KALIFORNIA

krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce

.

Most Golden Gate w San Francisco

Most Golden Gate w San Francisco

Czy wie ktoś skąd się wzięła nazwa Kalifornia? Otóż w 1510 roku pewien hiszpański literat spłodził książkę, w której dał opis niezwykłej wyspy, leżącej na prawo od Indii, blisko Ziemskiego Raju. Mieszkają na niej czarne kobiety, bez mężczyzn – na podobieństwo Amazonek. Kobiety mocnej budowy, niezwykłej odwagi i wielkiej siły. Ich wyspa ze stromymi urwiskami i skalistym wybrzeżem jest najsilniejszym królestwem na Ziemi. Ich ramiona są całe ze złota, i cała ze złota jest także uprząż dzikich bestii, które te kobiety ujarzmiają i ujeżdżają. Gdyż na całej wyspie nie ma innego metalu, jak złoto. Wyspa ta zwie się California, a włada nią królowa Calafia.
W 25 lat po ukazaniu sie tych fantastycznych rojeń – które zresztą przez wielu ówczesnych żeglarzy traktowane były zupełnie serio – Hernando Cortés, słynny hiszpański konkwistador, który wcześniej podbił Meksyk, płynąc na północ, wzdłuż zachodnich wybrzeży Ameryki, natknął się na półwysep (zwany dzisiaj Baja California), który uznał za ową bajeczną wyspę. Nazwał więc te nowo odkryte przez siebie ziemie Kalifornią.

i

Jednakże sława właściwego odkrywcy Kalifornii, czyli obszarów, które uznawane są dziś za terytorium stanu Kalifornia, przypada oficjalnie w udziale Portugalczykowi Juanowi Rodrigezowi Cabrillo, który zawinął do portu zwanego dziś San Diego, we wrześniu 1542 roku. W 1602 roku zjawił się w tamtych rejonach Sebastian Vizcaino, któremu zawdzięczamy wiele z obowiązujących do dzisiaj nazw, jak np. San Diego. Wcześniej jednak, bo w 1579 roku, do wybrzeży kalifornijskich dotarł ze swoją potężną flotyllą, najsłynniejszy żeglarz epoki elżbietańskiej, Sir Francis Drake, który po opłynięciu Ameryki Południowej wylądował niedaleko miejsca, gdzie zbudowano później San Francisco. Oczywiście Drake ogłosił cały ten obszar własnością królowej Elżbiety I, która finansowała jego ekspedycję.
Mimo tych wszystkich odkryć, eksploracji i deklaracji, Kalifornia przez następne dwa stulecia pozostawała w rękach tubylczych plemion. A trzeba podkreślić, że w tamtym czasie zamieszkiwało te ziemie blisko pół miliona Indian. Tak na dobre, hiszpańska okupacja zaczęła się jednak dopiero w 1769 roku, wraz z ekspedycją Gaspara de Portola. Król hiszpański zaniepokoił się bowiem ekspansyjnymi poczynaniami Anglików, a jeszcze bardziej Rosjan i postanowił uprzedzić ich w kolonizacji Kalifornii.
Hiszpanie mieli już do perfekcji opanowany sposób zawłaszczania nowych terytoriów, szybko więc mieczem wprowadzano nowy porządek. Kiedy ziemie były już podbite, misjonarze zaczynali przedstawiać pogańskim Indianom dobrodziejstwa Chrześcijaństwa. Ta strategia doskonale sprawdziła się w Meksyku. Na ziemiach, gdzie natrafiano na zazwyczaj pokojowo nastawionych Indian, nawracającym tubylców misjonarzom towarzyszyła niewielka grupa żołnierzy. Następnym krokiem miało być właśnie zajęcie Kalifornii a zadanie jej skolonizowania spoczęło na Gasparze de Portola. W skład jego ekspedycji wchodził także Franciszkanin, ojciec Junipero Serra, któremu jego późniejsza działalność misyjna przydała miano Apostoła Kalifornii. Dokonał on bowiem rzeczy ważnej: w latach 1769 – 1776 założył 6 misji – począwszy od San Diego, a na San Francisco skończywszy. Liczbę misji stale powiększano i w roku 1823 było ich już 21 – każda w odległości jednego dnia drogi od sąsiedniej. To właśnie wokół tych misji rozwijały się samowystarczalne osady, a niektóre z nich przekształciły się z czasem w olbrzymie metropolie.

Meksyk uzyskał niepodległość w 1821 roku i tym samym Kalifornia przestała być poddana koronie hiszpańskiej. Misjonarze powrócili do Europy, a na ich posiadłościach powstawały rancza, którymi rząd meksykański obdarowywał swoich bohaterów. W tym samym czasie, na zachodnie wybrzeże przybywało coraz więcej amerykańskich osadników (podróż pionierskimi wozami, ze środkowych stanów, trwała około dwóch miesięcy) i Stany Zjednoczone coraz bardziej stawały się zainteresowane Kalifornią – tą ziemią mlekiem i miodem płynącą.
Amerykanie próbowali wykupić Kalifornię od Meksyku za pół miliona dolarów (negocjował to, będący już wówczas prezydentem, Andrew Jackson, znany choćby z podboju Florydy i wojen z Seminolami). Próby te okazały się nieskuteczne. Rosnące napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem doprowadziło w końcu do wybuchu wojny między tymi państwami w 1846 roku. Walki toczyły się głównie na obszarze Nowego Meksyku, choć i w Kalifornii doszło do kilku potyczek. Po dwóch latach działań wojennych, szala zwycięstwa wyraźnie przechyliła się na stronę Amerykanów i w 1848 roku doszło do podpisania traktatu pokojowego, na mocy którego całą Kalifornię włączono do terytorium Stanów Zjednoczonych. Gorące negocjacje toczyły się np. w sprawie San Diego, które to miasto – mało brakowało – znalazłoby się po południowej, czyli meksykańskiej stronie nowej granicy. Dwa lata później, czyli w 1850 roku, Kalifornia oficjalnie stała się 31 stanem Unii.
Jednak wcześniej miało jeszcze miejsce zamieszanie, o którym do dzisiaj pamiętają nie tylko w Kalifornii, ale i na całym świecie: gorączka złota! W 1848 roku natrafiono w Sierra Nevada na złoty kruszec. Rozpoczął się masowy exodus osadników i poszukiwaczy spragnionych złota. Fala ta największe swoje nasilenie miała w 1849 roku (stąd popularna w Kalifornii nazwa „Forty-Niners”). Do złotonośnych pól próbowano przebijać się – kto szybciej! – na skróty, nawet przez Dolinę Śmierci, co zazwyczaj kończyło się tragicznie. Jednakże działki dość szybko zostały wyeksploatowane i już po 15 latach były tylko jałową, kamienistą ziemią, a osady zamieniały się w miasta widma (ghost towns). Jak na ironię, w ostatecznym rozrachunku, najlepiej na całej gorączce złota wyszli nie sami poszukiwacze (choć i wśród nich zdarzały się milionowe fortuny), ale ci, którzy cały ten zgiełk obsługiwali, czyli handlarze wszelkim towarem, dostarczyciele narzędzi i żywności.
Gorączka złota szybko wygasła, jednak nie mogło to powstrzymać Kalifornii przed rozwojem i coraz większym napływem nowych osadników. Kiedy w 1869 roku zakończono budowę transkontynentalnej linii kolejowej – która wielomiesięczną tułaczkę w osadniczym wozie skracała do kilku dni w komfortowych, jak na owe czasy, warunkach (za cenę 1 dolara można było w pięć dni przejechać do Kalifornii z Nowego Jorku) – wiadomo, że lata prawdziwego rozkwitu ma Kalifornia jeszcze przed sobą.

ii

Prawie 140 lat temu, pewien młody wydawca nazwiskiem Horacy Greeley, rzucił wyzwanie jakże młodemu wówczas narodowi amerykańskiemu: GO WEST YOUNG MAN! Podjęło je wówczas tysiące ludzi, którzy ze wschodnich stanów parli na zachód – czy to szlakiem Santa Fe na południu, czy też szlakiem oregońskim na północy – przez Góry Skaliste, gęsto zalesione rzeczne doliny, rozległe prerie, czy wreszcie przez spalone słońcem pustynie – aż do wybrzeży Pacyfiku. Głównym celem była Kalifornia – ziemia wielkich oczekiwań, na której miały się spełnić wszystkie marzenia o bogactwie (w czasie gorączki złota), czy też spokojnym a pełnym dostatku życiu farmera.
Co ciekawe, ten mit Kalifornii jako ziemskiego raju przetrwał do dzisiaj i jest udziałem nie tylko Ameryki, ale i niemalże całego świata. A jeszcze ciekawsze jest to, że mitu tego nie są w stanie obalić same fakty znane wszem i wobec: o kalifornijskim przeludnieniu i przeraźliwym tłoku na autostradach, o klęskach żywiołowych: pożarach, trzęsieniach ziemi, suszach; o murzyńskich gangach, niepokojach w kolorowych gettach, zamieszkach; o wiecznym smogu nad Los Angeles, czy wreszcie opinia (moralistów), że Miasto Aniołów stało się dzisiaj skazanym na zagładę, zdeprawowanym obyczajowo, Babilonem.

