DZIECI KAMBODŻY – kilka słów o fotografowaniu

*

*

„Jeśli idę z aparatem fotograficznym, to patrzę na świat zupełnie inaczej, niż gdy idę sobie tak po prostu z kolegą, z którym prowadzimy dyskusję. Bo wtedy ta dyskusja jest ważniejsza, niż otaczająca nas rzeczywistość – tej nie dostrzegamy. A gdy wyruszam z aparatem w celu sfotografowania miasta, ludzi czy jakichś scen, wtedy właśnie skoncentrowany jestem na detalu. I szukam, szukam… Bo fotografia to jest detal, kompozycja detalu, to próba znalezienia w nim metafory, symbolu, i przyglądanie się mu, obserwowanie – co poprzez niego wiemy o świecie, co ona nam mówi. To widzi oko malarza czy fotografika na tym detalu skupione.” (Ryszard Kapuściński, „Autoportret reportera”)

*
Uciec od turystycznych tłumów w miejscach takich jak kambodżańskie Siem Reap i Angkor Wat, to jest doprawdy sztuka. Podczas moich podróży, z większym lub mniejszym powodzeniem udaje mi się czasem tego dokonać. Tutaj (a właściwie na stronach moich fotograficznych blogów – „Światowida” oraz „brulionu podróżnego-ilustrowanego”), prezentuję zbiór ok. 100 zdjęć, które powstały podczas kilku dłuższych spacerów poza zonę turystyki masowej w prowincji Siem Reap w Kambodży.

Kapuściński jak zwykle trafia w sedno: jeśli tylko traktujemy aparat fotograficzny poważnie, to wyruszając z nim na poznanie świata, nasze oko staje się narzędziem percepcyjnym na usługach obiektywu – który jest w pewnym sensie tego oka przedłużeniem. To umożliwia nam skupienie się na detalu, czyli na pewnym (zwykle małym) skrawku rzeczywistości. Podobno diabeł czai się właśnie w szczegółach, ale w tym wypadku jednak: w szczegółach (detalach) kryje się prawda i esencja rzeczywistości, którą staramy się ogarnąć, przejrzeć i zrozumieć.
Czy jednak jest tak zawsze – w każdym przypadku? Czy prawda „detaliczna” – będąc niejako prawdą „składową” całości – nie jest tylko fragmentem prawdy o świecie, do którego nas odnosi? A może nawet czasem przeciwstawia się wręcz prawdzie całości – będąc czymś rodzaju wyjątku potwierdzającego regułę?

Co się dzieje, kiedy przedmiotem naszego największego zainteresowania są ludzie? Tutaj sprawy komplikują się jeszcze bardziej. Przede wszystkim: już użycie przeze mnie słowa „przedmiot” powinno budzić naszą ostrożność i wzmagać uwagę. Chodzi po prostu o to, by przy fotografowaniu nie podchodzić do ludzi jak do „przedmiotów”, nie traktować ich jak jeszcze jeden (kolorowy) element egzotycznego dla nas świata. Mieć świadomość tego, że każda twarz, para oczu, grymas, uśmiech, zmarszczki, kosmyk włosów… to nie elementy jakiejś estetycznej układanki (kompozycji), ale że za tym wszystkim kryje się czujący i myślący człowiek.

Bardzo lubię fotografować ludzi – zwłaszcza dzieci i osoby starsze wiekiem (wzbraniam się przed użyciem słowa „starców”, być może niepotrzebnie). Dlaczego? Nieraz się nad tym zastanawiałem i oprócz oczywistego powodu, dla którego lubi fotografować dzieci większość ludzi (bo przecież są one takie cute), wyławiam jeszcze inne, choć być może wszystkie one kryją się za owym cuteness (z grubsza można to słowo przetłumaczyć jako „powab”, „wdzięk”, „bystrość”, „spryt”, „ładność”…).
Dzieci wiążą się z nadzieją i obietnicą życia. Podświadomie kojarzymy je też z naszą (także często utajoną) tęsknotą za nieśmiertelnością. Uważamy, że dzieci prezentują się nam takimi, jakimi naprawdę są – bez udawania, kamuflażu, przebiegłości… A my lubimy to, co wydaje nam się proste, oczywiste, spontaniczne i niezakłamane. I jeszcze nie zepsute. Choć może ktoś powiedzieć: przecież dzieci także udają, kamuflują się, bywają przebiegłe… i tak, tak… bywają bardzo „zepsute”. Oczywiście, ale nawet wtedy w tym ich zachowaniu jest jakaś… pierwotna czystość, dzięki czemu w końcu bardzo łatwo można je przejrzeć. Poza tym: nie ma dzieci „zepsutych”. Co najwyżej są one źle wy(chowane), obciążone złym wpływem środowiska lub wyjątkowo złośliwą kombinacją genów.


Dlaczego dzieci Kambodży? Bo są piękne? Tak, ale nie tylko.
Rzeczywiście, trochę niezręcznie jest mi o tym pisać, ale podczas mojej ostatniej podróży do Indochin – oprócz Kambodży, byłem także w Laosie i (najdłużej) w Wietnamie – dzieci kambodżańskie zwracały uwagę swoją urodą, były wszechobecne, zazwyczaj bardzo aktywne, „żywo” i spontanicznie wchodziły w kontakt z „obcym”. Na tym prawdopodobnie polegała głównie ich wyjątkowość, tudzież niezwykła fotogeniczność.
A dlaczego czuję się nieco niezręcznie pisząc to? Bo preferując urodę dzieci kambodżańskich, sugeruję niejako, że dzieci wietnamskie czy laotańskie są po prostu brzydsze? Czyli jednak przydaję ważności kryterium estetycznemu? Jeżeli tak, to niech mi to będzie wybaczone – w końcu nie mogę się wypierać tego, że jeśli chodzi o fotografię, to estetyka jest dla mnie jednym z bardziej istotnych jej wykładników. Ale to tylko forma. Nie można zapominać o tym, że w tę formę ujęty jest prawdziwy, żywy człowiek – czyli to, co w fotografii jest rzeczywiście najważniejsze i stanowi najbardziej istotną treść. Ludzie nie są ładnymi – czy też brzydkimi – obrazkami. Fotografia człowieka w swojej istocie jest tylko śladem jego egzystencji, utrwalonej w sztuczny sposób na kliszy lub na karcie elektronicznej pamięci. Niestety, zdarza się, że jest to jedyny ślad, jaki po człowieku pozostaje.

Susan Sontag pisała w swoim słynnym eseju „O fotografii”:
„Wszystkie fotografie mówią: ‚Memento mori’. Robiąc zdjęcie stykamy się ze śmiertelnością, kruchością, przemijalnością innej osoby lub rzeczy. Właśnie dlatego że wybieramy jakąś chwilę, wykrywamy ją i zamrażamy, wszystkie zdjęcia stanowią świadectwo nieubłagalnego przemijania.”

