CZYM JEST SZTUKA?

Oto fragmenty listu do jednego z moich przyjaciół, dotyczące ogólnych zagadnień związanych ze sztuką i jej odbiorem. Zdecydowałem się na ich publikację z nadzieją, że znajdzie to zainteresowanie również wśród czytelników tego bloga.

*

Przezwyciężając opór materii – rzeźby w Muzeum d’Orsay, Paryż (zdjęcie własne)

*

CZĘŚĆ I: KLASYKA, CHAOS, SZTUKA  A  RZECZYWISTOŚĆ

Mój Drogi W.
na spieraniu się o to czym jest sztuka można życie strawić, a wszystkich książek na ten temat spisanych nie pomieściłaby pewnie żadna normalna biblioteka (już nie wspominam o ich przeczytaniu). Ale na swój własny pożytek mamy zapewne jakieś pojęcie o tym, czym jest sztuka – coś tam sobie o niej mniemamy, coś przedstawiamy.
A nieporozumień co do istoty sztuki było przez wieki co niemiara (mistrzem zamętu był pod tym względem wiek XX), także współcześnie ich nie brakuje. Dość wspomnieć, że jeszcze w Średniowieczu nie zaliczano do sztuki ani rzeźby ani nawet malarstwa! Żeby było śmieszniej, dzisiejsze historie sztuki zajmują się prawie wyłącznie dziejami malarstwa, rzeźby i architektury.

Moje rozumienie sztuki zbliżone jest chyba do tego jakie wyszło z Oświecenia, które to wprowadziło pojęcie sztuk pięknych.
Sztuka wyrosła w prehistorii z obrzędów magicznych – i coś z tej magii dotrwało do naszych czasów. Może właśnie dlatego, zawsze, kiedy mam do czynienia z wielkim dziełem sztuki, odnoszę wrażenie, iż dotyka ono czegoś metafizycznego, nienazwanego, nieosiągalnego w żaden inny sposób (stąd artyści, wg mnie, stanowią coś w rodzaju antropologicznej elity, są kastą wybraną, obdarzoną talentem, zdolną do natchnienia i tworzenia czegoś wyjątkowego). To dlatego m. in. uważam, że pogląd Platona o wygnaniu poetów (zazwyczaj zresztą trywializowany) należy do historii ludzkiej głupoty, a nie mądrości.

Podchodzę do sztuki dość egocentrycznie, ale za to wprowadza to do mojej głowy pewien ład : w moich oczach sztuką jest to, co mnie porusza (głównie są to doznania estetyczne, choć nie tylko takie – mogą być one również etyczne, poznawcze, emocjonalne, zmysłowe… etc.); albo to, co jest mnie w stanie poruszyć (w innych okolicznościach np.). Jest to bowiem jedyny sprawdzalny dla mnie probierz.
Nie roszczę sobie pretensji, aby była to jakaś wiążąca kogokolwiek definicja sztuki. Jest to jedynie pojęcie, jakie sobie stwarzam na swój własny, prywatny użytek.
Oczywiście są wytwory sztuki, które działają na innych, ale nie za bardzo na mnie, ale wtedy podchodzę do nich sceptycznie. Godzę się z tym, że może to być dzieło sztuki, ale dla mnie jest to dzieło sztuki cokolwiek nominalne, czyli tylko tak nazwane. Tym sposobem w moim najgłębszym doznaniu odmawiam uznania za sztukę różnych zlewów na wystawie, gówien w muzeum, krwi miesięcznej na płótnie, wszelkich dziwacznych instalacji… etc. Oczywiście i one mogą mnie poruszyć, ale to poruszenie jest dla mnie czymś negatywnym (obrzydzeniem np.), czasem jakąś konstatacją pustki, pomieszania, manipulacji, nieszczerości, pozerstwa… Niczego mi nie dają, nie wnoszą niczego konstruktywnego do mojej wizji świata – nie oddziaływają na mnie pozytywnie. I właśnie dlatego odmawiam zgody na taką sztukę – ja przynajmniej nie chcę mieć z nią nic do czynienia.
Odkrywam także u siebie jakiś wewnętrzny, instynktowny wręcz sprzeciw wobec uznania za sztukę czegoś co wydaje mi się nieestetyczne, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że dzieło sztuki wcale nie musi posługiwać się estetyką, którą akceptujemy, i która się nam po prostu „podoba”, bowiem w sztuce nie wszystko musi nam się wydawać „ładne”.
Poza tym, sztuka „lekka, łatwa i przyjemna” to ledwie margines twórczości artystycznej – i to ten najbardziej (jeśli chodzi o kreatywność) konformistyczny.
*

Jan Vermeer, „Ważąca perły”, Galeria Narodowa w Waszyngtonie (zdjęcie własne)

*

Nie wiem W. skąd ta Twoja niechęć do klasyki (zresztą nie jestem pewien jak Ty definiujesz klasykę?)
Czy nie powiesiłbyś na ścianie rysunku Leonarda czy Rafaela?
To są wszak szczyty ludzkiego geniuszu – i tego przecież nikt o zdrowych zmysłach nie może kwestionować.
Wg mnie to właśnie klasyka stanowiła wyraźne i bardzo czytelne kanony sztuki – dziś wiemy, że arcydziełem jest i nigdy nie przestanie być np. „Pieta” Michała Anioła, Bazylika Św. Piotra, rzeźby Canovy, Carpeaux, płótna Rubensa, Caravaggia, Vermeera czy Ingresa.
(Nota bene, dzięki tym kanonom możliwe było ongiś dość precyzyjne ustalenie definicji artyzmu i piękna.)

Tam zresztą podoba mi się też jeszcze coś innego: aby stworzyć takie rzeczy, trzeba było mieć ogromny talent i niesamowite zdolności twórcze; także wiedzę, warsztat, technikę, manualną i mentalną biegłość; często być tytanem pracy i wysiłku… To choćby (bagatela!) różni twórców klasycznych od wszelkiej maści współczesnych „artystów” – samozwańców, błaznów i cwaniaków, którzy srają do słoików (nie ważne – czy robią to z głupoty, z wyrachowania, z chęci wywołania skandalu czy też prowokacji) i sprzedają to jako dzieła sztuki (a inni kombinatorzy i idioci to kupują).
Tak więc nominalnie – te kible Duchampa, czy nawet fekalia Manzoniego – są uznawane za sztukę (gdyż jakby nie było mówi się o nich w kontekście historii sztuki), to jednak wg mnie są tej sztuki upadkiem, wpisują się raczej do historii ludzkiej głupoty i zdezorientowania, a nie artyzmu.
(Wystarczy dogłębniej prześledzić właśnie casus pisuaru Duchampa – nota bene uznanego przez wielu krytyków sztuki za najważniejsze „dzieło” sztuki XX wieku – by uświadomić sobie dezorientację i hucpę jaka zapanowała w sztuce współczesnej.)

