MIŁOŚĆ CZY NIENAWIŚĆ? (czyli Europejczyków stosunek do Ameryki)

.

O wiele łatwiej być krytycznym, niż nieomylnym.

Benjamin Disraeli

.

Wszyscy jesteśmy dyletantami, w takiej czy innej dziedzinie. Ogólnie rzecz biorąc, człowiekowi zawsze bliżej jest do ignorancji, niż do wszechwiedzy. A w sprawach naprawdę istotnych dla naszej egzystencji, nie ma większej różnicy między dyletantyzmem uniwersyteckiego profesora, a – dajmy na to – maszynisty, rzemieślnika, czy rolnika. Bowiem wiedza ilościowa nie przekłada się na metafizyczną jakość.

.

Stąd takie stwierdzenia, jak to, którego autorem jest Waldemar Łysiak: „Prostakowi lub nawet człowiekowi przeciętnemu, zawsze się wydaje, że filozofowie coś jakby bredzą, a najśmieszniejsze jest to, że ma on rację.” Podobna nuta zabrzmiała w tym, co powiedział kiedyś André Breton: “Filozof, którego nie rozumiem, jest draniem”. Nota bene wyrażone to było w kontekście „mądrości” wywodów filozoficznych Heideggera, o którym Cioran napisał w jednym ze swoich esejów coś takiego: “Przeczytałem właśnie ‘Gelasseheit’ Heideggera. Gdy tylko zaczyna on używać potocznego języka, widzimy, jak MAŁO ma do powiedzenia. Zawsze uważałem, że żargon to wielkie szalbierstwo. (…) Ogromna sława Heideggera. Wszyscy dali się nabrać jego potwornemu szalbierstwu językowemu. Jednak moja o nim opinia jest niezachwiana. Zbudowało mnie to, co Ioan Alexandru opowiedział mi o swojej rozmowie z wielkim człowiekiem: na proste i głębokie pytania rumuńskiego poety filozof odpowiadał banałami. Nie mogąc używać swego zwykłego żargonu, nie potrafił powiedzieć niczego językiem potocznym, żywym, normalnym. Nie dało się szachrować”.

Choć w słowach tych jest wiele racji, to jednak nie jestem zwolennikiem tego typu sformułowań, gdyż mogą prowadzić do usprawiedliwiania prostactwa, a z drugiej strony – mogą być zachętą do pogardy dla ludzkiego intelektu, który przecież – sięgając swoich „wyżyn” – służyć może zarówno dobrej, jak i złej sprawie.
Poza tym, wydaje się, że świat zawsze bardziej jednak cierpiał od prostactw, arogancji i brutalności despotów, niż wskutek filozoficznych analiz myślicieli… mimo, że to właśnie tych ostatnich uważa się często za prowokatorów szaleńczych rojeń ideologicznych w głowach imperatorów typu Hitlera czy Stalina. Ci jednak, za ostatni argument zawsze uważali armatę i pięść. Ponadto, ich inspiracją nigdy nie była wyrafinowana myśl a przede wszystkim żądza władzy, megalomania i agresywny, atawistyczny instynkt podboju

Niepostrzeżenie, wstęp ten zamienił mi się w małą dysertację na temat wad i zalet intensywniejszego używania ludzkiego intelektu. To dlatego, że głównymi bohaterami tego artykułu będą właśnie intelektualiści: reżyser Lech Majewski i literat Leopold Tyrmand. Właściwiej jednak byłoby na pisać, że bohaterami nie będą ich osoby, a raczej poglądy tych twórców na Amerykę.
Obaj wychowali się i wykształcili w kręgu kultury europejskiej, a jednak reprezentują dwie odmienne perspektywy spojrzenia na Amerykę. Z jednej strony mamy krytykę negatywną Majewskiego, z drugiej – apologię Tyrmanda. Obaj odznaczają się nieprzeciętną inteligencją i przenikliwością, a swoje myśli formułują ostro, zdecydowanie i zajmująco. Uważam to za dostateczne usprawiedliwienie dokonanego tu zestawienia.
Zamieńmy się więc w arbitrów ich biegunowych opinii o Ameryce.

MAJEWSKI OSKARŻYCIEL, CZYLI O PODNOSZENIU SIĘ Z KOLAN

Lech Majewski:  ... (zdjęcie własne)

Lech Majewski: „To, w czym żyjemy, to żadna demokracja, ale totalitaryzm ukryty. W Ameryce nie da się nic zrobić. To kraj totalitarny, maoistyczny… Rządzi tu jeden typ kultury, a kto się wyłamuje, skazuje się na śmierć.” (zdjęcie własne)

Z Lechem Majewskim spotkałem się osobiście, kiedy przyjechał on do Chicago z wyreżyserowanym przez siebie filmem „Ewangelia według Harry’ego” zaprezentowanym w ramach Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.
Majewski od 12 lat mieszka i tworzy poza granicami Polski, zajmując się również eseistyką kina oraz reżyseria teatralną (mając na koncie m.in. operę Krzysztofa Pendereckiego „Król Ubu”, a ostatnio, wystawioną z wielkim hukiem w Warszawie, bizetowską „Carmen”). Film pokazany w Chicago był rodzajem alegorii poddającej krytyce pewne zjawiska społeczno-obyczajowe współczesnej Ameryki. Przytoczą te fragmenty naszej rozmowy, które obrazują stosunek reżysera do tego kraju i jego kultury. Rozpocząłem wywiad stwierdzeniem, że sądząc po tym najnowszym filmie Majewskiego, nie jest on dobrego zdania o tym kraju, na co reżyser odparł:

– „Faktem jest, że Ameryka jest w tej chwili awangardą świata, to znaczy, że na całym świecie żyjemy w ‚cesarstwie amerykańskim’. Można to porównać do Cesarstwa Rzymskiego. Produkty amerykańskie zalewają świat. Porobiły się takie dziwne standardy. Przyjął się McDonald, Coca-Cola… choć przecież są lepsze soft-drinki i lepsze dania barowe. Przyjął się także McDonald filmowy – taka bardzo zmechanizowana, rutyniarska ucieczka od świata. Pomimo więc tego, że doceniam pewne aspekty tzw. kultury masowej, czuję się człowiekiem oszukanym. (…) Żyjemy w czasach, kiedy mamy nowa religię. Wszyscy się modlimy codziennie przed tym małym migającym ołtarzykiem. To on kreuje teraz wartości. To są bardzo dziwne czasy. Czasy, w których najlepiej zarabiającym tzw. ‚aktorem’ jest facet będący kulturystą. Kiedyś nie do pomyślenia było, żeby taki pływak Weissmuller – Tarzan był ceniony bardziej, niż np. Gregory Peck, który oprócz tego, że był gwiazdą, to był jeszcze prawdziwym aktorem. (…) Nastąpiło więc jakby przesunięcie punktu ciężkości na absolutny brak wartości, na fasadę, blichtr, kasowość… Palmę pierwszeństwa wcześniej miał Stallone, teraz przejął ją Schwarzenegger. Świadczy to też o pewnym zmierzchu mężczyzny. Oni wyrażają sobą coś, czego już mężczyźni dzisiaj nie mają: wspaniałe ciało, duże mięśnie i spluwę na dwa metry – symbol bardzo erotyczny.
Poznałem w tym kraju kilka osób, które przy proponowanym przez Amerykę, czy w ogóle – przez dzisiejsze czasy – świecie wartości, osiągnęły absolutny szczyt wszystkich możliwości. Weźmy np. taką Liz Taylor. Co by nie mówić, zdobyła ona wszystko, co było do zdobycia. Uważana była za najpiękniejszą kobietę świata, osiągnęła rzecz dla tej kultury bardzo ważną, a mianowicie sławę; miała wspaniałych mężów, pieniądze, Kleopatry, Hollywoody… A jest to – jak się tak z bliska ją zobaczy i z nią porozmawia – bardzo samotna postać, wręcz tragiczna. To jest paradoks tego kraju.
Podobnie jest z Marlonem Brando, Michaelem Jacksonem… To są ludzie wykolejeni, nie znający normalnego życia – zostali go pozbawieni i po prostu szaleją. Czy są to narkotyki, alkohol, obżeranie się… Tak np. jak robi to Brando, którego służący przywiązuje na noc do łóżka, żeby ten nie wstał w nocy i nie zjadł 10 hamburgerów i nie wypił 20 piw. A jednocześnie ludzi ci uważani są za królów życia. I każdy o tym marzy – bo to taki ideał naszych czasów.
Byłem niedawno w Polsce, gdzie przygotowywałem operę Pendereckiego i widziałem, jak bardzo ta kultura amerykańska zalała kraj. Wracam teraz z Festiwalu Filmowego w Rio de Janeiro, gdzie zobaczyłem jak zalała Brazylię – kraj o bardzo silniej i pięknej kulturze. Podbój świata przez McDonalda i Schwarzeneggera to naprawdę potężna siła, która zwycięża. Powaliła komunizm, powali wszystko, co znajdzie na swojej drodze.”

