UCZTA BOGÓW

(zapiski VIII)

 

*

Cézanne powiedział pewnego razu o Monecie: „Monet to tylko oko. Ale, mój Boże, co za oko!”
Mam wielki szacunek do Moneta (to jedyny naprawdę „czysty”, esencjonalny wręcz impresjonista par excellence: w końcu to od jego obrazu „Impresja: wschód słońca” zaczęło się – i to nie tylko nominalnie – całe to zamieszanie wokół nowego kierunku w malarstwie) lecz, paradoksalnie, to co stanowi o jego wielkości – czyli własna wizja malarstwa doprowadzona konsekwentnie do samego końca – mnie od niego oddala (by nie napisać „odpycha”).
Dlatego bardziej podoba mi się Monet z pierwszych okresów swojej twórczości, niż z tego ostatniego, gdzie doszedł on moim zdaniem do takiego przedstawiania widzialnego świata, które było dostrzegalne już tylko dla jego oka, ale nie dla oka innych (nie zapominajmy, że cierpiał on na chorobę oczów, co nie jest w tym wszystkim bez znaczenia).
Dlatego, kiedy ktoś zachwyca się np. tymi ledwie czytelnymi panoramami stawów z nenufarami, które umieszczono w paryskiej Oranżerii (gdzie zgromadzono największe formatowo dzieła mistrza) to ja podejrzewam w tym niestety odruch gremialny, autosugestię, percepcyjną nadinterpretację, automatyczne powielanie zachwytów, a może nawet – po prostu – snobizm i nieszczerość… A już nazwanie tego „Kaplicą Sykstyńską Impresjonizmu” to według mnie egzaltacja i tak charakterystyczna dla fanatyków (no dobrze… fanów) sztuki współczesnej przesada.

Moja niechęć do późnego Moneta wynika pewnie także z mojego przywiązania do formy, którą Monet – programowo zresztą – odrzucił, na rzecz rejestracji wrażenia jakie daje kolor, czyli światło. Abstrakcyjna gra kolorów może sprawiać frajdę w oglądaniu, ale jeśli przywiązana zostaje ona do realnego przedmiotu (tak jak to robił swoim pędzlem Monet usiłujący uchwycić, oddać i utrwalić na malarskim płótnie Naturę) to traci ona swoją wolność i spontaniczność na rzecz pewnej kalkulacji i ograniczenia, które udaje tylko swobodę kreacji, a tak naprawdę staje się pewnym rodzajem obsesji. Na dodatek, to co inni mogliby nazwać absolutnym wtopieniem się malarza w refleksy i grę światła na przedmiotach realnych, mnie zaczyna przypominać… no cóż… plamę.
Mam nadzieję, że wytłumaczyłem się nieco z mojej rezerwy wobec fenomenu moneto-manii.

greydot
Rozmawiając kiedyś o Rubensie, usłyszałem od mojej interlokutorki taką oto opinię: „Z ta kreską Rubensa nie zrozumiałeś mnie. Ja nie użyłam zwrotu delikatna, a łagodna. Łagodna, mimo że zdecydowana i zamaszysta. Chciałam powiedzieć, że lubię linię o niekanciastych konturach, ciągłą, a nie przerywaną i ostrą. Linia Rubensa jest również łagodna z tego względu, że rozmywa ją gra światła.”

Jestem gotów zgodzić się z tym, że kreska Rubensa jest miejscami łagodna, choć może jednak lepiej byłoby ją nazwać… miękką. Poza tym kreska kojarzy się raczej z linią prostą, lub zbliżoną do prostej. Natomiast Rubens nie używa prawie w ogóle form kanciastych, prostolinijnych – tylko zaokrąglonych, obłych (i nie dotyczy to jedynie owych słynnych “rubensowskich kształtów”), często nawet dość fantazyjnie “zakręconych”.
Dawniej Rubens wydawał mi się przesadnie wybujały, trochę taki gruboskórny, może nawet lekko “prostacki” i “dosłowny”, nacechowany barwnym przesytem i nadużywający przerośniętej nieco formy. Ale kiedy przyjrzałem się mu bliżej – właśnie “na żywo”, w wielu galeriach – to tę jego obfitość zaakceptowałem a nawet polubiłem i obecnie jest on jednym z moich najbardziej ulubionych malarzy. To był zresztą człowiek, którego rozsadzała energia życiowa (nie znam wśród malarzy kogoś, kto by mu w tym dorównywał – aby się o tym przekonać wystarczy, choć z grubsza, zapoznać się z jego biografią). I to wszystko przekładało się na jego malarstwo – cały ten bujny witalizm.
I jeszcze jedno. Dla mnie jest on przykładem malarza, którego obrazy zdecydowanie zyskują, kiedy się je widzi bezpośrednio. A nie ze wszystkimi artystami pędzla tak bywa. Np. płótnami Velazqueza, którego zawsze bardzo lubiłem (znając go jedynie z reprodukcji), kiedy zobaczyłem je z bliska w madryckim Prado (galeria ta posiada największy zbiór “velazquezów” na świecie, podobnie zresztą jak obrazów Goi), poczułem się lekko rozczarowany. Tak, jakby w bliskim kontakcie, straciły w moich oczach swoją doskonałość. Być może dlatego, że zostały one skonfrontowane z moimi – idealizującymi je – wyobrażeniami?

greydot

Czy rzeczywiście świat idzie zawsze w dobrym kierunku? A może rzadko się tak dzieje i mimo postępu (np. technologicznego, czy organizacyjnego) cofamy się w naszym wymiarze psychologicznym, duchowym, rozmijając się często z metafizycznym ładem i z jakąś harmonijną emanacją Boga, Kosmosu? Hegel twierdził, że Historia niejako przymusza ludzkość do ciągłego postępu. Tym, jak wiadomo, przejęli się nie tylko marksiści, ale i faszyści – no i czym to się skończyło, to wiemy: „dobrodziejstwem” europejskich totalitaryzmów.
Być może to wrażenie, iż świat rzadko idzie w dobrym kierunku wynika z tego, że każda dobra epoka ma swój koniec, a po niej następują złe czasy – kryzysy, upadki imperiów, katastrofy, wieki „ciemne”…? Czyli po 7 latach tłustych zawsze musi być 7 lat chudych.
A może rzeczywiście nasze czasy są specyficzne, choćby ze względu na demograficzną eksplozję połączoną z gwałtownym rozwojem technologii i super-szybkim przepływem informacji, (której nikt nie jest w stanie przyswoić i „przerobić”, czyli do końca zrozumieć)?

greydot

Dlaczego przemy ku wojnie?
Czyżby odpowiedzią było to, co kiedyś powiedział Brecht?: „Wojna, tak samo jak miłość, zawsze znajdzie swoją drogę”.
To by oznaczało, że nie możemy się uwolnić od wojennego fatalizmu.
Jednak nie sądzę, że jesteśmy na to skazani – że wojen nie da się uniknąć, że wynikają one z jakiejś naszej genetycznej skazy. Myślę, że z tego błędnego koła wzajemnego zabijania się jesteśmy w stanie się uwolnić – a to dzięki naszej kulturze.
Ale do tego, niestety, droga jeszcze bardzo daleka – nic takiego na horyzoncie się nie pojawia. Wręcz przeciwnie, widać nowe potęgi, które na pewno z siły militarnej nie zrezygnują (np. Chiny), i które najprawdopodobniej wykorzystają wojskową przemoc do podboju nowych terytoriów (np. Syberia). Nadal mocarstwa to państwa kogucie – ze Stanami Zjednoczonymi, które nadal pozują na globalnego policjanta, na czele.

Dlaczego stale popełniamy te same błędy i co rusz pakujemy się w wojenne piekło? Ze słabości, braku wyobraźni, głupoty? Z chciwości, żądzy podboju – z chęci panowania nad innymi i czerpania z tego korzyści? Bo tak jesteśmy zaprogramowani? Ponieważ poddani jesteśmy prawom Natury? Bo wojna i przemoc są w nas – i zawsze będą?

Ludzie, tak naprawdę, nie mają pojęcia o wojnie (oprócz tych, którzy przeszli przez jej gehennę – choć i tak niektórzy z nich wydają się o swoich wojennych doświadczeniach zapominać). Tych zaś, którzy zdają sobie sprawę z mechanizmów jej działania, z jej podstępności, jest niewielu. Ich głos ginie w medialnym jazgocie, konsumpcyjnym zgarnianiu i przerabianiu dóbr, w rozrywkowych hecach, w skupianiu się na bzdurkach i bzdetach… Ci, którzy chcą mieć święty spokój (uprawiając własny ogródek), zamykają oczy. Ponadto, zdecydowana większość społeczeństwa, zwłaszcza młode pokolenia, uważają wojnę za jakąś abstrakcję, za coś co się działo kiedyś, ale co się już nie może wydarzyć teraz. Więc po co sobie głowę tym zawracać?
Lecz kiedy budzimy się z ręką w nocniku, to jest już za późno.

greydot

Ktoś – po tym, jak wyraziłem wątpliwość, czy ludzie, ogólnie, na pokój – zapytał mnie, czy sam zasługuje na pokój.
Nie, nie zasługuję.
Na pokój zasługują tylko Ci, którzy radykalnie odrzucają przemoc (sprzeciwiając się tym samym zabijaniu) jako sposób rozwiązania konfliktów między państwami (ludźmi).
Ja uważam, że w pewnych sytuacjach należy walczyć (tak było zwłaszcza w czasie II wojny światowej, kiedy trzeba się było przeciwstawić zbrojnie hitleryzmowi). Dlatego nie mogę się uważać za pacyfistę, choć przecież wojny nienawidzę.
Jezus, Gandhi, Dalaj Lama… – tylko tego pokroju ludzie (wraz z tymi, którzy wyznają doktrynę bezwarunkowego odrzucenia przemocy) zasługują na pokój.

greydot

Najbardziej szokującym dla mnie odkryciem związanym z Holocaustem było to, że za zbrodnie „hitlerowskie” nie byli odpowiedzialni żadni psychopaci, „urodzeni mordercy”, sadyści, ani nawet nawiedzeni ideologicznie fanatycy, ale zwykli, „normalni” ludzie. Dotarło to do mnie jeszcze na długo przed zapoznaniem się z książką Hanny Arendt o banalności zła.
Zresztą, w tym wyobrażeniu (jakie nota bene pokutuje w nas do dzisiaj), że faszysta, nazista… a i sam Hitler, byli nieludzkimi potworami, jakimiś szakalami z piekła rodem, szatańskimi kreaturami, wariatami… etc. – w całej tej demonizacji Niemców widzę największe zagrożenie dla zrozumienia rzeczywistych przyczyn zbrodni masowego ludobójstwa. Ta właśnie nieświadomość (być może) sprawi, że historia się powtórzy i ponownie wymorduje się miliony „zbędnych” ludzi, stosując się do całkiem „racjonalnych” przesłanek i wykorzystując całą sprawność i technologiczną skuteczność nowoczesnego państwa.

W swojej książce „Nowoczesność i zagłada”, Zygmunt Bauman niezwykle sugestywnie pisze o… racjonalnych i nowoczesnych przesłankach Holocaustu. Cytuje on tam m.in. Herberta C. Kelmana („Violence without Moral Restraint”), który wyróżnił trzy warunki, dzięki spełnieniu których zdołano zamienić zwyczajnych Niemców w sprawców masowej zbrodni:

– autoryzacja przemocy (poprzez oficjalne rozkazy i zarządzenia władz)
– rutynizacja działań (poprzez sformalizowanie procedur i  dokładny podział ról)
– odczłowieczanie ofiar przemocy (poprzez zideologizowane definicje i indoktrynację).

Profesor zwraca uwagę, że są to warunki, które znalazły swój wyraz ni mniej, ni więcej tylko w… zasadach racjonalnego działania zastosowanych powszechnie w najbardziej reprezentatywnych instytucjach nowoczesnego społeczeństwa. Pisze on także: „Wiadomo dziś powszechnie, że początkowe próby interpretacji Zagłady jako gwałtu dokonanego przez kryminalistów, sadystów, szaleńców, szumowiny społeczne lub w inny sposób upośledzone moralnie jednostki, nie znalazły żadnego potwierdzenia w faktach. (…) Instytucje odpowiedzialne za dokonanie Zagłady, nawet jeśli zostały uznane za przestępcze, z socjologicznego punktu widzenia nie były ani patologiczne, ani nienormalne. (…) Także ludzie, których działania instytucjonalizowały,  nie odbiegali wcale od przyjętych standardów normalności.”

Wnioski z tego wszystkiego doprawdy nie są optymistyczne. Potwierdzają bowiem to, że rdzeń ludzkiej natury jest sam w sobie amoralny (nie mylić z niemoralnością). Innymi słowy: sugerują, że same czyny człowieka nie są (same w sobie) moralne czy też niemoralne, a takie stają się dopiero w kontekście społeczno-historycznym. (To zresztą potwierdza moje podejrzenie – a może nawet i przekonanie? – że coś takiego jak Dobro czy Zło nie istnieje poza światem ludzkiej kultury.)
Czyli: gdyby hitlerowcy wygrali wojnę, to Hitler byłby uznany za Największego Przywódcę (Człowieka) w historii ludzkości, a to co działo się np. w obozach zagłady nie wzbudzałoby zbytnich emocji (i zgoła żadnego oburzenia – nie mówiąc o szoku), ani też moralnego potępienia… Ot, jeszcze jeden epizod w historii dochodzenia do Nowego Ładu (określonego przez filozofię przywódców III Rzeszy i przyjętego przez ludzi w nim żyjących – i, co jest bardzo prawdopodobne, tak uważalibyśmy również i my sami, jeśli udałoby się nam pojawić na tym świecie i żyć w takiej rzeczywistości).

greydot
To prawda: z tego co czytamy i słyszymy, zostaje w nas tylko to, co nas uderzy – te kilka słów, które zapadają nam głęboko w serca i umysły – sadowiąc się tam na dłużej (czasem nawet i na zawsze), wpływając na perspektywę z jakiej postrzegamy świat i innych ludzi.
Dlatego ważna jest zwięzłość, trafna metafora, wydarty z serca i umysłu wers…

greydot

Patrzę na kolekcją obrazów ukazujących bachanalie. Wbrew pozorom zdecydowana większość obrazów zajmujących się erotyką, a zwłaszcza bachanaliami, nie ma za temat rozpusty, choć zachowanie ukazanych na nich ludzi wydaje się rozpustne.
Mówiąc o “jądrze” bachanalii, nie można tego fenomenu redukować tylko li do pofolgowania własnej chuci, lubieżności, napadu jakiegoś sprośnego szału… To coś więcej jak zwierzęcy seks, dekadencka orgia, a nawet więcej jak ludzka erotyka – to zagłębienie się w przestrzeni mitycznej. Nie bez kozery głównym bohaterem i prowodyrem jest tu postać mityczna Bachusa, który uosabia archetypiczny obraz odwiecznej siły popędowej i (pro)kreacyjnej, wypełnionej energią, potencją, animuszem, spontanicznością, nieskrępowaniem i żywotnością.

greydot

Nie zdziwiło mnie to, że bachanaliami zajął się także sam Mantegna (vide jego „Bachanalie z Sylenem”), mimo że jego najsłynniejszym obrazem jest przejmujące w swojej via dolorosa „Opłakiwanie Chrystusa”. Jednakże malarz ten dosyć często sięgał po tematy mityczne, a jednocześnie dość osobliwe, by nie napisać dziwaczne (kłania się tu jego „Bitwa morskich bogów”, o której pisał nawet w swoich „Żywotach” Vasari).
Przypomina mi się teraz jedna z bardziej znanych wykonanych przez Mantegnę wersji bachanalii – Baccanale col tino”. Dość kuriozalna, zresztą. Ukazuje ona bowiem to bardziej drętwe, wręcz smętne oblicze bachanalii. Jak możemy zauważyć, w tym „święcie”-„orgii” nie ma żadnych kobiet, a zamiast tego są sami zblazowani mężczyźni, czy też raczej… postaci męsko-podobne. Na domiar złego, po bruku walają się jakieś spite amorki, a całość sprawia wrażenie mocno depresyjne i dekadenckie.

Tak więc Mantegna mnie raczej nie zdziwił jako bachanalista, natomiast bardzo zdziwił mnie w tej roli Giovanni Bellini, którego do tej pory znałem jako malarza zajmującego się tematami nader świątobliwymi.
A oto, podczas jednej z moich wizyt w waszyngtońskiej Galerii Narodowej, nagle pojawiło się przede mną olbrzymie płótno pt. Uczta bogów, które okazało się być właśnie dziełem (głównie) Belliniego.
I muszę przyznać, że raczej nie powaliło mnie na kolana, mimo, że Belliniego lubię (posiadam nawet kopię jego obrazu „Madonna z dzieciątkiem i żołnierzami”, wykonaną nie przez byle kogo, bo samego Władysława Czachórskiego w Wenecji w 1873 r.)
Bellini był znakomitym portrecistą, tutaj jednak, moim zdaniem, „zawalił” na całej linii, przynajmniej jeśli chodzi o oddanie „ducha” bachanalii, jak również samą, zbytnio według mnie wystudiowaną kompozycję. Ponadto, bardziej przypomina mi to stypę, niż święto pełne witalnej energii i rozkoszowanie się zmysłami. (Może Belliniego tłumaczy tu wiek: bowiem malował on ten obraz mając już ponad 80 lat, czyli jako… mocno już starszawy pan, by nie napisać – starzec?)
Ciekawostką jest (i to wyjaśnia owo tajemnicze „głównie”, którego użyłem pisząc o autorstwie „Uczty bogów”), że krajobraz na tym płótnie przemalował całkowicie sam Tycjan (aby lepiej współgrał on z jego własnymi płótnami, które zawisły obok dzieła Belliniego w zamku księcia Ferrary). Nie jestem jednak pewien czy aby cały obraz na tym zyskał. Chyba nie.

greydot

Znaleźć się w Rio de Janeiro w czasie karnawału to tak, jakby przenieść się w inny wymiar rzeczywistości.
Dionizje, czy też bachanalia to ledwie mityczne preludia do tego frenetycznego szaleństwa, jakie ogarnia każdego roku brazylijskie Rio de Janeiro – bez wątpienia jedno z najbardziej ekscytujących, kolorowych i chyba jednak najpiękniej położone miasto na świecie.
Wprawdzie nie jest to moja estetyka, ani też atelier z mojego romansu; na co dzień raczej nie przejawiam jakichś szczególnie orgiastycznych skłonności – lecz jednak dałem się na ten czas uwieść tamtej atmosferze.
Kilka z rzędu nieprzespanych nocy potrafi wciągnąć w rodzaj transu. Nie odczuwa się wtedy zmęczenia. Zmysły wyostrzają apetyt na nowe doznania, rozsądek gdzieś się chowa, rozum zawiesza, a odprawiające się wokół dionizyjskie drama wprawiają człowieka w pewien rodzaj narkotycznego odurzenia.
Nigdy nie zapomnę spaceru plażą Copacabana po powrocie z Sambodromo. Za chwilę miało świtać, lecz noc nie gasła jeszcze wśród rozedrganych kolorowych świateł, przepełniona szumem Oceanu, ciepłym pożądaniem i zmysłowymi spojrzeniami rozbudzonych kochanków.
Tych wybranych i tych przypadkowych…

greydot

Nawet jeśli ktoś w naszych czasach decyduje się na stworzenie jakiejś definicji sztuki, to zawsze będzie ta definicja jeśli nie osobista, to zawężona do określonego kręgu „wyznawców” jakiegoś „izmu”, czyli względna i subiektywna. I jako taka spotka się ze sprzeciwem tych, którzy patrzą na wszystko z innej perspektywy.

greydot
Nie za bardzo wierzę, że istnieje coś takiego jak „chaos”. Moim zdaniem nazywamy chaosem to, czego (jeszcze?) nie możemy pojąć, zrozumieć, ogarnąć.
Właściwie każdy obraz, rzeźba, fresk… każde dzieło sztuki zamyka w sobie – jak ktoś napisał – „wieczny ruch, coś na kształt równowagi dynamicznej”: jest to ciągły ruch cząsteczek materii (kwantów energii), które tworzą owo dzieło sztuki. W tym sensie, w każdym dziele sztuki „kotłuje się” energia. Ale ona się tam kotłuje także metaforycznie – zawarta tam treść potrafi nas przecież mocno poruszyć, czasem nawet potrząsnąć.

greydot

W Średniowieczu wyróżniano tzw. sztuki wyzwolone, a było ich siedem: geometria, astronomia, arytmetyka, logika, retoryka i muzyka. Malarstwo i rzeźba traktowane były jako rzemiosło, na równi np. z układaniem płytek w baptysterium, czy… garncarstwem.
Nie zapominajmy więc tym, że kult (sława) artysty zaczął(a) się w Europie kształtować wyraziściej dopiero w dobie Renesansu, i dopiero wtedy malarze i rzeźbiarze dorobili się wysokiego statusu w społeczeństwie… co pociągnęło za sobą wzrost prestiżu (czy też nawet wyodrębnienie) samego malarstwa czy rzeźby, jako sztuk uznanych i niejako autonomicznych.

greydot

Odwieczny problem dotyczący percepcji sztuki: czy jeśli ktoś powie np. o jakimś filmie (obrazie, książce, utworze muzycznym), że jest nudny, a ktoś inny, że pasjonujący, to kto ma rację? Bo przecież (zakładamy że chodzi tu o szczere wyrażenie opinii) jeśli ktoś mówi, że film go wynudził, to rzeczywiście ten film jest (dla niego) nudny, a jeśli ktoś mówi, że (ten sam) film go pasjonował, to rzeczywiście ten film jest (dla niego) pasjonujący.
Czyli, wynika z tego, że film jest zarówno nudny, jak i pasjonujący, a my się możemy zapytać: czy to rzeczywiście jest możliwe, żeby coś było jednocześnie nudne i pasjonujące?
Naturalnie jest to możliwe, ale pod warunkiem, że weźmiemy pod uwagę owe magiczne słowa „dla niego”. I tu dochodzimy do oczywistego skądinąd wniosku, że jeśli chodzi o ocenę sztuki, to wszystko zależy od wyboru punktu odniesienia, od przyjęcia takich a nie innych kryteriów, od tego, kto dokonuje tej oceny… czyli jest to jak najbardziej WZGLĘDNE. (Wniosek niby oczywisty i wręcz trywialny, ale można odnieść wrażenie, ze wszyscy jakby o tym zapominają. Dlaczego? Bo – i tu znów dochodzi do głosu nasza ludzka pycha i skupianie się na czubku naszego nosa – wszyscy jesteśmy skłonni uważać, że moja racja jest jednak lepsza – bo „mojsza” – od racji twojej, która jest gorsza, bo przecież tylko „twojsza”.)

Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji?
Może takie, że dobrze byłoby spróbować zdać się na ocenę (opinię) ludzi, którzy wiedzą więcej i lepiej od nas, którzy są mądrzejsi i bardziej doświadczeni, którzy cieszą się w danej dziedzinie autorytetem…?
No tak, ale tu się zaczyna inny problem: jacy konkretnie to mają być ludzie? Kto ma ich wybrać i uznać? Bowiem dla kogoś ta sama osoba może być mędrcem, dla kogoś innego głupcem; ktoś uzna danego człowieka za autorytet, ktoś inny zaś powie, że to dla niego żaden autorytet, tylko zero… etc. Jednym słowem: kolejna kwadratura koła.
Tak więc, tak czy owak, zostajemy – summa summarum – przy własnej opinii.
Może jednak warto poczynić tu pewną uwagę: lepiej jest jednak pamiętać o względności i subiektywności naszych ocen, zachować większą skromność i pokorę, zdawać sobie sprawę z naszych ograniczeń i niewiedzy – z tego, że jesteśmy omylni… Także mieć świadomość, że gdzieś tam są ludzie od nas mądrzejsi, że wiedzą więcej od nas – więc z ich zdaniem warto się liczyć, i nad tym co mówią warto się zastanowić, a przynajmniej to uszanować.
To zresztą też nie jest taka prosta sprawa, bo nawet jeśli nasz „autorytet” uznał, że film jest wspaniały, to przecież nie może to zmienić faktu, że my wynudziliśmy się na nim jak te mopsy i że przez to wydał się on nam okropny. I znów wracamy do punktu wyjścia.

greydot
To ciekawe zagadnienie: na ile intymne jest nasze doświadczenie sztuki w sytuacji, kiedy przeżywamy coś w grupie, czy też nawet w tłumie (kino, teatr, opera, koncert…)
Wydaje mi się, że również w takim momencie odbiór sztuki zachowuje swoją jednostkowość i subiektywizm – pozostając czymś bardzo osobistym, czasem wręcz intymnym. Choćby tylko z tego względu, że wszystko w końcu i tak przechodzi przez nasze zmysły i umysły.
A jednak wpływu grupy nie można przecenić – kłania się tu psychologia tłumu, nasze „stadne” odruchy, euforie, szaleństwa, amoki… takie tam.

greydot

Cała nasza „rzeczywistość” jest właściwie tylko pewnego rodzaju interpretacją rzeczywistości, w której jesteśmy zanurzeni, (a która istnieje niezależnie od nas) – czyli tworzeniem naszej własnej rzeczywistości?
Z kolei, jak się wydaj, każda kultura jest tylko jedną z wersji tej „naszej” rzeczywistości.
Stąd konfrontacje, spory, starcia i walka.
Zaprzęgamy do tego naszą wolę, bo tylko ona jest w stanie wpłynąć na tę rzeczywistość (w zanadrzu mając nasze o niej wyobrażenia).
Wszystko płynie, ale kłopot z nowożytnością polega na tym, że wszystko się w niej teraz rozpłynęło (vide: postmodernizm). Stąd amorfizm naszych czasów… Stąd nasze taplanie się w rozmytej sztuce, niemożność uchwycenia jej istoty.

greydot

O naszych gustach decydują nie tylko nasze zmysły, ale i umysł (a tam przecież lęgnie się nasza osobowość, charakter, jestestwo). Dlatego dyskusja o gustach ma jednak sens, bo dotyczy nie tylko naszych zmysłów – te są bowiem niezmienne – ale i umysłu: gdyż ten podlega już zmianom i można nań wpływać, kształtować…

Konformizm i mimikra to jedne z najpotężniejszych sił, jakie konstytuują całe społeczeństwa a nawet kultury.
Być może właśnie dlatego tak strasznie mało jest ludzi, którzy potrafią myśleć samodzielnie!

greydot
Kontekst: „Fontanna” Marcela Duchampa (przypominam: zwykły, znaleziony w jednym ze sklepowych magazynów kibel) uznana została przez  grono wybitnych europejskich krytyków za najważniejsze „dzieło” sztuki XX wieku.

Warto przypomnieć, że kiedy w czasach Duchampa pojawiały się te wszystkie modernistyczne ruchy artystyczne i prądy w sztuce, miały one w sobie świeżość, spontaniczność – nie pozbawione były autentyczności. Dopiero po II Wojnie Światowej zaczęły się nagminnie te wszystkie kombinacje i szachrajstwa – żerowanie na ludzkiej głupocie, braku dobrego smaku i pazerności.

Warto przy tym wszystkim pamiętać jaki był zamysł i cel Duchampa: kiedy przyniósł on swój pisuar na wystawę sztuki (wówczas: 1917 r.) nowoczesnej, to bynajmniej nie dlatego, że chciał zakpić z gustów publiczności, która przełyka wszystko, ale po to, by wypróbować słowność samych organizatorów tamtej wystawy, którzy deklarowali absolutną tolerancję wobec twórczości innych artystów. Jego nie tolerowali – kibel wyrzucono.
Nota bene pisuar, jaki można zobaczyć w paryskim Centrum Pompidou (uznawany powszechnie za „oryginał”), nie jest wcale (gotowym) siuśkaczem, który wywlókł skądś Duchamp (tamten już dawno gdzieś przepadł), a pisuarem z początku lat 60-tych, specjalnie wykonanym na jedną z włoskich wystaw sztuki współczesnej.
Todopiero wtedy zaczęło się przypisywanie mu wielkich teorii przez genialnych i popisujących się swoim niesłychanym intelektem, krytyków.

greydot

Często mówiło się o odtwarzaniu przez artystów (malarzy) tzw. rzeczywistości. Otóż oni właściwie nigdy nie odtwarzali tej rzeczywistości (choć czasem naśladowali naturę), gdyż… jest to po prostu niemożliwe.
Naprawdę wiernym odtworzeniem rzeczywistości byłoby skopiowanie jej atom po atomie. A to jest science-fiction.
Nawet jeśli widzimy na obrazie coś , co wydaje się nam łudząco podobne do jakiegoś obiektu w rzeczywistości, to jest to właśnie – tylko i wyłącznie – złudzenie: naprawdę genialni malarze byli przede wszystkim mistrzami iluzji (jaką tworzyli za pomocą pędzla na swoich obrazach).

greydot

Lekceważenie w naszym systemie edukacji kształcenia plastycznego i wiedzy o sztuce.
Ma to swoje konsekwencje, m.in. i w tym, że ludzie nie tylko nie „rozumieją” sztuki, ale i nie umieją na nią patrzeć, o samej dyskusji na jej temat nie wspominając (stąd m. in. brak porozumienia między twórcami współczesnymi a ich ewentualnymi odbiorcami).
Ludzie nie zdają sobie jednak sprawy, jakie to jest (edukacja plastyczna, wychowanie przez sztukę) ważne w naszym życiu i istotne. Przecież każdy z nas urządza sobie mieszkanie, wybiera samochód, ubiera się; otoczony jest architekturą, styka się ze sztuką serwowaną zewsząd: od reklam począwszy na wszelkiej maści dekoracjach skończywszy. Oprócz tego korzystamy z telewizji, kina teatru, tłumnie odwiedzamy muzea…
Jeśli nie jesteśmy świadomi tego, czym jest sztuka, jak ona oddziałuje, to (bezwiednie) pozwalamy wpływać na siebie lub decydować o sobie innym, albo wręcz poddajemy się czyjejś manipulacji.

greydot

Magia jest już w samym rytuale (procesie) tworzenia. I ma ona zawsze jakiś cel. Ten cel jest nieodłącznie związany z ukończonym już dziełem, które ma oddziaływać na odbiorcę.
Prawdziwe dzieło sztuki pozwala zadziałać wspomnianej tu magii właśnie na tym styku: dzieło – odbiorca.
A co jest ową „magią”?
Coś, czego nie możemy określić, pojąć, nazwać, zakodować…

greydot

Picasso: „Sztuki, której nie ma teraz, nie będzie nigdy. Sztuka Greków czy Egipcjan nie należy do przeszłości. Są oni bardziej żywi niż kiedykolwiek.”
Genialne jest to stwierdzenie Picassa. Sugeruje, iż sztuka nie tyle podlega ewolucji, co przetworzeniu (transformacji, transgresji). Dzięki temu możemy patrzeć na tzw. tradycję jak na część naszej teraźniejszości – postrzegać sztukę jako całość, której elementy przenikają się wzajemnie.
Wydaje mi się, że nawet ci, którzy chcieli burzyć zastane, nie zdawali sobie sprawy z tego, jak bardzo są z tym, co sami usiłowali zniszczyć, związani. (Choćby tylko na zasadzie negacji.)
Dopiero, kiedy wgłębimy się w dzieła twórców, którzy wydają się nam absolutnymi nowatorami (wręcz rebeliantami), to uderza nas ich przywiązanie do tradycji, (którego przecież, przynajmniej ci bardziej uczciwi z nich, się nie wypierają). Mam tu oczywiście na myśli twórców naprawdę wybitnych, nie koniunkturalnych.
Skoro mowa o Picassie: on przecież nie zanegował dziedzictwa malarstwa europejskiego, lecz dokonał jego swoistej transformacji, przenosząc je w naszą epokę i nadając mu inne znaczenie.
(Warto w tym kontekście przypomnieć, że spod ręki Picassa wyszło np. 58 różnych wersji „Dworek” Velazqueza, także ponad 50 wariacji na temat „Śniadania na trawie” Maneta!).
Picasso nie odrzucił sztuki swoich mistrzów ale się z nią zmierzył. W efekcie udowodnił, że jest im co najmniej równy. On ich na swój sposób uszanował, nawet jeśli ich wizję zastąpił (w sposób „rewolucyjny” i radykalny) swoją własną.

greydot

Arcybiskup Życiński trafnie (a nawet pięknie) punktuje charakter i genezę tragicznych – ale i pełnych witalności – nut w twórczości Nietzschego, ale niestety robi to, by zaraz potem raptownie skarcić „współczesnych sympatyków dionizyjskiej wizji życia” (sugerując, że taki właśnie jest wpływ Nietzschego).
A autor „Zmierzchu bożyszcz” – przynajmniej mnie – nie kojarzy się raczej ani z hedonizmem ani z jakimś życiowym rozpasaniem, czy choćby tylko z „używaniem” życia. Już bardziej sprawia on na mnie wrażenie jakiejś hybrydy męczennika z eremitą (na przekór tego, że jest również autorem czegoś, co nazwał „Wiedzą radosną”).

No właśnie: był Nietzsche hedonistą czy ascetą?
Arcybiskup Życiński sugeruje, że Nietzsche jest wśród ludzi młodych rozsadnikiem hedonizmu, natomiast profesor Szyszkowska pisze, że Nietzsche wymaga od nas ascetyzmu.
Czy jest to sprzeczność? Czy też raczej kolejny dowód na niezwykłą złożoność nietzscheańskiej myśli?
Osobiście skłaniałbym się ku tej ostatniej odpowiedzi.
Nietzsche badał zarówno jeden stan (wyrzeczenie, asceza, czystość, uczuciowość, apollińskość, duchowość…), jak i drugi (hedonizm, dążność do przyjemności, zmysłowość, cielesność, epikureizm, dionizyjskość…).
To prawda, może się wydawać, że on sam skłonił się w końcu ku afirmacji tego ostatniego (przynajmniej jeśli chodzi o ewolucję myślenia filozoficznego), to jednak nadal był powiązany (czy tego chciał, czy nie) z ideałami ascetycznymi (o czym świadczył choćby styl jego życia).
W „Genealogii Moralności” pisał np: „Ascetyzm należy do warunków sprzyjających najwyższej duchowości”. Oraz: „Przekleństwem, ciążącym dotąd nad ludzkością, była bezsensowność istnienia, nie (samo) cierpienie – a ideał ascetyczny nadał mu sens.”

Ale błędem byłoby dokonywać jakiejś ekstrakcji i wyciągać z Nietzschego (osobno) a to hedonizm, a to ascetyzm i separować jedno od drugiego, bo to właśnie prowadziłoby do uproszczenia jego filozofii, do pozbawiania jej całej tej – wspomnianej już przeze mnie – kompleksowości.
On sam pisał: „… bo między czystością a zmysłowością niekoniecznie musi istnieć przeciwieństwo (każda prawdziwa miłość stoi ponad tym przeciwieństwem).”

Cały czas jestem świadomy tej komplementującej się dwoistości w podejściu Nietzschego do elementów apollińskich i dionizyjskich w kulturze człowieka (i w sobie samym).
Choć, przyznam, czymś bardziej dramatycznym i barwnym wydaje mi się skłonność ku tym drugim. Bo czyż nie ma w sobie jakiegoś podskórnego drżenia i powabu takie oświadczenie Nietzschego?: „Za czarem dionizyjskości kryje się natura – którą uczyniliśmy wyalienowaną, wrogą, podporządkowaną – natura celebrująca w ten sposób swoje pojednanie z własnym, utraconym synem – człowiekiem.”

greydot

Radość tańca, cielesnej ekspresji…
Uczucie bliskie ekstazy, kiedy człowiek rozprasza nagromadzoną w nim energię i ma poczucie totalnej kontroli nad swoim ciałem.
Wszelkim egzystencjalnym lękom, melancholii i ciemnym filozofiom można przeciwstawić coś tak banalnego jak rockandrollowy szał, zwykły brake-dance czy też frenetyczną uciechę twista – ów moment, który znosi konieczność refleksji i pozwala nam przeżywać zachłannie chwilę. Jest tylko spazm radości, witalna werwa. Ale to dreszcz i wesele nieznane chyba żadnym Heglom, Kantom, Marksom, Heideggerom i Sartre’om.

Tam gdzie tryska życie, wystarczy pić go duszkiem.
Melancholia podsuwa nam tylko naparstek.

Zdania te napisałem jakiś czas temu i prawie o nich zapomniałem, kiedy oto nagle, sięgnąwszy po Nietzschego, natrafiłem na fragment, który mi je przypomniał: „Stracony niech będzie dla nas każdy dzień, w którym się bodaj raz nie zatańczyło”.

Te słowa z „Tako rzecze Zaratustra” mnie uderzyły, ale nie zdziwiły, bo przecież wiedziałem o gloryfikacji przez Nietzschego dionizyjskiego upojenia życiem.
Taniec boga świata Śiwy wykonuje sam Zaratustra, kiedy udaje mu się – jak pisze Rudiger Safranski w „Biografii myśli”  filozofa – „przeniknąć tajemnicę gry jako podstawy bytu”.

Na krótko przed załamaniem, które przerwało (znane nam, dyskursywne) myślenie Nietzschego na zawsze (mimo że żył on jeszcze później przez 10 lat), kobieta, która wynajmowała mu pokój, słysząc śpiew profesora, tudzież inne dziwne dźwięki dobiegające zza ściany, zajrzała przez dziurkę od klucza i ujrzała, jak na środku pokoju… tańczy nagi Nietzsche.

greydot

*

INDIAŃSKI HOLOCAUST?

o stosunkach Europejczyków z Indianami po raz trzeci… i ostatni

*

Temat indiański pojawił się na mojej stronie dość przypadkowo (przywołała go dyskusja pod wpisem Bitwa nad Little Bighorn), ale jednak myślę, że warto było przy tej okazji wskrzesić dwa artykuły, które opublikowałem swego czasu w prasie polonijnej. Stanowiły one dwa ostatnie moje wpisy: Cywilizowani i „dzicy” oraz Sumienie Zachodu. Napisałem je 17 lat temu i sam byłem ciekaw, jak też sprawdzą się one (choćby w moim odbiorze) dzisiaj – zważywszy na to, że człowiek niewątpliwie zmienia się z czasem, a 17 lat to spory szmat czasu. Oczywiście, gdybym miał na te tematy napisać dzisiaj, oba te teksty wyglądały by inaczej, choć jednak – w ogólnym zrębie – tak bardzo by się nie zmieniły. W „Sumieniu Zachodu” jednak niektóre akcenty rozłożone byłyby inaczej i pewnie spuściłbym nieco z podniosłego tonu, który miejscami w tym tekście zbliżał się zbyt niebezpiecznie do egzaltacji i patosu. Uzupełniłbym również tekst o pewne motywy, których wówczas zabrakło, a które stawiały jednak temat zagłady Indian w nieco szerszej perspektywie. Nowego artykułu na ten temat pisać nie zamierzałem, niemniej jednak – gwoli uzupełnienia – chciałbym poczynić tutaj kilka uwag, które, jak mniemam, rzucić mogą nieco więcej światła na to, co rzeczywiście zaszło w relacjach europejskich kolonistów i rdzennych mieszkańców Ameryki, i jak doszło do tego, że cywilizacja indiańska praktycznie przestała istnieć. Oto one. 

*

1.

indiański symbolCzy można zagładę Indian Ameryki Północnej nazwać „holocaustem”? Jeżeli termin ten wiąże się z ludobójstwem, które ma na celu likwidację jakiegoś narodu czy rasy, to jednak moim zdaniem odpowiedź na to pytanie powinna brzmieć: nie.  Mimo krwawych incydentów, na terenie obecnych Stanów Zjednoczonych nie miała miejsce celowa eksterminacja Indian. Jeśli ich zabijano, to na pewno nie na masową skalę, tak jak w przypadku XX-wiecznych holocaustów, w których ginęli Żydzi, czy Ormianie. To prawda, że w stosunkowo krótkim czasie wyginęły niemal doszczętnie plemiona indiańskie zamieszkujące wschodnią i północną część terenów należących dziś do Stanów Zjednoczonych, ale główną tego przyczyną były choroby zakaźne przywleczone tu przez europejskich kolonistów, na które tubylcy nie byli uodpornieni.
Na Wschodzie i Północy zdarzały się oczywiście masakry ludności indiańskiej dokonywane przez kolonialne milicje z premedytacją (pisałem o nich w pierwszej części indiańskiego „tryptyku” TUTAJ), ale w skali kilkusetletnich dziejów stosunków białych z tubylcami, były to raczej zjawiska odosobnione.  Nieco inaczej jednak było już na terenach Wielkich Równin, za Missisipi, w czasie podboju (czy też zasiedlania) tzw. Dzikiego Zachodu w XIX wieki, zwłaszcza w jego drugiej połowie. Tam także zdarzały się krwawe starcia na większą czy mniejszą skalę, regularnie toczono bitwy z Indianami, w których liczba ofiar śmiertelnych była stosunkowo wielka. Ale miały też miejsce tzw. „wojny indiańskie”, w których – jak podają historycy – mogło zginąć nawet do 30 tysięcy Indian (na ogólną liczbę ok. 300 tysięcy). Te zbrojne i gwałtowne starcia są jednak lepiej zapisane w naszej świadomości, jak to zwykle bywa z wydarzeniami dramatycznymi, czy też tragicznymi, które z różnych względów (m.in. wskutek ludzkiego upodobania do sensacjonizmu) chętniej nagłaśniane są przez media, tudzież bardziej eksploatowane przez pop-kulturę. A i sami historycy zwracają na nie większą uwagę, bo to dla nich jakby bardziej „wdzięczny” temat, w którym mogą się wykazać i łatwiej zainteresować nim laików.
Co nie znaczy, że kolonizacja – czy też raczej koloniści – nie są winni zagładzie Indian i ich cywilizacji. Tyle, była to zagłada niejako „pełzająca”, rozłożona na wiele lat, może nawet pokoleń – zwłaszcza na terenach położonych bardziej na zachód, stopniowo zasiedlanych przez Europejczyków oraz potomków europejskich imigrantów. Po prostu, Indianie byli nieustannie spychani na coraz większe pustkowia, a odbywało się to na różne sposoby – niekoniecznie zbrojne. Najczęściej była to przemoc, lecz nie bezpośrednia tylko bardziej ukryta. Pozbywano się Indian w sposób – rzec można – „legalny”, bardziej wyrafinowany, ale przez to perfidny. I zawsze, niestety, skuteczny. Zmuszając Indian do ustępowania ziemi białym, skazywano ich na poniewierkę, która okazywała się destruktywna zarówno fizycznie (całe rzesze Indian wyniszczył – oprócz chorób – głód), jak i kulturowo (chcąc przeżyć, Indianie zmuszeni byli porzucić sposób życia jaki praktykowali od wieków.)

2.

