„JFK”, „RUBY”, „BUGSY”… fakty i mity – kino amerykańskie mierzy się z narodową historią

(z filmowego archiwum)

Nie tak dawno zajrzałem do swojego archiwum skąd wyszperałem garść tekstów dotyczących kina, które napisałem jakiś czas temu, publikując je głównie w prasie polonijnej. Papier żółknie, wszystko przemija, wiele rzeczy przepada… więc chciałbym choćby część z tych prac ocalić (choć na chwilę) od zupełnej zagłady, zamieszczając je na mojej stronie. Tym bardziej, że w większości dotyczą one filmów, do których warto wrócić.

.

„JFK” (reż. Oliver Stone)

Śmierć, która wstrząsnęła Ameryką  ("JFK")

Zamach, który wstrząsnął Ameryką („JFK”)

DALLAS IN WONDERLAND?

 Amerykańska rana narodowa – tak zwykło się mówić o tym wydarzeniu, które niemal 30 lat temu wstrząsnęło Ameryką, zostawiając uraz, przekształcający się z biegiem czasu w prawdziwą społeczną obsesję. 22 listopada 1963 roku zastrzelono w Dallas prezydenta J. F. Kennedy’ego. Echa tego zabójstwa nie milkną do dzisiaj. Napisano na ten temat setki książek, nakręcono kilka filmów, ale dopiero epickie widowisko ekranowe Olivera Stone’a „JFK” rozpętało prawdziwa burzę w amerykańskich mediach.
Reżyser ten cieszy się opinią prawdziwego wichrzyciela, który ma czelność dobierać się swoimi filmami do największych tabu amerykańskiego społeczeństwa. Jednakże, gdyby był jednym z tych niegroźnych maniaków kina, zbywano bo go zapewne pogardliwym wzruszeniem ramion. Ale nie! Stone jest twórcą wielkiego formatu, jego obrazy charakteryzują się ogromną mocą artystycznego wyrazu, jak również kontrowersyjnością, a zarazem nośnością tematu. Oddziaływują tym samym na szerokie kręgi społeczne. Wystarczy wspomnieć te najważniejsze: „Pluton”, „Urodzony 4 Lipca”, „Wall Street”, „The Doors”… Tym filmami Stone zdobył sobie prestiż i poważanie. Gdyby było inaczej, nikt nie powierzyłby mu owych 40 mln. dolarów, jakie kosztowała realizacja filmu
Jeszcze przed premierą „JFK” doczekał się kilku tzw. cover stories. Większość z nich dyskredytowała wysiłek reżysera, jak np. „Newsweek” tytułem „Dlaczego nie można ufać najnowszemu filmowi Olivera Stone’a?” Lwią część tych zarzutów uprzedził i odparł reżyser, publikując swój esej na łamach „Movieline”, a niedawno – w wywiadzie udzielonym w programie „Larry King Live” na kanale CNN.

Cały wątek scenariusza osnuty jest wokół śledztwa, jakie w tej sprawie prowadził Jim Garrison (Kevin Costner), nowoorleański prawnik, stojący wyraźnie w opozycji do tzw. komisji Warrena. Według niego istniało wiele przyczyn, dla których pewne rządowe kręgi i organizacje chciały widzieć Kennedy’ego martwego. Nie wzbudzała ich entuzjazmu jego polityka ustępstw wobec komunistów (porozumienie z Chruszczowem, rezygnacja z inwazji na Kubę), planowane wycofanie się z konfliktu wietnamskiego (co było równoznaczne z ukróceniem koniunktury na zbrojenia – w grę wchodziły dziesiątki miliardów dolarów budżetu na obronę). Lee Harvey’a Oswalda, którego Warren uznał za działającego na własną rękę szaleńca, Garrison (nota bene to na jego książce oparty został scenariusz filmu) uważał za pionka – ofiarę wrobioną przez spiskowców.
W trwającym trzy i pół godziny filmie aż roi się od poszlak, niewyjaśnionych i tajemniczych faktów i zdarzeń, które miały miejsce owego krytycznego dnia. Garrison przedstawiony jest – i to jest jeden z głównych zarzutów – jako postać niemalże ikoniczna: samotny i heroiczny bojownik o prawdę. W rzeczywistości był to ponoć paranoik, przyginający fakty do swoich obsesyjnych hipotez. Lecz akurat temu Stone nie zaprzecza – Garrison ekranowy jest „większy” od Garrisona rzeczywistego. Również idealizacja Kennedy’ego jest daleko posunięta.
Jednakże w niczym nie zmienia to idei i przesłania filmu, który jako specyficzne medium rządzi się przecież swoimi prawami – a tych nie można lekceważyć. Siłą rzeczy musi on operować pewnym skrótem i syntezą.

