WSZYSTKO JEST MUZYKĄ – „Pieśni Leara” w wykonaniu Teatru Pieśń Kozła

Przedstawienie wrocławskiego teatru w Chicagowskim Teatrze Szekspirowskim

.

teatr-piesn-kozla-1

Wszystko jest muzyką – nawet tragedia

.

     Tak się złożyło, że kolejna produkcja polskich artystów odwiedzających Chicago również inspirowana jest Szekspirem. Zaledwie Sojka przestał śpiewać Sonety, a oto niezwykły alternatywny ansambl teatralny z Wrocławia przywozi nad jezioro Michigan Króla Leara – tragedię słynnego Stratfordczyka przetransformowaną w  oratorio-podobną suitę złożoną z muzycznych miniatur i pieśni sięgających do korzeni tego, co wydaje się być fundamentalnym i uniwersalnym doświadczeniem ludzkiej egzystencji. A wszystko to dzieje się z ambicją sprowokowania w widzu katharsis.

.

teatr-piesn-kozla-2

Synchronizacja ciała, głosu, energii, rytmu, emocji…

.

     Podobno spektakl zrobił furorę kilka lat temu na Festiwalu Teatralnym Fringe w Edynburgu (po przeczytaniu kilku entuzjastycznych recenzji z tamtego przedstawienia skreślam słowo „podobno”) i ja się wcale temu nie dziwię, bo jest to wydarzenie sceniczne pierwszej jakości – w świecie pełnym profanum sięga ono do sacrum, ewokując pewien archaiczny rys, drażniąc i poruszając w nas jakiś pierwotny nerw, który – jak się okazuje – najbardziej chyba czuły jest na dźwięk. Bo to muzyka i śpiew – jak twierdzi (intuicyjnie) reżyser Grzegorz Bral – były wśród ludzi pierwszym teatrem. Właściwie to Szekspir leży tylko u źródeł dramatycznej inspiracji twórców sztuki, bo poszczególne pieśni nawiązują jedynie do niektórych wątków szekspirowskiej tragedii o nieszczęsnym królu Learze i jego córkach, wśród których największą naszą uwagę (i współczucie) skupia wydziedziczona i wygnana przez oszalałego ojca, Kordelia. Nie jest to jednak opowieść linearna, bardziej kolaż muzycznych dźwięków i słów – zazwyczaj harmonijny (oparty na kanwie gregoriańskich chorałów), choć nie pozbawiony miejscami dysonansów i przerywany dość często rytmem głośnych, perkusyjnych uderzeń (stóp o podłogę, dłoni o krzesło, pałek o bębenki…), nadających całości niezwykłej dynamiki. Lament (niekiedy płacz i prawdziwe łzy) przeplatany nerwową furią, liryzm znaczony gwałtowną ekspresją… Cały zespół stanowi jakby żywą całość – organicznie spójną i zintegrowaną. Każdy wchodzi z każdym w bardziej lub mniej ścisłe inter-reakcje. Metodycznie Bral nazywa to „techniką koordynacyjną”, w której synchronizują się głos, ciało, energia, rytm i emocje, tworząc bardzo specyficzną całość, charakteryzującą unikalny styl wszystkich przedstawień z repertuaru Teatru Pieśń Kozła. W Pieśniach Leara nie ma radości, śmiechu, jasności, spokoju… Jest za to dużo rozpaczy, żalu, bólu, cierpienia… Bo chyba jednak te ostatnie aspekty ludzkiej egzystencji dominują naszą La condition humaine – przynajmniej w tej finalnej fazie życia (i śmierci) człowieka, którego wszak i w młodym wieku nękać mogą hamletowskie „pociski zawistnego losu”. A mimo to – kiedy patrzymy na to, co dzieje się na scenie i słuchamy tych pieśni –  nie udzielają się nam żadne negatywne emocje. Nie chcemy się od tego odwracać, jak od nieszczęścia i wstrętnej mizerii, wręcz przeciwnie: nie możemy się od tego oderwać i chłoniemy wszystko w jakimś katarktycznym transie, który dostarcza nam przyjemnego dreszczu, nie sprawiając żadnej przykrości. (Może dlatego, iż wiemy, że to tylko teatr?)

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Teatr Pieśń Kozła wystawiał „Pieśni Leara” na scenie Chicago Shakespeare Theatre w dniach 15 – 18 września, 2016 r.

.

Reklamy

SOJKA, SZEKSPIR I INNI…

o występie Stanisław Sojki w Copernicus Center w Chicago

.

Stanisław Soyka w Copernicus Center

Stanisław Sojka w Copernicus Center

.

    Niezwykłej radości dostarczył nam Staszek Sojka w ostatni piątkowy wieczór w eklektycznej Sali Copernicus Center, której oswojony kicz nie gryzł się wcale z wysokim muzycznym lotem Sojkowej muzyki, w naturalny sposób łączącej szekspirowski anachronizm, uwspółcześniony nam przez znakomite przekłady Barańczaka i Słomczyńskiego, z lekkością i błyskotliwością swojej melodyjnej frazy, która niosła się w przestronnej sali, aż po niebieskie sklepienie usłane sztucznymi gwiazdami.

    Po 20 latach z okładem, Stanisław Sojka gra i śpiewa nam Sonety Szekspira, a my słuchamy, uwiedzeni dźwiękami i słowem, zupełnie jak za pierwszym razem. Bo prawdziwa „miłość z dnia na dzień zmienić się nie może”.

    Wspomniałem o radości – i niezmiennej wartości tej muzyki, mimo upływających lat – a jednak z wiekiem uczucia i uwaga nasza się zmieniają, przydając temu doświadczeniu wsłuchania się innej barwy. Inaczej rozkładają się akcenty – być może pojawia się nawet lekka melancholia, słodycz przełamywana jest gorzką domieszką, nadchodzi nostalgia… Bardziej dojmujące staje się przemijanie, mimo łagodności, jaką daje pogodzenie się z życiem – z tym, co jest nieuniknione.

    Dzięki Bogu Szekspir był – jak się wydaje – człowiekiem zmysłowym, więc w Sonetach słychać jego uwiedzenie erotyczną stroną świata, związek z żywiołami Natury, które przecież odzywają się też w samym człowieku, wystawionym na łaskę i niełaskę tego, co go niewspółmiernie do siły własnej woli przerasta.

    Człowiek targany jest żądzą, która w łagodniejszej wersji jest pragnieniem – ale miłosne uniesienie i jego zaspokojenie staje się lekarstwem. Tymczasowym wszak, skoro oczy „mrużą się, ciężkie sennym nasyceniem” pragnień, które już jutro nad ranem wracają „tak ostre, jak zawsze”.

    Autor Sonetów, człowiek zmysłowy i czujący, ale i myślący, wie jednakże czym jest miłość prawdziwa (Sonet CXVI, tłum. Maciej Słomczyński):

Zdrady są z związku dusz wiernych nieznane,
Albowiem miłość nie będzie miłością,
Jeśli jest zmienna, mogąc mieć odmianę,
Lub skłonna odejść za cudzą skłonnością.
(…)
Miłość z dnia na dzień się zmienić nie może,
Przetrwa, aż przyjdzie śmiertelna godzina.

    Wydaje się to oczywiste, ale przecież nie zawsze przyjmujemy do wiadomości to, co oczywiste – okłamując się lub narzucając sobie samemu pewną ignorancję. Dopiero własne doświadczenie życiowe otwiera nam oczy (a zwłaszcza serce) na prawdziwość tych słów – wtedy, kiedy dotkliwie zazwyczaj, poczujemy coś na własnej skórze, kiedy coś głęboko zapada nam w serce. Czekać więc musimy pokornie, „aż nas zbliży Czas zawzięty”, by „z dwóch żywiołów ciała jedną tylko złożyć Rzecz: łzę, jak ziemia ciężką i słoną jak morze.”

    Staszek Sojka wie, o czym śpiewa. Sam w swoim życiu różnych doświadczył kolei i zwrotów, przyznając kiedyś w przypływie (daleko tu jednak idącej) szczerości: „Byłem głupi, ślepy, głuchy i egocentryczny. Despotyczny sukinsyn z miłą twarzą, który śpiewa balsamiczne piosenki. Był czas, kiedy uznawałem za normę, że wszyscy mi salutują. Mam do siebie żal o lekceważenie o przedmiotowe traktowanie ludzi” – alkohol i narkotyki, romanse i rozwody. Jowialny sybaryta i zdawałoby się miś – taki osobnik też może być utrapieniem i źródłem cierpienia dla bliskich.
Ale Sojka ma to za sobą, nauczył się, wyciągnął wnioski i dojrzał – z synami ma świetny kontakt, razem koncertują…
Jednakże pogłębiła się u niego melancholia światem, skoro sam wyznał na koncercie, że najbardziej ulubionym sonetem Szekspira, jest dla niego ten właśnie (Sonet LXVI, tłum. Stanisław Barańczak):

W śmierć jak w sen odejść pragnę, znużony tym wszystkim:
Tym, jak rzadko zasługę nagradza zapłata,
Jak miernota się stroi i raduje zyskiem,
Jak czystą ufność krzywdzi wiarołomność świata
Jak hańba blask honoru rychło brudem maże,
Jak żądza na złą drogę dziewiczość sprowadza,
Jak zacność bezskutecznie odpiera potwarze,
Jak moc pospólną trwoni nieudolna władza,
Jak sztuce zamykają usta jej wrogowie,
Jak naukę w pacht biorą ignorantów stada,
Jak prostą prawdomówność głupotą się zowie,
Jak dobru złu na sługę najwyżej się nada
Znużony – odejść pragnę; lecz chęć w sobie dławię:
Jeśli umrę, sam na sam z takim światem cię zostawię.

     Prawda, że brzmi to ponadczasowo – a więc i współcześnie? I że każdy z nas, w pewnym okresie życia czuje i myśli tak samo?

    Ale, jak już wspomniałem, zbyt cierpka i gorzka dawka nie zatruła serc polonijnej publiczności, która momentami wręcz żywiołowo reagowała na to, czym wypełniał salę artysta. A była to nie tylko wielka przyjemność ale i radość.

greydot

stanislaw-soyka-w-chicago-fot-stanislaw-blaszczyna

Sojka z kwiatami

    Sam Sojka mówi o sobie, że „wyrósł na sługę poetów”. I trudno temu zaprzeczyć, gdyż dosłownie wszystkie utwory jakie on śpiewa są czystą poezją. Bo kogóż to Staszek nie brał na warsztat: począwszy od Osieckiej, przez Herberta, Szymborską, Leśmiana, po Miłosza, Jana Pawła II i samego Św. Pawła.

    Druga część koncertu to właśnie była mikstura tych utworów, które w całej okazałości ujawniały bogactwo lirycznych (a tym samym duchowych) poszukiwań Sojki – nie tylko jako kompozytora, ale i człowieka wrażliwego na literaturę. Sojka nie poszedł na łatwiznę prezentowania swoich największych „przebojów”, (których notabene zebrało się sporo w ciągu jego długiej – niemal 40-letniej! – karierze), niemniej jednak w repertuarze koncertu znalazły się takie sztandarowe jego piosenki, jak np. Absolutnie nic!, Życie to krótki sen, Tolerancja, Kiedy jesteś taka bliska czy Cud niepamięci. A przy tym usłyszeliśmy i Szymborską (Allegro ma non troppo) i Osiecką (… tylko brać), był również mały hołd dla Mistrza Niemena (Sukces).

    Banalne byłoby stwierdzenie, że Stanisław Sojka jest prawdziwym unikatem – a tym samym – skarbem w polskiej muzyce. Komponowanie przychodzi mu niezwykle łatwo, jego gra na pianinie (i nie tylko, bo Sojka to par excellence multiinstrumentalista) jest znakomita i co najważniejsze – „zrośnięta” jakby organicznie z treścią i przekazem słownym wykonywanych przez niego utworów. Jego styl – i brzmienie – jest nie do podrobienia. To swego rodzaju zaskakujący melanż lirycznej wrażliwości z dynamiką – subtelnej melodyki ze zdyscyplinowaną kulturą muzyczną, która swoją proweniencję ma nie tylko w najwyższej jakości muzyce popularnej, ale i w klasyce, oraz bardziej wyrafinowanym jazzie.

    Sojka to artysta z wyższej półki, a tym samym bardziej wymagający, niż cała reszta popkulturowego światka. Ale jeśli już się po niego sięga, to wie się po co – i nigdy nie jest się zawiedzionym.

greydot.

stanislaw-soyka-w-copernicus-center-chicago-9-wrzesnia-2016-r-fot-stanislaw-blaszczyna

Audytorium zasłuchane i wpatrzone – na sali w Copernicus Center

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Koncert Stanisława Sojki odbył się 9 września w sali Copernicus Center w Chicago, a jego organizatorem było Towarzystwo Sztuki..

NIGDY NIE WYJECHAŁEM Z POLSKI – twierdzi MICHAŁ URBANIAK

.

