KIEDY RZĄD JEST TWOIM WROGIEM – o książce Howarda Zinna „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”

Historię cały czas poddaje się rewizji (z tego powodu nieustannie odnosimy wrażenie, że się ona zmienia, choć przecież to, co się stało w przeszłości nie może ulec zmianie) dlatego warto być świadomym tego, w jakim kierunku te rewizje zmierzają i co je powoduje, gdyż nie tylko wpływa to na naszą teraźniejszość, ale będzie decydować o naszej przyszłości. Niedawno przeczytałem książkę Adama Leszczyńskiego „Ludowa historia Polski” (z moim tekstem na jej temat zapoznać się można TUTAJ), teraz przyszła kolej na pozycję, która była niejako jej wzorem. Chodzi o pracę Howarda Zinna „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”, jaka w ostatnich latach miała wielki wpływ nie tylko na to, jak Amerykanie, zwłaszcza młodzi, postrzegają swoją przeszłość, ale również na ich stosunek do siebie samych. Niestety, nie jestem pewien czy jest to wpływ dobry.

.

      Książka Howarda Zinna ukazała się po raz pierwszy w 1980 roku, natychmiast zwracając na siebie uwagę, jako alternatywna przeciwwaga wobec tradycyjnej, obowiązującej dotychczas narracji historycznej, (którą Zinn nazywa wprost „fundamentalnie nacjonalistyczną gloryfikacją” Stanów Zjednoczonych). Zajmowała się ona niemal całkowicie elitami, establishmentem, polityką mainstreamową, tzw. „mężami” stanu i prezydentami; budowaniem gospodarczej i militarnej potęgi państwa; ludźmi znanymi, bogatymi, posiadającymi władzę; rolą i znaczeniem Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej jako państwa wyjątkowego, niemal zawsze lokującego się po tej stronie słusznej i prawej, broniącego wolności, demokracji, praw człowieka i sprawiedliwości. Wreszcie: opartego na fundamentach stworzonych przez szlachetnych, pełnych dobrej woli Ojców Założycieli, z konstytucyjną mantrą zapewniającą wszystkim obywatelom boskie w swej proweniencji, a więc nienaruszalne prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia.
Zinn argumentował, że jest to w zasadzie historia widziana z perspektywy 1% uprzywilejowanych (białych) amerykańskich elit i garstki ludzi rządzących, która praktycznie pomija 90% społeczeństwa (ludu) i nie zajmuje się w ogóle szerokimi rzeszami ludzi rządzonych: zwłaszcza biednymi, poddawanymi opresji, wyzyskiwanymi, pozbawionymi de facto praw obywatelskich – a takimi byli oczywiście czarni niewolnicy, Indianie, kobiety; marnie opłacani i niemiłosiernie eksploatowani przez magnatów przemysłowych robotnicy – ludzie z najniższych klas społecznych, żyjący w opłakanych warunkach, egzystujący w permanentnej nędzy. Oni wszyscy byli przez establishmentowych historyków ignorowani (obowiązywała perspektywa uznająca porządek ustalany top-down), więc Zinn postanowił stworzyć taką narrację historyczną, która uwzględniła by wreszcie ich punkt widzenia (i znaczenie społecznych przemian typu bottom up). Napisał więc książkę, której wcześniej szukał, ale jakiej nie znalazł, bo dotychczas żaden historyk nie zajął się historią Stanów Zjednoczonych opowiedzianą z perspektywy „ludu”.

       Tak się jednak stało, że to co miało być suplementem i uzupełnieniem („wypełnieniem luki”) dotychczasowych opracowań historycznych, z czasem przeniknęło do edukacyjnego mainstreamu i zaczęło tam dominować („Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” do dzisiaj sprzedała się w ilości blisko 2.5 mln. egzemplarzy, co jest ewenementem, jeśli chodzi o publikację tego typu). Początkowa polemika z tezami zawartymi w książce i jej charakterem została wyparta, a jej miejsce zajęła „jedynie słuszna” narracja (nie tylko historyczna, ale i medialna oraz polityczna) – czego skutków coraz bardziej doświadczamy obecnie. Jeśli więc chcemy zrozumieć to, co się dzieje teraz z amerykańskim społeczeństwem w kontekście fenomenu woke, masowych zamieszek i protestów, obalania pomników, ruchów Me Too, Black Lives Matter i LGBT, aplikacji krytycznej teorii rasy… czyli coraz bardziej ostrego skręcania Ameryki w lewo, to właśnie casus książki (i postawy ideologicznej) Zinna może nam wiele wyjaśnić oraz pomóc w identyfikacji oraz zrozumieniu źródła tych wszystkich zjawisk, które przypominają coś w rodzaju pełzającej rewolucji. Według mnie jest to proces niebezpieczny i w tej rozprawce postaram się wykazać, dlaczego.

       Ktoś może zapytać: dlaczego niebezpieczny? Bo co jest złego w tym, że współczuje się ludziom pokrzywdzonym i solidaryzuje z nimi? Dlaczego mamy pomijać milczeniem niegodziwości tych, którzy posiedli olbrzymie bogactwa (w domyśle: kosztem innych) i mają ogromną władzę (nad „małymi” zwykłymi ludźmi)? Czy zagranicznej polityce Stanów Zjednoczonych (która ma na względzie tylko dobro Ameryki) oraz wszczynaniu wojen przez polityków (którzy zawsze pilnują interesów wielkich korporacji i bogatej elity) należy zawsze przyklaskiwać? Wreszcie: czy domaganie się sprawiedliwości społecznej dla coraz szerszych grup ludzi; otaczanie opieką tych, którzy do tej pory byli (i nadal są) krzywdzeni, ignorowani i wykorzystywani – wzgląd na słabych, dyskryminowanych, wywodzących się z mniejszości etnicznych jest czymś złym?
Oczywiście nie jest. Problemy pojawiają się wtedy, kiedy rzeczywistość zaczyna się przedstawiać tylko w wersji czarno-białej: rządząca i bogacąca się elita to sami niegodziwcy i nikczemnicy (w terminologii komunistycznej: wyzyskiwacze i „krwiopijcy”), zaś ci rządzeni, pozostający w ekonomicznej zależności, to wyłącznie ludzie poddani opresji, wyzyskiwani i krzywdzeni, zwykle będący „nawozem” dziejów. A dzieje się tak dlatego, że system ekonomiczno-społeczny i polityczny istniejący w Stanach Zjednoczonych od początku istnienia tego państwa jest do szpiku kości zły. Naturalnie, krwawicę wysysa z ludzi kapitalizm i rządzące elity podporządkowane interesom 1% stanowionego przez bogaczy.
Taka jest generalnie teza książki Howarda Zinna.
Niestety, jak sądzę, to przesłanie nie bierze się tylko z empatii autora, jego wrażliwości na ludzką krzywdę czy społeczną niesprawiedliwość, ale również (może nawet przede wszystkim?) z jego fiksacji ideologicznej. Bo przecież Zinn – (najprawdopodobniej) były członek partii komunistycznej – nigdy nie ukrywał tego, że jest człowiekiem lewicy („wierzę w demokratyczny socjalizm”), a jego postawa i zachowanie często jednoznacznie wskazywały na to, że jest człowiekiem lewicy radykalnej. Zresztą on sam określił się expressis verbis radykałem.

       Chcę tu być dobrze zrozumiany: ja szanuję ludzi, którzy mają lewicowe poglądy (sam podzielam niektóre z nich), uznaję też ich wagę w społeczno-politycznym dyskursie – pod warunkiem, że nie są one wywrotowe, nawiedzone, radykalne, ślepe i głupie. Toleruję je do momentu, kiedy stają się (jak to się teraz zwykło niezbyt elegancko nazywać) „lewackie”. (Lewak, według mnie, to taka pozerska – często koncesjonowana, zakłamana, oportunistyczna i zmemowana – wersja lewicowca. Swego czasu podobnym tworem dziwolągiem był lewicowiec kanapowo-kawiorowy.)
Nie uważam jednak, że to wszystko, co napisałem przed chwilą o „lewakach”, odnosi się do Howarda Zinna (jest to bowiem człowiek bardzo inteligentny – zbyt świadomy i posiadający szeroką wiedzę), ale że ideologia jaką wyznaje dyskwalifikuje go jako historyka, zaś do jego aktywizmu należy podchodzić krytycznie i ostrożnie.
Gdyż moim zdaniem ideolog nie może być wiarygodnym historykiem. Zwłaszcza nie może być nim ktoś, kto jest bardziej aktywistą niż naukowcem – a kimś takim jest właśnie Zinn. Jego jednowymiarowe i jednostronne – często pozbawione przez to głębi i kompleksowości – przedstawienia historyczne, jakie spotykamy w omawianej tu książce, za bardzo zbliżają się do agitacji, czy wręcz propagandy. Inspirując przy tym lewackie właśnie zachowania, uwodząc pedagogów, indoktrynując dzisiejszą młodzież (o lewicowym wzmożeniu hollywoodzkich „gwiazd” nie wspominając).
Wydaje się, że Zinn robi to w dobrej wierze (nie podejrzewam go o cynizm) usprawiedliwiając swoją, wynikającą z wyznawanej przez siebie ideologii, historyczną metodologię w ten sposób:

  • W świecie głodnym rozwiązań powinniśmy przywitać z zadowoleniem pojawienie się historyka jako uczonego aktywisty, który rzuca się wraz ze swoimi pracami w szalone mechanizmy historii w imię wartości, w które głęboko wierzy. (…) Nie sprzeciwiam się zatem selekcji, podkreślaniu pewnych faktów, są to bowiem [dla historyków] praktyki nieuniknione. Zniekształcenie dokonywane przez historyka ma charakter nie tyle techniczny, co ideologiczny i dotyczy świata rywalizujących wpływów, w którym każdy wybrany rozkład akcentów wspiera czyjeś interesy – ekonomiczne, polityczne, rasowe, narodowe lub płciowe.

       Trudno o bardziej wyrazistą wykładnię stronniczego uprawiania historii przez ideologa, stosującego wybiórczość, ignorującego niewygodne fakty, faworyzującego jedne podmioty polityczne i społeczne kosztem innych… Niestety, przy takim podejściu, śmiechu wartą mrzonką staje się nie tylko obiektywizm, ale i prawda a nawet sprawiedliwość, której pełne usta mają zwykle lewicowcy.
Koniec końców, wszystko wskazuje na to, że Zinn, pisząc swoją książkę, bardziej zainteresowany był tym, aby stała się ona orężem walki klasowej niż tym, by krzewiła historyczną wiedzę. Jest to typowo marksistowskie podejście, które przecież już nieraz w historii (właściwie zawsze) zawodziło swoich wyznawców na manowce.

.

Lawrence Textile Strike, 1912 (Library of Congress)

.

       Artur Domosławski w przedmowie do polskiego wydania „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” pisze: „Opowieść Zinna o Ameryce to opowieść o doświadczeniu podboju i eksterminacji (dużej części autochtonów), a następnie zniewolenia (części mieszkańców uprowadzonych z Afryki), wyzysku i manipulacji. Zniewala, wyzyskuje i manipuluje wąska elita polityczna i gospodarcza, jej ofiarą jest większość Amerykanów. Klasa średnia to bufor oddzielający elitę od biedoty – genialny wynalazek rządzących, gwarant trwałości systemu i jeden z wehikułów amerykańskiego mitu. System utrzymują przy życiu dwa niepodważalne ideały: własności prywatnej i patriotyzmu. Pierwszy gwarantuje elicie dominację. Drugi – stwarza pozór narodowego konsensusu. Zinn uważał, że oba są zakłamane.”

       Podzielam wiele zapatrywań Zinna – zwłaszcza jeśli chodzi o niewolnictwo i długo utrzymujący się na amerykańskiej ziemi rasizm, politykę Stanów Zjednoczonych wobec rdzennej ludności indiańskiej (choć nie nazwałbym jej planową eksterminacją), jego sprzeciw wobec wojny w Wietnamie, jak również solidarność z tymi, którzy walczyli o swobody obywatelskie, prawa socjalne, polepszenie warunków pracy, prawa kobiet… Sam nienawidzę wojny, darzę głęboką niechęcią militaryzm, żywię podejrzenia wobec każdej władzy, odrzucam akceptację imperializmu i kolonializmu, uważam za zbrodnię podbój innych państw i narodów… etc. Jednak mocno polemizowałbym z niektórymi przekonaniami Zinna, na które zwrócił powyżej uwagę Domosławski.
– Na przykład trudno mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że tym co robiła amerykańska elita polityczna i gospodarcza w historii państwa, było głównie wyzyskiwaniem i manipulowaniem większości Amerykanów. Owszem, niektóre aspekty tej dominacji można było tak postrzegać, ale należy na to spojrzeć bardziej kompleksowo, głębiej i z większego dystansu, zachowując przy tym właściwe proporcje. Gdyż było to także budowaniem potęgi gospodarczej Stanów Zjednoczonych, która w konsekwencji zaczęła jednak służyć dobru większości społeczeństwa. Dzięki sile militarnej państwa zwalczono faszyzm. Stany Zjednoczone – zwłaszcza po II wojnie światowej – stały się na tyle krajem dobrobytu – rozwiniętym i cywilizowanym – że budziły zazdrość całego świata. W pewnym okresie nie było chyba na świecie kraju, by tak wielka część społeczeństwa żyła na tak wysokim poziomie materialnego komfortu, ciesząc się przy tym szerokimi swobodami obywatelskimi, czy wolnością słowa. To dlatego na całym globie zaczęto Amerykę naśladować (niestety, najczęściej odbywało się to w sferze pop-kultury i śmieciowego jedzenia), a miliony imigrantów chciało (i nadal chce) za wszelką cenę do Stanów Zjednoczonych zewsząd się dostać – tu żyć i pracować (sam jestem tego przykładem). To również są historyczne fakty, w dużej mierze definiujące amerykańską cywilizację oraz panujący tu system polityczny i ekonomiczny, ale Zinn w całej tej swojej 900-stronicowej cegle nie wspomina o nich ani razu. Zamiast tego możemy u niego natrafić na takie interesujące passusy: „My nie pokonaliśmy faszyzmu, raczej, podstawowe faszystowskie elementy, takie jak militaryzm, rasizm, imperializm, zostały zaabsorbowane przez zatrute już kości zwycięzców.”  Sic! Nic więc dziwnego, że polska (lewicowa) Krytyka Polityczna, która książkę Zinna wydała, swojej prezentacji tej pozycji nadała tytuł: „Faszystowskie Stany Zjednoczone”.
– Dalej: dobrobyt klasy średniej powstał nie dlatego, że rządzący chcieli stworzyć „bufor oddzielający elitę od biedoty” i dlatego można to nazwać ich „genialnym wynalazkiem”. To jest jednak strasznie przewrotna i w rzeczy samej kłamliwa i niemądra supozycja – że ponoć rząd, stwarzając klasie średniej warunki do życia na wysokim poziomie, robił to tylko dlatego, żeby spacyfikować i unieszkodliwić niższą klasę społeczną i odgrodzić się od ludzi żyjących w ubóstwie, zagrażającym „trwałości systemu”.
Owszem, dobrobyt klasy średniej zapewnia w dużym stopniu trwałość systemu, jest również – taki drobiazg przeoczony przez Zinna – jest wykładnikiem bogactwa państwa, w którym ta klasa średnia żyje i prosperuje. Nie jest jednak jakimś „genialnym” (w domyśle: diabelskim bo podstępnym) wynalazkiem rządu i elit umożliwiającym im „manipulację” całym społeczeństwem.
– And last but not the least: „dwa niepodważalne amerykańskie ideały: własności prywatnej i patriotyzmu” nie są bynajmniej „zakłamane” (choć czasem – może nawet często – są tak traktowane i przez niektórych polityków wykorzystywane), ale rzeczywiście stanowią dość ważną gwarancję stabilności sytemu – co przecież nie może być zarzutem, jeśli ów system służy wzrostowi dobrobytu większości społeczeństwa i bezpieczeństwu państwa. Domosławski zwraca uwagę na przekonanie Zinna o „przewrotnej doskonałości amerykańskiego systemu: posiada on tyle zaworów bezpieczeństwa, że głębsza jego transformacja, na przykład w kierunku egalitarnym, jest praktycznie niemożliwa”. Ale najwidoczniej Zinnowi nie przychodzi do głowy, że to, co on uważa za wadę systemu, może być jednak (i w rzeczywistości, jak dotychczas, jest) jego zaletą, zapewniającą ciągłość i stabilność państwa. Choć przy tym wcale nie oznacza jego skostnienia i niereformowalności, o czym również świadczą historyczne fakty.

       I tak dotarliśmy to jeszcze jednej uderzającej cechy książki Zinna: dla niego walka opresjonowanych obywateli z opresyjnym rządem, który jest tych obywateli wrogiem, stanowi nigdy niekończące się continuum dlatego, że niezmienny pozostaje opresyjny w swej istocie system (w domyśle: ustrój kapitalistyczny). Dlatego należy zastąpić go socjalizmem. Kiedy pytano Zinna, czy nie obawia się tych wszystkich złych skutków, gdyby ewentualnie taki ustrój (o jaki on de facto walczy) wprowadzono, Zinn dość rozbrajająco odpowiedział, że on tych złych skutków nie widzi (bo ich teraz nie ma), widzi za to złe skutki działania kapitalizmu (bo te już są). A mnie, wobec tego stwierdzenia, zastanawia ślepota tych, którzy przecież mogą się dokładnie zapoznać ze złymi (tragicznymi wręcz) skutkami działania socjalizmu np. w byłych krajach tzw. „demokracji ludowej”, gdzie idee Marksa (które notabene przeżywają dzisiaj kolejny renesans) starano się wprowadzić w życie. No ale to jest ślepota na własne życzenie – nieuleczalna, bo oporna na ewidencję faktów.

       Jak już napisałem, bliskie mi są niektóre poglądy Zinna – jego odczuwanie niesprawiedliwości społecznej i ludzkiej niedoli; patrzę też podobnie na wiele aspektów amerykańskiej rzeczywistości, ale zdecydowanie nie podzielam jego wiary w demokratyczny socjalizm, a tym bardziej w komunizm. Ten ostatni ustrój uważam w konsekwencji (kiedy uzyskuje sankcję państwową) za tyrański i nieludzki. Zresztą nigdy nie udało się go wcielić w życie w nowożytnej erze funkcjonowania wielkich grup społecznych, bo jest on czystą – czy też raczej brudną – utopią. Gdyby (deklarujący powszechną sprawiedliwość i równość) komuniści przejęli władzę, to byłoby to tak samo tragiczne w skutkach, jak wtedy, kiedy władzę polityczną w państwie przejąłby Kościół Katolicki (głoszący z kolei wszechmiłość). Dlatego nie dowierzam żadnym politycznym deklaracjom, zwłaszcza tym, które głoszą, że Cię bezgranicznie ukochają, zbawią i od wszelkiego zła – ostatecznie i raz na zawsze – wyzwolą.
Jeśli zaś chodzi o demokratyczny socjalizm, to sądzę, że usiłowanie wprowadzenia go w Stanach Zjednoczonych skończyłoby się nieobliczalną katastrofą (dlatego rację miał Donald Trump nazywając Sandersa „Szalonym Bernie” – i piszę to wbrew temu, że był czas, kiedy Bernie Sanders cieszył się u mnie pewną sympatią).

.

Demonstracja w Waszyngtonie w proteście przeciwko „rasowej niesprawiedliwości” oraz „brutalności policji” w związku ze śmiercią zatrzymanego przez policję George’a Floyda (fot. Lucas Jackson/Reuters)

.

       Zarzuty jednostronnego przedstawienia historii Stanów Zjednoczonych w pracy Zinna, jakie pojawiły się zaraz po jej publikacji, okazały się jednak uzasadnione – wbrew zaprzeczeniom autora i jego apologetów, twierdzących, że książka ma być jedynie dodatkiem i uzupełnieniem dotychczasowej narracji historycznej. Jednakże, wobec faktu, że nie tyle zaczęła ona wypełniać lukę i suplementować tę narrację, co ją wypierać – tudzież dominować podejście (w szkołach i na uczelniach, w mediach i polityce) do amerykańskich dziejów – stwierdzić można, iż jeszcze bardziej zniekształciła ich obraz, czy wręcz je zafałszowała.
Przypomnę, co napisał kiedyś Zinn, który uważał (podaję to za Domosławskim), że problemem amerykańskiej historiografii nie są bynajmniej kłamstwa, co przemilczenia: „Gdy mówią ci kłamstwa, można je zweryfikować. Kiedy coś jest pominięte, nie ma jak się o tym dowiedzieć.” Domosławski, który notabene wydaje się spijać każde słowo Zinna, jako prawdę objawioną, tak charakteryzuje intencje tego ostatniego: „[Zinn] nie chciał wyrzucać na śmietnik innych podręczników, pragnął, by nauczyciele w szkołach i na uczelniach sięgali po jego książkę, ukazującą inną, równie uprawnioną perspektywę – w trybie uzupełnienia i skomplikowania nazbyt jednoznacznego, niekompletnego, a przez to zafałszowanego obrazu zdarzeń.”
Jak się jednak okazuje, Howard Zinn sam wpadł we własne sidła, bo właśnie dlatego, że jego podejście do amerykańskiej historii jest zdecydowanie (metodycznie wręcz) wybiórcze, stronnicze, jednoznaczne oraz niekompletne – a przez to pomijające najistotniejsze aspekty (fakty) tej historii i pozbawiające je szerszego kontekstu – to można powiedzieć (stosując optykę Zinna, a nawet jego własne słowa), że  Historia ludowa Stanów Zjednoczonych, której jest autorem, przedstawia zafałszowany obraz zdarzeń.

*  *  *

      Zinn wielokrotnie podkreśla w swojej książce to, że jedność narodowa Amerykanów jest jednością iluzoryczną. Stany Zjednoczone tak naprawdę wcale nie są zjednoczone. Mimo że Ojcowie Założyciele głosili jedność całego narodu – co nawet zapisano w stworzonej przez nich Deklaracji Niepodległości i w Konstytucji – to w rzeczywistości tej jedności nigdy nie było. Mało tego, ów brak jedności jest ciągle podtrzymywany przez elity rządzące. Jeśli istnieje jakaś jedność, to jest to „sztuczna jedność bardzo uprzywilejowanych i nieco uprzywilejowanych” i jest ona „jedyną formą solidarności w społeczeństwie”. „Innymi słowy – pisze dalej Zinn – 99 procent społeczeństwa powinno pozostać podzielone na niezliczone sposoby i dawać upust swojej frustracji, walcząc między sobą”.
Oczywiście Zinn ma wiele racji – tak postępują często politycy – ale to nieprawda, że istotą i rdzeniem amerykańskiego narodu jest brak jedności, permanentna wrogość, walka i konflikt. Naturalnie ścierały się tu (i nadal ścierają) różne grupy interesów i poglądy, ale państwowa ciągłość Stanów Zjednoczonych oraz utrzymująca się tu mimo wszystko tożsamość narodowa jest dowodem na to, że Amerykanie z czasem wyzwalali się z dzielących ich podziałów, a ogromna ich większość zaaprobowała występującą w Stanach – jak chyba w żadnym innym kraju na świcie – różnorodność etniczną i kulturową czy wreszcie rasową (wbrew ostatnim pomówieniom ze strony lewicy, że nadal szaleje tu rasizm, który na dodatek jest „systemowy”). Lecz Zinn twierdzi, że każdy amerykański rząd jest nikczemny, podstępny, zakłamany i działający w złej sprawie, i aby to udowodnić posuwa się do takich np. kuriozalnych przykładów: „Jakże sprytnym rozwiązaniem jest wożenie autobusami ubogiej czarnoskórej młodzieży do szkół w dzielnicach białej biedoty, by zrodzić między nimi konflikty”. Czyli, według Zinna, nie robi się tego dlatego, żeby społeczność integrować i wzajemnie asymilować, a wprost przeciwnie: żeby ją konfliktować, bardziej podzielić i zantagonizować. Sic!

       Ostatnie wydarzenia i rozwój sytuacji w Stanach Zjednoczonych wskazują jednak na to, że następuje zwrot w kierunku zwiększania i zaostrzania podziałów w społeczeństwie, ale ma to zupełnie inne przesłanki i źródła, niż te, o których mówił Zinn, umieszczający przyczyny tych podziałów w jądrze amerykańskiego systemu ekonomicznego i politycznego. Moim zdaniem wynikają one z czegoś zupełnie innego – i jest to zjawisko socjologiczne mające bardziej podłoże psychologiczne, niż ustrojowe czy ekonomiczne.