Etyka fotografowania ludzi.
Oczywiście nie mówimy tutaj o urągających jakiejkolwiek etyce praktykach paparazzich, a o fotografii „turystycznej”, obyczajowej, „etnograficznej”…
Będąc w obcym kraju większość z nas chciałaby utrwalić na swoich zdjęciach ludzi. Nic w tym dziwnego, bo przecież kraj to przede wszystkim zamieszkujący go ludzie i kultura, jaką oni stworzyli (i tworzą nadal). Ale nie wszyscy z nas mają na tyle odwagi, by to czynić (o pewnych ograniczeniach – nazwijmy je: techniczno-sprawnościowych – nie będziemy tu mówić). Ten brak odwagi wynika często po prostu z obawy, że robiąc zdjęcia ludziom naruszamy ich prywatność, że stawiamy ich w niezręcznej sytuacji, że burzymy im spokój… etc.
Czy jednak często nie jest to wymówką, usprawiedliwieniem naszej… bojaźliwości, zahamowania, niewiary we własne siły fotografa-amatora?
Moim zdaniem, w naszym podejściu do fotografowanych przez nas ludzi, powinna obowiązywać zasada: po pierwsze – człowieka szanować. Niezwykle ważne – jeśli nie decydujące o etycznym aspekcie fotografowania ludzi – jest to, jaki mamy do nich stosunek, oraz to, jakie są nasze intencje. Dlaczego robimy im zdjęcie? Do czego jest nam ono potrzebne? Jak – i w jakim celu – chcemy je wykorzystać?
Wbrew pozorom ludzie lubią, kiedy się ich fotografuje, bo to oznacza, że poświęca się im uwagę, a więc uznaje się ich za kogoś interesującego, wyróżniającego się z tłumu, ergo: niezwykłego. Zwykle też bezbłędnie wyczuwają intencje osoby fotografującej – a te intencje stosunkowo łatwo im zakomunikować: uśmiechem, spojrzeniem, dobrym słowem…

Zdecydowanie jest wielkim uchybieniem robić zdjęcie komuś, kto sobie tego nie życzy (zwykle dysponujemy wystarczającymi przesłankami do tego, aby sobie to uświadomić). Bardzo rzadko łamię tę zasadę…, a nawet jeśli się to stało, to tak uzyskanego zdjęcia nigdzie nie opublikowałem. Natomiast zdarzało się dość często, że osoba, która z początku oponowała, po chwili – gdy została przeze mnie o to poproszona – zgodziła się na zrobienie jej zdjęcia. Dzięki temu w mojej kolekcji znajduje się kilka dobrych portretów. (Właśnie: portrety! To chyba najbardziej ciekawa fotograficzna forma przedstawiania ludzi – i bardzo bezpośrednia, niemalże… intymna. Dlatego też nie wyobrażam sobie, by komuś można było zrobić portret, bez jego zgody – werbalnej czy też wyrażonej gestem.)

Ale ktoś, kto wkracza w świat ludzkiej społeczności, staje się też niejako jednym z elementów przestrzeni publicznej. Powinien się więc liczyć i z tym, że fotograf, który chce ową „przestrzeń publiczną” sfotografować, sfotografuje także i jego (zwłaszcza w dzisiejszych czasach inwazji cyfrowej rejestracji rzeczywistości i masowego przekazu informacji). Przy czym, niekoniecznie musi to za sobą pociągać depersonifikację tego człowieka – nawet jeśli ten człowiek jest tylko częścią większej („wspólnej”) całości, to i tak zachowuje on swoją autonomię (choćby dlatego, że pozostaje on mimo wszystko anonimowy).
Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, kiedy mamy do czynienia z tzw. „zoną turystyczną” – która, dzięki swojej specyfice, rządzi się jednak swoimi prawami (nawet jeśli wydają się one być cokolwiek „barbarzyńskie”).

Detale – czyli jednak wybiórczość?
Kapuściński pisał o konieczności zwrócenia uwagi – skupieniu się – na detalach. Ale na jakich detalach? A jeśli na tych, to dlaczego na nich, a nie na innych?
Ponadto: czy zajmowanie się tylko pewnymi fragmentami (skrawkami, wycinkami) rzeczywistości nie jest dokonywaniem wyboru – czyli w sumie wybiórczością? Zauważmy, że czytając „wybiórczość” zapala się w nas lampka z napisem: uwaga – cecha pejoratywna. Czy jednak zawsze wybiórczość musi być czymś złym?
Nie, nie musi, ale bardzo często bywa, bo pod pozorem skupienia się na powiększonym detalu, wzmożenia ostrości, zbliżenia… daje – paradoksalnie, ale jednak w oczywisty sposób – zniekształcony obraz rzeczywistości. Ponieważ nasze zdolności do syntezy i integracji posiadanych przez nas informacji są jednak mocno ograniczone. Zwłaszcza, że rzadko kiedy dysponujemy wystarczającą ilością informacji, by złożyć wszystko w jedną, naprawdę pełną i koherentną całość.
Dochodzi do tego nasza naturalna skłonność do wyszukiwania osobliwości – tego co się wyróżnia, a jest jednak czymś specyficznym… mimo, że ten osobliwy w swej istocie szczegół udaje często coś, co jest dla całości charakterystyczne i co może nawet tę całość definiować.
Do czego zmierzam?
Otóż do tego, aby tych, którzy oglądają moje zdjęcia przestrzec i uprzedzić.
Nawet jeśli nie robię tego celowo, ani nawet intencjonalnie, to należy sobie zdawać sprawę, że te obrazy są rejestracją czegoś… mimo wszystko przypadkowego i akcydentalnego. Ale z drugiej strony nie są one jednak czymś błahym, nieistotnym i nie mającym związku z kambodżańską rzeczywistością. Wręcz przeciwnie: ukazują jej złożoność, różnorodność, warstwowość…
Doskonale mógłbym teraz sobie wyobrazić np. to, że wybierając takie a nie inne zdjęcia, przedstawiłbym tylko jedną z faset świata, w jakim żyją ludzie Kambodży. Mógłbym pokazać tylko te dzieci, które są brudne, albo tylko te, które są czyste i zadbane; tylko te, które mają w tle „egzotyczne” slumsy, albo tylko te, które znajdują się w otoczeniu nowoczesnej już infrastruktury; tylko te, które są ubrane w łachmany, albo tylko te, które mają na sobie schludne szkolne mundurki… Lecz przecież byłaby to już ewidentna manipulacja, pewien rodzaj kłamstwa – czego oczywiście chciałbym uniknąć. Stąd też zróżnicowanie tych zdjęć, a także ich niebagatelna ilość (dlatego warto jednak obejrzeć ich jak najwięcej – i zrobić to w miarę uważnie… jeśli oczywiście zależy komuś na wzbogaceniu swojej wiedzy o ludziach tamtego rejonu świata).
A i tak trzeba pamiętać o tym, że nawet tysiące zdjęć nie są w stanie oddać w pełni unikalności całej Kambodży i zamieszkujących ten kraj ludzi. I nie są w stanie zastąpić bezpośredniego z nimi zetknięcia.

W tym momencie przypomniało mi się to, co nie tak dawno napisałem przy okazji dyskusji nad jednym z polskich filmów („Róża” Smarzowskiego). Myślę, że jest to adekwatne także do omawianego tu tematu (wystarczy tylko „reżysera” zastąpić „fotografem” a „film” – „zdjęciem”):
„(…) reżyser zawsze dokonuje pewnej syntezy rzeczywistości (niejako ją kondensuje), tworzy swój własny filmowy świat, by uzyskać pewien konkretny efekt na widzu – a tym samym ukazać mu pewne aspekty realnego świata. Nigdy naturalizm filmu nie będzie realizmem – nigdy bowiem (nawet w przypadku dokumentu, czy cinéma vérité) świat filmowy nie jest tożsamy ze światem realnym.”

To prawda – wywożąc z jakiegoś kraju fotografię człowieka, który jest jego mieszkańcem, niejako „kradnę” jego cząstkę, może nawet cząstkę jego duszy? Ale czy jednak jest to kradzież? Czy może bardziej wspomaganie naszej – jakże przecież zawodnej – pamięci; zachowanie śladu kogoś, kogo chcielibyśmy dłużej przetrzymać, nie tylko jako obraz w naszych oczach, ale i jako istotę duchową w naszym sercu? Taka namiastka – melancholijne ukłucie niespełnionej przyjaźni? Choćby nawet takiej przyjaźni, która trwała moment – chwilę?
Tak, jest to pewien rodzaj „suwenira”. Lecz „suwenir”, który ma w jakiś sposób zawartą w sobie cząstkę człowieka, przestaje być tylko i wyłącznie przedmiotem. Zwykle pamiątki są dla nas czymś cennym – tym cenniejszym, jeśli prowadzą nasze myśli i wspomnienia ku drugiemu człowiekowi. Nawet jeśli ten człowiek był dla nas kimś „obcym”, to właśnie zachowany na zdjęciu jego ślad, czyni go dla nas kimś bliższym.

