ZEMSTA I PRZETRWANIE – ODDECH W ZMALTRETOWANYM CIELE (o najnowszym filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „ZJAWA”)

.

Zmaganie człowieka z naturą i ludzką żądzą zemsty (Leonardo DiCaprio w filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu "ZJAWA")

Przetrwać za wszelką cenę (Leonardo DiCaprio w filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „ZJAWA”)

.

Paradoksalnie, to dopiero „Zjawa” uświadomiła mi, jak bardzo Iñárritu jest przywiązany do fizyczności świata – a tym samym: jak mocno jest on zaabsorbowany cielesnością człowieka. I to wbrew temu, że sam – dysponując genialnym umysłem filmowca – posługuje się wybitną inteligencją, by za pomocą medium kina pokazać innym swoją wizję świata jako areny ścierania się ludzkich emocji, instynktu, popędów i impulsów… Gdzie intelekt jest bardziej sługą, niż panem, będąc czymś uzależnionym od Natury, mimo prób emancypacji, których jednak w filmach Iñárritu się nie uświadczy. Właśnie dlatego można powiedzieć, że są one anty-intelektualne, a więc na swój sposób – mimo kinematograficznej błyskotliwości, polifonii i złożonej faktury – płytkie, ślizgające się niejako po powierzchni rzeczy i zjawisk. Co, jak się okazuje, nie przeszkadza mi w mojej admiracji dla tych obrazów i uznaniu Iñárritu za jednego z najwybitniejszych i najlepszych współczesnych reżyserów świata. (Czyżbym więc przypadek miłości, która jest ślepa?)

Taka na wskroś anty-intelektualna jest właśnie „Zjawa”, w której nawet takiemu elokwentnemu gościowi jak Leonardo DiCaprio zamyka się usta, redukując jego postać do dyszącego zemstą, zmaltretowanego ciała, które – rzucone w dzikie ostępy amerykańskiej puszczy – dokonuje nadludzkich wysiłków aby przetrwać i wziąć odwet na tych, którzy go zdradzili i na tę morderczą poniewierkę skazali. Ludzkie ciało w „Zjawie” (nie tylko zresztą ciało granego przez DiCaprio trapera Hugh Glassa) jest traktowane bezlitośnie, będąc cięte, kłute, dziurawione, rozszarpywane, miażdżone… i sam już nie wiem, czy Wielka Trójca w filmie Jedyna, która obraz ten stworzyła (aktor DiCaprio, reżyser Iñárritu i operator Lubezky) powodowana była masochizmem, czy sadyzmem, a może jeszcze czymś innym? Może to tylko jeszcze jeden rodzaj perfekcjonistycznej kreacji, w której od (pozornego mimo wszystko) masochizmu czy sadyzmu ważniejsza jest (trzymająca wszystko w ryzach) forma? Forma, która sama w sobie może być przedmiotem fascynacji i zachwytu, a tym samym stanowić źródło odczuwania przez nas piękna. Albo przerażenia. (Czy aby jednak zbyt daleko nie posuwamy się w tej apologii stylu?)

.

Przeżyć, by się zemścić

Przeżyć, by się zemścić – instynkt zmaltretowanego ciała

.

PRZEMOC JAKO ZABAWA I CIERPIENIE

Pomysł „Zjawy” nie należy do Iñárritu. Scenariusz (co prawda, po części napisany też przez reżysera) jest adaptacją powieści Michaela Punke „The Revenant: A Novel of Revenge” opartej na autentycznej historii trapera, który przeżył podobną do ukazanej w filmie przygodę, gdzieś na Terytorium Dakoty w latach dwudziestych XIX wieku. Nie do końca więc usprawiedliwione jest to, że – traktując o „Zjawie” – mówimy: „Iñárritu to, Iñárritu tamto…” Bowiem nie jest to film autorski (a szkoda, bo ja chciałbym aby wszystkie filmy jakie firmuje ten reżyser, należały do kina autorskiego).
A jednak Alejandro Gonzales „wstrzelił się” w temat (i obraz) znakomicie, wyczuwając filmową materię „przez skórę”. I wydaje mi się, że odkryłem dlaczego tak się stało. Otóż w jednym, z wywiadów reżyser stwierdził: „Według mnie życie jest nieopanowanym ciągiem strat, przez które cierpimy. Od naszych narodzin po śmierć, stale coś tracimy. Tracimy naszą niewinność. Zaczynamy tracić nasze włosy, zęby, zdrowie… A w końcu tracimy też całe nasze życie. Dla mnie, wszystko polega na tym, jak sobie dajemy z tym radę, jak przeobrażamy to cierpienie. Uważam przy tym, że ból czy cierpienie nie powinny być czymś, co nas bawi, ale właśnie tym, co umożliwia naszą transformację. To jest też sposób na to, by zachować nasze więzi ze światem. Tak właśnie działa natura. Kwiat rośnie, kwitnie, potem więdnie i usycha, i następnie rodzi się na nowo. To wszystko jest nieodłączną częścią życia.”

