„DOLINA BOGÓW”, ALBO O WYCISKANIU SOKU Z KAMIENIA (kilka uwag o najnowszym filmie Lecha Majewskiego)

Wśród tytułów 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce znalazła się również „Dolina Bogów” – najnowszy film Lecha Majewskiego, będącego wśród polskich reżyserów postacią niezwykłą. On sam mówi o sobie, że jest w polskim kinie outsiderem. A ja dodam, że jest on również poetą, malarzem, pisarzem – artystą wszechstronnym, dla którego kino stanowi medium, za pomocą którego można doskonale posługiwać się symbolami w próbach dotarcia do Tajemnicy i głębi ludzkiego wnętrza.

.

John Malkovich jako najbogatszy człowiek świata w „Dolinie Bogów” Lecha Majewskiego

.

       Muszę przyznać, że nie czuję się na siłach, by napisać recenzję „Doliny Bogów” – i to z kilku względów.

Po pierwsze – z powodu mojego osobistego stosunku do Lecha Majewskiego, którego zawsze bardzo ceniłem, którego karierę śledziłem, którego sposób widzenia świata i sztuki bardzo się pokrywa z moim (w jego i moim… posłużę się tu określeniem samego Majewskiego… pejzażu intymnym, znalazło się – toute proportion gardée – zadziwiająco wiele punktów stycznych); i wreszcie – co jest trochę paradoksalne – z powodu naszego spotkania, które trwało kilka godzin i miało miejsce zaledwie wczoraj (wbrew pozorom to, co powinno mi dostarczyć amunicji do napisania takiego tekstu, w pewien sposób mnie obezwładnia).

Po drugie – film Majewskiego jest tak oryginalny, specyficzny i niezwykły (zarówno w formie, jak i w treści), że wymyka się według mnie standardowej metodyce pisania recenzji filmowej, stawiając pod znakiem zapytania możliwość wyartykułowania czegoś adekwatnego do tego, co zawiera się w symbolicznej tkance znaczeniowej obrazu. Tym bardziej, że „Dolinę Bogów” wypełnia takie mnóstwo symboli i metafor, które same w sobie mogą być wieloznaczne, albo – co gorsze – wymykające się nie tylko znaczeniom i sensom, ale i samym interpretacjom, pozostawiając (chyba jednak większość widzów) w konsternacji, a samego krytyka w stanie jakiejś prokrastynacji. Gdyż istota symbolu, z samej swojej natury, jest nieuchwytna. Jak pisał Jung: „Symbol jest wyrażeniem nieokreślonym, o wielu znaczeniach, wskazującym na coś, co nie daje się w pełni zdefiniować, a zatem nie jest w pełni znane”. Z tego powodu analiza sztuki symbolicznej staje się nie tylko ryzykowna, ale (być może) wręcz niemożliwa.

Po trzecie – oglądałem film Majewskiego w sali Copernicus Center, która być może piękna jest (swoim pięknem dość specyficznym), ale niezbyt dobrze nadaje się do projekcji takich obrazów, jak „Dolina Bogów”, w których niezmiernie ważna jest nie tylko wizualność, ale i dźwięk. A ten ostatni był niestety fatalny (reżyser zapewnił mnie, że na nośniku jakość dźwięku jest idealna) – i to nie tylko dla zawartej na ścieżce dźwiękowej muzyki, ale i dla obecnych w filmie dialogów, których niezrozumiałość jeszcze bardziej mogła spowodować niezrozumienie tego, co chciał nam przekazać film (posługujący się przecież – w oddziaływaniu na widza – nie tylko obrazem). Tak więc, oglądanie „Doliny Bogów”, było dla mnie czasami niczym chodzenie po pięknym szlaku z uwierającym mnie w bucie kamykiem.

Oczywiście były takie momenty, kiedy na ten kamień nie zwracałem uwagi, pochłonięty pięknem jakie roztaczały na ekranie filmowe kadry. Osobiście dotykały mnie obrazy, które znałem z własnych peregrynacji terenów, na których kręcono film, a gdzie swego czasu spędziłem kawał swojego życia, przemierzając wielokrotnie drogiAmerykańskiego Południowego Zachodu. Niesamowite scenerie – zwłaszcza krajobrazy Utah i Arizony – do dzisiaj są we mnie obecne, schwytane w siatce mózgowych neuronów. I to rezonowało z tym, co widziałem na ekranie, wprowadzając mnie w stan pewnego uniesienia.
No i oczywiście sami Indianie, których kultura i loszajmowały mnie i obchodziły właściwie od dzieciństwa.

Wspominam o tym wszystkim, gdyż chcę zwrócić uwagę na to, jak osobiste doświadczenia życiowe wpływają na naszą percepcję… tutaj: na odbiór filmu. Wydaje się to być oczywiste, a jednak często o tym zapominamy, ferując wyroki, wystawiając cenzurki i opisując nasze subiektywne wrażenia jakby były one objawieniem prawdy obiektywnej.
Ale to nie tylko krajobrazy, które Majewski i jego operatorzy mieli w Utah na wyciągniecie ręki – i podane im przez Naturę jak na dłoni Boga. Bo jeszcze ważniejsze dla filmu były te obrazy i wizje, pochodzące wprost z pejzaży wewnętrznych reżysera, który jest przecież także poetą i malarzem. I muszę przyznać, że niektóre z nich zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Bo były niesamowite i przepiękne. Nic dziwnego, że wczoraj kładłem się do snu mając je pod powiekami – a i dzisiaj z filmem Majewskiego się budziłem. Podejrzewam więc, że moja podświadomość nadal miele „Dolinę Bogów” gdzieś w moim wnętrzu, i że coś z tego będzie się przedostawać do mojej świadomości – i to zapewne w najmniej oczekiwanych momentach.
Kto wie, może to jest właśnie najlepszy sposób przyjmowania sztuki Majewskiego?

* * *

       Film „Dolina Bogów” – w tej warstwie odbieranej i rozpatrywanej racjonalnie – opowiada w sumie bardzo prostą historię. Tak prostą, że może się to narazić na zarzut banału, stereotypu i trywialności.

Bo oto mamy archaiczną kulturę ludu pozostającego w organicznym i duchowym związku z Naturą (wyznającego i strzegącego wartości, które cywilizacja zachodnia dawno już zarzuciła i utraciła), skonfrontowanego z nowoczesną cywilizacją wyzysku, chciwości i eksploatacji, wyrafinowaną technicznie ale wydrążoną duchowo i pustą; cywilizacją pławiącą się w konsumpcji i pieniądzu, (który zastąpił wszystkich dotychczasowych bogów); cywilizacją będącą w stanie rozkładu i dekadencji, ociekającą absurdem i oddającą się dziwacznym ekscesom.

Bo oto mamy cierpiącą ofiarę korporacyjnego wypalenia; mężczyznę, którego na dodatek opuściła żona, chwytającego za (koniecznie wieczne) pióro, by stworzyć fikcję konkurencyjną wobec fikcji światów wirtualnych, w jakich zaczęli żyć współcześni mu ludzie – ale taką, która by do prawdy się zbliżała, a nie od niej oddalała.

Bo oto widzimy najbogatszego człowieka świata o nazwisku Wes Tauros (czy skojarzenie z Westeros, bajeczną krainą z „Gry o Tron” jest tu przypadkowe?), który jest w stanie zaspokoić wszystkie swoje ekstrawagancje, ale nie może za żadne skarby kupić spokoju i pozbyć się bólu po stracie swojej żony i dziecka. Góra pieniędzy (sam mieszka w zamku na szczycie niebotycznej skały) nie może dostarczyć mu Sensu ani nawet sensu. Niczym wellesowski Obywatel Kane (który wpatrywał się w „pączek róży”, mimo że otaczały go bogactwa architektury i sztuki) swojej pustki nie może wypełnić żadnym materialnym luksusem. Nic więc dziwnego, że tęskni za śmiercią. Niestety, w międzyczasie chce wykupić znajdujące się na terenach indiańskich złoża uranu, burząc tym spokój zamieszkujących Dolinę duchów, bogów i ludzi.

Bo oto mamy Naturę mszczącą się za gwałt zadawany jej przez człowieka. (Swoją drogą daję głowę, że 99.99% widzów nie będzie miało pojęcia, że kolosalny bobas rozgniatający pod swoimi stopami korporacyjne wieżowce, bierze się z indiańskiej mitologii, w której skały zamieniały się w ludzi i potwory. Yéʼiitsoh – czyli Wielki Gigant – był dzieckiem kobiety, która poszła się załatwić nad rzekę i czyszcząc się wsadziła do pochwy otoczaka, a Słońce widząc to, zapłodniło ja swoim promieniem. Współczesny widz, skonfrontowany z obrazem kamiennego Olbrzyma/Dzieciaka depczącego miejskie wieżowce, skojarzyć go może z japońską Godzillą, a w najlepszym przypadku – jeśli zna malarstwo – z Kolosem Goi.)
Nota bene Majewski do mitologii Indian Nahajo podchodzi moim zdaniem dość powierzchownie i wybiórczo – biorąc z niej to, co mu pasuje do jego wizjonerskiego konceptu. (Swoją drogą, prawdziwym wyzwaniem byłaby próba sfilmowania tych potwornie surrealistycznych historii zawartych w Diné Bahaneʼ [„Opowieść o ludziach”] czyli w micie kreacyjnym Navajów). Ponadto, twórca „Doliny Bogów” adaptuje do filmu swoją własną, „osobistą” symbolikę, znaną już tylko jemu samemu. To może jeszcze bardziej zwiększyć hermetyczność jego dzieła.

Tak więc, jeśli ktoś oglądając „Dolinę Bogów” zaczyna mieć mętlik w głowie i ni w ząb nie rozumie z tego, co widzi na ekranie – a np. zamiast symboliki sceny postrzega jej dziwaczność – to niekoniecznie dzieje się tak dlatego, że ten widz jest baranem, nieukiem czy tumanem. Tak po prostu działa ludzka psychika, której mechanizm polega na logicznej (próbie) interpretacji faktów, wyłapywaniu sensu, kojarzeniu nieznanego z tym, co jest już znane… Wreszcie: na spójnym oglądzie i śledzeniu danej narracji, która zazwyczaj jest przyczynowo-skutkowa (bo tylko wtedy może być zrozumiała).

Ja doskonale rozumiem Majewskiego, który bardziej ceni język wizualny, a narracja (w sensie arystotelskim) jest dla niego drugorzędna. Zgadzam się z nim jak najbardziej, kiedy mówi, że „wnętrze człowieka jest splotem wielu warstw i emocji, które są tylko częściowo uświadomione”. Podoba mi się to, że akceptuje on logikę paradoksalną, która dla niego jest logiką głębszą. Szanuję jego wybór, kiedy pisze: „mój stosunek do opisywania człowieka jest przeciwny do kinowego beahawioryzmu w czystej postaci”. Również odnoszę czasem wrażenie, iż rzeczywistość ma – jak uważa sam Majewski – „cudowny dar umykania opisowi”. Ale jak to wszystko funkcjonuje w twórczości Majewskiego? Tu można się spierać.
Szkopuł w tym, że tak naprawdę nie wiemy jak działa podświadomość. To co jest nam dane (i na co jesteśmy w pewnym sensie skazani) to nasza świadomość, z całą swoją niedoskonałością percepcji. Świadomość, rządząca się przecież swoimi prawami. I być może to właśnie one nie pozwalają nam dotrzeć do istoty rzeczy – do rzeczywistości, która pozostaje nam nieznana (co być może chroni nas przed obłędem).

Czy można się jakoś przebić poza tę barierę? Czy może niekiedy zamanifestować się przed nami to, co zazwyczaj jest ukryte? Czy możemy czasem uszczknąć rąbka tej kosmicznej Wielkiej Tajemnicy? Mimo wszystko sądzę, że tak (choć według mnie jest to czymś niezmiernie rzadkim). Czy tego rodzaju objawienia zdarzają się w filmach Majewskiego? Być może.

Lech Majewski nie kryje swojego egotyzmu, kiedy mówi: „szkoda mi czasu na coś, co nie dotyczy bezpośrednio moich przeżyć i rozmyślań”, czy też, dodając przy innej okazji: „dla mnie ratunkiem stała się wyobraźnia i ‘umitycznienie’ tego, co jest moim jednostkowym doświadczeniem”.
Tylko czy nie grozi to ufikcyjnianiem samego siebie (podobnie jak „umitycznienie” może grozić mitomanią) ale również rozdmuchiwaniem własnego EGO, które – jak wiemy – i tak u artystów jest już wielkie jak stąd do wieczności? I czy w konsekwencji nie prowadzi to do jeszcze większej hermetyzacji i odosobnienia? Może nawet do pychy twórcy, który patrzy na bezrozumny tłum z wyżyn swojego artystycznego księstwa? A mimo deklarowanej wiary w „głębię” człowieka, tak naprawdę nie zwraca na tego drugiego człowieka większej uwagi, bo najbardziej liczy się dla niego zapatrzenie we własne wnętrze?

To tylko uwagi ogólne – wszelkie podobieństwa z konkretnymi artystami przypadkowe.

* * *

       Lecz wróćmy do „Doliny Bogów”.

Z Lechem Majewski umówiliśmy się na brunch. Wielką przyjemnością było dla mnie spotkać się z reżyserem po 25 latach, kiedy zetknęliśmy się po raz pierwszy, i to również we Chicago przy okazji Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, na którym pokazano wtedy jeden z jego pierwszych obrazów „Ewangelię według Harry’ego”. (Po rozmowie tej pozostał ślad w formie wywiadu, z którym zapoznać się można tutaj).

Na początku postanowiłem podzielić się z Majewskim swoimi wrażeniami z projekcji „Doliny Bogów”, i chciałem to zrobić w sposób szczery, więc od razu zaznaczyłem, że nie będzie to laurka, ryzykując tym, że popsuje to nieco nasze spotkanie. Ale Majewski rzeczywiście był ciekaw, co mu mam do powiedzenia, zwłaszcza, kiedy wspomniałem, iż ze swoimi znajomymi dość długo rozmawialiśmy wczoraj o jego filmie. Widząc moje wahanie („może jednak niepotrzebnie o tym wspominam?”), ośmielił mnie, mówiąc: „Nie. Bardzo potrzebnie! Tym bardziej, że masz na świeżo ten film, i to jest interesujące dla mnie. Zwłaszcza, że niewielu ludzi go do tej pory widziało.” „Ale też nie chciałbym Ci robić przykrości” – mówię, znowu się nieco ociągając, na co Majewski odpowiedział: „Ależ rób mi przykrość. Ja tym żyję.” (śmiech).
Zacząłem więc od pochwał, od tego, co mi się w „Dolinie Bogów” podobało (o tym wspomniałem już wcześniej, więc nie chcę się teraz powtarzać), ale nie omieszkałem też wspomnieć o pewnych zastrzeżeniach – zainspirowanych poniekąd wczorajszą rozmową ze znajomymi, którzy mieli jednak problem z odbiorem filmu, o jego zrozumieniu nie wspominając. Słuchając ich, starałem się w jaki sposób ten film obronić, choć sam miałem do niego stosunek dość ambiwalentny.

„Dolina Bogów” wydała mi się stylistycznie niespójna. Ja wiem, że chodziło o zderzenie się dwóch różnych światów (kontrast), ale zestawianie ze sobą naturalnych pejzaży i tych wygenerowanych komputerowo, stwarzało pewien dysonans estetyczny – tak jakby te obrazy pochodziły z różnych filmów. Podobnie było z grą aktorską. Sceny w których brali udział profesjonalni aktorzy (choćby tej miary, co John Malkovich, który jak zwykle wypadł tutaj wręcz charyzmatycznie), zdecydowanie pozostawały w kontraście ze scenami, gdzie występowali Indianie Navajo, spośród których większość stanowili aktorzy nieprofesjonalni. W związku z tym niektóre z tych scen wypadły nieprzekonująco, czasem nawet sztucznie, zwłaszcza że z samą ich scenografią też bywało różnie. Tym sposobem do filmu wkradała się pewna pretensjonalność.
To, że film powstawał tak długo (ponad 4 lata) też nie wpływało dobrze na jego spójność, bo przecież cholernie trudno jest zmontować tak różniący się materiał w jedną płynną całość. Tym bardziej, że niedostatki budżetowe zmuszały zapewne twórców filmu do pewnych kompromisów, też nie wpływających raczej pozytywnie na jego końcową jakość artystyczną.
Majewski słuchał tego cierpliwie, ale kiedy wspomniałem o fatalnym dźwięku w Sali kinowej Copernicus Center, to wybuchnął: „Przestań już mi o tym mówić, bo mnie tutaj zaraz szlag trafi!”

Na szczęście w tym momencie przynieśli nam zamówione dania i zmieniliśmy temat naszej rozmowy (Lech Majewski sporo opowiedział mi o Wenecji, w której mieszka, i z którą związany jest prawie od dziecka).

* * *

       Po brunchu przenieśliśmy się w bardziej ustronne miejsce, gdzie łatwiej było przeprowadzić wywiad. Rozmawialiśmy o kinie, kulturze, sztuce… mając za oknem chicagowskie downtown, widok na rzekę, mosty i wieżowce – na ulice pełne ludzi śpieszących gdzieś we wszystkich kierunkach.

Całość wywiadu postaram się publikować w innym miejscu, tutaj wspomnę jedynie o wątku dotyczącym „Doliny Bogów”. Zaczął się on od mojej uwagi, nawiązującej do pewnych zastrzeżeń wobec tego filmu, które starałem się już wyartykułować wcześniej: Wspomniałeś wczoraj na spotkaniu z publicznością o swojej mamie, która kiedyś zapytała się Ciebie: „Kiedy wreszcie zrobisz film dla ludzi?”. Podejrzewam, że było to powiedziane tak pół-żartem, pół-serio, ale jest w tej pretensji zawarty pewien zarzut, gdyż Twoje filmy rzeczywiście mogą być uznane za dzieła niezrozumiałe, nieczytelne, zawiłe, nieprzenikliwe… a będąc takimi nie są w stanie trafić do tzw. „szerszej” grupy widzów, wśród których znajudją się przecież ludzie wrażliwi, otwarci na sztukę, szukający w kinie czegoś więcej, niż tylko rozrywki? Czy Tobie nie przeszkadza to, że Twoje filmy są takie hermetyczne?

LECH MAJEWSKI: Hermetyczne? To zależy dla kogo. Ja się spotykam z tak rozbieżnymi opiniami… Dla jednych są hermetyczne, dla innych są wspaniałe. Jak byś zobaczył reakcje na moje filmy młodych ludzi z Ameryki Południowej… Ja tam jestem bez przerwy zapraszany, ze względu na oddźwięk, jakie te filmy u nich budzą. Niedawno byłem w Iranie, gdzie był taki zjazd młodych filmowców, na który przyjechała ogromna ilość ludzi z całego świata – i oni znają moją twórczość. Podobnie jest w Japonii, gdzie powstało kilka fan-clubów… Trudno powiedzieć… Ja mam ciągle wrażenie, że jak powiem jedno, to mogę też powiedzieć drugie. Bo z jednej strony, owszem, to nie są blockbustery, ale jakby rozłożyć to na czas trwania tych filmów, to podejrzewam, że niejeden bluckbuster by się powstydził…

– Gdyż – jak to się mówi – przetrwają próbę czasu?

– Nie wiem, może niektóre przetrwają? „Angleus” jest takim filmem, który ciągle gdzieś się pojawia; „Wojaczek” też jest takim filmem, który się pojawia i inspiruje. Między innymi inspirował „Idę”; miedzy innymi inspirował Gusa Van Santa w „Last Days”; inspirował takiego angielskiego reżysera, który zrobił film „Control” o liderze Joy Division – znany, nagradzany na wielu festiwalach… Tak więc ciągle coś ktoś odkrywa. Tarantino mi wyznał na Camerimage, że jego inspirują „Szklane usta”. Mało tego! Mój amerykański dystrybutor napisał mi, że jeżeli chodzi o DVD to najlepiej sprzedają się właśnie „Szklane usta”, które są całkowicie niemym filmem. I to lepiej się sprzedają, niż „Młyn i krzyż”, który też się bardzo dobrze rozchodzi. Naprawdę, tak już jest, że co nie powiem, to nagle przylatuje kometa z wiadomością, że jest odwrotnie. Mogę z jednej strony powiedzieć, że owszem, nie mam dużej dystrybucji, ale z drugiej strony, jakimś dziwnym trafem, cały czas coś się gdzieś pojawia.

– Czy starasz się zrozumieć tzw. „zwykłego” widza? (Takiego pewnie miała na myśli Twoja mama pytając, kiedy wreszcie zrobisz film „dla ludzi”). Czy w ogóle Cię nie obchodzi to, kiedy ktoś – z takiej pozycji – Twoje filmy krytykuje? Czy starasz się zrozumieć pewne zarzuty, racje krytyków? Sam przyznałeś, że każda interpretacja jest równouprawniona.

– Tak, interpretacja jest własnością danej osoby i można to publikować, interpretować… Taki jest wynik wypuszczania czegoś w świat. Taka jest party parcel of this business. Ale czy ja rozumiem pewne zarzuty? Trudno powiedzieć – jedne rozumiem, innych nie. Case by case. Istnieje też granica reagowania na zarzuty, bo robienie filmów – a zwłaszcza filmów takich jak ja robię – jest tak trudne, tak skomplikowane, tak niezwykłe, że ja powinienem dostać jakiegoś Nobla czy Oscara za to, że ja je w ogóle zrealizowałem. Dysponuję przy tym naprawdę małymi środkami, a jednak grają u mnie gwiazdy, jakoś te filmy wyglądają… To jest też pewnego rodzaju talent wyciskania soku z kamienia.

– Wiem, że dla Ciebie ten język wizualny, jest ważniejszy niż zwykła narracja. To również może się przyczyniać do tego, że Twoje filmy nie są tak powszechnie oglądane.

– Uważam, że język wizualny jest narracją…

– Również tak sądzę. Ale jeśli obrazy – które często mają symboliczne znaczenie – są trudne do zrozumienia, odczytania, to może sprawiać, że film staje się właśnie hermetyczny.

– …natomiast kino jest obsadzone przez filologów, którzy przedkładają mówione słowo nad czytanie wizualne.

– Wielką wagę przykładasz do roli symbolu w sztuce. Pewne symbole mogą być rozpoznawalne, chociaż – jak sam mówiłeś w swoich wykładach – współczesny odbiorca sztuki stał się ślepy na tę symbolikę, która była w miarę czytelna w pewnych epokach z przeszłości. Jeśli na domiar tego autor/artysta używa swojej „prywatnej” symboliki, to jeszcze bardziej może to zwiększyć nieczytelność tego, co tworzy. I nie będzie to wina odbiorcy.

– Ale ta symbolika akcydentalna, moja osobista… ona również działa na ludzi. I to ludzi obcych kulturowo. Oni ją odczytują jako swoją własną.

– Czyli spotkanie z samym sobą?

– I to jest celem moich filmów.

– Czego unika kultura masowa, która robi wszystko, aby ludzie o sobie zapomnieli.

– Tak, kultura masowa zbudowana jest na ucieczce od samego siebie. A ja odwrotnie – robię rzeczy polegające na spotkaniu człowieka z samym sobą. I to jest totalnie pod prąd. Ale – jak powiedział pewien mądry chiński filozof – kto idzie pod prąd, ten dojdzie do źródeł.