       Aby to wyjaśnić, pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż wszystko wskazuje na to, że jesteśmy zaprogramowani na trzymanie się jednej strony jakiejś kulturowej narracji (wywodzącej się z religii, polityki, etnicznego backgroundu, rodzaju edukacji… z wszystkiego, co konstytuuje naszą osobowość i światopogląd). To właśnie dlatego fakty zwykle nie zmieniają naszego sposobu widzenia świata – naszego postrzegania rzeczywistości czy też podejścia do prawdy. Nasza „prawda” jest więc często tylko przekonaniem lub zaledwie przypuszczeniem. Tak naprawdę nie widzimy rzeczywistości, tylko jej przedstawienie, które z kolei interpretujemy, przepuszczając to przez filtr naszej percepcji. Wszyscy żyjemy we mgle mitów – również tych historycznych – zwanych kulturą. A teraz, w dobie masowej (dez)informacji, ta kultura staje się coraz bardziej rozcieńczona i zafałszowana, przez co mamy wrażenie, iż żyjemy w jakiejś erze zagmatwania i post-prawdy.
Według mnie tym właśnie można wytłumaczyć to, co się dzieje obecnie z ludźmi nie tylko w Ameryce, ale i w innych krajach – coraz bardziej podzielonymi i od siebie odseparowanymi – zamykającymi się w swoich bańkach, okopującymi się na własnych pozycjach. Z gniewem reagującymi na poglądy inne, niż wyznawane przez nich samych. Nietolerującymi innego zdania, czy odmiennych opinii i dlatego usuwającymi reprezentujących je ludzi ze swojego pola widzenia, wyrzucającymi ich poza krąg własnego doświadczania świata, bo ci burzą im spokój obrazów tworzonych przez przyjęte już przez nich fikcje i własne iluzje. To dlatego tak ławo jest ludźmi manipulować, antagonizować ich i dzielić. Ponadto, wojna idei – jak każda wojna – jest bardziej destrukcyjna, niż konstruktywna, a jej pierwszą ofiarą jest nie tylko święty (s)pokój, ale i rozum.
Stąd właśnie bierze się „cancel culture” – kultura wykluczania, która jest niczym innym, jak pseudo-kulturą zamykania się i ograniczania (często ogłupiania) na własne życzenie. Nie ma już żadnego dialogu – jest tylko obrzucanie się inwektywami i memami, które odbijają się od obrzucanych, jak ten groch od ściany.
Zjawiska te zaczęły obejmować wszystkie sfery kultury, przenikając do polityki i mediów, a nawet do ekonomii, czy też właśnie do szkół, uczelni i systemów nauczania – w tym nauczania historii. „Wyszły” też na ulice – o inwazji tzw. „społecznościowych” forów nie wspominając.

Martin Luther King: „Wszystko, co widzimy, jest cieniem rzucanym przez to, czego nie widzimy”

.

       Najwięcej miejsca i uwagi w „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” poświęca jej autor buntom i protestom ludzi, którzy czuli się w jakiś sposób pokrzywdzeni – zniewolonych czarnoskórych, wyzuwanych z ziemi autochtonów, pozbawionych praw obywatelskich i zepchniętych na margines społeczny kobiet, nisko opłacanych i eksploatowanych do granicy fizycznej wytrzymałości robotników, pomiatanych przez oficerów szeregowych żołnierzy, czy przetrzymywanych w nieludzkich warunkach więźniów. Trudno się nie solidaryzować z Zinnem w tym pochyleniu nad autentyczną ludzką krzywdą.
W książce mamy też szeroki opis ruchów robotniczych, zakładania i działania przeróżnych, bardziej lub mniej radykalnych partii socjalistycznych, także komunistycznych, przy czym autor w żadnym miejscu nie wyjaśnia dlaczego partie te nigdy nie zdobyły szerokiego poparcia w społeczeństwie. O tym, że związki zawodowe, które – zwłaszcza w początkach swojej działalności – wywalczyły dla robotników lepsze warunki pracy, prawa socjalne i podwyżki płac, ale z czasem zamieniły się w para-mafijne organizacje dbające tylko o swoje wpływy i apanaże, lekceważące położonych niżej w hierarchii związkowej członków, Zinn wspomina jakby mimochodem.
Nader rzadko wtrąca sugestie, że również kapitaliści – elita rządząca i przemysłowa magnateria – starała się niekiedy polepszyć, czy nawet zreformować system na korzyść robotników. W zupełności pomija działalność bogatej elity na rzecz społeczeństwa, ich wkład w kulturowy rozwój kraju czy polepszenie warunków socjalnych, w jakich żyły klasy niższe.
Nie wyjaśnia też – o czym już wspomniałem – powodów, dla których miliony ludzi z całego świata emigrowało do Stanów Zjednoczonych, by się w nich osiedlić i pracować. Czyżby nie odstraszał ich panujący tu kapitalistyczny wyzysk i rząd, który był ich wrogiem? Nie wymagam już od Zinna, aby napisał coś o tym, dlaczego nikt z tych ludzi nie chciał emigrować do krajów socjalistycznych, gdzie panował ustrój przez niego przecież preferowany. Cóż, często całe rzesze ludzi „głosują” nogami.
Zanim jednak zakończę tę rozprawę, której obszerność wymknęła się nieco mojej kontroli, muszę jeszcze raz zaznaczyć, iż gdyby przyszło mi się opowiedzieć po czyjejś stronie w tym wysiłku ludzi dążących do poprawienia swojego bytu i wyegzekwowania prawa życia w godziwych warunkach, jaki miał miejsce w amerykańskiej historii, to byłaby to ich strona.

       Rzecz, którą piszę, ma dotyczyć książki Zinna, więc nie mam tu miejsca na analizę tego, co dzieje się obecnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie establishment (polityczny, korporacyjny, medialny, administracyjny) pod lewicowym przybraniem umacnia tylko swoją pozycję, mamiąc społeczeństwo, kreując w nim nowe – i zaostrzając istniejące już – podziały, podrzucając ludziom kości niezgody, jakimi są bez wątpienia istotne dla bezpośrednio zainteresowanych, ale mało istotne w ekonomiczno-społecznej makro-skali tematy zastępcze (BLM, LGBT, aborcja, domniemana „dyskryminacja” kobiet… etc.) A przy okazji pogłębiając ekonomiczną przepaść dzielącą klasę najwyższą od reszty społeczeństwa, cały czas powiększając swoje – i tak już obsceniczne – bogactwo.
Skonstatuję tylko, że podczas gdy poprzednie protesty społeczne dotyczyły spraw naprawdę ważnych i realnie istotnych – zwykle były też one jak najbardziej uzasadnione – to obecnie coraz bardziej stają się oderwane od rzeczywistości, co ma swoje źródło w zniekształcaniu tej rzeczywistości przez media i polityków – poprzez stosowaną przez nich bardziej lub mniej cyniczną manipulację i granie na ludzkich emocjach.
Niestety, „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” Howarda Zinna, nie przyczynia się według mnie do zmiany tego stanu rzeczy, a wręcz przeciwnie: umacnia jednostronne, czarno-białe widzenie rzeczywistości i wynikające stąd antagonizmy, jak również zaburza prawdziwy obraz amerykańskich dziejów, który jest znacznie bardziej kompleksowy, niż widzi to – i przedstawia – radykalna lewica.

*  *  *

POST SCRIPTUM
Tutaj mała uwaga. Zdaję sobie jednak sprawę z pewnej archaiczności powyższej recenzji/polemiki/krytyki. Nie tylko dlatego, że od ukazania się po raz pierwszy książki Zinna upłynęło wiele lat i od tamtego czasu zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na świecie zmieniła się sytuacja polityczna – doszły nowe problemy i nastąpiły różne przetasowania (także te związane z pandemią), ale również z tego powodu, że używane przeze mnie pojęcia kapitalizm, prawica czy lewica uległy od tamtego czasu dość gruntownej transformacji. Zwłaszcza w przypadku kapitalizmu czy lewicy przestały być moim zdaniem adekwatne do tego, z czym mamy do czynienia w teraźniejszości. Podczas gdy dawna lewica zajmowała się głównie kwestiami klasowo-ekonomicznymi, to teraz jej działanie przypomina bardziej wojnę obyczajowo-kulturową. Neoliberalizm wzmocnił globalną siłę sprawczą kapitału, o którym zaczęły decydować ponadnarodowe korporacje i międzynarodowe agencje finansowe (system bankowy) w sprzężeniu z politykami i rządami państw, bez względu na to, jaki wpływ ma na nie „prawica”, „lewica”, „narodowcy”, „liberałowie”, „socjaliści”… etc. Sądzę, że to jest właśnie największym zagrożeniem dla społeczeństw w skali globalnej, choć z drugiej strony może też się przyczynić do zbalansowania różnic dzielących kraje biedne od bogatych. Niestety, to ostatnie wydaje mi się dość niepewne i zwodnicze, bo jak na razie uderza ciągle powiększająca się przepaść między bardzo wąską i bogatą elitą a resztą społeczeństwa, coraz bardziej uzależnioną od decyzji nielicznej – w rzeczywistości ponadnarodowej – grupy posiadającej ogromne zasoby finansowe, a tym samym i władzę. Generalnie rzecz biorąc trudno jest przejrzeć i zdiagnozować wszystkie te procesy zachodzące we współczesnym świecie.

       O tej kapitałowej „lepkości” wobec krajów różniących się politycznie czy ekonomiczne, pisałem w jednym z poniższych komentarzy (stosując naturalnie pewne uproszczenia):
Świat przejmują jak najbardziej kapitalistyczne korporacje (wraz z finansjerą), które wykorzystują każdy sposób, (w tym przybrania lewicowo-progresywne – jak np. w Stanach Zjednoczonych), nacjonalistyczno-populistyczne (jak np. w Brazylii, czy Indiach), biurokratyczno-socjalistyczne (jak np. w Unii Europejskiej), czy pseudo-komunistyczne (jak np. w Chinach) by powiększyć swoje zasoby i wpływy, a tym samym poszerzyć i wzmocnić swoją władzę.
Z tego powodu rządy w każdym z tych krajów żyją właśnie w „konkubinacie” z kapitałem – korporacjami i bankami, które wszystko smarują i napędzają. Jesteśmy już tylko przedmiotem, nie podmiotem – jak sami się łudzimy i jak nas łudzą inni, wmawiając nam, że nadal żyjemy w demokracji.
Tak naprawdę, to kapitalizm – po okresie prawidłowego w pewnym sensie rozwoju – obecnie się „wypacza” (podobnie jak „wypaczył się” wolny rynek, liberalizm, korporacjonizm, liberalna demokracja…) przyjmując formę, którą trudno jest przejrzeć i ogarnąć, nawet ekonomicznym ekspertom. To dlatego nasza przyszłość jest tak niepewna. Ale czy tak nie było w cywilizacyjnych dziejach całej ludzkości?

.

„JFK”, „RUBY”, „BUGSY”… fakty i mity – kino amerykańskie mierzy się z narodową historią

(z filmowego archiwum)

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych prac ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić.

.

„JFK” (reż. Oliver Stone)

Śmierć, która wstrząsnęła Ameryką  ("JFK")

Zamach, który wstrząsnął Ameryką („JFK”)

DALLAS IN WONDERLAND?

 Amerykańska rana narodowa – tak zwykło się mówić o tym wydarzeniu, które niemal 30 lat temu wstrząsnęło Ameryką, zostawiając uraz, przekształcający się z biegiem czasu w prawdziwą społeczną obsesję. 22 listopada 1963 roku zastrzelono w Dallas prezydenta J. F. Kennedy’ego. Echa tego zabójstwa nie milkną do dzisiaj. Napisano na ten temat setki książek, nakręcono kilka filmów, ale dopiero epickie widowisko ekranowe Olivera Stone’a „JFK” rozpętało prawdziwa burzę w amerykańskich mediach.
Reżyser ten cieszy się opinią prawdziwego wichrzyciela, który ma czelność dobierać się swoimi filmami do największych tabu amerykańskiego społeczeństwa. Jednakże, gdyby był jednym z tych niegroźnych maniaków kina, zbywano bo go zapewne pogardliwym wzruszeniem ramion. Ale nie! Stone jest twórcą wielkiego formatu, jego obrazy charakteryzują się ogromną mocą artystycznego wyrazu, jak również kontrowersyjnością, a zarazem nośnością tematu. Oddziaływują tym samym na szerokie kręgi społeczne. Wystarczy wspomnieć te najważniejsze: „Pluton”, „Urodzony 4 Lipca”, „Wall Street”, „The Doors”… Tym filmami Stone zdobył sobie prestiż i poważanie. Gdyby było inaczej, nikt nie powierzyłby mu owych 40 mln. dolarów, jakie kosztowała realizacja filmu
Jeszcze przed premierą „JFK” doczekał się kilku tzw. cover stories. Większość z nich dyskredytowała wysiłek reżysera, jak np. „Newsweek” tytułem „Dlaczego nie można ufać najnowszemu filmowi Olivera Stone’a?” Lwią część tych zarzutów uprzedził i odparł reżyser, publikując swój esej na łamach „Movieline”, a niedawno – w wywiadzie udzielonym w programie „Larry King Live” na kanale CNN.

Cały wątek scenariusza osnuty jest wokół śledztwa, jakie w tej sprawie prowadził Jim Garrison (Kevin Costner), nowoorleański prawnik, stojący wyraźnie w opozycji do tzw. komisji Warrena. Według niego istniało wiele przyczyn, dla których pewne rządowe kręgi i organizacje chciały widzieć Kennedy’ego martwego. Nie wzbudzała ich entuzjazmu jego polityka ustępstw wobec komunistów (porozumienie z Chruszczowem, rezygnacja z inwazji na Kubę), planowane wycofanie się z konfliktu wietnamskiego (co było równoznaczne z ukróceniem koniunktury na zbrojenia – w grę wchodziły dziesiątki miliardów dolarów budżetu na obronę). Lee Harvey’a Oswalda, którego Warren uznał za działającego na własną rękę szaleńca, Garrison (nota bene to na jego książce oparty został scenariusz filmu) uważał za pionka – ofiarę wrobioną przez spiskowców.
W trwającym trzy i pół godziny filmie aż roi się od poszlak, niewyjaśnionych i tajemniczych faktów i zdarzeń, które miały miejsce owego krytycznego dnia. Garrison przedstawiony jest – i to jest jeden z głównych zarzutów – jako postać niemalże ikoniczna: samotny i heroiczny bojownik o prawdę. W rzeczywistości był to ponoć paranoik, przyginający fakty do swoich obsesyjnych hipotez. Lecz akurat temu Stone nie zaprzecza – Garrison ekranowy jest „większy” od Garrisona rzeczywistego. Również idealizacja Kennedy’ego jest daleko posunięta.
Jednakże w niczym nie zmienia to idei i przesłania filmu, który jako specyficzne medium rządzi się przecież swoimi prawami – a tych nie można lekceważyć. Siłą rzeczy musi on operować pewnym skrótem i syntezą.

W „JFK” wykorzystano autentyczne zapisy dokumentalne. Często przeplatają się one z rekonstrukcjami wydarzeń filmowanych na taśmie czarno-białej, który to zabieg nadaje całości znamion dokumentu. Zrobione jest to tak perfekcyjnie, że jedynie wtajemniczeni zdolni są oddzielić jedną warstwę od drugiej. Film – jako całość – hipnotyzuje, wciąga bezkrytycznie w swoją rzeczywistość. Nawet ci, którzy nie podzielają jego tez, przyznają mu status prawdziwego dzieła filmowej sztuki.

Dlaczego w latach 60-tych tak wielu Amerykanów uwierzyło w prawdziwość raportu komisji Warrena, którą teraz większość z nich (ponad 60%) kwestionuje? Otóż wydaje się, że dawało im to wówczas uspakajające i komfortujące poczucie zupełnej przypadkowości tragedii – ot, zrządzenie losu, akt działającego samotnie szaleńca. Trudno byłoby im zaakceptować teorię o maczaniu w tym palców przez instytucje, które z założenia mają pełnić funkcje ochronne społeczeństwa (CIA, FBI, Pentagon, policja…). Musiałoby to pociągnąć za sobą daleko idące konsekwencje: utratę poczucia bezpieczeństwa i – pośrednio – wzięcia winy na siebie. Tym sposobem zrodził się mit.

Czy Stone spodziewał się, że jego film spowoduje wznowienie śledztwa w sprawie zabójstwa prezydenta? Nie. Być może jednak doprowadzi do ujawnienia dokumentów CIA (zamrożonych do 2029 roku), gdyż ponad wszelką wątpliwość, tam doszukać się można odpowiedzi na większość z intrygujących pytań, na które do dziś nie ma odpowiedzi. Być może przyczyni się też do ukrócenia politycznej arogancji i i zwyrodnienia instytucji uzurpujących sobie pozycję ponad prawem, tłumaczących swe machinacje i knowania bliżej nieokreślonym „interesem państwa”. Historia wymaga, by poddawać ją nieustannej rewizji, gdyż „prologiem jest przyszłość” – jak twierdzi zamykający film napis.

„RUBY” (reż. John Mackenzie)

Jack Ruby strzela do Oswalda   ("Ruby")

Jack Ruby strzela do Oswalda („Ruby”)

O CZŁOWIEKU, KTÓRY ZABIŁ CZŁOWIEKA, KTÓRY ZABIŁ (?) KENNEDY’EGO

Któż teraz może twierdzić, że Hollywood nie ma żadnego wpływu na historię? Bo faktem mającym niewątpliwie znaczenie historyczne jest planowane ujawnienie tajnych akt FBI i CIA, dotyczących śledztwa w sprawie zabójstwa J. F. Kennedy’ego, zamrożonych początkowo do roku 2029. Ostatecznie decyzja należy do prezydenta, jednakże dyskusje wśród senatorów wskazują jednoznacznie, że do tego dojdzie.
Wszystko to za sprawą wrzawy i burzy kontrowersji wywołanych przez film Olivera Stone’a „JFK”, w którym sugeruje się, że tragiczne wydarzenia w Dallas reżyserowane mogły być przez CIA i mafię zasilaną kubańskimi antykomunistami. Lee Harvey Oswald był jedynie fanatyczny narzędziem, czy też wręcz rekwizytem i pionkiem wrobionym przez konspiracyjnych potentatów. Podejrzenia nie ominęły też policji w Dallas, FBI, a nawet Pentagonu. Wprawdzie sam słyszałem, jak polityczni luminarze nazywali Stone’a człowiekiem „chorym, paranoikiem, który wyrządza karygodną krzywdę amerykańskiemu społeczeństwu”. Jednakże, podczas gdy zaledwie parę miesięcy temu odrzucano decydowanie teorię spisku i konspiracji, to teraz – w obliczu ujawnienia akt – spuszcza się z tonu i przyznaje, iż rzeczywiście za Oswaldem mogli stać inni.

Tak więc echa fenomenu „JFK” jeszcze nie wybrzmiały, a oto na ekrany trafia „Ruby”, kolejny film nawiązujący do tego samego tematu. Tym razem zajmuje się Jackiem „Ruby” (właśc. Jacob Leon Rubenstein) – człowiekiem, który na oczach milionów telewidzów zastrzelił Oswalda. I to jest jedna z niewielu rzeczy, jakich możemy być pewni. Na temat motywów jakimi kierował się Ruby, można tylko spekulować – i tak też robi reżyser John Mackenzie.

Wiemy kim był Jack Ruby. Właścicielem dallaskiego baru ze streap-teasem jako główną atrakcją. Były żołnierz chicagowskich gangsterów, który popadłszy w niełaskę, musiał uciekać z Wietrznego Miasta. Drobiazgowe, bardziej lub mniej oficjalne śledztwa, przeprowadzane po zastrzeleniu Kennedy’ego i Oswalda, wykazały jego związki z FBI, CIA, policją oraz mafią, która próbowała zwerbować go do zamachu na Fidela Castro. Bardziej precyzyjne ustalenie tych powiązań okazało się jednak niemożliwe, wszystko więc pozostało w sferze hipotez i domysłów. Mimo to, można było oczekiwać od twórców zajęcia bardziej konkretnego stanowiska. Jednak ci wyraźnie starali się tego uniknąć, ograniczając się jedynie do sugestii i fragmentarycznej prezentacji labiryntu przypuszczeń.
Dlaczego Ruby strzelił do Oswalda? Hipoteza sentymentalna, według której był to heroiczny akt i manifestacja zranionego patriotyzmu, byłaby trudna do przełknięcia, nawet ujęta w hollywoodzkie standardy, który w sentymentalizm raczej nie boi się zapuszczać. Nie ma też żadnych dowodów na to, że był to mord zlecony, mający na celu zamknięcie Oswaldowi ust na wieczność. Filmowy Ruby, wciągnięty niemal przypadkowo i bezwiednie przez mafię, FBI, CIA w brudne konszachty, sam niejako czuje się winny za śmierć Kennedy’ego. Zabicie Oswalda ma więc być swoistym oczyszczeniem – próbą wydobycia na światło dzienne prawdy (!?)

Film nie nuży, prowadzony jest sprawnie, co w zatrzęsieniu różnych „śmieci” rzucanych na ekran w ramach kina masowej rozrywki jest niewątpliwym komplementem. To jednak, że wisi na nim cień giganta „JFK” – z którym, siłą rzeczy „Ruby” się wiąże – nie wydaje się działać na korzyść tego filmu.

„BUGSY” (reż. Barry Levinson)

Kobieta, adrenalina, siwy dym i testosteron - Annette Bening i Warren Beatty w filmie "Bugsy"

Kobieta, adrenalina, feromony, siwy dym, krew i testosteron – Annette Bening i Warren Beatty w filmie „Bugsy”

GANGSTER CZARUJĄCY

„Bugsy” jest triumfem tego, co jest istotą kina, czyli iluzji. To także dowód na to, że Hollywood nie może się obejść bez mitu i archetypu amerykańskiego bohatera. Kiedy wojna w Wietnamie zabiła klasyczny western, który jedynie z rzadka pojawiał się później na ekranach (a jeśli już się ukazywał, to w formie alternatywnej – antytezy gatunku, jak np. u Altmana czy Peckinpaha), to właśnie gangster pozostał, wypierając bardziej stereotypowego, archaicznego i niepotrzebnego już we współczesnej narodowej narracji amerykańskiej kowboja.
Od wielu lat, nie ma w kinach sezonu bez filmu gangsterskiego. Zainteresowanie „Alem Capone i innymi” nie wygasa, owocując niekiedy obrazami mającymi moc kulturowego fenomenu – tak, jak było to choćby w przypadku „Ojca chrzestnego” Coppoli.
Zaś inną już zupełnie sprawą jest przystawanie tych obrazów do rzeczywistości. Autentyczni gangsterzy to ponoć nudne, nadęte typy, których działalność niewiele ma wspólnego z atrakcyjnością i widowiskowością wyczynów ich celuloidowych odpowiedników. Filmom złym ewidentnie wytyka się to bezlitośnie, lecz tym, które są tak znakomite, jak „Bugsy”, bardzo łatwo się ową fantastyczność wybacza.
Bowiem kim w rzeczywistości był Benjamin „Bugsy” Siegel? Wiele wskazuje na to, że przede wszystkim psychopatycznym mordercą, neurotycznym pozerem i mitomanem owładniętym obsesją wybudowania w pustynnej Nevadzie przybytku seksu i mamony, erotomanem otaczającym się całym wianuszkiem kochanek… A jakiego spotykamy na ekranie? Króla życia, szastającego bez umiaru pieniędzmi i „zaliczającego” po kolei co bardziej atrakcyjne kobiety Hollywoodu, szarmanckiego dandysa zbrodni, wizjonera i romantyka z duszą artysty, legendarnego pomysłodawcę Las Vegas…

To, że ekranowy Bugsy jest dla widza postacią tak atrakcyjną, sprawił oczywiście Warren Beatty, który w roli tej jest rzeczywiście fantastyczny. W rzeczywistości jednak, nigdy nie wierzymy, że to prawdziwy, bezwzględny gangster – tyle w nim ujmującego czaru i chłopięcego wprost uroku. Wobec tego, nawet to jego okrucieństwo i bezwzględność, której często jesteśmy świadkami, wydaje się być czymś umownym, abstrakcyjnym, jakimś wymogiem scenariusza – choć rzeczywiście budzi niekiedy wstręt i przerażenie. Ale jest to paradoks, który przydaje jedynie filmowej uczcie smaków.
Właśnie – skoro mowa o smakach, to prawdziwą pikantnością nasącza film romans Bugsy’ego z Virginią Hill, atrakcyjną gwiazdeczką, która staje się nie tylko jego kochanką, ale i wspólniczką w interesach, a konkretnie w budowie kompleksu hotelowego i luksusowego kasyna, zwanego „Pink Flamingo”. W roli tej widzimy Annette Bening, będącą partnerką Beatty’ego również poza filmowym planem, obdarzając go nawet niedawno potomkiem (nota bene pierwszym dla mającego 55 lat aktora). Razem tworzą najbardziej oplotkowywaną parę w Hollywood dnia dzisiejszego. Może właśnie dlatego ani przez chwilę nie wątpimy w prawdziwość namiętności łączącej Virginię i Bugsy’ego. Ten związek elektryzuje i ową chemistry, jaka się między nimi wytwarza, odbieramy jako coś autentycznego i naturalnego, co jest – wbrew pozorom – zjawiskiem w kinie nie takim znów częstym. Ale… jakże mogło być inaczej, skoro Warren Beatty już od kilkudziesięciu lat jest synonimem hollywoodzkiego playboya, łamacza serc i podrywacza, ze swoim haremem, do którego przyjemność (przynajmniej do pewnego czasu) miały takie kobiety, jak np. (wymieniam tylko małą próbkę tych bardziej znanych): Madonna, Isabelle Adjani, Brigitte Bardot, Candice Bergen, Maria Callas, Cher, Julie Christie, Joan Collins, Catherine Deneuve, Faye Dunaway, Księżna Jugosławii Elżbieta, Jane Fonda, Melanie Griffith, Daryl Hannah, Goldie Hawn, Margaux Hemingway, Barbara Hershey, Diane Keaton, Jacqueline Kennedy Onassis, Vivien Leigh, Elle Macpherson, księżniczka Małgorzata, Linda McCartney, Joni Mitchell, Mary Tyler Moore, Michelle Phillips, Vanessa Redgrave, Diana Ross, Diane Sawyer, Carly Simon, Barbra Streisand, Liv Ullmann, Natalie Wood… i wiele, wiele innych, bardziej już niesławnych i anonimowych.

