MUZEUM SZTUKI W MILWAUKEE – uskrzydlony i spełniony sen architekta

.

Geniusz i architektura – niezwykła sylwetka Muzeum Sztuki w Milwaukee – ikona miasta nad Jeziorem Michigan

.

       Ukończona dokładnie 20 lat temu „przybudówka” do mającego 150-letnią tradycję Milwaukee Art Museum to bez wątpienia jeden z najciekawszych architektonicznie budynków jaki wdziałem w swoim życiu. Oficjalnie zwany Quadracci Pavilion, powszechnie jest znany jako „The Calatrava” – i ta potoczna nazwa wydaje mi się bardziej adekwatna, gdyż przypomina o twórcy tej zdumiewającej struktury, łączącej inżynierię, sztukę i budownictwo. Hiszpański architekt Santiago Calatrava wygrał konkurs, na który zgłoszono ponad 70 projektów i był to jego pierwszy projekt sfinalizowany w Stanach Zjednoczonych (magazyn Time uznał go w 2001 roku, czyli w roku oddania do użytku, za Number One Design).
Charakter Calatravy zdeterminowała zarówno bliskość jeziora, jak i funkcjonalność a także powiązanie z miastem: stąd skojarzenia zarówno z żaglowcem, jak i ptakiem; stąd wiszący most łączący główne wejście Muzeum z downtown Milwaukee, stąd „falistość” wnętrz…
Najbardziej rzucają się w oczy olbrzymie białe „skrzydła” – poruszające się (a raczej poruszane) w zależności od siły wiatru oraz nasłonecznienia. Stworzone bynajmniej nie dla efektu (to też) ale po to, by pełnić funkcję tzw. brise-soleil, czyli „łamacza światła” (architekci wiedzą, że tej intrygującej – a osobliwie brzmiącej – nazwy sobie nie wymyśliłem).
Dzięki temu Calatrava stała się niejako „żywym” (bo będącym w ruchu, reagującym na zmiany środowiska) elementem leżącego nad jeziorem miasta, częścią jego organizmu – a przy tym jego ikoną. Tak jak założył sobie projektant: „Kształt budynku jest zarówno formalny, dopełniający kompozycję; funkcjonalny – kontrolujący poziom światła, będący wejściem dla gości; oraz symboliczny – kreujący ikonę, niezapomniany obraz dla Muzeum i miasta.” – tako rzekł Santiago Calatrava i chwała mu za to, tym bardziej że wszystko udało mu się zrealizować – w tym pełnej lekkości i wirtuozerii dziele.

.

Skomponować się i zrosnąć z miastem, sztuką, nabrzeżem, jeziorem – stać się towarzyszem ludzi

.

       Muzeum Sztuki w Milwaukee odwiedzałem wielokrotnie (m. in. z okazji fantastycznej wystawy „Leonardo da Vinci and the Splendor of Poland”, jaka się tutaj odbyła w 2002 roku, prezentując arcydzieła malarstwa zgromadzone w różnych kolekcjach naszego kraju, w tym słynną „Damę z gronostajem” Mistrza Leonarda), ale ponownie z wielką przyjemnością przespacerowałem się wokół muzealnego kompleksu – wstępując na chwilę do śródmieścia, przechodząc się nad brzegiem Jeziora Michigan.
Oczywiście głównym obiektem mojego zainteresowania była uskrzydlona Calatrava (kilkakrotnie otwierająca i zamykająca w tym czasie swoje „skrzydła”) – choć musiałem też okrążyć poprzednie „dodatki” do Muzeum, w tym rzeczywiście „brutalne” dzieła architektoniczne (Kahler Building), z nie tak dawnej epoki, kiedy to modernizm dokonywał spustoszeń nie tylko w sztuce, ale i architekturze szpecącej ludzki świat (tutaj można było odetchnąć z ulgą, bo dzieło Calatravy okazało się powrotem do projektów architektonicznych preferujących artyzm i piękno, a nie „surowość” i brzydotę).
W czasie spaceru znów pożałowałem, że nie zabrałem ze sobą swojego Nikona, ale myślę, że iphon też się spisał dzielnie, dzięki czemu mogę tutaj zaprezentować próbkę zdjęć, które wczoraj zrobiłem.
Jak widać budowla jest bardzo wdzięcznym obiektem dla fotografa – głównie ze względu na swoją niezwykłą, bardzo fotogeniczną i bogatą formę – pełną różnorodności i zaskakujących obrazów. Ta jakże intrygująca gra światła i cieni, ciągle zmieniająca się w rytm zmian zachodzących w samej przyrodzie, ale wchodząca też w kontakt z człowiekiem – to wszystko zdecydowanie ułatwiało mi poszukiwanie ciekawych kadrów, wydobywanie piękna z tej zorganizowanej przez ludzki geniusz materii.

       Co do zgromadzonej wewnątrz Muzeum kolekcji nie chcę się teraz wypowiadać – i to nie tylko dlatego, że brak tu już na to miejsca. Bowiem zwiedzać można było tylko jeden muzealny poziom, a tam dobrych obrazów malarskich było jak na lekarstwo (a właśnie malarstwo zawsze było dla mnie głównym obiektem zainteresowania w tej kolekcji). Kilka przestronnych sal ze sztuką współczesną przeszedłem w kilkanaście minut (bo jak dla mnie wypełniało je w większości „nowoczesne” badziewie – co za marnotrawstwo muzealnej przestrzeni!) – i tylko niekiedy coś mnie tam zaintrygowało (i bynajmniej nie były to puszki po zupie Warhola, ani mazidła pewnych modernistów).

       Uwaga dla mieszkających w Chicago i okolicy: jak się dowiedziałem, Milwaukee Art Museum ma się otworzyć na dobre w czerwcu, więc jeśli będzie ktoś chciał obejrzeć naprawdę ciekawą kolekcję – i to nie tylko malarstwa – kompletną i pełną, to należy do Milwaukee wybrać się za kilka tygodni. No, chyba że ktoś wcześniej zechce sobie poobcować estetycznie z Calatravą, oddychając świeżym powietrzem nad jednym z Wielkich Jezior Ameryki.

.

Widok z okna

.

.

Chmury nad bryłami

.

.

Światło i człowiek w przestrzeni estetycznie zorganizowanej

.

greydot

ARUBA – wyspa szczęśliwa

.

Malowniczo pokręcone drzewo divi-divi (Libidibia coriaria) cieszy się największym wzięciem wśród fotografów

.

       „One Happy Island” – lubią o swoim miejscu zamieszkania mówić Arubańczycy. Ale jak z tym szczęściem jest w rzeczywistości? Pewnie tak jak w życiu – czyli różnie. Jednak to prawda, że na tej karaibskiej wyspie dużo ludzi się śmieje, tańczy i śpiewa. I nie są to tylko turyści ze statków wycieczkowych, czy plażowicze, a przede wszystkim rdzenni mieszkańcy.
A jest ich na wyspie ponad 100 tysięcy. Głównie są to Kreole i Latynosi, którzy stanowią miks różnych ras – w tym Europejczyków, Indian i potomków czarnych niewolników. Jest też kilka tysięcy Holendrów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że każdy obywatel Aruby jest jednocześnie obywatelem holenderskim. Wyspa stanowi terytorium autonomiczne, ale wchodzi – wraz z innymi wyspami Antyli Holenderskich – w skład Królestwa Niderlandów, więc jej mieszkańcy są formalnie poddanymi królowej holenderskiej.
Językiem urzędowym na Arubie jest (używany w sprawach formalnych) język niderlandzki, ale jest nim także (używany powszechnie na co dzień) kreolski język papiamento, będący przedziwną mieszanką wielu języków (głównie hiszpańskiego i portugalskiego). Ze zdecydowaną większością mieszkańców można się wszak dogadać po angielsku, gdyż na wyspę przylatują (i przypływają) przede wszystkim Amerykanie (stanowiąc ok. 80% wszystkich turystów odwiedzających Arubę). Obecnie – od czasu, kiedy przestały tu działać rafinerie i podupadł eksport aloesu – turystyka przynosi wyspie największy dochód.
Aruba jest jedną z trzech wysp Małych Antyli, które czasami nazywa się Wyspami Podwietrznymi ABC (Aruba, Bonaire, Curaçao) i jest położona zaledwie 24 km od wybrzeży Wenezueli. A jest to dystans krótszy niż długość wyspy, która wynosi niecałe 30 km. (Jej szerokość to niewiele ponad 8 km.)
Każda z karaibskich wysp jest inna, ale Aruba wyróżnia się wśród nich szczególnie. Choćby tylko tym, że rośnie tu zdecydowanie więcej kaktusów, niż palm, a to z powodu klimatu, który co prawda jest tropikalny i gorący, ale jest jeszcze przy tym półpustynny. Istnieje też różnica bardziej konkretna: Arubę omijają huragany. Za to wieje tu niemal zawsze wiatr (pasat) – bardziej wszak dla ochłody, bo porywisty to on nie jest (chyba, że jesteśmy na wschodnim wybrzeżu wyspy). Pogoda niezbyt zmienia się w ciągu roku, średnia temperatura dnia to 28 °C, zaś ilość dni słonecznych w roku jest tu większa niż na jakiejkolwiek innej karaibskiej wyspie (poza archipelagiem ABC).

