WSZYSTKO JEST MUZYKĄ – „Pieśni Leara” w wykonaniu Teatru Pieśń Kozła

Przedstawienie wrocławskiego teatru w Chicagowskim Teatrze Szekspirowskim

.

teatr-piesn-kozla-1

Wszystko jest muzyką – nawet tragedia

.

     Tak się złożyło, że kolejna produkcja polskich artystów odwiedzających Chicago również inspirowana jest Szekspirem. Zaledwie Sojka przestał śpiewać Sonety, a oto niezwykły alternatywny ansambl teatralny z Wrocławia przywozi nad jezioro Michigan Króla Leara – tragedię słynnego Stratfordczyka przetransformowaną w  oratorio-podobną suitę złożoną z muzycznych miniatur i pieśni sięgających do korzeni tego, co wydaje się być fundamentalnym i uniwersalnym doświadczeniem ludzkiej egzystencji. A wszystko to dzieje się z ambicją sprowokowania w widzu katharsis.

.

teatr-piesn-kozla-2

Synchronizacja ciała, głosu, energii, rytmu, emocji…

.

     Podobno spektakl zrobił furorę kilka lat temu na Festiwalu Teatralnym Fringe w Edynburgu (po przeczytaniu kilku entuzjastycznych recenzji z tamtego przedstawienia skreślam słowo „podobno”) i ja się wcale temu nie dziwię, bo jest to wydarzenie sceniczne pierwszej jakości – w świecie pełnym profanum sięga ono do sacrum, ewokując pewien archaiczny rys, drażniąc i poruszając w nas jakiś pierwotny nerw, który – jak się okazuje – najbardziej chyba czuły jest na dźwięk. Bo to muzyka i śpiew – jak twierdzi (intuicyjnie) reżyser Grzegorz Bral – były wśród ludzi pierwszym teatrem. Właściwie to Szekspir leży tylko u źródeł dramatycznej inspiracji twórców sztuki, bo poszczególne pieśni nawiązują jedynie do niektórych wątków szekspirowskiej tragedii o nieszczęsnym królu Learze i jego córkach, wśród których największą naszą uwagę (i współczucie) skupia wydziedziczona i wygnana przez oszalałego ojca, Kordelia. Nie jest to jednak opowieść linearna, bardziej kolaż muzycznych dźwięków i słów – zazwyczaj harmonijny (oparty na kanwie gregoriańskich chorałów), choć nie pozbawiony miejscami dysonansów i przerywany dość często rytmem głośnych, perkusyjnych uderzeń (stóp o podłogę, dłoni o krzesło, pałek o bębenki…), nadających całości niezwykłej dynamiki. Lament (niekiedy płacz i prawdziwe łzy) przeplatany nerwową furią, liryzm znaczony gwałtowną ekspresją… Cały zespół stanowi jakby żywą całość – organicznie spójną i zintegrowaną. Każdy wchodzi z każdym w bardziej lub mniej ścisłe inter-reakcje. Metodycznie Bral nazywa to „techniką koordynacyjną”, w której synchronizują się głos, ciało, energia, rytm i emocje, tworząc bardzo specyficzną całość, charakteryzującą unikalny styl wszystkich przedstawień z repertuaru Teatru Pieśń Kozła. W Pieśniach Leara nie ma radości, śmiechu, jasności, spokoju… Jest za to dużo rozpaczy, żalu, bólu, cierpienia… Bo chyba jednak te ostatnie aspekty ludzkiej egzystencji dominują naszą La condition humaine – przynajmniej w tej finalnej fazie życia (i śmierci) człowieka, którego wszak i w młodym wieku nękać mogą hamletowskie „pociski zawistnego losu”. A mimo to – kiedy patrzymy na to, co dzieje się na scenie i słuchamy tych pieśni –  nie udzielają się nam żadne negatywne emocje. Nie chcemy się od tego odwracać, jak od nieszczęścia i wstrętnej mizerii, wręcz przeciwnie: nie możemy się od tego oderwać i chłoniemy wszystko w jakimś katarktycznym transie, który dostarcza nam przyjemnego dreszczu, nie sprawiając żadnej przykrości. (Może dlatego, iż wiemy, że to tylko teatr?)

.