Tak więc, stałym wątkiem filmów Iñárritu jest ludzkie cierpienie, które reżyser ukazuje nam zwykle (posługując się właśnie fizycznością) za pomocą zmaltretowanego ludzkiego ciała. I tak oto trafiamy do ukazanej w „Zjawie” amerykańskiej „dziczy” a w niej ciała trapera Glassa poddanego swoistej masakrze, która swoje apogeum osiąga w ataku niedźwiedzia grizzly – i która w rzeczywistości ciągnie się przez cały czas trwania filmu, aż do równie gwałtownego finału.
Ale przemoc i gore w filmach Iñárritu są inne, niż w całym popularnym kinie amerykańskim, gdzie krew, nóż, pięść i karabin służą zwykle do zabawy – ekscytując publikę, dostarczając widzom „fanu”. Wystarczy zrobić w tym miejscu porównanie z innym, obecnym teraz na ekranach filmem, również przenoszącym nas – podobnie jak robił to każdy szanujący się western – w czasy dzikiego Pogranicza. Mam tu oczywiście na myśli „Nienawistną ósemkę” Quentina Tarantino – reżysera, który ekranową masakrofilię opanował do perfekcji. Bo jeśli chodzi o Iñárritu, to jego przemoc i okrucieństwo (nawet to wzięte w cudzysłów, „udawane”) wcale nie bawi, co nota bene ma związek z meksykańskimi korzeniami Alejandro, który przemoc (stale obecną w jego kraju), zna z doświadczeń własnej rodziny. Tak więc, dla niego przemoc to okrutny konkret, a nie ludyczna abstrakcja, którą można rozerwać publiczność w kinie. Iñárritu obrazuje ową przemoc w kategoriach autentycznej zmory. U niego jest ona źródłem cierpienia, nigdy zaś satysfakcji, jak to ma miejsce w filmach Tarantino, gdzie rozwalanie ludzkiego mięsa doprowadza wielu widzów do radosnej ekstazy.

.

Człowiek i Natura – cóż po pięknie w walce na śmierć i życie?

Człowiek i Natura – cóż po pięknie w walce na śmierć i życie?

.

NATURA JAKO TEATRUM – BEZLITOSNE PIĘKNO?

Iñárritu – tak samo zresztą, jak każdy z nas – związany jest ze światem fizycznym i obciążony jest materią, i może właśnie dlatego wprowadza do swoich filmów elementy, które ów materializm starają się przezwyciężyć. Taki metafizyczny niedosyt. Stąd fantazyjne Ptaszysko krążące nad głównym bohaterem w „Birdmanie”, stąd duchy zawieszone pod sufitem w „Biutiful”, stąd zjawy żony i syna, jakie ukazują się Glassowi w „Zjawie”. Tylko czy te formalne chwyty przypominające filmowe gadżety, zdolne są ewokować prawdziwą metafizykę i dostarczyć nam metafizycznego dreszczu?

Ciekawe jest potraktowanie Natury w tym filmie. Nigdy dotąd Iñárritu nie zanurzył się tak bardzo w krajobrazie (swoją drogą fascynujące jest to jego przejście – razem z Emmanuelem Lubezkim – z migotliwego babilońskiego Time Square do niemal monochromatycznej śnieżnej górzystości amerykańskiego Zachodu), choć przypominam sobie pewne pejzażowe wisty z „Babel”, które – podobnie jak w „Zjawie” – sprowadzały ludzką postać do proporcji pionka wydanego na pastwę rozległej przestrzeni i przypadkowych zdarzeń.
Jednakże, oprócz niebywałego piękna, które z Natury wycisnął Lubezki w swoich kadrach (to dla tych zdjęć wybrałem się po raz drugi na ten film – co mi się bardzo rzadko zdarza: ostatni było tak w przypadku Malickowego „Drzewa Życia”, tak się złożyło, że również ze zdjęciami Lubezkiego), uderzyło mnie w „Zjawie” to, że od tego naturalnego piękna odseparowano wszystkie ludzkie postacie, jakie ukazano w filmie. To jest zresztą zgodne z podejściem do Natury białych europejskich pionierów kolonizujących Amerykę, którzy zamiast splendoru widzieli w Naturze przedmiot podboju i eksploatacji – także żywioł, z którym trzeba było walczyć o przetrwanie, a nie wpatrywać się weń jak w obrazek. Nikt jeszcze nie słyszał wówczas o szlachetnym przesłaniu legendarnego już dziś przyrodoznawcy Muira, który sakralizował Naturę, przydając jej panteistycznych atrybutów boskości; nie były jeszcze popularne monumentalne płótna Bierstadta czy Morana, ukazujące niezwykłą malowniczość amerykańskich rubieży; sporo czasu musiało jeszcze upłynąć, zanim fotograficzny artyzm Samuela Adamsa obdarzył amerykański pejzaż wielką wartością estetyczną…
Nie – ani występujący w „Zjawie” traperzy, ani handlarze skórą i futrami, ani żołnierze, ani tym bardziej walczący o przeżycie, poturbowany nieludzko przez Matkę Naturę Glass nie mogli dopatrywać się w tej Naturze piękna. Co zresztą jest widoczne na ekranie. Stąd dysonans między estetyzacją Natury jakiej dokonuje Lubezki, a survivalową naturalizacją jaką raczą nas Iñárritu i DiCaprio. Wygląda więc na to, że to naturalne piękno pojawia się dopiero w oku siedzącego w wygodnym fotelu widza.