Spacer po plaży o poranku – niezmącony, relaksujący (Eagle Beach to prawdziwy skarb Aruby)

.

       Aruba słynie z klimatu, słońca, plaż i nurkowania – i jest to sława zasłużona. Tutejsze plaże są piękne. Największą popularnością cieszą się zwłaszcza dwie, położone w zachodniej części wyspy: Eagle Beach i Palm Beach – szerokie, długie na parę kilometrów spłachetki lądu z pisakiem białym jak cukier, obmywane turkusową wodą Morza Karaibskiego. Jeśli są „popularne” to można się na nich spodziewać sporego tłumu plażowiczów. Przy czym więcej ludzi można spotkać na leżącej bardziej na północ Palm Beach (w rejonie tzw. high-rise, czyli „wysokopiennych” luksusowych resortów w rodzaju Ritz, Marriot, Riu, Hilton…), niż na Eagle Beach (rejon slow-rise, zdominowany przez mniejsze resorty „niskopienne”).
Ta ostatnia była naszą ulubioną plażą. Jakichś szczególnie wielkich tłumów na niej nie było (zwłaszcza spacerując rankiem dzieliliśmy ją z kilkoma zaledwie takimi jak my rannymi ptaszkami). Tutaj też najczęściej kąpaliśmy się i pływaliśmy. Skąd się wzięła nazwa Eagle Beach, to doprawdy nie mam pojęcia, bo orłów tu się raczej się uświadczy. Są za to osobliwe – ale dzięki temu bardzo fotogeniczne – drzewka divi divi: niewiarygodnie powykręcane, chylące się w stronę morza i aż dziw, że do tej pory żywe, bo każdego dnia dotykane i ściskane przez setki ludzi. Drzewka są dwa, ale oblegane jest zwłaszcza jedno z nich, bo każdy chcą zrobić sobie przy nim zdjęcie. (Podejrzewam, że jest to najbardziej obfotografowywane drzewo na Karaibach.)
Są jeszcze inne plaże, wśród których najbardziej znana jest położona na południu wyspy Baby Beach. Jadąc tam można jednak przeżyć szok na widok monstrualnej (opuszczonej i niszczejącej) rafinerii naftowej (ongiś jednej z największych na świecie, przerabiającej ropę naftową przewożoną tu z pobliskiej Wenezueli). Baby Beach znajduje się w sąsiedztwie rafinerii, ale na szczęście nie jest ona z tej plaży widoczna tak bardzo, by komukolwiek zepsuć uciechę z plażowania, opalania się, pływania i kąpieli.
Można powiedzieć, że Aruba to istota o dwóch twarzach. Jedna z nich – ta skierowana na zachód – znaczona jest pięknymi, stworzonymi do wypoczynku piaszczystymi plażami, gdzie morze jest zwykle łagodne i spokojne, a jego woda szafirowa; druga zaś – ta zwrócona ku wschodowi – jest dla tej pierwszej niczym Mr. Hyde dla Dr. Jeckylla: ostre i poszarpane skalne urwiska, smagane szaleńczo przez potężne spienione fale i prawie że sztormowy wiatr (to widok, który robi wrażenie, zwłaszcza jeśli ktoś przyzwyczaił się już do łagodności pierwszego oblicza/osobowości wyspy).
Cóż, być może dlatego ta wschodnia część wyspy wydaje się niektórym z jej gości ciekawsza? Na pewno warto się tam wybrać – nie tylko po to by zobaczyć ten fantastyczny krajobraz i poczuć potęgę morskiego żywiołu, ale również dlatego, że znajduje się tam jeszcze kilka interesujących miejsc.

Przeprawa przez drogi i bezdroża Parku Narodowego Arikok to doświadczenie diametralnie różne od plażowania

.

       Najważniejsze z nich to Park Narodowy Arikok – ciągnące się jak okiem sięgnąć wzgórza wulkaniczne pokryte nieprzebytym gąszczem kaktusów (wśród nich wyróżniają się zwłaszcza organowe) i suchokrzewów (typu wilczomlecz mleczny). Są tam nawet jaskinie, wyżłobione przez wodę w skałach wapiennych, powstałych ze spetryfikowanych koralowców (największą i najciekawszą nich Fontein Cave warto zwiedzić). W strefie brzegowej parku znajduje się naturalny basen (Natural Pool), w którym można się kąpać, gdyż jest on od morza – i jego wściekłych fal – oddzielony skalną ścianą. Wielką atrakcją parku był kiedyś most naturalny (Natural Bridge) lecz niestety, runął niedawno pod własnym ciężarem i na jego miejscu zostało tylko skalne rumowisko.
Jest jeszcze kilka innych miejsc, które ewentualnie można na Arubie zwiedzić: latarnia morska California, wulkan Hooiberg, formacja skalna Casibari (z której najlepiej chyba widać prawdziwą, nieturystyczną Arubę), ruiny kopalni złota Bushiribana, farma motyli, plaża flamingów (tam, niestety, bardzo trudno się dostać, a jeżeli już się to uda, to kosztuje to krocie). Ci, którzy nurkują, mają tutaj wiele możliwości – a kto robi to nie tylko z rurką, ale i z akwalungiem, to może u wybrzeży wyspy przeżyć prawdziwą podwodną przygodę, mając do dyspozycji aż siedem wraków (w tym dwa samoloty i robiący największe wrażenie niemiecki okręt SS Antilla, zniszczony w 1940 roku przez samych Niemców, którzy nie chcieli go oddać w ręce Holendrów). Nie sposób przegapić największego miasta – a jednocześni stolicy Aruby – Orenjestad (jak dla mnie zbyt upiększonego, z dziwną architekturą przypominającą jakiś pseudo-kolonialny cukierkowy Disneyland). Trzeba tylko uważać, żeby nie wybierać się do śródmieścia w tym samym czasie, kiedy ze statków wycieczkowych spływają i zalewają miasto tysięczne hordy turystów.
Z tego, co napisałem o rozsianych po wyspie atrakcjach, można chyba wywnioskować, że przebywając na Arubie warto choć na parę dni wypożyczyć samochód (przy czym jazda po terenowych, żwirowo-piaszczystych drogach wschodniej części wyspy, wymaga samochodu z wyższym zawieszeniem – SUV’a, a jeszcze lepiej jeepa z napędem na cztery koła). Jeśli chodzi o nas, to przez cały pobytu na Arubie dysponowaliśmy samochodem, dzięki czemu poznaliśmy wyspę dość dobrze. I muszę powiedzieć, że jej różnorodność bardzo mnie zaskoczyła – pozytywnie, rzecz jasna. Polecam więc przekonać się o tym samemu, ale jeśli ktoś chce spędzić swoje wakacje tylko na plaży, to… voilà!
Jeżeli nie chce się wydawać fortuny na pobyt w hotelu czy resorcie przy plaży, (ceny za noclegi bywają w nich rzeczywiście astronomiczne), to można wynająć jakieś lokum w interiorze wyspy i stamtąd wybierać się na plażę samochodem (wypożyczenie małego samochodu nie jest tu wcale takie drogie). O Arubie mówi się, że wyjazd na nią to kosztowna impreza, ale (z własnego doświadczenia) wiem, że jeżeli zastosuje się ten drugi wariant pobytu na wyspie, to nie wypada to drożej, niż np. wakacje na Florydzie.
Powinienem jeszcze wspomnieć o jedzeniu, które na Arubie jest naprawdę znakomite (całe mnóstwo restauracji serwującej najczęściej owoce morza) ale to trzeba sprawdzić samemu. Dlatego życzę wszystkim Czytelnikom aby mogli się na tej „szczęśliwej wyspie” choć raz w życiu znaleźć, doświadczając jej uroków, piękna i smaków własnymi zmysłami – i na własnej skórze.

*  *  *

.

Wypatrując pirata z Karaibów?

.

.

Drugie oblicze wyspy: dzikie spienione fale, wicher i skalne urwiska

.

.

Skrzydlata, kolorowa, efemeryczna piękność

.

.

Aruba girls, girls, girls…

.

.

I wreszcie: jeden ze słynnych arubańskich zachodów słońca nad Morzem Karaibskim

.

POWIĄZANE WPISY: KARAIBY

.

..

DIVI DIVI TREE

.

.

FOOD

.

.

A NA DESER MOTYLKI

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

Z ANIĄ NA SZLAKU

.

Nad Jeziorem Michigan

.

       Może to sprawa szczególnej pory w moim życiu?
Bo chciałbym Wam – stałym, ale i zabłąkanym tu przypadkiem – Czytelnikom tej strony przedstawić moją Żonę Annę. Widzę, że z biegiem czasu mój blog staje się nieco bardziej osobisty – Wizja Lokalna jakoś częściej wchodzi w moje życie – więc czas wspomnieć tutaj o kimś, kto jest dla mnie w życiu najważniejszy.
Czy będzie to podróż sentymentalna? Być może, ale na pewno nie będzie ona czułostkowa ani – nie daj Boże! – ckliwa.

