KOSZ OD KWIATKOWSKIEJ, BASIA, JOASIA I DYLAN…

ze wspomnień wywiadowcy

Wielu artystów zjeżdża nam z Polski do Chicago. Czasem są oni sprawcami wydarzeń, co do których nie można mieć żadnych wątpliwości, jeśli chodzi o kunszt, autentyzm, zaangażowanie i solidność wykonania. Niestety, są też takie, które sprawiają wrażenie kolejnej kwesty zasilającej ubożejącą kiesę artystów w tych ostatnich przemianach często dziwnych i ogólnej pauperyzacji środowisk twórczych w kraju. Chociaż znaleźli się również i tacy, którzy uważali, że przyjeżdżając do Ameryki, nie tylko, że nie zarabiają, ale i dokładają wprost do interesu: ot, taka charytatywna wycieczka kupiecko-krajoznawcza, która czasami, po cichu, nazywana jest po prostu chałturą.

Bob Dylan, Grażyna Szapołowska, Basia Trzetrzelewska, Joanna Trzepiecińska, Irena Kwiatkowska - ze wpsommnień wywiadowcyNie chciałbym jednak, żeby to, co przed chwila napisałem, odnosić do programu „Gwiazdy piosenki kabaretowej”, który pojawił się w listopadzie tego roku* w Chicago. Choćby dlatego, że jego wykonanie – choć miejscami nierówne – to jednak w ogólnym wrażeniu satysfakcjonujące. A brali w nim udział artyści z polskiej czołówki estradowo-filmowo-teatralnej, z których większość to przecież kawał historii polskiej rozrywki: Irena Kwiatkowska, Grażyna Szapołowska, Wojciech Młynarski, Wiesław Gołas; a także pokolenie młodsze: Joanna Trzepiecińska, Zbigniew Zamachowski, Piotr Machalica… Jako wywiadowca, nie mogłem takiej okazji przepuścić. Wziąłem więc „namiary” na Grażynę Szapołowską. Powody? Kiedy pojawiła się na scenie, na widowni rozległo się głębokie westchnienie – i to nie tylko wydobywające się z męskich piersi. To zadecydowało. Poza tym, ta aktorska przeszłość Grażyny i fama polskiej sex-bomby. Przy najbliższej sposobności więc, zadzwoniłem do hotelu w Bensenville, gdzie organizatorzy ulokowali cały zespół. Myślałem, że połączono mnie z pokojem Szapołowskiej:
Ja:
– Dobry wieczór. Nazywam się Stanisław Błaszczyna. Czy mógłbym rozmawiać z panią Szapołowską?
Głos w słuchawce:
– Czy to Filip?
– Nie, Stanisław. Czy to pokój Grażyny Szapołowskiej?
– Ale czy Filip?
– Nie, nie Filip. Czy rozmawiam z panią Ireną Kwiatkowską? (Trudno nie rozpoznać głosu pani Ireny – przyp. StB)
– Tak, Kwiatkowska. A kto pan jest, jak nie Filip?
– Piszę do chicagowskich gazet. Chciałbym przeprowadzić z panią wywiad.
– Ale Szapołowskiej nie ma.
– Jednak mi zależy również na wywiadzie z panią.
– To niech pan zadzwoni do Szapołowskiej.
– Chciałem obie panie prosić o rozmowę.
– Szapołowska tu nie mieszka.
– Najmocniej przepraszam, ale widocznie pan Zamachowski podał mi zły numer telefonu. Myślałem, że dzwonię do pokoju, w którym mieszka pani Szapołowska.
– Niech się pan nie tłumaczy i dzwoni do Szapołowskiej.
– Ale mnie naprawdę zależy na spotkaniu z panią.
– Dzisiaj już miałam 50 wywiadów i nie chcę więcej.
– To może jutro lub pojutrze znajdzie pani dla mnie chwilę?
– Nie znajdę!
– W takim razie bardzo mi przykro. Przeprasza, że niepokoję. Jest pani pierwszą osobą, która mi odmówiła wywiadu.

***

W taki oto sposób dostałem „kosza” od Ireny Kwiatkowskiej.
Chwilę później zorientowałem się, że jednak popełniłem nie tylko faux pas, ale i małe kłamstwo. Parę lat wcześniej nie udało mi się także namówić na dłuższą rozmowę Basi Trzetrzelewskiej. Choć nie było to chyba skutkiem jej niechęci, ani też złej woli. Przyczyny były bardziej natury techniczno-sytuacyjnej. Otóż po bardzo udanym koncercie Trzetrzelewskiej w Chicago Theatre, gdzie olbrzymią, prestiżową w mieście salę wypełniły po brzegi tysiące amerykańskich fanów naszej artystki, poszedłem za kulisy, by się z nią spotkać, pogratulować świetnej formy i namówić na wywiad. Basia była szczęśliwa, zachwycona reakcją publiczności i bardzo miła, ale niestety zwróciła mi uwagę, że to już pierwsza po północy, sama pada ze zmęczenia, a jutro rano jedzie na następny koncert do Indianapolis.
– To może choćby kilka słów – nalegałem.
Na co Basia:
– Proszę zostawić mi pański numer telefonu. Zadzwonię jutro do pana.
W to, że Basia do mnie zadzwoni nie wątpiłem, powiedziałem jej jednak, że niestety już jutro rano wylatuję na Florydę i nie znam jeszcze nowego numeru telefonu.**
– To w takim razie dam panu telefon do mojego studia w Londynie. Proszę zadzwonić za jakieś trzy tygodnie, to sobie porozmawiamy – powiedziała Basia i zapisała numer na moim koncertowym programie.
A jakże, dzwoniłem później z Miami do Anglii kilka razy, lecz zawsze trafiałem na maszynę. Raz jednak odebrała jakaś panienka i poinformowała mnie, że artystki nie będzie w domu przez dłuższy czas, i że zmieniła plany. Wreszcie w mojej redakcji zdecydowano się na jakiś przedruk (obiecanego już wcześniej) wywiadu.
Napisałem wtedy recenzję z tego koncertu, okraszonego w „Relaxie” zdjęciem, na którym osoba mi towarzysząca uwieczniła moment mojego przystąpienia do Basi, przedstawienia się i propozycji. Widać na nim kawałek mnie – wywiadowcy, oraz w pełnej krasie rozpromienioną Basię – roześmianą od ucha do ucha, z obiema rękami w górze a pod zdjęciem podpis: „Basia z radością przyjmuje propozycję udzielenia wywiadu naszej gazecie”. Miała to być odpowiedź redakcji (nie przeczę: nieco złośliwa) na famę, że Basia z reguły bardzo niechętnie traktuje Polonię i w zasadzie jej unika.

