WIOSKA RYBACKA GYEIKTAW – BIRMA

.

Kosz z rybami i spódnica w kwiaty

Kosz z rybami i spódnica w kwiaty – ciężka praca też może mieć swoją malowniczą stronę

.

Po kilku tygodniach podróży po Birmie trafiłem na kilka dni do Ngapali Beach, najbardziej chyba znanej miejscowości wypoczynkowej w kraju, by nieco odsapnąć, uporządkować sobie w głowie wszystko to, co zobaczyłem i czego doświadczyłem w czasie ponad miesięcznej, dość intensywnej włóczęgi po Azji południowo-wschodniej. Zatrzymałem się w resorcie Thande Beach – bardzo przyzwoitym, spokojnym miejscu w otoczeniu egzotycznej roślinności, tuż przy samej plaży. Okazało się, że jest to pięknie zaprojektowany ośrodek (choć bez luksusowych szaleństw sąsiednich hoteli w rodzaju Amata Resort czy Aureum Palace), ze świetną lokalizacją, gdzie spotkałem niezwykle przyjaznych i przyjemnych ludzi… Żyć nie umierać: można było czytać do woli i popijając kawę pisać (do dzisiaj czekają na uporządkowanie i opracowanie moje zapiski tam poczynione), pływać w morzu, chodzić po plaży… a wieczory spędzać w niezwykle urokliwych restauracyjkach, gdzie przy ustawionych na ciepłym piasku stołach, przy skłaniającym się ku zachodowi Słońcu, świetle świec i lampionów, można było zjeść najświeższe – a tym samym najsmaczniejsze – owoce morza na świecie (bo wyciągnięte z wody przez tubylczych rybaków kilka godzin wcześniej), popijając winem lub – częściej, bo w towarzystwie ludzi z całego świata i lepszym tu niż wino – piwem Myanmar. A wszystko za grosze – w cenie porównywalnej z napiwkiem, jaki daje się kelnerowi w pierwszej lepszej restauracji w Europie, czy Stanach Zjednoczonych.

Lecz tego rodzaju lenistwo turystyczne nie należy do moich najbardziej ulubionych aktywności w czasie podróży, więc po paru dniach zacząłem się rozglądać po okolicy, wypuszczać poza resortową zonę, pamiętając o tym, że jest to rejon, w którym Birmańczycy łowią ryby – i że dla ludzi zamieszkujących tutejsze wioski rybołówstwo, obok rolnictwa, jest głównym źródłem utrzymania (pomijając przemysł turystyczny).
Postanowiłem odwiedzić co najmniej jedną z takich rybackich wiosek. Wiedziałem, że aby zobaczyć rybaków w akcji, muszę się tam znaleźć przed wschodem słońca, bo skoro świt z wód Zatoki Bengalskiej zaczynają spływać na wioskową plażę łodzie. Widziałem je zresztą nocami na horyzoncie – unoszące się na wodzie, oddalone od siebie o kilkaset metrów i rozświetlone dziesiątkami żarówek, jakich używała każda łódź, by zwabić w sieci ryby.
Tak więc, poprosiłem o budzenie w środku nocy i nie bawiąc się w zamawianie żadnych taksówek, wyszedłem na drogę, by złapać lokalną furgonetkę, która podwoziła ludzi śpieszących do pracy, gdzie chcieli dotrzeć jeszcze przed świtem. Podobnie jak ja. Przeszedłem w ciemności kilkaset metrów, kiedy za swoimi plecami usłyszałem charakterystyczny warkot silnika. Zatrzymałem busik, ręcznie starając się wytłumaczyć kierowcy dokąd chcę dojechać – w czym na szczęście pomogła mi jedna z pasażerek, która, jak się okazało, znała kilka słów w języku angielskim. To wystarczyło do porozumienia się i po kilku uśmiechach rozluźniających atmosferę, wyruszyliśmy w drogę.

Jazda nie trwała długo, ale zdążyło nas wytrząść na wybojach. Kierowca zatrzymał samochód, kobieta powiedziała, że tutaj powinienem wysiąść, wskazując mi ręką kierunek. Niestety, ze względu na panujące nadal ciemności, niczego nie mogłem dostrzec. Mimo to trafiłem na jakąś ścieżkę, po chwili moje oczy przyzwyczaiły się do zmroku i gdzieś za płotami dostrzegłem nawet światło ogniska i zarysy pokrytych strzechą drewnianych chat i szałasów. Usłyszałem uderzające o brzeg fale, odgłosy morza stawały się coraz głośniejsze, co upewniło mnie, że idę w dobrym kierunku. Nagle jednak ścieżka skończyła się a ja zorientowałem się, że trafiłem w opłotki czyjegoś domostwa. Bardzo blisko zaczął ujadać pies, zaraz potem zawtórowała mu cała wiejska wataha, więc na wszelki wypadek podniosłem z ziemi jakiś drewniany kostur i ruszyłem dalej szukając dziury w płocie. Na szczęście z domu wyłoniła się ludzka postać. Stary człowiek podszedł do mnie, ogarnął mnie wzrokiem, spostrzegł zawieszony na ramieniu aparat – zorientował się natychmiast, z kim ma do czynienia. Podprowadził mnie w kąt swojej zagrody i wskazał na ścieżkę prowadzącą wzdłuż rzeki w kierunku morza.

Wszedłem na szeroką plażę, robiło się coraz widniej. Na wodzie w oddali dostrzegłem łodzie, które wolno zbliżały się do brzegu. Z wioski, nad którą wynosił się palmowy las zaczęły wychodzić kobiety z koszami i siatkami, które następnie rozpościerały na piasku. Domyśliłem się, że kosze będą służyć do noszenia ryb z łodzi, natomiast na siatkach (tak gęsto splecionych, że przypominających płachtę) będą się te ryby suszyć. Słońce jeszcze nie wyłoniło się znad rozłożonej wśród gęstych palm wioski, choć brzask rozświetlał niebo coraz jaśniej, a mnie cały ten obraz wydał się jakąś odrealnioną fantazją ze snu.

.

wsioska rybacka - Birma (6)

w oczekiawniu na rybaków i ryby

.

Do brzegu przybijało coraz więcej łodzi. Wyciągano kotwice, które po odciągnięciu ich na plaże, zatykano w piasek. Młodzi ludzie – zarówno chłopaki, jak i dziewczyny – posługując się specjalnymi koromesłami, zaczęli transportować ryby z łodzi na ląd, gdzie czekały kobiety, które następnie ryby segregowały, te mniejsze rozsypując na rozłożone na ziemi plandeki. Rytuał ten trwał dobrych parę godzin, dopóki niemal cała – szeroka na kilkadziesiąt metrów – plaża nie zapełniła się rybami. W międzyczasie taksowano połów – ważono, zapisywano i sprzedawano większe ryby, głównie makrele królewskie i srebrne pałasze, do złudzenia przypominające lśniące płazy miecza (Japończycy nazywają je rybami-pasami).

Chodziłem między tymi ludźmi chłonąc atmosferę i obrazy zupełnie dla mnie egzotyczne. Nie odczuwałem ze strony tubylców żadnej niechęci (o wrogości nie wspominając), dlatego mogłem ich – a zwłaszcza to, co robią – swobodnie fotografować, wiedząc że nie przeszkadza im to w pracy. Ot, byłem dla nich pewnie jeszcze jednym dziwnym turystą z aparatem, którego wścibskość traktowali jako coś niezbyt szkodliwego. Uśmiechy i rzucane mimochodem słowa ustalały między nami coś w rodzaju comfort zone – bezpiecznej strefy, która łagodziła niejako zderzenie się naszych światów.

Zaskakujace było dla mnie to, jak młodzi byli ludzie, którzy wykonywali wszystkie te czynności. Osoby starsze pojawiały się sporadycznie i sprawiały wrażenie opiekunów tej młodzieży, która – jak zauważyłem – doskonale wiedziała jak wykonywać swoją pracę: każdy ich ruch był pewny, miał swój cel w ustalonym już rutynowo porządku. Wyglądało na to, że każdy odgrywał przydzieloną mu rolę, a płynność i sprawność wykonywanych czynności powodowały, że ta ciężka bez wątpienia praca nie powodowała u nich zmęczenia – przynajmniej nie było tego widać po tych młodych ludziach, często żartujących i uśmiechających się do siebie nawzajem. Niestety, bariera językowa uniemożliwiała mi to, by wypytać się mieszkańców tej wioski o szczegóły dotyczące ich rybołówczego zajęcia, poznać bliżej rytm ich życia, niekoniecznie związanego z morzem i rybami. Liczyłem na to, że już po powrocie do domu dowiem się czegoś więcej o rybakach łowiących w wodach Zatoki Bengalskiej, u wybrzeży Birmy. A tymczasem utrwalałem fotograficznie te ulotne przecież obrazy – bardziej jako świadek, niż uczestnik wydarzeń – zafascynowany zupełnie nowym dla mnie światem.

.

wsioska rybacka - Birma

fresh catch – całonocny połów skończony, teraz trzeba rozładować pełne ryb łodzie

.

.

wsioska rybacka - Birma (3)

rybna drobnica będzie się suszyć na słońcu

.

.

wsioska rybacka - Birma (5)

rozrzucanie ryb wymaga wprawy (w tle: rozłożona tuż przy plaży wioska)

.

.

wsioska rybacka - Birma (4)

wszystkie łodzie z rybakami powróciły już z połowy – teraz kolej na pracę kobiet (i pełnych gracji dziewcząt)

.

Bez wątpienia obiektyw (a właściwie aparat fotograficzny) jest „przedłużeniem” naszego oka, a tym samym mózgu. To dlatego ten sam świat, za każdym razem na zdjęciach wygląda inaczej, w zależności od tego, kto go fotografuje. Nie będę ukrywał, że wioska rybacka Gyeiktaw o świcie, kiedy to z nocnego połowu wracają do niej rybacy na łodziach wypełnionych  tonami srebrnych ryb, które następnie są transportowane na ląd i selekcjonowane przez wiejskie kobiety – do suszenia lub natychmiastowej sprzedaży – należała do moich najmocniejszych, najbardziej niezapomnianych fotograficznych przeżyć, jakich doświadczyłem w Birmie. Z pewnością mogę do nich zaliczyć także wizytę w świątyni Shewedagon Pagoda w stolicy kraju Yangonie, spotkanie ze stupami w Baganie, ale również zetknięcie się z rybakami na Jeziorze Inle (tym ostatnim poświęciłem wpis TUTAJ), które – mimo, że również nawiązujące do rybołówstwa – było jednak doświadczeniem zupełnie innym, zarówno etnograficznie, jak i fotograficznie.

W wiosce Gyeiktaw miałem ułatwione zadanie, gdyż obrazy i sceny jakie rozgrywały się przed moimi oczami były niezwykle fotogeniczne. Wystarczyło więc tylko znaleźć się w odpowiednim miejscu, poszukać odpowiedniej perspektywy, nie psuć kadru, zachować refleks i zwolnić migawkę Nikona – a wszystko układało się jak z płatka, rejestrując się na kartach pamięci mojego aparatu. W momentach takich przeżywam coś w rodzaju niemalże nirwanicznego flow – rodzaj euforii, czy choćby tylko radości z tego, że robię to, co robię – że udało mi się dotrzeć do jakże ciekawego miejsca na świecie i mam oto możliwość utrwalenia i udokumentowania jego niezwykłości oraz objawiającego się tu i ówdzie piękna.

dziewczyna, której gracja przykuła moją uwagę (jej sylwetka przypomniała mi niektóre posągi Buddy)

dziewczyna, której gracja przykuła moją uwagę (jej sylwetka przypomniała mi niektóre posągi Buddy)

Na czym polegała ta fotogeniczność? To, mam nadzieję, widoczne jest na zaprezentowanych tu zdjęciach. Przede wszystkim więc sceneria: położona tuż przy szerokiej piaszczystej plaży – i wśród lasu wysokich palm – wioska, pełna drewnianych chat, których wygląd nie zmienił się tu od stuleci. Ale także łodzie… dziesiątki łodzi nadpływających z szerokiego morza (czy też raczej oceanu, bo Zatoka Bengalska jest częścią Oceanu Indyjskiego) lub zakotwiczone już przy brzegu i kołyszące się na łagodnej fali. Następnie ludzie: mimo dostępnej im nowoczesności ubioru, noszący tradycyjne ubrania (odnosi się to zwłaszcza do kobiet), czy choćby tylko zaznaczający swój odrębny styl w małych, osobistych akcentach. I wreszcie ryby: lśniące srebrzyście na kontrastujących kolorystycznie niebieskich sieciach (bardzo malownicze zestawienie) lub zalegające w koszach, często ze sterczącym w górę ostrym ogonem płetw. Jak zawsze w fotografii, najważniejsze jest jednak światło. Tutaj, o świcie jeszcze miękkie, nie tak jaskrawe, bo oświetlające wszystko z miejsca położonego niewysoko nad horyzontem, nadające więc światu ciepłej barwy. And last but not the least: gracja kobiet, zwłaszcza niektórych dziewczyn, których zgrabna sylwetka i wdzięczne ruchy przypominały jakiś balet.

