ZIMNA WOJNA – dramat bez dramaturgii, miłość bez miłości…

Pawlikowski jest znacznie lepszym konstruktorem kadru niż narracji, lepiej mu wychodzi budowanie wizualnego piękna niż opowiadanie historii.

.

Love on the rocks (Joanna Kulig i Tomasz Kot w „Zimnej wojnie”)

.

Lubię kino i kiedy decyduję się na obejrzenie jakiegoś filmu, to bardzo chcę, aby mi się on spodobał. Tak więc, kiedy wybierałem się na „Zimną wojnę”, to nastawiony byłem na wykwintną ucztę kinomana, który na dodatek złakniony jest tego, by wreszcie doceniono na świecie wielkość naszych rodzimych twórców kina – by doznali oni sławy i chwały umożliwiającej im choćby to, by pławić się w glorii oscarowej celebry. Chociaż na dnie mojej duszy czaiła się obawa, że moje oczekiwania stają się zbyt wygórowane i apetyt za bardzo wyostrzony, a to w związku z entuzjastycznym przyjęciem tego filmu w kraju i za granicą (szał palm w Cannes) – a zwłaszcza w obliczu nieprawdopodobnej wręcz fali zachwytu podsycanego wiadomością o wielkich szansach „Zimnej wojny” na Oscara (nie tylko dla samego filmu, ale i jego reżysera Pawła Pawlikowskiego oraz grającej jedną z głównych ról Joanny Kulig)., również tego „europejskiego” (tutaj zostali już nominowani wszyscy za wszystko). Tak więc, nieco się obawiałem, bo jednak nieraz w przeszłości się zdarzało, że balon jaki nadymała zbiorowa afektacja, w moim osobistym doświadczeniu – kiedy już sam z przedmiotem gremialnego zachwytu się stykałem – zostawał przekłuty, a przynajmniej nieco wiotczał.

Siedząc już przed ekranem – oglądając te oszałamiająco piękne czarno-białe obrazy, słuchając muzyki (która momentami wprawiała mnie w ekstatyczne wręcz uniesienie) czy wreszcie zapoznając się z postaciami tej historii – nastawiony byłem na przyjęcie olśniewającego mnie arcydzieła. Lecz niestety, gdzieś tak po dwóch kwadransach, zacząłem w to kino-filskie spełnienie wątpić, coraz bardziej zawiedziony pojawiającymi się w filmie opustkami – które zrazu dość dyskretnie, a po jakimś czasie zupełnie już jawnie, zaczęły mi burzyć ołtarzyk jaki zacząłem stawiać twórcom tego filmu wcześniej. Zdarzyła mi się więc rzecz fatalna: nie dość, że film mnie nie wciągnął i nie porwał, to na dodatek zaczęło mnie to, co wyczyniała dwójka zakochanych ponoć w sobie głównych bohaterów, irytować. A już finał (którzy zeloci filmu uznali wręcz za metafizyczny) wprowadził mnie w zupełne osłupienie.
Nie, ja wcale nie uważam, że jeżeli bohaterowie filmu zachowują się idiotycznie, to film nie może być dobry. Wręcz przeciwnie – takie zachowanie dla dobrego reżysera to może być mięso filmowe krwiste i kościste, to po pierwsze, a po drugie: przecież wiadomo, że miłość nie zawsze sprzyja mądrości i racjonalności postępowania kochanków. Problem „Zimnej wojny” polegał jednak na tym, że nieobliczalność w zachowaniu Zuli i Wiktora, choć dla nas widoczna, stawała się jednocześnie zupełnie niezrozumiała w kontekście tego, co twórcy filmu postanowili zaserwować nam na ekranie.

Czyli jednak wadliwy scenariusz.
Pierwszym mankamentem filmu, jaki rzucił mi się w oczy, był brak ekspozycji miłości Wiktora i Zuli, czyli czegoś, co by ich uczucie (a tym bardziej rodzącą się miłość) – w moich oczach i sercu widza – uwiarygodniło. Zamiast tego mamy gwałtowny przeskok z jednej sytuacji, gdzie uprawiają oni seks, do momentu, gdzie już są zakochani na śmierć i życie. Na ekranie nie ma nic, co by zbudowało tę miłość. Stąd pewnie bierze się wrażenie (a spotkałem się z kilkoma takimi skargami), że między Kotem a Kulig nie ma większej chemii (jedna z bardziej złośliwych recenzentek filmu napisała, że tej chemii jest już więcej w chińskich zupkach).
Ale ten brak wiary w miłość prawdziwą między Wiktorem a Zulą wynika według mnie jeszcze z czegoś innego – właśnie z ich niezrozumiałego zachowania w poszczególnych scenach, które dzielą przeskoki czasowe, pomijające w ich życiu to, co ewentualnie pozwoliłoby nam ich reakcje i postępowanie zrozumieć – o empatii nie wspominając.
Jak się dowiedziałem później, był to celowy zabieg reżysera, w którego mniemaniu i intencji, tę lukę widz miał wypełnić sobie sam. Przy czym Pawlikowski zastosował tu wobec nas mały szantaż, mówiąc, że wierzy on w inteligencję widza, który powinien się wszystkiego sam domyśleć. Czyli: jeżeli widz tego nie jest w stanie zrobić, to po prostu winny jest jego brak inteligencji. Tak więc, nasze przyznanie się do tego, byłoby niczym innym, jak przyznaniem się do własnej głupoty, a co najmniej do nierozgarnięcia.
Moim zdaniem, Pawlikowski wymyślił sobie to usprawiedliwienie ad hoc – z narracyjnych usterek scenariusza czyniąc cnotę.

Doskonale zdaję sobie z tego, że to co w tej chwili piszę, może być nie do przyjęcia dla tych, którzy się filmem zachwycili, miłością Zuli i Wiktora przejęli, maestrię Pawlikowskiego docenili, wielkość kreacji Kota i Kulig uznali… Jeśli tak, to ich wygrana, a moja strata (i piszę to całkiem poważnie). Bo ja jestem w stanie taki odbiór „Zimnej wojny” zrozumieć.
W jakim jednak stopniu taka reakcja jest czymś w rodzaju zbiorowej sugestii? Bo czyż nie bywa tak, że im bardziej i im więcej widzów (a ogólnie: odbiorców sztuki) się czymś zachwyca, to tym bardziej zachwycamy się tym i my sami? I muszę podkreślić, że nie jest ta jakiś mój wymysł kosmiczny domorosłego psychologa (ani nawet aluzja do Gombrowicza), a zjawisko potwierdzone w poważnych badaniach psychologicznych. A jeśli jeszcze dochodzi do tego lokalny patriotyzm i plemienne podniecanie się wielkością „naszych”, to możemy mieć ów efekt jeszcze bardziej wzmocniony. Lecz w jakim stopniu działa to w przypadku fenomenu filmu „Zimna wojna”? Tego oczywiście nie jestem w stanie stwierdzić.