***

Mniej więcej w tym samym czasie – bodajże tydzień wcześniej, również w Chicago Theatre – miał miejsce koncert Boba Dylana. Pomyślałem: dlaczego nie spróbować? Spotkać się z człowiekiem, którego wielu uważa za żyjącą legendę, za kogoś kto kształtował pewną epokę… To mogła być prawdziwa gratka wywiadowcza.
Pomysł był zupełnie realny. Wiedziałem, że trzeba to przygotować na parę tygodni wcześniej. Wszedłem więc w kontakt z dyrektorką programową Chicago Theatre, jak również z samym kierownikiem trasy koncertowej Dylana (oczywiście przy wsparciu mojej redakcji), który powiedział, że naturalnie jest to możliwe, że porozmawia z menedżerem Dylana i ustalimy jakiś termin.
Wypadało więc przypomnieć sobie twórczość „barda Ameryki”. Przygotowałem sporo kwestii do poruszenia i tak uzbrojony w determinację, pojechałem do downtown.
Niestety, ludzi, z którymi wcześniej rozmawiałem, jakby wymiotło – ani dyrektorki, ani kierownika, ani menedżera… Za kulisy nie było wstępu. Koncert zaczął się opóźniać. W końcu zjawili się jacyś muzycy, podszedłem do jednego z nich i powołując się na wcześniejsze ustalenia (i nazwiska), wręczyłem mu list polecający z redakcji z prośbą o przekazanie menedżerowi.
Wreszcie, po dobrej godzinie koncert wystartował: na scenę wtoczył się mało przytomny Dylan i zaczął coś tam mamrotać pod nosem (nie przesadzam – to było właśnie mamrotanie – taki był wówczas styl śpiewania Boba). To nie był ten sam człowiek, którego znałem z „Highway 61 Revisited”, „Blond on Blond”, „John Wesley Harding”, „Blood on the Tracks”, „Slow Train Coming” czy „Desire”. Niestety. Zupełnie zwątpiłem w powodzenie mojej misji wywiadowczej. Jakimś cudem Dylan nie tylko dotrwał do końca koncertu ale i zaczął bisować. Po pierwszym wszak bisie na estradę wkroczył rosły osobnik i dosłownie zwinął brutalnie „barda”, który i tak pewnie mało rozumiał z tego, co sie wokół niego działo – z zamkniętymi oczami, na chwiejących się nogach, przygarbiony, ze zmierzwionymi włosami i głębokimi bruzdami wokół ust… Budził raczej współczucie. Nie zwlekając, zapakowano Boba do samochodu i odjechano czym prędzej w nieznanym kierunku. Z takim obrotem sprawy mogłem się jednak liczyć. Nawet jeśli Dylan zgodziłby się na wywiad (zakładając, że byłby w stanie go udzielić), to na zasadzie eksperymentu i ciekawostki, gdyż z tak egzotycznego kraju, jakim niewątpliwie jest dla niego Polska, nikt nigdy go chyba jeszcze nie nachodził (po raz pierwszy Bob Dylan nad Wisłę zawitał dopiero trzy lata później).

***

Wróćmy jednak do kosza od Kwiatkowskiej. Tak więc, wyszły nici z wywiadu z „kobietą pracującą, która żadnej pracy się nie boi”, ale jak widać, wywiadów udzielać nie chce i obrusza się, że jej głos pomylono z głosem Szapołowskiej, i że do tej ostatniej dzwoni się przed nią. (Rzywiście, jak to się mogło zdarzyć! Sam do tej pory nie wiem.)
Jednak naprawdę żałowałem, że nie spotkałem się wówczas z panią Ireną. Niestety, nie spotkałęm się również z Grażyną Szapołowską, a na wywiadzie z nią mi zależało, zwłaszcza po tym, kiedy natknąłem się na rozmowę z aktorką, opublikowaną w polskim „Playboy’u”. Usiłowałem jeszcze skontaktować się z nią nazajutrz, ale poinformowano mnie, że artystka porwała rano samochód przeznaczony do dyspozycji całej grupy i wszelki ślad po niej zaginął.

