„BOHEMIAN RHAPSODY”

.

The show goes on… („Bohemian Rhapsody”)

.

Czy kicz może być arcydziełem? Może. Przykład: utwór zespołu Queen „Bohemian Rhapsody”. Ale pisząc to, nie chcę powiedzieć, że podobnie jest z filmem o takim samym tytule, zajmującym się życiem Freddiego Mercury i muzyką Queen. Nie – ten film nie jest ani kiczem, ani arcydziełem, choć dosyć dobrze oddaje to, co było esencją fenomenu Queen, czyli właśnie kicz przetransformowany w genialną formę estradowo-muzyczną, która przyniosła zespołowi szaloną popularność, a jego frontmana wyniosła do statusu nie tylko gwiazdy pop, ale i uczyniła nieśmiertelną legendą.

Wiem, dlaczego ten film oglądało mi się z wielką przyjemnością, mimo że w wielu miejscach on kulał i gdyby tak rozebrać go na części pierwsze, to lista potknięć byłaby naprawdę długa. Przyczyna jest prosta: muzyka zespołu Queen!

A tej, na ekranie – a właściwie w głośnikach wypełniających salę kinową dźwiękiem – nie brakuje.

Doprawdy, znużyły mnie już te wszystkie litanie zastrzeżeń wobec filmu oraz jojczenia krytyków, którzy spodziewali się po nim Bóg wie czego (czyli dogłębnej analizy psychologicznej bohaterów i ich życia rodzinnego, ścisłości faktów i chronologii wydarzeń, hedonistycznego nurzania się Freddiego w homoseksualizmie i narkotykach, jego męczeńską śmierć na AIDS… itp.) a otrzymali dość przeciętną, ale za to solidnie wyprodukowaną, sprawnie zrealizowaną – nieźle zagraną, udźwiękowioną i sfotografowaną – biopic. Wprawdzie prostą i schematyczną, ale nie pozbawioną walorów rozrywkowych i atrakcyjną dla widzów – zarówno tych, których do obejrzenia (i wysłuchania) „Bohemian Rhapsody” skłoniła nostalgia, jak i tych, którzy poszli do kina powodowani zwykłą ciekawością.

Sukcesem było już to, że ten film w ogóle powstał. Rami Malek nie był pierwszym wyborem do zagrania Freddiego (miał to zrobić Sacha Baron Cohen), reżysera Bryana Singera wywalono z pracy przed zakończeniem realizacji filmu (może dlatego czasem odnosiło się wrażenie, że ten film „reżyseruje” się… sam?) Piętrzyły się kłopoty, ale pewnie determinacja producentów (wśród których – co nie jest bez znaczenia dla ostatecznego kształtu filmu – byli także dwaj członkowie zespołu Queen: Bryan May i Roger Taylor) spowodowała, że projekt doprowadzono do końca i „Bohemian Rhapsody” trafiła wreszcie do kin, odnosząc spory sukces, który – mimo utyskiwań krytyków – przełożył się nie tylko na zyskanie rzeszy fanów, ale również na deszcz nominacji i nagród (Złote Globy, BAFTA, Oscary…).

Czy Malek uniósł swoją rolę? Myślę, że tak. Jego kreacja nie jest doskonała (fatalnie dobrana proteza siekaczy raczej mu w grze nie pomagała i widać było, że się on z nią męczy), ale gesty, manieryzmy, ruchy sceniczne, sposób bycia i chodzenia… to wszystko wyszło Malikowi całkiem nieźle. W jego Freddiego mogliśmy uwierzyć, zwłaszcza na koncertach, kiedy słyszeliśmy prawdziwy głos Mercury’ego.

Znakomicie obsadzeni byli pozostali członkowi zespołu – podobał mi się zwłaszcza Gwilym Lee w roli Maya (łudząco do niego podobny). Reszta była całkiem poprawna – z dozgonną przyjaciółką Freddiego Mary Austin (Lucy Boynton ) i jego menadżerami na czele.

Oczywiście, że chciałbym, aby nakręcono lepszy film o Mercurym – głębszy psychologicznie i nie tak ugrzeczniony – z ostrzejszym pazurem i ciekawszą, nie tak schematyczną, narracją. Zajmujący się również ostatnimi latami jego życia – a tym samym jego cierpieniem i konfrontacją z własną śmiertelnością. Taki, w którym kulminacją jego życia i największą glorią pozostaje występ w Live Aid na Wembley (tak jak to jest w omawianym tu filmie), ale finał znaczony jest ludzką tragedią i przesiąknięty fatum la condition humaine – tym, co widzimy i słyszymy w obrazach i dźwiękach „Mother Love”, czyli w jego ostatnim nagraniu. No ale do tego trzeba zupełnie innego scenariusza i znacznie lepszego reżysera.

Czy taki film kiedyś powstanie? Nie wiem. Ale pewny jestem, że głos Mercury’ego i muzyka zespołu Queen pozostanie z nami na zawsze.

*  *  *

Pomnik Freddiego Mercury w Montreux nad Jeziorem Genewskim (zdjęcie własne)

.

Recenzje pozostałych filmów nominowanych w tym roku do Oscara w kategorii Best Picture: „Black Panther”, „Faworyta”, „BlacKkKlansman”, „Green Book”, „A Star is Born”, „Roma”.

.

KRAKÓW – NOWY JORK, SKOWRONKI I LISTONOSZE

rozmowa z ANDRZEJEM ZIELIŃSKIM – kompozytorem, założycielem i liderem legendarnych „SKALDÓW”

.
Andrzej Zieliński (zdjęcie własne)

Andrzej Zieliński (zdjęcie własne)

STANISŁAW BŁASZCZYNA– Niezmiennie kojarzy sią pana ze „Skaldami”. Jak pan to odbiera? Czy nalepka z nazwą zespołu nie zasłania Andrzeja Zielińskiego „prawdziwego”? A może rzeczywiście „Skaldowie” to pan?

ANDRZEJ ZIELIŃSKI – Niektórzy tak mówią. Może nie tylko o mnie samym, ale o nas dwóch – moim bracie Jacku i mnie, gdyż rzeczywiście od samego początku nadawaliśmy ton zespołowi. Ja – bardziej od strony kompozytorskiej , brat – od wokalnej. Później te proporcje się zmieniały.
Osobiście nie mam nic przeciwko temu, że cały czas wiąże się mnie ze „Skaldami”, z którymi w dalszym ciągu miło mi jest się identyfikować.

– A jednak Andrzej jest bardziej popularny od Jacka. Dlaczego?

– Może dlatego, ze skomponowałem większość piosenek, które stały się naszymi wielkimi przebojami, a więc choćby „Prześliczną wiolonczelistkę”, „Cała jesteś w skowronkach”, „Wieczór na dworcu w Kansas City”, „Medytacje wiejskiego listonosza”, „Kulig”… Jacek do komponowania włączył się znacznie później.

– W latach 60-tych zaproponowaliście młodzieży polskiej muzykę wzbogaconą o elementy nie spotykane w twórczości innych grup rockowych.

– Takie typowe brzmienie „Skaldów” to nasz wspólnym z Jackiem unison, czyli dwa głosy, które stopione razem brzmiały nową, ciekawą barwą. Dochodziło do tego charakterystyczne i nietypowe instrumentarium: fortepian, skrzypce, orkiestra – które młodzież nie bardzo lubiła. Dzięki temu bogactwu aranżacji mogły powstawać utwory ciekawsze – takie, które się nie nudzą. Chcieliśmy wybiegać naszą muzyką do przodu.

– Czy nie traciliście jednak w ten sposób słuchaczy, nie przyzwyczajonych jeszcze wtedy do odbioru tego rodzaju muzyki?

– Może rzeczywiście traciliśmy jednych, ale zyskiwaliśmy za to drugich. Później się okazało, że poszliśmy jednak we właściwym kierunku – po tym, jak „Beatlesi” nagrali swój rewolucyjny album „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” i zaczął się tworzyć nurt art-rocka. Kiedy śpiewaliśmy np. „Kochajcie Bacha, dziewczęta” – do tekstu Leszka A. Moczulskiego, naszego nadwornego krakowskiego poety – to już sam tytuł dla wielu był niedobry. No bo kto to jest ten „Bach”? Nie ten człowiek!

– Bach i big-beat? Niewłaściwy facet na niewłaściwym miejscu – tak rozumowała chyba większość. Jednak wy nie daliście z wygraną.

– Absolutnie. Ciągle ten nasz „beat” staraliśmy się „klasycyzować”. Tym bardziej, że obaj z Jackiem mogliśmy sobie na to pozwolić z racji naszego muzycznego wykształcenia. Byliśmy bowiem absolwentami Akademii Muzycznej w Krakowie, i to na „poważnych” wydziałach: fortepianu, skrzypiec, kompozycji… Chciałem więc do tej rozrywkowej muzyki lat 60-tych włączyć również elementy muzyki klasycznej. Rzeczywiście – dla większości młodzieży było to wówczas nie do pomyślenia.

– Również dobór tekstów do waszych piosenek nie wydawał się przypadkowy.

– Odkąd prowadzę „Skaldów”, zawsze walczyłem o dobry tekst, żeby miał on jakąś wartość, ważność, ważkość. Wybierałem więc najwybitniejszych poetów – tych, którzy pisali najlepiej: Moczulski, Młynarski, Osiecka, Jastrzębiec-Kozłowski… Te nazwiska mówią same za siebie.

– Może wróćmy jeszcze na chwilę do waszych początków. Co zadecydowało o tym, że obaj z bratem zostaliście muzykami?

– Tradycje rodzinne. Nasz dziadek grywał na skrzypcach dla własnej przyjemności, ale już ojciec, Franciszek, był skrzypkiem w Krakowskiej Filharmonii. Od dziecka więc muzykowaliśmy i nie trzeba było nas do tego zmuszać. Muzyka była dla nas czymś naturalnym, bo w takim klimacie wyrastaliśmy.

– Wykorzystywaliście w waszych utworach również elementy muzyki ludowej, a konkretnie góralskiej. Na ile był to chwyt komercyjny, przydający ponadto waszej muzyce prestiżu twórczości ambitnej, o głębszych wartościach, a na ile autentyczne zamiłowanie do folkloru?

– Nie był to wyłącznie folklor góralski, ale rzeczywiście chyba jego elementy dominowały. Chcieliśmy, by nasza muzyka była w jakimś sensie muzyką narodową i nie była pisana wyłącznie pod wpływem grup brytyjskich. Folklor góralski, z całej muzyki ludowej, posiada, jak mi się wydaje, najwięcej wspólnego z „beatem”. Sama skala góralska, która zresztą jest starożytną skalą grecką, jest na tyle oryginalna, że można na jej bazie nieźle i fajnie improwizować. To był ten aspekt zawodowy. Natomiast ten drugi był natury rodzinnej – nasza matka Zofia pochodzi z Zakopanego, w związku z czym mieliśmy tę muzykę we krwi. Często, jako dzieci, jeździliśmy na wakacje do Zakopanego, nasłuchaliśmy się więc tej muzyki, która w nas później cały czas siedziała.

– Co jest ważniejsze w zespole muzycznym: dobry lider, który metodami może nawet dyktatorskimi stara się doprowadzić grupę do artystycznego sukcesu, czy też wzajemna współpraca i poszukiwania muzyczne wszystkich członków grupy?

– Nie ma reguł. Każda z grup wybiera sposób, jaki jej odpowiada najbardziej. W naszym przypadku, kiedy na przykład w późniejszym okresie pisałem kompozycje oparte na kanonach rocka symfonicznego, a więc formy większe, takie jak „Krywaniu, Krywaniu”, „Stworzenia świata część II” czy „Znikający punkt”, wtedy poddawałem tylko temat i formę, a reszta należała do każdego z muzyków indywidualnie – każdy wprowadzał do utworu coś swojego. Komponowałem najwięcej, kształtowałem repertuar zespołu, ale nie na zasadzie władzy absolutnej. Takie tendencje mogłyby zespół rozsadzić.

– Czy nigdy nie kusiła pana kariera solisty? Droga, która wybrał na przykład Czesław Niemen?

– Do momentu, kiedy byłem razem z zespołem, tzn. do 1982 roku, nie odczuwałem takiej potrzeby, tym bardziej, że bardzo dobrze grało się nam wówczas ten repertuar, o którym przed chwilą mówiłem. W 1981 roku, na wiosnę, przyjechałem ze „Skaldami” do USA na występy w klubach polonijnych w Chicago i Nowym Jorku. Po roku nasze drogi rozeszły się. Chłopcy wrócili do kraju, ja pozostałem w Stanach. Od tamtego czasu do chwili obecnej, pomimo że gram w różnych amerykańskich zespołach, podobnie jak Niemen pracuję sam. Tzn. sam komponuję, nagrywam – sam występuję na koncertach, akompaniując sobie „na żywo”, często tylko na klasycznym fortepianie. Tak też wystąpiłem m.in. na ostatnim koncercie „Daru Serca” w Chicago.

– Nie szkoda panu tamtych lat?

– Cóż, były to piękne lata, które, niestety, już nie wrócą. Najpiękniejsze lata, nie tylko dla nas, ale i dla całej muzyki rockowej na świecie.

– Słyszałem, że „Skaldowie” grają w dalszym ciągu.

– Tak, ale beze mnie. Nagrali niedawno płytę, na której większość piosenek to kompozycje brata, Jacka.

– Dlaczego bez pana?

– Dlatego, że ja jestem tu, w Ameryce, a oni nagrali to w Polsce. Co prawda w zeszłym roku spotkaliśmy się w kraju, ale tylko po to, by odbyć tournée z okazji 25 -lecia zespołu. Daliśmy piękny, trzygodzinny koncert w Sali Kongresowej w Warszawie, bardzo udany. Na widowni zasiedli najwybitniejsi i najbardziej zasłużeni polscy muzycy, od Czesława Niemena po Zbyszka Namysłowskiego. Na scenie pomagał nam Włodek Nahorny przy fortepianie, Łucja Prus, nieśmiertelne „Ali-Babki”

– Cały czas mieszka pan w Nowym Jorku?