Sądząc po tym, co tu piszę może ktoś odnieść wrażenie, że ja film Pawlikowskiego uważam za niezbyt udany, a może nawet i za bubel jakiś. Otóż tak nie jest, bo zdaję sobie sprawę z wielkości jego ciężaru gatunkowego, jak również z tego, że pod pewnymi względami jest to obraz wybitny, a nawet mający miejscami cechy arcydzieła. Jak już pisałem na początku, były momenty filmu, które bardzo mną poruszyły, ale związane to było bardziej z estetyczną formą, niż z fabularną treścią. Czyli: przede wszystkim muzyka, która chwilami – abstrahując od tego w jaki sposób komunistyczne władze zawłaszczyły polską „ludowość” – rzuca niemal na kolana. Następnie: wymuskany do granic doskonałości obraz – kadry dopracowane przez reżysera i operatora w każdym szczególe, niewątpliwie piękne, i to uderzająco piękne (choć niektóre ujęcia wydawały mi się pretensjonalne i trącące manieryzmem).

Summa summarum estetyka „Zimnej wojny” jest olśniewająca, ale wobec pewnej fabularnej niewydolności filmu, styl Pawlikowskiego okazuje się przeestetyzowany, a jego reżyserska ręka (paradoksalnie) zbyt ciężka. Świadczą o tym choćby powtarzane w nieskończoność duble tej samej sceny, których średnia liczba – jak przyznali sami twórcy filmu na konferencji prasowej w Gdyni – wynosiła około 30 (Pawlikowski w jednym z wywiadów: „To jest paradoks kreować życie zabijając je – torturując [przy tym] ludzi”).
Ów męczący perfekcjonizm – swoista reżyserska dyktatura – sprawdza się w przypadku wielkich nazwisk kina (jak np. Bergman, Tarkowski, Iñárritu, Farhadi…), gdzie w produkcie finalnym wszystko gra i szwy nie są widoczne, a film sprawia wrażenie spójnej całości i narracyjnej maestrii. Niestety, moim zdaniem, sztuka ta nie do końca udaje się Pawlikowskiemu, który nota bene niekiedy sam z utęsknieniem czeka, aż w tych jego perfekcyjnych ujęciach ukaże się jakiś przypadkowy element, który zniwelowałby efekt sztuczności jaki pojawia się w przeestetyzowanych kadrach (chcę tu podkreślić, że ja sobie tego z palca nie wyssałem, tylko usłyszałem z ust samego reżysera).
Tak więc, Pawlikowski jest znacznie lepszym konstruktorem kadru niż narracji. Innymi słowy: lepiej mu wychodzi budowanie wizualnego piękna niż opowiadanie historii. Nie wiem, czy jest to mankament trwale zakorzeniony w jego sposobie reżyserowania. Może nie – bo np. „Ida” moim zdaniem była już lepiej opowiedziana niż „Zimna wojna”, a tym samym bardziej zajmująca i jak dla mnie skuteczniejsza emocjonalnie. Może tak – bo w tym ostatnim filmie widać wyraźnie, że Pawlikowski jeszcze dalej idzie w dość apodyktyczną estetyzację swojego produktu, a przy tym w tłamszenie fabuły, co powoduje jakże banalny już w sztuce współczesnej przerost formy nad treścią (a jest nim skażony prawie cały postmodernizm, gdzie mniej ważne stało się to CO się mówi, od tego, JAK się mówi).

Powiedzmy sobie szczerze, że historyczne tło dla tego „romansu” zarysowane jest dość schematycznie, zaś postacie drugoplanowe – mimo doskonałych wystąpień Kuleszy i Szyca – zbyt szybko giną nam z oczu, pozostawiając za sobą nimb stereotypu. Problematyka „zimno-wojenna” zupełnie nie występuje, co nijak się ma do tytułu filmu (niektórzy widzowie kombinowali, że to może chodziło o zimną wojnę między bohaterami, co ponownie implikowałoby chłód między Wiktorem a Zulą – mimo ich nerwowych wyskoków tudzież erotycznych zrywów, które niemal wszyscy urzeczeni filmem odbierali jako wielką miłość).
Muszę przyznać, że piszę to wszystko nie dlatego, by wykazać jaka to „Zimna wojna” jest nieudana (wychodząc przy tym na malkontenta i outsidera), ale chyba głównie po to, by wytłumaczyć (przede wszystkim sobie) dlaczego mój odbiór filmu tak bardzo nie współgra z owym gremialnym – i niemal już globalnym – nad nim zachwytem. Spotkałem się jednak z głosami widzów, którzy obraz ten odebrali podobnie – i podobnie jak ja zastanawiali się, czy to rzeczywiście wina „Zimnej wojny”, czy też może z nimi samymi jest coś nie tak; albo w ogóle siedzieli cicho, żeby właśnie nie wyjść na kogoś czepialskiego, kto na dodatek nie zna się na kinie.
Koniec końców, w moich oczach, film Pawlikowskiego bardziej przypomina komiks niż prawdziwą opowieść o ludziach z krwi i kości. Fakt: komiks estetycznie niezwykle wysublimowany – dzięki czemu rzeczywiście przypomina on album z fotografiami – lecz będący tylko kalką życia, a nie jego domeną.

*  *  *

.

Komentarzy 95 to “ZIMNA WOJNA – dramat bez dramaturgii, miłość bez miłości…”

  1. Alicja Says:

    Jak zwykle tekst mocno za długi, ale… niestety do tego jest niesłusznie oskarżycielski, bez dystansu do piszącego własne słowa i pokazującego złe intencje, bez pomysłu… na dobrą recenzję – co nie znaczy aprobującą. Szkoda, bo film na to nie zasługuje. Każdy ma prawo do swego zdania – akurat z tym zdaniem nie zgadzam się.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      1) to, ze tekst jest dla kogoś za długi nie jest żadnym argumentem w dyskusji
      2) niestety mam problem ze zrozumieniem np tego wyrażenia: „niesłusznie oskarżycielski, bez dystansu do piszącego własne słowa”
      3) nie sądzę, że kiedy pisałem tę recenzję, to kierowały mną „złe intencje”
      4) widzę, że ta opinia wyrażona jest chaotycznie (bez pomysłu… na dobry komentarz – co nie znaczy aprobujący); nie polemizuje z żadnym z argumentów przytoczonym w mojej recenzji, a poza tym została tu zamieszczona głównie po to, by „przyłożyć” recenzentowi.

  2. Joanna Says:

    Jeśli chodzi o finał, to proszę mi wierzyć, że patrzyłam na ekran z rozdziawionymi szeroko ustami, bo sekunda po sekundzie nie mogłam pojąć, że to się dzieje naprawdę. Serio. Nie dało się zrobić tego gorzej, w sposób jeszcze bardziej groteskowy i egzaltowany. Ja wiem, że miało być tragicznie i wiem, że miało grać na emocjach. Ale nawet dzisiaj, po kilku tygodniach od seansu, nie potrafię skwitować tego finału poprzez inne słowo, niż po prostu głupota.
    Żeby nie było – Pawlikowski potrafi robić filmy wybitne. Te obrazy, ta muzyka, ta precyzja – to wszystko są rzeczy, których nikt nigdy mu nie odbierze. I oczywiście, że ten film na wielu polach był doskonały. Był też – podobnie jak „Ida” – wizualnie piękny. Ale fabularnie był po prostu niewiarygodny. To, co było siłą „Idy”, okazało się słabością „Zimnej wojny”.
    Nie rozumiem, dlaczego akurat ten film wzbudził więc takie zachwyty. Obstawiałabym efekt domina (zachwycili się w Cannes, to my także się zachwycimy) oraz aktualną sytuację polityczną Polski.