Jednak Natura w filmie Iñárritu jest nie tyle bezlitosna i okrutna, co obojętna. Jest czymś w rodzaju areny, na której rozgrywają się drama ludzkiego życia. To nie jest żaden Kościół Szatana, jak wyrażał się o Naturze Blake (a co ukazał np. Lars von Trier w swoim „Antychryście”). Już bliżej tu do ujęcia Natury przez Malicka w „Drzewie życia”, gdzie człowiek jest występującą w przyrodzie monadą czującą – jednym ze składników gotującej się od momentu Genesis zupy Wszechświata.
Nie ma panteizmu w filmie Iñárritu, mimo, że nawiązuje on do animistycznych wierzeń rdzennych Amerykanów. W sumie ten spirytualizm „Zjawy” jest trochę naciągany i pretensjonalny – niezbyt przekonujący. Podobnie jak mało wiarygodny jest związek Glassa z Indianką i pozbawiona chemii relacja z synem, półkrwi Paunisem. Hugh Glass widzi jakieś zjawy, ale bardziej to są halucynacje, niż świadectwo związku ze światem indiańskich duchów, tym bardziej, że pojawienie się nieżyjącego syna Glassa w ruinach chrześcijańskiej świątyni (czyżby nawiązanie do Tarkowskiej „Nostalgii”?) wprowadza do filmu pewien ontologiczny zamęt i religijny bałagan – bo przecież nie synkretyzm.
Nie ma panteizmu w filmie Iñárritu. Wręcz przeciwnie: można w nim wyczuć jakiś podskórny ateizm, jak np. w opowieści (zagranego świetnie przez Toma Hardy’ego) Fitzgeralda, w której zamiast Boga objawia się komuś… wiewiórka.
Więcej jednak jest naturalizmu. Ograna skądinąd metafora drzewa o silnym pniu i korzeniach, które może się oprzeć wichurze. Także banalne dość przypomnienie, że żyć to znaczy oddychać, a oddychać znaczy żyć. Czyli, że dopóki się oddycha, to powinno się mieć nadzieję – i obowiązkiem jest walczyć o swoje życie.

.

Wejść w skórę trapera...

Wejść w skórę walczącego trapera…

.

DARWINIZM, BÓG I SPRAWIEDLIWOŚĆ

Ale chyba jeszcze większym motorem działania, niż instynkt przetrwania, jest w „Zjawie” żądza zemsty. To zresztą nie tylko jeden z nieodłącznych elementów klasycznego westernu, ale i motyw stale obecny w ludzkiej mitologii, począwszy od Starego Testamentu i antycznej tragedii, przez dramaty Szekspira i powieści Hugo, po mafijną wendettę w filmach o gangsterach. Jest coś takiego w naturze człowieka, co każe mu wziąć odwet na krzywdzicielu nie tyle jego samego, co jego rodziny.
Skąd się to bierze? Czy aby nie z darwinowskiej wojny samolubnych genów?
Tak à propos: jak się tak dobrze przyjrzeć, to darwinizmem jest przesiąknięty cały film Iñárritu. To nie tylko walka Glassa o przetrwanie w „dzikim” środowisku, w mateczniku i puszczy, ale i ekspansja silniejszej cywilizacji, podbój terytorium i zawłaszczanie bogactw obcego plemienia – rabunek i eliminacja słabszego przeciwnika. Czyli kamień węgielny cywilizacji stworzonej na amerykańskim kontynencie przez Europejczyków. (Nie zmienią tego uniki w rodzaju apologetycznego Manifest Destiny – Bożego Przeznaczenia.) W tę wojnę zaangażowani są wszyscy pojawiający się w „Zjawie” ludzie. Tą wojną nie mógł być nieskażony mit założycielski Nowego Świata, którego „wspaniałość” aż po dzień dzisiejszy jest kwestionowana przez ogrom niesprawiedliwości i cierpienia, jakiego doświadczyły miliony ludzi żyjących (i umierających) w obu Amerykach, po „odkryciu” tych kontynentów przez Kolumba.

Zemsta to namiętność oparta na resentymencie – ma w sumie charakter atawistyczny i przez większość z nas (świadomie) oceniana jest negatywnie. Ale nie w kinie. To dlatego wszyscy widzowie kibicują Glassowi w jego pościgu za Hardym, to dlatego tryumf wodza Arikarów, który mści się na Francuzach za swoją córkę, wydaje się wszystkim zrozumiały. A mimo to, twórcy „Zjawy” chcą z barków człowieka zdjąć brzemię zemsty, którą jest on przepełniony i scedować to na Siłę Wyższą. To dlatego w finale (z ust Glassa) pada stwierdzenie: „The revenge is in the God’s hand”. Ale czy w jakimś sensie nie jest to uświęcanie zemsty? I czy rzeczywiście jest ona tym samym, co sprawiedliwość?

PRAWDZIWY JAK FILMOWY GRIZZLY

Wszyscy są pod wielkim wrażeniem autentyzmu „Zjawy”. I ja się temu wcale nie dziwię. Ekipa realizująca film wstawała przed świtem, pakowała manatki i jechała pick-upami w góry, gdzie przy kilkudziesięcio-stopniowym mrozie czekała na odpowiednie warunki (Lubezki uparł się kręcić wszystko przy naturalnym świetle – a to oznaczało ograniczenie dnia zdjęciowego do paru godzin akcji). Tajemnicą tabloidowych poliszyneli stało się to, że Iñárritu dał wszystkim taki wycisk, że przetrzebiło to drużynę, ale ci co zostali, poddali się temu drylowi bez większego szemrania, bo szaleństwo reżysera udzieliło się również im samym. Nawet królowi wszystkich celebrytów, milionerowi DiCaprio, który (mimo tego, że jest wegetarianinem) żarł na filmowym planie żywe ryby i surową wątrobę bizona (nawet jego wymioty przy tym były autentyczne) – o kąpielach w lodowatej wodzie, taplaniu się w błocie i zakopywaniu w ziemi nie wspominając, choć legenda o zgwałceniu go przez niedźwiedzicę jest już lekką przesadą. (To są wyczyny, które, zdaniem wielu, zapewnią mu w końcu Oscara – choć przecież Leo zagrał do tej pory co najmniej pół tuzina lepszych ról.)
Lecz ja się wcale nie natrząsam, bo jednak efekt tych wysiłków i poświęceń – głownie technicznych: reżysera, operatora i aktora – jest fantastyczny. Obraz ma wspaniałą aparycję – ta sino-biała tonacja, surowa faktura, znakomite kadry, spójność planów, zanurzenie ludzkich postaci w naturalnym, „dzikim” anturażu – to wszystko sprawia, że patrzymy na ekran z fascynacją. Iñárritu zaryzykował – wziął (jeszcze przed sukcesem „Birdmana”) na tapetę projekt, do którego inni przez 10 lat podchodzili jak do jeża – i to ryzyko się opłaciło (nie tylko dlatego, że „Zjawa” okazuje się jednym z najbardziej kasowych filmów ostatnich miesięcy, zdobywając po drodze aż 12 nominacji do Oscara).