pod sekwojami

pod sekwojami

Na szczęście jednak, opowieści o tej słonecznej stronie Kalifornii, czyli o jej jasnych stronach i uroczych zakątkach, nie są zbytnio przesadzone i czynią z tego amerykańskiego stanu jedno z najciekawszych, najbardziej atrakcyjnych miejsc świata. Złowrogie kiedyś, jałowe pustynie, zamienione zostały w żyzne zielone ogrody, z których owoców korzysta cała Ameryka. Odizolowane, kamienne plaże stały się miejscem rekreacji dla milionów wakacjuszy. Mała hiszpańska misja el Pueblo de Los Angeles, założona w drugiej połowie XVIII wieku, stała się w ciągu ostatnich stu kilkudziesięciu lat, jednym z największych miast świata (w obrębie samego miasta Los Angeles żyje ponad 3,5 mln. mieszkańców, natomiast w całym powiecie Los Angeles – około 9 mln. ludzi.).
Kiedy więc mowa o Kalifornii, nie sposób nie wspomnieć o Los Angeles; z kolei, kiedy mowa o Los Angeles, nie sposób nie wspomnieć o Hollywood – stolicy potężnego przemysłu filmowego i nagraniowego, która na całym świecie stała się znana jako synonim zbytku, blichtru, blasku gwiazd… gdzie obowiązuje high-life królów życia i wybrańcy losu spijają nektar swoich ziemskich rozkoszy.

Cała Kalifornia, podobnie jak cała Ameryka, jest ziemią kontrastów – i to kontrastów zarówno socjalnych, jak i kulturowych, przyrodniczych, czy geograficznych. Obok wystawnych rezydencji – pałaców, z których każdy wart jest dziesiątki milionów dolarów – rozsianych w Beverly Hills, Bel Air, czy też wzdłuż zachodniego wybrzeża (Malibu, Santa Barbara, Santa Cruz) – natrafić można na slumsy biedoty, choćby na południowych wybrzeżach Los Angeles, czy czarnych miastach, jak np. Oakland (nota bene kolebka Czarnych Panter).
Kalifornijska góra Mount Whitney (wysoka na 4,400 m. nad poziomem morza) jest najwyższym punktem na terenie kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, zaś nieopodal niej – bo zaledwie w odległości 60 mil – znajduje się najniżej położony punkt na całej Półkuli Zachodniej (Bad Water w Dolinie Śmierci – 86 m. poniżej poziomu morza).

Kalifornia ma swoją historię, która odcisnęła ślady na całym terytorium Złotego Stanu: to liczące kilkanaście tysięcy lat dzieje pobytu na tej ziemi pierwotnych mieszkańców Ameryki, czyli plemion myśliwskich i zbierackich, które w epoce lodowcowej przebyły Cieśninę Beringa i rozprzestrzeniły się po całym kontynencie Ameryki Północnej; i wreszcie 450-letnia historia budowania przez europejskich kolonistów amerykańskiej cywilizacji Zachodu.
Pierwsi przybyli tu Hiszpanie w połowie XVI wieku – a więc już kilkadziesiąt lat po wyprawie Kolumba – i kontrolowali ten obszar przez najbliższe dwa i pół stulecia. Nic więc dziwnego, że ślady kultury hiszpańskiej spotykamy – szczególnie w południowej Kalifornii – na każdym kroku.

Oczywiście, Kalifornia jest także miejscem tłumnie odwiedzanym przez turystów. Dla lepszego wyobrażenia sobie tego fenomenu można podać, że np. tylko w samym Los Angeles turystykę obsługuje ponad 100 tysięcy ludzi, co przynosi miastu ok. 5,5 miliarda dolarów rocznego dochodu. (Dla porównania: w przemyśle filmowym, z którego tak zasłynęło na całym świecie Los Angeles, zatrudnionych jest ok. 60 tys. osób, które wypracowują dochód ok. 4 miliardów dolarów.
Kalifornia rzeczywiście oferuje przybyszom sporo atrakcji. Wśród nich są nie tylko takie miasta, jak np. San Diego, Los Angeles, San Francisco, Santa Barbara, Palm Springs, Sacramento, ale i uderzająco piękne, robiące wielkie wrażenie parki narodowe: Yosemite, Redwood, Sequoia & Kings Canyon czy nawet sama Dolina Śmierci. Zupełnie innych przeżyć może więc nam dostarczyć to, co stworzył – i to nie tylko dla rozrywki – człowiek: Disneyland, Studia Filmowe Universal, górskie lub nabrzeżne kurorty wypoczynkowe, słynny most Golden Gate, więzienie Alcatraz, pamiętające gorączkę złota miasta widma, malownicze San Francisco, rozległe Los Angeles… Z kolei innych zupełnie wrażeń dostarczają cuda przyrody: wodospady i polodowcowe doliny Yosemite, potężne sekwoje i lasy redwoods, pustynia Mojave czy wspomniana już Dolina Śmierci.

Z Kalifornią, w powszechnej opinii, wiąże się jeszcze jedna sprawa – trzęsienie ziemi. Nie tylko nawiedzeni katastrofiści mówią o tzw. Big One, czyli potężnym trzęsieniu ziemi, które w każdym momencie może sprawić, że w ciągu kilku minut stan ten zsunie się do Pacyfiku. Sami Kalifornijczycy próbują nawet z tego żartować, mówiąc np., że ci bardziej zapobiegliwi inwestują już w nadmorskie posiadłości plażowe w… stanie Nevada.

Co jest powodem tego, że mieszkańcy Kalifornii czują się tak, jakby siedzieli na beczce prochu? (Wstrząsy zdarzają się tutaj każdego dnia, tyle że nie są silne i nie wyrządzają dużych szkód.) Co jest przyczyną tak wielkiej aktywności sejsmicznej w tym rejonie?
Otóż teren ten jest w skali geologicznej tworem bardzo młodym, bo liczącym około 15 – 20 mln. lat, który ciągle się kształtuje. Leży on na styku dwóch potężnych płyt kontynentalnych – płyty pacyficznej i płyty północno-amerykańskiej, które cały czas się ze sobą ścierają. Właśnie te tarcia powodują, że ziemia od czasu do czasu drży. Ciekawostką jest to, że San Francisco i Los Angeles leżą na przeciwległych do siebie płytach, co powoduje, że jedna z nich prze na północ, zaś druga na południe, więc oba te miasta zbliżają się każdego roku do siebie o około 5 cm.
Ostatnie potężne trzęsienia ziemi miały miejsce w 1855 i 1857 roku. W późniejszych latach zdarzały się oczywiście silne wstrząsy sejsmiczne, które pochłaniały setki ofiar i wyrządzały olbrzymie szkody materialne (lata: 1906, 1933, 1971…) jednakże nie tak silne, jak te w połowie ubiegłego stulecia i nie powodujące klęski żywiołowej. Obliczono, że te najsilniejsze zdarzają się średnio co 160 lat, a więc następnego możemy się spodziewać gdzieś na początku przyszłego wieku.
Naturalnie, ze względu na dzisiejszą gęstość zaludnienia, byłby to największy kataklizm w historii Stanów Zjednoczonych. Czyni się do tego pewne przygotowania, choć przecież nie ma takiej ludzkiej siły, która mogłaby się przeciwstawić tym potężnym żywiołom i zapobiec klęsce.

Na razie jednak w Kalifornii świeci słońce, w południowej Kalifornii ponoć nigdy nie pada deszcz, piasek na plażach Pacyfiku jest gorący, Los Angeles i San Francisco zapraszają; w kalifornijskich górach czekają na wszystkich wodospady, lasy, rzeki i jeziora… W Kalifornii więc, zanim zdarzy się ten fatalny Big One, można jeszcze przeżyć niejedną przygodę.

greydot

Los Angeles Union Station

Los Angeles Union Station

 .

NOTA: Powyższy artykuł jest jednym z tekstów cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce”, popularyzującego wiedzę o Ameryce Północnej i ukazującego się na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych. („Kalifornia – Złoty Stan”: tygodnik „Relax”, 20 lipca, 1996 r.)

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

SUMIENIE ZACHODU

czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami raz jeszcze

Dyskusja pod wpisem „Bitwa nad Little Bighorn” przypomniała mi tekst jaki swego czasu napisałem, dotyczący stosunków Indian Ameryki Północnej z europejskimi kolonizatorami. Przytoczyłem go w poprzednim wpisie TUTAJ. Teraz chciałbym zamieścić jego drugą część, komplementarną wobec tamtego, zawierającą wypowiedzi samych Indian, wykaz przyczyn tamtego stanu rzeczy, jak również refleksje oraz wnioski, jakie wynikają ze sposobu, w jaki Europejczycy traktowali podrzędnych w ich mniemaniu ludzi na kolonizowanym przez siebie kontynencie. (Artykuł opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim”, 20 grudnia, 1996 r.)