      Tak się złożyło, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat sporo podróżowałem. Przez jakiś czas – dawno, dawno temu – robiłem to nawet zawodowo, organizując i prowadząc wycieczki (najczęściej po Ameryce Północnej, ale wypady z grupami na inne kontynenty też mi się zdarzały). Później zacząłem się wybierać w świat prywatnie – samemu, niekiedy w jakimś miłym i ciekawym towarzystwie – ale z czasem w tych podróżach coraz częściej towarzyszyła mi Żona. W końcu starałem się podróżować tylko z Nią. I muszę Wam powiedzieć, że było to (i jest) dla mnie najlepsze i najszczęśliwsze towarzystwo – na pewno z nikim innym tak dobrze by mi się nie podróżowało, jak z moją Anią.
Nie wiem, komu? (czemu?) mam za to dziękować – Bogu, Szczęściu, Losowi, Miłości – w każdym razie wdzięczny jestem za ten czas spędzony z najbliższą mi osobą – nie tylko w domu, ale właśnie również w podróży.

       Tych wojaży było sporo. Kiedy tylko mogliśmy sobie na to pozwolić, to wyruszaliśmy w świat kilka razy do roku, często w bardzo odległe i egzotyczne strony. Właściwie zorganizowanie całej podróży i ustalenie jej planu (skreślenie itinerary, rezerwacje…) leżało w mojej gestii. Ania się na to godziła, bo mi ufała – wiedziała, że wycisnę z przygotowywanej wyprawy to, co najlepsze. (Tutaj skrzywienie zawodowe było dla mnie niczym innym, jak przyjemnością). Kondycję w zasadzie mieliśmy taką samą, podobne upodobania, jeśli chodzi o akomodację i przemieszczanie się po odwiedzanym kraju. Podobne też mieliśmy zainteresowania, taką samą ciekawość nowych miejsc i ludzi. Ania zawsze była bardziej śmiała… czy też bardziej skłonna do nawiązywania kontaktu z obcymi, a ja na tym tylko korzystałem, bo jednak największym skarbem wszystkich krajów są zamieszkujący je ludzie. Muszę też wspomnieć o tym, że Jej opiekuńczość była dla mnie zawsze wielkim komfortem.

       To ciekawe, jak dwoje ludzi o tak odmiennych charakterach i temperamentach, potrafi swój związek nie tylko stworzyć, ale i zachować na długie lata (nie chcę tu uderzać w tak solenne i patetyczne tony, ale jestem pewien, że w naszym przypadku, będzie tak do śmierci).
I to jest bez wątpienia głównie zasługą Żony – istoty znacznie mądrzejszej ode mnie… przynajmniej życiowo ;). Tym bardziej, że ja to raczej utracjusz byłem. Może z wiekiem bardziej dojrzałem a nawet zmądrzałem (choć w to ostatnie to jednak wątpię).

       Najchętniej wybieraliśmy się w góry na tzw. „łono” natury (zdarzało się nam przechodzić po górskich szlakach ponad 20 km dziennie); lubiliśmy też Ocean, morze, spacery po plaży, tropikalne wyspy (przede wszystkim Karaiby i Hawaje)…
Nigdy nie mieliśmy dość amerykańskiego Zachodu: od pustynnego Południowego Zachodu (Kalifornia, Nevada, Arizona, Utah), przez stany Gór Skalistych (Kolorado, Idaho, Montana, Wyoming), po szczególnie darzony przez nas sentymentem Pacyficzny Północny Zachód (Waszyngton, Oregon).
Dość często wyjeżdżaliśmy do Azji – a to ze względu na bogactwo kulturowe i etniczne tamtych krajów (tzw. „podróżą życia” dla nas były Indie). Do miast – i współczesnej cywilizacji – ciągnęło nas mniej, ale też nie unikaliśmy zwiedzania ciekawych metropolii, ani nawet… muzeów (oboje bardzo lubimy malarstwo). Spodobały nam się niektóre zakątki Europy – w Hiszpanii, we Włoszech, Szwajcarii, Norwegii…

       Oczywiście zawsze brałem w te wojaże fotograficzny aparat, robiąc całą masę zdjęć. Te, które wydawały mi się najbardziej udane, publikowałem na moich stronach w Internecie (np. TUTAJ albo TUTAJ), część udało mi się wydać w formie książkowo-albumowej („PODRÓŻE”).
Prawdę mówiąc nigdy nie lubiłem, kiedy ktoś mnie fotografował – o fotografowaniu siebie samego nawet nie wspominam (nie wiem, czy zrobiłem więcej jak dwa selfie w swoim życiu), czego teraz żałuję, bo jednak warto mieć taką pamiątkę z pewnych miejsc – zwłaszcza z takich, w których się jest pierwszy i być może ostatni raz w życiu.
Natomiast bardzo lubiłem fotografować swoją żonę – zwłaszcza na szlaku. Bynajmniej nie dlatego, że jest taka fotogeniczna (no cóż, chyba jednak jest :) ), ale dlatego, że najczęściej jej sylwetka ożywiała po ludzku surowe zwykle – choć bez wątpienia piękne – naturalne lub cywilizacyjne krajobrazy, scenerie i pejzaże. Pozwalała też na ogarnięcie proporcji – zwłaszcza wielkich przestrzeni i ogromnych tworów (czasem nawet cudów) Natury.
Niewielki wybór tych fotografii pozwalam sobie tutaj zaprezentować.

*  *  *

UWAGA: należy kliknąć na zdjęcie, aby zobaczyć go w pełnym wymiarze (do czego zachęcam)

.

Pod Mount Robson w Brytyjskiej Kolumbii (Kanada)

.

.

W Kanionie Paprociowym w Kalifornii

.

.

Pod palmami na wyspie Saona (Dominikana)

.

.

Surowość i piękno północnej krainy – okolice Lysefjorden w Norwegii

.

.

Był kiedyś las – na wydmach Silver Lake SP w Michigan

.

.

Nd Dolnym Wodospadem Naturalnego Mostu w Górach Skalistych Kanady

.

.

Na którejś z osobliwych plaż Morza Andamańskiego w Tajlandii

.

.

Na bezdrożach Big Island of Hawaii – a gdzieś tam w dole Zielona Plaża (Hawaje)

.

..

Pod lodowcami Mount Rainier w stanie Waszyngton

.

.

Wyglądając za wodospadem na szlaku Eagle Creek w Oregonie

.

.

Spacerując po dachu Domu Opery w Oslo (Norwegia)

.

.

Na szlaku w Alpach – masyw Jungfraujoch w Oberlandzie Berneńskim (Szwajcaria)

.

.

W lesie kolumn, pod arkadami Wielkiego Meczetu Mezquita w Kordobie (Hiszpania)

.

.

Na grani równej z chmurami pod Mount Blanc we Francji

.

.

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie – w Tombstone, mieście (martwych) rewolwerowców, w Arizonie

.

.

Wśród oszałamiającego kwiecia w Oregonie

.

.

Zagubiona w kolorowym tłumie – na targu rybnym Sassoon Docks w Bombaju (Indie)

.

.

Odpoczywając w hamaku na wyspie Virgin Gorda (British Virgin Islands)

.

.

Razem nad Niebieskim Miastem Dżodhpur w Twierdzy Mehrangarh (Indie)

.

.

Na Cape Flattery – Półwysep Olympic w stanie Waszyngton

.

greydot.

greydot.

I JESZCZE GARŚĆ ZDJĘĆ:

.

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

SZWAJCARIA – mały wielki kraj

Nie będę ukrywał, że do tego, by wybrać się do Szwajcarii, najbardziej skusiły mnie Alpy. Oglądane wcześniej zdjęcia i filmy przedstawiające te góry w całym ich krajobrazowym splendorze – wszystkie te przeogromne wisty z zielonymi łąkami, jeziorami, lasami i ośnieżonymi szczytami – podsycały tylko to pragnienie, by znaleźć się wśród tej cudnej dzikości samemu, by doświadczyć tego osobiście – zmysłowo i fizycznie. Były takie momenty w czasie moich podróży po Europie, że widziałem Alpy – ale gdzieś tam, hen, na horyzoncie (kilka razy przelatywałem też nad nimi samolotem), ale dopiero teraz udało mi się dotrzeć na ich miejsce.

też nad nimi samolotem), ale dopiero teraz udało mi się dotrzeć na ich miejsce.

Dolina Lauterbrunnental to bez wątpienia jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi

.