Michał Urbaniak koncertujący (zdjęcie własne)

Michał Urbaniak: „Jazz bowiem dzieje się między odwagą a wielkim strachem.” (zdjęcie własne)

Światowej sławy skrzypek i saksofonista jazzowy, multiinstrumentalista, kompozytor, lider zespołów i producent… Jego udziałem jest kariera, jaką rzadko może się poszczycić na Zachodzie polski twórca. To właśnie przypadek Urbaniaka wskazuje się jako wzór artystycznego sukcesu za granicą.

Po przybyciu do Nowego Jorku w 1973 roku, Michał Urbaniak prawie natychmiast skupił na sobie uwagę jazzowego świata Ameryki. Wykorzystując swe kulturowe zaplecze, wykształcenie i kompozytorsko-wirtuozerskie zdolności – z powodzeniem zaczął łączyć europejskość z amerykańskością, tradycję ze współczesnością, klasykę z modernizmem, wierność źródłom ze śmiałością eksperymentu. Stał się grającym eklektykiem, muzykiem – kameleonem… ale w tym pozytywnym znaczeniu, które oznacza wszechstronność, różnorodność, bogactwo, a nie rozmycie, komercyjną mimikrę czy nieokreśloność. Te przeciwieństwa, których się muzyk nabawił, rozszerzyły tylko spectrum jego artystycznych możliwości, wyznaczając napięcie niezbędne do kreacji i rozwoju.
Michał Urbaniak nie daje się zaszufladkować, co nie wzbudza raczej zachwytu promotorów z firm nagraniowych, którzy lubią mieć wyraźnie oznaczony „target” i uważają, że klarowny image, jasno określona persona, mocniej odciska się na uwadze odbiorców, a wtedy wykonawca ma większą szansę na szerszą popularność. Lecz Urbaniak nie chce być reklamowym sloganem. Wie doskonale, że w różnorodności i bogactwie jego siła. To właśnie chciał udowodnić na ostatnich koncertach w Chicago, które odbyły się w „Cafe Lura”, dzięki staraniom m.in. Grażyny Auguścik, nowego szefa artystycznego lokalu.
Spotkaliśmy się w przerwie między kolejnymi koncertami. Oto wybrane wątki naszej rozmowy.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zaczął pan grać na skrzypcach jeszcze jako dziecko. Czy to były tradycje rodzinne? Jak po raz pierwszy objawił się pański talent?

MICHAŁ URBANIAK: To nie były tradycje rodzinne. Ja byłem takim samym chłopakiem jak inni – grałem w piłkę, jeździłem na rowerze… Mój wujek miał akordeon, to czasami się do niego dobierałem. Ale najważniejszą sprawą chyba było to, że mając te 5 – 6 lat, codziennie, o 12 w południe siadałem przy adapterze, rozkładałem go jak organy, które w kościele widziałem, i udawałem, że gram w natchnieniu. A tam grała orkiestra Stedzia i Wesołowskiego. No i jeszcze rodzice robili party do tydzień, na których skłaniano mnie żebym tańczył. Na te wieczory przychodził też profesor Irzykowski ze swoją żoną. Państwo Irzykowscy byli przyjaciółmi moich rodziców. I któregoś dnia pani Irzykowska powiedziała mamie: „Słuchaj Irenko, on ma talent, powinnaś go posłać do szkoły muzycznej na skrzypce.”

– A dlaczego akurat na skrzypce?

– Dlatego, że skrzypce były takim uznanym królewskim instrumentem, wymagającym talentu, słuchu… itd. I od tamtego czasu zacząłem grać na skrzypcach… po parę godzin dziennie.

– Nigdy się panu nie nudziły te skrzypce? Wiadomo, że wiele dzieci, nawet tych z talentem, nie wytrzymuje rygoru ćwiczeń, zraża się, rezygnuje…

– Poradziłem sobie w ten sposób, że czytałem książkę podczas tych ćwiczeń. Bo rzeczywiście dużo jest przy tym pracy mechanicznej, przy której człowiek się nudzi, i która nie wymaga zbytniego wysiłku mózgowego. No to sobie książkę czytałem.

– Studiował pan w Warszawskiej Akademii Muzycznej a później w moskiewskim konserwatorium?

– W Akademii w Warszawie tak, ale nie w Moskwie. Miałem tam stypendium od Ojstracha, ale nie pojechałem. Sprawa wyglądała tak. Mając 14 lat zakochałem się w jazzie, słuchając konkretnie „Głosu Ameryki”. Połknąłem, jak to się mówi, „bakcyla” jazzu. Nie chciałem jednak psuć sobie warsztatu skrzypiec klasycznych – a było to bardzo ważne, gdyż grałem już zarówno koncerty z orkiestrą symfoniczną, recitale, brałem udział w różnych konkursach. Ja jednak miałem już gitarę, saksofon i trąbkę. I właśnie wtedy zacząłem się wymykać z domu właśnie na koncerty jazzowe. Tak, żeby się rodzice nie dowiedzieli. Pewnego razu dostałem po łbie od profesora za granie na gitarze, ponieważ miałem odciski. Musiałem sie zdecydować. Nie wolno mi już było jeździć na rowerze. W piłkę też już nie mogłem grać… Wtedy kolega mi powiedział: „Słuchaj, saksofon jest łatwiejszy, spróbuj saksofonu.”
Na Widzewie w Łodzi – bo wychowałem się w Łodzi, choć urodziłem się w Warszawie – koledzy mieli zespół i kiedyś poszedłem na próbę. Dali mi nowiutkiego Zelmera, saksofon sopranowy. No i zacząłem na nim grać. Sześć tygodni później zagrałem swój pierwszy koncert w Kutnie. Od tamtego czasu prowadziłem podwójne życie.

– Właśnie, wiemy jak to się skończyło. W jednym z wywiadów powiedział pan, że jest „saksofonistą, który gra na skrzypcach”. Początkowo nie doceniał pan skrzypiec jako instrumentu jazzowego. Dlatego, przechodząc w latach 60-tych do grania jazzu, zamienił pan skrzypce na saksofon i grał prawie wyłącznie na tym instrumencie, stając się jednym z czołowych saksofonistów Europy. Później, ze względów zdrowotnych, chwycił pan ponownie za skrzypce. Czy rozstanie z saksofonem przyszło panu łatwo?

– Bardzo trudno. Do dzisiaj się nie mogę z tym pogodzić.

– Czy rzeczywiście wyglądało to tak krytycznie, że musiał pan dokonać takiej zamiany?

– Krytycznie! Ja po prostu mdlałem na estradzie, kołowało mi się w głowie, na pogotowie mnie zawozili. Inna sprawa, że grałem 24 godziny na dobę. No i musiałem zaprzestać grania, prawie na rok.

– Wkrótce skrzypce stały się dla pana bardzo bogatym instrumentem jazzowym. To właśnie dzięki temu instrumentowi zrobił pan karierę na Zachodzie. Gra pan jednak w dalszym ciągu – zamiennie – na saksofonie i skrzypcach. Czy nie czuje się pan w pewnym sensie innym człowiekiem, grając na tych dwóch, tak różniących się między sobą instrumentach?

– W tej chwili już nie, gdyż właściwie ja cały czas szukałem saksofonu. Na skrzypcach gram więc, jak na saksofonie. Nie gram „skrzypcowo”. Koledzy śmieją się i mówią: „Przecież to brzmi jak saksofon”. I dla mnie to jest wielki komplement.

– Jazz jest muzyką dość elitarną. Ma to swoje konsekwencje. Z jednej strony daje jazzmanom (jak i słuchaczom) poczucie właśnie elitarności, ekskluzywności, z drugiej jednak – ogranicza ich komercyjne możliwości. To znaczy, że nie mogą liczyć na taką popularność, jaką mają np. gwiazdy muzyki pop, a co za tym idzie – na podobną „kasę”.

– To jest prawda, choć są wyjątki. Jednak generalnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o socjologię, jazz to prawie hobby. Ułamek płyt jazzowych w stosunku do wszystkich sprzedawanych płyt wynosi od 2,5 do 3 procent. Ale jest i druga strona medalu. Nielicznym, full-time jazzmanom, udało się życie na tym zbudować. Mnie też.

– I nie zniża się pan nigdy do komercji? Bowiem, żeby dotrzeć do szerszej publiczności, niezbędny jest chyba jednak jakiś kompromis?

– Żeby dojść do szerszej publiczności, trzeba po prostu być lepszym! To jest jedyna metoda na to, żeby być komercjalnym. Miles Davis, muzyk genialny, ciągle szedł z cywilizacją. Czy był komercjalny?

– Był zawsze wierny sobie, wyznaczał kierunki. Właściwie to sam był kierunkiem.

Michał Urbaniak: "Będąc chłopcem wiedziałem już, że jestem podróżnikiem i będę tam, gdzie będę mógł grać najwięcej, najlepiej i po swojemu." (zdjęcie własne)

Michał Urbaniak: „Będąc chłopcem wiedziałem już, że jestem podróżnikiem i będę tam, gdzie będę mógł grać najwięcej, najlepiej i po swojemu.” (zdjęcie własne)

– Dziękuję. Muzyka to również filozofia… Muzyka, dla takiego człowieka jak ja, to 24 godziny życia na dobę. Gdy człowiek budzi się w nocy, to nie myśli o niczym innym, tylko o muzyce. W związku z tym, jest się na bieżąco… Przede wszystkim ze sobą, potem… z cywilizacją. Jeżeli ktoś ma talent muzyczny, to słucha – jeśli słucha, to nie może nie słyszeć tego, co się dzieje naokoło. To musi mieć wpływ. A zasklepiać się, grać i kultywować to, co się kiedyś grało – jak wielu muzyków, niestety, robi – prowadzi do porażki, do odizolowania, stagnacji. I tu wracamy do elitarności jazzu. Otóż jazz wcale nie jest taki elitarny, jak się wydaje. Większość muzyki popowej, zwłaszcza w Ameryce, ma olbrzymią ilość elementów jazzowych. Np. rap. Rapowcy, biorąc z jazzu, stworzyli w ostatnich kilkunastu latach nowy rodzaj muzyki. Bardzo witalnej, prężnej i z wielką przyszłością.

– Ale właśnie rap jest krytykowany – za to, że agresywny, wulgarny, że propaguje przemoc… Ja wiem, że zahacza to o socjologię.

– A mnie właśnie w rapie interesuje strona muzyczna: sprawa rytmu, formy… Oczywiście, są raperzy, których lubię, i raperzy, których nie cierpię. Poza tym, rap jest muzyką, która cały czas się zmienia, rozwija… Najlepszy rap ma i melodię, i rozsądny tekst.

– Wiem, że jazzmani – zresztą chyba nie bez kozery – mają pewne poczucie wyższości nad tymi, którzy uprawiają bardziej popularne odmiany muzyki. Jazz uważany jest zaś za muzykę bardziej wyrafinowaną, specjalną. Czy w takim kontekście nie jest frustrujący dla jazzmana fakt, że inni – posiadający mniejszy talent muzyczny, wiedzę, zaawansowanie muzyczne – znajdują poklask o wiele bardziej szerokich rzesz publiczności?

– Uważam, że większość jazzmanów jest sama sobie winna przez to, że tak właśnie spogląda na sprawę. A jest to spojrzenie według mnie absolutnie błędne. Przede wszystkim należy sobie zdać sprawę z tego, dlaczego tak jest i o co tu chodzi. Nie jest najważniejsze, że muzyka jazzowa jest bardziej wyrafinowana. Obiektywnie – to prawda – pewne rzeczy są w niej trudniejsze i bardziej złożone. Ale kto wie, czy konieczne? Istnieje muzyka prosta, która jest po prostu bardzo dobrą, wartościową muzyką. Problem jazzmanów jest taki, że uprawiają muzykę bardzo personalną i często na krawędzi. Jazz bowiem dzieje się między odwagą a wielkim strachem. Muzyka popularna, czyli tzw. pop, kieruje się natomiast zupełnie innymi regułami. Jej kompozytorzy tworzą muzykę podobną do tej, jaką słuchacz sobie wyobraża, że mógłby zagrać, gdyby był muzykiem. A prawdziwych jazzmanów jest mało. I oto cała odpowiedź.

– Czy jest sens rozróżnianie jazzu na tzw. „europejski” i „amerykański”?

– Jeżeli jazz potraktujemy poważnie, to nie ma czegoś takiego jak jazz „europejski”. To sprawa kulturowego backgroundu. A jednak, z drugiej strony, każdy kraj może mieć swój jazz. Uważam, że w Europie najlepszy jazz i najlepszych słuchaczy ma Norwegia i Polska. Jest w tym jakieś duchowe połączenie. Niemcy np. ciągle szukają marsza w jazzie. Niestety, można powiedzieć, że większość europejskiej muzyki jazzowej jest nudna i trochę bez sensu. Nawiązuje do jakiejś pseudo-klasyki sprzed stu lat, bez żadnej szansy w konkurencji. Strasznie to lokalne. A prawdziwy jazz jest tutaj – Nowy Orlean, Nowy Jork, może Waszyngton… może trochę Chicago z tym bluesem. I to wszystko.