W „JFK” wykorzystano autentyczne zapisy dokumentalne. Często przeplatają się one z rekonstrukcjami wydarzeń filmowanych na taśmie czarno-białej, który to zabieg nadaje całości znamion dokumentu. Zrobione jest to tak perfekcyjnie, że jedynie wtajemniczeni zdolni są oddzielić jedną warstwę od drugiej. Film – jako całość – hipnotyzuje, wciąga bezkrytycznie w swoją rzeczywistość. Nawet ci, którzy nie podzielają jego tez, przyznają mu status prawdziwego dzieła filmowej sztuki.

Dlaczego w latach 60-tych tak wielu Amerykanów uwierzyło w prawdziwość raportu komisji Warrena, którą teraz większość z nich (ponad 60%) kwestionuje? Otóż wydaje się, że dawało im to wówczas uspakajające i komfortujące poczucie zupełnej przypadkowości tragedii – ot, zrządzenie losu, akt działającego samotnie szaleńca. Trudno byłoby im zaakceptować teorię o maczaniu w tym palców przez instytucje, które z założenia mają pełnić funkcje ochronne społeczeństwa (CIA, FBI, Pentagon, policja…). Musiałoby to pociągnąć za sobą daleko idące konsekwencje: utratę poczucia bezpieczeństwa i – pośrednio – wzięcia winy na siebie. Tym sposobem zrodził się mit.

Czy Stone spodziewał się, że jego film spowoduje wznowienie śledztwa w sprawie zabójstwa prezydenta? Nie. Być może jednak doprowadzi do ujawnienia dokumentów CIA (zamrożonych do 2029 roku), gdyż ponad wszelką wątpliwość, tam doszukać się można odpowiedzi na większość z intrygujących pytań, na które do dziś nie ma odpowiedzi. Być może przyczyni się też do ukrócenia politycznej arogancji i i zwyrodnienia instytucji uzurpujących sobie pozycję ponad prawem, tłumaczących swe machinacje i knowania bliżej nieokreślonym „interesem państwa”. Historia wymaga, by poddawać ją nieustannej rewizji, gdyż „prologiem jest przyszłość” – jak twierdzi zamykający film napis.

„RUBY” (reż. John Mackenzie)

Jack Ruby strzela do Oswalda   ("Ruby")

Jack Ruby strzela do Oswalda („Ruby”)

O CZŁOWIEKU, KTÓRY ZABIŁ CZŁOWIEKA, KTÓRY ZABIŁ (?) KENNEDY’EGO

Któż teraz może twierdzić, że Hollywood nie ma żadnego wpływu na historię? Bo faktem mającym niewątpliwie znaczenie historyczne jest planowane ujawnienie tajnych akt FBI i CIA, dotyczących śledztwa w sprawie zabójstwa J. F. Kennedy’ego, zamrożonych początkowo do roku 2029. Ostatecznie decyzja należy do prezydenta, jednakże dyskusje wśród senatorów wskazują jednoznacznie, że do tego dojdzie.
Wszystko to za sprawą wrzawy i burzy kontrowersji wywołanych przez film Olivera Stone’a „JFK”, w którym sugeruje się, że tragiczne wydarzenia w Dallas reżyserowane mogły być przez CIA i mafię zasilaną kubańskimi antykomunistami. Lee Harvey Oswald był jedynie fanatyczny narzędziem, czy też wręcz rekwizytem i pionkiem wrobionym przez konspiracyjnych potentatów. Podejrzenia nie ominęły też policji w Dallas, FBI, a nawet Pentagonu. Wprawdzie sam słyszałem, jak polityczni luminarze nazywali Stone’a człowiekiem „chorym, paranoikiem, który wyrządza karygodną krzywdę amerykańskiemu społeczeństwu”. Jednakże, podczas gdy zaledwie parę miesięcy temu odrzucano decydowanie teorię spisku i konspiracji, to teraz – w obliczu ujawnienia akt – spuszcza się z tonu i przyznaje, iż rzeczywiście za Oswaldem mogli stać inni.

