ROCKETMAN, czyli miłość jest wszystkim czego potrzebujesz

.

Oto przykład, jak ignorując fakty i chronologię, realizm i biograficzną ścisłość, można nakręcić znakomity film, który oddaje nie tylko ducha muzyki i sceniczne emploi, ale również charakter i fenomen jednego z największych showmanów w dziejach muzyki pop.

 

Udręka i ekstaza w stylu pop. (Taron Egerton wcielający się w postać Eltona Johna w filmie „Rocketman„)

.

Reżyser Dexter Fletcher doprowadziwszy wcześniej do porządku „Bohemian Rhapsody” – po bałaganie, jaki zostawił na planie Bryan Singer, którego wylano z pracy z powodu seksualnych ekscesów – nakręcił bio-pic Eltona Johna już zupełnie po swojemu, dzięki czemu powstał film – co tu kryć – od biografii Freddiego i zespołu Queen lepszy. Bardziej zintegrowany a jednocześnie płynniejszy; mniej asekuracyjny, a przez to z większym polotem; żywszy i prawdziwszy (co jest paradoksalne, zważywszy na jego fantasmagoryjną odlotowość). To, że zdecydowano się zrobić z „Rocketmana” musical, wyszło temu filmowi zdecydowanie na dobre, bo forma ta okazała się tak pojemna, że mogła pomieścić wszystkie wymienione tu, decydujące o jego specyficznym charakterze, elementy.

To jest w sumie sztuka, by – stosując się ściśle do gatunkowego schematu (a „Rocketman” odwzorowuje wszelkie klisze biografii pop-rockowej gwiazdy) – nakręcić film tak oryginalny, świeży i zaskakujący. Bo podobne historie widzieliśmy już wiele razy: nieusłane różami dzieciństwo, wyobcowanie ze środowiska, brak akceptacji, poczucie „inności” i związane z tym kompleksy; poszukiwanie samego siebie; marzenie o wydostaniu się z kokonu i chęć pokazania światu kim się naprawdę jest; zachwianie seksualnej tożsamości, deficyt miłości… Także: wyjście ze scenicznego cienia, próby nagraniowe, utarczki z agentami, menadżerami, producentami płyt; pierwsze sukcesy, wejście na rynek, trasy koncertowe, wybicie (a w tym wypadku: wystrzelenie) się na gwiazdę – zdobycie sławy i bogactwa (które zwykle przewraca „gwieździe” w głowie). A przy tym: libacje, narkotyki, skandale, orgie… Dalej: stopniowe staczanie się w dół, bolesny upadek na dno. Wreszcie: otrzeźwienie, skrucha, detoks i postawienie się na nogi. A jeśli miało się dość szczęścia, to również muzyczny come-back.
To zdumiewające, jak wiele estradowych karier przebiegało według tego schematu. Niestety, nie wszystkie kończyły się happy-endem – w przeciwieństwie do tej, która była udziałem Sir Eltona Johna.
Nigdy nie byłem fanem estradowego image Eltona, podobnie jak spokrewnionego z nim estetycznie glam/glitter rocka – którego cyrkowość, jaskrawość, pompa i camp przytłaczały samą muzykę. Na szczęście nie było tak w przypadku Eltona Johna, którego kompozycje – ale też i sposób wykonania, wliczając w to grę na fortepianie i wokal – wyrastały ponad całą tę komercyjną papkę.
Nie… nie była to muzyka sezonowa – tych piosenek słucha się do dzisiaj, co niewątpliwie zwiększa szanse na powodzenie „Rocketmana”, który repertuar Eltona Johna wykorzystuje nader obficie.

Sam film jest tak dobry, że nie przeszkadzało mi to, iż motorem jego powstania był sam Elton John (executing producer), co oczywiście ustalało perspektywę, z jakiej kręcono „Rocketmana” i wpływało na jego zawartość. Zdaję sobie sprawę, że film wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby zrealizowano go z punktu widzenia np. rodziców artysty, jego menadżerów, czy życiowych partnerów… I chodzi tu nie tylko o wybielanie siebie samego – przedstawianie się w korzystnym świetle (co jest naturalną skłonnością człowieka) ze spora dozą próżności – ale o subiektywizm, który wprawdzie nadaje sens i znaczenie otaczającej nas rzeczywistości (a tym samym i naszemu życiu), ale zawsze ją przy tym zniekształca.
Tak więc, choć film miał być „do bólu szczery”, to owa „szczerość” jest tym właśnie skażona, mimo że pozostaje na swój sposób prawdziwa.
Z tych powodów w „Rocketmanie” można wyczuć pewną dwoistość, bowiem z jednej strony film nie ucieka przed ukazaniem Eltona jako narkomana i alkoholika, który nie radzi sobie z życiem i sławą; z drugiej jednak wydaje się bardziej winić za to innych, niż jego samego. Innymi słowy: Elton John jest tu grzesznikiem, ale jeszcze bardziej grzeszą przeciw niemu inni. I dzięki temu – bądź co bądź – zyskuje naszą sympatię.

Mam niewiele zarzutów wobec filmu Fletchera, ale o jednym muszę wspomnieć. Wydaje mi się bowiem, że jest on niesprawiedliwy względem rodziców Eltona, przedstawiając ich w sposób zbyt karykaturalny, płaski i antypatyczny – tak jakby w dzieciństwie zrobiono mu wielką krzywdę, naznaczając brakiem „właściwej” (porządnej, godziwej?) miłości na całe życie, co miało znamiona klątwy (w filmie parę razy słyszymy jego matkę, jak mówi: „you’ll never be loved properly”). A to przecież nie było ich winą, że Elton był gejem, a ówczesne społeczeństwo (a nawet prawo) było wobec homoseksualistów tak represyjne, wykluczające i stygmatyzujące.
Podobnie, choć chyba jeszcze bardziej fałszywie i z większym przekrętem, ukazuje się w filmie postać Johna Reida, długoletniego menadżera i kochanka Eltona Johna, jednoznacznie przypisanego tu ciemnej, nikczemnej i zdradzieckiej stronie ludzkiej natury.

Warto podkreślić, że orientacja seksualna artysty jest w filmie mocno zaznaczona – nie tylko przez dość śmiałe, jak na kino popularne, sceny homo-erotyczne, ale także jako oś, wokół której obraca się życie emocjonalne Eltona, pragnącego nie tylko akceptacji, ale przede wszystkim miłości. Bo to właśnie ona nadaje wszystkiemu sens. To dzięki Miłości znika poczucie pustki, którą wypełniało się alkoholem i narkotykami, a nawet próbowało się uciec w samobójstwo.
Ale film, bardziej niż psychodramą, a nawet biografią, jest musicalowym spektaklem – pełnym fantazji, niestroniącym od surrealnych wstawek – wręcz ostentacyjnie domagającym się od nas zawieszenia niewiary w coś, co ogarnięte bardziej trzeźwym umysłem, mogłoby się wydawać absurdalne. Ot, choćby… lewitacja – i to nie tylko artysty na scenie, ale i publiczności na widowiskowej sali. (Można przy tej okazji wspomnieć, że niektóre sceny filmu są niezwykle pomysłowo zrealizowane, będąc technicznym majstersztykiem).
Wprawdzie nowe wersje znanych przebojów Eltona Johna nie dorównują zazwyczaj oryginałom, to w choreograficznym żywiole filmu wypadają całkiem nieźle, a w niektórych momentach to nawet znakomicie. Bardzo dobrze radzi sobie z nimi zwłaszcza wcielający się w Eltona Taron Egerton, który moim zdaniem prezentuje się na ekranie znakomicie, i to nie tylko jako aktor (bardzo wiarygodny psychologicznie), ale i wokalista (jego interpretacja muzyczna jest nie tyle kopiowaniem Eltona, co tworzeniem nowej autonomicznej jakości, porównywalnej mimo wszystko z klasą oryginału).

Czy „Rocketman” przejdzie do musicalowej klasyki?
Moim zdaniem powinien, bo nie jest wcale gorszy od wielu filmów, które już się tam znajdują. Mimo, że ze swoją narracją cofa się o kilka dekad wstecz, to duchem jest tu, z nami – w czasach, kiedy nie tylko wiadomości, ale i gwiazdy są „fake”, a dziwactwa sprzed pół wieku wydają się bardziej normalne, niż pozująca na normalność współczesność.

*  *  *

(8/10)

O filmach ROMA, FAWORYTA, VICE, GREEN BOOK, NARODZINY GWIAZDY, CZARNA PANTERA, BLACKKKLANSMAN I BOHEMIAN RHAPSODY – rozmowa ze ZBIGNIEWEM BANASIEM

.

O filmach nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii BEST PICTURE rozmawiam ze Zbigniewem Banasiem, znanym krytykiem filmowym z Chicago.

.