– Nagrał pan niedawno nową płytę. Co na niej jest?

– Płyta nazywa się „Urbanator”. Jest to płyta – marzenie moje. Miałem wizję rapu, czyli hip-hopu z jazzem, od roku 1986. Po nocach słuchałem czarnych stacji, tzw. undergroundu. Muzyki, która nie była dopuszczana oficjalnie do fal. Stało się wówczas dla mnie oczywiste, że tylko tędy prawdziwe oblicze jazzu zostanie uwypuklone na świat. Nad płytą „Urbanator” zacząłem pracować w latach 1989-90. Pierwszy utwór na niej, „Kameleon”, został nagrany w 1991 roku. No i w zasadzie nikt nie chciał w to zainwestować, ani wydać. Każdy oczekiwał ode mnie tego, co zawsze robiłem. Nikt nie chciał zrozumieć, że ja już nie chcę robić tego, że coś innego mam teraz do powiedzenia, W końcu, w ubiegłym roku, wytwórnia „Hip-Hop Records” zainteresowała się projektem, dała nam budżet i zrobiłem płytę, z której jestem bardzo zadowolony. Moim zdaniem rozpoczęła ona nową erę… Dla mnie na pewno. W każdym razie sprowokowała wielu muzyków w Nowym Jorku do robienia podobnych rzeczy.

– Jakiej muzyki słucha pan na co dzień? Czy wraca pan do klasyki?

– Z jazzu słucham albo starych mistrzów albo nowych ciekawych rzeczy. Również rapu, ale tego dobrego. Klasyki nie słucham już tak dużo, jak kiedyś. Ale mam swoich ulubionych kompozytorów. Jednym z nich jest Szymanowski, drugim Lutosławski. Interesują mnie impresjoniści – od Ravela począwszy. Paru Rosjan – Glinka, Korsakow…

– A jak podchodzi pan do Paganiniego?

– Ze straszną ilością pompek przed graniem – tak forsowna jest ta muzyka. Tak poważnie, to grałem kiedyś wszystkie 24 kaprysy Paganiniego. I do dzisiaj mnie szyja boli.

– Jakie ma pan plany na przyszłość?

– Nagrywam płytę poświęconą Milesowi Davisowi. M. in. będzie kilka jego kompozycji w stylu, w którym on nie grał, ale może by zagrał, gdyby żył do dzisiaj. Będą to aranżacje jego standardów, z wpływami rapu i hip-hopu.

– Wróćmy jeszcze do początków pańskiej kariery. Z jakimi uczuciami jechał pan tutaj? Czy zdecydowany na podbój Ameryki?

– Była to dla mnie bardzo osobista sprawa. Takie potwierdzenie własnej wartości, potwierdzenie słuszności mojego działania od czasów, kiedy chwyciłem za saksofon. Właściwie, to od dawna czułem się jak Amerykanin, wiedziałem, że tu należę. I to się potwierdziło. Oczywiście, że czasami dochodziły elementy polskiego strachu, czasami polskiej odwagi, wręcz brawury. Ciągle jednak miałem uczucie, że nie jest to dla mnie takie trudne, jak się wydaje. Najważniejszą sprawą było to, żeby to sobie udowodnić, żeby to się potwierdziło. No i na szczęście to się sprawdziło bardzo szybko.

– Konkurencja w Stanach, zresztą nie tylko jeśli chodzi o muzykę, jest zabójcza.

– Jest zabójcza! Ale muszę powiedzieć, że na dobrą sprawę jest bardzo dużo znakomitych – przeciętnych muzyków, którzy właściwie robią tylko tłok tym najlepszym, w warunkach, w których walczy się o każdą minutę na antenie. Z drugiej jednak strony, kiedy się przekonałem – słuchając nawet tych bardzo znanych muzyków – że ich poziom nie jest aż tak wielki, jakby się mogło wydawać, to po prostu dodało mi otuchy.

– Czy zdecydowany był pan zostać w Ameryce?

– Nigdy nie byłem zdecydowanie nigdzie zostać. Będąc chłopcem wiedziałem już, że jestem podróżnikiem i będę tam, gdzie będę mógł grać najwięcej, najlepiej i po swojemu.

– Czy spotkały tu pana jakieś rozczarowania?

– To będzie aż komiczne, ale przysięgam, że przyjechałem tu jak do siebie. To było jak inkarnacja. Po prostu, wysiadłem z samolotu, później wyszedłem z taksówki na Manhattanie i powiedziałem: „Jestem!” To było jak sen, jak deja vu – miałem wrażenie, że wszystko to gdzieś wcześniej widziałem.

– Czyli wszedł pan w tę kulturę bez żadnych oporów?

– Ja byłem w tej kulturze od dziecka. Jako nastolatek chodziłem tylko na filmy amerykańskie, próbowałem mówić po angielsku – nie mając żadnej lekcji; spisywałem swoje ulubione piosenki amerykańskie. Odwiedziłem Amerykę jeszcze w 1962 roku – przyjechaliśmy tu z zespołem Trzaskowskiego, na stypendium Departamentu Stanu. Mogłem się już wtedy trochę rozejrzeć. Chciałem zostać, ale koledzy mnie wtedy wyśmiali. Minęło 11 lat i znalazłem sie ponownie na Manhattanie. Wiedziałem już wówczas parę rzeczy: że muszę być sobą, że muszę mieć swoją muzykę, żeby nikogo nie słuchać, tylko siebie i robić swoje… To wszystko:” że tutaj jestem, że tu pasuję i że tu jest najlepiej dla mojej muzyki. Bo tę muzykę właśnie tu słyszałem najlepiej i do dzisiaj tak słyszę.

– I nie myśli pan o powrocie do kraju?

– No, chyba że na emeryturę… Ale tak poważnie: to jest źle i sztucznie postawiony problem – powrót czy nie. Proszę pana, ja nigdy z kraju nie wyjechałem.

– Niedawno, jedna z polskich gazet rozpisała ankietę z podobnym, pytaniem wśród znanych Polaków, którzy od dawna przebywają za granicą, I właśnie wielu z nich w ten sam sposób odpowiedziało: że właściwie to oni z Polski nigdy nie wyjechali. Jest w tym trochę z kokieterii, ale rzeczywiście, tak stawiając problem, dajemy dowód swoim starym nawykom myślowym, będącym chyba spuścizną po „kochanym” PRL-u, po tym myśleniu zza „żelaznej kurtyny”. Przecież sama nasza fizyczna obecność gdzieś na jakiejś ziemi, nie przesądza wcale o tym, kim jesteśmy, kim się czujemy…

– Dokładnie. Proszę mi wierzyć, że ja to wiedziałem od samego początku. A mieszkałem też przez parę lat w Szwecji. Po prostu, świat jest mały – to taka mała kula. I wszyscy mieszkamy razem w tej wiosce.

– Dziękuję i gratuluję świetnych koncertów w Chicago.

greydot

Michał Urbaniak koncertujący  (zdjęcie własne)

Michał Urbaniak koncertujący (zdjęcie własne)

* Wywiad z Michałem Urbaniakiem opublikowany został w tygodniku „Relax”, 24 września, 1994 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

KOSZ OD KWIATKOWSKIEJ, BASIA, JOASIA I DYLAN…

ze wspomnień wywiadowcy

Wielu artystów zjeżdża nam z Polski do Chicago. Czasem są oni sprawcami wydarzeń, co do których nie można mieć żadnych wątpliwości, jeśli chodzi o kunszt, autentyzm, zaangażowanie i solidność wykonania. Niestety, są też takie, które sprawiają wrażenie kolejnej kwesty zasilającej ubożejącą kiesę artystów w tych ostatnich przemianach często dziwnych i ogólnej pauperyzacji środowisk twórczych w kraju. Chociaż znaleźli się również i tacy, którzy uważali, że przyjeżdżając do Ameryki, nie tylko, że nie zarabiają, ale i dokładają wprost do interesu: ot, taka charytatywna wycieczka kupiecko-krajoznawcza, która czasami, po cichu, nazywana jest po prostu chałturą.

Bob Dylan, Grażyna Szapołowska, Basia Trzetrzelewska, Joanna Trzepiecińska, Irena Kwiatkowska - ze wpsommnień wywiadowcyNie chciałbym jednak, żeby to, co przed chwila napisałem, odnosić do programu „Gwiazdy piosenki kabaretowej”, który pojawił się w listopadzie tego roku* w Chicago. Choćby dlatego, że jego wykonanie – choć miejscami nierówne – to jednak w ogólnym wrażeniu satysfakcjonujące. A brali w nim udział artyści z polskiej czołówki estradowo-filmowo-teatralnej, z których większość to przecież kawał historii polskiej rozrywki: Irena Kwiatkowska, Grażyna Szapołowska, Wojciech Młynarski, Wiesław Gołas; a także pokolenie młodsze: Joanna Trzepiecińska, Zbigniew Zamachowski, Piotr Machalica… Jako wywiadowca, nie mogłem takiej okazji przepuścić. Wziąłem więc „namiary” na Grażynę Szapołowską. Powody? Kiedy pojawiła się na scenie, na widowni rozległo się głębokie westchnienie – i to nie tylko wydobywające się z męskich piersi. To zadecydowało. Poza tym, ta aktorska przeszłość Grażyny i fama polskiej sex-bomby. Przy najbliższej sposobności więc, zadzwoniłem do hotelu w Bensenville, gdzie organizatorzy ulokowali cały zespół. Myślałem, że połączono mnie z pokojem Szapołowskiej:
Ja:
– Dobry wieczór. Nazywam się Stanisław Błaszczyna. Czy mógłbym rozmawiać z panią Szapołowską?
Głos w słuchawce:
– Czy to Filip?
– Nie, Stanisław. Czy to pokój Grażyny Szapołowskiej?
– Ale czy Filip?
– Nie, nie Filip. Czy rozmawiam z panią Ireną Kwiatkowską? (Trudno nie rozpoznać głosu pani Ireny – przyp. StB)
– Tak, Kwiatkowska. A kto pan jest, jak nie Filip?
– Piszę do chicagowskich gazet. Chciałbym przeprowadzić z panią wywiad.
– Ale Szapołowskiej nie ma.
– Jednak mi zależy również na wywiadzie z panią.
– To niech pan zadzwoni do Szapołowskiej.
– Chciałem obie panie prosić o rozmowę.
– Szapołowska tu nie mieszka.
– Najmocniej przepraszam, ale widocznie pan Zamachowski podał mi zły numer telefonu. Myślałem, że dzwonię do pokoju, w którym mieszka pani Szapołowska.
– Niech się pan nie tłumaczy i dzwoni do Szapołowskiej.
– Ale mnie naprawdę zależy na spotkaniu z panią.
– Dzisiaj już miałam 50 wywiadów i nie chcę więcej.
– To może jutro lub pojutrze znajdzie pani dla mnie chwilę?
– Nie znajdę!
– W takim razie bardzo mi przykro. Przeprasza, że niepokoję. Jest pani pierwszą osobą, która mi odmówiła wywiadu.

***

W taki oto sposób dostałem „kosza” od Ireny Kwiatkowskiej.
Chwilę później zorientowałem się, że jednak popełniłem nie tylko faux pas, ale i małe kłamstwo. Parę lat wcześniej nie udało mi się także namówić na dłuższą rozmowę Basi Trzetrzelewskiej. Choć nie było to chyba skutkiem jej niechęci, ani też złej woli. Przyczyny były bardziej natury techniczno-sytuacyjnej. Otóż po bardzo udanym koncercie Trzetrzelewskiej w Chicago Theatre, gdzie olbrzymią, prestiżową w mieście salę wypełniły po brzegi tysiące amerykańskich fanów naszej artystki, poszedłem za kulisy, by się z nią spotkać, pogratulować świetnej formy i namówić na wywiad. Basia była szczęśliwa, zachwycona reakcją publiczności i bardzo miła, ale niestety zwróciła mi uwagę, że to już pierwsza po północy, sama pada ze zmęczenia, a jutro rano jedzie na następny koncert do Indianapolis.
– To może choćby kilka słów – nalegałem.
Na co Basia:
– Proszę zostawić mi pański numer telefonu. Zadzwonię jutro do pana.
W to, że Basia do mnie zadzwoni nie wątpiłem, powiedziałem jej jednak, że niestety już jutro rano wylatuję na Florydę i nie znam jeszcze nowego numeru telefonu.**
– To w takim razie dam panu telefon do mojego studia w Londynie. Proszę zadzwonić za jakieś trzy tygodnie, to sobie porozmawiamy – powiedziała Basia i zapisała numer na moim koncertowym programie.
A jakże, dzwoniłem później z Miami do Anglii kilka razy, lecz zawsze trafiałem na maszynę. Raz jednak odebrała jakaś panienka i poinformowała mnie, że artystki nie będzie w domu przez dłuższy czas, i że zmieniła plany. Wreszcie w mojej redakcji zdecydowano się na jakiś przedruk (obiecanego już wcześniej) wywiadu.
Napisałem wtedy recenzję z tego koncertu, okraszonego w „Relaxie” zdjęciem, na którym osoba mi towarzysząca uwieczniła moment mojego przystąpienia do Basi, przedstawienia się i propozycji. Widać na nim kawałek mnie – wywiadowcy, oraz w pełnej krasie rozpromienioną Basię – roześmianą od ucha do ucha, z obiema rękami w górze a pod zdjęciem podpis: „Basia z radością przyjmuje propozycję udzielenia wywiadu naszej gazecie”. Miała to być odpowiedź redakcji (nie przeczę: nieco złośliwa) na famę, że Basia z reguły bardzo niechętnie traktuje Polonię i w zasadzie jej unika.