Tak więc echa fenomenu „JFK” jeszcze nie wybrzmiały, a oto na ekrany trafia „Ruby”, kolejny film nawiązujący do tego samego tematu. Tym razem zajmuje się Jackiem „Ruby” (właśc. Jacob Leon Rubenstein) – człowiekiem, który na oczach milionów telewidzów zastrzelił Oswalda. I to jest jedna z niewielu rzeczy, jakich możemy być pewni. Na temat motywów jakimi kierował się Ruby, można tylko spekulować – i tak też robi reżyser John Mackenzie.

Wiemy kim był Jack Ruby. Właścicielem dallaskiego baru ze streap-teasem jako główną atrakcją. Były żołnierz chicagowskich gangsterów, który popadłszy w niełaskę, musiał uciekać z Wietrznego Miasta. Drobiazgowe, bardziej lub mniej oficjalne śledztwa, przeprowadzane po zastrzeleniu Kennedy’ego i Oswalda, wykazały jego związki z FBI, CIA, policją oraz mafią, która próbowała zwerbować go do zamachu na Fidela Castro. Bardziej precyzyjne ustalenie tych powiązań okazało się jednak niemożliwe, wszystko więc pozostało w sferze hipotez i domysłów. Mimo to, można było oczekiwać od twórców zajęcia bardziej konkretnego stanowiska. Jednak ci wyraźnie starali się tego uniknąć, ograniczając się jedynie do sugestii i fragmentarycznej prezentacji labiryntu przypuszczeń.
Dlaczego Ruby strzelił do Oswalda? Hipoteza sentymentalna, według której był to heroiczny akt i manifestacja zranionego patriotyzmu, byłaby trudna do przełknięcia, nawet ujęta w hollywoodzkie standardy, który w sentymentalizm raczej nie boi się zapuszczać. Nie ma też żadnych dowodów na to, że był to mord zlecony, mający na celu zamknięcie Oswaldowi ust na wieczność. Filmowy Ruby, wciągnięty niemal przypadkowo i bezwiednie przez mafię, FBI, CIA w brudne konszachty, sam niejako czuje się winny za śmierć Kennedy’ego. Zabicie Oswalda ma więc być swoistym oczyszczeniem – próbą wydobycia na światło dzienne prawdy (!?)

Film nie nuży, prowadzony jest sprawnie, co w zatrzęsieniu różnych „śmieci” rzucanych na ekran w ramach kina masowej rozrywki jest niewątpliwym komplementem. To jednak, że wisi na nim cień giganta „JFK” – z którym, siłą rzeczy „Ruby” się wiąże – nie wydaje się działać na korzyść tego filmu.

„BUGSY” (reż. Barry Levinson)

Kobieta, adrenalina, siwy dym i testosteron - Annette Bening i Warren Beatty w filmie "Bugsy"

Kobieta, adrenalina, feromony, siwy dym, krew i testosteron – Annette Bening i Warren Beatty w filmie „Bugsy”

GANGSTER CZARUJĄCY

„Bugsy” jest triumfem tego, co jest istotą kina, czyli iluzji. To także dowód na to, że Hollywood nie może się obejść bez mitu i archetypu amerykańskiego bohatera. Kiedy wojna w Wietnamie zabiła klasyczny western, który jedynie z rzadka pojawiał się później na ekranach (a jeśli już się ukazywał, to w formie alternatywnej – antytezy gatunku, jak np. u Altmana czy Peckinpaha), to właśnie gangster pozostał, wypierając bardziej stereotypowego, archaicznego i niepotrzebnego już we współczesnej narodowej narracji amerykańskiej kowboja.
Od wielu lat, nie ma w kinach sezonu bez filmu gangsterskiego. Zainteresowanie „Alem Capone i innymi” nie wygasa, owocując niekiedy obrazami mającymi moc kulturowego fenomenu – tak, jak było to choćby w przypadku „Ojca chrzestnego” Coppoli.
Zaś inną już zupełnie sprawą jest przystawanie tych obrazów do rzeczywistości. Autentyczni gangsterzy to ponoć nudne, nadęte typy, których działalność niewiele ma wspólnego z atrakcyjnością i widowiskowością wyczynów ich celuloidowych odpowiedników. Filmom złym ewidentnie wytyka się to bezlitośnie, lecz tym, które są tak znakomite, jak „Bugsy”, bardzo łatwo się ową fantastyczność wybacza.
Bowiem kim w rzeczywistości był Benjamin „Bugsy” Siegel? Wiele wskazuje na to, że przede wszystkim psychopatycznym mordercą, neurotycznym pozerem i mitomanem owładniętym obsesją wybudowania w pustynnej Nevadzie przybytku seksu i mamony, erotomanem otaczającym się całym wianuszkiem kochanek… A jakiego spotykamy na ekranie? Króla życia, szastającego bez umiaru pieniędzmi i „zaliczającego” po kolei co bardziej atrakcyjne kobiety Hollywoodu, szarmanckiego dandysa zbrodni, wizjonera i romantyka z duszą artysty, legendarnego pomysłodawcę Las Vegas…

