SUMIENIE ZACHODU

czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami raz jeszcze

Dyskusja pod wpisem „Bitwa nad Little Bighorn” przypomniała mi tekst jaki swego czasu napisałem, dotyczący stosunków Indian Ameryki Północnej z europejskimi kolonizatorami. Przytoczyłem go w poprzednim wpisie TUTAJ. Teraz chciałbym zamieścić jego drugą część, komplementarną wobec tamtego, zawierającą wypowiedzi samych Indian, wykaz przyczyn tamtego stanu rzeczy, jak również refleksje oraz wnioski, jakie wynikają ze sposobu, w jaki Europejczycy traktowali podrzędnych w ich mniemaniu ludzi na kolonizowanym przez siebie kontynencie. (Artykuł opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim”, 20 grudnia, 1996 r.)

 

Indianin

*

Indianie byli ludźmi myślącymi i czującymi – wbrew intencjom w postrzeganiu ich przez białych jako „dzikusów”. Tragiczny los w Ameryce uczynił z nich naród cierpiący. Chciałbym założyć, że mimo niewiarygodnego zniekształcenia obrazu Indian przez kulturę masową i media popularne, wiemy jak naprawdę wyglądały dzieje stosunków białych z tubylcami. Jeżeli się mylę, to wypada mi tylko tych, których ów problem zainteresuje, odesłać do książki Dee Browna „Bury My Heart at Wounded Knee, będącej pasjonująco napisaną historią Indian Ameryki Północnej. Z niej to właśnie pochodzą zacytowane poniżej autentyczne wypowiedzi rdzennych Amerykanów (tłumaczenie własne).

JESTEM GŁOSEM MOICH LUDZI…

„Gdzie są dzisiaj Indianie Pequot? Gdzie są Narragansett, Mohikanie, Pokanoket i wiele innych wielkich plemion naszego narodu? Zniknęły wskutek zachłanności, skąpstwa i opresji białego człowieka; zniknęły tak, jak znika śnieg od letniego słońca.
Czy możemy pozwolić, by zniszczono nas bez walki; opuścić nasze domy, nasz kraj dany nam przez Wielkiego Ducha? Porzucić groby naszych zmarłych i wszystko, co jest nam drogie i święte? Będziemy krzyczeć: nigdy! nigdy!”

Tecumseh z plemienia Shawnee

„Nie chcieliśmy wyrządzić białemu człowiekowi krzywdy, nigdy nie mieliśmy takiego zamiaru… Chcieliśmy być przyjaciółmi białego człowieka… Bizonów ubywa coraz szybciej. Antylop, których kilka lat temu było wiele, teraz jest bardzo mało. Kiedy te zwierzęta wyginą, będziemy głodni i przyjdziemy do fortu. Wasi młodzi ludzie nie powinni do nas strzelać, a jednak, kiedy nas widzą, strzelają, a my strzelamy do nich.”

Tankahaska

„Jestem tylko jednym człowiekiem, ale jestem głosem wielu moich ludzi. Mówię to, co jest w ich sercach. Nie chcę więcej wojny. Chcę być człowiekiem. Odmówiliście nam praw, jakie mają biali ludzie. Moja skóra jest czerwona, moje serce jest takie samo jak serce białego człowieka, ale jestem Modokiem. Nie boję się umrzeć. Nie dam się rzucić na skały. Kiedy będę umierał, moi wrogowie będą pode mną. Wasi ludzie napadli nas, kiedy spaliśmy nad Zagubioną Rzeką. Przypędziliście nas do tych skał jak zranione sarny…”

Kintpush z plemienia Modok

„Słyszałem, że chcecie nas umieścić w rezerwacie blisko gór. Nie chcę się tam osiedlać. Kocham wędrówkę po prerii. Tutaj czuję się wolny i szczęśliwy. Kiedy się osiedlamy, robimy się bladzi i umieramy. Położyłem obok siebie lancę, łuk i tarczę, a mimo to czuję się bezpieczny w waszej obecności. Powiedziałem wam prawdę. Niczego nie ukrywam, ale nie wiem, jak jest naprawdę z komisarzami. Czy są tak samo otwarci, jak ja? Dawno temu ta ziemia należała do naszych ojców, ale kiedy podchodzę do rzeki, widzę żołnierskie obozy na jej brzegach. Żołnierze ścinają nasze drzewa, zabijają nasze bizony i kiedy to widzę, serce mi pęka. Jest mi przykro… Czy biały człowiek stał się dzieckiem, by bezmyślnie zabijać i nie jeść? Kiedy czerwoni ludzie polują na zwierzynę, robią to tylko po to, by nie głodować.”

Satanta, wódz plemienia Kiowa

Red Cloud Czerwona Chmura

Red Cloud

„Biali opowiadają tylko jedną stronę. Opowiadają to, co ich zadowala, co jest im bardziej wygodne. Opowiadają, a większość z tego nie jest prawdą. Tylko najlepsze swoje uczynki, tylko najgorsze uczynki Indian – to mówi biały człowiek.”

Żółty Wilk z plemienia Nez Perces

„Kiedy ludzie chcą zabić bydło, gnają go dotąd, aż zapędzą do zagrody i wtedy je zarzynają. Tak było z nami… Moje dzieci zostały wytępione, moi bracia zabici…”

Stojący Niedźwiedź z plemienia Ponca

„Powiedziałem oficerowi, że to jest bardzo zły interes – że to bardzo złe, by komisarz wydał taki rozkaz. Mówiłem, że to bardzo źle, że nie powinniśmy walczyć, ponieważ jesteśmy braćmi, ale oficer powiedział, że to bez różnicy; że Amerykanie będą walczyć nawet gdyby narodzili się z jednej matki.”

Nicoagat z plemienia Ute

„Nie było dla nas nadziei na ziemi i wydawało się, że Bóg o nas zapomniał. Niektórzy mówili, że widzieli Syna Bożego, inni go nie widzieli. Jeśli by przyszedł, uczyniłby wielkie rzeczy, tak jak to robił przedtem. Wątpiliśmy w to, ponieważ nie widzieliśmy ani Jego, ani Jego uczynków. Ludzie nic nie wiedzieli, o nic już nie dbali, ale garnęli się do nadziei. Krzyczeli do Niego, jak szaleni – o Łaskę. Chwycili się obietnicy, którą, jak im powiedziano, On poczynił.”

Czerwona Chmura, wódz plemienia Oglala (Lakota)

„Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wiele się skończyło. Kiedy patrzę teraz w przeszłość z tego wysokiego wzgórza mojej starości, ciągle widzę zmasakrowane kobiety i dzieci, leżące jedne na drugich, albo rozrzucone nad krętym wąwozem. Widzę tak jasno, jak widziały to moje młode oczy. I widzę, że coś jeszcze umarło wtedy, w krwawym błocie i zostało pogrzebane przez śnieżną zamieć. Umarło tam ludzkie marzenie. A było to piękne marzenie… Pień narodu został złamany i porozrzucany. Nie ma już rdzenia, a święte drzewo jest martwe.”