       Wszystkim wiadomo, że Szwajcaria jest małym krajem, ale im więcej się o niej dowiadywałem, tym bardziej sobie uświadamiałem, jak bardzo jest ona różnorodna etnicznie, jaką fascynującą ma historię, jak bardzo specyficzny ma charakter… Moim zadziwieniom nie było końca.
Wiedziałem, że Szwajcarzy zazwyczaj trzymają się od przyjezdnych na dystans, chowają się w skorupie swojej prywatności (powiedzieć, że są mało otwarci i wylewni, to nic nie powiedzieć). Trudno nawiązać z nimi przyjaźń czy nawet jakąś bardziej szczerą i niezdawkową rozmowę (pewnych tematów należy podobno unikać jak ognia). Trzymają się ściśle i sztywno swoich reguł. Większość z tych przepisów i zasad jest racjonalna – pilnująca porządku, ładu i schludności – ale zdarzają się też takie, które trącą absurdem.
Tak więc, wybierając się do Szwajcarii, nie oczekiwałem tego, że mieszkańcy tego kraju pogłębią moją wiedzę o nim, czy też raczej o sobie samych. Byłbym już zadowolony, gdyby swoim zachowaniem nie zepsuli mi pobytu w tej ich – jakże pięknej krajobrazowo – ojczyźnie. (Tutaj mogę się już zwierzyć, że nie było pod tym względem aż tak źle – większość z ludzi, z którymi się zetknąłem, była pomocna – może nie przyjazna czy serdeczna, ale grzeczna – choć odrobinę więcej ciepła i przychylności doświadczyliśmy w kantonach, gdzie mówi się po szwajcarsku-francusku, niż po szwajcarsku-niemiecku).
Trzeba przyznać, że na swoją słynną neutralność Szwajcarzy mocno sobie zapracowali – wpierw, przez wiele wieków krwawo wywalczając własną niezależność od sąsiadów (Burgundów, Alemanów, Franków, Germanów… a na koniec od wszędobylskich, rozpychających się po całej Europie Habsburgów), przechodząc później szaleństwo wojen religijnych. Swoją walecznością, dzielnością i odwagą – a przy tym również bezwzględnością i brutalnością – zdobyli sobie sławę najlepszych żołdaków na kontynencie. Najmowani więc byli przez wiele europejskich dworów (w Watykanie ostali się do dzisiaj), zyskując sobie opinię oddziałów lojalnych, na których można w każdej sytuacji polegać. Wszystkim było to na rękę, więc Związku Szwajcarskiego raczej nie nękano. W 1291 roku założyły go trzy kantony: Uri, Schwyz i Unterwalden; później sukcesywnie przyłączały się do niego inne, zmęczone całą tą europejską wojenną szarpaniną. Związek bowiem zapewniał im ochronę i stabilność („jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”), nie pozbawiając przy tym autonomii (do dzisiaj wszystkie szwajcarskie kantony są praktycznie samorządne).

Na przełęczy Jungfraujoch – widok z obserwatorium Sphinx

.

       Jak na warunki europejskie Szwajcaria jest ewenementem, gdyż w tym niewielkim obszarowo kraju obowiązują aż cztery języki rzędowe: niemiecki, francuski, włoski i retoromański (tym ostatnim, zwanym inaczej romansz, posługuje się zaledwie ok. 50 tys. mieszkańców). Przy czym, nie są to oczywiście czyste języki, a ich szwajcarskie odmiany – i dialektów tych jest całe zatrzęsienie. Notabene przyczyniają się one do izolacyjnych tendencji Szwajcarów – w sensie socjologiczno-towarzyskim. Często więc ktoś, kto nie posługuje się jakimś „czystym” dialektem, nie jest uważany za „swojego”.
To jest zresztą jeden ze szwajcarskich paradoksów: różnorodność lingwistyczno-etniczna ludności jest przeogromna, ale wszyscy uważają się za Szwajcarów, odczuwając silnie swoją narodową tożsamość – i taka jest zgoda i standard ogółu. Jeśli jednak ktoś (z zewnątrz) próbuje się zasymilować, to wcale łatwo nie ma. Oczywiście nikt w tym kraju nie przyzna się do rasizmu, ale obcokrajowcy często odczuwają tu pewną niechęć tubylców, najczęściej zawoalowaną restrykcyjnością przepisów. (Znaczące jest to, że w tym kraju – jako jedynym chyba na Zachodzie – zakazano budowy minaretów).
I tym sposobem dotarliśmy do innej szwajcarskiej specyfiki: całego wachlarza reguł i zasad, któremu trzeba się w tym kraju podporządkować, jeśli nie chce się być podkablowanym przez sąsiadów i płacić wysokich kar. Jak już wspomniałem, dzięki tym przepisom panuje w tym kraju niezwykły porządek (można powiedzieć, że wszystko tu działa jak w szwajcarskim zegarku), jest czysto, cicho i spokojnie. Jednak niektóre z nich są co najmniej dziwne, jak np. zakaz sikania na stojąco i spuszczania wody w toalecie po godzinie 22-giej, zakaz używania pralki, suszenia ubrań i strzyżenia trawników w niedzielę, zakaz używania węża do mycia samochodu, zakaz trzymania w domu tylko jednej świnki morskiej/papugi/złotej rybki (trzeba im zapewnić towarzystwo istoty tego samego gatunku)… Ściśle regulowane jest wyrzucanie śmieci (można to robić jedynie używając do tego celu bardzo drogich worków) i ich segregacja. (Szkoda tylko, że ta ekologiczna wrażliwość nie dotyczy szwajcarskiego giganta Nestlé, nadal produkującego miliony ton plastikowych opakowań; ani też nie powstrzymuje Szwajcarii od pozbywania się swoich odpadów, wysyłając je do innych krajów, w tym do dalekiej Azji).

       Tak, na całym świecie Szwajcarię się kojarzy z górami, ale większość Szwajcarów nie mieszka w górach, tylko na (położonej między Alpami a Jurą) Wyżynie Szwajcarskiej (której średnia wysokość nad poziomem morza nie przekracza 600 m). Mimo to, zarówno o charakterze Szwajcarów, jak i ich państwa, przesądziły góry.

       Czas na kolejne paradoksy: Szwajcaria jest neutralna i pacyfistyczna (deklarując swoją defensywność, a nie ofensywność), ale jako jedyny kraj powołuje do służby wojskowej wszystkich mężczyzn. (Każdy Szwajcar w wieku od 19 do 34 lat, odbywa co roku miesięczne ćwiczenia. Regularna armia liczy 150 tys. żołnierzy i personelu.)
W liczącym 8 i pół miliona mieszkańców kraju, w domach trzyma się około 2,5 mln. sztuk broni palnej – ale ilość przestępstw popełnianych z użyciem broni jest znikoma (zapewne przyczynia się do tego fakt, że domach trzyma się karabiny i pistolety, ale nie amunicję do nich).
Szwajcaria uznana została krajem najlepiej przygotowanym na wypadek wojny nuklearnej. Znajduje się tutaj ponad 5 tysięcy schronów publicznych i ok. 100 tys. umiejscowionych w domach prywatnych. Wystarczyłoby w nich miejsca dla całej ludności kraju. Jest więc tych bunkrów sporo, ale wcale nie rzucają się w oczy, nie psują krajobrazu i okolicy – wiele z nich posiada sprytny, a często to nawet i malowniczy kamuflaż.
O tym niezwykłym kraju mógłbym pisać jeszcze długo, ale nie chciałbym zamęczać tym ewentualnego Czytelnika. Przejdę więc do relacji z mojego pobytu w Szwajcarii, ograniczając się jedynie do krótkiego opisu najciekawszych miejsc, do których udało się nam z żoną dotrzeć. Nasza podróż trwała 10 dni. Zrazu wydawało mi się, że zdołamy w tym czasie objechać cały kraj, ale dość szybko sobie uświadomiłem, że jest to niemożliwe – zwłaszcza wtedy, kiedy nie chce się spędzić całej eskapady w samochodzie. Okazało się, że Szwajcaria posiada tyle atrakcji – całe mnóstwo ciekawych miejsc i zakątków – że i miesięczna podróż byłaby za krótka. Ograniczyłem się więc do zwiedzenia centralnej i zachodniej części kraju. Oczywiście najwięcej czasu spędziliśmy w górach – i to chyba w najbardziej malowniczym rejonie szwajcarskich Alp.

Oto krótka rozpiska najciekawszych miejsc na naszej trasie:

greydot

Z widokiem na Berno

 

BERNO

       Z Zurychu, gdzie wylądowaliśmy, jest rzut beretem do Berna. Po wypożyczeniu samochodu na lotnisku, do tej nieformalnej, ale de facto rzeczywistej, stolicy Szwajcarii dojechaliśmy w półtorej godziny. Wpierw zameldowaliśmy się na stancji, gdzie mieliśmy nocleg. (Notebene Bed & Breakfast Im Klee, gdzie zamieszkaliśmy, położony jest tuż obok muzeum Paula Klee, na którego zwiedzenie niestety nie mieliśmy czasu. Żałowałem, bo jego twórczość bardzo lubię i cenię.)
Do śródmieścia Berna mieliśmy może kwadrans jazdy autobusem (samochodem prywatnym nie można doń wjeżdżać). Tam, gdzie wysiedliśmy, było już Średniowiecze.
No może niezupełnie, bo historyczna część miasta była wiele razy przebudowywana i odnawiana, ale układ ulic pozostał ten sam co w XV wieku (drewniane Berno spłonęło w 1405 roku, do odbudowy nowego użyto już kamienia). Stare miasto „wciśnięte” jest niejako w przypominające kształtem podkowę zakole rzeki Aare – położone jest więc bardzo malowniczo, co widać zwłaszcza z okolicznych, porośniętych lasami lub zamienionych w ogrody wzgórz.
Sama zabudowa jest ciasna, ale nie tak, jak w innych średniowiecznych miasteczkach, gdzie wąskie zazwyczaj uliczki biegną w górę, w dół, czy na boki, tworząc istny labirynt, w którym łatwo się można zgubić. Wydłużony, stosunkowo płaski spłachetek ziemi, na którym osadzone jest miasto, przedzielają bowiem dość szerokie główne ulice, z których najważniejszą jest Kramgasse (ulica targowa) – z arkadami i ze słynną, niezwykle ozdobną wieżą zegarową Zeitglockenturm z 1530 roku. Po starym mieście rozsianych jest ponad 100 fontann, z czego kilkanaście największych to prawdziwe kolorowe cacka ozdobione cokołami, na których umieszczono figury (mitologiczne, bajeczne, legendarne, historyczne) – jak na mój gust zbyt dziwaczne i pod względem artystycznym dość toporne (by nie powiedzieć: kiczowate), więc trochę mnie one zawiodły. Fontanny (niektóre z nich mają po 450 lat) pełniły kiedyś bardzo praktyczną funkcję, bo dostarczały ludności wody pitnej, jak również były miejscem miejskich zgromadzeń… i przekazywania różnych wieści czy plotek.
Warto wspomnieć, że ta historyczna zabudowa Berna wpisana została na światową listę dziedzictwa kultury UNESCO.
Nie jest pewne skąd się wzięła nazwa miasta, ale przyjęto, że od niemieckiego słowa Bär oznaczającego niedźwiedzia. To właśnie zwierzę według legendy zabił tutaj założyciel miasta (1191 rok) książę Zähringen. Niedźwiedź jest maskotką Berna i znajduje się w herbie miasta, ale niestety Berneńczycy wpadli też na pomysł, żeby sprowadzić tutaj te zwierzaki i zrobić z nich widowisko/atrakcję. Biedne stworzenia trzyma się więc (od połowy XIX wieku) w niewoli. Ostatnio zrobiono im wybieg nad samą rzeką Aare, gdzie wegetują one w zupełnie nienaturalnym dla nich środowisku. Ciekaw jestem, kiedy się z tego barbarzyństwa zrezygnuje.
Na szczęście widok uwięzionych niedźwiedzi nie zepsuł całkiem naszej wizyty w tym ciekawym mieście.