 

Indianin

*

Indianie byli ludźmi myślącymi i czującymi – wbrew intencjom w postrzeganiu ich przez białych jako „dzikusów”. Tragiczny los w Ameryce uczynił z nich naród cierpiący. Chciałbym założyć, że mimo niewiarygodnego zniekształcenia obrazu Indian przez kulturę masową i media popularne, wiemy jak naprawdę wyglądały dzieje stosunków białych z tubylcami. Jeżeli się mylę, to wypada mi tylko tych, których ów problem zainteresuje, odesłać do książki Dee Browna „Bury My Heart at Wounded Knee, będącej pasjonująco napisaną historią Indian Ameryki Północnej. Z niej to właśnie pochodzą zacytowane poniżej autentyczne wypowiedzi rdzennych Amerykanów (tłumaczenie własne).

JESTEM GŁOSEM MOICH LUDZI…

„Gdzie są dzisiaj Indianie Pequot? Gdzie są Narragansett, Mohikanie, Pokanoket i wiele innych wielkich plemion naszego narodu? Zniknęły wskutek zachłanności, skąpstwa i opresji białego człowieka; zniknęły tak, jak znika śnieg od letniego słońca.
Czy możemy pozwolić, by zniszczono nas bez walki; opuścić nasze domy, nasz kraj dany nam przez Wielkiego Ducha? Porzucić groby naszych zmarłych i wszystko, co jest nam drogie i święte? Będziemy krzyczeć: nigdy! nigdy!”

Tecumseh z plemienia Shawnee

„Nie chcieliśmy wyrządzić białemu człowiekowi krzywdy, nigdy nie mieliśmy takiego zamiaru… Chcieliśmy być przyjaciółmi białego człowieka… Bizonów ubywa coraz szybciej. Antylop, których kilka lat temu było wiele, teraz jest bardzo mało. Kiedy te zwierzęta wyginą, będziemy głodni i przyjdziemy do fortu. Wasi młodzi ludzie nie powinni do nas strzelać, a jednak, kiedy nas widzą, strzelają, a my strzelamy do nich.”

Tankahaska

„Jestem tylko jednym człowiekiem, ale jestem głosem wielu moich ludzi. Mówię to, co jest w ich sercach. Nie chcę więcej wojny. Chcę być człowiekiem. Odmówiliście nam praw, jakie mają biali ludzie. Moja skóra jest czerwona, moje serce jest takie samo jak serce białego człowieka, ale jestem Modokiem. Nie boję się umrzeć. Nie dam się rzucić na skały. Kiedy będę umierał, moi wrogowie będą pode mną. Wasi ludzie napadli nas, kiedy spaliśmy nad Zagubioną Rzeką. Przypędziliście nas do tych skał jak zranione sarny…”

Kintpush z plemienia Modok

„Słyszałem, że chcecie nas umieścić w rezerwacie blisko gór. Nie chcę się tam osiedlać. Kocham wędrówkę po prerii. Tutaj czuję się wolny i szczęśliwy. Kiedy się osiedlamy, robimy się bladzi i umieramy. Położyłem obok siebie lancę, łuk i tarczę, a mimo to czuję się bezpieczny w waszej obecności. Powiedziałem wam prawdę. Niczego nie ukrywam, ale nie wiem, jak jest naprawdę z komisarzami. Czy są tak samo otwarci, jak ja? Dawno temu ta ziemia należała do naszych ojców, ale kiedy podchodzę do rzeki, widzę żołnierskie obozy na jej brzegach. Żołnierze ścinają nasze drzewa, zabijają nasze bizony i kiedy to widzę, serce mi pęka. Jest mi przykro… Czy biały człowiek stał się dzieckiem, by bezmyślnie zabijać i nie jeść? Kiedy czerwoni ludzie polują na zwierzynę, robią to tylko po to, by nie głodować.”

Satanta, wódz plemienia Kiowa

Red Cloud Czerwona Chmura

Red Cloud

„Biali opowiadają tylko jedną stronę. Opowiadają to, co ich zadowala, co jest im bardziej wygodne. Opowiadają, a większość z tego nie jest prawdą. Tylko najlepsze swoje uczynki, tylko najgorsze uczynki Indian – to mówi biały człowiek.”

Żółty Wilk z plemienia Nez Perces

„Kiedy ludzie chcą zabić bydło, gnają go dotąd, aż zapędzą do zagrody i wtedy je zarzynają. Tak było z nami… Moje dzieci zostały wytępione, moi bracia zabici…”

Stojący Niedźwiedź z plemienia Ponca

„Powiedziałem oficerowi, że to jest bardzo zły interes – że to bardzo złe, by komisarz wydał taki rozkaz. Mówiłem, że to bardzo źle, że nie powinniśmy walczyć, ponieważ jesteśmy braćmi, ale oficer powiedział, że to bez różnicy; że Amerykanie będą walczyć nawet gdyby narodzili się z jednej matki.”

Nicoagat z plemienia Ute

„Nie było dla nas nadziei na ziemi i wydawało się, że Bóg o nas zapomniał. Niektórzy mówili, że widzieli Syna Bożego, inni go nie widzieli. Jeśli by przyszedł, uczyniłby wielkie rzeczy, tak jak to robił przedtem. Wątpiliśmy w to, ponieważ nie widzieliśmy ani Jego, ani Jego uczynków. Ludzie nic nie wiedzieli, o nic już nie dbali, ale garnęli się do nadziei. Krzyczeli do Niego, jak szaleni – o Łaskę. Chwycili się obietnicy, którą, jak im powiedziano, On poczynił.”

Czerwona Chmura, wódz plemienia Oglala (Lakota)

„Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wiele się skończyło. Kiedy patrzę teraz w przeszłość z tego wysokiego wzgórza mojej starości, ciągle widzę zmasakrowane kobiety i dzieci, leżące jedne na drugich, albo rozrzucone nad krętym wąwozem. Widzę tak jasno, jak widziały to moje młode oczy. I widzę, że coś jeszcze umarło wtedy, w krwawym błocie i zostało pogrzebane przez śnieżną zamieć. Umarło tam ludzkie marzenie. A było to piękne marzenie… Pień narodu został złamany i porozrzucany. Nie ma już rdzenia, a święte drzewo jest martwe.”

Czarny Jeleń (o masakrze pod Wounded Knee)

BIAŁA RASA PANÓW (O KRÓTKIEJ PAMIĘCI)

Chciałbym teraz powrócić do wydanej niedawno, 5-cio tomowej pracy zbiorowej naukowców uniwersytetów polskich i amerykańskich, a mianowicie do „Historii Stanów Zjednoczonych”, z której zaczerpnąłem większość informacji pisząc poprzedni tekst („Cywilizowani i ‚dzicy'”).
Rozdział o Indianach i Europejczykach w brytyjskiej Ameryce Północnej. Część ta poprzedzona jest rozdziałem o systemie niewolniczych brytyjskich kolonii, napisanym przez Irminę Wawrzyczek. Połączenie to nie jest oczywiście przypadkowe. Bowiem zarówno losy Indian, jak i Murzynów, miały w tamtym czasie pewne analogie, a główna wynikała z poczucia przez Europejczyków kulturowo-cywilizacyjnej wyższości, które to (samozwańcze) wywyższenie determinowało i usprawiedliwiało w oczach białych ich hegemonistyczną politykę wobec czarno- i czerwono-skórych ludzi, co oznaczało także wyzysk ekonomiczny tychże (niewolnictwo), jak również zawłaszczanie prawem pięści i kaduka indiańskiej ziemi.
Kiedy czytałem te rozdziały, uświadomiłem sobie po raz kolejny pewną dwoistość, a nawet troistość podejścia reprezentantów współczesnego Zachodu do tamtych faktów, które – jak by się wydawało – miały miejsce w zamierzchłej przeszłości, przez co ów dystans epokowy mógłby ewentualnie usprawiedliwiać dzisiejsze zobojętnienie i umywanie rąk w przeświadczeniu, że to nie nasz problem, nie nasza wina, nie nasze czasy, a nawet nie nasi przodkowie.
A jednak, jeśli tylko popatrzymy na niewolnictwo i eksterminację Indian poprzez pryzmat kryteriów bardziej uniwersalnych – np. z etycznego punktu widzenia człowieka identyfikującego się z cywilizacją chrześcijańską (którą, bądź co bądź, jest cywilizacja zachodnia) i jej dziedzictwem – to nie sposób jest uniknąć pewnych refleksji i wniosków.

NIEUCHRONNOŚĆ, ZADOŚĆUCZYNIENIE I PRZEMILCZANIE

Na czym więc polega troistość podejścia do problemu rdzennych Amerykanów, czyli Indian?

Po pierwsze: uznanie nieuchronności europejskiej ekspansji kulturowo-terytorialnej w czasach kolonialnych, i później, w dobie kształtowania się młodego, niepodległego już państwa amerykańskiego, czyli Stanów Zjednoczonych.

