SINGAPUR – cud socjotechniki czy wspaniała katastrofa?

.

Nowoczesny kompleks Marina Bay jest architektoniczną wizytówką Singapuru

.

       Nie uważałem, że Singapur wart jest tego, aby być celem osobnej podróży do Azji, ale nie miałem wątpliwości, że warto go odwiedzić. Kiedy więc wybierałem się do Birmy, postanowiłem zrobić sobie tygodniowy stop-over właśnie w Singapurze.
Siedem dni i osiem nocy w jednym miejscu to sporo, jak na stop-over, ale okazało się, że tego czasu nie było jednak za dużo – nawet jak na zwiedzenie miejsca porównywalnego obszarowo do Warszawy (choć na tym wszelkie porównania tego państwa-miasta z naszą stolicą się kończą).
Wrażenia z pobytu tamże spisywałem na gorąco, ale pojęcia nie mam, gdzie się te zapiski zawieruszyły. Jednak wspomnienia singapurskie nadal są we mnie dość żywe (nie mówiąc o setkach zdjęć, które wtedy zrobiłem, wspomagających teraz moją pamięć), więc nie sądzę, aby te kilka lat, które dzielą mnie od tamtej podróży, były przeszkodą w podzieleniu się moimi wrażeniami teraz – w formie tej relacji.

FENOMEN TYGRYSA

       Dużo myślałem o fenomenie tego cywilizacyjnego tworu, którego nie można chyba porównać z żadnym innym azjatyckim „tygrysem” (do jakich Singapur jest zaliczany) – i to z kilku powodów. Przy czym jego sukces (który paradoksalnie można też wiązać z… porażką) jest na tyle wymowny kulturowo, jeśli chodzi o przyszłość cywilizacyjną świata, że warto poświęcić mu pewną uwagę i garść refleksji.
Co też niniejszym czynię.
Nie mam zamiaru opisywać tu wszystkich ważniejszych atrakcji turystycznych Singapuru (w Internecie można znaleźć tony informacji na ten temat), a raczej skupić się na moim (oczywiście, że subiektywnym) indywidualnym doświadczeniu, jak również podzielić własnymi myślami i wnioskami, które były rezultatem pobytu w Singapurze oraz bliższego przyjrzenia się istocie i funkcjonowaniu tego maleńkiego obszarowo, ale jednocześnie jednego z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych (technologicznie) państw świata.
To są fakty. Na Singapur z zazdrością spoglądają nie tylko kraje tzw. „trzeciego” świata, czy jego azjatyccy sąsiedzi, ale i wszelkiej maści biznesmeni, finansiści, naukowcy, technolodzy, architekci i entrepreneurzy, którzy lgną do tego raju możliwości jak pszczoły do miodu.
Dlaczego więc wspomniałem o porażce? (Wiem, że będę się musiał z tego wytłumaczyć.)
Nie będę ukrywał, że Singapur zrobił na mnie wielkie wrażenie, mimo że nie należę do entuzjastów industrializacji i urbanizacji, która w tempie wręcz galopującym zaczęła się rozprzestrzeniać w ciągu ostatnich dekad na świecie. Począwszy od ultra-nowoczesnego lotniska Changi (przez wielu uznanego za najlepsze lotnisko na świecie), przez kosmopolityczny eklektyzm i rozmach, multi-kulturowość, infrastrukturę funkcjonującą jak w precyzyjnym zegarku; po architektoniczne dziwy i cudeńka, wyjęte jakby wprost z futurystycznej fantazji i nieograniczonej niczym wyobraźni. Musiałem więc ochłonąć, aby dojrzeć to, co za tą fasadą się kryje – i jak przekłada się to na ludzkie doświadczenie w sensie kulturowych skutków i powikłań.
Nie ma wątpliwości, że Singapur w ciągu zaledwie półwiecza od ogłoszenia swojej niepodległości dokonał rzeczy niesamowitej, pod względem ekonomicznym i technologicznym osiągając z nawiązką to, co sobie (pod przewodnictwem Lee Kuan Yew, lidera Partii Akcji Ludowej, nota bene sprawującej władzę w państwie nieprzerwanie od 1959 roku) zaplanował, stając się jednym ze światowych liderów w bankowości, edukacji, transporcie, inżynierii, medycynie… charakteryzując się niezwykle gwałtownym tempem rozwoju zwłaszcza przemysłu elektronicznego, rafineryjnego, chemicznego, maszynowego. Dochód narodowy tego państwa na głowę mieszkańca jest jednym z najwyższych na świecie, podobnie jak osiągnięty standard życia.
Sukces gospodarczy zawdzięcza Singapur nie tylko bardzo dogodnemu położeniu geograficznemu, ale i konsekwentnym postawieniu na edukację, naukę i rozwój nowoczesnych technologii, przy jednoczesnym otwarciu na świat, jeśli chodzi o współpracę gospodarczą, handlową i finansową. Ów sukces ekonomiczny przełożył się nie tylko na bogactwo kraju, stabilność i wysoki standard życia jego mieszkańców, ale i na bezpieczeństwo, modernizację, czystość, zaspokojenie potrzeb komunikacyjnych i mieszkaniowych oraz wyeliminowanie przestępczości.

Na pierwszym planie: fragm. Art Science Museum, na drugim: hotel Marina Bay Sands

BÓG POSTĘPU I TOŻSAMOŚĆ

       Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Zdaję sobie sprawę z tego, że to moje stwierdzenie (podobnie jak wcześniejsze użycie słowa „porażka”) jest kontrowersyjne i może wyglądać na pewną prowokację, ale postaram się to wyjaśnić. (Jest przy tym oczywiste, że z moimi wnioskami nie wszyscy muszą się zgadzać.)
Kiedy w latach 60. XX wieku Singapur ogłaszał niepodległość – przekształcając się z kolonii w samodzielne państwo – jego liderom (i mieszkańcom) chodziło głównie o przetrwanie. Czasy były niespokojne, ekonomicznie niepewne, pełne konfliktów etnicznych i rasowych. Tak było w Singapurze przez pierwsze kilkanaście lat, ale w latach 70. kraj zanotował pierwszy boom gospodarczy i mimo okresowych spowolnień rozwoju ekonomicznego, hossa trwała przez całe dekady.
Jednakże nawet w państwie, gdzie rozwój gospodarczy, przemysłowy i ekonomiczny jest bogiem – i gdzie temu rozwojowi podporządkowane są przyjęte/wyznawane wartości etyczne – naród (społeczeństwo) musi posiadać jakąś tożsamość.
Wiedzieli o tym jego przywódcy. I oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak trudne może być wykształcenie (utrzymanie?) tej tożsamości w tak zróżnicowanym religijnie i rasowo społeczeństwie – w państwie mającym na dodatek niezwykle ambitne plany nowoczesnego rozwoju – i to w perspektywie globalnej, a nie tylko zaściankowej.
Ważnym faktem w tym kontekście jest to, że 75% ludzi zamieszkujących Singapur to etniczni Chińczycy (14 % ma pochodzenie malajskie, 8% hinduskie) i mimo tego, że struktury organizacyjne państwa zostały odziedziczone głównie po brytyjskiej kolonii, to bez wątpienia Singapur jest państwem na wskroś orientalnym – stworzonym przez Azjatów.
I podobnie jak cała Azja, zderzył się z problemem westernizacji.
Z tym, że w Singapurze – właśnie ze względu na gwałtowną modernizację i rozwój ekonomiczny (który nie byłby możliwy bez współpracy z Zachodem i ogólnej globalizacji) – ten dylemat ujawnił się ze szczególną ostrością.

PÓŁKSIĘŻYC I GWIAZDY

       Kiedy tworzono singapurską państwowość, przyjęto biało-czerwoną flagę, na której – obok półksiężyca, symbolizującego młode rozwijające się państwo – znalazło się pięć gwiazd, które z kolei były symbolami demokracji, równości, pokoju, postępu i sprawiedliwości. Wraz z braterstwem (barwa czerwona), czystością i prawem (barwa biała), były to podstawowe ideały i wartości, którymi państwo zadeklarowało się kierować.
Deklaracje deklaracjami, ideały ideałami, jednak w praktyce zderzono się z największym chyba paradoksem progresywizmu na Wschodzie: jak wraz z postępującą na olbrzymią skalę westernizacją (przyjmowanie zachodnich wzorów, stylu życia, funkcjonowania różnych instytucji, infrastruktury, popkultury) zapobiec mentalno-kulturowej erozji i zachować wschodnią tożsamość?
Singapur z tym paradoksem zderzył się jeszcze mocniej: jak, mając kosmopolityczne parcie, nie wykorzenić się przy tym i nie rozmyć w globalnej brei?
Na Zachód patrzono jednocześnie z podziwem i odrazą. Przyczyniała się do tego nie tylko post-kolonialna idiosynkrazja, ale przede wszystkim postrzeganie kultury zachodniej jako zagrożenie z powodu cechującego ją indywidualizmu, liberalizmu, materializmu, narkomanii i alkoholizmu (tak to tutaj postrzegano).
Innym, nie mniej ważnym problemem, było sprostanie ideałowi równości rasowej i religijnej tolerancji w państwie multi-religijnym i multi-rasowym, jakim de facto był Singapur. Z jednej strony bowiem, nie można było oprzeć się na jednej religii i rasie, z drugiej zaś niemożliwe było wynalezienie nowych wartości a zwłaszcza dziedzictwa (czyli tożsamości) tworząc wszystko from the scratch (od samych podstaw), bo dziedzictwo/tożsamość zawsze musi mieć swoje korzenie.
Uniwersalne wartości (jak np. etos ciężkiej pracy, wytrwałości, poświęcenia, oszczędności, zapobiegliwości, zaradności) takiej tożsamości nie dostarczały. Nie można też było oprzeć wszystkiego na konfucjanizmie (choć zdecydowana przewaga liczebna etnicznych Chińczyków miała jednak ostatecznie największy wpływ na tego dylematu rozwiązanie).
Stojąc przed tym wyzwaniem Partia Akcji Ludowej zdecydowała się na krok… jeśli nie desperacki, to na pewno pryncypialny: stworzenie czegoś, co nazwano „ideologią narodową”, której fundament stanowić miały takie zasady i wartości, jak: „społeczeństwo ponad jednostką”, „rodzina jako podstawowa i najważniejsza komórka społeczna”, „pomoc wspólnotowa i poszanowanie dla jednostki”, „konsensus ponad konfliktem”, „rasowa i religijna tolerancja i harmonia”.
Jeśli komuś te ideały wydadzą się autorytarne, zalatujące komunizmem, a nawet totalitaryzmem, to są jednak podstawy, żeby się z tym zgodzić. Nie mówiąc już o kwestii jak idealna teoria przystaje do realnej praktyki.
Dla mnie krytycznym i najbardziej radykalnym postulatem jest tutaj postawienie społeczeństwa ponad jednostką, co zawsze i nieuchronnie prowadzi do łamania praw człowieka (rozumianych tak, jak to przyjęto w Powszechnej deklaracji praw człowieka, którą stworzono po doświadczeniach II wojny światowej, również w celu zapobieżenia totalitaryzmom takim, jak faszyzm czy komunizm).
To, co przed chwilą napisałem może wyglądać na marudzenie idealisty i pięknoducha, bo przecież każdy widzi, jaki „tygrys” jest – i to, że sukces Singapuru jest oszałamiający a miliony ludzi żyją tam wygodnie, nowocześnie, bezpiecznie i dostatnio.
A jednak…

Podłączeni ale czy połączeni? Scena w singapurskim metrze.