Miałem też to szczęście, że byłem wśród tych ludzi jedynym „obcym”, mimo że w promieniu kilkunastu kilometrów znajdują się dziesiątki hoteli i resortów pełne zagranicznych turystów i wakacjuszy. Dopiero po godzinie od wschodu słońca zjawili się inni przyjezdni, ale też w znikomej ilości paru osób. Widocznie wioska rybacka nie została jeszcze „odkryta” przez masową turystykę – i nikt nie popularyzuje jej atrakcyjności w ośrodkach wypoczynkowych, co nota bene wydaje mi się trochę dziwne, bo na całym świecie chce się zarobić na czymkolwiek się tylko da. Ale to dobrze, bo większe grupy turystów i fotografów amatorów, nie tylko psułyby zdjęciowe kadry, ale i zapewne przeszkadzały by ludziom w pracy. A tak udało mi się utrwalić kawał autentycznego życia rdzennych mieszkańców Birmy, nie zepsutych jeszcze skomercjalizowanym, zachodnim stylem życia i nie uległym jeszcze postępującej „nowoczesności” młodych azjatyckich „tygrysów” gospodarczych. Tym bardziej ten mój „urobek” zdjęciowy wydaje mi się cenny, że, jak mniemam, świat ten odchodzi dość szybko w przeszłość – cokolwiek dobrego, czy złego by to nie oznaczało – i za kilka lat będzie wyglądał już zupełnie inaczej. Z pewnością mniej fotogenicznie.

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć z wioski rybackiej Gyeiktaw obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

.

KANION ANTYLOPY

piękno wyrzeźbione przez piasek i wodę na pustyni

.

Kształty i kolory – jak spod ręki artysty (Kanion Antylopy)

Kształty i kolory – jak spod ręki artysty (Kanion Antylopy)

.

Jakże zestroić się z tym dziwem Natury, który można by nazwać cudem, gdyby nie nasza bałwochwalcza skłonność przypisywania cudu jedynie metafizycznej sferze zawłaszczonej przez religie? Sferze, której doświadczyć można jedynie w objawieniu i tylko wtedy, kiedy jest się wybranym lub oddanym bóstwu – a przy tym kimś dążącym do iluminacji? A może to tylko ciekawostka, przyrodnicza anomalia – ot, siły naturalne stworzyły na ślepo coś, co jest pewnym zaburzeniem spetryfikowanej kosmicznej monotonii Wszechświata, jaką jest skała, góra, pustynia, rozpadlina w ziemi…? Coś, co także rozwiewa naszą egzystencjalną nudę wynikającą z powtarzania tych samych, podtrzymujących nasze życie czynności w środowisku nam znanym i przewidywalnym – w dużej mierze stworzonym i przekształconym przez nas samych tak, by zaspakajało nasze potrzeby i byśmy się mogli w nim zadomowić?

Otóż zestroić można się dość łatwo – wystarczy tylko otworzyć się na barwy i kształty. Zachwyt przyjdzie sam, a jeśli nie zachwyt, to zadziwienie kreatywnością sił jakim poddana jest materia urabiana przez rzekę czasu w sposób poruszający naszą sensoryczną wrażliwość, dzięki której patrzymy i nazywamy coś pięknem. Pięknem, które przynosi nam radość i świadomość tego, że warto tego piękna szukać – i dostrzegać je wokół nas – bo w pewien tajemniczy sposób afirmuje ono i dostarcza sensu naszemu uczestnictwu w tym kosmicznym eksperymencie zwanym życiem. Materia, jaką ponoć jesteśmy, (z tym że ożywioną, bo uduchowioną) zderza się z materią martwą, (inercyjną, bo pozbawioną ducha) choć przecież zmieniającą swoją postać i formę. Rezultatem jest konfirmacja istnienia, które jest tego wszystkiego świadome, a przede wszystkim… czujące.

Nie wiem, czy piękno jest sprawą boską czy tylko ludzką. Ale wiem, że człowiek jest zdolny piękno odczuwać. Być może zdolność człowieka do doświadczenia piękna, to piękno dopiero stwarza? Czy też, dopiero wtedy – dzięki tej naszej zdolności – coś, co niewątpliwie istnieje niezależnie od nas, nabiera estetycznego – a nawet etycznego – sensu, dzięki czemu powstaje nowa we Wszechświecie jakość, której sprawcami jesteśmy my sami? Czyżby więc ludzie jak bogowie? Czy może tylko zagubione – szukające sensu i celu – wszechświatowe sieroty?

Ale poezja ziemi… Czy istnieje poezja skały, kamienia, piasku i żwiru? Czy to tylko nasze nerwy i chmura elektrycznych wyładowań w ludzkim mózgu? Ale czy tak naprawdę może to mieć jakiekolwiek znaczenie, skoro czegoś, co nazwaliśmy poezją, doświadczamy? A nawet próbujemy się tym podzielić z innymi?

* * *

Kruk

Kruk

.

Kanion Antylopy leży na terytorium rezerwatu Indian Nawaho w Arizonie. Byłem w tym niezwykłym miejscu wielokrotnie, choć nie zawsze okoliczności i warunki pozwalały mi na dłuższe z nim obcowanie. Pewnego razu jednak (było to bodajże w 2007 roku), zaopatrzony w sprzęt fotograficzny, dysponując niemal całym dniem na zwiedzanie okolic miasteczka Page, nieopodal którego znajduje się kanion, zjawiłem się rankiem u zarządzających tym miejscem Nawahów, wykupiłem od nich specjalne pozwolenie „fotograficzne” i zagłębiłem się na parę godzin w tę pomarańczową skalną rozpadlinę (a właściwie w dwie rozpadliny: wpierw był to Kanion Antylopy Górny, a następnie Kanion Antylopy Dolny, oddalony od tego pierwszego o dobrych kilka kilometrów). Nie niepokojony prawie przez nikogo, nie licząc sporadycznych grupek, które szły posłusznie za lokalnym indiańskim  przewodnikiem, przypatrywałem się jego niebywałym kształtom. Rezultatem tej wizyty był plik fotografii, z których jestem średnio zadowolony (popełniałem pewien błąd w ustawieniu aparatu, dzięki czemu spora część tych zdjęć się popsuła), niemniej jednak mały ich wybór postanowiłem tutaj zaprezentować.

Jak powstał Kanion Antylopy? Otóż przed milionami lat była w tym miejscu piaszczysta pustynia, której wydmy z czasem uległy zeskaleniu i dzisiaj zwane są przez geologów piaskowcem Nawaho. To właśnie w tej skale przed tysiącami lat woda zaczęła rzeźbić szczelinę, która z czasem stawała się coraz większa i głębsza, głównie wskutek tzw. powodzi błyskawicznych, jakie nawiedzają ten rejon w porze deszczy monsunowych. Gwałtowne strumienie wody niosą ze sobą żwir, kamienie i piasek, które wymywają podatny na plastyczne zmiany piaskowiec, rzeźbiąc w nim charakterystyczne, opływowe „fale”, zakola i jaskinie. Materiał skalny jest wypłukiwany i znoszony do rzeki Kolorado, tej samej, która nieco dalej rzeźbi najbardziej znaną skalną dziurę świata, jaką jest Grand Canyon. Kanion Antylopy leży na pustyni, więc niemal zawsze jest suchy, niewiele jest w jego najbliższej okolicy deszczów, jednak co jakiś czas wypełnia go z niezwykłą szybkością szalejąca woda, pochodząca z opadów burzowych, które mogą występować w odległości wielu kilometrów od Kanionu. Dlatego powodzie błyskawiczne są niespodziewane i niebezpieczne. Nie tak dawno, bo w 1997 roku, w jednej z takich powodzi śmieć poniosło 11 osób, wśród których większość stanowili turyści z Europy (7 Francuzów, Szwed, Anglik i dwóch Amerykanów) – uratował się jedynie przewodnik tej grupy, który do dzisiaj z poczuciem winy szuka dwóch ciał nieodnalezionych wówczas ciał.

Kanion Antylopy jest kanionem szczelinowym, więc jego rozmiary nie są duże (średnia szerokość to ok. 4 metry, głębokość – do 30 m). Jak już wspomniałem, pod względem spektakularności wyróżniają się dwie jego sekcje, z których każda ma swój odmienny charakter. Aby docenić całe to zjawisko koniecznie należy zwiedzić obie te części, jednak najliczniej odwiedzany jest Kanion Antylopy Górny, zwany przez Nawahów Tsé bighánílíní (czyli „miejsce gdzie woda biegnie przez skały”), jednak Kanion Antylopy Dolny (temu Indianie nadali nazwę Hazdistazí co znaczy „kamienne spiralne łuki”) wcale nie ustępuje mu pięknem i niezwykłością kształtów (dzięki podobieństwu do litery V i pokrętnej aparycji, szczeliną dolną nazywają też niektórzy The Corcscrew, czyli „Korkociągiem”).

Mimo swej niezwykłej fotogeniczności Kanion Antylopy fotografować jest trudno, głównie ze względu na skąpość docierającego wgłąb niego światła. Najlepiej pod tym względem jest w miesiącach letnich, zwłaszcza w godzinach porannych, choć charakterystyczne smugi pojawiają się dopiero kilka godzin po wschodzie słońca. Jesienią i zimą jest w kanionie dość ciemnawo, więc bez statywu nie ma się tam co wybierać, jeśli chce się zrobić w miarę czytelne, nierozmyte fotki. Zresztą statyw wydaje się być niezbędny również o każdej innej porze dnia i roku, bo bez dłuższego czasu naświetlania nie można utrwalić falistych ściennych wyżłobień i ostrych krawędzi skał. Trzeba się też mocno nagimnastykować, by uniknąć tzw. przepaleń, czyli jaskrawych plam bez koloru, które na zdjęciu wyglądają jak białe, wypalone w pomarańczowej skale, dziury. Często kilka minut robi różnicę ze względu na szybko przesuwające się promienie słońca. Najlepiej jest jednak słońca w głębi kanionu nie łapać i skupić się na jego fantastycznych kształtach oraz szerokiej gamie nasycenia barwy i jej odcieni – przy świetle rozproszonym i odbitym. Zawrotu głowy można dostać od całej tej różnorodności form i kształtów napierających na nas z każdej strony – a lekkie przesunięcie perspektywy – miejsca, z którego fotografujemy – potrafi zmienić cały obrazek nie do poznania, dostarczając nam przy okazji wielkiej frajdy w rejestracji tego, zmieniającego się jak w kalejdoskopie, spektaklu. Oj, nie chce się człowiekowi wychodzić z tej pięknej dziury.

PS. Tego lata dostałem od jednego z moich przyjaciół obieżyświatów przykrą wiadomość: Kanion Antylopy jest obecnie zadeptywany przez hordy turystów. Oczywiście nie zmienia to jego struktury – te tłumy go nie niszczą, ale zdecydowanie obniżają jakość doświadczenia jakim jest zetknięcie się z kanionem, które jednak wymaga wyhamowania zapędów, pewnego skupienia się, może nawet rewerencji – bowiem tylko wtedy możemy docenić wyjątkowość i estetyczną wielkość tego miejsca. A tak, ludzie są popędzani – byle tylko przepuścić przez kanion jak największą ich ilość, bo to przekłada się na intratność biznesowego przedsięwzięcia, jakim dla władz rezerwatu jest obsługa coraz większej rzeszy turystów opanowujących coraz to nowe zakątki naszej planety, która przez tę masową turystykę robi się coraz mniejsza, ciaśniejsza – pospolita i banalna.Szkopuł w tym, że pęd turystyczny staje się aktywnością coraz bardziej masową – ze szkodą dla tych podróżnych bardziej uważnych.

* * *

UWAGA: kliknij na zdjęcie by zobaczyć go w pełnym wymiarze.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

LUDZIE NEPALU

Nepal. Mały kraj leżący u podnóża gigantycznych gór, nazywanych często dachem świata – Himalajów. Kraj zamieszkały przez ludzi nawykłych do życia w rytmie, jaki narzuca im nie znosząca tu sprzeciwu natura. Natura budząca zachwyt, ale też i przerażenie, stanowiąca tło dla ludzkiego teatru życia, ale również sama grająca w nim jedną z głównych ról.
Oto zbiór obrazów, na których starałem się utrwalić momenty życia ludzi z Nepalu, jak również ich samych, wraz z wypisanymi na ich twarzach emocjami, uczuciami, lękiem, smutkiem i radością… Innymi słowy: obrazów, na których chciałem uchwycić ich człowieczeństwo.

.

Nepalska sjesta - sen i czuwanie seniorów z Bhaktapur

Nepalska sjesta – sen i czuwanie seniorów z Bhaktapur

.

Tekst powyższy napisałem 8 lat temu, w roku mojej podróży do Nepalu. Po strasznym trzęsieniu ziemi jakie nawiedziło niedawno ten kraj, wróciłem do moich zdjęć i zapisków z tamtego czasu, przypominając sobie wszystkie te wspaniałe miejsca, które udało mi się wówczas zobaczyć i wspominając wielu przyjaznych ludzi, których miałem wtedy przyjemność spotkać. Tym bardziej to, co zobaczyłem na zdjęciach i filmach ukazujących olbrzymie zniszczenia, jakie spowodowało to trzęsienie ziemi – najsilniejsze, jaki nawiedziło Nepal w ciągu ostatnich 80 lat – było dla mnie szokujące. Ponad 8 tysięcy ludzi straciło życie, blisko 20 tysięcy zostało rannych, około pół miliona pozbawionych zostało dachu nad głową. Ludzkie straty są najboleśniejsze, ale mnie dodatkowo zabolały zniszczenia jakim uległy unikalne nepalskie zabytki, które zapamiętałem ze swojej podróży – historyczne miejsca Katmandu, Patanu, Bhaktapur… Niestety, z tego co się dowiedziałem, większość zabytkowych obiektów znajdujących się na liście światowego dziedzictwa UNESCO uległo destrukcji i jest raczej niemożliwe to, by je przywrócić do pierwotnego stanu. Zapewne z czasem zostaną odbudowane, (zakładam, że istnieje dokładna naukowa ich dokumentacja) ale siłą rzeczy będą to już repliki, a nie oryginały. Ponadto, Nepal to jeden z najbiedniejszych krajów świata (157 miejsce na światowej liście PKB per capita), więc bez międzynarodowej pomocy nie będzie to możliwe. Lecz w tej chwili najbardziej liczą się ludzie – najważniejsze jest dostarczenie im podstawowych środków i warunków do życia. A niestety, z tą pomocą jest różnie. Wprawdzie z wielu krajów świata pomoc popłynęła (Polska wysłała do Nepalu 80 swoich strażaków), ale jest to kropla w morzu potrzeb.