Spotkałem się natomiast z Joanną Trzepiecińską, jedną z najbardziej urodziwych przedstawicielek młodego pokolenia polskich aktorek, znanej mi z kilku wcześniejszych filmów, które można było obejrzeć na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Wywiad ukazał się w prasie polonijnej i nosił tytuł: „URODA NIE JEST WAŻNA”. Trzeba zaznaczyć, że obok tytułu znalazła się podobizna aktorki w stroju nader niekompletnym (ach te koronki, obnażone ramiona, biust, ręka na udzie i wyzywający wzrok… jednym słowem kwintesencja sex-appealu i uderzająca uroda Joasi w pełnej krasie!) Przyznaję, że nieco przewrotne to było zestawienie. I znów parę gromów posypało się na moją głowę wywiadowcy-zbereźnika ze strony Szanownych Czytelniczek (bo jednak nie Czytelników). Ale mam nadzieję, że przeczytały one przynajmniej wywiad, w którym pani Joanna powiedziała parę interesujących rzeczy, a w dodatku zrobiła to inteligentnie i rozsądnie.
Wśród tematów, nie można było jednak nie wspomnieć o tym, co biło wprost w oczy – o urodzie aktorek. Na ile jest ona ważna w karierze?
– Moim zdaniem uroda wcale nie jest tak ważnym czynnikiem w aktorstwie. Naprawdę, proszę to potraktować całkiem serio. Nie ma kanonu urody dla aktorki – stwierdziła Trzepiecińska.
Wskazałem wtedy, że ten komponent erotyczny zawsze był jednak mocny, jeśli chodzi o popularność, a czasem nawet i kult, aktorek. Dawniej gwiazdy ekrany były jednocześnie boginiami seksu. A i dzisiaj eksponuje się także urodę aktorki, szczególnie wtedy, gdy jest co eksponować. I niekoniecznie musi się to nazywać „kupczeniem” ciałem, ani nawet seksizmem. Joanna Trzepiecińska odparła:
– Wszystko zależy od tego, w jaki sposób to się robi, kto to robi i w jakim celu. Jeszcze raz powtarzam: uroda jest w prawdziwym aktorstwie sprawą drugorzędną. A erotyzmu nie należy uważać za domenę diabelską. Ważny jest gust, smak, wyczucie…
Muszę przyznać, iż wahałem się nieco przed zadaniem następnego pytania, którym ryzykowałem nietakt wobec Joanny. Niemniej jednak ośmieliłem się, powołując się zresztą na obce źródło, zapytać:
– Jedna z polskim gazet nazwała panią „pożeraczką serc” i podała – robiąc to dwuznacznie – że w karierze pomogli pani m.in. Jan Englert, Gustaw Holoubek, Piotr Fronczewski, Olaf Lubaszenko, Bogusławem Linda…
Tutaj Joanna Trzepiecińska odparowała:
– Proszę pana, mnie nie interesują plotkarskie tabloidy i brukowce! A takie w naszym kraju również już są. Niestety, przyszła taka moda z Zachodu.

Na zakończenie – gdy zgodziliśmy się z tym, że tak naprawdę nie ma większego znaczenie, gdzie się mieszka – choć, jak zapewniała aktorka, ona nigdy nie chciałaby wyjeżdżać z Polski – usłyszałem od Joanny słowa, które na pewno znalazły aprobatę i rezonans w sercach Czytelniczek (mojej konserwatywnej bądź co bądź, gazety). W Joannie Trzepiecińskiej, kobiecie z krwi i kości, odezwała się także kobieca dusza:
– Dla mnie ważne jest to, z kim się jest, czy się kogoś kocha, czy się ma rodzinę, czy się człowiek czuje szczęśliwy, czy odczuwa satysfakcję… Ważne jest to nasze małe szczęście, które sobie budujemy wokół nas. I to rzeczywiście może być na Alasce, na Grenlandii, jak i w Południowej Afryce.

Amen.

greydot

* Chodzi o rok 1994. Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego” 12 maja, 1995 r.
** Należy pamiętać, że wszystko odbywało się jeszcze w epoce przed-komórkowej (1991 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ

greydot

.

APENDYKS. 

Korzystając ze wspominkowej okazji odgrzebywania moich niegdysiejszych wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury, chciałbym też zamieścić na mojej stronie zdjęcia, które wpadły mi w ręce w czasie przygotowywania tego cyklu. Zdecydowana większość z nich nie była do tej pory publikowana w internecie – jest to to więc ich oficjalna premiera w sieci. Żałuję jedynie, że stanowią one zaledwie małą cząstkę mojego archiwum, które podczas ostatnich dwudziestu lat zostało mocno przetrzebione – wiele zdjęć zaginęło, a te, które się zachowały nie są zbyt wysokiej jakości. Niemniej jednak postanowiłem je odkurzyć i zaprezentować – przedstawiają bowiem postacie wszystkim dobrze znane, również ludziom młodym, choć przynależące raczej do starszego pokolenia, a przy tym takie, które zapisały się już w historii polskiej estrady, filmu, teatru czy piosenki.
Zdjęcia pochodzą głównie z występów polskich artystów w Stanach Zjednoczonych (przede wszystkim w Chicago) w latach 90-tych ubiegłego wieku. Mają więc pewną wartość archiwalną. Być może wzbudzą też sentyment wśród nieco starszych Czytelników Wizji Lokalnej, którzy tu również trafiają, choć niezbyt często zostawiają ślad. Skądinąd wiem, że ten sentyment może być dość silny, bo oto kilka dni temu na Facebookowej stronie fanów Czesława Niemena (i innych, dawnych artystów polskiej estrady) zamieściłem nigdy nie publikowane zdjęcie Niemena, co spotkało się z nadspodziewanie gorącym przyjęciem jego wielbicieli (TUTAJ). To właśnie zainspirowało mnie do zamieszczenia tej galerii, jako załącznika do ostatniego wpisu z cyklu „ze wspomnień wywiadowcy”.

.

Czesław Niemen

Czesław Niemen

.

Michał Urbaniak

Michał Urbaniak

,

Urszula Dudziak

Urszula Dudziak

.

Jacek Kaczmarski

Jacek Kaczmarski

.

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

Ewa Bem i Jan Ptaszyn Wróblewski

.

Elżbieta Adamiak

Elżbieta Adamiak

.

Grażyna Szapołowska

Grażyna Szapołowska

.

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski i Joanna Szczepkowska

.

Alicja Majewska

Alicja Majewska

 .