Czarny Jeleń (o masakrze pod Wounded Knee)

BIAŁA RASA PANÓW (O KRÓTKIEJ PAMIĘCI)

Chciałbym teraz powrócić do wydanej niedawno, 5-cio tomowej pracy zbiorowej naukowców uniwersytetów polskich i amerykańskich, a mianowicie do „Historii Stanów Zjednoczonych”, z której zaczerpnąłem większość informacji pisząc poprzedni tekst („Cywilizowani i ‚dzicy'”).
Rozdział o Indianach i Europejczykach w brytyjskiej Ameryce Północnej. Część ta poprzedzona jest rozdziałem o systemie niewolniczych brytyjskich kolonii, napisanym przez Irminę Wawrzyczek. Połączenie to nie jest oczywiście przypadkowe. Bowiem zarówno losy Indian, jak i Murzynów, miały w tamtym czasie pewne analogie, a główna wynikała z poczucia przez Europejczyków kulturowo-cywilizacyjnej wyższości, które to (samozwańcze) wywyższenie determinowało i usprawiedliwiało w oczach białych ich hegemonistyczną politykę wobec czarno- i czerwono-skórych ludzi, co oznaczało także wyzysk ekonomiczny tychże (niewolnictwo), jak również zawłaszczanie prawem pięści i kaduka indiańskiej ziemi.
Kiedy czytałem te rozdziały, uświadomiłem sobie po raz kolejny pewną dwoistość, a nawet troistość podejścia reprezentantów współczesnego Zachodu do tamtych faktów, które – jak by się wydawało – miały miejsce w zamierzchłej przeszłości, przez co ów dystans epokowy mógłby ewentualnie usprawiedliwiać dzisiejsze zobojętnienie i umywanie rąk w przeświadczeniu, że to nie nasz problem, nie nasza wina, nie nasze czasy, a nawet nie nasi przodkowie.
A jednak, jeśli tylko popatrzymy na niewolnictwo i eksterminację Indian poprzez pryzmat kryteriów bardziej uniwersalnych – np. z etycznego punktu widzenia człowieka identyfikującego się z cywilizacją chrześcijańską (którą, bądź co bądź, jest cywilizacja zachodnia) i jej dziedzictwem – to nie sposób jest uniknąć pewnych refleksji i wniosków.

NIEUCHRONNOŚĆ, ZADOŚĆUCZYNIENIE I PRZEMILCZANIE

Na czym więc polega troistość podejścia do problemu rdzennych Amerykanów, czyli Indian?

Po pierwsze: uznanie nieuchronności europejskiej ekspansji kulturowo-terytorialnej w czasach kolonialnych, i później, w dobie kształtowania się młodego, niepodległego już państwa amerykańskiego, czyli Stanów Zjednoczonych.

Po drugie: próba zadośćuczynienia niewątpliwej krzywdzie moralnej jakiej doznali wskutek ekspansji białych Indianie, które to zadośćuczynienie objawia się do dzisiaj w różnych formach. Na przykład, poprzez uromantycznianie i idealizowanie kultury indiańskiej (począwszy od pierwszych opisów XVII-wiecznych, poprzez książki J. F. Coopera i Karola Maya, po filmy hollywoodzkie, wśród których sztandarowym przykładem takiego mitologizującego uromantyczniania jest dość świeży jeszcze, celuloidowy fresk pop-kulturowy Kevina Costnera „Tańczący z wilkami”, albo też, nie mniej popularna, disneyowska fantazja animowana „Pocahontas”nota bene oba przypadki są równie dziecinne, acz szlachetne w swoich intencjach.
Pomijam tu gesty i politykę – dawną i dzisiejszą – rządu federalnego wobec rdzennych Amerykanów, gdyż to osobny, a zarazem rozległy, temat. Z podobnych względów, nie rozwijam nawet wątku o czysto komercyjnej eksploatacji indiańskiej legendy w turystyce na terenie całej Ameryki, która to (często wręcz bezczelna) eksploatacja, więcej ma moim zdaniem wspólnego z tandetnym i płytkim kiczem, niźli z autentyczną eksploracją i próbą zachowania ocalałych jeszcze elementów indiańskiej kultury.

I wreszcie po trzecie: ignorowanie, milczenie i obojętność przejawiana nawet w środowiskach badaczy historycznych tamtej epoki.

PRZEDAWNIENIE I SUMIENIE

Czy można mówić o czymś takim jak chrześcijańskie sumienie cywilizacji Zachodu? Jak by nie było, cywilizacja ta uznawana jest za cywilizację chrześcijańską. Ale czy taką jest naprawdę, czy tylko nominalnie? I czy ma sumienie? Jeśli tak, to czy nie jest ono tylko udziałem tych nielicznych – ludzi myślących i czujących, bardziej uwrażliwionych etycznie, świadomych pewnej cywilizacyjnej ciągłości i ewolucji kulturowej Zachodu? Tej garstki „sprawiedliwych”?

Indianka z plemienia Hupa (fot. E.S. Curtis)

Indianka z plemienia Hupa (fot. E.S. Curtis)

A cała reszta? Jest obojętna, albo owe szczątki obecnego w niej chrześcijańskiego sumienia tłumi, skwapliwie unikając wyciągania pewnych wniosków z zachowania się swych braci „chrześcijan” w przeszłości, które to zachowania stały w jaskrawej sprzeczności z tzw. duchem chrześcijaństwa. Dlatego też są wypierane. Wniosków, które skądinąd mogą wydać się banalne (ewolucjoniście, pragmatykowi, cynikowi, realiście…?), iż w rzeczywistym świecie, w sytuacji konfliktowej i konfrontacyjnej, wygrywa ten, kto jest silniejszy, bardziej agresywny, ekspansywny. Wygrywa to, co jest skuteczniejsze (a skuteczność może być pochodną różnorodnych zachowań, wśród których nie brakuje często podstępu, zdrady, fałszu, przebiegłości….). Bezsilna jest wtedy racja, nie liczy się prawo, wyparowuje gdzieś sprawiedliwość, okazując się często wydrwioną mrzonką.
Ten przyrodniczo-ewolucyjno-historiozoficzny amoralizm nie nadaje się więc za bardzo do oficjalnych anonsów, toteż podobnych stwierdzeń explicite raczej się unika. Są one bowiem jakby ustawione pod włos naszego ludzkiego wyczucia kultury i respektu dla niej, burząc przy tym budowany przez nas system etyczny, bez którego jednak trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie jakiegokolwiek społeczeństwa.
Bardzo ciekawym zjawiskiem w tym wszystkim jest fakt, że nawet ci historycy, którzy uznają niesprawiedliwość, a nawet nikczemność praktyki niewolnictwa czy tępienia Indian na kontynencie amerykańskim w czasach kolonialnych i później, podczas ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych, starają się usprawiedliwiać tamtą epokę i jej ludzi, pisząc o specyfice ówczesnej mentalności, przeróżnych uwarunkowaniach społecznych i dziejowych, którym musiano się wtedy podporządkować. Przytaczany jest do znudzenia argument (podobnie jak w przypadku Inkwizycji i wypraw krzyżowych), że nie można dzisiejszych miarek przykładać do tamtej rzeczywistości – inny jest już bowiem sposób myślenia obecnie, a inny był wówczas. Po prostu: inne były czasy.
Lecz można się jednak zapytać naiwnie: dlaczego? Od kiedy zabicie tubylca przestawało być usprawiedliwione dziejowo, a stawało się zbrodnią? Od 1784 roku, a może od 1864? I jeśli ktoś uważał się za chrześcijanina (a lwia część kolonistów i tych, którzy dokonywali podbojów, uważała się za chrześcijan), to czy w ich czasach nauki Chrystusa były inne? Czyżby zmieniły się w międzyczasie zapisy na Mojżeszowych Kamiennych Tablicach? Jakie są więc przesłanki, by usprawiedliwiać nikczemności i zbrodnie, jakich ci ludzie wówczas się dopuszczali? A może nie były to żadne nikczemności i zbrodnie – tylko znak czasu?