– Tak, mieszkam tam ze swoją żoną, Wiesią, która towarzyszy mi we wszystkich moich poczynaniach muzycznych. Kochamy Nowy Jork, gdyż jest to miasto dla artystów, jedyne w swoim rodzaju na świecie. Miejscami przypomina Kraków, miejscami Paryż… Jest to po prostu Nowy Jork – miasto niesamowite, które tętni życiem ponad stu narodów świata. W każdej dziedzinie sztuki artysta gdzieś tam ma szanse się pokazać. To taki pępek światowej kultury. Tam się żyje tą niepowtarzalną atmosferą. Byłem niedawno w Los Angeles, grałem w San Francisco, Australii i stwierdzam, że aby tam żyć, najpierw trzeba być w Nowym Jorku.

– W takim razie na pewno nie siedzi tam pan z założonymi rękami?

– Pracuje teraz nad dwoma niezależnymi albumami. Jeden zawiera utwory, które napisałem w Stanach przez te ponad 10 lat pobytu. tutaj. Uzbierało się trochę tych piosenek.
Druga rzecz leży mi na sercu od dłuższego czasu. Jest to album oparty na wierszach Jana Kasprowicza z tomiku poezji „Księga Ubogich”. Jest tam dużo klimatu tatrzańskiego – to takie polskie. Chciałbym go poświęcić wszystkim tym, którym nie powiodło się tak, jakby chcieli – i to zarówno tu, na emigracji, jak i tam, w kraju.
Co roku w Nowym Jorku odbywają się ważne imprezy polonijne, na które jestem zawsze zapraszany. Biorę udział w nagraniach studyjnych w charakterze „session-mana”. Jutro na przykład wracam do Nowego Jorku i mam tam spotkać się z Michałem Urbaniakiem, który nagrywa właśnie muzykę do nowego filmu i potrzebuje fachowca od klawiszy.

– Jakie wrażenie wywiózł pan ze swojej ostatniej wizyty w Polsce?

– Wydawało mi się, jakbym nie był tam tylko pół roku, choć minęło tyle lat. Wspaniałe wrażenie zrobił na mnie mój Kraków. Chodziłem po Rynku jak urzeczony. Nic się nie zmieniło: ten sam Wierzynek, ta sama „Piwnica pod Baranami”, ten sam Piotr Skrzynecki goni uliczkami…
W Warszawie jest już inaczej. Za dużo straganów na ulicy. Przypomina to Turcję, albo jakieś inne państwo kupieckie. Tak więc, jeżelibym wracał kiedyś do Polski, to tylko do Krakowa.

– A ja mam nadzieję zobaczyć i usłyszeć pana jeszcze tu, w Chicago – samego albo jeszcze lepiej, ze „Skaldami”. Dziękuję za rozmowę i życzę spełnienia wszelkich twórczych zamierzeń.

greydot

Wywiad z Andrzejem Zielińskim opublikowany został w tygodniku „Relax” (Nr 36/1991)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

greydot

"Skaldowie"

„Skaldowie”

.

POWRÓT KARMAZYNOWEGO KRÓLA („King Crimson” w Chicago)

(The Vic Theatre, 25 września, 2014)

King Cromson line-up AD 2014     (fot. M. Appleton)

King Crimson lineup AD 2014. Od lewej: Mel Collins, Pat Mastelotto, Tony Levin, Jakko Jakszyk, Bill Reiflin, Robert Fripp, Gavin Harrison. (fot. M. Appleton)

.

Muzyka „King Crimson” jest – i zawsze była – jednym wielkim paradoksem (ale może tak jest z każdym rodzajem awangardy?), podobnie jak jej lider, gitarzysta Robert Fripp – nota bene jedyny członek zespołu, który jest w jego składzie od samego początku, czyli od 1968 roku (choć on sam wzbrania się przed nazywaniem go liderem – nie wiadomo – z namysłu, przekonania czy fałszywej skromności?).

Zacznijmy od paradoksu – człowieka.

Fripp co najmniej od 57 lat (kiedy to, w wieku 11 lat zaczął grać na gitarze) uprawia muzykę, ale nie jest pewny, czy jest muzykiem; mówi że gitara „jest dość słabym instrumentem, właściwie nic mnie w gitarze nie intryguje”, a niemal całe swoje życie oparł na tym instrumencie (ściślej: na grze na nim i tworzeniu przy jego pomocy muzyki), natomiast w przeróżnych zestawieniach „największych gitarzystów wszechczasów” zawsze plasuje się w czołówce. Mówi, że pozbawiony był słuchu muzycznego i wyczucia rytmu, a jednak postanowił poświęcić się muzyce, tworząc – i prowadząc – jeden z najbardziej znanych (by nie powiedzieć – kultowych) zespołów w historii światowego rocka. Nie mógł być ani gitarzystą jazzowym, ani klasycznym, ani rockowym (przynajmniej on sam za takiego się nie uważa), więc musiał stworzyć swój własny (i niepowtarzalny) styl grania na tym instrumencie (i rzeczywiście – nie można mu tutaj odmówić racji – gra Frippa jest unikalna). Być może wszystko to było możliwe dzięki temu, że jego dewizą życiową jest następująca sentencja (wymyślona, oczywiście, przez niego samego): „Staraj się przekształcić to, co niekorzystne, w to, co korzystne, wady w zalety, słabości w atuty”. I trudno nie zauważyć, że Frippowi udało się to znakomicie zrealizować.

Robert Fripp w Chicago, 2014 (fot. Tony Levin)

Robert Fripp w Chicago, 2014 (fot. Tony Levin)

Są jeszcze inne paradoksy, choć bardziej chyba jednak małostkowe. Oto Fripp obrusza się (w wywiadzie udzielonym gazecie „Financial Times”) na posądzenie, że gra dla pieniędzy („Czy wierzysz w to, że Rostropowicz grał na wiolonczeli tylko po to, żeby się utrzymać? Czy wierzysz w to, że Hendrix grał tylko dla pieniędzy?”), ale – jak sam przyznaje – zmarnował cztery lata życia procesując się ze swoją (żeby było ciekawiej) własną wytwórnią płytową o tantiemy, nic w tym samym czasie nie tworząc, wykosztowując się przy tym na pazernych adwokatów.
Inny drobiazg: Fripp jest chyba jedynym gitarzystą rockowym na świecie, który 100% swojego czasu grania koncertowego przesiedział na stołku (mimo, że już na samym początku istnienia „KC”, Greg Lake robił mu wyrzuty, że przecież nie można siedzieć na scenie „jak ten grzyb”). Ale Fripp do dzisiaj siedzi, zachowując na dodatek podczas grania kamienną (beznamiętną?) twarz, na której trudno dopatrzyć się jakiejkolwiek emocji. (Na marginesie: aparycją, stylem bycia ubierania się i mówienia Fripp bardziej przypomina urzędnika w nałokciownikach, niż rockowego muzyka – ale do chwili, kiedy nie zaczną docierać do nas jego słowa, przesiąknięte błyskotliwą ironią i szelmowskim humorem – choć nie pozbawione przy tym pewnej elegancji, ciepła, życzliwości, spokoju i łagodności.)
I na koniec – zaledwie 2 lata temu, w sierpniu 2012 roku, Fripp oświadcza we wspomnianym już wywiadzie dla „Financial Times” (tutaj zresztą wybór pisma, któremu zgodził się Fripp na wywiad, też jest symptomatyczny), że nie może się już skoncentrować na twórczości, więc postanowił zrezygnować z kariery muzyka „pierwszej linii frontu”, by zająć się biznesem („I made the choice to give up my career as a musician in the frontline to deal with the business.”) To oświadczenie dało pewnie asumpt temu, by gazeta zatytułowała cały tekst dramatycznym i niewątpliwie pretensjonalnym „The Day the Music Died”. Lecz najgłośniejszych echem odbiło się jednak stwierdzenie Frippa, że „jego życie, jako profesjonalnego muzyka”, stało się „smutnym ćwiczeniem w daremności” („a joyless excercise in futility”).
Tym bardziej może cieszyć fakt, że Fripp „dowlókł się” się w tej (domniemanej) depresji nie tak dawno do Chicago i wraz z kolejnym wcieleniem (tym razem najliczniejszym, bo siedmioosobowym) „King Crimson” dał koncert, który wielu – mający to szczęście w nim uczestniczyć – popamięta sobie do końca życia.

Paradoks – zespół.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że paradoks-zespół („KC”) wyrasta bezpośrednio z paradoksu-człowieka (Roberta F.) Rock, który nie jest rockiem; dyscyplina, która nie może istnieć bez chaosu (bo jest sposobem jego kontrolowania); z „cichego terroru” (autorskie określenie Frippa) wyłania się subtelne piękno dźwięków i spokój; z dysharmonii i dysonansu – harmonia; z polifonii – jasna, wyraźna fraza; z polirytmii – synkopa (zbliżająca się czasem do funku lub przechodząca w mocny, jednoznacznie określony beat); z nietaktu – takt… etc. Z jednej strony „King Crimson” (Fripp) zmuszał grających z nim muzyków do myślenia (większość pomysłów kompozycyjnych Frippa jest po prostu muzyką konceptualną – w tym sensie, że ma źródło bardziej intelektualne, niż intuicyjne), z drugiej – pozwalał im (a przy tym sam sobie) na sporą dozę improwizacji, która ma do siebie to, że bardziej jest fantazją, niż myśleniem, więc często zamieniała się we wspomniany już – a przy tym spontaniczny – chaos. Ten z kolei musiał być okiełznany, by nie dopuścić do anarchii, która na pewno nie leży w naturze pedantycznego Roberta. Tym sposobem krąg się zamykał – a w nim muzycy, tworzący dzięki temu muzykę niepowtarzalną, nie dającą się skopiować, rozpoznawalną od pierwszego dźwięku, unikalną… Otwartą, bo zmienną; zamkniętą, bo mimo wszystko zintegrowaną. Gatekeeperem tego wszystkiego był niewątpliwie Fripp, choć bardziej, moim zdaniem, pasowałoby tu do niego określenie soulkeeper, bowiem, jak sam kiedyś powiedział, ciało „Karmazynowego Króla” się zmieniało, jednak dusza pozostawała ta sama. I myślę, że było to możliwe tylko dzięki temu, że Fripp wiedział jak zastosować w zespole ów „cichy terror”: „cichy” – bo delikatny acz stanowczy, „terror” – bo apodyktyczny i niedopuszczający żadnego sprzeciwu, ale mimo wszystko perswazyjnie inspirujący. Bez tego duchowego „terroryzmu” nie byłoby takiego „King Crimson”, jakiego znamy.

Lider – nie lider?

Czy Fripp jest wobec tego geniuszem? A może „tylko” kompilatorem – i katalizatorem, czy też generatorem – cudzej kreatywności? Czy jedyną rzeczą większą od jego talentu jest jego Ego? Czy komplikacja jego charakteru, złożona osobowość grawitująca ku osobliwości – wszystkie te ambiwalencje i sprzeczności – czy to nie było antycypowane w jednej z największych i najsłynniejszych kompozycji „King Crimson” już na pierwszym, kultowym jak żaden inny albumie „In the Court of the Crimson King”? (Chodzi oczywiście o „21st Century Schizoid Man”: Fripp jednym z najbardziej twórczych schizofreników XXI wieku?)
Tenże Fripp powiedział kiedyś, że to był dla niego zaszczyt – granie z innymi muzykami, którzy przewinęli się w długiej, bo liczącej już 46 lat, historii zespołu (a było ich ponad dwudziestu); i że to nie on ich uczył, ale że on sam uczył się od nich. To może wyglądać na krygowanie się i pretensjonalne mydlenie nam oczu, ale ja skłonny jestem tutaj Robertowi wierzyć. Tak więc, jego apodyktyczność była niczym innym, jak konsekwentnym wyciskaniem z kolejnych członków zespołów tych najlepszych soków, na jakie ich było stać. I właśnie stąd brała się siła, różnorodność, kreatywność i potencja „Karmazynowego Króla” – potężnego demona, (którego domorośli symboliści wiążą z samym Belzebubem) z duszą o niebo (piekło?) większą, niż wszystkie jego cielesne członki razem wzięte.

Koncert – at last

Niebo nad Vic było pogodne, ale zbliżał się schyłek dnia, więc purpurowy a migotliwy napis „King Crimson” na szyldzie „teatru” wydawał się jarzyć coraz mocniej, i mimo że każdy miał już przypisane i zarezerwowane miejsce na sali, kolejka przed wejściem wydłużała się coraz bardziej, choć od rozpoczęcia koncertu pozostawała dobra godzina z hakiem. Była więc okazja rzucić okiem na zebrane tu towarzystwo: przeważali oczywiście dżentelmeni czterdziesto- i pięćdziesięcio-letni, choć nie brakowało też trzydziesto-latków (bardziej młodocianych z zasady do Vic się nie wpuszcza, a to z powodu lejących się tam czasami strumieni alkoholu… i nie tylko). Kobiety były w zdecydowanej mniejszości (i tutaj można by się zastanowić: dlaczego?) Podsłuchane rozmowy świadczyły o niebywałym „otrzaskaniu” fanów zespołu z jego dyskografią, muzyką, składami, triviami… Mnie samemu również przypomniały to i owo, były także niezłym źródłem informacji, tym bardziej, że sam nigdy nie zaliczałem siebie do zagorzałych fanów (dajhardów) „King Crimson”.
Pseudo-barokowa sala Vic Theatre nie jest wielką salą i pewnie dlatego została zaakceptowana przez Frippa, który nie lubi dużego audytorium (dlatego z wielką niechęcią wspomina swój występ w warszawskiej Sali Kongresowej w latach 90-tych); mówiąc, że tysiąc – półtora tysiąca słuchaczy to góra, reszta jest zbyteczna, bo ani dobrze nie słyszy, ani dobrze nie widzi, przez co on czuje pewien dyskomfort. I to akurat świadczy dobrze o Frippie, że – jeśli chodzi o efekt koncertu na słuchaczach (i widzach) – to myśli także o tych z najdalszych rzędów, a nie tylko o dodatkowej kasie, jaką ci ostatni generują.