I w tym momencie spojrzeliśmy za okno, patrząc z góry na tłum ludzi przewalający się po obu stronach Chicago River, której brzegi porastały aluminiowo-szklane wieżowce downtown. Środkiem drogi pełnej samochodów jechał rowerzysta, który – nie trzymając kierownicy – coś tam tekstował wpatrzony w ekran swojego smartfona

Po chwili milczenia Majewski zwrócił się do mnie i powiedział: „Ja ci mogę zagwarantować, że obojętnie jak odbierasz ‚Dolinę Bogów’, to będzie to film, który będziesz pamiętał do końca życia.”

*  *  *

Wyraźni w tłumie bez wyrazu? Spotkanie z Lechem Majewskim w Chicago

.

Całość wywiadu z Lechem Majewskim przeczytać można TUTAJ.

.

ZEMSTA I PRZETRWANIE – ODDECH W ZMALTRETOWANYM CIELE (o najnowszym filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „ZJAWA”)

.

Zmaganie człowieka z naturą i ludzką żądzą zemsty (Leonardo DiCaprio w filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu "ZJAWA")

Przetrwać za wszelką cenę (Leonardo DiCaprio w filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „ZJAWA”)

.

Paradoksalnie, to dopiero „Zjawa” uświadomiła mi, jak bardzo Iñárritu jest przywiązany do fizyczności świata – a tym samym: jak mocno jest on zaabsorbowany cielesnością człowieka. I to wbrew temu, że sam – dysponując genialnym umysłem filmowca – posługuje się wybitną inteligencją, by za pomocą medium kina pokazać innym swoją wizję świata jako areny ścierania się ludzkich emocji, instynktu, popędów i impulsów… Gdzie intelekt jest bardziej sługą, niż panem, będąc czymś uzależnionym od Natury, mimo prób emancypacji, których jednak w filmach Iñárritu się nie uświadczy. Właśnie dlatego można powiedzieć, że są one anty-intelektualne, a więc na swój sposób – mimo kinematograficznej błyskotliwości, polifonii i złożonej faktury – płytkie, ślizgające się niejako po powierzchni rzeczy i zjawisk. Co, jak się okazuje, nie przeszkadza mi w mojej admiracji dla tych obrazów i uznaniu Iñárritu za jednego z najwybitniejszych i najlepszych współczesnych reżyserów świata. (Czyżbym więc przypadek miłości, która jest ślepa?)

Taka na wskroś anty-intelektualna jest właśnie „Zjawa”, w której nawet takiemu elokwentnemu gościowi jak Leonardo DiCaprio zamyka się usta, redukując jego postać do dyszącego zemstą, zmaltretowanego ciała, które – rzucone w dzikie ostępy amerykańskiej puszczy – dokonuje nadludzkich wysiłków aby przetrwać i wziąć odwet na tych, którzy go zdradzili i na tę morderczą poniewierkę skazali. Ludzkie ciało w „Zjawie” (nie tylko zresztą ciało granego przez DiCaprio trapera Hugh Glassa) jest traktowane bezlitośnie, będąc cięte, kłute, dziurawione, rozszarpywane, miażdżone… i sam już nie wiem, czy Wielka Trójca w filmie Jedyna, która obraz ten stworzyła (aktor DiCaprio, reżyser Iñárritu i operator Lubezky) powodowana była masochizmem, czy sadyzmem, a może jeszcze czymś innym? Może to tylko jeszcze jeden rodzaj perfekcjonistycznej kreacji, w której od (pozornego mimo wszystko) masochizmu czy sadyzmu ważniejsza jest (trzymająca wszystko w ryzach) forma? Forma, która sama w sobie może być przedmiotem fascynacji i zachwytu, a tym samym stanowić źródło odczuwania przez nas piękna. Albo przerażenia. (Czy aby jednak zbyt daleko nie posuwamy się w tej apologii stylu?)

.

Przeżyć, by się zemścić

Przeżyć, by się zemścić – instynkt zmaltretowanego ciała

.

PRZEMOC JAKO ZABAWA I CIERPIENIE

Pomysł „Zjawy” nie należy do Iñárritu. Scenariusz (co prawda, po części napisany też przez reżysera) jest adaptacją powieści Michaela Punke „The Revenant: A Novel of Revenge” opartej na autentycznej historii trapera, który przeżył podobną do ukazanej w filmie przygodę, gdzieś na Terytorium Dakoty w latach dwudziestych XIX wieku. Nie do końca więc usprawiedliwione jest to, że – traktując o „Zjawie” – mówimy: „Iñárritu to, Iñárritu tamto…” Bowiem nie jest to film autorski (a szkoda, bo ja chciałbym aby wszystkie filmy jakie firmuje ten reżyser, należały do kina autorskiego).
A jednak Alejandro Gonzales „wstrzelił się” w temat (i obraz) znakomicie, wyczuwając filmową materię „przez skórę”. I wydaje mi się, że odkryłem dlaczego tak się stało. Otóż w jednym, z wywiadów reżyser stwierdził: „Według mnie życie jest nieopanowanym ciągiem strat, przez które cierpimy. Od naszych narodzin po śmierć, stale coś tracimy. Tracimy naszą niewinność. Zaczynamy tracić nasze włosy, zęby, zdrowie… A w końcu tracimy też całe nasze życie. Dla mnie, wszystko polega na tym, jak sobie dajemy z tym radę, jak przeobrażamy to cierpienie. Uważam przy tym, że ból czy cierpienie nie powinny być czymś, co nas bawi, ale właśnie tym, co umożliwia naszą transformację. To jest też sposób na to, by zachować nasze więzi ze światem. Tak właśnie działa natura. Kwiat rośnie, kwitnie, potem więdnie i usycha, i następnie rodzi się na nowo. To wszystko jest nieodłączną częścią życia.”

Tak więc, stałym wątkiem filmów Iñárritu jest ludzkie cierpienie, które reżyser ukazuje nam zwykle (posługując się właśnie fizycznością) za pomocą zmaltretowanego ludzkiego ciała. I tak oto trafiamy do ukazanej w „Zjawie” amerykańskiej „dziczy” a w niej ciała trapera Glassa poddanego swoistej masakrze, która swoje apogeum osiąga w ataku niedźwiedzia grizzly – i która w rzeczywistości ciągnie się przez cały czas trwania filmu, aż do równie gwałtownego finału.
Ale przemoc i gore w filmach Iñárritu są inne, niż w całym popularnym kinie amerykańskim, gdzie krew, nóż, pięść i karabin służą zwykle do zabawy – ekscytując publikę, dostarczając widzom „fanu”. Wystarczy zrobić w tym miejscu porównanie z innym, obecnym teraz na ekranach filmem, również przenoszącym nas – podobnie jak robił to każdy szanujący się western – w czasy dzikiego Pogranicza. Mam tu oczywiście na myśli „Nienawistną ósemkę” Quentina Tarantino – reżysera, który ekranową masakrofilię opanował do perfekcji. Bo jeśli chodzi o Iñárritu, to jego przemoc i okrucieństwo (nawet to wzięte w cudzysłów, „udawane”) wcale nie bawi, co nota bene ma związek z meksykańskimi korzeniami Alejandro, który przemoc (stale obecną w jego kraju), zna z doświadczeń własnej rodziny. Tak więc, dla niego przemoc to okrutny konkret, a nie ludyczna abstrakcja, którą można rozerwać publiczność w kinie. Iñárritu obrazuje ową przemoc w kategoriach autentycznej zmory. U niego jest ona źródłem cierpienia, nigdy zaś satysfakcji, jak to ma miejsce w filmach Tarantino, gdzie rozwalanie ludzkiego mięsa doprowadza wielu widzów do radosnej ekstazy.

.

Człowiek i Natura – cóż po pięknie w walce na śmierć i życie?

Człowiek i Natura – cóż po pięknie w walce na śmierć i życie?

.

NATURA JAKO TEATRUM – BEZLITOSNE PIĘKNO?

Iñárritu – tak samo zresztą, jak każdy z nas – związany jest ze światem fizycznym i obciążony jest materią, i może właśnie dlatego wprowadza do swoich filmów elementy, które ów materializm starają się przezwyciężyć. Taki metafizyczny niedosyt. Stąd fantazyjne Ptaszysko krążące nad głównym bohaterem w „Birdmanie”, stąd duchy zawieszone pod sufitem w „Biutiful”, stąd zjawy żony i syna, jakie ukazują się Glassowi w „Zjawie”. Tylko czy te formalne chwyty przypominające filmowe gadżety, zdolne są ewokować prawdziwą metafizykę i dostarczyć nam metafizycznego dreszczu?

Ciekawe jest potraktowanie Natury w tym filmie. Nigdy dotąd Iñárritu nie zanurzył się tak bardzo w krajobrazie (swoją drogą fascynujące jest to jego przejście – razem z Emmanuelem Lubezkim – z migotliwego babilońskiego Time Square do niemal monochromatycznej śnieżnej górzystości amerykańskiego Zachodu), choć przypominam sobie pewne pejzażowe wisty z „Babel”, które – podobnie jak w „Zjawie” – sprowadzały ludzką postać do proporcji pionka wydanego na pastwę rozległej przestrzeni i przypadkowych zdarzeń.
Jednakże, oprócz niebywałego piękna, które z Natury wycisnął Lubezki w swoich kadrach (to dla tych zdjęć wybrałem się po raz drugi na ten film – co mi się bardzo rzadko zdarza: ostatni było tak w przypadku Malickowego „Drzewa Życia”, tak się złożyło, że również ze zdjęciami Lubezkiego), uderzyło mnie w „Zjawie” to, że od tego naturalnego piękna odseparowano wszystkie ludzkie postacie, jakie ukazano w filmie. To jest zresztą zgodne z podejściem do Natury białych europejskich pionierów kolonizujących Amerykę, którzy zamiast splendoru widzieli w Naturze przedmiot podboju i eksploatacji – także żywioł, z którym trzeba było walczyć o przetrwanie, a nie wpatrywać się weń jak w obrazek. Nikt jeszcze nie słyszał wówczas o szlachetnym przesłaniu legendarnego już dziś przyrodoznawcy Muira, który sakralizował Naturę, przydając jej panteistycznych atrybutów boskości; nie były jeszcze popularne monumentalne płótna Bierstadta czy Morana, ukazujące niezwykłą malowniczość amerykańskich rubieży; sporo czasu musiało jeszcze upłynąć, zanim fotograficzny artyzm Samuela Adamsa obdarzył amerykański pejzaż wielką wartością estetyczną…
Nie – ani występujący w „Zjawie” traperzy, ani handlarze skórą i futrami, ani żołnierze, ani tym bardziej walczący o przeżycie, poturbowany nieludzko przez Matkę Naturę Glass nie mogli dopatrywać się w tej Naturze piękna. Co zresztą jest widoczne na ekranie. Stąd dysonans między estetyzacją Natury jakiej dokonuje Lubezki, a survivalową naturalizacją jaką raczą nas Iñárritu i DiCaprio. Wygląda więc na to, że to naturalne piękno pojawia się dopiero w oku siedzącego w wygodnym fotelu widza.

Jednak Natura w filmie Iñárritu jest nie tyle bezlitosna i okrutna, co obojętna. Jest czymś w rodzaju areny, na której rozgrywają się drama ludzkiego życia. To nie jest żaden Kościół Szatana, jak wyrażał się o Naturze Blake (a co ukazał np. Lars von Trier w swoim „Antychryście”). Już bliżej tu do ujęcia Natury przez Malicka w „Drzewie życia”, gdzie człowiek jest występującą w przyrodzie monadą czującą – jednym ze składników gotującej się od momentu Genesis zupy Wszechświata.
Nie ma panteizmu w filmie Iñárritu, mimo, że nawiązuje on do animistycznych wierzeń rdzennych Amerykanów. W sumie ten spirytualizm „Zjawy” jest trochę naciągany i pretensjonalny – niezbyt przekonujący. Podobnie jak mało wiarygodny jest związek Glassa z Indianką i pozbawiona chemii relacja z synem, półkrwi Paunisem. Hugh Glass widzi jakieś zjawy, ale bardziej to są halucynacje, niż świadectwo związku ze światem indiańskich duchów, tym bardziej, że pojawienie się nieżyjącego syna Glassa w ruinach chrześcijańskiej świątyni (czyżby nawiązanie do Tarkowskiej „Nostalgii”?) wprowadza do filmu pewien ontologiczny zamęt i religijny bałagan – bo przecież nie synkretyzm.
Nie ma panteizmu w filmie Iñárritu. Wręcz przeciwnie: można w nim wyczuć jakiś podskórny ateizm, jak np. w opowieści (zagranego świetnie przez Toma Hardy’ego) Fitzgeralda, w której zamiast Boga objawia się komuś… wiewiórka.
Więcej jednak jest naturalizmu. Ograna skądinąd metafora drzewa o silnym pniu i korzeniach, które może się oprzeć wichurze. Także banalne dość przypomnienie, że żyć to znaczy oddychać, a oddychać znaczy żyć. Czyli, że dopóki się oddycha, to powinno się mieć nadzieję – i obowiązkiem jest walczyć o swoje życie.

.

Wejść w skórę trapera...

Wejść w skórę walczącego trapera…

.

DARWINIZM, BÓG I SPRAWIEDLIWOŚĆ

Ale chyba jeszcze większym motorem działania, niż instynkt przetrwania, jest w „Zjawie” żądza zemsty. To zresztą nie tylko jeden z nieodłącznych elementów klasycznego westernu, ale i motyw stale obecny w ludzkiej mitologii, począwszy od Starego Testamentu i antycznej tragedii, przez dramaty Szekspira i powieści Hugo, po mafijną wendettę w filmach o gangsterach. Jest coś takiego w naturze człowieka, co każe mu wziąć odwet na krzywdzicielu nie tyle jego samego, co jego rodziny.
Skąd się to bierze? Czy aby nie z darwinowskiej wojny samolubnych genów?
Tak à propos: jak się tak dobrze przyjrzeć, to darwinizmem jest przesiąknięty cały film Iñárritu. To nie tylko walka Glassa o przetrwanie w „dzikim” środowisku, w mateczniku i puszczy, ale i ekspansja silniejszej cywilizacji, podbój terytorium i zawłaszczanie bogactw obcego plemienia – rabunek i eliminacja słabszego przeciwnika. Czyli kamień węgielny cywilizacji stworzonej na amerykańskim kontynencie przez Europejczyków. (Nie zmienią tego uniki w rodzaju apologetycznego Manifest Destiny – Bożego Przeznaczenia.) W tę wojnę zaangażowani są wszyscy pojawiający się w „Zjawie” ludzie. Tą wojną nie mógł być nieskażony mit założycielski Nowego Świata, którego „wspaniałość” aż po dzień dzisiejszy jest kwestionowana przez ogrom niesprawiedliwości i cierpienia, jakiego doświadczyły miliony ludzi żyjących (i umierających) w obu Amerykach, po „odkryciu” tych kontynentów przez Kolumba.

Zemsta to namiętność oparta na resentymencie – ma w sumie charakter atawistyczny i przez większość z nas (świadomie) oceniana jest negatywnie. Ale nie w kinie. To dlatego wszyscy widzowie kibicują Glassowi w jego pościgu za Hardym, to dlatego tryumf wodza Arikarów, który mści się na Francuzach za swoją córkę, wydaje się wszystkim zrozumiały. A mimo to, twórcy „Zjawy” chcą z barków człowieka zdjąć brzemię zemsty, którą jest on przepełniony i scedować to na Siłę Wyższą. To dlatego w finale (z ust Glassa) pada stwierdzenie: „The revenge is in the God’s hand”. Ale czy w jakimś sensie nie jest to uświęcanie zemsty? I czy rzeczywiście jest ona tym samym, co sprawiedliwość?

PRAWDZIWY JAK FILMOWY GRIZZLY

Wszyscy są pod wielkim wrażeniem autentyzmu „Zjawy”. I ja się temu wcale nie dziwię. Ekipa realizująca film wstawała przed świtem, pakowała manatki i jechała pick-upami w góry, gdzie przy kilkudziesięcio-stopniowym mrozie czekała na odpowiednie warunki (Lubezki uparł się kręcić wszystko przy naturalnym świetle – a to oznaczało ograniczenie dnia zdjęciowego do paru godzin akcji). Tajemnicą tabloidowych poliszyneli stało się to, że Iñárritu dał wszystkim taki wycisk, że przetrzebiło to drużynę, ale ci co zostali, poddali się temu drylowi bez większego szemrania, bo szaleństwo reżysera udzieliło się również im samym. Nawet królowi wszystkich celebrytów, milionerowi DiCaprio, który (mimo tego, że jest wegetarianinem) żarł na filmowym planie żywe ryby i surową wątrobę bizona (nawet jego wymioty przy tym były autentyczne) – o kąpielach w lodowatej wodzie, taplaniu się w błocie i zakopywaniu w ziemi nie wspominając, choć legenda o zgwałceniu go przez niedźwiedzicę jest już lekką przesadą. (To są wyczyny, które, zdaniem wielu, zapewnią mu w końcu Oscara – choć przecież Leo zagrał do tej pory co najmniej pół tuzina lepszych ról.)
Lecz ja się wcale nie natrząsam, bo jednak efekt tych wysiłków i poświęceń – głownie technicznych: reżysera, operatora i aktora – jest fantastyczny. Obraz ma wspaniałą aparycję – ta sino-biała tonacja, surowa faktura, znakomite kadry, spójność planów, zanurzenie ludzkich postaci w naturalnym, „dzikim” anturażu – to wszystko sprawia, że patrzymy na ekran z fascynacją. Iñárritu zaryzykował – wziął (jeszcze przed sukcesem „Birdmana”) na tapetę projekt, do którego inni przez 10 lat podchodzili jak do jeża – i to ryzyko się opłaciło (nie tylko dlatego, że „Zjawa” okazuje się jednym z najbardziej kasowych filmów ostatnich miesięcy, zdobywając po drodze aż 12 nominacji do Oscara).

A jednak mam takie swoje małe „ale”, bo uważam, że obsesja autentyzmu, „prawdziwości” i naturalizmu nie uchroniła filmu przed pewną sztucznością. Przemierzając przez wiele lat amerykański Zachód wzdłuż i wszerz, wielokrotnie miałem okazję przypatrzeć się prawdziwym stadom bizonów, tudzież niedźwiedziom – zarówno baribalom, jak i grizzly – w ich naturalnym środowisku. To, co zobaczyłem w „Zjawie” tylko przypominało te zwierzęta: pod niedźwiedzią skórą bestii masakrującej Leo dostrzegłem człowieka, bizonie stado od razu wydało mi się wygenerowane cyfrowo. Ale to w sumie drobiazgi, ba jako filmowe artefakty obrazy te sprawdziły się znakomicie (o czym świadczy to, że nikt na ich brak autentyzmu nie narzekał). A poza tym: atak niedźwiedzia na Glassa ma niesamowitą dramaturgię i świetną choreografię (bo oparto się jednak na zachowaniu i prawdziwych atakach grizzly); zaś nagłe pojawienie się stada bizonów przed oczami Glassa, mimo wszystko robi na wielu widzach kolosalne wrażenie.
Wynika to pewnie z mojego niegdysiejszego skrzywienia zawodowego, ale zauważyłem też pewne dziwne rzeczy, które działy się na ekranie z krajobrazem: bo to było niemożliwe, żeby topografia zmieniała się tak, jak się zmieniała: bohaterowie przemierzają zaledwie parę mil, a krajobraz zmienia się tak, jakby były tych mil setki czy tysiące. Ale przestało mnie to dziwić, kiedy dowiedziałem się, że film kręcono nie tylko w Górach Skalistych Kanady, ale i w Argentynie (także w Montanie).
Na szczęście to wszystko dotarło do mnie już po projekcji (jak również podczas ponownego oglądania filmu) i nie zepsuło całej przyjemności z poddania się filmowej iluzji, bez której to zdolności nie byłoby sensu chodzić do kina i zasiadać przed ekranem.
W sumie te moje – nawet nie zastrzeżenia, co uwagi – są chyba niepoważne i mam pewne wątpliwości, czy tutaj potrzebne. Ponadto, prawdziwy Hugh Glass przeżywał swoją przygodę w Dakocie, (której daleko do górzystej spektakularności Rocky Mountains); nigdy nie miał żony Indianki ani pół-krwi indiańskiej syna; nigdy nie dopadł Fitzgeralda (gonił go głównie po to, by odzyskać zrabowaną przez niego strzelbę i futra)... Jednakże, czy zachowując te fakty, można byłoby nakręcić taki film, jak „Zjawa”? Rzeczywistość nas zadziwia, ale ustępuje jednak miejsca fantazji. Zwłaszcza w kinie.

* * *

Zaskoczył mnie szum wokół „Zjawy”, a szczególnie zaskoczyło mnie to, że film zarobił taką masę pieniędzy. Tak, jak dobrze życzę Alejandrowi (od momentu obejrzenia jego arcydzieła „Amores Perros” uważam go za jednego z najciekawszych współczesnych reżyserów świata, co miałem przyjemność powiedzieć mu osobiście podczas amerykańskiej premiery „Babel”) to wobec tych merkantylnych głównie faktów poczułem się trochę dziwnie – tak, jakby doszło do czegoś w rodzaju… hm… masowej profanacji dzieła twórcy, dla którego sukces komercyjny jest czymś drugorzędnym, (jeśli nie trzeciorzędnym) i dla którego liczy się przede wszystkim wartość artystyczna filmu.
Tym bardziej wydaje mi się to dziwne, że od strony fabularnej i scenariuszowej „Zjawa” jest według mnie filmem średnim. Wartość tego obrazu opiera się głównie na jego stronie technicznej i formalnej – bo rzeczywiście jest to niekwestionowane mistrzostwo świata. Samo meritum – myśl, głębia, problem, filozofia zawarta w filmie – nie zachwyca i nie absorbuje tak, jak to zwykle dzieje się w przypadku dzieł wybitnych.
Mnie jednak cieszy to, że najgorszy jak do tej pory (no dobrze: nie najlepszy) film Iñárritu, jest ciągle filmem bardzo dobrym. Mam nadzieję, że cały ten medialny zgiełk nie zepsuje reżysera i że pozostanie on nadal takim „bożym szaleńcem” poświęcającym się bez reszty sztuce kina.

.

Góra z bizonich czaszek - destrukcyjna zachłanność Białego Człowieka

Góra z bizonich czaszek – destrukcyjna zachłanność Białego Człowieka

.

Powiązane wpisy: „SAGA O BIZONIE”, „INDIAŃSKI TRYPTYK”, „SZKICE O AMERYKAŃSKIEJ SCENERII”

.

INDIAŃSKI HOLOCAUST?

o stosunkach Europejczyków z Indianami po raz trzeci… i ostatni

*

Temat indiański pojawił się na mojej stronie dość przypadkowo (przywołała go dyskusja pod wpisem Bitwa nad Little Bighorn), ale jednak myślę, że warto było przy tej okazji wskrzesić dwa artykuły, które opublikowałem swego czasu w prasie polonijnej. Stanowiły one dwa ostatnie moje wpisy: Cywilizowani i „dzicy” oraz Sumienie Zachodu. Napisałem je 17 lat temu i sam byłem ciekaw, jak też sprawdzą się one (choćby w moim odbiorze) dzisiaj – zważywszy na to, że człowiek niewątpliwie zmienia się z czasem, a 17 lat to spory szmat czasu. Oczywiście, gdybym miał na te tematy napisać dzisiaj, oba te teksty wyglądały by inaczej, choć jednak – w ogólnym zrębie – tak bardzo by się nie zmieniły. W „Sumieniu Zachodu” jednak niektóre akcenty rozłożone byłyby inaczej i pewnie spuściłbym nieco z podniosłego tonu, który miejscami w tym tekście zbliżał się zbyt niebezpiecznie do egzaltacji i patosu. Uzupełniłbym również tekst o pewne motywy, których wówczas zabrakło, a które stawiały jednak temat zagłady Indian w nieco szerszej perspektywie. Nowego artykułu na ten temat pisać nie zamierzałem, niemniej jednak – gwoli uzupełnienia – chciałbym poczynić tutaj kilka uwag, które, jak mniemam, rzucić mogą nieco więcej światła na to, co rzeczywiście zaszło w relacjach europejskich kolonistów i rdzennych mieszkańców Ameryki, i jak doszło do tego, że cywilizacja indiańska praktycznie przestała istnieć. Oto one. 