© ZDJĘCIA WŁASNE

Reklamy

Komentarzy 47 to “KOSZ OD KWIATKOWSKIEJ, BASIA, JOASIA I DYLAN…”

  1. Tess Says:

    Basia dawniej:

    I po latach:

  2. Jula :D Says:

    Kiedy ten wywiad był robiony?… Lata 80-te, czy 90-te ubiegłego wieku?… Oni tam jeszcze tacy młodzi.
    W Polsce w TV w owym czasie leciał program rozrywkowy na licencji irlandzkiej pt. „grające fortepiany”. Dwóch pianistów, biały i czarny, i dwie drużyny śpiewające popularne piosenki.
    Kiedyś była pani Irena Kwiatkowska, tak w wieku ok. w 90-tki i uważam, że to było dla mnie straszne, widząc Ją. Zupełnie była niekomunikatywna. Jednak artyści, tak jak i sportowcy, powinni wiedzieć, kiedy zejść z areny. Bo potem to bardzo żałosne jest. :(
    Szapołowska to wtedy chyba romansowała z jakimś ambasadorem w USA, stąd jej znikanie. A Joanna Trzepiecińska faktycznie była wówczas w udanym związku z jakimś pisarzem. Pomimo dwojga dzieci porzucił ją dla innej aktorki. (ach te tabloidy!)
    Ja natomiast Boby Dylana widziałam raz w Niepołomicach na zamku, bo tam na dziedzińcu odbywa się co jakiś czas festiwal Jego imienia pt.”Ballady Boby Dylana”, gdzie młodzi artyści śpiewają Jego piosenki. Organizatorem, tłumaczem i tez wykonawcą był miedzy innymi Maciej Zębaty. Było to nawet transmitowane w TVP, ciekawa jestem, czy można to wyłapać na youtube.
    Pozdrawiam! .. . ;)

  3. Jula :D Says:

    Sorry,
    M. Zembaty, Boby Dylan był w Krakowie a na tym zamku młodzi, zdolni śpiewają jego piosenki i po angielsku i z przekładem na j. polski. :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wszystkie, przypominane tutaj przeze mnie wywiady, to początek lat 90-tych. Te ćwierć wieku, które upłynęło od tamtego czasu, to jednak pozmieniało ludzi. Ale cóż… taka jest naturalna kolej rzeczy.

      Spustoszenie jakie czas robi w ludzkich ciałach może nas przerażać, ale to też jest w sumie normalne – wszyscy się starzejemy. Nie uważam jednak, że starzy ludzie powinni się ze swoim starym ciałem chować do jakichś klozetów, przed wzrokiem publicznym. To żadne faux pas pokazać się w starości. A że przypomina to innym, że sami (jeśli będą mieli trochę szczęścia) również będą w takim stanie?
      Nie uważam, że publiczne pokazywanie swojej starej twarzy jest – jak to napisałaś – żałosne.

      Mamy sporo przypadków, gdzie aktorzy są aktywni zawodowo do późnej starości (dobrem przykładem jest tutaj Danuta Szaflarska, która bodajże dobija już do setki, a która niedawno stworzyła świetną rolę w „Pora umierać”).
      Kilka lat temu pisałem o filmie „Jeszcze nie wieczór”, którego bohaterami byli seniorzy artyści mieszkający w Domu Aktora w Skolimowie, którzy przygotowują przedstawienie przydające im energii i sensu w jesieni życia (z tego co pamiętam, wystąpiła tam również Irena Kwiatkowska).

      • Jula :D Says:

        „Nie uważam, że publiczne pokazywanie swojej starej twarzy jest – jak to napisałaś – żałosne.”
        Ja przeciwnie, po to wymyślono emeryturę.. ::D
        Tak tylko, że ta rola jest stworzona do warunków – w przypadku D. Szaflarskiej. Czy filmu o domu starych aktorach ze Skolimowa. Mowa o „starych jarych”. Nie ma kontrastu. Nie grają ról z czasów swojej młodości, bo to by raziło, niestety. :(
        Dobrze jak jeszcze mózg funkcjonuje ale jak początki alzheimera czy inne niedomagania ?!… Na przykład u Aliny Janowskiej, która się wycofała.
        Ja nie pisałam o wyglądzie I. Kwiatkowskiej tylko o tym, że już była już niekomunikatywna i to bardzo raziło, jako że to był program rozrywkowy. Mnie tej skądinąd świetnej aktorki szkoda było. To był przykry widok. :(
        Pa! ;)

        • Jula :D Says:

          Myślę, że owszem aktorzy grają i ludzi starych, tyle że jak w życiu łatwiej młodemu zagrać starego niż odwrotnie.
          A jak na scenie, estradzie występuje stary aktor, to ja się boje czy nie padnie. I zamiast się cieszyć, to rozglądam się za lekarzem czy pielęgniarką.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Paść” na scenie ze starości… czegóż więcej trzeba do zwieńczenia udanego i spełnionego żywota? ;)

  4. ulotna_wiecznosc Says:

    Myślę że Pani Urszula Dudziak wygląda dziś lepiej!
    Przypadkiem trafiłam na bloga, jaki sympatyczny i jaki optymizm:-))
    Obyśmy mieli tak samo :-) Czego Wam i sobie życzę:-)

    http://urszuladudziak.natemat.pl/

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Trudno oceniać stan czyjejś urody po jednym zdjęciu (Być może moje ujęcie było niefortunne – gdybym zwolnił migawkę sekundę później lub wcześniej, to może Urszula Dudziak wyszłaby korzystniej? Ale to przecież nie jest takie istotne.)

      Bloga Dudziak nie znałem. Z tego co widzę, niezbyt często w nim pisze. Ale na początku tego roku umieściła wpis, który pozwolę sobie tutaj przytoczyć (choćby dlatego, że w jakimś sensie nawiązuje też do tematu mojego posta):


      Początek lutego, 2014 Siedzę sobie w łóżku w moim mieszkaniu na 10 piętrze, między 6 a 7 dmą Avenue na Manhattanie w Nowym Jorku, czyli w centrum świata. Przynajmniej jest to dla mnie trafienie w 10tkę na tarczy światowego jazzu. Za oknem zimno -9 C i są przeciągi, i to dlatego powietrze jest tu o wiele lepsze niż w naszej spalinowej Warszawie, choć ruch samochodowy nie ustaje tu nawet na chwilę.