Nie jestem też do końca pewien o co Ci chodzi z tym chaosem. Piszesz, że w sztuce musi być jakiś czynnik chaosu.
Czy jednak nie pojmujesz go tak jakoś metafizycznie? Czy aby zbytnio go nie nobilitujesz?
Dla mnie sztuka jest właśnie czymś przeciwnym: swoiście ludzkim wysiłkiem uporządkowania tego chaosu – wyodrębnieniem zeń (czy też uformowaniem), czynnika ludzkiego.
Nie wahałbym się nawet nazwać rzecz drastyczniej: sztuka to walka człowieka z nieludzkością chaosu (a  ściślej: z tym co się nam chaosem wydaje); oswajanie przygniatającego nas, bezkresnego i niezrozumiałego, nieogarnionego myślą i niedostępnego zmysłom Wszechświata (brzmi to być może trochę mętnie, nieco patetycznie i nazbyt metafizycznie, ale coś w tym chyba jest, bo ten Wszechświat to również skała, drewno, farba… urabiana przez artystę materia).
Jeśli więc taki Francis Bacon (niewątpliwie wybitny artysta i znakomity wg mnie malarz) twierdzi, że jemu chaos jest potrzebny, to jest mu on potrzebny tylko po to, by móc ten chaos ujarzmić w procesie twórczym i kontrolować. I choć ta jego (widoczna na płótnach) figuratywność do grzyba nie jest podobna, to ma w sobie właściwość skończonego dzieła sztuki – właśnie poprzez swoje formalne uporządkowanie, wyodrębnienie z chaosu.
(Takim wyodrębnieniem, wbrew pozorom, jest również abstrakcja.)
*

Francis Bacon, „Three Studies For Figures at Base of Crucifixion”, Tate Gallery, Londyn (zdjęcie własne)

*

I wracając jeszcze do tego co piszesz o Platonie: pomstujesz na klasyków, by następnie powyrzucać ich z państwa jako naśladowców natury (bo tak ich widział ponoć Platon). Otóż (faszyzujący przy tym) Platon nie dlatego chciał ich (a ściślej poetów – trzymajmy się klasyki) wyrzucić, że usiłowali naśladować naturę, ale za to, że za bardzo niby to mieszali ludziom w głowach, odwodząc ich właśnie od rzeczywistego oglądu świata.
Jest to wszak pewne pojęć pomieszanie, więc nie rozwódźmy się już nad tym.

Te odwieczne spory – jaki jest stosunek sztuki do tzw. rzeczywistości? – chyba już teraz (w dobie wszelkich „izmów” – z postmodernizmem na czele) ucichły, bowiem zgoda nastąpiła co do tego, że sztuka może być i taka i taka i taka…
Tak więc może zarówno naśladować rzeczywistość, jak i ją odzwierciedlać; może przemawiać symbolami, metaforą, budować mity i fantazje – odnosząc się jednak do rzeczywistości; jak również – i to jest jedno z naszych ostatnich odkryć – budować światy autonomiczne. (Niestety, pod to ostatnie podciągnąć można zarówno wszelką sztukę bezprzedmiotową – np. abstrakcję – jak i muzykę Bacha… coś mi więc tutaj nie pasuje i będę się musiał nad tym zastanowić).

CZĘŚĆ II: DE GUSTIBUS…

*

Czy rzeczywiście o gustach nie można dyskutować?
W jaki sposób nasz gust wpływa na wartościowanie przez nas sztuki?
Walka na śmierć i życie – w salonach, galeriach i poza nimi…

*

Jak patrzymy na sztukę? Scenka z Luwru, Paryż (zdjęcie własne)

*

De gustibus non est disputandum – jak głosi znana, stara łacińska sentencja. Czyli, mój Drogi W. o upodobania nie ma się co spierać. Ale ludzie i tak się spierają. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że z kilku przyczyn, ale głównie dlatego, że chcą udowodnić, iż ich gust jest coś wart (to jest bardziej szlachetne), albo że jest lepszy od innych (to już jest szlachetne mniej).
Czasem chcą po prostu pokazać, że górują nad kimś innym (to taki stary atawistyczny instynkt, jak również zakamuflowany sposób wywyższenia samego siebie). Jednak odrobina mądrości i tolerancji pomaga w konstatacji, że zwykle warto jednak unikać wartościowania w sferze naszych gustów – bowiem są one względne i jak najbardziej subiektywne.

Ależ W., oczywiście że można usprawiedliwiać własny smak, objaśniając dlaczego coś podoba nam się bardziej a coś innego mniej, ale dobrze mieć świadomość, że to jest tylko nasze zdanie, niekoniecznie lepsze czy też gorsze od innych – po prostu inne.
Tak więc zazwyczaj sąd nad smakiem jest czymś zbyt arbitralnym – lepiej i rozsądniej jest jednak wyrabiać sobie ten smak na własny użytek i niekoniecznie zbywać pogardą smaki innych. Bo i po co? Wcale to nie pomaga delektować się własnymi upodobaniami, a wręcz przeciwnie – człowiek najczęściej stawia się tylko w całkiem niepotrzebnej opozycji, która wysysa z niego jakąś pozytywną energię.

Z tychże (m.in.) względów nie potępiam w sztuce niczego „w czambuł”, nawet zielonej żaby na krzyżu, czy rekina w formalinie. Może wydawać mi się to głupie, albo po prostu nie podobać się, ale się z tego powodu nie oburzam, nie grzmię, nie protestuję… Dlatego też nigdy nie wzywałbym do tego aby coś tam usunąć siłą z muzeów, nie rzucałbym się z szablą na obrazy (jak Olbrychski w Zachęcie), tudzież nie próbowałbym usunąć kamienia, którym przygnieciona była figura papieża (jak to usiłował zrobić jakiś polski parlamentarzysta w tym samym muzeum).

Louis-Léopold Boilly, „A trompe-l’oeil” (fragm.) Luwr (zdjęcie własne)

Koniec końców: a propos sztuki i estetyki trzeba mieć własne zdanie, ale raczej nie narzucać je siłą innym. Bowiem różnice między naszymi gustami są – na szczęście! – nie do uniknięcia. Gdyby nagle wszystkie stały się takie same – wtedy niechybnie nastąpiłby definitywny upadek całej sztuki.

Nota bene cała rzeczywistość istnieje dzięki wzajemnej relacji różniących się elementów. Całkowita zgodność, zerowa entropia, to byłby tylko punkt bez czasu i przestrzeni, czyli absolutna nicość. A coś takiego jest po prostu niemożliwe – czego dowodem jest choćby to, że ja piszę te słowa a Ty je czytasz, czyli – jednym słowem – że istniejemy. Nie wierzę bowiem, że z niczego mogłoby powstać coś, jak również, że coś może się zupełnie unicestwić.

Gusta są różne, dlatego Ty W. lubisz Renoira, ja wolę Degasa, Ty powiesiłbyś na ścianie Pollocka a ja raczej Constable’a a nawet Repina… etc.
Już Demokryt parę tysięcy lat temu zauważył, że to co my nazywamy kolorem, smakiem, ciepłem nie jest w zasadzie żadnego przedmiotu właściwością, tylko sposobem w jaki postrzegają go nasze zmysły, w przeciwieństwie np. do ciężaru czy gęstości, które są już rzeczywistymi tego przedmiotu własnościami. To tłumaczy, dlaczego to samo dzieło sztuki tak różnie postrzegamy: bo nasze zmysły się różnią! Jest to tak oczywiste, że aż szokujące – gdyż wygląda na to, że wszyscy w swoich sporach wartościujących sztukę o tym zapominają. A to jest przecież od wieków zapisane w ludzkiej mądrości: de gustibus non est disputandum! Moje zmysły nie są twoimi zmysłami! Czy trzeba bardziej oczywistego dowodu?
Smak macintosha jest dla kogoś lepszy niż jabłek jonagold. Nie można obiektywnie stwierdzić, które z tych jabłek są smakowo lepsze, gdyż w ocenie takiej zawsze uczestniczy subiektywny zmysł.