PS. I pomyśleć, że kiedyś dosłownie zderzyłem się z Warrenem Beatty w momencie, kiedy wychodził on z toalety w Beverly Hills Hotel – na szczęście nie poczułem żadnych unoszących się za nim feromonów, ani nawet zapachu kobiety, z którą – jak się później okazało – spożywał kolację w restauracji tego słynnego z hollywoodzkich schadzek hotelu.

.

INDIAŃSKI HOLOCAUST?

o stosunkach Europejczyków z Indianami po raz trzeci… i ostatni

*

Temat indiański pojawił się na mojej stronie dość przypadkowo (przywołała go dyskusja pod wpisem Bitwa nad Little Bighorn), ale jednak myślę, że warto było przy tej okazji wskrzesić dwa artykuły, które opublikowałem swego czasu w prasie polonijnej. Stanowiły one dwa ostatnie moje wpisy: Cywilizowani i „dzicy” oraz Sumienie Zachodu. Napisałem je 17 lat temu i sam byłem ciekaw, jak też sprawdzą się one (choćby w moim odbiorze) dzisiaj – zważywszy na to, że człowiek niewątpliwie zmienia się z czasem, a 17 lat to spory szmat czasu. Oczywiście, gdybym miał na te tematy napisać dzisiaj, oba te teksty wyglądały by inaczej, choć jednak – w ogólnym zrębie – tak bardzo by się nie zmieniły. W „Sumieniu Zachodu” jednak niektóre akcenty rozłożone byłyby inaczej i pewnie spuściłbym nieco z podniosłego tonu, który miejscami w tym tekście zbliżał się zbyt niebezpiecznie do egzaltacji i patosu. Uzupełniłbym również tekst o pewne motywy, których wówczas zabrakło, a które stawiały jednak temat zagłady Indian w nieco szerszej perspektywie. Nowego artykułu na ten temat pisać nie zamierzałem, niemniej jednak – gwoli uzupełnienia – chciałbym poczynić tutaj kilka uwag, które, jak mniemam, rzucić mogą nieco więcej światła na to, co rzeczywiście zaszło w relacjach europejskich kolonistów i rdzennych mieszkańców Ameryki, i jak doszło do tego, że cywilizacja indiańska praktycznie przestała istnieć. Oto one. 

*

1.

indiański symbolCzy można zagładę Indian Ameryki Północnej nazwać „holocaustem”? Jeżeli termin ten wiąże się z ludobójstwem, które ma na celu likwidację jakiegoś narodu czy rasy, to jednak moim zdaniem odpowiedź na to pytanie powinna brzmieć: nie.  Mimo krwawych incydentów, na terenie obecnych Stanów Zjednoczonych nie miała miejsce celowa eksterminacja Indian. Jeśli ich zabijano, to na pewno nie na masową skalę, tak jak w przypadku XX-wiecznych holocaustów, w których ginęli Żydzi, czy Ormianie. To prawda, że w stosunkowo krótkim czasie wyginęły niemal doszczętnie plemiona indiańskie zamieszkujące wschodnią i północną część terenów należących dziś do Stanów Zjednoczonych, ale główną tego przyczyną były choroby zakaźne przywleczone tu przez europejskich kolonistów, na które tubylcy nie byli uodpornieni.
Na Wschodzie i Północy zdarzały się oczywiście masakry ludności indiańskiej dokonywane przez kolonialne milicje z premedytacją (pisałem o nich w pierwszej części indiańskiego „tryptyku” TUTAJ), ale w skali kilkusetletnich dziejów stosunków białych z tubylcami, były to raczej zjawiska odosobnione.  Nieco inaczej jednak było już na terenach Wielkich Równin, za Missisipi, w czasie podboju (czy też zasiedlania) tzw. Dzikiego Zachodu w XIX wieki, zwłaszcza w jego drugiej połowie. Tam także zdarzały się krwawe starcia na większą czy mniejszą skalę, regularnie toczono bitwy z Indianami, w których liczba ofiar śmiertelnych była stosunkowo wielka. Ale miały też miejsce tzw. „wojny indiańskie”, w których – jak podają historycy – mogło zginąć nawet do 30 tysięcy Indian (na ogólną liczbę ok. 300 tysięcy). Te zbrojne i gwałtowne starcia są jednak lepiej zapisane w naszej świadomości, jak to zwykle bywa z wydarzeniami dramatycznymi, czy też tragicznymi, które z różnych względów (m.in. wskutek ludzkiego upodobania do sensacjonizmu) chętniej nagłaśniane są przez media, tudzież bardziej eksploatowane przez pop-kulturę. A i sami historycy zwracają na nie większą uwagę, bo to dla nich jakby bardziej „wdzięczny” temat, w którym mogą się wykazać i łatwiej zainteresować nim laików.
Co nie znaczy, że kolonizacja – czy też raczej koloniści – nie są winni zagładzie Indian i ich cywilizacji. Tyle, była to zagłada niejako „pełzająca”, rozłożona na wiele lat, może nawet pokoleń – zwłaszcza na terenach położonych bardziej na zachód, stopniowo zasiedlanych przez Europejczyków oraz potomków europejskich imigrantów. Po prostu, Indianie byli nieustannie spychani na coraz większe pustkowia, a odbywało się to na różne sposoby – niekoniecznie zbrojne. Najczęściej była to przemoc, lecz nie bezpośrednia tylko bardziej ukryta. Pozbywano się Indian w sposób – rzec można – „legalny”, bardziej wyrafinowany, ale przez to perfidny. I zawsze, niestety, skuteczny. Zmuszając Indian do ustępowania ziemi białym, skazywano ich na poniewierkę, która okazywała się destruktywna zarówno fizycznie (całe rzesze Indian wyniszczył – oprócz chorób – głód), jak i kulturowo (chcąc przeżyć, Indianie zmuszeni byli porzucić sposób życia jaki praktykowali od wieków.)

2.

Kapitalnym źródłem faktów i opinii – swoistym świadectwem epoki – jest słynna praca Alexisa de Tocqueville’a „O demokracji w Ameryce”, w której jeden z rozdziałów autor poświęca zajmującemu nas tutaj tematowi, nadawszy mu tytuł może trochę rozwlekły lecz adekwatny: „Rozważania na tematy obecnej sytuacji trzech ras ludzkich zamieszkujących terytorium Stanów Zjednoczonych oraz przyszłości, która prawdopodobnie je czeka”. (Tocqueville pisze w nim również o Murzynach, ale nas najbardziej w tej chwili interesują Indianie – dodam tylko, że kwestia niewolnictwa jest przedstawiona tam równie ciekawie.)
Błyskotliwy francuski polityk (minister spraw zagranicznych II Republiki), socjolog, pisarz i myśliciel opisuje oraz diagnozuje ówczesną sytuację, a jego spojrzenie wydaje się dziś nie tylko niezwykle przenikliwe, ale i nowoczesne (mimo, że dzieło to powstało w latach 30-tych XIX wieku). Jak przystało na bystrego obserwatora, a zarazem naukowca, Tocqueville stara się być w miarę obiektywny, nie idealizując – nie obwiniając ani nie usprawiedliwiając – żadnej ze stron, choć nadal jest dzieckiem swojego czasu, nazywając tubylców „dzikusami”, zaś ich kulturę „barbarzyńską”, uznając prymat cywilizacji europejskiej nad każdą inną. Niemniej jednak, jego spojrzenie jest nad wyraz świeże i trafne, pozbawione na dodatek wszelkiego resentymentu, czy innych (niż wspomniane) uprzedzeń.
Dajmy próbkę stylu Toqueville’a. Oto na samym początku rozdziału pisze on: „Wśród tych tak odmiennych ludzi zdecydowanie wyróżnia się człowiek biały. Jest najbardziej oświecony, najpotężniejszy i najszczęśliwszy, jest Europejczykiem, człowiekiem par excellence. Murzyn i Indianin stoją poniżej. Te dwie nieszczęsne rasy nie mają ze sobą nic wspólnego. Dzieli je pochodzenie, wygląd, język i obyczaj – zbliża je tylko nieszczęście. Obie zajmują równie niską pozycję, obie zmuszone są znosić tyranię i choć ich cierpienia są odmienne, sprawcą tych cierpień jest ten sam biały człowiek. Czyż z tego, co dzieje się na świecie, nie wynika wniosek, że Europejczyk jest wobec innych ras ludzkich tych samym, czym człowiek wobec zwierząt? Posługuje się nimi, a kiedy nie może sobie ich podporządkować – niszczy je.”

Spojrzenie Tocqueville’a wydaje mi się być pozbawione sentymentalizmu, ale z drugiej strony, nie unika on stwierdzeń wskazujących na krzywdę Indian – ich nieszczęście i cierpienie – oraz na opresję białych, nazywając rzeczy wprost i po imieniu: „Przemoc białych okazała się dla rasy indiańskiej zgubna. (…) Przed przybyciem białych do Nowego Świata ludy zamieszkujące Amerykę Północną żyły spokojnie w puszczy. Indianie, poddani wszystkim niedogodnościom dzikiego życia, mieli cnoty i przywary właściwe ludom niecywilizowanym. Zepchnąwszy indiańskie plemiona w głąb dzikich terytoriów, Europejczycy skazali je nażycie wędrowne, pełne nędzy i nieszczęść. (…) Osłabiając u Indian przywiązanie do ojczyzny, rozpraszając ich plemiona, zacierając tradycje, zrywając łańcuch wspomnień, przeobrażając wszystkie dawne przyzwyczajenia, powiększając zaś z drugiej strony potrzeby, tyrania Europejczyków uczyniła ich ludźmi bardziej zagubionymi i mniej cywilizowanymi, niż byli poprzednio. Ponieważ moralne i fizyczne warunki życia tych plemion stale się pogarszały, stawały się one bardziej barbarzyńskie, w miarę jak były bardziej nieszczęśliwe. Wszelako Europejczycy nie zdołali całkowicie zmienić charakteru Indian i chociaż w każdej chwili mogli ich zniszczyć, nie mogli ani ich sobie podporządkować, ani ogładzić.(…) [Indianin] znajduje upodobanie w swojej barbarzyńskiej niezależności i woli zginąć, niż zrezygnować z najmniejszej nawet jej cząstki; (…) odrzuca cywilizację nie tyle z nienawiści do niej, ile z obawy przed upodobnieniem się do Europejczyków.” (…) Indianin z Ameryki Północnej, żyjący na swobodzie pośród lasów, był biedny, lecz nie czuł się od nikogo gorszy. (…) Jego dawne życie było ruchliwe, pełne nieszczęść i niebezpieczeństw, lecz jednocześnie emocji i rzeczy wielkich, teraz musi się zgodzić na egzystencję monotonną, nędzną i podłą. (…) Niezależność, jaką się cieszył wśród sobie równych, kontrastuje z niewolniczą pozycją, jaką zajmuje w społeczeństwie cywilizowanym.” (Nic więc dziwnego, że niektórzy biali, zakosztowawszy tej wolności i swobody, wyzwoliwszy się z pęt i hierarchii własnej cywilizacji – która jakoś nie mogła dać im zadowolenia i szczęścia – wybierali życie wśród Indian, a nie wśród kolonistów.)

Jest jeszcze jeden kapitalny fragment w książce Tocqueville’a, którego zacytowania nie mogę się tu oprzeć (odnosi się on do indiańskiej niechęci do życia osiadłego, rolniczego): „Najnędzniejszy nawet Indianin kultywuje w swym szałasie z kory nader wysokie wyobrażenie o o własnej indywidualnej wartości. Niezbędne prace uważa za zajęcie poniżające, rolnika porównuje z wołem przewracającym bruzdy, wszystkie nasze zatrudnienia bierze za wysiłki niewolników. Wprawdzie ma bardzo wysokie pojęcie o sile białych i o wielkości ich inteligencji, lecz podziwiając rezultaty naszych wysiłków, pogardza środkami, które pozwalają nam je uzyskiwać; doświadczając naszej powagi, ma się wciąż za wyższego od nas. Polowanie i wojna to dla niego jedyne zajęcia godne mężczyzny.” (…) Tocqueville tak kwituje niepowodzenie podejmowanych przez Europejczyków prób przekształcenia Indian w osiadłych rolników, którzy co rusz uciekali od pługa do puszczy: „Cywilizacja rodziła się w chacie, lecz w lesie umierała”. Jednym słowem, Indianie okazali się – wedle europejskich standardów – „niereformowalni”.

IndianinTocqueville wskazuje na to, że Indianie przegrywają w nierównej walce. Podaje tego przyczyny i stwierdza, że dzieło ich zagłady dokonuje się w bardzo prosty sposób: kiedyś potrzeby Indian były bardzo skromne, więc – zważywszy także na obfitość ówczesnych zasobów – świetnie dawali sobie radę z ich zaspokojeniem. Europejczycy zaś zapoznali ich z bronią palną, żelazem, alkoholem, końmi; nauczyli ich chodzić w ubraniach z tkanin, a że Indianie nie byli w stanie wyprodukować tego sami, stawali się coraz bardziej zależni od białych. Chcąc uzyskać te nowe dobra, musieli handlować tym, co było im dostępne – głównie futrami, których dostarczała jeszcze puszcza. Z tego względu Indianin zaczął polować nie tylko po to, by zdobyć żywność, ale także po to, by zdobyć przedmioty wymiany. Tym samym potrzeby tubylców były coraz większe, zaś ich zasoby coraz bardziej się uszczuplały. Błędne koło.
W jednym z raportów dla Kongresu stwierdzano: „Indianie muszą pracować ponad siły (…), by wyżywić swoje rodziny. Czasem myśliwy poświęca wiele dni na bezskuteczne tropienie zwierzyny; przez ten czas jego rodzina żywi się korą i korzeniami albo ginie; dlatego też w zimie wielu z nich umiera z głodu.” Tocqueville uzupełnia to następująco: „Indianie nie chcą żyć jak Europejczycy – jednak nie mogą się obejść bez Europejczyków ani też żyć dokładnie tak jak ich przodkowie.” Ślepy zaułek.
Postępująca coraz bardziej na Zachód kolonizacja powodowała coraz większe zmiany w ekosystemie zasiedlanych rejonów. Przed osiedleńcami uciekała zwierzyna, która była podstawą utrzymania tubylców, więc – jak pisze Tocqueville – „wkrótce Indianom brak środków do życia. Nieszczęśnicy krążą odtąd po opustoszałych lasach jak wygłodniałe wilki. Instynktowna miłość ojczyzny przywiązuje ich do ziemi, na której się urodzili, ale znajdują na niej tylko nędzę i śmierć. (…) Ściślej rzecz biorąc, to nie Europejczycy przepędzają Indian, lecz głód – oto subtelne rozróżnienie nieznane średniowiecznym kazuistom, a wykryte przez nowożytnych doktorów. (…) Indianie stracili już ojczyznę; niedługo utracą i własne plemię; zostaną zaledwie rodziny. Ginie imię szczepu, zapomniany zostaje język, nikną ostatnie ślady pochodzenia. Naród przestał istnieć. Żyje jeszcze we wspomnieniach amerykańskich zbieraczy starożytności i zna go jedynie kilku europejskich erudytów.”

3.

Rugowanie Indian z ziem, na których żyli, odbywało się przeważnie w sposób niby to legalny (choć trudno za takowe uznać przymusowe i masowe wysiedlanie w XIX wieku plemion indiańskich i komasowanie ich na tzw. Indian Territory na preriowych pustkowiach Wielkich Równin w centrum kraju), tyle że przebiegły i często jednak cyniczny. Odkupywano od nich ziemię, najczęściej za bezcen, mamiąc tubylców nagłym wzbogaceniem się o pożądane przez nich towary, i wmawiając im, że odchodząc dalej na zachód znajdą nowe ziemie rozległe, bogate w zwierzynę, równie dobre jak ta, a może nawet lepsze – gdzie będą już mogli żyć nie niepokojeni. Indianie, „na poły przekonani, na poły zmuszeni, odchodzą, by zamieszkać na innej ziemi, gdzie biali nie dadzą im zresztą przeżyć w spokoju nawet dziesięciu lat.” (Tocqueville) (Dodam tylko, że wyzuwając Indian z ziemi nie cofano się przed stosowaniem wszelkich dostępnych środków – wliczając w to groźby, oszustwo, przekupstwo, przemoc i alkohol.)
Z kolei ci Indianie, którzy próbowali żyć w sposób osiadły, byli wykorzystywani przez białych mających nad nimi niewątpliwą przewagę: „Dzięki posiadanym środkom i oświeceniu Europejczycy nie omieszkali przywłaszczyć sobie większości korzyści, jakie mogli czerpać tubylcy z posiadania ziemi. Osiedlili się pośród nich, zagarnęli lub wykupili za bezcen ich ziemię i zrujnowali ich za pomocą konkurencji, której Indianie w żaden sposób nie mogli sprostać. Indianie, izolowani w swym własnym kraju, byli już tylko małą kolonią niewygodnych cudzoziemców pośród licznego i dominującego narodu. (…) Do chciwości osadników dochodzi zwykle tyrania rządu. [Tocqueville ma tu na myśli rządy stanowe – przyp. LA] Jeżeli zwrócimy uwagę na tyrańskie decyzje uchwalane przez prawodawców z południowych stanów, na postępowanie ich gubernatorów i działania ich sądów, z łatwością dojdziemy do przekonania, że całkowite wygnanie Indian jest ostatecznym celem, do którego zgodnie zmierzają ich wysiłki.” W innym miejscu Tocqueville pisze: „[istnieją dowody] na wszelkiego rodzaju przestępstwa popełniane przez białą ludność na terytorium Indian. A to Anglo-Amerykanie osiedlają się w części tego terytorium, jakby gdzie indziej brakowało ziemi, i wojska Kongresu muszą ich stamtąd wyganiać; a to porywają bydło, palą domy, kradną owoce pracy tubylców lub dokonują gwałtu na ich osobach. Wszystkie te dokumenty dowodzą, że tubylcy codziennie padają ofiarą nadużywania siły.” Nawet unijny agent do spraw Indian bierze ich stronę, pisząc w swoim raporcie: „Wtargnięcie białych na terytorium Czirokezów spowoduje ruinę ich mieszkańców, którzy wiodą tam teraz życie ubogie i nieagresywne.”

To prawda, że rząd federalny starał się w jakiś sposób rozwiązać kwestię indiańską, i to bynajmniej nie w sposób, na jaki wpadli wysoce cywilizowani Niemcy w połowie XX wieku, mordując miliony Żydów. Nie, pamiętajmy o tym, że Ojcowie Narodu byli ludźmi „oświeconymi”, przepełnionymi ideałami wolnościowymi – to jednak była wówczas awangarda cywilizacji zachodniej, dążąca do demokracji jako najbardziej sprawiedliwego i humanitarnie zaawansowanego ustroju. Sam Jerzy Waszyngton (pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych) uważał (ponoć), że Indianin jest człowiekiem, więc – jako taki – równy jest człowiekowi białemu, tyle, że organizacja społeczna Indian była czymś niższym od organizacji społecznej białych. Waszyngton stworzył nawet sześciopunktowy plan mający na celu „ucywilizowanie” Indian. Napawając się (być może niechcący) własną supremacją, zdobył się kiedyś na takie oto szlachetne oświadczenie: „Jesteśmy bardziej oświeceni i silniejsi od narodów indiańskich; jest (więc) sprawą honoru, byśmy traktowali je dobrze, a nawet wspaniałomyślnie.” Uchwalono nawet ustawę zabraniającą zabierania Indianom ziemi bez ich zgody. Tocqueville wyraźnie bierze stronę rządu federalnego (być może jest to jakiś rodzaj politycznego zagrania, czy może wdzięczności za dobrą gościnę), pisze bowiem: „[Rząd centralny] zaś wcale nie jest nieczuły na nieszczęścia Indian, i szczerze pragnąłby uratować resztki tubylców i zapewnić im swobodne posiadanie ziemi, które sam im zagwarantował. Kiedy jednak usiłuje zrealizować ten zamiar, poszczególne stany stawiają mu niebywały opór;  wówczas rząd bez sprzeciwu przystaje na zagładę paru pierwotnych plemion, już na poły przetrzebionych, by nie narazić amerykańskiej Unii na niebezpieczeństwo. Nie mogąc chronić Indian, rząd federalny chciałby przynajmniej złagodzić ich los. Dlatego też zaczął przesiedlać ich na swój koszt w inne rejony.”

Młoda IndiankaTocqueville pisze tu zapewne o tzw. Indian Act Removal („ustawa o usunięciu Indian”), która w praktyce okazała się dla indiańskich plemion  tragiczna. Francuz zapewne jeszcze wówczas nie wiedział o tym, ile ofiar śmiertelnych pochłonął ten pomysł. Najbardziej zabójczy okazał się tzw. „Szlak  Łez”, na którym zginęły tysiące przesiedlanych (z południowego wschodu za Missisipi) Czoktawów. Niezwykłym trafem, Tocqueville, będąc w Memphis, widział grupę Czoktawów, którzy przeprawiali się na zachodni brzeg rzeki. Mimo, że fragment ten jest dość obszerny, to jednak przytoczę go tutaj in extenso, bo wg mnie ma on nie tylko wielką wartość dokumentalną, ale i niewątpliwe walory literackie, dzięki czemu ów przejmujący obraz na trwałe zapisuje się w naszej pamięci:
„Na własne oczy widziałem cierpienia i nędzę, które staram się opisać, i byłem świadkiem zła, którego opisać nie potrafię. Z końcem 1831 roku znalazłem się na lewym brzegu Missisipi, w miejscu zwanym przez Europejczyków Memphis. Pojawiła się tam wówczas duża grupa Indian Czokto. Indianie właśnie opuszczali swój kraj i chcieli się przedostać na prawy brzeg Missisipi, gdzie mieli nadzieję znaleźć schronienie obiecane im przez rząd amerykański. Był środek zimy, mróz był wyjątkowo silny, śnieg okrył ziemię twardą skorupą, a rzeką płynęły ogromne kry. Indianie, którzy wędrowali razem z rodzinami, ciągnęli ze sobą rannych, chorych, nowo narodzone dzieci i umierających starców. Nie mieli ani namiotów, ani wozów, tylko trochę zapasów i broni. Widziałem, jak wsiadali na statek, by przepłynąć przez wielką rzeką, i ten pełen patosu widok na zawsze zostanie w mojej pamięci. Nie było słychać ni płaczu, ni skarg – wszyscy milczeli. Ich nieszczęścia były nienowe i Indianie wiedzieli, że są nieodwracalne. Wszyscy weszli już na statek i tylko psy zostały na brzegu. Zobaczywszy, że ich panowie oddalają się na zawsze, zaczęły przeraźliwie wyć i wszystkie naraz rzuciły się do lodowatej wody Missisipi, by płynąć za statkiem.”
Dzisiaj wiemy, że spośród ok. 17 tysięcy Czoktawów przesiedlonych wówczas z ich terenów (stany południowo-wschodnie) na tzw. Terytorium Indiańskie (tereny dzisiejszych stanów: Oklahoma, Kansas, Nebraska) zginęło na Szlaku Łez ok. 4 tysięcy osób. Rząd amerykański chciał dobrze, a wyszło jak zwykle – każdy wie, czym wybrukowane jest piekło.