Mimo, że media często bombardują nas obrazami przemocy, to jednak obiektyw częściej jest jednak narzędziem pieszczoty, niż gwałtu. Zdecydowanie bardziej wolimy fotografować to, co się nam podoba, niż to co nas odpycha czy przeraża.

Lepiej jest traktować swe zdjęcia jako elementy kolekcji (znane jest spostrzeżenie Susan Sontag, że „zbierać fotografie to zbierać świat”), niż jako trofea. Choć zarówno kolekcjonowanie, jak i polowanie jest nacechowane pasją, to jednak to ostatnie zawsze zawiera w sobie element agresji (mimo deklaracji myśliwych, że przecież oni zwierzynę „kochają” – więc pewnie i strzelają do niej „z miłości”?). Kolekcjoner nie jest już takim obłudnikiem – bo rzeczywiście to, co kolekcjonuje, obdarza najczęściej ciepłym uczuciem, może nawet miłością.

*

*

*

*

*

*

*

*

KAMBODŻAŃSKA GLOSSA:

W latach 70-tych ubiegłego wieku Kambodża była miejscem jednego z najbardziej przerażających epizodów w dziejach ludzkości: terroru Czerwonych Khmerów, którzy w ciągu kilku zaledwie lat (1975-79) wymordowali blisko jedną czwartą mieszkańców kraju (ok. 1,5 mln. ludzi). Zabijani byli wszyscy „inteligenci” – a za inteligentów uważani byli np. mieszkańcy miast, większość z tych, którzy umieli czytać i pisać; na „pola śmierci” można było zostać zawleczonym tylko dlatego, że się posiadało okulary (do tego czasu przeklętego nawiązuje film dokumentalny „Wrogowie ludu”, o którym pisałem w ubiegłym roku TUTAJ).
W ten sposób zabito nie tylko „umysł” Kambodży ale także jego duszę, czego skutki są odczuwalne do dzisiaj.

Z 14 mln. mieszkańców dzisiejszej Kambodży, niemal połowa to dzieci (1,5 mln. z nich ma mniej niż 5 lat). Olbrzymim problemem jest prostytucja, tym bardziej, że spośród 30-40 tys. dziewcząt (także chłopców) związanych z „przemysłem” seksualnym (niektóre źródła mówią o 100 tysiącach), ok. jedna trzecia ma mniej niż 15 lat. Nieodosobnione są przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci mających zaledwie 9 – 10 lat. Co jakiś czas wybucha afera związana z przybywającymi z Zachodu pedofilami, którzy do niedawna czuli się w Kambodży jak w „raju” dla pedofilów, bo za pieniądze mogli kupić wszystko.
Ale prostytucja w Kambodży to gałąź przemysłu nie tylko związanego z „seks-turystyką”, bo jednak większość klientów domów publicznych w tym kraju stanowią sami Kambodżanie z warstw średnio-zamożnych (szczególnym wzięciem cieszą się u tego typu klientów dziewice, bo – jak wierzą – stosunek z nimi zapewnia zdrowie, potencję, siłę i pomyślność w interesie). Wprawdzie prostytucja w Kambodży jest oficjalnie zakazana, to jednak korupcja panująca wśród władz i policji sprawia, że proceder ten jednak kwitnie nadal.

Następnym dojmującym problemem Kambodży jest to, że – ze względu na panującą w kraju biedę – dzieci zmuszone są do pracy zarobkowej (podobno robi to aż 45% dzieci będących w wieku 5 – 14 lat). Widoczne jest to zwłaszcza w takich miejscach jak Siem Reap a szczególnie w pobliżu kompleksów świątynnych Angkor Wat, gdzie setki dzieci usiłuje zarobić jakieś grosze sprzedając pamiątki. Niektóre z nich opanowały swój kunszt do perfekcji, wykorzystując także przy tym swój niewątpliwy wdzięk, spryt i urodę.

Jednak zdecydowana większość zdjęć prezentowanych przeze mnie zdjęć pochodzi z innego rejonu. Zrobiłem je głównie w wioskach leżących nad jeziorem Tonle Sap (także w tych, które po jeziorze tym dosłownie pływają). Pozostawiam je bez komentarza (jeśli ewentualnie będzie miał ktoś jakieś pytania, to chętnie odpowiem… oczywiście pod warunkiem, że będę znał odpowiedź).

I może jeszcze parę uwag na koniec:

– Prawdopodobnie niektórych z was uderzą kontrasty: dzieci uśmiechnięte, zadbane, dobrze odżywione i schludnie ubrane z jednej strony, z drugiej zaś: dzieci chmurne, „zapuszczone”, brudne, nędznie odziane… Albo: całkiem przyzwoite domy, szkoły i zabudowania vs. slumsy, rudery, baraki, szałasy i nory… Na większości zdjęć tego widać, ale te przeciwieństwa sąsiadują ze sobą dosłownie na wyciągnięcie ręki.

– Cokolwiek złego o masowej turystyce by się nie powiedziało, jestem przekonany, że w prowincji takiej jak Siem Reap jest ona dla miejscowej ludności dobrodziejstwem. Zagraniczni przybysze zostawiają tam corocznie setki milionów dolarów, które (mimo, że w sposób „naturalny” duża ich część przepada w kieszeniach miejscowych  – ale też i obcokrajowych – bonzów) pomagają dźwigać lokalną infrastrukturę, dają zatrudnienie dziesiątkom tysięcy tubylców, przez co, bez wątpienia, w sposób znaczący poprawiają warunki życia miejscowej ludności. To, co pod tym względem dobrego dzieje się w Siem Reap, prowincja ta zawdzięcza przede wszystkim boomowi turystycznemu, jaki miał tutaj miejsce w ciągu ostatniej dekady. (80% wpływów Siem Reap zawdzięcza turystyce, 20% z innych źródeł – w pozostałej części Kambodży jest dokładnie na odwrót: tylko 20% wpływów pochodzi z turystyki.)

– Mimo widocznej na zdjęciach biedy, (która miejscami przybiera postać nędzy) moje spotkanie z tymi ludźmi, było raczej pełne pozytywnych odczuć i pozostawiło we mnie dobre wspomnienia. Dosłownie nikt nie okazał nam (w wędrówkach tych towarzyszyła mi zwykle Ania) choćby cienia wrogości, czy nawet niechęci. Matki chętnie chwaliły się swoimi dziećmi, pozwalały robić im zdjęcia, dzieci dość szybko przełamywały swoją rezerwę i podejrzliwość, które niemal natychmiast ustępowały miejsca zaciekawieniu i spontaniczności. Unikaliśmy dawania tym malcom pieniędzy, ale wcześniej zaopatrzyliśmy się w torby pełne zeszytów, kredek, ołówków i długopisów,  (które jednak – przyznaję, dość przebiegle ;) – darowaliśmy dzieciakom dopiero po zrobieniu im zdjęć, bo wiadomo było, że podarki te całkiem zaburzą ich codzienną rutynę i z fotografowania wyszłyby nici. Lecz w tym miejscu muszę podkreślić: żadne dziecko nie pozowało do zdjęć dlatego, że spodziewało się za to jakiejś gratyfikacji (dotyczy to dzieci spotkanych w wioskach, bo w pobliżu świątyń było z tym różnie).
W sumie: myślę, że sprawy w Siem Reap idą jednak w dobrym kierunku, i jeśli za jakiś czas przyszłoby mi się w tamte rejony wybrać ponownie, to pewnie zastałbym tam już mniej „egzotycznej” biedy, ale za to więcej ludzi żyjących w bardziej godziwych warunkach. Czy ucierpi na tym „atrakcyjność” fotografii? Wątpię. Natomiast bez wątpienia zyskają na tym ludzie – sami mieszkańcy Kambodży.