Kapitalnym źródłem faktów i opinii – swoistym świadectwem epoki – jest słynna praca Alexisa de Tocqueville’a „O demokracji w Ameryce”, w której jeden z rozdziałów autor poświęca zajmującemu nas tutaj tematowi, nadawszy mu tytuł może trochę rozwlekły lecz adekwatny: „Rozważania na tematy obecnej sytuacji trzech ras ludzkich zamieszkujących terytorium Stanów Zjednoczonych oraz przyszłości, która prawdopodobnie je czeka”. (Tocqueville pisze w nim również o Murzynach, ale nas najbardziej w tej chwili interesują Indianie – dodam tylko, że kwestia niewolnictwa jest przedstawiona tam równie ciekawie.)
Błyskotliwy francuski polityk (minister spraw zagranicznych II Republiki), socjolog, pisarz i myśliciel opisuje oraz diagnozuje ówczesną sytuację, a jego spojrzenie wydaje się dziś nie tylko niezwykle przenikliwe, ale i nowoczesne (mimo, że dzieło to powstało w latach 30-tych XIX wieku). Jak przystało na bystrego obserwatora, a zarazem naukowca, Tocqueville stara się być w miarę obiektywny, nie idealizując – nie obwiniając ani nie usprawiedliwiając – żadnej ze stron, choć nadal jest dzieckiem swojego czasu, nazywając tubylców „dzikusami”, zaś ich kulturę „barbarzyńską”, uznając prymat cywilizacji europejskiej nad każdą inną. Niemniej jednak, jego spojrzenie jest nad wyraz świeże i trafne, pozbawione na dodatek wszelkiego resentymentu, czy innych (niż wspomniane) uprzedzeń.
Dajmy próbkę stylu Toqueville’a. Oto na samym początku rozdziału pisze on: „Wśród tych tak odmiennych ludzi zdecydowanie wyróżnia się człowiek biały. Jest najbardziej oświecony, najpotężniejszy i najszczęśliwszy, jest Europejczykiem, człowiekiem par excellence. Murzyn i Indianin stoją poniżej. Te dwie nieszczęsne rasy nie mają ze sobą nic wspólnego. Dzieli je pochodzenie, wygląd, język i obyczaj – zbliża je tylko nieszczęście. Obie zajmują równie niską pozycję, obie zmuszone są znosić tyranię i choć ich cierpienia są odmienne, sprawcą tych cierpień jest ten sam biały człowiek. Czyż z tego, co dzieje się na świecie, nie wynika wniosek, że Europejczyk jest wobec innych ras ludzkich tych samym, czym człowiek wobec zwierząt? Posługuje się nimi, a kiedy nie może sobie ich podporządkować – niszczy je.”

Spojrzenie Tocqueville’a wydaje mi się być pozbawione sentymentalizmu, ale z drugiej strony, nie unika on stwierdzeń wskazujących na krzywdę Indian – ich nieszczęście i cierpienie – oraz na opresję białych, nazywając rzeczy wprost i po imieniu: „Przemoc białych okazała się dla rasy indiańskiej zgubna. (…) Przed przybyciem białych do Nowego Świata ludy zamieszkujące Amerykę Północną żyły spokojnie w puszczy. Indianie, poddani wszystkim niedogodnościom dzikiego życia, mieli cnoty i przywary właściwe ludom niecywilizowanym. Zepchnąwszy indiańskie plemiona w głąb dzikich terytoriów, Europejczycy skazali je nażycie wędrowne, pełne nędzy i nieszczęść. (…) Osłabiając u Indian przywiązanie do ojczyzny, rozpraszając ich plemiona, zacierając tradycje, zrywając łańcuch wspomnień, przeobrażając wszystkie dawne przyzwyczajenia, powiększając zaś z drugiej strony potrzeby, tyrania Europejczyków uczyniła ich ludźmi bardziej zagubionymi i mniej cywilizowanymi, niż byli poprzednio. Ponieważ moralne i fizyczne warunki życia tych plemion stale się pogarszały, stawały się one bardziej barbarzyńskie, w miarę jak były bardziej nieszczęśliwe. Wszelako Europejczycy nie zdołali całkowicie zmienić charakteru Indian i chociaż w każdej chwili mogli ich zniszczyć, nie mogli ani ich sobie podporządkować, ani ogładzić.(…) [Indianin] znajduje upodobanie w swojej barbarzyńskiej niezależności i woli zginąć, niż zrezygnować z najmniejszej nawet jej cząstki; (…) odrzuca cywilizację nie tyle z nienawiści do niej, ile z obawy przed upodobnieniem się do Europejczyków.” (…) Indianin z Ameryki Północnej, żyjący na swobodzie pośród lasów, był biedny, lecz nie czuł się od nikogo gorszy. (…) Jego dawne życie było ruchliwe, pełne nieszczęść i niebezpieczeństw, lecz jednocześnie emocji i rzeczy wielkich, teraz musi się zgodzić na egzystencję monotonną, nędzną i podłą. (…) Niezależność, jaką się cieszył wśród sobie równych, kontrastuje z niewolniczą pozycją, jaką zajmuje w społeczeństwie cywilizowanym.” (Nic więc dziwnego, że niektórzy biali, zakosztowawszy tej wolności i swobody, wyzwoliwszy się z pęt i hierarchii własnej cywilizacji – która jakoś nie mogła dać im zadowolenia i szczęścia – wybierali życie wśród Indian, a nie wśród kolonistów.)

Jest jeszcze jeden kapitalny fragment w książce Tocqueville’a, którego zacytowania nie mogę się tu oprzeć (odnosi się on do indiańskiej niechęci do życia osiadłego, rolniczego): „Najnędzniejszy nawet Indianin kultywuje w swym szałasie z kory nader wysokie wyobrażenie o o własnej indywidualnej wartości. Niezbędne prace uważa za zajęcie poniżające, rolnika porównuje z wołem przewracającym bruzdy, wszystkie nasze zatrudnienia bierze za wysiłki niewolników. Wprawdzie ma bardzo wysokie pojęcie o sile białych i o wielkości ich inteligencji, lecz podziwiając rezultaty naszych wysiłków, pogardza środkami, które pozwalają nam je uzyskiwać; doświadczając naszej powagi, ma się wciąż za wyższego od nas. Polowanie i wojna to dla niego jedyne zajęcia godne mężczyzny.” (…) Tocqueville tak kwituje niepowodzenie podejmowanych przez Europejczyków prób przekształcenia Indian w osiadłych rolników, którzy co rusz uciekali od pługa do puszczy: „Cywilizacja rodziła się w chacie, lecz w lesie umierała”. Jednym słowem, Indianie okazali się – wedle europejskich standardów – „niereformowalni”.

IndianinTocqueville wskazuje na to, że Indianie przegrywają w nierównej walce. Podaje tego przyczyny i stwierdza, że dzieło ich zagłady dokonuje się w bardzo prosty sposób: kiedyś potrzeby Indian były bardzo skromne, więc – zważywszy także na obfitość ówczesnych zasobów – świetnie dawali sobie radę z ich zaspokojeniem. Europejczycy zaś zapoznali ich z bronią palną, żelazem, alkoholem, końmi; nauczyli ich chodzić w ubraniach z tkanin, a że Indianie nie byli w stanie wyprodukować tego sami, stawali się coraz bardziej zależni od białych. Chcąc uzyskać te nowe dobra, musieli handlować tym, co było im dostępne – głównie futrami, których dostarczała jeszcze puszcza. Z tego względu Indianin zaczął polować nie tylko po to, by zdobyć żywność, ale także po to, by zdobyć przedmioty wymiany. Tym samym potrzeby tubylców były coraz większe, zaś ich zasoby coraz bardziej się uszczuplały. Błędne koło.
W jednym z raportów dla Kongresu stwierdzano: „Indianie muszą pracować ponad siły (…), by wyżywić swoje rodziny. Czasem myśliwy poświęca wiele dni na bezskuteczne tropienie zwierzyny; przez ten czas jego rodzina żywi się korą i korzeniami albo ginie; dlatego też w zimie wielu z nich umiera z głodu.” Tocqueville uzupełnia to następująco: „Indianie nie chcą żyć jak Europejczycy – jednak nie mogą się obejść bez Europejczyków ani też żyć dokładnie tak jak ich przodkowie.” Ślepy zaułek.
Postępująca coraz bardziej na Zachód kolonizacja powodowała coraz większe zmiany w ekosystemie zasiedlanych rejonów. Przed osiedleńcami uciekała zwierzyna, która była podstawą utrzymania tubylców, więc – jak pisze Tocqueville – „wkrótce Indianom brak środków do życia. Nieszczęśnicy krążą odtąd po opustoszałych lasach jak wygłodniałe wilki. Instynktowna miłość ojczyzny przywiązuje ich do ziemi, na której się urodzili, ale znajdują na niej tylko nędzę i śmierć. (…) Ściślej rzecz biorąc, to nie Europejczycy przepędzają Indian, lecz głód – oto subtelne rozróżnienie nieznane średniowiecznym kazuistom, a wykryte przez nowożytnych doktorów. (…) Indianie stracili już ojczyznę; niedługo utracą i własne plemię; zostaną zaledwie rodziny. Ginie imię szczepu, zapomniany zostaje język, nikną ostatnie ślady pochodzenia. Naród przestał istnieć. Żyje jeszcze we wspomnieniach amerykańskich zbieraczy starożytności i zna go jedynie kilku europejskich erudytów.”

3.

Rugowanie Indian z ziem, na których żyli, odbywało się przeważnie w sposób niby to legalny (choć trudno za takowe uznać przymusowe i masowe wysiedlanie w XIX wieku plemion indiańskich i komasowanie ich na tzw. Indian Territory na preriowych pustkowiach Wielkich Równin w centrum kraju), tyle że przebiegły i często jednak cyniczny. Odkupywano od nich ziemię, najczęściej za bezcen, mamiąc tubylców nagłym wzbogaceniem się o pożądane przez nich towary, i wmawiając im, że odchodząc dalej na zachód znajdą nowe ziemie rozległe, bogate w zwierzynę, równie dobre jak ta, a może nawet lepsze – gdzie będą już mogli żyć nie niepokojeni. Indianie, „na poły przekonani, na poły zmuszeni, odchodzą, by zamieszkać na innej ziemi, gdzie biali nie dadzą im zresztą przeżyć w spokoju nawet dziesięciu lat.” (Tocqueville) (Dodam tylko, że wyzuwając Indian z ziemi nie cofano się przed stosowaniem wszelkich dostępnych środków – wliczając w to groźby, oszustwo, przekupstwo, przemoc i alkohol.)
Z kolei ci Indianie, którzy próbowali żyć w sposób osiadły, byli wykorzystywani przez białych mających nad nimi niewątpliwą przewagę: „Dzięki posiadanym środkom i oświeceniu Europejczycy nie omieszkali przywłaszczyć sobie większości korzyści, jakie mogli czerpać tubylcy z posiadania ziemi. Osiedlili się pośród nich, zagarnęli lub wykupili za bezcen ich ziemię i zrujnowali ich za pomocą konkurencji, której Indianie w żaden sposób nie mogli sprostać. Indianie, izolowani w swym własnym kraju, byli już tylko małą kolonią niewygodnych cudzoziemców pośród licznego i dominującego narodu. (…) Do chciwości osadników dochodzi zwykle tyrania rządu. [Tocqueville ma tu na myśli rządy stanowe – przyp. LA] Jeżeli zwrócimy uwagę na tyrańskie decyzje uchwalane przez prawodawców z południowych stanów, na postępowanie ich gubernatorów i działania ich sądów, z łatwością dojdziemy do przekonania, że całkowite wygnanie Indian jest ostatecznym celem, do którego zgodnie zmierzają ich wysiłki.” W innym miejscu Tocqueville pisze: „[istnieją dowody] na wszelkiego rodzaju przestępstwa popełniane przez białą ludność na terytorium Indian. A to Anglo-Amerykanie osiedlają się w części tego terytorium, jakby gdzie indziej brakowało ziemi, i wojska Kongresu muszą ich stamtąd wyganiać; a to porywają bydło, palą domy, kradną owoce pracy tubylców lub dokonują gwałtu na ich osobach. Wszystkie te dokumenty dowodzą, że tubylcy codziennie padają ofiarą nadużywania siły.” Nawet unijny agent do spraw Indian bierze ich stronę, pisząc w swoim raporcie: „Wtargnięcie białych na terytorium Czirokezów spowoduje ruinę ich mieszkańców, którzy wiodą tam teraz życie ubogie i nieagresywne.”

To prawda, że rząd federalny starał się w jakiś sposób rozwiązać kwestię indiańską, i to bynajmniej nie w sposób, na jaki wpadli wysoce cywilizowani Niemcy w połowie XX wieku, mordując miliony Żydów. Nie, pamiętajmy o tym, że Ojcowie Narodu byli ludźmi „oświeconymi”, przepełnionymi ideałami wolnościowymi – to jednak była wówczas awangarda cywilizacji zachodniej, dążąca do demokracji jako najbardziej sprawiedliwego i humanitarnie zaawansowanego ustroju. Sam Jerzy Waszyngton (pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych) uważał (ponoć), że Indianin jest człowiekiem, więc – jako taki – równy jest człowiekowi białemu, tyle, że organizacja społeczna Indian była czymś niższym od organizacji społecznej białych. Waszyngton stworzył nawet sześciopunktowy plan mający na celu „ucywilizowanie” Indian. Napawając się (być może niechcący) własną supremacją, zdobył się kiedyś na takie oto szlachetne oświadczenie: „Jesteśmy bardziej oświeceni i silniejsi od narodów indiańskich; jest (więc) sprawą honoru, byśmy traktowali je dobrze, a nawet wspaniałomyślnie.” Uchwalono nawet ustawę zabraniającą zabierania Indianom ziemi bez ich zgody. Tocqueville wyraźnie bierze stronę rządu federalnego (być może jest to jakiś rodzaj politycznego zagrania, czy może wdzięczności za dobrą gościnę), pisze bowiem: „[Rząd centralny] zaś wcale nie jest nieczuły na nieszczęścia Indian, i szczerze pragnąłby uratować resztki tubylców i zapewnić im swobodne posiadanie ziemi, które sam im zagwarantował. Kiedy jednak usiłuje zrealizować ten zamiar, poszczególne stany stawiają mu niebywały opór;  wówczas rząd bez sprzeciwu przystaje na zagładę paru pierwotnych plemion, już na poły przetrzebionych, by nie narazić amerykańskiej Unii na niebezpieczeństwo. Nie mogąc chronić Indian, rząd federalny chciałby przynajmniej złagodzić ich los. Dlatego też zaczął przesiedlać ich na swój koszt w inne rejony.”

Młoda IndiankaTocqueville pisze tu zapewne o tzw. Indian Act Removal („ustawa o usunięciu Indian”), która w praktyce okazała się dla indiańskich plemion  tragiczna. Francuz zapewne jeszcze wówczas nie wiedział o tym, ile ofiar śmiertelnych pochłonął ten pomysł. Najbardziej zabójczy okazał się tzw. „Szlak  Łez”, na którym zginęły tysiące przesiedlanych (z południowego wschodu za Missisipi) Czoktawów. Niezwykłym trafem, Tocqueville, będąc w Memphis, widział grupę Czoktawów, którzy przeprawiali się na zachodni brzeg rzeki. Mimo, że fragment ten jest dość obszerny, to jednak przytoczę go tutaj in extenso, bo wg mnie ma on nie tylko wielką wartość dokumentalną, ale i niewątpliwe walory literackie, dzięki czemu ów przejmujący obraz na trwałe zapisuje się w naszej pamięci:
„Na własne oczy widziałem cierpienia i nędzę, które staram się opisać, i byłem świadkiem zła, którego opisać nie potrafię. Z końcem 1831 roku znalazłem się na lewym brzegu Missisipi, w miejscu zwanym przez Europejczyków Memphis. Pojawiła się tam wówczas duża grupa Indian Czokto. Indianie właśnie opuszczali swój kraj i chcieli się przedostać na prawy brzeg Missisipi, gdzie mieli nadzieję znaleźć schronienie obiecane im przez rząd amerykański. Był środek zimy, mróz był wyjątkowo silny, śnieg okrył ziemię twardą skorupą, a rzeką płynęły ogromne kry. Indianie, którzy wędrowali razem z rodzinami, ciągnęli ze sobą rannych, chorych, nowo narodzone dzieci i umierających starców. Nie mieli ani namiotów, ani wozów, tylko trochę zapasów i broni. Widziałem, jak wsiadali na statek, by przepłynąć przez wielką rzeką, i ten pełen patosu widok na zawsze zostanie w mojej pamięci. Nie było słychać ni płaczu, ni skarg – wszyscy milczeli. Ich nieszczęścia były nienowe i Indianie wiedzieli, że są nieodwracalne. Wszyscy weszli już na statek i tylko psy zostały na brzegu. Zobaczywszy, że ich panowie oddalają się na zawsze, zaczęły przeraźliwie wyć i wszystkie naraz rzuciły się do lodowatej wody Missisipi, by płynąć za statkiem.”
Dzisiaj wiemy, że spośród ok. 17 tysięcy Czoktawów przesiedlonych wówczas z ich terenów (stany południowo-wschodnie) na tzw. Terytorium Indiańskie (tereny dzisiejszych stanów: Oklahoma, Kansas, Nebraska) zginęło na Szlaku Łez ok. 4 tysięcy osób. Rząd amerykański chciał dobrze, a wyszło jak zwykle – każdy wie, czym wybrukowane jest piekło.

Tocqueville wprawdzie nie potępia amerykańskiego rządu, ale jego komentarz nie pozbawiony jest nuty drwiny i sarkazmu: „Indianie bez trudu dostrzegają, jak prowizoryczne jest proponowane im rozwiązanie. Kto im zagwarantuje, że będą wreszcie mogli odpocząć w swym nowym schronieniu. Wprawdzie Unia zobowiązuje się, że pozwoli im tam zostać, ale przecież tereny, które teraz zajmują, również gwarantowano im niegdyś najuroczystszymi przysięgami. (…) W sposobie postępowania Unii jest mniej głupoty i przemocy niż w polityce realizowanej przez poszczególne stany; ale i jednym i drugim brak woli. Wciąż rozszerzając to, co nazywają dobrodziejstwem swych ustaw o Indianach, stany liczą, że dzicy będą woleli pójść sobie precz, niż ustawom tym się podporządkować. A rząd centralny, przyrzekając tym nieszczęśnikom stałe schronienie na Zachodzie, jest świadom, że nie może go im zagwarantować. Właśnie tak swą tyranią stany zmuszają dzikich do ucieczki, a Unia dzięki swym obietnicom i za pomocą swoich środków tę ucieczkę ułatwia. To tylko różne metody zmierzające do tego samego celu.”

Tocqueville wspomina o Hiszpanach, którzy (w swoich koloniach południowo- i środkowoamerykańskich) szczują Indian psami „jak dzikie bestie”, grabią Nowy Świat „niepoczytalnie i bezlitośnie”, ale po jakimś czasie ten szał mija, a część ludności indiańskiej, która zdołała uniknąć masakry, miesza się w końcu ze zwycięzcami, przyjmując ich religię, język i obyczaje. I tu następuje fragment, który – jak uważam – stanowi małe mistrzostwo świata w sarkazmie, zabarwione na dodatek ironią:
„Stosunek Amerykanów ze Stanów Zjednoczonych do tubylców jest – przeciwnie – przepojony najczystszym uwielbieniem form i legalności. Jeśli tylko Indianie pozostają w stanie dzikości, Amerykanie nie mieszają się do ich spraw i traktują ich jako ludy niepodległe. Nie zajmują ich ziem, dopóki ich nie nabędą na mocy odpowiedniego kontraktu, a gdyby przypadek zdarzył, że jakieś plemię indiańskie nie może już żyć na swoim terytorium, wówczas po bratersku biorą je za rękę i wyprowadzają na śmierć poza granice kraju ojców. Hiszpanie dopuszczali się bezprzykładnych okrucieństw i okryli się wieczystą hańbą, a jednak nie zdołali wymazać rasy indiańskiej z powierzchni ziemi ani nawet zepchnąć jej poza granice prawa. Amerykanie ze Stanów Zjednoczonych osiągnęli i jedno i drugie z nadzwyczajną łatwością, spokojnie, bez trudu, filantropijnie, nie przelewając krwi i pozornie nie naruszając żadnej podstawowej zasady moralności. Trudno byłoby nieść zagładę ludziom, lepiej przestrzegając praw ludzkości.”

4.

Na koniec oddajmy głos samym Indianom. Oto list jaki do amerykańskiego Kongresu napisali w 1829 roku Czirokezi. Abstrahując od grzecznościowego (chyba) początku (z metafizyczno-deterministyczną ideą tam zawartą – że wszystko co się zdarzyło, zdarzyło się z woli Boga, trudno mi się zgodzić, bo to tak, jakby powiedzieć, że Holocaust w Europie też zdarzył się z woli Boga) wyrażona jest w nim esencja tego, co zaszło między europejskimi kolonistami a Indianami:
„Z woli naszego niebieskiego Ojca, który rządzi światem, rasa czerwonych ludzi w Ameryce stała się mała; rasa biała stała się wielka i sławna.
Kiedy wasi przodkowie przybyli na nasze wybrzeża, czerwony człowiek był silny, i mimo iż był ciemny i dziki, przyjął ich życzliwie i pozwolił im postawić zdrętwiałe nogi na suchym lądzie. Nasi i wasi ojcowie podali sobie rękę na znak przyjaźni i żyli w pokoju.
Wszystko o co prosił biały człowiek dla zaspokojenia swoich potrzeb, Indianin ochoczo mu przyznawał. Wówczas Indianin był panem, a biały człowiek prosił. Dzisiaj scena uległa zmianie: siła czerwonego człowieka stała się słabością. W miarę, jak jego sąsiedzi rośli w liczbę, jego władza coraz bardziej słabła; a teraz z tylu potężnych plemion, które zaludniały powierzchnię obszaru, który nazywacie Stanami Zjednoczonymi, zostało zaledwie kilka, które uszły z ogólnej katastrofy. Plemiona z Północy, cieszące się u nas ongiś taką sławą z racji ich potęgi, prawie już zniknęły. Taki był los czerwonego człowieka w Ameryce.
Oto my, ostatni z naszej rasy, czy też musimy umrzeć?
Od niepamiętnych czasów nasz wspólny Ojciec, który jest w Niebiosach, dał naszym przodkom ziemię, którą zajmujemy; nasi przodkowie zostawili nam ją w spadku. Zachowaliśmy ją z szacunkiem, gdyż są w niej ich prochy. Czy kiedykolwiek odstąpiliśmy lub utraciliśmy ten spadek? Pozwólcie, że was zapytamy, czy naród może mieć lepsze prawo do jakiegoś kraju niż prawo dziedziczenia i posiadania od niepamiętnych czasów? Wiemy, że stan Georgia i prezydent Stanów Zjednoczonych twierdzą dzisiaj, że utraciliśmy to prawo. Ale nam to stwierdzenie wydaje się bezpodstawne. W jakiej epoce utraciliśmy je? Jaką popełniliśmy zbrodnię, która mogłaby pozbawić nas ojczyzny? (…) Nasi ojcowie nigdy nie zgodziliby się na traktat, którego wynikiem byłoby wyzucie ich z ich najświętszych praw i odebranie im ich kraju.”

