„SOLID GOLD”, „KURIER”, „PIŁSUDSKI” – o filmach 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Trzy filmy nawiązujące do sprawy polskiej, w tym dwa widowiska historyczne. „Solid Gold” to współczesność – prowokuje pytania o mafijny i korupcyjny charakter związków biznesu z polityką; „Kurier” to powrót do patriotycznego heroizmu polskiego czasów II wojny światowej; „Piłsudski” cofa się do początków XX wieku, ukazując ikonę polskiej walki o niepodległość, ale odbrązowioną i odmitologizowaną. A wszystko to w kinie przekłada się na dobre i na złe. Dokładnie tak samo jak w życiu.

.

Zaklęte rewiry III RP (Andrzej Seweryn, Krzysztof Stroiński i Olgierd Łukaszewicz w filmie „Solid Gold”)

.

„SOLID GOLD”

       O filmie „Solid Gold” było głośno zanim jeszcze trafił na ekrany kin. Przyczyniła się też do tego pamiętna awantura na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni, gdzie tytuł ten z przeglądu w najpierw wycofano, później pokazano – a wszystko z powodów politycznych i zatargu Jacka Bromskiego z producentami „Solid Gold”, którzy stwierdzili, że reżyser ich oszukał, bo bez ich wiedzy przemontował film, który im wcześniej pokazał, i którą to wersję oni zaakceptowali. Z kolei Bromski i inni utrzymywali, że to jest cenzura a twórcy filmu mają prawo go zmontować według swojego uznania.
Nie dociekając tego, kto miał rację (ja sceptycznie podchodzę do wyjaśnień i zarzutów obu stron), zwraca w tym wszystkim uwagę obłędne upolitycznianie w naszym kraju wszystkiego co się rusza, psucie sobie nawzajem krwi i to z byle jakiego powodu.
A film „Solid Gold” – bardzo luźno oparty na aferze Amber Gold – jest po prostu filmem sensacyjnym, który wprawdzie nawiązuje do korupcji, jaka istnieje w każdym środowisku biznesmenów i polityków (zwłaszcza na styku świata polityki i biznesu), ale robi to w ramach kina gatunkowego, nie odwołując się konkretnie do żadnego układu politycznego, będąc po prostu fikcją. Tak więc „Solid Gold” jest przede wszystkim produktem z kategorii „popularne kino rozrywkowe”, a nie jakimś dziełem demaskatorskim, czy tym bardziej polityczną manifestacją.
Tak mi wpadło teraz do głowy, że gdyby w Stanach Zjednoczonych politycy reagowali równie gwałtownie i urazowo na każdy film, nawiązujący do ich osób i działań, to już dawno doszłoby do jawnej wojny – i to nie tylko w Hollywood – a powołana do zwalczania takiej niepoprawności czy wręcz bezczelności twórców cenzura, miałaby pełne ręce roboty.
Muszę przyznać, że mi się ostatni film Jacka Bromskiego podobał bardziej , niż jego wcześniejsze tytuły (takie np. jak „Anatomia zła” czy „Uwikłanie”). Jest to twórca będący bardzo sprawnym reżyserem, „czującym” ekran, a jeśli coś mu w przeszłości nie wychodziło, to była to zwykle wina scenariusza, a nie reżyserii. Tym razem napisał moim zdaniem bardzo dobry scenariusz, z niezłymi dialogami, dzięki czemu aktorzy takiej klasy, jak Andrzej Seweryn, Olgierd Łukaszewicz czy Janusz Gajos mieli co grać i – co tu kryć – wypadli świetnie. Choćby dla nich warto się wybrać do kina. Ale też sama historia – dzięki sposobowi, w jaki opowiada ją film – jest zajmująca. Wszystkie postacie rozpisane są ciekawie – łącznie z policjantką Kają (w tej roli zaskakująco naturalna Marta Nieradkiewicz) czy policjantem „Smokiem” (szorstki, nieogolony i ziemisto-poszarzały Marcin Czarnik). A tu jeszcze Danuta Stenka, Andrzej Konopka, Krzysztof Stroiński, Sławomir Orzechowski, Mateusz Kościukiewicz i inni.
Końcówka filmu pozostawia trochę do życzenia, ale ogólnie  „Solid Gold” jest solidnym widowiskiem, które potrafi wciągnąć widza w swoje rewiry.

7/10greydot.

Za Polskę – z honorem i narażeniem życia (Philippe Tłokiński w „Kurierze”)

.

„KURIER”