    Według mnie „Zimna wojna” to nie jest film wybitny. To film, ocierający się momentami o łzawy melodramat. Egzaltowany, mało wiarygodny. A wszystko to przypieczętowuje fatalne zakończenie, które – może gdyby pozostawało otwarte – dawałoby jeszcze jakąś nadzieję. Tymczasem Pawlikowski je zamknął – boleśnie i bezpowrotnie, tak jak zamyka się wieko do trumny.
    I to właściwe porównanie, bo sama noszę po tym filmie żałobę.

  3. Michał R. Gortat Says:

    To wcale nie jest wybitny film i warto o tym głośno mówić. Przede wszystkim to nie jest film, tylko jego streszczenie. Żadnego z najważniejszych wydarzeń w życiu bohaterów nie oglądamy na ekranie. Dowiadujemy się o nich post factum z rozmów. Trudno iść za losami bohaterów i przejąć ich emocje, kiedy się w nich nie uczestniczy. To tak, jakby oglądać horror, ale zamiast rosnącego napięcia i jumpscare’a w finale, dostać scenę, w której jedna postać opowiada drugiej, co ją spotkało. Reżyser nie pokazuje losów bohaterów, pokazuje jak sobie wszyscy opowiadają, co wcześniej się wydarzyło. Jak w porządnej telenoweli. Być może taki miał pomysł na narrację, ale ten zabieg nie pozwala wczuć się w któregokolwiek z bohaterów. I może właśnie dlatego, że więcej jest opowiadania o minionych zdarzeniach niż rzeczywistej akcji, między aktorami nie rodzi się nawet cień chemii. Być może to także wina płaskich bohaterów. Ich decyzje, zachowania, wzajemne traktowanie są tak durne i niedojrzałe (pomimo upływu kilkunastu lat, żadne z nich nie dojrzewa), że nie da się tej pary polubić, nie da kibicować ich uczuciu, które zresztą jest bardzo nieudolnie pokazane. Ostatnia scena jest teatralnie pretensjonalna i wcale nie wzruszająca.

    Nie można też dać się nabrać na tytuł. Zwiastuny i zachwyty pierwszych recenzentów sugerowały melodramat o kochankach rozdzielonych żelazną kurtyną, a tymczasem nie rozdzielają ich historyczne zawirowania, tylko prywatne kaprysy i osobiste interesy. Zresztą, główna bohaterka dzięki występom w zespole podróżuje na Zachód, a później, przez ślub z Włochem, staje się obywatelką wolnego świata i zupełnie legalnie wyprowadza się do Francji, więc tytułowa zimna wojna tak naprawdę nikogo w tym filmie nie dotyczy. Chyba, że tytuł nie odnosi się do nazwy epoki, tylko do stanu relacji między bohaterami, wtedy ten absolutny brak namiętności nabiera sensu. .

    • Hubert Says:

      Ma Pan syndrom kina amerykańskiego. Tylko tam dla miłości bohater przepływa na tratwie oceany, ucieka rekinom i buduje na tratwie instalacje odsalania wody morskiej. O miłości dowiadujemy się na początku z powitalnego numerku i na końcu tuż przed napisami gdy nadciąga na rumaku i idzie w ślinę z wybranką.
      Przypominam Państwu psioczącym na film, że on jest o miłości i opowiada o miłości, ale i o czymś jeszcze potężniejszym. Te strzępy historii to właśnie najważniejsze części rozwoju uczucia w zwięzły sposób tłumaczące dlaczego stało się tak a nie inaczej.
      Piękne ujęcia. Z niejednego można namalować kompozycyjnie piękny obraz.
      Myślę że te dwie rzeczy stanowią ogromna moc tego filmu.

      • Michał R. Gortat Says:

        Czyli wypisz wymaluj jak w „Zimnej wojnie”. Na początku powitalny numerek na łące, na końcu bohater idzie z wybranką na metaforyczny acz ostateczny koniec świata.

    • Paweł Says:

      Michał R. Gortat: „Żadnego z najważniejszych wydarzeń w życiu bohaterów nie oglądamy na ekranie. Dowiadujemy się o nich post factum z rozmów. ”

      Czy nie zauważył Pan tego najważniejszego co się w ich życiu zdarzyło i co możemy oglądać? Przecież to o tym jest ten film, którego z jakiś względów Pan nie zrozumiał … lub zrozumiał jakoś po swojemu.
      Nie zauważył Pan ich miłości ???… która jest niszcząca a jednocześnie napędzająca ich życie? Przyciągają się i odpychają. Gdy są blisko, niszczą się na wzajem, a gdy daleko, nie mogą żyć bez siebie.
      Co ważniejszego się zdarzyło, i co by Pan chciał obejrzeć, a dowiaduje się jedynie z rozmów?

      • Michał R. Gortat Says:

        Boże, jaki patos… Ja w tym filmie widziałem kolesia, który chciał uciec z laską na zachód, ale go wystawiła, bo miała coś lepszego do roboty, więc on jedzie sam. (Ach ile miłości i poświęcenia z obu stron).
        Potem ona go odwiedza przejazdem (pewnie z tej miłości), ale on już ma inną (bo tak kocha tę pierwszą). Więc ona (ta pierwsza) wraca do kraju, wychodzi za mąż (za innego, ale przecież kocha tamtego wyjechanego) i znów przyjeżdża, tym razem na dłużej. Tylko po to, żeby zaraz zacząć sypiać z kimś lepiej ustawionym (ciągle z miłości do tego pierwszego, ale płyta się sama nie wyda). O czym zresztą lojalnie go informuje, po czym olewa obu i znów wraca do Polski. I znów wychodzi za mąż. I znów nie za tego pierwszego. Nawet rodzi temu kolejnemu dziecko. Życiowy film. Wszyscy tak mamy. I większość z nas nagminnie odbiera sobie parami życie.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dziękuję. Proszę mi wierzyć, że wolałbym pisać mniej „czepialską” recenzję „Zimnej wojny”, tym bardziej, że chyba podpadnę tym tekstem wielu moim znajomym i widzom, którzy tym filmem się wręcz zachwycili.

      Pozdrawiam i jeszcze raz gratuluję Pani ostatniego filmu.