5.

Jest ironią dziejów, a może tylko zwykłym zakłamaniem, że cywilizacja, która uznała się za najwyższą, najbardziej rozwiniętą i wyrafinowaną (również najbardziej sprawiedliwą i „humanitarną”) jaka kiedykolwiek powstała na Ziemi, dokonała także największych zbrodni ludobójstwa (jeśli chodzi o ich masowość i skalę), jak również największych grabieży globalnych, zagarniając ziemię obcych narodów, niewoląc i eksploatując podbite ludy – uważając się na dodatek za „chrześcijan”, czyli ludzi, którzy powinni kierować się naukami Jezusa Chrystusa, jednego z najlepszych, najbardziej współczujących i miłosiernych ludzi, jacy żyli kiedykolwiek na naszej planecie. To są fakty, których żadną retoryką, kazuistyką, ekwilibrystyką myślową nie możemy zmienić.
Wyniszczenie Indian – zarówno fizyczne, jak i kulturowe – było tylko jednym z wielu tego typu „występów” naszej wspaniałej europejskiej cywilizacji na arenie świata.
Mam nadzieję, że ci, którzy zapoznali się z moim artykułami na temat wzajemnych stosunków Europejczyków z Indianami, jakie miały miejsce w czasie kolonizacji kontynentu północnoamerykańskiego, dojdą do swych własnych wniosków (chciałbym, aby ten tekst okazał się do tego pomocny), tak jak do swych wniosków starałem się dojść i ja, przypominając sobie temat, który – właściwie już od dziecka – nie był mi obojętny, i o którym chciałem zdobyć jakąś konkretną wiedzę. Zdając sobie sprawę z tego, że nadal jest ona dość mocno ograniczona, mimo to chciałbym podsumować ten „indiański tryptyk” kilkoma swoimi (ergo subiektywnymi) uwagami.

Gotów jestem uznać to, że kolonizacja obu Ameryk przez Europejczyków była czymś, czego nie można było uniknąć (zważywszy na ekspansywny charakter cywilizacji Zachodu), a jednak za wszelkie nikczemności, jakie się z tym wiązały, odpowiedzialność spada na wszystkich tych, którzy w całym tym procederze brali udział.
Skupmy się jednak na Ameryce Północnej: koloniści europejscy – jak by na to nie patrzeć – byli wobec zamieszkujących ten kontynent ludów najeźdźcami, czyli agresorami – i to już ustala etyczną perspektywę, z jakiej powinno się na ich stosunki (i wzajemna walkę) patrzeć. Indianie mieli więc prawo, by stawiać zbrojny opór – i stosować wszelkie możliwe środki, by się przed zniewoleniem i likwidacją bronić. Lecz ich opór – i wszystko co robili – okazało się nieskuteczne, choćby z powodu kolosalnej przewagi kolonizatorów-najeźdźców, zarówno liczebnej, jak i technicznej czy organizacyjnej.
Czy można było uniknąć całkowitej niemal eliminacji cywilizacji indiańskiej, która istniała na terenach zajmowanych obecnie przez Stany Zjednoczone w epoce prekolumbijskiej? Myślę, że tak. Naturalnie trudno było – zważywszy na ówczesny stan medycyny – uniknąć dewastujących całe populacje plemienne epidemii, ale jednak – zachowując większą konsekwencję prawną, dotrzymując umów i podpisanych traktatów – można było dokonać wydzielenia większego obszaru kontynentu, na którym Indianie mogliby żyć i funkcjonować w miarę niezależnie i autonomicznie. Wprawdzie próbowano stworzyć coś podobnego (Terytorium Indiańskie zajmujące Wielkie Równiny na zachód od Missisipi), ale realizacja tego pomysłu okazała się jednym wielkim fiaskiem, z tragicznym skutkiem dla wielu tysięcy Indian, których de facto przegnano z zamieszkałych przez nich ziem, położonych w różnych rejonach kraju, i polecono osiedlić się na mało gościnnych klimatycznie i topograficznie obszarach, które i tak wkrótce im zabrano. I cokolwiek by nie pisać o dobrej woli rządu federalnego, (w którą zresztą bardzo wątpię – bo to były tylko „szlachetne” deklaracje i słowa, słowa, słowa… jak się okazało, bez pokrycia) to jednak, siłą rzeczy, cała odpowiedzialność za zaistniałą tragedię spada na rząd amerykański, który okazał się po prostu nieskuteczny – czy to z powodu własnej słabości, niekonsekwencji, opieszałości, ignorancji, dwulicowości, czy nawet złej woli – by temu złu zapobiec.

Nie przekonują mnie zupełnie dzisiejsze głosy, starające się usprawiedliwić tamte przewiny i złoczyństwo tzw. „realiami epoki”. Już wtedy bowiem dysponowano odpowiednimi przesłankami etycznymi (dekalog był taki sami, takoż identyczne były nauki Chrystusa, którego naśladowcami mienili się niemal wszyscy koloniści), by zło nazwać złem, a zbrodnie zbrodnią. I oczywiście już wtedy znaleźli się ludzie, którzy nie zamykali ust i nazywali rzeczy po imieniu – lecz była ich w sumie garstka. Ich głos nie miał praktycznie żadnego znaczenia, kiedy przychodziło „co do czego”, czyli kiedy trzeba było realizować swoje partykularne, egoistyczne interesy, związane – czy to z chciwością i pędem do bogactwa (najczęściej) – czy też po prostu z wolą do przetrwania.
Tak więc, wszystkie te poruszone przeze mnie kwestie wydawać się mogą skomplikowane, ale w rzeczywistości są jednak proste: jeśli naprawdę chcemy być sprawiedliwi, to uświadomimy sobie to, kto postępował źle, a kto dobrze – i do tego wystarczy tylko w miarę otwarta głowa, tudzież zdobycie odpowiedniej wiedzy i minimum etycznej wrażliwości. Reszta to zasłony dymne i tak zwana ściema.

greydot

Indianie prerii

*

Powiązane artykuły: „Cywilizowani i Dzicy, czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami” i „Sumienie Zachodu”.

*

W CIEMNOŚCI – o najnowszym filmie Agnieszki Holland

… oraz dalszy ciąg wywiadu z reżyserką

„W ciemności” – najnowszy film Agnieszki Holland opowiadający o grupie Żydów uratowanych przez Polaka, który ukrył ich podczas niemieckiej okupacji w kanałach Lwowa, rozpoczął 23 Festiwal Filmów Polskich w Ameryce. Oto recenzja, napisana na gorąco po projekcji filmu, który na ekrany polskich kina ma wejść na początku stycznia przyszłego roku. Obraz „W ciemności” uważany jest za jednego z najpoważniejszych kandydatów do Oscara w kategorii filmów zagranicznych.

Poniżej przeczytać można również dalszy ciąg wywiadu z Agnieszką Holland.

Walka o przetrwanie i zachowanie człowieczeństwa… w lwowskich kanałach  („W ciemności”)

*

1.

Niewiarygodnie trudne zadanie miała Agnieszka Holland podejmując się realizacji tego filmu. To, że w efekcie możemy obejrzeć obraz, który nie tylko przykuwa nam oczy do ekranu na ponad dwie godziny, skupiając całą naszą uwagę, ale i prowokuje nas do snucia refleksji na temat wydawałoby się dobrze już nam znany (bo przecież przerabiany w kinie wiele razy), świadczy tylko o tym, że nasza kosmopolityczna reżyserka odniosła mimo wszystko sukces. (Muszę tu dodać, że przyjdzie mi się jeszcze z owego „mimo wszystko” wytłumaczyć, choć, być może, także i nad tym „kosmopolityzmem” powinienem się też zastanowić.)

Co prawda, już sama historia jest niewiarygodna (mimo, że przecież wydarzyła się naprawdę), ale dopiero ryzyko jakiego podjęła się Agnieszka Holland, by przenieść ją na ekran, pozwala nam uświadomić sobie niezwykłość tego filmu w ukazaniu innej twarzy Holocaustu – twarzy zwykłego człowieka, z całym tym jej ludzkim brudem, brzydotą i mrożącym nas grymasem zła. Ale też i jej jaśniejszego odbicia, w którym dostrzec możemy przynoszący otuchę ciepły refleks dobra. Mało tego: tymi twarzami „zła”, które widzimy „w ciemności” są także twarze ofiar, które zwykle ikonografia Holocaustu przedstawia w sposób budzący współczucie – nie piętnując ich żadnym złem, tylko znacząc (zrozumiałą skądinąd) martyrologią.
Lecz najciekawszą twarzą w całym tym obrazie jest twarz kogoś, kto nie jest ofiarą (bliżej jest mu do prześladowców), na której dobro i zło przenikają się niemal jednocześnie. I choć nie mamy raczej wątpliwości, co na niej w końcu przeważy, to i tak pozostanie w nas dojmujące poczucie niejednoznaczności odbijającej się na ludzkim obliczu. Bo ono zmienia się nie tylko w zależności od tego co dzieje się w sercu i umyśle obdarzonego nim człowieka, ale i w sercach i umyśle tych, którzy na to oblicze patrzą.

A wszystko zaczęło się od jednego niewinnego i przypadkowego rzucenia okiem na stronę jednej z wydawanych w Toronto gazet, gdzie można było przeczytać takie oto zdanie: „Polski złodziej katolik ukrył grupę Żydów w kanałach Lwowa, które dobrze znał, bo właśnie w nich chował swoje łupy, ale i w których także pracował jako kanalarz.” Człowiekiem, który zwrócił uwagę na tę wzmiankę był Kanadyjczyk Robert Marshall, a jego zaintrygowanie było na tyle silne, że zmobilizowało go w końcu do napisania książki “In the Sewers of Lvov”, gdzie całą tę niezwykłą historię przedstawił. To właśnie na jej osnowie powstał scenariusz „Ukrytych” (taki był pierwotny, „roboczy” tytuł filmu), który następnie trafił do rąk Agnieszki Holland i… całą resztę już znamy (a jeśli nawet jeszcze nie znamy, to warto przy najbliższej sposobności się z nią – czyli z gotowym filmem „W ciemności” – zapoznać.)

Lwów pod niemiecką okupacją: za jednego zabitego Niemca wiesza się 10 Polaków

Nie spodziewajmy się jednak, że oglądanie filmu Agnieszki Holland będzie doświadczeniem lekkim i łatwym. Wręcz przeciwnie – wymaga ono nie tylko wzmożonej uwagi, ale i pewnej odwagi. A także niewątpliwie cierpliwości, jak również  nerwowej odporności. Bo to co się dzieje na ekranie jest wstrząsające: apokaliptyczna likwidacja lwowskiego getta, potworność ulicznych egzekucji, horror i przerażenie zaszczutych ludzi, na których poluje się jak na zwierzęta, poniżanie i bestialskie znęcanie się nad bezbronnym człowiekiem… I nasza szokująca niemożność ogarnięcia zła, które także wyrządzają sobie nawzajem same ofiary, (decydując np. o tym, komu dać szansę uratowania życia, a kogo skazać na zagładę – sami niejako wykonują morderczy plan swoich oprawców, co jeszcze bardziej podkreśla perfidię znęcającego się nad nimi losu i przypadku).
No i jeszcze ta dusząca nas klaustrofobia, kiedy przez dwie godziny zmuszeni jesteśmy do dotrzymywania towarzystwa ludziom, którzy przez 14 miesięcy żyją niczym szczury w podziemnych ściekach i kanałach – w ciemności, smrodzie, brudzie i zaduchu, narażeni w każdym momencie na wydanie, zdradę i śmierć.

Wszystko to pomaga nam wytrzymać jeden człowiek, dzięki któremu szansę na przetrwanie mają też ukrywający się w kanałach Żydzi. Tym człowiekiem jest (nota bene rewelacyjnie zagranym przez Roberta Więckiewicza) kanalarz, cwaniak i drobny złodziejaszek-„polaczek” Leopold Socha. Tak, tak… katolik i antysemita (bardziej z tradycji i z przyzwyczajenia niż ze złośliwości i premedytacji), który zrazu widzi w pomocy tym ludziom lukratywne źródło zarobku, ale z czasem odkrywa (niemal bezwiednie i nieświadomie) w sobie człowieczeństwo, dzięki któremu przezwycięża swój strach, wiąże się emocjonalnie z obcymi i pogardzanymi dotychczas ludźmi, i  ryzykując życiem (nie tylko swoim, ale i całej swojej rodziny), robi wszystko, by utrzymać ich przy życiu.

Dużo by tu można pisać o znakomitej kreacji Więckiewicza, którego Poldek wydaje się nam zarówno gruboskórny, jak i wrażliwy; przebiegły, ale i prostolinijny; zdecydowany, ale także niepewny; bohaterski, ale czasem też i tchórzliwy… Jednym słowem ta kreacja jest niejednoznaczna, ale też pełna i kompleksowa.
Podobnie wiele dobrego można by powiedzieć o pewnej, reżyserskiej ręce Agnieszki Holland, która mimo niezwykle trudnej i skomplikowanej materii, z jakiej zdecydowała się stworzyć swój film, zdołała ją po mistrzowsku opanować, czego rezultatem jest jeden z najlepszych filmów w całej bogatej karierze tej reżyserki o światowym formacie.

2.

Historia niezwykła: polski cwaniak i złodziejaszek ratuje grupę Żydów, ukrywając ich przez 14 miesięcy w miejskich rynsztokach

Tak, to prawda – oglądanie „W ciemności” mnie wciągnęło, ale… co jednak sprawiło, że nie pochłonęło mnie bez reszty? Zacząłem się nad tym zastanawiać dopiero po obejrzeniu filmu: dlaczego obraz Agnieszki Holland wydał mi się „tylko” bardzo dobry, ale nie doskonały? Dlaczego trudno by mi było uznać ten obraz za arcydzieło? Co spowodowało, że odczułem jednak pewien niedosyt i niespełnienie? Bo na pewno powodem tego nie była wysokiej klasy, profesjonalna realizacja filmu przez jego twórców, która jest przecież ewidentna.
Przyznam, że miałem problem aby to rozgryźć, lecz w końcu parę myśli zaczęło w mojej głowie świtać i po głębszym zastanowieniu przybrało formę tłumaczących to – do pewnego przynajmniej stopnia – powodów:

– Pierwsza sprawa, to wspomniana już przeze mnie specyfika sytuacji, którą musiał ukazać film: nikt z nas nie chce przez dłuższy (ani nawet krótszy) czas przebywać w rynsztoku. Dlatego, kiedy tylko kamera wychodziła na świeże powietrze, to odczuwało się ogromną ulgę, która jednak nie trwała długo, bo zaraz z powrotem zapędzano nas pod ziemię, do smrodu, brudu i towarzystwa szczurów (80% akcji całego filmu dzieje się w kanałach).

– Po drugie: Agnieszka Holland starała się przedstawić nam „prawdę” o ludziach, a prawda o ludziach – zwłaszcza w sytuacjach ekstremalnych – jest zazwyczaj żałosna, bo z większości z nas, czyli przedstawicieli gatunku Homo sapiens, wychodzi jednak wówczas zwierzę, co objawia się skrajnym egoizmem, a nawet podłością i nikczemnością, do czego wydaje się zmuszać nas atawistyczna walka o przetrwanie. Może to właśnie dlatego trudno nam było identyfikować się z ofiarami (bo któż z nas chce uświadamiać sobie to, że sam mógłby postąpić… hm… równie mało chwalebnie). I tu występował pewien dramaturgiczny konflikt (bowiem skoro się za bardzo z tymi ludźmi nie identyfikujemy, to i się do nich zbytnio nie przywiązujemy. Mało: oni zaczynają nas drażnić – więc trudno mówić o jakiejś katarktycznej empatii wiążącej nas z tymi postaciami emocjonalnie). Na szczęście są także w filmie postaci, które ten wymóg identyfikacji spełniają (jak np. mała Krysia czyli „dziewczynka w zielnym sweterku”), a zwłaszcza grany przez Więckiewicza Poldek, który w końcu staje się niemal aniołem, nie mówiąc już o tym, że zaczyna właściwie dźwigać na swoich barkach ciężar całego filmu. (A z takim herosem to bardziej jest nam już przecież po drodze.)

– W związku na permanentną ciemność i rozbiegane światło latarek, mamy niekiedy trudności z ogarnięciem i dojrzeniem tego, co dzieje się na ekranie. Stąd mała konfuzja, która może powodować, że widz czuje się cokolwiek rozbity i zdezorientowany, nie rozumiejąc do końca obrazu.

Miłość i seks pomagają przetrwać także w sytuacjach ekstremalnych

– Pewien dyskomfort mógł wywołać obecny w filmie naturalizm: seks, ekskrementy i fizjologia (np. szokujący ekshibicjonistycznie poród). Seks, jak wiadomo, jest w kinie OK, ale jeśli odbywa się w tak okropnych warunkach, w jakich uprawiali go ukazani w filmie ludzie, to jawi się on nam jako tylko li zwierzęca chuć (a kto z nas chciałby się utożsamiać z jakimś kopulującym zawzięcie zwierzakiem?). Oczywiście rozumiem zasadność takiego, zastosowanego przez Agnieszkę Holland obrazowania, ale odczuć moich nie może to zmienić.

– I jeszcze jedna mała kolizja, którą ośmieliłbym się nawet nazwać fałszem… czy też raczej czymś w rodzaju ontologicznego dysonansu. Otóż, proszę Państwa, proszę sobie wyobrazić, że żyjemy w kanałach przez 14 długich miesięcy, gdzie już nawet szczury przestały budzić naszą ekscytację. Jasne, że tego sobie nie wyobrazicie, bo tego sobie wyobrazić nie można. Ale przynajmniej można się domyśleć, że mimo wszystko (zagrożenie śmiercią), najstraszniejszą rzeczą jaką by nas tam dotykała, byłaby… nuda. Tak, tak… Przecież można byłoby zwariować od monotonii i braku dziania się czegokolwiek. Siedzenie lub leżenie w bezruchu, ewentualnie kręcenie się w kółko, jak – za przeproszeniem – g… w rynsztoku. Podejrzewam, że to był główny egzystencjalny dramat uwięzionych w kanałach ludzi – beznadziejna nuda. Do niej w zasadzie sprowadziła się esencja ich szczurzego bytu. Ale tego w filmie Agnieszki Holland nie ma. Mało tego: często frenetyczny sposób filmowania wydarzeń sprawia na nas wrażenie, jakbyśmy oglądali film akcji (co skądinąd powoduje, że widz nie zasypia w kinie, tyle że „prawda” tego, jak to wszystko wyglądało w rzeczywistości, zostaje chyba jednak stłumiona – a już na pewno, zmieniona jest przez to jej perspektywa).

3.

Muszę zaznaczyć, że nie było moją intencją podkreślanie ewentualnych usterek obrazu, który skądinąd zasługuje w pełni na naszą uwagę, a nawet aplauz – jak to miało miejsce podczas jego amerykańskiej premiery na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, gdzie publiczność zgotowała filmowi Holland 10-minutową standing ovation. Z czego można się tylko cieszyć, gratulując Pani Agnieszce jej wielkiego sukcesu  i pełnego osiągnięcia zamierzonego efektu, jaki wywarł na większości widzów jej film. Nie chciałbym, aby te moje zastrzeżenia rzutowały na cały obraz, ukazując go w niezbyt korzystnym świetle. Niech więc pozostaną tym czym są – na poły prywatnymi, zupełnie subiektywnymi uwagami; takim głośnym myśleniem, które być może ułatwi komuś zbliżenie się do tego wyjątkowego bez wątpienia filmu, a może nawet lepsze zrozumienie i ogarnięcie tego, co naprawdę wydarzyło się we Lwowie w tamtym czasie marnym. I co sprawiło, że ludzie, którzy w te wydarzenia byli uwikłani, stali się wielcy mimo swojej małości, i silni mimo swojej słabości. Czy wreszcie: że stali się dobrzy na przekór złu, które w nich tkwiło.

*  *  *

Uroda filmowego obrazu nie łagodzi horroru wydarzeń

*

PRZYWRACANIE CZŁOWIECZEŃSTWA

(ciąg dalszy wywiadu z Agnieszką Holland)

*

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Jaki wpływ wywiera kino na naszą percepcję historyczną? Czy może ono w znaczący sposób wpłynąć na sposób, w jaki postrzegamy naszą narodową historię, czy też historię w ogólności?