       Jako kino gatunkowe „Kurier” sprawdza się całkiem nieźle. Władysław Pasikowski jest dobrym rzemieślnikiem kina, więc nakręcił film w miarę poprawnie, choć można wyczuć, że jest to robota mu zlecona, a nie wydarta z trzewi (czy też zrodzona z wewnętrznej potrzeby nakarmienia własnych demonów) jak to często ma miejsce w przypadku kina autorskiego, choćby u Wojtka Smarzowskiego. Jak na dysponowanie budżetem, z którym widowiskowo zaszaleć raczej nie sposób, film prezentuje się na ekranie wcale nieubogo – ładne obrazki i kompetentna scenografia są jego sporą zaletą. Mimo dość przedziwnego scenariusza (z nieco szkolnymi dialogami), akcja posuwa się naprzód w tempie, które nie tylko nie usypia widza, ale zdolne jest zająć jego uwagę. Choć też zbytnio do wysiłku umysłowego nie zmusza, bowiem wymowa i charakter filmu balansuje na granicy patriotycznej agitki i komiksu dla młodego widza. Który, nota bene, po obejrzeniu „Kuriera”, nadal niewiele będzie wiedział o prawdziwej postaci Jana Nowaka-Jeziorańskiego, na biografii którego (a właściwie na jednym z jej epizodów) oparto fabułę filmu.
Aktorzy dobrze sobie radzą – ale przecież po to są profesjonalistami. Z przyjemnością zobaczyłem na ekranie kilka nowych twarzy, choć skecz z weteranem Pasikowskiego Cezarym Pazurą też dostarczył mi frajdy.
Pewną kuriozalnością scenariusza było to, że przez cały film jego akcja opierała się na determinacji kuriera Nowaka, aby się przedostać z Londynu do okupowanej przez Niemców Warszawy i wręczyć dowództwu AK depeszę Naczelnego Wodza mówiącą o tym, by nie dopuścić do wybuchu powstania, gdyż alianci im nie pomogą i nie będzie to miało żadnego wpływu na położenie Polski (którą i tak postanowiono sprzedać Stalinowi). Tak więc powstanie pochłonie życie tysięcy ludzi, których ofiara i śmierć będą bezcelowe i pójdą na marne, nie przynosząc żadnego pożytku. Nowak ryzykując życiem dokonuje cudów, by przekazać tę wiadomość Warszawie. Cały czas mamy pewność, że i on sam jest przekonany o słuszności tej przestrogi (stąd jego determinacja), a tu nagle, po dostarczeniu depeszy generałowi Borowi, oświadcza władzom podziemnej Warszawy, że on jak najbardziej jest za wybuchem powstania, bo nie ma nic piękniejszego jak zginąć za Ojczyznę (oczywiście jego kwestia dialogowa trwała dłużej, ale była równie schematyczna, patetyczna i frazesowa).
Tak więc nie ma co spodziewać się po filmie tego, że przybliży nam sylwetkę Jana Nowaka-Jeziorańskiego, albo że ukaże nam złożoność ówczesnej sytuacji politycznej i niesłychanie trudne położenie Polaków, którzy walcząc o wolność, pozbywają się jednego wroga z Zachodu, by zaraz uzależnić się od swoich „wyzwolicieli” ze Wschodu. Film nie podejmuje też kwestii związanych z tragizmem decyzji o wybuchu powstania, zadowalając się opcją hurra-patriotyczną. Niestety, wszystko jest zbyt schematyczne, uproszczone, powierzchowne i płytkie. Nasi bohaterowie – i samo powstanie – nadal czekają na godne ich wielkości kino.

6/10greydot.

Bez spiżu, patosu i przyziemnie… ale za to bliżej życia i prawdziwiej (Borys Szyc w „Piłsudskim”)

.

„PIŁSUDSKI”

       Bardzo cenię niektóre rzeczy, które do tej pory zrobił Michał Rosa. Podobał mi się jego ostatni film „Szczęście świata” – bardzo klimatyczny, na pograniczu realności i magii; ciepły, może nawet dotknięty nostalgią? W każdym razie zdradzający to, że Rosa wie, jaki efekt – zarówno jeśli chodzi o klimat, jak i wizualność – chce uzyskać na ekranie. Innymi słowy, jest to twórca, który panuje nad filmową materią, urabiając ją po swojemu, dzięki temu jego utwory mają… no cóż… dość mocny charakter.
Jego najnowszy film „Piłsudski” mnie zaskoczył, i to z kilku powodów.
Po pierwsze: jego ton jest zupełnie inny, niż „Szczęście świata” – bardziej „przyziemny”, po męsku chropawy i solidny, nie miękki i kolorowy, ale raczej twardy i szary. Wydaje się jakby był bliżej krwistego i kościstego życia.
Po drugie: znakomita kreacja Borysa Szyca, który doskonale się w ten charakter filmu wpisuje, ukazując bohatera – polską legendę i historyczna ikonę – jako… surprise, surprise!… człowieka. Nie ze spiżu ani z brązu, tylko właśnie z krwi i kości – zdeterminowanego, choć narwanego; otwartego na innych ludzi, choć despotycznego. Patriotę i socjalistę z jednej strony – rewizjonistę i bezwzględnego, stosującego terror zamachowca – z drugiej. No i oprócz tego idealistę, który jednocześnie zdradza swoją żonę (w czym być może przejawiał się też jego pragmatyzm).
Po trzecie: okazało się, że film pt. „Piłsudski” jest o… surprise, surprise again… Piłsudskim. Innymi słowy: bardziej skupia się na osobie i charakterze Józefa Piłsudskiego, niż na historycznych przemianach, które doprowadziły do uzyskania przez Polskę niepodległości. Wydaje się, że Rosę bardziej interesowały przemiany we wnętrzu „Ziuka”, niż jego droga do zdobycia władzy i stania się najważniejszą postacią Polski międzywojennej. A w to wszystko graj Szycowi. Choć nie tym, którzy spodziewali się bardziej sprecyzowanej faktograficznie narracji, a nie tak szybkiego galopowania filmu po historycznych łebkach. Mnie to jednak za bardzo nie przeszkadzało.
Mniej więcej w tym samym czasie obejrzałem „Legiony” Dariusza Gajewskiego które również nawiązywały do postaci Piłsudskiego (a konkretnie do formowania przez niego wojska polskiego) i do tego samego okresu historycznego. I muszę powiedzieć, że ta konfrontacja zdecydowanie wypada na korzyść filmu Rosy, bo obraz Gajewskiego w wielu miejscach był – co tu kryć! – żenujący. Ale tak to jest jak się robi utwory na patriotyczne zamówienie – nawet największy budżet nie jest w stanie filmu uratować, jeżeli ma on kiepski scenariusz, kulejącą reżyserię – męczy nas drętwym romansem, infantylnym podejściem do historii – oraz wypełniony jest po brzegi patosem.
„Piłsudski” Michała Rosy był tego wszystkiego zaprzeczeniem i właśnie dlatego wydał mi się – w tej swojej niepatetycznej i odmitologizowanej przyziemności – o niebo prawdziwszy.