Jednak z drugiej strony (ach ten Tewie Mleczarz!), pisząc o sztuce (czy choćby tylko obcując z nią) nie sposób jest wartościowania uniknąć. To jest przecież oczywiste: jedne obrazy (piosenki, książki, filmy… ) uznajemy za lepsze od innych (nawet jeśli chodzi o utwory tych samych autorów).
Zgodzimy się chyba z tym, że Strawiński jest lepszy od Rubika, Maria Callas od Dody, Marlon Brando od Pazury, Rubens od malującego jelenie na rykowisku pana Mietka, Dąbrowska od Mniszkówny, Stephane Grappelli (jeśli chodzi o grę na skrzypcach) od Zbigniewa Wodeckiego… etc.

Są osoby, które – chcąc być lojalne wobec własnych liberalnych zapatrywań – starają się (publicznie) nie wartościować artystów, ale przecież trudno ukryć nieszczerość, jaka spod takiej postawy wyziera. Zwłaszcza, jeśli takie osoby uważają, że o gustach warto dyskutować.
Ale czy jest to możliwe bez wartościowania?

Również uważam, że dyskusja na temat naszych upodobań, gustów, smaków, preferencji może mieć sens, ale jedynie w tym przypadku, jeśli prowadzona jest w dobrej wierze (przede wszystkim: bez wywyższania się i wzajemnej pogardy!); jeśli ma służyć wzbogaceniu naszej wiedzy, rozszerzeniu horyzontów, umożliwiając nam spojrzenie na coś z innej perspektywy; and last but not the least: jeśli służy wzajemnemu porozumieniu, a nie budowaniu niepotrzebnych barier i kreowaniu sztucznych podziałów.
Bardzo ważne są jednak intencje i ton, w jakim ten dyskurs się odbywa.
*

Obrażone uczucia, urażone gusta… czyli starcie w paryskim salonie sztuki. (Obraz znajduje się w Musée d’Orsay, jednakże autor umknął mojej uwadze.) *

O tym jak koresponduje smak z wartościowaniem sztuki – i to na tle przemian historycznych i społecznych – mogłem się przekonać niedawno w paryskim Musée d’Orsay, które wydało mi się zresztą jednym z najbardziej fascynujących miejsc, jakie widziałem w swoim życiu. Nigdzie indziej tak namacalnie wręcz – i obrazowo! – nie spotkałem się z możliwością prześledzenia jednego z najbardziej burzliwych i rewolucyjnych okresów w historii – i to nie tylko sztuki.

Wyobraź sobie Paryż drugiej połowy XIX-go wieku i początku wieku XX-go, kiedy niemalże równolegle istniały (teraz uznajemy, że równoprawne pod względem artystycznym) takie kierunki w sztuce, jak realizm, symbolizm, romantyzm, impresjonizm, akademizm, naturalizm, post-impresjonizm, fowizm, nabizm, kubizm, orientalizm… a wszystkie powiązane z przemianami w świadomości nie tylko społecznej, ale i tej wśród pisarzy, filozofów, architektów, pedagogów – wszelkiej maści liderów tamtej epoki, (przy tym działo się to w czasach, które widziały choćby Wiosnę Ludów, wojnę francusko-pruską, paryską komunę i zaranie I wojny światowej).
W d’Orsay cały ten ferment można prześledzić na podstawie zgromadzonej tam arcy-ciekawej i niezwykle bogatej kolekcji dzieł sztuki, które w owym okresie powstały.

Pozwól, że wspomnę tylko o jednym moim wrażeniu.
Dotyczy ono dwóch słynnych – bardzo odmiennych w stylu, ale przy tym niewątpliwie arcydzielnych – obrazów: „Narodzin Wenus” Cabanela oraz „Olympii” Maneta.
Oba przedstawiają nagie kobiety, ale w jakże odmienny sposób.
Wenus Cabanela to uosobienie wyidealizowanego erotyzmu – kobiece ciało gładkie niczym pupa niemowlęcia i delikatne w kolorze jak najsmaczniejsza brzoskwinka (zignorujmy tu tymczasem owe fruwające nad nią nieszczęsne amorki).
Olympia Maneta to kobieta z krwi i kości, blada na ciele, ale dość przeciętna na twarzy, obdarzona niezłym biustem (choć zbyt dużą głową i nieco przykrótkimi nogami), próżna i znudzona – z czarną wstążeczką na szyi, niczym erotyczny towar czekający na swojego klienta.

Alexandre Cabanel „Narodziny Wenus” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

Eduard Manet, „Olympia” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

W przeciwieństwie do ludzi, którzy w 1863 roku toczyli boje o to, która (malarska) wersja kobiecości jest lepsza (Cabanela sławiono w elitarnych salonach i w Akademii, obdarzano tłustymi apanażami; Maneta zaś z Salonu wyrzucono – poszło oczywiście nie tylko o „Olympię”, ale zwłaszcza o „Śniadanie na trawie”), ja mam dzisiaj ten komfort, że mogę z wielką przyjemnością patrzeć na oba obrazy i na każdym cieszyć oczy czym innym (i wcale się nie przejmować tym, że na pierwszym z nich przeciąga się laska nieziemska, a z drugiego patrzy na mnie prostytutka.)
Wprawdzie nie mogę stwierdzić, jak Łysiak (który w przedmowie do „Malarstwa białego człowieka” napisał, że kiedy widzi przed sobą piękny obraz to mu „staje”), to jednak lubię zarówno szmaragdowo-różową „ładność” i roztkliwiającą seksowność Wenus wymuskanej przez Cabanela, jak i cielesny realizm metresy rzuconej dość bezczelnie na płótno przez Maneta.
Zola, który pisał o obu obrazach, nie mógł sobie na taką wspaniałomyślność pozwolić… i to nie tylko dlatego, że był przyjacielem Maneta. Bowiem wówczas walka na śmierć i życie zaczęła się toczyć nie tylko na polu artystycznym, ale i humanistycznym: chodziło o stosunek do człowieka, który uwzględniał nie tylko jego sublimację, ale i naturalizm – wszystko to powodowało społeczne reperkusje, doprowadziło wkrótce do Komuny Paryskiej, a Marksa skłoniło wcześniej do zajęcia się klasą robotniczą, denuncjacją wyzysku oraz analizą stosunków produkcji.

Tak więc „smak” Maneta, (podobnie jak członków Akademii, tudzież reprezentantów sztuki tradycyjnej, klasycyzującej) determinowany był nie tylko czystą estetyką czy też moralnością, ale i czymś w rodzaju… światopoglądowego partykularyzmu (związanego także z pozycją społeczną i statusem).
Podobnie zresztą z tym „smakiem” bywa do dzisiaj, ale ja przynajmniej staram się temu nie poddawać.
*

Tycjan, „Scena pastoralna” (Luwr, zdjęcie własne)

Eduard Manet, „Śniadanie na trawie” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

Teraz chyba wiem dlaczego wychyliłeś się z tymi klasykami. Wydaje mi się, że utożsamiasz klasykę z pewnym skostnieniem, jakiemu uległ np. klasycyzm, gdzie coraz mniej było miejsca właśnie na ten element nieprzewidywalności, nieokreśloności, (który kojarzysz z chaosem).
Ja za klasyków uważam gości, którzy w jakimś kierunku sztuki osiągnęli największą biegłość – stali się najwybitniejszymi reprezentantami jakiegoś prądu. Tak więc są klasycy renesansu, baroku, romantyzmu… etc.
(Dałby Bóg, żebyśmy mogli sobie na ścianie powiesić obraz któregokolwiek z nich – nawet tych z rokoka – gdyż bylibyśmy wtedy milionerami. Ale to raczej nam nie grozi…)
*

CZĘŚĆ III: MAGIA, GENIUSZ, INDYWIDUALIZM A KOLEKTYWIZM W SZTUCE

*

Zmienność w sztuce.
Czy w sztuce pozostało coś z magii?
W jakim stopniu arcydzieło jest tworem geniusza, a na ile produktem swojego czasu?