***

Mniej więcej w tym samym czasie – bodajże tydzień wcześniej, również w Chicago Theatre – miał miejsce koncert Boba Dylana. Pomyślałem: dlaczego nie spróbować? Spotkać się z człowiekiem, którego wielu uważa za żyjącą legendę, za kogoś kto kształtował pewną epokę… To mogła być prawdziwa gratka wywiadowcza.
Pomysł był zupełnie realny. Wiedziałem, że trzeba to przygotować na parę tygodni wcześniej. Wszedłem więc w kontakt z dyrektorką programową Chicago Theatre, jak również z samym kierownikiem trasy koncertowej Dylana (oczywiście przy wsparciu mojej redakcji), który powiedział, że naturalnie jest to możliwe, że porozmawia z menedżerem Dylana i ustalimy jakiś termin.
Wypadało więc przypomnieć sobie twórczość „barda Ameryki”. Przygotowałem sporo kwestii do poruszenia i tak uzbrojony w determinację, pojechałem do downtown.
Niestety, ludzi, z którymi wcześniej rozmawiałem, jakby wymiotło – ani dyrektorki, ani kierownika, ani menedżera… Za kulisy nie było wstępu. Koncert zaczął się opóźniać. W końcu zjawili się jacyś muzycy, podszedłem do jednego z nich i powołując się na wcześniejsze ustalenia (i nazwiska), wręczyłem mu list polecający z redakcji z prośbą o przekazanie menedżerowi.
Wreszcie, po dobrej godzinie koncert wystartował: na scenę wtoczył się mało przytomny Dylan i zaczął coś tam mamrotać pod nosem (nie przesadzam – to było właśnie mamrotanie – taki był wówczas styl śpiewania Boba). To nie był ten sam człowiek, którego znałem z „Highway 61 Revisited”, „Blond on Blond”, „John Wesley Harding”, „Blood on the Tracks”, „Slow Train Coming” czy „Desire”. Niestety. Zupełnie zwątpiłem w powodzenie mojej misji wywiadowczej. Jakimś cudem Dylan nie tylko dotrwał do końca koncertu ale i zaczął bisować. Po pierwszym wszak bisie na estradę wkroczył rosły osobnik i dosłownie zwinął brutalnie „barda”, który i tak pewnie mało rozumiał z tego, co sie wokół niego działo – z zamkniętymi oczami, na chwiejących się nogach, przygarbiony, ze zmierzwionymi włosami i głębokimi bruzdami wokół ust… Budził raczej współczucie. Nie zwlekając, zapakowano Boba do samochodu i odjechano czym prędzej w nieznanym kierunku. Z takim obrotem sprawy mogłem się jednak liczyć. Nawet jeśli Dylan zgodziłby się na wywiad (zakładając, że byłby w stanie go udzielić), to na zasadzie eksperymentu i ciekawostki, gdyż z tak egzotycznego kraju, jakim niewątpliwie jest dla niego Polska, nikt nigdy go chyba jeszcze nie nachodził (po raz pierwszy Bob Dylan nad Wisłę zawitał dopiero trzy lata później).

***

Wróćmy jednak do kosza od Kwiatkowskiej. Tak więc, wyszły nici z wywiadu z „kobietą pracującą, która żadnej pracy się nie boi”, ale jak widać, wywiadów udzielać nie chce i obrusza się, że jej głos pomylono z głosem Szapołowskiej, i że do tej ostatniej dzwoni się przed nią. (Rzywiście, jak to się mogło zdarzyć! Sam do tej pory nie wiem.)
Jednak naprawdę żałowałem, że nie spotkałem się wówczas z panią Ireną. Niestety, nie spotkałęm się również z Grażyną Szapołowską, a na wywiadzie z nią mi zależało, zwłaszcza po tym, kiedy natknąłem się na rozmowę z aktorką, opublikowaną w polskim „Playboy’u”. Usiłowałem jeszcze skontaktować się z nią nazajutrz, ale poinformowano mnie, że artystka porwała rano samochód przeznaczony do dyspozycji całej grupy i wszelki ślad po niej zaginął.

Spotkałem się natomiast z Joanną Trzepiecińską, jedną z najbardziej urodziwych przedstawicielek młodego pokolenia polskich aktorek, znanej mi z kilku wcześniejszych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Wywiad ukazał się w prasie polonijnej i nosił tytuł: „URODA NIE JEST WAŻNA”. Trzeba zaznaczyć, że obok tytułu znalazła się podobizna aktorki w stroju nader niekompletnym (ach te koronki, obnażone ramiona, biust, ręka na udzie i wyzywający wzrok… jednym słowem kwintesencja sex-appealu i uderzająca uroda Joasi w pełnej krasie!) Przyznaję, że nieco przewrotne to było zestawienie. I znów parę gromów posypało się na moją głowę wywiadowcy-zbereźnika ze strony Szanownych Czytelniczek (bo jednak nie Czytelników). Ale mam nadzieję, że przeczytały one przynajmniej wywiad, w którym pani Joanna powiedziała parę interesujących rzeczy, a w dodatku zrobiła to inteligentnie i rozsądnie.
Wśród tematów, nie można było jednak nie wspomnieć o tym, co biło wprost w oczy – o urodzie aktorek. Na ile jest ona ważna w karierze?
– Moim zdaniem uroda wcale nie jest tak ważnym czynnikiem w aktorstwie. Naprawdę, proszę to potraktować całkiem serio. Nie ma kanonu urody dla aktorki – stwierdziła Trzepiecińska.
Wskazałem wtedy, że ten komponent erotyczny zawsze był jednak mocny, jeśli chodzi o popularność, a czasem nawet i kult, aktorek. Dawniej gwiazdy ekrany były jednocześnie boginiami seksu. A i dzisiaj eksponuje się także urodę aktorki, szczególnie wtedy, gdy jest co eksponować. I niekoniecznie musi się to nazywać „kupczeniem” ciałem, ani nawet seksizmem. Joanna Trzepiecińska odparła:
– Wszystko zależy od tego, w jaki sposób to się robi, kto to robi i w jakim celu. Jeszcze raz powtarzam: uroda jest w prawdziwym aktorstwie sprawą drugorzędną. A erotyzmu nie należy uważać za domenę diabelską. Ważny jest gust, smak, wyczucie…
Muszę przyznać, iż wahałem się nieco przed zadaniem następnego pytania, którym ryzykowałem nietakt wobec Joanny. Niemniej jednak ośmieliłem się, powołując się zresztą na obce źródło, zapytać:
– Jedna z polskim gazet nazwała panią „pożeraczką serc” i podała – robiąc to dwuznacznie – że w karierze pomogli pani m.in. Jan Englert, Gustaw Holoubek, Piotr Fronczewski, Olaf Lubaszenko, Bogusławem Linda…
Tutaj Joanna Trzepiecińska odparowała:
– Proszę pana, mnie nie interesują plotkarskie tabloidy i brukowce! A takie w naszym kraju również już są. Niestety, przyszła taka moda z Zachodu.

Na zakończenie – gdy zgodziliśmy się z tym, że tak naprawdę nie ma większego znaczenie, gdzie się mieszka – choć, jak zapewniała aktorka, ona nigdy nie chciałaby wyjeżdżać z Polski – usłyszałem od Joanny słowa, które na pewno znalazły aprobatę i rezonans w sercach Czytelniczek (mojej konserwatywnej bądź co bądź, gazety). W Joannie Trzepiecińskiej, kobiecie z krwi i kości, odezwała się także kobieca dusza:
– Dla mnie ważne jest to, z kim się jest, czy się kogoś kocha, czy się ma rodzinę, czy się człowiek czuje szczęśliwy, czy odczuwa satysfakcję… Ważne jest to nasze małe szczęście, które sobie budujemy wokół nas. I to rzeczywiście może być na Alasce, na Grenlandii, jak i w Południowej Afryce.

Amen.

greydot

* Chodzi o rok 1994. Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego” 12 maja, 1995 r.
** Należy pamiętać, że wszystko odbywało się jeszcze w epoce przed-komórkowej (1991 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ

greydot

.

APENDYKS. 

Korzystając ze wspominkowej okazji odgrzebywania moich niegdysiejszych wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury, chciałbym też zamieścić na mojej stronie zdjęcia, które wpadły mi w ręce w czasie przygotowywania tego cyklu. Zdecydowana większość z nich nie była do tej pory publikowana w internecie – jest to więc ich oficjalna premiera w sieci. Żałuję jedynie, że stanowią one zaledwie małą cząstkę mojego archiwum, które podczas ostatnich dwudziestu lat zostało mocno przetrzebione – wiele zdjęć zaginęło, a te, które się zachowały nie są zbyt wysokiej jakości. Niemniej jednak postanowiłem je odkurzyć i zaprezentować – przedstawiają bowiem postacie wszystkim dobrze znane, również ludziom młodym, choć przynależące raczej do starszego pokolenia, a przy tym takie, które zapisały się już w historii polskiej estrady, filmu, teatru czy piosenki.
Zdjęcia pochodzą głównie z występów polskich artystów w Stanach Zjednoczonych (przede wszystkim w Chicago) w latach 90-tych ubiegłego wieku. Mają więc pewną wartość archiwalną. Być może wzbudzą też sentyment wśród nieco starszych Czytelników Wizji Lokalnej, którzy tu również trafiają, choć niezbyt często zostawiają ślad. Skądinąd wiem, że ten sentyment może być dość silny, bo oto kilka dni temu na Facebookowej stronie fanów Czesława Niemena (i innych, dawnych artystów polskiej estrady) zamieściłem nigdy nie publikowane zdjęcie Niemena, co spotkało się z nadspodziewanie gorącym przyjęciem jego wielbicieli (TUTAJ). To właśnie zainspirowało mnie do zamieszczenia tej galerii, jako załącznika do ostatniego wpisu z cyklu „ze wspomnień wywiadowcy”.

.

Czesław Niemen

Czesław Niemen

.

Michał Urbaniak

Michał Urbaniak

,

Urszula Dudziak

Urszula Dudziak

.

Jacek Kaczmarski

Jacek Kaczmarski

.

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

.

Elżbieta Adamiak

Elżbieta Adamiak

.

Grażyna Szapołowska

Grażyna Szapołowska

.

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

.

Alicja Majewska

Alicja Majewska

 .

© ZDJĘCIA WŁASNE

NADAL DZIWNY JEST TEN ŚWIAT (rozmowa z Czesławem Niemenem)

Jeden z najwybitniejszych muzyków polskich ostatniego półwiecza. Kompozytor – także muzyki filmowej i teatralnej – multiinstrumentalista i wokalista; autor tekstów i poeta. Sam wyznaczał trendy w polskiej muzyce rozrywkowej… Tę listę można by ciągnąć długą, tak jak i przypomnienie wszystkich nagranych przez niego płyt i wylansowanych przebojów. Artysta niezapomniany.

.

– STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zacznijmy naszą rozmowę od powrotu do tamtych „dziwnych” lat 60-tych, kiedy pojawił się pan w przestrzeni publicznej. Czy ten raczej negatywny stosunek starszego pokolenia do pańskiej muzyki w początkach kariery, ta anatema rzucona na pana przez rodziców fanów Niemena była czymś dokuczliwym? Jak pan sobie dawał z tym radę?

Czesław Niemen na koncercie... (zdjęcie własne)

Czesław Niemen na koncercie… (zdjęcie własne)

– CZESŁAW NIEMEN: Tak, było coś takiego. Stary jak świat konflikt pokoleń. Ale z reguły dzieci jest więcej, a poza tym rodzice – tak na poważnie zajmując się innymi sprawami – nie zdołali mi w niczym przeszkodzić. Oczywiście, było wiele antagonizmów, ale to normalne – taka socjologiczna prawidłowość. Wtedy też miał miejsce ruch hippisowski, w którym nigdy nie uczestniczyłem, choć w ruch kontestacyjny byłem zamieszany. Moje teksty miały nośność kontestacji, co było bardzo niestrawne dla naszego systemu, w którym funkcjonowałem. Ale ponieważ miałem kontakty zagraniczne, to byłem w pewnym sensie nienaruszalny. Wiem, ze istniały jakieś „macki” stamtąd, żeby nie dopuścić do mojej większej kariery.

– Pamiętne są losy pańskiego utworu „Dziwny jest ten świat” i jego bojkotu przez polskie media. Jakie były przesłanki tego zakazu? Czy nie utwierdziło to pana w przekonaniu, że ludzie zazwyczaj nie chcą znać prawdy – zwłaszcza ci wpasowani w jakiś ideologiczny system?