GREEN BOOK, BLACKKKLANSMAN, CZARNA PANTERA:

.

.

FAWORYTA, VICE:

.

.

NARODZINY GWIAZDY, BOHEMIAN RHAPSODY, ROMA:

.

*  *  *

Ze Zbyszkiem Banasiem znamy się od wielu lat, dzielimy wspólną pasję, jaką jest kino. Jego erudycja, elokwencja i wiedza o filmie jest wśród Polonii chicagowskiej szeroko znana – głównie z programów radiowych i telewizyjnych, w których zajmuje się krytyką kina. Jest on również doskonałym konferansjerem. Z Festiwalem Filmu Polskiego w Ameryce związany jest od samego początku jego istnienia. Uczestniczy także, jako sprawozdawca, w najważniejszych festiwalach filmowych na świecie, organizowanych w Berlinie, Cannes, Sundance, Gdyni…

Spotkaliśmy się na tydzień przez 91. uroczystością rozdania Oscarów i porozmawialiśmy o ośmiu tytułach nominowanych w tym roku w kategorii Najlepszy Film. Rozmowa trwała prawie trzy godziny, z której prezentuję tutaj fragmenty, podzielone na trzy niespełna pół-godzinne części. Zdaję sobie sprawę, że w obecnej dobie pośpiechu i drastycznie skracającego się attention span, ich wysłuchanie może być pewnym wyzwaniem, ale zapewniam, że warto to zrobić, bo Zbigniew Banaś mówi rzeczy ciekawe i do tego pięknym polskim językiem.

Poniżej pozwalam sobie zilustrować ten wpis dwoma zdjęciami. Pierwsze pochodzi z mojego ubiegłorocznego spotkania autorskiego, które Banaś – wraz z dyrektorką Muzeum Polskiego w Ameryce, Małgorzatą Kot – prowadził. Drugie to… selfie wykonane przez samego Alfonso Cuaróna na prowadzonym przez Zbigniewa Banasia spotkaniu z publicznością na Festiwalu Camerimage w Bydgoszczy w ubiegłym roku. (Zbyszek zdradził, że kiedy Cuarón – nota bene nominowany w tym roku do Oscara nie tylko za reżyserie w kategorii Best Director, ale i za zdjęcia w kategorii Best Cinematography – zobaczył niezbyt udane selfie zrobione przez Zbyszka, to wziął jego telefon i strzelił zdjęcie nieporównanie lepsze… co widać na załączonym obrazku.

.

Zbigniew Banaś i Stanisław Błaszczyna na spotkaniu autorskim w Chicago (fot. Dariusz Lachowski)

.

Alfonso Cuarón i Zbigniew Banaś. (Zdjęcie-selfie zrobił reżyser „Romy” na prowadzonym przez Banasia spotkaniu z publicznością na Festiwalu Camerimage w Bydgoszczy w ubiegłym roku.)

.

O Oscarowych nominacjach przeczytać można TUTAJ.

.

OSCARY 2019, czyli co jest grane?

.

Zgadywankę kto w tym roku zdobędzie Oscary pozostawiam innym. Zamiast tego chciałbym pokrótce zaprezentować nominowane do tej nagrody filmy oraz ich twórców w najważniejszych kategoriach. Tych, którzy chcieliby czegoś więcej dowiedzieć się o filmach nominowanych do Oscara dla najlepszego filmu roku, zapraszam do przeczytania moich recenzji: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite”, „Green Book”, „Roma”, „A Star is Born” i “Vice”. Tutaj pozwolę sobie zamieścić kilka luźnych uwag, abyśmy mieli lepsze rozeznanie w tym, co będzie na uroczystości rozdania Oscarów grane.

.

.

NAJLEPSZY FILM „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite”, „Green Book”, „Roma”, „A Star is Born”, “Vice”

.

W tym zestawie uderza nie tyle wybitność filmów, które się w nim znalazły (może z dwoma wyjątkami, ale o tym za chwilę), co ich niezwykła różnorodność z jednej strony, oraz przynależność do kina rozrywkowego (z jednym wyjątkiem – wszyscy chyba domyślają się jakim) z drugiej. Nie ulega wątpliwości, że Oscary są upolitycznione – co ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony. Osobiście jednak uważam, że oceniając wartość jakiegoś filmu (a z czymś takim mamy do czynienia w przypadku rozdawania Oscarów) powinno się to robić w kategoriach sztuki kina, a nie mieszając do tego politykę. Niestety, z wyjątkiem „Bohemian Rhapsody”, „The Favourite” i „A Star is Borne” wszystkie pozostałe filmy – jak się okazało – nie zdołały uniknąć politycznych afektów, kwasów i odniesień.

Nie dziwię się, że stało się tak w przypadku „Vice”, czyli filmu politycznego par excellance. Tym bardziej, że była o biografia Dicka Cheneya opowiedziana przez kogoś, kto nie znosi Republikanów – a zwłaszcza „neoconów”, którzy rozpętali wojnę na Bliskim Wschodzie. Jednak McKay zrobił z tego bardziej satyryczną komedię niż zjadliwy paszkwil, posługując się przy tym dość powszechnie znanymi faktami, tym samym wytrącając z ręki broń swoim politycznym adwersarzom, choć nie unikając zarzutów o spłycenie postaci najbardziej wpływowego wiceprezydenta w historii Stanów Zjednoczonych.

Muszę się przyznać, że obawiam się nieco pisania tutaj o filmach, które w jakiś sposób powiązane są z problemem rasowym. Bo jeśli wspomnę tutaj o moich zastrzeżeniach wobec „Black Panther”, czy „BlacKkKlansman”, to ktoś gotów jest zarzucić mi… nie tylko brak politycznej poprawności, co wręcz krypto-rasizm. A tymczasem ja uważam, że np. wynoszenie pod niebiosa „Czarnej Pantery” ma swoją przyczynę również w tym, że ten film zrobili niemal wyłącznie twórcy o czarnym kolorze skóry (co, nawiasem mówiąc, rzeczywiście jest wspaniałym ewenementem). Tyle, że – abstrahując od jego doskonałości technicznej i walorów widowiskowych bluckbustera – nie jest to film wybitny, jeśli chodzi o jego zawartość myślową (scenariusz opowiada historię banalną, infantylną i dość absurdalną). Moim zdaniem filmem znacznie lepszym pod tym względem jest „BlacKkKlansman” Spike’a Lee. I mimo tego, że jego głównym tematem jest rasizm, to posiada on przy tym wiele zalet filmu rozrywkowego, więc ogląda się go bardzo dobrze. Przy czym, wcale nie musimy podzielać politycznego radykalizmu reżysera (znanego choćby z jego publicznych wystąpień), który jednak w pewnym stopniu przedostaje się do „BlacKkKlansmana”, co dla jednych jest zupełnie zrozumiałe, dla innych zaś – nieco bardziej problematyczne.

Niestety, nawet „Green Book” – film wydawałoby się zupełnie „nieszkodliwy” jeśli chodzi o nawiązanie rasowe, a wręcz przeciwnie – zbliżający do siebie rasy i przedstawiający czarnoskórego, który przewyższa białego intelektem, kulturą i zdolnościami – nie ustrzegł się kontrowersji, które jednak wydają mi się tak niedorzeczne, że nie myślę się tutaj o nich rozwodzić. Według mnie jest to bardzo dobre kino rozrywkowe, mimo że zrobione tak trochę „po publiczkę”.

To ostatnie zdanie mogłoby mi też posłużyć do opisania filmu „A Star is Born”, który – przyznaję – oddziałał na mnie jeszcze bardziej emocjonalnie niż „Green Book”. Bradley Cooper – ryzykując wiele! – wziął się za odgrzanie historii, którą w kinie przerabiano już ze cztery razy i muszę przyznać, że udało mu się to znakomicie – i to na wielu poziomach, łącznie z zagraniem jednej z głównych ról, czy obsadzeniem w charakterze swojej partnerki Lady Gagi.

W muzyczne rejony przeniosła nas również „Bohemian Rhapsody” – biografia Freddiego Mercury, którą przyjęto różnie, ale dla fanów zespołu Queen była to prawdziwa uczta, bo z ekranu (a właściwie z głośników), spłynęła na nich kaskada dźwięków, mogąca wprowadzić ich w euforię. Wprawdzie nikt nie może zastąpić prawdziwego Freddiego, ale wcielający się weń Rami Malek poradził sobie z tym całkiem nieźle, a już na pewno bardzo się nad tą rolą napracował.