RELATYWIZM – DIALEKTYKA I LAWIROWANIE

A propos prób usprawiedliwiania zachowań realiami epoki. Zwróćmy uwagę na to, co pisze Irmina Wawrzyczek: „Stosując język dwudziestowiecznych praw człowieka, kolonialnej kultury anglo-amerykańskiej nie można nazwać inaczej, jak wyzyskiem, tyranią, okrucieństwem, segregacją i dyskryminację. Takie podejście prowadziłoby jednak do zniekształcenia obrazu życia w systemie niewolniczym, widzianego oczami ówczesnych ludzi. Właściwy obraz może natomiast przybliżyć znajomość struktur siedemnasto- i osiemnastowiecznego społeczeństwa hierarchicznego i panujące w tych strukturach relacje międzyludzkie. Otóż ustrój społeczeństwa hierarchicznego nie zakładał równości między ludźmi, ponieważ – według słów bostońskiego kupca Johna Saffina, wypowiedzianych w 1701 roku – Bóg stworzył ‚niektórych maluczkimi i pogardzanymi; niektórych monarchami, królami, książętami, gubernatorami, panami i rozkazodawcami; innych, by byli poddanymi i by im rozkazywano’. Jeszcze innych przeznaczył, ‚by urodzili się niewolnikami i pozostali nimi do końca życia'”.
Dalej Wawrzyczek pisze: „Wprowadzenie Murzynów do tak pojmowanego porządku społecznego nie było więc sprzeczne ze światopoglądem kolonistów. Skuteczność niewolnictwa zadecydowała o jego prymacie wśród systemów pracy. Wiara w hierarchię społeczną, podbudowaną rasizmem, ułatwiła bezkolizyjne wprowadzenie niewolników do systemu kultury. Już jako trwały jej element, niewolnictwo przedłużało siłę i żywotność tradycyjnego porządku społecznego.”

Według mnie, przyjęcie tej optyki może prowadzić do jeszcze jednego – nieuchronnego jak się wydaje – wniosku: nasze oceny moralne są uwarunkowane kulturowo-historycznym momentem, zależą od usytuowania w dziejach.
Tak więc: relatywizm. Dodajmy: relatywizm moralny. Etyka, jako nauka, również podlega zmianom i ewolucji. W takim razie, czy dodatkowo nie wynika stąd jeszcze jeden wniosek o znaczeniu kapitalnym: że nie ma w naszej realności „stosowanej” czegoś takiego, jak wartości absolutne, czyste, bezwzględne?
Nic więc dziwnego, że człowiek chcący zawsze czuć grunt pod nogami, chciał się przed takową dialektyką i relatywizacją bronić, przywodząc w sukurs dogmaty, czy też, bardzo często, wzbraniając sobie i innym swobodnego myślenia, a tym samym wyciągania (oczywistych?) wniosków i wyrażania ich wprost. Nigdy jednak nie było to skuteczne.
Jeśli więc ktoś chce usprawiedliwiać pewne błędy Kościoła (a przecież nawet sam Jan Paweł II zalecił wspaniałomyślnie zrobienie rachunku sumienia kierowanemu przez siebie Kościołowi), uwarunkowaniami historycznymi i osadzeniem w specyfice epoki, to powinien wiedzieć, że poświadcza tym samym moralny relatywizm. A to jakoby miała być główna przewina Jakobinów i odium Wielkiej Rewolucji Francuskiej, od której ponoć datuje się inicjacja piekła nowożytnego relatywizmu.

ZYSK USPRAWIEDLIWIA WSZYSTKO?

Powiedzmy więc sobie otwarcie: pragmatyzm, życiowa praktyka, chęć zysku, chciwość, walka o przetrwanie, powszechny interes społeczny, gwarancja dobrobytu dla uprzywilejowanych, maksymalizacja wyzysku siły roboczej, ekonomia i przemysł – to wszystko w różnych proporcjach, determinowało stosunek białych do Murzynów i Indian, usprawiedliwiając system, (a przynajmniej okazywało się w ostatecznym rozrachunku decydujące).
Ponadto, korzyści płynące z niewolnictwa i eliminowania Indian, skutecznie zagłuszały chrześcijańskie sumienie, zarówno plantatorów z Południa, jak i tych bardziej scentralizowanych mieszkańców Nowej Anglii i innych kolonii Północy. Zresztą, koloniści ci, jak łatwo się domyśleć, potrafili świetnie wyćwiczyć się w ekwilibrystyce interpretacji Pisma Świętego, nawet tam znajdując (podobnie jak w Biblii), usprawiedliwienie dla swojej postawy. Pamiętajmy przy tym, że Północ i Południe były religijnie gorliwe, więc owo chrześcijańskie sumienie było (a raczej powinno być) tam obecne.
Nastąpiła więc szczególna relatywizacje norm kulturowych, co – jak by nie patrzeć – prowadziło do dominacji jednych ludzi kosztem degradacji i dehumanizacji drugich.
Dlaczego nie możemy teraz w ten sposób o tym mówić? Jeśli nie możemy – jak pisze Wawrzyczek – stosować naszego obecnego języka praw człowieka, które uznaliśmy za słuszne (bo posługując się nim nie zrozumiemy tamtych „realiów”), to jakim językiem mamy się posługiwać? Siedemnastowiecznym? Osiemnastowiecznym? Przecież – siłą rzeczy – patrzymy na świat i historię z naszej współczesnej perspektywy, mając taką świadomość a nie inną, respektując takie, a nie inne, normy etyczne… Czy mamy to wszystko zignorować i o wszystkim zapomnieć? Na jakiej więc podstawie możemy oprzeć nasze interpretacje, sądy i oceny, skoro sami tej podstawy się pozbywamy, odrzucając perspektywę punktu, w którym – dzięki rozwojowi i ewolucji naszej cywilizacji – teraz się znaleźliśmy?