*

1.

indiański symbolCzy można zagładę Indian Ameryki Północnej nazwać „holocaustem”? Jeżeli termin ten wiąże się z ludobójstwem, które ma na celu likwidację jakiegoś narodu czy rasy, to jednak moim zdaniem odpowiedź na to pytanie powinna brzmieć: nie.  Mimo krwawych incydentów, na terenie obecnych Stanów Zjednoczonych nie miała miejsce celowa eksterminacja Indian. Jeśli ich zabijano, to na pewno nie na masową skalę, tak jak w przypadku XX-wiecznych holocaustów, w których ginęli Żydzi, czy Ormianie. To prawda, że w stosunkowo krótkim czasie wyginęły niemal doszczętnie plemiona indiańskie zamieszkujące wschodnią i północną część terenów należących dziś do Stanów Zjednoczonych, ale główną tego przyczyną były choroby zakaźne przywleczone tu przez europejskich kolonistów, na które tubylcy nie byli uodpornieni.
Na Wschodzie i Północy zdarzały się oczywiście masakry ludności indiańskiej dokonywane przez kolonialne milicje z premedytacją (pisałem o nich w pierwszej części indiańskiego „tryptyku” TUTAJ), ale w skali kilkusetletnich dziejów stosunków białych z tubylcami, były to raczej zjawiska odosobnione.  Nieco inaczej jednak było już na terenach Wielkich Równin, za Missisipi, w czasie podboju (czy też zasiedlania) tzw. Dzikiego Zachodu w XIX wieki, zwłaszcza w jego drugiej połowie. Tam także zdarzały się krwawe starcia na większą czy mniejszą skalę, regularnie toczono bitwy z Indianami, w których liczba ofiar śmiertelnych była stosunkowo wielka. Ale miały też miejsce tzw. „wojny indiańskie”, w których – jak podają historycy – mogło zginąć nawet do 30 tysięcy Indian (na ogólną liczbę ok. 300 tysięcy). Te zbrojne i gwałtowne starcia są jednak lepiej zapisane w naszej świadomości, jak to zwykle bywa z wydarzeniami dramatycznymi, czy też tragicznymi, które z różnych względów (m.in. wskutek ludzkiego upodobania do sensacjonizmu) chętniej nagłaśniane są przez media, tudzież bardziej eksploatowane przez pop-kulturę. A i sami historycy zwracają na nie większą uwagę, bo to dla nich jakby bardziej „wdzięczny” temat, w którym mogą się wykazać i łatwiej zainteresować nim laików.
Co nie znaczy, że kolonizacja – czy też raczej koloniści – nie są winni zagładzie Indian i ich cywilizacji. Tyle, była to zagłada niejako „pełzająca”, rozłożona na wiele lat, może nawet pokoleń – zwłaszcza na terenach położonych bardziej na zachód, stopniowo zasiedlanych przez Europejczyków oraz potomków europejskich imigrantów. Po prostu, Indianie byli nieustannie spychani na coraz większe pustkowia, a odbywało się to na różne sposoby – niekoniecznie zbrojne. Najczęściej była to przemoc, lecz nie bezpośrednia tylko bardziej ukryta. Pozbywano się Indian w sposób – rzec można – „legalny”, bardziej wyrafinowany, ale przez to perfidny. I zawsze, niestety, skuteczny. Zmuszając Indian do ustępowania ziemi białym, skazywano ich na poniewierkę, która okazywała się destruktywna zarówno fizycznie (całe rzesze Indian wyniszczył – oprócz chorób – głód), jak i kulturowo (chcąc przeżyć, Indianie zmuszeni byli porzucić sposób życia jaki praktykowali od wieków.)

2.

Kapitalnym źródłem faktów i opinii – swoistym świadectwem epoki – jest słynna praca Alexisa de Tocqueville’a „O demokracji w Ameryce”, w której jeden z rozdziałów autor poświęca zajmującemu nas tutaj tematowi, nadawszy mu tytuł może trochę rozwlekły lecz adekwatny: „Rozważania na tematy obecnej sytuacji trzech ras ludzkich zamieszkujących terytorium Stanów Zjednoczonych oraz przyszłości, która prawdopodobnie je czeka”. (Tocqueville pisze w nim również o Murzynach, ale nas najbardziej w tej chwili interesują Indianie – dodam tylko, że kwestia niewolnictwa jest przedstawiona tam równie ciekawie.)
Błyskotliwy francuski polityk (minister spraw zagranicznych II Republiki), socjolog, pisarz i myśliciel opisuje oraz diagnozuje ówczesną sytuację, a jego spojrzenie wydaje się dziś nie tylko niezwykle przenikliwe, ale i nowoczesne (mimo, że dzieło to powstało w latach 30-tych XIX wieku). Jak przystało na bystrego obserwatora, a zarazem naukowca, Tocqueville stara się być w miarę obiektywny, nie idealizując – nie obwiniając ani nie usprawiedliwiając – żadnej ze stron, choć nadal jest dzieckiem swojego czasu, nazywając tubylców „dzikusami”, zaś ich kulturę „barbarzyńską”, uznając prymat cywilizacji europejskiej nad każdą inną. Niemniej jednak, jego spojrzenie jest nad wyraz świeże i trafne, pozbawione na dodatek wszelkiego resentymentu, czy innych (niż wspomniane) uprzedzeń.
Dajmy próbkę stylu Toqueville’a. Oto na samym początku rozdziału pisze on: „Wśród tych tak odmiennych ludzi zdecydowanie wyróżnia się człowiek biały. Jest najbardziej oświecony, najpotężniejszy i najszczęśliwszy, jest Europejczykiem, człowiekiem par excellence. Murzyn i Indianin stoją poniżej. Te dwie nieszczęsne rasy nie mają ze sobą nic wspólnego. Dzieli je pochodzenie, wygląd, język i obyczaj – zbliża je tylko nieszczęście. Obie zajmują równie niską pozycję, obie zmuszone są znosić tyranię i choć ich cierpienia są odmienne, sprawcą tych cierpień jest ten sam biały człowiek. Czyż z tego, co dzieje się na świecie, nie wynika wniosek, że Europejczyk jest wobec innych ras ludzkich tych samym, czym człowiek wobec zwierząt? Posługuje się nimi, a kiedy nie może sobie ich podporządkować – niszczy je.”

Spojrzenie Tocqueville’a wydaje mi się być pozbawione sentymentalizmu, ale z drugiej strony, nie unika on stwierdzeń wskazujących na krzywdę Indian – ich nieszczęście i cierpienie – oraz na opresję białych, nazywając rzeczy wprost i po imieniu: „Przemoc białych okazała się dla rasy indiańskiej zgubna. (…) Przed przybyciem białych do Nowego Świata ludy zamieszkujące Amerykę Północną żyły spokojnie w puszczy. Indianie, poddani wszystkim niedogodnościom dzikiego życia, mieli cnoty i przywary właściwe ludom niecywilizowanym. Zepchnąwszy indiańskie plemiona w głąb dzikich terytoriów, Europejczycy skazali je nażycie wędrowne, pełne nędzy i nieszczęść. (…) Osłabiając u Indian przywiązanie do ojczyzny, rozpraszając ich plemiona, zacierając tradycje, zrywając łańcuch wspomnień, przeobrażając wszystkie dawne przyzwyczajenia, powiększając zaś z drugiej strony potrzeby, tyrania Europejczyków uczyniła ich ludźmi bardziej zagubionymi i mniej cywilizowanymi, niż byli poprzednio. Ponieważ moralne i fizyczne warunki życia tych plemion stale się pogarszały, stawały się one bardziej barbarzyńskie, w miarę jak były bardziej nieszczęśliwe. Wszelako Europejczycy nie zdołali całkowicie zmienić charakteru Indian i chociaż w każdej chwili mogli ich zniszczyć, nie mogli ani ich sobie podporządkować, ani ogładzić.(…) [Indianin] znajduje upodobanie w swojej barbarzyńskiej niezależności i woli zginąć, niż zrezygnować z najmniejszej nawet jej cząstki; (…) odrzuca cywilizację nie tyle z nienawiści do niej, ile z obawy przed upodobnieniem się do Europejczyków.” (…) Indianin z Ameryki Północnej, żyjący na swobodzie pośród lasów, był biedny, lecz nie czuł się od nikogo gorszy. (…) Jego dawne życie było ruchliwe, pełne nieszczęść i niebezpieczeństw, lecz jednocześnie emocji i rzeczy wielkich, teraz musi się zgodzić na egzystencję monotonną, nędzną i podłą. (…) Niezależność, jaką się cieszył wśród sobie równych, kontrastuje z niewolniczą pozycją, jaką zajmuje w społeczeństwie cywilizowanym.” (Nic więc dziwnego, że niektórzy biali, zakosztowawszy tej wolności i swobody, wyzwoliwszy się z pęt i hierarchii własnej cywilizacji – która jakoś nie mogła dać im zadowolenia i szczęścia – wybierali życie wśród Indian, a nie wśród kolonistów.)

Jest jeszcze jeden kapitalny fragment w książce Tocqueville’a, którego zacytowania nie mogę się tu oprzeć (odnosi się on do indiańskiej niechęci do życia osiadłego, rolniczego): „Najnędzniejszy nawet Indianin kultywuje w swym szałasie z kory nader wysokie wyobrażenie o o własnej indywidualnej wartości. Niezbędne prace uważa za zajęcie poniżające, rolnika porównuje z wołem przewracającym bruzdy, wszystkie nasze zatrudnienia bierze za wysiłki niewolników. Wprawdzie ma bardzo wysokie pojęcie o sile białych i o wielkości ich inteligencji, lecz podziwiając rezultaty naszych wysiłków, pogardza środkami, które pozwalają nam je uzyskiwać; doświadczając naszej powagi, ma się wciąż za wyższego od nas. Polowanie i wojna to dla niego jedyne zajęcia godne mężczyzny.” (…) Tocqueville tak kwituje niepowodzenie podejmowanych przez Europejczyków prób przekształcenia Indian w osiadłych rolników, którzy co rusz uciekali od pługa do puszczy: „Cywilizacja rodziła się w chacie, lecz w lesie umierała”. Jednym słowem, Indianie okazali się – wedle europejskich standardów – „niereformowalni”.

IndianinTocqueville wskazuje na to, że Indianie przegrywają w nierównej walce. Podaje tego przyczyny i stwierdza, że dzieło ich zagłady dokonuje się w bardzo prosty sposób: kiedyś potrzeby Indian były bardzo skromne, więc – zważywszy także na obfitość ówczesnych zasobów – świetnie dawali sobie radę z ich zaspokojeniem. Europejczycy zaś zapoznali ich z bronią palną, żelazem, alkoholem, końmi; nauczyli ich chodzić w ubraniach z tkanin, a że Indianie nie byli w stanie wyprodukować tego sami, stawali się coraz bardziej zależni od białych. Chcąc uzyskać te nowe dobra, musieli handlować tym, co było im dostępne – głównie futrami, których dostarczała jeszcze puszcza. Z tego względu Indianin zaczął polować nie tylko po to, by zdobyć żywność, ale także po to, by zdobyć przedmioty wymiany. Tym samym potrzeby tubylców były coraz większe, zaś ich zasoby coraz bardziej się uszczuplały. Błędne koło.
W jednym z raportów dla Kongresu stwierdzano: „Indianie muszą pracować ponad siły (…), by wyżywić swoje rodziny. Czasem myśliwy poświęca wiele dni na bezskuteczne tropienie zwierzyny; przez ten czas jego rodzina żywi się korą i korzeniami albo ginie; dlatego też w zimie wielu z nich umiera z głodu.” Tocqueville uzupełnia to następująco: „Indianie nie chcą żyć jak Europejczycy – jednak nie mogą się obejść bez Europejczyków ani też żyć dokładnie tak jak ich przodkowie.” Ślepy zaułek.
Postępująca coraz bardziej na Zachód kolonizacja powodowała coraz większe zmiany w ekosystemie zasiedlanych rejonów. Przed osiedleńcami uciekała zwierzyna, która była podstawą utrzymania tubylców, więc – jak pisze Tocqueville – „wkrótce Indianom brak środków do życia. Nieszczęśnicy krążą odtąd po opustoszałych lasach jak wygłodniałe wilki. Instynktowna miłość ojczyzny przywiązuje ich do ziemi, na której się urodzili, ale znajdują na niej tylko nędzę i śmierć. (…) Ściślej rzecz biorąc, to nie Europejczycy przepędzają Indian, lecz głód – oto subtelne rozróżnienie nieznane średniowiecznym kazuistom, a wykryte przez nowożytnych doktorów. (…) Indianie stracili już ojczyznę; niedługo utracą i własne plemię; zostaną zaledwie rodziny. Ginie imię szczepu, zapomniany zostaje język, nikną ostatnie ślady pochodzenia. Naród przestał istnieć. Żyje jeszcze we wspomnieniach amerykańskich zbieraczy starożytności i zna go jedynie kilku europejskich erudytów.”

3.

Rugowanie Indian z ziem, na których żyli, odbywało się przeważnie w sposób niby to legalny (choć trudno za takowe uznać przymusowe i masowe wysiedlanie w XIX wieku plemion indiańskich i komasowanie ich na tzw. Indian Territory na preriowych pustkowiach Wielkich Równin w centrum kraju), tyle że przebiegły i często jednak cyniczny. Odkupywano od nich ziemię, najczęściej za bezcen, mamiąc tubylców nagłym wzbogaceniem się o pożądane przez nich towary, i wmawiając im, że odchodząc dalej na zachód znajdą nowe ziemie rozległe, bogate w zwierzynę, równie dobre jak ta, a może nawet lepsze – gdzie będą już mogli żyć nie niepokojeni. Indianie, „na poły przekonani, na poły zmuszeni, odchodzą, by zamieszkać na innej ziemi, gdzie biali nie dadzą im zresztą przeżyć w spokoju nawet dziesięciu lat.” (Tocqueville) (Dodam tylko, że wyzuwając Indian z ziemi nie cofano się przed stosowaniem wszelkich dostępnych środków – wliczając w to groźby, oszustwo, przekupstwo, przemoc i alkohol.)
Z kolei ci Indianie, którzy próbowali żyć w sposób osiadły, byli wykorzystywani przez białych mających nad nimi niewątpliwą przewagę: „Dzięki posiadanym środkom i oświeceniu Europejczycy nie omieszkali przywłaszczyć sobie większości korzyści, jakie mogli czerpać tubylcy z posiadania ziemi. Osiedlili się pośród nich, zagarnęli lub wykupili za bezcen ich ziemię i zrujnowali ich za pomocą konkurencji, której Indianie w żaden sposób nie mogli sprostać. Indianie, izolowani w swym własnym kraju, byli już tylko małą kolonią niewygodnych cudzoziemców pośród licznego i dominującego narodu. (…) Do chciwości osadników dochodzi zwykle tyrania rządu. [Tocqueville ma tu na myśli rządy stanowe – przyp. LA] Jeżeli zwrócimy uwagę na tyrańskie decyzje uchwalane przez prawodawców z południowych stanów, na postępowanie ich gubernatorów i działania ich sądów, z łatwością dojdziemy do przekonania, że całkowite wygnanie Indian jest ostatecznym celem, do którego zgodnie zmierzają ich wysiłki.” W innym miejscu Tocqueville pisze: „[istnieją dowody] na wszelkiego rodzaju przestępstwa popełniane przez białą ludność na terytorium Indian. A to Anglo-Amerykanie osiedlają się w części tego terytorium, jakby gdzie indziej brakowało ziemi, i wojska Kongresu muszą ich stamtąd wyganiać; a to porywają bydło, palą domy, kradną owoce pracy tubylców lub dokonują gwałtu na ich osobach. Wszystkie te dokumenty dowodzą, że tubylcy codziennie padają ofiarą nadużywania siły.” Nawet unijny agent do spraw Indian bierze ich stronę, pisząc w swoim raporcie: „Wtargnięcie białych na terytorium Czirokezów spowoduje ruinę ich mieszkańców, którzy wiodą tam teraz życie ubogie i nieagresywne.”

To prawda, że rząd federalny starał się w jakiś sposób rozwiązać kwestię indiańską, i to bynajmniej nie w sposób, na jaki wpadli wysoce cywilizowani Niemcy w połowie XX wieku, mordując miliony Żydów. Nie, pamiętajmy o tym, że Ojcowie Narodu byli ludźmi „oświeconymi”, przepełnionymi ideałami wolnościowymi – to jednak była wówczas awangarda cywilizacji zachodniej, dążąca do demokracji jako najbardziej sprawiedliwego i humanitarnie zaawansowanego ustroju. Sam Jerzy Waszyngton (pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych) uważał (ponoć), że Indianin jest człowiekiem, więc – jako taki – równy jest człowiekowi białemu, tyle, że organizacja społeczna Indian była czymś niższym od organizacji społecznej białych. Waszyngton stworzył nawet sześciopunktowy plan mający na celu „ucywilizowanie” Indian. Napawając się (być może niechcący) własną supremacją, zdobył się kiedyś na takie oto szlachetne oświadczenie: „Jesteśmy bardziej oświeceni i silniejsi od narodów indiańskich; jest (więc) sprawą honoru, byśmy traktowali je dobrze, a nawet wspaniałomyślnie.” Uchwalono nawet ustawę zabraniającą zabierania Indianom ziemi bez ich zgody. Tocqueville wyraźnie bierze stronę rządu federalnego (być może jest to jakiś rodzaj politycznego zagrania, czy może wdzięczności za dobrą gościnę), pisze bowiem: „[Rząd centralny] zaś wcale nie jest nieczuły na nieszczęścia Indian, i szczerze pragnąłby uratować resztki tubylców i zapewnić im swobodne posiadanie ziemi, które sam im zagwarantował. Kiedy jednak usiłuje zrealizować ten zamiar, poszczególne stany stawiają mu niebywały opór;  wówczas rząd bez sprzeciwu przystaje na zagładę paru pierwotnych plemion, już na poły przetrzebionych, by nie narazić amerykańskiej Unii na niebezpieczeństwo. Nie mogąc chronić Indian, rząd federalny chciałby przynajmniej złagodzić ich los. Dlatego też zaczął przesiedlać ich na swój koszt w inne rejony.”

Młoda IndiankaTocqueville pisze tu zapewne o tzw. Indian Act Removal („ustawa o usunięciu Indian”), która w praktyce okazała się dla indiańskich plemion  tragiczna. Francuz zapewne jeszcze wówczas nie wiedział o tym, ile ofiar śmiertelnych pochłonął ten pomysł. Najbardziej zabójczy okazał się tzw. „Szlak  Łez”, na którym zginęły tysiące przesiedlanych (z południowego wschodu za Missisipi) Czoktawów. Niezwykłym trafem, Tocqueville, będąc w Memphis, widział grupę Czoktawów, którzy przeprawiali się na zachodni brzeg rzeki. Mimo, że fragment ten jest dość obszerny, to jednak przytoczę go tutaj in extenso, bo wg mnie ma on nie tylko wielką wartość dokumentalną, ale i niewątpliwe walory literackie, dzięki czemu ów przejmujący obraz na trwałe zapisuje się w naszej pamięci:
„Na własne oczy widziałem cierpienia i nędzę, które staram się opisać, i byłem świadkiem zła, którego opisać nie potrafię. Z końcem 1831 roku znalazłem się na lewym brzegu Missisipi, w miejscu zwanym przez Europejczyków Memphis. Pojawiła się tam wówczas duża grupa Indian Czokto. Indianie właśnie opuszczali swój kraj i chcieli się przedostać na prawy brzeg Missisipi, gdzie mieli nadzieję znaleźć schronienie obiecane im przez rząd amerykański. Był środek zimy, mróz był wyjątkowo silny, śnieg okrył ziemię twardą skorupą, a rzeką płynęły ogromne kry. Indianie, którzy wędrowali razem z rodzinami, ciągnęli ze sobą rannych, chorych, nowo narodzone dzieci i umierających starców. Nie mieli ani namiotów, ani wozów, tylko trochę zapasów i broni. Widziałem, jak wsiadali na statek, by przepłynąć przez wielką rzeką, i ten pełen patosu widok na zawsze zostanie w mojej pamięci. Nie było słychać ni płaczu, ni skarg – wszyscy milczeli. Ich nieszczęścia były nienowe i Indianie wiedzieli, że są nieodwracalne. Wszyscy weszli już na statek i tylko psy zostały na brzegu. Zobaczywszy, że ich panowie oddalają się na zawsze, zaczęły przeraźliwie wyć i wszystkie naraz rzuciły się do lodowatej wody Missisipi, by płynąć za statkiem.”
Dzisiaj wiemy, że spośród ok. 17 tysięcy Czoktawów przesiedlonych wówczas z ich terenów (stany południowo-wschodnie) na tzw. Terytorium Indiańskie (tereny dzisiejszych stanów: Oklahoma, Kansas, Nebraska) zginęło na Szlaku Łez ok. 4 tysięcy osób. Rząd amerykański chciał dobrze, a wyszło jak zwykle – każdy wie, czym wybrukowane jest piekło.

Tocqueville wprawdzie nie potępia amerykańskiego rządu, ale jego komentarz nie pozbawiony jest nuty drwiny i sarkazmu: „Indianie bez trudu dostrzegają, jak prowizoryczne jest proponowane im rozwiązanie. Kto im zagwarantuje, że będą wreszcie mogli odpocząć w swym nowym schronieniu. Wprawdzie Unia zobowiązuje się, że pozwoli im tam zostać, ale przecież tereny, które teraz zajmują, również gwarantowano im niegdyś najuroczystszymi przysięgami. (…) W sposobie postępowania Unii jest mniej głupoty i przemocy niż w polityce realizowanej przez poszczególne stany; ale i jednym i drugim brak woli. Wciąż rozszerzając to, co nazywają dobrodziejstwem swych ustaw o Indianach, stany liczą, że dzicy będą woleli pójść sobie precz, niż ustawom tym się podporządkować. A rząd centralny, przyrzekając tym nieszczęśnikom stałe schronienie na Zachodzie, jest świadom, że nie może go im zagwarantować. Właśnie tak swą tyranią stany zmuszają dzikich do ucieczki, a Unia dzięki swym obietnicom i za pomocą swoich środków tę ucieczkę ułatwia. To tylko różne metody zmierzające do tego samego celu.”