Ponad całą tę rozrywkę wyrastają według mnie dwa filmy: „Faworyta” oraz „Roma”, choć na tym pierwszym też można się znakomicie bawić. Świetność „Faworyty” wynika z trzech rzeczy: znakomitej gry aktorskiej, doskonałego scenariusza i robiącej wielkie wrażenie oprawy plastycznej (fantastyczne kostiumy i scenografia). Film historyczny (akcja dzieje się na dworze królowej Anny, w XVIII-wiecznej Anglii), ale z zupełnie współczesnym zacięciem, jeżeli chodzi o ekspresyjność głównych postaci – trzech kobiet, które zwierają się tutaj w mocnym psychologicznym i emocjonalnym klinczu.

I wreszcie „Roma” – prawdziwy fenomen kina ostatnich miesięcy. Ja wiem, że to wygląda tak, jakby na punkcie tego filmu wszyscy zwariowali, ale rzeczywiście jest to obraz niezwykły i już teraz można chyba powiedzieć, że wybitny – bez względu na to, ile wpompowano w jego promocję i że to zrobił Netflix. „Roma” posiada wszelkie cechy kina art-house’owego, ale potrafi głęboko przeniknąć w głąb wrażliwości widza, który… zdoła na tym filmie dotrwać do jego końca. Oczywiście to jest żart, bo ja np. nie nudziłem się na „Romie” ani minuty (i nie chcę przez to powiedzieć, żem taki mądry i wyrafinowany) – bowiem zachwyciła mnie nie tylko forma tego filmu, ale i poruszyła jego zawartość. Coraz trudniej jest we współczesnym kinie o dzieło, które byłoby takim unikatem, jak „Roma”.

* * *

Christian Bale, Bradley Cooper, Willem Dafoe, Rami Malek, Viggo Mortensen

.

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY Christan Bale („Vice”), Bradley Cooper („A Star is Born”), Willem Dafoe (“At Eternity Gate”), Rami Malek (“Bohemian Rhapsody”), Viggo Mortensen (“Green Book”)

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY Mahershala Ali („Green Book”), Adam Driver („BlacKkKlansman”), Sam Elliott („A Star is Born”), Richard E. Grant (“Can You Ever Forgive Me?”), Sam Rockwell (“Vice”)

.

Jeśli chodzi o aktora w roli pierwszoplanowej, to głównymi rywalami do Oscara są tutaj Christian Bale i Rami Malik, choć pozostała trójka stworzyła kreacje znakomite (i według mnie lepsze od Malika, choć niedorównujące – z wyjątkiem może Mortensena – Bale’owi). Transformacja – nie tylko cielesna, ale i psychologiczna – jakiej dokonał Christian Bale w „Vice” robi ogromne wrażenie i nie wahałbym się ją nazwać genialną. Wprawdzie scenariusz nie pozwala mu odsłonić całej głębi charakterologicznej Dicka Cheneya, ale może rzeczywiście ten pozbawiony charyzmy polityk był w rzeczywistości takim nieskomplikowanym, ale żądnym władzy karierowiczem i technokratą, jakim przedstawia go Bale (a raczej autor scenariusza MacKay)?

Moim zdaniem wcale nie gorzej wypadł jednak  Viggo Mortensen, który w „Green Book” nie mniej organicznie przepoczwarzył się w nowojorskiego „makaroniarza” (podobnie jak Bale’a trudno mi go było w tej roli rozpoznać) i wraz z Mahershalem Ali stworzył w tym filmie koncertowy duet, równie wzruszający co zabawny.

Bradley Cooper wypadł w swoich „Narodzinach gwiazdy” jak zwykle, czyli świetnie. Ale zaskoczył choćby tym, że – nauczywszy się dla potrzeb tego filmu gry na gitarze i śpiewania w country-rockowej kapeli – całkiem wiarygodnie zabrzmiał w nagraniach koncertowych (zarejestrowanych na żywo!) Wprawdzie postać jaką stworzył na ekranie zalatywała nieco kliszą rockmana-alkoholika, to jednak dzięki chemii jaka zaistniała między nim a Gagą (nie tylko seks, ale i serce!) nie mieliśmy problemu uwierzyć w ten ich tragiczny romans, a nawet przejąć się nim wielce.

Wprawdzie za Rami’ego Malika śpiewał w „Bohemian Rhapsody” Freddie Mercury, a on sam „tylko” skakał po scenie i poruszał ustami (męcząc się z niewydarzoną protezą udającą cztery dodatkowe siekacze Freddiego) to jednak w filmie „Bohemian Rhapsody” aktor ten napracował się niewąsko, bo zagrać pop-kulturową legendę nie jest tak łatwo, zwłaszcza jeśli się to robi do tak schematycznego scenariusza i z reżyserem, którego ciągle nie ma na planie. Muszę się przyznać, że w Maliku brakowało mi tej charyzmy Freddiego – większej dynamiki poruszania się po scenie, mniejszej dziecinady w codziennym zachowaniu – lecz nie przeszkadzało mi to w dobrym odbiorze tego filmu, a zwłaszcza słuchaniu doskonałej muzyki, jaką stworzył zespół Queen.

Adam Driver nie zapadł mi jakoś w pamięć, Sam Elliot zagrał właściwie siebie, ale już Richard E. Grant zdecydowanie się spośród nich wyróżnił, wchodząc w skórę geja-utracjusza-narkomana-dandysa i wypełniając ją duszą (szkoda tylko, że zagrał w filmie, którego nikt prawie nie wdział). Sam Rockwell w „Vice” nie miał chyba tak trudnego zadania, bo co to za sztuka sparodiować George’a W. Busha? A poza tym pojawił się w filmie zaledwie w paru scenach. (Z tą parodią to jednak trochę przesadziłem, bo jego W. był jednak bardziej przekonujący, niż karykaturalny, i Sam naprawdę nie ma się czego wstydzić, a wręcz przeciwnie).

Na temat kreacji Willema Dafoe się nie wypowiadam („At Eternity Gate” to jedyny film jakiego nie widziałem, choć bardzo chciałem), ale znając tego aktora nie wątpię, że zmajstrował on coś szczególnego.

* * *

Yalitza Aparicio, Glenn Close, Olivia Colman, Lady Gaga, Melissa McCarthy

.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA Yalitza Aparicio („Roma”), Glenn Close („The Wife”), Olivia Colman („The Favourite”), Lady Gaga (“A Star is Born”), Melissa McCarthy (“Can You Ever Forgive Me?”)

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA Amy Adams („Vice”), Marina de Tavira („Roma”), Regina King („If Beale Street Could Talk”), Emma Stone (“The Favourite”), Rachel Weisz (“The Favourite”)

.

Zacznę może od aktorek drugoplanowych, bo ta kategoria to jeden wielki „mess”. Przede wszystkim nie wiem co tutaj robią Emma Stone i Rachel Weisz, bo stworzone przez nie kreacje zdecydowanie bardziej należą do kategorii Actress in a Leading Role, wyróżniając się ponadto spośród wszystkich wymienionych wyżej pań i jedyna Glenn Close w „The Wife” zagrała równie doskonale co one (Oscar murowany). To nie znaczy jednak, że pozostałe aktorki znalazły się w obu tych kategoriach przypadkowo, zwłaszcza Olivia Colman. Nie, Melissa McCarthy, Amy Adams, Regina King a nawet Lady Gaga wykazały się doskonałym rzemiosłem – ich nominacje nie dziwią, tym bardziej, że już od dawna cieszą się famą aktorek z pierwszej ligi.

Odnoszę wrażenie, że Marinie de Tavira bardzo pomógł w otrzymaniu nominacji niebywały hype, jaki się wytworzył wokół „Romy”, bo gdyby nie to, to pewnie nikt z Akademików nie zwróciłby na nią uwagi (każdego roku w światowym kinie powstają setki znakomitych ról). Trochę podobnie jest z Yaliztą Aparicio, ale dość niezręcznie mi jest o tym pisać, bo ja tę kobietę bardzo polubiłem (lecz niekoniecznie jako aktorkę). Yalitza jest amatorką-naturszczykiem, do filmu Cuaróna trafiła przypadkowo, oczekując na otrzymanie pracy przedszkolanki. Ma w „Romie” kilka wzruszających scen, gdzie wypadła bardzo naturalnie, ale żeby od razu Oscar? Choć ja w sumie się z tego sukcesu Yalitzy cieszę, bo wolę, żeby to ona była celebrowana, a nie jakiś zawodowy celebryta, który hołdów ma w swoim życiu po pachy. Ponadto stała się ona swego rodzaju ambasadorem rdzennych Meksykanów, co jest samo w sobie cenną wartością, ale to wszystko należy przecież do sfery poza-filmowej.

Jak już wspomniałem, wszystko wskazuje na to, że Oscara otrzyma Glenn Close i to nie dlatego, że mimo siedmiu bodajże dotychczasowych nominacji, złotej statuetki do tej pory nie dostała, choć niejedną świetna rolę zagrała a jej dorobek aktorski jest doprawdy imponujący… No może z tych powodów też, ale faktem jest, że jej wystąpienie w „The Wife” (o którym to filmie, gdyby był bez niej, już dawno by zapomniano) było naprawdę wybitne – moim zdaniem najlepsze w kinie amerykańskim ubiegłego roku.