Tocqueville wprawdzie nie potępia amerykańskiego rządu, ale jego komentarz nie pozbawiony jest nuty drwiny i sarkazmu: „Indianie bez trudu dostrzegają, jak prowizoryczne jest proponowane im rozwiązanie. Kto im zagwarantuje, że będą wreszcie mogli odpocząć w swym nowym schronieniu. Wprawdzie Unia zobowiązuje się, że pozwoli im tam zostać, ale przecież tereny, które teraz zajmują, również gwarantowano im niegdyś najuroczystszymi przysięgami. (…) W sposobie postępowania Unii jest mniej głupoty i przemocy niż w polityce realizowanej przez poszczególne stany; ale i jednym i drugim brak woli. Wciąż rozszerzając to, co nazywają dobrodziejstwem swych ustaw o Indianach, stany liczą, że dzicy będą woleli pójść sobie precz, niż ustawom tym się podporządkować. A rząd centralny, przyrzekając tym nieszczęśnikom stałe schronienie na Zachodzie, jest świadom, że nie może go im zagwarantować. Właśnie tak swą tyranią stany zmuszają dzikich do ucieczki, a Unia dzięki swym obietnicom i za pomocą swoich środków tę ucieczkę ułatwia. To tylko różne metody zmierzające do tego samego celu.”

Tocqueville wspomina o Hiszpanach, którzy (w swoich koloniach południowo- i środkowoamerykańskich) szczują Indian psami „jak dzikie bestie”, grabią Nowy Świat „niepoczytalnie i bezlitośnie”, ale po jakimś czasie ten szał mija, a część ludności indiańskiej, która zdołała uniknąć masakry, miesza się w końcu ze zwycięzcami, przyjmując ich religię, język i obyczaje. I tu następuje fragment, który – jak uważam – stanowi małe mistrzostwo świata w sarkazmie, zabarwione na dodatek ironią:
„Stosunek Amerykanów ze Stanów Zjednoczonych do tubylców jest – przeciwnie – przepojony najczystszym uwielbieniem form i legalności. Jeśli tylko Indianie pozostają w stanie dzikości, Amerykanie nie mieszają się do ich spraw i traktują ich jako ludy niepodległe. Nie zajmują ich ziem, dopóki ich nie nabędą na mocy odpowiedniego kontraktu, a gdyby przypadek zdarzył, że jakieś plemię indiańskie nie może już żyć na swoim terytorium, wówczas po bratersku biorą je za rękę i wyprowadzają na śmierć poza granice kraju ojców. Hiszpanie dopuszczali się bezprzykładnych okrucieństw i okryli się wieczystą hańbą, a jednak nie zdołali wymazać rasy indiańskiej z powierzchni ziemi ani nawet zepchnąć jej poza granice prawa. Amerykanie ze Stanów Zjednoczonych osiągnęli i jedno i drugie z nadzwyczajną łatwością, spokojnie, bez trudu, filantropijnie, nie przelewając krwi i pozornie nie naruszając żadnej podstawowej zasady moralności. Trudno byłoby nieść zagładę ludziom, lepiej przestrzegając praw ludzkości.”

4.

Na koniec oddajmy głos samym Indianom. Oto list jaki do amerykańskiego Kongresu napisali w 1829 roku Czirokezi. Abstrahując od grzecznościowego (chyba) początku (z metafizyczno-deterministyczną ideą tam zawartą – że wszystko co się zdarzyło, zdarzyło się z woli Boga, trudno mi się zgodzić, bo to tak, jakby powiedzieć, że Holocaust w Europie też zdarzył się z woli Boga) wyrażona jest w nim esencja tego, co zaszło między europejskimi kolonistami a Indianami:
„Z woli naszego niebieskiego Ojca, który rządzi światem, rasa czerwonych ludzi w Ameryce stała się mała; rasa biała stała się wielka i sławna.
Kiedy wasi przodkowie przybyli na nasze wybrzeża, czerwony człowiek był silny, i mimo iż był ciemny i dziki, przyjął ich życzliwie i pozwolił im postawić zdrętwiałe nogi na suchym lądzie. Nasi i wasi ojcowie podali sobie rękę na znak przyjaźni i żyli w pokoju.
Wszystko o co prosił biały człowiek dla zaspokojenia swoich potrzeb, Indianin ochoczo mu przyznawał. Wówczas Indianin był panem, a biały człowiek prosił. Dzisiaj scena uległa zmianie: siła czerwonego człowieka stała się słabością. W miarę, jak jego sąsiedzi rośli w liczbę, jego władza coraz bardziej słabła; a teraz z tylu potężnych plemion, które zaludniały powierzchnię obszaru, który nazywacie Stanami Zjednoczonymi, zostało zaledwie kilka, które uszły z ogólnej katastrofy. Plemiona z Północy, cieszące się u nas ongiś taką sławą z racji ich potęgi, prawie już zniknęły. Taki był los czerwonego człowieka w Ameryce.
Oto my, ostatni z naszej rasy, czy też musimy umrzeć?
Od niepamiętnych czasów nasz wspólny Ojciec, który jest w Niebiosach, dał naszym przodkom ziemię, którą zajmujemy; nasi przodkowie zostawili nam ją w spadku. Zachowaliśmy ją z szacunkiem, gdyż są w niej ich prochy. Czy kiedykolwiek odstąpiliśmy lub utraciliśmy ten spadek? Pozwólcie, że was zapytamy, czy naród może mieć lepsze prawo do jakiegoś kraju niż prawo dziedziczenia i posiadania od niepamiętnych czasów? Wiemy, że stan Georgia i prezydent Stanów Zjednoczonych twierdzą dzisiaj, że utraciliśmy to prawo. Ale nam to stwierdzenie wydaje się bezpodstawne. W jakiej epoce utraciliśmy je? Jaką popełniliśmy zbrodnię, która mogłaby pozbawić nas ojczyzny? (…) Nasi ojcowie nigdy nie zgodziliby się na traktat, którego wynikiem byłoby wyzucie ich z ich najświętszych praw i odebranie im ich kraju.”

5.

Jest ironią dziejów, a może tylko zwykłym zakłamaniem, że cywilizacja, która uznała się za najwyższą, najbardziej rozwiniętą i wyrafinowaną (również najbardziej sprawiedliwą i „humanitarną”) jaka kiedykolwiek powstała na Ziemi, dokonała także największych zbrodni ludobójstwa (jeśli chodzi o ich masowość i skalę), jak również największych grabieży globalnych, zagarniając ziemię obcych narodów, niewoląc i eksploatując podbite ludy – uważając się na dodatek za „chrześcijan”, czyli ludzi, którzy powinni kierować się naukami Jezusa Chrystusa, jednego z najlepszych, najbardziej współczujących i miłosiernych ludzi, jacy żyli kiedykolwiek na naszej planecie. To są fakty, których żadną retoryką, kazuistyką, ekwilibrystyką myślową nie możemy zmienić.
Wyniszczenie Indian – zarówno fizyczne, jak i kulturowe – było tylko jednym z wielu tego typu „występów” naszej wspaniałej europejskiej cywilizacji na arenie świata.
Mam nadzieję, że ci, którzy zapoznali się z moim artykułami na temat wzajemnych stosunków Europejczyków z Indianami, jakie miały miejsce w czasie kolonizacji kontynentu północnoamerykańskiego, dojdą do swych własnych wniosków (chciałbym, aby ten tekst okazał się do tego pomocny), tak jak do swych wniosków starałem się dojść i ja, przypominając sobie temat, który – właściwie już od dziecka – nie był mi obojętny, i o którym chciałem zdobyć jakąś konkretną wiedzę. Zdając sobie sprawę z tego, że nadal jest ona dość mocno ograniczona, mimo to chciałbym podsumować ten „indiański tryptyk” kilkoma swoimi (ergo subiektywnymi) uwagami.

Gotów jestem uznać to, że kolonizacja obu Ameryk przez Europejczyków była czymś, czego nie można było uniknąć (zważywszy na ekspansywny charakter cywilizacji Zachodu), a jednak za wszelkie nikczemności, jakie się z tym wiązały, odpowiedzialność spada na wszystkich tych, którzy w całym tym procederze brali udział.
Skupmy się jednak na Ameryce Północnej: koloniści europejscy – jak by na to nie patrzeć – byli wobec zamieszkujących ten kontynent ludów najeźdźcami, czyli agresorami – i to już ustala etyczną perspektywę, z jakiej powinno się na ich stosunki (i wzajemna walkę) patrzeć. Indianie mieli więc prawo, by stawiać zbrojny opór – i stosować wszelkie możliwe środki, by się przed zniewoleniem i likwidacją bronić. Lecz ich opór – i wszystko co robili – okazało się nieskuteczne, choćby z powodu kolosalnej przewagi kolonizatorów-najeźdźców, zarówno liczebnej, jak i technicznej czy organizacyjnej.
Czy można było uniknąć całkowitej niemal eliminacji cywilizacji indiańskiej, która istniała na terenach zajmowanych obecnie przez Stany Zjednoczone w epoce prekolumbijskiej? Myślę, że tak. Naturalnie trudno było – zważywszy na ówczesny stan medycyny – uniknąć dewastujących całe populacje plemienne epidemii, ale jednak – zachowując większą konsekwencję prawną, dotrzymując umów i podpisanych traktatów – można było dokonać wydzielenia większego obszaru kontynentu, na którym Indianie mogliby żyć i funkcjonować w miarę niezależnie i autonomicznie. Wprawdzie próbowano stworzyć coś podobnego (Terytorium Indiańskie zajmujące Wielkie Równiny na zachód od Missisipi), ale realizacja tego pomysłu okazała się jednym wielkim fiaskiem, z tragicznym skutkiem dla wielu tysięcy Indian, których de facto przegnano z zamieszkałych przez nich ziem, położonych w różnych rejonach kraju, i polecono osiedlić się na mało gościnnych klimatycznie i topograficznie obszarach, które i tak wkrótce im zabrano. I cokolwiek by nie pisać o dobrej woli rządu federalnego, (w którą zresztą bardzo wątpię – bo to były tylko „szlachetne” deklaracje i słowa, słowa, słowa… jak się okazało, bez pokrycia) to jednak, siłą rzeczy, cała odpowiedzialność za zaistniałą tragedię spada na rząd amerykański, który okazał się po prostu nieskuteczny – czy to z powodu własnej słabości, niekonsekwencji, opieszałości, ignorancji, dwulicowości, czy nawet złej woli – by temu złu zapobiec.

Nie przekonują mnie zupełnie dzisiejsze głosy, starające się usprawiedliwić tamte przewiny i złoczyństwo tzw. „realiami epoki”. Już wtedy bowiem dysponowano odpowiednimi przesłankami etycznymi (dekalog był taki sami, takoż identyczne były nauki Chrystusa, którego naśladowcami mienili się niemal wszyscy koloniści), by zło nazwać złem, a zbrodnie zbrodnią. I oczywiście już wtedy znaleźli się ludzie, którzy nie zamykali ust i nazywali rzeczy po imieniu – lecz była ich w sumie garstka. Ich głos nie miał praktycznie żadnego znaczenia, kiedy przychodziło „co do czego”, czyli kiedy trzeba było realizować swoje partykularne, egoistyczne interesy, związane – czy to z chciwością i pędem do bogactwa (najczęściej) – czy też po prostu z wolą do przetrwania.
Tak więc, wszystkie te poruszone przeze mnie kwestie wydawać się mogą skomplikowane, ale w rzeczywistości są jednak proste: jeśli naprawdę chcemy być sprawiedliwi, to uświadomimy sobie to, kto postępował źle, a kto dobrze – i do tego wystarczy tylko w miarę otwarta głowa, tudzież zdobycie odpowiedniej wiedzy i minimum etycznej wrażliwości. Reszta to zasłony dymne i tak zwana ściema.

greydot

Indianie prerii

*

Powiązane artykuły: „Cywilizowani i Dzicy, czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami” i „Sumienie Zachodu”.

*

SUMIENIE ZACHODU

czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami raz jeszcze

Dyskusja pod wpisem „Bitwa nad Little Bighorn” przypomniała mi tekst jaki swego czasu napisałem, dotyczący stosunków Indian Ameryki Północnej z europejskimi kolonizatorami. Przytoczyłem go w poprzednim wpisie TUTAJ. Teraz chciałbym zamieścić jego drugą część, komplementarną wobec tamtego, zawierającą wypowiedzi samych Indian, wykaz przyczyn tamtego stanu rzeczy, jak również refleksje oraz wnioski, jakie wynikają ze sposobu, w jaki Europejczycy traktowali podrzędnych w ich mniemaniu ludzi na kolonizowanym przez siebie kontynencie. (Artykuł opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim”, 20 grudnia, 1996 r.)

 

Indianin

*

Indianie byli ludźmi myślącymi i czującymi – wbrew intencjom w postrzeganiu ich przez białych jako „dzikusów”. Tragiczny los w Ameryce uczynił z nich naród cierpiący. Chciałbym założyć, że mimo niewiarygodnego zniekształcenia obrazu Indian przez kulturę masową i media popularne, wiemy jak naprawdę wyglądały dzieje stosunków białych z tubylcami. Jeżeli się mylę, to wypada mi tylko tych, których ów problem zainteresuje, odesłać do książki Dee Browna „Bury My Heart at Wounded Knee, będącej pasjonująco napisaną historią Indian Ameryki Północnej. Z niej to właśnie pochodzą zacytowane poniżej autentyczne wypowiedzi rdzennych Amerykanów (tłumaczenie własne).

JESTEM GŁOSEM MOICH LUDZI…

„Gdzie są dzisiaj Indianie Pequot? Gdzie są Narragansett, Mohikanie, Pokanoket i wiele innych wielkich plemion naszego narodu? Zniknęły wskutek zachłanności, skąpstwa i opresji białego człowieka; zniknęły tak, jak znika śnieg od letniego słońca.
Czy możemy pozwolić, by zniszczono nas bez walki; opuścić nasze domy, nasz kraj dany nam przez Wielkiego Ducha? Porzucić groby naszych zmarłych i wszystko, co jest nam drogie i święte? Będziemy krzyczeć: nigdy! nigdy!”

Tecumseh z plemienia Shawnee

„Nie chcieliśmy wyrządzić białemu człowiekowi krzywdy, nigdy nie mieliśmy takiego zamiaru… Chcieliśmy być przyjaciółmi białego człowieka… Bizonów ubywa coraz szybciej. Antylop, których kilka lat temu było wiele, teraz jest bardzo mało. Kiedy te zwierzęta wyginą, będziemy głodni i przyjdziemy do fortu. Wasi młodzi ludzie nie powinni do nas strzelać, a jednak, kiedy nas widzą, strzelają, a my strzelamy do nich.”

Tankahaska

„Jestem tylko jednym człowiekiem, ale jestem głosem wielu moich ludzi. Mówię to, co jest w ich sercach. Nie chcę więcej wojny. Chcę być człowiekiem. Odmówiliście nam praw, jakie mają biali ludzie. Moja skóra jest czerwona, moje serce jest takie samo jak serce białego człowieka, ale jestem Modokiem. Nie boję się umrzeć. Nie dam się rzucić na skały. Kiedy będę umierał, moi wrogowie będą pode mną. Wasi ludzie napadli nas, kiedy spaliśmy nad Zagubioną Rzeką. Przypędziliście nas do tych skał jak zranione sarny…”

Kintpush z plemienia Modok

„Słyszałem, że chcecie nas umieścić w rezerwacie blisko gór. Nie chcę się tam osiedlać. Kocham wędrówkę po prerii. Tutaj czuję się wolny i szczęśliwy. Kiedy się osiedlamy, robimy się bladzi i umieramy. Położyłem obok siebie lancę, łuk i tarczę, a mimo to czuję się bezpieczny w waszej obecności. Powiedziałem wam prawdę. Niczego nie ukrywam, ale nie wiem, jak jest naprawdę z komisarzami. Czy są tak samo otwarci, jak ja? Dawno temu ta ziemia należała do naszych ojców, ale kiedy podchodzę do rzeki, widzę żołnierskie obozy na jej brzegach. Żołnierze ścinają nasze drzewa, zabijają nasze bizony i kiedy to widzę, serce mi pęka. Jest mi przykro… Czy biały człowiek stał się dzieckiem, by bezmyślnie zabijać i nie jeść? Kiedy czerwoni ludzie polują na zwierzynę, robią to tylko po to, by nie głodować.”

Satanta, wódz plemienia Kiowa

Red Cloud Czerwona Chmura

Red Cloud

„Biali opowiadają tylko jedną stronę. Opowiadają to, co ich zadowala, co jest im bardziej wygodne. Opowiadają, a większość z tego nie jest prawdą. Tylko najlepsze swoje uczynki, tylko najgorsze uczynki Indian – to mówi biały człowiek.”

Żółty Wilk z plemienia Nez Perces

„Kiedy ludzie chcą zabić bydło, gnają go dotąd, aż zapędzą do zagrody i wtedy je zarzynają. Tak było z nami… Moje dzieci zostały wytępione, moi bracia zabici…”

Stojący Niedźwiedź z plemienia Ponca

„Powiedziałem oficerowi, że to jest bardzo zły interes – że to bardzo złe, by komisarz wydał taki rozkaz. Mówiłem, że to bardzo źle, że nie powinniśmy walczyć, ponieważ jesteśmy braćmi, ale oficer powiedział, że to bez różnicy; że Amerykanie będą walczyć nawet gdyby narodzili się z jednej matki.”

Nicoagat z plemienia Ute

„Nie było dla nas nadziei na ziemi i wydawało się, że Bóg o nas zapomniał. Niektórzy mówili, że widzieli Syna Bożego, inni go nie widzieli. Jeśli by przyszedł, uczyniłby wielkie rzeczy, tak jak to robił przedtem. Wątpiliśmy w to, ponieważ nie widzieliśmy ani Jego, ani Jego uczynków. Ludzie nic nie wiedzieli, o nic już nie dbali, ale garnęli się do nadziei. Krzyczeli do Niego, jak szaleni – o Łaskę. Chwycili się obietnicy, którą, jak im powiedziano, On poczynił.”

Czerwona Chmura, wódz plemienia Oglala (Lakota)

„Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wiele się skończyło. Kiedy patrzę teraz w przeszłość z tego wysokiego wzgórza mojej starości, ciągle widzę zmasakrowane kobiety i dzieci, leżące jedne na drugich, albo rozrzucone nad krętym wąwozem. Widzę tak jasno, jak widziały to moje młode oczy. I widzę, że coś jeszcze umarło wtedy, w krwawym błocie i zostało pogrzebane przez śnieżną zamieć. Umarło tam ludzkie marzenie. A było to piękne marzenie… Pień narodu został złamany i porozrzucany. Nie ma już rdzenia, a święte drzewo jest martwe.”

Czarny Jeleń (o masakrze pod Wounded Knee)

BIAŁA RASA PANÓW (O KRÓTKIEJ PAMIĘCI)

Chciałbym teraz powrócić do wydanej niedawno, 5-cio tomowej pracy zbiorowej naukowców uniwersytetów polskich i amerykańskich, a mianowicie do „Historii Stanów Zjednoczonych”, z której zaczerpnąłem większość informacji pisząc poprzedni tekst („Cywilizowani i ‚dzicy'”).
Rozdział o Indianach i Europejczykach w brytyjskiej Ameryce Północnej. Część ta poprzedzona jest rozdziałem o systemie niewolniczych brytyjskich kolonii, napisanym przez Irminę Wawrzyczek. Połączenie to nie jest oczywiście przypadkowe. Bowiem zarówno losy Indian, jak i Murzynów, miały w tamtym czasie pewne analogie, a główna wynikała z poczucia przez Europejczyków kulturowo-cywilizacyjnej wyższości, które to (samozwańcze) wywyższenie determinowało i usprawiedliwiało w oczach białych ich hegemonistyczną politykę wobec czarno- i czerwono-skórych ludzi, co oznaczało także wyzysk ekonomiczny tychże (niewolnictwo), jak również zawłaszczanie prawem pięści i kaduka indiańskiej ziemi.
Kiedy czytałem te rozdziały, uświadomiłem sobie po raz kolejny pewną dwoistość, a nawet troistość podejścia reprezentantów współczesnego Zachodu do tamtych faktów, które – jak by się wydawało – miały miejsce w zamierzchłej przeszłości, przez co ów dystans epokowy mógłby ewentualnie usprawiedliwiać dzisiejsze zobojętnienie i umywanie rąk w przeświadczeniu, że to nie nasz problem, nie nasza wina, nie nasze czasy, a nawet nie nasi przodkowie.
A jednak, jeśli tylko popatrzymy na niewolnictwo i eksterminację Indian poprzez pryzmat kryteriów bardziej uniwersalnych – np. z etycznego punktu widzenia człowieka identyfikującego się z cywilizacją chrześcijańską (którą, bądź co bądź, jest cywilizacja zachodnia) i jej dziedzictwem – to nie sposób jest uniknąć pewnych refleksji i wniosków.

NIEUCHRONNOŚĆ, ZADOŚĆUCZYNIENIE I PRZEMILCZANIE

Na czym więc polega troistość podejścia do problemu rdzennych Amerykanów, czyli Indian?

Po pierwsze: uznanie nieuchronności europejskiej ekspansji kulturowo-terytorialnej w czasach kolonialnych, i później, w dobie kształtowania się młodego, niepodległego już państwa amerykańskiego, czyli Stanów Zjednoczonych.

Po drugie: próba zadośćuczynienia niewątpliwej krzywdzie moralnej jakiej doznali wskutek ekspansji białych Indianie, które to zadośćuczynienie objawia się do dzisiaj w różnych formach. Na przykład, poprzez uromantycznianie i idealizowanie kultury indiańskiej (począwszy od pierwszych opisów XVII-wiecznych, poprzez książki J. F. Coopera i Karola Maya, po filmy hollywoodzkie, wśród których sztandarowym przykładem takiego mitologizującego uromantyczniania jest dość świeży jeszcze, celuloidowy fresk pop-kulturowy Kevina Costnera „Tańczący z wilkami”, albo też, nie mniej popularna, disneyowska fantazja animowana „Pocahontas”nota bene oba przypadki są równie dziecinne, acz szlachetne w swoich intencjach.
Pomijam tu gesty i politykę – dawną i dzisiejszą – rządu federalnego wobec rdzennych Amerykanów, gdyż to osobny, a zarazem rozległy, temat. Z podobnych względów, nie rozwijam nawet wątku o czysto komercyjnej eksploatacji indiańskiej legendy w turystyce na terenie całej Ameryki, która to (często wręcz bezczelna) eksploatacja, więcej ma moim zdaniem wspólnego z tandetnym i płytkim kiczem, niźli z autentyczną eksploracją i próbą zachowania ocalałych jeszcze elementów indiańskiej kultury.

I wreszcie po trzecie: ignorowanie, milczenie i obojętność przejawiana nawet w środowiskach badaczy historycznych tamtej epoki.