      • Barbara Józefowicz Says:

        Mnie nie podpadłeś. Wręcz przeciwnie, tak jak w kwestii Smarzola, tak i Pawlikowskiego (choć „Zimnej wojny” jeszcze nie widziałam, ale „Idę” tak, i pozostałe filmy) czuję z Tobą więź. :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          A to jest dla mnie cenne, co piszesz, bo myślałem, że przemożesz swoją rezerwę wobec Smarzowskiego (pamiętam dobrze Twoje zastrzeżenia co do jego potraktowania „Róży”) i będziesz zachwycona (a przynajmniej usatysfakcjonowana) „Klerem” już choćby z tego względu, że ten film wpisuje się w Twój „pejzaż” polityczny (i w Twoją – delikatnie mówiąc ;) – niechęć wobec Kościoła). Cieszę się, że różnice poglądów miedzy nami nie powodują naszej wzajemnej niechęci. A niestety, tego typu podziały i antypatie – jakie obecnie pustoszą intelektualnie i duchowo społeczeństwo polskie – są dla mnie teraz niemałym utrapieniem.

  4. Monika Badecka Says:

    Podzielam opinię w 100%.
    Byłam filmem zachwycona, ale zauważyłam te same mankamenty

  5. Grażyna Says:

    To był film o uczuciach. Wydarzenia z życia bohaterów schodzą na dalszy plan. Widz i tak o wszystkim się dowiaduje, więc po co rozwijać ,,przyziemne,, wątki?
    Nie spodziewałam się takiego zakończenia.
    Może te wszystkie ,,wady,, złożyły się na wyjątkowość tego filmu?

    Produkcja bardzo mi się podobała. Oceniłam ją jako całość, bez przesadnego wwiercania się w fabułę.

    Interesująca recenzja, podobnie jak w przypadku ,,Kleru,, :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Tak, to miał być film o uczuciach, ale wygląda na to, że dla reżysera ważniejsze było to, jak to wszystko prezentuje się na ekranie wizualnie, a nie emocjonalnie.
      Ja jestem jednak trochę taki sentymentalny głupiec i dość często wzruszam się w kinie, ale w tym filmie ta para (od pewnego momentu) bardziej mnie irytowała, niż wzbudzała moją empatię.

      Te (pominięte) wątki według mnie wcale nie były „przyziemne”, ale bardzo ważne i chyba decydujące o ich życiu.

      Zgadzam się, że jest to film wyjątkowy, a pod pewnymi względami nawet wybitny, no i rzeczywiście wyprodukowany jest imponująco. Na pewno wart jest obejrzenia.

      Graziu, przecież wszyscy wiemy, jak działają na nas hormony (przynajmniej w pewnych okresach życia) i że zwłaszcza w takich „gorących” momentach wydaje się nam, że jesteśmy zakochani – i rzeczywiście, w tym poczuciu jest szczerość i są elementy prawdziwej miłości (o burzliwych uczuciach nie wspominając).
      Ta miłość (czy też raczej uczucie i wzajemna erotyczna fascynacja) jednak dopiero wtedy staje się wielka i prawdziwa, kiedy ludzie oddają się sobie bez reszty i decydują się na pozostanie ze sobą do końca życia (a przynajmniej tak długo, jak to jest możliwe).
      Bohaterów „Zimnej wojny” nie było na to stać – i to wcale nie przez warunki zewnętrzne, tylko przez nich samych. Nigdy się na stały związek nie zdecydowali, więc ta relacja między nimi była bardziej zauroczeniem i namiętnością, niż prawdziwą miłością.
      Zgadzasz się ze mną?

  6. Robert Gniewko Lewandowski Says:

    Pawlikowski to fotograf nie reżyser

  7. Jacek Dygoń Says:

    Nie widziałem i nie planowałem nawet. Może jak za dwa lata poleci w TV , a ja nie będę miał żywcem nic do roboty i znudzą mi się włoskie horrory, to się skuszę. :D :D :D

  8. Jacek Zieliński Says:

    Nuda, nic się nie dzieje…
    Ale, tak na serio – bardzo przereklamowany.
    Fajnie, ze odnosi się do polskiego folkloru. Tylko, że to nie tak było. Odsyłam do powieści „Żart” Kundery, który pisze o kulturze ludowej w krajach komunistycznych.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jeżeli piszesz o przereklamowaniu „Zimnej wojny” to czemu się dziwisz, skoro za tym filmem stoi Amazon z górą zielonych? Jak również nasz lokalny patriotyzm. ;)

      • Jacek Zieliński Says:

        Dramatyczne z tym Amazonem.
        Cieszyłem się z tego dopóki filmu nie zobaczyłem. IDA mnie powaliła na kolana od pierwszej projekcji… a tu…słabo.

        Komuniści zniszczyli autentyczna kulturę wsi. W filmie wychodzą na tych, dzięki którym przetrwała. Mazowsze, Cepelia, Śląsk to ersatz… To tak jakby mówić, ze Gawęda krzewiła wartości patriotyczne.

        PS. Przeszkadza mi tez rodzaj nihilizmu, brak duchowości u bohaterów…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Mnie „Ida” też się bardziej podobała. Faktem jest, że Pawlikowski jedzie na sukcesie tamtego filmu (który też miał po mistrzowsku rozegraną promocję). Sama producentka „Zimnej wojny” przyznała, że mieli już zamówienia od dystrybutorów, zanim rozpoczęły się zdjęcia do tego filmu. A skoro kupili w ciemno, to czy nie zrobią teraz wszystkiego, żeby ten film się jak najlepiej sprzedał? (Wliczając w to pisane na zamówienie „recenzje”?)

          W sumie mnie nigdy za bardzo nie obchodziły te wszystkie zagrania merkantylko-piarowskie przy handlowaniu filmami. Dla mnie ważniejszy jest film per se – to jak on na mnie oddziaływuje, bez całej tej hype’owej otoczki, czy też – jak tutaj – bez dmuchania w patriotyczny balonik (bo Oscary ponoć w zasięgu ręki – co daj im Panie Boże, choć ja optuję za Oscarem dla filmu, który rzeczywiście jest najlepszy, a za którym niekoniecznie stoją miliony wpompowane w promocję).

  9. Stanisław Błaszczyna Says:

    UWAGA: poniższa dyskusja miała miejsce pod moim Facebookowym wpisem, jaki zamieściłem zaraz po obejrzeniu „Zimnej wojny”, jak również „Twarzy” Szumowskiej, na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago.
    Wpis (sporządzony na gorąco, więc może zbyt pochopny, jak zresztą także mój komentarz o „Zimnej wojnie”, jaki zamieściłem następnie) brzmiał następująco:

    Wczoraj „Zimna wojna” dzisiaj „Twarz” – wypadało sprawdzić o co tyle hałasu.
    (Moim zdaniem Szumowska górą).

    • Ewa Figurski Says:

      „Twarzy” nie widziałam, „Zimną Wojnę” – tak, wczoraj, więc tylko o nim mogę.