7.5/10greydot.

Recenzje innych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu: „BOŻE CIAŁO”, „SŁODKI KONIEC DNIA”

.

„JFK”, „RUBY”, „BUGSY”… fakty i mity – kino amerykańskie mierzy się z narodową historią

(z filmowego archiwum)

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych prac ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić.

.

„JFK” (reż. Oliver Stone)

Śmierć, która wstrząsnęła Ameryką  ("JFK")

Zamach, który wstrząsnął Ameryką („JFK”)

DALLAS IN WONDERLAND?

 Amerykańska rana narodowa – tak zwykło się mówić o tym wydarzeniu, które niemal 30 lat temu wstrząsnęło Ameryką, zostawiając uraz, przekształcający się z biegiem czasu w prawdziwą społeczną obsesję. 22 listopada 1963 roku zastrzelono w Dallas prezydenta J. F. Kennedy’ego. Echa tego zabójstwa nie milkną do dzisiaj. Napisano na ten temat setki książek, nakręcono kilka filmów, ale dopiero epickie widowisko ekranowe Olivera Stone’a „JFK” rozpętało prawdziwa burzę w amerykańskich mediach.
Reżyser ten cieszy się opinią prawdziwego wichrzyciela, który ma czelność dobierać się swoimi filmami do największych tabu amerykańskiego społeczeństwa. Jednakże, gdyby był jednym z tych niegroźnych maniaków kina, zbywano bo go zapewne pogardliwym wzruszeniem ramion. Ale nie! Stone jest twórcą wielkiego formatu, jego obrazy charakteryzują się ogromną mocą artystycznego wyrazu, jak również kontrowersyjnością, a zarazem nośnością tematu. Oddziaływują tym samym na szerokie kręgi społeczne. Wystarczy wspomnieć te najważniejsze: „Pluton”, „Urodzony 4 Lipca”, „Wall Street”, „The Doors”… Tym filmami Stone zdobył sobie prestiż i poważanie. Gdyby było inaczej, nikt nie powierzyłby mu owych 40 mln. dolarów, jakie kosztowała realizacja filmu
Jeszcze przed premierą „JFK” doczekał się kilku tzw. cover stories. Większość z nich dyskredytowała wysiłek reżysera, jak np. „Newsweek” tytułem „Dlaczego nie można ufać najnowszemu filmowi Olivera Stone’a?” Lwią część tych zarzutów uprzedził i odparł reżyser, publikując swój esej na łamach „Movieline”, a niedawno – w wywiadzie udzielonym w programie „Larry King Live” na kanale CNN.

Cały wątek scenariusza osnuty jest wokół śledztwa, jakie w tej sprawie prowadził Jim Garrison (Kevin Costner), nowoorleański prawnik, stojący wyraźnie w opozycji do tzw. komisji Warrena. Według niego istniało wiele przyczyn, dla których pewne rządowe kręgi i organizacje chciały widzieć Kennedy’ego martwego. Nie wzbudzała ich entuzjazmu jego polityka ustępstw wobec komunistów (porozumienie z Chruszczowem, rezygnacja z inwazji na Kubę), planowane wycofanie się z konfliktu wietnamskiego (co było równoznaczne z ukróceniem koniunktury na zbrojenia – w grę wchodziły dziesiątki miliardów dolarów budżetu na obronę). Lee Harvey’a Oswalda, którego Warren uznał za działającego na własną rękę szaleńca, Garrison (nota bene to na jego książce oparty został scenariusz filmu) uważał za pionka – ofiarę wrobioną przez spiskowców.
W trwającym trzy i pół godziny filmie aż roi się od poszlak, niewyjaśnionych i tajemniczych faktów i zdarzeń, które miały miejsce owego krytycznego dnia. Garrison przedstawiony jest – i to jest jeden z głównych zarzutów – jako postać niemalże ikoniczna: samotny i heroiczny bojownik o prawdę. W rzeczywistości był to ponoć paranoik, przyginający fakty do swoich obsesyjnych hipotez. Lecz akurat temu Stone nie zaprzecza – Garrison ekranowy jest „większy” od Garrisona rzeczywistego. Również idealizacja Kennedy’ego jest daleko posunięta.
Jednakże w niczym nie zmienia to idei i przesłania filmu, który jako specyficzne medium rządzi się przecież swoimi prawami – a tych nie można lekceważyć. Siłą rzeczy musi on operować pewnym skrótem i syntezą.