PRZEDAWNIENIE I SUMIENIE

Czy można mówić o czymś takim jak chrześcijańskie sumienie cywilizacji Zachodu? Jak by nie było, cywilizacja ta uznawana jest za cywilizację chrześcijańską. Ale czy taką jest naprawdę, czy tylko nominalnie? I czy ma sumienie? Jeśli tak, to czy nie jest ono tylko udziałem tych nielicznych – ludzi myślących i czujących, bardziej uwrażliwionych etycznie, świadomych pewnej cywilizacyjnej ciągłości i ewolucji kulturowej Zachodu? Tej garstki „sprawiedliwych”?

Indianka z plemienia Hupa (fot. E.S. Curtis)

Indianka z plemienia Hupa (fot. E.S. Curtis)

A cała reszta? Jest obojętna, albo owe szczątki obecnego w niej chrześcijańskiego sumienia tłumi, skwapliwie unikając wyciągania pewnych wniosków z zachowania się swych braci „chrześcijan” w przeszłości, które to zachowania stały w jaskrawej sprzeczności z tzw. duchem chrześcijaństwa. Dlatego też są wypierane. Wniosków, które skądinąd mogą wydać się banalne (ewolucjoniście, pragmatykowi, cynikowi, realiście…?), iż w rzeczywistym świecie, w sytuacji konfliktowej i konfrontacyjnej, wygrywa ten, kto jest silniejszy, bardziej agresywny, ekspansywny. Wygrywa to, co jest skuteczniejsze (a skuteczność może być pochodną różnorodnych zachowań, wśród których nie brakuje często podstępu, zdrady, fałszu, przebiegłości….). Bezsilna jest wtedy racja, nie liczy się prawo, wyparowuje gdzieś sprawiedliwość, okazując się często wydrwioną mrzonką.
Ten przyrodniczo-ewolucyjno-historiozoficzny amoralizm nie nadaje się więc za bardzo do oficjalnych anonsów, toteż podobnych stwierdzeń explicite raczej się unika. Są one bowiem jakby ustawione pod włos naszego ludzkiego wyczucia kultury i respektu dla niej, burząc przy tym budowany przez nas system etyczny, bez którego jednak trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie jakiegokolwiek społeczeństwa.
Bardzo ciekawym zjawiskiem w tym wszystkim jest fakt, że nawet ci historycy, którzy uznają niesprawiedliwość, a nawet nikczemność praktyki niewolnictwa czy tępienia Indian na kontynencie amerykańskim w czasach kolonialnych i później, podczas ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych, starają się usprawiedliwiać tamtą epokę i jej ludzi, pisząc o specyfice ówczesnej mentalności, przeróżnych uwarunkowaniach społecznych i dziejowych, którym musiano się wtedy podporządkować. Przytaczany jest do znudzenia argument (podobnie jak w przypadku Inkwizycji i wypraw krzyżowych), że nie można dzisiejszych miarek przykładać do tamtej rzeczywistości – inny jest już bowiem sposób myślenia obecnie, a inny był wówczas. Po prostu: inne były czasy.
Lecz można się jednak zapytać naiwnie: dlaczego? Od kiedy zabicie tubylca przestawało być usprawiedliwione dziejowo, a stawało się zbrodnią? Od 1784 roku, a może od 1864? I jeśli ktoś uważał się za chrześcijanina (a lwia część kolonistów i tych, którzy dokonywali podbojów, uważała się za chrześcijan), to czy w ich czasach nauki Chrystusa były inne? Czyżby zmieniły się w międzyczasie zapisy na Mojżeszowych Kamiennych Tablicach? Jakie są więc przesłanki, by usprawiedliwiać nikczemności i zbrodnie, jakich ci ludzie wówczas się dopuszczali? A może nie były to żadne nikczemności i zbrodnie – tylko znak czasu?

RELATYWIZM – DIALEKTYKA I LAWIROWANIE

A propos prób usprawiedliwiania zachowań realiami epoki. Zwróćmy uwagę na to, co pisze Irmina Wawrzyczek: „Stosując język dwudziestowiecznych praw człowieka, kolonialnej kultury anglo-amerykańskiej nie można nazwać inaczej, jak wyzyskiem, tyranią, okrucieństwem, segregacją i dyskryminację. Takie podejście prowadziłoby jednak do zniekształcenia obrazu życia w systemie niewolniczym, widzianego oczami ówczesnych ludzi. Właściwy obraz może natomiast przybliżyć znajomość struktur siedemnasto- i osiemnastowiecznego społeczeństwa hierarchicznego i panujące w tych strukturach relacje międzyludzkie. Otóż ustrój społeczeństwa hierarchicznego nie zakładał równości między ludźmi, ponieważ – według słów bostońskiego kupca Johna Saffina, wypowiedzianych w 1701 roku – Bóg stworzył ‚niektórych maluczkimi i pogardzanymi; niektórych monarchami, królami, książętami, gubernatorami, panami i rozkazodawcami; innych, by byli poddanymi i by im rozkazywano’. Jeszcze innych przeznaczył, ‚by urodzili się niewolnikami i pozostali nimi do końca życia'”.
Dalej Wawrzyczek pisze: „Wprowadzenie Murzynów do tak pojmowanego porządku społecznego nie było więc sprzeczne ze światopoglądem kolonistów. Skuteczność niewolnictwa zadecydowała o jego prymacie wśród systemów pracy. Wiara w hierarchię społeczną, podbudowaną rasizmem, ułatwiła bezkolizyjne wprowadzenie niewolników do systemu kultury. Już jako trwały jej element, niewolnictwo przedłużało siłę i żywotność tradycyjnego porządku społecznego.”

Według mnie, przyjęcie tej optyki może prowadzić do jeszcze jednego – nieuchronnego jak się wydaje – wniosku: nasze oceny moralne są uwarunkowane kulturowo-historycznym momentem, zależą od usytuowania w dziejach.
Tak więc: relatywizm. Dodajmy: relatywizm moralny. Etyka, jako nauka, również podlega zmianom i ewolucji. W takim razie, czy dodatkowo nie wynika stąd jeszcze jeden wniosek o znaczeniu kapitalnym: że nie ma w naszej realności „stosowanej” czegoś takiego, jak wartości absolutne, czyste, bezwzględne?
Nic więc dziwnego, że człowiek chcący zawsze czuć grunt pod nogami, chciał się przed takową dialektyką i relatywizacją bronić, przywodząc w sukurs dogmaty, czy też, bardzo często, wzbraniając sobie i innym swobodnego myślenia, a tym samym wyciągania (oczywistych?) wniosków i wyrażania ich wprost. Nigdy jednak nie było to skuteczne.
Jeśli więc ktoś chce usprawiedliwiać pewne błędy Kościoła (a przecież nawet sam Jan Paweł II zalecił wspaniałomyślnie zrobienie rachunku sumienia kierowanemu przez siebie Kościołowi), uwarunkowaniami historycznymi i osadzeniem w specyfice epoki, to powinien wiedzieć, że poświadcza tym samym moralny relatywizm. A to jakoby miała być główna przewina Jakobinów i odium Wielkiej Rewolucji Francuskiej, od której ponoć datuje się inicjacja piekła nowożytnego relatywizmu.

ZYSK USPRAWIEDLIWIA WSZYSTKO?

Powiedzmy więc sobie otwarcie: pragmatyzm, życiowa praktyka, chęć zysku, chciwość, walka o przetrwanie, powszechny interes społeczny, gwarancja dobrobytu dla uprzywilejowanych, maksymalizacja wyzysku siły roboczej, ekonomia i przemysł – to wszystko w różnych proporcjach, determinowało stosunek białych do Murzynów i Indian, usprawiedliwiając system, (a przynajmniej okazywało się w ostatecznym rozrachunku decydujące).
Ponadto, korzyści płynące z niewolnictwa i eliminowania Indian, skutecznie zagłuszały chrześcijańskie sumienie, zarówno plantatorów z Południa, jak i tych bardziej scentralizowanych mieszkańców Nowej Anglii i innych kolonii Północy. Zresztą, koloniści ci, jak łatwo się domyśleć, potrafili świetnie wyćwiczyć się w ekwilibrystyce interpretacji Pisma Świętego, nawet tam znajdując (podobnie jak w Biblii), usprawiedliwienie dla swojej postawy. Pamiętajmy przy tym, że Północ i Południe były religijnie gorliwe, więc owo chrześcijańskie sumienie było (a raczej powinno być) tam obecne.
Nastąpiła więc szczególna relatywizacje norm kulturowych, co – jak by nie patrzeć – prowadziło do dominacji jednych ludzi kosztem degradacji i dehumanizacji drugich.
Dlaczego nie możemy teraz w ten sposób o tym mówić? Jeśli nie możemy – jak pisze Wawrzyczek – stosować naszego obecnego języka praw człowieka, które uznaliśmy za słuszne (bo posługując się nim nie zrozumiemy tamtych „realiów”), to jakim językiem mamy się posługiwać? Siedemnastowiecznym? Osiemnastowiecznym? Przecież – siłą rzeczy – patrzymy na świat i historię z naszej współczesnej perspektywy, mając taką świadomość a nie inną, respektując takie, a nie inne, normy etyczne… Czy mamy to wszystko zignorować i o wszystkim zapomnieć? Na jakiej więc podstawie możemy oprzeć nasze interpretacje, sądy i oceny, skoro sami tej podstawy się pozbywamy, odrzucając perspektywę punktu, w którym – dzięki rozwojowi i ewolucji naszej cywilizacji – teraz się znaleźliśmy?

CZY MOŻNA BYŁO INACZEJ?

Moim zdaniem można. Zawsze można inaczej, wbrew deterministycznemu poglądowi, że wisi nad nami jakieś niedające się uniknąć fatum. Bez wiary w to, że mamy zdolność dokonywania wyborów i że od naszej woli zależeć może bieg wydarzeń, wszelka nasza działalność staje się podobna do podrygów poruszanych przez deterministyczne sznurki bezwolnych marionetek. Ponadto, gdyby tak było, wszystkie nasze systemy etyczne przestałyby mieć jakikolwiek sens (bo skoro nie dysponujemy wolną wolą, to nie jesteśmy w stanie dokonać wyboru między dobrem a złem, a nasze systemy moralne są bezużyteczne).
Jeśli chodzi o stosunki z Indianami, to przykłady w Pensylwanii i Georgii (głównie za sprawą kwakrów) udowadniają, że możliwa była jednak pokojowa koegzystencja Indian i białych. Wystarczyło szanować ich godność, dotrzymywać umów i taktować ich jak bliźnich, a nie jak zawadzające okazy tubylczej fauny. Można było zgodzić się co do podziału ziemi i żyć w dobrosąsiedzkich stosunkach, nie wyrzynają się nawzajem.
Wierzę w to, że zarówno z Indianami, jak i Murzynami można było postępować inaczej i nie plamić sobie (rzekomo?) chrześcijańskiej duszy. Można było podążyć inną drogą, nie rezygnując przy tym z cywilizacyjnego postępu, a nawet ekspansji, której (najprawdopodobniej) nie można było powstrzymać.
Śmiem twierdzić (jakkolwiek naiwnie by to nie zabrzmiało) że – przy całym respekcie dla praw ekonomii i trzeźwych prawideł społecznego rozwoju – nie można pozwalać, by jakiekolwiek reguły, systemy i ideologie stawały się ważniejsze od samego człowieka, zaczynając dominować nad jego życiem, godnością, sprawiedliwością i wolnością. (A do czego prowadzi postępowanie przeciwne, pokazały nie tak dawno przypadki europejskich totalitaryzmów, które obróciły w ruinę pół Europy i pozbawiły życia milionów ludzi).
Wydaje mi się, że poszanowanie człowieczeństwa – w innych i w nas samych – winno być naszym najważniejszym humanistycznym imperatywem, kształtującym i definiującym ludzką cywilizację. Dopóki tego nie osiągniemy, dopóty staczać się będziemy co jakiś czas w otchłań wojennego zamętu, wyzysku, nędzy, zbrodni, ludobójstwa i szaleństwa zachłannej „pańskiej” chełpliwości w rodzaju „dzisiaj należą do nas Niemcy, a jutro cały świat!”
Przesadzam? Oby…

greydot

obóz indiański

 

Powiązane artykuły: „Cywilizowani i Dzicy, czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami” i „Indiański Holocaust”.

*

CYWILIZOWANI I „DZICY”, czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami

Niespodziewana dyskusja pod wpisem „Bitwa nad Little Bighorn” przypomniała mi artykuł jaki opublikowałem swego czasu w prasie polonijnej („Dziennik Chicagowski”, 13 grudnia 1996), dotyczący stosunków Indian Ameryki Północnej z europejskimi kolonizatorami. Odżył temat, który nigdy nie był mi obojętny. Przy okazji mogłem skonstatować, że nadal – mimo humanitarnego dorobku ostatnich dekad – żywe są wśród nas resentymenty, które powielają rasizm i szowinizm, jakie przez wieki obecne były w obrębie nowożytnej cywilizacji Zachodu.

*

indianin w pióropuszuCzytam właśnie „Historię Stanów Zjednoczonych” pod redakcją naukową Andrzeja Bartnickiego z Uniwersytetu Warszawskiego i Donalda T. Critchlowa z Uniwersytetu Saint Louis. Rozdział o Indianach i Europejczykach w brytyjskiej Ameryce Północnej autorstwa Michała J. Rozbickiego. Myślę, że warto podzielić się z Czytelnikami kilkoma faktami, które tam znalazłem, jak również refleksjami, jakie ta lektura we mnie wzbudziła.

*

1. AMERYKA BEZ INDIAN?

W opracowaniach naukowych zajmujących się historią brytyjskich kolonii w Ameryce, jeszcze 20 lat lat temu niemal całkowicie pomijano Indian. Zaledwie jedna praca na sto publikowanych, zajmowała się rodowitymi Amerykanami, jakimi przecież są Indianie. Poza tym, zazwyczaj pisano o wojnach, a więc tubylcy postrzegani byli tylko jako zawada na drodze rozwoju cywilizacji białych.
Zaś, jeśli już była o Indianach mowa, to opisywani byli oni przeraźliwie stereotypowo, bez uwzględnienia bogactwa i różnorodności ich kultur. Dopiero od niedawna historycy zaczęli zadawać jakże proste, ale zarazem jakże uderzające pytanie: Jak wyglądałaby historia brytyjskich kolonii w Ameryce bez Indian?
Nie sposób tego nie zauważyć, że ignorowanie Indian wynikało głównie z europocentrycznego nastawienia badaczy. Ów europocentryzm jest zakorzeniony bardzo głęboko i od stuleci wyznaczał stosunek, jaki mieli pierwsi odsadnicy do tubylców. Przede wszystkim, przekonani oni byli o bezwzględnej wyższości cywilizacji europejskiej nad jakąkolwiek inną. Swój świat „cywilizowany” przeciwstawiali niecywilizowanemu (ta dychotomia istniała już od czasów starożytnych), czyli „dzikiemu”, „barbarzyńskiemu”.
Rozbudowana została specjalna „idea dzikości” w Ameryce, która wyznaczała, regulowała i motywowała stosunek kolonistów do Indian. W wersji najbardziej prymitywnej oczerniała ich, przedstawiając jako ludożerców, „istoty o twarzach psów, ciałach bez głów, czy stopach z piętami do przodu”… etc. Wersja bardziej zracjonalizowana również sugerowała, że Indianie żyli w stanie podobnym zwierzętom, jako że nie nosili ubrań, nie zakładali miast (co było nieprawdą), no i oczywiście nie znali religii chrześcijańskiej. Nawet Deklaracja Niepodległości – do dzisiaj stawiana za wzór praw jednostki i obywatela – mówi o „bezlitosnych indiańskich dzikich”, wyłączając ich w ten sposób z korzystania z praw dla białych.

2. ZMIENNI BIALI

W XVIII wieku – zwłaszcza wśród ludzi wykształconych, bardziej uwrażliwionych humanistycznie, posiadających szersze horyzonty myślenia i zainteresowania – wyrażano się także przychylnie o Indianach, widząc w nich symbol oświeceniowej wiary w naturalne dobro człowieka i przyrody, często niestety kreując przy tym jeszcze jeden mit (idea tzw. noble savageJean-Jacques Rousseau), równie odległy od rzeczywistości, co mity indiańską rasę szkalujące. Jednakże zwracało to uwagę na tę ludzką stronę „innego”, doszukując się w nim cech pozytywnych. Poglądy szanujące Indian były jednak wyjątkiem. Te, niekiedy wzniosłe i ogólnie tolerancyjne postawy były w jaskrawej sprzeczności z postawą przeciętnego kolonisty, którego stosunek do Indian kształtowany był przez konkretną rzeczywistość i praktyczną walkę interesów. Nie był więc zbyt wysublimowany i zmieniał się często, w zależności od warunków.
Na początku kolonizacji, kiedy biali potrzebowali od tubylców żywności (bez tej pomocy by nie przeżyli) i później, kiedy z nimi handlowano (głównie skórami i futrem), Indianie byli w ich oczach sprzymierzeńcami. Ten okres był jednak bardzo krótki i trwał zaledwie kilkadziesiąt lat, na początku XVII wieku. Później, kiedy zaostrzyły się konflikty (chodziło przede wszystkim o zagarnianie przez coraz bardziej licznych białych ziemi), Indianin stawał się przeszkodą, wrogiem.

3. KRADZIEŻ

Zdarzały się w (nota bene purytańskiej) Nowej Anglii przypadki zabierania Indianom zapasów żywności (w zimie), okradania grobów Indiańskich. Łapano Indian i sprzedawano jako niewolników. Stosowano siłę, by zdobyć dobra należące do Indian. Nie uwzględniono praw tubylców do własności. Nie było mowy o stosowaniu równego prawa dla Indian i dla białych. Liczono przy tym, że uda się tubylców nie tylko podporządkować, ale i zmusić do pracy dla kolonistów. Indianie mieli jednak inna naturę – mniej uległą niż Murzyni – a jako tacy nie nadawali się na niewolników.

4. SERIA TRAGICZNYCH EPIZODÓW

Wirginia.
W 1622 roku Indianie, w odwecie za zabjstwo wodza indiańskiego Powhatana, napadli na Jamestown, zabijając trzecią część mieszkańców, czyli 350 osób. Wybuchła panika, a zarazem i nienawiść. Odpowiednie usprawiedliwienie dla eliminacji Indian, która zresztą rozpoczęła się już wcześniej, było już tylko formalnością.
Deklaracja ogłoszona przez Kompanię Wirginii, była typowa i głosiła:
„Skoro nasze ręce, dotąd związane szlachetnością i sprawiedliwością, zostały obecnie uwolnione przez zdradziecki napad dzikich, który ten węzeł nie tylko rozwiązał, co przeciął, to my, którzy dotąd posiadaliśmy tylko ziemie, które dla nich były jedynie nieużytkami, nabyte były w sposób poważający ich satysfakcję, możemy obecnie, zgodnie z prawem wojennym i prawami narodów, dokonać inwazji kraju i zniszczyć tych, co pragnęli zniszczyć nas.”
W krótkim czasie zabito kilkuset Indian. Przekroczono granicę i osiągnięto punkt, od którego, jak się wydawało, nie było już odwrotu.
W 1644 roku, Indianie pod wodzą Opecancenough’a wszczęli powstanie w Wirginii, zabijając ok. 500 Anglików (z ogólnej liczby 8 tysięcy). 90-letni wódz wzięty został jednak do niewoli i zamordowany strzałem w plecy przez strażnika. Indianie, pozbawieni przywódcy, poddali się.

Nowa Anglia.
Rok 1637. Zabity został kapitan angielskiego statku. Podejrzewano o to Indian z plemienia Pequot, (zamieszkującego tereny, na które ostrzyli sobie apetyt Anglicy). Wchodząc w przymierze z wrogim Pequotom plemieniem Narragansett, koloniści wysłali przeciw nim ekspedycję karną z instrukcjami, by zabić wszystkich mężczyzn, spalić osadę i zniszczyć pola uprawne.
Indianie uciekli z wioski, którą Anglicy następnie spalili.
Wkrótce Pequotowie zaatakowali fort Saybrook, zabijając 9 kolonistów. Na odwet nie trzeba było długo czekać. Anglicy zmobilizowali jeszcze mocniejszy oddział (wraz z Narragansettami) i 5 czerwca 1637 roku dokonali jednej z największych masakr w dziejach angielsko-indiańskich konfliktów. Okrążyli najpierw dużą warowną osadę Pequotów i podpalili ją. Ponad pół tysiąca Indian spłonęło, a tych, którzy chcieli uciec przed płomieniami, wyłapano i wymordowano. Okrucieństwo kolonistów wzbudziło zdumienie nawet wśród członków sprzymierzonego plemienia Narragansett, którzy uważali, że nie powinno się zabijać wroga w tak niehonorowy sposób. Jeden z dowódców angielskich, kapitan Underhill, tak zanotował:
„Wielu spłonęło w forcie, zarówno mężczyzn, jak i kobit i dzieci. Inni, zmuszeni do jej opuszczenia, wychodzili w pojedynczych grupach po dwudziestu lub trzydziestu, które nasi żołnierze przywitali ostrzami szabli. Padali mężczyźni, kobiety, dzieci: a ci, którym udało się uciec od nas, wpadali w ręce Indian, którzy stali na tyłach za nami. Mówi się, że w forcie było około 400 dusz, a nawet pięciu z nich nie udało się uciec… Można się zapytać, dlaczego byliśmy tak gwałtowni (jak niektórzy mówią). Czy chrześcijanie nie powinni mieć więcej litości i współczucia? Odwołuję was do wojny Dawida… Czasami pismo stwierdza, że kobiety i dzieci muszą zginąć wraz z ich rodzicami… Słowo Boże oświeciło nas wystarczająco w kwestii naszego postępowania.”
Profesor Rozbicki pisze: „W Massachusetts purytanie świętowali zwycięstwo, a jeden z ich dowódców wezwał do modłów za ‚wysłanie tego dnia 600 dusz do piekła’. Gubernator Bradford przyznał, że był to wprawdzie ‚straszliwy widok, oglądać ich smażących się w płomieniach oraz strumienie krwi wygaszające ogień’, ale konkludował, iż była to ‚słodka ofiara dla zwycięstwa, za które dziękowaliśmy Bogu.’
Z pomocą plemienia Narragansett Anglikom udało się w następnych miesiącach wyciszyć resztę pozostających przy życiu Indian Pequot. Między innymi otoczono duży ich obóz położony na bagnach w Connecticut, w którym zamieszkiwało blisko 80 wojowników oraz około 200 kobiet i dzieci. Na 30 mężczyznach, którzy się poddali, Anglicy dokonali egzekucji, a kobiety i dzieci zostały sprzedane jako niewolnicy. Doprowadzono w ten sposób do całkowitego niemal zniszczenia tego plemienia. (…) Z wydarzeń tych obie strony wyciągnęły  liczne wnioski. Anglicy zaakceptowali metodę eksterminacji jako najskuteczniejszą, nauczyli się także wykorzystywać antagonizmy między poszczególnymi plemionami indiańskimi do swoich celów, a przede wszystkim do zdobywania nowych terenów.”
Także Indianie zrozumieli, że tylko jednocząc swe siły z różnymi plemionami, mogą skuteczniej stawić czoła kolonistom. W 1675 roku doszło do kolejnych starć. Drobne incydenty prowadziły do poważniejszych rozlewów krwi. Anglicy zawiązali sojusz z plemionami Massachusetts i Cennecticut przeciw Indianom Wampanoag i – już niepotrzebnym im, a zawadzającym jedynie – Narragansettom.
Początkowo Indianie, dzięki swoim sprzysiężeniom, odnosili pewne sukcesy. Jednak w 1675 roku doszło do najbardziej okrutnego epizodu wojny. Anglicy, kierujący się starą strategią, otoczyli obóz Narragasettów i wymordowali około 500 osób, w tym głównie kobiety, dzieci i starców, jako że wojowniczy zdołali wcześniej salwować się ucieczką. Niemniej jednak w ręce Anglików dostał się wódz Canochet wraz z grupą wojowników, na których dokonano wkrótce egzekucji. Wodza zgładzono publicznie, rozrywając jego ciało końmi, a następnie ćwiartując. W tym samym roku Anglicy kilkakrotnie napadali na obozy Indian. W jednym przypadku zabijając ponad 100 kobiet, dzieci i starców; w innym zaś – 126 kobiet i dzieci oraz 26 wojowników.
Systematycznie doprowadzono do eksterminacji prawie wszystkich Indian Nowej Anglii, do czego walnie przyczyniły się choroby zakaźne. Wodza Indian Wampanoag, którego Anglicy nazwali „królem Filipem”, wzięto do niewoli i zabito, a jego głowę zatknięto na pal, gdzie straszyła wszystkich przez kilka lat.