To, że ekranowy Bugsy jest dla widza postacią tak atrakcyjną, sprawił oczywiście Warren Beatty, który w roli tej jest rzeczywiście fantastyczny. W rzeczywistości jednak, nigdy nie wierzymy, że to prawdziwy, bezwzględny gangster – tyle w nim ujmującego czaru i chłopięcego wprost uroku. Wobec tego, nawet to jego okrucieństwo i bezwzględność, której często jesteśmy świadkami, wydaje się być czymś umownym, abstrakcyjnym, jakimś wymogiem scenariusza – choć rzeczywiście budzi niekiedy wstręt i przerażenie. Ale jest to paradoks, który przydaje jedynie filmowej uczcie smaków.
Właśnie – skoro mowa o smakach, to prawdziwą pikantnością nasącza film romans Bugsy’ego z Virginią Hill, atrakcyjną gwiazdeczką, która staje się nie tylko jego kochanką, ale i wspólniczką w interesach, a konkretnie w budowie kompleksu hotelowego i luksusowego kasyna, zwanego „Pink Flamingo”. W roli tej widzimy Annette Bening, będącą partnerką Beatty’ego również poza filmowym planem, obdarzając go nawet niedawno potomkiem (nota bene pierwszym dla mającego 55 lat aktora). Razem tworzą najbardziej oplotkowywaną parę w Hollywood dnia dzisiejszego. Może właśnie dlatego ani przez chwilę nie wątpimy w prawdziwość namiętności łączącej Virginię i Bugsy’ego. Ten związek elektryzuje i ową chemistry, jaka się między nimi wytwarza, odbieramy jako coś autentycznego i naturalnego, co jest – wbrew pozorom – zjawiskiem w kinie nie takim znów częstym. Ale… jakże mogło być inaczej, skoro Warren Beatty już od kilkudziesięciu lat jest synonimem hollywoodzkiego playboya, łamacza serc i podrywacza, ze swoim haremem, do którego przyjemność (przynajmniej do pewnego czasu) miały takie kobiety, jak np. (wymieniam tylko małą próbkę tych bardziej znanych): Madonna, Isabelle Adjani, Brigitte Bardot, Candice Bergen, Maria Callas, Cher, Julie Christie, Joan Collins, Catherine Deneuve, Faye Dunaway, Księżna Jugosławii Elżbieta, Jane Fonda, Melanie Griffith, Daryl Hannah, Goldie Hawn, Margaux Hemingway, Barbara Hershey, Diane Keaton, Jacqueline Kennedy Onassis, Vivien Leigh, Elle Macpherson, księżniczka Małgorzata, Linda McCartney, Joni Mitchell, Mary Tyler Moore, Michelle Phillips, Vanessa Redgrave, Diana Ross, Diane Sawyer, Carly Simon, Barbra Streisand, Liv Ullmann, Natalie Wood… i wiele, wiele innych, bardziej już niesławnych i anonimowych.

PS. I pomyśleć, że kiedyś dosłownie zderzyłem się z Warrenem Beatty w momencie, kiedy wychodził on z toalety w Beverly Hills Hotel – na szczęście nie poczułem żadnych unoszących się za nim feromonów, ani nawet zapachu kobiety, z którą – jak się później okazało – spożywał kolację w restauracji tego słynnego z hollywoodzkich schadzek hotelu.

.