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Teatr Pieśń Kozła wystawiał „Pieśni Leara” na scenie Chicago Shakespeare Theatre w dniach 15 – 18 września, 2016 r.

.

Reklamy

SOJKA, SZEKSPIR I INNI…

o występie Stanisław Sojki w Copernicus Center w Chicago

.

Stanisław Soyka w Copernicus Center

Stanisław Sojka w Copernicus Center

.

    Niezwykłej radości dostarczył nam Staszek Sojka w ostatni piątkowy wieczór w eklektycznej Sali Copernicus Center, której oswojony kicz nie gryzł się wcale z wysokim muzycznym lotem Sojkowej muzyki, w naturalny sposób łączącej szekspirowski anachronizm, uwspółcześniony nam przez znakomite przekłady Barańczaka i Słomczyńskiego, z lekkością i błyskotliwością swojej melodyjnej frazy, która niosła się w przestronnej sali, aż po niebieskie sklepienie usłane sztucznymi gwiazdami.

    Po 20 latach z okładem, Stanisław Sojka gra i śpiewa nam Sonety Szekspira, a my słuchamy, uwiedzeni dźwiękami i słowem, zupełnie jak za pierwszym razem. Bo prawdziwa „miłość z dnia na dzień zmienić się nie może”.

    Wspomniałem o radości – i niezmiennej wartości tej muzyki, mimo upływających lat – a jednak z wiekiem uczucia i uwaga nasza się zmieniają, przydając temu doświadczeniu wsłuchania się innej barwy. Inaczej rozkładają się akcenty – być może pojawia się nawet lekka melancholia, słodycz przełamywana jest gorzką domieszką, nadchodzi nostalgia… Bardziej dojmujące staje się przemijanie, mimo łagodności, jaką daje pogodzenie się z życiem – z tym, co jest nieuniknione.

    Dzięki Bogu Szekspir był – jak się wydaje – człowiekiem zmysłowym, więc w Sonetach słychać jego uwiedzenie erotyczną stroną świata, związek z żywiołami Natury, które przecież odzywają się też w samym człowieku, wystawionym na łaskę i niełaskę tego, co go niewspółmiernie do siły własnej woli przerasta.

    Człowiek targany jest żądzą, która w łagodniejszej wersji jest pragnieniem – ale miłosne uniesienie i jego zaspokojenie staje się lekarstwem. Tymczasowym wszak, skoro oczy „mrużą się, ciężkie sennym nasyceniem” pragnień, które już jutro nad ranem wracają „tak ostre, jak zawsze”.

    Autor Sonetów, człowiek zmysłowy i czujący, ale i myślący, wie jednakże czym jest miłość prawdziwa (Sonet CXVI, tłum. Maciej Słomczyński):

Zdrady są z związku dusz wiernych nieznane,
Albowiem miłość nie będzie miłością,
Jeśli jest zmienna, mogąc mieć odmianę,
Lub skłonna odejść za cudzą skłonnością.
(…)
Miłość z dnia na dzień się zmienić nie może,
Przetrwa, aż przyjdzie śmiertelna godzina.

    Wydaje się to oczywiste, ale przecież nie zawsze przyjmujemy do wiadomości to, co oczywiste – okłamując się lub narzucając sobie samemu pewną ignorancję. Dopiero własne doświadczenie życiowe otwiera nam oczy (a zwłaszcza serce) na prawdziwość tych słów – wtedy, kiedy dotkliwie zazwyczaj, poczujemy coś na własnej skórze, kiedy coś głęboko zapada nam w serce. Czekać więc musimy pokornie, „aż nas zbliży Czas zawzięty”, by „z dwóch żywiołów ciała jedną tylko złożyć Rzecz: łzę, jak ziemia ciężką i słoną jak morze.”