*

       © ZDJĘCIA WŁASNE

Zdjęcia dzieci Kambodży obejrzeć można na stronie Światowida – TUTAJ (w wersji portretowej) oraz w brulionie podróżnym ilustrowanym – TUTAJ (bardziej przestrzennie).

*

Advertisements

Odpowiedzi: 32 to “DZIECI KAMBODŻY – kilka słów o fotografowaniu”

  1. Onibe Says:

    dobre fotografie, dobry tekst
    myślę nawet, że przykleję się do Twojego fotobloga, wygląda bardzo interesująco
    do fotografowanych ludzi można podchodzić inaczej. Znam kilku fotoreporterów-amatorów, tzn. portretystów robiących naprawdę dobre zdjęcia, ale niekoniecznie w celach zarobkowych. Szczególnie dużo znam pasjonatów tzw. streeta, czyli fotografii ulicznej. Street to w pewnym sensie kontynuacja tego co robili klasycy, tacy jak choćby HC-B. Niektórzy preferują fotografowanie ludzi z dystansu, długimi obiektywami, niewidoczni i wyjęci z obrazka. Inni odwrotnie. Mam kumpla, który posiadł niesamowitą umiejętność. Podchodzi do fotografowanej osoby – nieznanej, obcej, gdzieś na ulicy – i wyciąga aparat. Patrzy na nią, coś dłubie przy aparacie, uśmiecha się, znowu coś dłubie, sięga do plecaka… i tak przez kilka minut. Kiedy w końcu podnosi aparat do oka obiekt jest już „oswojony”. Fenomen mojego kolegi polega na tym, że tak fotografowana osoba wraca przed obiektywem do swojego naturalnego zachowania, zupełnie jakby zdążyła w międzyczasie wyrzucić z umysłu obecność fotografa…
    Ja raczej unikam fotografowania ludzi, najlepiej czuję się w krajobrazach – także miejskich – w których widać ślady bytności ludzi, ale ich samych niekoniecznie. Przyznam, że wynika to po części z obawy przed skierowaniem obiektywu w stronę człowieka. Jest to więź na której nawiązanie nie jestem gotowy.
    Powyższe to oczywiście tylko luźne uwagi, nieco obok Twojego tekstu.

    • Logos Amicus Says:

      Rozumiem tę obawę. Europejczycy zupełnie inaczej reagują na to, jeśli ktoś chce im zrobić zdjęcie. Zwykle podejrzewają, że ktoś ma wobec nich złe intencje.
      Azjaci są bardziej ufni i otwarci pod tym względem.

  2. Ewa Says:

    Kilka słów, powiadasz ? :))

  3. jula Says:

    Piękny (zdjęcia) i mądry kolejny wpis.
    tak się zastanawiam, bo te urocze dzieci w Kamodży to w większości jednak z ubogich rodzin.
    Jak tam to wygląda .Jest podział klasowy w zależności od zasobu portfela.
    Czy większość biedniejsza ?….

    • Logos Amicus Says:

      Większość jest jednak biedniejsza.
      Kambodża, obok Bangladeszu, to chyba najbiedniejszy kraj Azji.
      W Siem Reap mimo wszystko tego tak nie widać, ale w Phnom Penh – stolicy kraju – i w innych rejonach Kambodży, bardziej to się rzuca w oczy.
      Kompleks świątynny Angkor Wat to jest jednak żyła złota, dzięki której korzysta też i miejscowa ludność (Siem Reap), mimo olbrzymiej korupcji i mafijnym wręcz układom.

  4. babka filmowa Says:

    Uwielbiam fotografie ludzi, nie tylko pozowane (mniej lub bardziej) portrety, ale także te niepozowane, chwycone przypadkiem, te są chyba najbardziej prawdziwe. Z największym zainteresowaniem patrzę na twarze ludzi starych, albo po tzw. przejściach, czyli na twarze, które mają na sobie wypisaną jakąś historię. Także twarze ludzi tzw. prostych są ciekawe, bo też w jakiś sposób odkryte. Dzieci, ich portrety, owszem, są rozkoszne, ładne, czasem bywają poruszające, gdy są zdjęciami dzieci wojny, głodu, czy innych zdarzeń. Niestety, twarze dzieci nie sa materiałem do poszukiwań, czy wielkich rozmyślań, ich emocje mamy wypisane, że tak powiem czarno na białym. Są to, albo ciekawość, strach, złość, kokieteria, smutek, ale taki chwilowy, choć też bywają twarze dzieci – starców, ktore całe życie przeżyły w ciągu kilku lat.
    Widziałam u Ciebie także kolekcję twarzy w uśmiechach, przyjemnie się je oglądało. Z prezentacji powyżej, najbardziej przypadło mi do gustu zdjecie tego młodego mnicha, czy kandydata na mnicha i to ostatnie, trójka dzieci w łódce! Mina tego jednego, ktorą udało ci się uchwycić – bezcenna! I te łapki! Cudo.

    Mnie zawsze rozczula w zdjeciach, ktore są przywożone z jakichś wyjazdów, także w tych, ktore są uchwycone bez wiedzy, że tak się wyrażę obiektów, albo za ich subtelnym przyzwoleniem, że oni sobie tam gdzieś żyją, klepią swoją biedę, albo i nie, mają swoje problemy, zapomnieli, że gdzieś tam byli i nawet nie wiedzą, że są źródłem radości dla kogoś tam, czy chwil refleksji nad ich życiem, czy stanem w chwili fotografowania. Myśle, że gdyby wiedzieli, także byliby zadowoleni, i nie mieli by nic przeciwko, w końcu każdemu jest miło, gdy jest w centrum bezinteresownego przyjaznego zainteresowania bliźnich chocby przez moment :)

    • Logos Amicus Says:

      A jednak fotografie, na których widać dzieci mają (i zawsze miały) w sobie wielką siłę. Wystarczy przypomnieć sobie to słynne zdjęcie nagiej wietnamskiej dziewczynki uciekającej drogą z podpalonej amerykańskim napalmem wioski, albo też obrazy afrykańskich głodujących dzieci.
      Nie wiem, czy twarze dzieci nie są „materiałem do poszukiwań, czy wielkich rozmyślań”. Ja myślę, że mogą być – bo tu jednak chodzi o człowieka. Poza tym – sama zresztą o tym piszesz – zazwyczaj w tych twarzach dziecięcych jest sporo emocji, a emocje są jednak… fotogeniczne, czasem nawet się udzielają ;)
      Ale rozumiem co masz na myśli, porównując twarze dzieci z twarzami ludzi starych. Na tych ostatnich odbija się już całe, odchodzące coraz bardziej w smugę cienia, życie. Pewnie dlatego są o wiele bardziej przejmujące od twarzy ludzi młodych, którzy dopiero to życie rozpoczynają.

      Podoba mi się zwłaszcza ostatni akapit Twojego komentarza: „Mnie zawsze rozczula w zdjęciach, które są przywożone z jakichś wyjazdów, także w tych, które są uchwycone bez wiedzy, że tak się wyrażę obiektów, albo za ich subtelnym przyzwoleniem, że oni sobie tam gdzieś żyją, klepią swoją biedę, albo i nie, mają swoje problemy, zapomnieli, że gdzieś tam byli i nawet nie wiedzą, że są źródłem radości dla kogoś tam, czy chwil refleksji nad ich życiem, czy stanem w chwili fotografowania. Myślę, że gdyby wiedzieli, także byliby zadowoleni, i nie mieli by nic przeciwko, w końcu każdemu jest miło, gdy jest w centrum bezinteresownego przyjaznego zainteresowania bliźnich choćby przez moment :)”
      To właśnie miałem ma myśli pisząc o dobrych intencjach z jakimi te zdjęcia były robione: wzbudzają one ciepłe zainteresowanie ludźmi żyjącymi w odległym zakątku świata – i w ten sposób ich nam przybliżają, zacierając w pewnym sensie granice różnic kulturowych czy innych.