CZY MOŻNA BYŁO INACZEJ?

Moim zdaniem można. Zawsze można inaczej, wbrew deterministycznemu poglądowi, że wisi nad nami jakieś niedające się uniknąć fatum. Bez wiary w to, że mamy zdolność dokonywania wyborów i że od naszej woli zależeć może bieg wydarzeń, wszelka nasza działalność staje się podobna do podrygów poruszanych przez deterministyczne sznurki bezwolnych marionetek. Ponadto, gdyby tak było, wszystkie nasze systemy etyczne przestałyby mieć jakikolwiek sens (bo skoro nie dysponujemy wolną wolą, to nie jesteśmy w stanie dokonać wyboru między dobrem a złem, a nasze systemy moralne są bezużyteczne).
Jeśli chodzi o stosunki z Indianami, to przykłady w Pensylwanii i Georgii (głównie za sprawą kwakrów) udowadniają, że możliwa była jednak pokojowa koegzystencja Indian i białych. Wystarczyło szanować ich godność, dotrzymywać umów i taktować ich jak bliźnich, a nie jak zawadzające okazy tubylczej fauny. Można było zgodzić się co do podziału ziemi i żyć w dobrosąsiedzkich stosunkach, nie wyrzynają się nawzajem.
Wierzę w to, że zarówno z Indianami, jak i Murzynami można było postępować inaczej i nie plamić sobie (rzekomo?) chrześcijańskiej duszy. Można było podążyć inną drogą, nie rezygnując przy tym z cywilizacyjnego postępu, a nawet ekspansji, której (najprawdopodobniej) nie można było powstrzymać.
Śmiem twierdzić (jakkolwiek naiwnie by to nie zabrzmiało) że – przy całym respekcie dla praw ekonomii i trzeźwych prawideł społecznego rozwoju – nie można pozwalać, by jakiekolwiek reguły, systemy i ideologie stawały się ważniejsze od samego człowieka, zaczynając dominować nad jego życiem, godnością, sprawiedliwością i wolnością. (A do czego prowadzi postępowanie przeciwne, pokazały nie tak dawno przypadki europejskich totalitaryzmów, które obróciły w ruinę pół Europy i pozbawiły życia milionów ludzi).
Wydaje mi się, że poszanowanie człowieczeństwa – w innych i w nas samych – winno być naszym najważniejszym humanistycznym imperatywem, kształtującym i definiującym ludzką cywilizację. Dopóki tego nie osiągniemy, dopóty staczać się będziemy co jakiś czas w otchłań wojennego zamętu, wyzysku, nędzy, zbrodni, ludobójstwa i szaleństwa zachłannej „pańskiej” chełpliwości w rodzaju „dzisiaj należą do nas Niemcy, a jutro cały świat!”
Przesadzam? Oby…

greydot

obóz indiański

 

Powiązane artykuły: „Cywilizowani i Dzicy, czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami” i „Indiański Holocaust”.

*

Reklamy

komentarzy 47 to “SUMIENIE ZACHODU”

  1. Kasia Says:

    Nie przesadzasz. Przyszli biali nie na swoje a zachowywali sie jakby bylo na odwrot. Tak prosto i lopatplogicznie..

    • Logos Amicus Says:

      Niejaki pan Bell, sprawozdawca komitetu do spraw indiańskich w Kongresie amerykańskim, mówił w 1830 roku:

      „Zwyczaj kupowania od Indian ich tytułów własności jest więc tylko nowym sposobem nabywania, w którym humanitaryzm i interes (humanity and expediency) zastąpiły przemoc, a który także powinien nas doprowadzić do zawładnięcia ziemiami, jakich domagamy się z racji ich odkrycia i jakie zapewnia nam zresztą prawo przysługujące narodom cywilizowanym do osiedlenia się na obszarach zajmowanych przez dzikie plemiona.”

  2. Slawrys Says:

    … Nie przesadzasz! niestety podziały społeczne istnieją wszędzie i zawsze przyda się „niewolnik-tania siła robocza” … chrześcijaństwo zawsze służyło tylko i wyłącznie rozgrzeszeniu na potrzeby chwili … częste tłumaczenie: człowiek to istota grzeszna itp itd … papiestwo przez kilka wieków sankcjonowało niewolnictwo jako zgodne z „naukami kościelnymi”, więc pewnie wszystko tak jak zawsze rozbija się o propagandę i sumienie!

    • Logos Amicus Says:

      Jeżeli chrześcijaństwo „służyło tylko i wyłącznie rozgrzeszeniu na potrzeby chwili” to wg mnie było pseudo-chrześcijaństwem. Nie zawsze jednak, nie wszędzie i nie wszyscy chrześcijanie tak czynili.
      Tp prawda, dla wielu ludzi Kościoła (wliczając w to papieży) tzw. „chrześcijaństwo” było tylko przykrywką do sprawowania władzy i zagarniania bogactwa. Z naukami Chrystusa nic to nie miało wspólnego – często będąc ich zaprzeczeniem.
      Ja jednak nie wykorzystywałbym tego do ataku na Kościół dzisiejszy en bloc – jak to się dość powszechnie czyni. A tym bardziej na prawdziwe zasady i wartości chrześcijańskie.

  3. Simply Says:

    Chyba chciałeś powiedziec ,, Przesadzam? Oby nie…” bo tak, to wygląda, jakbyś sam deprecjonował sens własnych wywodów.

  4. czara Says:

    Piękny wpis, pełen humanizmu. Mam wrażenie, że bardzo nam dzisiaj potrzebne są takie słowa. Coś się dzieje z ludźmi, może to kryzys, zamykamy się na innych, coraz więcej pogardy, ostrych podziałów. Mury rosną rosną rosną. Przesadzam? Oby…

    • Logos Amicus Says:

      Nie przesadzasz.
      Ludźmi chyba musi coś potrząsnąć, aby uświadomili sobie to, co jest naprawdę wartościowe w życiu.
      Coraz częściej mam wrażenie, że robię się jakimś człowiekiem starej daty, bo nie bawi mnie współczesny cynizm, pozerstwo, egoizm, pogarda dla wszelkich autorytetów, zachwyt nad bzdetem i nurzanie się w pierdołach…
      A pisząc o humanizmie, dobroci, szlachetności… można się dzisiaj tylko (w niektórych oczach) ośmieszyć.
      Już nie mówiąc o tym, że to nie jest absolutnie „cool”, ani „sexy” ;)

      • czara Says:

        Wiesz Logosie, rożni nas wiele i różnimy się w wielu punktach, w ocenach pewnych współczesnych zjawisk, w gustach itd. Co ciekawe jednak, akurat tu Twoją diagnozę w pełni podzielam. I choć normalnie taka zgoda jest raczej pozytywna, jakoś wcale mnie to w tym kontekście nie podbudowuje…
        Ale to może dlatego, że ludzie tak „cool” i „sexy” z natury jak my, mogą sobie pozwolić na mówienie o wszystkim co niemodne i „śmieszne” ;)

        • Logos Amicus Says:

          Ja myślę jednak, że – oprócz tego, że oboje jesteśmy „cool” & „sexy” ;) ) – to tak bardzo się od siebie wzajem nie różnimy (jeśli chodzi np. o nasz odbiór ludzi i świata), tyle że zdarza się nam patrzeć na pewne rzeczy z różnych punktów widzenia.