King Crimson (part of it)) in Concert (fot. Sid Smith)

King Crimson (part of it) in concert (fot. Sid Smith)

Zajmijmy się jednak sceną. A na niej przywitało nas nie byle co: niesamowite góry sprzętu muzyków z trzema perkusjami (czy też raczej zestawami perkusyjnymi) w pierwszym rzędzie i całą resztą (przygotowaną dla pozostałej czwórki obecnego „KC”) ustawioną na podwyższonym piedestale na drugim planie. Oj, będzie się działo – pomyślałem sobie i pewnie nie byłem w tej myśli odosobniony.
No dobrze, dosyć już tych przydługich występów. Pora napisać, co się rzeczywiście na koncercie działo – co się widziało, a przede wszystkim – co się słyszało.
Trochę się obawiałem, że ta rozbudowana bateria perkusji zdominuje muzykę całego zespołu (tak jak zdominowała go wizualnie), ale nie była to jednak dominacja przytłaczająca – w końcu gitara Frippa nigdy nie dała się zepchnąć do roli tylko li wypełniacza tła, w przeciwieństwie do niego samego, który zwyczajowo chował się w jakimś słabo oświetlonym kącie estrady.
Zaczęło się od lekkich uderzeń w gary Pata Mastelotto (skrajna perkusja po lewej), podjętych przez pozostałych pałkarzy (Billa Rieflina w centrum i Gavina Harrisona z prawej), do których dołączyła się sukcesywnie cała reszta: Mel Collins (flety i saksofony), Tony Levin (basy), Jakko Jakszyk i Robert Fripp (gitary i nie tylko). Dość szybko stało się jasne, że będzie nie tylko głośno, ale i historycznie, bo na pierwszy ogień poszła najbardziej chyba znana kompozycja prog-rocka, której już sam tytuł brzmi jak najczystsza awangarda: „Larks’ Tongues in Aspic, Part 1”, co od biedy można tłumaczyć, jako „Języczki skowronków w galarecie”. (Przy okazji zaświtało mi w głowie pytanie: czy coś, co jest awangardą, może się po jakimś czasie stać klasyką?) Języczki języczkami, ale już po kilku minutach stało się oczywiste, że oto mamy przed sobą jeden z najmocniejszych lineupów (i to nie tylko dlatego, że jest to skład w historii zespołu najliczniejszy – gdyż septetem „King Crimson” stał się po raz pierwszy), nie pozbawionym wszak swoich słabszych punktów (ale o tym później – i nie za dużo – by nie popsuć wrażenia całości, która okazała się jednak czymś wyjątkowym).
Na koncercie zespół odwiedził właściwie każdą z pięciu dekad swojej aktywności, z wyjątkiem jednej – lat 80-tych ubiegłego wieku, które chyba jednak zostały zdominowane silną osobowością muzyczną Belewa. Najwidoczniej, ten okres Fripp chce uważać za zamknięty, tym bardziej, że nakoncertował się on już z tą muzyką wcześniej – podczas kilku ostatnich światowych tournée „King Crimson”.
A przecież jest do czego wracać. I zaskoczyło mnie to, jak nowocześnie i dynamicznie mogą te kompozycje brzmieć po latach. Ot, choćby „Sailor’s Tale” i „The Letters” z płyty „Islands” (1971) – to być może ukłon w stronę Mela Collinsa, który był wówczas w składzie „KC”. Obecność „Red” i „One More Red Nightmare” z uwielbianego m.in. przez Kurta Cobaina albumu „Red”, (które to  uwielbienie, nota bene, przyczyniło się do małego renesansu „KC” w Ameryce) nie dziwiła, bo jest to materiał mający w sobie niebywały potencjał na lata, no i jednak pożądany do dzisiaj przez amerykańską publiczność. Dziwiła mnie jednak obecność takich, lekko smętnych, przynudzonych „ballad” jak „A Scarcity of Miracles” i „The Light of Day” – dość świeżych kawałków z płyty z 2011 roku, firmowanej wtedy przez trio Fripp-Collins-Jakszak – moim zdaniem nie przystająca zbyt dobrze do muzycznego „mięsa”, jakie serwuje najnowsze wcielenie „King Crimson” (sentymentalizm Jakszaka niezbyt tu na miejscu – zanadto miękkie to według mnie, no i wokal Jakko pozostawia momentami dużo do życzenia).
Spodobały mi się „The KonstruKction of Light” i „Vroom” – efekt poszukiwań Frippa w latach 90-tych (dużo funky w tym – używanie mieli więc nie tylko bębniarze, ale i szalejący ze swoim basowym STICK-iem na scenie Tony Levin). Druga część „Języczków” też była niczego sobie – w ogóle kompozycja ta jest doskonałą okazją do ujawnienia całego spectrum możliwości brzmieniowych „King Crimson” – począwszy od instrumentalnej delikatności melodyjnej po niemalże heavy-metalową kanonadę gitarowych pasaży Frippa i apokaliptycznych bębnów. (Bez tych ostatnich przymiotów „KC” nigdy by nie powstała tak mroczna, dramatyczna i ciężka rzecz, jak „Red”). Nie wykonywany od 40 lat (!!!) „Starless” dosłownie zmiótł publikę z siedzeń, doprawioną na bis monumentalnym, bombastycznym (na dobre i na złe), desperacko-hard-rockowym, kosmicznie odlotowym i psychodelicznie odrealnionym „21st Century Schizoid Man”. To był nie tyle strzał w dziesiątkę, co eksplozja, która o mało nie rozniosła „Vica” – z jego rozszalałym tłumem podstarzałych schizoidów – po okolicznych Sheffieldach i Belmontach.

Nie koniec z przygodą

No cóż, lepiej słuchać jest koncertu, niż o nim pisać (a jak tu jest z czytaniem, to jeszcze inna śpiewka). Znalazłem się na nim dość przypadkowo (w tym miejscu specjalne podziękowania dla Simply’ego, dzięki któremu nie tylko zobaczyłem i wysłuchałem wskrzeszonego „Karmazynowego Króla”, ale i dzięki któremu zaistniał – pośrednio – ten tekst) i dobrze się stało, bo wróciło do mnie sporo muzyki z mojej młodości, odświeżyłem sobie znajomość z jedną z najważniejszych grup w historii rocka (i to nie tylko tego progresywnego); a może nawet wszedłem w pewną zażyłość z tym, co reprezentuje ta kapela obecnie (choć w zasadzie kroją oni teraz i zszywają stare „szaty” Króla – na podwójnym CD „The Elements”, który przyniosłem z koncertu, znajduje się ledwie kilkuminutowa próbka nowego materiału, i to tylko perkusyjna). Poza tym, znaleźli się na tym koncercie ludzie, którzy przylecieli nań specjalnie z tak odległych miejsc jak Meksyk, Peru i Kolumbia (o wielogodzinnej jeździe samochodem z okolicznych stanów nie wspominając), więc chyba mogłem pokonać te kilkanaście mil jakie dzieli „Vic” od miejsca, gdzie mieszkam i zjawić się w tysięcznym tłumie rozentuzjazmowanych melomanów starszego (już niestety) pokolenia.
Sukces „Mark VIII” (jak nazywa obecny lineup kapeli Fripp) polega na tym, że nie tylko scala on, ale i ożywia to, co w przeszłości stworzył Fripp ze swoimi towarzyszami – i że to brzmi teraz wspaniale. Wprawdzie chciałbym posłuchać wreszcie czegoś nowego, zamiast trzech perkusistów wolałbym jednego Bruforda (najlepszy z obecnego tria jest niewątpliwie Mastelotto, Riefllin według mnie dodany tak trochę od parady – ale przynajmniej nie bruździ, Harrison ledwie poprawny – choć z pewnymi przebłyskami), to jednak Frippa, jak słychać, nadal stać na dobrą formę i mobilizację ludzi. Z weterana Collinsa wyciągnął na stare lata to, co najlepsze (nieźle jazzujący sax) i nawet Jakszyk, na którego kręcę trochę nosem, potrafi się ze swoimi instrumentami wpisać w mocne, zdecydowane, pełne życia muzycznego i wigoru brzmienie nowego-starego „King Crimson” (właściwie, z całego składu, to tylko Rieflin jest zupełnym newcomerem). Czy jednak Fripp et consortes są jeszcze w stanie stworzyć coś, czego jeszcze nie znamy? Tegoroczną trasę koncertową na początku obwieszczano (cokolwiek złowieszczo to brzmiało) jako „farewell tour”, ale pewnie Fripp poszedł po rozum do głowy (po prawdzie długo tam nie musiał go szukać, bo jednak swoim życiem – i to nie tylko muzycznym – potwierdził, że całkiem „łebski” z niego facet) i do Chicago „KC” trafił już z tytułem trasy przemianowanej na „Elements tour”. Bo niby dlaczego zamykać sobie drogę do dalszych przygód, skoro nadal stać jest na nie 50-cio, a nawet blisko 70-cio letnich panów? Choćby miały to być już tylko przygody muzyczne…

greydot

APENDYKS. O muzyce rockowej piszę na mojej stronie stosunkowo rzadko, a przecież towarzyszy mi ona (wraz z innymi rodzajami muzyki) niemalże od dzieciństwa i – co tu kryć – była dość ważną częścią mojego życia (zwłaszcza emocjonalnego ;) ) A przecież – jeśli chodzi o pisanie o rocku – robiłem to swego czasu często, prowadząc na początku lat 90-tych ubiegłego wieku (jak to brzmi!) na łamach prasy polonijnej rubrykę „ROCK I OKOLICE”, gdzie zamieszczałem teksty muzyczne, zwłaszcza recenzje z koncertów (po przybyciu do Stanów miałem wreszcie okazję – na żywo! – uczestniczyć w występach zespołów, które dla fanów rocka na całym świecie były już wtedy legendą). Opisany powyżej niedawny koncert ‚King Crimson” w Vic Theatre przypomniał mi inny, w którym uczestniczyłem w tym samym miejscu… 22 lata temu, i który upamiętniłem w artykule zamieszczonym poniżej.

.

STRATOCASTER WE FRAKU
(Yngwie Malmsteen w Vic Theatre, 16 V 1992)

.

W jednym z niedawnych wywiadów Krystyna Prońko, która zajmuje się teraz w Polsce m. in. prowadzeniem własnej audycji radiowej, opowiedziała o eksperymencie, jaki pewnego razu przeprowadziła na antenie. Otóż w jednym z programów zaprezentowała obok siebie Stevego Vai’a, Joe Satrianiego i Yngwiego Malmsteena, (czyli światową czołówkę gitarzystów rockowych) i… Vivaldiego. Zestawienie – szokujące jeśli chodzi o porównanie choćby ilości decybeli – nie do końca jednak tak absurdalne. Szczególnie w przypadku Yngwiego Malmsteena, który stara się żenić ogień z wodą, czyli muzykę klasyczną z hard-rockiem. Czyli: ba-roque & roll! Na ostatnim koncercie, gdzie szalał wirtuoz metalu, nie brakło ni wody, ni ognia.

***

Zaiste wielkie jest wszelkiej materii pomieszanie we współczesnym rocku. Już nawet nie piszę ogólnie – w muzyce, sztuce… To błogosławieństwo i przekleństwo eklektyzmu: różnorodność ociera się z jednej strony o bogactwo, tętni nieskrępowaną inwencją; z drugiej – napiszmy to wprost – o dowolność i dziwactwo. Silny musi być twórca i zdyscyplinowany, by nie wypaść przy tym poza nawias artyzmu. Czyż Szwed Malmsteen, grający w stolicy bluesa, Chicago, Bacha na Stratocasterze Fendera, ubrany we frak i występujący na scenie neoklasycznego (?) teatru, w którym roznegliżowane kelnerki roznoszą po sali piwo i inne trunki, nie jest swoistym fenomenem, znakiem naszych czasów?

Yngwie Malmsteen

Yngwie Malmsteen

Nie mogłem się oprzeć chęci zobaczenia tego widowiska i pewnego sobotniego wieczoru stanąłem u wrót chicagowskiego Vic Theatre.
Zdołałem jakoś przeżyć poprzedzający Malmsteena występ heavy-trash-speed-metalowej kanadyjskiej grupy z Toronto. Z totalnego hałasu dotarło do mnie ledwie parę słów: fuck, death, hate, devil, blood... A jednak chłopcy nie do końca okazali się zdegenerowani, jako że na finał zaserwowali utwór będący chyba jednak przestrogą przed narkotykami: „White Lies, Black Truth”. To oczywiście, rzecz o koksie. Jest więc nadzieja, że wyrosną z tego skatologicznego nihilizmu, jaki reprezentują dzisiaj.

***

„Gdyby Jan Seabastian Bach grał na Fenderze, brzmiałby właśnie tak, jak Malmsteen” – powiedziano kiedyś o Yngwiem. „A tak, to tylko przewraca sie w grobie, słysząc swoją fugę wymiataną na wiośle” (tj. graną na gitarze – przyp. StB) – mógłby dodać jakiś złośliwiec.
Oba zgrabne powiedzonka są oczywiście przesadą. Po pierwsze: mistrza Jana Sebastiana zabiłby już pewnie pierwszy przesterowany i nagłośniony „normalnie” (tj. do granicy bólu) scream na „Stracie”; a po drugie – kupka prochu może się już raczej tylko przesypać, nie przewrócić.