W „JFK” wykorzystano autentyczne zapisy dokumentalne. Często przeplatają się one z rekonstrukcjami wydarzeń filmowanych na taśmie czarno-białej, który to zabieg nadaje całości znamion dokumentu. Zrobione jest to tak perfekcyjnie, że jedynie wtajemniczeni zdolni są oddzielić jedną warstwę od drugiej. Film – jako całość – hipnotyzuje, wciąga bezkrytycznie w swoją rzeczywistość. Nawet ci, którzy nie podzielają jego tez, przyznają mu status prawdziwego dzieła filmowej sztuki.

Dlaczego w latach 60-tych tak wielu Amerykanów uwierzyło w prawdziwość raportu komisji Warrena, którą teraz większość z nich (ponad 60%) kwestionuje? Otóż wydaje się, że dawało im to wówczas uspakajające i komfortujące poczucie zupełnej przypadkowości tragedii – ot, zrządzenie losu, akt działającego samotnie szaleńca. Trudno byłoby im zaakceptować teorię o maczaniu w tym palców przez instytucje, które z założenia mają pełnić funkcje ochronne społeczeństwa (CIA, FBI, Pentagon, policja…). Musiałoby to pociągnąć za sobą daleko idące konsekwencje: utratę poczucia bezpieczeństwa i – pośrednio – wzięcia winy na siebie. Tym sposobem zrodził się mit.

Czy Stone spodziewał się, że jego film spowoduje wznowienie śledztwa w sprawie zabójstwa prezydenta? Nie. Być może jednak doprowadzi do ujawnienia dokumentów CIA (zamrożonych do 2029 roku), gdyż ponad wszelką wątpliwość, tam doszukać się można odpowiedzi na większość z intrygujących pytań, na które do dziś nie ma odpowiedzi. Być może przyczyni się też do ukrócenia politycznej arogancji i i zwyrodnienia instytucji uzurpujących sobie pozycję ponad prawem, tłumaczących swe machinacje i knowania bliżej nieokreślonym „interesem państwa”. Historia wymaga, by poddawać ją nieustannej rewizji, gdyż „prologiem jest przyszłość” – jak twierdzi zamykający film napis.

„RUBY” (reż. John Mackenzie)

Jack Ruby strzela do Oswalda   ("Ruby")

Jack Ruby strzela do Oswalda („Ruby”)

O CZŁOWIEKU, KTÓRY ZABIŁ CZŁOWIEKA, KTÓRY ZABIŁ (?) KENNEDY’EGO

Któż teraz może twierdzić, że Hollywood nie ma żadnego wpływu na historię? Bo faktem mającym niewątpliwie znaczenie historyczne jest planowane ujawnienie tajnych akt FBI i CIA, dotyczących śledztwa w sprawie zabójstwa J. F. Kennedy’ego, zamrożonych początkowo do roku 2029. Ostatecznie decyzja należy do prezydenta, jednakże dyskusje wśród senatorów wskazują jednoznacznie, że do tego dojdzie.
Wszystko to za sprawą wrzawy i burzy kontrowersji wywołanych przez film Olivera Stone’a „JFK”, w którym sugeruje się, że tragiczne wydarzenia w Dallas reżyserowane mogły być przez CIA i mafię zasilaną kubańskimi antykomunistami. Lee Harvey Oswald był jedynie fanatyczny narzędziem, czy też wręcz rekwizytem i pionkiem wrobionym przez konspiracyjnych potentatów. Podejrzenia nie ominęły też policji w Dallas, FBI, a nawet Pentagonu. Wprawdzie sam słyszałem, jak polityczni luminarze nazywali Stone’a człowiekiem „chorym, paranoikiem, który wyrządza karygodną krzywdę amerykańskiemu społeczeństwu”. Jednakże, podczas gdy zaledwie parę miesięcy temu odrzucano decydowanie teorię spisku i konspiracji, to teraz – w obliczu ujawnienia akt – spuszcza się z tonu i przyznaje, iż rzeczywiście za Oswaldem mogli stać inni.

Tak więc echa fenomenu „JFK” jeszcze nie wybrzmiały, a oto na ekrany trafia „Ruby”, kolejny film nawiązujący do tego samego tematu. Tym razem zajmuje się Jackiem „Ruby” (właśc. Jacob Leon Rubenstein) – człowiekiem, który na oczach milionów telewidzów zastrzelił Oswalda. I to jest jedna z niewielu rzeczy, jakich możemy być pewni. Na temat motywów jakimi kierował się Ruby, można tylko spekulować – i tak też robi reżyser John Mackenzie.