      To tu przywędrowaliśmy z Michałem Urbaniakiem moim byłym mężem (On zawsze mówi w wywiadach: przyjechałem, a ja mówię zawsze w wywiadach: przyjechaliśmy!) na lotnisko JFK, 11 go września 1973 go roku. Pół roku temu minęło 40 lat!!! Lepiej brzmi cztery dekady temu. Jakoś tak krócej, szybciej… Siedzę z komputerem na kolanach i próbuję ogarnąć, zapisać na tej stronie jakie obrazy wpychają się na całego do mojej pamięci i właśnie teraz machają do mnie, krzycząc, pamiętasz, pamiętasz? No pewnie, że pamiętam, odpowiadam sobie pod nosem.

      Lata temu, wychodząc z mojego budynku i skręcając w prawo, mijałam kilka bram a tuż za nimi duże lustro udające szybę wystawową. Miałam zwyczaj zwalniać kroku, żeby przez chwilę przyglądnąć się sobie. To lustro odpowiadało mi na pytanie, jak wyglądam, jak się czuję i w ogóle co mi w duszy gra tego dnia. Na ogół wychodziłam tylko z torebką a wracałam objuczona ciężkimi plastikowymi torbami z zakupami. Lub też wychodziłam w szpilkach (już po rozwodzie z Urbaniakiem, bo będąc z Michałem, goniłam w tenisówkach, bo jak targać instrumenty w szpilkach!) a wracałam z randki, niepewnym krokiem (och te szpilki!!) i na ogół dosyć późno. Gdy było mi ciężko na duszy i grała w niej tylko muzyka rozpaczy, lub żałoby, przechodziłam koło ulicznego lustra wolno, ledwo siebie zauważając a jak już spojrzałam śmielej to widziałam zmęczoną, zgarbioną, w pół złamaną staruszkę. Ale były czasy kiedy śmigałam sprawnie, szybko i nie przeszkadzały mi w tym szybkim kroku, rosnące pod moim sercem, najpierw Kasia potem Mika. Był 1978 rok, pełnia lata. Stałam przed lustrem w jasnej rozkloszowanej sukience, kilka tygodni przed urodzeniem Kasi i przyglądałam się sobie i myślałam: co z tej mojej Kasi wyrośnie (już wiedziałam, że to będzie dziewczynka o imieniu Kasia)? Nagle podszedł do mnie nasz doormen Steve i przekazał mi wiadomość. Polak Papieżem! Stałam jak wryta, stałam i stałam….

      W kwietniu, czyli za dwa miesiące wracam tu, do Nowego Jorku, bo zostałam poproszona przez tutejszy konsulat, żeby w dniu kanonizacji naszego papieża przeczytać wybrane fragmenty z jego nauk dla wiernych zebranych tego dnia w przepięknej katedrze Świętego Patryka na Manhattanie. Za parę godzin przeglądnę się w moim wystawowym lustrze i stanę koło Uli sprzed przeszło trzech dekad i pomyślę: Jakie to jest fascynujące, że to nie my piszemy scenariusze naszego życia, ale kto tak naprawdę za tym stoi?? Bóg raczy wiedzieć!

      • ulotna_wiecznosc Says:

        ,, Jakie to jest fascynujące, że to nie my piszemy scenariusze naszego życia, ale kto tak naprawdę za tym stoi?…”

        Też jestem ciekawa :-)

        A ogólnie podoba mi się sposób w jaki Urszula Dudziak pisze.

        „Wyśpiewam wam wszystko”
        Czytam w opisie:
        Książka ze wspomnieniami a niesamowite historie są spisane dzięki pamiętnikom pisanym od wczesnych lat młodości. Opowieści przez które przetaczają się osoby takie jak Jerzy Kosiński, Miles Davis, Sting, Herbie Hencock i wielu innych. Historia życia, podróży oraz jej życie w Polsce a potem przez 20 lat w Nowym Jorku. Biografia, dzięki której poznajemy historię jazzu, ale także poznajemy wspaniałą kobietę, która mimo wielu trudności tak bliskich każdemu z nas potrafi z humorem i ufnością patrzeć na świat. Poznajemy człowieka zakochanego w świecie, ludziach, życiu.

        Chętnie przeczytam.:-)

  5. miziol Says:

    Basia to moja ulubiona piosenkarka. Wlasciwie cale lata 90-te sluchalem prawie wylacznie jej piosenek. Takie male uzaleznionko. Nie dziwie sie jej, ze unika Polonii, bo o ile mozna znalezc czasami jakies ciekawe osoby (jak w kazdej populacji), to jednak generalnie wiekszosc to jakies dzikusy.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Z tego, co wiem, to unikała Polonii w czasach swojej największej popularności. Nie wiem jak jest teraz, ale kiedy kilka lat temu koncertowała w Chicago (w House of the Blues bodajże) to mocno podkreślała swoja polskość (ponoć – bo mnie na tym koncercie nie było, tak że wiem to tylko ze słyszenia).
      Ona zawsze była zorientowana na słuchaczy niekoniecznie polskojęzycznych – wręcz przeciwnie… co było widać i słychać od samego początku jej kariery.
      Nota bene, zrobiła chyba największą światową karierę ze wszystkich polskich piosenkarzy (wydaje mi się, że większą niż Dudziak).

      • miziol Says:

        Nie wiem z czego to sie bierze, ale Ty Staszku masz tendencje do pisania rzeczy, z ktorymi ja nie moge sie za cholere zgodzic. Ja mam wszystkie plyty Basi od pierwszej do ostatniej, skladanki i nawet wersje europejskie i amerykanskie. Na kazdej spiewa cos po polsku. Wiec zakladam, ze Ty jednak nie jestes jej fanem i nie sluchales tych plyt, bo nie napisalbys, ze byla zorientowana na niepolskich sluchaczy, ale wrecz przeciwnie. Wlasnie wrecz przeciwnie – przy wielu okazjach podkreslala swoja polskosc! Zreszta, z tego co wiem, jej plyty sprzedawaly sie w Polsce swietnie i musiala to wiedziec. To bylo cos, co mnie – jako Polaka, u niej mile zaskakiwalo. A jesli chodzi o kariere miedzynarodowa, jesli liczyc w pieniadzach, to nie wiem czy Edyta Gorniak nie zarobila wiecej od niej. Ale jesli liczyc w ilosci ludzi na koncertach i plytach, to bezwzglednie wygrywa Anna German.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To prawda, nie byłem jakimś szczególnym fanem Basi, chociaż ją lubiłem. Mam tylko dwie jej płyty, więc znałem ją głównie z nagrań anglojęzycznych – często ją słyszałem w amerykańskim radio. Być może stąd moje wrażenie (zapewne mylne, skoro to mi wypominasz jako zagorzały fan Basi), iż była głównie „zorientowana” na słuchaczy niepolskojęzycznych.
          Nie wiem czy Anna German wygrywa konkurencję z Basią, jeśli chodzi o ilość ludzi na koncertach i liczbę sprzedanych płyt za granicą (jeśli się uwzględni Rosję/Związek Radziecki, to być może tak, bo ona była tam równie – jeśli nie bardziej – popularna, jak w Polsce… ale tego też nie jestem taki pewny, bo żadnych ankiet osobiście tak mnie przeprowadzałem a i statystyk dokładnych nie znam). Nawiasem mówiąc niedawno widziałem serial rosyjski jej poświęcony – dość pieczołowicie zrobiony, ale jakoś nie rzucający (mnie przynajmniej) na kolana.
          A Edyta Górniak? Gdzie i na czym ona tak bardzo (więcej od Basi) zarobiła? To też jakoś mi umknęło… pewnie dlatego, że – mieszkając od 24 lat poza Europą – nie śledziłem jakoś szczególnie jej kariery (czy to polskiej, czy zagranicznej).

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Parę informacji miziole pod rozwagę (czy się zgadzamy, czy też nie ;) ):

          – Basia na świecie sprzedała miliony swoich płyt (Edyta Górniak jakieś 300 tys.). Na przykład, album „Time and Tide” rozszedł się na świecie w ilości 3 mln. egzemplarzy (w samych Stanach sprzedano ok. 1 mln. tej płyty); druga jej płyta Basi (z przebojem „Cruising for Bruising”) powtórzyła dokładnie (w liczbach) ten sukces. Z tego co wiem, Basia była też bardzo popularna w Japonii i pewnie to też przełożyło się tam na setki tysięcy, jeśli nie miliony, sprzedanych krążków.

          – Skoro Basia nie była zorientowana na niepolskich słuchaczy (a, jak piszesz, „wręcz przeciwnie”), to dlaczego WSZYSTKIE jej płyty mają anglojęzyczne tytuły? Przecież ona od 1979 roku mieszkała (i nagrywała) za granicą (wpierw USA, następnie Wlk. Brytania). Czy na tej podstawie nie można stwierdzić, że jej „targetem” byli GŁÓWNIE odbiorcy poza granicami Polski?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Prawdę mówiąc, to zdecydowana większość owych „gwiazd” nie miała na międzynarodowym rynku pop żadnych szans. Najbliżej sukcesu była z nich wszystkich chyba tylko Górniak. I niestety, tu nie chodzi tylko o barierę językową – ale też i o to, że konkurencja na Zachodzie jest szalona. Tam (a właściwie tutaj) artyści śpiewajacy na ulicy często są lepsi, niż te nasze aspirujące „gwiazdy”.
      Oto przykład:

  6. miziol Says:

    Jesli uwazasz, ze tytuly po angielsku o czyms swiadcza, to moze pogadajmy o Acid Drinkers :-). A jesli chodzi o Anne German, to dawala koncerty na calym swiecie i rzeczywiscie w Zwiazku Radzieckim ( to sie nie liczy? :-)) byla rozrywana. Jej plyty sa do tej pory w prawie kazdym domu w Rosji, na Ukrainie, Bialorusi w Kazachstanie. Nawet mlodsi ludzie wiedza o niej duzo. Wydala tam 17 plyt i mase singli. Nie zarobila na pewno nigdy takich pieniedzy jak Basia, ale byla naprawde popularna.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Moim zdaniem to, że Basia niemal wszystkie swoje piosenki śpiewała po angielsku, że wszystkie swoje płyty nagrała poza granicami Polski o czymś świadczy. Mianowicie o tym, że zorientowana była na rynek zachodni (i światowy). Oczywiście przy okazji, jej płyty były sprzedawane (i kupowane) w naszym kraju – podobnie jak w Japonii, Francji, w Chinach czy na Filipinach.
      Zgodziliśmy się przecież z tym, że Basia nie unikała akcentów polskich – ale były to jednak tylko akcenty.

      Oczywiście, że Anna German była bardzo popularna nie tylko w Polsce (głównie w Rosji). Nikt temu nie zaprzecza.
      Nota bene śpiewała piosenki aż w siedmiu różnych językach.

      Zresztą, nie wiem dlaczego licytujemy się w tym temacie. Jeśli po to, aby dowiedzieć się czegoś więcej niż wiemy – to jest OK. Jeśli tylko po to, by postawić na swoim (udowodnić swoją rację) – to nie jest to już takie OK ;)

      PS. Naprawdę masz wszystkie płyty Basi? ;)

  7. miziol Says:

    Nie sadzilem, ze sie licytujemy :-) . Mam wszystkie plyty Basi w fizycznej postaci tzn. cd i cala jej dyskografie sciagnieta skads na komputer. Poza tym mam dwie albo trzy plyty Matt Bianco, na ktorych ona spiewa i jakis jeden duzy plik ze wszystkim, co kiedykolwiek nagrali. Lubie ten rodzaj muzyki, a poza tym lata dziewiecdziesiate byly wazne w moim zyciu i akurat wazne dla Basi. Spotkalem ja ( kupujac „Time and Tide” w sklepie muzycznym) zakochalem sie w niej ( w sensie jak najbardziej platonicznym), towarzyszyla wszystkim moim wzlotom i upadkom, a ja bylem jej wierny dlugie lata :-). Wiekszosc tego, co przydazylo mi sie w latach dziewiecdziesiatych to byly rzeczy dobre i wazne, dlatego ona zawsze kojarzyla mi sie szalenie pozytywnie i optymistycznie. Nawet dzisiaj, gdy wrzuce plyte w odtwarzacz w samochodzie i zaczynam sluchac, to ten nastroj wraca i mam wrazenie, ze za chwile spotka mnie cos wspanialego. Sila wyobrazni :-)