AGNIESZKA HOLLAND: Dzisiaj zapewne w mniejszym stopniu, niż to było kiedyś, ponieważ obecnie te funkcje przejęły inne media przekazu, takie np. jak telewizja, internet… Ale nadal jest ten wpływ duży. Oczywiście są społeczeństwa, które na ten przekaz są bardziej czułe – takim społeczeństwem jest np. społeczeństwo amerykańskie, które przecież w dużym stopniu buduje sobie swoją wizję świata i system ocen historycznych na podstawie filmu. Tutaj zresztą, tak naprawdę, Holocaust zaistniał w społecznej świadomości właściwie dzięki serialowi. Dlatego, że Amerykanie nie tylko, że nie byli za bardzo przejęci tym, co się wydarzyło Żydom w Europie, ale wręcz byli w jakimś sensie winni przez zaniechanie wobec tego, co się działo podczas wojny, ponieważ wszyscy – i Roosevelt i inni politycy, którzy odmawiali pomocy Żydom, a także sami Żydzi amerykańscy – obawiali się, że upominając się o swoich europejskich braci, obudzą jeszcze silniejszy antysemityzm w samej Ameryce. Więc także i oni nabrali wody w usta. Tak, że wina Amerykanów tak naprawdę nigdy nie została wprowadzona do świadomości powszechnej.
Natomiast Holocaust – tak. Przejęcie się tym wydarzeniem i zrobienie z niego fragmentu amerykańskiej historii nastąpiło dzięki serialowi „Holocaust”, który był tu niebywale popularny.

Agnieszka Holland w Chicago (zdjęcie własne)

– To były lata 70-te?

– Tak. I to przeorało zupełnie amerykańską świadomość, ten film miał kolosalne znaczenie. Równie ważny był serial „Korzenie”. On z kolei zmienił spojrzenie na Afro-Amerykanów.
Myślę, że Obama bez seriali nie miałby żadnej szansy na elekcję. Bo to właśnie najpierw w serialach – takich np. jak „The West Wing” albo „24 Godziny”- prezydentem był kolorowy, Latynos albo Murzyn. I nagle miliony Amerykanów, które te seriale oglądają namiętnie, zobaczyło że to jest możliwe. Tak, że tutaj, w Ameryce, byłoby czymś bardzo trudnym wprowadzenie czegoś do społecznej świadomości bez użycia kina czy telewizji. Ale także w innych krajach kino i telewizja mają olbrzymie znaczenie w takiej edukacji społecznej, wpływając na to, jak ludzie postrzegają świat, historię czy wreszcie samych siebie. Już Lenin mówił, że kino jest najważniejszą ze sztuk i choć dzisiaj już chyba nią nie jest, to jest nadal czymś bardzo ważnym. Teraz doszedł do tego internet, ale on też jakby niesie podobne treści i jest tylko narzędziem.

– Tak się akurat złożyło, że dosłownie tuż przed prezentacją Pani nowego filmu w Chicago, tutejsza publiczność miała okazję obejrzeć inny film odnoszący się do ważnego momentu w naszej historii, a mianowicie „Bitwę Warszawską” Jerzego Hoffmana. Prawdę mówiąc trudno jest mi wyobrazić sobie filmy bardziej odległe od siebie pod względem sposobu podejścia do historii – sposobu narracji, stosunku do opisywanych faktów, rzeczywistości i bohaterów – w przedstawianiu tzw. „realiów”.
Czy widziała już Pani ten film? A jeżeli tak, to jakie ma Pani o nim zdanie?

– Nie, nie widziałam. Ale mogę sobie mniej więcej wyobrazić jaka jest „Bitwa”, bo znam filmy Jurka Hoffmana, a także słyszałam i czytałam o tym filmie, więc mogę się spodziewać jak wygląda. Szczerze mówiąc, tak w planie czysto ludzkim – bo to mogę ocenić niezależnie od tego, czy widziałam film, czy nie – to jestem pełna podziwu dla faceta, który w wieku 80 i iluś tam jeszcze lat…  dodałabym: przeżytych bardzo bujnie – ma tak niebywałą energię, że jest w stanie takie olbrzymie przedsięwzięcie zrobić i doprowadzić do końca.

– Bez względu na efekt?

– Bez względu na efekt! Ja mówię tu teraz o tym wymiarze czysto ludzkim, nie filmowym. A samego efektu nie mogę ocenić, bo tego filmu nie widziałam.

– Chciałem jeszcze nawiązać w naszej rozmowie do „Listy Schindlera”, bo ten właśnie film przychodził mi często do głowy, kiedy myślałem o Pani nowym filmie. Trudno nie zauważyć tego, że obraz Spielberga opisuje Holocaust raczej w biało-czarnych kontrastach, a na dodatek reżyser zdominował na koniec wszystko akordem mocno melodramatycznym. Pani zaś podchodzi do bohaterów i wydarzeń ukazanych w „W ciemności” zupełnie inaczej. Czy Pani film nie stanowi swoistego kontrapunktu, alternatywy dla filmu Spielberga?

– Ja zdecydowanie szanuję film Spielberga. Pamiętam, że kiedy go oglądałam po raz pierwszy, to byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Nie dlatego, że uważałam, że Spielberg nie jest wybitnym filmowcem – bo jest, ale jego sfera zainteresowań tematycznych była tak odległa, że nie wyobrażałam sobie tego, że on będzie w stanie zrobić coś tak powściągliwego i jednak trzymającego się dość ściśle faktów. Rzeczywiście ten koniec zepsuł to dla mnie – bo te ostatnie 20 minut filmu są już bardzo trudne do przełknięcia dla człowieka o moim światopoglądzie i guście. I szkoda, że tak się stało, bo „Lista Schindlera” i tak by się przebiła do amerykańskiego widza, nawet gdyby nie miała tego ucukrowanego końca. Natomiast oczywiście jest to wielkie epickie kino amerykańskie z wszystkimi jego zaletami i ograniczeniami. Sama postać bohatera jest jednak kreślona taką… zbyt grubą krechą.

– U Pani jest inaczej.

– Tak, bo ja starałam się tu – po pierwsze: wyprać tę historię z jakiegokolwiek sentymentalizmu i lukrowania, czy też teatralizacji tych wydarzeń. Zależało mi na takiej fakturze prawdy, która byłaby prawie że dokumentalna, jak również na tym, żeby ci bohaterowie nie byli pokazani plakatowo, no i żeby ta grupa Żydów ukazana w tym filmie była zróżnicowana; żeby ich zachowanie nie było zawsze zachowaniem anielskich, słodkich ofiar, jednym słowem  – żeby po prostu byli zwykłymi ludźmi. Podejście Spielberga jest natomiast bardziej plakatowe, komiksowe. Moje – myślę że jednak artystycznie głębsze. Tym niemniej, taki film jak mój musi mieć – ze swojej natury – bardziej ograniczoną widownię, podczas gdy film Spielberga oglądały miliony, miliony widzów na całym świecie. Ale nie sądzę, że to jest tak, że jeden film jest przeciwko drugiemu – one po prostu mogą funkcjonować równolegle.

– Ja wkrótce po premierze „Listy Schindlera” w Stanach, napisałem recenzję o tym filmie, która się ukazała w „Polityce”. Ale, oprócz podziwu dla filmowej sztuki Spielberga, wyraziłem w niej wątpliwości, co do zasadności tak obcesowego melodramatyzowania Holocaustu. Przypomniałem też fakt, że człowiek, który już dłuższy czas pracował nad scenariuszem do tego filmu, zrezygnował ze współpracy ze Spielbergiem, mówiąc, że nie może przystać na jego wizję tamtej historii, gdyż nie pozwala mu na to jego – jak się dosłownie wyraził – dziennikarska uczciwość. Oczywiście moja recenzja, jak i następne artykuły jakie się pojawiły w „Polityce” wywołały burzę…

– Bo świętości się nie szarga?

– Nie wiem, czy świętości. Ale wyglądało na to, że wdepnąłem właśnie na ową zaminowaną łączkę, na której pasą się zacietrzewione osły. I później jednak doszedłem do wniosku, że chyba lepiej byłoby pewne rzeczy przemilczeć.

– Wie pan, zawsze jest dobrze pisać co się myśli i zawsze jest jednak lepiej iść pod prąd… moim przynajmniej zdaniem. Dlatego, że ten konformizm w ocenach dziennikarskich jest w dzisiejszych czasach tak wyjaławiający, że ja właściwie teraz już nie mogę czytać recenzji – polskich zaś szczególnie – dlatego, że z góry wiem, co tam będzie napisane. I jeżeli powstają jakieś polemiki, czy burze, to też one są w jakiś sposób zaprogramowane przez pewną przynależność estetyczno-polityczną. Ja pamiętam np. znany polski krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski, po pokazie „Pianisty” w Cannes, schlastał ten film niemiłosiernie, (zresztą miał tam swoje racje, z którymi nawet ja bym się zgodziła). Kiedy jednak film dostał nagrodę i dobrze go przyjęto w kraju, to on wtedy napisał jakąś zupełnie nową recenzję, wycofując się zupełnie z tego, co ogłosił wcześniej. Wątpię, żeby tak nagle i diametralnie zmienił swoje zdanie. Może się po prostu przestraszył, że podszedł za bardzo pod prąd? A z kolei wielu idzie pod prąd, ale tylko wtedy, kiedy się nic tym nie ryzykuje. Więc nawet tacy wybitni krytycy jak on, są dzisiaj bardzo skonformizowani. Ale nawet jeśli ktoś pisze z takiego punktu widzenia „barbarzyńcy w ogrodzie”, to mnie się to wydaje bardzo odświeżające.

– Pamiętam, że właśnie przy okazji tej awantury o „Listę Schindlera” Daniel Passent wyraził opinię, że być może kino w ogóle nie powinno się brać za taki temat, jak Holocaust, bo nie jest w stanie przekazać istoty i horroru tego, co się działo, a ponadto narusza jakby męczeńskie sacrum ofiar.

– Coś w tym jest. Np. Lanzmann – który jest facetem dość antypatycznym, i który myśli, że ma monopol na zajmowanie się Holocaustem i że kino nie ma już prawa tego robić – uważa, że jakakolwiek rekonstrukcja tamtej rzeczywistości jest właśnie jakby naruszeniem pewnej „świętości” – tajemnicy tamtego horroru. Ja mogę zrozumieć taki punkt widzenia, no ale właśnie dlatego, że jest to takie trudne, to rodzi się pokusa, aby się z tym zmierzyć. Z kolei wydaje mi się, że gdyby takich filmów nie było – mam na myśli te obrazy, które Holocaust teatralizują czy nawet melodramatyzują – to ludziom bardzo trudno byłoby sobie wyobrazić, czy choćby tylko zbliżyć się do wyobrażenia tego, czym to naprawdę było. Jednak uważam, że jest taka granica, przed którą należałoby się zatrzymać. Ja np. nigdy nie zdecydowałabym się na zrobienie takiej sceny w komorze gazowej, jak to pokazał Spielberg. Kiedy ją oglądałam, to właśnie miałam wrażenie, że pewna granica… pewne tabu zostało przekroczone – a pewnych rzeczy się po prostu nie pokazuje.

– Lecz to tabu coraz częściej jest dzisiaj – nie tyle naruszane, co wręcz niszczone.

– Tak. Np. filmowanie czyjejś śmierci i wrzucanie tego w internet jest już dzisiaj czymś niemalże banalnym. Przyzwyczaja się nas do oglądania takich obrazów, takiego horroru, że ta nasza wrażliwość jest chyba coraz bardziej przytępiana. I wtedy, dla kogoś kto ma jakieś artystyczne ambicje, pojawia się pytanie, jak – wobec takiego zbanalizowania okrucieństwa – pokazać coś, aby ludzie na nowo poczuli przy tym jakieś głębsze emocje, a nie tylko pewien rodzaj takiej sadystycznej satysfakcji.

Bilet wejściowy na otwarcie 23 Festiwalu Filmów Polskich w Ameryce, na którym zaprezentowano nowy film Agnieszki Holland „W ciemności”

– A propos głębszych emocji. Chciałbym, abyśmy jeszcze porozmawiali o Pani najnowszym filmie. Niedawno czytałem wywiad z Krystyną Chigerową, która jako jedyna z tych, którzy zostali uratowani przez Sochę we lwowskich kanałach, przeżyła do dzisiaj. To właśnie ta dziewczynka „w zielonym sweterku”, która na plakacie filmowym, wychyla się wraz z Sochą-Więckiewiczem z rynsztokowego włazu. Ja spodziewałem się, że właśnie ta relacja między nią a Poldkiem będzie niejako stanowić oś emocjonalno-dramaturgiczną filmu, a tu nie – to pokazane jest bardziej w drugim planie, więc pewnie dlatego, ja tej więzi między nimi za bardzo nie poczułem. I tego mi trochę brakło.

– No tak, ale to musiałoby pójść wtedy bardziej w stronę sentymentalizmu, a ja nie chciałam tego robić. I tak mi się czasem zdawało, że idę w tym za daleko. Np. jest taka scena, w której Poldek wyciąga rękę, a ta mała podaję mu łapkę… W pierwszym montażu ja to wycięłam, bo wydawało mi się, że jest to właśnie za bardzo sweety, ale w końcu tę scenę przywróciłam – za radą producentów, zresztą. Tak więc, ja nie chciałam iść w coś takiego za daleko. Oczywiście to jest wzruszające, ale to nie o tym jest ta historia.

– Moja żona była nieco zawiedziona, że nie pokazała Pani w swoim filmie czegoś, o czym wspomniała w swojej książce Krystyna Chiger, a mianowicie tego, że pewnego dnia Poldek czołgał się przez dwie godziny w kanałach, żeby przynieść tej małej dziewczynce bukiet stokrotek.

–  Wie pan, on w ogóle był chyba milszym i bardziej poczciwym człowiekiem, niż gra go Robert, ale to, co jest ciekawe w tym filmie, to jest właśnie dynamika tej głównej postaci. A gdyby ją osłodzić, to ta dynamika by pewnie zniknęła i myślę, że to by zaszkodziło filmowi.

– Krystyna Chiger wydała swoje wspomnienia właśnie pod tytułem „Dziewczynka w zielonym sweterku”. Przywodzi to skojarzenia z inną znaną książką, a mianowicie „Dziewczynką w czerwonym płaszczyku” Romy Ligockiej (chodzi o ten sam płaszczyk, który nota bene wyróżnił również w swoim czarno-białym filmie Spielberg). Czy wg Pani ta relacja może mieć jakieś głębsze znaczenie?

– Wydaje mi się, że kiedy Krystyna nadawała tytuł swoim wspomnieniom, to nie znała jeszcze książki Ligockiej.

– A ja myślałem, że jest to coś w rodzaju trawestacji.

– Nie wiem. Muszę ją o to zapytać. Ale to chyba byłoby trochę niemądre, bo np. na polskim rynku mogłoby się ludziom pomylić – czerwone, zielone… to w każdym razie jakaś dziewczynka w kolorowym ubranku. A rynek polski jest jednak ważny. Zresztą, pierwsze wydanie tej książki rozeszło się w Polsce w ogromnych, jak na nasze warunki, nakładzie 30 tys. egzemplarzy, a teraz przygotowywane jest nawet wydanie drugie.

– Warto przy tym wspomnieć, że ten zielony sweterek znalazł się nawet w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu. A więc ma niewątpliwie jakieś symboliczne znaczenie.

– Prawdę mówiąc, ja o tym, że Krystyna Chiger żyje, dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy film był już prawie gotowy. Scenariusz bowiem opierał się przede wszystkim na książce Marshalla. Mimo to okazało się, że ja – może nawet intuicyjnie – zawarłam w swoim filmie to, co później znalazłam we wspomnieniach Krystyny.

– Np. moment ukazujący jej młodszego brata, który – kiedy już można było wyjść na powierzchnię – zaczął płakać, bo chciał do kanałów wracać, jakby świat pełen słońca go przerażał.

– Nie, to akurat w książce Marshalla było.

– Ale ja mam do Pani jeszcze o coś pretensję. Otóż, już po zakończeniu filmu, i po podaniu informacji o tym że Socha zginął niedługo po tym, jak wyprowadził z kanałów „swoich Żydów” (przejechał go samochód), na całą szerokość ekranu pojawia się napis, który stanowią słowa jakiegoś Polaka – jego reakcję na śmierć Sochy: „To jest kara boska za to, że uratował tych ‚żydków'”. Czy warto jest spinać cały film taką klamrą? Wypowiedzią, która jest nie tylko nikczemna, ale i głupia i chyba jednak bezmyślna. A przecież można to odbierać jako ważny i istotny akcent, który niejako komentuje cały film. Poza tym, to chyba podważało samo przesłanie, jakie można w Pani filmie odnaleźć.

– Dla mnie to było jednak bardzo ważne. Prawdopodobnie ja bez tego bym takiego filmu nie robiła. To jest ważne, bo właśnie stawia pod znakiem zapytania cały ten happy end. Gdyż ten czyn Sochy, jego dojrzenie do pewnego bohaterstwa, w społecznym odbiorze jakby nie zaistniało. On wcale nie zginął jako bohater. On zginął dość głupkowato pod kołami samochodu prowadzonego przez jakiegoś pijanego Ruska, a na jego pogrzebie, czyli kiedy o ludziach zwykle mówi się to, co najlepsze, ktoś – prawdopodobnie wyrażając szerszą opinię – mówi, że ratował żydków i to jest kara boska.

– Czy rzeczywiście była to taka „szeroka” opinia”?

– Ale to była prawda. I ci wszyscy Żydzi, którzy tam wtedy przyjechali na ten pogrzeb jak jeden mąż, i szlochali, odebrali to jako niebywały policzek dla wszystkiego, co Socha dla nich zrobił. To jest to, co spotkała tzw. „Sprawiedliwych” w powojennej Polsce.
Czy nie zetknął się Pan nigdy w Polsce ze stwierdzeniem, że Hitler, wprawdzie robił straszne rzeczy, ale jedno zrobił dobrze – że załatwił Żydów?

– Zetknąłem się, niestety.

– No właśnie. I pewnie mówili to ludzie, których by pan nigdy nie podejrzewał, że mogą coś podobnego powiedzieć.
A nie zadał pan sobie nigdy pytania dlaczego ci „Sprawiedliwi” ukrywają się przed sąsiadami? Że większość z nich nie chciała się wypowiadać, a jeśli już coś mówili, to ukrywali się pod pod pseudonimami? Irena Sendlerowa np., została bohaterką – na szczęście żyła prawie sto lat, więc zdążyła stać się znaną przynajmniej w Polsce  – i odkryły ją dopiero jakieś dwie licealistki z Karoliny Północnej, które napisały o niej sztukę. Inaczej pies z kulawą nogą by o niej nie wiedział, może poza kilkoma starymi Żydówkami, które ją odwiedzały. Nic by o niej nie wiedziano, bo nie chciano by wiedzieć

–  Dlaczego tak się dzieje?

– Dlatego, że w świadomości Polaków, ci którzy dotychczas ratowali Żydów, nie byli żadnymi bohaterami, byli wręcz czasem  zdrajcami. Ponieważ, to było tak, jakby nagle przystawiali nam lustro, w którym my widzimy swoją złą twarz. Byli wyrzutem sumienia. W Jedwabnem np., ta Antonina Wyrzykowska, która uratowała tam grupę Żydów, musiała z tego Jedwabna uciekać aż do Ameryki.

– Ale teraz ta perspektywa jakby się zmienia.

– Tak, to się zmienia, i to jest ciekawy proces. Wychodzą na jaw nowe fakty, publikuje się o tym nowe książki… Ale nagle też poczuliśmy taką potrzebę, że mówimy: zaraz! ale to nie jest cała prawda o nas! Prawdą o nas jest może to, ale także i to, że była Sendlerowa, że były te tysiące Polaków, którzy narażali własne życie i bezinteresownie ratowali bliźniego. Oni są naszymi bohaterami. Powstała potrzeba jakiejś równowagi. Tak, że paradoksalnie, te fakty o polskim antysemityzmie, czy o pewnych polskich zbrodniczych zachowaniach podczas II wojny światowej, otworzyły drogę do poznania wielkich Polaków, Sprawiedliwych. Te wrota były przedtem zamknięte.

– Czy sądzi Pani, czy dla tego młodego pokolenia, które teraz dopiero wchodzi w dorosłość, te sprawy są istotne i ważne? Czy ci młodzi ludzie chcą albo nawet… czy muszą zmierzyć się z przeszłością swoich dziadków, rodziców – odnieść się do niej i umocnić, aby tym samym poznać lepiej własną tożsamość?

– Muszą. I robią to. Tzn. nie twierdzę, że to jest ruch masowy. Ale ci najbardziej ciekawi, wartościowi i świadomi młodzi ludzie, tym się jednak zajmują. Chcieliby wiedzieć, co robili ich dziadkowie, bo to w jakimś sensie jest częścią ich samych. Nagle powstaje taka potrzeba, żeby się z tym zmierzyć.
Z drugiej strony jednak, Żyd jakby się zrobił w Polsce czymś abstrakcyjnym – bo przecież w Polsce Żydów prawie już nie ma. Choć ci, którzy są, często manifestują swoją żydowskość. Dużo też Żydów Polskę odwiedza – a mówię tu już o tych Żydach ortodoksyjnych, co wyglądają trochę tak egzotycznie, z pejsami…

– Tak, przyjeżdżają. Choćby do mojego rodzinnego Leżajska, miejsca kultu chasydzkiego.