Tworzyć – razem czy osobno?

*

Ależ W., ja nie napisałem, że sztuka to magia, tylko że sztuka wyrosła z magii – w czasach prehistorycznych. I że mam czasem wrażenie, że w prawdziwych dziełach sztuki coś z tej magii dotrwało do naszych czasów.
Również uważam, że dzieło sztuki wymyka się jakby tworzącemu go artyście (w jakimś sensie go przerasta), bowiem staje się czymś autonomicznym i uniwersalnym (być może tylko na tej podstawie możemy się zgodzić, że jest to prawdziwe dzieło sztuki; wszystko inne to wspomniany już subiektywizm.)

Piszesz, że rysunki anatomiczne Leonarda nie są odkrywcze… Nie zgadzam się z tym. Oczywiście, że były odkrywcze, ale… dla jego epoki, a nie dla studenta medycyny XX wieku, którym byłeś. Podobnie, nie patrzę z jakimś estetycznym uwielbieniem na jego sztychy inżynierskie – te skądinąd niezmiernie ciekawe, choć dość fantastyczne (czytaj: fantazyjne) rysunki techniczne. Ale już szkice do jego obrazów, zwłaszcza ludzkie postacie czy fizjonomie – to co innego.
Jednakże chyba jeszcze lepszym rysownikiem był Rafael. W jednym z mediolańskich muzeów widziałem jego szkice do fresków, które namalował później w Rzymie (muszę przyznać, że zrobiły na mnie większe wrażenie, niż gotowe malunki, czyli słynne stanze z Muzeum Watykańskiego – być może właśnie dlatego, że były jeszcze nie dokończone i zostawiały więcej miejsca dla wyobraźni, przez co bardziej były otwarte na interpretacje).
Gdybym miał u siebie jakiś rysuneczek Rafaela, to na pewno sprawiałby mi on radość nie tylko z tego powodu, że wart byłby ileś tam milionów dolarów, ale po prostu dlatego, że bardzo by mi się podobał.
Bałbym się jednak wieszać go na ścianie.
*

Pablo Picasso, „Plażowicze”, Musée Picasso, Paryż (zdjęcie własne)

Francis Picabia, „Sphinx”, Musée National d’Art Moderne, Paryż (zdjęcie własne)

W., to Ty deklarujesz się jako zwolennik sztuki współczesnej (ja podchodzę do niej z większym krytycyzmem), chcesz wieszać u siebie jakieś abstrakcje, malujesz coś à la Kandynski, więc nie wymagaj ode mnie abym Ci wskazał coś, co w tej sztuce jest dziś – jak piszesz – „metafizyczne, magiczne i nieosiągalne” (czy zresztą zauważasz tę sprzeczność: coś, co dałoby się osiągnąć, przestałoby być nieosiągalne… oczekiwałbyś więc czegoś, co jest niemożliwe.)

Współczesna sztuka zbytnio mnie nie pasjonuje. (Co nie oznacza, że czasem coś nie zwróci mojej uwagi.  Muszę np. przyznać, że ostatnia wizyta w Muzeum Sztuki Współczesnej w paryskim Centrum Pompidou była dla mnie samego niespodzianką – niby wiedziałem czego się tam spodziewać, a jednak z zainteresowaniem spędziłem w tej galerii prawie pół dnia.)

Ogólnie rzecz biorąc, nie widzę jednak aby powstawały teraz jakieś oszałamiające, znakomite dzieła sztuki.
Może to sprawa braku odpowiedniego dystansu? Może niemożność spojrzenia z perspektywy innej epoki?
Nie wiem.
Natomiast w przeszłości człowiekowi zdarzyło się stworzyć tak wiele wspaniałych rzeczy, że starczy tego dla kontemplacji na całe nasze życie.
I na pewno nie jest to… chark Picassa.
(Przypis: ten – za przeproszeniem – „chark” to należy jednak wyjaśnić. W. wspomniał w swoim liście o Picassie, który zniecierpliwiony bezkrytycznym i merkantylnym traktowaniem jego twórczości, dość sarkastycznie stwierdził, że wystarczyłoby, gdyby napluł na płótno i oprawił to w ramki, a i tak znalazłby się klient, który gotów byłby zapłacić za owo „dzieło” kilkadziesiąt tysięcy dolarów.)
*

Misterne wnętrze gotyckiego arcydzieła: Sainte-Chapelle, Paryż (zdjęcie własne)

Fragment fasady katedry Notre Dame w Paryżu (zdjęcie własne)

Pytasz się o kolektywizm w sztuce.
Wydaje mi się, że my trochę jesteśmy zaślepieni jednak tym indywidualizmem. Skupiamy uwagę na poszczególnych indywiduach bo tak łatwiej jest nam pojąć pierwiastek ludzki w rozwoju sztuki.
Analogicznie zresztą postępujemy z całą naszą historią.
Posłużę się przykładami skrajnymi: Ghandi i Hitler.
To nieprawda, że byli oni jakimiś gigantami ludzkiego geniuszu, którzy samodzielnie wzięli za pysk Historię. Po prostu trafili ze swoimi obsesjami (czy też determinacją) w czas, w którym mogło to zmobilizować tysiące, a nawet miliony ludzi (te ich idee były niejako w ludzkich masach potencjalnie gotowe, czekając tylko na inicjację, uświadomienie, zwerbalizowanie, organizację i wprawienie w ruch.)
Podobnie mówimy: Sokrates, Platon, Arystoteles… ależ to byli kolosalni myśliciele! Ale kiedy się tak im bliżej przyjrzeć, to można dojść do wniosku, że byli to wybitni, znakomici (oczywiście nie pozbawieni pewnego geniuszu) kompilatorzy, którzy wykorzystali do kreślenia swoich poglądów myśli setek innych, poprzedzających ich, ludzi.
Nie było jednego Homera – tylko wielu wierszokletów.
Tak samo jest ze sztuką: pewni artyści w sposób genialny wyrazili dążenia swojej epoki, wykorzystując sztafaż, który już istniał wcześniej dzięki innym twórcom, bardziej lub mniej anonimowym.
Nic nie rodzi się w próżni.
Oczywiście to wszystko nie przeszkadza nam czcić artystyczną wielkość takiego Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Szekspira, Bacha, Mozarta… i innych, bo to byli ludzie obdarzeni niewątpliwie olbrzymim talentem, który można nawet nazwać boskim (gdyż wydaje się pochodzić z głębin przez nas niepojętych i do końca nieuświadomionych).
Prawdą bowiem jest, że to właśnie w mózgu konkretnego człowieka przeskakuje niekiedy ta boża iskra, która może następnie zmienić cały świat. Wtedy rzeczywiście taki człowiek zasługuje na miano geniusza.
I wart jest ludzkiej chwały (lub nienawiści).