greydot

Miasto na wzgórzu – Gruyères

.

GRUYÈRES

       Jak wiemy, gruyère to jeden z najsłynniejszych szwajcarskich serów i – jak się przy okazji dowiedziałem – najchętniej spożywanym przez samych Szwajcarów, którzy jedzą go najwięcej z wszystkich 475 serów jakie produkują. Nazwa sera wywodzi się od nazwy miasteczka Gruyères, do którego trafiliśmy po opuszczeniu Berna. To tutaj, najprawdopodobniej jeszcze w XII wieku, zaczęto go wytwarzać, stosując ściśle określoną procedurę, która obowiązuje do dzisiaj każdego, kto chce gruyère’a produkować (m.in. mleko nie może pochodzić z mleczarni, które znajdują się dalej niż 20 km od miejsca produkcji. Jest to oczywiście nazwa zastrzeżona i wytwarzanie sera ograniczone jest do kilku rejonów kantonu Fryburga. W samym Gruyères, w małej fabryczce sera (zwanej La Maison du Gruyère) produkuje się go ok. 500 ton (z ogólnej ilości 30 tys. ton wytwarzanych w kraju).
La Maison du Gruyère można oczywiście zwiedzać, ser próbować i jego zapasy kupować.
Ale Gruyères to nie tylko ser. Już zbliżając się do miasteczka widzimy jego niezwykłe położenie: na wzgórzu, u podnóża Alp, w otoczeniu zielonych łąk, na których pasą się… tak, tak! – krowy! Malowniczości dopełnia wzniesiony na wzgórzu XIII-wieczny zamek. Nic dziwnego, że te pejzaże zwabiły samego Corota, który na zamku ma nawet swój salon/komnatę, ozdobioną przez tego malarza urokliwymi landszafcikami.
Zamek Gruyères robi ogromne wrażenie na zewnątrz, ale jak najbardziej warto również zwiedzić jego – przebogate, pełne artefaktów pochodzących z wielu epok (witraże, meble, tapiserie) – wnętrza, których nazwy mówią same za siebie: Sala Burgundzka, Sala Hrabiów, Sala Zarządców, Sala Rycerska, Sala Straży, a nawet… Pokój pięknej Luce (legendy, legendy…) Jest jeszcze okazały donżon; jest też (niestety mocno nadszarpnięta zębem czasu) kaplica, duży ogród; są dziedzińce, bramy, wały obronne… Z murów Château de Gruyères rozlega się wspaniały widok na całą okolicę.
Samo miasteczko – położone także na wzgórzu, ale nieco niżej zamku, można przejść w 5 minut, bo w zasadzie wszystkie najciekawsze kamienice i domy znajdują się po obu stronach niezbyt długiej – ale za to szerokiej, przypominającej nieco rynek – ulicy. W ich wnętrzach mieszczą się przeważnie sklepy i restauracje, całość więc przypomina już niestety jakąś podrasowaną folklorowo „turystyczną pułapkę”.
Muszę przyznać, że nie spodziewałem się w Gruyères bliskiego spotkania z… Obcym – „ósmym pasażerem Nostromo”. Okazało się bowiem, że miasteczko to upodobał sobie nie kto inny, jak szwajcarski artysta H.R. Giger, twórca postaci słynnego potwora z filmowego horroru science-fiction, jak również projektant (wraz z innymi) wnętrza statku kosmicznego, w którym ze śmiercionośnym Obcym walczyła Sigourney Weaver. Malarz i grafik stworzył tutaj swoje muzeum, gdzie obejrzeć można jego makabryczne – ale i intrygujące, doskonałe pod względem warsztatowym – prace. Naprzeciwko wejścia do muzeum znajduje się natomiast zaprojektowany przez Gigera bar, którego wnętrze przypomina szkielet jakiegoś nieziemskiego potwora-giganta. Cóż za kontrast z serowo-zamkową idyllą Gruyères! Ewentualne wstrząsy związane z zetknięciem się z niesamowitymi wizjami Gigera, osłodzić sobie można produkowaną tuż za rogiem czekoladą.

greydot

W Świecie Chaplina

.

CHAPLIN’S WORLD

       Jeden z najsłynniejszych twórców kina niemego (i nie tylko) ostatnie 25 lat swojego (długiego i płodnego) życia spędził w Szwajcarii, po tym jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie zrobił oszałamiającą światową karierę, został uznany za persona non grata, z powodu swoich domniemanych sympatii komunistycznych, antypatii kapitalistycznych oraz niemoralnego prowadzenia się (wcale już nie domniemane romanse z nastolatkami). Z Ameryki wyjechał w 1952 roku i nigdy już tam nie powrócił. Za namową przyjaciół nabył w położonej nad Jeziorem Genewskim, małej miejscowości Corsier-sur-Vevey, 14-hektarową posiadłość Manoir de Ban, gdzie wraz z całą swoją liczną rodziną (młodsza od niego o 36 lat żona Oona, urodziła tam sześcioro z ośmiorga spłodzonych z Charlie’m dzieci) mieszkał aż do śmierci w 1977 roku. I wygląda na to, że wszyscy wiedli tam życie szczęśliwe. Do czego zapewne przyczyniało się piękno okolicy i samej rezydencji.
Całkiem niedawno, bo w 2016 roku, w posiadłości Chaplinów otwarto muzeum (bez większych ceregieli nazwane „Chaplin’s World”), które absolutnie warto odwiedzić, jeżeli ktoś w okolice Jeziora Genewskiego się wybiera. Rezydencję, w której mieszkał Chaplin odnowiono, wnętrza zrekonstruowano, ale w taki sposób, że utrzymano balans między autentyzmem (a nawet przytulnością) domu zamieszkanego kiedyś przez ludzi z krwi i kości, a ekspozycją sławy, osobistych koneksji i znaczenia sztuki Chaplina na świecie.
Obok domu wybudowano nawet coś w rodzaju studia, gdzie odtworzono scenografię najsłynniejszych filmów tego „małego wielkiego człowieka”, i gdzie można zobaczyć autentyczne pamiątki po wiecznym Trampie – w tym jego ikoniczne buty, laseczkę i melonik. Wyświetla się filmy z jego udziałem. Spotkać można nawet „jak żywe” figury woskowe ludzi w jakiś sposób z Chaplinem związane – jego znajomych, fanów i przyjaciół: od Winstona Churchilla i Ghandi’ego, przez Federico Felliniego, Bustera Keatona, Flip i Flapa, po Michaela Jacksona i Sophię Loren. Eksponaty i wystawy zorganizowano w kreatywny, bardzo przemyśl(a)ny – ciekawy i często zaskakujący – sposób. Z wieloma artefaktami można wejść w interakcję, nie ma więc typowej dla wielu muzeów sztywności. Nawet jeśli ktoś nie był miłośnikiem Chaplina, ani nie jest jakimś szczególnym kinomanem, to miejsce to – i wszystko co się tu znajduje – może go zafascynować, a wizytę w Świecie Chaplina zamienić w niezapomniane przeżycie.
Wszystkie te mocne wrażenia – i nawał informacji o życiu jednego z najsłynniejszych ludzi na Ziemi – można sobie poukładać w głowie, oddając się relaksacyjnemu spacerowi po otaczającym rezydencję Manoir de Ban pięknym parku, rzucając od czasu do czasu okiem na Lac Léman i majaczące na jego drugim brzegu Francuskie Alpy.

greydot

Freddie Mercury tryumfuje nad Jeziorem Genewskim w Montreux

.