      Powolnie prowadzony film, przepiękny obrazowo, dotknął mnie mocno. Nie spodziewałam się takiego zakończenia.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Bo zakończenie było nad wyraz dziwne. Nie wspominając o – delikatnie mówiąc – kuriozalnym zachowaniu się tej pary w życiu. Film jest porwany, nie ma ciągłości, estetyka jest zbyt często ważniejsza od treści (przez to obraz ten jest według mnie przeestetyzowany); nie ma chemii między Kotem a Kulig, trudno wiec uwierzyć (wczuć się) w ich miłość…

        I jeszcze raz: zachowują się oni w swoim życiu wręcz idiotycznie, z pompatyczno-melodramatycznym finałem włącznie. (Gdyby tak naprawdę chcieli być razem, to by razem byli. A jeżeli nie byli, to między nimi nie było prawdziwej miłości, tylko jakieś nerwowo- hormonalne zrywy).

        Ale film miał jednak momenty przepiękne – zwłaszcza wtedy, gdy ilustrował muzykę. Niestety, wszystko zepsuł moim zdaniem dość niewydarzony scenariusz. Szkoda, bo „Zimna wojna” mogłaby być arcydziełem.
        W sumie nie kupuję tego hurra- patriotycznego oscarowego hype’u jaki ten film otacza.

    • Agnieszka Says:

      Zgadzam się. Film pięknie zrobiony, zagrany, zdjęcia jak obrazy ale mało prawdziwy. Ludzie z krwi i kości tak się nie zachowują ale trzymam kciuki za Oskary :-)

      PS. Idę na Szumowską.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        Może zbyt mocnych słów użyłem (powyżej w komentarzu), ale ten film mnie rozczarował. Szkoda, bo naprawdę niektóre momenty ma świetne. Może w jakiejś bardziej konkretnej recenzji się z tego wytłumaczę.
        (A teraz to pewnie się będę tłumaczył z mojej recenzji „Kleru”, którą opublikowała – chyba dzisiaj – prasa polonijna – tym bardziej, że też nie dołączam do chóru ogólnego zachwytu nad tym filmem).

    • Ewa Figurski Says:

      Czytam i czytam i refleksja nachodzi mnie jedna – jak bardzo różni jesteśmy, my-ludzie, tym samym jak różnie czytamy, odbieramy świat wokół, więc i świat rysowany, w tym przypadku, przez filmowców.

      Pozwolę sobie wejść w polemikę.

      Stanisław Błaszczyna: „Bo zakończenie było nad wyraz dziwne”
      * Nie spodziewałam się takiego zakończenia, ale czy było „nad wyraz dziwne”?

      Nie sądzę. Ci ludzie doświadczyli czego doświadczyli, przeżywali co przeżywali, charaktery i temperamenty mieli jakie mieli, wybrali jak wybrali – ludzka rzecz.

      „Nie wspominając o – delikatnie mówiąc – kuriozalnym zachowaniu się tej pary w życiu”
      „I jeszcze raz: zachowują się oni w swoim życiu idiotycznie, z pompatyczno-melodramatycznym finałem włącznie”.
      (Gdyby tak naprawdę chcieli być razem, to by razem byli. A jeżeli nie byli, to między nimi nie było prawdziwej miłości, tylko jakieś nerwowo- hormonalne zrywy).”

      * Hmm. Idiotycznie? Niechętna jestem oceniać ich zachowanie. Czy ktoś może uczciwie i na pewniaka powiedzieć, że w TAKIEJ sytuacji zachowałby się inaczej? Nie może. Możemy snuć życzeniowe baje, że chcielibyśmy zachować się tak czy siak, ale JAK byśmy się zachowali… – tego NIKT NIE WIE, póki SAM nie znajdzie się w takiej sytuacji.
      Miłość to miłość, dzielenie jej na prawdziwą i nieprawdziwą jest jak bleblanie o prawdziwych mężczyznach i prawdziwych kobietach. Opowiadanie, że gdyby naprawdę chcieli być razem itp.itd., jest rodem z bajek a nie z rzeczywistości, a zdaje się, że wszyscy tu jesteśmy dorośli.
      W tych „nerwowo-hormonalnych zrywach” pogarda mi pobrzmiewa. Szkoda gardzić seksualnością, to wszak największa siła, siła z której wszyscy życie mamy.

      „Film jest porwany, nie ma żadnej ciągłości”

      * Dla mnie to metafora ich życia – było porwane.
      Moim zdaniem jest dość miejsca dla widza na domyślanie się, co działo się w międzyczasie.
      A i ciągłość – łącznik nieustający – ich miłość, taka jaka ona była.

      „Nie ma chemii miedzy Kotem a Kulig”

      * Dla mnie – chemia między nimi była potężnie odczuwalna.

      Agnieszka Krajnik: „Ludzie z krwi i kości tak się nie zachowują”

      * Nie??? Brzmi jak odmawianie człowieczeństwa tej parze – ?
      Przy okazji – czy istnieją ludzie NIE z krwi i kości?

      Jacek Zielinski: „przeszkadza mi tez rodzaj nihilizmu, brak duchowości u bohaterów…”

      * Naprawdę tego w nich nie widzisz??
      Marzenia o utkanych srebrną czy złotą nicią bohaterach, nad których główkami świeci aureola świętości, a całość oprawiona w grube, szczelne ramy, które nie przepuszczają życia?

      Dla mnie, to film nie tylko o miłości, ale o uwikłaniu w pajęczynie zależności, wyborów, czyli o Życiu – w różnych jego barwach, odcieniach, cieniach i półcieniach.

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        To, że każdy z nas odbiera ten film inaczej, jest jak najbardziej zrozumiałe i nie można się temu dziwić. Przecież nie możemy inaczej odebrać filmu, jak tylko subiektywnie – to są oczywistości. To, że Pani się „Zimną wojną” zachwyciła, to Pani wygrana (piszę to całkiem poważnie), ja też chciałem się zachwycić (proszę mi wierzyć) – i w niektórych momentach rzeczywiście się zachwyciłem – ale ogólnie film mnie rozczarował – i to jest moja strata.
        Być może wcześniej użyłem zbyt ostrych określeń, ale to był tylko taki dość impulsywny komentarz. Napiszę recenzję z tego filmu – tam postaram się uczciwie (i na pewno nie tak gwałtownie) uargumentować swoją o nim opinię.

        Chciałbym jeszcze coś dodać a propos „idiotycznego” zachowania się bohaterów „Zimnej wojny”.
        Po pierwsze: tak dosadnych słów staram się jednak unikać (zwłaszcza w moich publikacjach), rzadko też osądzam ludzi w ten sposób; po drugie: nawet jeśli jakaś postać w filmie zachowuje się idiotycznie, to nie znaczy, że z tego powodu film musi być zły. Nie, to nie o to mi chodziło. Raczej o to, że scenariusz „Zimnej wojny” był tak skrojony, że to „idiotyczne” zachowanie tej pary (jako takie je czasami odbierałem) mi przeszkadzało i powstrzymywało mnie od uwierzenia (wczucia się) w ich miłość.
        Dla mnie, niestety, były to jakieś podrygi, epizody, poszarpane przeskoki…
        Tak więc, moim zdaniem to była wina scenariusza, a nie samych dziejów tej miłości, która w rzeczywistości mogła być prawdziwa i szczera.