Tocqueville wspomina o Hiszpanach, którzy (w swoich koloniach południowo- i środkowoamerykańskich) szczują Indian psami „jak dzikie bestie”, grabią Nowy Świat „niepoczytalnie i bezlitośnie”, ale po jakimś czasie ten szał mija, a część ludności indiańskiej, która zdołała uniknąć masakry, miesza się w końcu ze zwycięzcami, przyjmując ich religię, język i obyczaje. I tu następuje fragment, który – jak uważam – stanowi małe mistrzostwo świata w sarkazmie, zabarwione na dodatek ironią:
„Stosunek Amerykanów ze Stanów Zjednoczonych do tubylców jest – przeciwnie – przepojony najczystszym uwielbieniem form i legalności. Jeśli tylko Indianie pozostają w stanie dzikości, Amerykanie nie mieszają się do ich spraw i traktują ich jako ludy niepodległe. Nie zajmują ich ziem, dopóki ich nie nabędą na mocy odpowiedniego kontraktu, a gdyby przypadek zdarzył, że jakieś plemię indiańskie nie może już żyć na swoim terytorium, wówczas po bratersku biorą je za rękę i wyprowadzają na śmierć poza granice kraju ojców. Hiszpanie dopuszczali się bezprzykładnych okrucieństw i okryli się wieczystą hańbą, a jednak nie zdołali wymazać rasy indiańskiej z powierzchni ziemi ani nawet zepchnąć jej poza granice prawa. Amerykanie ze Stanów Zjednoczonych osiągnęli i jedno i drugie z nadzwyczajną łatwością, spokojnie, bez trudu, filantropijnie, nie przelewając krwi i pozornie nie naruszając żadnej podstawowej zasady moralności. Trudno byłoby nieść zagładę ludziom, lepiej przestrzegając praw ludzkości.”

4.

Na koniec oddajmy głos samym Indianom. Oto list jaki do amerykańskiego Kongresu napisali w 1829 roku Czirokezi. Abstrahując od grzecznościowego (chyba) początku (z metafizyczno-deterministyczną ideą tam zawartą – że wszystko co się zdarzyło, zdarzyło się z woli Boga, trudno mi się zgodzić, bo to tak, jakby powiedzieć, że Holocaust w Europie też zdarzył się z woli Boga) wyrażona jest w nim esencja tego, co zaszło między europejskimi kolonistami a Indianami:
„Z woli naszego niebieskiego Ojca, który rządzi światem, rasa czerwonych ludzi w Ameryce stała się mała; rasa biała stała się wielka i sławna.
Kiedy wasi przodkowie przybyli na nasze wybrzeża, czerwony człowiek był silny, i mimo iż był ciemny i dziki, przyjął ich życzliwie i pozwolił im postawić zdrętwiałe nogi na suchym lądzie. Nasi i wasi ojcowie podali sobie rękę na znak przyjaźni i żyli w pokoju.
Wszystko o co prosił biały człowiek dla zaspokojenia swoich potrzeb, Indianin ochoczo mu przyznawał. Wówczas Indianin był panem, a biały człowiek prosił. Dzisiaj scena uległa zmianie: siła czerwonego człowieka stała się słabością. W miarę, jak jego sąsiedzi rośli w liczbę, jego władza coraz bardziej słabła; a teraz z tylu potężnych plemion, które zaludniały powierzchnię obszaru, który nazywacie Stanami Zjednoczonymi, zostało zaledwie kilka, które uszły z ogólnej katastrofy. Plemiona z Północy, cieszące się u nas ongiś taką sławą z racji ich potęgi, prawie już zniknęły. Taki był los czerwonego człowieka w Ameryce.
Oto my, ostatni z naszej rasy, czy też musimy umrzeć?
Od niepamiętnych czasów nasz wspólny Ojciec, który jest w Niebiosach, dał naszym przodkom ziemię, którą zajmujemy; nasi przodkowie zostawili nam ją w spadku. Zachowaliśmy ją z szacunkiem, gdyż są w niej ich prochy. Czy kiedykolwiek odstąpiliśmy lub utraciliśmy ten spadek? Pozwólcie, że was zapytamy, czy naród może mieć lepsze prawo do jakiegoś kraju niż prawo dziedziczenia i posiadania od niepamiętnych czasów? Wiemy, że stan Georgia i prezydent Stanów Zjednoczonych twierdzą dzisiaj, że utraciliśmy to prawo. Ale nam to stwierdzenie wydaje się bezpodstawne. W jakiej epoce utraciliśmy je? Jaką popełniliśmy zbrodnię, która mogłaby pozbawić nas ojczyzny? (…) Nasi ojcowie nigdy nie zgodziliby się na traktat, którego wynikiem byłoby wyzucie ich z ich najświętszych praw i odebranie im ich kraju.”

5.

Jest ironią dziejów, a może tylko zwykłym zakłamaniem, że cywilizacja, która uznała się za najwyższą, najbardziej rozwiniętą i wyrafinowaną (również najbardziej sprawiedliwą i „humanitarną”) jaka kiedykolwiek powstała na Ziemi, dokonała także największych zbrodni ludobójstwa (jeśli chodzi o ich masowość i skalę), jak również największych grabieży globalnych, zagarniając ziemię obcych narodów, niewoląc i eksploatując podbite ludy – uważając się na dodatek za „chrześcijan”, czyli ludzi, którzy powinni kierować się naukami Jezusa Chrystusa, jednego z najlepszych, najbardziej współczujących i miłosiernych ludzi, jacy żyli kiedykolwiek na naszej planecie. To są fakty, których żadną retoryką, kazuistyką, ekwilibrystyką myślową nie możemy zmienić.
Wyniszczenie Indian – zarówno fizyczne, jak i kulturowe – było tylko jednym z wielu tego typu „występów” naszej wspaniałej europejskiej cywilizacji na arenie świata.
Mam nadzieję, że ci, którzy zapoznali się z moim artykułami na temat wzajemnych stosunków Europejczyków z Indianami, jakie miały miejsce w czasie kolonizacji kontynentu północnoamerykańskiego, dojdą do swych własnych wniosków (chciałbym, aby ten tekst okazał się do tego pomocny), tak jak do swych wniosków starałem się dojść i ja, przypominając sobie temat, który – właściwie już od dziecka – nie był mi obojętny, i o którym chciałem zdobyć jakąś konkretną wiedzę. Zdając sobie sprawę z tego, że nadal jest ona dość mocno ograniczona, mimo to chciałbym podsumować ten „indiański tryptyk” kilkoma swoimi (ergo subiektywnymi) uwagami.

Gotów jestem uznać to, że kolonizacja obu Ameryk przez Europejczyków była czymś, czego nie można było uniknąć (zważywszy na ekspansywny charakter cywilizacji Zachodu), a jednak za wszelkie nikczemności, jakie się z tym wiązały, odpowiedzialność spada na wszystkich tych, którzy w całym tym procederze brali udział.
Skupmy się jednak na Ameryce Północnej: koloniści europejscy – jak by na to nie patrzeć – byli wobec zamieszkujących ten kontynent ludów najeźdźcami, czyli agresorami – i to już ustala etyczną perspektywę, z jakiej powinno się na ich stosunki (i wzajemna walkę) patrzeć. Indianie mieli więc prawo, by stawiać zbrojny opór – i stosować wszelkie możliwe środki, by się przed zniewoleniem i likwidacją bronić. Lecz ich opór – i wszystko co robili – okazało się nieskuteczne, choćby z powodu kolosalnej przewagi kolonizatorów-najeźdźców, zarówno liczebnej, jak i technicznej czy organizacyjnej.
Czy można było uniknąć całkowitej niemal eliminacji cywilizacji indiańskiej, która istniała na terenach zajmowanych obecnie przez Stany Zjednoczone w epoce prekolumbijskiej? Myślę, że tak. Naturalnie trudno było – zważywszy na ówczesny stan medycyny – uniknąć dewastujących całe populacje plemienne epidemii, ale jednak – zachowując większą konsekwencję prawną, dotrzymując umów i podpisanych traktatów – można było dokonać wydzielenia większego obszaru kontynentu, na którym Indianie mogliby żyć i funkcjonować w miarę niezależnie i autonomicznie. Wprawdzie próbowano stworzyć coś podobnego (Terytorium Indiańskie zajmujące Wielkie Równiny na zachód od Missisipi), ale realizacja tego pomysłu okazała się jednym wielkim fiaskiem, z tragicznym skutkiem dla wielu tysięcy Indian, których de facto przegnano z zamieszkałych przez nich ziem, położonych w różnych rejonach kraju, i polecono osiedlić się na mało gościnnych klimatycznie i topograficznie obszarach, które i tak wkrótce im zabrano. I cokolwiek by nie pisać o dobrej woli rządu federalnego, (w którą zresztą bardzo wątpię – bo to były tylko „szlachetne” deklaracje i słowa, słowa, słowa… jak się okazało, bez pokrycia) to jednak, siłą rzeczy, cała odpowiedzialność za zaistniałą tragedię spada na rząd amerykański, który okazał się po prostu nieskuteczny – czy to z powodu własnej słabości, niekonsekwencji, opieszałości, ignorancji, dwulicowości, czy nawet złej woli – by temu złu zapobiec.

Nie przekonują mnie zupełnie dzisiejsze głosy, starające się usprawiedliwić tamte przewiny i złoczyństwo tzw. „realiami epoki”. Już wtedy bowiem dysponowano odpowiednimi przesłankami etycznymi (dekalog był taki sami, takoż identyczne były nauki Chrystusa, którego naśladowcami mienili się niemal wszyscy koloniści), by zło nazwać złem, a zbrodnie zbrodnią. I oczywiście już wtedy znaleźli się ludzie, którzy nie zamykali ust i nazywali rzeczy po imieniu – lecz była ich w sumie garstka. Ich głos nie miał praktycznie żadnego znaczenia, kiedy przychodziło „co do czego”, czyli kiedy trzeba było realizować swoje partykularne, egoistyczne interesy, związane – czy to z chciwością i pędem do bogactwa (najczęściej) – czy też po prostu z wolą do przetrwania.
Tak więc, wszystkie te poruszone przeze mnie kwestie wydawać się mogą skomplikowane, ale w rzeczywistości są jednak proste: jeśli naprawdę chcemy być sprawiedliwi, to uświadomimy sobie to, kto postępował źle, a kto dobrze – i do tego wystarczy tylko w miarę otwarta głowa, tudzież zdobycie odpowiedniej wiedzy i minimum etycznej wrażliwości. Reszta to zasłony dymne i tak zwana ściema.

greydot

Indianie prerii

*

Powiązane artykuły: „Cywilizowani i Dzicy, czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami” i „Sumienie Zachodu”.

*

SUMIENIE ZACHODU

czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami raz jeszcze

Dyskusja pod wpisem „Bitwa nad Little Bighorn” przypomniała mi tekst jaki swego czasu napisałem, dotyczący stosunków Indian Ameryki Północnej z europejskimi kolonizatorami. Przytoczyłem go w poprzednim wpisie TUTAJ. Teraz chciałbym zamieścić jego drugą część, komplementarną wobec tamtego, zawierającą wypowiedzi samych Indian, wykaz przyczyn tamtego stanu rzeczy, jak również refleksje oraz wnioski, jakie wynikają ze sposobu, w jaki Europejczycy traktowali podrzędnych w ich mniemaniu ludzi na kolonizowanym przez siebie kontynencie. (Artykuł opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim”, 20 grudnia, 1996 r.)

 

Indianin

*

Indianie byli ludźmi myślącymi i czującymi – wbrew intencjom w postrzeganiu ich przez białych jako „dzikusów”. Tragiczny los w Ameryce uczynił z nich naród cierpiący. Chciałbym założyć, że mimo niewiarygodnego zniekształcenia obrazu Indian przez kulturę masową i media popularne, wiemy jak naprawdę wyglądały dzieje stosunków białych z tubylcami. Jeżeli się mylę, to wypada mi tylko tych, których ów problem zainteresuje, odesłać do książki Dee Browna „Bury My Heart at Wounded Knee, będącej pasjonująco napisaną historią Indian Ameryki Północnej. Z niej to właśnie pochodzą zacytowane poniżej autentyczne wypowiedzi rdzennych Amerykanów (tłumaczenie własne).

JESTEM GŁOSEM MOICH LUDZI…

„Gdzie są dzisiaj Indianie Pequot? Gdzie są Narragansett, Mohikanie, Pokanoket i wiele innych wielkich plemion naszego narodu? Zniknęły wskutek zachłanności, skąpstwa i opresji białego człowieka; zniknęły tak, jak znika śnieg od letniego słońca.
Czy możemy pozwolić, by zniszczono nas bez walki; opuścić nasze domy, nasz kraj dany nam przez Wielkiego Ducha? Porzucić groby naszych zmarłych i wszystko, co jest nam drogie i święte? Będziemy krzyczeć: nigdy! nigdy!”

Tecumseh z plemienia Shawnee

„Nie chcieliśmy wyrządzić białemu człowiekowi krzywdy, nigdy nie mieliśmy takiego zamiaru… Chcieliśmy być przyjaciółmi białego człowieka… Bizonów ubywa coraz szybciej. Antylop, których kilka lat temu było wiele, teraz jest bardzo mało. Kiedy te zwierzęta wyginą, będziemy głodni i przyjdziemy do fortu. Wasi młodzi ludzie nie powinni do nas strzelać, a jednak, kiedy nas widzą, strzelają, a my strzelamy do nich.”

Tankahaska

„Jestem tylko jednym człowiekiem, ale jestem głosem wielu moich ludzi. Mówię to, co jest w ich sercach. Nie chcę więcej wojny. Chcę być człowiekiem. Odmówiliście nam praw, jakie mają biali ludzie. Moja skóra jest czerwona, moje serce jest takie samo jak serce białego człowieka, ale jestem Modokiem. Nie boję się umrzeć. Nie dam się rzucić na skały. Kiedy będę umierał, moi wrogowie będą pode mną. Wasi ludzie napadli nas, kiedy spaliśmy nad Zagubioną Rzeką. Przypędziliście nas do tych skał jak zranione sarny…”

Kintpush z plemienia Modok

„Słyszałem, że chcecie nas umieścić w rezerwacie blisko gór. Nie chcę się tam osiedlać. Kocham wędrówkę po prerii. Tutaj czuję się wolny i szczęśliwy. Kiedy się osiedlamy, robimy się bladzi i umieramy. Położyłem obok siebie lancę, łuk i tarczę, a mimo to czuję się bezpieczny w waszej obecności. Powiedziałem wam prawdę. Niczego nie ukrywam, ale nie wiem, jak jest naprawdę z komisarzami. Czy są tak samo otwarci, jak ja? Dawno temu ta ziemia należała do naszych ojców, ale kiedy podchodzę do rzeki, widzę żołnierskie obozy na jej brzegach. Żołnierze ścinają nasze drzewa, zabijają nasze bizony i kiedy to widzę, serce mi pęka. Jest mi przykro… Czy biały człowiek stał się dzieckiem, by bezmyślnie zabijać i nie jeść? Kiedy czerwoni ludzie polują na zwierzynę, robią to tylko po to, by nie głodować.”

Satanta, wódz plemienia Kiowa

Red Cloud Czerwona Chmura

Red Cloud

„Biali opowiadają tylko jedną stronę. Opowiadają to, co ich zadowala, co jest im bardziej wygodne. Opowiadają, a większość z tego nie jest prawdą. Tylko najlepsze swoje uczynki, tylko najgorsze uczynki Indian – to mówi biały człowiek.”

Żółty Wilk z plemienia Nez Perces

„Kiedy ludzie chcą zabić bydło, gnają go dotąd, aż zapędzą do zagrody i wtedy je zarzynają. Tak było z nami… Moje dzieci zostały wytępione, moi bracia zabici…”

Stojący Niedźwiedź z plemienia Ponca

„Powiedziałem oficerowi, że to jest bardzo zły interes – że to bardzo złe, by komisarz wydał taki rozkaz. Mówiłem, że to bardzo źle, że nie powinniśmy walczyć, ponieważ jesteśmy braćmi, ale oficer powiedział, że to bez różnicy; że Amerykanie będą walczyć nawet gdyby narodzili się z jednej matki.”

Nicoagat z plemienia Ute

„Nie było dla nas nadziei na ziemi i wydawało się, że Bóg o nas zapomniał. Niektórzy mówili, że widzieli Syna Bożego, inni go nie widzieli. Jeśli by przyszedł, uczyniłby wielkie rzeczy, tak jak to robił przedtem. Wątpiliśmy w to, ponieważ nie widzieliśmy ani Jego, ani Jego uczynków. Ludzie nic nie wiedzieli, o nic już nie dbali, ale garnęli się do nadziei. Krzyczeli do Niego, jak szaleni – o Łaskę. Chwycili się obietnicy, którą, jak im powiedziano, On poczynił.”

Czerwona Chmura, wódz plemienia Oglala (Lakota)

„Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wiele się skończyło. Kiedy patrzę teraz w przeszłość z tego wysokiego wzgórza mojej starości, ciągle widzę zmasakrowane kobiety i dzieci, leżące jedne na drugich, albo rozrzucone nad krętym wąwozem. Widzę tak jasno, jak widziały to moje młode oczy. I widzę, że coś jeszcze umarło wtedy, w krwawym błocie i zostało pogrzebane przez śnieżną zamieć. Umarło tam ludzkie marzenie. A było to piękne marzenie… Pień narodu został złamany i porozrzucany. Nie ma już rdzenia, a święte drzewo jest martwe.”

Czarny Jeleń (o masakrze pod Wounded Knee)

BIAŁA RASA PANÓW (O KRÓTKIEJ PAMIĘCI)

Chciałbym teraz powrócić do wydanej niedawno, 5-cio tomowej pracy zbiorowej naukowców uniwersytetów polskich i amerykańskich, a mianowicie do „Historii Stanów Zjednoczonych”, z której zaczerpnąłem większość informacji pisząc poprzedni tekst („Cywilizowani i ‚dzicy'”).
Rozdział o Indianach i Europejczykach w brytyjskiej Ameryce Północnej. Część ta poprzedzona jest rozdziałem o systemie niewolniczych brytyjskich kolonii, napisanym przez Irminę Wawrzyczek. Połączenie to nie jest oczywiście przypadkowe. Bowiem zarówno losy Indian, jak i Murzynów, miały w tamtym czasie pewne analogie, a główna wynikała z poczucia przez Europejczyków kulturowo-cywilizacyjnej wyższości, które to (samozwańcze) wywyższenie determinowało i usprawiedliwiało w oczach białych ich hegemonistyczną politykę wobec czarno- i czerwono-skórych ludzi, co oznaczało także wyzysk ekonomiczny tychże (niewolnictwo), jak również zawłaszczanie prawem pięści i kaduka indiańskiej ziemi.
Kiedy czytałem te rozdziały, uświadomiłem sobie po raz kolejny pewną dwoistość, a nawet troistość podejścia reprezentantów współczesnego Zachodu do tamtych faktów, które – jak by się wydawało – miały miejsce w zamierzchłej przeszłości, przez co ów dystans epokowy mógłby ewentualnie usprawiedliwiać dzisiejsze zobojętnienie i umywanie rąk w przeświadczeniu, że to nie nasz problem, nie nasza wina, nie nasze czasy, a nawet nie nasi przodkowie.
A jednak, jeśli tylko popatrzymy na niewolnictwo i eksterminację Indian poprzez pryzmat kryteriów bardziej uniwersalnych – np. z etycznego punktu widzenia człowieka identyfikującego się z cywilizacją chrześcijańską (którą, bądź co bądź, jest cywilizacja zachodnia) i jej dziedzictwem – to nie sposób jest uniknąć pewnych refleksji i wniosków.

NIEUCHRONNOŚĆ, ZADOŚĆUCZYNIENIE I PRZEMILCZANIE

Na czym więc polega troistość podejścia do problemu rdzennych Amerykanów, czyli Indian?

Po pierwsze: uznanie nieuchronności europejskiej ekspansji kulturowo-terytorialnej w czasach kolonialnych, i później, w dobie kształtowania się młodego, niepodległego już państwa amerykańskiego, czyli Stanów Zjednoczonych.

Po drugie: próba zadośćuczynienia niewątpliwej krzywdzie moralnej jakiej doznali wskutek ekspansji białych Indianie, które to zadośćuczynienie objawia się do dzisiaj w różnych formach. Na przykład, poprzez uromantycznianie i idealizowanie kultury indiańskiej (począwszy od pierwszych opisów XVII-wiecznych, poprzez książki J. F. Coopera i Karola Maya, po filmy hollywoodzkie, wśród których sztandarowym przykładem takiego mitologizującego uromantyczniania jest dość świeży jeszcze, celuloidowy fresk pop-kulturowy Kevina Costnera „Tańczący z wilkami”, albo też, nie mniej popularna, disneyowska fantazja animowana „Pocahontas”nota bene oba przypadki są równie dziecinne, acz szlachetne w swoich intencjach.
Pomijam tu gesty i politykę – dawną i dzisiejszą – rządu federalnego wobec rdzennych Amerykanów, gdyż to osobny, a zarazem rozległy, temat. Z podobnych względów, nie rozwijam nawet wątku o czysto komercyjnej eksploatacji indiańskiej legendy w turystyce na terenie całej Ameryki, która to (często wręcz bezczelna) eksploatacja, więcej ma moim zdaniem wspólnego z tandetnym i płytkim kiczem, niźli z autentyczną eksploracją i próbą zachowania ocalałych jeszcze elementów indiańskiej kultury.

I wreszcie po trzecie: ignorowanie, milczenie i obojętność przejawiana nawet w środowiskach badaczy historycznych tamtej epoki.

PRZEDAWNIENIE I SUMIENIE

Czy można mówić o czymś takim jak chrześcijańskie sumienie cywilizacji Zachodu? Jak by nie było, cywilizacja ta uznawana jest za cywilizację chrześcijańską. Ale czy taką jest naprawdę, czy tylko nominalnie? I czy ma sumienie? Jeśli tak, to czy nie jest ono tylko udziałem tych nielicznych – ludzi myślących i czujących, bardziej uwrażliwionych etycznie, świadomych pewnej cywilizacyjnej ciągłości i ewolucji kulturowej Zachodu? Tej garstki „sprawiedliwych”?

Indianka z plemienia Hupa (fot. E.S. Curtis)

Indianka z plemienia Hupa (fot. E.S. Curtis)

A cała reszta? Jest obojętna, albo owe szczątki obecnego w niej chrześcijańskiego sumienia tłumi, skwapliwie unikając wyciągania pewnych wniosków z zachowania się swych braci „chrześcijan” w przeszłości, które to zachowania stały w jaskrawej sprzeczności z tzw. duchem chrześcijaństwa. Dlatego też są wypierane. Wniosków, które skądinąd mogą wydać się banalne (ewolucjoniście, pragmatykowi, cynikowi, realiście…?), iż w rzeczywistym świecie, w sytuacji konfliktowej i konfrontacyjnej, wygrywa ten, kto jest silniejszy, bardziej agresywny, ekspansywny. Wygrywa to, co jest skuteczniejsze (a skuteczność może być pochodną różnorodnych zachowań, wśród których nie brakuje często podstępu, zdrady, fałszu, przebiegłości….). Bezsilna jest wtedy racja, nie liczy się prawo, wyparowuje gdzieś sprawiedliwość, okazując się często wydrwioną mrzonką.
Ten przyrodniczo-ewolucyjno-historiozoficzny amoralizm nie nadaje się więc za bardzo do oficjalnych anonsów, toteż podobnych stwierdzeń explicite raczej się unika. Są one bowiem jakby ustawione pod włos naszego ludzkiego wyczucia kultury i respektu dla niej, burząc przy tym budowany przez nas system etyczny, bez którego jednak trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie jakiegokolwiek społeczeństwa.
Bardzo ciekawym zjawiskiem w tym wszystkim jest fakt, że nawet ci historycy, którzy uznają niesprawiedliwość, a nawet nikczemność praktyki niewolnictwa czy tępienia Indian na kontynencie amerykańskim w czasach kolonialnych i później, podczas ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych, starają się usprawiedliwiać tamtą epokę i jej ludzi, pisząc o specyfice ówczesnej mentalności, przeróżnych uwarunkowaniach społecznych i dziejowych, którym musiano się wtedy podporządkować. Przytaczany jest do znudzenia argument (podobnie jak w przypadku Inkwizycji i wypraw krzyżowych), że nie można dzisiejszych miarek przykładać do tamtej rzeczywistości – inny jest już bowiem sposób myślenia obecnie, a inny był wówczas. Po prostu: inne były czasy.
Lecz można się jednak zapytać naiwnie: dlaczego? Od kiedy zabicie tubylca przestawało być usprawiedliwione dziejowo, a stawało się zbrodnią? Od 1784 roku, a może od 1864? I jeśli ktoś uważał się za chrześcijanina (a lwia część kolonistów i tych, którzy dokonywali podbojów, uważała się za chrześcijan), to czy w ich czasach nauki Chrystusa były inne? Czyżby zmieniły się w międzyczasie zapisy na Mojżeszowych Kamiennych Tablicach? Jakie są więc przesłanki, by usprawiedliwiać nikczemności i zbrodnie, jakich ci ludzie wówczas się dopuszczali? A może nie były to żadne nikczemności i zbrodnie – tylko znak czasu?