– Jakie to będzie miało konsekwencje dla naszej kultury, cywilizacji, świata?

– „Konsekwencje będą takie, że wszyscy będziemy siedzieć w kinie na filmie ze Schwarzeneggerem i popijać Coca-Colę. Ja osobiście w demokrację nie wierzę, bo uważam, że ludzie ogólnie nie dorośli nigdy w historii do tego, by decydować demokratycznie. Jeżeli w Stanach Zjednoczonych jest ponad 200 mln. mieszkańców i ci ludzie demokratycznie wybierają Billa Clintona jako najlepszego prezydenta, syna swojego narodu, to coś w tym systemie nie funkcjonuje. Czy jest to człowiek, który ma wizję, który jest kimś? Nie. To jest facet, który właśnie je McDonalda, ogląda Schwarzeneggera i nie potrafi podjąć żadnej decyzji.”

– Na pewne sprawy jesteśmy bardziej wyczuleni, choćby dlatego, że wychowaliśmy się w innej kulturze. Może nie doceniamy zalet, jakie cywilizacja zachodnia mimo wszystko ze sobą niesie?

– „Kultura zachodnia jest bardziej przyczynowo-skutkowa, logiczna. Pochodzimy z kraju, gdzie obowiązywała także logika paradoksalna. Sen, poezja, sztuka… Umieliśmy się fantastycznie porozumiewać za pomocą symboli, ponieważ tzw. ‚prawda’ była zabroniona. W Polsce mieliśmy np. bardzo dobry teatr. Kiedyś mieszkałem w Nowym Jorku, chodziłem na premiery broadwayowskie. Jest tam blichtr, pieniądze, ale nie ma żadnej kultury inscenizacyjnej. Takie walenie po oczach latającymi światłami. Rzeczywiście, ci ludzie są doskonali technicznie, świetnie wyszkoleni – tańczą, śpiewają, fikołki robią… Ale jak tak pójść do Teatru Starego w Krakowie, a pójść na Broadway na Manhattanie – to nie ma żądnego porównania.”

– Czy rzeczywiście istnieje konflikt między kinem komercyjnym, a tzw. artystycznym?

– „Żadnego konfliktu nie ma, ponieważ jedynym królem jest kino komercyjne. Kino artystyczne nie ma żadnych szans. Pracuję w umierającej branży i trochę mnie to przeraża. Znam wiele osób, zarówno w Polsce, jak i w Hollywood, które nie mogą się przebić ze swoimi pomysłami. Bo to, w czym żyjemy, to żadna demokracja, ale totalitaryzm ukryty. W Ameryce nie da się nic zrobić. To kraj totalitarny, maoistyczny… Rządzi tu jeden typ kultury, a kto się wyłamuje, skazuje się na śmierć..”

– Pan się odważył.

– „Stanąłem przed wyborem: wsiąść na ten bandwagon i jechać z tym dzikim tłumem Schwarzeneggerów, albo nie wsiadać. Wybrałem samotną podróż w innym kierunku.”

– Pierwsze mocne wrażenie po przekroczeniu Atlantyku. Jakie ono było?

– „Znalazłem się na Wall Street i zobaczyłem, że wszyscy ludzie ubrani są identycznie, że wszystkie sekretarki mają identyczne prochowce, identyczne kokardy pod brodami, identyczne snickersy na nogach, a w siatkach szpilki, które założą, jak wejdą do biura. Faceci zaś mają identyczne łososiowate krawaty i dokładnie te same koszule z Brooks Brothers… I że wszyscy gnają, jakby poszaleli. Wtedy nagle zdałem sobie sprawę: przecież to jest Mao Tse Tung, tyle że bardziej podkolorowany. Wydało mi się to wszystko chore. Rozbił się mit.”

– Siłą rzeczy, każdy po przyjeździe do Ameryki przeżywa konfrontację swoich wyobrażeń z obrazem rzeczywistym…

– „Jesteśmy typowymi prowincjuszami, którzy przyjeżdżają do Ameryki i padają na kolana. Potem się z tych kolan stopniowo podnosimy. To jest jednak taki szok dla organizmu, kiedy tu się człowiek zjawia i nasz ludzki organizm musi się zaadoptować. Tak samo, jak w małżeństwie. Najpierw wszystko bierze się za dobrą monetę. Problemy zaczynają się dopiero po paru latach, kiedy te wyidealizowane rzeczy zaczynają nieco czeznąć.”

– Musi pan jednak przyznać, że był czas, kiedy to społeczeństwo osiągnęło w wielu dziedzinach rzeczy imponujące.

– „Na przykład?”

– Stosunkowo wysoki standard życia klasy średniej. Wprawdzie ten najlepszy okres pod tym względem Stany Zjednoczone wydają się mieć za sobą, to jednak z zamożnością o takim zasięgu mogą się równać jedynie rozwinięte kraje Europy Zachodniej. Cięgle jednak jest tutaj tak, że jeśli ktoś, kto ma normalną, pewną i stałą pracę, to może żyć w niezłych, a niekiedy i w komfortowych warunkach. Sztuka sztuką – ale życie powszednie – życiem. Poza tym, dałoby się wskazać na niezwykłe osiągnięcia w innych dziedzinach: przemysł, nauka, technologia…

– „Pan raczy żartować! Co nazywa pan standardem? Właśnie się przejechałem dzisiaj po Chicago. Same rudery. Każdy budynek poza downtown wygląda jak jakaś katastrofa architektoniczna.”

– Powinien się pan przejechać dalej, na północno-zachodnie przedmieścia Chicago.

– „Wystarczy pojechać do Szwajcarii, czy do Francji i zobaczyć, że te wszystkie budynki wybudowano tam z cieplejszym, ludzkim duchem. A tutaj to jest wszystko tak: zarabiaj pieniądze, płać taksy, umieraj i… na drzewo!”

– Dlaczego więc tak pchają się wszyscy do tej Ameryki? Z całego świata: z Polski, Chin, Meksyku, Kuby…

– „Bo to jest Cesarstwo Rzymskie, a jak wiemy, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. To jest cywilizacja, która podbiła, zwyciężyła świat. W bardzo dziwny sposób. Nie militarny, a ekonomiczny, kulturowy… Podbiła też mózgi wszystkich ludzi.”

– Miejmy nadzieję, że jest to jednak zjawisko powierzchowne. Mówimy w zasadzie o kulturze masowej, pewne rzeczy możemy więc widzieć jakby w powiększeniu, nie w tych proporcjach, co trzeba. Myślę jednak, że ta ekspansja kultury amerykańskiej jest bardziej spektakularna, niż głęboka.

– „Również staram się patrzeć na to realistycznie. Wydaje mi się, że jestem człowiekiem na tyle dojrzałym i na tyle otrzaskałem się w Ameryce, robiąc filmy. Ja też korzystam z tego systemu. Zgadzam się z panem, że tu lepiej płacą, niż np. w Polsce. Zbyt blisko widziałem jednak, jak to się odbywa, na czym to polega… Komercja jest komercją – tu rządzi pieniądz. Najgorsze jest to, że nie służy to sztuce, kulturze, a blichtrowi, picowi…
Wie pan, to jest naprawdę przerażające. Wszyscy np. chodzą i mówią „hałarju”, „fajn”, „grejt”, a potem człowiek siada przed telewizorem, gdzie jest tych 90 kanałów i jak tak przeleci się po tych kanałach, to widzi: tutaj ktoś komuś wybija oko, tutaj strzelają z kul dum-dum, tutaj świdrują komuś dziurę w głowie albo rozwalają mu czaszkę młotem pneumatycznym. I tak przez całą noc. To tak, jakby się wylewała ta podświadomość, jakby to telewizja płaciła za te uśmiechy w trakcie dnia. Pan uważa, że to normalne?”