A jednak mam takie swoje małe „ale”, bo uważam, że obsesja autentyzmu, „prawdziwości” i naturalizmu nie uchroniła filmu przed pewną sztucznością. Przemierzając przez wiele lat amerykański Zachód wzdłuż i wszerz, wielokrotnie miałem okazję przypatrzeć się prawdziwym stadom bizonów, tudzież niedźwiedziom – zarówno baribalom, jak i grizzly – w ich naturalnym środowisku. To, co zobaczyłem w „Zjawie” tylko przypominało te zwierzęta: pod niedźwiedzią skórą bestii masakrującej Leo dostrzegłem człowieka, bizonie stado od razu wydało mi się wygenerowane cyfrowo. Ale to w sumie drobiazgi, ba jako filmowe artefakty obrazy te sprawdziły się znakomicie (o czym świadczy to, że nikt na ich brak autentyzmu nie narzekał). A poza tym: atak niedźwiedzia na Glassa ma niesamowitą dramaturgię i świetną choreografię (bo oparto się jednak na zachowaniu i prawdziwych atakach grizzly); zaś nagłe pojawienie się stada bizonów przed oczami Glassa, mimo wszystko robi na wielu widzach kolosalne wrażenie.
Wynika to pewnie z mojego niegdysiejszego skrzywienia zawodowego, ale zauważyłem też pewne dziwne rzeczy, które działy się na ekranie z krajobrazem: bo to było niemożliwe, żeby topografia zmieniała się tak, jak się zmieniała: bohaterowie przemierzają zaledwie parę mil, a krajobraz zmienia się tak, jakby były tych mil setki czy tysiące. Ale przestało mnie to dziwić, kiedy dowiedziałem się, że film kręcono nie tylko w Górach Skalistych Kanady, ale i w Argentynie (także w Montanie).
Na szczęście to wszystko dotarło do mnie już po projekcji (jak również podczas ponownego oglądania filmu) i nie zepsuło całej przyjemności z poddania się filmowej iluzji, bez której to zdolności nie byłoby sensu chodzić do kina i zasiadać przed ekranem.
W sumie te moje – nawet nie zastrzeżenia, co uwagi – są chyba niepoważne i mam pewne wątpliwości, czy tutaj potrzebne. Ponadto, prawdziwy Hugh Glass przeżywał swoją przygodę w Dakocie, (której daleko do górzystej spektakularności Rocky Mountains); nigdy nie miał żony Indianki ani pół-krwi indiańskiej syna; nigdy nie dopadł Fitzgeralda (gonił go głównie po to, by odzyskać zrabowaną przez niego strzelbę i futra)... Jednakże, czy zachowując te fakty, można byłoby nakręcić taki film, jak „Zjawa”? Rzeczywistość nas zadziwia, ale ustępuje jednak miejsca fantazji. Zwłaszcza w kinie.

* * *

Zaskoczył mnie szum wokół „Zjawy”, a szczególnie zaskoczyło mnie to, że film zarobił taką masę pieniędzy. Tak, jak dobrze życzę Alejandrowi (od momentu obejrzenia jego arcydzieła „Amores Perros” uważam go za jednego z najciekawszych współczesnych reżyserów świata, co miałem przyjemność powiedzieć mu osobiście podczas amerykańskiej premiery „Babel”) to wobec tych merkantylnych głównie faktów poczułem się trochę dziwnie – tak, jakby doszło do czegoś w rodzaju… hm… masowej profanacji dzieła twórcy, dla którego sukces komercyjny jest czymś drugorzędnym, (jeśli nie trzeciorzędnym) i dla którego liczy się przede wszystkim wartość artystyczna filmu.
Tym bardziej wydaje mi się to dziwne, że od strony fabularnej i scenariuszowej „Zjawa” jest według mnie filmem średnim. Wartość tego obrazu opiera się głównie na jego stronie technicznej i formalnej – bo rzeczywiście jest to niekwestionowane mistrzostwo świata. Samo meritum – myśl, głębia, problem, filozofia zawarta w filmie – nie zachwyca i nie absorbuje tak, jak to zwykle dzieje się w przypadku dzieł wybitnych.
Mnie jednak cieszy to, że najgorszy jak do tej pory (no dobrze: nie najlepszy) film Iñárritu, jest ciągle filmem bardzo dobrym. Mam nadzieję, że cały ten medialny zgiełk nie zepsuje reżysera i że pozostanie on nadal takim „bożym szaleńcem” poświęcającym się bez reszty sztuce kina.

.

Góra z bizonich czaszek - destrukcyjna zachłanność Białego Człowieka

Góra z bizonich czaszek – destrukcyjna zachłanność Białego Człowieka

.

Powiązane wpisy: „SAGA O BIZONIE”, „INDIAŃSKI TRYPTYK”, „SZKICE O AMERYKAŃSKIEJ SCENERII”

.