– No właśnie. To się więc teraz wszystko zmienia. Z drugiej jednak strony, dla Izraela, który prowadzi taką politykę, jaką prowadzi – co jest moim zdaniem tragiczne – nagle Polska stała się głównym sojusznikiem. I tak było za rządów różnych politycznych opcji, zarówno za Wałęsy, Kwaśniewskiego, jak i Kaczyńskiego czy Komorowskiego… Wszyscy ci politycy stoją, czy też stali za Izraelem, prawie jak Amerykanie.

– Ale czy nie wynika to tylko z jakiejś politycznej koniunktury?

– Nie, to jest coś więcej. Zresztą obecnie koniunktura polityczna odwraca się od Izraela. Odwrócili się Francuzi, odwrócili się Niemcy… tak, nawet Niemcy.
To wynika więc z czegoś innego.

– Może jest to czymś w rodzaju zadośćuczynienia?

– Tak. Myślę, że coś w tym jest – również takie poczucie wspólnoty losu.

– Uważam, że do tego pozytywnego procesu zmian może się także przyczynić Pani nowy film „W ciemności”, który ukazuje Żydów w zupełnie inny niż jak to było dotychczas w zwyczaju,  sposób – a mianowicie z tej strony… hm… bardziej ludzkiej, ale ze wszystkimi tego konsekwencjami. Np. uświadamiając nam, że wszyscy oni mieli swoje wady i słabości – i że nawet same ofiary nie zawsze zachowywały się chwalebnie.

– Ja sądzę, że jest to szalenia ważne. Bo na czym polegał trick faszyzmu, czy jakiegokolwiek agresywnego anty-semityzmu? Na takim odebraniu Żydom cech ludzkich – na zrobieniu z nich nie-ludzi. Dlatego łatwo było ich zabijać.
Ale proszę zauważyć, że taka apologetyczna twórczość o Żydach robi coś podobnego. Ona oddziela Żydów od cech ludzkich – przez co nie są oni już ludźmi, tylko aniołami. Tak więc przywrócenie Żydom człowieczeństwa – ale takiego zwykłego człowieczeństwa – jest czymś najlepszym, co można teraz zrobić.

– Myślę, że filmem „W ciemności” to się Pani udało.

*  *  *

Inny fragment wywiadu z Agnieszką Holland („Bardzo ważny jest Dekalog”) można przeczytać TUTAJ.

*

BARDZO WAŻNY JEST DEKALOG (rozmowa z Agnieszką Holland)

Agnieszka Holland przybyła do Chicago na otwarcie 23-go Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, podczas którego zaprezentowano jej najnowszy film „W ciemności”. Organizatorzy Festiwalu zaproponowali mi, abym przeprowadził ze znaną reżyserką wywiad, na co – mimo że nie zajmuję się już tym od lat – bardzo chętnie przystałem, bowiem wydawało mi się, że rozmowa ze znaną reżyserką będzie dla mnie nie tylko czymś zaszczytnym, ale i niezwykle interesującym. Tak też się stało, czego dowodem może być zamieszczony poniżej fragment tej rozmowy.

Agnieszka Holland

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Temat stosunków polsko-żydowskich to – powiedzmy sobie szczerze – temat trudny. Swego czasu Kazimierz Wierzyński przestrzegał, że poruszanie tego tematu jest niczym wchodzenie na zaminowaną łąkę, na której pasą się zacietrzewione osły i że można przy tym wylecieć w powietrze. Czy nie obawiała się Pani, że dotykając swoim najnowszym filmem „W ciemności” niewygodnych, a nawet wręcz bolesnych dla obu stron aspektów naszej przeszłości, rozpęta kolejną burzę, która może przytłoczyć sam film, wzbudzając przy tym jakieś resentymenty i złe emocje?

AGNIESZKA HOLLAND: Nie, dlatego że ten film nie jest o tym. Po pierwsze sądzę, że są to sprawy, o których warto rozmawiać, ale nie w takich kategoriach konfrontacyjnej publicystyki, ale właśnie w kategoriach sztuki, to znaczy tak by nie przyjmować ról prokuratorskich, ale szukać jakiejś prawdy o człowieku – a ta prawda jest zawsze bardziej złożona, niż to widzi prokurator, czy adwokat tej lub innej strony. Po drugie, akurat w tym filmie, problem polskiego antysemityzmu jest takim tematem, powiedziałabym, folklorystycznym. On oczywiście istnieje jako pewna rzeczywistość społeczna czy kulturowa, natomiast główny bohater tego filmu dojrzewa do człowieczeństwa w sposób, który wydaje mi się bardzo przejmujący.  Naturalnie to, że jest on Polakiem, odgrywa emocjonalną rolę dla widowni polskiej, ale jest to chyba taki katarktyczny proces, bo w sumie jest to prosty człowiek, któremu udało się przezwyciężyć swoje ograniczenia i przesądy, i który w swoim bliźnim, za którego przyjął odpowiedzialność, zobaczył przede wszystkim człowieka, a nie tylko „żyda”. Z tego punktu widzenia, dla stosunków polsko-żydowskich, ta opowieść jest bardzo pozytywna, więc jeśli ktoś na nią zareaguje jakimś buntem czy niechęcią, to chyba rzeczywiście będzie musiał być bardzo zacietrzewionym osłem.
Zresztą, jeśli już rozmawiamy o tych trudnych sprawach polsko-żydowskich, to należy podkreślić, że w ostatnich 10 latach wiedza o tym, co się wydarzało niedobrego w tych stosunkach, szczególnie w czasie okupacji, bardzo się poszerzyła. Tak więc to, co było trudne do przełknięcia jeszcze jakieś 20 lat temu, dzisiaj już weszło do sfery faktów historycznych, z którymi trzeba się zmierzyć. A można się z nimi mierzyć w różny sposób – można je negować lub bagatelizować, można się kłócić o proporcje, można je osądzać, albo starać się je zrozumieć. Jednakże Polakom trudno jest tak nagle zmienić widzenie samych siebie, które przecież bardzo się zmitologizowało i oddaliło od rzeczywistości.

– Właśnie o to chciałem zapytać: jak ocenia Pani ten proces samo-rozliczania się Polaków ze swojej przeszłości, która nie pozbawiona była przecież momentów wstydliwych, czy nawet haniebnych?

– Ja go oceniam bardzo pozytywnie. Przy czym, to jest dla mnie zupełnie zrozumiałe – ten bunt, niechęć, odrzucanie rzeczywistości, która bardzo kłóci się ze zmitologizowanym, przeidealizowanym oglądem samych siebie. A my byliśmy do tego przyzwyczajeni, bo to poprawiało naszą samo-ocenę.

– To zresztą odnosi się do każdego narodu.

– Tak, i Polacy nie są tutaj wyjątkiem. Zwłaszcza że sam komunizm pewne takie procesy zamroził zamroził, nie pozwalając się tym zajmować, bo to by oznaczało wbijanie sobie noża w plecy. Ale w momencie, kiedy przyszła wolność, i kiedy pewne fakty zaistniały w świadomości publicznej – Gross z „Sąsiadami” odegrał tutaj szczególną rolę, chociaż nie on pierwszy o tym pisał – to zaczęło się zmieniać. Jednak głównie przyczynił się do tego Gross –  bo jego sposób pisania, pewna taka „płomienność” uprawiania publicystyki historycznej, powoduje, że to do szerszej publiczności dociera. Jak wiemy, pierwsze reakcje na „Sąsiadów” były bardzo gwałtowne. Wielu poważnych historyków, zwłaszcza ze starszego pokolenia, kwestionowało fakty. Ale później, kiedy zaczęły się głębsze badania historyczne nad materiałami źródłowymi, okazało się, że są to fakty, których nie można negować – i że nie były one wcale odosobnione. Cała grupa historyków młodszego i średniego pokolenia zaczęła się zajmować tą tematyką, odkrywać i przerabiać informacje ze źródeł, które dotychczas spoczywały zakurzone gdzieś w jakichś archiwach. No i wyszły przy tym rzeczy bardzo trudne, bolesne i nieprzyjemne, po których Polacy już nie mogą powiedzieć, że jak jeden mąż byli wszyscy niewinnymi, bohaterskimi ofiarami, bo jednak ta rzeczywistość była w tamtych czasach – zwłaszcza na wsiach – znacznie bardziej złożona.
Jednak w ostatnich czasach widzę tu jakąś zmianę. Bo kiedy na początku, zwłaszcza przy „Sąsiadach”, negowano fakty, to dzisiaj już nikt poważny – czy to z prawicy, czy z lewicy – tych faktów nie neguje. Istnieje spór o interpretacje faktów, o skalę tych wydarzeń, ale te fakty weszły już do społecznego obiegu, są w tej świadomości społecznej i ludzie się z tym mierzą. Np. młodsze pokolenie pragnie to zrozumieć – nie chce jednak czuć się za to odpowiedzialne, ale uświadomić sobie swój własny stosunek do tego problemu. Musimy starać się zrozumieć – i to po obu stronach – gdzie były tego korzenie. One oczywiście były złożone – tych kwestii nie da się jakimiś prostymi receptami załatwić. Tym niemniej, odkrywszy i zrozumiawszy źródła tego wszystkiego, uczymy się także prawdy o nas samych. I Żydzi polscy, i Polacy.

– Holocaustem zajmują się nie tylko historycy. Robi to także literatura, kino, sztuka… Zwykle jednak – być może z konieczności – twórcy skupiają się przy tym na jakiejś specyficznej opowieści, detalu, ograniczonej grupie ludzi, czy nawet jednym bohaterze. Czy nie uważa Pani, że takie arbitralna w sumie wybiórczość i skupianie się na małym fragmencie rzeczywistości, nie pociąga za sobą niebezpieczeństwa uogólnienia czy też uniwersalizacji czegoś, co było czymś epizodycznym, a co staje się nagle czymś ważnym – czymś co spycha na dalszy plan inne elementy znacznie bardziej przecież skomplikowanej rzeczywistości?

– Wie Pan, to jest pytanie takie trochę abstrakcyjne, ogólne… Bowiem kiedy przychodzimy do szczegółów, to widzi się je tak, a nie inaczej. Jeśli chodzi Panu o to, że sprawy stosunku polskich obywateli do obywateli polskich pochodzenia żydowskiego – zwłaszcza w drugim okresie niemieckiej okupacji – są marginesowe, to ja jestem innego zdania.

– Oczywiście ja też nie uważam, że były one marginesowe. Ale chodzi mi o coś innego. Na przykład w Pani najnowszym filmie widzimy, jak uratowało się kilkanaście osób, które przez ponad rok ukrywały się we lwowskich kanałach. Natomiast prawie zupełnie „zapominamy” przy tym o tych setkach czy tysiącach, którym się to wtedy nie udało. Czyżby tylko dlatego, że nie lubimy sobie opowiadać takich beznadziejnych, ale przecież równie prawdziwych, historii?
Podobnie Gross skupił się na jednej fotografii, której autentyzm i okoliczności w jakich powstała, są kwestionowane – a trudno zaprzeczyć, że zaczyna to rzutować na całość obrazu tego, co działo się w tamtych czasach.

– To jest sprawa pewnej uczciwości intelektualnej. Również tego, do jakiego stopnia służy to zaciemnianiu obrazu, a do jakiego stopnia temu, by widz czy odbiorca mógł zrozumieć o co chodzi w tym przekazie. Ja się z Panem zgadzam, że większość filmów… właściwie wszystkie filmy, które opowiadają o Holocauście, mówią o tych, którzy się uratowali – oni są na ogół bohaterami. Tymczasem tych ludzi było w sumie mało. Z 6 mln. polskich Żydów, uratowało się jakieś 300 – 350 tysięcy, a więc zaledwie 5 – 7 %. Ale trudno byłoby zbudować jakąś strawną dla widza opowieść, w której wszyscy zostają wymordowani i która kończy się w komorze gazowej. Pojawia się tu pytanie, czy widz współczesny mógłby taką opowieść znieść. Ja jednak myślałam o tym, że gdybym kiedykolwiek jeszcze robiła film o Holocauście, to poszłabym znacznie dalej i pokazałabym, że nikt się nie uratował – że z danej rodziny, czy społeczności zginęli wszyscy, a ostatni człowiek, który ocalał, zostaje już po wojnie zastrzelony przez jakiegoś bandytę. Można tak oczywiście opowiadać, i to jest prawda, statystyczna. Natomiast żeby ta prawda o grozie zagłady dotarła do współczesnego człowieka, to ona jednak musi mieć jakąś możliwość komunikacji i identyfikacji, a przecież trudno jest się identyfikować z 200 osobami zamordowanymi w komorze gazowej. Działa tu taki prosty mechanizm percepcji.
Jeśli zaś chodzi o Grossa i jego fotografię, to ja uważam, że był to dość nieszczęśliwy pomysł. Ale w gruncie rzeczy to, czy ta fotografia była prawdziwa, czy nie była, nie ma większego znaczenia. Ważne jest, że fakty które on opisuje i wnioski, które wysnuwa, są prawdziwe.
Lecz to były fakty, mimo wszystko, znane wcześniej. Ja jeszcze w latach 70-tych rozmawiałam z ludźmi, młodymi antropologami, etnografami, którzy badali ludność wokół Treblinki – bo to był ciekawy temat jak wygląda los społeczności, która przez parę lat była świadkiem największego w dziejach ludzkości morderstwa, jeśli chodzi i szybkość zabijania i ilość ofiar (nie wiem, może teraz Rwanda to przebiła). Tak, że o tych wykopaliskach, o tym złocie, o tym przekupstwie i korupcji… o tym się wiedziało i o tym się mówiło, tylko że to gdzieś ginęło, nie było nagłaśniane. Wiadomo było także o tym, że ilość chorób psychicznych i alkoholizm w tych wsiach wokół Treblinki jest znacznie większy, niż – i tak już wysoka – polska średnia.

– Chodzi o lata 70-te?

– Tak. To pokazuje, że ci świadkowie zapłacili straszna cenę za to, że byli tak blisko tej zbrodni, nawet jeśli próbowali się od tego jakoś odciąć. To wszystko są bardzo złożone sprawy.
A wracając jeszcze do Grossa: niektórzy mają go za jakiegoś diabła wcielonego, ale i są tacy, którzy twierdzą, że zrobił one jednak coś pożytecznego, bo potrząsnął świadomością ludzi. Inni zaś uważają jednak, że używany przez Grossa język i sposób uprawniania przez niego publicystyki (bo to nie są badania naukowe sensu stricto, tylko rodzaj publicystyki historycznej) – że to w jakiś sposób przekreśla wartość jego książek. A jeszcze inni mówią – skądinąd słusznie – że gdyby nie używał takiego języka, to w ogóle by się nie przebił. Bo innych książek na podobne tematy – świetnie skądinąd udokumentowanych, bardzo wartościowych – jest wiele, tyle że nikt o nich nie wie. Ale o Grossie wie każdy. Więc to jest taki rodzaj metody, w której chodzi o pewne skandalizowanie, ale która zwraca jednak uwagę na coś istotnego i prawdziwego.

– Czym w takim razie jest prawda?

– Ja uważam, że prawda jest czymś koniecznym. Moim zdaniem jedną z największych słabości Polaków w historii – przynajmniej od czasów saskich, może nawet wcześniej – jest trudność zmierzenia się z własnymi problemami. Że zawsze w jakiś sposób te problemy się eksterioryzuje, czyli, jeżeli coś nie wychodzi, albo wychodzi źle, to nigdy nie jestem winny ja, bo ja jestem bez skazy, a zawsze winien jest ktoś inny – jakiś Ruski, Niemiec, Żyd… A to bardzo osłabia, bo wtedy, zamiast się zastanowić gdzie my zawiniliśmy i gdzie coś można naprawić, to się buduje jakieś takie teorie różne, jak to było np. ze Smoleńskiem, żeby tylko oskarżyć kogoś innego, a żeby nasi byli niewinni. To rzeczywiście doprowadza do tego, że ten mechanizm samo-naprawczy jest zaburzony.
Lecz wydaje mi się, że to się zmienia, że nowe pokolenie, które już nie ma takich kompleksów, patrzy już na to inaczej. Bo to jest jednak sprawa kompleksów – jeśli nie czuję się w pełni wartościowy i jeśli inni zobaczą moje słabości, to tym bardziej mnie osądzą i napiętnują.

– Pani Agnieszko, pozwolę sobie teraz zadać pytanie, które być może jest pytaniem bardzo osobistym. Otóż kiedy Pani myśli o tamtych okrutnych czasach – a mówimy tu o Holocauście, okupacji, pogromach – to co Panią najbardziej boli, może przeraża… i gdzie szuka Pani otuchy i nadziei.

– Wie Pan, trudno w tym wszystkim znaleźć otuchę… chociaż… otuchę mogą dawać wszyscy ci, którzy przekroczyli tę granicę strachu i dla których przyzwoitość – czasem umotywowana religijnie, często w ogóle nie – była jakimś najważniejszym nakazem postępowania. To są ci tzw. „sprawiedliwi”.
Jeśli zaś chodzi o to, co przeraża najbardziej, to jest to skrajne doświadczenie.
Właśnie… dlaczego się ciągle wraca do Holocaustu? Bo było to graniczne doświadczenie ludzkości, w którym zobaczyła ona swoją najgorszą twarz. Jednocześnie niemożliwe jest wytłumaczenie tego, nie sposób tego zracjonalizować. Były wojny o bogactwa, terytoria – one wszystkie miały jakiś racjonalny korzeń. No a tutaj trudno powiedzieć, że o te złote zęby toczyła się ta wojna, prawda?

– Czy jednak było to zupełnie takie irracjonalne? Zygmunt Bauman w swojej książce „Zagłada a nowoczesność” odnajduje w postępowaniu hitlerowców motywy racjonalne, pisząc wprost, że Holocaust był niejako konsekwencją rozwoju państwa nowoczesnego.

– Tak, ale to jest próba szukania jakichś mechanizmów a posteriori. To jest dla mnie takie trochę marksistowskie podejście, skażenie historycznym determinizmem. Ja patrzę na to w kategoriach ontologicznych, czy nawet metafizycznych – i zastanawiam się, jak to się dzieje, że w człowieku wyzwala się nagle taki ogromny potencjał zła. A wiemy, że to nie chodzi tylko o Niemców – że to jest możliwe w każdym narodzie i w każdej chwili. Znamy przecież wyniki różnych badań naukowych – np. psychologów amerykańskich – w których okazywało się, że z przyzwoitych, dobrze wychowanych, inteligentnych ludzi, bardzo łatwo można zrobić esesmanów, właściwie w ciągu paru zaledwie sesji.
Chodzi tu więc o jakąś tajemnicę Zła, przed którą ciągle stoimy.

– Czy zatem to zło jest w istocie banalne, czy też może jednak – jak by to sugerowało Pani ostatnie zdanie –  metafizyczne?
Czy zło ponadto nie jest jednak czymś względnym? Czy to, że coś uznamy za złe nie zależy od historycznego kontekstu, od okoliczności, epoki…?

– Nie. W moim systemie wartości istnieje coś takiego jak zło absolutne. A ono nie jest względne, ono jest złe.

– Czyli radykalne?

– Tak. Przypomina to może chrześcijański punkt widzenia, bo dla chrześcijanina istnieje diabeł i on jest złem wcielonym. Nie ma czegoś takiego, że jemu można odpuścić. Diabeł nie może być zbawiony.

– Kiedyś się zastanowiłem nad tym, co by było, gdyby jednak Hitler wygrał wojnę i ideologia faszystowska zdominowała świat a my jakimś cudem byśmy w tym świecie się urodzili. Mnie to niemal przeraziło, bowiem uświadomiłem sobie nagle, że wtedy Hitlera moglibyśmy uznać za największego i najwaleczniejszego człowiek w historii, a ideologię faszystowską za najlepszą rzecz, jaka się przytrafiła ludzkości.

– No, ja bym pewnie nie żyła.

– Ja chyba też. Ale o co mi chodzi. Czy aby na pewno zła nie możemy nazwać złem tylko w pewnej konkretnej rzeczywistości historycznej, odnosząc się do obowiązującego w niej systemu etycznego? To by wskazywało na to, że pojęcie zła jest jednak relatywistyczne.

– Dlatego bardzo ważne są podstawowe wartości etyczne. Dekalog jest bardzo ważny, bo wtedy nie można zła relatywizować. Po prostu są rzeczy, których nie wolno robić.
Istnieje coś takiego, jak instynkt samozachowawczy ludzkości. I niezależnie od tego, czy się wierzy w Boga, czy się w Niego nie wierzy, czy ten system etyczny zesłała nam jakaś Siła Wyższa, czy też społeczeństwa same go wypracowały – to kieruje tym wszystkim pewien instynkt samozachowawczy, bo gdyby go nie było, to i nas by już nie było. To zło bowiem tak łatwo nam przychodzi, że już dawno byśmy się nawzajem wszyscy powyrzynali.

– Czyli w czasie II wojny światowej też było to manichejskie zmaganie się dobra ze złem i udało się nam, czyli ludzkości, jednak po tej jasnej stronie Mocy pozostać.

– Tak, ale musimy pamiętać, że nie jest to nam dane raz na zawsze. To się czuje zwłaszcza teraz. Ten kryzys ma potencjał wyzwalania rzeczy, których nie możemy sobie nawet wyobrazić. Tak więc, te nasze zmagania są nieustanne. I nie wiemy, czy do końca dziejów naszej planety, ktoś odniesie jakieś definitywne zwycięstwo.
Ale optymistyczne jest to, że ta przestrzeń wolności, wzajemnej tolerancji, cały czas się jednak poszerza. Chociaż też nie wiadomo, czy to jest taki postęp linearny i czy w pewnym momencie nie nastąpi jakaś reakcja i znowu nie wrócimy do jakiejś koszmarnej rzeczywistości.
Tak więc ja jestem taką pesymistyczną optymistką, albo optymistyczną pesymistką. Wydaje mi się, że mamy jeszcze jakieś szanse, ale że przy tym musimy się starać i pamiętać, że nic nie jest nam dane za darmo.