      • Onibe Says:

        tak przy okazji, z tego co wiem, to owe słynne zdjęcie wietnamskiej dziewczynki to wielka ściema. Podobno okazało się, że w rzeczywistości dziewczynka uciekała z wioski zajętej przez Vietcong, o czym doskonale wiedział reporter robiący zdjęcie, ale ze względu na zapotrzebowanie redakcyjne na materiały antywojenne, nieznacznie zmieniono kontekst, aby lepiej pasował do tegoż zapotrzebowania ;-). To taka ciekawostka, a jeśli jest prawdziwa, to… trochę zmienia wymowę zdjęcia ;-)

        • Logos Amicus Says:

          To zdjęcie to jednak nie jest „wielka ściema”.
          Ta dziewczynka naprawdę została poparzona przez amerykański napalm. TO JEST FAKT.
          Rzeczywiście: uciekała z wioski zajętej przez Vietkong i (omyłkowo) zbombardowanej przez lotnictwo Południowego Wietnamu.
          Ale czy to w jakimkolwiek stopniu zmienia wymowę tego zdjęcia?
          A jego wymowa jest następująca: wojna wietnamska była barbarzyństwem, od którego najbardziej ucierpiała ludność cywilna i dzieci. Była wojną kolonialną, nie usprawiedliwioną – a więc była de facto zbrodnią ludobójstwa.

          A co do prawdy-nieprawdy tego zdjęcia? Przemawia do mnie taki komentarz:

          „I argue that it was morally justified to put the photo out of context. And the reason for it is that it is telling a generally true story. Because civilians were hit by napalm-bombs. Because children were burned alive during the Vietnam war and because most G.I.s were indifferent towards the people they were actually sent to protect. However, all the events that actually happened were not captured in such a breathtaking image. So the photo of the Napalm Girl is telling a true story as a generalisation, that it is not true for the actual event is not important in my opinion.”

          Nota bene, podczas mojej ostatniej podróży do Wietnamu, kupiłem książkę Denise Chong „The Girl in the Picture: the Story of Kim Phuc, the Photograph and the Vietnam War”, (której jednak jeszcze całej nie przeczytałem).
          Kim Phuc została wyleczona, wyjechała w 1986 roku z Wietnamu na Kubę, gdzie skończyła studia. Poznała tam Wietnamczyka, za którego wyszła za mąż. Podcza podróży do Kanady, poprosili tamtejsze władze o azyl. Do dzisiaj jej rodzina żyje w kanadyjskim Ontario.

        • Onibe Says:

          faktem jest też manipulacja zdjęciem. Ja jestem prosty chłop i jeśli ktoś kłamie w połowie, to na ogół nie wierzę mu także w drugiej ;-). Reportaż to dla mnie szczególny rodzaj fotografii, wolałbym aby nie ulegał politycznym modom. Wojna w Wietnamie może i była imperialna i kolonialna, ale jednocześnie nie jest tajemnicą, że znaczna część opozycji pacyfistycznej wobec tej wojny była finansowana przez ZSRR, jakoby miłujący pokój. Jako Polak patrzę na konflikt w Wietnamie przez dość specyficzny pryzmat: widzę w tym element taktyki powstrzymywania ZSRR, tego samego, który trzymał nas za gardło. Inna sprawa, że każda wojna jest zła, samo pojęcie wojny sprawiedliwej jest kuriozalne – stąd bardzo trudno wypoziomować dyskusję o wojnie. Złe jest myślenie tylko o celach politycznych i gospodarczych, ale ja bardzo niepoprawnie politycznie pozwolę sobie stwierdzić, że złe jest także o nich niemyślenie. Bo poniedziałkowy pacyfista we wtorek może być już demonstrantem domagającym się taniego paliwa i większej pensji. Gdyby ludzie godzili się rezygnować ze swoich korzyści byle tylko oszczędzić innym cierpienia, wojna powinna zostać zakazana jako instrument wąskich grup nacisku. W praktyce jednak, działa to trochę inaczej.

        • Logos Amicus Says:

          „…faktem jest też manipulacja zdjęciem.”

          Ale ja nie piszę o manipulacji zdjęciem.
          Ja piszę o samym zdjęciu – o tym, co widzę. (A widzę dziecko poparzone napalmem.)

          Czyli:
          – czy samo zdjęcie kłamie?
          – czy kłamią dopiero interpretacje? (czasem zresztą nieświadomie i w dobrej wierze czynione)
          – czy każda próba „usprawiedliwienia” tej sytuacji, w której ucierpiały te dzieci, nie jest – sama w sobie – manipulacją, która jest wynikiem kurczowego utrzymania się (swoich) stereotypów „wyjaśniających” – czyli de facto „usprawiedliwiających” wojnę – bo (w domyśle): jest ona przecież czymś nieuniknionym? (Przynajmniej na tym – nadal jednak żałosnym – poziomie cywilizacyjnego rozwoju człowieka.)

        • Onibe Says:

          zdjęcie nie kłamie, kłamie interpretacja. Zdjęcie to narzędzie, jak każde inne. Niestety.

          Nie jestem pewien czy pomiędzy sprawiedliwością wojny a jej nieuniknionością można postawić znak równości. Wojna w wielu sytuacjach jest nieunikniona, ale czy staje się przez to sprawiedliwa? Napisałem gdzieś, że wojnę trudno oceniać – łatwo o przeszarżowanie w każdą stronę.

          Nie jestem też pewien czy poziom rozwoju człowieka jest żałosny. Wobec czego go porównujesz? Bez skali porównawczej takie gadanie to trochę jak krzyczenie, że jedyny kosmita, którego się spotkało jest cofnięty w rozwoju. Albo zbyt wysoki jak na swój wiek… Raz jeszcze powiem: niestety.

        • Logos Amicus Says:

          „Nie jestem też pewien czy poziom rozwoju człowieka jest żałosny. Wobec czego go porównujesz?”

          Porównuje go z własnymi oczekiwaniami (pojęciem) tego, w jaki sposób powinien zachowywać się człowiek „cywilizowany”.
          Czyli, min. taki, który odrzuca przemoc (a tym samym zabijanie) jako sposób rozwiązywania konfliktów politycznych; który nie wszczyna wojny po to, by podbić inny naród i na tym zarobić; który nie traktuje ludzi (zarówno „swoich”, jak i „obcych”) jak nawóz historii – czyli nie traktuje człowieka w sposób instrumentalny, mówiąc że cel (zachowanie władzy) usprawiedliwia środki (mord na innych ludziach)… etc.

          Biorąc pod uwagę nie tak dawna historię (choćby wiek XX – czyli w sumie współczesność), i to, do jakich potworności człowiek (współczesny) się dopuszczał, twierdzę właśnie, że obecny poziom rozwoju cywilizacyjnego człowieka jest (nadal) żałosny.

      • Logos Amicus Says:

        https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/02/wietnamska-dziewczynka-napalm-wojna.jpg?w=780

        To jest to zdjęcie, o którym była mowa powyżej, (i które chyba jednak większość z nas zna).

        Ale przypomniało mi to niedawna dyskusję na moim blogu dotyczącą właśnie „prawdy-nieprawdy” fotografii. Odbyła się ona pod moim wpisem pt. „Czy Bogowie domagają się krwi?”. Pozwolę sobie ją tutaj przytoczyć, zamieszczając wcześniej zdjęcie, o od którego się ona zaczęła:

        https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/09/zraniony-palestyc584czyk.jpg?w=780

        IŻYK:
        LA – podzielam itd. ale zgodzisz się (zgodzisz?), że podpis pod zdjęciem „Ofiary izraelskiej agresji na Gazę w styczniu 2009 r. (Photo: NBI)” zawiera i przesądza: 1. ofiary, 2. agresja, a to coś więcej, niż dystans do obrazka, na którym widzę mundury (mundury?).
        teraz się nadmę – ciarki, to te zdjęcia ojca z synem i leciałbym zaraz zabijać.
        Raz już tak kiedyś leciałem…
        a potem się dowiedziałem, jak to było i już taki lotny nie jestem…

        Lotny już taki nie jestem ale żeby miało się samo wypalić? To ile to potrwa? Ilu ojców nie zasłoni swoich chłopaczków ręką, nogą, udem, miednicą i brzuchem?