Nie bez znaczenia jest również w tym naszym kulcie indywidualizmu jakaś atawistyczna potrzeba herosa – musimy mieć jakiś wzorzec, który ucieleśnia nasze najgłębsze dążenia, osiągnięcia, zachowania, aspiracje… który porządkuje nasz ludzki świat – składamy to na barki konkretnych ludzi.
Wszyscy ci nasi bohaterowie (włączając w to herosów sztuki) są częścią naszej mitologii, pozwalającej nam oswoić otaczający nas świat, znaleźć w nim swoje miejsce, nadać mu pewien sens i kierunek…
W tworzeniu kultury bierze udział wielu ludzi. Kiedy więc patrzymy na jakąś piękną katedrę, to przecież musimy sobie zdawać sprawę, że nie zbudował jej jeden tylko genialny człowiek (choć często przypisuje się to tylko jej architektowi). Ta budowla powstała dzięki wspólnemu wysiłkowi kolektywu – dzięki wielu artystom, z których niejeden nie pozbawiony był geniuszu. Wydaje mi się to oczywiste.
Myślę więc, że kolektywizm w sztuce jest równie ważny jak indywidualizm, tylko my skłonni jesteśmy skupiać uwagę na konkretnym człowieku. (Powody? – patrz to co napisałem powyżej i jeszcze parę innych, o których nie chcę się już jednak rozpisywać.)
Tym co determinuje ilość ludzi biorących udział w powstawaniu dzieła sztuki, jest jego specyfika. Wiadomo, że najlepiej jest malować (czy rzeźbić) samemu, choć przecież znane są przypadki grupowego rzeźbienia (np. Crazy Horse w Dakocie Południowej.), czy malowania (freski, panoramy; wielkie „płótna mistrzów” malowało niekiedy w warsztatach wielu ich uczniów i pomocników…).
Ale już teatr, opera, balet, film… nie sposób jest tego robić bez teamu.
* * *

André Derain, „Arlequin et Pierrot”, L’Orangerie, Paryż (zdjęcie własne)

*

Advertisements

komentarzy 89 to “CZYM JEST SZTUKA?”

  1. czara Says:

    Przeczytałam z ogromną ciekawością! No i te zdjęcia obrazów – dziękuję za szybką wycieczkę po paryskich muzeach;) Co do Pompidou – tam nie kupuje się biletu na wystawę, tylko na całe muzeum więc nie raz złapałam się na tym, że zamiast dwóch godzin, spędzam tam cały dzień! Nie sposób stamtąd wyjść :)

    Co do tematu Waszej dyskusji, w sobotę spotkałam w małej paryskiej galerii staruszka, malarza – który zgodziłby się niewątpliwie z Twoim interlokutorem :) Dla niego cały XX wiek, to sztuka „womitywna’ i marzy on, żeby doczekać „rewolucji”, która przywróci sztuce piękno… Nawet Bosch jest dla niego tylko „reportażystą” ;) Nie mogłam z nim podzielić tej opinii więc podzieliliśmy raczej miłą chwilę na dyskutowaniu (to tak a propos części de gustibus…)
    Pozdrawiam!

    • Logos Amicus Says:

      Zazdroszczę Ci, że możesz teraz kiedy chcesz iść sobie do Luwru, do Pompidou, do Oranżerii, do muzeum Rodina, do d’Orsay… (swoją drogą nadmieniłaś kiedyś o swojej niechęci do d’Orsay – to z powodu prezentowanej tam sztuki czy przewalających się tłumów? ;) )

      Kiedy byłem w Centrum Pompidou, oprócz biletu wstępu do galerii, kupiłem też osobny bilet na wystawę prac Kandynsky’ego, która wówczas (okazjonalnie) się tam odbywała. Niestety, oglądanie głównych (stałych) zbiorów zajęło mi pół dnia i już na Kandynsky’ego czasu nie miałem (bo Centrum zamykano).
      Często, oglądanie obrazów sztuki współczesnej w galeriach zajmuje mi tyle, co przejście z jednego końca sali na drugi, ale tym razem było inaczej – te zbiory mnie pochłonęły, okazało się, że jest tam całe mnóstwo interesujących mnie rzeczy (o czym chciałbym zresztą kiedyś napisać).

      No nie wiem czaro, czy Ty czytasz moje teksty ze zrozumieniem ;) Bowiem to mój „interlokutor” czyli W. jest zwolennikiem sztuki współczesnej, natomiast ja podchodzę do niej z entuzjazmem raczej umiarkowanym – czyli bardziej krytycznie. Dałem zresztą temu wyraz, wspominając o puszkach z kałem Manzoniego, krwi miesięcznej w galeriach, różnych tam „charkach” Picassa… (o tym co wpisuje się właśnie w nurt „womitny”, czy też skatologiczny d’Art Moderne). Ale przecież wiem, że sztuka współczesna to nie tylko to, więc nie mógłbym jej potępić en masse, czyli w tzw. „czambuł”. Ale to temat na inną rozprawę.

      Bosch reportażystą? Ciekawe, ciekawe… Ale wiadomo, że staruszkowie mają różne takie swoje „widzimisię” ;)

      • czara Says:

        Drogi Logosie, teksty „ze zrozumieniem” przestałam czytać, jak tylko odebrałam zestaw dyplomów ;) A poważnie mówiąc przepraszam, faktycznie wszystko pokręciłam! (myślałam, że to dialog;)

        „Mój” staruszek zatem w wielu punktach by się z Tobą zgodził (zapomniałam go spytać o Olimipię!), a co do Boscha, on uważa, ze w tych obrazach nie ma piękna i że mają jedynie wartość dokumentalną. Poza tym mówił tak jak Ty o „dezorientacji i hucpie” w sztuce współczesnej.

        To ja już w ogóle schowam się ze swoimi upodobaniami, bo niektórzy mieli mi za złe, że w centralnym miejscu wieszam dwie reprodukcje portretów wykonanych przez Schielego. Rysunki Leonarda czy Rafaela też bym może powiesiła, gdybym dysponowała nimi, może nawet obok Egona? (mam nadzieję, że nie podpadłam Ci teraz po raz drugi;)

        Niechęć do Orsay? Mogłam coś takiego napisać? Nie, swojego czasu byłam wprawdzie zmęczona tym muzeum, bo każdy z moich odwiedzających chciał tylko tam i tam, nic oprócz impresjonistów! A przecież w innych muzeach jest tyle ciekawych płócien :) Ale po wystawie Moneta to moja dawna impresjonistyczna miłość się tak roztliła na nowo i zaczynam powoli tęsknić za Orsay (nawet mimo tłumów;). Chociaż póki co, jestem znacznie bardziej regularnie w Pompidou, czy w Luwrze, to fakt!
        Kandinskiego wystawę widziałam w zeszłym roku, czy to była ta sama? Ale Kandinskiego jestem zwolenniczką umiarkowaną (a porównanie Apollinaire’a, że on to wszystko zjadł dzisiaj na obiad, jakoś do mnie przemawia), ale mam jeden jego ulubiony obraz:

        https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/kandinsky.jpg?w=780

        Mogę się w niego wpatrywać godzinami.

        • Logos Amicus Says:

          A czy ten obraz nie jest przypadkiem zatytułowany „Suszi na haju”? ;)

          Nie, tym razem, przyznając się do Egona Schiele, nie podpadłaś. Ja jego obrazy lubię od zarania, uważam go za świetnego rysownika, i takiego artystę do szpiku kości, z niesamowicie oryginalnym spojrzeniem na ludzkie ciało (w tym i na samego siebie). To prawda, Schiele nad tym ciałem się znęca, ale to nie szkodzi – bo osiąga przez to niezwykłą moc ekspresji.
          Wprawdzie nie mieści się on w kanonie rysunku klasycznego, ale dla mnie – jeśli chodzi o malarstwo post-akademickie – to jest on już jego klasykiem.