Po drugie: próba zadośćuczynienia niewątpliwej krzywdzie moralnej jakiej doznali wskutek ekspansji białych Indianie, które to zadośćuczynienie objawia się do dzisiaj w różnych formach. Na przykład, poprzez uromantycznianie i idealizowanie kultury indiańskiej (począwszy od pierwszych opisów XVII-wiecznych, poprzez książki J. F. Coopera i Karola Maya, po filmy hollywoodzkie, wśród których sztandarowym przykładem takiego mitologizującego uromantyczniania jest dość świeży jeszcze, celuloidowy fresk pop-kulturowy Kevina Costnera „Tańczący z wilkami”, albo też, nie mniej popularna, disneyowska fantazja animowana „Pocahontas”nota bene oba przypadki są równie dziecinne, acz szlachetne w swoich intencjach.
Pomijam tu gesty i politykę – dawną i dzisiejszą – rządu federalnego wobec rdzennych Amerykanów, gdyż to osobny, a zarazem rozległy, temat. Z podobnych względów, nie rozwijam nawet wątku o czysto komercyjnej eksploatacji indiańskiej legendy w turystyce na terenie całej Ameryki, która to (często wręcz bezczelna) eksploatacja, więcej ma moim zdaniem wspólnego z tandetnym i płytkim kiczem, niźli z autentyczną eksploracją i próbą zachowania ocalałych jeszcze elementów indiańskiej kultury.

I wreszcie po trzecie: ignorowanie, milczenie i obojętność przejawiana nawet w środowiskach badaczy historycznych tamtej epoki.

PRZEDAWNIENIE I SUMIENIE

Czy można mówić o czymś takim jak chrześcijańskie sumienie cywilizacji Zachodu? Jak by nie było, cywilizacja ta uznawana jest za cywilizację chrześcijańską. Ale czy taką jest naprawdę, czy tylko nominalnie? I czy ma sumienie? Jeśli tak, to czy nie jest ono tylko udziałem tych nielicznych – ludzi myślących i czujących, bardziej uwrażliwionych etycznie, świadomych pewnej cywilizacyjnej ciągłości i ewolucji kulturowej Zachodu? Tej garstki „sprawiedliwych”?

Indianka z plemienia Hupa (fot. E.S. Curtis)

Indianka z plemienia Hupa (fot. E.S. Curtis)

A cała reszta? Jest obojętna, albo owe szczątki obecnego w niej chrześcijańskiego sumienia tłumi, skwapliwie unikając wyciągania pewnych wniosków z zachowania się swych braci „chrześcijan” w przeszłości, które to zachowania stały w jaskrawej sprzeczności z tzw. duchem chrześcijaństwa. Dlatego też są wypierane. Wniosków, które skądinąd mogą wydać się banalne (ewolucjoniście, pragmatykowi, cynikowi, realiście…?), iż w rzeczywistym świecie, w sytuacji konfliktowej i konfrontacyjnej, wygrywa ten, kto jest silniejszy, bardziej agresywny, ekspansywny. Wygrywa to, co jest skuteczniejsze (a skuteczność może być pochodną różnorodnych zachowań, wśród których nie brakuje często podstępu, zdrady, fałszu, przebiegłości….). Bezsilna jest wtedy racja, nie liczy się prawo, wyparowuje gdzieś sprawiedliwość, okazując się często wydrwioną mrzonką.
Ten przyrodniczo-ewolucyjno-historiozoficzny amoralizm nie nadaje się więc za bardzo do oficjalnych anonsów, toteż podobnych stwierdzeń explicite raczej się unika. Są one bowiem jakby ustawione pod włos naszego ludzkiego wyczucia kultury i respektu dla niej, burząc przy tym budowany przez nas system etyczny, bez którego jednak trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie jakiegokolwiek społeczeństwa.
Bardzo ciekawym zjawiskiem w tym wszystkim jest fakt, że nawet ci historycy, którzy uznają niesprawiedliwość, a nawet nikczemność praktyki niewolnictwa czy tępienia Indian na kontynencie amerykańskim w czasach kolonialnych i później, podczas ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych, starają się usprawiedliwiać tamtą epokę i jej ludzi, pisząc o specyfice ówczesnej mentalności, przeróżnych uwarunkowaniach społecznych i dziejowych, którym musiano się wtedy podporządkować. Przytaczany jest do znudzenia argument (podobnie jak w przypadku Inkwizycji i wypraw krzyżowych), że nie można dzisiejszych miarek przykładać do tamtej rzeczywistości – inny jest już bowiem sposób myślenia obecnie, a inny był wówczas. Po prostu: inne były czasy.
Lecz można się jednak zapytać naiwnie: dlaczego? Od kiedy zabicie tubylca przestawało być usprawiedliwione dziejowo, a stawało się zbrodnią? Od 1784 roku, a może od 1864? I jeśli ktoś uważał się za chrześcijanina (a lwia część kolonistów i tych, którzy dokonywali podbojów, uważała się za chrześcijan), to czy w ich czasach nauki Chrystusa były inne? Czyżby zmieniły się w międzyczasie zapisy na Mojżeszowych Kamiennych Tablicach? Jakie są więc przesłanki, by usprawiedliwiać nikczemności i zbrodnie, jakich ci ludzie wówczas się dopuszczali? A może nie były to żadne nikczemności i zbrodnie – tylko znak czasu?

RELATYWIZM – DIALEKTYKA I LAWIROWANIE

A propos prób usprawiedliwiania zachowań realiami epoki. Zwróćmy uwagę na to, co pisze Irmina Wawrzyczek: „Stosując język dwudziestowiecznych praw człowieka, kolonialnej kultury anglo-amerykańskiej nie można nazwać inaczej, jak wyzyskiem, tyranią, okrucieństwem, segregacją i dyskryminację. Takie podejście prowadziłoby jednak do zniekształcenia obrazu życia w systemie niewolniczym, widzianego oczami ówczesnych ludzi. Właściwy obraz może natomiast przybliżyć znajomość struktur siedemnasto- i osiemnastowiecznego społeczeństwa hierarchicznego i panujące w tych strukturach relacje międzyludzkie. Otóż ustrój społeczeństwa hierarchicznego nie zakładał równości między ludźmi, ponieważ – według słów bostońskiego kupca Johna Saffina, wypowiedzianych w 1701 roku – Bóg stworzył ‚niektórych maluczkimi i pogardzanymi; niektórych monarchami, królami, książętami, gubernatorami, panami i rozkazodawcami; innych, by byli poddanymi i by im rozkazywano’. Jeszcze innych przeznaczył, ‚by urodzili się niewolnikami i pozostali nimi do końca życia'”.
Dalej Wawrzyczek pisze: „Wprowadzenie Murzynów do tak pojmowanego porządku społecznego nie było więc sprzeczne ze światopoglądem kolonistów. Skuteczność niewolnictwa zadecydowała o jego prymacie wśród systemów pracy. Wiara w hierarchię społeczną, podbudowaną rasizmem, ułatwiła bezkolizyjne wprowadzenie niewolników do systemu kultury. Już jako trwały jej element, niewolnictwo przedłużało siłę i żywotność tradycyjnego porządku społecznego.”

Według mnie, przyjęcie tej optyki może prowadzić do jeszcze jednego – nieuchronnego jak się wydaje – wniosku: nasze oceny moralne są uwarunkowane kulturowo-historycznym momentem, zależą od usytuowania w dziejach.
Tak więc: relatywizm. Dodajmy: relatywizm moralny. Etyka, jako nauka, również podlega zmianom i ewolucji. W takim razie, czy dodatkowo nie wynika stąd jeszcze jeden wniosek o znaczeniu kapitalnym: że nie ma w naszej realności „stosowanej” czegoś takiego, jak wartości absolutne, czyste, bezwzględne?
Nic więc dziwnego, że człowiek chcący zawsze czuć grunt pod nogami, chciał się przed takową dialektyką i relatywizacją bronić, przywodząc w sukurs dogmaty, czy też, bardzo często, wzbraniając sobie i innym swobodnego myślenia, a tym samym wyciągania (oczywistych?) wniosków i wyrażania ich wprost. Nigdy jednak nie było to skuteczne.
Jeśli więc ktoś chce usprawiedliwiać pewne błędy Kościoła (a przecież nawet sam Jan Paweł II zalecił wspaniałomyślnie zrobienie rachunku sumienia kierowanemu przez siebie Kościołowi), uwarunkowaniami historycznymi i osadzeniem w specyfice epoki, to powinien wiedzieć, że poświadcza tym samym moralny relatywizm. A to jakoby miała być główna przewina Jakobinów i odium Wielkiej Rewolucji Francuskiej, od której ponoć datuje się inicjacja piekła nowożytnego relatywizmu.

ZYSK USPRAWIEDLIWIA WSZYSTKO?