RELATYWIZM – DIALEKTYKA I LAWIROWANIE

A propos prób usprawiedliwiania zachowań realiami epoki. Zwróćmy uwagę na to, co pisze Irmina Wawrzyczek: „Stosując język dwudziestowiecznych praw człowieka, kolonialnej kultury anglo-amerykańskiej nie można nazwać inaczej, jak wyzyskiem, tyranią, okrucieństwem, segregacją i dyskryminację. Takie podejście prowadziłoby jednak do zniekształcenia obrazu życia w systemie niewolniczym, widzianego oczami ówczesnych ludzi. Właściwy obraz może natomiast przybliżyć znajomość struktur siedemnasto- i osiemnastowiecznego społeczeństwa hierarchicznego i panujące w tych strukturach relacje międzyludzkie. Otóż ustrój społeczeństwa hierarchicznego nie zakładał równości między ludźmi, ponieważ – według słów bostońskiego kupca Johna Saffina, wypowiedzianych w 1701 roku – Bóg stworzył ‚niektórych maluczkimi i pogardzanymi; niektórych monarchami, królami, książętami, gubernatorami, panami i rozkazodawcami; innych, by byli poddanymi i by im rozkazywano’. Jeszcze innych przeznaczył, ‚by urodzili się niewolnikami i pozostali nimi do końca życia'”.
Dalej Wawrzyczek pisze: „Wprowadzenie Murzynów do tak pojmowanego porządku społecznego nie było więc sprzeczne ze światopoglądem kolonistów. Skuteczność niewolnictwa zadecydowała o jego prymacie wśród systemów pracy. Wiara w hierarchię społeczną, podbudowaną rasizmem, ułatwiła bezkolizyjne wprowadzenie niewolników do systemu kultury. Już jako trwały jej element, niewolnictwo przedłużało siłę i żywotność tradycyjnego porządku społecznego.”

Według mnie, przyjęcie tej optyki może prowadzić do jeszcze jednego – nieuchronnego jak się wydaje – wniosku: nasze oceny moralne są uwarunkowane kulturowo-historycznym momentem, zależą od usytuowania w dziejach.
Tak więc: relatywizm. Dodajmy: relatywizm moralny. Etyka, jako nauka, również podlega zmianom i ewolucji. W takim razie, czy dodatkowo nie wynika stąd jeszcze jeden wniosek o znaczeniu kapitalnym: że nie ma w naszej realności „stosowanej” czegoś takiego, jak wartości absolutne, czyste, bezwzględne?
Nic więc dziwnego, że człowiek chcący zawsze czuć grunt pod nogami, chciał się przed takową dialektyką i relatywizacją bronić, przywodząc w sukurs dogmaty, czy też, bardzo często, wzbraniając sobie i innym swobodnego myślenia, a tym samym wyciągania (oczywistych?) wniosków i wyrażania ich wprost. Nigdy jednak nie było to skuteczne.
Jeśli więc ktoś chce usprawiedliwiać pewne błędy Kościoła (a przecież nawet sam Jan Paweł II zalecił wspaniałomyślnie zrobienie rachunku sumienia kierowanemu przez siebie Kościołowi), uwarunkowaniami historycznymi i osadzeniem w specyfice epoki, to powinien wiedzieć, że poświadcza tym samym moralny relatywizm. A to jakoby miała być główna przewina Jakobinów i odium Wielkiej Rewolucji Francuskiej, od której ponoć datuje się inicjacja piekła nowożytnego relatywizmu.

ZYSK USPRAWIEDLIWIA WSZYSTKO?

Powiedzmy więc sobie otwarcie: pragmatyzm, życiowa praktyka, chęć zysku, chciwość, walka o przetrwanie, powszechny interes społeczny, gwarancja dobrobytu dla uprzywilejowanych, maksymalizacja wyzysku siły roboczej, ekonomia i przemysł – to wszystko w różnych proporcjach, determinowało stosunek białych do Murzynów i Indian, usprawiedliwiając system, (a przynajmniej okazywało się w ostatecznym rozrachunku decydujące).
Ponadto, korzyści płynące z niewolnictwa i eliminowania Indian, skutecznie zagłuszały chrześcijańskie sumienie, zarówno plantatorów z Południa, jak i tych bardziej scentralizowanych mieszkańców Nowej Anglii i innych kolonii Północy. Zresztą, koloniści ci, jak łatwo się domyśleć, potrafili świetnie wyćwiczyć się w ekwilibrystyce interpretacji Pisma Świętego, nawet tam znajdując (podobnie jak w Biblii), usprawiedliwienie dla swojej postawy. Pamiętajmy przy tym, że Północ i Południe były religijnie gorliwe, więc owo chrześcijańskie sumienie było (a raczej powinno być) tam obecne.
Nastąpiła więc szczególna relatywizacje norm kulturowych, co – jak by nie patrzeć – prowadziło do dominacji jednych ludzi kosztem degradacji i dehumanizacji drugich.
Dlaczego nie możemy teraz w ten sposób o tym mówić? Jeśli nie możemy – jak pisze Wawrzyczek – stosować naszego obecnego języka praw człowieka, które uznaliśmy za słuszne (bo posługując się nim nie zrozumiemy tamtych „realiów”), to jakim językiem mamy się posługiwać? Siedemnastowiecznym? Osiemnastowiecznym? Przecież – siłą rzeczy – patrzymy na świat i historię z naszej współczesnej perspektywy, mając taką świadomość a nie inną, respektując takie, a nie inne, normy etyczne… Czy mamy to wszystko zignorować i o wszystkim zapomnieć? Na jakiej więc podstawie możemy oprzeć nasze interpretacje, sądy i oceny, skoro sami tej podstawy się pozbywamy, odrzucając perspektywę punktu, w którym – dzięki rozwojowi i ewolucji naszej cywilizacji – teraz się znaleźliśmy?

CZY MOŻNA BYŁO INACZEJ?

Moim zdaniem można. Zawsze można inaczej, wbrew deterministycznemu poglądowi, że wisi nad nami jakieś niedające się uniknąć fatum. Bez wiary w to, że mamy zdolność dokonywania wyborów i że od naszej woli zależeć może bieg wydarzeń, wszelka nasza działalność staje się podobna do podrygów poruszanych przez deterministyczne sznurki bezwolnych marionetek. Ponadto, gdyby tak było, wszystkie nasze systemy etyczne przestałyby mieć jakikolwiek sens (bo skoro nie dysponujemy wolną wolą, to nie jesteśmy w stanie dokonać wyboru między dobrem a złem, a nasze systemy moralne są bezużyteczne).
Jeśli chodzi o stosunki z Indianami, to przykłady w Pensylwanii i Georgii (głównie za sprawą kwakrów) udowadniają, że możliwa była jednak pokojowa koegzystencja Indian i białych. Wystarczyło szanować ich godność, dotrzymywać umów i taktować ich jak bliźnich, a nie jak zawadzające okazy tubylczej fauny. Można było zgodzić się co do podziału ziemi i żyć w dobrosąsiedzkich stosunkach, nie wyrzynają się nawzajem.
Wierzę w to, że zarówno z Indianami, jak i Murzynami można było postępować inaczej i nie plamić sobie (rzekomo?) chrześcijańskiej duszy. Można było podążyć inną drogą, nie rezygnując przy tym z cywilizacyjnego postępu, a nawet ekspansji, której (najprawdopodobniej) nie można było powstrzymać.
Śmiem twierdzić (jakkolwiek naiwnie by to nie zabrzmiało) że – przy całym respekcie dla praw ekonomii i trzeźwych prawideł społecznego rozwoju – nie można pozwalać, by jakiekolwiek reguły, systemy i ideologie stawały się ważniejsze od samego człowieka, zaczynając dominować nad jego życiem, godnością, sprawiedliwością i wolnością. (A do czego prowadzi postępowanie przeciwne, pokazały nie tak dawno przypadki europejskich totalitaryzmów, które obróciły w ruinę pół Europy i pozbawiły życia milionów ludzi).
Wydaje mi się, że poszanowanie człowieczeństwa – w innych i w nas samych – winno być naszym najważniejszym humanistycznym imperatywem, kształtującym i definiującym ludzką cywilizację. Dopóki tego nie osiągniemy, dopóty staczać się będziemy co jakiś czas w otchłań wojennego zamętu, wyzysku, nędzy, zbrodni, ludobójstwa i szaleństwa zachłannej „pańskiej” chełpliwości w rodzaju „dzisiaj należą do nas Niemcy, a jutro cały świat!”
Przesadzam? Oby…

greydot

obóz indiański

 

Powiązane artykuły: „Cywilizowani i Dzicy, czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami” i „Indiański Holocaust”.

*

CYWILIZOWANI I „DZICY”, czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami

Niespodziewana dyskusja pod wpisem „Bitwa nad Little Bighorn” przypomniała mi artykuł jaki opublikowałem swego czasu w prasie polonijnej („Dziennik Chicagowski”, 13 grudnia 1996), dotyczący stosunków Indian Ameryki Północnej z europejskimi kolonizatorami. Odżył temat, który nigdy nie był mi obojętny. Przy okazji mogłem skonstatować, że nadal – mimo humanitarnego dorobku ostatnich dekad – żywe są wśród nas resentymenty, które powielają rasizm i szowinizm, jakie przez wieki obecne były w obrębie nowożytnej cywilizacji Zachodu.

*

indianin w pióropuszuCzytam właśnie „Historię Stanów Zjednoczonych” pod redakcją naukową Andrzeja Bartnickiego z Uniwersytetu Warszawskiego i Donalda T. Critchlowa z Uniwersytetu Saint Louis. Rozdział o Indianach i Europejczykach w brytyjskiej Ameryce Północnej autorstwa Michała J. Rozbickiego. Myślę, że warto podzielić się z Czytelnikami kilkoma faktami, które tam znalazłem, jak również refleksjami, jakie ta lektura we mnie wzbudziła.

*

1. AMERYKA BEZ INDIAN?

W opracowaniach naukowych zajmujących się historią brytyjskich kolonii w Ameryce, jeszcze 20 lat lat temu niemal całkowicie pomijano Indian. Zaledwie jedna praca na sto publikowanych, zajmowała się rodowitymi Amerykanami, jakimi przecież są Indianie. Poza tym, zazwyczaj pisano o wojnach, a więc tubylcy postrzegani byli tylko jako zawada na drodze rozwoju cywilizacji białych.
Zaś, jeśli już była o Indianach mowa, to opisywani byli oni przeraźliwie stereotypowo, bez uwzględnienia bogactwa i różnorodności ich kultur. Dopiero od niedawna historycy zaczęli zadawać jakże proste, ale zarazem jakże uderzające pytanie: Jak wyglądałaby historia brytyjskich kolonii w Ameryce bez Indian?
Nie sposób tego nie zauważyć, że ignorowanie Indian wynikało głównie z europocentrycznego nastawienia badaczy. Ów europocentryzm jest zakorzeniony bardzo głęboko i od stuleci wyznaczał stosunek, jaki mieli pierwsi odsadnicy do tubylców. Przede wszystkim, przekonani oni byli o bezwzględnej wyższości cywilizacji europejskiej nad jakąkolwiek inną. Swój świat „cywilizowany” przeciwstawiali niecywilizowanemu (ta dychotomia istniała już od czasów starożytnych), czyli „dzikiemu”, „barbarzyńskiemu”.
Rozbudowana została specjalna „idea dzikości” w Ameryce, która wyznaczała, regulowała i motywowała stosunek kolonistów do Indian. W wersji najbardziej prymitywnej oczerniała ich, przedstawiając jako ludożerców, „istoty o twarzach psów, ciałach bez głów, czy stopach z piętami do przodu”… etc. Wersja bardziej zracjonalizowana również sugerowała, że Indianie żyli w stanie podobnym zwierzętom, jako że nie nosili ubrań, nie zakładali miast (co było nieprawdą), no i oczywiście nie znali religii chrześcijańskiej. Nawet Deklaracja Niepodległości – do dzisiaj stawiana za wzór praw jednostki i obywatela – mówi o „bezlitosnych indiańskich dzikich”, wyłączając ich w ten sposób z korzystania z praw dla białych.

2. ZMIENNI BIALI

W XVIII wieku – zwłaszcza wśród ludzi wykształconych, bardziej uwrażliwionych humanistycznie, posiadających szersze horyzonty myślenia i zainteresowania – wyrażano się także przychylnie o Indianach, widząc w nich symbol oświeceniowej wiary w naturalne dobro człowieka i przyrody, często niestety kreując przy tym jeszcze jeden mit (idea tzw. noble savageJean-Jacques Rousseau), równie odległy od rzeczywistości, co mity indiańską rasę szkalujące. Jednakże zwracało to uwagę na tę ludzką stronę „innego”, doszukując się w nim cech pozytywnych. Poglądy szanujące Indian były jednak wyjątkiem. Te, niekiedy wzniosłe i ogólnie tolerancyjne postawy były w jaskrawej sprzeczności z postawą przeciętnego kolonisty, którego stosunek do Indian kształtowany był przez konkretną rzeczywistość i praktyczną walkę interesów. Nie był więc zbyt wysublimowany i zmieniał się często, w zależności od warunków.
Na początku kolonizacji, kiedy biali potrzebowali od tubylców żywności (bez tej pomocy by nie przeżyli) i później, kiedy z nimi handlowano (głównie skórami i futrem), Indianie byli w ich oczach sprzymierzeńcami. Ten okres był jednak bardzo krótki i trwał zaledwie kilkadziesiąt lat, na początku XVII wieku. Później, kiedy zaostrzyły się konflikty (chodziło przede wszystkim o zagarnianie przez coraz bardziej licznych białych ziemi), Indianin stawał się przeszkodą, wrogiem.

3. KRADZIEŻ

Zdarzały się w (nota bene purytańskiej) Nowej Anglii przypadki zabierania Indianom zapasów żywności (w zimie), okradania grobów Indiańskich. Łapano Indian i sprzedawano jako niewolników. Stosowano siłę, by zdobyć dobra należące do Indian. Nie uwzględniono praw tubylców do własności. Nie było mowy o stosowaniu równego prawa dla Indian i dla białych. Liczono przy tym, że uda się tubylców nie tylko podporządkować, ale i zmusić do pracy dla kolonistów. Indianie mieli jednak inna naturę – mniej uległą niż Murzyni – a jako tacy nie nadawali się na niewolników.

4. SERIA TRAGICZNYCH EPIZODÓW

Wirginia.
W 1622 roku Indianie, w odwecie za zabjstwo wodza indiańskiego Powhatana, napadli na Jamestown, zabijając trzecią część mieszkańców, czyli 350 osób. Wybuchła panika, a zarazem i nienawiść. Odpowiednie usprawiedliwienie dla eliminacji Indian, która zresztą rozpoczęła się już wcześniej, było już tylko formalnością.
Deklaracja ogłoszona przez Kompanię Wirginii, była typowa i głosiła:
„Skoro nasze ręce, dotąd związane szlachetnością i sprawiedliwością, zostały obecnie uwolnione przez zdradziecki napad dzikich, który ten węzeł nie tylko rozwiązał, co przeciął, to my, którzy dotąd posiadaliśmy tylko ziemie, które dla nich były jedynie nieużytkami, nabyte były w sposób poważający ich satysfakcję, możemy obecnie, zgodnie z prawem wojennym i prawami narodów, dokonać inwazji kraju i zniszczyć tych, co pragnęli zniszczyć nas.”
W krótkim czasie zabito kilkuset Indian. Przekroczono granicę i osiągnięto punkt, od którego, jak się wydawało, nie było już odwrotu.
W 1644 roku, Indianie pod wodzą Opecancenough’a wszczęli powstanie w Wirginii, zabijając ok. 500 Anglików (z ogólnej liczby 8 tysięcy). 90-letni wódz wzięty został jednak do niewoli i zamordowany strzałem w plecy przez strażnika. Indianie, pozbawieni przywódcy, poddali się.

Nowa Anglia.
Rok 1637. Zabity został kapitan angielskiego statku. Podejrzewano o to Indian z plemienia Pequot, (zamieszkującego tereny, na które ostrzyli sobie apetyt Anglicy). Wchodząc w przymierze z wrogim Pequotom plemieniem Narragansett, koloniści wysłali przeciw nim ekspedycję karną z instrukcjami, by zabić wszystkich mężczyzn, spalić osadę i zniszczyć pola uprawne.
Indianie uciekli z wioski, którą Anglicy następnie spalili.
Wkrótce Pequotowie zaatakowali fort Saybrook, zabijając 9 kolonistów. Na odwet nie trzeba było długo czekać. Anglicy zmobilizowali jeszcze mocniejszy oddział (wraz z Narragansettami) i 5 czerwca 1637 roku dokonali jednej z największych masakr w dziejach angielsko-indiańskich konfliktów. Okrążyli najpierw dużą warowną osadę Pequotów i podpalili ją. Ponad pół tysiąca Indian spłonęło, a tych, którzy chcieli uciec przed płomieniami, wyłapano i wymordowano. Okrucieństwo kolonistów wzbudziło zdumienie nawet wśród członków sprzymierzonego plemienia Narragansett, którzy uważali, że nie powinno się zabijać wroga w tak niehonorowy sposób. Jeden z dowódców angielskich, kapitan Underhill, tak zanotował:
„Wielu spłonęło w forcie, zarówno mężczyzn, jak i kobit i dzieci. Inni, zmuszeni do jej opuszczenia, wychodzili w pojedynczych grupach po dwudziestu lub trzydziestu, które nasi żołnierze przywitali ostrzami szabli. Padali mężczyźni, kobiety, dzieci: a ci, którym udało się uciec od nas, wpadali w ręce Indian, którzy stali na tyłach za nami. Mówi się, że w forcie było około 400 dusz, a nawet pięciu z nich nie udało się uciec… Można się zapytać, dlaczego byliśmy tak gwałtowni (jak niektórzy mówią). Czy chrześcijanie nie powinni mieć więcej litości i współczucia? Odwołuję was do wojny Dawida… Czasami pismo stwierdza, że kobiety i dzieci muszą zginąć wraz z ich rodzicami… Słowo Boże oświeciło nas wystarczająco w kwestii naszego postępowania.”
Profesor Rozbicki pisze: „W Massachusetts purytanie świętowali zwycięstwo, a jeden z ich dowódców wezwał do modłów za ‚wysłanie tego dnia 600 dusz do piekła’. Gubernator Bradford przyznał, że był to wprawdzie ‚straszliwy widok, oglądać ich smażących się w płomieniach oraz strumienie krwi wygaszające ogień’, ale konkludował, iż była to ‚słodka ofiara dla zwycięstwa, za które dziękowaliśmy Bogu.’
Z pomocą plemienia Narragansett Anglikom udało się w następnych miesiącach wyciszyć resztę pozostających przy życiu Indian Pequot. Między innymi otoczono duży ich obóz położony na bagnach w Connecticut, w którym zamieszkiwało blisko 80 wojowników oraz około 200 kobiet i dzieci. Na 30 mężczyznach, którzy się poddali, Anglicy dokonali egzekucji, a kobiety i dzieci zostały sprzedane jako niewolnicy. Doprowadzono w ten sposób do całkowitego niemal zniszczenia tego plemienia. (…) Z wydarzeń tych obie strony wyciągnęły  liczne wnioski. Anglicy zaakceptowali metodę eksterminacji jako najskuteczniejszą, nauczyli się także wykorzystywać antagonizmy między poszczególnymi plemionami indiańskimi do swoich celów, a przede wszystkim do zdobywania nowych terenów.”
Także Indianie zrozumieli, że tylko jednocząc swe siły z różnymi plemionami, mogą skuteczniej stawić czoła kolonistom. W 1675 roku doszło do kolejnych starć. Drobne incydenty prowadziły do poważniejszych rozlewów krwi. Anglicy zawiązali sojusz z plemionami Massachusetts i Cennecticut przeciw Indianom Wampanoag i – już niepotrzebnym im, a zawadzającym jedynie – Narragansettom.
Początkowo Indianie, dzięki swoim sprzysiężeniom, odnosili pewne sukcesy. Jednak w 1675 roku doszło do najbardziej okrutnego epizodu wojny. Anglicy, kierujący się starą strategią, otoczyli obóz Narragasettów i wymordowali około 500 osób, w tym głównie kobiety, dzieci i starców, jako że wojowniczy zdołali wcześniej salwować się ucieczką. Niemniej jednak w ręce Anglików dostał się wódz Canochet wraz z grupą wojowników, na których dokonano wkrótce egzekucji. Wodza zgładzono publicznie, rozrywając jego ciało końmi, a następnie ćwiartując. W tym samym roku Anglicy kilkakrotnie napadali na obozy Indian. W jednym przypadku zabijając ponad 100 kobiet, dzieci i starców; w innym zaś – 126 kobiet i dzieci oraz 26 wojowników.
Systematycznie doprowadzono do eksterminacji prawie wszystkich Indian Nowej Anglii, do czego walnie przyczyniły się choroby zakaźne. Wodza Indian Wampanoag, którego Anglicy nazwali „królem Filipem”, wzięto do niewoli i zabito, a jego głowę zatknięto na pal, gdzie straszyła wszystkich przez kilka lat.

Wirginia raz jeszcze oraz Maryland.
W połowie XVII wieku Anglicy zawarli przymierze z silnym plemieniem Susquehanna, zaopatrując ich w broń palną. Indianie ci stanowić mieli bufor przeciw zagrożeniu ze strony licznych i agresywnych Irokezów. Przez 20 lat było to skuteczne, jednak wskutek walk i chorób Susquehanni osłabli ma tyle, że przestali się liczyć. Wtedy Anglicy weszli w przymierze z Irokezami, czyniąc ich ponadto zwierzchnikami nad Susquehennami, swoimi niedawnymi sojusznikami.
W latach 1654-1675 stale dochodziło do śmiertelnych incydentów. Indianie prowadzili aktywną partyzantkę. W 1675 roku milicja Wirginii i Marylandu otoczyła fort indiański. Przywódcy wezwali wodzów do pokojowych rozmów, gwarantując im bezpieczeństwo. Kiedy rokowania nie przyniosły oczekiwanych dlań rezultatów, pięciu wodzów pozbawiono życia ciosami w głowę. Mimo tego Indianie nie poddali się i przez wiele tygodni bronili fortu. W końcu zdołali zeń zbiec. W obawie przed odwetem Indian za ten jawnie zdradziecki podstęp Anglików, zorganizowano coś w rodzaju pokazowego procesu winowajców zabójstwa indiańskich wodzów. Wszystkich jednak uniewinniono lub skazano na symboliczną grzywnę. Oczywiście, osadnicy byli przeciwni uznania kapitana milicji winnym śmierci Indian. Mało tego – uznali, że należy go skazać za to, że pozwolił zbiec pozostałym.
Tym samym skończyły się wszelkie skrupuły i odtąd atakowano już wszystkich Indian bez wyjątku – sprzymierzonych czy niesprzymierzonych, przyjaźnie nastawionych, czy też wrogo – było to bez większego znaczenia. Tym bardziej, że potrzebowano nowych terenów pod uprawę i osiedlanie.