– Uważam jednak, że pan przesadza. Repertuar telewizji amerykańskiej jest bardziej miałki i głupi, niż okrutny. Tak słucham pana, jak i innych moich rodaków narzekających na ten kraj i sobie myślę: dlaczego więc nie uciekacie z tej Ameryki, skoro ona taka przerażająca i okropna!?

– „Bo nie wypada uciekać z frontu.”

– W takim razie co jest szansą dla tego kraju?

– „To nie tylko o Amerykę chodzi. Wiemy, że nauka zna postęp, sport zna postęp… Ale kultura? Nie zna czegoś takiego, jak ‚postęp’. Nikt nie może powiedzieć, że dziś dramaturdzy są lepsi, niż Szekspir, albo lepsi malarze, niż Leonardo da Vinci. Generalnie rzecz biorąc, zawsze istniały dwie kultury w historii świata: kultura wyższa i niższa.”

– Wyższa – elitarna, niższa – masowa?

– „Tak, z tym, że teraz ta elitarna prawie że zanikła. To jest takie coś zdychające, dogorywające, podtrzymywane sztucznie przez namioty tlenowe różnych instytucji, ministerstwa kultury… itp. Niższa kultura pożarła wszystko.”

– Czy to nie jest aby normalną konsekwencją równania do średniej, czyli właśnie demokracji?

– „Naturalnie. Elity straciły władzę. Jestem człowiekiem anachronicznym i tęsknię np. za Medyceuszami, choć i oni niejedno mieli na sumieniu.”

– Muszę przyznać, że brzmi to wszystko po dekadencku.

– „Bo w takich dziwnych czasach żyjemy. Muzyka na dobrą sprawę umarła. Nie mamy już Mozartów, Bachów, Beethovenów.. są za to Madonny i inne Jacksony. Literatura też właściwie robi bokami, nie ma dobrych powieści, nie ma Dostojewskich, Dickensów, Balzaków… bo nikogo już dziś nie stać na to, by usiąść i przeczytać 400 – 500 stron. Teatr też nie funkcjonuje dobrze, kino zrobiło się na wskroś hollywoodzkie… Właściwie, potęgą teraz jest telewizja. (…)
Zmienił się nasz stosunek do czasu, wartości… Nikt nie pisze listów, nikt nie zabawia się głębszą konwersacją. Cały język amerykański, którym się tu posługują, sprowadza się do 20 wyrazów, jest maksymalnie uproszczony. Zrobił się właściwie taki stosunek przerywany – nie tylko ze sztuką. Naprawdę trudno jest wyciągnąć wnioski, gdzie to wszystko prowadzi.”

greydot

Nie ma tu miejsca na polemikę z Majewskim. Jego wypowiedzi są tyle sugestywne, co przesadzone. Działają na wyobraźnię i emocje, mając jednocześnie pozory intelektualnej istoty.
Wydaje mi się, że nastąpi teraz ciekawe zderzenie owych sądów Majewskiego z krytyką (i obroną) Ameryki, dokonaną w zupełnie innym tonie i kładącą nacisk na nieco inne aspekty amerykańskiej rzeczywistości, kultury i cywilizacji.

Leopold Tyrmand: Paru pisarzy i dramaturgów, głównie obcego pochodzenia i obywatelstwa, świetnie żyje z okazywania w słowie i druku swojej nienawiści do Ameryki. (zdjęcie: Archiwum Emigracji)

Leopold Tyrmand: „Paru pisarzy i dramaturgów, głównie obcego pochodzenia i obywatelstwa, świetnie żyje z okazywania w słowie i druku swojej nienawiści do Ameryki.” (zdjęcie: Archiwum Emigracji)

TYRMAND OBROŃCA, CZYLI O WYŻSZOŚCI AMERYKI NAD CAŁĄ RESZTĄ

Moje nieśmiałe próby oponowania Majewskiemu były bardziej stwierdzeniami wyznaczającymi tok wywiadu, może nawet małymi prowokacjami, niż rzeczywistymi argumentami polemicznymi. Prawdziwej obrony Ameryki – i to przed nią samą! – podjął się natomiast Leopold Tyrmand, który w jednej ze swoich książek przytacza taką oto scenkę, w której uczestniczył on sam i osoba, która uważała siebie za prawdziwą Amerykankę.

Nienawidzę Ameryki – rzekła pewna dama, smakując kęs kaczki, by upewnić się, czy jest odpowiednio miękka i krucha. – Ameryka to złożenie podstępności i prostactwa.” Ostrożnie wypiła kieliszek wiona. „Życie – kontynuowała – stało się niemożliwe pod nieludzkim naciskiem olbrzymich zrzeszonych struktur.”
Pani – wiek średni, przystojna, wypielęgnowana, parokrotnie zamężna, każdorazowo z kimś bogatszym, niż jego poprzednik. „Diabelnie zorganizowany ucisk dławi tu każdy przejaw indywidualności – zapewniała z przekonaniem. – Nawet spokojnych i bezstronnych ludzi porywa nakaz walki z tą plagą; nakaz buntu, konieczność przeprowadzenia zmian. Jedyna nadzieja w tych biednych, gnębionych dzieciakach z uniwersytetów. Oni wiedzą czego i jak chcą.”
W tym momencie Tyrmand poczuł przypływ współczucia i litości, spotęgowany zwłaszcza jej nieskazitelną cerą. „Nie myślała pani o emigracji?” – szukał rozwiązania. – „Może gdzie indziej odnalazłaby pani pełnię życia”?
„Nigdy – rzekła zdecydowanie – to moja ojczyzna. Nienawidzę jej, ale także nienawidzę jej nienawidzić. Znajduję wielką pociechę w swej pozytywnej, konstruktywnej nienawiści”.
– „Oczywiście – zgodził się Tyrmand. – To może nawet przejść w pomyślny stan ducha, przynajmniej z finansowego punktu widzenia. Paru pisarzy i dramaturgów, głównie obcego pochodzenia i obywatelstwa, świetnie żyje z okazywania w słowie i druku swojej nienawiści do Ameryki. Nazywają to śmiałą i konstruktywną krytyką. Im bardziej nienawidzą i gardzą, tym więcej mają czytelników i widzów na Broadwayu. Zastanawiam się jak godzą tę bezdenną wzgardę z braniem w kieszeń. A jednak plucie na Amerykę okazuje się dla obcego artysty w tym kraju najlepszą drogą do pokaźnych dochodów. Najmniej zasłużone obelgi cieszą się największym wzięciem.”
„To odpowiada naszym najlepszym tradycjom – rzekła w zamyśleniu. – Ameryka jest niedorzecznie prowincjonalna, a prowincjusze są zbyt zakłamani, by przyznać się do swych wadliwych instytucji i do swego upadku. Dlatego tylko ludzie z zewnątrz mówią im prawdę.”
Tyrmand w tym momencie westchnął: „A jednak ich gotowość do płacenia za to wydaje mi się całkiem światowa. Poza tym, jak ci zaślepieni nienawiścią krytycy mogą dojrzeć prawdę z wierzchołków swej wyniosłej, pseudointelektualnej odrazy?”
„A co my mamy zrobić z pieniędzmi? – spytała drwiąco. – Już wystarczająco dużo idzie na te wszystkie fałszywe, fasadowe organizacje antykomunistyczne. Przygniata nas własna niezdolność przeciwstawienia się im, co jeszcze raz potwierdza wstrętną przebiegłość naszych prześladowców.”
– „Pani jest cudowna – stwierdził Tyrmand. – Nigdy nie pojmę jak to się dzieje, że uwielbiają ten kraj ludzie skromni, przepracowani, marnie ubrani, a nienawidzą ci, którzy wszystko od niego dostali.”
„To bardzo proste – rzekła. – Jesteśmy wrażliwi. Radykalizm to wrażliwość.”
Tyrmand westchnął jeszcze głębiej: „To byłoby zbyt proste. Radykalizm jest bardzo skomplikowaną, psychologicznie niewytłumaczalną niemożnością poddania się czyjemuś rozumowaniu, przyznaniu mu racji, nawet jeśli jego argumentacja zawiera obiektywną prawdę. Myślę, że jest pani w Stanach Zjednoczonych, bo amerykańska demokracja to rzeczywistość społeczno-polityczna pod każdym względem lepsza od takich ustrojów, jak np. rosyjski, kubański lub chiński komunizm”.
„Nonsens” – odpaliła.
– „Ależ nie. Nienawidząc Ameryki nie jest pani naturalnie zdolna przyznać, że może ona wszystko przewyższać. To nie godzi się z pani najgłębszymi przekonaniami i z gotowym systemem wartości. Ale dla mnie zabobon intelektualny jest najgorszym z przesądów. Kapitalizm to chyba najbardziej zdyskredytowane słowo we współczesnym słownictwie. Niemniej, trzeba stwierdzić otwarcie, że po stuleciu doświadczeń okazał się lepszy, niż socjalizm. Wiem, takie stwierdzenie może tylko wywołać wzruszenie ramion, lecz kapitalizm wyłania się jako system bardziej giętki i podatny na zmiany w zależności od potrzeb, zadań i wymagań życia, niż socjalizm znany we współczesnych wersjach. Co więcej – i to wydaje się rozstrzygające – kapitalizm szybciej ewoluuje w praktyce niż socjalizm w teorii, co może się dla tego ostatniego okazać zgubne. Może pani nienawidzić kapitalizmu i Ameryki, ta postawa może nawet zawierać szczyptę prowokującego czaru, ale obawiam się, że życie jest przeciwko pani.”