Wirginia raz jeszcze oraz Maryland.
W połowie XVII wieku Anglicy zawarli przymierze z silnym plemieniem Susquehanna, zaopatrując ich w broń palną. Indianie ci stanowić mieli bufor przeciw zagrożeniu ze strony licznych i agresywnych Irokezów. Przez 20 lat było to skuteczne, jednak wskutek walk i chorób Susquehanni osłabli ma tyle, że przestali się liczyć. Wtedy Anglicy weszli w przymierze z Irokezami, czyniąc ich ponadto zwierzchnikami nad Susquehennami, swoimi niedawnymi sojusznikami.
W latach 1654-1675 stale dochodziło do śmiertelnych incydentów. Indianie prowadzili aktywną partyzantkę. W 1675 roku milicja Wirginii i Marylandu otoczyła fort indiański. Przywódcy wezwali wodzów do pokojowych rozmów, gwarantując im bezpieczeństwo. Kiedy rokowania nie przyniosły oczekiwanych dlań rezultatów, pięciu wodzów pozbawiono życia ciosami w głowę. Mimo tego Indianie nie poddali się i przez wiele tygodni bronili fortu. W końcu zdołali zeń zbiec. W obawie przed odwetem Indian za ten jawnie zdradziecki podstęp Anglików, zorganizowano coś w rodzaju pokazowego procesu winowajców zabójstwa indiańskich wodzów. Wszystkich jednak uniewinniono lub skazano na symboliczną grzywnę. Oczywiście, osadnicy byli przeciwni uznania kapitana milicji winnym śmierci Indian. Mało tego – uznali, że należy go skazać za to, że pozwolił zbiec pozostałym.
Tym samym skończyły się wszelkie skrupuły i odtąd atakowano już wszystkich Indian bez wyjątku – sprzymierzonych czy niesprzymierzonych, przyjaźnie nastawionych, czy też wrogo – było to bez większego znaczenia. Tym bardziej, że potrzebowano nowych terenów pod uprawę i osiedlanie.

Obie Karoliny.
Na terenach tych rozprawa z Indianami odbyła się nico później, niż na północy, bo w pierwszych dekadach XVIII wieku, ale przebiegała bardzo podobnie. Poszczególne plemiona indiańskie wykorzystywano w przetargach – czy to z innymi Indianami, czy to z Francuzami lub Hiszpanami. Przymierza szybko się kończyły, kiedy już były zbędne i dochodziło wtedy do krwawych rozpraw, w których ginęły setki Indian i kolonistów. Liczebność niektórych plemion została zredukowana do kilkudziesięciu osób. Nic dziwnego, skoro dyrektywy białych brzmiały następująco: „zniszczyć całkowicie osady i fizycznie zlikwidować Indian”.

Georgia i Pensylwania.
Stany te były wyjątkami. W Georgii dbano o dobre stosunki z Indianami, dzięki czemu zdołano uniknąć wojen. Podobnie było w Pensylwanii, rządzonej przez pacyfistycznie nastawionych Kwakrów. Dość skutecznie unikano konfliktów szanując godność Indian, dotrzymując umów i nie zagarniając, a wykupując od nich ziemię. Niestety, obraz popsuli nieco nowi osadnicy, których można obarczyć winą za kilka gwałtownych starć (masakra Indian Conestoga w 1763 roku).

5. NIE TYLKO WOJNY

Należy sobie jednak zdawać sprawę z tego, że do wyginięcia Indian Wschodniego Wybrzeża przyczyniły się nie tyle wojny (choć o nich, ze zrozumiałych względów historycznych, mówi się najwięcej), co głównie choroby, które zostały przywleczone na kontynent amerykański przez Europejczyków, a na które tubylcy nie byli uodpornieni. Tymi chorobami zakaźnymi były najczęściej tyfus, grypa, ospa i dyzenteria. Wskutek epidemii wyginęły niemal całkowicie liczne plemiona zamieszkujące Florydę. W Nowej Anglii, do połowy XVIII wieku zmarło z powodu chorób prawie 80% populacji Indian (w niektórych plemionach choroby spowodowały śmierć niemal wszystkich jego członków). Ospa wyniszczyła też połowę licznego plemienia Cherokee.
Specyfika przenoszenia tych chorób nie wymagała kontaktu osobistego między ludźmi. Wymieniano towary. Zarazki były przenoszone szczególnie przez koce i czajniki. Odbywało się to bez aktywnego, świadomego udziału kolonistów (choć i od tego zdarzały się wyjątki).

6. WZAJEMNE WPŁYWY KULTUROWE

Wpływ Anglików, czy też – ujmując rzecz ogólnie – białych, na kulturę Indian był ogromny. Gdybyśmy chcieli zachować ton tragiczny i ironiczny zarazem, to moglibyśmy uznać, że wpływ ten był ogromny, ale polegał głównie na tym, że kultura indiańska została wskutek tego zetknięcia prawie że unicestwiona. Innymi słowy: największy wpływ polegał na tym, że kultury Indian uległy prawie całkowitej destrukcji. (Proces ten postępuje zresztą do dzisiaj.) Jeśli zaś chodzi o tych, którzy przeżyli, to w sferze kultury materialnej przejęli oni od Anglików wiele narzędzi i sprzętów, jak również broń palną, czy też np. alkohol, na który Indianie reagowali bardzo gwałtownie – był on dla nich szczególnie wyniszczający. Warto też wspomnieć tu o koniach, których Indianie wcześniej nie znali. Zwierzęta te wywarły szczególnie duży wpływ na styl życia Indian Wielkich Równin.
Jeśli zaś chodzi o działalność misyjną (tak ważną na zachodnich obrzeżach Ameryki Północnej), to nie miała ona większego znaczenia w stosunkach białych a Indianami na terenach wschodnich brytyjskich kolonii w Ameryce. (Choć, oczywiście, niektóre grupy tubylców przyjmowały tu chrześcijaństwo.)
Natomiast wpływ kultury indiańskiej na angielską en bloc był niewielki (pominąwszy fakt zapoznania się Europejczyków z uprawami ziemniaków, kukurydzy czy tytoniu).
Jednakże, dość ochoczo Anglicy przyjmowali od Indian niektóre metody, które wcześniej uważali za barbarzyńskie, jak np. skalpowanie, czy pewne rodzaje tortur (także partyzanckie metody prowadzenia wojny). Władze kolonialne płaciły swego czasu za skalpy „wrogich” Indian, ustalając nawet (makabryczny w swej istocie) cennik na tego rodzaju „usługi”. I tak np. za skalpy mężczyzn od lat 12 płacono 100 funtów, ale za skalp dziecka od 10 do 12 lat, już tylko 10 funtów.

7. „BIALI” INDIANIE

Bardzo ciekawy był fenomen tzw. „białych” Indian, czyli Europejczyków, którzy asymilowali się żyjąc wśród tubylców. Wśród pozostałych kolonistów wzbudzali oburzenie i nazywani byli zdrajcami.
Na początku byli to handlarze i traperzy, którzy zmuszeni byli przez dłuższy czas przebywać na pustkowiach wśród Indian. Żenili się więc z Indiankami, mieli z nimi dzieci. Niestety, nie okazywali się zbyt dobrymi „ambasadorami” kultury angielskiej, będąc zwykle tzw. wyrzutkami społecznymi (skazańcy, awanturnicy, uciekinierzy…). Byli wszak i tacy, którzy świadomie wybierali życie wśród Indian. Jednakże najciekawszy – jeśli nie fascynujący – jest przypadek tych, którzy zostali przez Indian porwani i przez nich zaadoptowani. Co zdumiewa najbardziej, to fakt, że odmawiali oni powrotu do świata białych, kiedy pojawiała się taka możliwość.
Profesor Rozbicki stara się ten fenomen wyjaśnić następująco: „Atrakcyjność życia wśród Indian obejmowała, jak się wydaje, kilka aspektów ich kultury: łagodne i troskliwe traktowanie dzieci (bez kar cielesnych, które były na porządku dziennym wśród białych), oraz kobiet (do małżeństw z reguły nie przymuszano), dalej: kultywowanie  poczucia godności, lojalności, troska o wspólne dobro całej społeczności.”

Pozwolę sobie w tym miejscy przytoczyć jakże intrygujące spostrzeżenie samego Benjamina Franklina, wybitnego męża stanu, filozofa i naukowca, jednego z najwybitniejszych umysłów swojej epoki. Radziłbym kilkakrotnie przeczytać – i zapamiętać – ten cytat zwłaszcza tym, którzy bezkrytycznie przekonani są o wyższości wywodzącej się z Europy cywilizacji nad kulturą „dzikich”.
Oto słowa Franklina: „Gdy dziecko indiańskie, które zostało wychowane wśród nas, nauczone naszego języka i przyuczone do naszych zwyczajów, uda się w odwiedziny do swoich krewnych i pobędzie nieco z Indianami, to w żaden sposób nie da mu się już wyperswadować, aby powróciło… A gdy osoby białe, obojga płci, pojmane zostaną przez Indian i zamieszkują wśród nich przez pewien czas, to choćby zostały wykupione przez przyjaciół i traktowane przez nich z największą troskliwością, aby skłonić ich do pozostania wśród Anglików, w krótkim czasie zniechęcają się do naszego sposobu życia oraz do wysiłków i starań do tego potrzebnych, i przy pierwszej okazji uciekają do lasów, skąd nie sposób już ich odzyskać.”
Doprawdy, warto się nad tą wypowiedzią jednego z autorów Deklaracji Niepodległości zastanowić.

8. KONIEC

Do XIX wieku Indianie zamieszkujący wybrzeże atlantyckie zostali praktycznie wyniszczeni lub wyginęli od chorób, a ich niedobitki przestały się liczyć.
Wnioski wkrótce.

cdn

Indianie Prerii Badlands

*

APENDYKS

Czytając przekłady poetyckie Czesława Miłosza natrafiłem niedawno na tekst pt. „Biali i Indianie pogranicza”, który – jak się okazuje – współbrzmi z tematem poruszonym w powyższym artykule.
Miłosz pisze: „W 1766 r. ukazała się w Londynie anonimowa sztuka satyryczna „Ponteach: or the Savages of America” wyjaśniając przyczyny wojny wypowiedzianej przez Zjednoczone Narody indiańskie pod wodzą Pontiaka kolonizatorom”,  a następnie przedstawia swoje tłumaczenie, zaznaczając, że było ono dlań pewnego rodzaju wyzwaniem, ze względu na specyfikę owego dialogu wierszem. Przedstawiam tu niewielki fragment tego XVIII-wiecznego utworu.

Scena pierwsza ma miejsce na stacji handlu futrami.Wchodzą M. Dole i Murphey, kupcy oraz dwaj służący.

M DOLE
Cóż, Murphey, szczęścia, widzę, chcesz próbować
Tutaj wśród dzikich, w tej bezludnej puszczy?

MURPHEY
Tak, byle tylko zarobić na życie.
(…)

M DOLE
A czy cokolwiek wiesz o takim handlu?
Czy znasz zasady na jakich się wspiera?
(…)

MURPHEY
Nie znam waszego indiańskiego handlu.
Ale nauczę się chętnie od ciebie.
Bo wiem, że lata już w nim praktykujesz.

M DOLE
(…)
A co tam wieziesz dla Indian na sprzedaż?

MURPHEY
Mam rum i koce, pasy, proch i dzwonki,
I takie które zwykle cenią.

M DOLE
To bardzo dobrze. To dobre towary.
A teraz powiem, co jest najważniejsze,
Co warte trudu, żeby tu przyjechać,
Nasza naczelna zasada jest taka,
że nie jest zbrodnią oszukiwać Indian.

Alfred Jacob Miller, "Traperzy i Indianie"

Alfred Jacob Miller, „Traperzy i Indianie”

MURPHEY
Jak to? Nie grzech oszukać Indianina?
Czy to nie ludzie? Czy nie mają prawa
Sprawiedliwości zaznać, tak jak my,
Chociaż są dzicy w swoich obyczajach?

M DOLE
No, skoro tak jest, to już nic nie powiem.
Toż to esencja naszego zawodu,
na niej opiera się nadzieja zysku.
Nikt, kto nią wzgardził, nie zdobył bogactwa
I nie zdobędzie, tu, w indiańskim handlu.
(…)

Tysiąc okazji ciągle się nastręcza,
Żeby wyzyskać ich (Indian) wielka ciemnotę.
Największa jednak maszyna to rum.
Do niego sypię trochę ciemnych proszków
I tak rozdaję dzikim szczodrą ręką.
Kiedy się spiją, są rześcy i dzielni
I chwalą mnie, że nie jestem skąpy.
Wtedy już mogę praktykować sztuki,
Zaczynam handel i daję rum z wodą,
Gardła im płoną, radzi się ochłodzić.
Futra i skóry idą do mnie w zamian.
Ważę uczciwie, choć mam taką wagę,
Że za dotknięciem zamienia trzy funty
Na jeden funt. Czego ci biedacy,
I miar, i wag zupełnie nieświadomi,
Wcale nie widzą. Ale oto oni.
Zobaczysz zaraz, jak to my robimy.
Jack, czyś zaprawił rum, jak powiedziałem?
(…)

Tutaj następuje opis procederu upijania Indian, oszukiwania na wadze i wciskania im ogólnej ciemnoty. A po odejściu Indian – ledwie z częścią należnego im towaru – kupcy nie mogą się nachwalić własnej przemyślności. Rozpiera ich wręcz duma z życiowej mądrości.

* * *

Scena druga przedstawia puszczę.
Wchodzą Orsbourn i Honnyman, dwaj myśliwi.
Narzekają mocno na to, że nic nie upolowali, i oczywiście całą winę zwalają na Indian:

HONNYMAN
To ci diabelscy Indianie nam łapią
Całą zwierzynę. Jelenia, niedźwiedzia,
Wszystko wystraszą, co biega w lasach,
Albo sztuczkami swymi zaczarują.
Anglik nie strzeli ni jednego razu,
A oni wrócą z ładunkami futer.
Żeby ich piekło prędzej wytępiło,
Tych łotrów, bydło, tę czarną zarazę,
Tych nędznych pogan, te dzikie zwierzęta,
Co tylko smrodzą chrześcijańskie powietrze.
Trzeba ich tępić jak innego zwierza.

ORSBOURN
Tak chciałbym aby prawo pozwalało
Polować na ten gatunek dziczyzny.
Ani jednego dnia bym nie opuścił,
Póki choć jeden biega tutaj w lesie.
(…)
Ulżyłbym sobie, gdybym mógł rozwalać
Ich malowane łby i puścić juchę.
Tak nienawidzę nawet ich widoku.
Zjadłbym z ochotą serce Indianina.
(…)

W dalszej części myśliwi, zaczaiwszy się w lesie, zabijają dwóch Indian niosących futra. Uszczęśliwieni są nie tylko wielkim łupem, ale i tym, że udało im się to zrobić za pomocą jednego strzału (tym sposobem zaoszczędzili nawet na prochu i ołowiu).

* * *

Powiązane artykuły: „Sumienie Zachodu” i „Indiański Holocaust?”.

*

KAŻDY MA SWOJĄ GÓRĘ… – KORCZAK ZIÓŁKOWSKI I RZEŹBA SZALONEGO KONIA (Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)

Korczak Ziółkowski i jego – największa na świecie – rzeźba Szalonego Konia w Dakocie Południowej.
Pisząc o tym człowieku i jego nadludzkim przedsięwzięciu można bezwiednie ugrząźć w patosie. Bowiem rzeczywiście wymiar jego wizji, marzenia i czynu był w samej swej istocie monumentalny. Wzniosłość potrafi by zaraźliwa. To właśnie decyduje o wielkości człowieka: jego życie staje się dziełem sztuki, nierozerwalne z celem; pasja i oddanie przenika każdą jego tkankę – unikając przy tym fanatyzmu i naiwnego idealizmu. Sen o wielkości przekuwany w czyn przestaje być mrzonką wielkości urojonej.
A jednak przeczuwamy, że prawdziwa wielkość człowieka może się urzeczywistnić tylko w jego umyśle – wielkością ducha, serca i idei. Zacytujmy Korczaka Ziółkowskiego: “Kiedy legendy umierają, kończą się marzenia; kiedy kończą się marzenia, nie ma już wielkości”.
Czarne Wzgórza w Południowej Dakocie, gdzie urzeczywistnia się sen Ziółkowskiego, pozostają dla Indian ziemią świętą. Rzeźba Szalonego Konia czyni to miejsce jeszcze bardziej szczególnym, nie tylko dla pierwszych mieszkańców Ameryki, ale i dla wszystkich, którzy na własnej “górze swojego życia” chcą zostawić po sobie jakiś ślad.

*

Korczak Ziółkowski

POLSKI SIEROTA

Przygoda Korczaka Ziółkowskiego mogła się przydarzyć tylko w Ameryce. On sam mówił: “Co za honor dla małego polskiego chłopca, sieroty z Bostonu, być poproszonym przez indiańskich wodzów, aby opowiedzieć historię ich rasy. Co za honor! Tylko w Ameryce człowiek może rzeźbić górę”.
Korczak Ziółkowski jest już teraz człowiekiem legendarnym. Człowiekiem legendą dla Amerykanów, dla Polaków i dla Indian. O nim i o jego nadludzkim przedsięwzięciu, które jedną z gór Dakoty zamienia w wodza Siuksów, słyszało miliony ludzi na całym świecie.
Szczególnie przypadek Korczaka winien poruszyć Polaków. Mimo, że urodził się on już na ziemi amerykańskiej, jego dziadkowie przybyli tu znad Wisły. Wprawdzie rodzice Korczaka zginęli w wypadku, kiedy miał on zaledwie rok, to jednak jego polska – romantyczna a zarazem szlachetna – natura była w nim ciągle obecna i dawała o sobie znać przez całe życie. Polski romantyzm, honor i upór – ta domieszka szaleństwa i wiary, która może przenosić góry. W życiu Korczaka to ostatnie urzeczywistniło się niemal dosłownie – za jego przyczyn góra naprawdę się poruszyła.

SUBTELNOŚĆ I SIŁA

Jeszcze jako niemowlę Korczak Ziółkowski został odcięty od swoich polskich korzeni. Od pierwszego roku życia wychowywał się w rodzinach zastępczych i sierocińcach, szczególnie okrutnie traktowany przez pewnych Irlandczyków. O tamtym okresie swego życia nie chce mówić. Wspomina tylko, że był on okropny – źle go traktowano, bito i zmuszano do pracy niczym niewolnika. Nic więc dziwnego, że jego niezależna natura jak najszybciej chciała się wyzwolić od tego jarzma. W wieku 16 lat Korczak zaczyna właściwie samodzielne życie. Ima się różnych zajęć – od prasowacza spodni po odźwiernego w kinie. Kończy szkołę średnią i podejmuje pracę w bostońskiej stoczni. Przez następne 6 lat poznaje tajniki ciesielki i stolarstwa, wykazując od razu niezwykły talent rzeźbiarski, dzięki któremu tak wcześnie  ujawniły się cechy stylu Ziółkowskiego, widoczne w całej jego późniejszej twórczości: połączenie artystycznego smaku i subtelnością z męską siłą, solidnością i zdecydowaniem.
Dostrzeżono prace młodego chłopca, znalazło się nawet kilku możnych i wpływowych protektorów. Na dodatek jeden z nich wyczulił go na jego polskie pochodzenie, budząc w nim poczucie pewnej solidarności z polskim narodem i ze swoimi przodkami. (Dlatego też rzeźbiarz obrał obie  imię Korczak, wywodzące się – jak to odkrył – od herbu rodziny Ziółkowskich). To nie przypadek więc, że pierwszą rzeźbą z marmuru, która przyniosła mu uznanie i sławę, było popiersie wielkiego polskiego męża stanu i genialnego pianisty Ignacego Paderewskiego. W 1939 r. dzieło to zdobyło w publicznym głosowaniu pierwszą nagrodę na Targach Światowych w Nowym Jorku. Samouk, który w swoim życiu nie wziął ani jednej godziny nauki w tym kierunku, który nie ukończył żadnych wielkich szkół i uniwersytetów, znalazł uznanie zarówno wśród koneserów, jak i laików.
Jeszcze w tym samym 1939 r., Korczak znalazł się na Czarnych Wzgórzach. Jednak nie śnił mu się jeszcze wówczas wielki jak góra Szalony Koń. Pracował bowiem jako asystent Gutzona Borgluma przy rzeźbieniu w skale słynnych dzisiaj głów prezydentów, zaledwie 17 mil od miejsca, w którym 10 lat później zacznie tworzyć swoje własne dzieło. Trzeba dodać, że Korczak z Borglumem pracował krótko, bo niespełna jeden sezon. Powodem były ciągłe nieporozumienia z synem Borgluma, Lincolnem.

Korczak Ziółkowski i wódz Henry Standing Bear

LIST STOJĄCEGO NIEDŹWIEDZIA

Po powrocie na Wschód Korczak otrzymał list ze stron, które dopiero co opuścił. Otóż wódz Siuksów Henry Standing Bear zapraszał Ziółkowskiego do siebie zapytując, czy nie byłby on zainteresowany wyrzeźbieniem w górze posągu Szalonego Konia, legendarnego wodza Indian, który wraz z Sitting Bullem przewodził powstaniem Siuksów w latach 70-tych ubiegłego wieku i zasłynął w pamiętnej bitwie pod Little Bighorn, kiedy to Indianie wycięli w pień cały oddział kawalerii amerykańskiej dowodzonej przez generała Custera. Henry Standing Bear pisał wówczas do Ziółkowskiego: “Wszyscy moi bracia wodzowie i ja, chcemy, by Biały Człowiek dowiedział się, że i Czerwonoskórzy Ludzie mieli swoich bohaterów”.
Korczak łamał się z decyzją. W międzyczasie wstąpił do wojska, walczył w artylerii amerykańskiej na frontach II wojny światowej, kilkakrotnie był ranny, dosłużył się nawet stopnia sierżanta… Jednak nawet w wojsku nie zaprzestał rzeźbienia. To właśnie przeżycia wojenne sprawiły, że Korczak Ziółkowski zdecydował się przyjąć zaproszenie Siuksów. Przez dwa lata studiował kulturę i historię Indian, wraz z indiańskimi wodzami wybrał odpowiednią górę, na której w roku 1949 odpalono pierwszy ładunek dynamitu. Ziółkowski miał wówczas 40 lat i zaczynał właściwie swoje drugie życie. Jednak wtedy nie spodziewał się jeszcze, że już do końca swoich dni zostanie na Czarnych Wzgórzach i następne 35 lat poświęci bez reszty pracy nad pomnikiem Szalonego Konia – największym przedsięwzięciem rzeźbiarskim, jakiego podjął się do tej pory człowiek.

TYTAN, MRÓWKA I GOSPODARZ

Początki Crazy Horse Memorial były skromne, żmudne i ciężkie. Korczak wykupił za swoje pieniądze działkę i licencję górniczą, która dawała mu prawo do zajęcia się Thunderhead Mountain, jak nazwał tę górę. Jednak aż dwa lata trwały przygotowania do podjęcia właściwej pracy nad rzeźbą. Korczak musiał wcześniej wyrąbać las, zrobić drogę, skonstruować specjalne schody na szczyt, doprowadzić elektryczność i wodę, zbudować dom i studio…
Przez pierwsze siedem miesięcy mieszkał w wojskowym namiocie. Kiedy więc wreszcie można było zacząć rzeźbić górę, Korczakowe fundusze były na wyczerpaniu. W kieszeni zostało mu raptem 174 dolary.