  5. roman Says:

    Charles C. Mann w swojej książce „1491 Ameryka przed Kolumbem” przedstawia wyniki badań archeologicznych ostatnich dziesięcioleci. Wnioski są zaskakujące. W chwili przybycia Kolumba na Hispaniolę w Amerykach żyło więcej ludzi niż w Europie; największe, blisko milionowe miasto Tenochtitlan miało sprawne wodociągi, ogrody botaniczne i nieskazitelnie czyste ulice – czym nie mogła się poszczycić żadna ze stolic Starego Świata; indiańscy rolnicy wyhodowali kukurydzę ze zwykłego chwastu i potrafili prowadzić uprawy w tropikalnej dżungli bez jej niszczenia (sztuka dziś nieosiągalna); matematyka, astronomia i pismo były w Mezoameryce rozwinięte nie gorzej niż u Sumerów. Nowy Świat nie był ostoją pierwotnej przyrody ani pustkowiem, ale w znacznej mierze krajem przeobrażonym przez człowieka.

    • Logos Amicus Says:

      Tak, ale dotyczy to właściwie niektórych rejonów Ameryki Środkowej i Południowej. W Ameryce Północnej, na której tutaj się skupiamy, istniała jednak przepaść cywilizacyjna – technologiczna i organizacyjna – między rdzennymi mieszkańcami a europejskimi kolonizatorami. Kontynent ten był mało przeobrażony przez człowieka i ogromnej większości były to jednak pustkowia.

  6. konsul Says:

    Kolonizatorami Ameryki byli Europejczycy różnych narodowości, różnych stanów społecznych, ludzie szukający „szczęścia” za wielką wodą. Eksterminacja Indian nie była z góry zaplanowana. Niektórzy szukali tylko bogactw i robili wszystko, aby je zdobyć, inni z kolei szukali ziemi do osiedlenia się i nowego życia. XIX wieczny naród amerykański jeśli ktoś chce go tak nazwać, wyniszczył pozostałe plemiona Indian z powodu ekspansji osadniczej a garstki pozostałych umieszczono w rezerwatach.
    Przepaść technologiczna i kulturowa była ogromna, więc naturalną siłą rzeczy było, iż rdzenne kultury upadną lub dostosują swoje kultury do silniejszych. Rdzenne kultury upadły, ale nie znaczy to, że Indianie zniknęli. W Ameryce południowej i środkowej zmieszali się z osadnikami i powstały różne hybrydy jednak bazujące na doświadczeniach nauki i techniki globalnej. Można byłoby je ogólnie nazwać latynoamerykańskimi.

    • Logos Amicus Says:

      Eksterminacja Indian nie była z góry zaplanowana, ale jednak zaplanowana była kolonizacja kontynentu – przez co oba te pojęcia – w praktyce – stały się jakby tożsame.
      To prawda, losy tubylców poszczególnych Ameryk były różne. Rdzenni Amerykanie na terenie Ameryki Północnej wyginęli niemal doszczętnie, a ci, którzy się uchowali, zostali przez potężne społeczeństwo amerykańskie wchłonięci, niewiele wszak znacząc pod względem politycznym. W Ameryce Południowej czy Centralnej, w ostatnim czasie potomkowie rdzennych mieszkańców, sięgają nawet po władze, w wielu państwach tego rejonu stanowiąc trzon społeczeństwa.

  7. ironside Says:

    Proponuję dla porównania poczytać sobie artykuł o bitwie nad Washita w Wikipedii anglojęzycznej. Nie ma tam żadnych bzdur o „pokojowo nastrojonych” (pisownia oryginalna) Indianach i „krwawej masakrze”, za którą nikt „nie został osądzony” – jak to jest np w artykuliku w polskiej wiki o Washicie będącym typowym przykładem tendencji do upraszczania skomplikowanej rzeczywistości Zachodu. Oczywiście upraszczania na zasadzie „ci wspaniali Indianie” i ci okrutni biali”.

    Nad Washita 7 pułk zaatakował wielki obóz Szejenów, którzy byli na wojennej ścieżce; od kilku tygodni palili farmy i mordowali białych. Celem ataku było nie tylko spacyfikowanie Indian, ale również odbicie przetrzymywanych przez nich jeńców. Przed atakiem Custer kazał w miarę możliwości oszczędzać kobiety i dzieci. Duża liczba poległych indiańskich „cywilów” nie wynikała z celowego działania żołnierzy, ale z chaosu bitwy. Poza tym wiele kobiet brało udział w walce. Opis tego wydarzenia w polskiej wiki kończy się jeszcze rzewnym opisem mordowania indiańskich koni. Owszem, Custer rozkazał zabić konie. To był jedyny sposób zagwarantowania, że nie wrócą one w ręce Szejenów – gdyby wojsko je po prostu popędziło z sobą, Indianie zapewne z łatwością by je odzyskali, byli wszak specjalistami w kradzieżach koni.

    • Logos Amicus Says:

      Różnie to było. Wydaje mi się, że rozumiem powody, dla których (np. w Polsce) niektórzy Indian idealizują – są oni bowiem ludem bez wątpienia najbardziej pokrzywdzonym i przechodzili gehennę w swoim własnym kraju. Wynika to też ze zwykłego ludzkiego współczucia.
      A to, że i wśród Indian byli okrutnicy, że mordowali oni kolonistów – a i czasami zwalczali wrogie sobie plemiona – to jest chyba oczywiste. Jednak, jakby na to nie patrzeć, to biali osadnicy byli najeźdźcami, a więc agresorami. I to właśnie, moim zdaniem, ustawia perspektywę etyczną, z jakiej winno się patrzeć na tamte tragiczne wydarzenia.

      PS. Tłumaczenie – a raczej usprawiedliwienie tego – że Custer rozkazał zabić konie, zupełnie mnie nie przekonuje.