O tym już napomknąłem, ale nie zaszkodzi powiedzieć to jeszcze wyraźniej: aktorskie mistrzostwo świata osiągnęły w „Faworycie” Olivia Colman, Rachel Weisz i Emma Stonne, ale niestety – a series of unfortunate events spowodowała, że nie przełoży się to na Oscary (choć w kategorii Actress in a Supporting Role wszystko się może zdarzyć). Jednakże, prawdę mówiąc, czy jest to aż takie ważne wobec faktu, że te fantastyczne role powstały, poszły w świat i zostały uwiecznione w nad wyraz nietuzinkowym filmie?

Nie chce mi się za bardzo ruszać przypadku Reginy King (dobre wystąpienie w filmie „If Beale Street Could Talk”, który Akademia pozostawiła raczej w spokoju), bo nie wiem, ile w tym wyróżnieniu jest koniunktury, lecz nie sposób czegoś więcej nie napisać o zaskakująco dojrzałym debiucie Stefani Germanotti, która fanom muzyki pop znana jest jako Lady Gaga – dość teatralna persona, skrywająca się za maską efekciarstwa i bombastycznonści. Na szczęście Bradley Cooper wybił jej z głowy aplikację wszelkiej sztuczności do swojego filmu i Stefani zagrała bardzo naturalnie i ujmująco, choć wyraziście i dobitnie. I oczywiście z Bradleyem przebojowo zaśpiewała, co niewątpliwie przyczyniło się do sukcesu „Narodzin gwiazdy”, który bez takiej dobrej muzyki nie byłby możliwy.

* * *

Paweł Pawlikowski, Yorgos Lanthimos, Spike Lee, Adam McKay, Alfonso Cuarón

.

NAJLEPSZY REŻYSER Spike Lee („BlacKkKlansman”), Paweł Pawlikowski („Cold War”), Yorgos Lanthimos („The Favourite”), Alfonso Cuarón (“Roma”), Adam McCay („Vice”)

.

Jeśli chodzi o tę kategorię, to powiedzmy sobie szczerze, że były lepsze lata. Oczywiście, że cieszy nominacja dla Pawła Pawlikowskiego za „Zimną wojnę”, ale ja miałem co do tego filmu tyle zastrzeżeń, że czuję z tego powodu pewien dyskomfort, bo osobiście nie uważam, że Pawlikowski wyreżyserował ten film dobrze (i myślę, że była to również wina źle napisanego scenariusza). Wiem, że tymi stwierdzeniami narażam się licznym wielbicielom tego filmu, no ale cóż mam począć – obłudnie chwalić albo całą rzecz przemilczeć? Nie chcę tego robić, a i jest już na to za późno, bo moja recenzja została opublikowana nie tylko na mojej stronie autorskiej, ale i w prasie polonijnej. Długą rozmowę na temat „Zimnej wojny” przeprowadziłem również ze znanym krytykiem filmowym Zbigniewem Banasiem (jej fragmentu można wysłuchać tutaj). Mój główny zarzut wynikał z tego, że Pawlikowskiemu nie udało się wiarygodnie opowiedzieć tej historii, a estetyka filmu okazała się ważniejsza od jego fabularnej treści.

Mogłoby się wydawać, że podobnie koneserski – i snobistyczny – film nakręcił Alfonso Cuarón, ale wbrew pozorom jego „Roma” jest tak odmienna od „Zimnej wojny”, że mógłbym tu napisać o tym sążnisty elaborat, ale to sobie (i ewentualnemu Czytelnikowi) daruję. Bo to, że oba filmy posługują się obrazem czarno-białym, to tylko bardzo powierzchowne podobieństwo. Przede wszystkim „Roma” – mimo kadrowego piękna i operatorskiej wirtuozerii – nie jest dziełem przeestetyzowanym. Dla Cuaróna najważniejszy był w tym wszystkim człowiek i ten autentyzm ludzkich relacji w jego filmie jest odczuwalny. Być może przyczynił się do tego fakt, że aktorzy dostawali od niego scenariusz dopiero w dniu kręcenia danej sceny, więc na planie filmowym zachowywali się tak, jak w życiu, w którym przecież nie mamy pojęcia co przyniesie następna chwila. To nie przypadek, że Cuarón nakręcił taki unikalny film, bo wszystkie jego dotychczasowe – jak np. „I twoją matkę też”, „Ludzkie dzieci”, czy zwłaszcza „Grawitacja” – jeśli nawet nie były doskonałe, to na pewno wyróżniały się swoją oryginalnością, a ponadto każdy z tych obrazów był zupełnie inny od pozostałych. Wszystkie były dobre, ale „Roma” jest wśród nich najlepsza – i to nie dlatego, że dostała aż 10 nominacji do Oscara (i zdobędzie co najmniej połowę z nich), ale dlatego, że jest to naprawdę film wybitny, który według mnie zapisze się w historii światowego kina.

Coś mi się wydaje, że Spike Lee znowu nie ma szczęścia, bo w tym roku – kiedy wreszcie mógłby dostać Oscara za reżyserię – trafił (podobnie jak inni kandydaci nominowanie w innych kategoriach) na zabójczą konkurencję w postaci Cuaróna i „Romy”. Sprawność reżyserska Spike’a Lee jest niewątpliwa i mimo, że w swoim filmie dosłownie żongluje on konwencjami, nieustannie zmieniając przy tym ton, to jego „BlacKkKlansman” pozostaje utworem spójnym, zachowującym ciągłość. Jest też niezłą rozrywką i choć głównym tematem filmu jest rasizm to Spike’a Lee nie opuszcza w nim humor, udzielający się też widzowi.

Bardziej niemiłosierny dla swoich bohaterów (czy też raczej bohaterek, bo w centrum jego filmu znajdują się panie) jest Yorgos Lanthimos, który miał o tyle łatwiej w stworzeniu filmu wybitnego (jakim niewątpliwie jest „Faworyta”), że dysponował doskonałym scenariuszem oraz aktorkami, które swoją brawurą mogły zakasować całą resztę koleżanek po fachu. Ale ten Grek jest twórcą filmów naprawdę intrygujących i choć „Faworyta” nie jest tak surrealnie odjechana, jak np. „Lobster” czy „Zabicie świętego jelenia”, to ekstrawagancki i prowokując styl Lanthimosa jest w tym filmie bardzo wyczuwalny, ale – co ciekawe – ta osobliwość nie odpycha, a wręcz przeciwnie – ma w sobie nieodpartą moc atrakcji.

Reżyserskim oryginałem jest również Adam McKay i chociaż „Vice” nie ma chyba takiej finezji jaką miał jego wcześniejszy film „The Big Short”, to jednak ta polityczna satyra, jaka jest „Vice”, będąca czymś w rodzaju biografii Dicka Cheneya i anty-republikańską filipiką, sprawdza się w kinie całkiem nieźle, zwłaszcza dla tych, którzy podzielają liberalne poglądy MacKaya i jego awersję do neo-konserwatystów z administracją Busha na czele. Reżyser nakręcił „Vice” w tym samym stylu, co „The Big Short”, który polega na aplikacji przeróżnych elementów – zbitek montażowych, przeskoków w czasie, mieszania dokumentu z fikcją i powagi z komedią. Przy czym to wszystko nie przytłacza widza, a film nie traci lekkości, zyskując na erudycyjności. Wygląda na to, że w tym stylu McKay czuje się najlepiej, wyrażając się interesująco i elokwentnie, co znalazło uznanie nie tylko widzów, ale i amerykańskiej Akademii filmowej.

PS. W komentarzach zabawiłem się jednak w zgadywankę, kto zdobędzie Oscara. Ciekaw jestem ile będzie trafień, a ile pudeł… czego dowiem się już w najbliższą niedzielę, 24 lutego.

*  *  *

Recenzje filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: Black Panther”, „Faworyta”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Vice”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

„VICE”

.

Przyszła kolej na omówienie ostatniego filmu z Oscarowej puli ośmiu tytułów nominowanych w tym roku do Oscara. Jest to satyra polityczna w reżyserii Dama MacKay’a, która zajmuje się najbardziej chyba znanym wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, który mimo braku charyzmy, uważany był za jednego z najbardziej wpływowych polityków kilku ostatnich dekad.

.

Christian Bale jako Dick Cheney w filmie „Vice”

.