* * *

Czytając moją starą notatkę wkrótce po trzęsieniu ziemi, uderzyły mnie w kontekście tej tragedii słowa: „Kraj zamieszkały przez ludzi nawykłych do życia w rytmie, jaki narzuca im nie znosząca tu sprzeciwu natura. Natura budząca zachwyt, ale też i przerażenie, stanowiąca tło dla ludzkiego teatru życia, ale również sama grająca w nim jedną z głównych ról.” Teraz, oprócz tego, że okazały się one jak najbardziej trafne, to zabrzmiały one wręcz brutalnie i złowieszczo. Tak, jakbym okazał się złym prorokiem, mimo, że – pisząc je – nie miałem przecież na myśli tak strasznej klęski żywiołowej.
Człowiek to wytrwałe stworzenie, jego wola przeżycia jest wielka, ale widząc te bezradne tłumy koczujące na ulicach i placach Katmandu (ludzie, ze względu na wstrząsy wtórne, nie chcieli wracać do domów – zakładając, że nie zostały one zburzone), zwątpiłem w to, że ich życie wróci kiedykolwiek do normy, bo przecież nie sposób im będzie o tej tragedii zapomnieć. Nic też nie przywróci do życia bliskich, których w jednej chwili stracili

* * *

Człowiek za maską - nepalski sadhu

Człowiek za maską – nepalski sadhu

Bardzo lubię fotografować ludzi. Zawsze przy tym staram się, żeby estetyczny aspekt zdjęcia nie zdominował jego humanistycznego wymiaru – innymi słowy: by plastyczna forma nie przytłoczyła ludzkiej treści, bo przecież człowiek – prawdziwy, nie upozowany, bez maski, a tym bardziej bez egzotycznego entourage’u – jest najważniejszy. Ale w kraju takim jak Nepal, nie jest to wcale łatwe, by nie ulec tej egzotycznej feerii kolorów i kształtów, w której zanurzeni są tamtejsi ludzie – by nie zachwycić się jedynie tą oszałamiającą nas – dzieci zgrzebnej i dość szarej Północy – egzotyką dalekiego kraju, w którym wszystko wydaje się inne, niezwyczajne i unikalne. Należy jednak pamiętać, że za ową „egzotyką”, za całą tą etniczno-kulturową fasadą (bardzo ważną bez wątpienia) kryje się człowiek zupełnie podobny do nas – a może nawet taki sam jak my? Teraz się zastanawiam: gdzie ci ludzie teraz są? Czy przeżyli? Jeśli tak, to w jakich żyją warunkach po tej tragedii. Jak można im pomóc?

* * *

Czuję dyskomfort siedząc teraz w wygodnym fotelu, mając dach nad głową i lodówkę pełną jedzenia, wodę w kranie i sedes ze spłuczką, ciszę i spokój za oknem, kartę kredytową, za którą mogę w każdej chwili kupić to, co mi jest potrzebne do życia – i pisząc o nieszczęściu, jakiego doświadczają w tej samej chwili ludzie w kraju na przeciwległej półkuli, oddalonym o tysiące mil ode mnie. (Mam wrażenie, że jest w tym coś nieprzyzwoitego.) Tym bardziej, że, jak się przed chwilą dowiedziałem, dzisiaj (wtorek, 12 maja) w Nepalu nastąpiło kolejne silne trzęsienie ziemi. Ponownie legły w gruzach domy, życie straciło setki ludzi… Czy pisanie o tym w tak komfortowych warunkach nie jest swego rodzaju zaklinaniem rzeczywistości, obłaskawianiem i unieszkodliwianiem faktów; udawaniem, że sama świadomość i wiedza o ludzkiej tragedii może cokolwiek zmienić? Ale czy alternatywą dla tego jest przyjąć to do wiadomości i siedzieć cicho? Albo jeszcze gorzej: udać współczucie, podczas gdy tak naprawdę pozostaje się obojętnym? Jeśli tak, to co mamy sądzić, jeśli ta obojętność wynikałaby z naszego samozachowawczego instynktu – tym bardziej, że tak naprawdę jesteśmy bezradni wobec wszelkich nieszczęść jakie każdego dnia nawiedzają miliony ludzi na całym świecie? W takiej chwili czuję się marnie wobec ludzi (a są ich tysiące), którzy obecnie pomagają w Nepalu innym – nie tylko piszą i gadają, ale własnymi rękami, ryzykując zdrowiem i życiem, wyciągają spod gruzów ciała, dostarczają potrzebującym wody, lekarstw i żywności, tworzą prowizoryczne schroniska – biorą udział w akcji ratunkowej, która ma wymierne skutki, jest pomocą konkretną i prawdziwą.

Azję odwiedzałem wielokrotnie, poznałem tam wielu ciepłych i przyjaznych ludzi, wywiozłem stamtąd wiele wrażeń i wspomnień, tudzież całą masę zdjęć, które pomagają mojej pamięci w przypominaniu sobie i utrwalaniu tych wypraw. Mam tu zwłaszcza na myśli mieszkańców azjatyckich krajów, takich jak Indie, Tybet, Kambodża, Wietnam a ostatnio Birma – krajów, o podróży do których marzyłem do dzieciństwa.  Udało mi się te marzenia zrealizować. Nagrodą jest satysfakcja spełnienia, poszerzona wiedza o świecie i innych kulturach, poznanie Innych; skutkiem – nieobojętność na ich los i empatia, kiedy doświadczają nieszczęścia; ceną – smutek i przygnębienie (nie chcę nadużywać słowa cierpienie).

* * *

Malowniczość jest aspektem piękna, ale czy piękna może być bieda? (Ludzie przed sklepikiem pod Katmandu)

Malowniczość jest aspektem piękna, ale czy piękna może być bieda? (Ludzie przed sklepikiem pod Katmandu)

.

Zdjęcia ludzi Nepalu prezentuję na stronie Wizji po raz pierwszy (sam nie wiem dlaczego wcześniej tego nie zrobiłem). Szkoda tylko, że okazją do tego jest to, co stało się (i dzieje nadal) w tym kraju w ostatnich tygodniach. Chciałbym jeszcze raz zwrócić uwagę, by oglądając je, oprzeć się pokusie zachwytu nad ich fotogenicznością, czy egzotyką ich środowiska, które de facto jest zaledwie tłem dla ich człowieczeństwa. Najważniejszy jest bowiem humanistyczny wymiar tego, co przedstawiają te fotografie. W tym momencie przypomniało mi się to, co usłyszałem wczoraj od mojego 95-letniego klienta z południowej, „czarnej” dzielnicy Chicago, który opowiadał mi o swoim długim życiu i o tym, czego doświadczył od „białych” – wskutek systemu dyskryminacji, jaki funkcjonował w Stanach Zjednoczonych przez kilkaset lat (i który, pod pewnymi względami, funkcjonuje nadal). I o swojej obecnej lekarce, dla której – jak sama stwierdziła – jego zdrowie jest tak samo ważne, jak ważne byłoby zdrowie Prezydenta, gdyby leczyła ich obu. Całość skwitował ogólną konstatacją, dotyczącą ludzkiej natury: „We are all the same, but different” – chcąc podkreślić różnicę w tym, jak był traktowany w swoim życiu przez różnych ludzi. Pokazując zdjęcia mieszkańców Nepalu, którzy (z pozoru wszak) wyglądają tak bardzo inaczej od nas, mógłbym tę sentencję odwrócić i zabrzmiałaby ona równie prawdziwie: „We all are different, but the same”.

(Kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze)

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

Więcej zdjęć ludzi Nepalu obejrzeć można TUTAJ, na stronie ŚWIAT W OBRAZACH.

.

O WYŻSZOŚCI WSCHODU SŁOŃCA NAD ZACHODEM… W BAGANIE

Zanim uda mi się oddzielić ziarna od plew w moim fotograficznym plonie zebranym w Birmie – mała próbka z Baganu, niezwykłego miejsca w Azji, usianego buddyjskimi świątyniami i stupami. Na mojej facebookowej stronie „Światowid” zamieściłem wczoraj to oto zdjęcie:

.

świtanie w Baganie

Świtanie w Baganie

.

Spotkało się ono z komentarzem mojego przyjaciela obieżyświata, Bogdana Kwiatka:Porównaj do zachodu! Zachodu słońca, znaczy się ;)”

I z moją odpowiedzią: Bogdanie, mówisz… i masz :) …

.

Zachód słońca nad Baganem

Zachód słońca nad Baganem

.

… Muszę Ci powiedzieć, że dla mnie wschody (Słońca, oczywiście ) nad Baganem były większym przeżyciem (zarówno estetycznym, jak i duchowym ) niż zachody. PS: Szkoda, że nie widać dobrze tego stadka krów, które prowadzi pasterka po lewej stronie zdjęcia, ani przelatujących ptaków (a mogłyby lecieć kilkanaście metrów wyżej, wtedy byłyby widoczne ;) )

Pod zdjęciem Baganu o świcie napisała też swój komentarz Słowianka Edyta: Oszałamiające wrażenie wywołuje ten obraz.”

Odpowiedziałem: Warto więc było zwlec się z wyra grubo przed świtem, zanurzyć się w mroku nocy, podrapać sobie nogi w ciernistych krzewach, które rosną między jakże licznymi w Baganie świątyniami, wdrapać się na taras jednej z nich i… czekać tam na wschód Słońca.
Mówisz, że oszołomił Cię ten obraz. Lecz zobacz co przed moimi oczami objawiło się w tym samym miejscu jakieś pół godziny później (wrażenie cokolwiek surrealistyczne):”

 .

balony nad Baganem

Balony nad Baganem

.

Słowianka Edyta: Warto więc było zostać na tym tarasie kolejne godziny aby sprawdzić co jeszcze ten dzień przyniesie. Piękny świat, dobrze, że to właśnie Ty nie przespałeś tego poranka :)”

Ja: Warto było, warto… choć spać się chciało i nie chciało się wstawać. Ale wiedziałem, że jak nie pokonam lenia, to ominie mnie coś niezwykłego. I tak by się stało, bo nigdy bym np. nie zobaczył tego ranka takiej oto scenki przed świątynią, gdzie przeżyłem wschód Słońca:”

.

Na polu pod stupami

Na polu pod stupami

.

A tu jeszcze jedno zdjęcie z tego samego pola:

.

bagańska fura

Birmańska fura

.

Słowianka Edyta: Scenka rodzajowa jak u Chełmońskiego :)”

Bogdan Kwiatek: Tak, to jest właśnie to, o czym wcześniej mówiłem… ewidentnie widać przewagę wschodu nad zachodem słońca! O zachodzie nikt balonami nie lata nad Baganem…”

Ja: Bogdanie, jak widać zgadzamy się często nie tylko w politycznych sprawach. Rzeczywiście, balonem lata się nad Baganem tylko o wschodzie słońca, czego zresztą mogłem doświadczyć także na własnej skórze:”

.

w balonie nad Baganem

W balonie nad Baganem

.

Bogdan Kwiatek: Widzę, ze Bagan rozpracowujesz/aleś ze wszystkich stron i o każdym czasie! Twoja tam wizyta jest jak… stek well done ;)

Ja: „Ech, Bogdanie, czy Tobie wszystko kojarzy się z jedzeniem? ;) „

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE (kliknij na obraz, aby zobaczyć go w pełnym wymiarze)

.

VIRGIN ISLANDS REVISITED

every picture tells a story…

Piekło to inni, pisał Sartre. Ale raj też jest zawsze tam, gdzie nas nie ma. Lecz, podobnie jak piekło, również i raj jest ludzką konstrukcją – bardziej kreowaną w naszej wyobraźni, fantazji i marzeniach, niż istniejącą rzeczywiście w świecie, który uparliśmy się nazywać realnym. Tak naprawdę, raju na Ziemi nie ma. Jest tylko odbicie naszych pragnień i wyobrażeń – zachwyt istnieniem i poczucie piękna… ulotnego jak my sami. Ale przecież to, co prawdziwie odczuwane, jest (staje się) dla nas rzeczywiste – a przynajmniej takie się nam wydaje. Więc jeśli istnieje dla nas piękno, istnieje też i raj.
Takie myśli krążą mi po głowie, kiedy przeglądam zdjęcia, jakie zrobiłem niedawno podczas (kolejnej zresztą – o poprzedniej pisałem TUTAJ) podróży na Wyspy Dziewicze. Oto mała ich próbka. Każde opatruję małym komentarzem – wspomnieniem, opisem… refleksją, jaką ono przywołuje.

(Klikając na zdjęcia, można obejrzeć je w pełnym wymiarze.)

 .