Yngwie Malmsteen jest oczywiście jednym z tych, którzy – obok Eddiego Van Halen, Stevego Vai’a, Vinniego Moore’a – dokonali ekspansji heavy-metalowego stylu gry na gitarze, wprowadzając go na obszary dotychczas dziewicze, wzbogacając w nieznane dotąd techniki, używając nowych skal… Mimo tego, tysiące naśladowców rozmyło pojęcie heavy-metalu, degradując go często do poziomu pop-music. Właśnie, ze względów komercyjnych „metal”, z różnymi dopiskami, stał się jednym z najlepiej sprzedających się rodzajów muzyki lat 80-tych, jako spadkobierca (w pierwszej linii) wymierającego na przełomie lat 70-tych i 80-tych hard-rocka. (Znikanie takich grup, jak np. „Led Zeppelin”, „Deep Purple”, „Uriah Heap”, „Black Sabbath”, „Thin Lizzy”, „Nazareth”
Z początku zapowiadało się wymarcie bezpotomne, a to za sprawą eksplozji i zalania rynku przez disco i punk-rocka, lecz już wkrótce przekonano się, jak w rzeczywistości ciężki rock jest żywotny. I to niekoniecznie tam, gdzie wypuścił on pączki i rozrósł się najbujniej, czyli w Stanach Zjednoczonych i na Wyspach. W Niemczech np., obok miałkiego „Bonney M”, potrafił wyrosnąć znakomity gitarzysta Michael Schenker; w Szwecji – obok cukierkowej „Abby” – właśnie Yngwie Malmsteen.

***

Nie ma co kryć – koncert w Vic Theatre to był jeden wielki nokaut. Nie łagodziła gigantycznego impaktu decybeli ani klasyka, ani frak artysty, ani też pewnego rodzaju „nobliwość” beczkowatej sali teatralnej, na której zresztą postawiono stoliki z trunkami. Ze wzmacniaczy zwaliła się na nas lawina dźwięku. Yngwie uwijał się jak w ukropie, nie zaprzestając nawet swych drgawek przy padaniu na kolana, czy też bezpośrednio na glebę (tj. na deski teatru). To, że spod jego światłoszybkich palców wydobywały się wtedy dźwięki artykułowane, zakrawało na cud. Oto co może zrobić profesjonalizm i lata praktyki – grania i padania. Trzeba jeszcze dodać, że były to dźwięki w konfiguracjach często zdumiewających, choć osobiście wolę nuty dłuższe i bardziej akcentowane, bliższe artykulacji bluesowej, niż kaskady drobnych nutek, zlewających się często w jedną, wielką… sorry za niedobre skojarzenia – plamę. Muszę przyznać, że zawsze patrzyłem na speed-metal bardziej jak na ciekawostkę, niż muzykę, którą można się delektować.

Program występu Malmsteena zdominowany był oczywiście utworami z jego najnowszego albumu, zatytułowanego, nomen-omen „Fire and Ice”, z którego promocją wybrał się Yngwie w świat, zahaczając o Wietrzne Miasto.
„Fire and Ice”: nie bez kozery wspomniałem na początku u „ogniu i wodzie”. Mariaż ten miał miejsce na kilku poziomach. Z różnym zresztą powodzeniem. Mniej fortunny moim zdaniem był ten, który starał się łączyć mocno wypracowane, zorkiestrowane brzmienie z banalną pop-rockową melodyką i takimże banalnym wokalem (utwory: „Fire and Ice”, „Cry No More”). Jeżeli natomiast chodzi o niezwykłą, rzec można śmiało fenomenalną manualną wirtuozerię Malmsteena, to niewątpliwie jest mu ona niezbędna do wygrywania karkołomnych, barokowych pasaży. Stąd monumentalna podniosłość (bo nie napisać: bombastyczność) przesiąkniętych Bachem kompozycji, jak np. „Dragonfly” czy „Leviathan”.

Kariera Malmsteena to 10 lat grania solowego, jak również z takimi grupami, jak „Rising Force Band”, „Steeler”, „Alcatrazz” (nota bene, z tej ostatniej formacji wyparty on został przez Steviego Vai’a). Kilka utworów z tego okresu (klasycznych już w heavy-metalu ) także znalazło się w programie koncertu: „Makin’ Love”, „Black Star”, „Heaven Tonight”, „Lier”… Nie mogły w tym wszystkim pozostać niezauważone piękne motywy ze słynnego „Adaggio” Albinoniego, stanowiąc uderzający kontrast dla rockowej ekspresji.
Oprócz setek tysięcy nutek sypiących się spod palców Yngwiego, inne jeszcze liczby były na tym koncercie niezwyczajne: ilość wypalonych przez niego papierosów (kilkanaście) oraz kostek rzuconych przez gitarzystę na pożarcie tłumu (kilkaset!). („Kostka” – jak sama nazwa wskazuje – to płaski trójkącik, służący do szarpania drutów.)
Nie mogło się rzecz jasna obyć bez hołdu temu, któremu gitara rockowa zawdzięcza najwięcej. Podczas gorącego (dosłownie) finału, duch Jimmiego zdał się opętać Malmsteena. Objawiło się to podczas grania hendriksowskiej „Purple Haze”. Najpierw rozgorzało na Stratocasterze ognisko, a gdy nieco przygasło, Yngwie zaatakował nim z furią okoliczne „piece” i klamoty, rozbijając w drzazgi instrument, którego szczątki zostały natychmiast rozchwytane przez kotłującą się tłuszczę. Różne są wszak przejawy miłości!

***

Z wyłączonym radiem, wróciłem uśpionymi ulicami Chicago do domu.

greydot

I ja tam byłem, miód i wino piłem: publiczność w Vic Theatre na koncercie "King Crimson" w Chicago, 25 września, 2014 roku (fot. Tony Levine)

I ja tam byłem, miód i wino piłem: publiczność w Vic Theatre na koncercie „King Crimson” w Chicago, 25 września, 2014 roku (fot. Tony Levin)

OPĘTAŁ NAS BLUES – mówi Tadeusz Nalepa

Ryśkowi „Bruno” R. tekst ten dedykuję

Tadeusz Nalepa na koncercie. Towarzyszy mu Andrzej Nowak. (Zdjęcie archiwalne)

Pojedynek jak w „Crossroad”: Tadeusz Nalepa i Andrzej Nowak na koncercie. (Zdjęcie archiwalne)

.

„Ja nie jestem bluesmanem. Ja jestem muzykiem, który sobie gra to, co mu akurat pasuje” – powiedział swego czasu Tadeusz Nalepa. Takie słowa w ustach człowieka, którego nazywa się „ojcem polskiego bluesa”, brzmią ja herezja. A jednak od razu możemy wyczuć w nich słowiańskiego ducha – ducha przekory i niezależności. Ducha, dodajmy, żywotnego: to już bowiem 30 lat, jak Rzeszowiak Nalepa „rzeźbi” na swoim „wiośle” blue notes, grając i śpiewając to, co mu akurat pasuje.

.

Swoją drogą, ciekaw jestem jak to posądzenie o ojcostwo polskiego bluesa znosi sam Nalepa. Mnie jakoś trudno sobie wyobrazić sam moment prokreacji. Zamiast tego przypomina mi się (niezbyt cenzuralne zresztą) powiedzonko dotyczące genezy „Breakoutów” – bardzo popularne w czasach, kiedy – jako gołowąsy jeszcze – przytulaliśmy się do naszych dziewczyn (ewentualnie o tym marzyliśmy), podczas gdy ze sprzętu marki „Bambino” sypały się tęskne i niebieskie nutki „Modlitwy” albo „Co się stało kwiatom”. Czy też, nieco później, już jako kilkunastoletni, sterani życiem kontestatorzy, wspominaliśmy z nostalgią dawno minione czasy, śpiewając „Kiedy byłem małym chłopcem”.

i

na tropach bluesa

Jak pamiętamy, sam Melchior Wańkowicz, nestor polskiej literatury i reportażu, znalazł się ongiś ze swoim piórem „Na tropach Smętka”. „Smętek” – to również piękne i swojskie określenie słowiańskiego spleenu. Świadczące o tym, że chandra i melancholia nieobce są żadnemu plemieniu. Nawet chłodnym i sztywnym Brytyjczykom, którzy na przełomie lat 50-tych i 60-tych obrali sobie za muzycznych idoli gorących, namiętnych, a zawodzących żałobnie i depresyjnie Murzynów – zarówno tych wiejskich (akustycznych) z delty Missisipi, jak i miejskich (już zelektryfikowanych) z Chicago. Bluesowa trzódka Alexisa Cornera, bluesowe „ptactwo” Johna Mayalla, „Yardbirds”, Eric Clapton, Jeff Beck, Jimi Page, Peter Green… – to dzięki nim, z kolei, blues trafił pod strzechę rzeszowskiej wioski (Zgłobień) i urzekł małego Tadzia, który już pod postacią żywej legendy wspominał: „Jako szesnastolatek zorganizowałem kapelę. Dobrałem sobie pianistę, drugiego gitarzystę… Kontrabasu chyba nie mieliśmy. Dla mnie najważniejsze było to, że w domu kultury zerwał się balkon. Tak szalała publiczność na naszym koncercie…”

Jednak, tak na poważnie wszystko zaczęło się w 1965 r., kiedy to w Rzeszowie Nalepa zakłada zespół „Blackout”, w skład którego wchodzą: Mira Kubasińska – śpiew, Stanisław Guzek (to oczywiście późniejszy Stan Borys) – śpiew, Andrzej Zawadzki – gitara, Krzysztof Potocki – gitara basowa, Józef Hajdasz – perkusja. Zrazu fama zespołu nie wykracza poza „rzeszowską Jasionkę”, jednak później przychodzą sukcesy na ogólnopolskich festiwalach (Ople, Gdańsk, Sopot, Warszawa) i bardzo dobre przyjęcie pierwszej płyty zespołu „Blackout” (1968).
Również i w tamtym czasie, oczy i uszy polskiej młodzieży muzykującej (i nie tylko) zwrócone były na „mityczny: Zachód. To właśnie tam żyli, grali i ćpali idole. Wyjeżdżając pod koniec lat 60-tych na tournée do Holandii, „Breakouci” (do niunasowej zmiany nazwy zespołu doszło w 1969 r.) mieli nadzieję dotknąć żywej tkanki bluesa i rocka, zajrzenia do prawdziwego muzycznego „podziemia” (undergroundu), skosztowania zakazanych owoców z Zachodu. A trzeba pamiętać, że w kraju tulipanów grano wówczas rocka niezgorzej niż na Wyspach i Ameryce („Focus”, Akkerman, „Golden Earing”…). Poza tym, bliżej tam było do tych, których na Wschodzie stawiano sobie za rockowy wzór. „Breakouci” spodobali się w Niderlandach. Również w Norwegii.

Oczywiście, taki pobyt „na swobodzie” musiał pozostawić na zespole swój ślad. Jedni uznali go za dekadencką zadrę, inni zaś za znamię postępującej dojrzałości. Mirę Kubasińską porównano do Grace Slick („Jefferson Airplaine”), a muzycy zaczęli wygrywać niekończące się „dżemy” (zapatrzeni niejako w praktyki takich gigantów blues-rocka jak „Cream” czy „Ten Years After”). Po drodze zdarzyły się dwie płyty: „Na drugim brzegu tęczy” (całkiem niezła) i „70 a” (po prawdzie: już mniej doskonała), oraz zadarcia z polskimi (peerelowskimi) mediami, które na swoje „czarne listy” wciągnęły „zanarkotyzowanych, długowłosych hipisów”. Jednak prawdziwa rewelacja miała dopiero nastąpić.

… i wreszcie prawdziwy „zachodni” „BLUES”!

Tą rewelacją – znaną nam wszystkim doskonale – był longplay „Blues”, uznany wkrótce za szczytowe osiągnięcie polskiego blues-rocka. Owe poprzedzające go „błądzenia” zespołu (przerzucanie pomostu miedzy big-beatem a nowoczesnym rockiem przez Franciszka Walickiego, który w pewnym momencie sprawował artystyczną opiekę nad „Breakoutami”, psychodeliczno-jazzowe wycieczki Nahornego, bluesowe harmonie Ślązaka Józefa Skrzeka…) spowodowały, że wszedł on ponownie na tory prostoty, powściągliwości, formalnej dyscypliny owocując jedną z najpopularniejszych płyt w historii polskiego rocka. Teksty Bogdana Loebla, świetna gitara Tadeucza Kozakiewicza; Trzciński, Goleniewski, Hajdasz, no i oczywiście sam Nalepa – stali się odpowiedzialni za nagranie czegoś, co uznano, że brzmi jak materiał „zachodni”. A trzeba pamiętać, że był to wówczas komplement najwyższego rzędu, jaki mógł spaść na swojską kapelę młodzieżową znad Wisły (a poniekąd i znad Sanu)

Jeden z najbardziej rozpoznawanych obrazów w historii polskiego rocka - Tadeusz Nalepa z synem na okładce płyty "Blues"

Jeden z najbardziej rozpoznawanych obrazów w historii polskiego rocka: Tadeusz Nalepa z synem – na okładce płyty „Blues”

powrót taty

Płyta „Blues” wyznaczyła, jak się okazało, muzyczne apogeum Nalepy i „Breakoutów” – również biorąc pod uwagę ich popularność. Później już była tylko jazda w dół… z małymi, acz ożywczymi wyjątkami („Kamienie”, 1974). Sława i świetność muzyków umarła – dobita m.in. przez tzw. Muzykę Młodej Generacji – na przełomie siódmej i ósmej dekady, gdzieś na chałturach w Związku Sowieckim. I podczas gdy już wszyscy – łącznie z najwierniejszymi fanami grupy – spisali Nalepę na (muzyczne) straty, zdarzył się cud zmartwychwstania. Oto bowiem przyszły Olsztyńskie Noce Bluesowe (rok 1984), które Marcin Jacobson w „Scenie Muzycznej” tak wspomina: „(no i zdarzył się) siarczysty klaps, jakiego nikt z młodych się nie spodziewał. Wystąpił Nalepa plus Andrzej Nowak (i inni). Wiadomo, że gdy na scenie stanie obok siebie kilku zawodowych gitarzystów, musi dojść do pojedynku – wyścigów, wymiatania, aż będą wióry lecieć. Wiadomo również, że jeżeli obok siebie stanie dwóch młodych i tata, to ci dwaj zrobią wszystko by udowodnić kto jest lepszy. Tak też było. Popłynęły stare bluesy Nalepy, a w miejscach na solówki, działy się gitarowe cuda. Tak było do momentu, w którym do głosu dopuszczony został Les Paul lidera. W miejsce nerwowej zapalczywości młodych, pojawił się wielki spokój i dobrotliwy dystans właściwy ludziom doświadczonym. Nalepa jednym ruchem piórka udowodnił, że jest muzykiem z krwi i kości, że wie w czym rzecz. Jednym ruchem rozwiał wszelkie wątpliwości, jakie kiedyś, przed laty się pojawiły i ponownie nabrał wiarygodności. Tak, to był wielki come-back, potwierdzony zresztą roczną działalnością koncertową.”