Powiedzmy więc sobie otwarcie: pragmatyzm, życiowa praktyka, chęć zysku, chciwość, walka o przetrwanie, powszechny interes społeczny, gwarancja dobrobytu dla uprzywilejowanych, maksymalizacja wyzysku siły roboczej, ekonomia i przemysł – to wszystko w różnych proporcjach, determinowało stosunek białych do Murzynów i Indian, usprawiedliwiając system, (a przynajmniej okazywało się w ostatecznym rozrachunku decydujące).
Ponadto, korzyści płynące z niewolnictwa i eliminowania Indian, skutecznie zagłuszały chrześcijańskie sumienie, zarówno plantatorów z Południa, jak i tych bardziej scentralizowanych mieszkańców Nowej Anglii i innych kolonii Północy. Zresztą, koloniści ci, jak łatwo się domyśleć, potrafili świetnie wyćwiczyć się w ekwilibrystyce interpretacji Pisma Świętego, nawet tam znajdując (podobnie jak w Biblii), usprawiedliwienie dla swojej postawy. Pamiętajmy przy tym, że Północ i Południe były religijnie gorliwe, więc owo chrześcijańskie sumienie było (a raczej powinno być) tam obecne.
Nastąpiła więc szczególna relatywizacje norm kulturowych, co – jak by nie patrzeć – prowadziło do dominacji jednych ludzi kosztem degradacji i dehumanizacji drugich.
Dlaczego nie możemy teraz w ten sposób o tym mówić? Jeśli nie możemy – jak pisze Wawrzyczek – stosować naszego obecnego języka praw człowieka, które uznaliśmy za słuszne (bo posługując się nim nie zrozumiemy tamtych „realiów”), to jakim językiem mamy się posługiwać? Siedemnastowiecznym? Osiemnastowiecznym? Przecież – siłą rzeczy – patrzymy na świat i historię z naszej współczesnej perspektywy, mając taką świadomość a nie inną, respektując takie, a nie inne, normy etyczne… Czy mamy to wszystko zignorować i o wszystkim zapomnieć? Na jakiej więc podstawie możemy oprzeć nasze interpretacje, sądy i oceny, skoro sami tej podstawy się pozbywamy, odrzucając perspektywę punktu, w którym – dzięki rozwojowi i ewolucji naszej cywilizacji – teraz się znaleźliśmy?

CZY MOŻNA BYŁO INACZEJ?

Moim zdaniem można. Zawsze można inaczej, wbrew deterministycznemu poglądowi, że wisi nad nami jakieś niedające się uniknąć fatum. Bez wiary w to, że mamy zdolność dokonywania wyborów i że od naszej woli zależeć może bieg wydarzeń, wszelka nasza działalność staje się podobna do podrygów poruszanych przez deterministyczne sznurki bezwolnych marionetek. Ponadto, gdyby tak było, wszystkie nasze systemy etyczne przestałyby mieć jakikolwiek sens (bo skoro nie dysponujemy wolną wolą, to nie jesteśmy w stanie dokonać wyboru między dobrem a złem, a nasze systemy moralne są bezużyteczne).
Jeśli chodzi o stosunki z Indianami, to przykłady w Pensylwanii i Georgii (głównie za sprawą kwakrów) udowadniają, że możliwa była jednak pokojowa koegzystencja Indian i białych. Wystarczyło szanować ich godność, dotrzymywać umów i taktować ich jak bliźnich, a nie jak zawadzające okazy tubylczej fauny. Można było zgodzić się co do podziału ziemi i żyć w dobrosąsiedzkich stosunkach, nie wyrzynają się nawzajem.
Wierzę w to, że zarówno z Indianami, jak i Murzynami można było postępować inaczej i nie plamić sobie (rzekomo?) chrześcijańskiej duszy. Można było podążyć inną drogą, nie rezygnując przy tym z cywilizacyjnego postępu, a nawet ekspansji, której (najprawdopodobniej) nie można było powstrzymać.
Śmiem twierdzić (jakkolwiek naiwnie by to nie zabrzmiało) że – przy całym respekcie dla praw ekonomii i trzeźwych prawideł społecznego rozwoju – nie można pozwalać, by jakiekolwiek reguły, systemy i ideologie stawały się ważniejsze od samego człowieka, zaczynając dominować nad jego życiem, godnością, sprawiedliwością i wolnością. (A do czego prowadzi postępowanie przeciwne, pokazały nie tak dawno przypadki europejskich totalitaryzmów, które obróciły w ruinę pół Europy i pozbawiły życia milionów ludzi).
Wydaje mi się, że poszanowanie człowieczeństwa – w innych i w nas samych – winno być naszym najważniejszym humanistycznym imperatywem, kształtującym i definiującym ludzką cywilizację. Dopóki tego nie osiągniemy, dopóty staczać się będziemy co jakiś czas w otchłań wojennego zamętu, wyzysku, nędzy, zbrodni, ludobójstwa i szaleństwa zachłannej „pańskiej” chełpliwości w rodzaju „dzisiaj należą do nas Niemcy, a jutro cały świat!”
Przesadzam? Oby…

greydot

obóz indiański

 

Powiązane artykuły: „Cywilizowani i Dzicy, czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami” i „Indiański Holocaust”.

*

CYWILIZOWANI I „DZICY”, czyli o stosunkach Europejczyków z Indianami

Niespodziewana dyskusja pod wpisem „Bitwa nad Little Bighorn” przypomniała mi artykuł jaki opublikowałem swego czasu w prasie polonijnej („Dziennik Chicagowski”, 13 grudnia 1996), dotyczący stosunków Indian Ameryki Północnej z europejskimi kolonizatorami. Odżył temat, który nigdy nie był mi obojętny. Przy okazji mogłem skonstatować, że nadal – mimo humanitarnego dorobku ostatnich dekad – żywe są wśród nas resentymenty, które powielają rasizm i szowinizm, jakie przez wieki obecne były w obrębie nowożytnej cywilizacji Zachodu.

*

indianin w pióropuszuCzytam właśnie „Historię Stanów Zjednoczonych” pod redakcją naukową Andrzeja Bartnickiego z Uniwersytetu Warszawskiego i Donalda T. Critchlowa z Uniwersytetu Saint Louis. Rozdział o Indianach i Europejczykach w brytyjskiej Ameryce Północnej autorstwa Michała J. Rozbickiego. Myślę, że warto podzielić się z Czytelnikami kilkoma faktami, które tam znalazłem, jak również refleksjami, jakie ta lektura we mnie wzbudziła.

*

1. AMERYKA BEZ INDIAN?

W opracowaniach naukowych zajmujących się historią brytyjskich kolonii w Ameryce, jeszcze 20 lat lat temu niemal całkowicie pomijano Indian. Zaledwie jedna praca na sto publikowanych, zajmowała się rodowitymi Amerykanami, jakimi przecież są Indianie. Poza tym, zazwyczaj pisano o wojnach, a więc tubylcy postrzegani byli tylko jako zawada na drodze rozwoju cywilizacji białych.
Zaś, jeśli już była o Indianach mowa, to opisywani byli oni przeraźliwie stereotypowo, bez uwzględnienia bogactwa i różnorodności ich kultur. Dopiero od niedawna historycy zaczęli zadawać jakże proste, ale zarazem jakże uderzające pytanie: Jak wyglądałaby historia brytyjskich kolonii w Ameryce bez Indian?
Nie sposób tego nie zauważyć, że ignorowanie Indian wynikało głównie z europocentrycznego nastawienia badaczy. Ów europocentryzm jest zakorzeniony bardzo głęboko i od stuleci wyznaczał stosunek, jaki mieli pierwsi odsadnicy do tubylców. Przede wszystkim, przekonani oni byli o bezwzględnej wyższości cywilizacji europejskiej nad jakąkolwiek inną. Swój świat „cywilizowany” przeciwstawiali niecywilizowanemu (ta dychotomia istniała już od czasów starożytnych), czyli „dzikiemu”, „barbarzyńskiemu”.
Rozbudowana została specjalna „idea dzikości” w Ameryce, która wyznaczała, regulowała i motywowała stosunek kolonistów do Indian. W wersji najbardziej prymitywnej oczerniała ich, przedstawiając jako ludożerców, „istoty o twarzach psów, ciałach bez głów, czy stopach z piętami do przodu”… etc. Wersja bardziej zracjonalizowana również sugerowała, że Indianie żyli w stanie podobnym zwierzętom, jako że nie nosili ubrań, nie zakładali miast (co było nieprawdą), no i oczywiście nie znali religii chrześcijańskiej. Nawet Deklaracja Niepodległości – do dzisiaj stawiana za wzór praw jednostki i obywatela – mówi o „bezlitosnych indiańskich dzikich”, wyłączając ich w ten sposób z korzystania z praw dla białych.

2. ZMIENNI BIALI

W XVIII wieku – zwłaszcza wśród ludzi wykształconych, bardziej uwrażliwionych humanistycznie, posiadających szersze horyzonty myślenia i zainteresowania – wyrażano się także przychylnie o Indianach, widząc w nich symbol oświeceniowej wiary w naturalne dobro człowieka i przyrody, często niestety kreując przy tym jeszcze jeden mit (idea tzw. noble savageJean-Jacques Rousseau), równie odległy od rzeczywistości, co mity indiańską rasę szkalujące. Jednakże zwracało to uwagę na tę ludzką stronę „innego”, doszukując się w nim cech pozytywnych. Poglądy szanujące Indian były jednak wyjątkiem. Te, niekiedy wzniosłe i ogólnie tolerancyjne postawy były w jaskrawej sprzeczności z postawą przeciętnego kolonisty, którego stosunek do Indian kształtowany był przez konkretną rzeczywistość i praktyczną walkę interesów. Nie był więc zbyt wysublimowany i zmieniał się często, w zależności od warunków.
Na początku kolonizacji, kiedy biali potrzebowali od tubylców żywności (bez tej pomocy by nie przeżyli) i później, kiedy z nimi handlowano (głównie skórami i futrem), Indianie byli w ich oczach sprzymierzeńcami. Ten okres był jednak bardzo krótki i trwał zaledwie kilkadziesiąt lat, na początku XVII wieku. Później, kiedy zaostrzyły się konflikty (chodziło przede wszystkim o zagarnianie przez coraz bardziej licznych białych ziemi), Indianin stawał się przeszkodą, wrogiem.