– Nieopatrznie w 1967 roku prezes Sikorski, szef Radiokomitetu, przyznał mi jedną z głównych nagród w Opolu za tę piosenkę. To był taki moment nieuwagi ze strony decydentów. Ale później dotarło do nich, że jednak był to wyłom totalny i zaczęto – pod pretekstem szukania zarzutu, jak na tamte czasy bardzo istotnego – uważać ją za piosenkę antysocjalistyczną. No bo jak „dziwny” może być świat w tak pięknym ustroju. Zaczęły obowiązywać niepisane dyrektywy – to tu mnie wyrzucono, to tam. Wystarczył telefon, sugestia… Później śpiewałem na koncertach teksty Zbigniewa Herberta, też bardzo adekwatne do „ery sukcesu”, ale już na płytę nie pozwolono mi ich nagrać.

– A po latach? Jak teraz widzi pan ten świat?

– Mnie świat interesuje jako cud niepodważalny. Zdziwienie, a właściwie zachwyt światem. Na „Terra Deflorata”, mojej ostatniej płycie, jest taki tekst: „Dałeś nam Panie Cud Wszechświata, Ziemię”. Bo z Ziemi czerpiemy wszystko. Dlatego martwi mnie bezmyślność człowieka, który jej nie szanuje. Chociaż podnoszą się głosy ostrzegawcze, rozsądku. Jest poważnie przeludnienie, co może grozić zatruciem totalnym, jeśli będziemy postępować w takim tempie. Ale tu chodzi nie tylko o sprawy fizyczne, materialne – również o ludzką mentalność. Taka np. ideologia komunistyczna mentalnie oszpeciła człowieka w wielu krajach. Na szczęście upadła i tylko gdzieniegdzie podnosi jeszcze ten swój łeb hydry, zatruwa utopijną mrzonką. Lecz tu nie tylko o nią chodzi, bo w politycznych głowach nadal roją się różne niebezpieczne dla nas wszystkich – i dla świata – idee.

– W tym miejscu jest okazja na pytanie właśnie o pańskie preferencje polityczne. Jeżeli miałby się pan określić politycznie, to z jakim obozem identyfikowałby się pan najbardziej – czy też raczej: ku jakim poglądom skłaniał?

– Nie mam preferencji politycznych. Na „Terra Deflorata” jest również taki tekst: „Nikt mnie nie nakarmił ideami świata…”, albo: „… pomińmy brednie ideologów”.

– Może to zabrzmi jak wywoływanie upiorów przeszłości (nie tak znów odległej), ale co sądzi pan dzisiaj o bojkocie artystów po wprowadzeniu stanu wojennego?

– Stan wojenny był w Polsce okresem bardzo ciężkim, dlatego choćby, że zastopował piękny ruch „Solidarności”. I akurat wtedy zamieszano mnie w rzekome poparcie reżimowej junty, generalskiej 13-ki. Na domiar złego przypisywano mi, jakobym należał do szeregów PZPR – co w ogóle było totalnym nieporozumienie i bzdurą. Otóż, ja nigdy do żadnej partii się nie zapisywałem, ojciec wpoił we mnie taką zasadę. Choćby dlatego, by nie szukać przeciwników. Muszę tutaj przytoczyć bardzo piękną fraszkę Cypriana Norwida na temat partii, którą tak przewrotnie zatytułował „Miłość”:

... i prywatnie

… i prywatnie (zdjęcie własne)

Jeżeli szukasz nieprzyjaciół
swoich nieprzyjaciół
To jakbyś szukał ostrza,
żebyś w ranę zaciął
I nie jesteś z miłości
ogólnego ducha
Lecz z ducha partii,
który co pochlebne słucha…

Przynależność do jakiejkolwiek partii to bielmo na oku. Wszystkie racje rozczłonkowane, to półprawdy. Nigdy więc w żadnej partii nie byłem, ale popierałem np. ruch „Solidarności”, bo widziałem w nim solidarność narodu, który chce i musi odrzucić to, co mu było nienawistne, co doprowadziło do ruiny.

– Jednak po 13 grudnia 1981 roku wystąpił pan w telewizji…

– Znów przytoczę cytat: „Kto ma lepszą sztukę, ten ma lepszy rząd” – to z Herberta. Więc decydenci, już od połowy lat 70-tych, umizgiwali się i do mnie. Próbowali mnie wmieszać w swoją strukturę rządzenia kulturą, przypasowywać do obrazka. Ja jednak uparcie robiłem swoje. Np. prezentując Norwida, czy własne teksty – mówiłem wprost, co było niemiłe dla systemu. Oni przymykali na to oczy i mówili: „Dobra, niech sobie mówi, ale żeby nam tutaj coś zagrał”. Tak było zresztą po stanie wojennym z całym ruchem młodzieżowych orkiestr rockowych. Taki Jarocin (Festiwal Muzyki Rockowej – przyp. StB) na przykład. Kto tym kierował? Przecież ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej będący „satelitą” Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – przyp. StB). I nie zważali na to, że młodzież takie ewidentne wrzuty im tam słała, co dziś robi pod adresem innej władzy. Jak to młodzież!
Tak, że i mnie gdzieś ta machina zagarnęła, gdzieś w te swoje tryby wciągnęła. No i w tym nieszczęsnym stanie wojennym podrzucono fragment mojego wywiadu do Dziennika TV, który zapowiadał jakiś facet w zielonym mundurze. I to wystarczyło.

– Ale skąd oni to wzięli, gdzie i kiedy było to nagrane?

– Szczegóły będą w książce, nad którą teraz pracuję. W 1981 roku robiłem program świąteczny, który właściwie firmowany był przez „Solidarność”. Zresztą, pod tym szyldem robiłem wówczas wiele innych rzeczy… Do czego zmierzam? Wiem dzisiaj, że nagonka na mnie w tym okresie była przeprowadzona specjalnie, żeby mi zrobić… „opinię”. To była jedyna broń. Mogli mnie zamknąć, ale wtedy byłbym ewidentnym bohaterem. Podobnie postąpiono np. z Danielem Olbrychskim, którego wypuszczono natychmiast za granicę. Nie chcieli bohaterów.

– Ponoć bojkotowała pana tutejsza chicagowska Polonia, jako że przyjechał pan „stamtąd”, komuniści dali panu paszport – to było podejrzane.

– Śmieszny zarzut, wtedy wydawał mi się nawet groźny. Dobrze to pamiętam, mam materiały, ulotki z tamtych groteskowych wieczorów przed klubem „Cardinal”. Później dowiedziałem się jeszcze innych rzeczy. Te wszystkie bojkoty były po prostu robione przez ambasady, konsulaty, według dyrektyw czynników bardzo mocno postawionych na Wschodzie, m.in. przez ambasady sowieckie. Chciano po prostu zniszczyć nazwisko „Niemen”, które od samego początku było solą w oku różnym czynnikom krzywo patrzących na moje poglądy, niby to rewizjonistyczne. Po wojnie, jak wiadomo, rzeka Niemen znalazła się w innym państwie.
A wracając jeszcze do Grudnia ’81 i owego świątecznego programu… Powstał on oczywiście dużo wcześniej, a w grudniu – mając cały czas kontakt z „Solidarnością” – dowiedziałem się, że szuka mnie jakiś pułkownik. Trochę się ukrywałem, żonę nachodził, w końcu dorwał mnie którejś nocy i mówi: „Proszę się nie obawiać – mówi – pan taki program nagrał, my chcemy go wyemitować, ale chcielibyśmy zapytać dlaczego to on jest taki religijny”. Na co ja mu wtedy powiedziałem, że z wszystkich ideologii, jakimi mnie do tej pory karmiono, została mi jedna: „Nie czyń bliźniemu swemu, co tobie niemiłe”. Jednak pułkownicy pokazali moją twarz w Dzienniku. Niestety, nie widziałem. Z przyzwyczajenia bojkotowałem godzinę „dobrobytu”. Wtedy zaczął się też kształtować bojkot całej umundurowanej telewizji.

– Na gwałt szukali wówczas ludzi, żeby tylko zapełnić te okienka w telewizji i pokazać, że nic się nie dzieje.

– Było to perfidne. Olbrychskiemu dali paszport, Wajda wyjechał, mnóstwo ludzi wtedy puścili. Mówili: „Jedźcie, nie bruździe nam tutaj”. Poza tym, mnie paszportu dawać nie musieli, bo go po prostu cały czas miałem.

– Jak pan to wszystko odbiera dzisiaj, kiedy sprawy te trochę okrzepły, emocje się wyciszyły?

– Mam tylko żal do niektórych ludzi z opozycji, którzy okazali się tak naiwni i wykazali się tak małą wyobraźnią, że mogli dopuścić do powstania opinii, iż ja miałem być prokomunistą, czy komunistą czy wręcz kolaborantem – co już w ogóle zakrawało na kpinę. Ale, widzi pan, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ten cały bojkot miał oczywiście swoje złe, ale też i dobre strony. Złe, gdyż mnie wtedy sporo nadenerwowali, byłem w kiepskim stanie, na ogół depresyjnym i w ogóle z trudem to znosiłem. Zamiast czterech tygodni tutaj, byłem osiem. Później pojechałem jeszcze do Nowego Jorku i Kanady, a po powrocie zacząłem cały cykl koncertów w Polsce.

Niemen enigmatic  (zdjęcie własne)

Niemen enigmatic (zdjęcie własne)

– Pamiętam dobrze. Odbierałem to nawet jako swoisty pański come-back – nowa płyta, nowe wersje starych nagrań, entuzjastycznie przyjęty koncert w Sopocie i nagroda tamże…

– A tu były takie sugestie, że ja już w Polsce nie występuję, bo mnie naród tak znienawidził, że nikt nie przychodzi na moje koncerty.

– Podobno ostatnio w kraju nawet (czy też przede wszystkim) artyści wołają „komuno wróć!” Nikt chyba nie traktuje tego poważnie – gdyż biegu historii nie da się odwrócić, pewne epoki odchodzą w przeszłość bezpowrotnie – ale ma to wydźwięk raczej gorzki i smutnawy. Czy nie jest jednak prawdą, że ówczesne warunki (mam tu na myśli lata 60-te i 70-te) stwarzały twórcom polskim pewnego rodzaju komfort materialny pozwalający na znaczną swobodę twórczą – zwłaszcza wtedy, gdy była ona indyferentna politycznie (chociaż nie było to regułą), a przynajmniej sprawiała takie wrażenie? Ten państwowy mecenat, niekiedy wręcz opiekuńczość, zapewne wielu wspomina dziś z tęsknotą i rozrzewnieniem.

– Każdy sądzi według własnego statusu. Ja komfortu nie miałem. To, co zarobiłem, to dzięki moim wyjazdom za granicę. Krajowe stawki dla artystów estrady były wówczas śmieszne. Podczas, gdy rzeczywiście jest wielu artystów, którzy muszą dzisiaj zabiegać o wszystko, a wtedy mieli komfort. Ci mogą wołać „komuno wróć!” Smutne jest to, że wśród tych, co nie mają co robić, jest też wielu artystów znakomitych. Jeżeli chodzi np. o świat filmu i teatru, to jest to naprawdę smutna sprawa. W latach 70-tych mieli dotacje państwowe, bo „Belzebub kocha sztukę, zapewnia swoim artystom dobre wyżywienie i kompletną izolację od piekielnego życia.” Znowu Herbert.

– Moim zdaniem musi istnieć coś w rodzaju protekcji (państwowej czy prywatnej) nad artystami, bowiem często rzeczy bardzo dobre i wartościowe są po prostu niekomercyjne. Niekomercyjne, bo elitarne – to chyba wynika jedno z drugiego. W krajach wysoko rozwiniętych, bogatych, są też fundusze państwowe, chroniące jakąś tam część kultury, pewne działania artystyczne, które nie przynoszą materialnych dochodów.

– W Polsce też powstają fundacje, ale na razie wszystko to jest w powijakach i nie wystarcza. Przetrwają pewnie tylko ci, którzy byli i są naprawdę wybitni. Mam nadzieję, że się to wszystko jakoś unormuje. Takie przemiany ewolucyjne mogą potrwać kilka lat, lecz sądzę, że obecna trudna sytuacja jest przejściowa.

– Życzę zatem panu dalszych artystycznych sukcesów w kraju, no i przyjemnego pobytu w Ameryce. Dziękuję także za rozmowę, jak również za muzykę której słuchaliśmy przez ostatnie trzy dekady w Polsce, a teraz tutaj, w Chicago.

greydot

Wywiad z Czesławem Niemenem opublikowany został w tygodniku „Relax” (Nr 34/1991)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

greydot

APENDYKS. Istnieje zapis koncertu Niemena z zespołem SBB w Helsinkach z 1973 roku. Uważam, że rzecz jest znakomita – polski rock w szczytowej (na poły awangardowej) formie! Kto nie słyszał – i nie widział – ten ma okazję tę stratę nadrobić. Polecam bardzo – tak bardzo, że zdecydowałem się zrobić z tego apendyks do wpisu:

 

 

APENDYKS 2. Jakże przy tej okazji mógłbym nie pochwalić się pamiątką ze spotkań z Niemenem w postaci płyty „Terra Deflorata” którą wraz z autografem otrzymałem od artysty:

.