FILMOWISKO („Prawdziwe męstwo”, „127 godzin”, „Niepokonani”)

Czas na anty-bohatera (Jeff Bridges w "True Grit" - westernie à la Coen Brothers)

„PRAWDZIWE MĘSTWO” („TRUE GRIT”, reż. Ethan i Joel Coen)
** * * * * *

Tak się zastanawiam: czy teraz jest coś źle ze mną, czy też z tymi, którzy zachwyceni ubiegłorocznymi produkcjami hollywoodzkimi, pieją z zachwytu nad ledwo ponad-przeciętnymi a pretensjonalnymi filmami, traktując je jak istne arcydzieła?
Doskonałym przykładem jest tu właśnie „True Grit”, który znajduje się w czołówce dosłownie wszystkich podsumowań filmowych ubiegłego roku (nie wspominając o deszczu nominacji do Oscara).
Nie powiem, obraz braci Coen ma kilka swoich momentów, trąci miejscami dobrym, może nawet bardzo dobrym kinem, a pod koniec rozkręca się nawet do tego stopnia, że dostarcza nam paru dreszczy jakich można oczekiwać po pełnokrwistym westernie, lecz, niestety, całość smakuje niczym mętna zupa i wydaje się być taką zabawą w kino à la Coen Brothers, tyle że bez szelmowskiego ekscentryzmu, umowności i ironii, którą (zupełnie zasłużenie zresztą) wzięto za znak firmowy tego filmowego – z lekka dziwacznego, choć wyróżniającego się niewątpliwie inteligencją, a niekiedy i błyskotliwością –  braterskiego dua.

A star is born? (Za rolę młodej mścicielki w "True Grit", 15-letnią Hailee Steinfeld wyróżniono nominacją do Oscara)

Wydawałoby się, iż czasy, kiedy wystarczyło poodwracać kota ogonem, stawiając na głowie tradycyjne wartości klasycznych westernów, by zwrócić na siebie uwagę i zaintrygować widza pospołu z krytykami, już dawno minęły. Bo przecież anty-western zakrztusił się w końcu swoim manieryzmem, podobnie zresztą jak western klasyczny, który z kolei wykończyła maniera czarno-białych stereotypów, efektownych strzelanin, tudzież naiwny, legendarny, trącący propagandą historyzm i dziecinna psychologia. Mitologia sama w sobie jest żywotna, ale i ją – jak się okazuje – można zużyć i wyświechtać.
Podobnie jak romantyzm Pogranicza, również i jego przeciwieństwo – czyli rewizjonizm i naturalizm filmów (takiego choćby Peckinpaha czy Penna) – okazały się mieć swoje limity i po kilku zrywach, czy też raczej podrygach, kino takie… oklapło i zgasło śmiercią naturalną, a coraz mniej reżyserów kwapiło się do jego rewitalizacji. To co powstawało później zaczynało więc przypominać jakąś hybrydę. Zdarzało się, że w dobrym wydaniu – jak np. w przypadku filmów Clinta Eastwooda, który zmywał w nich z siebie kuriozalne odium spaghetti westernów – ten lepki sos, w którym nurzał się ongiś pod dyrekcją Sergia Leone i przy dźwiękach niesamowicie skądinąd brzmiących kawałków Ennio Morricone.
To wszystko prowadziło do rozmycia westernowego gatunku… z lepszym lub gorszym skutkiem. Doszło do tego, że taki (nota bene znakomity) obraz, jak „There Will Be Blood”, trudno już uznać za western, bo bardziej to ludzka jest psycho-drama, która mogłaby się rozegrać w każdych, nie tylko westernowych, dekoracjach.
Wróćmy jednak do „Prawdziwego męstwa”. (Swoją drogą: polski tytuł jest jednak beznadziejny.)
To prawda, „True Grit”, jak sam tytuł do tego obliguje – zgrzyta (co jest oczywiście efektem zamierzonym, podobnie jak kwestie wybełkotywane przez Bridgesa, który wymawia słowa jakby miał usta pełne błota, piachu i kamieni). Problem w tym, że stylistyka ta średnio mnie zachwyciła, a pisząc wprost – zaczęła mnie lekko nużyć i deczko irytować. Tak wychwalane tu aktorstwo Bridgesa zdało mi się wygrywaniem wszystkiego na jednej nucie, a tytułowe „męstwo” bardziej kojarzyło mi się z pijaństwem, brudem i niechlujstwem (co raczej nie dziwi, bo takie właśnie cechy były czymś powszechnym na Pograniczu, pogrążając w przyziemności romantyczny etos pionierskiego Dzikiego Zachodu, który zresztą dorobiony został później przez literatów, propagandzistów, fantastów i wszelkiej maści  konfabulatorów).

"Prawdziwe męstwo" - prawdziwsze oblicze Dzikiego Zachodu czy wymyślanie kolejnego mitu? (Mat Damon)

No dobrze, powiedzmy sobie szczerze: cała ta zabawa w Oscary (a „True Grit” dostał aż – ho, ho! – 12 nominacji) to jest zabawa dużych dzieci. Podparta dodatkowo interesem przemysłu filmowego. Tak więc Oscary to głównie komercja i „fun„. No i fajnie. Gorzej, jak ktoś się z tej zabawy wyłamuje i patrzy na to z zewnątrz chłodniejszym okiem, dostrzegając całą tę politykę reklamy, promocji, koterii, poparcia, stronniczości, walki i próżności. Na cały ten show Towarzystwa Wzajemnej Adoracji. Gdyby nie moja miłość do „prawdziwego” kina i wyrozumiałość dla gremialnej potrzeby rozrywki, to pewnie dawno bym od tego cyrku uciekł.
Żałuję nieco, że przyszło mi to pisać przy okazji filmu braci Coen, bo nie jest to obraz zły. Lecz z drugiej jednak strony to nie jest on wg mnie wart całego tego „hopla”.