Właśnie to było zawsze głównym problemem w pracy Ziółkowskiego: finanse. Jednak należy zaznaczyć, że było tak głównie z powodu honorowej polityki, jaką sam przyjął od początku. Wierzył mianowicie w ideę tzw. free enterprise, która zakładała, że ani jednego dolara nie weźmie z pieniędzy podatników. Dlatego też m.in. dwukrotnie odrzucił 10 mln. dolarów, które rząd federalny gotów był przeznaczyć na realizacje projektu. Fundusze miano zbierać prywatnym sumptem – z dobrowolnych datków i biletów wstępu. Jednak warto też dodać, iż Korczak był zdecydowanie przeciwny, aby powstający pomnik traktować jako turystyczny wabik i kuriozum. To dlatego zawsze musiano się wykłócać z nim, by zgodził się np. podnieść opłatę za wstęp na teren obiektu. Wielu ludzi miało więc wejście darmowe, w tym wszyscy Indianie. Każdy traktowany był, niczym gość w domu.

Jeśli ktoś sądzi, że pomysł Indian i zajęcie Ziółkowskiego było jakąś szaleńczą fanaberią, jakimś wymysłem, który pozwalał rzeźbiarzowi uciec od świata i życia pełnego obowiązków, to głęboko się myli. Korczak przez te 35 lat pracy nad Szalonym Koniem udowodnił, że jest człowiekiem żelaznej woli, niesłychanie konsekwentnym  i upartym. Przez cały czas pracował ciężko jak wół i uparcie jak mrówka. A przy tym wszystkim wykazywał niezwykłą inżynierską inwencję i zaradność dobrego gospodarza. Mimo, że samo zmaganie z górą wymagało nadludzkiego wysiłku, Ziółkowski sam starał się zarobić nie tylko na swoje utrzymanie – i utrzymanie licznej rodziny – ale i na dofinansowanie własnego projektu.
Zaczął więc hodować bydło i świnie, wybudował nowoczesną mleczarnie i tartak. Sam konstruował i naprawiał maszyny, przyjmował też inne zlecenia rzeźbiarskie i stolarskie.

No i – last but not the least – założył rodzinę. Poślubił młodszą o 18 lat Ruth, swoją długoletni asystentkę i miał z nią aż … 10 dzieci! Płodny niesłychanie był więc Korczak pod wieloma względami. Niektóre ze swych dzieci sam odbierał przy porodzie. Specjalnie dla nich założono też szkołę. Tak więc Korczak, oprócz tego, że był wizjonerem, był także człowiekiem z krwi i kości, mężem i ojcem – prawdziwym family man. Wprawdzie podkreślał, że u niego na pierwszym miejscu jest góra, na drugim Ruth, a na trzecim dzieci, to w jego sercu nie było wcale takiej hierarchii. Z tym samym uczuciem oddawał je po równo wszystkim. Jego wady – porywczość, wybuchowość, szorstkość – bladły wobec jego zalet. Za te zalety podziwiali go wszyscy – Indianie, żona, dzisięcioro dzieci i tysiące innych ludzi.

Model rzeźby Szalonego Konia. W tle: góra Thunderhead, na której urzeczywistnia się wizja Korczaka Ziółkowskiego.

KAMIENNY JEŹDZIEC

Postać Szalonego Konia wybrali Indianie, natomiast wyczarowanie jej ze skały powierzyli Korczakowi. Ten wyrzeźbił na samym początku model, który przedstawiał Indianina na koniu. Długowłosy jeździec o monumentalnych rysach wyciągniętą ręką wskazuje ponad głowami narowistego konia. Jest w tym zawarta pewna anegdota. Podobno kiedy tułającego się ze swymi współplemieńcami i odmawiającego zamknięcia w rezerwacie Szalonego Konia zapytano ironicznie gdzie jest jego ziemia, ten wskazał palcem przed siebie i powiedział: “Moja ziemia jest tam, gdzie pochowani są moi przodkowie”. To właśnie ten moment został utrwalony przez Korczaka. Początkowo rzeźba miała powstać ze szczytu góry. Korczak planował jej wysokość na 30 m. Później doszedł do wniosku, że jednak Szalony Koń powinien być wyrzeźbiony z całej góry, co powiększało rzeźbę 6-krotnie. Sama twarz byłaby więc wielkości uprzednio planowanego posągu.
Skala na jaką porwał się Ziółkowski jest niesłychana. Podajmy tylko kilka wymiarów: wysokość całej rzeźby ok. 170 m., długość ponad 190 m. Wyciągnięte ramię będzie miało prawie 80 m., (czyli niemal tyle co futbolowy stadion). Zdoła się na nim pomieścić 4 tysiące ludzi. Pomiędzy ramieniem Indianina a szyją konia będzie przestrzeń, w której mógłby się zmieścić kilkupiętrowy budynek, zaś w samym nozdrzu konia można by postawić 5-cio apartamentowy dom.

JEDNO ŻYCIE TO ZA MAŁO

Praca nad Szalonym Koniem była tytaniczna i zdawać by się mogło – syzyfowa. W każdym razie przerastała możliwości i długość życia jednego człowieka. W niczym nie przypominała konwencjonalnej pracy rzeźbiarza. Samym drogom i ich naprawie, całej tej – można tak nazwać – infrastrukturze – poświęcił Korczak niemal połowę czasu. Odstrzeliwanie za pomocą dynamitu samego zarysu głowy do poziomu ramienia, zajęło mu niemal całą dekadę. Następne 10 lat poświęcił Korczak na pozbycie się nadmiaru granitu znad głowy konia. W międzyczasie Korczak łamał sobie żebra, kości rąk i nóg, z krzyża parokrotnie wyskoczyły mu dyski, przeżył dwa ataki serca, nabawił się artretyzmu i głuchoty… Nie złamało to jednak jego determinacji, ducha, ani nawet nie pozbawiło siły fizycznej.

Ziółkowski już na samym początku zdał sobie sprawę, że jedno życie jest za krótkie, by doczekać ukończenia rzeźby. Zmarł w 1982 r. mając 73 lata. Zdążył do tego czasu odstrzelić prawie 7 mln. ton skały (na tym właściwie polegała jego “rzeźbiarka”). Nie wystarczyło to jednak, by z góry wyłonił się choć zarys całej rzeźby. Przez następne lata malowało się więc np. kontury końskiego łba, by oglądający łatwiej mogli wyobrazić sobie ostateczny kształt posągu. Pod koniec lat 90-tych wykończono twarz Indianina i goście, którzy przybywali pod pomnik w tamtym czasie, widzieli jak góra zmienia się wprost na ich oczach. Jednak najprawdopodobniej dopiero ci, którzy przybędą na Czarne Wzgórza gdzieś w połowie XXI w., będą mogli zobaczyć pomnik gotowy, w pełnej okazałości.
Korczak, wiedząc iż nie dokończy rzeźby, przygotował odpowiednio swoją żonę Ruth (przed śmiercią Korczaka wyrysowali dokładne plany, na których opierać się miały dalsze prace), jak również 10 sowich dzieci, które wyrosły w cieniu góry Thunderhead i w większości przejęły pasję ojca. Nie tylko dla nich stał się on wzorem i bohaterem. Do dzisiaj tysiące ludzi z przykładu tego niezwykłego człowieka czerpie natchnienie, moc i wytrwałość dla własnych wysiłków i zamierzeń. Bowiem, jak mówił sam Korczak: “Każdy człowiek ma swoją górę. Ja rzeźbię swoją.”

Korczak Ziółkowski z żoną

HOŁD INDIAŃSKIEJ KULTURZE

Crazy Horse Memorial to nie tylko gigantyczna rzeźba rodząca – podobnie jak w przypadku Mt. Rushmore – podejrzenia o megalomanię. Tym, co zjednało Korczakowi i jego przedsięwzięciu szerokie rzesze ludzi, jak również w końcu przychylność władz stanowych i federalnych, był humanitarny wymiar projektu. U podnóża góry powstać ma bowiem cały kompleks poświęcony kulturze indiańskiej, złożony m.in. z Muzeum Indian Ameryki Północnej, Uniwersytetu i Centrum Szkolenia Medycznego dla Indian.
Nie trzeba podkreślać, jak specjalnym człowiekiem stał się Korczak dla Indian. Co ciekawe, sprawa Indiańska nie leżała mu jeszcze tak bardzo na sercu, gdy rozpoczynał pracę nad rzeźbą. Prawdziwa solidarność i uznanie, szacunek i przyjaźń dla nich przyszły później. Na początku było tylko zlecenie wodza Stojącego Niedźwiedzia, które rzeźbiarz zobowiązał się wykonać. Być może nawet z przekory, i po to, by udowodnić tym ludziom od prezydenckich głów na pobliskiej Mt. Rushmore, że i on potrafi rzeźbić górę.
Dla indiańskich wodzów zaś ówczesne motywacje Ziółkowskiego były nieistotne, choć pod względem charakteru pokrywały się z ich własnymi. Dla nich ważne było to, by pokazać światu, że Indianie nie dzikusy i też swoich bohaterów mają. Zapewne wielu z nich bolało to – i nie mogło znieść tego – że na ich świętych Czarnych Wzgórzach wyrzeźbiono  podobizny wodzów Białego Człowieka – tych, którzy uosabiali dawną opresję, wrogów, morderców…
Niezręczny to obecnie temat i nic dziwnego, że nie eksponowany, i to zarówno przez większość Indian, jak i Jankesów. Tylko od czasu do czasu, takie incydenty, jak w Alcatraz, czy w 1973 r. na miejscu masakry pod Wounded Knee z 1890 r., uświadamiają nam, że zadra ciągle tkwi w indiańskich duszach.

Tak więc, Korczak Ziółkowski stał się wyznawcą, reprezentantem i protektorem kultury Indian. Przyjrzał się im uważniej, bez uprzedzeń, nabrał szacunku dla ich kultury i dziedzictwa. Przy czym zawsze podkreślał, że nie jest żadnym “Indian Lover” – żadnym tam indianofilem. Wszystko to emanowało z niego w sposób naturalny.
W mądrości indiańskich wodzów dostrzegł tę samą mądrość, która wcześniej uderzyła go w traktatach Arystotelesa. Uświadomił też innym ludziom, że każda rasa, plemię, naród ma prawo do tego, by eksponować i kultywować to, co w nich najlepsze, najszlachetniejsze – z czego mogą czerpać dumę i poczucie godności. Każdy ma do tego prawo, na przekór krążącym stereotypom, degradujących innych ludzi do poziomu prymitywów, dzikusów i barbarzyńców.
Zrozumiał to Ziółkowski i przejął się tym tak, że 35 lat swojego życia poświęcił katorżniczej pracy i wytrwał przy swej górze do końca swych dni. A mógł przecież prowadzić lekkie i wystawne życie uznanego rzeźbiarza, artysty, przyjmować atrakcyjne zlecenia od bogaczy, produkować drogie meble, dłutkować i cyzelować małe cacka w przytulnej pracowni. Zamiast tego zamienił się dobrowolnie w galernika zmagającego się z górą, z niepogodą, z niechęcią innych, z wszelkimi przeciwnościami; wysadzającego przez dziesiątki lat miliony ton skały, pokaleczonego, połamanego, głuchego…
Kiedy Korczak Ziółkowski wziął stronę Czerwonych Braci, kosztowało go to wiele. Wśród mieszkańców okolicznego miasteczka Custer (nazwanego tak na cześć niefortunnego generała spod Little Bighorn), wzniecił on rasowe resentymenty i dawną wrogość do Indian, rodem jeszcze z pionierskich czasów. Pewnej nocy zakradł się ktoś do pracowni i potłukł młotkiem jego posągi. Jeszcze wiele lat po tym incydencie, można było pod górą Thunderhead zobaczyć zniszczone popiersia i twarze z obtłuczonymi nosami. Szkody długo nie naprawiano. Zapewne słusznie – uwidoczniono tym symbol i przestrogę przed ślepą nienawiścią i wandalizmem.

PIASKI CZASU

Tłum pod twarzą Szalonego Konia

Przemijanie, ludzka krzątanina – złudzenie, że pozostanie po nas jakiś trwały ślad… W wiecznie ruchomych piaskach czasu?
Albert Camus wyznał kiedyś, że żyje po to, by zostawić na ziemi bliznę. Jeden z przyjaciół Janusza Głowackiego, autora “Antygony w Nowym Jorku”, powiedział mu, że różnica między nimi polega na tym, iż on koło grobu chodzi, a Głowacki biega.
Bez wątpienia dzieła przedłużają – jeśli nie życie, to pamięć o twórcy. Jakaś cząstka Leonarda da Vinci została w uśmiechu Mony Lisy; ziarno trwogi, bólu i szaleństwa Van Gogha nadal tkwi w jego płótnach; odbicie mądrości Tołstoja czy Balzaka do dzisiaj możemy znaleźć w ich książkach; pytania Bergmana nadal padają w jego filmach; piękno Bazyliki św. Piotra uderza po wiekach…
Wszystko to zostało zaklęte w materii.
Na jak długo?
Bernardo Bertolucci, reżyser zarówno “Ostatniego tanga w Paryżu”, jak i “Ostatniego Cesarza”, nie ukrywa fatalizmu, jeśli chodzi o trwałość swoich filmów. Mówi, że dla niego wszystko mogłoby zniknąć i dodaje, że jego stosunek do filmów – nie tylko do własnych – jest podobny do tego, jaki miał mnich z “Małego Buddy”, który robił wspaniałe rysunki kolorowym piaskiem: “talent, pasja, godziny pracy – a nagle zawieje wiatr i wszystko znika”.

Jesteśmy skazani na to, by komunikować się w świecie materialnym i w materii wyrażać nasze sny, przekazywać je innym. Jednak często wielu z nas dochodzi do tego, że prawdziwą i niewzruszoną wartość może mieć dla nas właśnie to, co kryje się za materią. Jest to jeden z największych paradoksów ludzkości: chcemy, aby to, co jest najbardziej ulotne, okazało się czymś najbardziej trwałym i niewzruszonym. Na tym chcemy budować opoki – w tym szukamy oparcia.
Ile w tym rozpaczy i desperacji? Ile nadziei, ile tęsknoty, ile prawdy…?
Kamienne tablice dawno rozsypały się w proch, jednak przecież nie na kamieniu opierała się ich trwałość.

Góra Korczaka Ziółkowskiego to nie tylko granit, który przeobraża się się w pomnik jeźdźca na koniu. To wykuta w skale idea. Idea szlachetności, wielkości człowieka – jego dumy, honoru, wytrwałości, dyscyplinie i pracowitości (wartości, które we współczesnym świecie stały się niemodne a nawet cokolwiek wstydliwe). Tak odbierają ją teraz rzesze ludzi, którzy przybywają na Czarne Wzgórza. Świadczą także o tym tysiące listów, które przychodziły na ręce rzeźbiarza, a później – po jego śmierci – docierały do żony i rodziny Korczaka. Wśród nadawców znalazł się i papież, i prezydenci, i zwykli ludzie. W jednym z takich listów ktoś napisał: ”Swoją energią i swoją wizją oświecał on ludzkość i uczynił świat nieco lepszym miejscem, wartym tego, by jakiś czas tutaj pożyć.”
Z góry Thunderhead  wyłania się z wolna pomnik Szalonego Konia. U jego stóp powstanie zapewne kiedyś centrum kultury indiańskiej, dające tym ludziom zadośćuczynienie i hołdujące ich najlepszym wartościom.

Gdzieś tam, u podnóża góry spoczywają też doczesne szczątki Korczaka, a napis na grobie głosi: “Storyteller in Stone”. Jego duch jest jednak stale obecny wśród ludzi. Duch człowieka, który “opowiadał w kamieniu” – duch człowieka, którego sen i opowieść będzie trwała jak góra i skała.
A może jeszcze trwalsza? Może nieśmiertelna jak idee, których nie imają się przecież zęby czasu?

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

TANIEC DUCHA I MASAKRA NAD WOUNDED KNEE (Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)

Taniec Ducha – desperacja i potrzeba nadziei przybiera formę religijnej ekstazy

*

PRERIA  WE  KRWI

Historia, podobnie jak fortuna, kołem się toczy. I choć same wehikuły wiozące nas przez dzieje zmieniają się z czasem, pewne momenty naszej podróży powtarzają się regularnie i cyklicznie. To właśnie dlatego historia nie jest naszą nauczycielką, a rzekomo winna nią być. Ciągle powtarzamy te same błędy. Zmieniają się tylko pejzaże, dekoracje. Nigdy ponoć nie wstępujemy do tej samej rzeki. Jednakże rdzeń ludzkiej natury wydaje się pozostawać niezmienny… Tak, jak niezmienne są prawa rządzące światem, rzeczywistością – prawa, na które nie mamy większego wpływu.
Maczugi, kamienie i dzidy zamieniliśmy na lasery, komputery i bombowce, techniczne cuda. Nasze argumenty wynieśliśmy na szczyt elokwencji, oblekliśmy je w krasomówcze, przeintelektualizowane korowody, opletliśmy wszystko siatką usprawiedliwień i objaśnień, które tak naprawdę tworzą ciągle to nowe zasłony dymne, pełne na dodatek samookłamywań i iluzji. Efekt jest ten sam – zabijanie, narzucanie swojej woli słabszym. Trudno nam ukryć nasze zwierzęce pazury, nie sposób wyrwać tego tkwiącego w nas nerwu bestii. Gwałt wpisany jest w mozaikę świata, w którym żyjemy. Przemoc jest w nas.

Amerykanie są (i zawsze byli) społeczeństwem zorientowanym w przyszłość. Dlatego historia czy tradycja nie zajmują w ich świadomości tak istotnego miejsca, jak w świadomości społeczeństw starszych kulturowo i cywilizacyjnie. Jest w tym pragmatyzm, ale także doszukać się tu można pewnej mądrości: bez dziejowych obciążeń łatwiej bowiem o optymizm, który uważany jest za jedną ze swoistych, typowo amerykańskich cech. Z drugiej strony pociąga to za sobą życie w pewnej nieświadomości, a nawet naiwności, dzięki której łatwiej jest tym społeczeństwem manipulować.
Być może wynika to z naszych europejskich obciążeń, ale chcielibyśmy czasem przypomnieć Amerykanom o niektórych wydarzeniach z ich przeszłości. Oczywiście nie chcę tego nazywać przestrogą, gdyż takie zapędy pedagogiczne słusznie mogłyby się wydać pretensjonalne. Inspiracją jest dla mnie wola oddania sprawiedliwości tym, którzy na amerykańskiej drodze do potęgi zostali połamani wspomnianym już kołem historii. A że przy okazji jest to przypomnienie o tych mniej radosnych stronach naszej ułomnej, ludzkiej natury? Cóż, staje się to jakby mimochodem.
Tragedia, jaka wydarzyła się 110 lat temu pod Wounded Knee (Zranione Kolano) w Dakocie Południowej, jest niewątpliwie wielkim zgrzytem, jakiego nie chciałoby się słyszeć w patriotyczno-idealistycznej melodii dziejów amerykańskiej glorii.
Jak do niej doszło?

Indianie ze szczepu Lakota w rezerwacie Pine Ridge (tereny dzisiejszej Dakoty Południowej)

KONIEC  WOLNOŚCI

O stopniowej degradacji i zagładzie kultury rdzennych Amerykanów, czyli Indian, można by spisać księgi. Podczas gdy dla współczesnych mieszkańców Ameryki, przodków dawnych kolonistów, tzw. “odkrycie” tej ziemi przez Kolumba było początkiem nowej ery znaczonej nadziejami przybywających tu Europejczyków, w swej masie uciekających najczęściej przed biedą i religijnymi prześladowaniami, to dla Indian był to początek końca ich wolności. Z jednej strony pięćsetlecie post-kolumbijskiej Ameryki to konstytuowanie się podziwianej przez wielu demokracji amerykańskiej, kształtowanie i budowa najbardziej wpływowego państwa i najbogatszego społeczeństwa na świecie. Z perspektywy indiańskiej zaś, stulecia te były niekończącym się pasmem upokorzeń, opresji, mordów i łamania umów; wygnań, przesiedleń i wyzuwania z ziemi. Lata znaczone szlakami łez i śmierci, niszczenia odwiecznych tradycji i stylu życia; demoralizacji i międzyplemiennego skłócania. Można to wszystko uznać nie tylko za koniec wolności Indian, ale i za koniec ich cywilizacji.
W ostatecznym rozrachunku politykę zastosowaną wobec Indian przez Białych nie można nazwać inaczej, jak etnicznymi czystkami. Doświadczyły tego wszystkie ludy zamieszkujące kontynenty obu Ameryk, jednak tylko jednemu plemieniu przypadło w udziale tragiczne doświadczenie, które było krwawą “kropką nad i”, końcem zbrojnego oporu wobec najeźdźcy, finalnym ciosem, ostatecznym zniwelowaniem okruchów indiańskich nadziei. Plemieniem tym byli Siuksowie, a miejscem gdzie się to zdarzyło – obozowisko nad potokiem Wounded Knee na terenie rezerwatu Pine Ridge w Dakocie Południowej. Był rok 1890. Odchodził tym samym w przeszłość nie tylko wiek XIX, ale i cała epoka.

DUCHOWA  MIKSTURA

Cechą na wskroś ludzką jest to, że w położeniu bez wyjścia człowiek, be względu na swój poziom intelektualny czy kulturowy, odwołuje się do pomocy boskiej, szuka interwencji sił nadprzyrodzonych, oczekuje porządku Idei Nadrzędnej, jakiegoś Wyższego Sensu. Jednym słowem, ucieka się do metafizyki.
Polacy pod zaborami chcieli widzieć Ojczyznę mesjaszem narodów. Idee mesjanistyczne, mające swoje źródło głównie w Starym Testamencie, były bardzo charakterystycznym motywem wielu chrześcijańskich sekt w nowo powstałych Stanach Zjednoczonych. Niektóre z nich przeniknęły do duchowego, religijno – mistycznego świata Indian.

Taniec Ducha, który w powszechnej świadomości kojarzony jest z żyjącymi na Wielkich Równinach Siuksami i ich aktywnością kultową w latach 1898 – 90, nie narodził się  na prerii, a po zachodniej stronie Gór Skalistych, wśród Pajutów zamieszkujących obszary dzisiejszej zachodniej Nevady. Świadczy to tylko o wspólnocie losowej Indian.
Podobnie mesjanizm, który wiąże się z Tańcem Ducha, również nie był nowością w czasie, kiedy zaczął głosić go prorok Wavoka w pajuckim rezerwacie Walker Lake. Wśród wielu plemion indiańskich poddanych opresji, pojawiali się w przeszłości “mesjasze” niosący swym pobratymcom pociechę, głoszący wybawienie od nieszczęść, jakie przyniosło pojawienie się Białych.

Wavoka był synem jednego z takich proroków, szamana Pajutów imieniem Tavibo. Kiedy chłopiec miał 12 lat, jego ojciec doświadczył wizji, w której Bóg oświadczył mu, iż ziemia jest już stara i zmęczona, potrzebuje więc odnowy. Stanie się to wkrótce. Przodkowie Indian zmartwychwstaną, wszyscy znów będą młodzi, ciesząc się życiem na obfitującej we wszelkie dobra odnowionej ziemi, na której nie będzie już żadnych Białych. Spełniony wszak być musi jeden warunek. Wszyscy muszą w to uwierzyć, brać udział w świętym tańcu i śpiewać objawione prorokowi pieśni.
Niestety, Tavibo rok później umarł, osieracając nieletniego Wavokę. Sam kult wygasł z braku widocznych oznak spełniania się proroctw. Chłopca przygarnęła rodzina okolicznych farmerów, nadając mu imię Jack Wilson. Byli oni gorliwymi chrześcijanami. W ich domu Wavoka, mając niewątpliwie po ojcu w genach spirytualne skłonności, zbliżył się do chrystianizmu. Później, żyjąc już samodzielnie i pracując na polach chmielowych w dolinie rzeki Columbia, poznał różne jego sektowe odmiany. Elementy każdej z nich odnaleźć można  w odrodzonym dzięki niemu kultowi Tańca Ducha, który swą tragiczną kulminację znalazł pod Wounded Knee w Badlands.