Niemen Terra Deflorata autograf

.

RADOŚĆ I MELANCHOLIA (rozmowa z Edytą Geppert)

.

Kiedy spotykamy się z unikalnym talentem, wszelka próba opisu tego fenomenu staje się pewnym nietaktem, a słowa bezsilne – ledwie bladą kalka wrażenia. To, co najgłębsze i najintymniejsze, jest zarazem niewypowiedzialne. Intymność wzruszenia łatwo wystawia się na łup profanacji przez banał i prozę komunałów. Tak właśnie podziałało na mnie zetknięcie się ze sztuką i osobą Edyty Geppert.

Edyta Geppert (zdjęcie własne)

Edyta Geppert: Śpiewanie zawsze traktowałam jako rodzaj intymnej rozmowy ze słuchaczami (zdjęcie własne)

Bywała w Chicago wielokrotnie ze swoimi recitalami. Jej piosenki często można usłyszeć w polskim radiu. Ma swoich wiernych słuchaczy, którzy ze skutkiem natychmiastowym potrafią zestroić się z jej wrażliwością – z jej sposobem odczuwania, obserwacji i reagowania na świat. Nie mogłem tego powiedzieć o sobie… aż do momentu osobistego spotkania z Edytą Geppert.
Zaskoczył mnie zupełnie jej chicagowski występ. Nie mogło być inaczej w przypadku kogoś, komu sztuka Edyty Geppert kojarzyła się głównie z refleksyjną i melancholijną modlitwą „Zamiast”. Modlitwa – to zapewne właściwe słowo: cicha skarga wzniesiona ku Bogu, gorzkie westchnienie potulnej istoty zagubionej wśród codzienności matowej i smutnej egzystencji. Podobnie śpiewała Billy Holiday – jakby krople cierpkiego bluesa padały na miękki aksamit ballady. A więc Edyta Geppert liryczna – poetycka zaduma i lekki spleen.
Na dzień przed recitalem powiedziałem pani Edycie o tych wyobrażeniach. Ta uśmiechnęła się delikatnie i rzekła: „Proszę przyjść jutro na koncert.”

ROZBAWIĆ I DOSMUCIĆ

Oczywiście, że poszedłem, lecz wcześniej chciałem usłyszeć odpowiedź od niej samej. Wszyscy znają ją z piosenki „Zamiast”. Wydawało mi się, że to właśnie ona określa w wyobraźni także innych ludzi osobowość i charakter artystki. Przypomnę jedną ze zwrotek:

Póki co w zamęcie trwam
liczę na palcach lata szare
i czasem tylko przemknie myśl:
przecież nie jestem tu za karę

Tak więc „zamęt”, „lata szare”, „kara”… cała ta gorycz i smutek istnienia. Ale przecież taka gwiazda, jak pani – powiedziałem – a ponadto piękna kobieta, która odniosła wielki sukces artystyczny, zyskała ogromną popularność, ma więcej atutów i powodów po temu, by nie poddawać się życiowej melancholii. Na ile więc identyfikuje się pani z tymi słowami?

Edyta Geppert na to odparła: „Chciałabym przypomnieć, że początek mojego śpiewania przypadał na początek lat 80-tych, a ten czas – jak większość z nas pamięta – nie był najweselszy. Był, co tu kryć, ponury, trudny dla każdego z Polaków. A ja moje śpiewanie zawsze traktowałam jako rodzaj intymnej rozmowy ze słuchaczami – wypowiedzi, z którą również inni mogą się identyfikować. Oczywiście, że i ja utożsamiałam się z nią również. Martwi mnie tylko to, że ona ciągle jest aktualna.”
Taka odpowiedź mogła być chyba satysfakcjonująca. Chociaż wiersz „Zamiast”, (którego autorką jest Magda Czapińska) ma na pewno znaczenie uniwersalne i nie można go przypisać do żadnego momentu historycznego, nawet tak doniosłego, jak stan wojenny i czasy, które po nim nastały. Nie jest więc okazjonalnym przyczynkiem do sytuacji politycznej czy społecznej. Ma sens głęboko egzystencjalny, mimo swojej rozbrajającej prostoty i oczywistości.
Przytoczyłem jeszcze wówczas opinię dwóch osób, które uczestniczyły w koncertach Edyty Geppert w Polsce:
– „Jej pieśni są jak nasze życie, chyba dlatego tyle w nich smutku i rezygnacji, czasami aż pretensji do świata i ludzi i samego Boga nawet – o to, że przyszło nam żyć na tej ziemi nad Wisłą, w tak trudnych latach, że ich zła nawet nie sposób pojąć!”
oraz inna:
– „… z gwiazdy emanuje spokój, optymizm, szczęście”
i zapytałem, jak to możliwe, że publiczność tego samego koncertu wynosi z niego tak odmienne wrażenia? – na co usłyszałem: „To jest możliwe, gdyż recital jest różnorodny i tak skonstruowany, żeby zadowolić i tych, którzy przyszli oderwać się nieco od rzeczywistości, rozbawić troszkę; jak i tych, którzy chcą się dosmucić. To również zależy od tego, w jakim nastroju ktoś przychodzi na koncert, od jego osobowości…”
Tak po prostu! Edyta Geppert, przez swoją skromność, omieszkała dodać, że jest to możliwe także dzięki jej wszechstronności, odwadze włączania do swego repertuaru utworów krańcowo odmiennych zarówno nastrojowo, jak i stylistycznie; a co najważniejsze – dzięki swojej artystycznej kompetencji i sprostaniu tymże wyzwaniom.
Co właściwie decyduje, że jakaś kompozycja jest przez nią akceptowana?
Edyta Geppert: „W związku z tym, że traktuję piosenkę właśnie jako wyraz osobistej wypowiedzi, musi być ona przeze mnie jakby przefiltrowana, to znaczy musi być zgodna z moim odczuwaniem, budzić moje emocje. Musi najpierw mnie wzruszyć, żebym później mogła wywołać uczucia słuchaczy.”

MISTRZ I EDYTA

Wiosną 1995 roku Edyta Geppert przyjechała do Wietrznego Miasta z całą swoją rodziną. 7-letni Miecio zaglądał często do pokoju, w którym odbywał się wywiad, rozpraszając mamę, która wreszcie udzieliła mu ostrej reprymendy. W końcu zjawił się też sam Piotr Loretz, którego obecność w Chicago u boku Edyty jak najdalsza była wszak od przypadkowości czy zbędności: Piotr Loretz bowiem to producent, impresario, menadżer, reżyser, konferansjer… no i – last but not the least – mąż Edyty Geppert. Jakby tego było mało, w przeszłości również nauczyciel akademicki piosenkarki. Tak się złożyło – bynajmniej więc nie przypadkiem – że zapytałem wtedy o to, kto był dla niej wzorem, inspiratorem? Oto co usłyszałem:
– „Mistrzem jest i był zawsze Piotr Loretz. Słucham jego rad. Wydaje mi się, że naprawdę miałam wielkie szczęście, że spotkałam tego człowieka, ponieważ on sam pochodzi z rodziny o ogromnych tradycjach aktorskich. W ich domu bywali wielcy artyści. Poza tym, on sam przez kilkanaście lat uczył w Warszawskiej Szkole Muzycznej na Wydziale Piosenki (był też członkiem komisji, która przyjmowała Edytę Geppert na studia – przyp. stb). Sam też występował, był aktorem. W tej chwili zawiesił swoją działalność artystyczną, zajmuje się czymś innym, nie ma już tyle czasu. Mam ogromne szczęście, że mam takiego człowieka, z którego rad i wiedzy mogę korzystać na co dzień.”
Tutaj wtrąciłem: Czy wobec mnogości ról jakie przyjął na siebie mąż w związku z pani działalnością artystyczną, nie czuje się pani zdominowana?
Edyta Geppert: „Rzeczywiście, jest to reżyser, scenarzysta, pomysłodawca większości moich przedsięwzięć. Myślę, że bez niego nie zdecydowałabym się uprawiać tego zawodu w naszym kraju. Nie, nie czuję się zdominowana. Wręcz przeciwnie: wiem, że mogę pracować, robić to, co jest moją pasją. Piotr przyjął też na siebie ten – proszę mi wierzyć – ciężki w Polsce obowiązek menadżera, organizatora. Tym sposobem zbiera wszystkie ciosy na siebie, a ja tylko oklaski.”
Chciałem się właśnie zapytać, jakimi cechami winien się według Edyty cechować mężczyzna? To, co przed chwilą usłyszałem, mogłem chyba potraktować jako odpowiedź na to pytanie. A może jednak chciałaby dodać coś do portretu idealnego (pożądanego, poszukiwanego) mężczyzny?
Edyta Geppert (uśmiech szczery, ale i lekko ironiczny): „Na pewno powinien być mądry, tolerancyjny, no i… dobrze gotować (Śmiech) I znów wymieniłam wszystkie cechy Piotrusia.”
Pitor Loretz, który w międzyczasie zaczął się przysłuchiwać naszej rozmowie, wtrącił: „I jeszcze niepalący.”
Eydta: „A tak! Niepalący! Zdecydowanie!”
Ja: Pijący z umiarem?
Edyta: No, to jak on już uważa. Nie mam pod tym względem szczególnych wymagań.” (Śmiech)
Ja: Czy wierz pani w miłość?
Edyta: „Oczywiście, że tak! Co za pytanie!?”
Ja: Muszę więc pani powiedzieć, że nie dla wszystkich to jest takie oczywiste. Otóż niedawno przeprowadzono w Polsce sondaż, według którego 57% dorosłych Polaków przyznało, że nigdy się nie zakochało… w tym 86% biznesmenów.
Edyta: „To jest w takim razie bardzo ponura statystyka. Dla mnie miłość jest sprawą podstawową. Biznesmeni sercem nie mogą się widocznie kierować.”
Ja: No ale mogą się chyba zakochać… choć czasami. Życie to nie tylko biznes.
Piotr Loretz (wyraźnie rozbawiony): „Oni już mają swoją kochankę…”; po chwili namysłu dodając: „Ja mam prywatne przedsiębiorstwo. Dzięki temu mogę jakby inwestować w Edytę. Co jakiś czas dokupuję jej coś ze sprzętu, finansuję inne wydatki.”

Edyta Geppert: moje spojrzenie na wszystko, na świat cały, po urodzeniu Miecia, zmieniło się na bardzo pozytywne. Zupełnie zmienił się mój punkt widzenia. (Fot. East News)

Edyta Geppert: Moje spojrzenie na wszystko, na świat cały, po urodzeniu Miecia, zmieniło się na bardzo pozytywne. Zupełnie zmienił się mój punkt widzenia. (Fot. East News)

MIECIO

Był jeszcze Miecio („słynny Miecio” – jak nazwał syna Piotra Loretza i Edyty Geppert jeden z polonijnych radiowców).
Nie mogło się więc obyć i bez takiego oto pytania: W pewnym momencie swojego życia została pani żoną, matką… Jaki to miało wpływ na wyraz tego, o czym pani śpiewa? W jaki sposób człowiek twórczy radzi sobie z godzeniem życia rodzinnego z karierą artystyczną? Czy jest to w ogóle do pogodzenia?
Edyta Geppert: „To musi być do pogodzenia, choć naprawdę jest sprawą trudną. Jednak nie do tego stopnia, żeby z tego powodu rezygnować z macierzyństwa, bo dziecko mogłoby przeszkodzić mi w karierze. Spotkało mnie to szczęście, że mam wspaniałą, udaną rodzinę, mam synka. Naprawdę, moje spojrzenie na wszystko, na świat cały, po urodzeniu Miecia, zmieniło się na bardzo pozytywne. Zupełnie zmienił się mój punkt widzenia. Doznałam tego szczęścia i mam dziecko.”

POCZĄTEK NORMALNOŚCI?

Od Piotra Loretza usłyszałem jeszcze parę zdań na temat zmieniającej się sytuacji – jeśli chodzi o działalność artystyczną – w Polsce:
„Wie pan – powiedział Loretz – nasza sytuacja jest jednak lepsza, niż była, a daje szanse i nadzieję na to, że będzie jeszcze lepsza. No bo tak: uchwalono prawa autorów, którzy do tej pory byli systematycznie okradani. Tutaj – wskazał na Edytę – siedzi osoba, która sprzedała ponad milion egzemplarzy swoich dwóch pierwszych płyt. Jak się teraz taką liczbę wymienia w Europie, to ludzie zaczynają człowieka po stopach całować. Bo to oznacza ogromne pieniądze, których Edyta oczywiście nie dostała. Są jednak w kraju początki jakiegoś normalnego funkcjonowania. Edyta jest w tej szczęśliwej sytuacji, że na nią publiczność przychodzi. A tym może się pochwalić niewielu artystów w Polsce. Ważne jest jeszcze to, że Edyta należy do tego typu wykonawców, którzy w każdych czasach niezwykle szanowali publiczność, a publiczność potrafi to docenić. (…) Teraz na tyle się zmieniło, że te propozycje z Ameryki są dla polskich artystów czymś innym, niż były kiedyś. Już się trochę na innych zasadach tutaj przyjeżdża. Praca w kraju stała się naprawdę konkurencyjna. Jest paszport w domu, fax, telefon… Jest jakiś kontakt ze światem – już człowiek nie czuje się taki ubezwłasnowolniony, jak to było za czasów PRL-u.”