Beach on St. John  (USA Virgin Islands)

Kąpiel w turkusowych wodach (St. John)

.

TURKUSOWY RAJ

Turkusowa woda, plaża, wyspy na horyzoncie… a wszystko to obramowane panoramicznie palmowymi liśćmi. Ładne, ale czy nie ocierające się o banał? Cóż, będąc na tej plaży – i robiąc to zdjęcie – o żadnym banale nie myślałem. A nawet jeśli był to banał (swoją drogą: czy raj nie jest w pewnym sensie banalny?), to… I couldn’t care less – nic mnie w tamtym momencie nie obchodziło oprócz cieszenia się chwilą i całym tym tropikalnym splendorem, który za pośrednictwem wszystkich zmysłów uderzał mi do głowy.
Widzę, że (całkiem przypadkowo) na tym zdjęciu znalazła się Liza (to ta czarna główka, tuż nad wodą, po lewej stronie zdjęcia), nasza znajoma od… kilkunastu minut, która zdradziła nam, że jest z pochodzenia Polką (mówiła do nas w naszym języku), mieszkała w Teksasie, ale tydzień temu przyleciała (do pracy sezonowej) na St. John, i codziennie rano zagląda na tę plażę, aby popływać. Zaprosiła nas do restauracji, w której była kelnerką. Obiecaliśmy, że przyjdziemy i słowa dotrzymaliśmy. Pewnie nagrodą za ową słowność były najbardziej smaczne ryby, jakie jedliśmy podczas naszego trzydniowego pobytu na St. John. (Aaa… muszę jeszcze wspomnieć, że restauracja ta nazywała się – nomen omen – Fish Trap. Polecam.)

greydot.

Kids platying in The Baths - Virgin Gorda

Kids playing in The Baths (Virgin Gorda)

.

KIDS IN THE BATHS

Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na Karaibach – The Baths (czyli Łaźnie). Potężne granitowe głazy (będące pamiątką po wulkanicznej przeszłości wyspy) legły na wypełnionej piaskiem plaży – i zarówno one, jak i sam piasek, swoją strukturę zawdzięczają erozji, która w tym przypadku bardziej jest siłą kreatywną, niż destruktywną (ot, taki naturalny paradoks).
W The Baths palm nie ma zbyt wiele, lecz w wielkiej obfitości rosną tu krzewy, które wszyscy nazywają całkiem adekwatnie seagrapes, czyli „morskimi gronami”. I to właśnie one zwisają niczym baldachim nad miejscem, w którym się skryłem przed skwarem – dzięki czemu mamy u góry zdjęcia piękną ramę z liści przypominających serca i wiszących kiści owoców, które choć przypominają winogrona, to są, niestety, niejadalne – i żadnego wina nie da się z nich zrobić.
Liście seagrapes są prześwietlone słońcem – dlatego mają taki intensywny kolor; na horyzoncie są widoczne jachty, chmurki układają się fotogenicznie na niebie, woda jak zwykle turkusowa a piasek żółty… jednak cały obrazek ożywia dopiero para dokazujących w tej fantastycznej scenerii dzieciaków, których starałem się uchwycić w miarę dynamicznej pozie – co zresztą, (zważywszy na hiperaktywność chłopca i dziewczynki), nie było wcale takie trudne.

greydot.

Ram Head Trail

W drodze na Ram Head w Parku Narodowym Wysp Dziewiczych (St. John)

.

W DRODZE NA BARANIĄ GŁOWĘ

Panorama wyspy dziewiczej Św. Jana – niemalże w całej okazałości. Widać tu całą południową część wyspy – z jej zatoczkami i wzgórzami, a nawet z małym osiedlem domków rozłożonym na zboczu jednego z tych wzgórz. Rzecz się dzieje na terenie Parku Narodowego Wysp Dziewiczych, a konkretnie na szlaku prowadzącym na… Baranią Głowę (Ram’s Head – tak obrazowo nazwano jeden z półwyspów St. John, z wysokim skalnym klifem przypominającym ponoć barani łeb).
Lubię nie tylko kompozycję tego obrazka (falująca linia horyzontu, który tworzą grzbiety wzgórz; Morze Karaibskie wcinające się między ląd zarówno pierwszego, jak i drugiego planu…) ale i kolorystykę, którą „rozmiękcza” tutaj słońce chylące się ku zachodowi, dzięki czemu barwy nie są już tak jaskrawe, a kontrasty bardziej stonowane nadają zdjęciu spokojnej atmosfery dobrze spełniającego się dnia.
Oczywiście – aby mieć jakiś ludzki element w całym tym dzikim, choć przecież relaksującym, pejzażu – poczekałem aż na grzbiet Baraniej Głowy wespnie się grupka piechurów, tym bardziej, że jedna z kobiet tej grupy miała na sobie czerwoną koszulę, która stanowiła niezły akcent w tej malowniczej scenerii. Jednak na pierwszy plan zdecydowanie „wychodzą” tutaj kaktusy organowe, wsparte niejako rosnącymi niżej kaktusami baryłkowymi – każdy z charakterystyczną, czerwonawą główką najeżoną kolcami.
Lekko się zdumiałem, kiedy znalazłem się blisko tych ludzi. Zauważyłem bowiem, że jeden z jej członków, starszy pan, wchodził na tę górę po szlaku pełnym ostrych kamieni i jeszcze bardziej ostrych kaktusów… na bosaka! Fakir jakiś, czy co? – zdziwiłem się w duchu. Jeszcze dziwniej zrobiło mi się na duszy, kiedy się dowiedziałem, że cała grupa zostaje na szczycie Baraniej Głowy do nocy. Spytałem się – po co? Odpowiedziano mi – bo dzisiaj jest pełnia księżyca. Cóż, różne są sekty i różne dziwne się zdarzają w tych sektach zachowania – pomyślałem wtedy. Ale gdy schodziliśmy coraz niżej (nie mieliśmy latarek i chcieliśmy zdążyć zejść ze szlaku przez zmrokiem) spotykaliśmy coraz więcej takich grupek i od pewnej kobiety (z kółkiem hula-hop!) dowiedzieliśmy się, że to taka wyspowa tradycja, i że raczej świecka to jest i całkiem niewinna, bo nie sekciarska zabawa – bez obrzędowych rytuałów i składania krwawych ofiar Bogu Księżyca na Baraniej Głowie.

greydot.

Salmon Beach - Virgin Islands NP (St. John)

Palmy na Salmon Beach (St. John)

.

LIŚĆ ŻÓŁTY NA WIETRZE

Na Plaży Łososiowej (Salmon Beach – nie mam pojęcia, dlaczego tak została nazwana), rosną tylko trzy palmy, ale w bardzo nietypowy sposób: każda jest przegięta ku morzu tak samo (żałuję, że ta trzecia jest tutaj tak mało widoczna) – wszystkie znajdują się w takiej samej odległości od siebie i są tak samo oddalone od wody, tworząc niezwykłe palmowe trio. To zdjęcie jest jednak specyficzne nie tylko dlatego, że ukazuje ten kuriozalny tercet, ale że ukazuje go w cieniu i ukazuje go na wietrze – i to w momencie, kiedy powiew wiatru zawraca jeden z palmowych liści tak, że wypełniła on znaczną część kadru. Na dodatek liść ten nie jest zielony, a żółty – co jeszcze bardziej podkreśla malowniczość tej wyjątkowej chwili.
Palmy palmami, ale to była pierwsza z wielu plaż, które odwiedziliśmy na Wyspach Dziewiczych – i tak się złożyło, że okazała się jedną z tych najbardziej przez nas ulubionych. Bo kiedy zza chmur wyłoniło się słońce, dostrzec można było niewiarygodnie czystą i przejrzystą wodę i chęć zanurzenia się w niej przeważyła u mnie chęć dalszego fotografowania palmowego tria. (To właśnie wtedy spotkaliśmy Lizę  – patrz: wpis „Turkusowy Raj” powyżej.)

greydot.

Little Bay - Vitgin Gorda

Jachty w Little Bay (Virgin Gorda)

.

BIRAS CREEK

Piękny szmaragdowo-turkusowy kolor tej wody w zatoczce, pełen przeróżnych odcieni, a nawet refleksu białych chmur – wszystko podkreślone ciemną tonią o barwie wpadającej w granat i otoczone brzegami, utworzonymi przez zielone wzgórza. Napisałem pod zdjęciem, że jest to Little Bay, ale nie jestem tego taki pewien, bo taką nazwę nosi zatoczka, która jest w pobliżu (skryta za wzgórkiem po lewej stronie obrazka). Natomiast pewien jestem tego, że sfotografowałem ten widok z tarasu jednego z najdroższych resortów na wyspie: Biras Creek Resort, który z ciekawości przyszliśmy obejrzeć, po zjedzeniu lunchu w pobliskiej Kafejce Tłustej Dziewicy (Fat Virgin Cafe), ponoć najlepszej restauracji na wyspie, która okazała się być dość skromnym baraczkiem z kilkoma zbitymi z surowych desek stołami, pomalowanymi na krzykliwe, jaskrawe kolory (ryba była, owszem, dobra, ale nie rewelacyjna – i na pewno wcześniej zamrożona, co odbierało jej status świeżej, a chyba nawet i lokalnej ryby).
Ale warto było tutaj przypłynąć łódką (do tego miejsca bowiem nie prowadzi żadna droga lądowa), by zrobić to zdjęcie, jedno z moich ulubionych, wcale nie tak typowych dla Dziewiczych Wysp, choć ukazujących nieodzowny ich element – jachty.
Na resort Biras Creek rzuciliśmy tylko okiem (jak również na astronomiczne ceny: od $600.00 za noc); spotkaliśmy kilku znudzonych wszystkim resortowiczów, którzy nie odzywali się do siebie – ani tym bardziej do nas – ani słowem, być może przytłoczeni własną wyjątkowością i snobistyczną ekskluzywnością miejsca. Sztywniaki. Ale już zupełnie inna była tubylcza obsługa owego „luksusu” – czarny pan na traktorze, którego śpiew usłyszeliśmy już z daleka; czarna pani, z którą wracaliśmy łódką-promem na drugi kraniec zatoki (moja żona dostała od niej przepis na pyszne curry).
I jeszcze ciekawostka: na horyzoncie dostrzec można Mosquito Island – wyspę, którą Richard Bronson kupił w 2007 roku za 10 mln. funtów, i na której chce teraz zakładać swoje prywatne ZOO. (Nota bene, jest on również właścicielem dwóch innych wysp należących do archipelagu Virgin Gorda).

greydot.

Virgin Islands NP (St. John)

Zmierzch nad Salt Pond Bay (St. John)

.

JACHTY O ZMIERZCHU

To zdjęcie wyróżnia się wśród innych dzięki swojej monochromatyczności, której sprawcą jest zmierzch. Monochromatyzm jest na kolorowych Wyspach Dziewiczych swego rodzaju anomalią, ale i pewnym wytchnieniem od barwnego rozpasania jakie cechuje karaibski pejzaż – chociaż, mimo wszystko, jego dominującym kolorem jest niepokalana niebieskość wody i nieba, jak również tropikalna zieleń. Nie tutaj i nie w tym momencie.
Jachty przycumowane są w Zatoce Słonego Stawu (Salt Pond to sporej wielkości jeziorko usytuowane na mierzei dzielącej zatokę i Ocean –  w momencie robienia zdjęcia znajduje się on za moimi plecami). Ich załogi ułożyły się już pewnie do snu. Jachty sprawiają teraz wrażenie bezludnych, ale parę godzin wcześniej, kiedy wybieraliśmy się stąd na Baranią Głowę (patrz: wyżej), na każdym z nich ktoś się kręcił po pokładzie, albo wylegiwał na pontonie obok.
Lubię srebrzyste refleksy, które tutaj widać. Zresztą, widoczne są one nie tylko na wodzie, ale i na piasku, którego jaśniejsze pasmo obramowuje niejako zatokową wodę (musiałem utrafić ze zwolnieniem migawki na moment cofania się fali – inne zdjęcia, które wówczas zrobiłem, tego efektu nie mają i wyglądają przez to bardziej ubogo, choć równie dekadencko i ezoterycznie).

greydot.

Yocgts in the Baths - Virgin Gorda

Głazy w The Baths (Virgin Gorda)

.

GŁAZY W KAPIELI

The Baths raz jeszcze. Tutaj: z jeszcze większym rozpasaniem kształtów, faktur i kolorów – ziemia, woda, powietrze w chromatycznej i formalnej unii; pierzaste chmury sunące po niebie, które bez nich byłoby nudne; przejrzysta czysta woda obmywająca porośnięte żółto-zielonymi glonami głazy; fragment piaszczystej plaży, a na horyzoncie – ustawione w rządku jachty i katamarany, które zwinęły żagle i kołyszą się teraz nad głębią kryjącą koralowe rafy.
Lecz, mimo tego lenistwa łódek, zdjęcie to – jak na moje oko – ma w sobie wielką dynamikę. Może to skutek pamięci tego momentu zakodowanego w jakimś zakamarku mojego mózgu – wspomnienia chwili, w której zadziwiło mnie to widowisko pełne ruchu fal, bryzy smagającej twarz i migotliwych promieni słońca zaglądających mi w oczy

greydot.

Na hamaku w Mango Bay Resort (Virgin Gorda)

Na hamaku na plaży w Mahoe Bay (Virgin Gorda)

.