      • Jacek Zieliński Says:

        @Ewa Figurski – Jeżeli wyrazem wrażliwości jest pokazywanie emocji za pomocą wódki i zdrady… to ona w filmie istnieje.
        Moim zdaniem zachowanie bohaterów jest sztuczne (tak jak Mazowsze i Cepelia).
        Długo by pisać, ale moim zdaniem film dzieje się w Polsce czyli nigdzie.

        • Ewa Figurski Says:

          Jeżeli rozejrzysz się dookoła, to będziesz mógł dostrzec, jak wielu ludzi usiłuje poradzić sobie ze swoimi emocjami, znieczulając się wódką, zdradami itd.

          Swoją drogą ciekawe, że tylko w tym widzisz ich emocje.

          Twojego ostatniego zdania nie rozumiem – dookreśl, proszę.

        • Jacek Zieliński Says:

          Nie ma takiego świata jak Europa pokazana przez reżysera, w sensie historycznym.
          Tak sobie pojechałem Królem Ubu.

        • Ewa Figurski Says:

          To nie jest dokument. A świat – jak widać choćby w tej dyskusji – każdy postrzega jak postrzega.

  10. „POWRÓT” – rzecz nie tylko o hipokryzji | WIZJA LOKALNA Says:

    […] „Powrót” to chyba najlepszy film w dorobku Magdaleny Łazarkiewicz. A jest ona przecież twórczynią doświadczoną, która zdolności reżyserskie zaprezentowała już w swoim pamiętnym debiucie fabularnym, jakim był „Ostatni dzwonek” z 1989 roku. Jest to również – w moich oczach – jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem ostatnimi laty. Nie dzieje się dobrze w świecie kina, kiedy tak znakomite obrazy przemykają się gdzieś jego obrzeżami, tylko dlatego, że nie mają dostatecznie rozkręconej promocji (czego najczęstszą przyczyną jest prozaiczny brak pieniędzy), w przeciwieństwie do innych filmów, za którymi stoi już wielka mamona, dzięki czemu trafiają one do świadomości bez porównania większej liczby widzów – czy na to zasługują, czy nie – czasami wywołując wręcz frekwencyjną biegunkę, a nawet wzmożone zachwyty krytyków (jak to było ostatnio w przypadku choćby „Kleru” czy „Zimnej wojny”). […]

  11. miziol Says:

    „Tak więc, nieco się obawiałem, bo jednak nieraz w przeszłości się zdarzało, że balon jaki nadymała zbiorowa afektacja, w moim osobistym doświadczeniu – kiedy już sam z przedmiotem gremialnego zachwytu się stykałem – zostawał przekłuty, a przynajmniej nieco wiotczał”

    A moze to o to chodzi? :-)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „Zakochanego Szekspira widziałem wieku temu, nie pamiętam, żebym, jakoś szczególnie był zawiedziony tym filmem. Może dlatego, że niewiele się po nim spodziewałem, i że obejrzałem go jeszcze przed całym tym jego hype’m?

      Ale z ostatnich rozdętych ochów i achów, szczególnie nie podzielałem globalnego zachwytu nad tym oto wtórnym i infantylnym według mnie obrazkiem:

  12. miziol Says:

    Widze, ze nie zrozumiales mojej aluzjii Amicusie? :-). Btw. czy odpowiedz na moj komentarz pod recenzja Kleru jest zbyt stresujacy?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No chyba nie załapałem – więc może mnie oświecisz albo rzucisz jakąś bardziej przejrzystą aluzją? ;)

      Nie wiem, do czego odnosi się oto „stresujący” – do komentarza (przymiotnik użyty gramatycznie), czy do odpowiedzi (przymiotnik użyty niegramatycznie ;) )?

      A tak poważnie, to – nie chcąc Ci odpowiadać zdawkowo – czekam aż będę miał więcej czasu.

  13. miziol Says:

    Tak jak w „Zakochanym Szekspirze” uzyles bardzo „seksualnego” porownania, wiec zasugerowalem, ze moze tu lezy twoj problem. Pewnie sie myle, ale poniewaz innych sadzi sie wedlug siebie wiec pozwolilem sobie na taki maly zarcik.
    Chodzilo oczywiscie o odpowiedz i powinno byc „stresujaca”.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Chodzi Ci o „wiotczał?” Że to jest takie „seksualne” określenie? He, he… miziole, to nie moja wina, że „wiotczenie” tak Ci się seksualnie skojarzyło ;)
      Wychodzi więc na to, że to bardzie problem Twój, niźli mój ;)

  14. Ewa Figurski Says:

    Barbara Józefowicz: „jest temat – nie ma ludzi”??

    Moim zdaniem i „Kler” i „Wołyń” (bo o Smarzowskiego produkcjach tu mowa) jest boleśnie ludzki, z krwi i kości.
    Tacy TEŻ jesteśmy – my ludzie.

    • Barbara Józefowicz Says:

      Ja, niestety, w obejrzanych przeze mnie filmach (chyba wszystkie oprócz „Pod mocnym aniołem”, no i jeszcze „Kler”) Smarzowskiego, nie widzę pełnokrwistych ludzi, zbudowanych z wątpliwości, zmagających się z jakimiś etycznymi problemami, widzę natomiast marionetki, mające zobrazować tezy jakie sobie on stawia przed realizacją filmów.
      Np. taki „Wołyń” – dostaliśmy fakty, które przeżuwamy od dziesiątków lat, ale czy one zostały przetrawione, wątpię – znowu niestarannie pożuliśmy i wypluliśmy – Polacy kolejny raz utwierdzili się, że Ukrainiec jest zły, więcej nawet – okrutny dla Polaków. A przecież okrucieństwo nie jest przynależne jakiejś konkretnej narodowości – ono się ujawnia wszędzie, u wszystkich, pod wpływem jakichś konkretnych czynników, sytuacji.
      Dlaczego tak bardzo nas tam nienawidzono – słabo to było pokazane

  15. Agnieszka Fiejka Says:

    Cieszę się troszkę, że Pan to napisał, bo już nie czuję się samotna w moim odbiorze tego filmu. Wyszłam z seansu dość zmieszana, możliwe nawet że rozczarowana. Powalająca estetyka, a oprócz niej…no taka pustka. Długo czułam się jak kuriozum mówiąc, że nie zachwycił mnie ten obraz.
    Również przyznaję mu (miejscami) cechy wspaniałego dzieła, ale jednak było trochę takich miejsc, które mnie niemal znudziły albo trąciły banalnością. Muzyka rozniosła mój układ nerwowy, ale wciąż mam takie poczucie, że wolałabym te kadry oglądać na wystawie fotografii z akompaniamentem, niż brnąć w średnio autentyczną dla mnie historię relacji międzyludzkiej.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Doceniam Pani odwagę w wypowiedzeniu tej opinii publicznie, zwłaszcza teraz, kiedy „Zimna wojna” otrzymała aż 5 europejskich „Oscarów”.
      Ta opinia wynika przecież z Pani wrażenia wyniesionego z filmu – a tego przecież nie można już zmienić. Można udawać (z różnych względów, np. po to, by nie podpaść innym admiratorom „Zimnej wojny” ;)), ale zmienić się już tego nie da.
      To, ze ktoś podobnie odebrał ten film dodaje mi też poniekąd otuchy, bo ja naprawdę nie chciałbym wyjść na malkontenta, który na dodatek nie cieszy się z naszych POLSKICH sukcesów.