ŚPIEWANIE TO INTYMNA ROZMOWA

Ta nasza rozmowa często sprowadzała nas na ziemię, jednak już nazajutrz mogliśmy się poczuć przeniesieni w zupełnie inny świat… świat artyzmu i poezji. Myślę, że warto przytoczyć tu słowa wyrażone na początku:
Kiedy spotykamy się z unikalnym talentem, wszelka próba opisu tego fenomenu staje się pewnym nietaktem a słowo bezsilne – ledwie bladą kalką wrażenia. To, co najgłębsze i najcenniejsze, jest zarazem niewypowiedzialne. Intymność wzruszenia tak łatwo wystawia się na łup profanacji przez banał i prozę komunałów.

Recital Edyty Geppert. Jak go opisać wobec tych ograniczeń i pułapek?
Już na samym początku uderzenie: precz ze smętkiem! Wiązanka piosenek lekkich, żywych, pełnych humoru i przyjemności istnienia: żart i jasna strona życia. Nadęty patos pęka jak mydlana bańka. Zwiewny i nieuchwytny mit zmienia się w ciało – w kobietę z krwi i kości.
To właśnie w repertuarze koncertu dominowało, objawiając w pełnej krasie szalenie bogate aktorskie emploi Edyty Geppert. A bogate emploi to nic innego jak bogata osobowość. Można było usłyszeć piosenki kabaretowe, był żywiołowy folklor cygański i pełne temperamentu akcenty żydowskie, a nawet… heavy-metalowa parodia.
Całe spotkanie niezwykle precyzyjnie wyreżyserowane. Każdy utwór miał swoją dramaturgię, jak przystało na dobrze skrojoną aktorską etiudę. Czasem przypominało to obyczajową anegdotę, plotkarską wręcz historyjkę, pełną ekspresji dzięki ruchowi, gestom, mimice – grze całego ciała. A o urodzie Edyty Geppert można by napisać poemat cały.

To cecha przypisywana jedynie prawdziwej sztuce: harmonijne połączenie przeciwieństw.. Na przykład wtedy, kiedy pozorna kruchość i delikatność łączy się w jakimś zadziwiającym mariażu z mocną dynamiką i uderzająca ekspresją. Tak właśnie, jak w przypadku Edyty Geppert. A przy tym ta lekkość, urok, wdzięk i czar…
Jak widać było – i słychać – piosenkę można potraktować z estymą prawdziwego artyzmu i nadać jej status wielkiej sztuki. To właśnie robią Edyta Geppert i Piotr Loretz. I doprawdy, niewielu jest w Polsce takich wykonawców, którzy mogliby im w tym dorównać. Te monotonne, statyczne, ograne gesty – w wielu przypadkach przebijająca rutyna chałturników. Brak dla Edyty Geppert konkurencji.
Mam nadzieję, że nie będzie to pretensjonalne, jeśli zacytuję w tym miejscu Arystotelesa, który zauważył, że większość ludzi raczej odbiera, niż daje uczucia. Edyta należy do tej artystycznej elity, która głębokie wzruszenia daje innym. Tak jak robili to Edith Piaff, Jacques Brell, Włodzimierz Wysocki, Bułat Okudżawa i szczególnie bliskie piosenkarce: Liza Minelli czy Bette Midler.
Mark Twain powiedział kiedyś: „Pochwała jest dobra, komplement jest dobry, ale dopiero uczucie, wzruszenie… ono jest tą ostateczną, pełną i najbardziej cenną nagrodą, jaką może zyskać człowiek, czy to dzięki zaletom swego charakteru, sztuki i artyzmu, czy też innych osiągnięć.”
Bob Dylan wierzył w to, że w tłumie, na jego koncertach, zawsze znajdzie się ten jeden człowiek, który będzie wiedział to samo, co on wie; będzie czuł to samo, co on czuje – There is One in Every Crowd… Pani Edyto, na Pani koncercie takich ludzi było naprawdę wielu. Czymże można się Pani odwdzięczyć i podziękowań, jeśli nie uczuciem – tą najcenniejszą nagrodą?

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 24 listopada, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

ŻAŁOSNE I PIĘKNE

WSPOMNIENIE O HENRYKU MIKOŁAJU GÓRECKIM

Nie jest sprawą radosną to, że dopiero czyjaś śmierć zwraca uwagę na człowieka, który właśnie odszedł, a o którym ongiś mówiło się sporo z racji jego znaczenia, pozycji, sukcesów… Jak na komendę mnożą się wówczas w mediach elegijne nekrologi sławiące dokonania zmarłego, podkreślające jego zasługi i obwieszczające „niepowetowaną” stratę dla naszego świata, który… stwierdziwszy to pędzi – w najlepsze (lub najgorsze) – dalej. Człowiek, którego już nie ma, pojawia się wtedy w naszej świadomości na kilka chwil, by zaraz potem zniknąć w otchłani amnezyjnego niebytu, przytłoczony nowymi, napierającymi na nas zewsząd wrażeniami i bodźcami.
Śmierć Henryka Mikołaja Góreckiego, który stał się – obok Krzysztofa Pendereckiego i Wojciecha Kilara – najbardziej znanym polskim kompozytorem współczesnym na świecie, przywołała we mnie wspomnienie o nim na dłużej. Wróciłem się bowiem o kilkanaście lat wstecz, by przypomnieć sobie moje spotkanie z kompozytorem, jakie odbyło się w kwietniu 1994 roku w położonym w chicagowskim downtown Hotelu Drake. Rezultatem tej rozmowy był opublikowany w polonijno-amerykańskiej  prasie wywiad, którego fragmenty pozwolę sobie tutaj przytoczyć.

Henryk Mikołaj Górecki (1933 – 2010)

*

To, co się wydarzyło na europejskim rynku muzycznym na początku lat 90-tych, można bez wątpienia uznać za fenomen Góreckiego. Otóż w jednym roku w czołówce listy Billboardu znalazło się aż trzy utwory polskiego kompozytora: „Beatus Vir”, nagrania kwartetów dokonane przez Kronos Quartet, wreszcie III Symfonia w wykonaniu London Sinfonietta, która niemalże przez rok znajdowała się na pierwszym miejscu listy bestsellerów. Wydawało się, że oto przełamana została bariera dzieląca kulturę popularną od elity klasycznej muzyki współczesnej.
W Chicago miała miejsce premiera największego dzieła chóralnego kompozytora „Miserere”. Chicagowską Orkiestrę Symfoniczną i kilkusetosobowy chór poprowadził sam Górecki, dzięki czemu miałem okazję spotkać się z nim osobiście.

*  *  *

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Snuje się ostatnio przypuszczenia, że może pan zdetronizować Krzysztofa Pendereckiego. Jak ocenia pan powagę takich stwierdzeń?

HENRYK MIKOŁAJ GÓRECKI: W ogóle mnie to nie interesuje. Każdy ma swoją część do zrobienia i tyle. A co tam jeden z drugim mówi lub pisze, to ja na to nie mam już wpływu. Osobiście uważam, że tego typu porównania są niepoważne.

W pańskiej twórczości dość wyraźnie można wyznaczyć moment odwrotu od awangardy, którą uprawiał pan w młodości. Co spowodowało tak gwałtowny zwrot?

Proszę pana, to też nieprawda!

Ale za każdym razem mówi się o tym – nawet w profesjonalnych pismach to się podkreśla.

Co to jest awangarda? Ja piszę muzykę – przez całe życie piszę muzykę taką, jaką ja chcę. A że używam materiału, który przez jakichś tam krytyków zaliczany jest do awangardy? Ja się całe życie pytam: co to jest awangarda? Ja nie widzę żebym się do czegoś wracał, albo odwracał… Fakt, że człowiek ma w swoim twórczym życiu różne fazy, zmienia kierunki spojrzenia…

Pańskim późniejszym kompozycjom zarzucano wprost naiwność (m.in. III Symfonii). Również nadmierne uproszczenia, w których dopatrywano się ukłonu w stronę komercji. Padły nawet opinie, że „zaprzedał” się pan artystycznie.

Co to znaczy „zaprzedał się” artystycznie!? Komu!? Jaka komercja!? Ja na tym wielkich pieniędzy nie zrobiłem. A że obśmiewali? Proszę pana, jestem człowiekiem bardzo demokratycznym. Każdy ma prawo do wypowiadania swoich opinii. Jeśli są one bzdurne, to ten ktoś wystawia świadectwo tylko samemu sobie. Nigdy nie napisałem czegoś, czego bym sam nie chciał. I nigdy tego nie zrobię, żeby nie wiem ile dolarów mi za to dawali.

Można chyba uznać, że muzyka odzwierciedla temperament swojego twórcy. Klimat większości pańskich kompozycji jest przemożnie elegijny, tempo powolne, melancholia wszechobecna… Skąd tyle żalu, smutku?

Dlaczego żal? Jestem bardzo żywotny – pasjonat, choleryk… itd. Nie wiem… takie nutki… Są tematy, które lubię. Nie sądzę, żeby we wszystkich kompozycjach był ten żal i smutek. Ci, co tak twierdzą, znają mnie tylko z „Trzeciej symfonii pieśni żałosnych”.

A „Miserere”?

Jeżeli piszę mszę żałobną, czy piszę „Requiem” to znaczy, że będzie to wesołe? To co – ja mam striptiz robić!? Jeżeli jest konkretny temat, to się pisze na konkretny temat!

Zaprzecza pan wszystkiemu, co się o panu mówi i pisze.

Czy ja się muszę zajmować prasą i mówić: nie piszcie tego, bo to nieprawda!

No to może jest teraz okazja, by to wyprostować?

Ja to prostuje od dwóch lat – odkąd zaczął się ten cyrk!

Cyrk?

Tak, właśnie! Zawsze to jest „komercja”, albo „zaprzedał się”, albo jakiś „fałsz”, albo „obłuda”… itd. Nikt nie patrzy na to z punktu widzenia warsztatu muzycznego.

Gdyż bardzo mało ludzi się na tym zna.

No więc z czym do gości!? Daj chłopu zegarek! Czy ja mu mam gadać jak jest symfonia zbudowana? To wolę już pójść do kina. Przynajmniej będzie z tego jakiś pożytek.

Podczas niedawnej uroczystości na Uniwersytecie Warszawskim, podczas której przyznano panu tytuł honoris causa, powiedział pan m.in.: „Epoka nasza jest epoką, w której wiele powiedziano o człowieku. Jest epoką humanizmu. Jednak paradoksalnie, jest ona również epoką najgłębszych utrapień człowieka, dotyczących jego tożsamości, jego przeznaczenia. Epoka degradacji człowieka, deptania ludzkich wartości, jak nigdy przedtem.”
Czy rzeczywiście żyjemy w tak wyjątkowych i okrutnych czasach?

Niestety. Wystarczy spojrzeć co się dzieje wokoło. Nigdy nie było takiego zakłamania, obłudy, właśnie deptania ludzkich wartości.

Bardzo wysoko ocenił pan ważność sztuki w naszym świecie. Czy naprawdę sądzi pan, że jest ona w stanie wpływać na rzeczy istotne, decydując o naszym życiu społecznym, politycznym… ?

Co ja bym zrobił, gdybym sądził, że nie wpływa? Pewnie bym barany pasał… A może strzeliłbym sobie w łeb? Gdybym wierzył tylko w to, co w człowieku najgorsze? Ale przecież w tym człowieku jest również i to, co najlepsze. Gdybym nie miał nadziei? To rzeczywiście – żabki hodować, krowy pasać… Wierzę, że jest coś, co nam czasem pomaga przetrwać, pomaga zrozumieć drugiego człowieka. Co nas pociesza, daje nam chwilę refleksji… Tym czymś bywa też i sztuka. A pan w to nie wierzy?

Wierzę w to, że sztuka jest potrzebna człowiekowi. Głownie do tego, o czym pan przed chwilą wspomniał. Również do tego, by zamanifestować własne człowieczeństwo, godność; jako środek ekspresji własnej istoty – odczuć, stanów, myśli, miłości i nienawiści, zarówno rozpaczy jak i radości… Nie wierzę natomiast, że za pomocą sztuki można znacząco wpływać na rzeczywistość społeczną czy polityczną. To są wg mnie pobożne życzenia.

Czyli sądzi pan, że zło trzeba tępić złem, karabin przeciwstawić karabinowi, miecz – mieczowi? Jak on mi głowę, to ja jemu głowę…

Musi pan przyznać, że z obciętą głową nasze pole manewru jest raczej mocno ograniczone.