  8. Onibe Says:

    czasami żałuję, że to nie Indianie wynaleźli proch. Biali mieliby z nimi ciężki orzech do zgryzienia, gdyby nie względna prostota ich eksterminacji. Lekcja z historii: silni nigdy nie miewali litości wobec słabych. Słabość zdaje się wyzwalać dodatkowe pokłady okrucieństwa. Może dlatego, że słabych jest w stanie ujarzmić nawet rynsztok (o którym pisaliśmy wcześniej). A rynsztok nie wybacza.

    • Logos Amicus Says:

      „Słabość zdaje się wyzwalać dodatkowe pokłady okrucieństwa.”

      Może właściwiej jednak byłoby napisać: „siła zdaje się wyzwalać dodatkowe pokłady okrucieństwa.” ;) Bo to jest jednak takie odwracanie kota ogonem – że niby wszystkiemu winni są słabi ;)

      Poza tym, nie utożsamiałbym siły militarnej z siłą kulturową (choć rzeczywiście, zwłaszcza w przeszłości, te dwie domeny się ze sobą zwykle pokrywały).

      Ale myślę, że wiem o co Ci chodzi.

      Wiele czynników powodowało to, że Indianie – w zderzeniu z cywilizacją Zachodu – stali na z góry straconej pozycji. Oczywiście, że gdyby byli silniejsi (liczniejsi, lepiej uzbrojeni i zorganizowani), to trzeba by się było z nimi bardziej liczyć – i dzisiejsza Ameryka wyglądałaby zupełnie inaczej.

      • Onibe Says:

        otóż to! A zauważ, że w przyrodzie często występuje zjawisko polegajace na udawaniu albo trupa albo stworzenia silniejszego niż się jest w rzeczywistości ;-). Ludzie, zwłaszcza na zachodzie, głęboko wierzą w to, że jeśli kogoś spotyka nieszczęście, to sobie na nie zasłużył. My, w Polsce, myślimy ciutkę inaczej, ale tylko ciutkę.

        • Logos Amicus Says:

          Napisałeś: „Słabość zdaje się wyzwalać dodatkowe pokłady okrucieństwa.”
          Jeśli tak, to jest w tym coś z atawizmu, który „każe” stadu znęcać się, czy też raczej eliminować osobnika słabego (kury np. mogą zadziobać towarzyszkę, która jest w jakiś sposób kaleka). Ale przecież my nie jesteśmy zwierzętami (przynajmniej w sensie kulturowym, bo w biologicznym – jak najbardziej). Zważywszy na to, nie można moim zdaniem winić słabego za to, że „wyzwala” w silniejszych od siebie okrucieństwo – bo jednak winnymi są wtedy silni (jeśli w jakiejś grupie silniejsze dzieci zbiły dziecko słabe, tylko dlatego, że jest ono słabe, to kto jest winny: ono, czy te osiłki, które go zbiły?)

          Wróciłem ostatnio do kapitalnej, książki Tocqueville’a „O demokracji w Ameryce” (nota bene napisanej jeszcze w latach 30-tych XIX wieku) i trafiłem tam na taki oto fragment: „Stowarzyszenie narodów, podobnie jak stowarzyszenie ludzi, może trwać dzięki trzem czynnikom: dzięki mądrości stowarzyszonych; dzięki temu, że każdy z nich, wzięty osobno, jest słaby; i dzięki temu, że jest ich niewielu.”
          A więc (zrównująca wszystkich) słabość poszczególnych członków unii, jako jeden z warunków jej przetrwania. Bo gdyby choć jeden z tych członków byłby zdecydowanie silniejszy od innych, to zacząłby innym narzucać swoją wolę, i unia najprawdopodobniej by się rozpadła.

          Co chcę przez to powiedzieć: z grubsza to, że za agresję i wojnę zawsze odpowiedzialny (winny) jest ten, który jest silniejszy (choćby z tego powodu, że od niego więcej zależy – że to on zwykle decyduje… np. o tym, by podbić, wyeliminować, podporządkować sobie – „dokopać”, a często i zabić słabszego sąsiada.)

        • Onibe Says:

          to co piszesz o unii – bardzo mądre. I sensowne.

          Z drugiej strony, jednak nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że nie jesteśmy zwierzętami. Jesteśmy. I to stadnymi. Z wszelkimi zachowaniami odpowiednimi dla zwierząt stadnych. Weź choćby kult jednostki – funkcjonujący praktycznie w kazdym kraju świata, wliczając w to Polskę czy USA (przymykanie oczu na wady lidera, wychwalanie zalet lidera, chęć przypodobania się liderowi za wszelką cenę, także kosztem innych, bogu ducha winnych osobników w stadzie itd). Albo mechanizm kozła ofiarnego. Sama idea linczu jest również mechanizmem stadnym przy czym warto zwrócić uwagę na fakt, że lincz łączy członków stada w ramach wspólnego odruchu i często nie ma znaczenia czy ofiara linczu sobie zasłużyła czy nie. Wymieniać można by długo… ;-)

        • Logos Amicus Says:

          To nie ja napisałem, ale Tocqueville ;)
          Zresztą, z jego twierdzeniem można polemizować, używając dość mocnych argumentów (myślę, że najlepszą gwarancją trwania Unii była wzajemna użyteczność/pożyteczność – zarówno słabszych, jak i silniejszych członków Unii – bo to nieprawda, że nie było słabszych i silniejszych stanów. Ale to inny temat.

          A czy człowiek to zwierzę?
          Kwestia punktu widzenia, przyjętych kryteriów i definicji ;) – też dużo by pisać.
          Tak, jak zaznaczyłem w poprzednim komentarzu – człowiek pod względem biologicznym (fizycznym) jest w 100% zwierzęciem. Ale tym co odróżnia nas od zwierząt jest stopień rozwoju (złożoność i kompleksowość) naszej kultury, także stopień samoświadomości – i świadomości otaczającego nas świata.
          Z grubsza: biorąc pod uwagę kryteria kulturowe (cywilizacyjne) zwierzętami nie jesteśmy (co, oczywiście nie oznacza, że nasze zachowania społeczne nie mają nic wspólnego z zachowaniem jakie obserwujemy u zwierząt stadnych – ma, i to – choćby ze względu na to, co piszesz – wiele, bo granica miedzy zachowaniami człowieka wynikającymi z kultury a tymi, które są uwarunkowane biologicznie, nie jest jednak wyraźnie określona).
          Ale wszystko to w końcu też jest kwestią nomenklatury.
          Innymi słowy (i w ogromnym skrócie): osiągnęliśmy taki stan rozwoju kultury, że kryteria zwierzęce (biologiczne) nie są (i nie mogą być) podstawą wartościowania ludzkich zachowań.
          To choćby odróżnia nas od zwierząt, których zachowanie (w swoim środowisku naturalnym) jest determinowane całkowicie biologią.