          A Bosch i reportaż? To już większymi „dokumentalistami” byli Breughelowie. Ale Bosch? Coś się chyba dziadziowi pokręciło z tym „reportażystą”.
          Wg mnie Bosch jest malarzem obdarzonym najbardziej niezwykłą wyobraźnią z wszystkich malarzy europejskich (a pewnie i światowych). To jest prawdziwy wulkan fantastycznej imaginacji – a czy kogoś takiego można w ogóle kojarzyć z „reportażem”?

          PS. Ale d’Orsay to nie tylko impresjonizm. Właściwie, to jest on tam w mniejszości.

        • czara Says:

          Ha! To było wyjaśniło moje skłonności do tego dziełka (uwielbiam sushi;)
          A tak poważnie – energia, jaką emanuje ten obraz, ten wir światła i kolorów to dla mnie prawdziwa terapia.
          A w d’Orsay to właśnie impresjoniści cieszą się największym wzięciem ;)
          A tak na marginesie – piątego kwietnia zaczyna się retrospektywa Maneta – „The Man who Invented Modern Art”.

    • Logos Amicus Says:

      „A w d’Orsay to właśnie impresjoniści cieszą się największym wzięciem ;)”

      Dobrze, że nie dosłownie ;)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/monet-dworzec.jpg?w=780

      Claude Monet, „Gare Saint Lazare”, Muzeum d’Orsay (zdjęcie własne)

  2. Geograf Says:

    Gospodarzu,
    co tu kryć – zgadzam się w zasadzie w pełni z wymową tego listu. Od siebie dodam jedynie tyle, że od kontekstu społecznego w odbiorze sztuki uwolnić się nie sposób (zwłaszcza sztuki współczesnej, i zwłaszcza w Polsce). Ergo, gardząc Nieznalską, staję z konieczności w szeregu jej obrońców przeciw inwazji Ciemnogrodzian.
    Sądzę, że żyjąc na Zachodzie, miałbym do wyczynów autorów sztuki krytycznej stosunek – jawnie – krytyczny

    Pozdrawiam!

    • Deus ex Machina Says:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/nieznalska_pasja_pap-stefan-kraszewski-e1300369945499.jpeg?w=780

      Dorota Nieznalska, „Pasja” (fot. S. Kraszewski/PAP)

    • Logos Amicus Says:

      Geografie, nawet patrząc na krzyż z genitaliami Nieznalskiej (tzn. nie chodzi o genitalia samej Nieznalskiej, a o genitalia męskie, które ona zestawiła z krzyżem :)), nie czuję oburzenia, ani też nie pogardzam samą autorką tej instalacji.
      Żałuję jednak, że cała ta afera wzbudziła prawie u wszystkich takie negatywne uczucia, wręcz wrogość… i to zarówno wśród tych, którzy chcieli golić głowę artystki i ją wieszać, jak i wśród tych, którzy (także nie bez histerii) ją bronili, wytaczając największe armaty. To wszystko świadczy o tym, że brak nam umiejętności dyskursu… właśnie na temat tego, czym jest sztuka.

      • Geograf Says:

        Gospodarzu,
        zostawiając na chwilę na boku całą sztukę społecznie zaangażowaną, zastanawiam się, na ile daje się jeszcze w dzisiejszych czasach uprawiać sztukę klasyczną/ klasycyzującą?
        Postmodernizm, o którym wspominasz w liście, tym się od wszelkich go poprzedzających -izmów różni, że nie jest wykluczający, a przeciwnie – skrajnie inkluzywny, obejmując w swym duszącym uścisku zarówno obieranie ziemniaków w warszawskiej Zachęcie, jak i pisanie sonetów wzorowanych na poezji europejskiej sprzed paru wieków. To samo tyczy się zresztą pisania o sztuce. Podejrzewam, że np. ktoś pragnący na poważnie podjąć temat kondycji współczesnej literatury polskiej – ale nie w eseju, a poematem, tak jak to uczynił Miłosz w swoim Traktacie Poetyckim przed 50 laty – zostałby albo wyśmiany, albo oskarżony o eskapizm, albo o kiczowatość, albo – wreszcie – zaszufladkowany jako świadomy własnego warsztatu, ale jednak – postmodernista.

        Innymi słowy, postmodernizm obejmuje w sobie wszystko, włącznie z własną krytyką. Ale tym, co w nim najgorsze, jest chyba całkowite zatracenie hierarchii estetycznych. Nie to jest przecież złe, że Nieznalska to czy owo pokazuje – mnie zwłaszcza, jako osoby niewierzącej, taka instalacja nie oburza, co najwyżej budzi mój niesmak – ale to, że nie można tak naprawdę krytykować tego typu „dzieła” z pozycji estetycznych, nie popadając równocześnie w ideologię. Faktycznie, o współczesnej sztuce nie sposób rozmawiać, bo współczesnym ludziom brak języka do rozmowy o niej…

        Oj, sam się łapię na tym, że cokolwiek bym nie napisał – w postmodernizm popadnę
        Pozdrawiam!

        • Logos Amicus Says:

          Geografie, doskonale to „wyłapałeś”. Postmodernizm jest rozbrajający, choćby również dlatego, że pochłania tego, który go krytykuje.
          Ale ja… „chrzniam” postmodernizm (wyrażając się postmodernistycznym językiem Lindy).
          I to z wielu powodów.
          Jeśli się np. uznaje, że wszystko jest sztuką, to wg mnie jest to równoznaczne z tej sztuki ukatrupieniem.
          Jeśli się głosi, że wszystko wolno, to mamy nie wolność, tylko rozwolnienie, czyli… s… ę.

          Wyznawcy postmodernizmu, (których postawa przypomina zwykle skrajny liberalizm) jak diabeł święconej wody boją się wymówić takie słowa jak np. norma, kanon, reguła, zasada… Bo – wychodząc z założenia, że wszystko jest względne – uważają, że tak „naprawdę” to wszystko w rzeczywistości nie istnieje.
          Lecz ja się z tym nie zgadzam.
          Uważam bowiem, że nie wszystko jest dozwolone; uznaję że należy starać się odróżniać dobro od zła (mimo, że są to nasze twory kulturowe, a nie – jak mniemam – jakieś byty narzucone człowiekowi przez metafizyczne Siły Wyższe); sądzę również, że bez zasad i reguł ani rusz… czyli życie społeczne nie byłoby możliwe (co nie znaczy oczywiście, że ja tych zasad i reguł nie łamię).

      • funnykindofyellow Says:

        Wtrącę się w stary wątek. Moim zdaniem sztuka zakłada absolutną wolność, kto jak ją wykorzystuje to już jego sprawa. Pani Nieznalska dla łatwego rozgłosu, sprawą oczywistą jest, że w Polsce jej praca musiała wywołać skandal, ludzie się pokłócili, a artystka miała swoje 5 minut. Pozdrawiam!

  3. sarna Says:

    Zadawanie pytań na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi, albo wykraczają poza ludzkie możliwości poznawcze, jest współcześnie rodzajem sportu dla wybranych. Tak przynajmniej ostatnio gdzieś wyczytałam i przyznam się nie do końca podzielam to stanowisko.
    Trudno z Tobą dyskutować w temacie jw., bo czasami piszesz tak, że ma się wrażenie, że wszystko zostało powiedziane.