3. KRADZIEŻ

Zdarzały się w (nota bene purytańskiej) Nowej Anglii przypadki zabierania Indianom zapasów żywności (w zimie), okradania grobów Indiańskich. Łapano Indian i sprzedawano jako niewolników. Stosowano siłę, by zdobyć dobra należące do Indian. Nie uwzględniono praw tubylców do własności. Nie było mowy o stosowaniu równego prawa dla Indian i dla białych. Liczono przy tym, że uda się tubylców nie tylko podporządkować, ale i zmusić do pracy dla kolonistów. Indianie mieli jednak inna naturę – mniej uległą niż Murzyni – a jako tacy nie nadawali się na niewolników.

4. SERIA TRAGICZNYCH EPIZODÓW

Wirginia.
W 1622 roku Indianie, w odwecie za zabjstwo wodza indiańskiego Powhatana, napadli na Jamestown, zabijając trzecią część mieszkańców, czyli 350 osób. Wybuchła panika, a zarazem i nienawiść. Odpowiednie usprawiedliwienie dla eliminacji Indian, która zresztą rozpoczęła się już wcześniej, było już tylko formalnością.
Deklaracja ogłoszona przez Kompanię Wirginii, była typowa i głosiła:
„Skoro nasze ręce, dotąd związane szlachetnością i sprawiedliwością, zostały obecnie uwolnione przez zdradziecki napad dzikich, który ten węzeł nie tylko rozwiązał, co przeciął, to my, którzy dotąd posiadaliśmy tylko ziemie, które dla nich były jedynie nieużytkami, nabyte były w sposób poważający ich satysfakcję, możemy obecnie, zgodnie z prawem wojennym i prawami narodów, dokonać inwazji kraju i zniszczyć tych, co pragnęli zniszczyć nas.”
W krótkim czasie zabito kilkuset Indian. Przekroczono granicę i osiągnięto punkt, od którego, jak się wydawało, nie było już odwrotu.
W 1644 roku, Indianie pod wodzą Opecancenough’a wszczęli powstanie w Wirginii, zabijając ok. 500 Anglików (z ogólnej liczby 8 tysięcy). 90-letni wódz wzięty został jednak do niewoli i zamordowany strzałem w plecy przez strażnika. Indianie, pozbawieni przywódcy, poddali się.

Nowa Anglia.
Rok 1637. Zabity został kapitan angielskiego statku. Podejrzewano o to Indian z plemienia Pequot, (zamieszkującego tereny, na które ostrzyli sobie apetyt Anglicy). Wchodząc w przymierze z wrogim Pequotom plemieniem Narragansett, koloniści wysłali przeciw nim ekspedycję karną z instrukcjami, by zabić wszystkich mężczyzn, spalić osadę i zniszczyć pola uprawne.
Indianie uciekli z wioski, którą Anglicy następnie spalili.
Wkrótce Pequotowie zaatakowali fort Saybrook, zabijając 9 kolonistów. Na odwet nie trzeba było długo czekać. Anglicy zmobilizowali jeszcze mocniejszy oddział (wraz z Narragansettami) i 5 czerwca 1637 roku dokonali jednej z największych masakr w dziejach angielsko-indiańskich konfliktów. Okrążyli najpierw dużą warowną osadę Pequotów i podpalili ją. Ponad pół tysiąca Indian spłonęło, a tych, którzy chcieli uciec przed płomieniami, wyłapano i wymordowano. Okrucieństwo kolonistów wzbudziło zdumienie nawet wśród członków sprzymierzonego plemienia Narragansett, którzy uważali, że nie powinno się zabijać wroga w tak niehonorowy sposób. Jeden z dowódców angielskich, kapitan Underhill, tak zanotował:
„Wielu spłonęło w forcie, zarówno mężczyzn, jak i kobit i dzieci. Inni, zmuszeni do jej opuszczenia, wychodzili w pojedynczych grupach po dwudziestu lub trzydziestu, które nasi żołnierze przywitali ostrzami szabli. Padali mężczyźni, kobiety, dzieci: a ci, którym udało się uciec od nas, wpadali w ręce Indian, którzy stali na tyłach za nami. Mówi się, że w forcie było około 400 dusz, a nawet pięciu z nich nie udało się uciec… Można się zapytać, dlaczego byliśmy tak gwałtowni (jak niektórzy mówią). Czy chrześcijanie nie powinni mieć więcej litości i współczucia? Odwołuję was do wojny Dawida… Czasami pismo stwierdza, że kobiety i dzieci muszą zginąć wraz z ich rodzicami… Słowo Boże oświeciło nas wystarczająco w kwestii naszego postępowania.”
Profesor Rozbicki pisze: „W Massachusetts purytanie świętowali zwycięstwo, a jeden z ich dowódców wezwał do modłów za ‚wysłanie tego dnia 600 dusz do piekła’. Gubernator Bradford przyznał, że był to wprawdzie ‚straszliwy widok, oglądać ich smażących się w płomieniach oraz strumienie krwi wygaszające ogień’, ale konkludował, iż była to ‚słodka ofiara dla zwycięstwa, za które dziękowaliśmy Bogu.’
Z pomocą plemienia Narragansett Anglikom udało się w następnych miesiącach wyciszyć resztę pozostających przy życiu Indian Pequot. Między innymi otoczono duży ich obóz położony na bagnach w Connecticut, w którym zamieszkiwało blisko 80 wojowników oraz około 200 kobiet i dzieci. Na 30 mężczyznach, którzy się poddali, Anglicy dokonali egzekucji, a kobiety i dzieci zostały sprzedane jako niewolnicy. Doprowadzono w ten sposób do całkowitego niemal zniszczenia tego plemienia. (…) Z wydarzeń tych obie strony wyciągnęły  liczne wnioski. Anglicy zaakceptowali metodę eksterminacji jako najskuteczniejszą, nauczyli się także wykorzystywać antagonizmy między poszczególnymi plemionami indiańskimi do swoich celów, a przede wszystkim do zdobywania nowych terenów.”
Także Indianie zrozumieli, że tylko jednocząc swe siły z różnymi plemionami, mogą skuteczniej stawić czoła kolonistom. W 1675 roku doszło do kolejnych starć. Drobne incydenty prowadziły do poważniejszych rozlewów krwi. Anglicy zawiązali sojusz z plemionami Massachusetts i Cennecticut przeciw Indianom Wampanoag i – już niepotrzebnym im, a zawadzającym jedynie – Narragansettom.
Początkowo Indianie, dzięki swoim sprzysiężeniom, odnosili pewne sukcesy. Jednak w 1675 roku doszło do najbardziej okrutnego epizodu wojny. Anglicy, kierujący się starą strategią, otoczyli obóz Narragasettów i wymordowali około 500 osób, w tym głównie kobiety, dzieci i starców, jako że wojowniczy zdołali wcześniej salwować się ucieczką. Niemniej jednak w ręce Anglików dostał się wódz Canochet wraz z grupą wojowników, na których dokonano wkrótce egzekucji. Wodza zgładzono publicznie, rozrywając jego ciało końmi, a następnie ćwiartując. W tym samym roku Anglicy kilkakrotnie napadali na obozy Indian. W jednym przypadku zabijając ponad 100 kobiet, dzieci i starców; w innym zaś – 126 kobiet i dzieci oraz 26 wojowników.
Systematycznie doprowadzono do eksterminacji prawie wszystkich Indian Nowej Anglii, do czego walnie przyczyniły się choroby zakaźne. Wodza Indian Wampanoag, którego Anglicy nazwali „królem Filipem”, wzięto do niewoli i zabito, a jego głowę zatknięto na pal, gdzie straszyła wszystkich przez kilka lat.

Wirginia raz jeszcze oraz Maryland.
W połowie XVII wieku Anglicy zawarli przymierze z silnym plemieniem Susquehanna, zaopatrując ich w broń palną. Indianie ci stanowić mieli bufor przeciw zagrożeniu ze strony licznych i agresywnych Irokezów. Przez 20 lat było to skuteczne, jednak wskutek walk i chorób Susquehanni osłabli ma tyle, że przestali się liczyć. Wtedy Anglicy weszli w przymierze z Irokezami, czyniąc ich ponadto zwierzchnikami nad Susquehennami, swoimi niedawnymi sojusznikami.
W latach 1654-1675 stale dochodziło do śmiertelnych incydentów. Indianie prowadzili aktywną partyzantkę. W 1675 roku milicja Wirginii i Marylandu otoczyła fort indiański. Przywódcy wezwali wodzów do pokojowych rozmów, gwarantując im bezpieczeństwo. Kiedy rokowania nie przyniosły oczekiwanych dlań rezultatów, pięciu wodzów pozbawiono życia ciosami w głowę. Mimo tego Indianie nie poddali się i przez wiele tygodni bronili fortu. W końcu zdołali zeń zbiec. W obawie przed odwetem Indian za ten jawnie zdradziecki podstęp Anglików, zorganizowano coś w rodzaju pokazowego procesu winowajców zabójstwa indiańskich wodzów. Wszystkich jednak uniewinniono lub skazano na symboliczną grzywnę. Oczywiście, osadnicy byli przeciwni uznania kapitana milicji winnym śmierci Indian. Mało tego – uznali, że należy go skazać za to, że pozwolił zbiec pozostałym.
Tym samym skończyły się wszelkie skrupuły i odtąd atakowano już wszystkich Indian bez wyjątku – sprzymierzonych czy niesprzymierzonych, przyjaźnie nastawionych, czy też wrogo – było to bez większego znaczenia. Tym bardziej, że potrzebowano nowych terenów pod uprawę i osiedlanie.