Obie Karoliny.
Na terenach tych rozprawa z Indianami odbyła się nico później, niż na północy, bo w pierwszych dekadach XVIII wieku, ale przebiegała bardzo podobnie. Poszczególne plemiona indiańskie wykorzystywano w przetargach – czy to z innymi Indianami, czy to z Francuzami lub Hiszpanami. Przymierza szybko się kończyły, kiedy już były zbędne i dochodziło wtedy do krwawych rozpraw, w których ginęły setki Indian i kolonistów. Liczebność niektórych plemion została zredukowana do kilkudziesięciu osób. Nic dziwnego, skoro dyrektywy białych brzmiały następująco: „zniszczyć całkowicie osady i fizycznie zlikwidować Indian”.

Georgia i Pensylwania.
Stany te były wyjątkami. W Georgii dbano o dobre stosunki z Indianami, dzięki czemu zdołano uniknąć wojen. Podobnie było w Pensylwanii, rządzonej przez pacyfistycznie nastawionych Kwakrów. Dość skutecznie unikano konfliktów szanując godność Indian, dotrzymując umów i nie zagarniając, a wykupując od nich ziemię. Niestety, obraz popsuli nieco nowi osadnicy, których można obarczyć winą za kilka gwałtownych starć (masakra Indian Conestoga w 1763 roku).

5. NIE TYLKO WOJNY

Należy sobie jednak zdawać sprawę z tego, że do wyginięcia Indian Wschodniego Wybrzeża przyczyniły się nie tyle wojny (choć o nich, ze zrozumiałych względów historycznych, mówi się najwięcej), co głównie choroby, które zostały przywleczone na kontynent amerykański przez Europejczyków, a na które tubylcy nie byli uodpornieni. Tymi chorobami zakaźnymi były najczęściej tyfus, grypa, ospa i dyzenteria. Wskutek epidemii wyginęły niemal całkowicie liczne plemiona zamieszkujące Florydę. W Nowej Anglii, do połowy XVIII wieku zmarło z powodu chorób prawie 80% populacji Indian (w niektórych plemionach choroby spowodowały śmierć niemal wszystkich jego członków). Ospa wyniszczyła też połowę licznego plemienia Cherokee.
Specyfika przenoszenia tych chorób nie wymagała kontaktu osobistego między ludźmi. Wymieniano towary. Zarazki były przenoszone szczególnie przez koce i czajniki. Odbywało się to bez aktywnego, świadomego udziału kolonistów (choć i od tego zdarzały się wyjątki).

6. WZAJEMNE WPŁYWY KULTUROWE

Wpływ Anglików, czy też – ujmując rzecz ogólnie – białych, na kulturę Indian był ogromny. Gdybyśmy chcieli zachować ton tragiczny i ironiczny zarazem, to moglibyśmy uznać, że wpływ ten był ogromny, ale polegał głównie na tym, że kultura indiańska została wskutek tego zetknięcia prawie że unicestwiona. Innymi słowy: największy wpływ polegał na tym, że kultury Indian uległy prawie całkowitej destrukcji. (Proces ten postępuje zresztą do dzisiaj.) Jeśli zaś chodzi o tych, którzy przeżyli, to w sferze kultury materialnej przejęli oni od Anglików wiele narzędzi i sprzętów, jak również broń palną, czy też np. alkohol, na który Indianie reagowali bardzo gwałtownie – był on dla nich szczególnie wyniszczający. Warto też wspomnieć tu o koniach, których Indianie wcześniej nie znali. Zwierzęta te wywarły szczególnie duży wpływ na styl życia Indian Wielkich Równin.
Jeśli zaś chodzi o działalność misyjną (tak ważną na zachodnich obrzeżach Ameryki Północnej), to nie miała ona większego znaczenia w stosunkach białych a Indianami na terenach wschodnich brytyjskich kolonii w Ameryce. (Choć, oczywiście, niektóre grupy tubylców przyjmowały tu chrześcijaństwo.)
Natomiast wpływ kultury indiańskiej na angielską en bloc był niewielki (pominąwszy fakt zapoznania się Europejczyków z uprawami ziemniaków, kukurydzy czy tytoniu).
Jednakże, dość ochoczo Anglicy przyjmowali od Indian niektóre metody, które wcześniej uważali za barbarzyńskie, jak np. skalpowanie, czy pewne rodzaje tortur (także partyzanckie metody prowadzenia wojny). Władze kolonialne płaciły swego czasu za skalpy „wrogich” Indian, ustalając nawet (makabryczny w swej istocie) cennik na tego rodzaju „usługi”. I tak np. za skalpy mężczyzn od lat 12 płacono 100 funtów, ale za skalp dziecka od 10 do 12 lat, już tylko 10 funtów.

7. „BIALI” INDIANIE

Bardzo ciekawy był fenomen tzw. „białych” Indian, czyli Europejczyków, którzy asymilowali się żyjąc wśród tubylców. Wśród pozostałych kolonistów wzbudzali oburzenie i nazywani byli zdrajcami.
Na początku byli to handlarze i traperzy, którzy zmuszeni byli przez dłuższy czas przebywać na pustkowiach wśród Indian. Żenili się więc z Indiankami, mieli z nimi dzieci. Niestety, nie okazywali się zbyt dobrymi „ambasadorami” kultury angielskiej, będąc zwykle tzw. wyrzutkami społecznymi (skazańcy, awanturnicy, uciekinierzy…). Byli wszak i tacy, którzy świadomie wybierali życie wśród Indian. Jednakże najciekawszy – jeśli nie fascynujący – jest przypadek tych, którzy zostali przez Indian porwani i przez nich zaadoptowani. Co zdumiewa najbardziej, to fakt, że odmawiali oni powrotu do świata białych, kiedy pojawiała się taka możliwość.
Profesor Rozbicki stara się ten fenomen wyjaśnić następująco: „Atrakcyjność życia wśród Indian obejmowała, jak się wydaje, kilka aspektów ich kultury: łagodne i troskliwe traktowanie dzieci (bez kar cielesnych, które były na porządku dziennym wśród białych), oraz kobiet (do małżeństw z reguły nie przymuszano), dalej: kultywowanie  poczucia godności, lojalności, troska o wspólne dobro całej społeczności.”

Pozwolę sobie w tym miejscy przytoczyć jakże intrygujące spostrzeżenie samego Benjamina Franklina, wybitnego męża stanu, filozofa i naukowca, jednego z najwybitniejszych umysłów swojej epoki. Radziłbym kilkakrotnie przeczytać – i zapamiętać – ten cytat zwłaszcza tym, którzy bezkrytycznie przekonani są o wyższości wywodzącej się z Europy cywilizacji nad kulturą „dzikich”.
Oto słowa Franklina: „Gdy dziecko indiańskie, które zostało wychowane wśród nas, nauczone naszego języka i przyuczone do naszych zwyczajów, uda się w odwiedziny do swoich krewnych i pobędzie nieco z Indianami, to w żaden sposób nie da mu się już wyperswadować, aby powróciło… A gdy osoby białe, obojga płci, pojmane zostaną przez Indian i zamieszkują wśród nich przez pewien czas, to choćby zostały wykupione przez przyjaciół i traktowane przez nich z największą troskliwością, aby skłonić ich do pozostania wśród Anglików, w krótkim czasie zniechęcają się do naszego sposobu życia oraz do wysiłków i starań do tego potrzebnych, i przy pierwszej okazji uciekają do lasów, skąd nie sposób już ich odzyskać.”
Doprawdy, warto się nad tą wypowiedzią jednego z autorów Deklaracji Niepodległości zastanowić.

8. KONIEC

Do XIX wieku Indianie zamieszkujący wybrzeże atlantyckie zostali praktycznie wyniszczeni lub wyginęli od chorób, a ich niedobitki przestały się liczyć.
Wnioski wkrótce.

cdn

Indianie Prerii Badlands

*

APENDYKS

Czytając przekłady poetyckie Czesława Miłosza natrafiłem niedawno na tekst pt. „Biali i Indianie pogranicza”, który – jak się okazuje – współbrzmi z tematem poruszonym w powyższym artykule.
Miłosz pisze: „W 1766 r. ukazała się w Londynie anonimowa sztuka satyryczna „Ponteach: or the Savages of America” wyjaśniając przyczyny wojny wypowiedzianej przez Zjednoczone Narody indiańskie pod wodzą Pontiaka kolonizatorom”,  a następnie przedstawia swoje tłumaczenie, zaznaczając, że było ono dlań pewnego rodzaju wyzwaniem, ze względu na specyfikę owego dialogu wierszem. Przedstawiam tu niewielki fragment tego XVIII-wiecznego utworu.

Scena pierwsza ma miejsce na stacji handlu futrami.Wchodzą M. Dole i Murphey, kupcy oraz dwaj służący.

M DOLE
Cóż, Murphey, szczęścia, widzę, chcesz próbować
Tutaj wśród dzikich, w tej bezludnej puszczy?

MURPHEY
Tak, byle tylko zarobić na życie.
(…)

M DOLE
A czy cokolwiek wiesz o takim handlu?
Czy znasz zasady na jakich się wspiera?
(…)

MURPHEY
Nie znam waszego indiańskiego handlu.
Ale nauczę się chętnie od ciebie.
Bo wiem, że lata już w nim praktykujesz.

M DOLE
(…)
A co tam wieziesz dla Indian na sprzedaż?

MURPHEY
Mam rum i koce, pasy, proch i dzwonki,
I takie które zwykle cenią.

M DOLE
To bardzo dobrze. To dobre towary.
A teraz powiem, co jest najważniejsze,
Co warte trudu, żeby tu przyjechać,
Nasza naczelna zasada jest taka,
że nie jest zbrodnią oszukiwać Indian.

Alfred Jacob Miller, "Traperzy i Indianie"

Alfred Jacob Miller, „Traperzy i Indianie”

MURPHEY
Jak to? Nie grzech oszukać Indianina?
Czy to nie ludzie? Czy nie mają prawa
Sprawiedliwości zaznać, tak jak my,
Chociaż są dzicy w swoich obyczajach?

M DOLE
No, skoro tak jest, to już nic nie powiem.
Toż to esencja naszego zawodu,
na niej opiera się nadzieja zysku.
Nikt, kto nią wzgardził, nie zdobył bogactwa
I nie zdobędzie, tu, w indiańskim handlu.
(…)

Tysiąc okazji ciągle się nastręcza,
Żeby wyzyskać ich (Indian) wielka ciemnotę.
Największa jednak maszyna to rum.
Do niego sypię trochę ciemnych proszków
I tak rozdaję dzikim szczodrą ręką.
Kiedy się spiją, są rześcy i dzielni
I chwalą mnie, że nie jestem skąpy.
Wtedy już mogę praktykować sztuki,
Zaczynam handel i daję rum z wodą,
Gardła im płoną, radzi się ochłodzić.
Futra i skóry idą do mnie w zamian.
Ważę uczciwie, choć mam taką wagę,
Że za dotknięciem zamienia trzy funty
Na jeden funt. Czego ci biedacy,
I miar, i wag zupełnie nieświadomi,
Wcale nie widzą. Ale oto oni.
Zobaczysz zaraz, jak to my robimy.
Jack, czyś zaprawił rum, jak powiedziałem?
(…)

Tutaj następuje opis procederu upijania Indian, oszukiwania na wadze i wciskania im ogólnej ciemnoty. A po odejściu Indian – ledwie z częścią należnego im towaru – kupcy nie mogą się nachwalić własnej przemyślności. Rozpiera ich wręcz duma z życiowej mądrości.

* * *

Scena druga przedstawia puszczę.
Wchodzą Orsbourn i Honnyman, dwaj myśliwi.
Narzekają mocno na to, że nic nie upolowali, i oczywiście całą winę zwalają na Indian:

HONNYMAN
To ci diabelscy Indianie nam łapią
Całą zwierzynę. Jelenia, niedźwiedzia,
Wszystko wystraszą, co biega w lasach,
Albo sztuczkami swymi zaczarują.
Anglik nie strzeli ni jednego razu,
A oni wrócą z ładunkami futer.
Żeby ich piekło prędzej wytępiło,
Tych łotrów, bydło, tę czarną zarazę,
Tych nędznych pogan, te dzikie zwierzęta,
Co tylko smrodzą chrześcijańskie powietrze.
Trzeba ich tępić jak innego zwierza.

ORSBOURN
Tak chciałbym aby prawo pozwalało
Polować na ten gatunek dziczyzny.
Ani jednego dnia bym nie opuścił,
Póki choć jeden biega tutaj w lesie.
(…)
Ulżyłbym sobie, gdybym mógł rozwalać
Ich malowane łby i puścić juchę.
Tak nienawidzę nawet ich widoku.
Zjadłbym z ochotą serce Indianina.
(…)

W dalszej części myśliwi, zaczaiwszy się w lesie, zabijają dwóch Indian niosących futra. Uszczęśliwieni są nie tylko wielkim łupem, ale i tym, że udało im się to zrobić za pomocą jednego strzału (tym sposobem zaoszczędzili nawet na prochu i ołowiu).

* * *

Powiązane artykuły: „Sumienie Zachodu” i „Indiański Holocaust?”.

*

KAŻDY MA SWOJĄ GÓRĘ… – KORCZAK ZIÓŁKOWSKI I RZEŹBA SZALONEGO KONIA (Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)

Korczak Ziółkowski i jego – największa na świecie – rzeźba Szalonego Konia w Dakocie Południowej.
Pisząc o tym człowieku i jego nadludzkim przedsięwzięciu można bezwiednie ugrząźć w patosie. Bowiem rzeczywiście wymiar jego wizji, marzenia i czynu był w samej swej istocie monumentalny. Wzniosłość potrafi by zaraźliwa. To właśnie decyduje o wielkości człowieka: jego życie staje się dziełem sztuki, nierozerwalne z celem; pasja i oddanie przenika każdą jego tkankę – unikając przy tym fanatyzmu i naiwnego idealizmu. Sen o wielkości przekuwany w czyn przestaje być mrzonką wielkości urojonej.
A jednak przeczuwamy, że prawdziwa wielkość człowieka może się urzeczywistnić tylko w jego umyśle – wielkością ducha, serca i idei. Zacytujmy Korczaka Ziółkowskiego: “Kiedy legendy umierają, kończą się marzenia; kiedy kończą się marzenia, nie ma już wielkości”.
Czarne Wzgórza w Południowej Dakocie, gdzie urzeczywistnia się sen Ziółkowskiego, pozostają dla Indian ziemią świętą. Rzeźba Szalonego Konia czyni to miejsce jeszcze bardziej szczególnym, nie tylko dla pierwszych mieszkańców Ameryki, ale i dla wszystkich, którzy na własnej “górze swojego życia” chcą zostawić po sobie jakiś ślad.

*

Korczak Ziółkowski

POLSKI SIEROTA

Przygoda Korczaka Ziółkowskiego mogła się przydarzyć tylko w Ameryce. On sam mówił: “Co za honor dla małego polskiego chłopca, sieroty z Bostonu, być poproszonym przez indiańskich wodzów, aby opowiedzieć historię ich rasy. Co za honor! Tylko w Ameryce człowiek może rzeźbić górę”.
Korczak Ziółkowski jest już teraz człowiekiem legendarnym. Człowiekiem legendą dla Amerykanów, dla Polaków i dla Indian. O nim i o jego nadludzkim przedsięwzięciu, które jedną z gór Dakoty zamienia w wodza Siuksów, słyszało miliony ludzi na całym świecie.
Szczególnie przypadek Korczaka winien poruszyć Polaków. Mimo, że urodził się on już na ziemi amerykańskiej, jego dziadkowie przybyli tu znad Wisły. Wprawdzie rodzice Korczaka zginęli w wypadku, kiedy miał on zaledwie rok, to jednak jego polska – romantyczna a zarazem szlachetna – natura była w nim ciągle obecna i dawała o sobie znać przez całe życie. Polski romantyzm, honor i upór – ta domieszka szaleństwa i wiary, która może przenosić góry. W życiu Korczaka to ostatnie urzeczywistniło się niemal dosłownie – za jego przyczyn góra naprawdę się poruszyła.

SUBTELNOŚĆ I SIŁA

Jeszcze jako niemowlę Korczak Ziółkowski został odcięty od swoich polskich korzeni. Od pierwszego roku życia wychowywał się w rodzinach zastępczych i sierocińcach, szczególnie okrutnie traktowany przez pewnych Irlandczyków. O tamtym okresie swego życia nie chce mówić. Wspomina tylko, że był on okropny – źle go traktowano, bito i zmuszano do pracy niczym niewolnika. Nic więc dziwnego, że jego niezależna natura jak najszybciej chciała się wyzwolić od tego jarzma. W wieku 16 lat Korczak zaczyna właściwie samodzielne życie. Ima się różnych zajęć – od prasowacza spodni po odźwiernego w kinie. Kończy szkołę średnią i podejmuje pracę w bostońskiej stoczni. Przez następne 6 lat poznaje tajniki ciesielki i stolarstwa, wykazując od razu niezwykły talent rzeźbiarski, dzięki któremu tak wcześnie  ujawniły się cechy stylu Ziółkowskiego, widoczne w całej jego późniejszej twórczości: połączenie artystycznego smaku i subtelnością z męską siłą, solidnością i zdecydowaniem.
Dostrzeżono prace młodego chłopca, znalazło się nawet kilku możnych i wpływowych protektorów. Na dodatek jeden z nich wyczulił go na jego polskie pochodzenie, budząc w nim poczucie pewnej solidarności z polskim narodem i ze swoimi przodkami. (Dlatego też rzeźbiarz obrał obie  imię Korczak, wywodzące się – jak to odkrył – od herbu rodziny Ziółkowskich). To nie przypadek więc, że pierwszą rzeźbą z marmuru, która przyniosła mu uznanie i sławę, było popiersie wielkiego polskiego męża stanu i genialnego pianisty Ignacego Paderewskiego. W 1939 r. dzieło to zdobyło w publicznym głosowaniu pierwszą nagrodę na Targach Światowych w Nowym Jorku. Samouk, który w swoim życiu nie wziął ani jednej godziny nauki w tym kierunku, który nie ukończył żadnych wielkich szkół i uniwersytetów, znalazł uznanie zarówno wśród koneserów, jak i laików.
Jeszcze w tym samym 1939 r., Korczak znalazł się na Czarnych Wzgórzach. Jednak nie śnił mu się jeszcze wówczas wielki jak góra Szalony Koń. Pracował bowiem jako asystent Gutzona Borgluma przy rzeźbieniu w skale słynnych dzisiaj głów prezydentów, zaledwie 17 mil od miejsca, w którym 10 lat później zacznie tworzyć swoje własne dzieło. Trzeba dodać, że Korczak z Borglumem pracował krótko, bo niespełna jeden sezon. Powodem były ciągłe nieporozumienia z synem Borgluma, Lincolnem.

Korczak Ziółkowski i wódz Henry Standing Bear

LIST STOJĄCEGO NIEDŹWIEDZIA

Po powrocie na Wschód Korczak otrzymał list ze stron, które dopiero co opuścił. Otóż wódz Siuksów Henry Standing Bear zapraszał Ziółkowskiego do siebie zapytując, czy nie byłby on zainteresowany wyrzeźbieniem w górze posągu Szalonego Konia, legendarnego wodza Indian, który wraz z Sitting Bullem przewodził powstaniem Siuksów w latach 70-tych ubiegłego wieku i zasłynął w pamiętnej bitwie pod Little Bighorn, kiedy to Indianie wycięli w pień cały oddział kawalerii amerykańskiej dowodzonej przez generała Custera. Henry Standing Bear pisał wówczas do Ziółkowskiego: “Wszyscy moi bracia wodzowie i ja, chcemy, by Biały Człowiek dowiedział się, że i Czerwonoskórzy Ludzie mieli swoich bohaterów”.
Korczak łamał się z decyzją. W międzyczasie wstąpił do wojska, walczył w artylerii amerykańskiej na frontach II wojny światowej, kilkakrotnie był ranny, dosłużył się nawet stopnia sierżanta… Jednak nawet w wojsku nie zaprzestał rzeźbienia. To właśnie przeżycia wojenne sprawiły, że Korczak Ziółkowski zdecydował się przyjąć zaproszenie Siuksów. Przez dwa lata studiował kulturę i historię Indian, wraz z indiańskimi wodzami wybrał odpowiednią górę, na której w roku 1949 odpalono pierwszy ładunek dynamitu. Ziółkowski miał wówczas 40 lat i zaczynał właściwie swoje drugie życie. Jednak wtedy nie spodziewał się jeszcze, że już do końca swoich dni zostanie na Czarnych Wzgórzach i następne 35 lat poświęci bez reszty pracy nad pomnikiem Szalonego Konia – największym przedsięwzięciem rzeźbiarskim, jakiego podjął się do tej pory człowiek.

TYTAN, MRÓWKA I GOSPODARZ

Początki Crazy Horse Memorial były skromne, żmudne i ciężkie. Korczak wykupił za swoje pieniądze działkę i licencję górniczą, która dawała mu prawo do zajęcia się Thunderhead Mountain, jak nazwał tę górę. Jednak aż dwa lata trwały przygotowania do podjęcia właściwej pracy nad rzeźbą. Korczak musiał wcześniej wyrąbać las, zrobić drogę, skonstruować specjalne schody na szczyt, doprowadzić elektryczność i wodę, zbudować dom i studio…
Przez pierwsze siedem miesięcy mieszkał w wojskowym namiocie. Kiedy więc wreszcie można było zacząć rzeźbić górę, Korczakowe fundusze były na wyczerpaniu. W kieszeni zostało mu raptem 174 dolary.

Właśnie to było zawsze głównym problemem w pracy Ziółkowskiego: finanse. Jednak należy zaznaczyć, że było tak głównie z powodu honorowej polityki, jaką sam przyjął od początku. Wierzył mianowicie w ideę tzw. free enterprise, która zakładała, że ani jednego dolara nie weźmie z pieniędzy podatników. Dlatego też m.in. dwukrotnie odrzucił 10 mln. dolarów, które rząd federalny gotów był przeznaczyć na realizacje projektu. Fundusze miano zbierać prywatnym sumptem – z dobrowolnych datków i biletów wstępu. Jednak warto też dodać, iż Korczak był zdecydowanie przeciwny, aby powstający pomnik traktować jako turystyczny wabik i kuriozum. To dlatego zawsze musiano się wykłócać z nim, by zgodził się np. podnieść opłatę za wstęp na teren obiektu. Wielu ludzi miało więc wejście darmowe, w tym wszyscy Indianie. Każdy traktowany był, niczym gość w domu.

Jeśli ktoś sądzi, że pomysł Indian i zajęcie Ziółkowskiego było jakąś szaleńczą fanaberią, jakimś wymysłem, który pozwalał rzeźbiarzowi uciec od świata i życia pełnego obowiązków, to głęboko się myli. Korczak przez te 35 lat pracy nad Szalonym Koniem udowodnił, że jest człowiekiem żelaznej woli, niesłychanie konsekwentnym  i upartym. Przez cały czas pracował ciężko jak wół i uparcie jak mrówka. A przy tym wszystkim wykazywał niezwykłą inżynierską inwencję i zaradność dobrego gospodarza. Mimo, że samo zmaganie z górą wymagało nadludzkiego wysiłku, Ziółkowski sam starał się zarobić nie tylko na swoje utrzymanie – i utrzymanie licznej rodziny – ale i na dofinansowanie własnego projektu.
Zaczął więc hodować bydło i świnie, wybudował nowoczesną mleczarnie i tartak. Sam konstruował i naprawiał maszyny, przyjmował też inne zlecenia rzeźbiarskie i stolarskie.