Wypada zaznaczyć, że rozmowa ta odbyła się w czasie, kiedy nikomu nie przychodziło jeszcze do głowy, że blok wschodni może się wkrótce rozpaść. Także demokracja amerykańska nie trzyma się już teraz tak dobrze, a monopolizm kapitałowy wykazuje pewne symptomy zwyrodnienia. Jednak pewne wątki poruszone w tej rozmowie, do dzisiaj pozostały aktualne i w dalszym ciągu prowokują.
Oczywiście Tyrmand posiadał zbyt krytyczny umysł, aby tylko gloryfikować Amerykę. To właśnie on pisał: „Nie uważam, by społeczeństwo amerykańskie było całkiem zdrowe, praworządne, by dobrze funkcjonowało, przestrzegało obyczajów i zapewniało każdemu równe szanse…”, jednak zaraz dodawał, że przynajmniej stara się takie być i do tej pory zdobyło już nawet w tej rozgrywce kilka punktów. Potrafił więc oddać Ameryce sprawiedliwość, zachowując jednocześnie wobec niej pewien dystans.

greydot

Zostawiam Państwa z tymi opiniami, rezygnując z komentarza, w którym miałbym sugerować komuś takie, a nie inne wybory. Każdy bowiem sam – na własny rachunek – musi się uporać z problemem przychylności czy też niechęci wobec Ameryki. A jeśli jest obojętny? W takim razie jest także jego osobiste zmartwienie.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 16 lutego, 1996 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

Advertisements

komentarzy 51 to “MIŁOŚĆ CZY NIENAWIŚĆ? (czyli Europejczyków stosunek do Ameryki)”

  1. sarna Says:

    „A jeśli jest obojętny? W takim razie jest także jego osobiste zmartwienie” – czy coś dla nas „bez znaczenia” może być powodem do zmartwienia?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ameryka (sytuacja w Stanach Zjednoczonych) nie jest dla Polski (Polaków) bez znaczenia.

      A moje ostatnie zdanie jest po prostu małą prowokacją, bo wcale nie ma obowiązku kochania ani nienawidzenia Ameryki ;)

      Ale jednak warto o tym kraju coś wiedzieć – dlatego całkowita obojętność jest dowodem tego, że ktoś nie jest zainteresowany tym, co ważnego dzieje się w świecie (a wg mnie czymś ważnym dla Polski i świata, jest kondycja Ameryki).

      • sarna Says:

        Moje pytanie również jest małą prowokacją. Poza tym uczucia chyba nie podlegają pod kategorię jakiegokolwiek obowiązku. Tak sądzę, choć nie wiem czy na to stwierdzenie nie obruszą się fundamentaliści, bo oni chyba pod tę regułę nie podpadają.
        Trudno jest kochać lub nienawidzić coś, czego się nie poznało. Niezbyt rozsądnym jest kształtowanie swoich uczuć w oparciu o czyjeś (zawsze stronnicze) przekazy. Z całą pewnością bliższy jest mi punkt widzenia Lecha Majewskiego, bo podobnie czujemy.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Słuszna uwaga: uczuć nie można rozpatrywać w kategoriach obowiązku.

          Ja rozumiem zarówno racje Majewskiego (choć nie wszystkie je podzielam – zwłaszcza w tej formie, w jakiej on je przedstawił), jak i Tyrmanda (choć wydaje mi się, że i on nieco przesadził… ze stylistyką, przynajmniej).
          Należy też wziąć pod uwagę, że sądy te były wypowiadane na długo przed 9/11, kiedy to wg mnie jeszcze wyraźniej zaczął się sypać mit Ameryki, a tym samym zaczęło ulegać zmianie spojrzenie świata na ten kraj. McDonald, hamburger i Schwarzenegger nie są już teraz tak wielką atrakcją, to, co amerykańskie przestawało być modne… ale jednak do tej pory – także w Polsce – mamy do czynienia z tym zauroczeniem i wpatrzeniem się w Amerykę, jakie miało miejsce w czasie jej największej prosperity.

        • sarna Says:

          Obawiam się, że obecnie te nastroje odbiegły daleko od zauroczenia i przyczyniło się do tego głównie otwarcie granic. Polacy przestali żyć mitami, twarda konfrontacja z realiami różnych, dotąd wspaniałych krajów zdjęła im z oczu różowe okulary. Ameryka przestaje być mekką dla Polaków. Jeszcze tam jeżdżą z nadzieją na lepszy rynek pracy, odkucie się i powrót do Polski. W sondażach słychać głosy, że wyjeżdżają z nadzieją na powrót po do Polski. Jeśli podają powody wyjazdu to decydują względy ekonomiczne, zatem wychodzi na to, że Ameryka kusi Polaków nie demokracją i stylem życia, a kasą.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Źle się wyraziłem. Powinienem był napisać: „…jednak do tej pory – także w Polsce – mamy do czynienia ze skutkami tego zauroczenia i wpatrzenia się w Amerykę, jakie miało miejsce w czasie jej największej prosperity.”

          Masz rację w tym co piszesz. Amerykański styl życia stracił już wyraźnie powab dla Polaków i jeśli decydują się na wyjazd do Stanów, to właśnie niemal wyłącznie z powodów ekonomicznych, finansowych (bo nadal tu można lepiej zarobić, niż w kraju – pod warunkiem oczywiście, że dostanie się pracę). Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, czynniki ekonomiczne zawsze były czymś najważniejszym w podejmowaniu decyzji o emigracji do Stanów – i dotyczyło to nie tylko Polaków – i nie tylko emigrantów ostatnich kilkudziesięciu lat, ale i tych, którzy wjeżdżali do Ameryki od samego początku kolonizacji tego kontynentu przez Europejczyków i w całym okresie istnienia Stanów Zjednoczonych.

  2. Simply Says:

    @Sarna: “A jeśli jest obojętny? W takim razie jest także jego osobiste zmartwienie” – czy coś dla nas “bez znaczenia” może być powodem do zmartwienia?

    Dla impotentów tak.

  3. sarna Says:

    Impotencja nie jest podyktowana brakiem emocji, a więc nie można stawiać znaku równości pomiędzy impotencją, a obojętnością.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Czasami jest spowodowana brakiem pożądania, czyli erotycznej emocji, jaką – zarówno w sprawnym, jak i niesprawnym seksualnie mężczyźnie – może wywoływać kobieta.