Obie Karoliny.
Na terenach tych rozprawa z Indianami odbyła się nico później, niż na północy, bo w pierwszych dekadach XVIII wieku, ale przebiegała bardzo podobnie. Poszczególne plemiona indiańskie wykorzystywano w przetargach – czy to z innymi Indianami, czy to z Francuzami lub Hiszpanami. Przymierza szybko się kończyły, kiedy już były zbędne i dochodziło wtedy do krwawych rozpraw, w których ginęły setki Indian i kolonistów. Liczebność niektórych plemion została zredukowana do kilkudziesięciu osób. Nic dziwnego, skoro dyrektywy białych brzmiały następująco: „zniszczyć całkowicie osady i fizycznie zlikwidować Indian”.

Georgia i Pensylwania.
Stany te były wyjątkami. W Georgii dbano o dobre stosunki z Indianami, dzięki czemu zdołano uniknąć wojen. Podobnie było w Pensylwanii, rządzonej przez pacyfistycznie nastawionych Kwakrów. Dość skutecznie unikano konfliktów szanując godność Indian, dotrzymując umów i nie zagarniając, a wykupując od nich ziemię. Niestety, obraz popsuli nieco nowi osadnicy, których można obarczyć winą za kilka gwałtownych starć (masakra Indian Conestoga w 1763 roku).

5. NIE TYLKO WOJNY

Należy sobie jednak zdawać sprawę z tego, że do wyginięcia Indian Wschodniego Wybrzeża przyczyniły się nie tyle wojny (choć o nich, ze zrozumiałych względów historycznych, mówi się najwięcej), co głównie choroby, które zostały przywleczone na kontynent amerykański przez Europejczyków, a na które tubylcy nie byli uodpornieni. Tymi chorobami zakaźnymi były najczęściej tyfus, grypa, ospa i dyzenteria. Wskutek epidemii wyginęły niemal całkowicie liczne plemiona zamieszkujące Florydę. W Nowej Anglii, do połowy XVIII wieku zmarło z powodu chorób prawie 80% populacji Indian (w niektórych plemionach choroby spowodowały śmierć niemal wszystkich jego członków). Ospa wyniszczyła też połowę licznego plemienia Cherokee.
Specyfika przenoszenia tych chorób nie wymagała kontaktu osobistego między ludźmi. Wymieniano towary. Zarazki były przenoszone szczególnie przez koce i czajniki. Odbywało się to bez aktywnego, świadomego udziału kolonistów (choć i od tego zdarzały się wyjątki).

6. WZAJEMNE WPŁYWY KULTUROWE

Wpływ Anglików, czy też – ujmując rzecz ogólnie – białych, na kulturę Indian był ogromny. Gdybyśmy chcieli zachować ton tragiczny i ironiczny zarazem, to moglibyśmy uznać, że wpływ ten był ogromny, ale polegał głównie na tym, że kultura indiańska została wskutek tego zetknięcia prawie że unicestwiona. Innymi słowy: największy wpływ polegał na tym, że kultury Indian uległy prawie całkowitej destrukcji. (Proces ten postępuje zresztą do dzisiaj.) Jeśli zaś chodzi o tych, którzy przeżyli, to w sferze kultury materialnej przejęli oni od Anglików wiele narzędzi i sprzętów, jak również broń palną, czy też np. alkohol, na który Indianie reagowali bardzo gwałtownie – był on dla nich szczególnie wyniszczający. Warto też wspomnieć tu o koniach, których Indianie wcześniej nie znali. Zwierzęta te wywarły szczególnie duży wpływ na styl życia Indian Wielkich Równin.
Jeśli zaś chodzi o działalność misyjną (tak ważną na zachodnich obrzeżach Ameryki Północnej), to nie miała ona większego znaczenia w stosunkach białych a Indianami na terenach wschodnich brytyjskich kolonii w Ameryce. (Choć, oczywiście, niektóre grupy tubylców przyjmowały tu chrześcijaństwo.)
Natomiast wpływ kultury indiańskiej na angielską en bloc był niewielki (pominąwszy fakt zapoznania się Europejczyków z uprawami ziemniaków, kukurydzy czy tytoniu).
Jednakże, dość ochoczo Anglicy przyjmowali od Indian niektóre metody, które wcześniej uważali za barbarzyńskie, jak np. skalpowanie, czy pewne rodzaje tortur (także partyzanckie metody prowadzenia wojny). Władze kolonialne płaciły swego czasu za skalpy „wrogich” Indian, ustalając nawet (makabryczny w swej istocie) cennik na tego rodzaju „usługi”. I tak np. za skalpy mężczyzn od lat 12 płacono 100 funtów, ale za skalp dziecka od 10 do 12 lat, już tylko 10 funtów.

7. „BIALI” INDIANIE

Bardzo ciekawy był fenomen tzw. „białych” Indian, czyli Europejczyków, którzy asymilowali się żyjąc wśród tubylców. Wśród pozostałych kolonistów wzbudzali oburzenie i nazywani byli zdrajcami.
Na początku byli to handlarze i traperzy, którzy zmuszeni byli przez dłuższy czas przebywać na pustkowiach wśród Indian. Żenili się więc z Indiankami, mieli z nimi dzieci. Niestety, nie okazywali się zbyt dobrymi „ambasadorami” kultury angielskiej, będąc zwykle tzw. wyrzutkami społecznymi (skazańcy, awanturnicy, uciekinierzy…). Byli wszak i tacy, którzy świadomie wybierali życie wśród Indian. Jednakże najciekawszy – jeśli nie fascynujący – jest przypadek tych, którzy zostali przez Indian porwani i przez nich zaadoptowani. Co zdumiewa najbardziej, to fakt, że odmawiali oni powrotu do świata białych, kiedy pojawiała się taka możliwość.
Profesor Rozbicki stara się ten fenomen wyjaśnić następująco: „Atrakcyjność życia wśród Indian obejmowała, jak się wydaje, kilka aspektów ich kultury: łagodne i troskliwe traktowanie dzieci (bez kar cielesnych, które były na porządku dziennym wśród białych), oraz kobiet (do małżeństw z reguły nie przymuszano), dalej: kultywowanie  poczucia godności, lojalności, troska o wspólne dobro całej społeczności.”

Pozwolę sobie w tym miejscy przytoczyć jakże intrygujące spostrzeżenie samego Benjamina Franklina, wybitnego męża stanu, filozofa i naukowca, jednego z najwybitniejszych umysłów swojej epoki. Radziłbym kilkakrotnie przeczytać – i zapamiętać – ten cytat zwłaszcza tym, którzy bezkrytycznie przekonani są o wyższości wywodzącej się z Europy cywilizacji nad kulturą „dzikich”.
Oto słowa Franklina: „Gdy dziecko indiańskie, które zostało wychowane wśród nas, nauczone naszego języka i przyuczone do naszych zwyczajów, uda się w odwiedziny do swoich krewnych i pobędzie nieco z Indianami, to w żaden sposób nie da mu się już wyperswadować, aby powróciło… A gdy osoby białe, obojga płci, pojmane zostaną przez Indian i zamieszkują wśród nich przez pewien czas, to choćby zostały wykupione przez przyjaciół i traktowane przez nich z największą troskliwością, aby skłonić ich do pozostania wśród Anglików, w krótkim czasie zniechęcają się do naszego sposobu życia oraz do wysiłków i starań do tego potrzebnych, i przy pierwszej okazji uciekają do lasów, skąd nie sposób już ich odzyskać.”
Doprawdy, warto się nad tą wypowiedzią jednego z autorów Deklaracji Niepodległości zastanowić.

8. KONIEC

Do XIX wieku Indianie zamieszkujący wybrzeże atlantyckie zostali praktycznie wyniszczeni lub wyginęli od chorób, a ich niedobitki przestały się liczyć.
Wnioski wkrótce.

cdn

Indianie Prerii Badlands

*

APENDYKS

Czytając przekłady poetyckie Czesława Miłosza natrafiłem niedawno na tekst pt. „Biali i Indianie pogranicza”, który – jak się okazuje – współbrzmi z tematem poruszonym w powyższym artykule.
Miłosz pisze: „W 1766 r. ukazała się w Londynie anonimowa sztuka satyryczna „Ponteach: or the Savages of America” wyjaśniając przyczyny wojny wypowiedzianej przez Zjednoczone Narody indiańskie pod wodzą Pontiaka kolonizatorom”,  a następnie przedstawia swoje tłumaczenie, zaznaczając, że było ono dlań pewnego rodzaju wyzwaniem, ze względu na specyfikę owego dialogu wierszem. Przedstawiam tu niewielki fragment tego XVIII-wiecznego utworu.

Scena pierwsza ma miejsce na stacji handlu futrami.Wchodzą M. Dole i Murphey, kupcy oraz dwaj służący.