Mimo poważnych kłopotów ze zdrowiem (wylew, chore nerki), Tadeusz Nalepa koncertuje i nagrywa płyty: „Live 1986” i „Sen Szaleńca” (1987). Nabiera oddechu i staje w szranki z nową generacją muzyków (Andrzej Nowak, „Dżem”). Nie bez znaczenia jest w tym wszystkim trendowy wówczas powrót „dinozaurów” polskiego rocka. Pozostając wiernym swym źródłom i korzeniom, kontynuuje Nalepa to, co zajmowało go na przełomie lat 60-tych i 70-tych – „styl mocno bluesowy i zarazem swojski, dość zawężony, lecz bardzo uniwersalny.” (W. Królikowski)

jaki ojciec, taki syn…

Któż z nas nie pamięta okładki z „Bluesa”? Odziany w dżinsową katanę, długowłosy Nalepa, niesie pod pachą gitarę i prowadzi za rękę małego chłopca. „Mały chłopiec” ma już teraz 27 lat i podobnie jak tata, rzeźbi na wiośle. Kiedy powstała płyta „Absolutnie” (1991), Tadeusz Nalepa wiedział do kogo zwrócić się z oceną: „Najważniejszą recenzją dla mnie jest telefoniczna recenzja mojego syna. Bo pierwszy egzemplarz, który dorwałem, wysłałem mu, oczywiście, do Ameryki. Powiedział: ojciec, zaskoczyłeś mnie bardzo, spodziewałem się czegoś innego… Ale płyta bardzo mi się podoba.”

Nalepa się nie starzeje, włos się mu nie skraca, koledzy syna są jego kolegami… Pozostaje taki, jaki był dawniej. Oto co deklarował równo 10 lat temu: „Chcę być ciągle sprawny, młody i jakoś sobie z tym radzę… Miałem moc wahań, ale po rozmowach z kolegami i z synem zdecydowałem, że mogę jeszcze parę lat popracować, powalczyć.”
Życzymy więc Tadeuszowi, by „powalczył” jeszcze przez następnych parę dziesiątków lat… Mając za oręże gitarę i bluesa.

ii

Z Tadeuszem Nalepą rozmawiałem po serii jego koncertów w Nowym Jorku i Chicago.** Po to, by wysłuchać bluesów Tadeusza (granych m.in. z synem, Piotrem), zgromadzili się licznie, nie tylko lubujący się we wspominkach seniorzy. Tłumy nastolatków zaświadczyły, że muzyka (w tym przypadku: blues-rockowa) nie zna granic – również tych pokoleniowych.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Czy to ty wybrałeś bluesa, czy też blues wybrał ciebie? Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś tę muzykę?

Tadeusz Nalepa: Jak reaguję, gdy mówią o mnie "ojciec polskiego bluesa"? To określenie mnie śmieszy (zdjęcie własne)

Tadeusz Nalepa: Blues to zarazem najprostsza i najłatwiejsza – a zarazem najdoskonalsza – forma porozumiewania się… (zdjęcie własne)

TADEUSZ NALEPA: Dokładnie nie mogę powiedzieć, ale z tym prawdziwym amerykańskim bluesem zetknąłem się chyba w 1965 r. Jako „Blackout” graliśmy z zespołem „Polanie”, a oni wcześniej odbyli trasę po Polsce z zespołem „The Animals”. „Animalsom” „Polanie” bardzo się spodobali, zaprzyjaźnili się i Piotrek Popławski dostał od Erica Burdona komplet taśm z bluesem czarnych, na których uczyli się – wzorowali – nie tylko „Animalsi”, ale i inne zespoły, które chciały grać muzykę – nazwijmy to – ambitną. Przesłuchanie tych taśm było dla mnie swego rodzaju szokiem – poczułem, że coś mnie z tym łączy. Później była płyta, którą nagrał Mayall z Claptonem – kolejna rewelacja dla mnie, a Clapton – objawienie! No a pod koniec lat 60-tych na Zachodzie było już od cholery kapel grających bluesa. Co jedna, to lepsza. W końcu i my zaczęliśmy to grać. Wyjechaliśmy na Zachód. No i tam, w klubach opętał nas blues na całego. W 1971 r. nagraliśmy płytę „Blues”. I tej formy się trzymamy – z małymi odchyłkami – do dzisiaj.

– Czy rocka można uznać za bardziej rozwiniętą formę bluesa?

– Zdecydowanie tak! Rock, jak również – wcześniej – jazz, wywodzi się w pierwszej linii od bluesa… Blues to zarazem najprostsza i najłatwiejsza – a zarazem najdoskonalsza – forma porozumiewania się między muzykami, również między muzykami a słuchaczami.

– Kiedy przyjechałem do Chicago, zaskoczyło mnie to, że w światowej stolicy „miejskiego” bluesa, nie ma np. radiowej stacji bluesowej. Ale nie ma też i jazzowej – takiej z prawdziwego zdarzenia, (bo trudno uznać za taką program nadający tzw. „smooth jazz”). To jednak o czymś świadczy.

– Muszę powiedzieć, że to tym gatunkom wychodzi chyba na dobre. Nie są tak popularne, przez co stają się w pewnym sensie elitarne. Kiedyś w Polsce były takie czasy, kiedy robiono „spędy” bluesowe. Ja zawsze się wypowiadałem przeciwko upowszechnianiu bluesa na siłę. Tak sobie ktoś wymyślił, że blues będzie tą muzyką wiodącą. A tego nie można narzucić. To wszystko samo się jakoś układa. Nie ulega wątpliwości, że bluesa najlepiej gra się – i słucha – w klubach.

– Skądinąd wiem, że nie lubisz jak nazywa się ciebie bluesmanem. Dlaczego?

– Nie to, że nie lubię. Ja to prostuję. Dla mnie bluesmanem jest człowiek, który się z tym bluesem urodził, a ja wyrosłem na muzyce knajpowej. Uważam się za zawodowego muzyka, a gatunek muzyki, jaki uprawiam, to jest rock. Sam blues jest moim hobby. Dlatego w moich nagraniach tak dużo jest tego bluesa.

– A jak reagujesz, gdy słyszysz, kiedy mówi się o tobie „ojciec polskiego bluesa”?

– Ja tego nie wymyśliłem. To taki slogan reklamowy. Ale prawdą jest, że ja tego przeszczepu dokonałem. Zresztą, to przypadek zupełny, że nagrałem pierwszą polską płytę bluesową. „Ojciec polskiego bluesa” – to określenie mnie śmieszy, a właściwie – nie zwracam na nie uwagi. Ludzie zawsze muszą wszystko gdzieś zaszufladkować.

– Kiedy w latach 50-tych furorę zaczął robić rock&roll, twierdzono z pogardą, że to tylko fanaberia nastolatków. A tymczasem minęło ponad 40 lat i nadal gra się rock&rolla, nadal gra się rocka. I co ciekawe – grają go również ci sami ludzie, dziś już 50-, 60-latkowie. Tak więc rock okazał się nie tylko domeną młodości.

– Za przykład możemy również dać jazz. Z początku grali go też tylko młodzi ludzie. Później się zestarzeli, a jednak dalej grali swoją muzykę. Grali jazz aż do śmierci. Taki czas też nadchodzi dla pierwszego pokolenia grającego rock&rolla. Niektórzy będą mieli po 70 lat i w dalszym ciągu będą grać rocka.

– Nie można przecież tak wyprzeć się tego, co się kochało i grało za młodu – i czym się przesiąkło nieraz do szpiku kości. Choć z pewnych rzeczy jednak się wyrasta….

– … Ale jest coś, co zostaje w człowieku na zawsze. Poza tym, nie widać na razie niczego, co by rocka wyparło. Dalej pozostaje on najpopularniejszym rodzajem muzyki współczesnej. I tak chyba będzie jeszcze bardzo długo.

– Ciągle wracamy do lat 60-tych. Skąd ta moda, która trwa już przecież od dawna? Czy to chęć powrotu do czasów, kiedy wszystko było prostsze, lepsze?

– Niewątpliwie. Znam ludzi, którzy urodzili się w latach 60-tych i zazdroszczą starszym, że to wszystko sami przeżyli.

– Są jednak tacy, którzy rockowi przypisują samo zło. Że agresywny, obrazoburczy… że psuje młodzież…

– Po to ta muzyka powstała, by wyzwolić się z ograniczeń i przeróżnych pęt. Ludzie, którzy się z tą muzyką nie wychowali, którzy jej nie słuchali, nigdy pewnych rzeczy nie będą mogli zrozumieć. Denerwuje ich nawet to, że młodzi ludzie się śmieją, że są weseli, a przy okazji rozrabiają. Ale ja też staram się zrozumieć starszych ludzi, ich ciągoty do stabilizacji. Oni zresztą też patrzą wstecz. Nam się podobają lata 60-te, 70-te, oni wracają – czy to do lat przedwojennych, czy do wczesnych powojennych (tak robiła np. moja mama, której wiele, jeśli chodzi o muzykę, zawdzięczam). Czują sentyment do czasów swojej młodości. Myślami i uczuciami są tam i nie akceptują wszystkiego, co nowe. I jest to zrozumiałe.

– Wróćmy jeszcze do „Breakoutów”. W którym okresie grało ci się najlepiej?

– Zdecydowanie – w czasie, kiedy ukazał się „Blues”. Chociaż reszty też nie przekreślam. Każda płyta ma coś dobrego, każda płyta ma coś złego… Jednak na dziś, najlepsze wspomnienia mam z ostatniej płyty. Zestaw ludzi mam znakomity. Syna swojego specjalnie z Nowego Jorku sprowadziłem, żeby już na stałe ze mną został, żeby ze mną pracował. Bardzo był mi potrzebny.

– Wielka popularność „Breakoutów” wygasła tak naprawdę pod koniec lat 70-tych. Wypomina ci się jakieś „chałtury” u Sowietów – już w latach 80-tych…

Trzeba zrozumieć pewne sprawy. Kiedy np. „Polanie”, czy „Skaldowie” wyjeżdżali do Związku Radzieckiego, to ja się oczywiście śmiałem i nie wyobrażałem sobie, żebym to ja miał kiedykolwiek tam pojechać. Tak też mówiłem – to totalna chałtura! Jednak, kiedy sam zostałem namówiony, przemyślałem sprawę i wyjechałem – na trzy, czy cztery trasy koncertowe. To był mój zawód. Nie można powiedzieć, że wyjechaliśmy tylko dla pieniędzy, choć to, co płacili nam za koncerty, to były rzeczywiście duże pieniądze. Poza tym, było to wszystko znakomicie zorganizowane. W ciągu trzech miesięcy daliśmy prawie 100 koncertów. Zwiedziliśmy cały Związek Radziecki – co też nie jest bez znaczenia. Sporo wrażeń. W sumie zagraliśmy tam około 500 koncertów, co rzeczywiście wszystkich nas podreperowało finansowo. Trzeba też pamiętać, że Rosjanie są bardzo muzykalni. Poza tym, pozostało im coś takiego, jak kult artysty. Traktowani więc byliśmy znakomicie. Mieszkaliśmy w najlepszych hotelach, zawsze mieliśmy podstawiony autobus do zwiedzania… Dzisiaj bym żałował, że coś takiego mnie ominęło. A już na pewno nie uważam tego za jakąś ujmę.
Podobnie teraz. Niektórzy mieli obiekcje, gdy usłyszeli, że wyjeżdżamy: „O rany! Do tej Ameryki?! Do tej Polonii?!” Bo to ma być niby coś obelżywego. Ale to jest rozumowanie ludzi, którzy są na zewnątrz tego całego interesu. Mogę jeszcze raz powtórzyć: to jest mój zawód. Ja mogę grać wszędzie – z tego się utrzymuję. Taki zawód sobie wybrałem – i do widzenia! A tak naprawdę, bardzo mało ludzi może sobie pozwolić na to, by utrzymać się tylko z muzyki.

Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa - obwoluta płyty "70a"

Mira Kubasińska i Tadeusz Nalepa – obwoluta płyty „70a”

– A co się dzieje z Mirą Kubasińską? Osoba też mocno kojarzona z „Breakoutami”… no i z Tobą.

– Zagraliśmy niedawno parę koncertów i pewnie jeszcze sporo zagramy. Jest w bardzo dobrej formie wokalnej.

– Nie mogło się chyba kiedyś obejść między wami bez konfliktów? Mam na myśli konflikty artystyczne. Pamiętam, że dzieliliście się jak gdyby płytami: raz dominowała Mira, raz Ty. Może to był właśnie sposób na to, by wilk był syty i owca cała?