Tytuł filmu mówi za siebie – jest to nomen omen dość ostentacyjny w przekazie tego, co reżyser „Vice” Adam McKay sądzi o wiceprezydencie George’a W. Busha. No cóż, film mógłby również nosić tytuł „Dick” – co zapewne spotkałoby się z aplauzem mniej wybrednych (jeśli chodzi o aluzyjną finezję) liberalnych anty-republikanów – ale nawet dla McKaya, który swego czasu produkował się dla programu Saturday Night Live, byłoby to za dużo. Tym bardziej, że „Vice” mimo wszystko stara się ukazać to bardziej „ludzkie” oblicze Dicka Cheneya, począwszy od młodzieńczych falstartów (pijaństwo, wydalenie z Yale); przez dobrą relację z prostującą go – dopingującą i wspierającą – żoną; po okazanie cieplejszych ojcowskich uczuć swojej córce, która okazała się lesbijką (jak na ironię jego mocno konserwatywnych zapatrywań).

W swoim najnowszym filmie Adam McKay jeszcze bardziej podkręca narracyjną konwencję, którą zastosował w pamiętnym „The Big Short”, polegającą na ukazaniu opowiadanej historii w formie kolażu różniących się stylistycznie zbitek montażowych i obrazów, mieszaniu fikcji z dokumentem, zawieszaniu akcji, stosowaniu czasowych przeskoków, gwałtownej zmianie tonów – o takich drobiazgach jak stop-klatki, slow-motion, czarne plansze, czy bezpośrednie zwracanie się do widza, nie wspominając. Wszystko wskazuje na to, że McKay wyrabia sobie w ten sposób swój filmowy charakter pisma, a to wszystko staje się jego znakiem rozpoznawczym.

Styl ten sprawdził się doskonale w „The Big Short”, filmie zajmującym się konkretną sytuacją polityczno-społeczną, czyli krachem finansowym, jakiego Stany Zjednoczone doświadczyły pod koniec pierwszej dekady naszego wieku. Czy jednak równie dobrze sprawdza się w „Vice”, który jest właściwie biografią, obejmującą niemal 50 lat życia jednego człowieka? Opinie są różne, ja jednak nie miałem z tym większego problemu, bo film oglądało mi się bardzo dobrze. Co jednak nie oznacza, że po projekcji nie miałem wobec niego żadnych zastrzeżeń.

„Vice” jest polityczną satyrą, z dość wyraźnie zaznaczoną tezą, co może już na dzień dobry podzielić widownię, która zwykle jest już podzielona politycznie – często zatopiona w swoim plemiennym zacietrzewieniu i bezkrytycznej stronniczości.

Nie ulega wątpliwości, po jakiej stronie stoi McKay, co – paradoksalnie – nie przesądza jeszcze o wartości poznawczej filmu, ale rodzi uzasadnione pytanie o faktograficzną rzetelność i zdolność reżysera do wyważenia pewnych racji, artykułowanych – i zrozumiałych – nie tylko we własnym obozie.

I tutaj zgadzam się z tymi, którzy uważają, że McKay wyłamuje otwarte drzwi, tzn. zwraca się do tych, którzy są już przekonani – tak naprawdę zabawiając ich tym, co wszyscy już znają (nota bene posługując się jednak przy tym faktami). Inna sprawa, że obecnie – jak mi się wydaje – wszystkie spory polityczne (i to na całym świecie, wliczając w to nie tylko Stany Zjednoczone, ale również Polskę) polegają na przekonywaniu tych, którzy już są przekonani, a tym samym impregnowani nie tylko na racje adwersarzy, ale i na same fakty.

Powiedzmy sobie szczerze, że film nie wchodzi zbyt głęboko w społeczno-polityczną tkankę rzeczywistości amerykańskiej, ani tym bardziej światowej. Być może dzieje się tak dlatego, że McKay przyjął zbyt szeroką perspektywę czasową, a ponadto skupia się głównie na polityczno-biograficznych „fajerwerkach” z życia bohatera, tworząc coś w rodzaju – jak to trafnie ktoś określił – listy „Największych Przebojów Niesławy Dicka Cheneya”. Film zbudowany jest przemyślnie, ma skomplikowaną i ciekawą formę, ale jego zawartość intelektualna nie poraża ani bogactwem, ani głębią – ślizgając się po powierzchni całego tego politycznego cyrku i serwując nam same oczywistości. Gdzieś tam w tle dzieją się okropności, widzimy straszne obrazy, zdajemy sobie sprawę z bezwzględności machiny władzy i działania sił, które mielą losy milionów ludzi na całym świecie, ale odnosi się wrażenie, że twórcom filmu bardziej odpowiada sznyt satyryczny, niż tragiczny, dlatego bardziej idą w skecz, niż w dramat. Być może odzywa się w tym przeszłość reżysera jako autora Saturday Night Live?

Ta swoista lekkoduszność sprawia, że ciężar gatunkowy zawartej w „Vice” mikstury jest o wiele mniejszy, niż w innych, bardziej drapieżnych i dociekliwych dramatach kina politycznego, jak chociażby w filmach Olivera Stone’a, którego pasja i temperament – mimo jego predylekcji do teorii spiskowych i mocnego przechyłu w lewo – pozwalały mu na tworzenie obrazów potrafiących nami wstrząsnąć i głęboko poruszyć.

Ale dość tego narzekania, bo ktoś pomyśli, że jest to film błahy i zepsuty, na którym można się tylko nudzić albo irytować. Otóż tak nie jest, bo w konwencji kina rozrywkowego „Vice” sprawdza się jednak znakomicie – czego przykładem nie tylko moja pozytywna reakcja, osiem nominacji do Oscara, ale i opinie widzów, którym film się spodobał. (A ci stanowią jednak większość).

Pisząc o „Vice” nie sposób nie wspomnieć o zdumiewającej kreacji Christiana Bale’a, który – wbrew swojej aparycji będącej cielesną antytezą Dicka – przepoczwarzył się w Cheneya, przyjmując nie tylko jego posturę, powierzchowność, gesty czy sposób mówienia, ale i wchodząc głębiej w jego psyche, dzięki czemu na ekranie widzieliśmy prawdziwego człowieka, a nie tylko personifikację przytłoczoną kilogramami lateksu (nawiasem mówiąc charakteryzacja Bale’a w roli Cheneya była według mnie znacznie lepsza, niż Oldmana w roli Churchilla). Muszę przyznać, że Bale osiągnął ten autentyzm wbrew temu, że scenariusz filmu traktuje postać Cheneya dość powierzchownie, kreśląc jego motywacje zbyt grubą kreską, nie mając najlepszego zdania o jego inteligencji (bo z tym, że Dick Cheney nie miał żadnej charyzmy, to chyba wszyscy się zgadzają).

Postacią bardziej skeczową jest George W. Bush w interpretacji Sama Rockwella (nominacja do Oscara), który ukazał W. – bardziej go parodiując, niż odgrywając – jako dość bezwolnego i nie tryskającego raczej mądrością prezydenta, który nie za bardzo wie, co się wokół niego dzieje. Najmniej wiarygodny jest grany przez Steve’a Carella Donald Rumsfeld – jak na mój gust zbyt karykaturalny, przypominający tu bardziej cynicznego satyra-śmieszka, niż bezczelnego i sztywnego technokraty bez skrupułów, jakim był w rzeczywistości Rumsfeld. Postacią nie do końca wykorzystaną jest moim zdaniem żona Cheneya Lynne (w którą wcieliła się, również nominowana do Oscara, Amy Adams) – ważna na początku filmu, ale później jakby usunięta w cień.

Cięgle łapię się na tym, że mimo iż film mi się podobał, to więcej piszę tu o jego wadach, niż zaletach. Być może bierze się to z pewnego rozdźwięku między moimi seansowymi emocjami a bardziej refleksyjnym racjonalizmem, który dopiero teraz, przy pisaniu tej recenzji, do mnie dociera i nieco mnie chłodzi. Trochę mi wstyd, że się bawiłem na filmie poruszającym sprawy, które swego czasu były dla mnie źródłem zupełnie niezabawnych konkluzji dotyczących mechanizmów władzy, politycznego cynizmu, korporacyjnego łupiestwa czy roli Stanów Zjednoczonych w destabilizacji Bliskiego Wschodu. Ale przecież kino, to również – kto wie, czy nie przede wszystkim? – rozrywka.

Prawdę mówiąc, napisałem to wbrew temu, że zawsze oczekiwałem od kina czegoś więcej.

* * *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „Faworyta”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

„NARODZINY GWIAZDY”

.

Kontynuując serię recenzji filmów, które znalazły się w tegorocznej Oscarowej puli (w kategorii Best Picture), przyszła kolej na „Narodziny gwiazdy” – jedną z największych niespodzianek kinowych ubiegłego roku.

.

Lady Gaga i Bradley Cooper w filmie „Narodziny gwiazdy

.