NA HAMAKU

Hamak to nie jest moje ulubione miejsce wypoczynku, ale nie wszyscy tak mają ;) Zdjęcie to ma bardziej prywatny charakter (bo widać na nim Anię) a jednak zdecydowałem się go tutaj przedstawić, bo ukazuje też jedno z najbardziej malowniczych miejsc na wyspie: plażę, nad którą leży Mango Bay Resort oraz samą Zatokę Mahoe – widzianą z bliska.
Kompozycję zdecydowanie urozmaicają rosnące tuż nad wodą tropikalne drzewa, do których przymocowany jest hamak – kadrujące niejako widok na wodę zatoki, oddzieloną od nieba siną linią horyzontu. Całość urozmaica jasno-brązowy wtręt trójkąta płóciennego spłachetka. Dużą rolę odgrywa tu również cień – jakże pożądany w spiekocie leniwych południowych godzin.

greydot.

Mango Bay Resort, Virgin Gorda (Brytyjskie Wyspy Dziewicze)

Wśród zielonego szaleństwa w Mango Bay Resort (Virgin Gorda)

.MA

ORGIA ZIELENI

Zieleń jest tutaj niemal orgiastyczna – w takiej oto scenerii zanurzeni byliśmy przez siedem nocy i dni – nie licząc codziennych wypadów na zwiedzanie wyspy. Słusznej wielkości bungalow, w którym spaliśmy (lub usiłowaliśmy spać przy dźwiękach stworzeń wszelakich zamieszkujących okoliczną gęstwinę, uaktywniających się w nocy i dających dowód swego istnienia dźwiękami przeróżnymi i o różnym natężeniu), widoczny jest częściowo z tyłu – wśród palm i krzewów, osłaniających od słońca jego ściany i patio z grillem, na którym pichciliśmy czasem naszą kolację. A na drugi dzień nie było nic bardziej ożywczego, niż szklanka zimnego pomarańczowego soku.

greydot.

Raj bez retuszu - Mahoe Bay widziana ze wzgórza   (Virgin Gorda)

Raj bez retuszu – Mahoe Bay widziana ze wzgórza (Virgin Gorda)

.

MAHOE BAY

A oto „nasza” zatoczka i „nasza” plaża – w pełnej swojej tropikalnej krasie. A wśród bujnej roślinności tropików: domki, z których jeden był „naszym” domkiem przez cały tydzień (tyle bowiem czasu spędziliśmy na Virgin Gorda – jednej z pięciu Wysp Dziewiczych, które odwiedziliśmy tym razem). Muszę się przyznać, że pierwszy raz zdarzyło mi się wrócić dokładnie do tego samego miejsca – w Mango Bay Resort byłem dokładnie przed sześcioma laty. Resort to jest dość myląca nazwa – bo MBR to jest zbiór małych willi otoczonych tropikalnym ogrodem – w jego obrębie nie ma żadnych sklepów, salonów, restauracji, biur obsługi turysty… jest za to pełna prywatność (drzwi nie zamyka się tutaj na klucz!), domowa, luźna atmosfera – bez tłumów, gwaru – całego tego szumu jakim cechują się (zazwyczaj mamucie) ośrodki all inclusive. Akurat to, że w MBR wszystko (z wyjątkiem kajaków, sprzętu do nurkowania i wygodnych apartamentów mieszkalnych z własną kuchnią) jest all exclusive, bardzo mi odpowiadało.
Patrząc na to zdjęcie, trudno jest chyba się dziwić, że chciałem nad Zatokę Mahoe (do dzisiaj nie wiem, czy mahoe w którymś z lokalnych narzeczy oznacza mango) powrócić. Dla mnie jest to jedno z najpiękniejszych – nota bene: jeszcze nie stratowanych turystycznie – miejsc na Karaibach. Jak długo takie pozostanie? To wszystko zależy od tego, czy władze wyspy pozwolą na zabudowę okolicznych wzgórz – do tej pory dzikich i nie zagospodarowanych.
Codziennie rano, tuż po wschodzie słońca, jeszcze przed śniadaniem, wchodziłem do tej wody przy jednym końcu zatoki, płynąłem na drugi – i z powrotem. Kiedy był przypływ, płynąłem na przełaj, kiedy był odpływ – bliżej brzegu, by nie podrapać się i nie poobijać o skryte pod wodą rafy koralowe (to są właśnie te ciemne plamy na środku zatoczki), swoją drogą nadal pełne życia i podwodnych kolorowych stworów, które można zobaczyć pływając ze zwykłą maską snorkel. Rytuał ten powtarzał się późnym popołudniem (bo kiedy słońce było wysoko na niebie, trzeba się było chronić – najlepiej z książką – w cieniu).
Zdjęcie przedstawia Mahoe Bay niczym z lotu ptaka, dzięki czemu widać dobrze topografię całego terenu i wyspy – z plażą Savannah w oddali i wzgórzami, za którymi kryje się portowe miasteczko Spanish Town. Wody zatoki osłonięte są od wiatru i pełnego morza, dlatego woda jest tutaj bardzo spokojna, z łatwością więc można w niej pływać. A kto pływać nie chce, to może sobie pospacerować po piasku – jak widoczny na obrazku mężczyzna z dzieckiem – dwie małe sylwetki dostrzec można na plaży, w miejscu gdzie rozbijają się o brzeg białe, spienione fale.
Widać też – już z bliska – endemiczną florę: to te zielone zarośla na pierwszym planie – kaktusy, oleandry, hibiskusy, agawy… odcinające się od tła szmaragdowej wody.

greydot

Boy with a fish (Virgin Gorda)

Chłopiec z muralową rybą w Spanish Town (Virgin Gorda)

.

BIG FISH

Zatrzymałem się przy tej drodze prowadzącej do szkoły w Spanish Town (pierwszej szkoły podstawowej na wyspie, istniejącej dopiero od 2000 roku), bo chciałem sfotografować murale, jakie namalowano (w ramach akcji urządzonej przez lokalnych artystów, którzy ze sztuką chcieli wyjść do dzieci – czego się dowiedziałem od pewnej kobiety, którą spotkałem wcześniej). Zaintrygował mnie zwłaszcza obraz procesji czarnych niewolników skutych łańcuchami i w założonych na ich karki chomątach, nad którymi widniał napis: „DO YOU REMEMBER THE DAYS OF SLAVERY?” Tak się złożyło, że w tym samym czasie na chodnik wszedł czarny chłopiec, którego sylwetka wpasowała się w sylwetki zniewolonych ludzi, co uderzyło we mnie pewną analogią, ale także tym, iż uświadomiłem sobie przez to cały kompleks zmian, jakie od czasów niewolnictwa zaszły nie tylko w sposobie traktowania ludzi odmiennych rasowo, ale i w mentalności, która mimo wszystko coraz skuteczniej wypiera rasizm z głów ludzi uważających się tak niedawno za rasę panów. Wprawdzie właścicielami resortów, hoteli, restauracji – wszystkiego, co przynosi na wyspie większe dochody – nadal są biali, ale jest to bardziej sprawa nierówności materialnej, niż rasowej, bowiem Wyspy Dziewicze wydają się być zupełnie pozbawione rasowych antagonizmów: ludzie są przyjaźni, spokojni, pogodni i ufni.
Dlatego też tego czarnego chłopca przedstawiam tutaj z wielką kolorową rybą, bo to ona wydaje mi się być bardziej adekwatnym komentarzem do współczesności, niż ponury obraz nieszczęśników prowadzonych na targ niewolników. Rybka na seledynowym tle jest ładna, kolorowa i jasno oświetlona. Z tą feerią kolorów i światła mocno kontrastuje profil chłopca, którego ręce wydają się trzymać wielgachną rybę za ogon.

greydot.

Człowiek z muszlą - St. John (USA Virgin Islands)

Człowiek z muszlą – i dredami (St. John)

.

CZŁOWIEK Z MUSZLĄ

Stał ze swoimi muszlami przy wejściu na jeden ze szlaków w Parku Narodowym Wysp Dziewiczych na St. John. Native son – mieszka na tych wyspach od ponad 50 lat, i być może dlatego jego twarz – a zwłaszcza oczy – były takie pogodne. Rozmawialiśmy cały kwadrans – człowiek otwarty par excellance – po kilku zdaniach mieliśmy wrażenie, że znamy go od dawna. Chętnie pozował do zdjęć (obiecałem wysłać mu najlepsze – niestety, zawieruszyła mi się gdzieś jego wizytówka, nad czym szczerze boleję), rozplótł nawet specjalnie dla nas te swoje długie na parę metrów dredy, które hoduje już od kilku dekad. Co jakiś czas dął w jedną ze swoich najpiękniejszych i najdźwięczniejszych muszli, a echo odpowiadało mu wdzięcznie (a może był to ktoś, kto właśnie zrobił u niego zakupy?)
Spotkani przygodni ludzie. To oni „uczłowieczają” niejako nasze podróże – związują nas z odwiedzaną przez nas ziemią, pozbawiając ją przy tym pewnej „nieludzkiej” anonimowości. Bo każdy kraj to nie tylko obszar zamknięty w sztucznych zazwyczaj granicach, ale przede wszystkim zamieszkujący ten kraj ludzie.
Z kilkunastu zdjęć jakie zrobiłem Człowiekowi z Muszlą wybrałem to, bo ma chyba najlepszą kompozycję, jest ponadto zrównoważone walorowo i kolorystycznie. Ukazuje profil nie tylko twarzy, ale i muszli – więc oba te profile nawzajem jakby się uzupełniają, tworząc na dodatek pewną ciągłość – stając się czymś jednym. Słońce oświetla głowę od góry i z boku, ale od przeciwnej strony, igrając na kręconych włosach i prześwietlając muszlę, dzięki czemu materia z jakiej zbudowani są człowiek i muszla staje się lekka, a całość nabiera pewnej ezoteryczności. Komplementuje się też róż perłowej masy z różowymi paznokciami człeka, ale i z brązową skórą autochtona oraz białym barankiem jego siwiejących włosów. Ciekawa jest piramida brody – przedłużona trójkątem załamania się w łokciu ręki i ramienia. Niebieskawa biel koszuli tworzy kontrast z ciemną zielenią tła – ewidencją bujnej roślinności wegetującej na wyspie.

greydot.

White Bay Beach - Jost Van Dyke   (British Virgin Islands)

Iluminacje na plaży w White Bay (Jost Van Dyke)

.

PLAŻOWA ILUMINACJA

Plaża na małej, urokliwej wysepce Jost Van Dyke, będącej częścią Brytyjskich Wysp Dziewiczych, słabiutko zaludnionej, lecz z zatoczkami zawsze pełnymi jachtów – słynąca nie tylko z widocznej na zdjęciu White Bay Beach (uznawanej za jedną z najpiękniejszych plaż Karaibów – a przez to i świata, bo na Karaibach są chyba jednak najpiękniejsze plaże na świecie), ale i najbardziej hucznego karaibskiego Sylwestra, kiedy spływają tu tysiące żeglarzy, by balować w temperaturze 35 stopni Celsjusza, na żółtym i gorącym piasku, pod zieloną i szeleszczącą na wietrze palmą, nad ciepłą wodą i… wśród usianych wzdłuż plaży barów serwujących między innymi popularne wśród drinkujących imprezowiczów cocktaile, zwane obrazowo, sugestywnie ale i terapeutycznie pain killerami (tutejsza specjalność).
Pora jest wczesna, więc nie ma jeszcze tłumów, słońce jednak stoi już wysoko na niebie, świecąc bardzo jasno – kąpiąc w swych promieniach plażę, zacumowane na zatoczce jachty i katamarany, jak również nielicznych plażowiczów, przymierzających się co rusz do plażowania, kąpieli, pływania i ogólnego relaksu.
To ujęcie jest dla mnie ciekawe nie tylko tematycznie, ale i kolorystycznie, bo zrobione pod słońce, co nadaje całości właśnie taki iluminacyjny efekt – kolory są rozjaśnione, ale nie przejaskrawione, dzięki temu rzeczy zachowują wyraźne, może nawet ostre kontury, tworząc kontrast z bladoniebieską plamą nieba i wody, tudzież z czystą piaskownicą brzegu. Więcej światła nie potrzeba.

greydot.

Foxy Boss on Jost Van Dyke (British Virgin Islands)

Legendarny Foxy ze swoją wysłużoną gitarą (Jost Van Dyke)

.