JEZIORO GENEWSKIE

       Największe jezioro Europy Zachodniej widziałem zaledwie we fragmencie, ale i tak ten jego północno-zachodni zakątek, gdzie byłem – począwszy od Lozanny, przez Vevey, Montreaux po Villeneuve – dał mi wyobrażenie o bogactwie tego, co znajduje się na jego brzegach i w jego pobliżu.
Przede wszystkim jedyny w swoim rodzaju obszar winnic Lavaux, gdzie na nasłonecznionych, pnących się stromo od jeziora zboczach, uprawia się od 1000 lat winorośle. Obszar Lavaux ma powierzchnię ok, 800 hektarów i rozciąga się (na długości 30 km) wzdłuż brzegów jeziora – od wschodnich przedmieść Lozanny, po Montreux. Winnice usadowione są na wzmocnionych kamieniami tarasach, co wielce przyczynia się do niezwykłej malowniczości krajobrazu tego winnego zagłębia.
Udało nam się również wpaść na kilka godzin do Montreux, znanym nie tylko z odbywającego się tu w lipcu każdego roku, bodajże najważniejszego festiwalu jazzowego na świecie, ale i z tego, że znajdują się tutaj studia nagraniowe kapeli The Queen, w których zespół nagrał aż siedem płyt. Freddie Mercury pomieszkiwał często w tym mieście (miał tu swój apartament), a jego postać została uwieczniona w postaci 3-metrowej figury, którą spotkać można nad samym brzegiem jeziora – w tej jego słynnej tryumfalnej pozie (z koncertu Live Aid w Londynie), z jedną ręką wyniesioną wysoko w górę, i z gustowną laseczką w drugiej.
Warto wspomnieć, że w Montreux nagrywało swoje płyty wiele rockowych sław, a w pamiętnym „Smoke on the Water” Deep Purple chodziło o dym na wodzie Jeziora Genewskiego – efekt pożaru tutejszego kasyna, w którym odbywał się koncert Franka Zappy.
Lecz Montreaux cieszy się powodzeniem nie tylko wśród rockowych fanów. Co najmniej od XIX wieku zjeżdżają się tu kuracjusze i wakacjusze, zwabieni łagodnym klimatem. To dla nich wybudowano hotele i uzdrowiska, to z ich powodu miasto upiększyło swoje dzielnice, których to urokiem można się napawać, spacerując po ulicach i promenadach Montreaux dzisiaj.

greydot

Zamek Chillon

ZAMEK CHILLON

Przy samym murze Czyllonu leżąca
Woda Lemanu, w głębi stóp tysiąca,
Ściera się, tłucze masy ogromnemi,
I śnieżno-biały gmach okrąża niemi!

W podwójném muru i wody więzieniu,
Jak w żywym grobie leży tam skazany,
A nad nim w górze po drżącém sklepieniu
Groźne jeziora toczą się bałwany:

       Tak o zamku Chillon pisał Lord Byron w poemacie poświęconym bohaterskiemu duchownemu Franciszkowi de Bonivard, który w czasach Reformacji zbuntował się przeciwko katolickiemu księciu Sabaudii, za co został wtrącony do zamkowych lochów, gdzie był więziony przez 6 lat, aż do czasu, kiedy to oswobodzili go Berneńczycy, którzy zdobyli Château de Chillon w 1536 roku. (Jako motto przytoczyłem fragment poematu Byrona „Więzień Czylonu” w przekładzie Franciszka Dzierżykraja Morawskiego.)
Zamek w swoich utworach wspominali m.in. Jean-Jacques Rousseau, Victor Hugo, Alexandre Dumas, Gustave Flaubert, Henry James… na swoich płótnach uwieczniali malarze (m.in. Gustave Courbet). Chillon słynny więc był od stuleci – już w XIX wieku zjeżdżali się tu licznie zwabieni jego sławą turyści, a dziś jest to najczęściej odwiedzana historyczna budowla Szwajcarii.
Czy zasłużenie?
Zdecydowanie tak, bo bajeczny widok zamkowej bryły osadzonej na skale wcinającej się w jezioro – i widocznej na tle ośnieżonych szczytów Alp – robi wielkie wrażenie, którego nie sposób zapomnieć – zwłaszcza jeśli pamięć wspomogą zrobione tam zdjęcia. Nie przeszkadza nawet w takiej chwili autostrada, która przebiega tuż obok zamku, zawieszona na zboczu góry.
Strategiczne miejsce skały dostrzeżono jeszcze w pierwszym tysiącleciu, choć dopiero w wiekach XII i XIII zbudowano na niej konkretną twierdzę, którą sukcesywnie powiększano. To, co widzimy teraz, jest konstruktem głównie XV-wiecznym, jak również produktem romantycznej wizji restauratorów zamku w wieku XIX-tym.
Château de Chillon stanowi obecnie wielką atrakcję turystyczną, ale kiedyś pełnił funkcje równie ważną i praktyczną. Jego położenie na wąskim przesmyku między wodami Jeziora Genewskiego a stromym zboczem górskim pozwalało na kontrolę (a tym samym pobieranie opłat) głównego szlaku handlowego prowadzącego przez Alpy do Włoch. Zamek był nie tylko twierdzą, rezydencją kasztelanów i innych wielmożów, ale i ważnym magazynem/zbrojownią (o więziennych lochach już żeśmy wspomnieli).
Parę godzin spędzonych wewnątrz zamkowych murów – myszkowanie po jego zakamarkach; gubienie się w labiryncie korytarzy, schodów i przejść; podziwianie licznych komnat i pokoi; szukanie podpisu Byrona w lochach i odnajdywanie się na dziedzińcach, których Chillon ma aż trzy – przy tym wszystkim czas zlatuje jak z bicza strzelił. Wtopienie się w średniowieczną atmosferę powoduje, że po wyjściu z zamku współczesny świat wydaje się jakiś dziwny.

greydot

Mont Blanc i ścielące się u stóp góry Chamonix

.

CHAMONIX – MONT BLANC

      „Nic – nic – nic – aż w powietrza błękicie / Skąpałem się… i ożyłem / I czuję życie!” – pisał Słowacki w monologu Kordiana na szczycie Mont Blanc, gdzie – blisko Boga – przeżył duchową przemianę (choć nadal pozostał więźniem romantycznych fantazmatów, widząc w Polsce Winkelrieda Narodów). Słowacki oczywiście nie był na Mont Blanc, a tylko widział najwyższą (4,808 m n.p.m) górę Europy (pomijamy tu Rosję) z okna mieszkania w Genewie, gdzie pisał swój poemat.
Ja niestety też nie znalazłem się na szczycie Mont Blanc (a dociera tam ostatnimi laty aż 20 tysięcy „alpinistów” rocznie). Co gorsza, z powodu mglisto-pochmurnej pogody, nie dotarłem nawet kolejką linową na (wysoką na 3,842 m) Aiguille du Midi, skąd roztacza się (jak to widziałem na zdjęciach i filmach) niesamowity widok nie tylko na znajdujący się bardzo blisko Mont Blanc, ale i na cały masyw, jak również sporą część Alp włoskich i szwajcarskich. Musieliśmy zadowolić się wjazdem na Plan de l’Aiguille (2,317 m), gdzie znajduje się pierwsza stacja kolejki – mniej więcej w połowie drogi na Aiguille du Midi.
Ale i stamtąd rozciągały się przed naszymi oczyma niezapomniane widoki – co jakiś czas spoza chmur wyłaniał się szczyt Białej Góry i pobliskie skaliste zbocza – ze skałami, żlebami, śniegiem, lodowcami i – mocno z tym wszystkim kontrastującą – zieloną, usłaną kamieniami i głazami – alpejską łąką. Kolorowe paralotnie fruwały w powietrzu, nad przepaściami… Daleko pod nami, na dnie doliny, widać było miasteczko Chamonix (z tej wysokości przypominające mapę Google). Szlakiem dotarliśmy do przytulonej do zbocza małej restauracyjki Buvette du Plan de l’Aiguille, gdzie napiliśmy się fantastyczni smakującej na tej wysokości herbaty, a także zjedliśmy pysznego łososia, siedząc na zalanym słońcem tarasie i gapiąc się na piękną okolicę.
Ktoś może się dziwić, że pisząc o wycieczce do Szwajcarii, wspominam o francuskim Chamonix i Mont Blanc, ale nie mogłem się jednak oprzeć, by zrobić sobie jednodniowy wypad do Francji. Chcąc się dostać samochodem z Martigny (a konkretnie z położonej pod tym miastem małej wioski Fully, gdzie zatrzymaliśmy się na dwa noclegi), wystarczyło przejechać na drugą stronę niezbyt wysokiej przełęczy i zjechać do Chamonix-Mont-Blanc. Zajmuje to niespełna godzinę.

greydot

Widok na Matterhorn z Gornergrat

.