„NARODZINY GWIAZDY” („A Star is Born”, reż. Bradley Cooper)

Film, który emocjonalnie oddziałał na mnie chyba najmocniej z wszystkich filmów, jakie obejrzałem w ubiegłym roku. Kiedy zaraz po projekcji ktoś zapytał się o moje wrażenia, odpowiedziałem: nerve wrecking, heart breaking, tear jerking, bo rzeczywiście ładunek uczuciowy w tym filmie był ogromny i to on moim zdaniem zadecydował o powodzeniu „Narodzin gwiazdy” wśród widzów.
Oczywiście, nie miałoby to miejsca, gdyby Bradley’owi Cooperowi (który nie tylko film wyreżyserował, ale i wystąpił w nim w jednaj z głównych ról) nie udało się wiarygodnie ukazać na ekranie tragicznej miłości dwojga bohaterów, którymi byli tutaj: Jackson „Jack” Maine (Cooper), niszczony alkoholizmem idol rocka oraz grana przez Lady Gagę Ally – kelnerka, w której Jack odkrywa wielki muzyczny talent. Pomaga on jej uwierzyć w siebie, namawia do pisania piosenek i wręcz zmusza do tego, by zamiast produkowania się w obskurnych nocnych klubach, zaśpiewała z nim przed stadionowym audytorium.

Historia ta wielokrotnie przenoszona była na ekran (m.in. w pamiętnym filmie z udziałem Barbry Streisand i Krisa Kristoffersona) więc wielu z nas zna jej przebieg: podczas gdy Jack stacza się coraz bardziej, kariera Ally eksploduje, wynosząc ją do statusu gwiazdy. Jednakże w tym najnowszym remake’u opowieść ta nabrała niespodziewanej świeżości, więc można ją było przeżyć na nowo.

To, że Bradley Cooper jest dobrym aktorem, wiedziałem od dawna. O tym, że Lady Gaga (której estradowa persona podoba mi się umiarkowanie) potrafi zagrać tak znakomicie, dowiedziałem się dopiero tym razem. Wydaje mi się, że największym atutem filmu – oprócz warstwy muzycznej – jest autentyzm i intensywność relacji stworzonej na ekranie przez Lady Gagę i Coopera – chemia jaka się między nimi wyzwala, działa na nas jak narkotyk, i to od pierwszego ich zetknięcia się na ekranie.
To nic, że kreacja Coopera powiela cliché alkoholika i rockmana; to nic, że film jest przewidywalny jak banalny melodramat. Ta para na ekranie żyje, cierpi, kocha… i pozbawione jest to krzty sztuczności. Ten film tak łatwo można było położyć. Cooper o tym wiedział, a jednak zaryzykował – nie tylko dlatego, że sam po raz pierwszy wziął się za reżyserię; nie tylko dlatego, że postanowił sam śpiewać (a przy okazji nauczyć się gry na gitarze) a sceny swoich wystąpień koncertowych dla potrzeb filmu nagrywać na żywo… Nie… Jego największym ryzykiem było zaangażowanie do tego filmu Lady Gagi – która nie tylko nie miała żadnego doświadczenia w graniu większych ról, ale stworzyła w pop-kulturze postać tak sztuczną, efekciarską i przejaskrawioną, że głowa boli. Podobno pierwszą rzeczą, jaką Cooper zrobił przy castingu, było zmycie makijażu – tych wszystkich pudrów, kremów i szminek – z twarzy Stefani Germanotta (jak brzmi prawdziwe nazwisko Lady Gagi). Całe szczęście, bo na ekranie zobaczyliśmy normalną, naturalną dziewczynę… wprawdzie o przeciętnej urodzie, ale mającą w sobie taki urok, że kiedy Bradley mówił jej, że jest piękna – wpatrując się w nią maślanym, deczko rauszowym wzrokiem – to można mu było wierzyć, a nawet piękno Ally samemu dostrzec.

No i udało się! Wybór ten okazał się strzałem w dziesiątkę, bo Stefani nie tylko filmu nie zepsuła, ale – jak się wydaje – na wyższy jeszcze poziom wyciągnęła, o sprawdzeniu się jej kompetencji piosenkarskiej nie wspominając. Właśnie, to jeszcze jeden fenomen tego filmu: Lady Gaga stworzyła postać zupełnie do siebie niepodobną, choć nawiązującą do pewnej popowej konwencji własnej kariery. Gdyby bowiem chciała zagrać siebie taką, jaką wystawia na widok publiczny w show-businessie, to pewnie nic by z tego filmu nie wyszło. A tak najlepiej brzmią piosenki, które śpiewa w stylu zbliżonym do tego, jaki uprawia Bradley – czyli bez tej całej cudacznej choreografii i popowej pompy.
Muzyka jest bardzo mocną stroną „Narodzin gwiazdy”. Abstrahując od jej rzeczywistej wartości (to co gra i śpiewa Cooper jest zwykle bardzo dobre, ale miejscami uszu nie urywa; Lady Gaga czasami jest zbyt krzykliwa, ale są momenty, kiedy jej interpretacja nas przeszywa i zapada w głąb duszy) ścieżka dźwiękowa filmu brzmi w kinie rewelacyjnie. Jest znakomitym dopełnieniem obrazu, dodatkowo wzmacniając nasze emocje.
Bardzo dobrze sprawdza się również styl, jaki zastosował autor zdjęć Matthew Libatique („Black Swan”, „Requiem for a Dream”). Bliskie ujęcia twarzy sprawiają, że czujemy obecność Ally i Jacka niemalże intymnie. Świetne jest wykorzystanie światła i koloru. Sposób fotografowania doskonale współgra z tym, co się dzieje przed kamerą. Niewątpliwie to wszystko przyczynia się do autentyzmu tego, co w konsekwencji widzimy na ekranie. W ten film włożono nie tylko ogrom serca, ale i wiele filmowego kunsztu.

Zastanawiam się co sprawia, że tę prostą a jednocześnie niezmiernie smutną historię chcą opowiadać kolejne pokolenia twórców kina, a widzowie oglądać i słuchać? Na czym polega jej uniwersalizm? Najbardziej oczywistą odpowiedzią byłoby wskazanie na miłość i śmierć, która tę miłość przerywa – odwieczne tematy ludzkich opowieści dotyczące właściwie nas wszystkich. Dochodzi do tego ambicja zdobycia sławy i cena, jaką często musi się za to zapłacić. Uświadomienie sobie, że ta sława jest jeszcze jedną iluzją, dla której jesteśmy gotowi poświęcić to, co w życiu najważniejsze, a często nawet i samego siebie; wreszcie, że potrzebujemy drugiego człowieka, a do największej tragedii dochodzi wtedy, kiedy nie możemy być z kimś, kogo naprawdę kochamy.

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „Faworyta”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

CZARNE JEST CZARNE – o filmach „BLACK PANTHER” i „BLACKKKLANSMAN”

.

Wprawdzie Oscary nie są dla mnie wyznacznikiem wartości filmu, to jednak uważam, że wszystkie filmy nominowane do tej nagrody w kategorii Best Picture warte są uwagi i obejrzenia. Tutaj piszę o dwóch z nich – różnych jeśli chodzi o formę, podobnych jeśli chodzi o pewien społeczny problem.

.

Bawiąc się konwencjami, zmieniając ton – posługując się groteską, dramatem i humorem – Spike Lee mówi nam, że rasizm jest ciągle żywy („BlacKkKlansman”)

.

„CZARNE BRACTWO. BLACKKKLANSMAN” („BlacKkKlansman”, reż. Spike Lee)

Podobnie jak „Green Book”, także najnowszy film Spike’a Lee „BlacKkKlansman” nawiązuje do prawdziwej historii, której bohaterami jest czarno-biała para, i również tak niezwykłej, że sprawiającej wrażenie zupełnie niewiarygodnej, wręcz wydumanej i fantastycznej. Ron Stallworth był pierwszym czarnoskórym policjantem w mieście Colorado Springs, jak również pierwszym czarnym, którego przyjęto w szeregi… Ku Klux Klanu. To jednak wymaga pewnego wyjaśnienia: wprawdzie Stallworth otrzymał legitymację KKK (dzięki sile perswazji jaką wykazywał w rozmowach telefonicznych z przywódcami KKK), to w gangu szowinistycznych zakapiorów reprezentował go jego biały kolega z policji Philip (Flip) Zimmerman. Obaj mieli za zadanie infiltrację organizacji i ewentualne unieszkodliwienie planowanych przez KKK zamachów.