FOXY Z JOST VAN DYKE

Bard Karaibów, o którym wiedzą wszyscy szwendacze po antylskich wyspach, plażach i zatoczkach: Philicianno Callwood, zwany i znany wszem i wobec jako Foxy. Swój pierwszy kram na Jost Van Dyke rozłożył jeszcze w latach 60-tych (parę desek podpartych kołkami), dzisiaj jego małe imperium to sporej wielkości bar (wraz z jadłodajnią i sklepem) Tamarind, rozłożony w jednym z końców plaży w Great Harbour (głównego portu małej skądinąd wysepki, której nazwa upamiętnia jakiegoś pływającego draba – pirata sprzed wieków) i dwie restauracje na wyspie, z których jedna nosi wdzięczną nazwę Foxy’s Taboo. Foxy jest teraz (jak podejrzewam) bogatym człowiekiem, ale nadal chodzi boso i często zabawia gości (i siebie) grając na gitarze i śpiewając dowcipne, często sprośne (i właśnie naruszające taboo) piosenki, z których każda jest czymś w rodzaju miniaturowej opowieści… z humorem kąsającym różne absurdy i absurdziki tego świata. Całego świata. Bo należy podkreślić, że Foxy jest człowiekiem (pełną gębą) światowym, o czym świadczą nie tylko fotografie zdobiące jedną ze ścian jego baru, ale i wykonywane przez niego śpiewne opowiastki, w których wspomina on swoje spotkania z różnymi możnymi tego świata (i nie wszystkie z nich są zmyślone!)
Występy Foxy’ego odbywają się na pełnym luzie, gdzie popadnie, sporo w nich improwizacji i interakcji z nadchodzącymi co rusz (i odchodzącymi – nikt tu nikogo na siłę nie trzyma) bardziej lub mniej przypadkowymi słuchaczami… A i widzami, bo Foxy (mimo 80-ki na karku) pełen jest czegoś w rodzaju… błazeńskiej dynamiki – gestykulacji i póz przypominających trochę lunatyka (czyt. lekkiego wariata). I choć nie wszyscy rozumieją wszystko co Foxy śpiewa – czy też deklamuje – ale zaśmiewają się już wszyscy… i to zaśmiewają szczerze, nawet przed uraczeniem się słynnym (nie tylko na JVD), wspomnianym już przeze mnie drinkiem zwanym adekwatnie painkillerem.
Przysiadłem obok Foxy’ego na dobrą chwilę (nie spodziewając się nawet, że go tu zastanę). Pozerem… sorry… pozującym do zdjęć też okazał się całkiem niezłym, ale do pokazania Wam wybrałem jedną ze spokojniejszych póz Lisickiego – darując sobie tę z zadartymi przez niego do góry łap… nogami. Poza spokojna, ale z promiennym uśmiechem – z pogodą kogoś, kto znalazł dla siebie perfekcyjne miejsce w świecie – na granicy żartu, przy plaży ze złotym pisakiem i lazurową wodą.
A na koniec: jedna ze zwrotek wierszyka, którego bohaterem (lirycznym) jest Foxy, znaleziona przeze mnie w internecie (tutaj):

This barefooted man with the saucer eyes
just loves to sing, while cracking wise.
With his big bowl chest and engaging grin,
Foxys’ never afraid to go out on a limb.

Czyli (mniej więcej):

Ten bosonogi facet z oczami jak spodki
uwielbia śpiewać szelmowskie zwrotki.
Z torsem wielkim jak micha i niewąską miną
sprawia, że twoje troski natychmiast giną.

greydot.

The Baths Big Splash (Virgin Gorda)

Uciekając przed tsunami w Spring Bay (Virgin Gorda)

.

UCIECZKA PRZED TSUNAMI

Z tym tsunami to oczywiście żart, choć wszędzie tam gdzie jest ocean – gdzie są wulkany i trące się o siebie płyty tektoniczne (a wszystko to dotyczy przecież także Karaibów) – niebezpieczeństwo katastroficznego tsunami istnieje, więc na Wyspach Dziewiczych spotkać można tablice ostrzegawcze, wskazujące drogę ewakuacji na wypadek Wielkiej Fali. Moja żona ucieka więc przed falą nie aż tak wielką, ale ciągle sporą, by rzuciła kobietą o piach i kamienie. Rzecz się dzieje we wspomnianych już The Baths, wczesnym rankiem (byliśmy wówczas na tej plaży praktycznie sami, nie licząc jednego kudłatego towarzysza) – przejrzyste, rześkie powietrze, lekka bryza znad oceanu, fale bijące o głazy i przyjemnie operujące słońce, jeszcze nie tak rozgrzane, jak to będzie miało miejsce za kilka godzin – w samo południe.
O tym, że jest to plaża oblegana przez tłumy (o pewnej porze dnia, kiedy do Virgin Gorda przybijają pełne jednodniowych turystów promy z innych wysp), świadczą tysiące śladów bosych stóp na piasku, pozostawione tutaj poprzedniego dnia. Tam, gdzie plaże obmywa woda porannego przypływu widać tylko „piętaszkowe” ślady nasze (i zabłąkanego skądś psa, który nam wtedy towarzyszył) – ich żywot będzie wszak krótki. Światło słoneczne nie jest jeszcze tak ostre, więc skały oświetlone są miękko (w ten oto sposób obraz broni się przed jaskrawością), choć oczywiście rozświetla już mocno grzywy fal rozpryskujących się o twardą powierzchnię gigantycznych głazów. Mimo wszystko głównym aktorem (statystą?) są tutaj owe wielkie kamienie, stojące jakby na granicznej straży między Oceanem a wyspiarskim lądem – i to one właśnie sprawiają, że obraz tej plaży jest doprawdy niezwykły, unikalny w globalnej nawet skali.

greydot.

sunset2

Karaibski zachód Słońca nad Antylami (Virgin Gorda)

.

CARIBBEAN SUNSET

Słońce już zaszło, ale często właśnie w tym momencie zaczyna się najpiękniejszy spektakl na niebie – bowiem światło Wielkiej Ognistej Kuli, Matki i Ojca Naturalnego wszystkiego, co żyje na Ziemi, Olbrzymiej Lampy Pana Boga, nie daje jeszcze zanurzyć się w czerni chmurom, choć te, które są najbliżej nas, nabierają już dramatycznie granatowej ciemni, dzięki czemu lepiej widzimy ich postrzępione, zmieniające się z każdą chwilą, kształty. Chmurki znajdujące się wyżej wydają się być bardziej uporządkowane, tworząc coś w rodzaju okresowych zgęszczeń, zaś te, które są dalej, mienią się jeszcze różem, purpurą i złotem, kładąc się równolegle do horyzontu, co bardzo różnicuje fakturę i chromatykę obrazu ukazującego kolejny, odprawiający się każdego dnia globalny cud zachodzącego Słońca.
Oglądałem to widowisko z tarasu Mine Shaft Cafe (zwanej tak w związku z kopalnią miedzi, której ruiny znajdują się nieopodal) w towarzystwie… (nie licząc mojej żony, muzyka rozkładającego swoje klamoty i pary młodych ludzi, którzy zabierali się właśnie za konsumowanie swoich… a właściwie… wieprzowych żeberek) kur, które mają tutaj zwyczaj włażenia na jedno z pobliskich drzew dokładnie w momencie schowania się Słońca za horyzont, i moszczenia się wśród jego gałęzi do snu (historia z tymi kurami warta jest osobnej opowieści).
Pół dzikie ptactwo domowe zasnęło, a dla nas zaczął się kolejny ciepły wieczór na wyspie – z lampką czerwonego wina, przy dźwiękach muzyki i owadziej orkiestry, usadowionej gdzieś obok w tropikalnym gąszczu drzew i kołyszących się od lekkiej bryzy zaroślach.

greydot.

Więcej karaibskich obrazów obejrzeć można na stronie mojego bloga fotograficznego, TUTAJ.

.

.

KOSZ OD KWIATKOWSKIEJ, BASIA, JOASIA I DYLAN…

ze wspomnień wywiadowcy

Wielu artystów zjeżdża nam z Polski do Chicago. Czasem są oni sprawcami wydarzeń, co do których nie można mieć żadnych wątpliwości, jeśli chodzi o kunszt, autentyzm, zaangażowanie i solidność wykonania. Niestety, są też takie, które sprawiają wrażenie kolejnej kwesty zasilającej ubożejącą kiesę artystów w tych ostatnich przemianach często dziwnych i ogólnej pauperyzacji środowisk twórczych w kraju. Chociaż znaleźli się również i tacy, którzy uważali, że przyjeżdżając do Ameryki, nie tylko, że nie zarabiają, ale i dokładają wprost do interesu: ot, taka charytatywna wycieczka kupiecko-krajoznawcza, która czasami, po cichu, nazywana jest po prostu chałturą.

Bob Dylan, Grażyna Szapołowska, Basia Trzetrzelewska, Joanna Trzepiecińska, Irena Kwiatkowska - ze wpsommnień wywiadowcyNie chciałbym jednak, żeby to, co przed chwila napisałem, odnosić do programu „Gwiazdy piosenki kabaretowej”, który pojawił się w listopadzie tego roku* w Chicago. Choćby dlatego, że jego wykonanie – choć miejscami nierówne – to jednak w ogólnym wrażeniu satysfakcjonujące. A brali w nim udział artyści z polskiej czołówki estradowo-filmowo-teatralnej, z których większość to przecież kawał historii polskiej rozrywki: Irena Kwiatkowska, Grażyna Szapołowska, Wojciech Młynarski, Wiesław Gołas; a także pokolenie młodsze: Joanna Trzepiecińska, Zbigniew Zamachowski, Piotr Machalica… Jako wywiadowca, nie mogłem takiej okazji przepuścić. Wziąłem więc „namiary” na Grażynę Szapołowską. Powody? Kiedy pojawiła się na scenie, na widowni rozległo się głębokie westchnienie – i to nie tylko wydobywające się z męskich piersi. To zadecydowało. Poza tym, ta aktorska przeszłość Grażyny i fama polskiej sex-bomby. Przy najbliższej sposobności więc, zadzwoniłem do hotelu w Bensenville, gdzie organizatorzy ulokowali cały zespół. Myślałem, że połączono mnie z pokojem Szapołowskiej:
Ja:
– Dobry wieczór. Nazywam się Stanisław Błaszczyna. Czy mógłbym rozmawiać z panią Szapołowską?
Głos w słuchawce:
– Czy to Filip?
– Nie, Stanisław. Czy to pokój Grażyny Szapołowskiej?
– Ale czy Filip?
– Nie, nie Filip. Czy rozmawiam z panią Ireną Kwiatkowską? (Trudno nie rozpoznać głosu pani Ireny – przyp. StB)
– Tak, Kwiatkowska. A kto pan jest, jak nie Filip?
– Piszę do chicagowskich gazet. Chciałbym przeprowadzić z panią wywiad.
– Ale Szapołowskiej nie ma.
– Jednak mi zależy również na wywiadzie z panią.
– To niech pan zadzwoni do Szapołowskiej.
– Chciałem obie panie prosić o rozmowę.
– Szapołowska tu nie mieszka.
– Najmocniej przepraszam, ale widocznie pan Zamachowski podał mi zły numer telefonu. Myślałem, że dzwonię do pokoju, w którym mieszka pani Szapołowska.
– Niech się pan nie tłumaczy i dzwoni do Szapołowskiej.
– Ale mnie naprawdę zależy na spotkaniu z panią.
– Dzisiaj już miałam 50 wywiadów i nie chcę więcej.
– To może jutro lub pojutrze znajdzie pani dla mnie chwilę?
– Nie znajdę!
– W takim razie bardzo mi przykro. Przeprasza, że niepokoję. Jest pani pierwszą osobą, która mi odmówiła wywiadu.

***

W taki oto sposób dostałem „kosza” od Ireny Kwiatkowskiej.
Chwilę później zorientowałem się, że jednak popełniłem nie tylko faux pas, ale i małe kłamstwo. Parę lat wcześniej nie udało mi się także namówić na dłuższą rozmowę Basi Trzetrzelewskiej. Choć nie było to chyba skutkiem jej niechęci, ani też złej woli. Przyczyny były bardziej natury techniczno-sytuacyjnej. Otóż po bardzo udanym koncercie Trzetrzelewskiej w Chicago Theatre, gdzie olbrzymią, prestiżową w mieście salę wypełniły po brzegi tysiące amerykańskich fanów naszej artystki, poszedłem za kulisy, by się z nią spotkać, pogratulować świetnej formy i namówić na wywiad. Basia była szczęśliwa, zachwycona reakcją publiczności i bardzo miła, ale niestety zwróciła mi uwagę, że to już pierwsza po północy, sama pada ze zmęczenia, a jutro rano jedzie na następny koncert do Indianapolis.
– To może choćby kilka słów – nalegałem.
Na co Basia:
– Proszę zostawić mi pański numer telefonu. Zadzwonię jutro do pana.
W to, że Basia do mnie zadzwoni nie wątpiłem, powiedziałem jej jednak, że niestety już jutro rano wylatuję na Florydę i nie znam jeszcze nowego numeru telefonu.**
– To w takim razie dam panu telefon do mojego studia w Londynie. Proszę zadzwonić za jakieś trzy tygodnie, to sobie porozmawiamy – powiedziała Basia i zapisała numer na moim koncertowym programie.
A jakże, dzwoniłem później z Miami do Anglii kilka razy, lecz zawsze trafiałem na maszynę. Raz jednak odebrała jakaś panienka i poinformowała mnie, że artystki nie będzie w domu przez dłuższy czas, i że zmieniła plany. Wreszcie w mojej redakcji zdecydowano się na jakiś przedruk (obiecanego już wcześniej) wywiadu.
Napisałem wtedy recenzję z tego koncertu, okraszonego w „Relaxie” zdjęciem, na którym osoba mi towarzysząca uwieczniła moment mojego przystąpienia do Basi, przedstawienia się i propozycji. Widać na nim kawałek mnie – wywiadowcy, oraz w pełnej krasie rozpromienioną Basię – roześmianą od ucha do ucha, z obiema rękami w górze a pod zdjęciem podpis: „Basia z radością przyjmuje propozycję udzielenia wywiadu naszej gazecie”. Miała to być odpowiedź redakcji (nie przeczę: nieco złośliwa) na famę, że Basia z reguły bardzo niechętnie traktuje Polonię i w zasadzie jej unika.