      • Agnieszka Fiejka Says:

        Próbowałam siebie przekonać, że jednak bardziej mnie zachwycił niż zachwycił był, ale na próżno.
        Niemniej jest filmem, któremu warto poświęcić uwagę! I myślę, że ilu ludzi – tylu odbiorców. Nigdy przecież nie jest tak, ze każdemu się musi podobać – to byłoby dopiero podejrzane! :)

  16. grumpy Says:

    Do feelings go deep in Cold War, though? The answer, I’m afraid, is no. Where Ida‘s narrative economy and minimalism proved intriguing, at its best suggesting a wider context for its distilled, modest story, Cold War‘s elliptical structure is much less satisfying. The opening scenes, documenting the coming together of the troupe and the auditions of the singers, have a raw, almost anthropological quality that promises much. But the film finally seems fatally compressed at under 90 minutes, too episodic for its own good, and in need of greater texture and expansiveness.
    Since a vivid sense of what draws Wiktor and Zula together is denied us in those early scenes, it’s very hard to feel invested in the central relationship and the compromises, betrayals, break-ups and make-ups that ensue. The film’s beauty also feels a limitation in this regard. As exquisite image follows exquisite image, the viewer, initially seduced, may gradually get the uneasy sense that something – something essential – is missing.
    (…)

    More:
    http://filmint.nu/?p=25550

  17. Stanisław Błaszczyna Says:

    Dzisiaj Brytyjska Akademia Filmowa ogłosiła nominacje do swoich nagród. „Zimna wojna” uzyskała ją w konkurencji na najlepszy film nie-anglojęzyczny, a ponadto w kategoriach: najlepszy reżyser, najlepszy scenariusz i najlepsze zdjęcia. Ale nie tylko nominacje, bo i nagrody dla filmu sypią się nieustannie i chociaż na Złotych Globach o „Zimnej wojnie” było raczej cicho, to film ten ma wielką szansę na Oscara, (chociaż ma tutaj zabójczą konkurencje w meksykańskiej „Romie”).

    Oczywiście cieszy mnie sukces tego filmu i szczerze gratuluję jego twórcom, ale jednocześnie odczuwam przy tym pewien dysonans, bo od początku nie podzielałem gremialnego zachwytu nad „Zimną wojną”, co stawia mnie w sytuacji cokolwiek dyskomfortowej. Lecz niestety – mojego pierwszego wrażenia wyniesionego z kina zmienić nie mogę (byłoby to po prostu nieuczciwe).

  18. Beata Katarzyna Słama Says:

    Wygłosiłam dokładnie taką samą opinię na temat „Zimnej wojny”, lecz wszyscy patrzyli na mnie nieufnie. Byłam tym filmem bardzo rozczarowana. Estetyzm i zero emocji plus żmudne odtwarzanie rzeczywistości – wystarczyła „Ida”, może warto poszukać innej formy.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ciekaw jestem czy Pawlikowski zaryzykuje w następnym swoim filmie zmianę formy. A jeśli tak się stanie, to jaka ta forma będzie i jak się to sprawdzi na ekranie.

      • Beata Katarzyna Słama Says:

        No właśnie… Jego film „Kobieta z 13. dzielnicy” (czy jakoś tak) mi się nie podobał. Bełkotliwy jakiś był…. Chyba do końca nie wytrwałam. A „Ida” cudowna.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Mnie również ta „Kobieta” Pawlikowskiego do końca nie przekonała – być może dlatego, że też była tak sobie opowiedziana. W „Idzie” reżyser użył innej formy i ta już dożo łatwiej się sprawdziła. Stąd jej kontynuacja w „Zimnej wojnie”. (Nota bene, dzięki sukcesowi „Idy”, „Zimną wojnę” kilku dystrybutorów zamówiło „w ciemno”, jeszcze przed zakończeniem jej realizacji).

  19. Gosia Kosik Says:

    Niestety dość często się zdarza, że to co nam się naprawdę podoba przechodzi bez echa, a to co niekoniecznie nas urzekło, obsypywane jest nagrodami. Ja tak mam z wieloma produkcjami, więc doskonale Pana rozumiem.
    Zimnej Wojny jeszcze nie widziałam, tak jak nie widziałam jeszcze Idy, więc nie zabieram głosu ale rozumiem dysonans i to dziwne uczucie, że film zebrał nagrody a mnie akurat się nie podoba… Ale ciężko trafić w gust wszystkich. Nie ma takiego filmu, który wszyscy będą chwalić.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To normalne, że każdy z nas odbiera film inaczej, jednak kiedy nasz odbiór jest tak różny od tego, co doświadcza zdecydowana większość, to chcielibyśmy wiedzieć dlaczego? ;)

      Inna sprawa, że ludzie – jako te istoty społeczne- często ulegają zbiorowej sugestii i przystosowują się do opinii większości. Stąd te gremialne zachwyty – coś się podoba tym, bardziej, im bardziej zachwyceni są tym inni ;)

      Mimo wszystko, zarówno „Idę” jak i „Zimną wojnę” warto zobaczyć, bo nie są to filmy przeciętne.

  20. Agnieszka Krajnik Says:

    Nie zawsze się zgadzamy ale tym razem podzielam Twoja opinie. Mnie Zimna Wojna nie porwała ale z nagród i nominacji bardzo się ciesze.

  21. Olga Maroszek Says:

    Muszę się z Panem zgodzić. Miałam takie same odczucia, choć byłam na filmie już dwa razy w kinie. Za drugim razem oglądało mi się lepiej, ale nadal czegoś mi brakowało. Nie umiałam emocjonalnie zżyć się z postaciami, nie czułam miłości między nimi i nie rozumiałam w ogóle ich postępowania, może właśnie dlatego, że lwia cześć historii dzieje się tak naprawdę poza kadrem, co mnie strasznie wkurzało. Zdjęcia przepiękne, muzyka też. Niektóre sceny-majstersztyk. Ale…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No właśnie, ta fabuła się „nie kleiła” a tym samym stała się nieprzekonywująca zaś zachowanie tej pary niezrozumiałe i w konsekwencji… właśnie wkurzające. Jednakże to nie chodziło o to, że kto tej historii nie mógł skleić do kupy, to wykazywał się małą inteligencją. Tak się działo, gdyż Pawlikowski – moim zdaniem – historii tego związku (relacji, miłości?) po prostu dobrze nie opowiedział.