      • sarna Says:

        O impotencji wiem co nieco z lekcji, nieobowiązkowej lektury ;) i wiki. Wszystkie one wskazują na brak erekcji MIMO pożądania, a to kłóci się z tym, co twierdzisz Ty – ale odpuśćmy, w tym temacie nie zamierzam kłócić się z mężczyzną.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Masz rację – brak pożądania a impotencja to są dwie różne sprawy. Pierwsza wiązana jest zazwyczaj z zaburzeniami natury psychologicznej i emocjonalnej, druga z dysfunkcją fizjologiczną.
          Można pożądać kobietę i być impotentem i vice versa: być zupełnie sprawnym seksualnie mężczyzną i nie pożądać kobiety.
          I nie wiadomo, co wtedy jest gorsze ;)
          (Mówimy tu oczywiście o związkach heteroseksualnych.)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Tak żeście zaintrygowali mnie tą impotencją, że aż zajrzałem do podręcznika seksuologii ;)
          A tam jednak stoi ;) że przyczyny impotencji mogą być zarówno psychiczne, jak i fizyczne.
          Czyli jednak brak pożądnia i impotencja wiążą się ze sobą, choć nie są ze sobą tożsame.

          PS. Dobrze, że człowiek ma pod ręką książki (internet), gdzie może się takich rzeczy dowiedzieć ;)

  4. Tess Says:

    Co wyście się tak uczepili tej impotencji?
    Odbiegacie jednak znacznie od tematu, tym bardziej to nieusprawiedliwione, że Ameryka zwykle kojarzyła się wszystkim z potencją :)))

  5. sarna Says:

    Obecnie Ameryka jest okrutnie zadłużona u Chińczyków, tak więc jej potencjał gospodarczy nie jest do pozazdroszczenia. Jej siła tkwi w przywództwie politycznym i militarnym, tu się ciągle jeszcze z nią liczą. Niemiecki fizyk Einstein, który dokonał swojego żywota w Stanach Zjednoczonych powiedział kiedyś, że nie wie jak będzie wyglądała III wojna światowa, ale IV na pewno na kije i kamienie. Amerykanie ciągle gdzieś wojują, nie podoba mi się to i to chyba jest powód mojej niechęci do nich.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Potencjał gospodarczy Ameryki (właściwiej byłoby jednak pisać Stanów Zjednoczonych) nadal jest ogromny. Podobnie ogromny jest jej potencjał militarny. Niestety, ogromne jest także zadłużenie tego kraju (skutek m.in niepohamowanwego druku papierowych, „pustych” pieniędzy przez amerykański rząd i życia na kredyt).

      A to, że jestem przeciwnikiem militarystycznej polityki zagranicznej USA (ale nie jej siły militarnej – bo to jednak nie to samo) to mogłaś chyba zauważyć, jeśli czytałaś moje ostatnie wpisy zajmujące się tematyką amerykańską.

  6. Miriam Says:

    Warto posłuchać i tego:

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wprawdzie w tym wywiadzie nie pada ani razu słowo „Ameryka”, to jednak dobrze jest wysłuchać reżysera do końca. Sporo Lech Majewski mówi o Bruegelu i swoim filmie „Młyn i krzyż”, a gdzieś tak około 14 min. zaczyna wyrażać swoją opinię o kulturze masowej, by następnie dać upust rozczarowaniu tym, co dzieje się obecnie w naszym kraju (mając głównie na uwadze życie polityczne).

      A ja jednak dostrzegam różnicę między tym Majewskim, z którym rozmawiałem 20 lat temu, a tym, którego widzimy w tym filmie – i bynajmniej nie chodzi mi o siwe włosy reżysera ;)
      Wydaje mi się, że obecne wypowiedzi reżysera są bardziej wyważone, że staranniej dobiera on słowa, dłużej zastanawia się, jest znacznie mniej radykalny i nie nie używa już tak skrajnych wyrażeń. Więcej jest w tym mądrości, mniej efekciarstwa…
      Ale w dalszym ciągu mówi interesująco i sugestywnie.

      PS. Widzę, że film „Młyn i krzyż” Majewskiego dostępny jest w całości w internecie.
      Wprawdzie najlepiej jest oglądać go na dużym ekranie, ale i tak lepiej jest obejrzeć go tutaj, niż wcale:

  7. Simply Says:

    Tyrmand jest tu trochę wyrwany z kontekstu. Ta rozmowa, o ile się nie mylę, pochodzi z ,,Zapisków Dyletanta”.. Bardzo ważny jest rok i w ogóle czasy, w których ta książka powstała. To jest przełom 69/70, Ameryka jest podzielona, to jest zenit kontrkultury. Tyrmand ( w Polsce za komuny ,,sierżant w okopach liberalizmu” ) tu ostro atakuje lewackich kontestatorów i sympatyzujące z nimi elity, broniąc tej konserwatywnej Ameryki. Czyni to z pozycji przybysza z kraju realnego socjalizmu, a to jest optyka która w tym wypadku nie znajduje żadnego wspólnego układu odniesienia, kontekstu, zrozumienia… Dlatego był tam odbierany, jako reakcyjny beton. To jest bardzo ciekawy paradoks, z czego ten niezwykły człowiek doskonale sobie zdawał sprawę: liberał-kontestator w demoludach = konserwatysta w USA.

    Majewski marudzi trochę bez sensu – nie wiem, na co on liczył? Poza tym, upraszcza – lata 90-tych w gatunkowym kinie amerykańskim, to nie tylko Arnold, to jest dekada onirycznych thrillerów i neo noira. Czyli form dających ambitnemu twórcy ogromne pole do popisu i sprawdzenia, ile jest wart, jako zwierz filmowy.
    Bardzo go cenię, jako reżysera, to jest mistrz kina biograficznego. W ,,Basquiacie” pozyskał całą plejadę genialnych aktorów, gdzie każdy zagrał tak jakoś pod prąd swemu emploi i to była rewelacja ( Oldman, Hopper, Walken, Dafoe, a David Bowie, jako Andy Warhol ukradł show )
    Potem polski ,,Wojaczek” – też dla mnie bomba. Majewski kieruje się przede wszystkim na oddanie stanów wewnętrznych swoich bohaterów twórców, nie na suchą rekonstrukcje faktów z ich życia. I on w tej materii ,,nie szuka, a znajduje”, można go śmiało postawic obok Kena Russella , który do tego samego dąży, choć odmiennymi środkami.
    To wszystko wymaga niesamowitej świadomości świata i przede wszystkim siebie. Bardzo go szanuję.
    ,,Młyna i Krzyża” jeszcze nie widziałem, trochę się boję tej ,,cyfry”, jam chowany na ,,Barry Lyndonie” i Vittorio Storaro. Ale trzeba będzie, zawsze byłem die hard fanem Rutgera Hauera, to jest suczy syn !

    Ameryka dała mi jazz, Edgara Allana Poe, czarny kryminał, western, kulturę psychedeliczną, alternative country, proto punka, Zappę, Dylana, Peckinpaha, Bierce’a Lovecrafta, Lyncha i ,,Bloody Meridian”. .
    I jeszcze by się z pewnością coś znalazło. Więcej z tej kultury wyniosłem dobrego dla siebie, niż złego. Zawsze można sobie po prostu wybrac.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Świetny komentarz. Really.