„True Grit” wzbudza entuzjazm, ale czy nie jest to entuzjazm napędzany właśnie (poniekąd stadnym) uczestnictwem w tej wspólnej zabawie? Czymś, co w swojej istocie jest sztucznie podsycane? Na zasadzie: tysiąc zachwyconych krytyków nie może się mylić? Oraz: ja chcę, żeby mi się to podobało i (głównie dlatego) mi się to podoba? Wiem, że ten mój sceptycyzm jest sceptycyzmem dysydenta – kogoś, kto się z tej zabawy wyłamał. A dlaczego się wyłamał? Bo uderzył go kontrast między faktyczną wartością artystyczną (a zwłaszcza intelektualną) filmu, (która jest tu zgoła średnia) a hołdami i zaszczytami, jakimi się go obdarza. Przesada, przesada… moi Drodzy Akademicy Kina.

„127 GODZIN” („127 HOURS”, reż. Danny Boyle)
** * * * * *

Przyznaję się, że mimo iż wiedziałem, że film ten nakręcił Danny Boyle (reżyser m.in. rewelacyjnego „Trainspotting”), to jednak do kina nań mnie nie ciągnęło. Może dlatego, że znałem dobrze tę historię, (o której swego czasu było głośno i która miała wiadome zakończenie); no i może dlatego, że niezbyt pociągało mnie dwugodzinne obcowanie – i to niemalże face to face – z Jamesem Franco – obiektem westchnień egzaltowanych i wygłodzonych już seksualnie nastolatek (bo raczej wygłodzoną seksualnie nastolatką nie jestem).
Ale podskórnie czułem, że Boyle zrobił dobry film i poniekąd utwierdziły mnie w tym napływające stąd i zowąd opinie i „słuchy”. Wszak, niczym ten niedowiarek Tomasz, musiałem sprawdzić rzecz samemu i… tak, tak – moje podejrzenia się sprawdziły: wyszedłem już z kina przeświadczony o tym, że udało się oto zapaleńcom kina stworzyć film znakomity, i że zasługa to nie tylko reżysera, ale i autorów zdjęć, montażu, jak również i… samego Franco, który wypełnił ekran energią, wolą życia i wigorem, nawet wtedy, kiedy – wydawałoby się – mógłby skonać z klaustrofobii wywołanej uwięzieniem w wąskiej szczelinie jednego z tysiąca kanionów skalnej pustyni w Utah.

James Franco w skalnej pułapce

Wiemy o tym chyba wszyscy: w 2003 r. młody skałołaz i wspinacz górski Aron Ralston, podczas jednej ze swoich wypraw do leżącej na Płaskowyżu Kolorado Ziemi Kanionów (nieopodal mormońskiego Moab w Utah), został uwięziony na tej skalnej pustyni przez wielki głaz, który zmiażdżył mu prawą rękę. Ralston, aby wyrwać się z tej śmiertelnej pułapki, zmuszony był amputować sobie przygniecioną kończynę, co pozwoliło mu wrócić na szlak i poszukać pomocy. Udało się – trafił na rodzinę Holendrów i niemal natychmiast został przetransportowany helikopterem do szpitala. Swoje przeżycia opisał w książce pt. „Between Rock and the Hard Place”.

Wiadomo, że Danny Boyle to spec od ukazywania rzeczy mało przyjemnych i dyskomfortowych w sposób wzbudzający wręcz entuzjazm widza (choćby te jego pamiętne i spektakularne nury z kamerą wgłąb szamba – do ubikacji – które zaserwował nam zarówno w „Trainspotting”, jak i w „Slumdog Millionaire”) ale w „127 godzinach” osiągnął w tym prawdziwe mistrzostwo. Myślę, że ta sztuczka mu się znakomicie udała, bo po mistrzowsku skontrastował patowość unieruchomienia głównego bohatera z niezwykłą dynamiką obrazu, która zwala nas już z nóg na samym początku filmu, gdzie widzimy pełną inwencji eksplozję wizualnych „fleszy” – niezwykle ruchliwy montaż złożony z fragmentów widzialnego świata.
W pierwszej chwili pomyślałem, że to wszystko po to, byśmy jeszcze bardziej dramatycznie mogli odczuć unieruchomienie Arona – martwy ciężar głazu, który tak nagle (i absurdalnie w swojej przypadkowości) pozbawił frenetycznego kinetyzmu jego młode ciało. Ale nie, nie… bo nawet wtedy, kiedy Aron tkwił w skalnej pułapce, (a zaczął on w niej widzieć swój grobowiec) film nie traci dynamiki, głównie za sprawą pełnej życia nerwowości i mentalnej mobilności granego przez Franco Arona, który przechodzi przez wszystkie stadia przystosowania się do zaistniałej sytuacji – zaskoczenie, niedowierzanie, wściekłość, bunt, determinację, pogodzenie się i rezygnację, apatię, stagnację, ale też i przez nadzieję, tudzież związaną z nią euforię. Oczywiście w zachowaniu tego tempa pomagają Boylemu wszelkie realizacyjno-scenariuszowe chwyty: flashbacki, retrospekcje, oniryczność… ukazywanie wszystkiego, co dzieje się w głowie Arona – marzeń, snów, zwid, halucynacji, wspomnień… wybieganie myślą poza horror tego co się stało, oraz tego co jest tu i teraz.
Film nietuzinkowy, niezwykły… może nawet wybitny?