Advertisements

Odpowiedzi: 20 to “„JFK”, „RUBY”, „BUGSY”… fakty i mity – kino amerykańskie mierzy się z narodową historią”

  1. Torlin Says:

    Z tych dwóch filmów widziałem tylko „JFK”, trzeba przyznać, że Amerykanie umieją zrobić dobre polityczne kino. Ja obok powyższego filmu stawiam jeszcze dwa: „Trzynaście dni” i „Wszyscy ludzie prezydenta”.

  2. Stanisław Błaszczyna Says:

    Tak, „Wszyscy ludzie prezydenta” – to już „żelazna” klasyka amerykańskiego kina politycznego.
    A „Trzynastu dni” nie znam – będę musiał nadrobić tę zaległość, bo sporo dobrego słyszałem o tym filmie… ale też i trochę złego (Zarzut?: bardziej to hollywoodzka rozrywka, niż rzetelna historyczna analiza. Ale czy można wymagać od kina bądź co bądź popularnego,jakichś głębszych, kompleksowych analiz?)

  3. Mariusz Says:

    Ja nie przepadam za kinem politycznym i Oliver Stone, który takie kino przeważnie realizuje, nie należy do moich ulubionych reżyserów. Ale „JFK” to w mojej opinii najlepszy (obok „Plutonu” rzecz jasna) film tego reżysera. Mimo tych ponad czterech godzin emisji (razem z reklamami, bo oglądałem w tv) to wciągnął mnie jak żaden inny, historia jest opowiedziana w taki sposób, że angażuje i prowokuje do myślenia. Do tego jeszcze ta obsada, nawet w epizodach pojawiają się znakomici aktorzy, którzy podwyższają rangę spektaklu. Wspomniany wyżej „Wszyscy ludzie prezydenta” mnie wynudził i nawet nie obejrzałem do końca.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Cóż, każdy ma swoje preferencje i czegoś innego oczekuje od kina.
      Ja kino polityczne lubię, (podobnie jak tzw. political thrillers). I uważam Olivera Stone’a za bardzo dobrego reżysera – według mnie, robi on swoje filmy z takim wielkim… natężeniem, które potem emanuje z ekranu i to się czuje (przynajmniej tak to działa w moim przypadku). Nawet „Natrural Born Killers” zrobili na mnie wielkie wrażenie, a byłem przekonany, że nie zniosę epatowania przemocą i sadystycznej rozwałki, jakiej się spodziewałem po tym filmie.
      Poza tym: „The Doors” – następny znakomity film Stone’a. Kiedyś bardzo miałem ochotę zrobić z nim wywiad (zetknąłem się z nim parę razy na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago), głównie z powodu tematu wietnamskiego jaki poruszał on w swoim filmach („Platoon”, „Born on the Fourth of July”), a który swego czasu bardzo mnie zajmował. Niestety, nic z tego nie wyszło.

      Swoją drogą ciekaw jestem dlaczego nie lubisz Stone’a (tym bardziej trudno mi to zrozumieć, że przecież wiesz, jakimi dobtymi filmami są „JFK”, czy „Pluton”)?

      Piszesz, że oglądałeś „JFK” w telewizji, a ponadto był on przerywany reklamami (mimo to, film Cię wciągnął). Żałuj Mariuszu, że nie widziałeś „JFK” w kinie, bo na wielkim ekranie robi on niesamowite wrażenie – już choćby samą edycją dźwięku, no i oczywiście zdjęciami oraz montażem. W sumie jestem skłonny uznać ten film za arcydzieło kina amerykańskiego – i to nie tylko politycznego.

      • Mariusz Says:

        Może nie do końca go nie lubię. Lubię za „JFK” i „Pluton”, ale jednak częściej jego filmy pozostawiały niedosyt (w tym także „Urodzeni mordercy”). „Doorsów” nie widziałem.

        • Simply Says:

          Ja Stone’a bardzo szanuję, strasznie szkoda, że od dłuższego czasu już tak nie zachwyca, mówiąc delikatnie. Najlepszym, najbardziej demaskatorskim i poznawczo bogatym amerykańskim thrillerem politycznym lat 2000′ jest dla mnie ,,Syriana” 2006′ – BTW a propos poprzedniego posta ( świat arabski vs zachód ). Tym filmem George Clooney, bez którego by rzecz nie powstała, przejął pałeczkę po Oliverze Stone’ie, przynajmniej jednorazowo.