.

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT?

       Co się dzieje, kiedy rozwój staje się celem samym w sobie? Czym jest wolność, jeśli sukces i spełnienie musi się mieścić w formie sztucznie ustalonego formatu? Dlaczego konkretne dobro indywidualnego człowieka jest uważane za mniej wartościowe niż abstrakcyjne dobro mrowia (ogółu)? Dlaczego ścisłe ceni się bardziej niż swobodne, luźne i artystyczne? Czy czystość można utrzymać tylko wtedy, jeśli będzie się nękać ludzi zakazami i groźbą niebotycznych mandatów? Czy na pewno sterylne oznacza zdrowe? Jaki to jest szacunek dla ludzkiego ciała, skoro za normalną karę przyjęło się chłostę, zostawiającą najczęściej bliznę na całe życie? Dlaczego wysokość zarobków ma być jedynie słusznym kryterium ustalania społecznej hierarchii i zależności? Czy można tchnąć ducha w maszynę?
Czy tak ma wyglądać Nowy Wspaniały Świat?
Takie pytania można zadać w konfrontacji z singapurskim „sukcesem”.
Wysłuchałem wiele opinii pochodzących od ludzi zamieszkujących – krócej lub dłużej – Singapur. Niestety, przeważały wśród nich te negatywne, choć oczywiście nie brakło też pozytywnych. Ale to też należy do moich osobistych doświadczeń, więc nie ośmieliłbym się wypowiadać w imieniu całego społeczeństwa.
Ci, którzy mieli dość Singapuru, skarżyli się nie tylko na wyścig szczurów, kształtowanie wszystkich wedle jednego schematu, brak inspiracji, sterylność, cenzurę, jałowość, brak duchowości, materializm, konsumpcyjną nudę, myślenie pod sztampę, brak wolności słowa i otwartej dyskusji…
Ci zadowoleni mówili o wysokim standardzie życia, bezpieczeństwie, wygodzie, nowoczesnej infrastrukturze, porządku, czystości, braku przestępczości, dobrych zarobkach, możliwości kształcenia się, łatwości zakładania firm, otwartości na świat, obfitości dóbr konsumpcyjnych i bogatej kuchni…
Czy w tym wszystkim można znaleźć jakiś złoty środek? A jeśli tak, to czym on jest – czy aby nie pewnym kompromisem, który będąc wymuszony, żadnym kompromisem nie jest? Albo zwykłą ludzką niemożnością, aby zadowolić wszystkich? Niezdolnością do stworzenia cywilizacji – porządku społecznego, państwa – nie tyle idealnego (bo to jest definitywnie nierealne), co bez kardynalnych wad, bo okazuje się to czystą utopią?
Moim sąsiadem w samolocie lecącym z Singapuru do Rangunu był nauczyciel języka angielskiego, który do Birmy latał często w weekendy, by odwiedzić tam swoją rodzinę. Od niego z pierwszej ręki dowiedziałem się, jakiej presji poddane są jego dzieci w szkole i jak to odbija to się na ich zdrowiu psychicznym i zachowaniu. Z tego względu myśli o wyprowadzce z Singapuru. Pytał się mnie, czy poleciłbym mu przeniesienie się do Kanady.
Wtedy zdecydowałem się na pewną summę – wyznanie braku wiary w to, że kiedykolwiek chciałbym zamieszkać na dłużej w państwie zbudowanym według tej recepty. Wynika on z następującego wniosku i spostrzeżenia, które zapisałem jeszcze przed wyjściem z samolotu w Rangunie:
„Socjotechnikę w Singapurze doprowadzono do perfekcji – całe społeczeństwo funkcjonuje według ściśle określonych przez władzę reguł i zasad. Indywidualizm jest całkowicie podporządkowany społecznej strukturze. Jego znaczenie jest czysto utylitarne – jesteś wart dokładnie tyle, ile korzyści ma z ciebie społeczeństwo, a ściślej: model społeczny stworzony i aprobowany przez państwowe władze (które np. określają procentowo w jakich proporcjach mogą mieszkać w bloku przedstawiciele różnych ras i grup etnicznych). Musisz być trybikiem dokładnie wpasowanym w tę społeczną machinę, a twoje miejsce w ścisłej hierarchii zadań i pozycji określa sposób selekcji (na bardziej lub mniej sprawnych i przydatnych) dokonujący się już od najmłodszych lat. Taki wydaje się być koszt panującego tam porządku, bezpieczeństwa i wysokiego standardu (materialnego) życia. Czy aby nie za wysoki?”

.

Kolorowy pokaz – tańczące fontanny, światło i dźwięk. A w tle: wieżowce centrum biznesowego downtown

.

OBLĘŻENIE

       Problem ze współczesną turystyką jest taki, że jest ona bardzo powierzchowna – nie wspominając już o tym, że jej masowość (oczywiście cały czas mam na myśli czasy przed koronawirusem) przynosi chyba jednak więcej szkody niż pożytku (choć z tym można polemizować, zwłaszcza w rejonach, które z turystyki „żyją”). Jedną z największych niedogodności, które się z tym wiążą są tłumy oblegające największe „atrakcje” turystyczne świata – coraz większe i coraz bardziej tratujące się nawzajem. Wiedząc, że sam do tego się przyczyniam – stając się częścią tłumu (będąc np. na Placu Św. Piotra, oglądając Mona Lisę w Luwrze, czekając na wschód słońca przed świątynią Angkor Wat; chodząc po Wielkim Murze, pod wodospadami Iguazú, stojąc na Time Square, spacerując w ogrodach Alhambry lub wśród ruin Machu Picchu) – to robię wszystko, aby tłumów uniknąć (jest to trudne, ale nie niemożliwe – wystarczy tylko zejść nieco z utartej ścieżki).
Na pewno bezpowrotnie odeszły w przeszłość czasy prawdziwego podróżowania, które było jeszcze możliwe kilkadziesiąt lat temu (im dalej w przeszłość, tym to podróżowanie było „prawdziwsze”). Teraz stało się ono nieprzyzwoicie łatwe, w związku z czym po globie przewalają się tłumy „zaliczające” kolejne turystyczne „atrakcje”. Rzadko kto wnika w istotę odwiedzanych miejsc, głębiej je poznaje – zwykle rutyna, oklepane szlaki, pośpiech, bezmyślne podążanie za przewodnikiem i szybkie omiatanie okiem widoków, zabytków, dzieł sztuki… skutecznie temu zapobiegają.
Oczywiście zdarzają się też od tego wyjątki.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że mimo iż Singapur każdego roku odwiedza ponad 10 mln. turystów – i moja wizyta przypadła na tzw. „szczyt” sezonu – to tłumów tam nie doświadczyłem, co było dla mnie zaskoczeniem tym większym, że wiedziałem, iż jadę do kraju/miasta obszarowo niewielkiego, a jednocześnie niezwykle gęsto zaludnionego. Mało tego: do dzisiaj pozostało we mnie wrażenie przestronności – doświadczenie wielkiej przestrzeni, którą bez wątpienia Singapur zawdzięcza obecnej tam architekturze (o wielkim „oddechu” wyobraźni) i doskonałym rozwiązaniom komunikacyjnym.
Jak już wspomniałem na początku, rekomendację tego, co warto zwiedzić w Singapurze zostawiam innym (dzięki dostępnym informacjom można sobie wybrać to, co najbardziej kogoś zainteresuje), tutaj podrzucę jedynie garść moich wrażeń z wałęsania się po tym mieście oraz parę ogólnych impresji.
Nie musiałem się nigdzie spieszyć, więc mimo spędzania każdego dnia kilkunastu godzin poza hotelem, nigdy nie czułem się zmęczony, ani tym bardziej znudzony, bo Singapur to jednak jest miasto niezwykle różnorodne, jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni i zamieszkujących go ludzi.

MIEJSCA

       Oczywiście o Singapurze – a nawet o tygodniowym w nim pobycie – można napisać całą książkę. Ale zważywszy na to, że nawet ten tekst, który miał być ledwie wspomnieniem podróży, rozrasta się do nieprzyzwoitych rozmiarów, postaram się ograniczyć do kilku wzmianek, gdzie w Singapurze byłem i co zobaczyłem.

.

Mnisi buddyjscy pod posągiem Merliona (hybryda ryby i lwa) – symbolu narodowego (a zarazem i maskotki) Singapuru.

Marina Bay. Nowoczesny, powstały w ostatnich latach kompleks architektoniczny wokół Zatoki Marina, to doprawdy wielki zbytek i niebotyczna ekstrawagancja – taki futurystyczny bizantynizm. Weźmy choćby Hotel Marina Bay Sands składający się z trzech olbrzymich wieżowców (w kształcie przypominającym jakieś gigantyczne spinacze ze szkła, betonu i stali), na których wsparto symbolizującą łódź obłą konstrukcję, mieszczącą nie tylko deck obserwacyjny, restauracje, kasyno i bary, ale i sporej wielkości… basen. Po drugiej stronie Zatoki kręci się największe na świecie koło „obserwacyjne” czyli Singapore Flyer (miałem okazję nim się pokręcić zarówno w dzień, jak i w nocy – mając zresztą do swojej dyspozycji cały, przypominający oszkloną kapsułę, wagonik). Jest jeszcze, symbolizujące swoją formą lotus, Art Science Museum – o wielkiej sadzawce pełne nenufarów, czy kosmicznej budowli Louis Vuitton nie wspominając. Kompleks Marina Bay sąsiaduje zarówno z lasem lśniących biurowców downtown (co wieczór stanowią one tło dla odbywającego się tutaj pokazu tańczących fontann, laserowych i kolorowych świateł), jaki i zupełnie odmienną w charakterze Colonial Quarter, gdzie znajduje się słynny historyczny Hotel Raffles.

.

Futurystyczne Superdrzewa w Ogrodach nad Zatoką

Gardens by the Bay. Już tylko dla tego cudeńka warto zatrzymać się w Singapurze. Na wydartej oceanowi powierzchni ponad 100 hektarów zbudowano dziwne, ale jednak niezwykle imponujące ogrody, których artystyczna sztuczność konkuruje tylko z autentyzmem rosnących tam w nieprzebranej ilości roślin, sprowadzonych tu z całego świata. Najbardziej rzucają się w oczy tzw. Superdrzewa – wysokie na kilkadziesiąt metrów konstrukcje z betonu i stali, ale tak zarośnięte, że przypominają żywe organizmy z jakiejś nieziemskiej planety. Już w świetle dziennym robią wrażenie, ale prawdziwie oszołamia dopiero nocny show, który – przy wsparciu pompatycznej muzyki – rozświetla te kosmiczne drzewa milionami różnokolorowych świateł. Aaa… można tu jeszcze zobaczyć Flower Dome – wypełnioną tysiącami kwiatów, największą cieplarnię na świecie; czy Cloud Forest – ta z kolei szklarnia zawiera w środku… zarośniętą gęsto i spowitą tropikalną mgłą górę, na którą się można wspiąć po spiralnych schodach – zobaczyć i poczuć jej florę z bliska. W Ogrodach nad Zatoką jest jeszcze wiele innych pomniejszych dziwów.