        I moja odpowiedź:

        Wybacz Iżyku,
        ale jeśli chodzi o ten podpis pod zdjęciem („Ofiary izraelskiej agresji na Gazę w styczniu 2009 r.”), to sam powiedz, czy to co widzimy na zdjęciu nie jest skutkiem izraelskiej agresji? I czy te ciała, które widzimy, oraz ten zraniony mężczyzna, to nie są ofiary tej agresji?

        Dlaczego pozwalamy aby słowa zawsze rozmywały istotę rzeczy? Bo są magiczne? Bo potrafią zmienić fakty? Czy może nasze nastawienie do faktów?
        Okazuje się, że chyba częściej używamy słów po to, by mydlić sobie wzajem oczy, niż po to aby trafić w sedno, określić istotę rzeczy. Może dzieje się tak bo tzw. „sedno” czy „istota” są poza zasięgiem naszego pojmowania i dlatego zazwyczaj trafiamy w pudło?

        To zdjęcie, które zamieściłem przedstawia zabitych i zranionych palestyńskich policjantów. Dlatego ci mężczyźni są w mundurach. Równie dobrze mógłbym zamieścić zdjęcia zabitych wówczas dzieci (a więcej było cywilnych ofiar tej napaści, niż para-militarnych – a piszę „para-militarnych”, bo Palestyńczycy nawet nie mają swojego wojska). Ale na to już nie mogłem się zdobyć.
        Zauważ jak jesteśmy jednak zmanipulowani (i skorumpowani) przez nasze stereotypy, wyobrażenia i przyzwyczajenia. Twoje przypomnienie, że ci zabici są w mundurach, zakłada supozycję, że to są żołnierze, i przez to ich zabicie mogło być usprawiedliwione. (Bez względu na to, jakiego rodzaju to był napad?)

        Znam historię tego zdjęcia z Sajgonu.
        Czy uważasz, że pierwsza ludzka reakcja na nie – przerażenie horrorem wojennego zabijania, sprzeciw wobec strzelenia komuś w skroń – nie jest jednak najwłaściwsza?
        A że później poznajemy okoliczności tego zajścia, i okazuje się np. że ten zabijany mężczyzna wcześniej zabił kogoś, kto był po stronie tego, co teraz zabija?
        No i co z tego? Czy to cokolwiek istotnego zmienia? Nie. Właściwie w ten sposób zaczyna się to nasze „rozmydlanie”, „relatywizacja”, „usprawiedliwianie” zabijania.

        Podobnie próbowano rozmydlić efekt tych zdjęć, które zamieściłem w moim wpisie, przedstawiających moment zastrzelenia palestyńskiego chłopca przez izraelskich żołnierzy. Posunięto się do tego, że Żydzi oskarżyli Palestyńczyków o to, ze całe zajście było sfingowane, a chłopca zastrzelili sami Palestyńczycy. Obrzydliwość.

        • Onibe Says:

          agresja często bywa reakcją. Łatwo powiedzieć, że żadna akcja nie usprawiedliwia takiej reakcji, ale na ogół mówi się to z perspektywy czasu i dystansu. Nie lubię Żydów, ale nie jestem antysemitą w popularnym tego słowa znaczeniu – tak jak nie lubiąc Amerykanów nie staję się od razu antyamerykaninem (czy komuchem, czy talibem itd). A jednak podziwiam ich, bo wiem, że nie mają łatwego życia. Kraj bez jakiegokolwiek marginesu operacyjnego, wciśnięty pomiędzy wrogów, stosunkowo mało zaludniony, całkowicie uzależniony od pomocy zagranicznej. Klęska Izraela oznacza dla jego obywateli to o czym piszesz wyżej: kulę w łeb. Dlatego walczą i dlatego walczą skutecznie, niekoniecznie zaś tak, jak my byśmy chcieli by walczyli. Powiem tak: w 1939 roku mieliśmy okazję się wykazać w walce obronnej i udało się nam zapisać kartę historii pełną chwały, ale nasza armia nie obroniła ludności. W efekcie nasz naród został niemal zniszczony, intelektualnie unicestwiony i rozmazany pod butami najeźdźców. Czy mając to na uwadze nie uważasz, że jednak należało zrobić więcej? Grać niehonorowo, uderzać na Niemieckie miasta, palić je, mordować Nazistów, może nawet sprzymierzyć się z samym Diabłem, gdyby to miało pomóc… Humanizm to wspaniała rzecz, ale pojawiają się sytuacje, w których jedyny wybór to życie i śmierć. Lub życie Twoich bliskich lub obcych bliskich. Myślę, że Izraelici działają pod presją takiej właśnie sytuacji. Stąd robią to co robią.

        • Logos Amicus Says:

          Sporo myślałem o konflikcie palestyńsko izraelskim. I to od dawna. W ciągu ostatnich kilkunastu lat opublikowałem w prasie kilka artykułów na ten temat. Poznałem więc temat – o ile to tylko było możliwe – dokładnie i z bliska.
          Jeśli interesuje Cie ten temat, to zapraszam do przeczytania wpisu jaki kilka miesięcy temu opublikowałem na moim blogu:

          https://wizjalokalna.wordpress.com/2011/09/14/palestyna-i-zydzi/

          Tam wyłożyłem swoje racje i mój punkt widzenia. Jest to złożony problem, więc nie chcę teraz kwitować tego w paru zdaniach.
          Widzę, ze wówczas nie zabrałeś głosu w dyskusji.
          Może teraz napiszesz, z jakimi moimi argumentami się nie zgadzasz?

        • Onibe Says:

          przeczytam jutro, na spokojnie… dziś już koniec prasówki ;-). Skąd pewność, że nie zgodzę się z Twoimi poglądami? Zapewne z częścią faktycznie, skoro pomiędzy nieczytanym przeze mnie artykułem a dzisiejszymi Twoimi wypowiedziami zachowane jest kontinuum, ale nie jest powiedziane, że na pewno. Wbrew pozorom mam dość szerokie horyzonty i trafiają do mnie argumenty ludzi mądrzejszych ode mnie, a przynajmniej nie głupszych. Co prawda – tak jak napisał pierwszy komentujący w tamtym wątku – każdy w tym temacie ma ustalone poglądy i mam je ja (trudno aby było inaczej po pięciu latach studiów politologicznych, nie wspominając już o latach zainteresowania historią i polityką… ale, dość gdybania. Przeczytam, skomentuję. Choć… pewnie niewielu nam z tego przyjdzie, bo są tematy, w których lepiej się milczy niż gada ;-(

        • Logos Amicus Says:

          Onibe, wg mnie nie ma nic gorszego (dla otwartości myślenia) niż „ustalone poglądy”.

          Czekam na Twoją opinię.