          Filmowy styl Stone’a wspaniale się przez lata rozwinął. ,,Salvator” i ,,Pluton” to bardzo klasyczne, szlachetnie proste kino a la lata 50′, deklaratywne i żarliwe w przekazie, bardzo, że tak powiem, ,,ludzkie”. A potem się zaczęło…
          ,,Natural Born Killers” to dla mnie coś takiego, co mógłby nakręcić sam Diabeł ( ten z największym poczuciem humoru ), a potem Lucyfer – szef wytwórni Hell Pictures – zasiadł do montażu. To samo z soundtrackiem.
          Bardzo lubię też ,,U Turn”, gdzie Stone wykorzystał podobną estetykę obrazu, wynosząc neo noir na poziom zapierającego dech ćpuńskiego tripa. Po powrocie z Wietnamu Stone przez jakiś czas nie mógł się pozbierać i ostro leciał na dragach – jak się wziął do roboty to w mig odstawił, ale … jakaś wdrukowana instalka pozostała. I bardzo kreatywnie do tego sięgał.

          „JFK” do powtórki, sporo mi uleciało. ,,The Doors” rewelacja, Kilmer wokalnie momentami przykozaczył, aż miło ( koncertowe ,,Not to Touch to Earth” ! ) .

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Mariuszu,
          a czy mógłbyś wytłumaczyć dlaczego inne (oprócz „JFK” i „Plutonu”) filmy Stone’a pozostawiły w Tobie niedosyt? Chodzi ci bardziej o treść (temat) czy o formę (sposób prowadzenia filmu, czyli reżyserię)?
          A może to tylko taki subiektywne Twoje odczucie, nie domagające się racjonalnego wytłumaczenia?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Simply,
          moim zdaniem Stone osiągną swoją reżyserską perfekcję w „JFK”. Jego filmy o Wietnamie też są znakomite, ale tam bardziej napędzała go pasja i to, co tym filmem chciał on przekazać Amerykanom (przesłanie) – to był temat dla niego bardzo osobisty (jak dobrze wiesz, sam doświadczył traumy tej wojny, był jej weteranem).
          Od jakiegoś czasu jednak stał się twórcą… jak by to nazwać… bardziej niszowym, kameralnym, bardzo zaangażowanym politycznie – głównie w dokumentach (filmy o Chavezie, Castro, „nieopowiedzianej” historii amerykańskiej…) Mainstream filmotwórczy widzi w tym radykalizm, więc pewnie z tego powodu nie chce już dawać Stone’owi wielkich pieniędzy na superprodukcje typu „JFK”. Nie chcą ryzykować – nie tyle politycznie, co finansowo.

          Niedawno Stone zrobił taki średni film o handlarzach narkotyków („Savages”) – wg mnie nie taki znów zły, wciągający, ale niestety, moim zdaniem, nie dorastający do jego najwyższej formy i możliwości (ogólnie, sporo było kręcenia nosem z tego powodu).

          Z tego co wiem, to „U-Turn” miał tzw. „mixed reviews”. Ja się nie mogę na temat tego filmu wypowiadać, bo go nie widziałem.

          Nie wspomnieliśmy natomiast jeszcze o „Wall Street” – który był również świetnym filmem – i traktował akurat o bagienku amerykańskiej finansjery. Tak w ogóle to Stone’owi świetnie wychodzi to dokopywanie się do drugiego dna, docieranie do tego, co za kulisami, kwestionowanie i dokonywanie rewizji oficjalnej narracji politycznej i historycznej. A że przy tym ma doskonałe wyczucie dramaturgii – jest rasowym filmowcem-storytellerem – to nie dziwi, że potrafi zrobić świetne kino, które wciąga widza i to niekoniecznie tylko takiego, co ma artystowskie pretensje.