.

Zachwyt i oczarowanie podwodnym światem: dzieci przed szybą olbrzymiego akwarium na wyspie Sentosa

Sentosa Island. Szumnie promowana jako “Asia’s favourite playground” wyspa, oddzielona niespełna kilometrową cieśniną od Singapuru „lądowego”, to niewiarygodne nagromadzenie atrakcji dla dzieci dużych i małych, wliczając w to parki wodne, Studia Filmowe Universal, mega-kasyno oraz plaże ze sprowadzonym z sąsiedniej Malezji piaskiem. Jeśli mogłem ten pstrokaty jarmark tolerować, to tylko ze względu na zaplanowaną przeze mnie wcześniej wizytę w imponującym S.E.A. Aquarium (wtedy było to jeszcze największe akwarium oceaniczne na świecie, zdetronizowane wkrótce jakimś chińskim molochem). Mimo, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem trzymania zwierząt w klatkach, to chyba jednak bardziej toleruję widok morskich stworzeń w akwariach, zwłaszcza jeśli są tak gigantycznych rozmiarów jak te na Sentosie. Muszą być takie, skoro mają pomieścić ponad 100 tys. zwierząt. Wiele z nich widziałem po raz pierwszy w życiu, ale po raz nie wiadomo który zdumiała mnie inwencja Natury w kreowaniu różnych – często fantastycznych i wręcz fantazyjnych – form życia. Łapałem się więc na tym, że przyklejam się jak zahipnotyzowany do akwariowej szyby, ze wzrokiem utkwionym na tych stworach, podobnie jak stojące obok mnie dzieciaki.

.

Wszystkie kolory sari – hinduski ślub w świątyni Sri Srinivasa Perumal Temple w dzielnicy Little India

Chinatown, Little India, muzułmańskie Kampong Glam. Jednym z największych singapurskich paradoksów jest to, że wykreowana jak pod matrycą struktura społeczna kraju, obejmuje inkluzywnie tak różnorodne rasy, grupy etniczne i religie, że zasadne staje się pytanie, co tu jest bardziej prawdziwe, trwałe i dominujące: religia i tożsamość zakorzeniona w długiej tradycji i historii, czy sztucznie stworzony „porządek” społeczny, ściśle egzekwowany w praktyce. To są dwie sprzeczne ze sobą ordynacje, więc jeśli tej drugiej podporządkowani są wszyscy (a są), to ta pierwsza musi być w opresji – i vice versa: jeśli pierwsza jest mocniejsza, to ta druga jest fałszywa. Tak czy owak, to jeszcze jeden przykład na singapurską sztuczność i nie trzymającą się kupy „tożsamość”.
Jednakże autentyzm trzyma się niektórych zakątków Singapuru, mimo że nawet w bardziej etnicznie jednorodnych enklawach, sąsiadują obok siebie meczety, świątynie hinduskie, buddyjskie czy taoistyczne – co najbardziej rzuca się w oczy w dzielnicy chińskiej. Tam też znajduje się chyba najciekawszy zabytek historyczny Singapuru, wybudowana w 1839 roku świątynia Thian Hock Keng – ikona chińskiego dziedzictwa kulturowego. Ale taka, okupowana głównie przez muzułmanów dzielnica Kampong Glam, gdzie obok ważnego dla lokalnego islamu Meczetu Sułtana i arabskich sklepów, też naznaczona jest ciekawym eklektyzmem, bo upodobali ją sobie… hipsterzy, przez co kwitnie tu nie tylko butikowo-backpackerski szpan, ale i bujne życie nocne. O rzut beretem oddalone są Małe Indie, gdzie, zwłaszcza przy ulicy Serangoon, czujemy się jak w Indiach, tyle że bez doświadczania widoku (i zapachu) świętych krów. Tam zwraca uwagę poświęcona matczynej bogini Kali świątynia (there’s no way I can spell it right without looking into the guidebook) Sri Veeramakaliamman. Warto też wstąpić do buddyjskiego przybytku (this one is much easier) Sakya Muni Buddha Temple. Jednak największa niespodzianka – najbardziej chyba intensywna etnicznie i bajecznie wręcz kolorowa – spotkała mnie w położonej tuż obok tej buddyjskiej świątyni hinduska Sri Srinivasa Perumal Temple, gdzie – zupełnie przypadkowo, i to w ostatni dzień pobytu w Singapurze – trafiłem na hinduski ślub i wesele, które swoją barwnością, egzotycznością, bogactwem rytuałów, urodą kobiet, feerią symboli i – last but not the least – fotogenicznością, zupełnie mnie oszołomiło, wprawiając nie tylko w kulturowy, ale i fotograficzny trans.

.

Przed fontanną w Ogrodach Botanicznych Singapuru

Botanic Gardens. Kiedy tak czytałem o planach rozwojowych Singapuru, to odniosłem wrażenie, iż zajmujący się tym ludzie mają obsesję na punkcie „zieleni”. Już nie wystarcza im slogan „The Garden City”, teraz musi być „The City in the Garden”. Ta obsesja akurat mi się podoba, bo lasy i zieleń roślin wszelakich to nie tylko tlen dla moich płuc, ale i balsam na moje oczy. Rzeczywiście, jeśli spojrzy się na Singapur z góry, to kolor zielony wypełnia więcej niż 1/3 część całej wyspy. A to nie tylko stworzone przez człowieka parki i ogrody, ale i lasy, w tym fragmenty pierwotnego (porastającego ongiś całą wyspę) lasu tropikalnego, litościwie ocalonego przed – kolonialną jeszcze – totalną wycinką. Dochodzą do tego ogrody wiszące (gdzie tylko się da), piętrowe a nawet wertykalne – wszystkie nowe budynki muszą uwzględnić zieleninę.
Po kilku dniach zwiedzania głównie zurbanizowanego Singapuru postanowiłem odpocząć od tego w tutejszych Ogrodach Botanicznych, z dala od miejskiego zgiełku i turystycznych korowodów. I choć (wbrew famie bycia jednym z najlepszych ogrodów botanicznych świata) bardziej mi się kiedyś spodobały ogrody, które widziałem choćby w Kanadzie (The Butchart Gardens) czy na Sri Lance (Royal Botanical Gardens pod Kandy), to ten był chyba najbardziej rozległy i relaksujący, więc nie było problemu, aby spędzić w nim prawie cały dzień, tym bardziej że mogłem usiąść w cieniu, wyjąć z plecaka swój kajet i coś tam w nim naskrobać.

ZAKAZY, CHŁOSTA I OBRAZY

       W tym samym roku, w którym odwiedziłem Singapur, dwóch młodych Niemców zostało skazanych na 9 miesięcy więzienia i chłostę za namalowanie graffiti na jednym z wagonów metra. To miasto-państwo słynie z bardzo wysokich kar za wykroczenia, które w innych krajach są po prostu zakazami, ale raczej rzadko karanymi (jak np. śmiecenie na ulicy, zrywanie kwiatów, chwytanie ptaków i łowienie ryb, wandalizm, oddawanie moczu i palenie w miejscach publicznych, ekshibicjonizm…). W Singapurze zaś kary są bezwzględnie egzekwowane, jak również bardzo wysokie, dzięki czemu wykroczenia te zostały niemal zupełnie wyeliminowane. Istnieją tu również zakazy bardzo specyficzne, nigdzie indziej nie spotykane, jak np. zakaz picia i jedzenia w środkach komunikacji miejskiej, zakaz sprzedaży gumy do żucia, plucia na ulicy, obejmowania się, karmienia małp, podłączanie się do czyjegoś wi-fi… Idący w setki dolarów mandat można dostać za… niespuszczenie wody w toalecie. Nielegalne są też związki homoseksualne, i choć prostytucja jest dozwolona, to pornografia już jest przestępstwem. Stosuje się karę śmierci, m.in. za przemyt i handel narkotykami.
Jednakże przebywając w Singapurze nie czułem się jakoś szczególnie tymi zakazami sterroryzowany. Byłem sam, więc do nikogo się nie przytulałem; nie wyżywam się artystycznie smarując po murach graffiti; nie żuję gumy, nie palę papierosów; w zasadzie nie pluję na ulicy i raczej spłukuję po sobie w toalecie… W związku z tym, wszystkie te – bardziej lub mniej dziwne zakazy – po prostu mnie nie dotyczyły. Mało tego: mogłem do woli korzystać z dobrodziejstwa czystości, porządku i higieny, jakie te przepisy tutaj na ludziach wymuszały.
Nie będę ukrywał, że mój pobyt w Singapurze wspominam bardzo dobrze. Cieszy mnie to, że mogłem zobaczyć to ciekawe miejsce, które dostarczyło mi nie tylko mnóstwa zmysłowych wrażeń, ale i uświadomiło pewne aspekty globalizacji oraz możliwe kierunki rozwoju naszej cywilizacji. Muszę jednak zaznaczyć, że w ubiegłym roku dały się w singapurskiej ekonomii zauważyć pewne znaki stagnacji, może nawet recesji i zapewne tegoroczna pandemia ten trend pogłębi, zwłaszcza że państwo to jest szczególnie narażone na straty, ze względu na uzależnienie od globalizacji, turystyki, eksportu i handlu. Jak sobie z tym wszystkim Singapur poradzi? – to okaże się dopiero w przyszłości.
Opisałem zaledwie skrawek moich singapurskich doświadczeń. Osobnego wpisu wymagałaby choćby moja wizyta w Singapurskim Muzeum Narodowym, gdzie niespodziewanie wziąłem udział w pewnym niezwykłym wydarzeniu teatralnym; jak również te okruchy rozmów ze spotykanymi przypadkowo ludźmi, którzy – bardziej lub mniej otwarcie i śmiało – użyczali przy tym swojej duszy, przez co moje zderzenie z ultranowoczesną cywilizacją nie było aż tak bezduszne.
Nie byłbym sobą, gdybym nie sfotografował Singapuru z każdej dostępnej mi strony. A jednak zdaję sobie sprawę z… nie tyle powierzchowności, co nieadekwatności takiego oglądu, bo niby jedno zdjęcie mówi czasem więcej, niż tysiąc słów, to jednocześnie mami nas często swoją formą (niekiedy też uwodzi i czaruje pięknem), ukrywając jednak treść i to, co jest głębiej. Dla zilustrowaniu tego tekstu wybrałem garść obrazów, które mogą dać wyobrażenie tego, jak zagospodarowana jest w Singapurze przestrzeń; jak wyglądają turystyczne atrakcje; jakich ludzi spotyka się na ulicy, w metrze, ogrodach, świątyniach… Składa się to na kolorową mozaikę, która jednak pozwala zwrócić uwagę na ten niezwykły zakątek naszej planety i przybliżyć nam charakter zamieszkujących go ludzi.

* * *

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

ŚWIAT W OBRAZACH

.

Wspomnienia, książki, fotografia, podróże…

.

 

Więcej o książkach, fotografii, podróżach można przeczytać TUTAJ.

.

ŚWIATOWID

.

.

Ostatnio stronę Wizji Lokalnej zdominował film, więc proponuję przenieść się do świata realnego i obejrzeć garść moich zdjęć z różnych zakątków globu, które umieszczam sukcesywnie na stronie „Światowid”.