  22. Urszula Nowak-Błaszczyna Says:

    Zgadzam się prawie w 100% z Twoją recenzją, ale jeżeli film się bardzo komuś podoba, to należy się tylko cieszyć 🙂

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Prawdę mówiąc to zaskoczony jestem tymi nowymi komentarzami, które mówią, że z moim odbiorem filmu się identyfikują, bo zawsze miałem wrażenie, że jestem w zdecydowanej mniejszości, którą film zachwycił raczej umiarkowanie.

      Zgadzam się również z tym, żem jeśli kogoś ten film zachwycił to może się z tego tylko cieszyć, bo to jest jego wygrana :)

  23. Jula :D Says:

    Podobno, ta relacja, ta miłość między bohaterami to tzw. miłość toksyczna, z tych co to nie mogą bez siebie być a gdy są razem, to się nawzajem wyniszczają.

    Podobne mam odczucia. Chciałabym żeby film zbierał jak najwięcej nagród i cieszę się z tego – a równocześnie, mimo, że przecież ja nie jestem aż takim kinomanem i znawcą filmów, to odnoszę wrażenie, że to „Ida” bis. Chodzi mi o epokę, technikę kręcenia, miejsce itd…
    Nie porwał mnie. . . To już powtórka znana z ” Idy”.

    Nawet jakby ten film wygrał „Oskara”, to miałabym poczucie, że z krzywdą dla innego zagranicznego filmu…
    Cieszyłabym się, bo sukces Polski ale…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Moim zdaniem, związek, który jest toksyczny wyklucza miłość. Innymi słowy: miłość, która jest toksyczna nie może być prawdziwą miłością, a jeżeli już, to jest miłością, która się skończyła – zepsuła, zachorowała…
      Jeżeli chodzi o relację głównych bohaterów „Zimnej wojny” to mógłbym tutaj wymienić całą litanię absurdów, czy też wręcz idiotyzmów, które zobaczyłem na ekranie, a które dotyczyły ich związku (włącznie z samym zakończeniem, które wprowadziło mnie w lekkie osłupienie).
      To dlatego mnie ta historia zupełnie nie wciągnęła, nie przekonywała, nie była dla mnie wiarygodna… za to wydała mi się pretensjonalna, a czasem wręcz irytowała,

      „Zimna wojna” rzeczywiście – od strony formalnej, estetycznej – była kontynuacją „Idy”, ale moim zdaniem ten ostatni film był lepiej opowiedziany.

  24. Tatiana Christy Says:

    Аbsolutly agree. The plot is ridiculous. The esthetic is of the one of Milos Forman.
    Too much praise for a mediocre film…

  25. Marianna Huszaluk Dzis Says:

    Często nie rozumiemy czyjejś miłości, “zachowanie jest niezrozumiale, wkurzające…”
    Ale to właśnie jest Miłość..!!!
    Pawlikowski wiedział co robi..
    A skoro o tym filmie tyle się mówi to znaczy, że jest Dobry, Genialny… Właśnie tak ma być.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No cóż, mamy chyba inne pojęcie miłości. Dla mnie emocje i uczucia, które nie prowadzą do zjednoczenie dwojga ludzi – czyli właśnie do zrozumienia siebie (porozumienia, zgody…), poczucia jedności i łączności, poszanowania, bezpieczeństwa i zaufania (a tego wszystkiego nie było w relacji bohaterów „Zimnej wojny”), nie są miłością. Im więcej myślałem o historii tego związku, tym bardziej on mi się wydawał dziwny, toksyczny a nawet absurdalny.
      Wydaje mi się – jeżeli już traktujemy poważnie zakończenie (które nota bene według mnie jest bardzo pretensjonalne) – że ta para zabiła się dlatego, że im zupełnie w życiu nie wyszło, a nie z powodu wielkiej miłości do siebie. (Gdyby ta miłość rzeczywiście była wielka i prawdziwa, to oni by się ze sobą połączyli – bo mieli po temu niejedną okazję, wbrew czasom, w jakich żyli – a nie zabili.)

      • Marianna Huszaluk Dzis Says:

        ale to jest pańskie pojecie miłości i tylko Pańskie.
        Z całym szacunkiem Panie Stanisławie
        – pisze Pan “dla mnie”….
        Miłość może mieć wiele kolorów i wiele smug…Gdyby Pawlikowski pokazał cukierkową miłość zapewne nie byłoby takiego zainteresowania.
        Owszem my chcemy miłości pięknej,
        lecz niestety …
        często jest ona niezrozumiała dla nas, bez sensu, uboga, nienormalna, chora, schizofreniczna
        ale ona jest fascynująca poprzez inność,
        Dlatego powstał film..

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Czy na pewno jest to TYLKO moje pojecie miłości?
          Czy zatem to, w jaki z kolei Pani pojmuje miłość, nie jest Pani pojęciem – i tylko Pani?

          Mnie nie chodziło o to, by Pawlikowski pokazał „cukierkową” miłość. Nie przeszkadza mi również to, że związek, który on ukazał na ekranie (no dobrze: możemy się umówić, że była to „miłość”) był dziwny, toksyczny i w końcu destrukcyjny. Ja tylko uważam, że on to przedstawił (filmowo) w sposób, który mnie nie przekonywał (starałem się to uzasadnić w mojej recenzji) – m.in, wskutek (moim zdaniem) wadliwego scenariusza i nadmiernej estetyzacji obrazu. (Tak więc – chodzi mi tu bardziej o filmowy warsztat, niż o psychologię miłości).

  26. Elżbieta Radzikowska-Büchner Says:

    Nareszcie znalazł się ktoś kto ma podobne odczucia do moich. Po obejrzeniu nie pomyślałam, że to arcydzieło ale …. oczywiście cieszę się, ze tak dobrze został oceniony.
    Teraz „Romą” też nie byłam zachwycona, a recenzje wspaniałe.

  27. Ivan Says:

    This movie is over hyped plain and simple. Yes it’s shot beautifully.
    Basically this jazz pianist is infatuated by this train wreck of a woman. She drinks too much, and sleeps around and throws fits when she doesn’t get what she wants. Numerous times she leaves him hanging in the wind and only comes back when she is bored with her current situation. This repeats throughput the film. Until he leaves the safety of Paris to chase her down and gets caught, they break his hands and he cannot play piano anymore. Even after this sacrifice she still goes out and gets pregnant by another man. (Which she doesn’t take care of because she is permanently shit faced ) —-The premise is the premise and it’s subjective. So I don’t want to rate this movie on this alone. I just didn’t feel anything between these two. There was no love there, it all felt forced and tiresome . A cliche. I still recommend you see it though and judge for yourself then compare it a movie like Blue Valentine and see the difference.

  28. Ania Beringer Says:

    Ten tekst dokładnie oddaje moje wrażenia.
    Dziękuje bardzo, bo też już myślałam, że się czepiam.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jak widać, świat się dzieli na tych, którzy się „Zimną wojną” zachwycili i na tych, którzy zachwycili się nią… trochę mniej ;)
      Ci ostatni są wprawdzie w mniejszości, ale mają pewnie większe wymagania co do tego, jaka powinna być prawdziwa miłość. Nawet na ekranie ;)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s