    • miziol Says:

      Zeby jeszcze cos dodac o Annie German, to dla mnie ten serial z Joanna Moro jest genialny. Tylko Rosjanie potrafia zrobic tak wzruszajacy i jednoczesnie ciekawy film. Miala wielka szanse, ktora przekreslil najpierw wypadek samochodowy, a potem choroba. Nie ona zreszta jedyna byla popularna w Zwiazku Radzieckim (Rosji). U nas sie o tym malo mowi, ale np. Edyta Piecha i jej syn sa tam piosenkarzami popularnymi i rozpoznawanymi od razu, a po smierci Jana Machulskiego prawie nie doszlo do ogloszenia zaloby narodowej po Kwincie :-)

      • Stanisław Błaszczyna Says:

        To fakt, polscy artyści byli bardzo popularni za naszą wschodnią granicą – zwłaszcza za czasów PRL-u. Może po części dlatego, że byliśmy czymś w rodzaju łącznika między Wschodem a Zachodem? O tym „wzięciu” w Rosji wspominał zarówno Tadeusz Nalepa, jak i Niemen w wywiadach, jakie z nimi przeprowadziłem.
        Nota bene, po tzw. transformacji ustrojowej, co poniektórzy mieli do nich o to pretensje… moim zdaniem zupełnie nieuzasadnione.

        Zresztą, było też i na odwrót: u nas popularnością cieszyli się artyści rosyjscy (Okudżawa, Wysocki, Pugaczowa…); jak również czescy (Václav Neckář, Karel Gott, Helena Vondráčkova …) czy węgierscy (Zsuzsa Koncz, Lokomotiv GT, Omega…).

        Oprócz narzuconego nam „porządku” politycznego, była pewna nić sympatii między narodami – i to nawet szczera.

  8. Simply Says:

    Karel Gott to prawdziwy kosiarz umysłów

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      My również mieliśmy swojego killera (choć nie pamiętam by się zabierał za Stonesów):

      PS. Jak się tak wsłuchać w tego Gotta, to on to pomaluj na czarno zaśpiewał całkiem ciekawie ;)
      Ale każde zestawienie Gotta ze Stonesami musi wyglądać cokolwiek groteskowo.

  9. Simply Says:

    Uu, nie wiedziałem, ze Iredyński pisał teksty Połomskiemu . Piękne medley ( taniec z manekinem treningowym zajumał od niego Fellini do ,, Casanovy”, wydało się ) Optymizm tego człowieka z ,chomikami’ pokona wszystko !
    Karel Gott ma parę, przecież on tu wyciąga, jak Arthur Brown .
    No i nie zardzewiał chłop

    A teraz prawdziwe psychoblużniercze objawienie . Trzeba było im Husa nie palić.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Te Twoje Youtubowe skoki do ciekawych kątów często prowadzą:

      PS. Kubišovej nie znałem (albo znałem ale zapomniałem).

      Gott to naprawdę dobry wokalista (zdecydowanie lepszy moim zdaniem od Połomskiego), choć jego repertuar średnio mnie rajcował (bo jak można było się zachwycać Gottem, skoro słuchało się wtedy Black Sabbath, Nazareth, Deep Purple, Led Zeppelin, Uriah Heep… i tym podobnych straceńców?… nawet jeśli się coś z tego lubiło, to byłoby „sztempem” przyznać się do tego ;) )
      Ale jeden wielki hit Gotta pamiętam do dzisiaj:

  10. Simply Says:

    Wiadomo, że to się kojarzyło z najgorszym badziewiem i nie ważne, czy delikwent umiał śpiewać, czy nie. Teraz, kiedy masz równy dystans i do takiego czegoś i do swoich idoli z tamtych lat, możesz się starym popem bez obciachu podelektować.
    Jak pamiętasz, dużą popularnością wśród polskich fanów hard rocka w latach 70′ cieszył się pierwszy band Gorana Bregovica.

    …a Uriah Heep po czesku to sobie właśnie wykrakałeś. Całkiem przyzwoite.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Bregović to bardzo, bardzo zdolny facet, a Biały Guzik – jedna z najlepszych kapel rockowych z wszystkich demoludów.
      Mnie w głowie utkwił chyba najbardziej ten kawałek:

      Akurat „Selma” strasznie przypomina kapele zachodnie („Uriah Heep” właśnie, „Deep Purple” – do złudzenia w niektórych momentach „When a blind man cries”… itp.) ale przecież Bijelo Dugme bardzo zgrabnie wplatał w tego swojego rocka motywy bałkańskie, co świadczyło o wszechstronności, kreatywności i oryginalności zespołu.

      Sam Bregović – jak pewnie wiesz – robił ciekawe rzeczy: pisał muzykę do filmów (nie tylko Kustricy), współpracował z bardzo różnymi osobowościami muzycznymi (Cesária Évora, Iggy Pop, Ofra Haza… o naszej Kayi i jeszcze bardziej naszym Krawczyku nie wspominając).
      No, ale dość tych banałów ;)

  11. Simply Says:

    Z Bijelo Dugme, to mi się tak na prawdę dwie pierwsze płyty podobały, potem zaczęli smęcić, powtarzać się ( ale bez wcześniejszego polotu ), przynajmniej z tego, co słyszałem. Bregovica cenię najbardziej za soundtrack do ,,Królowej Margot” Chereau – arcydzieło muzycznego eklektyzmu. Czego on tu nie naładował ! : są bośniackie wycia, Ofra Haza, imitacja Carla Orffa, stare Bijelo Dugme, Claudio Monteverdi, jakieś motywy rodem z , nie wiem….. tureckiego westernu :D
    Najpiękniejsze jest to, że gdyby przyszło tego wysłuchać nie wiedząc, co to jest i odpowiedzieć na pytanie ,,do jakiego gatunkowo filmu to jest ścieżka?” to by szło wymięknąć. Do ,,Undergroundu” też był genialny, pierwszorzędnie jadący baranim łojem soundtrack, co kawałek, to hicior.