Wiemy kim był Jack Ruby. Właścicielem dallaskiego baru ze streap-teasem jako główną atrakcją. Były żołnierz chicagowskich gangsterów, który popadłszy w niełaskę, musiał uciekać z Wietrznego Miasta. Drobiazgowe, bardziej lub mniej oficjalne śledztwa, przeprowadzane po zastrzeleniu Kennedy’ego i Oswalda, wykazały jego związki z FBI, CIA, policją oraz mafią, która próbowała zwerbować go do zamachu na Fidela Castro. Bardziej precyzyjne ustalenie tych powiązań okazało się jednak niemożliwe, wszystko więc pozostało w sferze hipotez i domysłów. Mimo to, można było oczekiwać od twórców zajęcia bardziej konkretnego stanowiska. Jednak ci wyraźnie starali się tego uniknąć, ograniczając się jedynie do sugestii i fragmentarycznej prezentacji labiryntu przypuszczeń.
Dlaczego Ruby strzelił do Oswalda? Hipoteza sentymentalna, według której był to heroiczny akt i manifestacja zranionego patriotyzmu, byłaby trudna do przełknięcia, nawet ujęta w hollywoodzkie standardy, który w sentymentalizm raczej nie boi się zapuszczać. Nie ma też żadnych dowodów na to, że był to mord zlecony, mający na celu zamknięcie Oswaldowi ust na wieczność. Filmowy Ruby, wciągnięty niemal przypadkowo i bezwiednie przez mafię, FBI, CIA w brudne konszachty, sam niejako czuje się winny za śmierć Kennedy’ego. Zabicie Oswalda ma więc być swoistym oczyszczeniem – próbą wydobycia na światło dzienne prawdy (!?)

Film nie nuży, prowadzony jest sprawnie, co w zatrzęsieniu różnych „śmieci” rzucanych na ekran w ramach kina masowej rozrywki jest niewątpliwym komplementem. To jednak, że wisi na nim cień giganta „JFK” – z którym, siłą rzeczy „Ruby” się wiąże – nie wydaje się działać na korzyść tego filmu.

„BUGSY” (reż. Barry Levinson)

Kobieta, adrenalina, siwy dym i testosteron - Annette Bening i Warren Beatty w filmie "Bugsy"

Kobieta, adrenalina, feromony, siwy dym, krew i testosteron – Annette Bening i Warren Beatty w filmie „Bugsy”

GANGSTER CZARUJĄCY

„Bugsy” jest triumfem tego, co jest istotą kina, czyli iluzji. To także dowód na to, że Hollywood nie może się obejść bez mitu i archetypu amerykańskiego bohatera. Kiedy wojna w Wietnamie zabiła klasyczny western, który jedynie z rzadka pojawiał się później na ekranach (a jeśli już się ukazywał, to w formie alternatywnej – antytezy gatunku, jak np. u Altmana czy Peckinpaha), to właśnie gangster pozostał, wypierając bardziej stereotypowego, archaicznego i niepotrzebnego już we współczesnej narodowej narracji amerykańskiej kowboja.
Od wielu lat, nie ma w kinach sezonu bez filmu gangsterskiego. Zainteresowanie „Alem Capone i innymi” nie wygasa, owocując niekiedy obrazami mającymi moc kulturowego fenomenu – tak, jak było to choćby w przypadku „Ojca chrzestnego” Coppoli.
Zaś inną już zupełnie sprawą jest przystawanie tych obrazów do rzeczywistości. Autentyczni gangsterzy to ponoć nudne, nadęte typy, których działalność niewiele ma wspólnego z atrakcyjnością i widowiskowością wyczynów ich celuloidowych odpowiedników. Filmom złym ewidentnie wytyka się to bezlitośnie, lecz tym, które są tak znakomite, jak „Bugsy”, bardzo łatwo się ową fantastyczność wybacza.
Bowiem kim w rzeczywistości był Benjamin „Bugsy” Siegel? Wiele wskazuje na to, że przede wszystkim psychopatycznym mordercą, neurotycznym pozerem i mitomanem owładniętym obsesją wybudowania w pustynnej Nevadzie przybytku seksu i mamony, erotomanem otaczającym się całym wianuszkiem kochanek… A jakiego spotykamy na ekranie? Króla życia, szastającego bez umiaru pieniędzmi i „zaliczającego” po kolei co bardziej atrakcyjne kobiety Hollywoodu, szarmanckiego dandysa zbrodni, wizjonera i romantyka z duszą artysty, legendarnego pomysłodawcę Las Vegas…