„NIEPOKONANI” („THE WAY BACK”, reż. Peter Weir)
** * * * * *

Wielka ucieczka z Archipelagu Gułag - trekking po nieludzkiej ziemi ("The Way Back" Petera Weira)

„Któż nie chciałby wyruszyć w podróż? Daleko, w nieznane! Niechby to była na przykład Rosja, Mongolia, Chiny, Indie – tak za jednym zamachem.  Zacząć na Syberii, w okolicach Jakucka (jakieś 500 km od koła podbiegunowego), potem cały czas na południe, żeby ostatecznie znaleźć się  w Kalkucie. Jakieś 6,5 tysiąca kilometrów w sumie.
Rozpala wyobraźnię? (Otóż okazuje się), że pewien Polak z sześcioma towarzyszami całą tą trasę przemierzył… pieszo! Trzeba pamiętać, że po drodze mieli pustynię Gobi, Tybet i Himalaje! A maszerowali z jedną siekierką i nożem zaledwie, bez mapy, kompasu, telefonu, radia. Nie mieli też namiotu i przez większą część drogi chowali się przed ludźmi. Bo to byli zbiegowie, uciekający z sowieckiego łagru, wiosną 1941 roku. ‚Trzech polskich żołnierzy wziętych do niewoli po 17 września 1939 roku, Żyd z Ameryki, inżynier komunista, który przybył do ojczyzny proletariatu, aby budować moskiewskie metro, ale został aresztowany za szpiegostwo, Jugosłowianin Zaro i jeden więzień kryminalny. Ukraiński morderca Batko, który miał później sprawić ekipie sporo kłopotów.’ (Piotr Zychowicz, „Rzeczpospolita”). Szli 11 miesięcy.”

Ten początek wpisu na blogu Saliny przypomniał mi o projekcie Petera Weira, który po wielu latach reżyserskiego milczenia zabrał się do sfilmowania tej historii. Tytuł roboczy filmu brzmiał „The Long Walk” i był identyczny z początkiem tytułu książki Sławomira Rawicza, która w latach 50-tych (i późniejszych) stała się największym bestsellerem jaki wyszedł spod polskiego pióra (plasując się zaraz za sienkiewiczowskim „Quo Vadis”). Rawicz opisywał wielką ucieczkę, w której – jak twierdził – sam wziął udział, więc dalsza część tytułu mówiła, że jest to „The True Story of a Trek to Freedom”. Cóż, okazało się, że ta „prawdziwa historia” jest jednak niezupełnie prawdziwa, bo autor… ukradł ją innemu Polakowi nazwiskiem Gliński. Skandal wybuchł całkiem niedawno, kiedy już film Weira był niemal gotowy. Jednakże producenci zmuszeni byli skorygować tytuł filmu (zamieniając go na „The Way Back”) i pisząc w czołówce, że jego scenariusz nie był oparty na książce Rawicza, tylko nią zainspirowany. Lecz dedykacja: tym którzy tę drogę przeszli – pozostała. Pozostało też silne, mimo wszystko, odwoływanie się Weira do „autentyzmu” , a nawet wręcz do historyzmu. Czy uzasadnione?

Nagi instynkt (Colin Farrell wciela się w Ukraińca - bandytę)

Cała ta afera czyni jednak postawę reżysera dwuznaczną, tym bardziej, że Weir nigdy nie wycofał się z zapewnień, że materiał do swojego filmu czerpał u źródeł, rozmawiając z autentycznymi bohaterami opisywanych wydarzeń. Salina pisze, że podczas jednego z wywiadów Weir stwierdził, że „jest mu obojętne kto uciekł z Jakucji”. Ja czegoś takiego nie mogłem znaleźć, choć zapoznałem się z wieloma wypowiedziami reżysera. Dowiedziałem się natomiast, że mimo wszystko nie było Weirowi obojętne to, czy taka ucieczka rzeczywiście miała miejsce i czy ktoś w rzeczywistości takiego niebywałego wyczynu dokonał.
Jaka jest jednak prawda? Czy można się opierać na tym co mówił (stary, bo 87-letni już) Gliński? Skądinąd wiemy już na pewno, że Rawicz nie był tym, który uciekał, bowiem odnalazły się dokumenty gdzie czarno na białym stoi, że został on z gułagu – na mocy amnestii – zwolniony i że w czasie swojej domniemanej ucieczki przebywał on już w Iraku.

Zostawmy jednak te dywagacje na boku a zajmijmy się samym filmem.
Weir to reżyser wśród kinomanów znany. Na tę pamięć zasłużył sobie choćby takimi filmami, jak „Piknik pod wiszącą skałą”, „Stowarzyszenie umarłych poetów” czy „Świadek”. „Niepokonani” rodzili więc pewne nadzieje. Czy te oczekiwania na obraz ponadprzeciętny zostały spełnione? Otóż, moim zdaniem, połowicznie, gdyż film sprawia jednak wrażenie elaboratu. Dlaczego? Bo, niestety, kiedy go oglądałem, zbyt często docierała do mnie świadomość tego, że jest to właśnie, ni mniej, ni więcej, tylko film – sztuczny twór obliczony na wywarcie pewnego efektu. Co gorsza, do roboty tej wciągnięto nawet samą naturę, (która – poniekąd słusznie – miała odgrywać w tej ludzkiej odysei jedną z głównych ról, ale potraktowana została w sposób instrumentalny, więc nawet „zapierające dech w piersiach” pejzaże, zamiast podbudowywać realizm, stawały się czymś w rodzaju sztucznie generowanego tła).
Może ktoś powiedzieć: przecież każdy filmowy obraz jest „sztucznym tworem” obliczonym na jakiś tam efekt. Racja. Ale jeśli formalne szwy filmu stają się dla nas zbyt widoczne, to cała ta jego artystyczna iluzja pryska i niejako wypadamy z fikcji, która – jakby nie było – jest warunkiem tego, żeby przeżyć w kinie coś autentycznego (a właśnie czymś „autentycznym” powinna być właściwa –  czyli skuteczna pod względem artystycznym – percepcja dzieła sztuki).