.

.

Wszystkie zdjęcia w oryginalnej wielkości obejrzeć można TUTAJ.

.

MACHU PICCHU – INKASKA EKSTRAWAGANCJA W ANDACH

.

Kontemplując ruiny (Machu Picchu)

.

      Początek filmu Herzoga Aguirre, gniew boży. Stromym górskim szlakiem w Andach schodzi smętna procesja konkwistadorów i najemnych Indian. Dźwigają ze sobą – niczym brzemię – olbrzymie muszkiety, koła i lufy armatnie, kosze, wory, klatki z kurami… Razem z nimi drepczą lamy; widzimy nawet dwie młode damy (w pełnym sukniowym rynsztunku). Zakuci w zbroje rycerze kurtuazyjnie podają kobietom rękę, pomagając w pokonaniu zdradliwej ścieżki (z której co jakiś czas coś – lub ktoś – spada). Cały ten kuriozalny wężyk piechurów spowija mgła, a kiedy smog się rozrzedza widzimy szczyty i zbocza gór porośnięte gęstą dżunglą.
Dziwna to, ale i wymowna scena. Ludzkie mrówki w swoim marszu lunatyków, poszukujące złotego El Dorado. Rozszerzające przy okazji swoje terytorium – w nigdy niezaspokojonej żądzy podboju; gotowe do najbardziej karkołomnych eskapad w pogoni za władzą i bogactwem, albo za swoją idée fixe.
Dopiero później dowiedziałem się, gdzie Werner Herzog filmował te sceny. Otóż było to jakieś 100 metrów od… zabudowań Machu Picchu. Na ekranie nie widać ruin słynnego miasta Inków, więc nie można się było zorientować co do lokalizacji, ale kiedy sam dotarłem do tego miejsca, natychmiast przypomniałem sobie pierwsze kadry Aguirre. Był to początek szlaku, który prowadził z miasta na Huayna Picchu – szczyt góry, której charakterystyczny stożkowaty kształt znany jest z klasycznych panoramicznych ujęć Machu Picchu. Zacząłem się wspinać po ścieżce, choć próżno już było odnaleźć na niej ślady Klausa Kinsky’ego.

      Być może nie jestem tu sprawiedliwy, ale w moich oczach Herzog nie profanował tego miejsca tak, jak np. sprofanowało go… Bollywood, którego artyści jedną ze swoich tanecznych a rozbuchanych scen nagrali właśnie w ruinach Machu Picchu. Wprawdzie zgodę przyznano dopiero po interwencji indyjskiego rządu, ale jednak. Na szczęście wybito Peruwiańczykom z głowy projekt kolejki linowej i budowę luksusowego hotelu w najbliższym sąsiedztwie starożytnego miasta, wpisanego przecież na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Nota bene, zaraz potem organizacja ta uznała Machu Picchu za miejsce zagrożone, głównie przez masową turystykę, która w XXI wieku wręcz eksplodowała. Dziś podobno, w sezonowym szczycie, ruiny zwiedza 2,500 turystów (taki został nałożony przez rząd peruwiański limit odwiedzin). A jednak, mimo wszystko, można uniknąć tych tłumów. Wystarczy zjawić się tutaj przed 10 rano albo po 2 po południu. Jeśli można odczuć jakąś mistykę miejsca – poczuć dotknięcie genius loci – to tylko wtedy. Wbrew pozorom Machu Picchu jest rozległe, więc nawet kilkaset osób może się tu dość luźno rozlokować. O pewnych porach można nawet odnieść wrażenie, że człowiek jest sam – zagubiony w labiryncie ścian z ciosanego kamienia.

      Tylko reklamie (nota bene National Geographic) zawdzięczamy to, że za odkrywcę „zaginionego” miasta Inków uznano Hirama Binghama, historyka Uniwersytetu Yale, który na Machu Picchu natknął się w 1911 roku podczas swojej wyprawy mającej na celu odnalezienie ostatniej stolicy Imperium Inków Vilcabamby. Co ciekawe, zrazu porośnięte dżunglą ruiny na górskiej przełęczy między górami Huayna Picchu (Młody Szczyt) oraz Machu Picchu (Stary Szczyt) nie zrobiły na naukowcu większego wrażenia i ekspedycja ruszyła w dalszą drogę, jednak kiedy okazało się, że następne miejsca są jeszcze mniej imponujące, Bingham wrócił się i uznał (zupełnie mylnie zresztą), że jednak Machu Picchu jest legendarną Vilcabambą.
W następnych latach zorganizowano jeszcze kilka ekspedycji do Machu Picchu, ruiny oczyszczono z zarośli, przyjrzano się im bliżej, częściowo rozkopano i – rzecz chyba najważniejsza – wywieziono stamtąd do Stanów Zjednoczonych kilka tysięcy archeologicznych artefaktów (które dopiero – po trwającym blisko 100 lat sporze między Amerykanami a Peruwiańczykami – w 2012 roku w większości wróciły do Peru). Bingham nie był jednak pierwszą „bladą twarzą”, która zobaczyła Machu Picchu. Jest prawdopodobne, że jeszcze w XVI wieku dotarł tu hiszpański renegat, niejaki Miguel Rufino, który schronił się w Dolinie Urubamba wraz ze swoją indiańską żoną. To są przypuszczenia, natomiast pewne jest, że miasto splądrował w latach 70 XIX wieku niemiecki „biznesman” Augusto Berns, który (w porozumieniu ze skorumpowanymi peruwiańskimi władzami) zaczął handlować na masową skalę przedmiotami znalezionymi w Andach, wywożonymi następnie do Europy. Są również dowody, że na dekadę przed Binghamem zawitał tu także mieszkaniec Cusco Agustin Lizarraga, i że to on przyprowadził do Machu Picchu pierwszych turystów, którymi byli członkowie pewnej francuskiej rodziny z Paryża. Ponoć to właśnie Bingham, zazdrosny o miano „odkrywcy” Machu Picchu, usunął z ruin kamień z podpisem Agostina: „Lizarraga 1902”, który to fakt, sponsorujące wyprawę Binghama National Geographic, w swoim wydaniu poświęconym „odkryciu” Machu Picchu, skrzętnie pominęło. Cóż, kreowanie „rzeczywistości” przez media nie jest wymysłem tylko naszych czasów.
To właśnie kulturo-centryzm Zachodniej Cywilizacji powoduje, że poznanie miejsc, które przecież od dawna zamieszkiwane są przez innych ludzi, nazywamy „odkryciem”. Tak było z „odkryciem” Ameryki przez Kolumba czy Australii przez Duńczyków.

      Wiemy, że Machu Picchu wybudowali w połowie XV wieku Inkowie, którzy zamieszkiwali go przez nie więcej jak 100 lat, a następnie opuścili, zostawiając miasto na pastwę bujnej już w tej części Andów flory. Wszystko inne jest hipotezą – lepiej lub gorzej przystającą do rzeczywistości.
Było Machu Picchu rezydencją króla Inków Pachacuteka i jego świty? Czy też może miejscem kultu? A może astronomicznym obserwatorium? Twierdzą? Symbolem – i przypieczętowaniem – władzy nad okolicznymi ludami? Może pełniło wszystkie te funkcje naraz?
Bo hipoteza, że była to siedziba Dziewic Słońca – najpiękniejszych kobiet poświęconych służbie Bogu Słońca Inti – mimo swej romantycznej i kultowej otoczki upadła i nie brana jest już przez żadnego z liczących się naukowców na poważnie.
Co było powodem opuszczenia miasta – i to jeszcze przed podbiciem królestwa Inków przez Pizarra i jego kompanów? Otóż najprawdopodobniej recesja i problemy wewnętrzne, które spowodowały, że inkaskiej elity nie stać już było na utrzymanie tej luksusowej ekstrawagancji w miejscu tak mało przystępnym – na obrzeżu Andów i amazońskiej dżungli, w odległości 112 km od stolicy Cusco. (Przy okazji można zwrócić uwagę na zaskakujący dla wielu fakt, że Machu Picchu jest położone na wysokości ok. 2 400 m n.p.m., czyli o kilometr niżej od Cusco, w związku z czym ma łagodniejszy klimat, który mógł wabić Inkę i jego dwór. Ponadto: prowincja zawsze jest spokojniejsza od stolicznego gwaru i poddana mniejszej presji. Nie wspominając o malowniczości Świętej Doliny Urubamba, którą w okolicach Machu Picchu zaczyna porastać gęsty tropikalny las, ciągnący się aż do Atlantyku.)

     Machu Picchu uznaje się za „perłę” i arcydzieło inkaskiej architektury i nie ma w tych określeniach większej przesady. Miasto składa się z dwóch części: górna to zbudowany z najbardziej finezyjnie ciosanych granitowych bloków kompleks świątyń i pomieszczeń „pałacowych” które zajmowała najwyższa w hierarchii społecznej kasta – król, dworzanie i kapłani. Dolną okupowało „pospólstwo” – rolnicy, strażnicy i służba, a budynki posiadały ściany z grubo ciosanego granitu, a nawet z polnych i rzecznych kamieni. Całość miejskich zabudowań wspierały ulokowane na zboczach góry tarasy, pełniące rolę zarówno ochronną (niejako fundamentalną, bo bez nich miasto niechybnie osunęłoby się w przepaść), obronną (ich strome ściany były doskonałą przeszkodą dla ewentualnych napastników) oraz – last but not least – praktyczno-użyteczną (uprawiano bowiem na nich kukurydzę i inne rośliny niezbędne dla utrzymaniu przy życiu liczącej ok. 1000 osób populacji miasta).
Rozlokowanie i konstrukcja budowli (w liczbie ok. 400), ich wkomponowanie w topografię przełęczy i gór, solidne i wielowarstwowe tarasy, czy wreszcie doskonały (i funkcjonujący do dzisiaj) system kanałów i akweduktów – dostarczający zarówno wody pitnej mieszkańcom, nawadniający tarasowe uprawy, jak i drenujący miasto – to wszystko było wytworem inżynierskiego mistrzostwa, robiącego wrażenie nawet po upływie pół tysiąca lat, w epoce nowoczesnego budownictwa, dysponującej bez porównania lepszą technologią i techniką.

     Jest więc co podziwiać. Widok niezwykłego miasta rozłożonego w siodle przełęczy między dwiema górami, mającego w tle niebotyczne Andy i otoczonego z trzech stron zakolem rzeki Urubamba, to widok ikoniczny. Machu Picchu uznano za jeden z siedmiu cudów świata ery nowożytnej. Nic więc dziwnego, że jest on również jedną z największych atrakcji turystycznych nie tylko Peru i Ameryki Południowej, ale i świata.
Do Machu Picchu z Cusco nie jest daleko. Najwięcej ludzi dociera tam pociągiem (2 godziny jazdy z Cusco) lub autobusami; piechurzy zaś – biegnącym przez Andy słynnym Szlakiem Inków. Najbardziej popularny jest 4-dniowy trekking, choć niektórzy szczęśliwcy (obecnie trzeba rezerwować miejsce – pozwolenie wejścia na szlak w porze suchej – na dobry rok wcześniej) wybierają trasę tygodniową, albo znacznie krótszą, bo tylko 2-dniową. Co ciekawe, do Machu Picchu dochodzi się wtedy ścieżką prowadzącą z góry. Mimo zmęczenia schodzi się wtedy jak na skrzydłach, zapominając o wszelkich trudach – na widok majaczącego w dole miasta człowieka wypełnia po brzegi euforia..

