pewnych nieuchronnych dziejowych procesów, kwestii etycznych, rasowych czy wartościujących kogokolwiek W OGÓLE nie poruszałem.
        Tak, że zarzuty z drugiego akapitu nie do mnie.

        • Logos Amicus Says:

          Pisząc ten artykuł korzystałem z w miarę rzetelnych publikacji i książek. Oczywiście znane fakty pozwalają odtworzyć ogólny przebieg bitwy. Jednak, nawet relacje tych, którzy w bitwie brali udział, często są ze sobą niezgodne, a czasami nawet sprzeczne.
          Ważny jest jednak kontekst historyczny tego wydarzenia – a ten jednak zależy od przyjętej perspektywy, (która w badaniach amerykańskich przybierała w zasadzie stronę traktującą Indian jako wrogów).

          Mój poprzedni komentarz nawiązywał także do wypowiedzi Macieja, w których uderzyły mnie motywy rasistowskie i szowinistyczne. Nie odnosił się do Ciebie. Jeśli odebrałeś to osobiście, to niepotrzebnie – tym bardziej, jeśli tych poglądów nie podzielasz.

          PS. „W sferze domysłów pozostaje tylko zagłada oddziału dowodzonego przez Custera…”
          Akurat to jest jeden z pewników bitwy – cały odział został zgładzony.

      • Maciej Says:

        Rasistowskie? Ty naprawdę myślisz jak nowoczesny niedouczony Amerykaniec. Nie wczuwasz się w czasy o których jest dyskusja, nie masz najmniejszego zamiaru poznawac kontekstu historycznego tych czasów. Uważasz, że tylko Ty masz rację a reszta to rasiści. Więc odnieś się do starych kronik, które mówią, że za wschodnią granicą Polski na Litwie i w Prusach, byli poganie, których ubicie było miłe Bogu. Pewnie też powiesz o szowiniźmie i rasiźmie. Jednak wtedy ludzie mieli taki światopogląd i nawet wyrzucanie moich wypowiedzi z blogu tego nie zmieni. Nigdzie nie napisałem, że Indianie to nieludzie i pozbawione kultury dzikusy, to ty próbujesz te słowa wcisnąc w moje wypowiedzi. Ja nadal proszę o fakty dotyczące władz plemiennych Indian Wielkich Równin.

        • Logos Amicus Says:

          „….za wschodnią granicą Polski na Litwie i w Prusach, byli poganie, których ubicie było miłe Bogu. Pewnie też powiesz o szowiniźmie i rasiźmie.”

          Oczywiście. A na dodatek o zbrodni.

  15. Maciej Says:

    Simply pięknie wyjaśniłeś zawalenie się planu Custera. Dodam, że nawet gdyby Indianie nie mieli Winchesterów to też by zarzucili 7 pułk „beretami”. Po prostu było ich bardzo dużo. Nadal jednak nie mam odzewu od Logosa na moje postulaty…

    • Simply Says:

      .. i pewnie się nie doczekasz.

      • Maciej Says:

        Więc po co ta gadka o rasiźmie? Czyżby jednak brak argumentów? A może próba zamaskowania własnej niewiedzy? A może próba napisania historii pod własne dyktando?
        Tak samo o eytce w II połowie XIX wieku na Wielkich Równinach gdzie w większości postrzegano Indian jako krwiożerczych dzikusów z powodów wymienionych kilka postów wcześniej.

      • Logos Amicus Says:

        Simply, jeśli przeczytasz moje rozmowy z Czytelnikami tego bloga pod innymi wpisami, to zobaczysz, że jednak staram się poważnie i z respektem traktować Czytelników moich tekstów i chętnie wchodzę z nimi w dyskusję – pod pewnymi warunkami. Maciej wg mnie tych warunków nie spełnia, więc dyskusji ze mną się chyba nie doczeka.”

        • Maciej Says:

          Raczyłem sobie przejrzec twoje wypowiedzi. Tam gdzie cię chwalą wypowiadasz się pozytywnie, tu gdzie jest krytyka zaraz zarzucasz szowinizm i rasizm. Grasz na uczuciach i wybiórczo traktujesz historię, opisując to co uważasz za dobre i pozytywne. A historia taka nie jest. W Polsce Indianie postrzegani są poprzez powieści przygodowe i pseudohistoryczne („Złoto Gór Czarnych”) a także rozwijający się Polski Ruch Przyjaciół Indian gdzie to postrzeganie jest pozytywne. Nikt jednak nie raczy zauważyc, że synonim Indianina – mężczyzny to wojownik. Każdy zaakceptował, że Indianin wyrusza na wojenną ścieżkę, niewielu się zastanawia po co? Po chwałę i słwę a także łupy i skalpy. Indianie działali na zasadzie XVII wiecznych Tatarów. Zatakowac, wyrżnąc, zdobyc. Nie rozumieli postępowania białych tak jak biali nie rozumieli ich postępowania. Proponuję zagłębic się w opisy z epoki a jest ich wiele, nawet wypowiedzi Indian uczestniczących w bitwie pod LBH. Znajdziesz tam opisy traktowania zwłok przez Siuksów i Czejenów. Dla człowieka wychowanego w kulturze europejskiej było to odrażające a dla nich norma. Potężna rozbieżnośc kulturowa i obyczajowa powodowała niezrozumienie obyczajów w obu nacjach.
          Tylko ja nie jestem godzien dyskutowac z tobą Logosie.

        • Logos Amicus Says:

          „Nikt jednak nie raczy zauważyć, że synonim Indianina – mężczyzny to wojownik.”

          To akurat zauważają wszyscy – zarówno ci przychylni, jak i nieprzychylni Indianom. Nie można jednak zapominać o plemionach, które zupełnie nie były wojownicze (zwłaszcza te, utrzymujące się z rolnictwa.

          „Każdy zaakceptował, że Indianin wyrusza na wojenną ścieżkę, niewielu się zastanawia po co?”

          Bo każdy wie po co: zwykle, by bronić swojej ziemi przed najeźdźcą.

          „Proponuję zagłębic się w opisy z epoki a jest ich wiele, nawet wypowiedzi Indian uczestniczących w bitwie pod LBH. Znajdziesz tam opisy traktowania zwłok przez Siuksów i Czejenów.”

          Piszę o tym w swoim tekście (wnioskuję więc, że nie czytałeś go uważnie).

          „Dla człowieka wychowanego w kulturze europejskiej było to odrażające a dla nich norma.”

          Zbrodni na taką skalę jaką popełnili ludzie „wychowani w kulturze europejskiej”, nie popełnili ludzie wychowani w jakiejkolwiek innej kulturze.

          „Tylko ja nie jestem godzien dyskutować z tobą Logosie.”

          Nie tyle nie jesteś godzien, co reprezentujesz poglądy (i argumenty), wykluczające – jak mi się wydaje – nasze porozumienie.

  16. Logos Amicus Says:

    Niedługo na moim blogu znajdzie się kilka opisów i wypowiedzi „z epoki”.

  17. bachmat Says:

    Nie znam ksiazki pana Swobody ale polecam inna ksiazke – Michino, Gregory F., Lakota Noon: The Indian Narrative of Custer’s Defeat.” Missoula, Mountain Press Publishing Co., sierpien 1997 – jest wspaniala bo zajmuje sie faktami! (a nie ideologia etc), ich analiza – widziane oczami wojownikow indianskich bioracych udzial w bitwie!

  18. Simply Says:

    Super. To może byc bardzo interesujące.

  19. SUMIENIE ZACHODU | WIZJA LOKALNA Says:

    […] BITWA NAD LITTLE BIGHORN […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s