No i – last but not the least – założył rodzinę. Poślubił młodszą o 18 lat Ruth, swoją długoletni asystentkę i miał z nią aż … 10 dzieci! Płodny niesłychanie był więc Korczak pod wieloma względami. Niektóre ze swych dzieci sam odbierał przy porodzie. Specjalnie dla nich założono też szkołę. Tak więc Korczak, oprócz tego, że był wizjonerem, był także człowiekiem z krwi i kości, mężem i ojcem – prawdziwym family man. Wprawdzie podkreślał, że u niego na pierwszym miejscu jest góra, na drugim Ruth, a na trzecim dzieci, to w jego sercu nie było wcale takiej hierarchii. Z tym samym uczuciem oddawał je po równo wszystkim. Jego wady – porywczość, wybuchowość, szorstkość – bladły wobec jego zalet. Za te zalety podziwiali go wszyscy – Indianie, żona, dzisięcioro dzieci i tysiące innych ludzi.

Model rzeźby Szalonego Konia. W tle: góra Thunderhead, na której urzeczywistnia się wizja Korczaka Ziółkowskiego.

KAMIENNY JEŹDZIEC

Postać Szalonego Konia wybrali Indianie, natomiast wyczarowanie jej ze skały powierzyli Korczakowi. Ten wyrzeźbił na samym początku model, który przedstawiał Indianina na koniu. Długowłosy jeździec o monumentalnych rysach wyciągniętą ręką wskazuje ponad głowami narowistego konia. Jest w tym zawarta pewna anegdota. Podobno kiedy tułającego się ze swymi współplemieńcami i odmawiającego zamknięcia w rezerwacie Szalonego Konia zapytano ironicznie gdzie jest jego ziemia, ten wskazał palcem przed siebie i powiedział: “Moja ziemia jest tam, gdzie pochowani są moi przodkowie”. To właśnie ten moment został utrwalony przez Korczaka. Początkowo rzeźba miała powstać ze szczytu góry. Korczak planował jej wysokość na 30 m. Później doszedł do wniosku, że jednak Szalony Koń powinien być wyrzeźbiony z całej góry, co powiększało rzeźbę 6-krotnie. Sama twarz byłaby więc wielkości uprzednio planowanego posągu.
Skala na jaką porwał się Ziółkowski jest niesłychana. Podajmy tylko kilka wymiarów: wysokość całej rzeźby ok. 170 m., długość ponad 190 m. Wyciągnięte ramię będzie miało prawie 80 m., (czyli niemal tyle co futbolowy stadion). Zdoła się na nim pomieścić 4 tysiące ludzi. Pomiędzy ramieniem Indianina a szyją konia będzie przestrzeń, w której mógłby się zmieścić kilkupiętrowy budynek, zaś w samym nozdrzu konia można by postawić 5-cio apartamentowy dom.

JEDNO ŻYCIE TO ZA MAŁO

Praca nad Szalonym Koniem była tytaniczna i zdawać by się mogło – syzyfowa. W każdym razie przerastała możliwości i długość życia jednego człowieka. W niczym nie przypominała konwencjonalnej pracy rzeźbiarza. Samym drogom i ich naprawie, całej tej – można tak nazwać – infrastrukturze – poświęcił Korczak niemal połowę czasu. Odstrzeliwanie za pomocą dynamitu samego zarysu głowy do poziomu ramienia, zajęło mu niemal całą dekadę. Następne 10 lat poświęcił Korczak na pozbycie się nadmiaru granitu znad głowy konia. W międzyczasie Korczak łamał sobie żebra, kości rąk i nóg, z krzyża parokrotnie wyskoczyły mu dyski, przeżył dwa ataki serca, nabawił się artretyzmu i głuchoty… Nie złamało to jednak jego determinacji, ducha, ani nawet nie pozbawiło siły fizycznej.

Ziółkowski już na samym początku zdał sobie sprawę, że jedno życie jest za krótkie, by doczekać ukończenia rzeźby. Zmarł w 1982 r. mając 73 lata. Zdążył do tego czasu odstrzelić prawie 7 mln. ton skały (na tym właściwie polegała jego “rzeźbiarka”). Nie wystarczyło to jednak, by z góry wyłonił się choć zarys całej rzeźby. Przez następne lata malowało się więc np. kontury końskiego łba, by oglądający łatwiej mogli wyobrazić sobie ostateczny kształt posągu. Pod koniec lat 90-tych wykończono twarz Indianina i goście, którzy przybywali pod pomnik w tamtym czasie, widzieli jak góra zmienia się wprost na ich oczach. Jednak najprawdopodobniej dopiero ci, którzy przybędą na Czarne Wzgórza gdzieś w połowie XXI w., będą mogli zobaczyć pomnik gotowy, w pełnej okazałości.
Korczak, wiedząc iż nie dokończy rzeźby, przygotował odpowiednio swoją żonę Ruth (przed śmiercią Korczaka wyrysowali dokładne plany, na których opierać się miały dalsze prace), jak również 10 sowich dzieci, które wyrosły w cieniu góry Thunderhead i w większości przejęły pasję ojca. Nie tylko dla nich stał się on wzorem i bohaterem. Do dzisiaj tysiące ludzi z przykładu tego niezwykłego człowieka czerpie natchnienie, moc i wytrwałość dla własnych wysiłków i zamierzeń. Bowiem, jak mówił sam Korczak: “Każdy człowiek ma swoją górę. Ja rzeźbię swoją.”

Korczak Ziółkowski z żoną

HOŁD INDIAŃSKIEJ KULTURZE

Crazy Horse Memorial to nie tylko gigantyczna rzeźba rodząca – podobnie jak w przypadku Mt. Rushmore – podejrzenia o megalomanię. Tym, co zjednało Korczakowi i jego przedsięwzięciu szerokie rzesze ludzi, jak również w końcu przychylność władz stanowych i federalnych, był humanitarny wymiar projektu. U podnóża góry powstać ma bowiem cały kompleks poświęcony kulturze indiańskiej, złożony m.in. z Muzeum Indian Ameryki Północnej, Uniwersytetu i Centrum Szkolenia Medycznego dla Indian.
Nie trzeba podkreślać, jak specjalnym człowiekiem stał się Korczak dla Indian. Co ciekawe, sprawa Indiańska nie leżała mu jeszcze tak bardzo na sercu, gdy rozpoczynał pracę nad rzeźbą. Prawdziwa solidarność i uznanie, szacunek i przyjaźń dla nich przyszły później. Na początku było tylko zlecenie wodza Stojącego Niedźwiedzia, które rzeźbiarz zobowiązał się wykonać. Być może nawet z przekory, i po to, by udowodnić tym ludziom od prezydenckich głów na pobliskiej Mt. Rushmore, że i on potrafi rzeźbić górę.
Dla indiańskich wodzów zaś ówczesne motywacje Ziółkowskiego były nieistotne, choć pod względem charakteru pokrywały się z ich własnymi. Dla nich ważne było to, by pokazać światu, że Indianie nie dzikusy i też swoich bohaterów mają. Zapewne wielu z nich bolało to – i nie mogło znieść tego – że na ich świętych Czarnych Wzgórzach wyrzeźbiono  podobizny wodzów Białego Człowieka – tych, którzy uosabiali dawną opresję, wrogów, morderców…
Niezręczny to obecnie temat i nic dziwnego, że nie eksponowany, i to zarówno przez większość Indian, jak i Jankesów. Tylko od czasu do czasu, takie incydenty, jak w Alcatraz, czy w 1973 r. na miejscu masakry pod Wounded Knee z 1890 r., uświadamiają nam, że zadra ciągle tkwi w indiańskich duszach.

Tak więc, Korczak Ziółkowski stał się wyznawcą, reprezentantem i protektorem kultury Indian. Przyjrzał się im uważniej, bez uprzedzeń, nabrał szacunku dla ich kultury i dziedzictwa. Przy czym zawsze podkreślał, że nie jest żadnym “Indian Lover” – żadnym tam indianofilem. Wszystko to emanowało z niego w sposób naturalny.
W mądrości indiańskich wodzów dostrzegł tę samą mądrość, która wcześniej uderzyła go w traktatach Arystotelesa. Uświadomił też innym ludziom, że każda rasa, plemię, naród ma prawo do tego, by eksponować i kultywować to, co w nich najlepsze, najszlachetniejsze – z czego mogą czerpać dumę i poczucie godności. Każdy ma do tego prawo, na przekór krążącym stereotypom, degradujących innych ludzi do poziomu prymitywów, dzikusów i barbarzyńców.
Zrozumiał to Ziółkowski i przejął się tym tak, że 35 lat swojego życia poświęcił katorżniczej pracy i wytrwał przy swej górze do końca swych dni. A mógł przecież prowadzić lekkie i wystawne życie uznanego rzeźbiarza, artysty, przyjmować atrakcyjne zlecenia od bogaczy, produkować drogie meble, dłutkować i cyzelować małe cacka w przytulnej pracowni. Zamiast tego zamienił się dobrowolnie w galernika zmagającego się z górą, z niepogodą, z niechęcią innych, z wszelkimi przeciwnościami; wysadzającego przez dziesiątki lat miliony ton skały, pokaleczonego, połamanego, głuchego…
Kiedy Korczak Ziółkowski wziął stronę Czerwonych Braci, kosztowało go to wiele. Wśród mieszkańców okolicznego miasteczka Custer (nazwanego tak na cześć niefortunnego generała spod Little Bighorn), wzniecił on rasowe resentymenty i dawną wrogość do Indian, rodem jeszcze z pionierskich czasów. Pewnej nocy zakradł się ktoś do pracowni i potłukł młotkiem jego posągi. Jeszcze wiele lat po tym incydencie, można było pod górą Thunderhead zobaczyć zniszczone popiersia i twarze z obtłuczonymi nosami. Szkody długo nie naprawiano. Zapewne słusznie – uwidoczniono tym symbol i przestrogę przed ślepą nienawiścią i wandalizmem.

PIASKI CZASU

Tłum pod twarzą Szalonego Konia

Przemijanie, ludzka krzątanina – złudzenie, że pozostanie po nas jakiś trwały ślad… W wiecznie ruchomych piaskach czasu?
Albert Camus wyznał kiedyś, że żyje po to, by zostawić na ziemi bliznę. Jeden z przyjaciół Janusza Głowackiego, autora “Antygony w Nowym Jorku”, powiedział mu, że różnica między nimi polega na tym, iż on koło grobu chodzi, a Głowacki biega.
Bez wątpienia dzieła przedłużają – jeśli nie życie, to pamięć o twórcy. Jakaś cząstka Leonarda da Vinci została w uśmiechu Mony Lisy; ziarno trwogi, bólu i szaleństwa Van Gogha nadal tkwi w jego płótnach; odbicie mądrości Tołstoja czy Balzaka do dzisiaj możemy znaleźć w ich książkach; pytania Bergmana nadal padają w jego filmach; piękno Bazyliki św. Piotra uderza po wiekach…
Wszystko to zostało zaklęte w materii.
Na jak długo?
Bernardo Bertolucci, reżyser zarówno “Ostatniego tanga w Paryżu”, jak i “Ostatniego Cesarza”, nie ukrywa fatalizmu, jeśli chodzi o trwałość swoich filmów. Mówi, że dla niego wszystko mogłoby zniknąć i dodaje, że jego stosunek do filmów – nie tylko do własnych – jest podobny do tego, jaki miał mnich z “Małego Buddy”, który robił wspaniałe rysunki kolorowym piaskiem: “talent, pasja, godziny pracy – a nagle zawieje wiatr i wszystko znika”.

Jesteśmy skazani na to, by komunikować się w świecie materialnym i w materii wyrażać nasze sny, przekazywać je innym. Jednak często wielu z nas dochodzi do tego, że prawdziwą i niewzruszoną wartość może mieć dla nas właśnie to, co kryje się za materią. Jest to jeden z największych paradoksów ludzkości: chcemy, aby to, co jest najbardziej ulotne, okazało się czymś najbardziej trwałym i niewzruszonym. Na tym chcemy budować opoki – w tym szukamy oparcia.
Ile w tym rozpaczy i desperacji? Ile nadziei, ile tęsknoty, ile prawdy…?
Kamienne tablice dawno rozsypały się w proch, jednak przecież nie na kamieniu opierała się ich trwałość.

Góra Korczaka Ziółkowskiego to nie tylko granit, który przeobraża się się w pomnik jeźdźca na koniu. To wykuta w skale idea. Idea szlachetności, wielkości człowieka – jego dumy, honoru, wytrwałości, dyscyplinie i pracowitości (wartości, które we współczesnym świecie stały się niemodne a nawet cokolwiek wstydliwe). Tak odbierają ją teraz rzesze ludzi, którzy przybywają na Czarne Wzgórza. Świadczą także o tym tysiące listów, które przychodziły na ręce rzeźbiarza, a później – po jego śmierci – docierały do żony i rodziny Korczaka. Wśród nadawców znalazł się i papież, i prezydenci, i zwykli ludzie. W jednym z takich listów ktoś napisał: ”Swoją energią i swoją wizją oświecał on ludzkość i uczynił świat nieco lepszym miejscem, wartym tego, by jakiś czas tutaj pożyć.”
Z góry Thunderhead  wyłania się z wolna pomnik Szalonego Konia. U jego stóp powstanie zapewne kiedyś centrum kultury indiańskiej, dające tym ludziom zadośćuczynienie i hołdujące ich najlepszym wartościom.

Gdzieś tam, u podnóża góry spoczywają też doczesne szczątki Korczaka, a napis na grobie głosi: “Storyteller in Stone”. Jego duch jest jednak stale obecny wśród ludzi. Duch człowieka, który “opowiadał w kamieniu” – duch człowieka, którego sen i opowieść będzie trwała jak góra i skała.
A może jeszcze trwalsza? Może nieśmiertelna jak idee, których nie imają się przecież zęby czasu?

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

TANIEC DUCHA I MASAKRA POD WOUNDED KNEE (Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)

Taniec Ducha – desperacja i potrzeba nadziei przybiera formę religijnej ekstazy

*

PRERIA  WE  KRWI

Historia, podobnie jak fortuna, kołem się toczy. I choć same wehikuły wiozące nas przez dzieje zmieniają się z czasem, pewne momenty naszej podróży powtarzają się regularnie i cyklicznie. To właśnie dlatego historia nie jest naszą nauczycielką, a rzekomo winna nią być. Ciągle powtarzamy te same błędy. Zmieniają się tylko pejzaże, dekoracje. Nigdy ponoć nie wstępujemy do tej samej rzeki. Jednakże rdzeń ludzkiej natury wydaje się pozostawać niezmienny… Tak, jak niezmienne są prawa rządzące światem, rzeczywistością – prawa, na które nie mamy większego wpływu.
Maczugi, kamienie i dzidy zamieniliśmy na lasery, komputery i bombowce, techniczne cuda. Nasze argumenty wynieśliśmy na szczyt elokwencji, oblekliśmy je w krasomówcze, przeintelektualizowane korowody, opletliśmy wszystko siatką usprawiedliwień i objaśnień, które tak naprawdę tworzą ciągle to nowe zasłony dymne, pełne na dodatek samookłamywań i iluzji. Efekt jest ten sam – zabijanie, narzucanie swojej woli słabszym. Trudno nam ukryć nasze zwierzęce pazury, nie sposób wyrwać tego tkwiącego w nas nerwu bestii. Gwałt wpisany jest w mozaikę świata, w którym żyjemy. Przemoc jest w nas.

Amerykanie są (i zawsze byli) społeczeństwem zorientowanym w przyszłość. Dlatego historia czy tradycja nie zajmują w ich świadomości tak istotnego miejsca, jak w świadomości społeczeństw starszych kulturowo i cywilizacyjnie. Jest w tym pragmatyzm, ale także doszukać się tu można pewnej mądrości: bez dziejowych obciążeń łatwiej bowiem o optymizm, który uważany jest za jedną ze swoistych, typowo amerykańskich cech. Z drugiej strony pociąga to za sobą życie w pewnej nieświadomości, a nawet naiwności, dzięki której łatwiej jest tym społeczeństwem manipulować.
Być może wynika to z naszych europejskich obciążeń, ale chcielibyśmy czasem przypomnieć Amerykanom o niektórych wydarzeniach z ich przeszłości. Oczywiście nie chcę tego nazywać przestrogą, gdyż takie zapędy pedagogiczne słusznie mogłyby się wydać pretensjonalne. Inspiracją jest dla mnie wola oddania sprawiedliwości tym, którzy na amerykańskiej drodze do potęgi zostali połamani wspomnianym już kołem historii. A że przy okazji jest to przypomnienie o tych mniej radosnych stronach naszej ułomnej, ludzkiej natury? Cóż, staje się to jakby mimochodem.
Tragedia, jaka wydarzyła się 110 lat temu pod Wounded Knee (Zranione Kolano) w Dakocie Południowej, jest niewątpliwie wielkim zgrzytem, jakiego nie chciałoby się słyszeć w patriotyczno-idealistycznej melodii dziejów amerykańskiej glorii.
Jak do niej doszło?

Indianie ze szczepu Lakota w rezerwacie Pine Ridge (tereny dzisiejszej Dakoty Południowej)

KONIEC  WOLNOŚCI

O stopniowej degradacji i zagładzie kultury rdzennych Amerykanów, czyli Indian, można by spisać księgi. Podczas gdy dla współczesnych mieszkańców Ameryki, przodków dawnych kolonistów, tzw. “odkrycie” tej ziemi przez Kolumba było początkiem nowej ery znaczonej nadziejami przybywających tu Europejczyków, w swej masie uciekających najczęściej przed biedą i religijnymi prześladowaniami, to dla Indian był to początek końca ich wolności. Z jednej strony pięćsetlecie post-kolumbijskiej Ameryki to konstytuowanie się podziwianej przez wielu demokracji amerykańskiej, kształtowanie i budowa najbardziej wpływowego państwa i najbogatszego społeczeństwa na świecie. Z perspektywy indiańskiej zaś, stulecia te były niekończącym się pasmem upokorzeń, opresji, mordów i łamania umów; wygnań, przesiedleń i wyzuwania z ziemi. Lata znaczone szlakami łez i śmierci, niszczenia odwiecznych tradycji i stylu życia; demoralizacji i międzyplemiennego skłócania. Można to wszystko uznać nie tylko za koniec wolności Indian, ale i za koniec ich cywilizacji.
W ostatecznym rozrachunku politykę zastosowaną wobec Indian przez Białych nie można nazwać inaczej, jak etnicznymi czystkami. Doświadczyły tego wszystkie ludy zamieszkujące kontynenty obu Ameryk, jednak tylko jednemu plemieniu przypadło w udziale tragiczne doświadczenie, które było krwawą “kropką nad i”, końcem zbrojnego oporu wobec najeźdźcy, finalnym ciosem, ostatecznym zniwelowaniem okruchów indiańskich nadziei. Plemieniem tym byli Siuksowie, a miejscem gdzie się to zdarzyło – obozowisko nad potokiem Wounded Knee na terenie rezerwatu Pine Ridge w Dakocie Południowej. Był rok 1890. Odchodził tym samym w przeszłość nie tylko wiek XIX, ale i cała epoka.

DUCHOWA  MIKSTURA

Cechą na wskroś ludzką jest to, że w położeniu bez wyjścia człowiek, be względu na swój poziom intelektualny czy kulturowy, odwołuje się do pomocy boskiej, szuka interwencji sił nadprzyrodzonych, oczekuje porządku Idei Nadrzędnej, jakiegoś Wyższego Sensu. Jednym słowem, ucieka się do metafizyki.
Polacy pod zaborami chcieli widzieć Ojczyznę mesjaszem narodów. Idee mesjanistyczne, mające swoje źródło głównie w Starym Testamencie, były bardzo charakterystycznym motywem wielu chrześcijańskich sekt w nowo powstałych Stanach Zjednoczonych. Niektóre z nich przeniknęły do duchowego, religijno – mistycznego świata Indian.

Taniec Ducha, który w powszechnej świadomości kojarzony jest z żyjącymi na Wielkich Równinach Siuksami i ich aktywnością kultową w latach 1898 – 90, nie narodził się  na prerii, a po zachodniej stronie Gór Skalistych, wśród Pajutów zamieszkujących obszary dzisiejszej zachodniej Nevady. Świadczy to tylko o wspólnocie losowej Indian.
Podobnie mesjanizm, który wiąże się z Tańcem Ducha, również nie był nowością w czasie, kiedy zaczął głosić go prorok Wavoka w pajuckim rezerwacie Walker Lake. Wśród wielu plemion indiańskich poddanych opresji, pojawiali się w przeszłości “mesjasze” niosący swym pobratymcom pociechę, głoszący wybawienie od nieszczęść, jakie przyniosło pojawienie się Białych.

Wavoka był synem jednego z takich proroków, szamana Pajutów imieniem Tavibo. Kiedy chłopiec miał 12 lat, jego ojciec doświadczył wizji, w której Bóg oświadczył mu, iż ziemia jest już stara i zmęczona, potrzebuje więc odnowy. Stanie się to wkrótce. Przodkowie Indian zmartwychwstaną, wszyscy znów będą młodzi, ciesząc się życiem na obfitującej we wszelkie dobra odnowionej ziemi, na której nie będzie już żadnych Białych. Spełniony wszak być musi jeden warunek. Wszyscy muszą w to uwierzyć, brać udział w świętym tańcu i śpiewać objawione prorokowi pieśni.
Niestety, Tavibo rok później umarł, osieracając nieletniego Wavokę. Sam kult wygasł z braku widocznych oznak spełniania się proroctw. Chłopca przygarnęła rodzina okolicznych farmerów, nadając mu imię Jack Wilson. Byli oni gorliwymi chrześcijanami. W ich domu Wavoka, mając niewątpliwie po ojcu w genach spirytualne skłonności, zbliżył się do chrystianizmu. Później, żyjąc już samodzielnie i pracując na polach chmielowych w dolinie rzeki Columbia, poznał różne jego sektowe odmiany. Elementy każdej z nich odnaleźć można  w odrodzonym dzięki niemu kultowi Tańca Ducha, który swą tragiczną kulminację znalazł pod Wounded Knee w Badlands.

Od mormonów przejęta została idea Indian, jako ludu wybranego, potomków zaginionych plemion hebrajskich. Również słynne “koszule ducha”, mające chronić Indian przed kulami, mogły mieć swój początek w obyczaju noszenia przez mormonów specjalnych szat, zabezpieczających ich przed złem i zapewniających ostateczną chwałę w zaświatach. Od Shakerów pochodzi być może koncept ekstatycznego wpadania w trans dzięki rytmicznym pląsom i podrygom. Z kolei tzw. Śniący, idąc za nauką swego proroka Smohalli nienawidzącego Białych, a zwłaszcza ich barbarzyńskiego sposobu obchodzenia się z “matką ziemią”, uważali, że tylko w czasie snu czy wizji może się objawić człowiekowi prawdziwa wola i przykazania Wielkiego Ducha. Stąd przywiązywanie przez wyznawców kultu wielkiego znaczenia do treści i znaków otrzymywanych podczas transowych wizji.
Oczywiście, mikstura ta wzbogacona została dodatkowo przez elementy tradycyjnych wierzeń samych Indian, których natura zresztą, w wielu miejscach pokrywała się  z motywami innych religii.