        • Onibe Says:

          to zależy: nie zawsze ustalone poglądy są złe. Jeśli jesteś fanatykiem czegoś dlatego, że tak chce twoja rodzina, kumple i ulubiony dziennikarz a nigdy w życiu nie zadałeś sobie trudu aby odpowiedzieć na pytanie: „czy rzeczywiście?” to faktycznie, ustalone poglądy świadczą o umysłowej ciasnocie.

          z drugiej strony można mieć wiele ustalonych poglądów, które z ciasnotą nie mają nic wspólnego. Mało tego: sprzeciwiają się tak krytykowanej przez Ciebie relatywizacji. Weź nazizm. Ja uważam, że był zły. Od a do zet. Ale mamy już całą i rosnącą grupę ludzi, którzy w nazistach dostrzegają ofiary. I drugą grupę ludzi, którym imponuje ich siła, a przez to skłonni są obdarzyć ich sympatią. Idźmy dalej tym tropem: hokolaust. Moje ustalone poglądy w tej dziedzinie każą mi twierdzić, że był złem. Tak jak zagłada Ormian w Turcji, tak jak masakra w Wandei, tak jak masakra Azteków i Inków. Brak ustalonych poglądów pozwala dopuszczać wątpliwości. Nagle okazuje się, że ofiary same sobie zasłużyły na to co je spotkało. Żydzi – dobrze, że ich mordowano, bo byli bogaci, skąpi i cwani. Dla ogromnej części naszego miłującego pokój społeczeństwa jest to powód wystarczający do realizowania masowych morderstw. Aztekowie są jeszcze bardziej winni, bo przecież hurtowo zabijali jeńców i niewolników.

          i jeszcze jeden argument, ultima ratio: ustalony pogląd nie zakłada wąskiego poglądu. Twoim ustalonym poglądem jest wszak negowanie pewnych ustalonych poglądów innych ludzi ;-). Jeśli zakładasz, że nigdy nie przychylisz się do określonego stanowiska / określonych stanowisk to przecież też masz określony pogląd. Innymi słowy: ustalone poglądy mają nie tylko kibice Legii i Widzewa ale i ci, którzy zdecydowanie kibicostwem się nie interesują…

          pozdrawiam, zaraz poczytam tamten art… długi jest, więc pewnie do wieczora go będę trawił

        • Logos Amicus Says:

          Wiedziałem, że jeśli mi odpowiesz, to użyjesz tych argumentów :)
          Są logiczne i pewnie sam użyłbym podobnych.
          Jednym słowem: zgadzam się – ustalone poglądy nie muszą być czymś złym, nie muszą być ciasnymi poglądami i oczywiście nie muszą mieć wiele wspólnego z fanatyzmem.
          Ale niestety: najczęściej są pochodną niechęci do samodzielnego myślenia, (czyli wynikają z umysłowego lenistwa lub bojaźliwości), często wynikają też z biernego przyjmowania poglądów obiegowych, narzuconych (w taki czy inny sposób – także za pomocą „edukacji”, o tresurze ideologicznej nie wspominając) z zewnątrz, są wyrazem hołubienia stereotypów i przejawem myślenia schematycznego, także chodzą na pasku jakiejś ideologii, w tym i religii…

          Oczywiście, że ja także mam „ustalone” poglądy: podobnie jak Ty uważam holokaust za zło, tak samo jak eksterminację Indian amerykańskich i zniszczenie ich kultury, za zło uważam inkwizycję, a nawet wojny zaborcze (mające podstawy ekonomiczne, czy też zapewniające czyjąś dominację czy powiększenie swojego terutorium…) – które Ty np. starasz się już relatywizować (usprawiedliwiać?)
          Uważam za zło agresję (sprzed kilku lat) Izraela na Gazę, stosowany przez nich apartheid i de facto rasizm dyskryminujący Arabów.

          A Ty piszesz: „…nie uważasz, że jednak należało zrobić więcej? Grać niehonorowo, uderzać na Niemieckie miasta, palić je, mordować Nazistów, może nawet sprzymierzyć się z samym Diabłem, gdyby to miało pomóc… Humanizm to wspaniała rzecz, ale pojawiają się sytuacje, w których jedyny wybór to życie i śmierć. Lub życie Twoich bliskich lub obcych bliskich. Myślę, że Izraelici działają pod presją takiej właśnie sytuacji. Stąd robią to co robią.”

          Dokładnie tak samo – i to słowo w słowo – uważali naziści (a piszesz o nazizmie, że jest dla Ciebie „złem ad a do z”). Nie widzisz sprzeczności w swoim rozumowaniu? Czy jednak to nie jest jeden z tych Twoich ustalonych poglądów, że zło trzeba zwalczać złem – i to nawet „sprzymierzając się z samym Diabłem”?
          Zapewniam Cię, że Ci, którzy dopuszczają się mordów i ludobójstwa też są przekonani że czynią dobro (choć akurat chwilowo sprzymierzają się z Diabłem – bo to im, jak uważają, pomaga osiągnąć dobro).

          Piszesz: „Twoim ustalonym poglądem jest wszak negowanie pewnych ustalonych poglądów innych ludzi”
          Nie, „negowanie pewnych ustalonych poglądów innych ludzi” nie jest poglądem (co najwyżej metodą), a tym bardziej nie jest moim „ustalonym” poglądem.
          Choćby z tego powodu, że nie zawsze przecież neguję czyjeś ustalone poglądy.

        • Onibe Says:

          robię się przewidywalny, trudno ;-)

          odniosę się do zwalczania faszyzmu – zauważ, że o mordowaniu Nazistów nie pisałem w kategorii „więcej zarobimy, będziemy mieli więcej przestrzeni, nie lubimy ich, mają nieładne umundurowanie, wyznają nie tego boga co trzeba”. Tutaj mamy sytuację mimo wszystko klarowniejszą, bowiem TO ONI NAS ZAATAKOWALI ;-). I oni nas próbowali na wszelkie sposoby zniszczyć: kulturowo, społecznie, biologicznie, intelektualnie. Postuluję za obroną skuteczną, bo tylko taka ma sens. Czy jeśli ktoś zaatakuje Twoją rodzinę (broń Boże, niczego takiego nie życzę nikomu) to czy będziesz zastanawiał się jak daleko się posunąć w jej obronie czy raczej pójdziesz najprostszą ścieżką? Np. czy pomyślisz sobie, że wypada stać i patrzeć jak gwałcą i mordują Twoją córkę, czy raczej weźmiesz pogrzebacz i niehonorowo, od tyłu dziabniesz nim draba, który ma złe zamiary? Poniekąd podobnie jest z odpowiedzialnością za społeczeństwo. Moim zdaniem prawdziwa odpowiedzialność to gotowość na czynienie zła, załóżmy że mniejszego. Motyw ten nie jest nowy, acz naprawdę nie uważam, że aż taki zbieżny z nazizmem. Mocno jest eksploatowany w kulturze amerykańskiej, choćby we wszelkiego rodzaju westernach. Zauważ, jak często w klasycznym kinie amerykańskim występuje postać człowieka, który odwala brudną robotę czyniąc przy okazji dobro, ale ginie po drodze, bo reżyser/scenarzysta zawsze odmawia mu udziału w happy endzie. Szczęście jest zarezerwowane dla ludzi czystych, ale aby mogło nastąpić, konieczni są „mieszańce”.

          generalnie, możemy sobie długie lata dyskutować na ten temat i spierać co było pierwsze: jajo czy kura. Co było pierwsze: agresja czy jeszcze inna agresja. Czy agresorem jestem ja ze swoją gotowością mordowania agresorów, czy agresor jest ofiarą? Czy ja jestem ofiarą? A może w tym ciągu ofiar nie ma, są tylko agresorzy różnego stopnia?