– To też trzeba sobie wyjaśnić. Po pierwsze, ja nigdy nie zamierzałem śpiewać w „Breakoutach”. Śpiewałem numery, których Staszek Guzek (czyli Stan Borys) nie potrafił zaśpiewać. Niektóre rzeczy mu po prostu nie leżały, choć inne wychodziły mu znakomicie (tak na marginesie: po raz pierwszy wystąpił u nas jako konferansjer, a śpiewać zaczął później). Podobnie było z Mirą. Pewien materiał bardziej jej pasował, a inny znów mnie podchodził. Choć na początku „Breakoutów” postanowione było, że ja w ogóle nie będę śpiewał, tylko Mira. Dlatego na pierwszej płycie śpiewa tylko ona, a ja daję drugi głos. Dopiero później – kiedy zaczęliśmy grać coraz więcej bluesów – sam też zacząłem śpiewać. Mirę natomiast ciągnęło gdzie indziej. Nie chciałem jednak pozbywać się jej z zespołu. Graliśmy więc bardzo dużo. No i jak to w rodzinie – ktoś powinien z dzieckiem zostać. Nie można go było tak cięgle zostawiać u rodziny, czy u ludzi zaprzyjaźnionych. A często tak właśnie robiliśmy, czego Piotrek nam jeszcze do dzisiaj specjalnie nie wybaczył. Mira też chciała śpiewać. I tak było do późnych kat 70-tych. Potem na trasę wyruszałem sam z zespołem, składy się zmieniały. Mira zostawała w domu, co zresztą mocno przeżywała. Do dzisiaj jednak śpiewa z nami od czasu do czasu – na jakichś większych imprezach. Moim zdaniem, nigdy tak dobrze nie śpiewała, jak teraz.

– Nie jesteście małżeństwem już od dawna.

– Sprawy zespołowe, muzyczne, oddzielam od spraw rodzinnych, prywatnych. Wydaje mi się, że jestem człowiekiem dojrzałym – również emocjonalnie – i potrafię te dwie rzeczy rozgraniczyć.

– Cięgle na koncertach zmuszają was do grania tego samego materiału sprzed kilkudziesięciu lat. Czy nie jest to wyczerpujące? Jak można po raz tysięczny grać ten sam kawałek?

– Dla mnie to nie jest wyczerpujące. Dlaczego tak się dzieje? Po prostu te stare numery przetrwały, do dziś są żywotne. Są też inne zespoły, które wykonują dzisiaj na koncertach moje utwory. A nam nigdy to się nie znudzi, gdyż nigdy nie gramy tego tak samo. Czasem rodzą się nawet nowe wersje.

– Napisałem niedawno taki tekścik o tobie i „Breakoutach” z okazji waszego przyjazdu do Nowego Jorku i Chicago, a w nim m.in.: „Nalepa się nie starzeje, włos się mu nie skraca, koledzy syna są jego kolegami, pozostaje taki, jaki był dawniej…” Czy to wszystko prawda? Jak widzę, myliłem się na pewno w jednym: jesteś krótko, schludnie przystrzyżony.

– Stało się to miesiąc temu. Włosy już miałem zmarnowane – przyznaję. I było to już chyba nieestetyczne. Postanowiłem więc zmienić swój image. Dla wygody. Zdecydowałem się ostrugać tak, jak się ostrugałem.

– Miałeś poważne kłopoty ze zdrowiem.

– Tak. Mam wrodzoną wadę nerek. Cztery lata się dializowałem. Jestem już półtora roku po przeszczepie i dzięki Bogu funkcjonuję teraz bardzo dobrze. Zresztą, nawet wtedy, gdy się dializowałem, prowadziłem normalne życie. Byłem nawet w tamtym czasie – trzy lata temu – z wizytą w Stanach. Chorobę – jak to się mówi – można nawet polubić, a już na pewno – przyzwyczaić się do niej.

– Życzę więc długich lat grania. W zdrowiu.

greydot

* Tekst napisany został w 1994 r. Tadeusz Nalepa zmarł w 2007 r. (Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 29 kwietnia, 1994 r.)

** Rozmowa z Tadeuszem Nalepą miała miejsce wiosną 1994 r. (Wywiad opublikowany został w polonijnym tygodniku „Relax”, 21 maja, 1994 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

.

.

PRZEGRANI ZA MŁODU (Nie nazywajmy samobójstwa poezją)

KURT COBAIN I „NIRVANA”- DZIECI „FUCKED GENERATION”

W piekle nie ma nic z romantyzmu, tak jak w samobójstwie nie ma nic z poezji. To nasze mity wynoszą na ołtarze liryzmu straceńców i nieszczęśliwców, którzy nie mieli już sił, by żyć… Albo też wybrali drogę ćmy lecącej prosto w ogień, spalając się na naszych oczach.

Czy romantyczne mogą być dreszcze lub torsje po przedawkowaniu narkotyków lub zatruciu alkoholem? Jaki liryzm ma w sobie heroinowy głód skręcający wnętrzności. Ile poezji jest w nieznośnym a stałym bólu, w psychicznych katuszach, w izolacji od najbliższych, w niemożności normalnego funkcjonowania w społeczeństwie? Ciągle domagamy się mitów, a śmierć pop-kulturowych sław wykorzystujemy jako pretekst do ich beatyfikacji – do pasowania ich na romantycznych idoli, na kultu godne bożyszcza. Celebracja jest ślepa, a wyznawcy oddani.
.

Kurt Cobain na koncercie “Nirvany”

Kurt Cobain na koncercie “Nirvany”

W Polsce mieliśmy kult Stachury, Hłaski, Wojaczka… W Ameryce – Jamesa Deana, Presley’a, Morrisona, Hendrixa, Janis Joplin… A ostatnio, na naszych oczach, za sprawą i pośrednictwem mediów, wykreował się mit świeży – mit heroizmu i martyrologii Kurta Cobaina, który popełnił niedawno samobójstwo, strzelając sobie w skroń.* Gdy jednak nazwano go „głosem pokolenia”, podniósł się sprzeciw młodzieży, która nie identyfikowała się z nieszczęśnikiem i nie chciała mieć nic wspólnego z chorym desperado. Sprostowano więc nominację, mówiąc o tzw. Fucked Generation, czyli pokoleniu – delikatnie mówiąc – przegranym już na starcie. (Uwaga dla zgorszonych: określenia Fucked Generation używa się nawet w oficjalnych raportach socjologicznych.)

Zaniedbani i potępieni

Zanim jednak potępimy to pokolenie, przyjrzyjmy się mu bliżej. Może wtedy nie będziemy tak skorzy do rzucenia kamieniem. Któż bowiem jest bez winy?
Oto co ma do powiedzenia Dr Donna Gaines, autorka książki „Teenage Wasteland: Subarbia’s dead End Kids” (tłum. własne):
„Lata 80-te oferowały młodym ludziom doświadczenie bezwzględnej społecznej przemocy i upokorzeń. Pełni urazów powodowanych nieobecnością lub nadużyciami rodziców, nauczycieli, wychowawców, policji; wykonując bezsensowne, źle opłacane prace; zdezorientowani rozpadem różnych instytucji… wielu młodych ludzi poczuło się schwytanych w błędne koło daremności i rozpaczy. Starsi zawodzili na całym froncie, zaniedbując całe pokolenie, nie zapewniając mu ani ochrony, ani też przygotowania do samodzielnego życia. A jednak, gdy młodzież zaczęła wykazywać symptomy zaniedbania – czyli zwiększoną liczbę samobójstw, zabójstw, przestępstw, rozbojów, niepowodzeń w szkole, lekkomyślności i ogólnej mizerii – dorośli potępili ich, nazywając apatycznymi nieukami, amoralnymi nicponiami, ludźmi przegranymi.”
Autorka, doktor socjologii, maluje obraz przygnębiający, ale i prawdziwy, mówiąc o frakcji młodzieży wcale jednak nie marginalnej. W takiej sytuacji są młodzi ludzie zamieszkali nie tylko na obrzeżach Ameryki, ale także miliony zaludniające bezkresne przedmieścia tzw. lower middle-class. Amerykańskiego marzenia już nie starcza dla wszystkich. Stąd frustracja, poczucie przegranej, braku perspektyw… Stąd ucieczka w narkotyki, alkohol czy – w przypadkach drastycznych – w śmierć. Przypadkach wcale nieodosobnionych. Tylko w ubiegłym roku zanotowano wśród młodzieży 400 tysięcy prób targnięcia się na swoje życie. W latach 80-tych podwoiła się liczba samobójstw, stając się drugą – po wypadkach – przyczyną śmierci nastolatków i dwudziestolatków.
W tej desperacji szuka się ulgi i wytchnienia – frustracja domaga się ujścia. Kiedy zawodzi rodzina, instytucje wychowawcze, religia, szkoła… młodzi ludzie chronią się w świecie sobie znanym, swojskim, wśród odczuwających podobnie rówieśników. Na takich podstawach zrodziła się m.in. subkultura rocka alternatywnego, w nurcie którego „Nirvana” Kurta Cobaina była grupą wiodącą. Tzw. zespoły grunge’owe (wywodzące się głównie ze Seattle) przedostały się ostatnimi laty z undergroundu do mainstereamu, czyli głównego nurtu rocka, stając się tym samym fenomenem masowym. Co, nawiasem mówiąc, jest zjawiskiem symptomatycznym oraz alarmującym, także smutnym i niepokojącym.

Samobójcy z Aberdeen

Aberdeen w stanie Waszyngton, to depresyjne, przygnębiające, skazane na jałową egzystencję, prowincjonalne miasteczko Ameryki, zapomniane przez Boga i amerykańska administrację. W nim dorastał Kurt poddany środowisku, które już za młodu zdewastowało mu psychikę. A jako dziecko zapowiadał się doskonale. Był żywym, ciekawym, pełnym pomysłów, niezwykle uzdolnionym artystycznie chłopcem, kiedy w wieku 8 lat dotknęła go pierwsza tragedia: rozwód rodziców. Matka, gospodyni domowa i półetatowa sekretarka, wniosła do sądu pozew o rozwód z ojcem Kurta, mechanikiem samochodowym. Dziecko zgasło, zamknęło się w sobie, stało się nieobecne, nieśmiałe i zalęknione. Przez następne lata Kurt traktowany był jak piłka tenisowa, przenoszony z domu matki do ojca, skąd bywał też wyrzucany. Mieszkał również u dziadków, wujków, ciotek, a nawet i pod mostem. Nieraz oberwało się też słabemu, rachitycznemu chłopakowi od lokalnych osiłków. W międzyczasie dwóch braci dziadka popełniło samobójstwo, co na pewno nie pozostało bez znaczenia w ostatnim dramatycznym akcie Cobaina.

Bez wyjścia?

Pewnego razu Kurt wraz z siostrą byli obecni przy jednej z awantur. Matka, dowiedziawszy się o zdradzie męża, przystawiła mu pistolet do potylicy i zaczęła ładować magazynek, podczas gdy dzieci z przerażeniem się temu przyglądały. Opamiętawszy się, w poczuciu winy, wyrzuciła wszystkie domowe (!) pistolety do pobliskiej rzeki. Kurt opłacił starszych kolegów, którzy mu je wydobyli z dna. Nazajutrz sprzedał broń, a za uzyskane pieniądze kupił swój pierwszy wzmacniacz. Tak zaczęło się jego obcowanie z rockiem.
Świat muzyki stał się dla Cobaina jedynym światem, w którym się mógł wyrazić, gdzie doznawał jedynej egzystencjalnej ulgi. Zakłada własny zespół, któremu daje nazwę: „Nirvana”. Już to miano może przypominać totalny eskapizm. Nikt jednak nie przypuszcza, że w ciągu paru zaledwie lat, „Nirvana” stanie się nie tylko amerykańskim, ale i ogólnoświatowym fenomenem, sprzedając kilkanaście milionów płyt. Czy jednak zmieniło to cokolwiek w umęczonej i chorej duszy Cobaina?
Już ciężkie dzieciństwo nadwyrężyło mu zdrowie. Nabawił się krzywicy i chronicznego bronchitu. Cieleśnie był kruchy, psychicznie nadwrażliwy. Brak dyscypliny jego stan pogarszał. Później, spustoszenia dopełniły alkohol i narkotyki. Kiedy więc stał się „gwiazdą” i milionerem, nie był już w stanie cieszyć się swoim sukcesem, sławą, materialnym dobrobytem, ani nawet własnym dzieckiem, rodziną… Pozostawał w ciągłej depresji, uzależniony od heroiny i alkoholu, ze zniszczonym gardłem, płucami i żołądkiem, na którego bóle uskarżał się przez kilkanaście lat swojego życia. W jednym z włoskich szpitali, lekarze zrobili mu płukanie żołądka, w którym znaleziono 50 tabletek uspokajających, zalanych szampanem. Miesiąc później już nikt nie mógł go uratować. Ciało Kurta Cobaina, ze zmasakrowaną głową, znaleziono w jego nowym, wartym półtora miliona dolarów domu. Obok leżał rewolwer 38 Special i prawo jazdy mające ułatwić identyfikację.

Epitafium

Śmierć Cobaina w wieku 27 lat była dla utożsamiającego się z nim pokolenia czymś więcej niż szokiem. Była tym, co pogrzebało ich nadzieje, rozwiało złudzenia. Kurt Cobain był skłóconym z życiem, nieprzystosowanym, słabym młodym człowiekiem. Wyrażał swoją muzyką i słowami to, co czuli jemu podobni. A była to – niestety – rozpacz, dezorientacja, zagubienie, anarchia i podszyta nihilizmem agresja. Wszystko to, czego nie mogło zaakceptować tzw. „zdrowe” społeczeństwo.
Świat rocka alternatywnego oferował Cobainowi i innym schronienie, środek porozumienia się z podobnymi sobie, solidarność przeżyć i uczuć. Nieliczni, jak np. członkowie „Nirvany”, osiągnęli w  tym świecie to, na co nie mieli szans w świecie „normalnym”: transcendencję, afirmację własnych osobowości, sławę, wielki sukces finansowy. Cobain, żeby ironia losu była jeszcze bardziej gorzka, założył rodzinę, doświadczył miłości żony i córki. A jednak to wszystko nie zdołało go powstrzymać od samobójstwa. Nie pomogły terapie, kuracje ani modlitwa. Tym większa to była klęska dla dzieciaków, dla których Kurt był bohaterem, nadzieją – którzy sukces „Nirvany” uznali za swój własny.