      Właściwie, to ja do tego tekstu powinienem zrobić spory przypis, bo – po pierwsze: kiedy go pisałem, to nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z pewnych rzeczy; po drugie: od tamtego czasu sytuacja w relacji świat – Ameryka, a także w samych Stanach Zjednoczonych i na świecie uległa zmianie; po trzecie: tak jak piszesz – ważny jest kontekst naszej rozmowy z Majewskim, a zwłaszcza opinii Tyrmanda, która rzeczywiście pochodzi z „Zapisków Dyletanta” (to po części określeniu Tyrmanda zawdzięczam, zarówno wstęp do mojego artykułu, jak i uświadomienie sobie tego – co zresztą trwa do dzisiaj – że wszyscy jesteśmy dyletantami ;) )

      Tyrmand to jeden wielki paradoks. Jak wiadomo, w Polsce był uważany za liberała, (a nawet za playboya, bitnika czy birbanta), w Stanach zaś za konserwatystę (nota bene, zapoczątkowany poniekąd także i przez niego ruch konserwatywny w Ameryce – towarzystwo wokół „Chronicles” rockfordzkich, których był redaktorem – doprowadził z czasem do ukształtowania się swoistego amerykańskiego konserwatywnego „betonu” zwanego paleokonserwatyzmem).
      Ale, wbrew pozorom, dość łatwo moim zdaniem tę światopoglądową woltę Tyrmanda wyjaśnić, a można to nawet zrobić jednym słowem: przekora.
      W Polsce Tyrmand czuł się gnębiony przez klatkę i konserwę peerelowskiego komunizmu (więc się temu przeciwstawił przekornie swoim para-bitnikowym liberalizmem); w Stanach zaś uderzył go przechył w kierunku (nota bene też lewackiej, zdaniem konserwatystów) przesadnej jego zdaniem, „wolnościowej” kontestacji kontrkulturowej, więc się ustawił wobec niej okoniem i wyszło na to, że został uznany za konserwatystę. (Myślę, że do tego mogło się także przyczynić to, że założył w tamtym czasie rodzinę i został ojcem.)

      Warto zaznaczyć, że Tyrmand był także w Stanach krytykiem kultury masowej i Hollywoodu – więc jego poglądy w tej materii byłyby chyba dość zbieżne z tym, co mówił Lech Majewski.

      A Majewski jednak przesadzał i przejaskrawiał – skupił się na pewnych cechach amerykańskiej kultury (i cywilizacji)i, na pewnego rodzaju pop-kulturowej produkcji… nie zauważając innych aspektów tej kultury (przez co jakby zapomniał o tym, co zawdzięczamy tej kulturze – a o czym Ty wspominasz). Ale właśnie przez to przejaskrawienie, wypowiedzi Majewskiego zyskują na wyrazistości i sugestywności.
      Zresztą, ja myślę, że Majewski zmienił się od tamtego czasu – i zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że stał się trochę podobny do Tyrmanda, nie tylko pod względem przekory ;) (Wymowne chyba jest to, że w Polsce został odznaczony jakimś tam Krzyżem im. Lecha Kaczyńskiego, że krytykuje sztukę współczesną – dając choćby wyraz swojej fascynacji starymi mistrzami w rodzaju Bruegela… etc.)

      Wspomniałeś o „Basquiacie”. Wybrałem się na ten film do kina nie wiedząc, że maczał w nim palce Lech Majewski, więc zaskoczyło mnie to wielce, kiedy zobaczyłem jego nazwisko w „kredytach”. Z tego co wiem, był on właściwym spiritus movens powstania filmu, ale nie wiem dlaczego sam go w końcu nie wyreżyserował. Ot, dla mnie to nadal zagadka (ale pewnie dlatego, że nie starałem się jeszcze do tej pory jej rozwiązać ;) )

      PS. Dzięki za komentarz, bo zainspirował mnie do napisania tego wszystkiego – a jest to dość istotne by dokonać pewnych uzupełnień i wyjaśnić sobie pewne sprawy w kontekście mojego tekstu sprzed lat.
      Taka glossa była potrzebna.

      A „Wojaczek”, moim zdaniem, też Majewskiemu się udał:

  8. artur Says:

    To prawda, że Majewski jest krytyczny wobec pewnych przejawów tzw. „sztuki” współczesnej. Oto co sam o niej powiedzieł:

    “Ja w ogóle spedzam duzo czasu w muzeach na swiecie. To jest swiat, który jest mi najblizszy. Ci artysci (dawni) oszalamiaja mnie swoim warsztatem, swoja madroscia, swoim smakiem, w przeciwienstwie do tandety i bylejakosci, która proponuja tak zwani artysci dzisiaj. Kazdy moze cegle skleic z kawalkiem roweru i powiedziec, ze jest to sztuka. Istnieje przyzwolenie na wszystko, na wszystkoizm i to jest obrzydliwe, dlatego, ze jest to wymanipulowane rynkowo. Znam troche marszandów, rynek amerykanski, czyli najwiekszy rynek sztuki, i wiem, jak sie manipuluje, tworzy te pseudo zjawiska w sztuce wspólczesnej. Ani na zlocie, ani na platynie nie da sie tyle wyspekulowac, co na jakims artyscie.”

    I nie bez dodatkowego znaczenia jest to, że mówi to ktoś, kto sam miał wystawę autorską w jaskini sztuki modernistycznej, czyli w nowojorskiej MOMIE.

  9. Tess Says:

    Ciekawy tekst o Tyrmandzie.
    Mały fragment:

    „Na początku zakochał się w Ameryce, zachłysnął się swobodą i wolnością. Kochał jazz i oto trafił do jego ojczyzny. W dodatku na początku był hołubiony jako przybysz zza żelaznej kurtyny, publikował w prestiżowym “New Yorkerze”. Ale stopniowo Tyrmand przestał się ograniczać do tłumaczenia Ameryce europejskiej historii i zła tkwiącego w komunizmie. Zaczął przybierać moralizatorski ton wobec tutejszego establishmentu. Jak sam pisał, “obrona Ameryki przed nią samą” nie przysparzała mu popularności. Współpraca z “New Yorkerem” skończyła się, gdy tygodnik odrzucił jego tekst “Cywilizacja komunizmu”. A on był uparty, nie chciał kompromisu. Nie zmienił poglądów. To paradoks, że w Polsce postrzegano go jako liberała, w Ameryce – jako konserwatystę. Tyrmand miał w USA kilka bardzo trudnych lat, gdy właściwie nie miał gdzie publikować. To były pierwsze lata ich małżeństwa, zawartego w 1971 r. Poprawiło się, kiedy w 1976 roku związał się z Rockford College przy Conservative Institute w Illinois, gdzie zajął się wydawaniem pisma “Chronicles of Culture”. Zamieszkali na prowincji, czego Mary Ellen nieco się obawiała, ale z czasem przywykła do spokojniejszego tempa życia. Urodziły się im bliźnięta – Matthew i Rebecca. Tyrmand był bardzo szczęśliwy, zmieniał pieluchy, chodził na spacery.”

    Całość tutaj:

    http://www.gazetagazeta.com/2012/11/uwiodlam-tyrmanda-romans-amerykanski/#more-12422

    Pozdrawiam

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Rzeczywiście interesujący wątek – o trzeciej żonie Tyrmanda, która, jako 23 letnia dziewczyna, uwiodła ponad 50-letniego Lolka.

      Jest tam, także ciekawy cytat, którego autorem jest Tadeusz Konwicki: “Tyrmand antykomunista, Tyrmand katolik, Tyrmand teoretyk jazzu, Tyrmand sprawozdawca sportowy, Tyrmand globtroter, Tyrmand playboy, Tyrmand reakcjonista, Tyrmand bikiniarz, Tyrmand filozof, Tyrmand prekursor mód, Tyrmand autor bestsellerów, Tyrmand pielgrzym, Tyrmand owiana legendą tajemnica”. Sam o sobie mówił sepleniąc trochę: “ja jestem pijak, bokseł i dziwkarz”.

      Sporo tych określeń, ale i tak nie wyczerpują one jeszcze tego, kim był Tyrmand – a co być może zawiera się w „owianej legendą tajemnicy”.

  10. Simply Says:

    Liryzm i kwas. To wystarczy do życia, reszta powoduje wojny.