      Wielką sławę zawdzięcza Machu Picchu nie tylko swojej wartości cywilizacyjnej i historycznej, ale i… spektakularnej. Miasto jest bowiem niesłychanie malowniczo i ciekawie położone. Często zmieniająca się aura, mieszanina mgieł, kłębiących się chmur i przebijającego się przez nie słońca, dopełniają tylko atrakcyjną fotogeniczność miejsca, które na dodatek bardzo łatwo jest fotografować, zwłaszcza z góry. Intensywna zieleń trawy porastającej tarasy i miejskie dziedzińce, skontrastowana z kamienną mozaiką zabudowań i labiryntu murów ułożonych (bez żadnej zaprawy) z ciasno dopasowanych kamieni, głazów oraz bloków skalnych wykutych z brązowo- szaro- biało- żółtego granitu – to wszystko składa się na jeden z najbardziej fascynujących i zapadających w pamięć widoków na świecie.

* * *

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

SASSOON DOCKS – seafood heaven (or hell) w Bombaju

.

.

Wizyta na najbardziej ruchliwym targu rybnym w Bombaju – w Dokach Sassoona. Jedno z moich najbardziej intensywnych doświadczeń podczas ostatniej podróży do Indii. Doświadczenie socjologiczne i etniczne: wejście w epicentrum ludzkiej aktywności – rybackiej i handlowej – odbywającej się tu od wielu pokoleń, której głównymi aktorami są ludzie (zarówno kobiety, jak i mężczyźni) z plemienia Koli, od kilkuset lat zamieszkującego okoliczne wyspy i trudniącego się rybołówstwem; także mieszkańcy Bombaju, którzy kupują wyłowione przez nich morskie stworzenia oraz obsługują targ i cały ten zgiełk. Również doświadczenie estetyczne i zmysłowe – wynikające ze zmasowanego ataku zapachów na nozdrza oraz kształtów i kolorów na oczy.
Jak do tego doszło?
Pierwszy raz zajrzeliśmy tam z żoną wczesnym popołudniem, kiedy kutry rybackie spoczywały już w dokach, a hala była pusta. O tej porze wszelka aktywność związana z połowem ryb i handlem nimi zamiera i tylko gdzieniegdzie widać było rybaków naprawiających sieci, tankujących ropę, czyszczących łodzie, odpoczywających…
Drugim razem wybraliśmy się tam jeszcze przez wschodem słońca. Mieszkaliśmy w Taj Mahal Palace – czyli w hotelu położonym w tej samej dzielnicy południowego Bombaju (Calaba), co doki – więc taksówka dowiozła nas tam w niecały kwadrans. A świtanie to pora, kiedy w dokach panuje największy – frenetyczny wręcz – ruch. Do przystani zawijają wtedy z nocnego połowu kutry, z których transportuje się na brzeg nieprzebrane ilości ryb. Ich rozkładaniem – na straganach, skrzyniach, czy nawet bezpośrednio na betonowej posadzce – oraz sprzedażą zajmują się kobiety, najczęściej żony, siostry i matki rybaków. Licytacje odbywają się na miejscu, sprawnie i szybko – kupione ryby muszą bowiem zrobić miejsce następnym. A miejsca nie jest dużo – na stosunkowo małej powierzchni tłoczy się tutaj wiele setek handlujących ludzi. My byliśmy jedynymi, którzy po prostu chcieli sobie na to wszystko popatrzeć więc nie byłem pewny, jak nas się potraktuje. Tym bardziej, że do Doków Sassoona przybyłem z mocnym postanowieniem utrwalenia tego egzotycznego dla mnie miejsca na zdjęciach – mimo, że wiedziałem, iż istnieje tu zakaz fotografowania, (wprowadzony po atakach terrorystycznych na Bombaj – a konkretnie na wspomniany już Taj Mahal Palace i restaurację Cafe Leopold – w 2007 roku, kiedy to zamachowcy dotarli do Indii z Pakistanu, właśnie przez Doki Sassoona w Bombaju).

* * *

PS. Polecam obejrzenie załączonych tu zdjęć w pełnym wymiarze.

.
.

Odpoczynek po połowie, a w tle ludzka krzątanina w tłumie

.

Rybacy i ich łodzie – każdy zna swoje miejsce

.

Kobiety też muszą mieć silne dłonie

.

Wschód słońca (choć wygląda jak zachód) – łódź rybacka wraca na Ocean

*  *  *

Szokujący był kontrast, który z luksusowych pieleszy hotelu Taj Mahal Palace – gdzie zatrzymaliśmy się bynajmniej nie z powodu snobizmu czy też z zamiłowania do luksusu (ale o tym może innym razem) – rzucił nas wprost do tego miejsca ludzkiej hiper-aktywności w warunkach ciężkich i surowych, trudnych do ogarnięcia dla przybysza z zewnątrz, a przez to wręcz przytłaczających. Nie na tyle jednak, by nie doświadczyć pewnej euforii z racji uczestnictwa w czymś na wskroś dla nas egzotycznym, a przez to niezmiernie ciekawym. I fotogenicznym. Trudno się było oprzeć tej orgii kolorów (której raz po raz doświadczałem w Indiach, zwłaszcza w Radżastanie) oraz etnicznej wyrazistości otaczających mnie ludzi (którzy nota bene nie zwracali na nas większej uwagi, zajęci tym, co należało zrobić, by zdążyć przed nadchodzącym szybko ukropem południowych godzin. Mimo to każdy potrafił się w tej ciżbie znaleźć. My również robiliśmy wszystko, by nie stać się dla tych ludzi zawadą, choć aparat fotograficzny mi tego raczej nie ułatwiał. Oszałamiająca była różnorodność stworzeń wydobytych nocą z oceanicznej głębi – tylko niektóre z nich zdolny byłem nazwać po imieniu, wliczając w to tuńczyki, makrele, płaszczki, krewetki, ośmiornice, kraby… Czasem pytałem się o to ludzi, ale w odpowiedzi słyszałem tylko nieznane mi hinduskie nazwy, które nie sposób było zapamiętać. Wiem, że dla wielbicieli dań z owoców morza, Doki Sassoona mogły by się wydać konsumpcyjnym rajem, choć z drugiej strony – z punktu widzenia morskich stworzeń – miejsce to mogło przypominać jakieś inferno.

Wspomniałem o zapachach, ale to nie było tak, że czuć tam było dojmujący smród, jaki zwykle towarzyszy psującym się owocom morza. Tutaj bowiem nic nie zdążyło się jeszcze zepsuć, wszystko było świeże – woń była więc charakterystyczna, ale nie odpychająca. Mimo wszystko starano się utrzymać względną czystość, choć widok walających się tu i ówdzie ryb i krewetek poddawał to w wątpliwość. Imponowała sprawność kobiecych rąk patroszących ryby lub wycinających kawały mięsa z ogromnych cielsk złowionych płaszczek. Nawet dźwiganie na głowach ciężkich, wypełnionych po brzegi rybami miednic, nie pozbawiało tych kobiet pewnej gracji. Z kutrów i imponujących, choć wyglądających archaicznie łodzi, wynoszono ostatnie kosze ze srebrzącymi się rybami. Większość z rybaków zajęta już była czyszczeniem pokładu, choć niektórzy z nich wylegiwali się,  odpoczywając na dachach kajut – na sieciach, linach… gdziekolwiek się dało. Robiłem zdjęcia, a kadry wydały mi się tak gęste, że niekiedy traciłem orientację w rozróżnianiu przedmiotów i ludzi – takie było bogactwo kolorów i kształtów, kompozycji tworzących się impromtu przed moimi oczami. Setki masztów, kabli, rur, chorągiewek – kilometry lin, plątanina sieci – harpuny, skrzynie, beczki, kotwice… Przeważały kolory czerwieni, pomarańczów i żółci… Sporo niebieskiego i złamanej zieleni. Jakimś dziwnym sposobem harmonizowało to z kolorystyką kobiecych szat (a trzeba pamiętać, że kobiety w Indiach przy każdej okazji ubierają się w piękne, wzorzyste sari).  Siłą rzeczy porównywałem ten spektakl z tym, jaki widziałem rok temu w Birmie, gdzie w wiosce rybackiej Gyeiktaw byłem świadkiem powrotu z nocnego połowu setek łodzi obładowanych tonami ryb, które później rozkładano na plaży. Tam jednak była przestrzeń, plaża i wioskowa swojskość, tutaj zaś twardy beton doków, łodzie stłoczone w porcie – skraj wielkiej metropolii opierającej się jednak integracji z Oceanem. Oba wszak doświadczenia niezwykłe – równie niezapomniane.

*  *  *

PS. Kliknij na zdjęcie (lub wybierz opcję full size) by obejrzeć go w pełnym wymiarze.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

HOMARY Z KOH SAMUI

.

Natura - niesamowitość formy - inwencja kolorów i kształtów

Natura – niesamowitość formy – inwencja kolorów i kształtów

.

      Muszę się przyznać, że jestem nieco przytłoczony ilością wrażeń, zapisków i zdjęć z mojej ostatniej, niemal dwumiesięcznej podróży do Azji. Tym razem odwiedziłem (ponownie) Tajlandię i Indie oraz (po raz pierwszy) Sri Lankę. Od czasu do czasu zaglądam jednak do moich folderów ze zdjęciami – i te obrazy przywołują natychmiast całą lawinę wspomnień. Ot, np. dzisiaj: otwieram jeden z plików i moim oczom ukazują się… homary, na które natrafiłem na tajskiej wyspie Koh Samui (właściwie to powinienem napisać tylko Samui, bo Koh w języku Tajów oznacza wyspę). Pamiętam, że ich kolory, kształt i wzory zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Nigdy dotąd nie widziałem tak pięknych skorupiaków. Kiedy je tak podziwiałem, to dotarło do mnie to, że przecież każdy z nich (mimo przynależności do tego samego gatunku) jest inny, a jeden jest bardziej urodziwy od drugiego. Istny pokaz estetycznego rozpasania Natury, w której – jak mi się dotąd wydawało – dopiero człowiek zdolny jest rozpoznać piękno, opisując je i nazywając – a przez to poniekąd stwarzając. Zawsze byłem przekonany, że piękno nie może istnieć poza kulturą człowieka – że jest po prostu jednym z jej przymiotów i artefaktów. A tu widzę, że nie byłoby tego wszystkiego, gdyby samica lub samiec „bezmózgiego” zwierzęcia nie był czuły na to bogactwo barw i deseni, bez wątpienia odróżniając pięknisia od brzydala – preferując tego osobnika, a nie innego. I zapewne robi to w tym przypadku jeszcze lepiej od nas.

*  *  *

PS. Polecam obejrzenie powyższego zdjęcia w pełnym wymiarze, a jeszcze lepiej – ze zbliżeniem. Bowiem dopiero wtedy może się nam ukazać prawdziwy splendor naturalnego udekorowania tych stworzeń.

.

NORWEGIA

.

norwegia

W krainie fiordów

.