        • Onibe Says:

          niefortunnie się wyraziłem, ale oczywiście chodziło mi o słowa Tocqueville’a przez Ciebie przytoczone. Piszę skrótami myślowymi, które od czasu do czasu tak dziwnie się kończą ;-).

          zastanawiam się na ile kultura rzeczywiście nas odzwierzęca, a na ile wprowadza na piedestały biologiczno-atawistyczne odruchy? Zresztą, chyba ciężko odpowiedzieć na pytanie co jest elementem ze świata zwierzęcego, a co już nie… choćby z uwagi na to, że ciągle jeszcze definiujemy zakres świata zwierzęcego. Coraz to nowe odkrycia co i rusz kurczą przepaść pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Być może za pół wieku konieczna będzie całkowita redefinicja w tym przypadku…

          a tak w ogóle, to mottem Unii jest wszak łacińskie e pluribus unum, co tłumaczone bywa jako w jedności siła albo silni jednością. Teraz mi się przypomniało, a przecież pasuje to jak ulał do naszej dyskusji ;-)

          jeszcze w temacie winy: zauważ jak często pojawia się kwestia usprawiedliwiania agresji w przypadku gwałtów. Czyż nie jest tak, że zgwałcona kobieta była sama sobie winna, bo nie chodziła w worku pokutnym na głowie? I – co mnie osobiście przeraża – takie zdanie potrafią bronić osoby, których bynajmniej nie posądzilibyśmy o uleganie zwierzęcym instynktom.

        • Logos Amicus Says:

          Moim zdaniem kultura nie „wprowadza na piedestały biologiczno-atawistyczne odruchy”. Wprost przeciwnie: ona te odruchy chce ukryć, zamaskować, ale często jej się to nie udaje i… jest jak jest.

          Pod pewnymi względami między człowiekiem a zwierzęciem na ma żadnej różnicy (fizjologia, biologia), ale pod innymi – ta różnica jest ogromna, można mówić o przepaści, która jedynie może się zwiększać (technika, intelekt, kultura. Może człowiek ma te 98% genów wspólnych z szympansem, ale raczej nie doczekamy się tego, że szympans sam wymyśli i skonstruuje rakietę na księżyc.

          Siła, jeśli chce się przejawić, zawsze znajdzie jakiś pretekst – często utożsamiając go właśnie z prowokacją.

        • Onibe Says:

          humanizm, będący głównym motorem oddzielenia człowieka od zwierzęcia, u samego swojego zarania bardzo hołubił ludzką zwierzęcość – kultury antyczne, rzymskie, greckie (nie wspominając o drobniejszych, takich jak np. etruska) oswajały ludzkie ciało i wokół niego budowały kulturę. To jest fundament na którym stoimy po dziś dzień. Stąd moja uwaga o przemycaniu atawizmów i biologizmów. Kultura bowiem w gruncie rzeczy służy nadawaniu nowych, wyrafinowanych nazw na coś, co znają i robią nawet zwierzęta. Przy czym zwierzęta faktycznie nie latają na księżyc. Ale człowiek był tam dopiero parę razy i to względnie niedawno. Zauważ, że ekspansja ludzkiej kultury to kwestia ostatnich paru tysięcy lat. W skali istnienia gatunku to tyle co nic.

        • Logos Amicus Says:

          Homo sapiens, czyli gatunek ssaka, do którego wszyscy należymy, zaczął się rozprzestrzeniać (ze swoją kulturą) już dobre 100 tys. lat temu. A kilka tysięcy lat, o których wspominasz, to też jest jednak szmat czasu (wpływy kulturowe na geny dają się już zauważać po kilku pokoleniach).
          Ale oczywiście masz rację: inteligencją jesteśmy już w XXI wieku, ale z niektórymi instynktami, emocjami, odruchami… możemy jeszcze tkwić w paleolicie ;)

        • Onibe Says:

          ciągle jeszcze nie rozumiemy czemu człowiekowi udało się zejść z drzewa, a to oznacza, że być może jakiś inny gatunek już szykuje niespodziankę ;-). Co prawda pojemność środowiska jest ograniczona i w całości obecnie wykorzystana przez człowieka, ale nigdy nie wiadomo ;-)

        • Logos Amicus Says:

          Dlaczego zszedł z drzewa? Pewnie chciał sobie pochodzić po sawannie ;)

          Prawda jest taka, że człowiek ze swoją kulturą (technologią) „wkrzanił się” w ewolucję. I nie sposób jest przewidzieć do czego to doprowadzi.
          Jeśli kiedykolwiek jakiś gatunek na ziemi będzie chciał dokonać takiego kolosalnego skoku ewolucyjnego jak my, to tylko pod warunkiem, że na tej ziemi nie będzie już Homo sapiens.

        • Onibe Says:

          pod warunkiem, że nie odkryjemy – nagle! – iż jakiś gatunek zwierząt dysponuje intelektem zbiorowym i właśnie pracuje nad bronią jądrową ;-). Swoją drogą, uwzględniając, że ewolucja ludzkiej cywilizacji następowała do tej pory w tempie ilustrowanym przez przyrost geometryczny, to w przełożeniu tego na ilość pokoleń i następnie po przeniesienie schematu np. na mrówki… wcale nie możemy spać spokojnie ;-).

  9. Jula :D Says:

    Bardzo smutne jest to, że ci piękni, waleczni ludzie zostali zupełnie zniszczeni, rozgromieni pzrez europejczyków.
    Może, teraz w odwet weźmie Azja ?! … ;)
    Bo podobno, to Ci Indianie a właściwie ich pzrodkowie, to własnie z Azji się wywodzą. :D

    Ja ostatnio, tak troche pod górami przebywam, to chyba przesiąknęłam ich filozofią, albo tak mi się zdaje heheh..
    hej! …

    Beczy w trawie baraneczek
    nawołując w niebogłosy
    Życzę zdrowia i radości
    Wam z okazji Wielkiej Nocy
    I dyngusa mokrutkiego
    By Wam szczęście dopisało
    By rodzinne były święta
    By wam nic nie brakowało

    Hej ! ;) :D))

    • Logos Amicus Says:

      Nie „podobno” Jula, ale chyba jednak na pewno Indianie z Azjii się wywodzą (na kontynent amerykański przybyli kilkadziesiąt tysięcy lat temu, przez – zamarzniętą wówczas – cieśninę Beringa).