  11. REM Says:

    The best of America

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Niezły dokument. Aż dziwne, że go do tej pory nie widziałem.
      Dobre to, bo podchodzi się tu do rocka w jego kontekście kulturowym i społecznym – a tym samym uznaje się jego wartość w sensie historycznym.
      Bo nie da się ukryć, że anglosaski (nie tylko amerykański przecież) rock przełomu lat 60-tych i 70-tych był fenomenem właśnie historycznym, kulturowym i socjologicznym.
      No i był przy tym… damn f…ing good ;)

  12. Onibe Says:

    jak zwykle bardzo ciekawie. Do Twojego interlokutora mam tylko jedną uwagę: narzeka, że Szwarcenegery zastąpiły na Olimpie Pecków i innych dobrych aktorów. Jako osoba z kinem nie powiązana narzekam szerzej: że aktor i aktorka, kiedyś traktowani nieco tylko lepiej od ludzi zarabiających w łóżku, są cenieni wyżej niż pisarz, nauczyciel, fizyk jądrowy, filozof. To mnie boli, bo dla mnie, mimo ciągle stosunkowo młodego wieku, aktor i aktorka to tylko trochę lepsze dziwki, do których – może przez przekorę, a może szczerze – czuję ciut większy szacunek (jako do osób gotowych na dramatyczne poświęcenia aby zarobić na życie i utrzymać rodzinę). Nie czuję szacunku do głupiejących gwiazdek, opychających się amfą i LSD…

    Cała reszta – szereg wartościowych opinii i spostrzeżeń.

    Na koniec dodam jednak, że jaka by zła Ameryka nie była, to gdyby nie ona, reszta świata dawno juz gniłaby w obozach pracy bądź udawała radość na pochodach pierwszomajowych (i ich odpowiednikach). Smutne to, ale jesteśmy absolutnie uzależnieni od tego zepsutego kraju. Paskudna Ameryka jest gwarantem naszej wolności. Gdyby nie jej lotniskowce, myśliwce i armie, nie moglibyśmy sobie nawet tak swobodnie jej krytykować ;-)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Chyba nie posunąłbym się do stwierdzenia, że „aktor i aktorka to tylko trochę lepsze dziwki”. To prawda, każdy z nich uprawia ekshibicjonizm, ale to wynika z natury tego zawodu. Nie wszyscy dają d… , natomiast są wśród nich osoby niezwykle utalentowane, które dostarczają milionom ludzi na całym świecie rozrywki (która jest dla człowieka ważna), dają im wzruszenia, a nawet czasami zmuszają do refleksji. Bywają więc przekazicielami, a nawet generatorami także i tych wyższych wartości. Bo kino też jest sztuką (przynajmniej ta jego część, która mnie najbardziej interesuje).
      Jeśli zaś chodzi o „głupiejące gwiazdki”, to proponuję się nimi tutaj w ogóle nie zajmować.

      A popularni aktorzy zarabiają dużo, bo są częścią kultury masowej, (do której już raczej nie „załapują” się wspomniani przez Ciebie nauczyciele, fizycy jądrowi, konstruktorzy, wynalazcy, lekarze… etc.)
      Mnie też się to wydaje dziwne, że facet ganiający po polu za czymś okrągłym i nadmuchanym, czy machający pałą od palanta, zarabia 10 razy więcej od prezydenta, naukowca, czy wybitnego pedagoga. Podobnie jest z aktorami, których gaże – zwłaszcza w Ameryce – jeśli chodzi o tych najbardziej „kasowych”, są absurdalnie wygórowane, wręcz astronomiczne.

      To jest jednak paradoks tego naszego „wolnego” świata cywilizacji zachodniej – że korzystamy z przywilejów życia w tej cywilizacji, która przecież niejedno ma na sumieniu – jak się tak dobrze i uczciwie przyjrzeć. I niestety, jeśli korzystamy z dobrodziejstw tej cywilizacji, to spływa na nas także hańba całego zła, jakie przedstawiciele naszej cywilizacji, uczynili innym. A to zło jest jednak ogromne, tyle że my nie chcemy tego nawet sobie uświadomić, zamykamy na to oczy, pokrętnie to usprawiedliwiamy, traktujemy fakty., jak nam jest wygodniej – łudząc się, że jesteśmy ludźmi lepszymi, niż ci „inni”, „Obcy”, nie z naszego plemienia – a którzy cierpią i umierają wskutek naszej agresji.

      Ja również jestem za tym, aby Stany Zjednoczone miały silną armię, były dobrze uzbrojone, ale jestem przeciwnikiem militarystycznej polityki Stanów Zjednoczonych na świecie (w tym jej ostatnim wydaniu: Irak, Afganistan, drony… wcześniej Indochiny), ponieważ uważam, że przynosi ona więcej szkód, niż pożytku (i to samym Stanom Zjednoczonym – o milionach zabitych ludzi, zrujnowanych krajach; nienawiści, jaką to wzbudza w świecie nie wspominając, choć dla mnie to ostatnie też jest jednak bardzo ważne – bo nie mogę się pogodzić z nikczemnością, kalizmem i hipokryzją, która się przez to odprawia, ponoć dla naszego – czyli przedstawicieli i beneficjentów cywilizacji zachodniej – dobra).

      • Onibe Says:

        1. w starożytnym Rzymie (do którego nawiązujecie w rozmowie) ku uciesze ludu służyli gladiatorzy, którzy swoją karierę kończyli na ogół na piaskach areny, wynagradzani sztychem w serce. Długą drogą przebyli dostarczyciele rekreacji – od niewolników do władców świata. Nie mogę się pogodzić (tak wewnętrznie, bo ogólnie rzecz biorąc nie planuję z tego tytułu walczyć), że odtwarzanie życia, udawanie życia, kopiowanie życia jest w większej cenie niż samo życie. Piszesz o wybitnych aktorach, ale zauważ, że często ci najlepsi słyną z tego, że są lepsi niż rzeczywistość. Takie też są filmy: odtwarzają rzeczywistość, ale wykoślawiają ją, „naprawiają” i te naprawy powodują że czysta, prawdziwa rzeczywistość jest passe.

        2. co do militaryzmu i skłonności wojennych USA. Miałbyś coś przeciwko, gdyby w 1945 roku amerykańskie wojska zamiast schować się grzecznie w garnizonach poszłyby dalej na wschód wyzwalając przy okazji Polskę? Podniosłoby się wtedy larum, że militaryzm, że brak szacunku do życia, że w ogóle źle. Zauważ, że miliony ludzi na świecie mają żal do USA, że nie przedłużyły wojny. Albo, że nie przystąpiły wcześniej do pierwszej wojny światowej. Albo, że w ogóle dopuściły do drugiej, zamiast interweniować na samym początku. Pamiętasz słynne przemówienie Chamberlaina, który chwalił się wygraniem „pokoju dla naszych czasów”? Pacyfizm się nie sprawdził. W ubiegłym wieku kosztował nas jakieś sto milionów zabitych. Znacznie więcej niż współczesne, przewlekłe amerykańskie wojny. Inna sprawa, że sami nie wiemy po co są toczone. Irak to kraj trzeciego świata, a skoro tak, to pewnie tylko o ropę chodzi. Afganistan… to samo. W sumie źle się stało, że Amerykanie interweniowali, bo teraz, po ich wyjściu, zrobi się gorzej niż było. Ale kto jest na tyle mądry by oddzielić uzasadniony pacyfizm od nieuzasadnionego? Kapitalizm, hipokryzja, wspiranie lobby militarystycznego… to wszystko jest prawdą, ale było nią także w czasie „słusznych” wojen. Czy nie jest paradoksem, że jedyne „słuszne” wojny jakie uznajemy to te o naszą niepodległość i wolność?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          1. Człowiek nie może znieść zbyt dużej dawki rzeczywistości. Stąd mity, religie, sztuka, rozrywka… także kino i aktorzy. Ale oczywiście, to co przed chwilą wymieniłem, to nie tylko ucieczka od rzeczywistości. Bowiem to co wymyślamy – wszystkie te nasze hipostazy, idee, marzenia, plany, ideały… etc. – mimo że nie jest „rzeczywistością’, to pełni ważną rolę w naszym życiu i całej kulturze, która przecież definiuje i określa nasze człowieczeństwo, umożliwia nasze istnienie w świecie.