I hate myself and I want to die

Przyglądnąwszy się jednak bliżej „systemowi wartości” reprezentowanemu przez Cobaina, „Nirvanę” i cały ruch rocka alternatywnego, ta śmierć wcale nie dziwi. Mało tego – wydaje się być logiczną konsekwencją zawartego tam nihilizmu. Właściwie, bardziej to krzyk desperacji i wyrażenie niemocy, niż jakikolwiek system. Oferuje młodym ludziom poczucie wspólnoty w cierpieniu i lękach, ale nie wskazuje im żadnych dróg wyjścia. Sankcjonuje frustracje i bezradność. Trudno w nim znaleźć cokolwiek, co mogłoby być zaakceptowane przez ludzi, którzy dążą do zadomowienia się w świecie, do uładzenia naszej rzeczywistości, a nie do potęgowania chaosu i negowania pozytywnych wartości.

Przeczytałem kilka tekstów Cobaina: dokładne odwrócenie do góry nogami tradycyjnej (a konstruktywnej) hierarchii wartości. Nie można długo żyć z przekonaniem i na serio powtarzać, jak Cobain: „I hate myself and I want to die”, które to słowa uczynił on niemalże swoja dewizą. Żarty kończą się tam, gdzie kończy się ironia. Poza nie uchroni nikogo od ostatecznego zderzenia się z prawdziwym życiem i konsekwencją negacji wszystkiego.
Mimo to, zastanówmy się kilka razy, zanim potępimy tych ludzi, utwierdzając się przy okazji we własnej moralnej wyższości. Są oni jednak produktem mizerii swojego środowiska, także tego, jakimi się urodzili – co mieli w genach. Mieć do nich pretensje, że są tacy a nie inni, to tak, jak mieć pretensje do wilka, że ma kły i szarą sierść. A łatwo jest potępiać, łatwo gromić z ambon ludziom sytym, zabezpieczonym socjalnie i będących – w swoim mniemaniu – w dobrych stosunkach z Bogiem.
Nie o potępienie powinno więc tu chodzić.

Muszę się przyznać, że mnie samemu obca jest ta muzyka, ten świat „Nirvany” i innych zespołów alternatywnych, post-punkowych. Nie ta estetyka, nie te dźwięki, nie te idee… (choć przecież rock, i to nawet ten ciężki, też towarzyszył mi od samego dzieciństwa, stając się dość istotnym czynnikiem kształtującym mój sposób widzenia – i odbioru – świata).
Kiedy przed trzema laty zobaczyłem „Nirvanę”, pomyślałem, że jeśli ci chłopcy nie udają, to za parę lat będą gryźć ziemię. Taka to była histeryczna anarchia – tak to wszystko wydawało się przeć ku samozagładzie. Mimo, że nie wdziałem MTV od dawna, to jednak ostatnio posłuchałem z ciekawości kilka zespołów grounge’owych i rocka alternatywnego (całkiem nieźle, moim zdaniem, gra kapela „Pearl Jam”). Ale, generalnie rzecz biorąc, to już nie na moje ucho. Jeśli uderzyły mnie te dźwięki, to tylko dzięki ich autentyzmowi i intensywności. I takimi już pozostaną zawsze.

Konkluzja

Nie mówmy więc, że wybrańcy bogów umierają młodo. Jakie to bóstwa są tak okrutne… a może miłosierne? Kurt Cobain nie żyje. Umarł śmiercią – jak by powiedział Stachura – jak każda śmierć, tragiczną. Pokój jego duszy. I nie nazywajmy jego rozpaczy i tragedii romantyzmem, a samobójstwa poezją. Kres jest tylko kresem.

*

*

* PS. Artykuł powyższy opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim” (28 października 1994 r.) – w ramach cyklu “Rock i okolice”, jaki prowadziłem wówczas na łamach prasy polonijnej. Na moim blogu zamieszczam małą jego próbkę – kilka tekstów nawiązujących do fascynacji rockiem, który był bez wątpienia muzyką naszego pokolenia.

„THE BOSS” – BOGACZ W KOSZULI BIEDAKA

BRUCE SPRINGSTEEN – SYBARYTA PEŁEN LĘKÓW

Bruce Springsteen, „Boss” – idol „niebieskich kołnierzyków”, post-presley’owski symbol amerykańskiej pop-kultury, heros rocka, znów wyruszył w drogę.* Po pięciu latach nieobecności w komercyjnym świcie – zajęty porządkowaniem własnego życia i nagrywaniem dwóch wypuszczonych równolegle tego roku albumów „Human Touch” i „Lucky Town” – ponownie próbuje wypełnić największe rockowe areny i udowodnić, że nie jest jeszcze spetryfikowanym, przynależnym historii, dinozaurem. Po koncertach w Europie, Springsteen rozpoczął późnym latem kilkumiesięczne tournée po Stanach Zjednoczonych. We wrześniu zjawił się w podchicagowskim World Music Theatre. Na pewno nie tylko ja – z całej, zgromadzonej tam 40-tysięcznej rzeszy – zadawałem sobie przed występem pytanie: co stało się z „Bossem”?

*

Bruce Springsteen

Bruce Springsteen

Niemodny gwiaździsty sztandar

Apogeum popularności Springsteena zbiegło się z epoką reaganowską. Po kryzysie poprzedniej dekady Amerykanie zyskiwali pewność siebie i Ameryce potrzebni byli bohaterowie, w których mogłaby się odbijać – tak kultywowana tu – apologia sukcesu i optymizmu, uwielbienie dla mocnego indywidualizmu i sprawnego działania. Reagan posłużył się nawet do tego celu postacią Rambo, afirmując tym samym dość powszechne wówczas, praktyczne nastawienie do hollywoodzkiego fenomenu. Kiedy więc w 1984 r. album Springsteena „Born in the USA” zaczął sprzedawać się w milionach egzemplarzy, a on sam z łatwością był w stanie doprowadzić do punktu wrzenia wypełniające po brzegi stadionów stutysięczne audytoria, Reagan w swoich przemówieniach wyrażał zadowolenie, iż obaj dzielą te same wspaniałe wizje i sny o potędze.
Jak bardzo jednak się mylił. Zresztą nie tylko on. Wielu zmyliła powielana w tysięcznych reklamach obwoluta płyty przedstawiająca odzianego w niebieskie dżinsy Springsteena na tle biało-czerwonych pasów olbrzymiego Gwiaździstego Sztandaru. Image sugerujący współczesnego Pattona, podsycający wielkościowe urojenia i prowokujący do ociekającego patosem szowinizmu. A wystarczyło przysłuchać się uważniej słowom, choćby nagrania tytułowego (tłum. własne):

Urodzony w mieście martwych ludzi,
połowę życia przeznaczając na to,
by się tylko gdzieś schronić.
Urodzony w USA.

Kiedy więc Reagan i Mondale wyrażali zadowolenie, że Springsteen podziela ich wizję Ameryki pełnej nadziei i prosperity, to było to albo totalną ignorancją, albo zwykłą polityczną bezczelnością. Sam Springsteen zareagował żachnięciem, odcinając się od przypisywanych mu intencji: „Ślepa wiara jest zawsze czymś niebezpiecznym… I to zarówno jeśli chodzi o twoją dziewczynę, jak i o rząd”.
Pamiętajmy, że do recesji było jeszcze wówczas daleko i nieporównywalnie łatwiej było wzniecić nacjonalistyczny animusz i patriotyczną euforię, o jakiej Bush mógłby już teraz tylko pomarzyć. Kiedy więc dostrzegłem wśród koncertowej widowni młodych ludzi przystrojonych w amerykańskie barwy narodowe – pasiasto-gwiaździste opaski lub koszule – wydały mi się one nie tylko pretensjonalne, ale i niemodne. Byłżeby to wyraz dezorientacji młodego pokolenia w wyborze między kultem indywidualizmu a populistyczną symboliką? Na marginesie: na prezerwatywy w barwach narodowych (o czym głosiła fama) nie udało mi się natrafić.

Eskapizm i dekadencja

Gdy jeden z krytyków magazynu „Rolling Stone” w 1974 r. napisał pod wrażeniem jednego z koncertów Springsteena: „Zobaczyliśmy przyszłość rock&rolla – jest nią Bruce Springsteen!”, nie przypuszczał, że zaledwie rok później jego proroctwo stanie się rzeczywistością. Ukazuje się znakomicie przez wszystkich przyjęty krążek „Born to Run”. W tym samym tygodniu twarz Springsteena trafia na okładki magazynów „Time” i „Newsweek”. Młodzieńcze marzenia o gwiazdorstwie – datujące się od czasu, kiedy Bruce po raz pierwszy zobaczył i usłyszał Presley’a – spełniły się.  Przyszła kolej na mierzenie się z rzeczywistością. Począwszy od „Born tu Run”, pewne myśli i motywy pojawiają się w twórczości Springsteena ustawicznie. Jedni skłonni byli upatrywać w tym obsesji, drudzy – literackiej i ideowej ograniczoności. Płyty „Darkness on the Edge of Town” (1978), „The River” (19080), „Nebraska” (1982) i wspomniany już „Born in the USA”, pełne były dekadenckich obrazów zniszczonych, spowitych ciemnością miast i autostrad, poczucia alienacji i eskapizmu:

W tym mieście zedrą ci z pleców skórę,
to  śmiercionośna pułapka.
Musimy się stąd wydostać, póki jesteśmy młodzi.
Tacy jak my urodzili się po to, by biec.

Zdarzało się jednak czasami, że i „Boss” nie był w stanie biec dalej. Depresja, poczucie wypalenia i pustki często paraliżowały jego zdolność do tworzenia: „Było tak, że nie miałem nawet siły, żeby podnieść się z łóżka” – wyznaje Bruce, co wydaje się czymś zupełnie niewiarygodnym, widząc jego piekielny wręcz dynamizm na niekończących się koncertach i niewyczerpaną energię, którą zdolny jest dotknąć każdego z osobna spośród wielotysięcznego tłumu

Lepsze dni

Starsze, znane wszystkim utwory z epoki stadionowej gigantomanii, wypełniły drugą część trwającego ponad cztery godziny koncertu. Mimo ogromnej presji publiczności domagającej się właśnie takich utworów, jak „Born to Run”, „Cover Me”, „Badlands”, „Hungry Heart”, „Glory Days”... pierwsze dwie godziny Bruce przeznaczył na prezentację najnowszych albumów „Lucky Town” i „Human Touch”. Dzięki niezwykłej zdolności do zabarwiania atmosfery koncertu własną intymnością – bardzo osobistemu traktowaniu tekstu i dialogowi z publicznością – z łatwością dostrzegało się rezultat ewolucji Springsteena w jego sposobie widzenia świata i stosunku do własnego życia. A o tym, że były to zmiany dość radykalne, można się już było przekonać słuchając płyty z 1988 r. „Tunnel of Love”. Rozwód z aktorką Julianne Phillips, związek z Patti Scialfą (partnerka ostatniej tury koncertowej) i narodziny dwójki dzieci, nie mogły pozostać bez wpływu na teksty i charakter muzyki Springsteena:

Miałem już dość czekania na jutro,
które miało nadejść,
na pociąg, który rycząc
miał się wyłonić zza zakrętu
– śpiewał w „Better Days”.

W innym miejscu zaś stwierdzał sarkastycznie: „To zabawne i smutne zarazem, że skończyłem jak ktoś, kto udaje bogacza, ubierając się w koszulę biedaka”. Można jeszcze dodać: to również banalne (dla zachowania nuworyszów) i ironiczne (wobec kontestacyjnej przeszłości). Jak może się czuć ktoś, kto mając swe korzenie w robotniczej New Jersey, kupuje w ekskluzywnym Bel Air dom za 14 mln. dolarów i zostaje sąsiadem… samego Ronalda Reagana?
Pozowanie na „równego faceta” powiększa jeszcze dychotomiczny rozziew: wypożyczanie kaset z lokalnego video-store, zakupy w okolicznym supermarkecie, spacery po ulicy z dzieckiem na wózku, wymięty podkoszulek i znoszone dżinsy… A na koncertach wyznania podszyte poczuciem winy i prośbą o przebaczenie:

Szukałem złota i diamentowych pierścieni,
to był mój narkotyk uśmierzający ból,
jaki niosło ze sobą życie.
Wchodziłem na wysokie góry,
schodziłem w doliny,
wypatrując mojej pięknej nagrody.

Lecz jak długo można uciekać? Tunel może okazać się ślepy, na końcu niekoniecznie musi przywitać nas światło. Prawdziwej odwagi wymaga zbliżenie się, kontakt i związek z drugim człowiekiem. To właśnie wątki „Human Touch” i „Lucky Town”. Nie bez kozery tak wiele w nich soulu, nawet muzyki gospell, a Springsteen na koncercie, sposobem interpretacji nawiązywał wprost do Jamesa Browna. Muzykę graną obecnie określa jako „rock&soul”.