    Co do ,,najlepszych kapel z demoludów”, to raczej nie Bijelo Dugme. Ja bym powiedział, że Laibach, to było szalenie oryginalne. A ich nazistowskie covery to jest wunderbar.
    Oto co zrobili ,,One Vision” Queenu:

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja zawsze miałem dobre zdanie o Bijelo Dugme i tę opinię podtrzymuję, choć dość dawno przestałem słuchać tego zespołu (teraz sobie trochę przypomniałem).

      Mnie jakoś estetyka i „melodyka” Laibach nie bierze. Może dlatego, że mam awersję do wszelkich przejawów nazizmu, faszyzmu, totalitaryzmu… nawet jeśli to traktowane jest jak koncept artystyczny (a taki jest chyba przypadek Laibach). A jeśli oni myślą w tych kategoriach, podniecając się nazistowską ideolo i faszystowskim dryllem, to tym bardziej wzbudza to moją awersję. (Nie wiem, może mnie oświecisz w tym, o co tak naprawdę im chodzi?)

      Ja nie na wszystko w pop-kulturze patrzę jak na zabawę. Jak ktoś przekracza limit mojej tolerancji na głupotę, wyznaje kretyńską ideologię, profanuje dla samej profanacji, podnieca się gwałtem i przemocą, głosi rasistowskie hasła i bredzi o jakiejś supremacji białych… to ja wysiadam – biorę swoje zabawki i idę do domu.

  12. Simply Says:

    Oczywiście, ze to kreacja, a nie ideologia, Gdy ich zapytano, czy są nazistami, odpowiedzieli, że ,, są nimi w takim samym stopniu, w jakim Hitler był malarzem”.

  13. Simply Says:

    Wiem, widziałem te kaczuchy na stawie :D I właśnie one ten problem rozwiązały, podbijając świat sztuki w takim stopniu, w jakim podbiły,

  14. Simply Says:

    A diabli wiedza, czy gdyby mu nawet wyszło, to by coś zmieniło. Himmler miał dobrze prosperującą kurza fermę i nie wysiedział na dupie , musiał zostać SS Reischfuhrerem. A towarzysz Koba, gdyby nie został wyjebany z seminarium duchownego, to pewnie sam by wystąpił.

  15. Simply Says:

    Jak to nie ma ? Działali w pełni świadomości. Chodzi mi tylko o to, że moim zdaniem ich droga nie ma nic wspólnego z jakimś tam spełnieniem, czy niespełnieniem na płaszczyźnie, nazwijmy to ,normalnosci’ i nie była tego konsekwencją.
    A obrazek cacy. Totalnie na przekór tym wszystkim nowym trendom, co to się wtedy rodziły na pniu. I Adolf się póżniej zemścił. Wielu ekspresjonistów poparło nazizm i zdeklarowało się opiewać go swoją sztuką, jak futuryści z komunizmem w Rosji – ,,nowa sztuka w służbie nowej rzeczywistości” ( i tam przez krótki czas to całkiem prężnie działało ). Od razu uznano odgórnie ekspresjonizm za sztukę chorą i zdegenerowaną i dano mu bezwzględny szlaban.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Oczywiście, że są winni. Chodziło mi o to, że jeżeli wszystko jest predestynowane, to trudno w tym znaleźć miejsce na wolną wolę. A skoro nie ma wolnej woli to człowiek nie może odpowiadać za swoje czyny, ergo: nie może być winny.
      Ale, tak jak piszesz – jeżeli człowiek popełnia zbrodnie w pełni świadomości, to staje się winny. Być może jest niewinny w wymiarze metafizycznym (dlatego nawet Diabeł może być zbawiony), ale w naszym ludzkim wymiarze jest winny jak najbardziej (dlatego swoją rację i sens miał proces w Norymberdze).

      Ale jeszcze więcej ekspresjonistów sprzeciwiało się nazizmowi (tak jak wcześniej moderniści niemalże en bloc sprzeciwili się I wojnie światowej), toteż to, co tworzyli, naziści nazwali Entartete Kunst (ale to jest cała historia – kiedyś o tym pisałem, być może niedługo odświeżę sobie ten temat).

      PS. A Hitler? Jeśli chodzi o jego gust – jakkolwiek by to nie zabrzmiało absurdalnie – to była to mieszanka romantyzmu z klasycyzmem. To, co podziwiał i egzekwował (np. ze Speerem), to było megalomańskie i patetyczne, a przy tym mieszczańskie – strasznie dziwaczny melanż.

  16. Simply Says:

    Na litość boską, chyba się nie wykastrowałeś ? :D :D

  17. Simply Says:

    Nie, miałem na myśli Orygenesa .

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      A to ciekawe, że moje „puste piekło” zaprowadziło Cię wprost do kastracji (wątpliwej, zresztą) Orygenesa. Co za skojarzenia! ;)

      Swoją drogą, czy uwolnienie się od idioty, do jakiego łańcuchami przykuwa nas nasze seksualne libido, nie może być kuszące? ;)

  18. Simply Says:

    Przecież to właśnie Orygenes głosił ideę apokatastasis, skojarzenie raczej automatyczne.
    Może walnij banię, albo sobie zapal, to bardziej tego idiotę w sobie polubisz i nie dasz się wodzić na pokuszenie.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ten idiota jest także częścią mnie samego – nie mam zamiaru się go zapierać ;)
      No i jest coś w tym idiocie, co lubię – m.in. wodzenie na pokuszenie ;)

      A na banię jest u mnie jeszcze za wcześnie.
      Poczekam do indyka wieczorem – i wtedy go pewnie (wraz z idiotą) jakoś zakropię.

  19. Tess Says:

    Kapitalna parodia (?) Dylana w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego:


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s