          2. To, co piszę o militaryzmie amerykańskim, nie jest pisane z pozycji pacyfizmu ani nawet idealizmu. (Powtarzam już chyba do znudzenia, że nie jestem pacyfistą.) Jest pisane z pozycji pragmatyka i racjonalisty. Uważam po prostu, że angażowanie się USA we wszystkie bez wyjątku wojny (chodzi mi o okres po II wojnie światowej) odbywały się nie tylko ze szkodą dla świata (miliony zabitych i okaleczonych ludzi, nota bene w przeważjącej części cywili, zrujnowanie krajów, w których toczyła się wojna) ale i dla społeczeństwa amerykańskiego. Także – co widać doskonale z perspektywy czasu – dla Stanów Zjednoczonych, jako państwa.
          Zaangażowanie się militarne (zresztą, termin „zaangażowanie” jest eufemizmem, winno się właściwie nazywać rzecz po imieniu jako zbrojną agresję) USA w Wietnamie, Iraku i Afganistanie przyniosły same straty. Nie tylko humanitarne. Również polityczne.

          Nota bene, twierdzenie że sto milionów zabitych w ubiegłym wieku ludzi, to ofiary pacyfizmu, to jakaś groteskowa przewrotność (nie chcę używać bardziej dosadnego słowa). To tak, ja powiedzieć, że człowiek, który nie chciał (lub bał się, albo po prostu nie umiał) walczyć, jest odpowiedzialny za mord, którego dokonał jakiś psychopata, masakrując w jego obecności dziesiątki ludzi. To jest tego rodzaju pokrętna logika.

          Właściwie, jeśli chodzi o wojny ery nowożytnej, to w przypadku jednej – właśnie II wojny światowej – nie mam większych wątpliwości, że była słuszna. Powiem nawet więcej: była wojną o ludzką cywilizację, która może być czymś dobrym, a nie tylko koszmarem (jaki chciał zaserwować ludzkości faszyzm).

          Nie jestem pewien, czy chciałbym tego, aby po II wojnie światowej Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Związkowi Radzieckiemu. Przecież rozgrywałaby się ona głównie w Europie, zamieniając ją ponownie w piekło, jeszcze większą ruinę i pochłaniając kolejne dziesiątki milionów ludzkich istnień. Ceną za tę rezygnację z kolejnej masakry była nasza mocno ograniczona suwerenność, ale to jest cena znacznie mniejsza niż straty, jakie byśmy ponieśli w wypadku wojny. Zresztą, już kilkadziesiąt lat później, sowieckie „imperium” samo się załamało.

  13. sarna Says:

    Zwykle się z Tobą Staszku zgadzam – nawet jak Cię podpuszczam ;), ale z tym zdaniem mam poważny problem”: „Właściwie, jeśli chodzi o wojny ery nowożytnej, to w przypadku jednej – właśnie II wojny światowej – nie mam większych wątpliwości, że była słuszna”.
    yyy ?
    Owszem, była fundamentalnym probierzem naszego człowieczeństwa, ale czy musieliśmy poświęcić tyle ludzkich istnień i ich światów, by to zrozumieć. Czy nasze zrozumienie warte było całej tej tragedii?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tu nie chodziło o zrozumienie. Tu chodziło o ludzką cywilizację, wolny świat, a wreszcie o nasze być albo nie być. W Oświęcimiu zaczął się dziać niewyobrażalny horror, zaczęto unicestwiać całe narody – na początek poszedł naród żydowski, cyganie, my byliśmy następni w kolejce. Może z małą grupką kolaborujących Polaków Niemcy by się dogadali, reszta poszłaby do gazu, w najlepszym razie zostałaby niewolnikami. Faszyzm był ustrojem totalitarnym chyba jeszcze bardziej niebezpiecznym, niż komunizm, bo wprowadzali go ludzie bardziej zdyscyplinowani i chyba jednak inteligentniejsi, niż sowieccy komuniści (strasznie to brzmi, ale jest chyba prawdą).
      Tak więc, z Niemcami trzeba było walczyć. I rzeczywiście, trzeba było zacząć walczyć znacznie wcześniej (mam tu na uwadze zwłaszcza Amerykanów i Anglików, bo Francuziki stchórzyły na samym początku i nie można było na nich liczyć w ogóle). Lecz o to, że nie przystąpiono wcześniej do wojny, nie można winić pacyfistów. Decydenci, od których zależało przystąpienie do wojny, nie byli pacyfistami, co najwyżej kunktatorami i ludźmi, którzy się łudzili, że ta wojna ich nie dotyczy, i których zawiodła wyobraźnia.

      • sarna Says:

        Tak, właściwie tak, ale mnie chodzi o to, że nikt (bez względu jak go zwał) II wojny światowej nie rozpoczął po to, by zwalczyć faszyzm. To faszyści ją rozpoczęli, więc trudno mi się doszukać potwierdzenia owej „słuszności” .

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Słuszna była obrona przed faszyzmem, rozpoczęcie wojny z Niemcami.
          II wojna światowa stała się naprawdę „światowa”, kiedy rozprzestrzeniła się na inne kontynenty.
          Kiedy Niemcy dokonały agresji na Polskę we wrześniu 1939 roku, i przez jakiś czas później, to była wojna ljeszcze lokalna, choć można się było spodziewać, że „eksploduje” także i na inne rejony świata.

  14. sarna Says:

    Dobry tytuł jak na 10 kwietnia. We mnie chyba tylko nienawiść, staram się powstrzymywać od wpisów, aczkolwiek nieudolnie mnie to wychodzi. Może blady świt zastanie mnie w łóżku a nie w ciupie;)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nienawiść to rak duszy. Ale można – i trzeba – z nim walczyć.
      Z nienawiści można się wyleczyć.
      Lekarstwem – a jednocześnie zbawieniem – jest miłość.

      • sarna Says:

        Pokochać durni, jakoś trudno się przemóc. Kaczory, donaldy i inna menażeria -mózgi w tym ten kraju toczy coś ptasiego i nie jest to niestety grypa.
        Skoro powyżej napisałeś, że wojna może być najlepszym ze sposobów na zatrzymanie zła, to dlaczego teraz twierdzisz, że tylko jej przeciwieństwo, miłość jest najlepszym ze sposobów?

        • Simply Says:

          Dokładnie, stąd tyle jaj : Sikorski, Kurski, Czarnecki ( Blackbird ? ) … był jeszcze Szczygło, ale zginął.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Sarna – ja nie mam na myśli tego, że trzeba pokochać durni. Chodzi o to, by mieć w sercu (duszy, umyśle) miłość do kogoś (czegoś) – rozumianą szeroko. Bo ta miłość stanowi antidotum na ewentualną nienawiść do durni.

          Bardzo rzadko wojna jest najlepszym sposobem na zatrzymani zła (w komentarzu zaznaczyłem, że właściwie tylko w przypadku jednej wojny – właśnie II wojny światowej – nie mam większych wątpliwości, że trzeba było walczyć (by zatrzymać faszystowskie zło).
          Zresztą, może się to wydawać niewiarygodne, ale – jak mi się wydaje – można też walczyć bez nienawiści. A nawet… kochając kogoś… niekoniecznie wroga ;)

        • sarna Says:

          Zrozumiałam, mogę zabijać byle bez nienawiści ;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Zabijanie z nienawiści (z nienawiścią w sercu) jest jeszcze gorsze.

          Czy, gdyś mogła uratować życie swojej matki, mając możliwość zabicia napastnika, który się nad nią znęca, to nie zrobiłabyś tego?
          Nie udajmy, że jesteśmy święci, skoro nimi nie jesteśmy.

        • sarna Says:

          Zdecyduj się, bo trudno jest odnieść się do czegoś, co zmienia się jak w kalejdoskopie, a tak właśnie zmienia się Twoje zdanie. Powoli tracę orientację z czym się u Ciebie nie godzę lub godzę.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Zabijanie zawsze – z nienawiścią, czy bez – jest złe.

        • sarna Says:

          A kto twierdzi, że jest dobre? – Ja?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Myślałem, że mnie o to podejrzewasz, jakobym sądził, iż zabijanie może być czymś dobrym – nawet w tzw. sprawiedliwej wojnie. Otóż uważam, że nawet w takiej wojnie zabijanie – samo w sobie – jest złem.
          Nikt z tych, którzy walczą ze sobą i się wzajemnie zabijają, nie jest niewinny.

  15. Tess Says:

    niedaleko pada jabłko od jabłoni


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s