    Staszek Sojka wie, o czym śpiewa. Sam w swoim życiu różnych doświadczył kolei i zwrotów, przyznając kiedyś w przypływie (daleko tu jednak idącej) szczerości: „Byłem głupi, ślepy, głuchy i egocentryczny. Despotyczny sukinsyn z miłą twarzą, który śpiewa balsamiczne piosenki. Był czas, kiedy uznawałem za normę, że wszyscy mi salutują. Mam do siebie żal o lekceważenie o przedmiotowe traktowanie ludzi” – alkohol i narkotyki, romanse i rozwody. Jowialny sybaryta i zdawałoby się miś – taki osobnik też może być utrapieniem i źródłem cierpienia dla bliskich.
Ale Sojka ma to za sobą, nauczył się, wyciągnął wnioski i dojrzał – z synami ma świetny kontakt, razem koncertują…
Jednakże pogłębiła się u niego melancholia światem, skoro sam wyznał na koncercie, że najbardziej ulubionym sonetem Szekspira, jest dla niego ten właśnie (Sonet LXVI, tłum. Stanisław Barańczak):

W śmierć jak w sen odejść pragnę, znużony tym wszystkim:
Tym, jak rzadko zasługę nagradza zapłata,
Jak miernota się stroi i raduje zyskiem,
Jak czystą ufność krzywdzi wiarołomność świata
Jak hańba blask honoru rychło brudem maże,
Jak żądza na złą drogę dziewiczość sprowadza,
Jak zacność bezskutecznie odpiera potwarze,
Jak moc pospólną trwoni nieudolna władza,
Jak sztuce zamykają usta jej wrogowie,
Jak naukę w pacht biorą ignorantów stada,
Jak prostą prawdomówność głupotą się zowie,
Jak dobru złu na sługę najwyżej się nada
Znużony – odejść pragnę; lecz chęć w sobie dławię:
Jeśli umrę, sam na sam z takim światem cię zostawię.

     Prawda, że brzmi to ponadczasowo – a więc i współcześnie? I że każdy z nas, w pewnym okresie życia czuje i myśli tak samo?

    Ale, jak już wspomniałem, zbyt cierpka i gorzka dawka nie zatruła serc polonijnej publiczności, która momentami wręcz żywiołowo reagowała na to, czym wypełniał salę artysta. A była to nie tylko wielka przyjemność ale i radość.

greydot

stanislaw-soyka-w-chicago-fot-stanislaw-blaszczyna

Sojka z kwiatami

    Sam Sojka mówi o sobie, że „wyrósł na sługę poetów”. I trudno temu zaprzeczyć, gdyż dosłownie wszystkie utwory jakie on śpiewa są czystą poezją. Bo kogóż to Staszek nie brał na warsztat: począwszy od Osieckiej, przez Herberta, Szymborską, Leśmiana, po Miłosza, Jana Pawła II i samego Św. Pawła.

    Druga część koncertu to właśnie była mikstura tych utworów, które w całej okazałości ujawniały bogactwo lirycznych (a tym samym duchowych) poszukiwań Sojki – nie tylko jako kompozytora, ale i człowieka wrażliwego na literaturę. Sojka nie poszedł na łatwiznę prezentowania swoich największych „przebojów”, (których notabene zebrało się sporo w ciągu jego długiej – niemal 40-letniej! – karierze), niemniej jednak w repertuarze koncertu znalazły się takie sztandarowe jego piosenki, jak np. Absolutnie nic!, Życie to krótki sen, Tolerancja, Kiedy jesteś taka bliska czy Cud niepamięci. A przy tym usłyszeliśmy i Szymborską (Allegro ma non troppo) i Osiecką (… tylko brać), był również mały hołd dla Mistrza Niemena (Sukces).

    Banalne byłoby stwierdzenie, że Stanisław Sojka jest prawdziwym unikatem – a tym samym – skarbem w polskiej muzyce. Komponowanie przychodzi mu niezwykle łatwo, jego gra na pianinie (i nie tylko, bo Sojka to par excellence multiinstrumentalista) jest znakomita i co najważniejsze – „zrośnięta” jakby organicznie z treścią i przekazem słownym wykonywanych przez niego utworów. Jego styl – i brzmienie – jest nie do podrobienia. To swego rodzaju zaskakujący melanż lirycznej wrażliwości z dynamiką – subtelnej melodyki ze zdyscyplinowaną kulturą muzyczną, która swoją proweniencję ma nie tylko w najwyższej jakości muzyce popularnej, ale i w klasyce, oraz bardziej wyrafinowanym jazzie.