MATTERHORN

       Być w Alpach i nie widzieć Matterhorn, to jak – nie przymierzając – być w Watykanie i nie widzieć papieża.
Podobnie jak zwabił mnie Mont Blanc, tak zwabił mnie ten najsłynniejszy, ikoniczny wręcz dla europejskich gór, szczyt. Jego bardzo charakterystyczna, przypominająca piramidę sylwetka, znana jest chyba każdemu z nas – nie tylko z opakowania czekoladek Toblerone. Ten jeden z najwyższych alpejskich szczytów (4,478 m n.p.m.) długo pozostawał niezdobyty. Udało się tego dokonać dopiero w 1865 roku wyprawie Edwarda Whympera. Nie można jednak napisać, że skończyła się ona sukcesem, bo w czasie zejścia z góry zginęło czterech z siedmiu członków grupy. Później Matterhorn zdobywano na wiele różnych sposobów – trasami, które prowadziły każdą z grań i każdą ze stromych ścian. Dzisiaj wydeptane są tam ścieżki – nawet na samym szczycie, który wcale nie jest szpicem w kształcie piramidy, a wąską na metr i długą na ponad 100 m granią.
Niestety, pogoda się nie wyklarowała i kiedy przyjechaliśmy pociągiem do Zermatt (samochód zostawiliśmy w miejscowości położonej 7 km od miasta, gdyż w mieście zakazano ruchu pojazdów o napędzie spalinowym), Matterhorn był niewidoczny, bo spowity chmurami. A warto wspomnieć, że właśnie widok tej góry z miasta (zwłaszcza z ulicy Riedweg), należy do najlepszych, bo dopiero z perspektywy doliny, na dnie której rozłożyło się Zermatt, widać prominencję Matterhornu.
Z nadzieją na poprawę pogody wsiedliśmy do słynnej (elektrycznej) kolejki Gornergratbahn (prawdziwe cacko inżynierii transportowej, datującej się jeszcze na XIX wiek) by wyjechać na wysokość ponad 3 km n.p.m. – do najwyżej położonej (na otwartym powietrzu) stacji kolejowej na kontynencie, obok której znajduje się najwyżej położony w Europie hotel (3,100 m n.p.m.) i obserwatorium astronomiczne, skąd rozciąga się widok na Santa Rosa – najpotężniejszy masyw górski w całych Alpach (z najwyższą górą Szwajcarii – Dufourspitze, 4634 m n.p.m.), no i oczywiście na sam Matterhorn.
Na niebie było sporo chmur, ale też widać było prześwity błękitnego nieba – tu i ówdzie na ośnieżone góry i pokryte lodowcami doliny, padało słońce. Szkoda, że w czasie jazdy kolejką Matterhorn nie odsłonił się nam cały. Tylko momentami, w prześwitach między mgłą i chmurami, pojawiał się jego szczyt.
Na Gornergrat spędzić można dłuższy czas, wybierając się na okoliczne szlaki – jak tylko pozwala na to pogoda. Ale i bez względu warunki atmosferyczne można się tam upajać górską aurą. Kiedy już mieliśmy wracać, chmury ustąpiły i zobaczyliśmy Matterhorn w pełnej odsłonie.
W samym Zermatt zatrzymać się można na parę dni. Atrakcji w tym mieście nie brakuje. No i oczywiście raj na okolicznych stokach mają narciarze (niektóre z liczących sumie ponad 300 km. długości trasy otwarte są przez cały rok). Bardzo popularna jest kolejka linowa Matterhorn – Express, którą można wspiąć się na wysokość 3,883 m. na tzw. Mały Matterhorn (no cóż, to też najwyższa kolejka linowa w Europie, z najwyżej położonym w Europie widokowym tarasem.
PS. Przy okazji bardzo polecam film ze zdobycia szczytu Matterhorn solo przez młodego polskiego alpinistę Dominika Sochę, który wszedł na szczyt (i zszedł z góry) tego samego dnia, w sierpniu 2019 roku. Niestety, pół roku później zginął tragicznie w Tatrach.

greydot

W drodze na Przełęcz Furka zabłądziliśmy i trafiliśmy do takiego oto miejsca

.

PRZEŁĘCZ FURKA

       Tego dnia musieliśmy przejechać z Interlaken do Lucerny. Oczywiście można to było zrobić w parę godzin, wybierając łatwą i krótszą drogę biegnąca doliną, ewentualnie tunelem, ale ja uparłem się dojechać tam przez góry – drogą wąską, krętą i stromą – decydując się na pokonanie Przełęczy Furka (2,429 m).
Zanim zaczęliśmy się wspinać serpentynami na drugą stronę gór, zatrzymaliśmy się na mały spacer wąwozem, który wyżłobiła rzeka Aare. Półtorakilometrowy szlak prowadzący wąską szczeliną, nad spienioną wodą, między wysokimi na 200 metrów skalnymi ścianami, pokonaliśmy w tempie relaksowym, choć zamierzałem jeszcze podjechać pod znajdujący się w pobliży wodospad Reichenbach (mając w pamięci to, że Arthur Conan Doyle właśnie przy nim umieścił pojedynek Sherlocka Holmesa z Moriartą, a i malował go sam J.M.W. Turner). Tak się jednak złożyło, że przegapiłem właściwy zjazd i zamiast trafić do wodospadu pojechałem drogą, która zaprowadziła mnie wysoko w góry. I to była bardzo szczęśliwa pomyłka, bo dzięki niej znaleźliśmy się w bajecznej wprost scenerii: w malowniczej dolinie, na której pasły się dziesiątki krów, otoczonej wspaniałymi górami o ośnieżonych szczytach. Jako dowód tego, że nie przesadzam, załączam do tych zapisków zdjęcia, które jednak nie oddają w pełni piękna tego spektaklu. (Jeśli ktoś chciałby tam trafić, to musi jechać drogą prowadzącą do hotelu Schwarzwaldalp).
Stamtąd wróciliśmy do Meiringen i już bez problemu trafiliśmy pod wodospad Reichenbach.
Droga przez Przełęcz Furka zajęła nam pół dnia, bo zatrzymywaliśmy się w co ciekawszych miejscach. Pogoda w tym czasie zmieniała się kilka razy (od słonecznej po dość niebezpieczną, jak na taką ilość ostrych zakrętów i wszechobecne przepaście). Był czerwiec, drogę przez przełęcz otwarto zaledwie kilka dni wcześniej, więc śniegu i lodu była jeszcze cała masa, (w niektórych miejscach jechaliśmy śnieżnym tunelem). Coraz bardziej wątpiłem, że uda mi się zobaczyć źródła Renu i lodowiec Rhonegletscher, który je zasila. Niedaleko najwyższego punktu przełęczy zatrzymaliśmy się pod hotelem Belvédère, skąd można było dotrzeć do źródeł, ale wszystko było jeszcze pozamykane na cztery spusty, a szlak przywalony grubymi na kilka metrów zaspami. Nie dałem jednak za wygraną, wspiąłem się po śniegu i przeszedłem na drugą stronę zbocza, skąd już tylko kilka minut marszu dzieliło mnie od lodowca i małego jeziorka, które uformowało się u jego czoła. To właśnie z niego spływał stromą kaskadą strumyk, który zamienia się w Ren, czyli jedną z najdłuższych rzek Europy (1233 km), płynąc na południowy zachód, odbijając (w Martigny) na północ, wpadając do Jeziora Genewskiego – z którego następnie wypływa i zdążając na północ tworzy granicę między Francją a Niemcami, wlewając się w końcu (już na terenie Holandii) do Morza Północnego. What a trip!
Nie chciałem w tym miejscu spędzać dłuższego czasu (żona czekała na mnie w samochodzie na parkingu) ale udało mi się jeszcze dotrzeć do znajdującej się nieopodal, wykutej w lodzie groty. Dopiero z bliska zauważyłem, że lodowiec nad nią przykryto olbrzymimi płachtami – zapewne po to, by spowolnić jego galopujące (ostatnimi czasy coraz bardziej) topnienie.
Ku radości mojej żony wróciłem szczęśliwie do samochodu i zaczęliśmy zjeżdżać slalomem z przełęczy, podziwiając już razem, zmieniające się jak w kalejdoskopie, alpejskie krajobrazy. Kiedy wjechaliśmy na autostradę, zaczęło się zmierzchać, ale prosta i szybka droga w niecałą godzinę pozwoliła nam dotrzeć na nasz kolejny nocleg, tym razem pod samą górą Pilatus, nad Jeziorem Czterech Kantonów, blisko Lucerny.

greydot

Most Kapellbrücke – najsłynniejszy zabytek Lucerny

.