To, że ekranowy Bugsy jest dla widza postacią tak atrakcyjną, sprawił oczywiście Warren Beatty, który w roli tej jest rzeczywiście fantastyczny. W rzeczywistości jednak, nigdy nie wierzymy, że to prawdziwy, bezwzględny gangster – tyle w nim ujmującego czaru i chłopięcego wprost uroku. Wobec tego, nawet to jego okrucieństwo i bezwzględność, której często jesteśmy świadkami, wydaje się być czymś umownym, abstrakcyjnym, jakimś wymogiem scenariusza – choć rzeczywiście budzi niekiedy wstręt i przerażenie. Ale jest to paradoks, który przydaje jedynie filmowej uczcie smaków.
Właśnie – skoro mowa o smakach, to prawdziwą pikantnością nasącza film romans Bugsy’ego z Virginią Hill, atrakcyjną gwiazdeczką, która staje się nie tylko jego kochanką, ale i wspólniczką w interesach, a konkretnie w budowie kompleksu hotelowego i luksusowego kasyna, zwanego „Pink Flamingo”. W roli tej widzimy Annette Bening, będącą partnerką Beatty’ego również poza filmowym planem, obdarzając go nawet niedawno potomkiem (nota bene pierwszym dla mającego 55 lat aktora). Razem tworzą najbardziej oplotkowywaną parę w Hollywood dnia dzisiejszego. Może właśnie dlatego ani przez chwilę nie wątpimy w prawdziwość namiętności łączącej Virginię i Bugsy’ego. Ten związek elektryzuje i ową chemistry, jaka się między nimi wytwarza, odbieramy jako coś autentycznego i naturalnego, co jest – wbrew pozorom – zjawiskiem w kinie nie takim znów częstym. Ale… jakże mogło być inaczej, skoro Warren Beatty już od kilkudziesięciu lat jest synonimem hollywoodzkiego playboya, łamacza serc i podrywacza, ze swoim haremem, do którego przyjemność (przynajmniej do pewnego czasu) miały takie kobiety, jak np. (wymieniam tylko małą próbkę tych bardziej znanych): Madonna, Isabelle Adjani, Brigitte Bardot, Candice Bergen, Maria Callas, Cher, Julie Christie, Joan Collins, Catherine Deneuve, Faye Dunaway, Księżna Jugosławii Elżbieta, Jane Fonda, Melanie Griffith, Daryl Hannah, Goldie Hawn, Margaux Hemingway, Barbara Hershey, Diane Keaton, Jacqueline Kennedy Onassis, Vivien Leigh, Elle Macpherson, księżniczka Małgorzata, Linda McCartney, Joni Mitchell, Mary Tyler Moore, Michelle Phillips, Vanessa Redgrave, Diana Ross, Diane Sawyer, Carly Simon, Barbra Streisand, Liv Ullmann, Natalie Wood… i wiele, wiele innych, bardziej już niesławnych i anonimowych.

PS. I pomyśleć, że kiedyś dosłownie zderzyłem się z Warrenem Beatty w momencie, kiedy wychodził on z toalety w Beverly Hills Hotel – na szczęście nie poczułem żadnych unoszących się za nim feromonów, ani nawet zapachu kobiety, z którą – jak się później okazało – spożywał kolację w restauracji tego słynnego z hollywoodzkich schadzek hotelu.

.

RODZINA I KREW (Więcej niż kino: „Ojciec chrzestny”)

Warto czasem wrócić do klasyki. Zwłaszcza do takiej, która i dzisiaj potrafi nas zaintrygować, zainteresować, zafascynować… bo nadal pozostaje żywa. O „Ojcu chrzestnym” pamiętają nie tylko zagorzali miłośnicy kina. Ten film był także pewnym fenomenem społecznym, kulturowym. Poniższy tekst o filmie Coppoli inauguruje nowy cykl pt. „Więcej niż kino”, w którym chciałbym przypomnieć filmy wykraczające swoim znaczeniem poza czystą sferę rozrywki poruszając sprawy ważne – historycznie, filozoficznie, socjologicznie… Powstał on przed wieloma laty, kiedy moja przygoda z pisaniem o filmie dopiero się zaczynała (stąd trudno mi dzisiaj brać za to wszystko co przeczytacie odpowiedzialność ;) ).

Mafia - brutalność, bezwzględność, okrucieństwo oraz "wartości" rodzinne - szacunek, lojalność, posłuszeństwo (Marlon Brando i Robert Duvall w "Ojcu chrzestnym" F. F. Coppoli - "największym filmie gangsterskim w dziejach kina")

*

Jest to film, który przemówił do „mas”. Zasięg, impet i wpływ „Ojca chrzestnego” na popularną wyobraźnię był ogromny, przydając mu rangi bez mała kultowego fenomenu. Warto się zastanowić nad przyczynami. O „Ojcu chrzestnym” krąży także fama „największego filmu gangsterskiego” w dziejach kina. Bez wątpienia, nie zadecydował tu jego epicki rozmach i rozmiary, ale rzeczywistych powodów należy szukać głębiej.
Otóż wydaje się, że film Coppoli ogarnia sobą kilka kluczowych, najbardziej istotnych aspektów amerykańskiej kultury, społeczeństwa i ustrojowości: wkład imigracyjny, mechanizm działania kapitalistycznej korporacji, władza i paternalizm (prezydent, boss), wartości rodzinne, idolatria (popyt na bożyszcza), ożywianie mitu amerykańskiego gunfightera; skłonność do rozwiązań siłowych, mafijność, nepotyzm i korupcja; liberalizm i prawo do pogoni za swoim prywatnym „American Dream” realizowanej za pomocą różnych środków, m.in. w pogardzie dla prawa (obowiązującego wszak „maluczkich”) i ludzkiego życia (zwłaszcza wrogów).

Jednak popularność „Ojca chrzestnego” nie wiązała się raczej z faktem uświadomienia sobie przez publiczność powyższych aspektów. Bezpośrednie przyczyny były inne i – generalnie ujmując – proste: melodramatyzm, saga rodzinna i gangsterska zarazem, zajmująca intryga i suspens; obrazowość zbrodni, gwałtu i przemocy; poczucie wejścia za kulisy (satysfakcja voyeura dopuszczonego do tajemnicy), żywość, krwistość i (pozorna) wiarygodność postaci; realizm (a właściwie – też tylko jego pozory) a jednocześnie monumentalizm…
A jednak dopiero połączenie owych przyczyn zewnętrznych (bardziej oczywistych, łatwiej dostrzegalnych) i wewnętrznych (osadzonych nieco głębiej, również na poziomie archetypicznym), uczyniło z „Ojca chrzestnego” zjawisko kultury masowej, jak i tej nieco „wyższej”. Celowo nie wspominam o artystyczno-technicznej stronie obrazu – o mistrzowskiej reżyserii Francisa Forda Coppoli i aktorskich kreacjach Brando, Pacino, Duvalla, Caana… co przecież także było warunkiem jego powodzenia.