    Sojka to artysta z wyższej półki, a tym samym bardziej wymagający, niż cała reszta popkulturowego światka. Ale jeśli już się po niego sięga, to wie się po co – i nigdy nie jest się zawiedzionym.

greydot.

stanislaw-soyka-w-copernicus-center-chicago-9-wrzesnia-2016-r-fot-stanislaw-blaszczyna

Audytorium zasłuchane i wpatrzone – na sali w Copernicus Center

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

Koncert Stanisława Sojki odbył się 9 września w sali Copernicus Center w Chicago, a jego organizatorem było Towarzystwo Sztuki..

MAŁŻEŃSKA WIWISEKCJA I SZEKSPIR W WIĘZIENIU („Otwarte serce”, „Cezar musi umrzeć” – o filmach 48. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago)

festival.banner.wl

Jak co roku, w październiku odbył się w Chicago Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Oto krótkie relacje z dwóch kolejnych filmów, które udało mi się na nim obejrzeć: francuskiego „Otwarte serce” Marion Laine i włoskiego „Cezar musi umrzeć” braci Tavianich. 

*

MAŁŻEŃSKA WIWISEKCJA  („OTWARTE SERCE”, reż. Marion Laine)

Miłość, krew, alkohol i medycyna (Juliette Binoche i Édgar Ramírez w „Otwartym sercu”)

Sporo ostatnio Juliette Binoche na ekranach, ale ja nie mam nic przeciwko temu. Pani ta bowiem, raz po raz udowadnia nam jak świetną jest aktorką. Nie inaczej jest w „Otwartym sercu” najnowszym filmie młodej francuskiej reżyserki (i scenarzystki zarazem) Marion Laine, w którym zagrała u boku innego znakomitego aktora specjalizującego się w rolach wyrazistych Latynosów (Che, Carlos… etc.), Édgara Ramíreza. Jest to mocna rzecz o gwałtownej miłości dwojga ludzi (Mila i Javier) obdarzonych niezwykłym temperamentem, którzy równie celnie i intensywnie zadają sobie ból, co rozkosz. Relacje między nimi komplikuje alkoholizm Javiera i niechciana ciąża Mili. A to, że oboje są uzdolnionymi i cenionymi chirurgami, wcale im życia nie ułatwia. Wręcz przeciwnie: spalani przez swoją coraz bardziej toksyczną miłość mają coraz więcej do stracenia: prestiżową pracę i zawodowe spełnienie… wreszcie spokój, zdrowie i siebie samych.

Z tego, co mówiła reżyserka filmu na spotkaniu z festiwalową publicznością, można było wywnioskować, że cały film miał unieść głównie Ramírez (Marion Laine pisała swój scenariusz właśnie „pod niego”), ale chyba centralną postacią całej opowieści stała się Mila, grana z rozmachem i spontanicznością przez Binoche (nota bene to właśnie Ramírez zaproponował Laine, by partnerowała mu Juliette). Wprawdzie Javier Ramíreza wypełnia ekran swoją energią, napięciem, emocjami i dosadnie konkretną, ekspansywną fizycznością, to jednak na Milę przenosi się z czasem punkt ciężkości całej historii – właśnie dzięki Juliette Binoche, która kreując postać Mili jest równie swobodna, co zdecydowana, wchodząc w skórę Mili wręcz organicznie – czyli w sposób, jaki jest dostępny jedynie aktorom wybitnym.
Wydawałoby się, że rozsypujące się związki ludzi, których łączy przy tym mocna więź erotyczna, jest motywem na ekranie dość mocno ogranym, to jednak w tej wiwiseksji – operacji na „Otwartym sercu” – poczuć można dość silny powiew świeżości i autentyzmu, który pozwala nam spojrzeć na cały ten dramat z pozycji widza nieuprzedzonego i gotowego przyjąć całą tę tragiczną story z właściwą sobie empatią i zrozumieniem.
Oczywiście, że jest to kolejny kinowy melodramat, ale taki, w którym sentymentalizm ledwie popiskuje, a na pierwszy plan wysuwa się zdecydowanie bezkompromisowy i twardy (a miejscami nawet bolesny) realizm. (Innymi słowy: „melo” niejako chowa się tu w cień pod naporem coraz mocniejszej „dramy”.) I wrażenia tego nie psują nawet liczne liryczno-oniryczne wstawki, które zapewne mają na celu wprowadzenie do obrazu pewnej symboliki, wynoszącej niby to banalną opowieść o miłości na bardziej uniwersalny poziom doświadczenia La condition humaine.