     Trafiłem wreszcie do Północnej Krainy. Skandynawia, a zwłaszcza Norwegia, zawsze była na liście marzeń moich podróżnych i latem tego roku udało mi się tam dotrzeć. Dwa tygodnie spędzone w Norwegii to jest zdecydowanie za mało, niemniej jednak pozwalało na skosztowanie tego kraju, rzucenie okiem na jego naturalny splendor, poczucie klimatu i zetknięcie z zamieszkującymi go ludźmi. Poniżej przedstawiam szkic trasy, którą wraz z żoną przemierzyliśmy podczas trwającej 9 dni podróży po zachodnio-południowej części Norwegii. To rejon, gdzie można zobaczyć słynne fiordy, góry wraz z ich dziką i surowa przyrodą, wreszcie nabrzeżne miasta, takie jak Stavanger czy Bergen, jakże charakterystyczne, bo oddające atmosferę kulturalną kraju i przesiąknięte jego historią. Opis tej podróży jest dość skrótowy – bardziej techniczny, niż opisowy – niemniej jednak pozwalający na ogarniecie najważniejszych odwiedzonych przez nas miejsc. Być może będzie jeszcze okazja, by podzielić się bogatymi wrażeniami, których na naszej trasie nie brakło, jak również refleksjami, które cała ta norweska przygoda sprowokowała. Przy okazji prezentuję mały wybór zdjęć, jakie udało mi się zrobić. Sądzę, że dość wiernie odzwierciedlają one obrazy jakie odsłaniały się przed moimi oczami.  Mam również nadzieję, że – przynajmniej w jakiejś mierze – oddają piękno tego niezwykłego kraju, jakim bez wątpienia jest Norwegia.

greydot

 

1-norwegia

W drodze do Lillehammer

DZIEŃ 1: OSLO – LILLEHAMMER

     Tego nie miałem we wcześniejszych planach, lecz kiedy zorientowałem się, że na trasie z Oslo do Ålesund jest kilka ciekawych miejsc, których nie można byłoby odwiedzić ze względu na ponad 10-godzinny przejazd między tymi miastami, postanowiłem wypożyczyć samochód dzień wcześniej i podjechać na dodatkowy nocleg do oddalonego o dwie godziny jazdy od Oslo Lillehammer. Miasto zasłynęło z odbytej tu przed laty zimowej olimpiady, pewnie warte byłoby większej uwagi, jednak tym razem posłużyło nam tylko jako noclegownia. (Swoją drogą spaliśmy w ciekawym miejscu, bo w przerobionym na hotel budynku starego dworca kolejowego, na nieszczęście jeszcze czynnego, co okazało się pewną – choć nie tak wielką – uciążliwością w nocy, ze względu na przejeżdżające pociągi.) Zanim tam dotarliśmy, nasz znajomy, który udzielał nam gościny w swoim domku pod Oslo (jeszcze raz dzięki wielkie, Sławku!) podwiózł nas na międzynarodowe lotnisko pod Oslo, gdzie miałem zarezerwowany samochód. Niestety, jako że stawiłem się w wypożyczalni dzień wcześniej, zamówiony przeze mnie SUV nie był jeszcze dostępny, zamiast tego dowiedziałem się, że dysponują wolnym… mercedesem. No trudno! Wyboru nie miałem, więc wziąłem, co dawali. Droga do Lillehammer zleciała nam szybko. Za szybą przesuwały się dość sielskie widoki płaskiej jeszcze Norwegii (patrz zdjęcie powyżej), przyzwyczajałem się do samochodu (prowadziło się go świetnie, choć z wsiadaniem było różnie), tak że wieczorem szczęśliwie dotarliśmy na miejsce.

Dystans: 190 km; nocleg: Lillehammer Stasjonen Hotel. 

greydot

.

2-norwegia

Wspinając się na Drabinę Trolli

DZIEŃ 2: TROLLSTIGEN

     Tego dnia nastąpiło nasze pierwsze spotkanie z górami, a właściwie z rzeźbą terenu, jaką zawdzięczamy fiordom. Wyjechaliśmy z naszego dworcowego hotelu w Lillehammer wcześnie rano, po znakomitym (jak zresztą we wszystkich – jak się okazało – norweskich hotelach) śniadaniu. W ciągu kilku godzin jazdy krajobraz zaczął się zmieniać radykalnie, a kiedy wjechaliśmy do okręgu Møre og Romsdal naszym oczom ukazały się strome, wysokie na prawie kilometr, granitowe ściany. Patrzyliśmy na Trollveggen – wznoszącą się nad nami na wysokość 1800 m. Ścianę Troli, najwyższy w Europie blok granitowy, prawdziwe wyzwanie dla alpinistów, którzy po  raz pierwszy zdobyli ją dopiero w 1958 r. Nasza droga prowadziła głęboką doliną utworzoną przed tysiącami lat przez fiord. Zaskoczony byłem bujnością oraz intensywnym kolorem flory wypełniającej dolinę. Spodziewałem się bardziej surowego krajobrazu, skąpej roślinności… a tu taka orgia zieleni i obfitość wegetacyjnego życia. Na kilka kilometrów przez Åndalsnes, zamiast jechać krótszą i łatwiejszą drogą do Ålesund, odbijam na południe w kierunku Valldal, a to po to, by wdrapać się po słynnej Trollstigen, czyli Drabinie Troli, która jest jedną z najbardziej dramatycznych górskich dróg  na świecie. Serpentynami pniemy się stromo do góry, w niektórych miejscach droga staje się jednopasmowa, za każdym zakrętem przepaść, wielka woda bardziej spada niż spływa ze stromego zbocza tuż obok, tworząc spienione i huczące kaskady. Na szczęście pokonujemy Trollstigen bez większego vertigo i zatrzymujemy się na przełęczy w visitors center, skąd krótkim szlakiem przechodzimy na wiszącą nad przepaścią platformę widokową, z której w całej swojej potędze i krasie odsłania się przed nami otchłań Wielkiej Doliny  – z wijącą się pod nami mokrą wstążką serpentyny oraz  majaczącym na horyzoncie miasteczkiem Åndalsnes. Jesteśmy też blisko skandynawskiej tundry, którą – wśród rumowisk skalnych i granitowych głazów – tworzy roślinność skąpa, gdyż mająca na swój rozwój zaledwie kilka cieplejszych miesięcy w roku. Żegnamy się z przełęczą (droga otwarta jest tylko od maja do października) i zjeżdżamy po drugiej stronie góry. Po paru godzinach jazdy – głównie brzegiem fiordów Nordall i Stor – docieramy do Ålesund. Jest godzina 10 w nocy, czy też raczej wieczór, bo słońce zajdzie dopiero za pół godziny.

Dystans: 370 km; nocleg: Clarion Collection Hotel Bryggen.

greydot

.

3-norwegia

Panorama Ålesund

DZIEŃ 3: ÅLESUND

     Śpimy w samym centrum Ålesund, więc rankiem udajemy się na spacer po jakże malowniczym mieście. Kiedyś był to największy port rybacki w Norwegii, jednakże został on niemal całkowicie spalony w 1904 roku. Jednak (ponoć) nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Z pomocą w odbudowie miasta pośpieszyła Europa, zwłaszcza Niemcy i w trzy lata Ålesund odbudowano – jeszcze piękniejsze, niż było, bo całe w stylu Jugendstil – art noveau. Obawialiśmy się nieco zapowiadanego deszczu, lecz –  mimo że niebo spowite było chmurami – nie padało. To zachęciło nas do wspinaczki na pobliskie wzgórze Aksla, skąd można obejrzeć panoramę miasta i okolic. W miarę jak wchodziliśmy coraz wyżej, pogoda robiła się coraz lepsza, a kiedy dotarliśmy na górę, była już po prostu piękna. Tak samo jak widok, który rozpościerał się przed nami: mały półwysep, na którym rozłożone było Ålesund, otoczony wodami zatoki – fiordu – morza (na poszarpanym norweskim wybrzeżu trudno je rozgraniczyć) i widocznymi w oddali wyspami. Niestety, już około południa musieliśmy opuścić miasto, by dojechać do Hellesylt, skąd promem udaliśmy się do Geiranger, płynąc niemal dwie godziny najsłynniejszym norweskim fiordem Geiranger, zwanym Królem (wszystkich) Fiordów. Droga do Hellesylt była niezmiernie widowiskowa, jak zresztą każda droga prowadząca fiordową doliną – z lazurową wodą i porośniętymi lasem zboczami, tudzież z bajecznymi, małymi osadami rozłożonymi nad brzegiem i otoczonymi seledynowo-zielonymi łąkami. Na pierwszy prom nie zdążyliśmy, więc musieliśmy czekać półtorej godziny do następnego. Dzięki temu spotkaliśmy rodaka, Krzysztofa, zapalonego fotografa, który z niejednego pieca chleb jadł, mieszkał już w różnych zakątkach świata, ale twierdził, że najlepiej mu teraz w pobliskim Åndalsnes, gdzie znalazł pracę i zatrzymał się na dłużej. Przez Geirangerfjord płynął niejeden raz – najczęściej pokazując go swoim gościom (tak było również i tym razem). Rejs upłynął nam na podziwianiu wspaniałego fiordu i jego licznych wodospadów, a cały czas towarzyszyły  nam stada mew, (które jadły pasażerom z ręki). Wkrótce dopłynęliśmy do maleńkiej osady położonej na samym końcu fiordu Geiranger (i mającej taką samą nazwę jak on). Na szczęście turystyczne tłumy autobusowe już się przewaliły, w osadzie było więc cicho i spokojnie, a my po chwili dotarliśmy do naszego hotelu, który widzieliśmy wcześniej z promu. Punkty widokowe na krawędziach fiordu – i zwiedzanie osady – zostawiliśmy sobie na następny dzień, wieczór spędzając na kolacji w naszym hotelu,  gdzie na najwyższym pietrze – i ze wspaniałym widokiem – mieściła się restauracja.

Dystans: 90 km; (nie licząc rejsu promem po fiordzie); nocleg: Grande Fjord Hotel.

greydot

.