Springsteen podążał swoimi ścieżkami, podlegając przemianom wyznaczanym rytmami własnego życia. Nadużyciem byłoby więc stwierdzenie, że jego twórczość odzwierciedla zmieniające się czasy. W dobie głębokiej recesji sam wydaje się być człowiekiem, który dokonał pewnych wyborów, osiągnął pewną stabilizację. A jednak, by współbrzmieć z obecnymi, bliskimi depresji nastrojami Amerykanów, na koncercie wykorzystał pełne klaustrofobii i defetyzmu nagrania sprzed lat kilkunastu, wówczas kojarzone z kryzysem paliwowym, wywołanym embargiem krajów OPEC: „Gram wiele z ‚Darkness on the Edge of Town’. Wydaje mi się, że właśnie teraz doskonale to wszystko koresponduje z tym, co przeżywa Ameryka”. W innym zaś miejscu, zachęcając do charytatywnego poparcia, mówił: „Pomóżmy tym ludziom – ludziom skrzywdzonym przez społeczny system i politykę obecnej administracji.”
To dzięki tego typu, trącących banałem wypowiedziom, zadenuncjowano Springsteena jako populistycznego epigona Woody Guthriego i Boba Dylana. „Zwierzęta” polityczne wszędzie potrafią zwęszyć dla siebie pożywkę. Sam „Boss” irytuje się, gdy wpycha się go na siłę w polityczno-społeczne konteksty. To, że ongiś przymierzał się do pozycji gubernatora New Jersey lub fakt przedwyborczego testowania własnej publiczności (na dźwięk nazwiska Busha usłyszeliśmy przeciągłe „boooooooooooo…”, Clintona przywitał zaś aplauz) nie oznacza, że Springsteen przejęty jest rolą ludowego trybuna. Woli się widzieć raczej w roli ambasadora… miłości: „Kiedy czujesz się stłamszony, zdeptany, robią z ciebie śmiecia, musisz się podnieść i iść dalej. To jest właśnie przeznaczenie. A gdzie jest przeznaczenie, tam jest nadzieja; gdzie jest nadzieja, tam jest miłość. A gdzie jest miłość, tam jest… seks! Same dobre rzeczy!”.

Rock – fenomen czy banał?

Po koncercie, będącym rzeczywiście jednym wielkim wybuchem spontaniczności i energii, któremu nawet przelotna burza z grzmotami i błyskawicami dodała niespodziewanej dramaturgii (akurat w czasie wykonywania „Thunder Road”!) – nasunęło mi się parę refleksji. Już w latach 50-tych nie można było ignorować rocka (wówczas jeszcze w formie rock&rolla), jako istotnego czynnika kulturo-twórczego. Bez wątpienia też jest on najbardziej dynamicznym i agresywnym (również najgłośniejszym) rodzajem muzyki, jaki kiedykolwiek wymyślono na Ziemi. W swoisty etos rocka wpisane są wyraźnie bunt, kontestacja i nonkonformizm. Muzyka ta ma też do siebie to, że sytuacje kryzysowe powodują jej ekspansję, pobudzając do rozwoju – często na zasadzie kompensacji i odreagowania frustracji. Jednak wydaje się, że nigdy już rock nie odzyska swej pozycji, jaką miał w epoce Woodstock, kiedy to stanowił o filozofii i sposobie życia całej generacji. I choć już w latach 50-tych można go było traktować jako towar, to piętno bezwzględnego komercjalizmu staje się coraz bardziej wyraziste dopiero od lat 70-tych, kiedy jego masowy charakter zaczął się obracać przeciw niemu samemu. Uległ z wolna rozmyciu i banalizacji, a nawet ośmieszeniu się w postaci glitter i dzięki flirtowi z disco. Obecnie, nawet koncerty takich tuzów rocka, jak Springsteen, przestały być fenomenem. Stały się czymś okazjonalnym. A jednak niepozbawionym impetu i iskry – tego wszystkiego, co decyduje o witalności, a nawet o radości, jaką niesie ze sobą rock.

*

*

* Artykuł “The Boss – sybaryta pełen lęków”, który stanowi powyższy wpis, ukazał się w ramach cyklu “Rock i okolice”, jaki prowadziłem w latach 90-tych na łamach prasy polonijnej. W najbliższym czasie chciałbym na moim blogu zamieścić małą jego próbkę – kilka tekstów nawiązujących do fascynacji rockiem, który był bez wątpienia muzyką naszego pokolenia. W tekście odnoszę się do koncertu Bruce’a Springsteena, który miał miejsce w podchicagowskim World Music Theatre, 2 września 1992 roku. (Artykuł opublikowany został na łamach „Dziennika Chicagowskiego”.)

 

PRZEBIĆ SIĘ NA DRUGĄ STRONĘ – THE DOORS

JIM MORRISON – PŁOMIEŃ DUSZY CZY FAJERWERK POZERA?

*

Jim Morrison - bożyszcze, prorok, heros, szaleniec, dandys, bufon, straceniec, poeta, grafoman?

Jim Morrison – bożyszcze, prorok, heros, szaleniec, dandys, bufon, straceniec, poeta, geniusz, pijak, grafoman?

*

When the doors of perception are cleansed
Man will see things as they truly are, infinite
William Blake

Wybrańcy bogów umierają młodo. Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison – jakie bóstwa zazdrosne były o tajemnice wykradane im przez śmiertelników? Apollińskie – z ich uduchowieniem i idealizmem, wszechogarniającą harmonią, czystą miłością i pięknem? Czy też dionizyjskie – kipiące pełnią istnienia, nienasycone i zmysłowe, pijane cielesną ekstazą?
Nietzsche postradał zmysły rozdarty przez te siły. Idealizm czy zmysłowość? Duch czy materia? Odwieczny dualizm ludzkich i boskich istot – bieguny między którymi dzieje się czas, pośród których zawisło gdzieś nasze przeznaczenie.
Janis Joplin była opętana (przez bluesa). W Średniowieczu niechybnie spłonęłaby na stosie. W epoce Dzieci Kwiatów zabiły ją narkotyki. Jimi Hendrix sam był płomieniem. Płomieniem też była jego gitara: w przenośni, gdy na niej grał; dosłownie – gdy palił ją na estradzie. Udusił się własnymi wymiocinami po przedawkowaniu narkotyków i zatruciu alkoholem. Koniec to jednak mało godny, jak na króla i geniusza gitary, który jej brzmienie zmienił po wsze czasy.
Jimi Morrison w XVII-wiecznej Anglii mógłby być Williamem Blakiem, w XIX-wiecznej Francji Rimbaudem, w XX-wiecznej Ameryce był natomiast tragicznym prorokiem konsumpcyjno-odpadkowej cywilizacji i straconego pokolenia, dandysem kontestacji poetą przeklętym epoki napalmu. A może „Bingiem Crosby z Piekła” – jak go ktoś tutaj nazwał? Może to Jesus Christ Superstar trzymający na koncercie w swoich ramionach baranka? Może sam Belzebub wcielony, obnażający swe genitalia przed opętaną orgiastycznym amokiem widownią?
Kto kwituje ten fenomen wzruszeniem ramion, pogardą nawet, czy jednym słowem: „szaleństwo”, ten nie docenia szaleństwa w kreowaniu tego świata, wyznaczaniu biegu historii – ucieka przed świadomością jego wszechobecności; odrzuca fakt, że ciągle z nim obcujemy.
Z Janis Joplin i Jimim Hendrixem łączyła Morrisona nie tylko śmierć (jak każda śmierć) tragiczna. Wszyscy oni identyfikowali się ze sztuką jaką tworzyli, nie odróżniali muzyki od własnego życia, niczego nie udawali. Podobnie, jak i oni, Morrison nie uznawał kompromisu. Aby być wiernym samemu sobie, wybrał drogę, która była drogą ćmy lecącej prosto w ogień. Łaknąc transcendencji, chcą przebić się na Drugą Stronę („Break on Through”), musiał podążyć za szaleństwem. Nic go nie było w stanie powstrzymać, nawet świadomość tego, co w swoim motcie do „Portretu Doriana Grey’a” napisał Oscar Wilde: „Kto sięga pod powierzchnię, ten czyni to na własną odpowiedzialność”. Jim Morrison przed tym ryzykiem się nie cofnął, jego śmierć okazała się być jedynie konsekwencją jego tragicznego wyboru.
A ile było w nim z dandysa? On sam mówił o sobie, jako o „inteligentnym, wrażliwym człowieku z duszą clowna”. Clown? To taki śmieszny człowieczek do zabawiania gawiedzi? Nie! To tragiczna ludzka istota objawiająca nam pewną prawdę. A że nazywano go jeszcze „Bogiem rock&rolla”, „Apollem bluesa”, „Jaszczurzym Królem”… ? Cóż, świadczy to jedynie o bogactwie skojarzeń i wyobrażeń, jakie wywoływał własną osobowością. Narkotyki, alkohol, seks, burdy i ekscesy? Nie, to nie było jego istotą – to produkty uboczne życia poety ograniczonego ułomnościami ludzkiej natury i jej słabością.

Dlaczego „The Doors” przetrwali? Dlatego, że przetrwała ich muzyka. Dlaczego więc przetrwała ta muzyka? Dlatego, że jest niepowtarzalna i ponadczasowa. Banalne – może ktoś powiedzieć. Tak, ale prawdziwe.
Nie ma wątpliwości, że Jim Morrison był istotą i duszą „The Doors”. Jego ogień rozpalał pozostałych członków grupy i kiedy zgasł, niezdolni byli oni wykrzesać z siebie choć iskry dawnej świetności. I to prawda, że po jego śmierci „The Doors” stali się pustą nazwą – ich wielkość Morrison zabrał ze sobą do grobu.
A jednak, gdyby Robby Krieger, Ray Manzarek i John Densmore nie dysponowali cechami dobrych muzyków, to sztuka wyzwolenia z nich talentu nie udałaby się nawet komuś tak charyzmatycznemu, jak Jim. Przecież wszyscy razem tworzyli to niesamowite brzmienie, które poraża nawet dzisiaj, w epoce komputerowych generatorów dźwięku, tysięcy rodzajów syntetyzatorów, instrumentów elektronicznych i przeróżnych gadżetów. To więc, że mieli do dyspozycji jedynie proste, czy wręcz prymitywne środki, świadczy jedynie na ich korzyść.
Robby Krieger – gitarzysta, którego gra łącząca bluesa z flamenco, nadawała psychodelii brzmienia jego gitary nowych kolorów i odcieni. To także utalentowany kompozytor („Light My Fire” jest utworem jego autorstwa). John Densmore – perkusista o jazzowym wyrafinowaniu, nadawał brzmieniu „Doorsów” hipnotycznej motoryczności. I wreszcie Ray Manzarek – wykształcony klasycznie pianista, narzucał grupie muzyczny rygor i precyzję, jego organy brzmiały zarówno klasycznie, jak  undergroundowo, garażowo i psychodelicznie (podobno w jego żyłach płynie polska krew – stąd być może te cytaty z Chopina). „The Doors” byli czwórką, a czwórka była jednością. Związani swoimi wizjami, nigdy żaden z nich nie stworzył poza zespołem czegoś, co miałoby choć namiastkę wielkości tego, co tworzyli razem.
Wspomniany „Light My Fire”, „Riders on the Storm”, „Break on Through”, „LA Woman”, „Touch Me”… czy wreszcie monumentalne suity „When the Music is Over” i „The End” to utwory bez mała genialne, umiejscowione gdzieś ponad (pogardzaną wszak z cicha) sferą pop-music, której niezbyt chętnie przypisuje się status sztuki prawdziwej. Dźwięczny i pełny, diaboliczny wręcz baryton Morrisona, to rodzaj głosu w rocku raczej niespotykany. Połączony z jego elektryzującą poezją, bluesową wrażliwością i egzystencjalnym tragizmem, docierał do samego Jądra Ciemności dramatycznego rocka. Słuchając tego głosu, jesteśmy gotowi przyznać, że być może dobiega on do nas gdzieś z tamtej Drugiej Strony, na którą udało się przedrzeć Jimowi.

Aldoux Huxley, penetrując świat narkotycznych wizji – rozszerzających jego zdaniem granice ludzkiego poznania – opisał je w swoim słynnym eseju „The Doors of Perception”, zapożyczając tytuł z poezji Blake’a: „Kiedy Drzwi Poznania uchylają się, rzeczy jawią się człowiekowi takie, jakie są naprawdę, nieskończone”.
Mianując się „The Doors”, Jim, Bob, John i Ray zdradzili swe pragnienie poznania Tajemnicy. Morrison ośmielił się spojrzeć w oczy temu, co w niej olśniewające i porażające – a my ciągle lękamy się, co mógłby nam o tym powiedzieć.

*  *  *

PS. Wypada jednak zaznaczyć, że tekst powyższy napisałem dawno temu – w wieku dwudziestu paru lat, kiedy moja fascynacja pewnymi mitami rocka czy literatury obywała się bez żadnej krytyki. Pewne otrzeźwienie przyszło później – przeszedłem coś w rodzaju kontestacji własnej kontestacji, kiedy to zacząłem patrzeć na wszystko z innej nieco perspektywy, bardziej krytycznie – i chyba jednak wnikliwiej, ustawiając to w szerszym kontekście psychologicznym, etycznym i kulturowym. Dziś – zachowując wobec siebie pewną uczciwość – podobnego tekstu o Morrisonie nie mógłbym jednak napisać. Zresztą, wiele lat po jego powstaniu, wróciłem do fenomenu Morrisona i jego zespołu przy okazji pisania recenzji z filmu Olivera Stone’a „The Doors”. I złapałem się na tym, że wyglądało to tak, jakbym pisał o zupełnie innym człowieku – tak ten nowy obraz Morrisona różnił się od tego, jaki zakreśliłem wcześniej. Niestety rewizja ta przepadła i teraz nie byłbym już chyba w stanie tego tekstu odtworzyć.
Artykuł „The Doors”, który stanowi powyższy wpis, ukazał się w ramach cyklu „Rock i okolice”, jaki prowadziłem w latach 90-tych na łamach prasy polonijnej. W najbliższym czasie chciałbym na moim blogu zamieścić małą jego próbkę – kilka tekstów nawiązujących do fascynacji rockiem, który był bez wątpienia muzyką naszego pokolenia.

*