***

Mniej więcej w tym samym czasie – bodajże tydzień wcześniej, również w Chicago Theatre – miał miejsce koncert Boba Dylana. Pomyślałem: dlaczego nie spróbować? Spotkać się z człowiekiem, którego wielu uważa za żyjącą legendę, za kogoś kto kształtował pewną epokę… To mogła być prawdziwa gratka wywiadowcza.
Pomysł był zupełnie realny. Wiedziałem, że trzeba to przygotować na parę tygodni wcześniej. Wszedłem więc w kontakt z dyrektorką programową Chicago Theatre, jak również z samym kierownikiem trasy koncertowej Dylana (oczywiście przy wsparciu mojej redakcji), który powiedział, że naturalnie jest to możliwe, że porozmawia z menedżerem Dylana i ustalimy jakiś termin.
Wypadało więc przypomnieć sobie twórczość „barda Ameryki”. Przygotowałem sporo kwestii do poruszenia i tak uzbrojony w determinację, pojechałem do downtown.
Niestety, ludzi, z którymi wcześniej rozmawiałem, jakby wymiotło – ani dyrektorki, ani kierownika, ani menedżera… Za kulisy nie było wstępu. Koncert zaczął się opóźniać. W końcu zjawili się jacyś muzycy, podszedłem do jednego z nich i powołując się na wcześniejsze ustalenia (i nazwiska), wręczyłem mu list polecający z redakcji z prośbą o przekazanie menedżerowi.
Wreszcie, po dobrej godzinie koncert wystartował: na scenę wtoczył się mało przytomny Dylan i zaczął coś tam mamrotać pod nosem (nie przesadzam – to było właśnie mamrotanie – taki był wówczas styl śpiewania Boba). To nie był ten sam człowiek, którego znałem z „Highway 61 Revisited”, „Blond on Blond”, „John Wesley Harding”, „Blood on the Tracks”, „Slow Train Coming” czy „Desire”. Niestety. Zupełnie zwątpiłem w powodzenie mojej misji wywiadowczej. Jakimś cudem Dylan nie tylko dotrwał do końca koncertu ale i zaczął bisować. Po pierwszym wszak bisie na estradę wkroczył rosły osobnik i dosłownie zwinął brutalnie „barda”, który i tak pewnie mało rozumiał z tego, co sie wokół niego działo – z zamkniętymi oczami, na chwiejących się nogach, przygarbiony, ze zmierzwionymi włosami i głębokimi bruzdami wokół ust… Budził raczej współczucie. Nie zwlekając, zapakowano Boba do samochodu i odjechano czym prędzej w nieznanym kierunku. Z takim obrotem sprawy mogłem się jednak liczyć. Nawet jeśli Dylan zgodziłby się na wywiad (zakładając, że byłby w stanie go udzielić), to na zasadzie eksperymentu i ciekawostki, gdyż z tak egzotycznego kraju, jakim niewątpliwie jest dla niego Polska, nikt nigdy go chyba jeszcze nie nachodził (po raz pierwszy Bob Dylan nad Wisłę zawitał dopiero trzy lata później).

***

Wróćmy jednak do kosza od Kwiatkowskiej. Tak więc, wyszły nici z wywiadu z „kobietą pracującą, która żadnej pracy się nie boi”, ale jak widać, wywiadów udzielać nie chce i obrusza się, że jej głos pomylono z głosem Szapołowskiej, i że do tej ostatniej dzwoni się przed nią. (Rzywiście, jak to się mogło zdarzyć! Sam do tej pory nie wiem.)
Jednak naprawdę żałowałem, że nie spotkałem się wówczas z panią Ireną. Niestety, nie spotkałęm się również z Grażyną Szapołowską, a na wywiadzie z nią mi zależało, zwłaszcza po tym, kiedy natknąłem się na rozmowę z aktorką, opublikowaną w polskim „Playboy’u”. Usiłowałem jeszcze skontaktować się z nią nazajutrz, ale poinformowano mnie, że artystka porwała rano samochód przeznaczony do dyspozycji całej grupy i wszelki ślad po niej zaginął.

Spotkałem się natomiast z Joanną Trzepiecińską, jedną z najbardziej urodziwych przedstawicielek młodego pokolenia polskich aktorek, znanej mi z kilku wcześniejszych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Wywiad ukazał się w prasie polonijnej i nosił tytuł: „URODA NIE JEST WAŻNA”. Trzeba zaznaczyć, że obok tytułu znalazła się podobizna aktorki w stroju nader niekompletnym (ach te koronki, obnażone ramiona, biust, ręka na udzie i wyzywający wzrok… jednym słowem kwintesencja sex-appealu i uderzająca uroda Joasi w pełnej krasie!) Przyznaję, że nieco przewrotne to było zestawienie. I znów parę gromów posypało się na moją głowę wywiadowcy-zbereźnika ze strony Szanownych Czytelniczek (bo jednak nie Czytelników). Ale mam nadzieję, że przeczytały one przynajmniej wywiad, w którym pani Joanna powiedziała parę interesujących rzeczy, a w dodatku zrobiła to inteligentnie i rozsądnie.
Wśród tematów, nie można było jednak nie wspomnieć o tym, co biło wprost w oczy – o urodzie aktorek. Na ile jest ona ważna w karierze?
– Moim zdaniem uroda wcale nie jest tak ważnym czynnikiem w aktorstwie. Naprawdę, proszę to potraktować całkiem serio. Nie ma kanonu urody dla aktorki – stwierdziła Trzepiecińska.
Wskazałem wtedy, że ten komponent erotyczny zawsze był jednak mocny, jeśli chodzi o popularność, a czasem nawet i kult, aktorek. Dawniej gwiazdy ekrany były jednocześnie boginiami seksu. A i dzisiaj eksponuje się także urodę aktorki, szczególnie wtedy, gdy jest co eksponować. I niekoniecznie musi się to nazywać „kupczeniem” ciałem, ani nawet seksizmem. Joanna Trzepiecińska odparła:
– Wszystko zależy od tego, w jaki sposób to się robi, kto to robi i w jakim celu. Jeszcze raz powtarzam: uroda jest w prawdziwym aktorstwie sprawą drugorzędną. A erotyzmu nie należy uważać za domenę diabelską. Ważny jest gust, smak, wyczucie…
Muszę przyznać, iż wahałem się nieco przed zadaniem następnego pytania, którym ryzykowałem nietakt wobec Joanny. Niemniej jednak ośmieliłem się, powołując się zresztą na obce źródło, zapytać:
– Jedna z polskim gazet nazwała panią „pożeraczką serc” i podała – robiąc to dwuznacznie – że w karierze pomogli pani m.in. Jan Englert, Gustaw Holoubek, Piotr Fronczewski, Olaf Lubaszenko, Bogusławem Linda…
Tutaj Joanna Trzepiecińska odparowała:
– Proszę pana, mnie nie interesują plotkarskie tabloidy i brukowce! A takie w naszym kraju również już są. Niestety, przyszła taka moda z Zachodu.

Na zakończenie – gdy zgodziliśmy się z tym, że tak naprawdę nie ma większego znaczenie, gdzie się mieszka – choć, jak zapewniała aktorka, ona nigdy nie chciałaby wyjeżdżać z Polski – usłyszałem od Joanny słowa, które na pewno znalazły aprobatę i rezonans w sercach Czytelniczek (mojej konserwatywnej bądź co bądź, gazety). W Joannie Trzepiecińskiej, kobiecie z krwi i kości, odezwała się także kobieca dusza:
– Dla mnie ważne jest to, z kim się jest, czy się kogoś kocha, czy się ma rodzinę, czy się człowiek czuje szczęśliwy, czy odczuwa satysfakcję… Ważne jest to nasze małe szczęście, które sobie budujemy wokół nas. I to rzeczywiście może być na Alasce, na Grenlandii, jak i w Południowej Afryce.

Amen.

greydot

* Chodzi o rok 1994. Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego” 12 maja, 1995 r.
** Należy pamiętać, że wszystko odbywało się jeszcze w epoce przed-komórkowej (1991 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ

greydot

.

APENDYKS. 

Korzystając ze wspominkowej okazji odgrzebywania moich niegdysiejszych wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury, chciałbym też zamieścić na mojej stronie zdjęcia, które wpadły mi w ręce w czasie przygotowywania tego cyklu. Zdecydowana większość z nich nie była do tej pory publikowana w internecie – jest to to więc ich oficjalna premiera w sieci. Żałuję jedynie, że stanowią one zaledwie małą cząstkę mojego archiwum, które podczas ostatnich dwudziestu lat zostało mocno przetrzebione – wiele zdjęć zaginęło, a te, które się zachowały nie są zbyt wysokiej jakości. Niemniej jednak postanowiłem je odkurzyć i zaprezentować – przedstawiają bowiem postacie wszystkim dobrze znane, również ludziom młodym, choć przynależące raczej do starszego pokolenia, a przy tym takie, które zapisały się już w historii polskiej estrady, filmu, teatru czy piosenki.
Zdjęcia pochodzą głównie z występów polskich artystów w Stanach Zjednoczonych (przede wszystkim w Chicago) w latach 90-tych ubiegłego wieku. Mają więc pewną wartość archiwalną. Być może wzbudzą też sentyment wśród nieco starszych Czytelników Wizji Lokalnej, którzy tu również trafiają, choć niezbyt często zostawiają ślad. Skądinąd wiem, że ten sentyment może być dość silny, bo oto kilka dni temu na Facebookowej stronie fanów Czesława Niemena (i innych, dawnych artystów polskiej estrady) zamieściłem nigdy nie publikowane zdjęcie Niemena, co spotkało się z nadspodziewanie gorącym przyjęciem jego wielbicieli (TUTAJ). To właśnie zainspirowało mnie do zamieszczenia tej galerii, jako załącznika do ostatniego wpisu z cyklu „ze wspomnień wywiadowcy”.

.

Czesław Niemen

Czesław Niemen

.

Michał Urbaniak

Michał Urbaniak

,

Urszula Dudziak

Urszula Dudziak

.

Jacek Kaczmarski

Jacek Kaczmarski

.

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

.

Elżbieta Adamiak

Elżbieta Adamiak

.

Grażyna Szapołowska

Grażyna Szapołowska

.

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

.

Alicja Majewska

Alicja Majewska

 .

© ZDJĘCIA WŁASNE

OBRAZY Z WYPRAWY NA AMERYKAŃSKI ZACHÓD

.

Oto mała próbka zdjęć zrobionych podczas naszej wyprawy na Zachód, której dziennik ukazał się w jednym z ostatnich wpisów TUTAJ. Więcej obejrzeć można na stronie mojego bloga fotograficznego pt. „ŚWIAT W OBRAZACH”, gdzie zamieściłem wybór ponad 70 zdjęć (TUTAJ) ilustrujących naszą szaloną eskapadę po preriach, górach, kanionach i pustyniach amerykańskiego Zachodu. Wprawdzie utrwalony w kadrze obrazek nie jest w stanie oddać całego piękna i niezwykłości miejsc, które udało się nam odwiedzić, to jednak, bez wątpienia, ich naturalna fotogeniczność rzuca się w oczy. By przybliżyć okoliczności i kontekst, każde zdjęcie opatrzyłem krótkim komentarzem.

(Klikając na obrazy, można zobaczyć je w pełnym wymiarze.)

 .

Idaho country - burza nadchodzi (pejzaż jak z malarskiego płótna)

Idaho country – burza nadchodzi

.

FARMA W IDAHO

W drodze z Salt Lake City w Utah do Jackson Hole w Wyoming zahaczyliśmy o „ziemniaczany” stan Idaho. Zostawiwszy w tyle wielką pustynną kotlinę Słonego Jeziora, wjechaliśmy na bardziej żyzną ziemię – mijane farmy zaczęły topić się w zieleni – nie tylko ziemniaczanych upraw. Tuż przed spotkaniem z meandrami Snake River, jeszcze przed ścianą gór Teton majaczących na horyzoncie, natrafiliśmy na burzę, która wprawdzie nie dotknęła nas bezpośrednio, ale dokonała atmosferycznej rewolucji obserwowanej przez nas z pewnego oddalenia, choć z wyczuciem aury przynoszącej chłód i chromatykę jakże różną od szaro-białej aparycji salin i brudno-żółtych piaszczystych równin porośniętych suchorostami i karłowatą krzewiną, jaka towarzyszyła nam w północnym Utah. Na niebie zaczęły się dziać dziwne rzeczy, chmury kłębiły się w zupełnie nieoczekiwanych miejscach, sklepienie zrobiło się niebiesko-popielate, jednak promienie słońca znalazły jeszcze ujście pomiędzy kłębami chmur, oświetlając budynki mijanej przez nas farmy i rozjaśniając falujące morze traw i zbóż, które ją otaczało. Zatrzymaliśmy się przy drodze, by lepiej widzieć ten niespodziewany spektakl na niebie, który właśnie zaczął odgrywać się przed naszymi oczami. Również i po to, by utrwalić z tego, co się da, na fotografii.

Lubię to zdjęcie ze względu na harmonijne połączenie rzadko jednak spotykanej kolorystyki nieba i złamanej zieleni, która pokrywa ziemię  – obraz wydaje się niemal monochromatyczny i stanowi pewien kontrast z barwną krzykliwością, jaka charakteryzuje w wielu rejonach krajobraz amerykańskiego Zachodu. Ma on coś z urody malarskiego płótna – stonowanie i łagodność flamandzkich pejzażystów; przypomina mi też niektóre malunki na porcelanie lub pokrytych emalią metalowych płytkach – pewną ich „gładkość”, swoistą skromność pastoralnej scenerii.

greydot.

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

Na przełęczy w Górach Skalistych (Kolorado)

 .