Spike Lee niemal obsesyjnie zajmuje się w swoich filmach relacjami między czarną a białą społecznością amerykańską, w centrum umieszczając rasizm i związany z nim konflikt, który staje się nie tylko rdzeniem dramaturgicznym jego filmowych opowieści, ale i źródłem napięcia, wyzwalającego momentami w widzach niezwykle silne emocje. Sam jest przy tym rasowym filmowcem, co po raz kolejny stało się ewidentne w „BlacKkKlansman”, gdzie reżyser bawi się wręcz i żongluje różnymi konwencjami kina, zmieniając przy tym nieustannie ton – od dramatycznego i poważnego, przez dydaktyczny i propagandowy, po karykaturalny, satyryczny czy nawet groteskowy. Emocjonalne spektrum filmu dominuje humor, ale słyszałem, jak Lee protestował, kiedy jego dzieło nazwano komedią, bo dla niego humor jest czymś bardziej „organicznym” i niekoniecznie musi wynikać z powierzchownej zwykle zabawności. W czymś, co jest z gruntu tragiczne, nie może być komizmu, który zawsze zakłada pewną umowność.

Jednakże Spike Lee w swoim filmie nieustannie uświadamia nam, że sam – posługując się czymś tak bardzo umownym jak kino – zajmuje się żywą tkanką rzeczywistości, dotykając jej newralgicznych miejsc. Bo fikcja (również ta, która tworzona jest na ekranie) nieustannie przeplata się z tym, co rzeczywiste i te dwie jakości kreują świat, w który żyjemy, wzajemnie na siebie wpływając. Nie bez kozery Lee rozpoczyna film słynnym zamaszystym ujęciem tłumu rannych z „Przeminęło z wiatrem”, kontynuując go tyradą Baldwina nagrywaną w filmowym studio; pokazuje też fragmenty „Narodzin narodu”, słynnego, podszytego rasizmem filmu Griffitha, który przyczynił się do odrodzenia Ku Klux Klanu; następnie wplata do filmu migawki (postery) nawiązujące do kina Blaxploitation… by zakończyć go mocną codą ukazującą dokumentalne nagranie tragicznego zdarzenia w Charlottesvillle, w którym zginęła kobieta protestująca przeciw zjazdowi „Unite the Right” białych suprematystów w 2016 roku.

Wbrew temu co Spike Lee mówi o zabawności, jego „BlacKkKlansman” ma wiele cech filmu rozrywkowego (o czym świadczą wcale liczne momenty, w którym widzowie reagują śmiechem); wpisuje się też w nurt kina popularnego. To prawda, że film ten może się niekiedy wydawać zbyt płaskim widowiskiem, nieco nachalnym dydaktycznie a jednocześnie sztubackim – z przerysowanymi czy wręcz karykaturalnymi postaciami – ale nie ma w nim ani jednej minuty, która by nużyła, irytowała przesadą czy była „pudłem” reżysera. Wręcz przeciwnie: „BlacKkKlansman” przez ponad dwie godziny nie tylko przykuwa naszą uwagę, ale wręcz fascynuje, bardzo efektywnie działając na nasze emocje; a na samym końcu serwuje nam coś, co odczuwamy tak, jakby nas ktoś walnął obuchem po głowie. Oto nagle ze zgrozą uświadamiamy sobie, że to, co jest fikcyjne na ekranie ma swój przerażający odpowiednik w rzeczywistości; że koszmar, który, jak nam się wydawało, zostawiliśmy w tyle, może do nas w każdej chwili wrócić – i czasami wraca.

A jednak można postawić pytanie, czy ekstrapolacja, jakiej dokonuje Spike Lee – ukazując pewną społeczną patologię i chyba jednak marginalne obecnie zjawisko a następnie sugerując jej szerszy, pan-amerykański zasięg – jest zasadna, odpowiadająca rzeczywistości i nie przesadzona? Czy rzeczywiście w obecnej administracji znajdują się krypto-rasiści z obecnym prezydentem na czele? Czy naprawdę ideologia białego suprematyzmu może się tak bardzo rozprzestrzenić w amerykańskim społeczeństwie, by stanowić realne zagrożenie?

Wreszcie: czy ciągłe odnoszenie się do własnej rasy, podkreślanie swojej odrębności, wiązanie własnej tożsamości z kolorem skóry; ciągłe rozpamiętywanie urazów, krzywd i koszmarów przeszłości, nie wzmacnia resentymentów i nie utrwala rasowych antagonizmów?

Nad tymi i podobnymi pytaniami warto się zastanowić i próbować znaleźć odpowiedzi, mimo, że nie jest to łatwe.

*  *  *

.

Fantazja ku pokrzepieniu czarnyh serc („Black Panther”)

.

„CZARNA PANTERA” („Black Panther”, reż. Ryan Coogler)

Oto nastały czasy, kiedy potomek dość marginalnego ongiś nurtu Blaxploitation (jaki tworzyły różne gatunkowo filmy, których obsadę stanowili nieomal wyłącznie czarnoskórzy aktorzy) staje się nie tylko globalnym blockbusterem (wchodząc do pierwszej dziesiątki najbardziej kasowych filmów w historii kina) ale i kulturowym fenomenem, superprodukcją o 200 milionowym budżecie; „cudownym dzieckiem” Marvel Studios (specjalizujących się w kręceniu nokautujących efektami specjalnymi, opartych na komiksie widowisk); obrazem, który z czarnego czyni super-bohatera, będąc przy tym mieszanką kina akcji, bondowskiego, batmanowskiego, „gwiezdno-wojennego”…. czy wreszcie „lwio-królewskiej” bajki. Na dodatek jest to film, który podoba się nie tylko widzom (i to bez względu na ich kolor skóry), ale i wynoszony jest pod niebiosa przez profesjonalnych krytyków.

No cóż, znowu jestem w mniejszości, bo uważam, iż te zachwyty (zwłaszcza wśród krytyków) są nie tylko przesadzone, ale i powodowane… nazwę to… czynnikami poza-filmowymi, a ściślej: polityczną poprawnością. Innymi słowy: to, że twórcy „Black Panther” są czarni, ma według mnie wpływ na tę zdecydowanie pozytywną, niekiedy wręcz entuzjastyczną ocenę. Ale jeśli ktoś zdaje sobie z tego sprawę, to nie będzie raczej mówić o tym głośno, obawiając się pewnego ostracyzmu.

Jeżeli się nie mylę, to jest w tym coś z rasizmu à rebours. To znak i dowód na to, że spojrzenie z komponentem rasistowskim (zwracanie uwagi na ludzki kolor skóry) nie znika z perspektywy naszego widzenia świata. Bo gdyby tak nie było, to fakt, że film stworzony jest i zagrany przez czarnoskórych ludzi, nie miałby żadnego znaczenia.

Paradoksalnie, do utrwalenia tej perspektywy przyczyniają się – zwłaszcza jeśli chodzi o ten film – sami czarni, gdyż wszystko w „Black Panther” obraca się wokół rasy: to ona definiuje ich człowieczeństwo, to ona stanowi jądro ich moralności – rasa buduje nie tylko ich system etyczny, ale i tożsamość. Niestety, stąd tylko krok do szowinizmu. Z dwóch białych postaci, jakie występują w filmie, jeden jest typowym schwarzcharakterem (zbieżność określenia z kolorem skóry przypadkowa), drugi dość komicznym szpiegiem CIA, do którego w pewnym momencie członkowie czarnego dworu królewskiego zwracają się per „white boy” i „kolonizator” – choć trzeba zaznaczyć, że mówi się to w żartach i w czarnym królestwie Wakandy ratuje się mu życie.

Pisząc o tym filmie warto mieć na uwadze konwencję, jaką się on posługuje. „Black Panther” nie tylko opiera się na komiksie (z całym jego przerysowaniem, fantastycznością, uproszczeniem, minimalizmem treści i obrazkowością), ale jest też rozrywkowym produktem pop-kultury – widowiskiem opierającym się na schemacie super-bohatera oraz walki dobra ze złem; skierowanym raczej do młodocianej widowni, ale też do tych starszych widzów, nie mających większych problemów z zejściem na bardziej infantylny poziom, który może im zapewnić dobrą zabawę, ale niekoniecznie prowokować do myślenia.

Chodzi mi o to, że od takiego widowiska nie można oczekiwać Bóg wie jakiej głębi, filozoficzno-psychologicznej finezji, socjologiczno-politycznej kompleksowości, a tym bardziej realistycznej ścisłości. I jeśli weźmiemy pod uwagę wzięcie jakim cieszy się film wśród tzw. „szerokiej” widowni – to jako taki spektakl „Czarna Pantera” sprawdza się znakomicie. Bo w tym kontekście może w tym filmie imponować wiele: skala produkcji, fantastyczne scenerie, kolorowi bohaterowie, piękni ludzie, efekty specjalne, sceny walk i pogoni… Scenografia, choreografia, a zwłaszcza niesamowite kostiumy, to niewątpliwe zalety filmu (choć do niektórych z tych elementów też można podejść krytycznie – i to bez względu na to, czy się jest zagorzałym fanem „marvelów”, czy nie). Ale wykreowany świat Wakandy (łączący afrykański folklor z super zaawansowaną technologią) robi wrażenie. Fabuła i akcja dostarczają na tyle „mięsa”, by przykuć uwagę widza i zaspokoić jego głód przygody. Przesłanie jest na tyle jasne, że nie trzeba się męczyć intelektualnie. Estetyka pieści oko, egzotyka zdjęć i plastyczna solidność niweluje pojawiające się tu i ówdzie kicz oraz efekciarstwo.