M DOLE
Cóż, Murphey, szczęścia, widzę, chcesz próbować
Tutaj wśród dzikich, w tej bezludnej puszczy?

MURPHEY
Tak, byle tylko zarobić na życie.
(…)

M DOLE
A czy cokolwiek wiesz o takim handlu?
Czy znasz zasady na jakich się wspiera?
(…)

MURPHEY
Nie znam waszego indiańskiego handlu.
Ale nauczę się chętnie od ciebie.
Bo wiem, że lata już w nim praktykujesz.

M DOLE
(…)
A co tam wieziesz dla Indian na sprzedaż?

MURPHEY
Mam rum i koce, pasy, proch i dzwonki,
I takie które zwykle cenią.

M DOLE
To bardzo dobrze. To dobre towary.
A teraz powiem, co jest najważniejsze,
Co warte trudu, żeby tu przyjechać,
Nasza naczelna zasada jest taka,
że nie jest zbrodnią oszukiwać Indian.

Alfred Jacob Miller, "Traperzy i Indianie"

Alfred Jacob Miller, „Traperzy i Indianie”

MURPHEY
Jak to? Nie grzech oszukać Indianina?
Czy to nie ludzie? Czy nie mają prawa
Sprawiedliwości zaznać, tak jak my,
Chociaż są dzicy w swoich obyczajach?

M DOLE
No, skoro tak jest, to już nic nie powiem.
Toż to esencja naszego zawodu,
na niej opiera się nadzieja zysku.
Nikt, kto nią wzgardził, nie zdobył bogactwa
I nie zdobędzie, tu, w indiańskim handlu.
(…)

Tysiąc okazji ciągle się nastręcza,
Żeby wyzyskać ich (Indian) wielka ciemnotę.
Największa jednak maszyna to rum.
Do niego sypię trochę ciemnych proszków
I tak rozdaję dzikim szczodrą ręką.
Kiedy się spiją, są rześcy i dzielni
I chwalą mnie, że nie jestem skąpy.
Wtedy już mogę praktykować sztuki,
Zaczynam handel i daję rum z wodą,
Gardła im płoną, radzi się ochłodzić.
Futra i skóry idą do mnie w zamian.
Ważę uczciwie, choć mam taką wagę,
Że za dotknięciem zamienia trzy funty
Na jeden funt. Czego ci biedacy,
I miar, i wag zupełnie nieświadomi,
Wcale nie widzą. Ale oto oni.
Zobaczysz zaraz, jak to my robimy.
Jack, czyś zaprawił rum, jak powiedziałem?
(…)

Tutaj następuje opis procederu upijania Indian, oszukiwania na wadze i wciskania im ogólnej ciemnoty. A po odejściu Indian – ledwie z częścią należnego im towaru – kupcy nie mogą się nachwalić własnej przemyślności. Rozpiera ich wręcz duma z życiowej mądrości.

* * *

Scena druga przedstawia puszczę.
Wchodzą Orsbourn i Honnyman, dwaj myśliwi.
Narzekają mocno na to, że nic nie upolowali, i oczywiście całą winę zwalają na Indian:

HONNYMAN
To ci diabelscy Indianie nam łapią
Całą zwierzynę. Jelenia, niedźwiedzia,
Wszystko wystraszą, co biega w lasach,
Albo sztuczkami swymi zaczarują.
Anglik nie strzeli ni jednego razu,
A oni wrócą z ładunkami futer.
Żeby ich piekło prędzej wytępiło,
Tych łotrów, bydło, tę czarną zarazę,
Tych nędznych pogan, te dzikie zwierzęta,
Co tylko smrodzą chrześcijańskie powietrze.
Trzeba ich tępić jak innego zwierza.

ORSBOURN
Tak chciałbym aby prawo pozwalało
Polować na ten gatunek dziczyzny.
Ani jednego dnia bym nie opuścił,
Póki choć jeden biega tutaj w lesie.
(…)
Ulżyłbym sobie, gdybym mógł rozwalać
Ich malowane łby i puścić juchę.
Tak nienawidzę nawet ich widoku.
Zjadłbym z ochotą serce Indianina.
(…)

W dalszej części myśliwi, zaczaiwszy się w lesie, zabijają dwóch Indian niosących futra. Uszczęśliwieni są nie tylko wielkim łupem, ale i tym, że udało im się to zrobić za pomocą jednego strzału (tym sposobem zaoszczędzili nawet na prochu i ołowiu).

* * *

Powiązane artykuły: „Sumienie Zachodu” i „Indiański Holocaust?”.

*

WIELKOŚCI UROJONE

Napoleon Wielki – „bóg” wojny czy tyran megaloman?

*  *  *
Jest w nas jakaś irracjonalna i być może podświadoma skłonność do uznawania wielkości w ewidentntych skądinąd zbrodniarzach, których szaleńcza i megalomańska polityka doprowadziła do poniewierki i śmierci milionów ludzi. Nie mówię tu już o takich postaciach, jak np. Atylla, Dżingis Chan, Aleksander Wielki czy Napoleon, których wielkość, jeśli jest problematyczna, to dla niewielkiej grupki ludzi, zważywszy na spore oddalenie w czasie i zamazanie się prawdziwego charakteru ich wyczynów. Przy czym, nikomu nie przychodzi jakoś do głowy, by rozliczyć tego typu ponadczasowych bohaterów z humanitarnego punktu widzenia, biorąc pod uwagę ludobójstwo, jakiego byli sprawcami.
Myślę zwłaszcza o takich indywiduach, jak Hitler, Stalin, Mao…
Monstrualni zabójcy, „wielcy” właśnie przez swoją potworną dyktatorsko-tyrańską skuteczność… choć przecież niemal wszyscy z nich skończyli marnie.
Każdy normalny człowiek musi uznać ich za morderców, jednak w głębi duszy może też być zafascynowany w jakiś sposób ich „geniuszem zła”.
Może więc, jeśli już chcemy używać określenia „wielki” w polityce, to warto się umówić, iż będzie ono uwzględniać pewną ludzką szlachetność, nobliwość, humanistyczną klasę.
Biorąc to pod uwagę, przydomek „wielki” przy Hitlerze czy Stalinie, może już tylko oznaczać wielkiego zbrodniarza. Właśnie dlatego tak oburzające były te głosy – słyszalne tu i ówdzie, nawet na Zachodzie – określające komunistycznych przestępców chińskich Mao i Denga mianem wielkich polityków.
Ale już tęsknota wielu Rosjan za „dobrym Ojcem” Stalinem raczej nie dziwi, zważywszy na ich sentyment i poddańcze wpatrzenie w neo-cara Putina.
*  *  *

Lew Tołstoj

W czasie, kiedy powstawała jedna z największych powieści epickich w dziejach literatury „Wojna i pokój” (nota bene dotycząca czasów zwanych powszechnie „epoką napoleońską”), Tołstoj pisze w swoich „Dziennikach” o Napoleonie:
„Cała wyprawa egipska to francuski bandytyzm wynikający z próżności. Świadome kłamstwo wszystkich bulletins (fr. relacje wojenne – przyp. LA). Pokój w Parkesburg – escamote (szalbierstwo). Na moście Arcoli wpadł do kałuży zamiast sztandaru. Kiepski jeździec. W czasie wojny włoskiej wywozi obrazy, posągi. Lubi jeździć po polu bitwy. Trupy i ranni – to radość. Małżeństwo z Józefiną – sukces w świecie. Trzy razy poprawiał relacje z bitwy pod Rivoli – wciąż kłamiąc. Poza tym, człowiek początkowo nawet silny dzięki swej jednostronności – potem niezdecydowany – żeby jakoś było! Lecz jak? Wy jesteście ludzie prości, ja zaś widzę w niebie swoją gwiazdę.
Nie on jest interesujący, lecz tłumy, które go otaczają i na które on działa. Z początku jednostronności i
beau jeu (szczęśliwa karta) w porównaniu z Maratami i Barrasami, potem po omacku – zadufanie i szczęście, a potem szał – faire entrer dans son lit la fille des cesars (wprowadzić do swego łoża córkę cezarów).
Zupełny szał, zniewieścienie i nicość na Św. Helenie. Kłamstwo i wielkość tylko dlatego, że miał wielką przestrzeń, a jak się skurczył zasięg działalności, zrobiło się zero.
I haniebna śmierć!”

*  *  *
Wielkość urojona staje się zabójcza, kiedy obdarza się ją realnymi atryburtami siły. Obłęd i paranoja krystalizują się, tworząc nową rzeczywistość. Bestia historii gotuje się do skoku – szczerzy zęby, warczy, drapie ziemię pazurami… i zawsze znajdą się tacy, którzy będą na to patrzeć zafascynowani, głusi na jęk narodów.
Jak do tej pory, potwory te udawało się ujarzmić – zwalczyć je nie tylko w świecie realnym, ale i tym urojonym.
Bowiem w świecie iluzji także staczane są bitwy, których wygrane lub klęski odczuwamy już na własnej skórze.
*  *  *

Naród porwany przez Führera (Hitler w Reichstagu, 1938)

*
Ilustracje: Jean-Auguste-Dominique Ingres (Napoléon 1er sur le trône impérial) oraz archiwum.
*