    Twoje pytania są fundamentalne, ale mimo to – bądź niewielu obchodzą (włącznie z odpowiedziami ) w zabieganiu i codziennej walce o byt, bądź są niewygodne, bo burzą dotychczasowy ład, każą nam przewartościować swój dotychczasowy światopogląd, uznane wartości, swój maleńki świat, enklawę bezpieczeństwa, czegoś pewnego i trwałego. Ale są ludzie i Ty do nich należysz, którzy z uporem stawiają przed nami te najtrudniejsze czasami pytania.

    Z naturą maniaka pytasz nas o istotę dobra, zła, piękna, sztuki oraz nasze ich wyobrażenia i rolę w tym Boga, naszej wiary. Czy rozum pomaga, czy przeszkadza w byciu szczęśliwym i gdzie on był gdy mordowano miliony? Wiele, bardzo wiele mądrych postawionych wprost pytań bądź inspiracji do postawienia ich przez nas samych, sobie samym.

    • Logos Amicus Says:

      Wbrew pozorom sztuka wywiera na nas duży wpływ (nawet w tym naszym „zabieganiu i walce o byt”.
      Pytanie o sztukę łączą się też w jakiś sposób z pytaniami o sprawy fundamentalne (jakkolwiek, nie lubię samego określenia „fundamentalny”). Dlatego też sztuka potrafi ludzi sprowokować do zaciekłych sporów. Burzy spokój, prowokuje, ale też sprawia, że możemy żyć pełniej, bardziej świadomie.
      No i oprócz tego, bywa też na swój sposób zabawą ;) która, jak wiemy, też jest człowiekowi potrzebna.

  4. tani Says:

    Bardzo mi się podoba teoria (i praktyka zapewne zarazem) osobistej klasyfikacji i odbioru tego, co za sztukę chciałby uważać każdy z nas.
    Próba klasycznej organizacji… tak, ale i pewien chaos, a właściwie wieczny ruch, coś na kształt równowagi dynamicznej zamkniętej w obrębie jakiegoś dzieła. To trudne, ale możliwe do stworzenia.

    Pytanie (bom gupia w kwestiach średniowiecznego pojmowania sztuki). Co wobec tego było sztuką w średniowieczu, jeśli nie były nią np. malowidła czy rzeźby (dajmy na to o charakterze sakralnym)?

    • Logos Amicus Says:

      Nawet jeśli ktoś w naszych czasach decyduje się na stworzenie jakiejś definicji sztuki, to zawsze będzie ta definicja, jeśli nie osobista, to zawężona do określonego kręgu „wyznawców” jakiegoś „izmu”, czyli względna i subiektywna. I jako taka spotka się ze sprzeciwem tych, którzy patrzą na wszystko z innej perspektywy.

      Ja osobiście nie za bardzo wierzę, że istnieje coś takiego jak „chaos”. Nazywamy chaosem to, czego (jeszcze?) nie możemy pojąć, zrozumieć, ogarnąć.

      Właściwie każdy obraz, rzeźba, fresk… każde dzieło sztuki zamyka w sobie „wieczny ruch, coś na kształt równowagi dynamicznej”: jest to ciągły ruch cząsteczek materii (kwantów energii), które tworzą owo dzieło sztuki.
      W tym sensie, w każdym dziele sztuki „kotłuje się” energia. Ale ona się tam kotłuje także metaforycznie – zawarta tam treść potrafi nas przecież mocno poruszyć, czasem nawet potrząsnąć.

      A jeśli chodzi o pojmowanie sztuki w Średniowieczu?
      Nie jestem historykiem sztuki, ale z tego co wiem, to w tamtym czasie wyróżniano tzw. sztuki wyzwolone, a było ich siedem: geometria, astronomia, arytmetyka, logika, retoryka i muzyka. Malarstwo i rzeźba traktowane były jako rzemiosło, na równi np. z układaniem płytek w baptysterium, czy… garncarstwem.

      Nie zapominajmy też o tym, że kult (sława) artysty zaczął(a) się w Europie kształtować wyraziściej dopiero w dobie Renesansu, i dopiero wtedy malarze i rzeźbiarze dorobili się wysokiego statusu w społeczeństwie… co pociągnęło za sobą wzrost prestiżu (czy też nawet wyodrębnienie) samego malarstwa czy rzeźby, jako sztuk uznanych i niejako autonomicznych.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/rafael.jpg?w=780

      Rafael, „Portret Baldassara Castiglione”, Luwr (zdjęcie własne)

  5. Kartka z podróży Says:

    Logosie, wątek magii mnie zainteresował czyli przekazu czegoś silnego, jasnego, prawdziwego, za sprawą zwyklej percepcji nieosiagalnego. Ta jasność przekazu w sztuce uderza. To jest chyba powodem tego, że sztuka tak silnie związana jest z religią. Trudno czymś poza sztuką religię wyrazić. Właściwie w ludzkim otoczeniu Boga tylko czułem jedynie włócząc się godzinami po średniowiecznych katedrach.
    No i sztuka zaangażowana, która mnie zdecydowanie bardziej przejmuje. Tak więc większe wrażenie robi na mnie „Olympia” Maneta niż to słodkie ciałko Wenus. Jest dla mnie bardziej inspirująca, sklania do snucia historii.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      No właśnie Kartko: nasze zdolności percepcyjne są i będą ograniczone, więc zawsze będzie – gdzieś tam – coś NIEOSIĄGALNEGO.
      I do tego czegoś będziemy próbowali dochodzić za pomocą religii, ale i również sztuki.

      A tak na marginesie… ciekawa kwestia: czy religia może się obejść bez sztuki?
      Bo to, że sztuka może się obyć bez religii jest chyba oczywiste.

      PS. Czyli uważasz, że Manet malując swoją „Olympię” był bardziej zaangażowany, niż Cabanel malując Wenus? ;)

      • Kartka z podróży Says:

        Logosie, religia nie może się obyć bez sztuki. No bo jak inaczej można wyrazić Absolut. Chyba, że przez praktyki wizyjne czy transowe – przez jakieś odmienne stany świadomości. No ale wizje są tez częścią procesu tworzenia. Bardzo to wszystko skomplikowane jest – łącznie z inspirującą artystów religią czy raczej historiami z nią związanymi. W każdym razie w średniowiecznych katedrach Boga czuje się za sprawą artystów.
        Moim zdaniem Manet był bardziej zaangażowany niż Cabanel. Ta uliczna dziewczyna jest pociągająca jak panny szlifujące chodniki w podejrzanych dzielnicach. To nie majak senny tylko konkretna erotyczna propozycja – uchwycona w jej klasowym, jak kiedyś mawiano, wymiarze. Kobieta która ma świadomość swego ciała, żyje z niego i to pozwala jej egzystować. To uczucie bezwstydu i pewnego znużenia czyni ją pociągającą. Kontekst społeczny tej propozycji czyni z Maneta artystę zaangażowanego.

        • Logos Amicus Says:

          Uważasz Kartku, że Absolut można wyrazić za pomocą sztuki? ;)
          Nie wiem.
          Można wszak próbować i te próby budzą często nasz zachwyt, szacunek, zdumienie… jak np. muzyka Bacha, czy wspomniane przez Ciebie katedry.
          Niektórzy z nas mają także wrażenie, że właśnie wtedy do Absolutu się zbliżają.

          Wydaje mi się, że zaangażowanie Maneta jest innego rodzaju, niż Cabanela – bardziej zmysłowe, bliższe ziemi konkretu, prawdziwego życia (czyli bardziej realne); natomiast Cabanel to idealizacja, uduchowienie, egzaltacja, sublimacja (czyli bardziej odrealnione).