Podsumowując: w swojej konwencji film jest całkiem dobry.

Schody zaczynają się wtedy, kiedy do zawartości myślowej (ideowej) filmu podejdziemy deczko poważniej i mniej umownie. I nie mam tu bynajmniej na uwadze obecnych w „Czarnej Panterze” – dających o sobie znać okazjonalnie – mniejszych lub większych absurdów i niedorzeczności.

O pierwszym antropologicznym problemie filmu już wspomniałem: a jest to gloryfikacja jednej rasy. Nie rozumiem też, jak można w naszych czasach (ponoć najbardziej demokratycznych w dziejach ludzkości) tak emocjonować się ustrojem monarchistycznym? Dlaczego w najbardziej zaawansowanym technologicznie kraju na świecie (a takim była Wakanda) ludzie poza metropolią żyją w takich warunkach, w jakim żyje ludność „trzeciego” świata, a króla wybiera się w morderczym pojedynku przypominającym starcie dwóch osiłków? Film ponoć gloryfikuje „czarne dziedzictwo”, ale to co widzimy w filmie jest zupełnie nieprawdopodobną fantazją, która nawet jako mit nie ma szans się przyjąć, bo jej „afrykanizm” sprowadza się do cudnych strojów, udawanego akcentu, tanecznych pląsów i dziwnego pohukiwania. Nawet fikcja, do tego, aby się przyjąć w powszechnej wyobraźni danej społeczności, potrzebuje bardziej istotnej kulturowej substancji, a nie tak naiwnego afrykano-centryzmu, z jakim mamy do czynienia w tym przypadku.

Ucieczka w iluzję jest czymś doraźnym i nie jest w stanie rozwiązać rzeczywistego problemu, jakim jest rasizm. Daje chwilową gratyfikację, ale jednocześnie fabrykuje coś, co jest tylko substytutem prawdziwego życia – ersatzem odkupienia i zadośćuczynienia. Ale widocznie takie jest zapotrzebowanie nie tylko zbiorowej, ale i indywidualnej wyobraźni.

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Faworyta”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.

.

GREEN BOOK

.

Extremes meet, czyli podróż przez meandry ludzkiej ignorancji, nietolerancji i uprzedzeń (Mahershala Ali i Viggo Mortensen w filmie Green Book)

.

Schematyczność tego filmu jest rozbrajająca, potraktowanie w nim jego głównego społecznego motywu (jakim jest rasizm) prościutkie, dramaturgiczna repetycyjność scen niezmordowana… a jednak „Green Book” nie jest filmem ani banalnym, ani płytkim, ani tym bardziej nużącym (bo ogląda się go z nieustającą uwagą, jak również – mimo gorzkich tonów i niezbyt radosnego tła – z wielką przyjemnością). To prawda, mnóstwo w nim gagów „pod publiczkę”, spotykamy też mnogość elementów, które mogą wręcz definiować pojęcie crowd-plaser – przejrzystość fabularna jest ostentacyjna, przewidywalność scen ciągle obecna, lecz to, co w innym filmie obarczonym tymi wszystkimi cechami mogłoby być degradujące, tutaj obraca się na jego korzyść: zdecydowana większość widzów jest tym obrazkiem wręcz zachwycona (sam tego byłem świadkiem, niezbyt zaskoczony, choć oklaski w kinie wcale nie zdarzają się tak często). I muszę się przyznać – odkładając na bok swój ewentualny art-housowy snobizm – że wśród tych ukontentowanych widzów znalazłem się również i ja.
Myślę, że główna w tym zasługa aktorskiego teamu, który stanowią Viggo Mortensen i Maharshela Ali, grający klasyczną „dziwną parę”. Po angielsku brzmi to (odd couple) jednak lepiej, a ponadto kojarzy się natychmiast z komediową klasyką, jaką stał się film z pamiętnym duetem Jack Lemmonem – Walter Matthau. Nie wiem, czy „Green Book” stanie się też klasyką. Na razie film cieszy się nie tylko popularnością main-streamowej publiczności, ale i stał się pupilkiem różnych takich Złotych Globów, a pewnie też i Oscarów.

Fabuła filmu oparta jest na prawdziwej historii, która sama w sobie jest tak niezwykła, że gdyby była wymyślona, to pewnie scenarzystę posądzono by o zbytnią fantazję. Z grubsza rzecz biorąc opowiada o narodzinach wielkiej przyjaźni między dwojgiem ludzi, których wszystko wydaje się różnić. Don Shirley (Ali) to obdarzony nienagannymi manierami, dystyngowany, delikatny i wysubtelniony – kulturalny, oczytany, znający kilka języków – klasycznie przysposobiony, wirtuoz-pianista (a na dodatek czarny i homoseksualista). Tony Vallelonga (Mortensen) stanowi jego przeciwieństwo: nieokrzesany, prostolinijny, niewykształcony – posługujący się niewybrednym językiem, często zachowujący się grubiańsko czy wręcz brutalnie – wykidajło i kierowca; wychowany w hałaśliwej i dość bigoteryjnej włoskiej rodzinie, przyzwyczajony do życia na nowojorskiej ulicy (nie musimy chyba dodawać, że jest on nie tylko heteroseksualnym macho, ale i uprzedzonym rasistowsko białasem). Ali (jako Dr. Shirley) zatrudnia Viggo (alias Tony „Lip”) w charakterze kierowcy i obaj wybierają się w trasę koncertową na tzw. Głębokie Południe, gdzie segregacja rasowa panuje w najlepsze (czy też raczej ”w najgorsze”), a czarni podróżni posługują się książeczką-przewodnikiem (”The Negro Motorist Green Book”), z której np. mogą się dowiedzieć z jakich restauracji czy hoteli korzystać, a jakich miejsc lepiej unikać. (Na początku lat 60 – kiedy to dzieje się akcja filmu – była to nawet czasem sprawa życia i śmierci.)

Kolosalne wrażenie robi to, w jaki sposób Mortensen przepoczwarzył się w postać będącą takim odskokiem od jego dotychczasowego aktorskiego emploi – nadzwyczaj przecież rozległego i różnorodnego – że ja go w tej roli (wstyd się przyznać) nie rozpoznałem. I to nie chodzi tyko o przybranie kilkudziesięciu funtów na wadze, ale i o nieskazitelny akcent nowojorskiego makaroniarza, zachowanie down-to-earth, pewien prymitywizm, narwanie i mało wyszukany sposób wyrażania się… o pożeraniu niewiarygodnych ilości junk-food i wlewaniu w siebie litrów różnych płynów nie wspominając.
Znakomitą kreację stworzył również Maharshela Ali, choć delikatność, powściągliwość, wyrafinowany styl i dystynkcja postaci w jaką się on wcielił, nie wymagały od niego aż takich aktorskich fajerwerków, jakich dostarczył nam Viggo.

Cały film składa się ze scen, z których każda bardziej jest skeczem, niż dramaturgicznym ogniwem opowiadanej historii, ujętej tutaj w konwencję kina drogi, nadającej całości dość płynnej ciągłości. Komizm tych scen wynika z charakterologicznego kontrastu, jaki stanowią osobowości dwojga bohaterów, wzmocnionego przez ich rasową i kulturową odmienność. Widoczna jest też ewolucja ich wzajemnej relacji – w miarę jak Don Shirley i Tony coraz lepiej się poznają, rozumieją, a w końcu akceptują i zaprzyjaźniają (w rzeczywistości przyjaźń ta trwała przez wiele lat do końca ich życia – obaj zmarli w tym samym 2013 roku). Ponadto – i jest to bardzo istotne dla wymowy filmu – Don Shirley i Tony nie tylko się zmieniają, ale i czegoś ważnego (głęboko ludzkiego) od siebie nawzajem się uczą, i bynajmniej nie jest tylko wzajemna tolerancja.
„Green Book” jest przede wszystkim komedią, ale – jak zresztą w przypadku większości komedii – jest ona podszyta gorzkim smutkiem i ludzką mizerią, która w tym przypadku wynika przede wszystkim z rasizmu. Film Farrelly’ego nie sięga jednak głębi tego problemu – rasizm w jego ujęciu jest bardziej stereotypem niż głęboko zakorzenionym w ludziach złem, z którego rodzi się wzajemna pogarda i wrogość.
A może rzeczywiście rasizm jest czymś płytszym – a tym samym bardziej prymitywnym – niż to się nam wydaje?

*  *  *

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „BlacKkKlansman”, „Faworyta”, „A Star is Born”, „Bohemian Rhapsody”, „Roma”.