Wavoka

CZERWONY  CHRYSTUS

Wavoka z rozbudzoną i wzbogaconą spirytualnie świadomością wrócił do stron rodzinnych. Zrazu nic nie zapowiadało jego mesjanicznego potencjału. Jako Jack Wilson założył rodzinę i wśród okolicznej ludności dorobił się opinii pracowitego człowieka. Jednak nie było to w stanie go zadowolić. Wewnątrz męczyła go frustracja. Biali – nawet rodzina, w której się wychował i jego bracia – nigdy nie uznają go za “swego”, wśród Indian zaś nigdy nie zajmie tak ważnej pozycji, jaką miał choćby jego ojciec.
Nie jest pewne, gdzie Wavokę po raz pierwszy nawiedziła ta wizja. Czy stało się to wtedy, gdy leżał w łóżku trawiony gorączką, czy też podczas rąbania drewna w lesie. Jednak co do treści widzenia nie ma żadnych wątpliwości. Podczas wizji Wavoka zmarł, został zabrany przez Wielkiego Ducha do nieba, gdzie Bóg objawił mu prawdę o konieczności odnowy i życia w braterstwie, a także zapowiedział rychłe zapanowanie wiecznej szczęśliwości na świecie. Następnie Wavoka został odstawiony na ziemię i przywrócony do życia.
Od tego czasu zaczęło się posłannictwo Wavoki. Nad jeziorem Walkera odtańczono pierwszy po latach Taniec Ducha, który miał prowadzić Indian ku nowemu przeznaczeniu. Zrazu kult rozwijał się wolno i to tylko wśród Pajutów, jednak z czasem ogarnął prawie wszystkie plemiona na zachód od Mississippi. Bowiem desperacja wszystkich szczepów była jednaka. Przypominało to rozprzestrzeniający się po prerii pożar.

Bez wątpienia, w głoszeniu nowej ewangelii pomogły Wavoce trzy cudy, jakie zaczęli mu przypisywać jego wyznawcy. Być może Wavoka sam zorganizował swój pierwszy “cud”, choć też mogło się to odbyć bez jego wiedzy. Otóż w środku lata zapowiedział on, że na rzece pojawi się lód. I rzeczywiście, zarówno wierni, jak i sceptycy zgromadzeni na moście wokół modlącego się Wavoki, zobaczyli wkrótce płynące z wodami kry. Nie wiedzieli, że przybrani bracia Wavoki, wywalili w górze rzeki cały wóz lodu, jaki produkowali w swojej fabryczce. Nie jest pewne, czy Wavoka o tym wiedział, czy też Wilsonowie, chcąc ocalić twarz swego brata, pomogli mu w spełnieniu “cudu”.
Następne cudowne wydarzenie miało miejsce dokładnie 1 stycznia 1898 roku. Wavokę ponownie zwaliła z nóg gorączka. Był bliski śmierci i w tym samym czasie “umierać” też zaczęło Słońce. Indianie nie byli przygotowani na zaćmienie i ogarniające ziemię ciemności wywołały wśród nich prawdziwą panikę. Jednak Wavoka wstał wkrótce z łoża i Słońce ponownie zaświeciło pełnym blaskiem na niebie. Jak pamiętamy z lektury Prusa, nie pierwszy to tego rodzaju wybieg ziemskich czarodziei.
Za trzecim razem, po pomoc do Wavoki udali się okoliczni ludzie gnębieni trwającą od jakiegoś czasu suszą. Wavoka powiedział im, aby się nie martwili, bo w ciągu trzech dni będą mieli wystarczająco dużo wody. Na trzeci dzień lunął deszcz, a rzeka wystąpiła z brzegów. Przekonało to nawet jednego z najbardziej zatwardziałych niedowiarków, indiańskiego milicjanta Josephusa, który stwierdził: “Wierzę teraz mocno w nadnaturalną moc nowego Chrystusa”.

Trzeba przyznać, że sam Wavoka na początku swych proroctw nie uważał się za syna bożego. Jednak rosnąca gorliwość jego wyznawców umocniła go z czasem w przekonaniu, iż rzeczywiście jest on Zbawicielem, a w końcu, że jest samym Chrystusem. Niektórzy ponoć widzieli nawet stygmaty na jego dłoniach.
Bez względu na to, jak absurdalna może się wydać postronnym świadkom cała ta czarodziejsko – mesjanistyczna aura, Wavoka dawał Indianom wraz z nadzieją religię, która w swej istocie i moralnej wymowie nie odbiegała od tego, co głosił Chrystus dwa tysiące lat wcześniej. Choćby takie słowa Wavoki świadczą o chrześcijańskim duchu jego nauk: “Nie krzywdźcie nikogo. Czyńcie zawsze dobro. Nie kłamcie. Nigdy nie walczcie. Indianie nie muszą się niczego obawiać. Nasi zmarli przodkowie powstali i czekają na nas razem z Wielkim Duchem. Indianie muszą wierzyć i ufnie odprawiać święty taniec”.

WIELKI  SMUTEK  REZERWATÓW

Aby zrozumieć to, co stało się pod Wounded Knee i jak wiąże się to wydarzenie z Tańcem Ducha, musimy wspomnieć o sytuacji, w jakiej w drugiej połowie XIX wieku znaleźli się Siuksowie, jedno z najznaczniejszych plemion Indian Ameryki Północnej. Świadomość niewiarygodnego pasma klęsk i upokorzeń doznanych wtedy przez nich, niewątpliwie pozwoli nam ogarnąć istotę fermentu, jakiemu uległ wówczas ten lud Wielkich Równin.
Przez blisko 100 lat Siuksowie, (którzy notabene nazywają siebie Lakota – “Przyjaciółmi”) byli niekwestionowanymi władcami prerii. Przebywali tu stosunkowo od niedawna, spychani przez coraz bardziej panoszących się na wschodzie Białych. Ich przodkowie żyli  niegdyś daleko od Wielkich Równin, prawdopodobnie gdzieś między Apallachami a Atlantykiem, na terenie dzisiejszej Karoliny Północnej i Wirginii. W XVIII wieku, dysponując końmi i bronią palną, stawszy się niezrównanymi jeźdźcami i wojownikami, zdominowali północne połacie prerii i konkurujące z nimi plemiona, głównie Szoszonów, Crow, Arikarów i Czejenów. Dla pokoleń Siuksów urodzonych w pierwszej połowie XIX wieku, prerie te były już ziemią rodzinną, a Czarne Wzgórza (Black Hills) – nawet świętą. Co najważniejsze, preria i pasące się na niej bizony, stały się dla nich podstawą egzystencji.
W połowie XIX stulecia fale białych osadników ze Wschodu, zachęconych przez rząd waszyngtoński dogodnymi ustawami, zaczęły wciskać się na obszary będące terenami łownymi Siuksów. Konfliktów i starć nie można było uniknąć.

Indiański obóz w rezerwacie

*

W 1851 roku podpisano z Siuksami pierwszy traktat uznający ich suwerenność i nienaruszalność granic. Warunków oczywiście nie dotrzymano. Następne 40 lat przyniosło wymuszone podpisanie kolejnych dokumentów, na coraz gorszych zresztą dla Indian warunkach – pozbawiając ich z ziemi, spychając na coraz mniejsze skrawki nieużytków. Mało tego, każdy traktat był przez Białych łamany, dokument stawał się bezużytecznym świstkiem papieru. Największymi wygranymi byli zawsze spekulanci ziemią.
Tym samym umacniała się wśród Indian opinia, według której Biali to najwięksi kłamcy pod słońcem.

Miara się przepełniła, gdy w 1874 roku odział tzw. “ekspedycji Custera” wkroczył bezprawnie na teren Black Hills. Znalezione wówczas złoto roznieciło gorączkę, która trwała przez następnych parę lat i spowodowała zalanie Czarnych Wzgórz białymi osadnikami i poszukiwaczami fortuny. Tym samym pogwałcono traktat 1868 roku, stanowiący Wielki Rezerwat Siuksów, nadający im na własność Black Hills po wsze czasy. “Wsze czasy” nie trwały nawet dekady, bo już w 1876 roku Czarne Wzgórza przestały należeć do Indian.
Mimo wygranej w tym samym roku przez Siuksów słynnej bitwy nad Little Bighorn, ich klęska była nieunikniona. Stopniowo Indian spacyfikowano, ubezwłasnowolniono; zakazano im polowań, a nawet swobodnego poruszania się poza rezerwatami. Skazano ich na życie niegodne, zdając na jałmużnę rządowych przydziałów racji żywnościowych. Indianie znaleźli się w potrzasku.

Sytuacja stała się jeszcze bardziej tragiczna, kiedy przydziały ograniczono, a rezerwaty bardziej rozdrobniono i rozparcelowano. Tak było np. w 1889 roku, kiedy to odebrano Siuksom połowę zajmowanej przez nich ziemi, pozbawiając ich tym samym własności gwarantowanej wcześniejszymi umowami. Bizony, które do niedawna były dla Indian Prerii podstawą egzystencji, zostały już prawie doszczętnie wytępione.
Życie w rezerwatach stało się nie do zniesienia. W lecie nękały Indian bezlitosne upały i susze, w zimie zabójczy mróz. Głód, choroby i nędza wycieńczały stopniowo wszystkich – nawet tych najodporniejszych i najtwardszych.
W takiej sytuacji tylko cud i siły nadprzyrodzone mogły zmienić indiańską dolę. To właśnie wtedy do rezerwatów Prerii dotarły obietnice Wavoki i nadzieje, jakie niósł ze sobą Taniec Ducha.

STRACH  I  OBIETNICA  RAJU

Wodzowie słyszeli o indiańskim proroku, który głosił swoim współbraciom dobrą nowinę za “Lśniącymi Górami” (Rocky Mountains). Jednakże były to wieści niedokładne, pełne fantastycznych przeinaczeń i plotek.
Wysłali więc latem 1898 roku własną delegację, by ta sprawdziła wszystko naocznie. Grupa Siuksów, w której prym wiedli Niski Byk i Kopiący Niedźwiedź, wyruszyła pociągiem na zachód, docierając jesienią do rezerwatu Walker Lake w Nevadzie, położonego nieopodal kalifornijskiego jeziora Tahoe. Nie byli sami. Po drodze dołączyli do nich Indianie z innych plemion.
Na wiosnę następnego roku Niski Byk i Kopiący Niedźwiedź z powrotem byli wśród swoich, przejęci misją. Niestety, to co mówili odbiegało znacznie od pacyfistycznego w sumie posłania Wavoki i sprowadzało się do zapowiedzi żywiołowej zagłady gotowanej przez Wielkiego Ducha Białym. Indianie zaś mogą się spodziewać zapanowania rajskiej szczęśliwości i powrotu zmarłych przodków. Znów pełno będzie zwierzyny, rzeki kipieć będą od ryb, nie braknie dyń, orzeszków i kukurydzy. Jedynym warunkiem jest powszechne uczestnictwo w Tańcu  Ducha.

Kult ogarnął wkrótce wszystkie rezerwaty Siuksów: Pine Ridge, Rosebud, Standing Rock, Cheyenne River… Chrześcijańska w duchu doktryna Wavoki zastąpiona została przesłaniem bardziej wojowniczym, powodującym napięcie. Już mowa o konieczności noszenia chroniących od kul wroga “koszul ducha” sugerowała wojnę, gwałtowne stracie, potęgowała psychozę strachu i tak już pogłębionego przez tragiczną sytuację, w jakiej się znaleźli Indianie po kolejnych rozbiorach ich ziemi.
Owa psychoza ogarnęła zresztą obie strony, nakręcając spiralę strachu, tworząc błędne koło. Biali, zarówno osadnicy, jak i wojskowi, obawiali się indiańskiego powstania. Zaczęli więc słać do Waszyngtonu alarmujące depesze, naglące do interwencji. Te dziwne i niezrozumiałe taneczne obrzędy Czerwonoskórych napełniały ich początkowo niepokojem, który wkrótce zamienił się w panikę. Jesienią, na preriach, pojawiły się dodatkowe oddziały wojska.
To z kolei wzmogło trwogę Indian. Świeża była jeszcze wśród nich pamięć śmierci wodza Szalonego Konia – walecznego zwycięzcy spod Little Bighorn (1876), który w rok po bitwie zginął zadźgany bagnetami w forcie Robinson – kiedy oto wieść o kolejnym wydarzeniu obiegła prerie. W rezerwacie Standing Rock, z poduszczenia władz wojskowych planujących unieszkodliwienie największych “podżegaczy” i “mącicieli”, indiańska milicja zamordowała najsłynniejszego wodza Siuksów, Siedzącego Byka.
W takiej atmosferze nietrudno było o iskrę wzniecającą pożar.

Wielka Stopa i jego żona Biały Jastrząb

TUŁACZKA  WIELKIEJ  STOPY

Na liście “podżegaczy” znalazło się kilku indiańskich wodzów, wśród nich Wielka Stopa. Również i on miał być aresztowany, a ludzie, którym przewodził, zamknięci w okolicznym forcie. Wielka Stopa, nie zdając sobie sprawy z tych planów władz amerykańskich, udał się z grupą około 350 Indian w drogę do fortu, po pomoc dla swych głodujących ludzi. Po drodze dołączyło do nich kilkudziesięciu Siuksów uciekających z rezerwatu Standing Rock. Powiadomili oni Wielką Stopę o śmierci Siedzącego Byka, który zginął dwa dni wcześniej. Mimo jeszcze większych obaw, wódz postanowił kontynuować podróż na wschód. Jednak wkrótce Indianie natknęli się na oddział kawalerii amerykańskiej, który miał za zadanie pojmanie ich i odstawienie na zachód, do leżącego na Czarnych Wzgórzach fortu Mead. Dowodzący oddziałem pułkownik Sumner pozwolił jednak Siuksom rozbić obóz i przenocować w nim, sam oddalając się z  żołnierzami o kilka mil. Wielka Stopa dał mu słowo, iż następnego ranka podąży za wojskiem. Na Indian padł jednak blady strach i po krótkiej a nerwowej naradzie i głosowaniu, postanowili uciekać na południe, do rezerwatu Pine Ridge. Mogli tam znaleźć opiekę wielkiego wodza Siuksów, Czerwonej Chmury, który odnosił do tej pory największe sukcesy w negocjacjach z Białymi. Wielka Stopa, pod presją towarzyszy, musiał poświęcić swoje słowo honoru i jeszcze tej samej nocy zarządził ucieczkę. Nie zapominajmy, że był to grudzień. Indian czekała więc mordercza 150-milowa tułaczka w mrozie i o głodzie. Na domiar złego, Wielka Stopa nabawił się w dzień Bożego Narodzenia ostrego zapalenia płuc. Mimo tego, leżąc na wozie i plując krwią, prowadził grupę po bezdrożach prerii, którą znał tak dobrze z dawnych szczęśliwych dni, kiedy jako młody myśliwy polował tu na bizony, sarny i antylopy.
W tym samym czasie, na odległych “mesach” Badlands, wśród niesamowitych scenerii “Złych Ziem”, zdesperowani Siuksowie odprawiali swój Taniec Ducha. Nie wiedzieli jeszcze, że jest to ich ostatni taniec.

ŚMIERĆ  W  BADLANDS

Amerykanie zaniepokojeni tymi wszystkimi wydarzeniami i aktywnością Tańca Ducha w rezerwacie Pine Ridge, dokąd uciekli pozostali jeszcze na wolności wyznawcy kultu, wysłali z Nebraski w kierunku Badlands żołnierzy. I tak się właśnie złożyło, iż to właśnie ten odział przejął nad potokiem Wounded Knee grupę Wielkiej Stopy. Stało się to dosłownie w przeddzień dotarcia Indian do celu, czyli do obozu Czerwonej Chmury.
Na nieszczęście była to Siódma Brygada Kawalerii, ta sama, która pod dowództwem Custera, kilkanaście lat wcześniej rozgromiona została pod Little Bighorn. Służyło w niej jeszcze kilku oficerów pamiętających tamtą haniebną porażkę i żądza zemsty na pewno nie była im obca.
Niemniej jednak spotkanie Indian z żołnierzami odbyło się raczej spokojnie. Wielka Stopa nie stawiał żadnych oporów, kiedy amerykański dowódca zażądał bezwarunkowego poddania. Zatknięto białe flagi.

Jednak tym razem żołnierze nie oddalili się od obozowiska, które Indianie rozbili się na noc, a otoczyli je. Na wzgórzu ustawiono nawet baterię lekkich działek Hotchkiss miotających granaty. Mimo tego Indianie do końca nie wierzyli, że skoro się poddali, zostaną zaatakowani. Udali się na odpoczynek. Ciężko chorego wodza Wielką Stopę przeniesiono nawet do wojskowego ambulansu, gdzie udzielono mu pomocy. Jego ludziom rozdzielono też koce i żywność.
Złowróżebny mógł być jednak rozkaz, jaki od pułkownika Forsytha otrzymali żołnierze: “Rozbroić wszystkich Indian. Przedsięwziąć wszelkie środki uniemożliwiające im ucieczkę. Jeśli wybiorą walkę, zlikwidować ich”.
Następny ranek powitał jednak wszystkich słoneczną pogodą, mimo że był to środek zimy, a dokładnie 29 grudnia 1890 r. Indiańskie dzieci, po raz pierwszy od wielu dni, zaczęły się nawet bawić. Wokół namiotu Wielkiej Stopy zgromadzili się mężczyźni, tworząc krąg. Pułkownik Forsyth zapewnił ich, że żołnierze są przyjaciółmi Indian, że zostaną zwiększone ich racje, i że mogą się czuć bezpiecznie. Wielka Stopa zaś, przekonany wcześniej przez misjonarzy i oficerów, zdając sobie sprawę z beznadziejności wszelkiego oporu, polecił swoim ludziom złożyć broń.
Nie spotkało się to z entuzjazmem. Przymus ten odebrano jako jeszcze jedną wielką zniewagę. Indianin bez broni nie był mężczyzną. Złożono więc ledwie parę zdezelowanych strzelb. W takiej sytuacji Forsyth zarządził przeszukanie indiańskich tepee, skąd wyciągnięto wszystko, czym można było walczyć – noże, siekiery, szable, strzelby, rewolwery – i ułożono z tego spory kopczyk. Żołnierze wiedzieli jednak, że Indianie  posiadają jeszcze parę nowoczesnych, szybkostrzelnych Winchesterów. Zabrali się więc za rewizję osobistą, nakazując Indianom rozewrzeć poły koców, w jakie byli oni obleczeni.

Niezadowolenie i niepokój Indian wzrastały. W międzyczasie szaman plemienny Żółty Ptak rozpoczął swój taniec, rzucając w górę garści piasku i nucąc pieśń: “Nie obawiajcie się! Niech wasze serca będą mocne na spotkanie tego, co was czeka! Żołnierzy jest wielu i mają oni wiele kul. Ale preria jest wielka i kule was nie dosięgną, a polecą nad wielką prerią”.
Nikt ze starszych mężczyzn nie miał broni. Dwóch młodych wojowników oddało karabiny. Żołnierze podeszli do trzeciego zwanego Czarnym Kojotem, słusznie podejrzewając, że ukrywa on w zanadrzu broń. Ten wydobył nagle spod koca swój nowy Winchester i zaczął krzyczeć, że nie odda strzelby, która kosztowała go majątek. Między nim a żołnierzami doszło do szarpaniny i broń przypadkowo wypaliła.
W tym momencie rozpętało się piekło.
Żołnierze zaczęli strzelać do Indian niemalże na oślep. Kilku wojowników miało jeszcze strzelby, lecz po chwili obrony leżeli już martwi na ziemi. Na nic zdały się “kuloodporne” “koszule ducha”. Wielką Stopę zastrzelono, kiedy próbował się podnieść. Zastygł  jakby w geście powstrzymania wszystkich.
Na obozowisko, gdzie znajdowały się właściwie same kobiety i dzieci, z działek posypał się grad wybuchających pocisków, rozrywających wszystko na strzępy. W niedługim czasie padło ponad 100 Indian, jak również kilkudziesięciu żołnierzy, wielu uśmierconych kulami swych towarzyszy. Bezsensowna i nieusprawiedliwiona rzeź trwała jednak jeszcze długo. Strzelano do bezbronnych, uciekających ludzi, głównie kobiet i dzieci. Szczególnie mordercza okazała się pułapka w postaci wąskiego jaru, w którym próbowała się schronić część nieszczęśników. Tych, których nie zmasakrowały tam granaty, dobili wkrótce niebiescy żołnierze.
Kiedy strzały wreszcie umilkły, zebrano z pola 40 rannych i 25 zabitych żołnierzy, oraz 50 rannych Indian. Zaraz potem rozpętała się śnieżna zamieć. Trupy Indian – a było ich około 200 – zostawiono na miejscu masakry.

Ciało Wielkiej Stopy pozostawione na miejscu masakry pod Wounded Knee

*

EPILOG

Zwłoki leżały na polu przez trzy dni. W Nowy Rok wysłano pod Wounded Knee grabarzy i parę wozów. Wykopano wielki rów, do którego wrzucono zamarznięte na kość ciała. Odbyło się to bez żadnego uszanowania dla zmarłych, bez jakichkolwiek obrządków.
Zachowały się fotografie z tamtego dnia, na których utrwalono groteskowe pozy, w jakich zastygły ciała. Szczególnie upiorne wrażenie robią zwłoki Wielkiej Stopy.
Pod zwałami koców znaleziono 3-miesięczną dziewczynkę, która przetrwała zamieć i mróz. Ciągle przyssana była do piersi nieżyjącej już od paru dni matki.
Władze federalne mord pod Wounded Knee nie nazywają masakrą a bitwą. Kongres amerykański przyznał 18 żołnierzom biorącym udział w tamtej akcji najwyższe ówczesne odznaczenie wojskowe, Medal Honoru.

Prawie wszystkie publikacje mówiące  o przyczynach tragedii, wskazują, często nieświadomie, na Taniec Ducha, który jakoby wszystko zapoczątkował, prowadząc w konsekwencji do Wounded Knee. Co ciekawe, czynią tak nawet autorzy, którzy sympatyzują z Indianami, uznając ich racje moralne i prawne. Otóż mylą oni wszyscy skutek z przyczyną. Kult był bowiem skutkiem opresji Białych wobec Indian i trudno jego wyznawców obwiniać za to, co się stało pod Wounded Knee w grudniu 1890 roku. Decydującym powodem było łamanie traktatów i niekonsekwentna polityka rządu amerykańskiego, której rezultatem były czystki etniczne na podbitych terenach.
15 stycznia poddali się ostatni Indianie praktykujący Taniec Ducha, którzy schronili się na pustkowiach Badlands. Było ich około 4 tysiące. Wśród innych plemion – również na terenie Terytorium Indiańskiego (dzisiejsza Oklahoma), gdzie Taniec Ducha był celebrowany szczególnie mocno – kult wygasł w ciągu paru miesięcy w obliczu braku spełniania się proroctw Wavoki, który zapowiadał koniec świata indiańskiej udręki na wiosnę 1891 roku.
Sam Wavoka żył jeszcze długo po całym wydarzeniu. Kiedy dotarła do niego żałosna wiadomość o Wouded Knee, narzucił na głowę koc i rozpaczał czas jakiś. Wreszcie powstał i ogłosił: “Moje dzieci, dzisiaj wzywam was, abyście obrali nowy szlak, jedyny szlak, jaki jest dzisiaj otwarty – szlak białego człowieka”.

KONIEC

*

*

*

*

Na zdjęciach: ofiary masakry pod Wounded Knee leżały na mrozie kilka dni, zanim wrzucono je do zbiorowej mogiły (zdjęcia dokumentalne)

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

*