greydot

SZEKSPIR W WIĘZIENIU („CEZAR MUSI UMRZEĆ”, reż. Paolo i Vittorio Taviani)

Więzienne drama szekspirowskie – przestępcy robią teatr

Klasycy – a zarazem weterani – włoskiego kina, bracia Taviani, prowadzą nas do więzienia, gdzie pokazują nam Szekspira. A konkretnie: sztukę genialnego angielskiego dramaturga „Juliusz Cezar” w wykonaniu… więźniów skazanych na długoletnie wyroki za poważne przestępstwa.
Interesujące, prawda? Lecz co z tego wynikło?
Całkiem sporo, ale moim zdaniem wyniknąć mogło jeszcze więcej, gdyby Paolo i Vittorio Taviani bardziej zapanowali nad materiałem, który tam zebrali. A ambicje mieli wielkie: Szekspir miał być tylko pretekstem, by – jak sami się wyrazili – oddać trzy rodzaje rzeczywistości: sytuację polityczno-społeczną współczesnych Włoch, wewnętrzny świat samych więźniów oraz dramat jaki ukazał w swoim dziele Szekspir.
Czy to im się udało?
Chyba tylko częściowo. Bo czy naprawdę Berlusconiego można przyrównać do Juliusza Cezara? Czy rzeczywiście oprych może się wznieść na wyżyny antycznej tragedii (czyli tam gdzie ze swoimi dramatami wznosił się angielski dramaturg)? W sumie: najwięcej w tym para-dokumencie znalazło się jednak Szekspira.

Czyli  „Cezar musi umrzeć” to nic innego, jak jeszcze jedna szekspirowska adaptacja? Chyba jednak tak – na przekór pozorom oryginalnego ujęcia teatralnej materii. Bo według mnie za mało owa „szekspirowszczyzna” wchodzi w duszę tego, co teraz. Innymi słowy: efekt obrazu braci Tavianich byłby większy, gdyby zdołali oni bardziej powiązać ze sobą wielką literaturę z prozą życia – więźniów z Szekspirem – mocniej zaznaczyć paralele między sztuką a rzeczywistością, między postaciami fikcyjnymi a ludźmi z krwi i kości – co było chyba głównym zamiarem włoskich reżyserów. A tak mamy tylko aluzje i skojarzenia, tudzież kolejne doświadczenie teatralne, które chce uchodzić za życie prawdziwe, lecz pozostaje w sferze dramaturgicznej fikcji.

Obraz ma swoją surową siłę, momenty niezwykłego napięcia, humorystyczne rozładowania, intrygujące nas czasami przenikanie się konkretu i fikcji, emocjonalną kontrastowość, a nawet – co w warunkach więzienia o zaostrzonym rygorze może wydawać się zaskakujące i jakby nie na miejscu – pewien intelektualny potencjał posiadający uniwersalną nośność. Ale w końcu… nie możemy jednak zapomnieć, że jest to „tylko” Szekspir.

Film dostał Złotego Niedźwiedzia na ostatnim Festiwalu Filmowym w Berlinie, czego można tylko braciom Tavianim pogratulować. Bez wątpienia przyczyniło się to do tego, że na obraz ten zaczęto patrzeć z większym respektem (co zdarza się nie tylko „szeregowemu” widzowi, ale i profesjonalnym krytykom kina). Czy jednak – abstrahując od samego ładunku myśli i dramaturgii, jakimi nasycił swojego „Cezara” Szekspir – sam film posiada adekwatną do tych krytycznych zachwytów kompleksowość i głębię? Bowiem czy aż tak głęboka i odkrywcza jest konstatacja, że zniewoleni ludzie wznieśli się na wyżyny wielkiej sztuki tylko po to, by doznać jeszcze większego upokorzenia, (którego doświadczali w chwili, kiedy z powrotem pakowano ich do więziennej celi)? I czy rzeczywiście odegranie wielkiego dramatu przyniosło im jakiekolwiek katharsis? Warto tu sobie przypomnieć słowa, jakie słyszymy z ust jednego z więźniów-aktorów już po zakończeniu całej tej penitencjarnej hecy z Szekspirem: „dopiero teraz moja cela zamieniła się w prawdziwe więzienie”.

greydot