LUCERNA

       Na miejsce noclegowe w pobliżu Lucerny wybrałem położony na górskim zboczu, bardzo przyjemny pensjonat Schwendelberg. I był to wybór strategiczny, gdyż na drugi dzień zamierzaliśmy wybrać się kolejką zębatą na szczyt znajdującej się tuż obok naszego hoteliku góry Pilatus. Wstaliśmy bardzo wcześnie rano, wyszliśmy na zewnątrz i choć aura była mglista, to widok na położone pod nami Jezioro Czterech Kantonów i okalające go góry był niewiarygodnie klimatyczny. Zadarłem głowę do góry i zobaczyłem, że szczyt Pilatusa jest cały zanurzony w chmurach. Nie było więc sensu się na niego wspinać. Postanowiliśmy w takim razie pojechać do Lucerny. Po śniadaniu w Schwendelbergu wyruszyliśmy w drogę i za niecały kwadrans parkowaliśmy już samochód przy starym mieście (po którym oczywiście samochody prywatne nie mogą jeździć).
Pogoda nie była rewelacyjna (to dla letniej pory w tej okolicy jest raczej nietypowe), ale mimo to udało nam się spędzić na spacerach po tym urokliwym mieście cały dzień. Obok interesującej (i burzliwej) historii posiada ono ciekawą architekturę, jest też bardzo aktywnym ośrodkiem kulturalnym, z całym wachlarzem odbywających się tu imprez, festiwali i świąt.
Stare miasto nie jest takie wielkie, więc swobodnie można się po nim poruszać per pedes. Trudno nie zauważyć najsłynniejszego chyba zabytku Lucerny jakim jest (przyozdobiony starymi malowidłami i kwiatami) Most przy kaplicy (Kapellbrücke), który jest najstarszym (1333 r.) drewnianym (a na dodatek krytym) mostem w Europie, Można nim przejść z jednego brzegu (przepływającej przez sam środek miasta) rzeki Reuss na drugi. Co ciekawe Kapellbrücke nie wybudowano prostopadle do brzegów, a po skosie i z załamaniami. Most jest połączony z Wodną Wieżą (Wasserturm), którą wzniesiono na środku rzeki – i to jeszcze przed konstrukcja mostu, bo w drugiej połowie XIII wieku. Kilkaset metrów dalej, idąc z prądem rzeki, znajduje się Spreuerbrücke – kolejny most, do którego też warto dotrzeć.
Historyczne śródmieście Lucerny to głównie restauracje i sklepy, ale moją uwagę zwróciły (w dużej części znakomite) malunki na fasadach kamienic. Ciekawe są też pozostałości murów obronnych, wraz z 9 dobrze zachowanymi wieżami (z których można zobaczyć miasto jak z lotu ptaka. Wszyscy chcą też obejrzeć Pomnik szwajcarskich gwardzistów (znany też jako Lew Lucerny) oddający hołd 760 szwajcarskim żołnierzom zabitym podczas francuskiej Rewolucji. Należy wspomnieć, że twórcą monumentu (który Mark Twain określił jako “the most mournful and moving piece of stone in the world”) jest Duńczyk Bertel Thorvaldsen (tak, tak, ten sam, który wyrzeźbił nasze warszawskie pomniki Mikołaja Kopernika i księcia Józefa Poniatowskiego). Ugodzonego śmiertelnie, leżącego w jaskini lwa, wykuł Thorvaldsen w skalnej ścianie, przed którą kłębią się dzisiaj turyści.
Tak, Lucerna jest popularną szwajcarską destynacją turystyczną, jednakże nie powinno nas to zniechęcać do odwiedzin tego miasta.

greydot

W drodze z Kleine Scheidegg do Wegen. Po lewej: masyw Jungfrau.

.
OBERLAND BERNEŃSKI

(Dolina Lauterbrunnen, Mürren, Grindelwald, Jungfraujoch, Interlaken)

       Na koniec tej relacji pozostawiłem sobie opis wrażeń z pobytu w tym rejonie Szwajcarii, który zachwycił mnie najbardziej. Ale będzie to raczej mały szkic a nie rozwlekły elaborat, bo Oberland Berneński trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć w jego piękno, choćby najlepiej sfotografowane i opisane. Alpy chyba tylko w Dolomitach mogą się równać urodą z tymi Berneńskimi. W regionie Interlaken – Jungfrau – Lauterbrunnental spędziliśmy kilka dni, ale to jednak za mało, za mało… Być tam tydzień, dwa – to byłoby już lepiej, więc radzę nie wpadać tam jak po ogień, tym bardziej, że można trafić na kiepską pogodę i z podziwiania nieziemskich widoków tamże będą nici.
Jednak, mimo kilkudniowego pobytu, udało się nam tego, co ma do zaoferowania ten rejon Alp, zakosztować, a może nawet i tym nasycić. Tym bardziej, że niemal cały czas królowało nad nami słynne górskie Trio: Eiger (Ogr – 3,967 m), Mönch (Mnich – 4,110 m) i najwyższa z nich Jungfrau (Dziewica – 4,158 m). Pierwotnie zamierzałem się zatrzymać w Grindelwald (klasyczna alpejska dolina, jeden z najstarszych szwajcarskich resortów górskich), ale ostatecznie zdecydowałem się na kwaterunek w samej jaskini lwa – w rozłożonym na tarasie jednej ze stromych ścian Doliny Lauterbrunnen, wiosce/miasteczku Mürren. Na dodatek spaliśmy w zawieszonym tuż nad kilometrową przepaścią hotelu Alpina, a kiedy budziliśmy się, to każdego ranka z naszego balkonu roztaczał się taki oto widok:

Pokój z widokiem – Dolina Lauterbrunnen widziana z balkonu hotelu Alpine w Mürren

       Do Mürren dostać się można tylko za pomocą kolejki linowej lub torowej. Samochód zaparkowaliśmy w leżącym na dnie doliny Stechelbergu, tuż obok stacji kolejki linowej, którą wyjechaliśmy do Mürren. Zostawiliśmy go tam na cały czas naszego pobytu w Oberlandzie, gdyż w ogóle nie był on nam tam potrzebny, jako że wszędzie można było dojechać kolejką – czy to linową, czy torową.
Tak więc Mürren stanowiło naszą bazę wypadową kolejnych wypraw w Alpy. W samym miasteczku znajduje się stacja kolejki linowej, z której wyjechaliśmy na wysokość niemal trzech kilometrów, na sam szczyt góry Schilthorn, gdzie z tarasu obrotowej restauracji Piz Gloria (znanej choćby tylko z jednego z filmów o Bondzie – stąd motywy agenta 007 wchodzą tam na nas nawet wtedy, gdy zaglądamy do toalety) rozciąga się wspaniały widok na cały masyw Jungfrau i nie tylko (Przy dobrej pogodzie widać nawet francuską Mont Blanc i niemiecki Schwarzwald). Ze szczytu Schilthorn można zejść szlakiem pieszym do Mürren, ale też można to zrobić z położonej kilkaset metrów niżej między-stacji Birg, w pobliżu której znajduje się tzw. Thrill Walk, gdzie żądni adrenaliny mogą sobie pospacerować nad przepaścią po szklanej podłodze tudzież w tunelu zbudowanym ze stalowej ażurowej siatki.
Najczęściej jednak z Mürren wybieraliśmy się na górskie peregrynacje kolejką torową, skąd po kilku kilometrach przesiadaliśmy się na zjeżdżającą na dno doliny – do miejscowości Lauterbrunnen – kolejką linową. To właśnie z niej widać było doskonale wodospad Staubbach, bardzo charakterystyczny ozdobnik całej doliny, który prezentował się tak:

Lauterbrunnen i wodospad Staubbach

.

       Z wioski Lauterbrunnen pakowaliśmy się na kolejną kolejkę torową i jechaliśmy na górę, do Wengen, skąd chyba najpiękniej można było sfotografować niemal całą Lauterbrunnental, choć niestety żadne zdjęcie (patrz powyżej) nie potrafi oddać cudowności tego widoku (bez przesady mogę wyznać, że to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie dane było mi oglądać na naszej planecie).
Z Wengen można było wyjechać kolejką linową na Männlichen (to samo można zrobić z położonej po drugiej stronie wioski Grindelwald).
Przez Wengen jechaliśmy również kolejką do Kleine Scheidegg, gdzie za pierwszym razem przesiedliśmy się na słynny Jungfraubahn, który tunelami wykutymi pod Ogrem i Mnichem zawiózł nas do najwyżej (3,454 m) położonej stacji kolejowej, skąd, przez miejsce zwane Top of Europe, weszliśmy na przełęcz/siodło Jungraujoch, dostając się następnie na taras widokowy obserwatorium Sphinx, gdzie od obłędnych widoków górskich szczytów, dolin i lodowców (przede wszystkim Aletschgletscher) zakręciło się nam w głowie.
Za drugim razem zeszliśmy z Kleine Scheidegg szlakiem do Wengen. Planowałem pójść inną drogą, ale niestety, z powodu leżącego jeszcze śniegu i lodu, marszruta Panoramaweg prowadząca do Männlichen była jeszcze zamknięta. Nie ma jednak czego żałować, bo ten szlak, którym poszliśmy, dostarczył nam chyba takiej samej rozkoszy. W samej Dolinie Lauterbrunnen jest jeszcze jedno niezwykłe miejsce, którego nie wolno przegapić, a mianowicie znajdujący się wewnątrz skalnej ściany potężny, pokręcony jak korkociąg, wielopoziomowy, jaskiniowy wodospad Trummelbach.
Na turystyczne, położone nad jeziorami Interlaken, które podobno też dysponuje wieloma atrakcjami, nie chcieliśmy tracić czasu. Woleliśmy go spędzić w bajecznych górach, które do dzisiaj śnią mi się po nocach.

greydot.

Widok z Birg na masyw górski Jungfrau i słynną alpejską Trójcę (od lewej: Eiger, Mönch i Jungfrau). W dole: zielone łąki Lauterbrunnental i leżąca/e na słonecznym tarasie nad przepaścią wioska/miasteczko Mürren.

.

.

Jeziorko i ławeczka, na której można odpocząć w drodze z Kleine Scheidegg do Wengen

.

.

Lodowiec Aletsch

.

.

Jadąc na Jungfraujoch

greydot.

UWAGA: kliknij na zdjęcie aby zobaczyć go w pełnym wymiarze.

.

greydot.

G    A    L    E    R    I    E

.

BERNO

.