4-norwegia

Król fiordów – Geiranger

DZIEŃ 4: FJORD GEIRANGER – GAMLE STRYNEFJELLSVEGEN – PARK NARODOWY JOTUNHEIMEN

      Miejscowość Geiranger bardziej przypomina turystyczna osadę, niż wieś czy miasteczko – rankiem jednak było tu stosunkowo pusto, bo większość przyjezdnych spała, a tłumy z promu i autobusów jeszcze się nie wysypały. Po spacerze szlakiem towarzyszącym hucznym kaskadom utworzonym przez rzekę wpadającą do fiordu, wspięliśmy się samochodem po serpentynach na położone na krawędziach fiordu platformy widokowe (norweska klasyka), a następnie skierowaliśmy się na południe, by wydostać się z doliny, zatrzymując się jeszcze w kilku różnych miejscach, bo za każdym zakrętem fiord wyglądał inaczej (godna polecenia jest tu półka skalna Flydalsjuvelt, wisząca dramatycznie nad przepaścią fiordowej doliny, z widokiem iście nieziemskim. Wjeżdżaliśmy coraz wyżej ku górskiej przełęczy, straciliśmy już z oczu Geirangerfjord, lecz nie mogliśmy nie zboczyć z drogi Rv63 na wąski trakt prowadzący na szczyt góry Dalsnibba, skąd rozpościerał się widok (na dolinę, fiord i okoliczne góry) bijący na głowę wszystkie inne. Mimo, że był to środek lata, panowała tu jeszcze zima i dął wiatr lecz krystalicznie czyste powietrze umożliwiało nam sięganie wzrokiem hen – aż po kres górskiego krajobrazu, dzięki czemu wydawało się nam, że jesteśmy na krawędzi europejskiego kontynentu. Rzadko kiedy jest na Dalsnibbe tak dobra widoczność, zwykle góra spowita jest mgłą i pada deszcz lub śnieg. My mieliśmy jednak to szczęście – podobnie jak na całej naszej trasie w Norwegii. Zjechawszy ze szczytu wróciliśmy na Rv63, ale nie wybraliśmy bezpośredniego kierunku na Lom, tylko odbiliśmy na zachód, by wysoko w górach przejechać drogą Gamle Strynefjellsvegen (258) rekomendowaną nam dzień wcześniej przez naszego nowego znajomego rodaka z Åndalsnes. Ze wszech miar warto było – to najstarsza „turystyczna” droga w Norwegii, wybudowana jeszcze w XIX wieku – prowadziła górskimi grzbietem wśród głazów i jeziorek z jaskrawo-turkusowym lustrem wody. Stoki pokryte były śniegiem, (znajdują się tutaj doskonałe szlaki narciarskie) ale sama droga była przejezdna, spotykaliśmy nawet na niej cały kolarski peleton. No a potem był lunch – piknik na skraju drogi – w towarzystwie baranów i krówek (nigdzie na świecie nie spotkałem tak zdrowo wyglądających bydlątek) – w sielskiej scenerii zielonych łąk i pasterskich chatek otoczonych skalnymi ścianami. W Lom zatrzymaliśmy się, by obejrzeć pierwszy na naszej trasie stavkirke. Ale czekał nas jeszcze tego dnia Park Narodowy Jotunheimen, więc po krótkich wizytach w kościele i znajdującym się już poza miastem historycznym hotelu-skansenie Elveseter (istne dziwowisko) ponownie zaczęliśmy się wspinać do góry. Jotunheimen znaczy w języku tubylczym „Dom Gigantów” i jest to najbardziej ukochana przez Norwegów (i nie tylko) „dzicz” – ponad tysiąc kilometrów kwadratowych górskiej „pustyni”, znaczonej dziesiątkami lodowców, setkami szczytów wyrastających ponad 2 km n.p.m., jeziorami, wodospadami, gołoborzami, tundrą… Niestety, jakże żałowałem, że mogliśmy tylko przez park Jotunheimen przejechać – na otarcie łez mając świadomość tego, że Sognefjelled Rd to najwyżej położona górska droga Europy (nota bene zwana także „drogą po dachu Norwegii”) i kilka przystanków, dzięki którym mogłem utrwalić moim Nikonem otaczający mnie splendor Natury. Robiło się już późno, zjechaliśmy do doliny Lustrafjorden i późnym wieczorem zawitaliśmy na nocleg do domu gościnnego Nes Gard.

Dystans: ok. 250 km; nocleg: Nes Gard Inn.

greydot

.

5-norwegia

Podziwiając stavkirke w Borgund

DZIEŃ 5: NES GARD – BORGUND STAVKIRKE – ŚNIEŻNA DROGA AURLANDSVEGEN

      Do południa leniuchowanie – po nocy spędzonej w jednym z najlepszych B&B Norwegii, jakim jest Nes Gard Inn – z butelką wina na ganku z widokiem na Lusterfjorden, malowniczy kościółek i wodospad Feigum po drugiej stronie fiordu. Po iście królewskim śniadaniu (przy świecach!) – wypad na pobliską przystań, maliny i wiśnie rosnące przy kościółku… Kusił Feigumfossen na przeciwległym brzegu, kusił położony  na drodze do wodospadu Urnes Stavkirke (wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO), lecz trzeba było wybierać, bo jeszcze tego samego dnia musieliśmy dotrzeć do Bergen. Zdecydowaliśmy się więc na odwiedziny najlepiej zachowanego stavkirke (polska nazwa: „kościół słupowy”) w Norwegii (w X – XIII wieku wybudowano ich tutaj około tysiąca, do dzisiejszych czasów przetrwało zaledwie 28 i stanowią one jedne z najstarszych zabytków drewnianych w Europie). Mowa oczywiście o Borgund Stavkirke z 1150 roku. To unikalna w skali światowej budowla łącząca chrześcijaństwo z pogaństwem – świętych katolickich z bóstwami Wikingów – styl romański z charakterem na wskroś nordyckim, w którym znalazło się miejsca zarówno na znaki runiczne, krzyże świętego Andrzeja i smoki. A wszystko rzeczywiście doskonale zachowane i w drewnie (na szczęście centrum turystyczne wybudowane w sporym oddaleniu od samego kościółka, więc można się było zmieścić w czasie wolnym od autokarowych hord). Wróciwszy do miasteczka Lærdal, mieliśmy do wyboru dwie drogi prowadzące do Bergen: jazdę najdłuższym tunelem świata, blisko 25 kilometrowym Lærdalstunnelen łączącym Lærdal z Aurland lub przejazd na drugą stronę gór tzw. Drogą Śnieżną Aurlandsvegen (Snøvegen). Oczywiście, nie zastanawiałem się nad tym długo, dzięki czemu już wkrótce ponownie otaczały nas zapierające dech w piersiach krajobrazy (na niektórych odcinkach zmuszony byłem zatrzymywać się dosłownie co kilkadziesiąt metrów – bo jak w kalejdoskopie zmieniała się perspektywa i piękno różnych zakątków tej fantastycznej okolicy. No stronie Norwegofil (z ciekawym mottem: Fiordy jedzą nam z ręki), znalazłem opis tej drogi tak zgrabny, że postanowiłem zacytować go tutaj niemal w całości: „Z Lærdal trasa biegnie wzdłuż potoku, dnem doliny Erdalen, po czym wznosi się powyżej poziomu lasu odsłaniając widok na surowy, skalisty krajobraz i ośnieżone szczyty gór sięgające wysokością 1500 m n.p.m. Na kolejnych kilometrach biegnie przez płaskowyż, mijając górskie jeziora i kilka porozrzucanych rzadko gospodarstw. Latem łatwo zaobserwować jak szybko zmieniają się otaczające nas kolory. Od ciepłych zieleni w dolinie, przez rudości i brązy w wyższych partiach, aż po szarości i biel śniegu na samym szczycie. Kontrasty są zaskakujące, w dolinie dzieci kąpią się w wodach fiordu, kiedy na górze w tym samym czasie można chodzić po śniegu. Najciekawszy z widoków Snøvegen rozpościera się tuż przed Aurland, z nowo zbudowanego punktu widokowego Stegastein. Z położonej na wysokości 650 m n.p.m. platformy rozpościera się wspaniała panorama na Aurlandsfjorden oraz okoliczne góry. Przy ładnej pogodzie wrażenie jest niezapomniane.” Wszystko się zgadza – potwierdzam. Żal było opuszczać te strony, ale przecież czekało nas – oddalone o parę godzin jazdy – najbardziej ekscytujące (oprócz Oslo oczywiście) miasto norweskie – Bergen.

Dystans: ok. 300 km; nocleg: Hotel Park Bergen.

greydot.

bergen

Bryggen – nabrzeże w Bergen

DZIEŃ 6: BERGEN

      Przez wiele stuleci Bergen było zarówno stolicą, jak i największym miastem Norwegii. Dzisiaj tylko Oslo może się z nim równać, jeśli chodzi o bogactwo życia kulturalnego i energię społeczności zasilanej entuzjazmem i oczekiwaniami przybyszów z zewnątrz, choć obecna stolica ustępuje miastu nad Morzem Północnym pięknem położenia – bo topograficznie Bergen jest prawdziwym klejnotem: umiejscowione (niczym Rzym) na siedmiu wzgórzach, stanowi ponadto doskonałe miejsce wypadowe do krainy południowo-zachodnich fiordów. Jednym zdaniem: norweska esencja. Na skosztowanie miasta mieliśmy tylko jeden dzień, ale, jako że mieszkaliśmy przez dwie noce bardzo blisko centrum (w znakomitym Hotel Park – nawiasem mówiąc wszystkie miejsca noclegowe, w jakich zatrzymywaliśmy się podczas naszej podróży, były bardzo ciekawe – zarówno jeśli chodzi o architekturę i wystrój wnętrza, jak i charakter i kuchnię – warte więc są osobnego wpisu), to był baaaardzo długi dzień, a ponadto słoneczny, co jednak nie jest tutaj regułą, bo Bergen jest najbardziej deszczowym miastem Skandynawii (pada tu zwykle 220 dni w roku). Znów więc mieliśmy – jeśli chodzi o pogodę – wielkie szczęście. Od naszego hotelu do serca Bergen, jakim jest nabrzeże portowe Bryggen, dzielił nas zaledwie półgodzinny spacer, w czasie którego oswoiliśmy się z uliczkami miasta, natrafiając na kilka ciekawych budynków (uwagę naszą zwrócił zwłaszcza gmach Teatru Narodowego, którego swego czasu dyrektorem był sam Henryk Ibsen) by w końcu trafić na Torget, gdzie każdego dnia tygodnia odbywa się prawdziwy spektakl handlowy, jakim jest targ rybny (sprzedaje się na nim także owoce i kwiaty). Panował tu ruch jak w ulu, ryby były świeże (wyłowione nocą z morza) więc ich zapach dość przyjemnie drażnił lekko nozdrza; obfitość owoców morza – ich kolory  i kształty – przyprawiał o lekki zawrót głowy; za straganami, chłodniami ladami spotkaliśmy głównie młodych imigrantów z Europy Środkowej (wśród których dominowali oczywiście Polacy – poznaliśmy nawet dziewczynę, pół-krwi Koreankę i pół-krwi Polkę). Targ położony jest nad zatoką Vågen, nad którą znajduje się też sam port i historyczne Bryggen (UNESCO World Heritage Site), przez blisko pół tysiąca lat okupowane przez głównie niemieckich kupców zrzeszonych w potężnej handlowej Lidze Hanzeatyckiej. Po dawnej świetności Ligi pozostał rząd jaskrawo pomalowanych (czerwono-żółto-pomarańczowo-brązowych) budynków poprzedzielanych wąskimi pasażami z charakterystycznymi załamaniami gontów. Tworzy to wszystko malowniczy widoczek – coś w rodzaju pocztówkowej wizytówki Bergen. Wstąpiliśmy na chwilę do znajdującego się w jednym z budynków Muzeum Hanzeatyckiego, by zobaczyć jak przez stulecia radzili sobie z pracą, mieszkaniem i zarządzaniem (jak również z surowym klimatem) czeladnicy, robotnicy i szefowie tej handlowej korporacji przetwórczo-rybackiej (swego czasu przerabiano tu dziennie 450 ton ryb – głównie dorsza). Kiedy wyszliśmy z ciemnych pomieszczeń na nabrzeże, oślepiło nas jaskrawe słońce, ogrzało ciepło dnia – rozleniwiło trochę zimne piwo, które sączyliśmy nieśpiesznie przy jednym z tysięcy wystawionych na zewnątrz stolików. Aktywność w sam raz na przesiąknięcie panującą tu i teraz atmosferą jakiegoś piwnego słonecznego święta – setki przycumowanych do mola jachtów i łódek, a na nich jedno wielkie niekończące się i wesołe party – Norwegów, Duńczyków, Niemców, Szwedów i Anglików… (w końcu trzeba jakoś odreagować te osiem miesięcy w szarówce i deszczu).  Oczywiście musieliśmy też spojrzeć na miasto z góry, co najlepiej zrobić ze wzgórza Fløyen, na które najłatwiej dostać się z centrum kolejką linową – i to w niecałe 9 minut. Na szczycie jest wielki taras widokowy – no i widok porównywalny tylko z tym, jakiego doświadczyliśmy tydzień wcześniej na wzgórzu Aksla w Ålesund. Z Fløyen można wrócić do miasta kolejką, jednakże my wybraliśmy jeden z kilku szlaków, jakie prowadzą na dół – opcja tym lepsza, że pozwalająca odetchnąć nieco od portowego zgiełku i to na dodatek wśród ożywczego, a zarazem relaksującego piękna lokalnej przyrody. Lecz nie żegnaliśmy się jeszcze z Bergen, bo w restauracji 1877 czekała na nas rezerwacja na kolację składającą się pięciu dań i degustacji tyluż win. Jak się okazało uczta trwała aż trzy bite godziny, ale że była to celebracja urodzinowa mojej żony – połączona na dodatek z wieloma kulinarnymi niespodziankami (głównie pozytywnej natury) – to nie dłużyła się ona nam wcale (przypominaliśmy może trochę te współwięźniarki, które spędziwszy w jednej celi kilkanaście lat, po ich zwolnieniu z więzienia, zatrzymały się jeszcze za bramą na dłuższą rozmowę). Nocny spacer do hotelu zakończył nasz pełen wrażeń – i niezwykle udany – dzień w Bergen.