Od mormonów przejęta została idea Indian, jako ludu wybranego, potomków zaginionych plemion hebrajskich. Również słynne “koszule ducha”, mające chronić Indian przed kulami, mogły mieć swój początek w obyczaju noszenia przez mormonów specjalnych szat, zabezpieczających ich przed złem i zapewniających ostateczną chwałę w zaświatach. Od Shakerów pochodzi być może koncept ekstatycznego wpadania w trans dzięki rytmicznym pląsom i podrygom. Z kolei tzw. Śniący, idąc za nauką swego proroka Smohalli nienawidzącego Białych, a zwłaszcza ich barbarzyńskiego sposobu obchodzenia się z “matką ziemią”, uważali, że tylko w czasie snu czy wizji może się objawić człowiekowi prawdziwa wola i przykazania Wielkiego Ducha. Stąd przywiązywanie przez wyznawców kultu wielkiego znaczenia do treści i znaków otrzymywanych podczas transowych wizji.
Oczywiście, mikstura ta wzbogacona została dodatkowo przez elementy tradycyjnych wierzeń samych Indian, których natura zresztą, w wielu miejscach pokrywała się  z motywami innych religii.

Wavoka

CZERWONY  CHRYSTUS

Wavoka z rozbudzoną i wzbogaconą spirytualnie świadomością wrócił do stron rodzinnych. Zrazu nic nie zapowiadało jego mesjanicznego potencjału. Jako Jack Wilson założył rodzinę i wśród okolicznej ludności dorobił się opinii pracowitego człowieka. Jednak nie było to w stanie go zadowolić. Wewnątrz męczyła go frustracja. Biali – nawet rodzina, w której się wychował i jego bracia – nigdy nie uznają go za “swego”, wśród Indian zaś nigdy nie zajmie tak ważnej pozycji, jaką miał choćby jego ojciec.
Nie jest pewne, gdzie Wavokę po raz pierwszy nawiedziła ta wizja. Czy stało się to wtedy, gdy leżał w łóżku trawiony gorączką, czy też podczas rąbania drewna w lesie. Jednak co do treści widzenia nie ma żadnych wątpliwości. Podczas wizji Wavoka zmarł, został zabrany przez Wielkiego Ducha do nieba, gdzie Bóg objawił mu prawdę o konieczności odnowy i życia w braterstwie, a także zapowiedział rychłe zapanowanie wiecznej szczęśliwości na świecie. Następnie Wavoka został odstawiony na ziemię i przywrócony do życia.
Od tego czasu zaczęło się posłannictwo Wavoki. Nad jeziorem Walkera odtańczono pierwszy po latach Taniec Ducha, który miał prowadzić Indian ku nowemu przeznaczeniu. Zrazu kult rozwijał się wolno i to tylko wśród Pajutów, jednak z czasem ogarnął prawie wszystkie plemiona na zachód od Mississippi. Bowiem desperacja wszystkich szczepów była jednaka. Przypominało to rozprzestrzeniający się po prerii pożar.

Bez wątpienia, w głoszeniu nowej ewangelii pomogły Wavoce trzy cudy, jakie zaczęli mu przypisywać jego wyznawcy. Być może Wavoka sam zorganizował swój pierwszy “cud”, choć też mogło się to odbyć bez jego wiedzy. Otóż w środku lata zapowiedział on, że na rzece pojawi się lód. I rzeczywiście, zarówno wierni, jak i sceptycy zgromadzeni na moście wokół modlącego się Wavoki, zobaczyli wkrótce płynące z wodami kry. Nie wiedzieli, że przybrani bracia Wavoki, wywalili w górze rzeki cały wóz lodu, jaki produkowali w swojej fabryczce. Nie jest pewne, czy Wavoka o tym wiedział, czy też Wilsonowie, chcąc ocalić twarz swego brata, pomogli mu w spełnieniu “cudu”.
Następne cudowne wydarzenie miało miejsce dokładnie 1 stycznia 1898 roku. Wavokę ponownie zwaliła z nóg gorączka. Był bliski śmierci i w tym samym czasie “umierać” też zaczęło Słońce. Indianie nie byli przygotowani na zaćmienie i ogarniające ziemię ciemności wywołały wśród nich prawdziwą panikę. Jednak Wavoka wstał wkrótce z łoża i Słońce ponownie zaświeciło pełnym blaskiem na niebie. Jak pamiętamy z lektury Prusa, nie pierwszy to tego rodzaju wybieg ziemskich czarodziei.
Za trzecim razem, po pomoc do Wavoki udali się okoliczni ludzie gnębieni trwającą od jakiegoś czasu suszą. Wavoka powiedział im, aby się nie martwili, bo w ciągu trzech dni będą mieli wystarczająco dużo wody. Na trzeci dzień lunął deszcz, a rzeka wystąpiła z brzegów. Przekonało to nawet jednego z najbardziej zatwardziałych niedowiarków, indiańskiego milicjanta Josephusa, który stwierdził: “Wierzę teraz mocno w nadnaturalną moc nowego Chrystusa”.

Trzeba przyznać, że sam Wavoka na początku swych proroctw nie uważał się za syna bożego. Jednak rosnąca gorliwość jego wyznawców umocniła go z czasem w przekonaniu, iż rzeczywiście jest on Zbawicielem, a w końcu, że jest samym Chrystusem. Niektórzy ponoć widzieli nawet stygmaty na jego dłoniach.
Bez względu na to, jak absurdalna może się wydać postronnym świadkom cała ta czarodziejsko – mesjanistyczna aura, Wavoka dawał Indianom wraz z nadzieją religię, która w swej istocie i moralnej wymowie nie odbiegała od tego, co głosił Chrystus dwa tysiące lat wcześniej. Choćby takie słowa Wavoki świadczą o chrześcijańskim duchu jego nauk: “Nie krzywdźcie nikogo. Czyńcie zawsze dobro. Nie kłamcie. Nigdy nie walczcie. Indianie nie muszą się niczego obawiać. Nasi zmarli przodkowie powstali i czekają na nas razem z Wielkim Duchem. Indianie muszą wierzyć i ufnie odprawiać święty taniec”.

WIELKI  SMUTEK  REZERWATÓW

Aby zrozumieć to, co stało się pod Wounded Knee i jak wiąże się to wydarzenie z Tańcem Ducha, musimy wspomnieć o sytuacji, w jakiej w drugiej połowie XIX wieku znaleźli się Siuksowie, jedno z najznaczniejszych plemion Indian Ameryki Północnej. Świadomość niewiarygodnego pasma klęsk i upokorzeń doznanych wtedy przez nich, niewątpliwie pozwoli nam ogarnąć istotę fermentu, jakiemu uległ wówczas ten lud Wielkich Równin.
Przez blisko 100 lat Siuksowie, (którzy notabene nazywają siebie Lakota – “Przyjaciółmi”) byli niekwestionowanymi władcami prerii. Przebywali tu stosunkowo od niedawna, spychani przez coraz bardziej panoszących się na wschodzie Białych. Ich przodkowie żyli  niegdyś daleko od Wielkich Równin, prawdopodobnie gdzieś między Apallachami a Atlantykiem, na terenie dzisiejszej Karoliny Północnej i Wirginii. W XVIII wieku, dysponując końmi i bronią palną, stawszy się niezrównanymi jeźdźcami i wojownikami, zdominowali północne połacie prerii i konkurujące z nimi plemiona, głównie Szoszonów, Crow, Arikarów i Czejenów. Dla pokoleń Siuksów urodzonych w pierwszej połowie XIX wieku, prerie te były już ziemią rodzinną, a Czarne Wzgórza (Black Hills) – nawet świętą. Co najważniejsze, preria i pasące się na niej bizony, stały się dla nich podstawą egzystencji.
W połowie XIX stulecia fale białych osadników ze Wschodu, zachęconych przez rząd waszyngtoński dogodnymi ustawami, zaczęły wciskać się na obszary będące terenami łownymi Siuksów. Konfliktów i starć nie można było uniknąć.

Indiański obóz w rezerwacie

*

W 1851 roku podpisano z Siuksami pierwszy traktat uznający ich suwerenność i nienaruszalność granic. Warunków oczywiście nie dotrzymano. Następne 40 lat przyniosło wymuszone podpisanie kolejnych dokumentów, na coraz gorszych zresztą dla Indian warunkach – pozbawiając ich z ziemi, spychając na coraz mniejsze skrawki nieużytków. Mało tego, każdy traktat był przez Białych łamany, dokument stawał się bezużytecznym świstkiem papieru. Największymi wygranymi byli zawsze spekulanci ziemią.
Tym samym umacniała się wśród Indian opinia, według której Biali to najwięksi kłamcy pod słońcem.

Miara się przepełniła, gdy w 1874 roku odział tzw. “ekspedycji Custera” wkroczył bezprawnie na teren Black Hills. Znalezione wówczas złoto roznieciło gorączkę, która trwała przez następnych parę lat i spowodowała zalanie Czarnych Wzgórz białymi osadnikami i poszukiwaczami fortuny. Tym samym pogwałcono traktat 1868 roku, stanowiący Wielki Rezerwat Siuksów, nadający im na własność Black Hills po wsze czasy. “Wsze czasy” nie trwały nawet dekady, bo już w 1876 roku Czarne Wzgórza przestały należeć do Indian.
Mimo wygranej w tym samym roku przez Siuksów słynnej bitwy nad Little Bighorn, ich klęska była nieunikniona. Stopniowo Indian spacyfikowano, ubezwłasnowolniono; zakazano im polowań, a nawet swobodnego poruszania się poza rezerwatami. Skazano ich na życie niegodne, zdając na jałmużnę rządowych przydziałów racji żywnościowych. Indianie znaleźli się w potrzasku.

Sytuacja stała się jeszcze bardziej tragiczna, kiedy przydziały ograniczono, a rezerwaty bardziej rozdrobniono i rozparcelowano. Tak było np. w 1889 roku, kiedy to odebrano Siuksom połowę zajmowanej przez nich ziemi, pozbawiając ich tym samym własności gwarantowanej wcześniejszymi umowami. Bizony, które do niedawna były dla Indian Prerii podstawą egzystencji, zostały już prawie doszczętnie wytępione.
Życie w rezerwatach stało się nie do zniesienia. W lecie nękały Indian bezlitosne upały i susze, w zimie zabójczy mróz. Głód, choroby i nędza wycieńczały stopniowo wszystkich – nawet tych najodporniejszych i najtwardszych.
W takiej sytuacji tylko cud i siły nadprzyrodzone mogły zmienić indiańską dolę. To właśnie wtedy do rezerwatów Prerii dotarły obietnice Wavoki i nadzieje, jakie niósł ze sobą Taniec Ducha.

STRACH  I  OBIETNICA  RAJU

Wodzowie słyszeli o indiańskim proroku, który głosił swoim współbraciom dobrą nowinę za “Lśniącymi Górami” (Rocky Mountains). Jednakże były to wieści niedokładne, pełne fantastycznych przeinaczeń i plotek.
Wysłali więc latem 1898 roku własną delegację, by ta sprawdziła wszystko naocznie. Grupa Siuksów, w której prym wiedli Niski Byk i Kopiący Niedźwiedź, wyruszyła pociągiem na zachód, docierając jesienią do rezerwatu Walker Lake w Nevadzie, położonego nieopodal kalifornijskiego jeziora Tahoe. Nie byli sami. Po drodze dołączyli do nich Indianie z innych plemion.
Na wiosnę następnego roku Niski Byk i Kopiący Niedźwiedź z powrotem byli wśród swoich, przejęci misją. Niestety, to co mówili odbiegało znacznie od pacyfistycznego w sumie posłania Wavoki i sprowadzało się do zapowiedzi żywiołowej zagłady gotowanej przez Wielkiego Ducha Białym. Indianie zaś mogą się spodziewać zapanowania rajskiej szczęśliwości i powrotu zmarłych przodków. Znów pełno będzie zwierzyny, rzeki kipieć będą od ryb, nie braknie dyń, orzeszków i kukurydzy. Jedynym warunkiem jest powszechne uczestnictwo w Tańcu  Ducha.

Kult ogarnął wkrótce wszystkie rezerwaty Siuksów: Pine Ridge, Rosebud, Standing Rock, Cheyenne River… Chrześcijańska w duchu doktryna Wavoki zastąpiona została przesłaniem bardziej wojowniczym, powodującym napięcie. Już mowa o konieczności noszenia chroniących od kul wroga “koszul ducha” sugerowała wojnę, gwałtowne stracie, potęgowała psychozę strachu i tak już pogłębionego przez tragiczną sytuację, w jakiej się znaleźli Indianie po kolejnych rozbiorach ich ziemi.
Owa psychoza ogarnęła zresztą obie strony, nakręcając spiralę strachu, tworząc błędne koło. Biali, zarówno osadnicy, jak i wojskowi, obawiali się indiańskiego powstania. Zaczęli więc słać do Waszyngtonu alarmujące depesze, naglące do interwencji. Te dziwne i niezrozumiałe taneczne obrzędy Czerwonoskórych napełniały ich początkowo niepokojem, który wkrótce zamienił się w panikę. Jesienią, na preriach, pojawiły się dodatkowe oddziały wojska.
To z kolei wzmogło trwogę Indian. Świeża była jeszcze wśród nich pamięć śmierci wodza Szalonego Konia – walecznego zwycięzcy spod Little Bighorn (1876), który w rok po bitwie zginął zadźgany bagnetami w forcie Robinson – kiedy oto wieść o kolejnym wydarzeniu obiegła prerie. W rezerwacie Standing Rock, z poduszczenia władz wojskowych planujących unieszkodliwienie największych “podżegaczy” i “mącicieli”, indiańska milicja zamordowała najsłynniejszego wodza Siuksów, Siedzącego Byka.
W takiej atmosferze nietrudno było o iskrę wzniecającą pożar.

Wielka Stopa i jego żona Biały Jastrząb

TUŁACZKA  WIELKIEJ  STOPY

Na liście “podżegaczy” znalazło się kilku indiańskich wodzów, wśród nich Wielka Stopa. Również i on miał być aresztowany, a ludzie, którym przewodził, zamknięci w okolicznym forcie. Wielka Stopa, nie zdając sobie sprawy z tych planów władz amerykańskich, udał się z grupą około 350 Indian w drogę do fortu, po pomoc dla swych głodujących ludzi. Po drodze dołączyło do nich kilkudziesięciu Siuksów uciekających z rezerwatu Standing Rock. Powiadomili oni Wielką Stopę o śmierci Siedzącego Byka, który zginął dwa dni wcześniej. Mimo jeszcze większych obaw, wódz postanowił kontynuować podróż na wschód. Jednak wkrótce Indianie natknęli się na oddział kawalerii amerykańskiej, który miał za zadanie pojmanie ich i odstawienie na zachód, do leżącego na Czarnych Wzgórzach fortu Mead. Dowodzący oddziałem pułkownik Sumner pozwolił jednak Siuksom rozbić obóz i przenocować w nim, sam oddalając się z  żołnierzami o kilka mil. Wielka Stopa dał mu słowo, iż następnego ranka podąży za wojskiem. Na Indian padł jednak blady strach i po krótkiej a nerwowej naradzie i głosowaniu, postanowili uciekać na południe, do rezerwatu Pine Ridge. Mogli tam znaleźć opiekę wielkiego wodza Siuksów, Czerwonej Chmury, który odnosił do tej pory największe sukcesy w negocjacjach z Białymi. Wielka Stopa, pod presją towarzyszy, musiał poświęcić swoje słowo honoru i jeszcze tej samej nocy zarządził ucieczkę. Nie zapominajmy, że był to grudzień. Indian czekała więc mordercza 150-milowa tułaczka w mrozie i o głodzie. Na domiar złego, Wielka Stopa nabawił się w dzień Bożego Narodzenia ostrego zapalenia płuc. Mimo tego, leżąc na wozie i plując krwią, prowadził grupę po bezdrożach prerii, którą znał tak dobrze z dawnych szczęśliwych dni, kiedy jako młody myśliwy polował tu na bizony, sarny i antylopy.
W tym samym czasie, na odległych “mesach” Badlands, wśród niesamowitych scenerii “Złych Ziem”, zdesperowani Siuksowie odprawiali swój Taniec Ducha. Nie wiedzieli jeszcze, że jest to ich ostatni taniec.

ŚMIERĆ  W  BADLANDS

Amerykanie zaniepokojeni tymi wszystkimi wydarzeniami i aktywnością Tańca Ducha w rezerwacie Pine Ridge, dokąd uciekli pozostali jeszcze na wolności wyznawcy kultu, wysłali z Nebraski w kierunku Badlands żołnierzy. I tak się właśnie złożyło, iż to właśnie ten odział przejął nad potokiem Wounded Knee grupę Wielkiej Stopy. Stało się to dosłownie w przeddzień dotarcia Indian do celu, czyli do obozu Czerwonej Chmury.
Na nieszczęście była to Siódma Brygada Kawalerii, ta sama, która pod dowództwem Custera, kilkanaście lat wcześniej rozgromiona została pod Little Bighorn. Służyło w niej jeszcze kilku oficerów pamiętających tamtą haniebną porażkę i żądza zemsty na pewno nie była im obca.
Niemniej jednak spotkanie Indian z żołnierzami odbyło się raczej spokojnie. Wielka Stopa nie stawiał żadnych oporów, kiedy amerykański dowódca zażądał bezwarunkowego poddania. Zatknięto białe flagi.

Jednak tym razem żołnierze nie oddalili się od obozowiska, które Indianie rozbili się na noc, a otoczyli je. Na wzgórzu ustawiono nawet baterię lekkich działek Hotchkiss miotających granaty. Mimo tego Indianie do końca nie wierzyli, że skoro się poddali, zostaną zaatakowani. Udali się na odpoczynek. Ciężko chorego wodza Wielką Stopę przeniesiono nawet do wojskowego ambulansu, gdzie udzielono mu pomocy. Jego ludziom rozdzielono też koce i żywność.
Złowróżebny mógł być jednak rozkaz, jaki od pułkownika Forsytha otrzymali żołnierze: “Rozbroić wszystkich Indian. Przedsięwziąć wszelkie środki uniemożliwiające im ucieczkę. Jeśli wybiorą walkę, zlikwidować ich”.
Następny ranek powitał jednak wszystkich słoneczną pogodą, mimo że był to środek zimy, a dokładnie 29 grudnia 1890 r. Indiańskie dzieci, po raz pierwszy od wielu dni, zaczęły się nawet bawić. Wokół namiotu Wielkiej Stopy zgromadzili się mężczyźni, tworząc krąg. Pułkownik Forsyth zapewnił ich, że żołnierze są przyjaciółmi Indian, że zostaną zwiększone ich racje, i że mogą się czuć bezpiecznie. Wielka Stopa zaś, przekonany wcześniej przez misjonarzy i oficerów, zdając sobie sprawę z beznadziejności wszelkiego oporu, polecił swoim ludziom złożyć broń.
Nie spotkało się to z entuzjazmem. Przymus ten odebrano jako jeszcze jedną wielką zniewagę. Indianin bez broni nie był mężczyzną. Złożono więc ledwie parę zdezelowanych strzelb. W takiej sytuacji Forsyth zarządził przeszukanie indiańskich tepee, skąd wyciągnięto wszystko, czym można było walczyć – noże, siekiery, szable, strzelby, rewolwery – i ułożono z tego spory kopczyk. Żołnierze wiedzieli jednak, że Indianie  posiadają jeszcze parę nowoczesnych, szybkostrzelnych Winchesterów. Zabrali się więc za rewizję osobistą, nakazując Indianom rozewrzeć poły koców, w jakie byli oni obleczeni.

Niezadowolenie i niepokój Indian wzrastały. W międzyczasie szaman plemienny Żółty Ptak rozpoczął swój taniec, rzucając w górę garści piasku i nucąc pieśń: “Nie obawiajcie się! Niech wasze serca będą mocne na spotkanie tego, co was czeka! Żołnierzy jest wielu i mają oni wiele kul. Ale preria jest wielka i kule was nie dosięgną, a polecą nad wielką prerią”.
Nikt ze starszych mężczyzn nie miał broni. Dwóch młodych wojowników oddało karabiny. Żołnierze podeszli do trzeciego zwanego Czarnym Kojotem, słusznie podejrzewając, że ukrywa on w zanadrzu broń. Ten wydobył nagle spod koca swój nowy Winchester i zaczął krzyczeć, że nie odda strzelby, która kosztowała go majątek. Między nim a żołnierzami doszło do szarpaniny i broń przypadkowo wypaliła.
W tym momencie rozpętało się piekło.
Żołnierze zaczęli strzelać do Indian niemalże na oślep. Kilku wojowników miało jeszcze strzelby, lecz po chwili obrony leżeli już martwi na ziemi. Na nic zdały się “kuloodporne” “koszule ducha”. Wielką Stopę zastrzelono, kiedy próbował się podnieść. Zastygł  jakby w geście powstrzymania wszystkich.
Na obozowisko, gdzie znajdowały się właściwie same kobiety i dzieci, z działek posypał się grad wybuchających pocisków, rozrywających wszystko na strzępy. W niedługim czasie padło ponad 100 Indian, jak również kilkudziesięciu żołnierzy, wielu uśmierconych kulami swych towarzyszy. Bezsensowna i nieusprawiedliwiona rzeź trwała jednak jeszcze długo. Strzelano do bezbronnych, uciekających ludzi, głównie kobiet i dzieci. Szczególnie mordercza okazała się pułapka w postaci wąskiego jaru, w którym próbowała się schronić część nieszczęśników. Tych, których nie zmasakrowały tam granaty, dobili wkrótce niebiescy żołnierze.
Kiedy strzały wreszcie umilkły, zebrano z pola 40 rannych i 25 zabitych żołnierzy, oraz 50 rannych Indian. Zaraz potem rozpętała się śnieżna zamieć. Trupy Indian – a było ich około 200 – zostawiono na miejscu masakry.

Ciało Wielkiej Stopy pozostawione na miejscu masakry pod Wounded Knee

*

EPILOG

Zwłoki leżały na polu przez trzy dni. W Nowy Rok wysłano pod Wounded Knee grabarzy i parę wozów. Wykopano wielki rów, do którego wrzucono zamarznięte na kość ciała. Odbyło się to bez żadnego uszanowania dla zmarłych, bez jakichkolwiek obrządków.
Zachowały się fotografie z tamtego dnia, na których utrwalono groteskowe pozy, w jakich zastygły ciała. Szczególnie upiorne wrażenie robią zwłoki Wielkiej Stopy.
Pod zwałami koców znaleziono 3-miesięczną dziewczynkę, która przetrwała zamieć i mróz. Ciągle przyssana była do piersi nieżyjącej już od paru dni matki.
Władze federalne mord pod Wounded Knee nie nazywają masakrą a bitwą. Kongres amerykański przyznał 18 żołnierzom biorącym udział w tamtej akcji najwyższe ówczesne odznaczenie wojskowe, Medal Honoru.

Prawie wszystkie publikacje mówiące  o przyczynach tragedii, wskazują, często nieświadomie, na Taniec Ducha, który jakoby wszystko zapoczątkował, prowadząc w konsekwencji do Wounded Knee. Co ciekawe, czynią tak nawet autorzy, którzy sympatyzują z Indianami, uznając ich racje moralne i prawne. Otóż mylą oni wszyscy skutek z przyczyną. Kult był bowiem skutkiem opresji Białych wobec Indian i trudno jego wyznawców obwiniać za to, co się stało pod Wounded Knee w grudniu 1890 roku. Decydującym powodem było łamanie traktatów i niekonsekwentna polityka rządu amerykańskiego, której rezultatem były czystki etniczne na podbitych terenach.
15 stycznia poddali się ostatni Indianie praktykujący Taniec Ducha, którzy schronili się na pustkowiach Badlands. Było ich około 4 tysiące. Wśród innych plemion – również na terenie Terytorium Indiańskiego (dzisiejsza Oklahoma), gdzie Taniec Ducha był celebrowany szczególnie mocno – kult wygasł w ciągu paru miesięcy w obliczu braku spełniania się proroctw Wavoki, który zapowiadał koniec świata indiańskiej udręki na wiosnę 1891 roku.
Sam Wavoka żył jeszcze długo po całym wydarzeniu. Kiedy dotarła do niego żałosna wiadomość o Wouded Knee, narzucił na głowę koc i rozpaczał czas jakiś. Wreszcie powstał i ogłosił: “Moje dzieci, dzisiaj wzywam was, abyście obrali nowy szlak, jedyny szlak, jaki jest dzisiaj otwarty – szlak białego człowieka”.

KONIEC

*

*

*

*

Na zdjęciach: ofiary masakry pod Wounded Knee leżały na mrozie kilka dni, zanim wrzucono je do zbiorowej mogiły (zdjęcia dokumentalne)

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

*