          jest wiele przykładów, na podstawie których możemy dokonywać wyborów lepszego i gorszego zła. Wojna jest zła, zgadzam się z Tobą, ale czy np. Stany Zjednoczone wstrzymujące się do ostatniej chwili z wypowiedzeniem wojny Rzeszy były dzięki temu lepsze? Czy dobra była Francja, która wojnę wypowiedziała, ale bez konsekwencji? Czy byłaby lepsza, gdyby jednak w ogóle wojny nie wypowiedziała? Filozofia zaciemnia pewne sprawy, a przecież są sytuacje, w których trzeba podjąć decyzję. Lewo lub prawo. Nie uważasz, że obowiązuje wtedy jakaś doktryna skuteczności? Minimalizacji strat i ofiar? Paradoksalnie jednak, czasami trzeba ponieść ofiary dzisiaj, aby nie było ich jutro, Weźmy chociaż amerykańską wojnę przeciwko terroryzmowi – wszyscy kpimy z USA, plujemy na ich imperialną politykę, wysługiwanie się koncernom paliwowym itd, ale mało kto zadał sobie pytanie, co tak naprawdę powinny zrobić Stany Zjednoczone. Cofnąć się? Gdzie? Zakazać obywatelom robienia interesów na świecie, bo robią to zbyt dobrze? Pozwolić na kolejne ataki terrorystyczne? Zredukować o połowę armię i uzależnić się od czyjejś pomocy? Nie pytam o konkretną politykę, ale raczej rysuję ścieżkę problematyczną, która choć w odległy sposób, prowadzi nas w rejony o których dyskutujemy. Jeśli zbyt bardzo popadłem w dygresje to przepraszam, mam niestety skłonność do nadmiernego dywagowania ;-)

          wracając do meritum – faktycznie, uważam, że zło należy zwalczać złem, ale tylko wtedy, kiedy jest taka konieczność. Nie uważam, żeby właściwe było zabijanie tysiąca Palestyńczyków w ramach represji za pojedynczy atak bombowy na jakiś kibuc. Ale przecież inteligentni i panujący nad emocjami ludzie – bardziej my niż politycy i fanatycy – mogą na spokojnie ustalić czy dana sytuacja łapie się do jednej kategorii czy drugiej, prawda? Problem polega jednak na tym, że cały czas szukamy rozwiązań systemowych, a więc takich, które będą się działy. Stąd stawiamy albo w całości na rozwiązania siłowe albo w całości rozwiązania siłowe krytykujemy, zupełnie jakbyśmy nie wierzyli, że da się działać selektywnie. Zresztą, w systemie faktycznie się nie da, ale przecież systemy tworzymy my. Zbyt chętnie idziemy na łatwiznę…

        • Logos Amicus Says:

          Ja już dawno stanąłem przed takim problemem: uważam bowiem, że coś takiego jak zło (samo w sobie) nie istnieje i dopiero system etyczny jaki obieramy, pozwala nam nazwać coś złem (lub dobrem). Zło się pojawiło wtedy, kiedy zaczęliśmy – jako gatunek Homo sapiens – tworzyć kulturę. Z tego wynika, że zło jest relatywne. Ale – jeśli już przyjmiemy jakiś system etyczny – to to zło dla nas istnieje (zaczyna istnieć). Czyli: z jednej strony zła nie ma, ale z drugiej to zło jest. Paradoks, z którego człowiek chyba nigdy się nie „wywinie”.
          Zdaję sobie sprawę, że jest to coś w rodzaju zapędzenia się w kozi róg, ale ja jednak innego wyjścia nie widzę. Inni obchodzą ten problem wierząc, że to co dobre i co złe jest już osądzone przez jakąś Wyższą Instancję – że dekalogu nie wymyślił człowiek, tylko został nam on objawiony przez Boga. Ja tego komfortu (?) nie mam – więc niejako sam muszę decydować, posiłkując się własnym sumieniem. Bo to we mnie jest zapisana (zapisuje się?) prawo moralne, a nie gdzieś na jakichś metafizycznych Wysokościach, a tym bardziej – nie w gwiazdach.

          A jeśli chodzi o wojnę?
          Wojna jest czymś, czego organicznie wręcz nienawidzę (choć nie uważam się za pacyfistę). Właściwie jedyną wojną, z jaką nie mam żadnego problemu etycznego, jest wojna z hitlerowcami (może dlatego, że uważam iż stawką w niej nie było tylko nasze życie – zagrożenie naszego narodowego bytu – ale kierunek w jakim pójdzie zachodnia cywilizacja, a i najprawdopodobniej cała ludzkość (która, w wypadku zwycięstwa faszystów, przyjęła by standardy totalitarne, rasistowskie – wg mnie potworne i nieludzkie).
          Tak więc: zgadzam się, z nazistami trzeba było walczyć, i to walczyć skutecznie. Mimo to, nie uważam, że takie posunięcia z „naszej” strony jak mordercze bombardowanie Drezna przez aliantów (bezsensownie zginęło w nich kilkaset tysięcy cywilów) czy zrzucenie bomb na Hiroszimę i Nagasaki, były usprawiedliwione wojennym pragmatyzmem – że były niezbędne dla wygrania tej wojny.
          Wg mnie były złem.
          Złem, którego można było uniknąć, choć to – być może – związane było z wyższymi kosztami (ofiarami?) z naszej strony.

        • Onibe Says:

          zgadzam się z niemal wszystkim – z czym się nie zgadzam, to już wiesz ;-)

          wspomnę jednak tylko, że mówiąc o „złu” musimy pamiętać o jego niejednoznaczności. Co definiuje dobro i zło? Religia? Cóż, religie ludów amerykańskich nakazywały składać tysiące ludzi na ofiary – z punktu widzenia Azteków było to z pewnością dobre, bo zgodne z ich systemem etycznym, ale dla nas już niekoniecznie. Dla ofiar zaś.. cóż.

          wspomniałeś w którymś poście o zrównaniu z hitleryzmem z uwagi na agresję – wrócę do tego od tej strony. Być może wielu krwawych nazistów było dobrymi ludźmi w tym ujęciu, że ze wszelkich sił przeciwstawiali się swojemu rozumieniu zła. Jeśli oni naprawdę wierzyli, że to Żydzi są antrychrystami i źródłem chorób i nieszczęść, to przecież w takim ujęciu holokaust był dobry. Wiem, że dobra nie powinno się relatywizować, podobnie jak zła, ale oprócz relatywizacji jest jeszcze perspektywa patrzenia. I tutaj zaczynają się tzw. jaja…

        • Logos Amicus Says:

          „Co definiuje dobro i zło?”

          Onibe, ja już wielokrotnie na ten temat pisałem. M.in. w ostatnim komentarzu ;) :

          „…uważam, że coś takiego jak zło (samo w sobie) nie istnieje i dopiero system etyczny jaki obieramy, pozwala nam nazwać coś złem (lub dobrem). Zło się pojawiło wtedy, kiedy zaczęliśmy – jako gatunek Homo sapiens – tworzyć kulturę. Z tego wynika, że zło jest relatywne. Ale – jeśli już przyjmiemy jakiś system etyczny – to to zło dla nas istnieje (zaczyna istnieć).”

          Problemowi temu poświęciłem niedawno cały wpis (wychodząc od fragmentu wywiadu z Agnieszką Holland). Zapraszam do zapoznania się z nim:

          https://wizjalokalna.wordpress.com/2011/12/12/fundamenty-i-proznia-o-istocie-dobra-i-zla-slow-pare/

          Mimo wszystko powtórzę: dobro i zło definiuje system etyczny, który przyjmujemy.
          Mój system etyczny jest inny niż system etyczny faszystów. To, co oni uważali za dobro (wymordowanie Żydów, także innych narodów, prymat własnej rasy, totalitarne podejście do społeczeństwa, pogarda dla ludzi innej rasy…) ja uważam za zło.
          W sumie: proste.

  5. Torlin Says:

    Uwielbiam Twoje zdjęcia – portrety. Są fascynujące.

  6. echo Says:

    Jestem pod wrazeniem Twoich dzieci z kambodzy i sposobu jaki miales na nie. Tak samo jak ty nimi, one byly zainteresowane Toba, dlatego te zdjecia sa takie dobre.

  7. Beata Says:

    Uroda…no tak, bez podkręcania i tłumaczenia się powiem krótko, jak mawiał mój św. pamięci dziadek – trza mieć to cóś i tyle
    :) a to po prostu przyciąga jak magnes…pozdrawiam wnikliwego obserwatora cósiów :)


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s