RODZINA JEST NAJWAŻNIEJSZA

Stwarzając "Ojca chrzestnego": Francis Ford Coppola i Marlon Brano na filmowym planie

We właściwych obszarach umieszczają już film początkowe sceny ukazujące wesele córki Don Vita Corleone, patriarchy włoskiego rodu, który już od dwóch pokoleń – jako Ojciec chrzestny – jest wyrocznią nie tylko w sprawach rodziny, ale też bardziej lub mniej legalnych interesów prowadzonych przez kontrolowaną przez niego lokalną społeczność.
To słynne już wesele okazuje się być idealną ekspozycją dla filmu. Po pierwsze: ustala epicki wymiar tej sagi (przypominającej dzięki temu jakiś wielki panoramiczny fresk); zapoznaje nas nie tylko z rodziną Corleone, czyli głównymi bohaterami, ale i z całym środowiskiem, jego mikrospołecznością. Po drugie: określa i ustala prawdziwą wagę filmowej problematyki. Przede wszystkim mamy sposobność zakosztowania hierarchii władzy. To jakby wprowadzenie do poznania jej genezy, znaczenia i mechanizmów działania. Uniżoność, a właściwie poniżanie się petentów Don Vita Corleone, kontrastuje z jego wyniosłością, jak również pewną nonszalancją i znużeniem omnipotenta. To właśnie uderza nas na samym początku.
Wesele owo, będąc doniosłym wydarzeniem w życiu rodzinnym, pozwala nam również na uświadomienie sobie wagi, jaką ma tu Rodzina. (Ciekawa sprawa z tym słowem „Familia”. Protesty Włochów amerykańskich skłoniły producentów filmu do zastąpienia określenia „mafia” – „familią”. A wydawałoby się, że powinno być raczej na odwrót. Tak więc wojna jaka od czasu do czasu wybucha w „Ojcu chrzestnym” nie jest wojną mafii, tylko wojna między rodzinami. Abstrakcja zastępuje konkret. Wydaje się być tym sposobem łatwiejsza do przełknięcia. To również dowód na to, że mafia jest dla niektórych ciałem bardziej „dotykalnym”, rzeczywistym, niż fikcyjne „rodziny”.)

Oprócz majestatycznej postaci Ojca chrzestnego (manieryczny acz dominujący obraz Marlon Brando, z policzkami wypchanymi watą – za wystąpienie to przyznano mu Oscara, którego zresztą nie przyjął) poznajemy jego trzech synów. Fredo Corleone (John Cazale) przysparza ojcu najmniej powodów do dumy. Słaby, niezdecydowany, niezbyt rozgarnięty… Z kolei Sonny (James Caan) jest prawą ręką (i bicepsem) Don Vita: energiczny, impulsywny, honorowy, bezwzględny. I wreszcie Michael (Al Pacino) – inteligentny, wykształcony, wrażliwy. Pragnie zerwać z przestępczym procederem rodzinnym (zgodnie zresztą z intencją ojca) i poświęcić się karierze politycznej lub prawniczej. Na razie celebrowany jako wojenny bohater (akcja filmu ma swój początek w połowie lat 40-tych, obejmując następnie całą dekadę) i oddaje romansowi z Diane Keaton. Postacią równie ważną w Familii Vita Corleone co jego synowie, jest Tom Hagen (Robert Duvall w niezapomnianym wystąpieniu). Wychowanek Rodziny, prawnik, pełni w klanie poważną i zaszczytną rolę consigliare, familijnego zausznika i doradcy.

Trzon dramaturgiczny filmu stanowi walka rodziny Corleone o dominację nad innymi rodami, jak również problem sukcesji władzy przejmowanej przez Michaela Corleone (Al Pacino), który niespodziewanie zostaje wciągnięty w sam środek zbrodni, po tym jak dokonano zamachu na jego ojca. Co było przyczyną? Otóż Don Vito Corleone odmówił swego poparcia (co pociągało brak poparcia ze strony wszystkich polityków siedzących u niego „w kieszeni”) dla handlu narkotyków, uważając ten proceder za haniebny. Pozostał przy rodzinnej „tradycji”: kontroli prostytucji, hazardu i egzekwowaniu haraczu za „protekcję” – czyli przy zajęciach godnych już „honoru Corleonich.