        • Mariusz Says:

          Zgadzam się z Simplym co do „Syriany”. Świetny film, jeden z najlepszych thrillerów politycznych ostatnich lat.
          Simply przypomniał mi jeszcze o filmie „U Turn”, który kiedyś oglądałem i pamiętam że mi się podobał. Polski tytuł to „Droga przez piekło”, co wskazuje że i ten film też mógł nakręcić diabeł :D

          Co do reszty filmografii Stone’a, skoro pytasz to będę szczery i powiem, że moja niechęć to tego twórcy spowodowana jest rozczarowaniem dwoma filmami. „Urodzeni mordercy” i „Aleksander” – to są jedyne filmy Stone’a, w których tematyka jak najbardziej mi odpowiadała, więc miałem duże oczekiwania. Moim zdaniem oba filmy są źle wyreżyserowane, nie ma w nich tej błyskotliwości jaka cechowała jego arcydzieła („JFK” i „Pluton”). „Natural Born Killers” chaotycznie i bez polotu łączy różne gatunki i style, przez co mimo ciekawej problematyki zupełnie nie wciąga a nawet zanudza (myślę że film byłby znacznie lepszy, gdyby reżyserował Tarantino, który napisał pierwszą wersję scenariusza, lecz Stone ją bezczelnie przerobił). Z „Aleksandrem” jest jeszcze gorzej, bo tutaj reżyser otrzymał gigantyczny budżet, który po prostu zmarnował. Jak na widowisko historyczne jest za mało widowiskowy, pełen drętwych przemówień, źle obsadzony, niespójny i flegmatyczny. Bliżej mu do nudnej lekcji historii niż udanego spektaklu historycznego.

          „Salwador” i „Wall Street” – do przypomnienia. Widziałem jeszcze „Męską grę” i „World Trade Center” – nie mam tu jednak racjonalnego wytłumaczenia, po prostu mi się nie podobały i nic na to nie poradzę.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Mariuszu,
          moje odczucia z „Natural Born Killers” są inne – mnie ten film wciągnął (co było dla mnie pewnym zaskoczeniem). Na pewno nie chciałbym, aby go zrobił Tarantino (do Tarantina przekonałem się trochę dopiero pod „Django” – choć „Reservoir Dogs” też uważam za dobry film). Nigdy nie podzielałem jednak zachwytu (masowego) nad „Pulp Fiction”, a tym bardziej nad „Kill Bill”.

          Zgoda co do „Aleksandra” – to był jednak niewypał – jedna z największych wpadek w historii kina. (Może właśnie ze względu na klęskę tego filmu, nie chciano już dawać Stone’owi więcej pieniędzy na jakieś większe projekty?)

  4. Tess Says:

    Bardzo ciekawy materiał, wart polecenia:

    Oliver Stone speaks about JFK and the untold history of America in this uncensored interview with Buzzsaw. Stone debunks the white lies and mythology of American history, and goes into the roots of the cold war and war on terror, and how they have been used to keep people oppressed from the former Soviet Union to the current American collapse. Obama and the willingness of presidents to play ball with warhawks is laid out cold in this talk with hosts Tyrel Ventura, and Stone’s own son, Sean.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Stone jest bardzo sugestywny, przekonywujący w tym, co mówi. Jest też człowiekiem pasji, zaangażowanym, bardzo inteligentnym… To wszsytko sprawia, że słucha się go z wielkim zainteresowaniem.
      I jednak warto poświęcić uwagę temu, co ma on do powiedzenie na temat Stanów Zjednoczonych, polityki tego kraju i amerykańskiej historii. Fakt, jego tezy są kontrowersyjne, nieszablonowe – i wcale nie takie „szalone” i oderwane od rzeczywistości, jak to zarzucają mu jego adwersarze. Stone po swojemu interpretuje świat – i moim zdaniem ma w tym co mówi wiele racji, a przynajmniej zmusza do myślenia i szukania prawdy poza stereotypem, przyzwyczajeniem, konformistyczną wygodą…

      Jego dokumantalna seria „The Untold History of The United States” jest dostępna w sieci:

      http://www.disclose.tv/action/viewvideo/115926/Oliver_Stone_explains_the_untold_history_of_America/

      Widzę, że największą oglądalnością cieszy się odcinek poświęcony bombie atomowej:

      Jak również temu, co wyrabiali politycy w Ameryce po ataku 9/11:

  5. ZeGaR Says:

    Bugsy Levinsona to naprawde świetny film. Beatty i Bening w doskonałej formie, a na deser Keitel i Kingsley. Inteligentny scenariusz z zaskakującymi momentami i pikantnym poczuciem humoru. Może to nie jest arcydzieło na miarę Ojca chrzestnego Coppoli ale pod względem reżyserii, scenariusza, aktorstwa czy strony wizualnej, to naprawdę nieprzeciętna robota. Szkoda że teraz jest już trochę zapomniany.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie wiem, czy w Polsce jest ten film zapomniany. A;e skoro tak piszesz, to pewnie jest to prawda.
      Czy na żadnym kanale się go nie przypomina?
      Jeśli tak, to szkoda, bo „Bugsy” to dobre kino (mimo wszystko) „rozrywkowe”.
      (Przynajmniej tak ten film pamiętam po… 23 latach! ;)

      • Simply Says:

        Mnie się średnio ,,Bugsy” podobał ,jakoś mi kompletnie z głowy wyleciał, a ja raczej filmy pamiętam. Jedynie te sceny awantur z Anette Benning jakoś mi zapadły ( akcja z popielniczką i gazetą ) W rankingu filmów gangsterskich u mnie stoi niziutko. Z resztą, co do samej postaci, to ja najbardziej lubię gangsterów- świrów i dzikusów, jak Tony Montana ( Al Pacino ) w ,,Scarface” , czy Dutch Schulz ( Tim Roth) w ,, Hoodlum” . Natomiast w kategorii gangster playboy dandys arbiter elegantiarum , moim bezdyskusyjnym faworytem jest Frank White ( Christopher Walken ) w mistrzowskim dziele Abla Ferrary ,, King of New York” 90′. Jak nie widziałeś, to gorąco polecam.

  6. dag_rom Says:

    Należy pamiętać, że film Olivera Stone’a nie jest lekcją historii! W czasie seansu trzeba zachować zdroworozsądkową czujność. Na pewno „JFK” nie wyjaśnia „prawdy”, ale – spełniając hollywoodzkie funkcje rozrywkowe – przedstawia niezmiernie frapującą alternatywę dla wniosków komisji Warrena (Oswald jako jedyny odpowiedzialny). Zachęca do zadawania pytań i samodzielnego zagłębiania się w historię Stanów Zjednoczonych (sam Stone zresztą podkreśla „Nie jestem historykiem” czy „Patrząc na historię, zawsze trzeba szukać wielu źródeł. Słynne cytaty, które słyszymy, mogły nigdy nie zostać wypowiedziane”). Skrajne oceny odbiorców i trwająca do dziś w Stanach debata wokół przesłania filmu podpowiadają, że… rany po narodowych traumach goją się bardzo, bardzo długo i niezmiernie łatwo je na nowo rozerwać. Na usta cisną się pewne porównania, ale sami ich dokonajcie, sami wyciągnijcie wnioski.

    Więcej w recenzji: „‚JFK’: fakty, bujdy, traumy i Oliver Stone”.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Bardzo dobry tekst. Film Stone’a to szczytowe osiągnięcie kina politycznego, ale rzeczywiście nie można na jego podstawie uczyć się historii, bo Stone właściwie operuje hipotezą i poszlakami, budując przy tym suspense i wciągając w tę grę widza. Na tym polega robienie dobrego kina.
      Myślę, ze warto przytoczyć jeszcze jeden fragment ten recenzji:

      Samotny strzelec czy grupa wynajętych przez establishment i mafię zamachowców? Fakty czy bujdy? Możliwy przebieg wydarzeń czy antyrządowa propaganda i manipulacja? Co sprzedaje nam Oliver Stone? Ten spór zapewne nigdy do końca nie zostanie rozstrzygnięty, a każdy z historyków, politologów, prawników, polityków i publicystów oraz zwykłych widzów będzie miał własne zdanie na ten temat. Niezależnie od tego czy „JFK” jest bliższy prawdzie czy fantazji, to zdecydowanie bardzo przekonująca wizja zamachu na 35. prezydenta USA, a także jeden z najsprawniej zrealizowanych filmów w historii kina. To Stone w szczytowej formie reżyserskiej. Choć od premiery minęło już ponad 20 lat (odbyła się 20 grudnia 1991 roku), ta produkcja nadal trzyma w napięciu, chwyta za gardło i nie pozwala oderwać od siebie wzroku.

  7. Akcja czytaj to, co dobre #1 - Oko na kulturę Says:

    […] na sam koniec wpis z Wizji Lokalnej, w którym znajdziecie zestawienie filmów, które nierozerwalnie wiążą się z amerykańską historią. Są to filmy, które zapisały się […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s