Pani Agnieszko, wiele lat temu napisałem tekst o poetach przeklętych, w którym nawiązałem m.in. do Pani filmu „Całkowite zaćmienie”, gdzie ukazała Pani dwóch takich kultowych „gagatków”, a mianowicie Rimbauda i Verlaine’a. Zaznaczając, że oczywiście teraz ów tekst napisałbym pewnie inaczej, i że dystansuję się do niektórych moich ówczesnych stwierdzeń, chciałbym zacytować jeden z jego fragmentów, gdzie znajduje się także Pani wypowiedź pochodząca z wywiadu, jakiego udzieliła Pani przy okazji pokazu tego filmu w Chicago:

„Bardzo cenię sobie szczerość. Dlatego też podziwiam Agnieszkę Holland za odwagę przyznania się explicite do tego, że podziela ona wraz z poetami przeklętymi jedną perspektywę: nihilizm. Bowiem czyż nie tak właśnie potraktować można jej własne wyznanie?:Nasze życie jest okrutne i absurdalne, a losy ludzkie są anonimowe i właściwie bezsensowne. Ktoś żyje, cierpi, kocha, robi głupstwa, rodzi dzieci, umiera i… co?’
I co !?
A czyż właśnie to nie jest sensem naszego życia: żyjemy, cierpimy, kochamy, robimy głupstwa, rodzimy dzieci, umieramy…?”

Przyznam się, że nie raz chciałem osobiście zadać Pani to pytanie. I oto teraz pragnienie to się spełnia. Czy naprawdę Pani uważa (nadal), że nasze życie rzeczywiście jest takie bezsensowne?

– Wie Pan, jak człowiek jest młody – chociaż ja akurat wtedy nie byłam już taka młoda i tak naprawdę, mówiąc to, myślałam o Rimbaud – to sobie zadaje takie podstawowe pytania ontologiczne. Ale później, zwykle, właściwie przez całą naszą dorosłość, aż do naszej wcześniejszej starości, takich pytań w zasadzie już sobie nie zadajemy, bo właśnie robimy to, o czym pan powiedział. Tyle że w końcu przychodzi ta chwila próby i ludzie różnie ten moment próby odbierają. Nie wiem zresztą, czy ten moment można nazwać próbą, czy to po prostu jest nasz koniec.
Czytałam niedawno w Gazecie Wyborczej wywiad z Magdaleną Tulli, która opisywała w nim umieranie swojej ciotki, umierającej na białaczkę. I ona, będąc już po 80-tce, powiedziała coś takiego: nikt mi nie powiedział, że to wszystko się tak głupio kończy. No więc… czy to jest prawda o tym końcu, czy też są może jakieś inne prawdy? Z kolei ja pamiętam jak w szpitalu w Szwecji umierała moja ciotka – była na morfinie, bo to był rak płuc – i kiedy z nią rozmawiałam przez telefon, to usłyszałam od niej: słuchaj, nie uwierzyłabyś nigdy co się dzieje, jakie to jest wszystko ciekawe…
Mam nadzieję, że i ja tak to będę odbierać jak moja ciotka – bo ciekawość zawsze była głównym motorem moich wyborów.
Ale tego też nie wiadomo na pewno.

*  *  *

(Zdjęcie własne: Agnieszka Holland w Chicago, 4 listopada, 2011 r.)

Dalszy ciąg wywiadu z Agnieszką Holland przeczytać można TUTAJ.


Z KAMERĄ W PIEKLE (Więcej niż kino: „Lista Schindlera”)

Sowiecki sołdat do wyzwolonych Żydów: „Nie idźcie na Wschód. Tam was nienawidzą.” („Lista Schindlera”)

*

UWAGA: Poniższa recenzja filmu Stevena Spielberga napisana została w styczniu 1994 roku, wkrótce po światowej premierze tego filmu w Stanach Zjednoczonych. W wersji skróconej opublikowała ją „POLITYKA” (Nr 6 z 5 lutego 1994 r.) pod tytułem „Kamera w piekle”. (Zachowuję oryginalny tekst i śródtytuły.)

*

WSTRZĄSAJĄCY HIT

Wszyscy wydają się być zszokowani. Steven Spielberg, człowiek uważany dotychczas za głównego eskapistę Hollywoodu, reżyser bajecznie spektakularnych widowisk, autor czystego kina przygody i dziecięco-spontanicznej zabawy; twórca najbardziej kasowych filmów w historii kina („Szczęki”, „Indiana Jones”, „ET”, „Park Jurajski”) tworzy obraz zajmujący się jednym z największych koszmarów naszej rzeczywistości: Holocaustem, zbrodnią Hitlera, hańbą Europy XX wieku. Trzygodzinne, epickie widowisko bez efektów specjalnych, nakręconej na taśmie czarno-białej, starające się ująć studium „ciemnej strony” człowieka w artystyczną formę, ale zarazem nie pozbawić go realizmu i tchnienia autentycznego horroru.
Takie były intencje. A jakie rezultaty?

OBNAŻONE SERCE MISTRZA

Mimo, że specjalna premiera „Listy Schindlera” odbyła się dopiero w połowie ubiegłego miesiąca, a do szerszego rozpowszechniania film skierowany został zaledwie tydzień temu, to już zdążył się on znaleźć na pierwszym miejscu wielu wykazów „najlepszych filmów roku” ogłoszonych przez prominentnych amerykańskich krytyków. Recenzje były entuzjastyczne i jednomyślne w uznaniu „Listy Schindlera” wręcz za arcydzieło – za tzw. „natychmiastową klasyką”.
Oto zachwycone czołówki największych amerykańskich gazet: „Spielberg bez iluzji. Hollywoodzki król fantazji wkłada całe serce w swój najnowszy film”, „Steven Spielberg święci Ducha Humanizmu”, „Arcydzieło! Krzyk Pasji! Wielki Dramat! Monumentalny Tryumf”„Byłem wstrząśnięty i rozbity” – wyznaje powściągliwy zazwyczaj Gene Siskel i dodaje: „nawet kiedy oglądałem film po raz drugi, nie mogłem powstrzymać łez”. Wtóruje mu drugi, najbardziej znany krytyk Ameryki, Roger Ebert: „W swoim filmie Spielberg rozważa przygniatający fakt Holocaustu z mocą wielką, ale tak cichą i skrytą, że jego ręka nigdy nie jest widoczna, choć serce jest obnażone zawsze”.

BUNT „WIECZNEGO CHŁOPCA”

Wunderkind kina hollywoodzkiego mierzy się z koszmarem Holocaustu (Steven Spielberg i Liam Neeson na planie filmowym „Listy Schindlera”)

„Lista Schindlera” ma być dla Spielberga pewnego rodzaju odreagowaniem. Przez lata uważano go za reżysera zajmującego się emocjami, marzeniami, tęsknotami dzieciństwa; za takiego „dużego chłopca”, któremu pozwalano się bawić potężnymi zabawkami, a ten – z wdzięczności – wymyślał imponujące, bajeczne historie, przelewał je na ekran, dostarczając beztroskiej zabawy milionowej rzeszy widzów. Widzów płacących za  owe przyjemności: cztery czołowe filmy reżysera zarobiły na całym świecie blisko 3 miliardy dolarów!
Spielberg próbował już wcześniej zatrzeć swój image „wiecznego dziecka” reżyserując m.in. „Kolor purpury” (1985) – feminizująca sagę murzyńską i „Imperium Słońca” (1987), gdzie zamierzał utracić swoją „dziecięcą niewinność” przyglądając się wojnie (nota bene również oczami chłopca). Próby spaliły jednak na panewce, tonąc w słodkim technikolorze, przyduszone zwałami sentymentalizmu.
Dopiero realizując „Listę Schindlera” Spielberg mógł się poczuć „poważnym” twórcą: „Po raz pierwszy pozwoliłem części własnego ‚ja’ – tej, której używam w życiu z moimi dziećmi, żoną, przyjaciółmi – przeniknąć do filmu. To pierwszy obraz, w którym angażuję własną prawdziwą osobowość, by przekazać pewną ideę, przesłanie, temat…”
Tak więc dopiero „Lista Schindlera” ma ujawnić jego serce i duszę, radykalnie zmienić publiczne wyobrażenie jego persony.

SCHMUEL WSTYDZI SIĘ JARMUŁKI

Po raz pierwszy o Schindlerze usłyszał Spielberg w 1982 roku, w czasie szalonej popularności „ET”. W Nowym Jorku ukazała się recenzja książki „Schindler Ark” autorstwa zamieszkałego w Australii Thomasa Keneally’ego, który otrzymał za nią prestiżową brytyjską Nagrodę Bookera. Jednak wtedy – jak sam mówi – nie czuł się jeszcze na siłach, by zekranizować historię Oscara Schindlera, Austriaka o niemieckim rodowodzie, członka partii nazistowskiej i katolika, fabrykanta, który zatrudniając podczas okupacji w swojej krakowskiej fabryce naczyń emaliowanych ponad 1000 Żydów, uratował im de facto życie.
Przypominano mu jednak o niej ciągle, jakby chciano przy okazji pogłębić w nim poczucie żydowskiej tożsamości, do której od samego dzieciństwa nie był skory się przyznawać: „Zawsze chciałem się zasymilować, być zaakceptowany, stać się anonimowym członkiem amerykańskiej większości. Nie chciałem wcale należeć do ‚plemienia wybranego’.” Buntował się, gdy rodzice chcieli mu założyć jarmułkę. Kiedy dziadek przywoływał go jego hebrajskim imieniem „Schmuel, Schmuel!”, ten – grając w piłkę z kolegami – udawał, że nie słyszy. Najchętniej zapomniałby o swoich dziadkach pochodzących z Odessy i z południowej Polski. Może więc „lista Schindlera” ma być także pewnym zadośćuczynieniem za ten grzech wyparcia?

Z PARKU JURAJSKIEGO DO OŚWIĘCIMIA

Ostateczna decyzja zapadła ponoć w czasie, kiedy robił barokową fantazję „Hook” traktująca o nowych przygodach Petera Pana, bajkowego chłopca, który… nie chciał nigdy dorosnąć. Wyglądało to na kolejne pogrążenie się Spielberga w fantastyczno-infantylnym sosie. I wtedy powiedział: „basta!” Powiadomił o swojej decyzji wytwórnię „Universal”. Tam, producenci, zapoznawszy się ze scenariuszem, powiedzieli mu, że lepiej by zrobił, gdyby złożył donację na Muzeum Holocaustu, niż marnował pieniądze studia. Kiedy jednak sprezentował im – po raz kolejny zresztą – filmowy hit Wszech-czasów pt. „Parki Jurajski”, przestali oponować. Podejrzewam, że wiedząc o tych dodatkowych $850 mln., które już wkrótce miał zarobić film o dinozaurach, zgodzili by się na każdą ekstrawagancje swojego „wunderkinda”.

Spielberg skończył „Park Jurajski” przed czasem, by załapać się jeszcze na polską zimę. Wcześniej już jeździł do Krakowa, by wybrać plenery i przygotować produkcję, ale zdjęcia rozpoczęły się dopiero w styczniu 1993 roku i trwały 3 miesiące. Niemal cały materiał zrealizowano w Krakowie i okolicach. Akcja przenosi się także do Płaszowa i Oświęcimia. Nastawiałem się więc trochę na krakowskie plenery, wędrówkę w znane sobie kąty. Jednak ostatnią rzeczą jaką chciał nam ukazać Spielberg, była uroda miasta. Reżyser potraktował lokalizację jako przedsionek piekieł – i trudno ukryć, że takim piekłem były tamte strony dla ofiar nazistowskiego terroru.

„CHUJOWA GÓRKA” KOSZMARU

Film Spielberga pełen jest scen wstrząsających. Obozowa apokalipsa, masowy exodus, pacyfikacja, getta, palenie zwłok na „Chujowej Górce” (zachowuję oryginalna pisownię z kadru); natychmiastowe egzekucje, sadystyczny komendant obozu w Płaszowie, który na poranna rozgrzewkę ustrzeliwuje sobie z balkonu swojego mieszkania kilku więźniów…

Kolizja: kino popularne vs. historyczny koszmar ludobójstwa (Raplh Fiennes jako Amon Goeth – psychopatyczny komendant obozu koncentracyjnego strzelający do więźniów z balkonu własnego mieszkania)

*

Rozumiem szok Amerykanów rozpieszczanych dotychczas rozrywkową iluzją, komercyjna zabawką. Wielu z nich po raz pierwszy patrzy na czarny koszmar tamtych okrutnych czasów. Bowiem, jeśli już przedstawia się im na ekranie wojnę, to zwykle w postaci komedii, farsy, paraboli lub musicalu. Nic dziwnego, że zamierzony przez Spielberga naturalizm w ukazywaniu mordu, robi na widzach piorunujące wrażenie. Siedząca przede mną amerykańska nastolatka dziesiątki razy westchnęła podczas projekcji: „Oh! God!” Nie wątpię, że tego rodzaju film potrzebny jest w tutejszych kinach. Zbrodnie, które ukazuje, warto mieć ciągle w świadomości, mimo że boleśnie czasem ja uwierają. I jest jeszcze lepiej, kiedy firmuje go twórca o taki statusie w (pop)kulturze amerykańskiej, jak Spielberg. Miałem to wszystko na uwadze, rozumiałem intencje twórców, ale pewne aspekty filmu trudno było mi zaakceptować. Napiszę wprost: mój sprzeciw dotyczył  obecnych w filmie Spielberga  zafałszowań i manipulacji (zdaję sobie sprawę z wymowy tych słów, ale niestety, tak odbierałem obecne w filmie „mijania się z prawdą”, które moim zdaniem są czymś niedopuszczalnym i nie mogą być usprawiedliwione „poetycką licencją” twórcy opisującym tak szczególny i newralgiczny okres w naszej niedawnej historii, obejmujący masową zagładę i ludobójstwo).

Uderzyła mnie więc arbitralność Spielberga. To nieprawda, że niewidoczna jest tam jego „ręka”. Reżyser wszystko trzyma w garści mocno – jego kontrola nad obrazem jest totalna. W związku z tym rzeczywistość, którą on kreuje, odarta jest z przypadkowości, swobody, a przez to – z autentyzmu. To prawda, że temat domagał się kręcenia na taśmie czarno-białej, lecz zdjęcia Janusza Kamińskiego zdradzają niestety czasem estetyczną pretensjonalność: obraz – dzięki sztucznie wygenerowanemu oświetleniu – przestaje być tajemniczy, staje się dziwaczny. Spielberg twierdzi, że przygotowując się do kręcenia „Listy”, przejrzał setki dokumentów tamtego czasu. To może tłumaczyć sposób w jaki traktuje on w swoim filmie ludzi, którzy wskutek tego przypominają niekiedy jakieś graficzne znaki. Holocaust ulega tu estetyzacji. Mnogość epizodów, postaci, przyczynia się do zagęszczenia filmu. Odnosimy w końcu wrażenie, iż Spielberg traktuje wszystko instrumentalnie. Dochodzi tu do paradoksalnego odwrócenia sytuacji: to kwestia czy dialog tworzy postać, a nie odwrotnie.

SYBARYTA, SPEKULANT I BOHATER

Wojna, okupacja i życie w luksusie. Wyrachowany oportunista czy przejęty współczuciem wybawca? Jakim człowiekiem był naprawdę Oscar Schindler?

Paradoksem, który zafascynował Spielberga był fakt, że 1300 Żydów  uniknęło zagłady za sprawą nazistowskiego spekulanta – industrialisty, a nie kogoś, kto zadeklarował się jako sługa ludzkości (jak np. Raul Wallenberg).
Pierwotne motywacje Schindlera były jednoznaczne. Zatrudnił w swojej fabryce Żydów, gdyż stanowili tańszą siłę roboczą niż Polacy (ponadto ich zarobki szły bezpośrednio w ręce niemieckiej administracji). Wyrabiał sobie układy wśród oficerów SS i gestapo – uczestnicząc razem z nimi w pijatykach i hulankach. Przekupywał ich sutymi łapówkami. Był typowym hedonistą, bon-vivantem, lubował się w luksusie i dobrych trunkach, otaczał wianuszkiem pięknych kobiet. Był okres, kiedy pod jednym dachem trzymał żonę i kochankę, romansując jednocześnie na boku z esesmanką. (Nic dziwnego, że Emilia Schindler jeszcze po wojnie wyzywała swojego byłego męża od „dziwkarzy”.) Czy Spielberg prezentuje nam swojego bohatera z tej strony? Otóż nie za bardzo. Są niby jakieś sugestie, ale Schindler nie jawi się nam jako człowiek z krwi i kości. Dość szybko natomiast staje się na ekranie postacią bez mała mityczną. Trudno jest dostrzec w nim rozbuchanego sybarytę, którym go było czuć w Krakowie na kilometr. Spielberg – purytanin – niczym ów chłopiec od ET i Piotrusia Pana, wzbrania się przed ukazaniem lubieżnej i kabotyńskiej strony osobowości Schindlera – choć co parę minut zmusza nas do oglądania ludzkich czaszek roztrzaskiwanych przez hitlerowskie kule. Trochę dziwna to powściągliwość i niedopełnienie.
Wielce wątpliwa jest wobec tego wszystkiego ewolucja postawy Schindlera i jego motywacji. Ponoć walczył pod koniec wojny o swoich pracowników jak lew, pewną ich partię wyciągając nawet z samego Oświęcimia. Spielberg każe nam wierzyć, że odezwało się w nim ludzkie współczucie, dopiero wtedy dotarła do niego prawda o całym hitlerowskim planie, i że się ta prawdą przejął. Zrujnował się w końcu, wydając  majątek na łapówki i przenosząc całą fabrykę na czeskie Morawy – byle tylko uratować swoich „Schindlerjuden”, jak po wojnie zwykło się nazywać  Żydów z listy Schindlera.
A może Schindler nie tyle przejął się „ostatecznym rozwiązaniem”, co przeczuł wynik wojny i Żydzi mogliby stanowić jego alibi, uchronić go od stryczka?

I jeszcze rzecz z pozoru drobna, ale symptomatyczna: fabryka Schindlera produkująca początkowo wyroby emaliowane, wraz ze zwiększającym się zapotrzebowaniem frontu przestawiła się na produkcje amunicji. Dość to niewygodny fakt dla idealistyczno-heroicznego przesłania filmu. Jak sobie z owym fantem radzi Spielberg? Otóż każe nam wierzyć, że wszystkie (dosłownie: wszystkie!) kule, pociski, miny były bublami – świadomi Żydzi sabotowali robotę. Mało tego, Schindler nie tylko o tym wiedział, ale i aprobował: „Gwarantuję, że ta amunicja nie zrobi nikomu krzywdy” – mówi pewny siebie i zadowolony, wzbudzając tym entuzjazm wśród widzów.
Bardzo autentyczne.

Na „listę Schindlera” można się było dostać za łapówkę – ale tego, z oczywistych względów, z filmu Spielberga się nie dowiemy. (Liam Neeson i Ben Kingsley jako Izaak Stern, księgowy Schindlera, ustalają listę – w rzeczywistości Schindler nie brał w tym udziału.)

ŁZY I SACHARYNA

Kompromitująca „Listę” jest moim zdaniem niesłychana scena finałowa, zupełnie niewiarygodna – nie wspominając już o tym, że i ona jest fikcyjna. I niestety, wg mnie, swoją ckliwością godną niewybrednego hollywoodzkiego melodramatu, dokumentnie niwecząca dające się wcześniej zauważyć w filmie rysy realistyczne.
Oto widzimy jak Schindler zwija manele i gotuje się do ucieczki przed zbliżającym się sowieckim frontem. Otoczony jest przez żegnającą go, łkającą rzeszę swoich pracowników – niewolników (jego fabryka była de facto obozem jenieckim). Nadużywając teatralnych gestów, wskazuje trzęsącą się ręką na samochód i mówi drżącym głosem: „A przecież i za niego można było kupić życie paru ludzi” – i patrząc na złotą obrączkę na swoim palcu: „Także za to – życie dwóch ludzi”.
A jaka była rzeczywistość?
Jego pożegnanie z załogą nie roztkliwiło tych ludzi. Ono postawiło im włosy na głowie. Pod koniec wojny Schindler jeździł po Generalnej Guberni jak opętany, z walizką wypchaną pieniędzmi, z kieszeniami pełnymi brylantów, prowadząc podejrzane interesy, chcąc uratować ze swojego majątku co się da. Tracił jednak kontrolę nad wszystkim. Kiedy uciekał z fabryki, jego samochód zawalony był biżuterią i złotem, (które zresztą wkrótce mu rozkradziono). Doprawdy, wobec tego wszystkiego, trudno uwierzyć w rozczulonego Schindlera, „ojca i matkę” Żydom, „nawróconego Szawła”, „Skałę i Wieżę Humanizmu”.

I jeszcze sama lista.
Również scena, w której Schindler dyktuje zarządcy swojej fabryki Izaakowi Sternowi nazwiska Żydów, jacy powinni znaleźć się na liście, nie miała w rzeczywistości miejsca. Gwoli ścisłości listy nie stworzył Schindler, tylko jego współpracownicy, którzy na dodatek brali łapówki od Żydów chcących znaleźć się na liście. Kto nie miał czym zapłacić nie był na niej umieszczany (co wówczas było praktycznie równoznaczne z tym, że taki człowiek trafiał w końcu do gazu).