Mord jako rytuał przejmowania władzy

*

MORD – JĄDRO CIEMNOŚCI,  RYTUAŁ WŁADZY

Tym jednak, co najmocniej uderza w obrazie Coppoli, jest doświadczanie przez nas autentycznej genezy zbrodni, dotarcie do archetypicznego wręcz źródła przemocy, a tym samym – władzy. Bowiem to właśnie mord jest w universum „Ojca chrzestnego” Puzo tym, co daje komuś władzę (niejako ją przypieczętowując), co obdarza ich charyzmą przywódcy. Don Corleone staje się niemalże równy bogom, gdy wydaje wyroki śmierci, szastając ludzkim życiem. To wtedy całuje się go w rękę. Michael Corleone zostaje rzeczywistą głową Rodziny gdy sam, własnoręcznie, zabija swoich głównych wrogów, strzelając im z zimna krwią w głowy. To jakby rytuał przekazania władzy – jego chrzest bojowy, potwierdzenie i umocnienie założycielskiego mitu. Odtąd, dzięki temu, to właśnie on panuje nad ludzkim życiem i śmiercią. Umacniając własną pozycję Ojca chrzestnego, Michael popełnia wkrótce całą serię zabójstw, eliminując wszystkich swoich oponentów. Nota bene, sekwencja ta należy do najmocniejszych w – i tak już „mocnym” w swojej obrazowości – „Ojcu chrzestnym”. Warto też zwrócić uwagę na to, że zamachów dokonuje się w tym samym czasie, gdy Michael chrzści swojego syna. Tak to ukazuje Coppola – i jest to bardzo znaczące. Kulminacja zbrodni ma miejsce dokładnie wtedy, gdy Michael powtarza za kapłanem, iż „wyrzeka się szatana”. Może ów reżyserski zabieg jest nieco nachalny, ale za to bardzo skuteczny. Brutalizm tych sekwencji dławi ewentualną pretensjonalność podobnej synchronizacji.

Zwraca uwagę mistrzostwo stylistyczne Coppoli. Jego panowanie nad filmową materią jest totalne, ale zarazem takie, które nie odbiera obrazowi finezji, ani też wieloznaczności. Sam film stał się niemal obiektem „kultowym”. Określono go nawet jako dzieło definitywne dla genre’u filmu gangsterskiego.
Czy jednak owo ukontentowanie estetyczno-kinomańskie może zepsuć moralna implikacja filmu, refleksja nad jego etyczną znaczeniowością? Taka łyżka dziegdziu w beczce podziwu dla jego mistrzostwa? Jesteśmy bowiem zmuszeni niejako do solidaryzowania się (może nawet identyfikacji) z ludźmi stosującymi bez skrupułów brutalny, wojujący amoralizm. Jak jest to zwodnicze i moralnie dwuznaczne, można dostrzec w tym, że oto nadużywa się m.in. „wartości” rodzinnych dla wzbudzenia naszej sympatii dla ewidentnych przecież zbrodniarzy. Ciepło i więzy rodzinne ogarniają serca morderców. Ale czy nie ma to zakorzenienia w rzeczywistości, która zawsze jest wieloznaczna, nawet pod względem etycznym?
A może właśnie takie jest przesłanie „Ojca chrzestnego”: w świecie, w którym reguły wyznacza ziła, przemoc i długość „kija”, jedynym sposobem na zachowanie „ludzkiej” twarzy jest dwulicowość? Trzeba przyznać, że jest to przesłanie, od którego lodowacieje nam dusza.

*  *  *

Ludzkie ciepło i więzy rodzinne ogarniają serca morderców. Czy w "Ojcu chrzestnym" nadużywa się "wartości rodzinnych" dla wzbudzenia naszej sympatii dla ewidentnych skądinąd zbrodniarzy?

*

APENDYKS: Myślę że na rzeczy będzie, jeśli przy okazji tekstu o obrazie Coppoli załączę także notkę, którą napisałem nie tak dawno po obejrzeniu włoskiego filmu „Gomorrah”. Bowiem w pewien sposób oba te filmy ze sobą korespondują.

Mafia w kinie.
Jakże różnie może się ona panoszyć na ekranie.
Dajmy na to, taki „Ojciec Chrzestny” powstał na osnowie mitycznej, „Dick Tracy” – komiksowej, „Sopranos” – mydlano-operowej, „Gomorrah” zaś… grzebie się zgrzebnie (choć wychodzi z tego kolaż) w rzeczywistości już naprawdę „prawdziwej”.
Film oparty na motywach książki Roberto Saviano opisującej neapolitańską camorrę (która nota bene wydała na niego wyrok śmierci), odziera mafijną rzeczywistość z wszelkiego „romantyzmu” zbrodni serwowanego nam ongiś (po mistrzowsku zresztą) choćby przez Francisa Forda Coppolę, a nawet z morderczego demonizmu, jakim często epatował nas (poniekąd) Martin Scorsese. Może właśnie dlatego z pewnym zdegustowaniem patrzyłem na film Matteo Garrone, podświadomie oczekując kanonu, jakim zazwyczaj kino opisywało gangsterów i mafiozów. To, co zobaczyłem, było zaś dość niezborną, poszarpaną narracyjnie zbitką podrabianych na dokument obrazów. Jednak owo „zdegustowanie” absolutnie nie dotyczyło filmowej roboty, (która, moim zdaniem, jest jednak znakomita) a raczej tego, co widziałem na ekranie – czyli „zwykłego” piekła egzystencji włoskiej biedoty, „zwykłych” mordów dokonanych przez „zwykłych” zabójców na „zwykłych” ludziach. To jest według mnie największa siła tego filmu: odarcie zbrodni i świata przestępczego z jego mitycznego płaszcza, ukazanie całej tej banalności zła hersztbandy, złożonej głównie z prozaicznych, choć będących na granicy idiotyzmu i psychopatii, rzezimieszków.

"Gomorrah", czyli mafia odmitologizowana

*