      Wesołych Świąt – Tobie i wszystkim, (którzy te Święta obchodzą) :)

  10. Torlin Says:

    Wszystkiego Najlepszego, Logosie. Wódz Kamiennej Wioski Torlin przesyla wodzowi plemienia Wizji Lokalnej pełne szacunku howgh

  11. ulotna_wiecznosc Says:

    „Podaj mi rękę” – mówił anioł,
    a był to świt jak uśmiech dziecka blady.
    „Oto się unosimy z daleka wołaniom”.
    Słychać było powietrza srebrne wodospady…”

    K.K.Baczyński fragm

    Pogodnych Świąt Gospodarzowi i Wszystkim Komentatorom Wizji Lokalnej:-)

  12. akwamaryna Says:

    Życzę Ci Logosie rodzinnych, radosnych Świąt:)

  13. INDIAŃSKI HOLOCAUST? | WIZJA LOKALNA Says:

    […] prasie polonijnej. Stanowiły one dwa ostatnie moje wpisy: Cywilizowani i “dzicy” oraz Sumienie Zachodu. Napisałem je 17 temu i sam byłem ciekaw, jak też sprawdzą się one (choćby w moim odbiorze) […]

  14. tania Says:

    I tak będziemy o tym wszystkim zapominać (albo zrobią to za nas nasze rządy), kiedy stanie się to wygodne. I taki punkt widzenia „pijawki” czy nawet „kanibala” leży w naszej naturze, nie wykorzeni tego żadna poprawność polityczna czy „humanizm”. Co nie znaczy, że nie należy nauczać „dobrego wychowania” i przestrzegania „norm współżycia społecznego”. Jednak człowiek nie brzmi dumnie, a raczej po prostu tak samo jak cokolwiek innego, tyle że…

  15. Sigil of Scream Says:

    Kolejny dobry tekst. Popieram autora w 100%. Trudno się nie zgodzić z tymi wnioskami każdej osobie, która kieruje się w swym życiu względami etycznymi. Wciąż jednak biali ludzie boją się odpowiedzialności i płynącego stąd poczucia winy… Szkoda, dopóki to się nie zmieni, nie widzę jakiś weselszych perspektyw dla tej cywilizacji.

    • Logos Amicus Says:

      Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to działa tak samo dzisiaj, jak i działało wtedy. Czy naprawdę te nasze czasy się tak bardzo zmieniły? Wydaje się nam, że jesteśmy bardziej „do przodu”; bardziej dzisiaj świadomi tego, co robimy, niż dajmy na to – w XIX wieku, kiedy hordy kolonistów zalewały ziemie należące do „barbarzyńców”, kiedy podbijało się (kolonizowało) tzw. Trzeci Świat – a wszystko oczywiście w imię niesienia im wspaniałej europejskiej cywilizacji (podczas gdy chodziło wyłącznie o ich eksploatację – o to, by się wzbogacić).
      Czy dzisiaj nie robi się tego samego?
      Czy oprócz garstki ludzi ktoś protestuje np. przeciw zabijaniu niewinnych ludzi dronami (i to na terenie obcego a suwerennego niby państwa), jak robią to Stany Zjednoczone (odpowiada za to osobiście Obama, ponieważ sam własnoręcznie podpisuje te wyroki śmierci na ludziach, wybranych arbitralnie przez jakichś tam urzędników i zabijanych jako terrorystów – choć opiera się to przeważnie na jakichś poszlakach, a w atakach tych większość ofiar stanowią ludzie, którzy przypadkowo znaleźli się w pobliży „targetu”, czyli cywilna ludność, którą raczej trudno uznać za śmiertelnych wrogów, zagrażających USA). Zabija się dziś bezprawnie ludzi w biały dzień, dosłownie na oczach całego świata (bo kto chce o tym wiedzieć, to będzie wiedział), ale nic się z tym nie robi (bo za Obamą stoi siła największej potęgi gospodarczej i wojskowej świata, z którą przywódcy i politycy świata zachodni nie chcą zadzierać).
      Ale to się dzieje na szerszą skalę choćby w Afganistanie, gdzie prowadzi się bezsensowną wojnę, w którym rządzi skorumpowany do cna (w dużej części przez Amerykanów) rząd i gdzie podsyca się tylko wojnę domową, która wydaje się nie mieć końca (bo przecież wszystkich talibów nie da się zabić, tak jak nie dało się zlikwidować komunizujących Wietnamczyków, którzy w końcu wojnę z Ameryką wygrali i do dzisiaj rządzą krajem.)
      Niestety, temat ten można ciągnąć dalej.

      • Sigil of Scream Says:

        Masz rację, pisałem zresztą o tym w komentarzu pod tekstem „Cywilizowani i Dzicy”. Dlatego jak dla mnie tak ważna jest świadomośc i odpowiedzialność, nawet po tylu latach. Bowiem ta świadomość pozwoli nam nie popełniać na nowo tych samych błedów. Co więcej należy o tym pisać jak najczęsciej, aby złamać tą zmowe milczenia, która pozwala wielu ludziom żyć w iluzji tego, jak to współczesna cywilizacja jest dobra, tolerancyjna i etycznie nieskazitelna.

  16. Mariusz Polak Says:

    Niewolnictwo było zbyt intratną rzeczą żeby to zostało faktycznie zakończone więc wynalazkom nie ma końca i każdy z nowych wynalazków jest większej wagi.

    Globalizacja ZYSKU nie jest nową rzeczą choć wielu uważa że jest to nowy wynalazek. Zglobalizowano greckie i rzymskie bóstwa w jednego Boga, zglobalizowano Kabałę w Stary Testament czyli żydowską Biblię (istnieją inne „biblie”) dodając do niej z tupetem Chrystusa (zakłamując Naukę Boga Ojca ) i Nowy Testament, wynaleziono i zglobalizowano „Naród wynaleziony”. Proces globalizowania niewolnictwa jest aktualnie w toku:

    „Henty Berry, przemawiając w Izbie Delegatów w Wirginii w 1832 roku opisał sytuację, która istniała w tym czasie w wielu rejonach południa:

    „Zamknęliśmy szczelnie, jak tylko to było możliwe, wszystkie drogi światła przez które ono mogłoby się dostać do umysłów niewolników. Gdyby udało nam się wyeliminować zdolność widzenia światła nasza praca byłaby kompletna. Niewolnicy byliby wtedy na poziomie bydła w polu i wtedy bylibyśmy bezpieczni. Nie jestem pewien czy nie zrobimy tego jeśli znajdziemy na to sposób, sposób pod pretekstem konieczności (plea of necessity)”

    Wynaleziono więc „konieczność”. Hitlerowscy Niemcy wraz żydowskim bolszewizmem wynaleźli konieczność bronienia się przed Polakami w 1939r. Żydzi wynaleźli konieczność bronienia się przed Palestyńczykami w Palestynie którym zagrabili wszystko. „Bronią się” przez pół wieku. Nazywają zbrodnie, sadyzm, grabież obroną i twierdzą że mają do tego prawo.

    Wszystko to na oczach całego świata który tego nie widzi. Berry, gdyby żył czułby się już bezpieczny bo nie tylko niewolnicy tego nie widzą ale cały świat tego nie widzi a przede wszystkim nie reaguje.

    Wynalazkom nie ma końca. Są już bardziej wybiórcze sposoby na niewolników o których Henty Berry i Willie Lynch nawet nie marzyli.

    http://abelikain.blogspot.com/2013/10/hodowla-niewolnikow.html?view=magazine


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s