Jeszcze jedna rzecz w tym filmie mi przeszkadzała: mimo, że jego produkcji patronowała nawet szacowna instytucja National Geographic, to ciągle odnosiłem wrażenie, że – biorąc pod uwagę sposób, w jaki ukazano to na ekranie – ta ucieczka nie mogła się jednak udać, po prostu była niemożliwa. Być może jest to właśnie echo konfabulacji Rawicza (a pamiętajmy, że na jego relacji de facto oparto scenariusz), którego sposób opisu tej eskapady świadczył zwyczajnie o tym, że facet nie miał zielonego pojęcia o czym pisze, i że nigdy w opisywanych przez siebie miejscach (czy też sytuacjach) nie był. Pokonać na piechotę pustynię Gobi w osiem dni, w pełnym słońcu i bez wody?! Come On!

Myśląc o filmie Weira trudno mi nie uśmiechnąć się także na naiwne złudzenia polskich publicystów, że oto – za sprawą wszechpotężnego Hollywood, pana masowej wyobraźni – świat szeroki zobaczy prawdę o gułagach, systemie totalitarnym, gehennie polskich zesłańców, tudzież szaloną odwagę i twardość Polaków w  walce z komunizmem i o przetrwanie na nieludzkiej ziemi. I dodatkowo – że będzie to przeciwwagą i odtrutką na mocno zepsutą, nadszarpniętą opinię, jaką wystawiają Polsce pseudo-historycy pokroju choćby takiego Grossa.
Płonne nadzieje, płonne… A szkoda. Dotarły bowiem do mnie słuchy, że Peter Weir zaczął się do kręcenia „Niepokonanych” przymierzać bardzo ambitnie. Przeczytał (ponoć) kilkanaście książek traktujących o zbrodniach stalinowskich i obozach ( w tym „Inny  świat” Herlinga – Grudzińskiego i „Mój wiek” Wata), za konsultantkę miał nie byle kogo, bo Annę Applebaum, autorkę monumentalnej pracy „Gułag”, zaś przez ten trudny temat prowadził go Zbigniew Stańczyk, historyk z Uniwersytetu Stanforda, zajmujący się losem Polaków zesłanych na Syberię. Niestety, w filmie raczej tego nie widać. Niezła charakteryzacja, dbałość o szczegóły w oddaniu obozowych realiów (choć właściwie chodzi tu tylko o rekwizyty, co jest sprawą drugorzędną) – wszystko to nie jest w stanie załatwić historycznego kontekstu i w żaden sposób nie zbliża do poznania genezy totalitaryzmu, odkrycia źródeł tej zbrodni. Podejrzewam, iż widz po tym wszystkim będzie wiedział to samo, co do tej pory – czyli niewiele ponad nic. Wygląda na to, że Weir całe te pogłębione studia zignorował, dając po prostu nura w kino przygodowe, kłaniając się  tym samym komercji, zadowalając się ukazywaniem spektakularnej – to prawda – szkoły przetrwania grupy ludzi, którzy znaleźli się w warunkach ekstremalnych. Ale równie dobrze mogłoby się to rozgrywać na Marsie, lub jakiejkolwiek innej planecie, gdzie panoszy się jakieś bliżej nieokreślone Imperium Zła.

Mimo tych wszystkich zastrzeżeń nie chciałbym nikogo zniechęcić do wybrania się na film Weira, bo przecież ewidentnym gniotem to też on nie jest i przy odrobinie przychylności widza chcącego popatrzeć sobie na trekkingową przygodę grupki straceńców pakujących się w ekstremalne  warunki, te oczekiwania jest on w stanie spełnić.

Bieg po życie. Rzeki skute lodem, zabójcze góry, pustynie pełne żaru... człowiek w konfrontacji z piękną ale także i bezwzględną Naturą.

*

Tak się złożyło, że wszystkie omówione przeze mnie ostatnio filmy znalazły się w Oscarowej puli tytułów nominowanych w głównych kategoriach. Jakkolwiek mój stosunek do złotych cielców Hollywoodu jest umiarkowanie entuzjastyczny, to jednak z ciekawością będę śledził przebieg imprezy wręczania Oscarów 27 lutego w Los Angeles. Jeśli ktoś jest zainteresowany innymi filmami będącymi w zasięgu tegorocznych Oscarów, to zapraszam: o „Black Swan”, „The King’s Speech”, „The Fighter” i „The Social Network” mowa była TUTAJ, o najnowszym filmie A. G. Iñárritu „Biutiful”TUTAJ, natomiast o „Incepcji”TUTAJ , zaś o „Alicji w Krainie Czarów”TUTAJ. Chciałbym także zwrócić uwagę na niezwykle ciekawy brazylijski dokument pt. „Waste Land” (nominowany w kategorii najlepszych filmów dokumentalnych), o którym pisałem swego czasu TUTAJ. Zapraszam do podzielenia się swoimi opiniami i wrażeniami.

*