Jeszcze przed premierą filmu czytałem w jednej z amerykańskich gazet wywiad z człowiekiem, który miał być pierwotnie autorem scenariusza do „Listy Schindlera”. Pisarz, były żurnalista, (którego nazwiska niestety nie pomnę) wyznał, że zrezygnował ze współpracy ze Spielbergiem, bo nie pozwoliła mu na to jego – jak to sam określił – nakazująca wierność faktom dziennikarska etyka. Po prostu uznał, że rozbrat Spielberga z tym jak było naprawdę, idzie za daleko. Zwróciło to moją uwagę i bez wątpienia przyczyniło się do tego, że do filmu Spielberga podszedłem z większą ostrożnością i bardziej krytycznie.

Przywoływanie przeszłości na ekran – w filmie nie brak spielbergowskiej dynamiki i mistrzowskiego opanowania medium kina

NIEZGODA NA MIT

Czego nie można powiedzieć o tych wszystkich, którzy film Spielberga przyjęli wręcz entuzjastycznie. Do tej pory nie natrafiłem w mediach na choćby jedno zdanie krytyczne. Wszystkie recenzje, jakie czytałem, były w jednoznacznym tonie: Spielberg stworzył arcydzieło! – prawdę o Duchu Humanizmu!
Ciekaw jestem jak film zostanie odebrany w Polsce, czyli w kraju, w którym o realiach tamtej wojny wie się znacznie więcej, niż Ameryce. Poza tym Polacy bywają niezwykle czuli na to, jak przedstawia się ich rolę w stosunkach z Żydami – zwłaszcza jeśli robią to sami Żydzi. Obawiam się, że oglądając „Listę” niektórzy mogą odnieść wrażenie, iż w okupowanej Polsce ofiarami nazistów byli tylko i wyłącznie Żydzi – podobnie tylko Żydów mordowano w Oświęcimiu czy w innych obozach masowej zagłady, które w prasie amerykańskiej (i nie tylko) na dodatek nazywane są „polskimi obozami koncentracyjnymi”. I rzeczywiście: w filmie Spielberga polskie komendy w obozach brzmią głośniej (Niemka tylko powtarza za Polką, która pełni funkcje kapo i wydaje rozkazy). Jednak Polacy pojawiają się w filmie dość sporadycznie, właściwie tylko po to, by zbluzgać Żydów i zademonstrować wobec nich swoją nienawiść (są to jednak momenty, które wszak przy odrobinie dobrej woli potraktować można jako wypadki przy reżyserskiej pracy).
Nazwa Niemcy pada w całym filmie tylko raz (pod koniec, kiedy Schindler mówi o podpisaniu kapitulacji). Cały czas są natomiast tylko „SS-mani”. W tym miejscu można się zastanawiać, czy aby unikanie używania słowa  Niemcy i zastępowanie ich takimi, dość abstrakcyjnymi, określeniami jak „gestapo”, „hitlerowcy”, „naziści”… nie tworzy swego rodzaju eufemistycznej zasłony dymnej, pozwalającej na nienazwanie czegoś po imieniu?
To dobrze, że amerykańskie kino (przeważnie rozrywkowe) chce wracać do momentów w naszej historii, które żadną miarą rozrywkowe nie są. Użycie do tego celu medium typowo ludycznego (a głównie takiego rodzaju medium jest kino), nikogo jednak nie może zwolnić od odpowiedzialności, ostrożności, wyważenia… tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę jego nośność i wpływ na tzw. masową wyobraźnię, która ma tendencje do tego, by to co pojawia się na ekranie, uznawać za coś bardziej realnego, niż otaczającą nas rzeczywistość (dotyczy to również wydarzeń historycznych).

Mój problem z filmem Spielberga wziął się niewątpliwie z niezgody na mitologizację, jakiej poddał on postać Schindlera i jego postawę podczas okupacji. Zdaję sobie sprawę jak ważne są mity dla naszej kultury, tudzież dla naszego wysiłku usadowienia się i zadomowienia w świecie, który nie zawsze jest nam przyjazny. Kiedy jednak sięga się po tematy tak ważne i wyjątkowe jak ludobójstwo, warto jest zachować trzeźwość, właściwy ton i umiarkowanie – o zgodności z historycznymi faktami nie wspominając.

*  *  *

POST SCRIPTUM

Muszę przyznać, że nie byłem świadomy, jaka to burza rozpęta się w polskiej (a zwłaszcza polonijnej) prasie i mediach, wkrótce po opublikowaniu tej recenzji, która przez jednych uznana została za obronę „dobrego imienia” Polaków (co oczywiście nie było moją intencją), przez innych zaś za antysemicki napad na bogu ducha winnego Spielberga i denuncjację wpływów żydowskiego lobby w Ameryce i to w kategoriach syjonistycznego spisku (a to nie było moją intencją tym bardziej). W swojej naiwności zapomniałem o przestrodze jaką kiedyś dał wszystkim bodajże Kazimierz Wierzyński, pisząc że poruszanie tematów polsko-żydowskich jest niczym wchodzenie na pole minowe przypominające łączkę, na której pasą się zacietrzewione osły i barany. I że można przez to wylecieć w powietrze.
Po moim artykule, w „POLITYCE” rozpętała się awantura, skutkiem której było kilka innych tekstów dotyczącej zarówno Schindlera, jak i stosunków polsko-żydowskich podczas niemieckiej okupacji. W rezultacie redaktorem naczelnym tego pisma przestał być Jan Bijak, a zastąpił go Jerzy Baczyński.
Osobną historią są perturbacje jakich wkrótce doświadczyłem w Chicago, dając się wciągnąć w dyskusję jaka rozpętała się między dwoma obozami, w których naturalnie nie zabrakło zacietrzewionych osłów i baranów… po obu zresztą stronach. (Najgorsze jest to, że i ja takiego osła mogłem wówczas przypominać ;))

SZCZĘŚCIE OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH

*

 

W jedno popołudnie przeczytałem „Los utracony” Imre Kertésza. (To, aby przeczytać coś „od deski do deski” tzw. „jednym tchem”, nie zdarza mi się zbyt często. Pierwszy raz, pamiętam, coś podobnego przytrafiło mi się jakieś 25 lat temu – z „Ferdydurke” Gombrowicza. Nie wiem czy to zestawienie ma tutaj jakikolwiek sens, bowiem obie książki trudno ze sobą porównać, jako że przynależą do zupełnie innych literackich światów. Tym, co je łączy jest być może pewien rodzaj mentalnej integralności: Gombrowicz dokonuje spójnego w swej groteskowości opisu świata wyobrażonego, Kertész próbuje zaś scalić – w sposób rozbrajająco rzeczowy – w jedno egzystencjalne doświadczenie świat rzeczywisty, który ma wszelkie cechy koszmaru i absurdu.)

* * *

„Los utracony” to świat okupacji i obozów koncentracyjnych widziany oczami 15-letniego chłopca, tyle że opisywany przez trzydziestoparoletniego mężczyznę.
Być może już tutaj widzimy jakąś sprzeczność?… Tym bardziej dla nas jaskrawą, kiedy zważymy na niechęć pisarza, (którą spotkać można choćby w jego „Dzienniku galernika”) do wszelkich literackich chwytów, nawet tych, które nazywamy stylem. Niemniej jednak jest to opis bardzo efektywny i przekonywujący.

Kertész chce się wyzwolić z potwornej traumy jaką przeżył w czasie wojny, ale wie, że nie jest to możliwe, jeśli zdecydował się aby żyć nadal  (pisze: będę ciągnął moje życie, które nie nadaje się do tego, by ciągnąć je dalej). Inni wybrali jako formę ucieczki samobójstwo, które kontempluje też niekiedy i sam Kertész.

Ludzie, którzy przeżyli obóz koncentracyjny mają poczucie przynależności do jakiejś innej kasty. W pewnym sensie żyją w innym, niż my, zwykli śmiertelnicy (bez doświadczeń obozowych) świecie. I nie chodzi tu tylko o potworny uraz spowodowany przeżytym koszmarem, ale o coś w rodzaju przemeblowania całej rzeczywistości – psychologicznego i cywilizacyjnego przenicowania, przewartościowania świata.
Każdy z więźniów doświadczył tego w inny sposób.
Jedni stracili wiarę w Boga, inni w człowieka, w cywilizację, jeszcze inni we wszystko z wyjątkiem… kromki suchego chleba czy ziemniaczanych obierzyn.

Jak możemy zrozumieć człowieka, który na ugotowane na twardo jajko patrzy jak na objawienie i nie może wyjść ze zdumienia widząc np. bezinteresowną ludzką sympatię, o czułości i miłości nie wspominając?

* * *

Imre Kertész

Imre Kertész (Nobel 2002) pisał swoją książkę (niezbyt zresztą wielką objętościowo) przez wiele lat, ale ta czasochłonna elaboracja nie jest w tekście widoczna. Narrację odbiera się tak, jakby była jedną nieprzerwaną strugą świadomości, którą autor wyzwolił z siebie za jednym zamachem. Dopiero inne źródła pokazują, jak własnowolnie panował on nad owym strumieniem, jak drobiazgowo i pedantycznie deliberował nad każdą myślą, słowem, zdaniem…
Lecz to nie powinno być dla nas aż tak istotne. Ważne jest to, jakie znaczenie może mieć ta książka dla innego człowieka. Co jest warta w świecie, w którym dymiły kominy krematoriów, gdzie możliwe są masowe ludobójstwa?
Z tego co ujawnia nam Kertész w swoim „Dzienniku galernika” możemy wnioskować, że dla niego napisanie „Losu utraconego” – z jednej strony było wprawdzie wszystkim, ale z drugiej już – niczym. Bowiem, wg niego, nie ma takiego absurdu, którego człowiek nie mógłby w sposób naturalny przeżyć: kiedy ktoś ukradnie mu los; kiedy uświadomi sobie, że jest totalnie zniewolony a jednocześnie bezkreśnie wolny; kiedy poczuje, że jego byt staje się ogromnym ciężarem a zarazem czymś… nieznośnie lekkim. Wtedy wystarczy tylko iść krok za krokiem.
W ten sposób można pokonać każdą drogą.

Kto powiedział, że losem człowieka nie może być los więźnia obozu zagłady? To, że takich losów były miliony świadczy o tym, że umożliwiła to aż nazbyt łatwo konstrukcja świata, w jakim żyjemy. Ale czy można zwalać wszystko na konstrukcję? Albo na konstruktora? Albo nawet na ludzi „wrobionych” w tę konstrukcję?
No właśnie – kogo (lub co) można za to winić? I co wynika, tak naprawdę, z takiego obwiniania?

* * *

Czy kiedykolwiek będziemy mogli tak naprawdę porozumieć się z człowiekiem, który czyni takie oto wyznanie?:

Przecież nawet tam, przy kominach, w przerwach między udrękami, też było coś na kształt szczęścia. Każdy pyta o rzeczy trudne, o „koszmary„: choć mnie chyba to przeżycie pozostanie najbardziej w pamięci. Tak, przy najbliższej okazji, kiedy mnie znów zapytają, muszę im opowiedzieć o szczęściu obozów koncentracyjnych.

* * *

*

APENDYKS

KUZYNKA: Piszesz: Los utracony” to świat okupacji i obozów koncentracyjnych widziany oczami 15-letniego chłopca, tyle że opisywany przez trzydziestoparoletniego mężczyznę. Być może już tutaj widzimy jakąś sprzeczność?… Tym bardziej dla nas jaskrawą, kiedy zważymy na niechęć pisarza, (którą spotkałem w jego „Dzienniku galernika”) do wszelkich literackich chwytów, nawet tych, które nazywamy stylem. Niemniej jednak jest to opis bardzo efektywny i przekonywujący.

No właśnie, dlatego doceniam go jako pisarza bardziej niż np. takiego Kenzaburō Ōe. Kertész mówi tak, jak chcielibyśmy mówić o pewnych trudnych kwestiach, ale zwyczajnie się boimy lub uznajemy, że nie wypada. No i mistrzostwo świata ma u mnie za napisanie tej książki z perspektywy dziecka, a nie dorosłego, który w dziecko się wczuwa, bo ma akurat taką literacką potrzebę.
Ja naprawdę długo się nie mogłam pozbierać po „Losie utraconym”. Absolutnie zaskakująca i wstrząsająca książka.

LOGOS AMICUS: Wyższość Kertésza nad Kenzaburō Ōe wynika choćby z tego, że „Zerwać pąki, zabić dzieci” tego ostatniego jest przede wszystkim formą literacką – pewną figurą, stylistycznym pomysłem na opowieść, może nawet czymś w rodzaju… poezji koszmaru… Koniec końców – czymś wymyślonym.
Natomiast Kertész pisze własną krwią, strachem, bólem i trzewiami, trzymając je na smyczy, by nie zagnały go właśnie na manowce literackości.
Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, lirycyzm, mitologizacja, patos… etc.
Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura.

*  *  *

Ilustracja: kadr z filmu – ekranizacji „Losu utraconego” Kertésza.

ANUS MUNDI (i post scriptum)

Dzisiaj mija kolejna rocznica wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Tekst, który napisałem ponad dwa lata temu, przypominam tutaj po raz pierwszy i – chyba jednak – nie ostatni. To temat, który zostanie ze mną do końca życia.

*

Rampa w Auschwitz  (zdjęcie własne)

Człowiek w XX wieku przelał oceany krwi, ale też i wylał morze łez.
Te łzy zmywały ból.
Ale czy mogą też zmyć naszą hańbę?

Zdecydowałem się wreszcie na tę wizytę.
Zawsze to miejsce wydawało mi się oddalone o wieki, położone gdzieś na peryferiach dawnego świata, przynależne wyblakłej historii.
A to zaledwie godzina jazdy samochodem z Krakowa.

*  *  *
Bez próby dogłębnego zrozumienia Auschwitz nie można posiąść pełnej wiedzy o człowieku, jako gatunku Homo sapiens. Niestety, zbrodnia ta wymyka się ludzkiemu pojęciu nie tylko w kategoriach etycznych, ale i opisowych – po prostu zawodzi nas przy tym nasz język.
Stylistyka, konwencje, słowa, metafory, sposoby narracji, tzw. „środki artystyczne”… wszystko to wydaje się być czymś „nie na miejscu”, bezsilnym – jakąś niezręczną próbą odbicia koszmarnej rzeczywistości, która jakby zamyka się wokół obozu zagłady i niczym czarna dziura zapada się sama w siebie, zasysając to, co ewentualnie mogłoby pomóc nam w jej pojęciu i zrozumieniu.

*  *  *
Auschwitz.
Anus mundi – odbytnica świata.
Kloaka nowożytnej cywilizacji.
Monstrualny grób wypełniona krwią i popiołami milionów trupów.
Miejsce wstrętne i przerażające, a zarazem święte, budzące nawet tkliwość.

*  *  *
Pamiętam awanturę, jaka się rozpętała po premierze „Listy Schindlera”. Sam niechcący ją zapoczątkowałem, publikując recenzję z tego filmu w „Polityce”, gdzie zakwestionowałem prawdziwość „romantyczno-heroicznej” wersji Spielberga. Moim zdaniem reżyser poddał się niedopuszczalnej manipulacji rzeczywistością, eliminując pewne jej elementy i zabarwiając ją własną, życzeniową, stylistyczną interpretacją, która bez mała urągała historycznej prawdzie i sprawiedliwości… choćby wobec tych, którzy nie mając na łapówkę dla zarządcy fabryki Schindlera, nie dostali się na „listę”, co było równoznaczne z ich zagładą.
Recenzja nosiła tytuł „Kamera w piekle”, z dopiskiem (w podtytule): „Z parku jurajskiego do obozu zagłady”, co miało w pewien sposób kwestionować kompetencje twórcy typowego kina hollywoodzkiego, biorącego się za temat tak odbiegający od rozrywkowego entourage filmu popularnego. (Spielberg był właśnie po realizacji komercyjnej bajki fantastyczno-przygodowej „Park Jurajski”; każdy pamiętał też jego „Szczęki” i „Gwiezdne wojny” – sztandarowe pozycje masowego kina amerykańskiego.)

Zaraz potem odezwały się głosy (pamiętam zdanie Daniela Passenta), że są pewne tematy (w tym Holocaust), za które kino w ogóle nie powinno się brać, bo cokolwiek się z nimi zrobi, to będzie to w stosunku do rzeczywistości nieadekwatne.

*  *  *
Ja jednak nie zgadzam się z tym, że kino nie powinno zajmować się takimi tematami, choć uważam, że nie jest ono w stanie przekazać pełni fenomenu tej koszmarnej zbrodni. Jest ono bezsilne w kompleksowym oddaniu horroru masowego ludobójstwa, ale zajmując się konkretnym człowiekiem, czy też grupą ludzi, może nam – wzbudzając empatię – przybliżyć ludzki wymiar tragedii i nieszczęścia, opisać jednostkowy los, ujawniając pewne mechanizmy zbrodni.

*  *  *
 Wstrząsy, jakie spowodował Auschwitz w mojej psychice mam już za sobą. Pierwszy z nich przeżyłem mając około 12 lat, kiedy w moje ręce dostała się pewna książka opisująca obóz masowej zagłady, ilustrowana rysunkami więźniów, na których po raz pierwszy zobaczyłem „muzułmanów”, czyli ludzi  zamienionych wsuktek głodu w powleczone skórą szkielety.
Od tego czasu Holocaust stale jest obecny w mojej świadomości, z różnym nasileniem.
Później doszły inne lektury, filmy, zgłębianie tematu, spojrzenie z różnych perspektyw.

Ktoś może powiedzieć: po co zajmować sobie głowę tym koszmarem? Czy nie byłoby lepiej skupić się na jaśniejszej stronie życia i świata? Otóż moim zdaniem zasada pozytywnego myślenia winna dotyczyć wszystkiego, tylko nie takich kardynalnych ludzkich zbrodni jak ludobójstwo (dochodzi tu jeszcze zniewolenie człowieka przez totalitaryzmy).

Nie chcę teraz przywoływać tych wszystkich wytartych sloganów (jak np. ten: „kto nie pamięta nieszczęść historii, jest skazany na ich powtórne przeżycie”, czy też „ludzie ludziom zgotowali ten los”… etc), wskażę jedynie na naszą zwykłą ludzką powinność, aby pamiętać – i aby być świadomym wyrządzonego zła.
Tylko tyle… i aż tyle!

*  *  *
Czy my – pokolenia, które nie doświadczyły wojny na własnej skórze – mamy prawo kogokolwiek sądzić?
Nigdy nie chciałem tego robić.
Patrzyłem tylko zdumiony tym z jaką łatwością w tamtych czasach zarazy rozpętała się apokalipsa – jak rozwiewały się  nadzieje, jak puste stawały się humanistyczne wartości, jak iluzoryczne okazywały się wszelkie ludzkie ideały, jak bezbronne i podatne na zszarganie stawało się dobro, jak łatwo było unicestwić całe rzesze ludzi, redukując je do ścierwa, rzeczy, nawozu historii …
Nie sądziłem nikogo, ale jednak zwątpiłem w człowieka, (Boga dość szybko przestałem w to mieszać, by nie popaść w jeszcze większe otchłanie bezsensu i absurdu).
Tym samym zwątpiłem w siebie.
Bowiem ja nie utożsamiałem się tylko z ofiarami, ale i z katami.
Dlaczego?
Gdyż my wszyscy z tego samego nasienia, podobnie jak z tego samego nasienia byli Kain i Abel.

I męczyła mnie uporczywie myśl, że człowiek – w pewnym sensie – nie zasługiwał jednak na to, by pojawić się na ziemi. Żadne zwierzę nie skompromitowało się tak, jak Homo sapiens. (Nic na to nie poradzę, jeśli to, co przed chwilą napisałem, wyda się komuś patetyczne. Ja wiem, że jest prawdziwe – a prawda nigdy raczej nie jest patosem.)

*  *  *
Człowiek, który nie doświadczył życia w obozie masowej zagłady, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć tych, którzy tam byli – zarówno tych wszystkich, którzy obóz przeżyli, jak i tych, którzy w obozie zginęli; tych, którzy zachowywali się tam przyzwoicie, i tych, którzy zachowywali się nikczemnie.
Otuchy wszak nam mogą dodać pewne mysli, jak choćby ta Herlinga-Grudzińskiego, że trudno zarzucać człowiekowi to, że zachowuje się nieludzko, jeśli wpędzono go w nieludzkie warunki.

*  *  *
W Auschwitz byłem po raz pierwszy w życiu. Wiedziałem, że kiedyś muszę to miejsce zobaczyć na własne oczy. Jednak przekraczałem tę słynną bramę z niesławnym napisem „Arbeit macht frei” jakby w psychicznym pancerzu, który i tak nie uchronił mnie w pewnym momencie od palącej, choć cichej i dyskretnej, łzy. Później już tylko rejestrowałem kolejne obrazy, fakty, komentarze… wyjaśnienia i opowieści przewodnika.
Tę wiedzę już posiadałem, tyle że teraz wydostawała się ona na wyższe poziomy mojej świadomości. I miałem nad nią kontrolę – i stać mnie już było na pewien dystans. To wszystko chroniło mnie przed kolejnym wstrząsem.
Podobnie chyba było z innymi ludźmi. Odniosłem bowiem wrażenie, że większość z nich zachowuje się tak, jakby zwiedzali jeszcze jedno turystyczne miejsce, zaliczali kolejną turystyczną „atrakcję”.

Być może jestem jednak niesprawiedliwy, bo jakże mogłem wniknąć do wnętrza tych ludzi?
W naszej grupie była pewna starsza kobieta, której ojciec zginął w Oświęcimiu. Ona jedna nie zdołała powstrzymać łez.

*  *  *

*

post scriptum…

 

Warta przypomnienia jest dyskusja, jaka miała miejsce po opublikowaniu tego tekstu na moim poprzednim blogu. Zapraszam do jej przeczytania TUTAJ.