Dystans: 0 km (samochód nie ruszany, kilka km na piechotę po mieście; nocleg: Hotel Park Bergen.

greydot.

7-norwegia

Zmierzch nad Stavanger

DZIEŃ 7: STAVANGER

      Stavanger z Bergen konkurować nie może, ale też  jest ważnym miastem, które przez stulecia napędzało ekonomicznie i demograficznie rybołówstwo (tutaj głównie: sardynki i śledzie), a przez ostatnie pół wieku – przemysł naftowy (jak wiemy, dzięki odkrytym w latach 60. i 70. wielkich złóż ropy naftowej znajdujących się pod dnem Morza Północnego, Norwegia z kraju dość biednego zamieniła się w jeden z najbogatszych na świecie). Większość dnia zajęła nam nasza podróż z Bergen do Stavanger – droga E39 biegła morskim wybrzeżem – przez półwyspy i wyspy, przez tunele pod dnem morza i przez góry – parę razy musieliśmy też korzystać z promów (trudno sobie wyobrazić poruszanie się po Norwegii bez tuneli i promów, których – wraz z wodospadami i fiordami – znajduje się tu więcej, niż w jakimkolwiek innym kraju na świecie). Późne popołudnie spędziliśmy na spacerze po mieście – godna uwagi jest stara zabudowa miasta Gamle Stavanger oraz Bryggen (tutaj przypominającym miniaturę tego, które widzieliśmy w Bergen) – ale na wizytę w najlepszym na świecie muzeum wydobycia ropy naftowej, jakim jest Norsk Oljemuseum, nie mieliśmy już czasu. Poza tym wypadało dziś wcześniej znaleźć się w łóżku i wypocząć przez jutrzejszą eskapadą do jednego z najbardziej atrakcyjnych – wręcz ikonicznych – miejsc Norwegii, jakim jest Preikestolen.

Dystans: 210 km (wliczając w to drogę pokonywaną promem; nocleg: Clarion Hotel Stavanger.

greydot.

8-norwegia-preikestolen

Przechadzając się nad przepaścią po Preikestolen

DZIEŃ 8: PREIKESTOLEN

      Highlight naszej podróży – Preikestolen (czyli Pulpit Rock – Skalna Stolnica) to wznoszący się niemal pionowo w górę, wysoki na 600 metrów granitowy blok, zakończony skalną półką, która przyciąga rocznie blisko 200 tysięcy ludzi z całego świata. Preikestolen to coś w rodzaju turystycznego emblematu Norwegii – geologiczna anomalia, przykuwająca wzrok, testująca lęk wysokości wszystkich, którzy znajdą się na jej płaskiej, przypominającej kwadrat (i nie tak znowu dużej, bo zamykającej się w wymiarach 25 na 25 m) powierzchni. Ze Stavanger można w pobliże Preikestolen dostać się samochodem w półtorej godziny i zostawiwszy pojazd na specjalnym parkingu, wyruszyć na szlak liczący niespełna 4 km, by po mniej więcej dwu godzinach wspinaczki (pokonując w pionie ok. 330 m), dotrzeć na skalną półkę. Tak też zrobiliśmy. Kiedy dotarliśmy do trailhead (miejsca gdzie zaczynał się szlak), parking było już wypełniony stekami samochodów, lecz jeszcze znalazło się dla nas miejsce, więc po zmianie butów i ubrania, wyruszyliśmy w drogę. Na początku było dość lekkie podejście, jednak potem zaczęła się jedna stromizna, później druga – i wtedy zrozumiałem, co mieli na myśli autorzy przewodników, pisząc, że wybierając się na Preikestolen trzeba jednak mieć dobrą kondycję. My jednak jakoś sobie z tym poradziliśmy – i chyba większym uprzykrzeniem dla nas były tłumy ludzi, które uparły się dostać na Pulpit Rock w tym samym czasie, co my. Półka zaczęła się dość niepostrzeżenie i prawdę mówiąc, kiedy stanęło na jej powierzchni, to miejsce nie wyróżniało się niczym szczególnym. Dopiero kiedy podeszło się blisko krawędzi i spojrzało w dół – można było oniemieć na widok 600-metrowej przepaści i wspaniałego Lysefjorden, rozciągającego się na dziesiątki kilometrów – aż po sam horyzont. Niektórzy śmiałkowie-ryzykanci siadali na brzegu krawędzi, machając w powietrzu nogami; ci bardziej strachliwi kładli się na skale i tylko wysuwali ponad krawędź głowę, by spojrzeć w znajdującą się pod nimi otchłań. Znajomi w tym czasie trzaskali im imponujące foty, którymi można się będzie pochwalić po powrocie do domu. Bo skałę wraz ze znajdującymi się na niej ludźmi, najlepiej jest jednak widać z pewnej perspektywy i pewnego oddalenia – trzeba jednak wspiąć się jeszcze nieco wyżej, uważając za każdym krokiem, by nie runąć w przepaść (zaskakująca była dla mnie wiadomość, że mimo iż na Preikestolen nie ma żadnych zabezpieczeń, to aż do 2013 roku nie zdarzył się tu żaden wypadek śmiertelny – podejrzewam, że do tego pierwszego przyczyniła się moda na selfie). Widoki były przepiękne – surowa kraina rozciągała się przed nami niczym bajka Północy (przypomniał mi się niedawny serial o Wikingach, a nawet animowany przebój disney’owski Frozen). Na Preikestolen – i w jego okolicy – spędziliśmy dobrych parę godzin. W międzyczasie tłum się znacznie przerzedził, na półce zostało tylko kilkanaście osób, w sam raz by utrwalić ten niezwykły widok z ludzkim akcentem na zdjęciach). No i wracaliśmy szlakiem swobodniej, nie mieszając się z innymi piechurami, i na nikogo nie wpadając. Wyczerpani i deczko zmęczeni – ale tym zmęczeniem odprężającym, bo wynikającym z fizycznego wysiłku i kontaktu z Naturą – dotarliśmy na parking do samochodu. Ania mogła się zupełnie odprężyć, ja nie za bardzo, bo czekała mnie jeszcze kilkugodzinna jazda do Nesflaten na nocleg. Nie było łatwo, zwłaszcza że po niedługim czasie lunął z nieba ulewny deszcz (pierwszy podczas naszej 9-dniowej wyprawy) więc z wielką ostrożnością trzeba było pokonywać górskie serpentyny, ostre zakręty, liczne tunele i mosty – jadąc drogami wzdłuż fiordów, pod stromo wiszącymi skałami… Mimo aury dostrzec można było piękno i majestat okolicy – żal było, iż znaleźliśmy się tu tylko przejazdem.

Dystans: 165 km; nocleg: Energihotellet, Nesflaten.

greydot.

9-norwegia

Zielona kraina

DZIEŃ 9: POWRÓT DO OSLO

Tego dnia czekała nas długa droga do Oslo. Nocowaliśmy w ciekawym miejscu – budynki Energihotellet (nazwa hotelu) należały kiedyś do kompleksu elektrowni wodnej w Nesflaten. Minimalistyczny, maleńki (choć z dużym wygodnym łóżkiem) pokój nadawał się właściwie tylko do spania, lecz kiedy rankiem obudziliśmy się i odsłoniliśmy kotary w oknie, oczom naszym ukazał się niesamowity widok na jezioro i spowite mgłą góry (wreszcie prawdziwie „norweska” aura”). I rzeczywiście, okno, które stanowiło całą ścianę pokoju, było niczym olbrzymi obraz (takie było założenie architekta, ponoć w Norwegii znanego), który można było podziwiać z łóżka. Po śniadaniu w wielkiej hali (co za kontrast z klateczkami pokojów), wyruszyliśmy w trasę. Nie spodziewaliśmy się po tym dniu wiele, ale mimo to trafiliśmy do paru ciekawych miejsc. Wprawdzie planowałem zobaczyć po drodze słynny, największy chyba kościół klepkowy w Norwegii, czyli Heddal stavkirke, to zaskoczeniem był dla mnie kościółek w Røldal, do którego trafiliśmy właściwie przypadkiem. Jego wnętrze okazało się najpiękniejszym wnętrzem z wszystkich, jakie widzieliśmy w tego typu kościołach. Dalej była jazda przez góry, wzdłuż fiordów, brzegami jezior… Kierował nami GPS i muszę napisać, że wiernie mu byłem posłuszny, choć nie prowadził on nas drogą najłatwiejszą (jak się dość szybko zorientowałem), ale za to najciekawszą, bo biegnącą jakimiś lokalnymi traktami (off the beaten path) – dróżkami nieasfaltowymi, często prowadzącymi przez górskie przełęcze rejonów Rogaland i Telemark. Dzięki temu mogliśmy doświadczyć prawdziwie surowego krajobrazu centralnej Norwegii tudzież wypróbować naszego mercedesa na żwirowych drożynach i wertepach. Paru-godzinna wizyta w Heddal stavkirke była ostatnim – wszak bardzo ciekawym – punktem naszej eskapady. Pod wieczór dotarliśmy do Oslo – ostatni odcinek trasy jadąc już autostradą. Po oddaniu samochodu zostaliśmy przygarnięci przez naszych przyjaciół i rodzinę.

Dystans: 325 km; nocleg: okolice Oslo – na daczy u Sławka

greydot

UWAGA: kliknij na zdjęcia, by zobaczyć je w pełnym wymiarze.

.

.
© ZDJĘCIA WŁASNE 

.