Ale do czego to prowadzi – zwalczanie zła siłą?

Są jednak sytuacje, kiedy trzeba chwycić za karabin i walczyć. Jednak istnieje rozróżnienie między przemocą, która bierze stronę dobra, a przemocą będącą narzędziem zła. Problem stanowi odróżnienie jednego od drugiego. W czasie II wojny światowej trzeba było z hitlerowcami walczyć, a to się niestety wiązało z zabijaniem.

A przeciw stalinowcom nie?

W pewnych sytuacjach – tak.

Ale to jest okropne!

Ale prawdziwe.

Proszę pana, ja też uważam się za realistę i sceptyka. Gdyby tak wyjść z orkiestrą symfoniczną na okopy, to nic byśmy nie zdziałali… Gdybym był człowiekiem niewierzącym, to pewnie stałbym się i zimnym cynikiem. Mimo, że sam zawsze mówię, że „nadzieja jest matką głupich”, to z drugiej strony uważam, że bez nadziei nie można żyć. Bo gdyby tej nadziei nie było, to co by było? A ona pozwala ludziom przetrwać. Wiara. I to w takich sytuacjach, wydawałoby się bez wyjścia. Bezczelnością niesamowitą byłoby to, gdybym myślał, że ja uzdrowię jakieś narody. Dla mnie będzie wielką satysfakcją, jeżeli ktoś przyjdzie po koncercie i powie mi co przeżył. A mam dowody takie, które cenię sobie niezwykle. Oto napisał do mnie ze Szwecji lekarz, ordynator szpitala. W ciągu pół roku zginęło mu dwóch dorosłych synów. Jeden po drugim, w odstępie sześciu miesięcy. I słucha on mojej symfonii. I napisał do mnie wielki, przejmujący list… Człowiek, który na świat patrzy „przez szpital”, który z niewypowiedzianym cierpieniem styka się na co dzień… I takiemu człowiekowi okazuje się być potrzebna moja symfonia. Pomogły mu te „naiwne”, „głupie” nutki… Czy ja po czymś takim potrzebuję jakichś wielkich, chwalebnych, entuzjastycznych, sławiących mnie artykułów?

Są w III Symfonii fragmenty nad wyraz przejmujące. Jak np. ten, w którym cytuje pan napis znaleziony na ścianie więzienia gestapo w Zakopanym, w celi nr 3: Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo. Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario. Podpisano: „Błażusiakówna Helena Wanda, lat 18, siedzi od 25 IX 44 r.” Z kolei „Miserere” był odpowiedzią na ataki milicji na „Solidarność” w Bydgoszczy w 1981 r. Powtarzają się tam słowa: Boże zmiłuj się nade mną. Oba te utwory mają charakter monumentalny, podobny klimat, w pewnym sensie dopełniają się. Czy jednak momenty historyczne, do których się odwołują, można ze sobą porównywać? Czy wydarzenia bydgoskie  miały w sobie na tyle wagi, by poświęcać im tak podniosłe dzieło?

Należy pamiętać w jakim czasie to było pisane. A różne się wtedy rzeczy działy. Wie pan… to ciekawe… Po koncercie podszedł do mnie ktoś i zadał mi pytanie odwrotne: czy w takiej sytuacji brutalnej, tragicznej, kiedy strzelają, ludzie giną…  można pisać „takie kawałki”. To są sprawy tak trudne, tak wieloznaczne, każdy postrzega to inaczej. Są pewne uczucia, wrażenia, które należą tylko do mnie.

„Miserere” na swoją premierę musiało czekać aż 6 lat. Jakie były tego przyczyny?

Bali się, proszę pana! Czasem się można bać zwykłych ludzi, zwykłego smyczka, skrzypiec, klarnetu, fletu… a nie tylko czołgu czy karabinu.
(…)

Pański sukces komercyjny jest w obrębie muzyki klasycznej prawdziwym ewenementem. Na ile jednak jest on skutkiem sprawnego marketingu prowadzonego przez wytwórnie fonograficzne, a na ile zasługą samej muzyki? To, że III Symfonia musiała czekać na swój sukces aż 15 lat, może mieć swoją wymowę.

Ja nie mogę na to pytanie odpowiedzieć. O to trzeba zapytać drugą stronę. Ja napisałem te utwory w czasach, kiedy nikomu się nie śniło o pewnych rzeczach. Poza tym: kto mnie miał wtedy lansować? Polskie Nagrania? W Polsce przemysł fonograficzny był żaden. Paczki z moimi płytami, które trafiły do polskich placówek za granicą, lądowały, nierozpieczętowane nawet, w piwnicach. Tych panów bardziej interesowała wódka, machloje… A teraz? To, że wydawca, firma fonograficzna lansuje – to już jest sprawa wydawcy. Jeżeli inwestuje, to i chciałby na tym zarobić. A że jest to akurat moja muzyka?  Widocznie coś tam w niej jest, coś tam w niej widzą. Tak samo ludzie, którzy to kupują. To ich trzeba zapytać, dlaczego kupują. Naturalnie, nie jestem tym (komercyjnym sukcesem) zrozpaczony. Mogę się tylko cieszyć. Dla mnie to jest cudowna sprawa.

Pańscy koledzy na Zachodzie (jak np. Pierre Boulez) z sarkazmem mówią, że pańskie płyty kupują „sprzątaczki, myjący okna…”

Ja sobie myślę, że gdyby sprzątaczki kupowały kompakty Bouleza, to też nie miałby nic przeciwko temu. To, że gosposie nuciły Schuberta, nie ujmuje wielkości Schubertowi… Coś się głupiego stało w naszych mózgownicach, że jeśli coś jest popularne, to  musi być złe.

Jednakże na wielu ludziach wielkie wrażenie robi sama statystyka pańskiego sukcesu komercyjnego: to, że przez 37 tygodni „Symfonia pieśni żałosnych” była na pierwszym miejscu listy bestsellerów Billboardu;  że od 100 tygodni jest na TOP 25; że na całym świcie sprzedano blisko milion kompaktów z III Symfonią… itd. Czy takie sportowe rankingi nie degradują w pewnym sensie samej muzyki, sprowadzając ją do poziomu towaru? Czy – to jest właściwie dla mnie pytanie retoryczne – istota pańskiego sukcesu nie leży gdzie indziej?

Ja się tym nie interesuję. Jestem człowiekiem starszym, wiele przeżyłem, do pewnych rzeczy mam swój ugruntowany stosunek i to wszystko naprawdę zbytnio mnie nie interesuje. Ja na swojej muzyce majątku nie zrobiłem. Mogę panu powiedzieć jedno: wszyscy do tej samej ziemi pójdziemy, a ostatnia koszula nie ma kieszeni.

Ale krąży fama: wille, mercedesy…

Tak! Mój drugi samochód w życiu, w wieku 60 lat! Nie mam własnego domu, dalej szaleję za chałupą na wsi. A tu mówią: wille, baseny, Sophia Loren… Na mnie inni zarabiają. Ja się cieszę tym, że poważne zespoły chcą mnie grać, że przychodzą ludzie na moje koncerty, że kupują moje płyty i mnie słuchają. To jest moja największa radość.

greydot

Obwoluta kompaktu z nagraniem III Symfonii Góreckego w wykonaniu London Sinfonietta pod dyrekcją Davida Zinmana i z solistką Dawn Upshaw (z autografem kompozytora)

*

SYMFONIA PIEŚNI ŻAŁOSNYCH

*

Stefan Kisielewski napisał w swoich „Dziennikach” o Góreckim: On nie boi się prostoty. Myślę, że było to w czasie, kiedy III Symfonię zagrano po raz pierwszy w Polsce podczas Warszawskiej Jesieni w 1977 roku. Audytorium było w swoich opiniach podzielone: jedni byli zachwyceni i w „Symfonii pieśni żałosnych” usłyszeli arcydzieło, inni natomiast uznali, że jest ona przejawem niemocy twórczej kompozytora, który w linii melodycznej nie może wyjść poza kilka powtarzanych obsesyjnie akordów, co wzięte zostało również za ubóstwo inwencji i niedopuszczalne uproszczenie symfonicznej formy. Wszyscy zaś dostrzegli ów gwałtowny zwrot – od zderzających się kaskad i mas dźwiękowych wcześniejszych utworów (uznawanych za tzw. „awangardę” sonorystyczną) do kompozycji wiernych klasycznemu kanonowi, potraktowanej na dodatek wręcz minimalistycznie.
Ciekawe, że marszczący czoła (a pewnie i uszy) krytycy ganili dokładnie to, co w czasie eksplozji światowego zachwytu nad III Symfonią uznane zostało za jej największą zaletę. Ot, dlaczego z wielkim sceptycyzmem traktować należy opinie tzw. „profesjonalistów” i zawierzać przede wszystkim własnemu odczuciu, które winny legitymizować autentyzm i szczerość.

Jakże często i jakże bardzo nasze wyobrażenie o twórcy odbiega od jego obrazu jaki funkcjonuje w oficjalnej czy też zbiorowej wyobraźni, tudzież w wyobraźni naszej. Szykując się na spotkanie z Góreckim, spodziewałem się zastać człowieka poważnego i solennego niczym andante grandioso, napęczniałego muzycznym geniuszem, jak – nie przymierzając – Penderecki, a spotkałem mężczyznę w sile wieku, na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżniającego, o bardzo bezpośrednim sposobie bycie, wyzbytego krzty pretensjonalności wielkiego artysty.
Pamiętam, że w pierwszej chwili poczułem się zaskoczony. Kiedy bowiem Górecki pojawił się w lobby, gdzie wyznaczyliśmy sobie spotkanie, wyraźnie utykał, wiec odruchowo chciałem mu pomóc, bo podejrzewałem jakąś chwilową kontuzję. Dopiero później się dowiedziałem, że to pozostałość po gruźlicy kości i kilku operacjach, jakie przeszedł on (jako kilkunastoletni chłopiec) jeszcze podczas niemieckiej okupacji. I kto wie? Może to właśnie przyczyniło się do tego, że Górecki stał się kompozytorem? A muzyka (i gra na skrzypcach) stała się dla niego ucieczką przed kalectwem i cierpieniem? Również jedną z najważniejszych rzeczy w życiu.

Mimo swojej (pozornej mimo wszystko) prostoty III Symfonia wymaga skupienia i uwagi, także pewnej gotowości do przyjęcia niezwykłego ładunku emocjonalnego, który w niej się kryje. Nic dziwnego, że utwór noszący tytuł „Symfonia pieśni żałobnych” wypełniony jest po brzegi żalem, bólem i cierpieniem. Nie zaskakuje również to, że za pomocą tak oszczędnych środków, ciemnej tonacji, kilku zaledwie akordów i prostej linii melodycznej – te wszystkie uczucia są niejako przelewane do naszego wnętrza. Bo czy można inaczej? Czyż wyrażenie najbardziej elementarnych i najgłębszych dla nas uczuć wymaga jakiejś skomplikowanej, rozbudowanej, niezwykle złożonej konstrukcji? Wręcz przeciwnie – elaboracja może sprzyjać finezji, ale oddala nas od naszych fundamentów i głębi. A prostota wcale nie musi pozbawiać utworu niuansowości, czego doskonałym przykładem jest zwłaszcza III Symfonia Góreckiego. Właśnie przez zastosowanie bardzo oszczędnych środków, większego znaczenia nabiera każda zmiana tempa i głośności, każda nowa nuta, każda zmiana konfiguracji dźwięku, wejście nowego instrumentu…  natomiast końcowy, wieńczący wszystkie części akord, staje się symbolem – a w przypadku III Symfonii, jest to symbol religijny.
Tak… Górecki nie bał się prostoty, ale i nie wstydził się też swoich korzeni (pochodził z małej pod-rybnickiej wioski, był synem kolejarza), przyznawał się do swojej wiary oraz pochodzenia i owe chrześcijańskie proweniencje są doskonale widoczne w całej jego twórczości, a zwłaszcza w „Symfonii pieśni żałosnych”, której warstwa słowna to nic innego, jak modlitwy: „Lament  Świętokrzyski” pochodzący z XV-wiecznych „Pieśni Łysogórskich”, oraz ów, wspomniany już napis na ścianie celi więzienia gestapo w Zakopanem: Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo, Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario, Łaskiś Pełna. Jest jeszcze pieśń ludowa z opolskiego. We wszystkich tych utworach, od których zresztą zaczął Górecki komponowanie swojej Symfonii, przewija się motyw straty rodzicielskiej – matka rozpacza z tęsknoty za zabitym synem, córka za utraconą matką.

Okazuje się, że aby oddać to na wskroś przejmujące ludzkie cierpienie nie potrzeba odwoływać się do żadnych kompozytorskich sztuczek ani technicznego wyrafinowania, które mogłoby je po prostu zabić. Górecki, sięgając do (tak pogardzanej przez niektórych) ludowości i folkloru pozostaje przy uczuciu prawdziwym i autentycznym, unikając tym sposobem megalomanii i patosu, którego przecież w królestwie wielkich kompozytorów muzyki klasycznej nie brakuje.

*  *  *

*