GÓRY SKALISTE

Także i tutaj niebo jest głównym malarzem pejzażu, z tym że jesteśmy już teraz wysoko w górach. A właściwie – nie tyle niebo maluje ten obraz, co znowu burza.  Góry są to oczywiście Skaliste, co doskonale widoczne jest na pierwszym planie, który wypełnia ruda kamienność zwietrzałego gołoborza, ze skąpą roślinnością alpejskiej tundry, (którą tak się tu nazywa, mimo że daleko stąd zarówno do Syberii, jak i Alp). No i podobny jest efekt z dziurą w chmurach, przez którą przebija się słońce, oświetlające zielone stoki gór na horyzoncie, co stanowi kontrast dla ciemnych zboczy, nad którymi wiszą już ciężkie burzowe chmury. Najważniejszy dla całej kompozycji tej naturalnej sceny jest jednak pierwszy plan – mocna chromatyka granitowego tarasu, który wydaje się prowadzić w przepaść, a jednak daje poczucie solidnego oparcia mimo erozji, będącej skutkiem lejącej się nań wody, smagającego wiatru i próbującego go rozsadzić zimą lodu. W centrum kadru zbiegają się perspektywicznie linie trapezowego występu skalnej tundry i sąsiednich zboczy z jasną smugą światła przecinającego obraz w poprzek – to ta mglista atmosfera wypełniająca bezkres górskiej scenerii. Właśnie w takich momentach czuje się potęgę żywiołów.

greydot.

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

Droga wśród czerwonych skał Sedony w Arizonie

 .

DROGA POD SEDONĄ

Już dzięki temu, że jest to widok przez samochodową szybę, obraz ten nie jest statyczny – nabiera dynamiki, którą podkreśla wijąca się żwirowa droga i czerwone skały, tworzące dziki kanion, którego nie jest w stanie ujarzmić cywilizacyjny wtręt traktu, po jakim jedziemy terenowym SUVem z napędem na cztery koła. Właściwie tylko takim pojazdem można zapuszczać się w dzikie ostępy naturalnego labiryntu, jaki tworzą otaczające Sedonę kaniony, pustynie i skały. Mekka dzieci epoki Wodnika i para-psychologicznych odjazdów filozofii New Age ma godny siebie naturalny entourage – coś jakby przedsionek kosmicznych podróży łączący Ziemię z ekstraterestrialnym Nieznanym – krajobrazową fantazję naszego globu z pozaziemską fantastyką przepastnego Kosmosu i mentalnej fikcji. Żółto-pomarańczowy piasek i żwir (ledwie) utwardzonej drogi, zieleń krzewów i drzew korzystających ze skąpych zasobów wody chwytanej przez kanion, czerwony piaskowiec skalnych ścian i ostańców, niebieskie niebo i białe chmury – to niemal krajobrazowa klasyka północnej Arizony, stanowionej przez płaskowyż, który dwieście kilometrów na północ został wyżłobiony przez rzekę Kolorado, dzięki czemu powstała najbardziej chyba spektakularna i najsłynniejsza dziura w Ziemi – Wielki Kanion.

Zdjęcie nabiera szczególnego charakteru przez to, że obramowane jest okienną konstrukcją, która nie tylko ujmuje w kadr widok, wyłaniający się przed nami w czasie jazdy, ale i umieszcza nas w konkretnej przestrzeni – nadając jej walor nie tylko postrzeganej naoczności, ale i dotykalnej niemal konkretności.

greydot.

Ścieżki w Kanionie Bryce'a (Utah)

Ścieżki w Kanionie Bryce’a (Utah)

.

BRYCE CANYON

Widok ten ma w sobie jakąś ażurowa świetlistość – głównie dzięki biało-różowym wapienno-piaskowym skalnym ostańcom, tak charakterystycznym dla tego przyrodniczego tworu, który bez wątpienia należy do jednego z najbardziej niezwykłych zakątków na naszej planecie. Nazwa tego miejsca to Bryce Canyon – czyli Kanion Bryce’a – pochodzi od nazwiska mormona, który jako jeden z pierwszych pionierów osiedlił się w tym rejonie. Jednakże to, co dla niego było utrapieniem (w skalnym, kolorowym labiryncie gubiły się mu krowy, wiec po jakimś czasie Bryce miejsce to opuścił), dla zwiedzających obecnie ludzi jest przedmiotem niekłamanej admiracji, a niekiedy i zachwytu – który można zrozumieć tylko wtedy, kiedy samemu stanie się na krawędzi owego „kanionu” (piszę „kanion” w cudzysłowiu, gdyż tak naprawdę to, co nazywamy kanionem, jest zerodowaną krawędzią płaskowyżu) lub – jeszcze lepiej! – kiedy zejdzie się wgłąb „kanionu” i uderzy w jeden ze szlaków, które prowadzą wśród jaskrawo-kolorowych skalnych ostańców, wież, szpic i pnących się dziesiątki metrów w górę stromych ścian z czerwonego piaskowca, okraszonego tu i ówdzie wapienną bielą.

Na zdjęciu możemy dostrzec jasną nitkę – to jest właśnie jeden ze szlaków na terenie Parku Narodowego Kanionu Bryce’a (bo taki jest status ochronny tego miejsca). W oddali widzimy zieloną (bo nawodnioną przez farmerów) dolinę, a po prawej stronie krawędź płaskowyżu, (z której nota bene robione jest to zdjęcie) – jeszcze nie zerodowaną… ale to tylko kwestia następnych setek i tysięcy lat. W skali geologicznej naszego globu – bagatela!

greydot.

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów - rezerwat Indian Navaho w Arizonie

Bajeczne pejzaże Doliny Monumentów – Ziemia Nawahów w Arizonie

 .

DOLINA MONUMENTÓW

A to kawałek amerykańskiego Zachodu, który wydaje się być jeszcze bardziej „nieziemski” i odrealniony. Lecz jednak prawdziwy jest on jak najbardziej – a na dodatek: widok ów jest tak dobrze znany z przeróżnych zdjęć i filmów, że stał się on niemal synonimem „westernowej” scenerii – taką ikoną osobliwości krajobrazowych „Dzikiego” Zachodu. I znów ta ceglasta czerwień piaskowców, dominująca pustynny teren, którego wszak krajobrazową determinantą jest szereg „mes”, czyli przypominających olbrzymie pniaki formacji skalnych, które – dzięki chroniącym je przed erozją twardym, bardziej odpornym na erozję czapom – ostały się nieco dłużej i górują teraz nad terenem, nadając mu owej nieziemskiej aparycji.

Oprócz tego, że formy spotykane w Dolinie Monumentów są osobliwe, to jeszcze bardziej ich niezwykłość podkreślona jest – i wydobywana – przez światło, które zmienia się wraz z porą dnia niebywale i wzmaga nie tylko efekt malowniczości Monument Valley, ale i powoduje, że obrazy w Dolinie zmieniają się jak w kalejdoskopie – nie tyle przez zmianę jej materialnych elementów, co chromatycznej wokół nich „aury”.

Po dnie doliny wije się żwirowa droga. Widoczne na niej są samochody – przypominają tu dziecięce zabawki, ale w rzeczywistości przydają się one naszej wyobraźni, bo można wedle nich ocenić ogrom sąsiednich skalnych (po)tworów – uświadamiają nam to, jakie są w tym naturalnym spektaklu proporcje. I właśnie to może zawrócić nam w głowie.

greydot.

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Łuków Skalnych w Utah

Pod Łukiem Podwójnym w Parku Narodowym Arches w Utah

 .

ŁUKI SKALNE

No cóż – kolejny „odlot” krajobrazowy: Łuk Podwójny w Parku Narodowym Arches (nota bene „arches” to nic innego, jak po angielsku „łuki” – dobrze więc byłoby nazywać to miejsce Parkiem Narodowym Łuków dodając ewentualnie: „Skalnych”, ale jak widzę w naszym kraju obowiązuje inna nomenklatura). Jak to dobrze, że na zdjęciu tym widać także ludzi, choć – zważywszy na proporcje – łacniej byłoby tu mówić o ludzikach – takimi bowiem mrówkami wydają się turyści, których ciekawość zagnała pod ten gigantyczny amfiteatr skalny – wnękę łukową w Utah. Mnie to przypominało cielsko jakiegoś olbrzymiego dinozaura (zwłaszcza jak patrzyłem na łuki od spodu). Lecz sceneria ta jest nie tyle jak z innej epoki, co z innej zgoła planety, więc aż się prosi, by użyć jej jako scenografii do filmu science-fiction. I tak się zresztą stało – choć akurat w tym przypadku więcej w tym filmie było fiction, niż science. Chodzi oczywiście o jeden z odcinków przygód Indiany Jonesa, a mianowicie o „Indiana Jones i ostatnia krucjata”, który rozpoczyna się sceną rozgrywającą się właśnie pod naszymi łukami.

Wbrew pozorom trudno jest fotografować łuki skalne w tym parku (wyjątkiem jest gwiazda łukowa parku znana jako Delicate Arch – tak fotogeniczna, że dobre zdjęcia robią się pod tym łukiem niemalże same). Po pierwsze: niełatwo jest objąć całe gabaryty łuków; po drugie: natrafiamy na zbyt duże kontrasty świetlne; po trzecie: ceglasty kolor skał stanowi pewną dysharmonię kolorystyczną z błękitnym (zazwyczaj tam) niebem; wreszcie po czwarte: jeśli w pobliżu nie ma ludzi, czy też obiektów, których wymiary znamy, wtedy trudno jest uchwycić prawdziwe proporcje, a tm samym wykazać na zdjęciu potęgę naturalna łuków. Na powyższym zdjęciu to się chyba udało – są ludziki, kontrast świetlny nie jest tak dramatyczny, a na nieba widać kontury łuków, dzięki czemu ujawnia się przed nami ich forma.

greydot.

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejace maszyny - zjazd Harley'owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

Ci wspaniali mężczyźni i ich szalejące maszyny – zjazd Harley’owców na Czarnych Wzgórzach (Sturgis, Dakota Południowa)

 .

HARLEY’E W STURGIS

Wyjątek w serwowanej tu próbce zdjęć naszej podróży po Dzikim Zachodzie: zamiast naturalnego pejzażu – lokomocyjny behemot. Choć też jest to swego rodzaju przejaw pewnego żywiołu, reprezentowanego głównie przez samczych osobników gatunku Homo sapiens. Na zlot harley’owców, który każdego roku odbywa się w małym miasteczku Sturgis, położonym na Czarnych Wzgórzach w Dakocie Południowej, trafiliśmy przypadkiem. Trudno zresztą było zignorować to motocyklowe mrowie, które zalało Black Hills – zwłaszcza, że przyjechało tam w tym samym czasie, co my, ponad pół miliona jeźdźców dosiadających swoje dwukołowe błyszczące metaliczne cacka. Przechadzając się ulicami Sturgis, przeciskając między sporymi zazwyczaj wanciołami, ubranych w skórę motocyklistów, wśród huku i warkotu rozryczanych maszyn i zapachu pitego bez umiaru piwa… zrobiłem całą serie zdjęć temu panopticum, lecz mogę tu na razie pokazać tylko jedno; ogólny plan głównej ulicy w Sturgis obstawionej ciasno motocyklami, zaparkowanymi nie tylko na poboczu, ale i na środku Main Street – z olbrzymim, wiszącym nad tym wszystkim bannerem „WELCOME RIDERS!”, ozdobionym po obu stronach Harley-Davidsonowym logo – jakby ktoś miał wątpliwości co do tego, kto (a właściwie co) tu rządzi.

Aby zrobić to zdjęcie musiałem wdrapać się (odpłatnie, of course) na rodzaj podniesienia, które wzniesiono – nota bene specjalnie do tego celu – na środku ulicy. I rzeczywiście, dopiero stamtąd można było uchwycić w odpowiedniej perspektywie to niebywałe skupisko maszyn, które w równym stopniu służyły do jazdy, co i szpanerstwa lubiących się bawić zarośniętych oraz wyrośniętych (także i wszerz) chłopców.

greydot.

Skalna panorama - Zion o zachodzie słonca

Skalna panorama – Zion o zachodzie słońca

.

PANORAMICZNY ZION

To zdjęcie, aby docenić jego walory, koniecznie musi być oglądane w wersji pełnej panoramicznej (kliknij). Kiedy opuszczaliśmy Park Narodowy Zion, dzień chylił się ku końcowi, cienie się wydłużały, światło słoneczne robiło się coraz bardziej „miękkie” – co jest zresztą dobrze widoczne na zdjęciu w jego ciepłej tonacji barw, w jakiej skąpane jest skalne urwisko wraz z porastającymi je drzewami i lekko siniejącymi i różowiejącymi chmurkami na niebie. Jak na moje oko, równie ważny, jak kolorystyka, jest na tym zdjęciu profil tego urwiska, który wzbogacają wydatnie rosnące na nim sosenki – to nic, że karłowate. W tę sekwencje drzewek wpisują się także chmury – nadając tej naturalnej kompozycji pewną, miłą oku, płynność. Przyjemny obrazek i rodzący we mnie tęsknotę za ponowna wizytą w Zion – tam, gdzie skamieniała pustynia raduje nasz wzrok swoją bajeczną malowniczością.

greydot.

Powyższy wybór zdjęć stanowi ilustrację do dziennika z „Wyprawy na Zachód”, który przeczytać można TUTAJ. Więcej zdjęć, zrobionych podczas tej podróży, obejrzeć można na stronie „Świat w obrazach” (TUTAJ).

 

© ZDJĘCIA WŁASNE

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 236 obserwujących.