          Widzę, że preferujesz ten pierwszy rodzaj „zaangażowania” – i dla Ciebie „zaangażowanie” oznacza zaangażowanie się w jakiejś sprawie (tutaj: klasowej, społecznej). Ja jednak miałem na myśli zaangażowanie w szerszym znaczeniu – jako zaangażowanie emocjonalne, psychiczne, uczuciowe, artystyczne… w sam proces twórczy.

        • Kartka z podróży Says:

          Masz rację Logosie, nieprecyzyjnie się wyraziłem. Można się co najwyżej zbliżyć do Absolutu.
          Myślałem też o tym co czuł Manet malując tę dziewczyne. Bywa tak, że angażujemy się w sprawy co do ktorych jesteśmy krytyczni. Potrafimy na przykład widzieć w kobiecie jej wady czy niedociągnięcia a równoczesnie angażować się w związek z nią właściwie wbrew swej woli. On chyba miał do niej taki stosunek, bo mimo oddania jej tandetności czy walorów ulicznych patrzy na nią bardzo ciepło. Czuję, że jej pragnął i go rozumiem bo takie sytuacje są w życiu. Wiesz, że jest głupia, tandentna, wyrachowana a mimo wszystko jej pragniesz. I robisz z niej na przykład Olimpię choć ona przecież się nigdy Olimpią nie stanie. Chyba taka prawda jest w tym obrazie. Chodzę już trzeci dzień i o nim mysle, klikam, oglądam i wspomnienia do mnie wracają. Więc obraz jest sztuką uniwersalną, bo objawia jakąs prawdę o mężczyznach, ktorzy patrzą oczami Maneta na tę niewiadomo dlaczego pociagającą dziewczynę.
          Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Nie wiedziałem Kartko, że ten obraz tak Ci zaczął „chodzić” po głowie.
      Przyznam, że Twoja interpretacja jest bardzo sugestywna.
      Oczywiście, że i mnie „Olympia” Maneta wydaje się obrazem o niebo (?) ciekawszym, niż „Wenus” Cabanela. Ale w łóżku to chciałbym mieć je obydwie… niekoniecznie naraz :)
      Modelka Maneta jest znana z nazwiska – była nią Victorine Meurent. Może Cię zdziwić, że oprócz metresowania zajmowała się także malowaniem. Zresztą, pojawiła się ona na kilku jego płótnach (m.in. na słynnym „Śniadaniu na trawie”).

      O tym obrazie można by naprawdę sporo napisać – wart jest chyba osobnego wpisu. Dość wspomnieć, że Manet malując swoją „Olympię” wzorował się na słynnej „Wenus z Urbino” Tycjana. Zresztą oba płótna przywodzą też na myśl „Śpiącą Wenus” Giorgione oraz „Maję nagą” Goyi.
      Tak myślę, że jakby tak porównać ze sobą wszystkie te obrazy, to wyszłaby z tego niezła rozprawa (nie tylko o malarskim sposobie podejścia do rozebranej modelki, ale i – par excellence – o tym podejściu męskim do kobiety, jako seksualnej partnerki).

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/titian_venus_of_urbino.jpg?w=780

      Tycjan, „Wenus z Urbino”

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/giorgione_venus.jpg?w=780

      Giorgione, „Śpiąca Wenus”

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/maja-naga-goya.jpg?w=780

      Francisco Goya, „Maja naga”

      • Kartka z podróży Says:

        Dzięki Logosie za informacje. Wiedziałem, że pozowała do „Śniadania na trawie” ale nie wiedziałem, że też malowała. To czyni jej związek z Manetem jeszcze ciekawszym. No własnie, ta niejednoznaczność obrazu jest tak inspirująca do przemyśleń.
        Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Kartko, myślę, że warto przypomnieć jeszcze jeden wielki akt (niestety, nawet mistrz Velazquez nie ustrzegł się przed uraczeniem nas amorkiem ;) ):

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/velazquez-toaleta-wenus.jpg?w=780

      Velazquez, „Toaleta Wenus”

  6. Torlin Says:

    Pojęcie „sztuka” – moim zdaniem – należy rozpatrywać dwojako, albo jest to sprawa kulturowa (obrazy Moneta są sztuką, śpiew Ich Troje nie), albo jest to indywidualna ocena, ważne jest wtedy osobiste odniesienie do dzieła.
    Albo ja mam problemy z przeglądarką, albo Ty nie sformatowałeś obrazów i mam je wszystkie przycięte.

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, a czy „indywidualna ocena”, „osobiste odniesienie do dzieła” nie są (nie mogą być) „sprawą kulturową”? ;)
      Zresztą, sprawa nazewnictwa jest tu chyba drugorzędna.
      (Koniec końców, o tym co jest sztuką, decydują jednak teraz arbitralne decyzje konkretnych ludzi – np. dyrektorów muzeów, galerii, domów aukcyjnych, marszandów… etc.)

      PS. Zdjęcia są sformatowane jak zwykle (może jednak wcześniej nie zauważałeś „obcięcia”?) Wiem, że na niektórych starszych monitorach (przeglądarkach) obcina ok 1/4 – 1/3 całego obrazka – ale to chyba margines).

      • Hoko Says:

        Dziś decydują ci, a ongiś decydowali inni. No bo chyba ktoś musiał decydować, ażeby ludzie wiedzieli, nie? :)

        • Logos Amicus Says:

          No tak, Hoko, ludziska, wiadomo, gupie som, więc ktoś musi im powiedzieć co sztuką jest a co nią nie jest ;)

          Ongiś to jednak było inaczej. Kanony sztuki były dość jasno określone i czytelne (decydował np. warsztat, artystyczna biegłość, zgodność ze wzorami klasycznymi, proporcje, harmonia… etc.) więc jeśli jakiś twórca te wymagania spełniał (ergo: do nich się stosował), to już o tym, czy jego dzieło jest sztuką czy też nie, nie musiał nikt decydować.
          Łatwiej było.
          Dopiero w tzw. nowoczesności wszystko się pokiełbasiło.

          PS. Hoko, nieczęsto tu bywasz, więc może skorzystam z okazji i wygrzebię z mojego luwrowskiego archiwum coś specjalnie dla Ciebie;):

          https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/child.jpg?w=780

          Louis Léopold Boilly, „Gabrielle Arnault”, Luwr (zdjęcie własne)

  7. Geograf Says:

    Gospodarzu,
    dobrze, że przy dyskutowaniu kwestii wyższości p. Callas nad p. Rabczewską nie stosuje się procedur demokratycznych, bo jako zwolennicy tej pierwszej moglibyśmy się mieć z pyszna. Muszę przy tym zaznaczyć, że w kręgach, w których ze względów zawodowych się obracam (bynajmniej nie menelskich, bo zaliczających się do tzw. średniej kadry zarządzającej w przemyśle ciężkim) słuchanie Rubika uchodzi za wyraz kulturalnego wyrafinowania…

    Jeśli natomiast idzie o reakcje publiczności na prowokacje artystyczne, to ja akurat Olbrychskiego nie potępiam. Po pierwsze, bronił swojego dobrego imienia, nie zaś abstrakcyjnych „urażonych wartości religijnych”, po drugie – całą akcję wykonał z takim smakiem, że okazał się być – summa summarum – lepszym prowokatorem i performerem niż artysta który jego zdjęcie wystawił. Żeby ciąć szablą zdjęcia w galerii potrzeba jednak większego wyrafinowania niż przy składaniu oskarżenia w prokuraturze.
    Pozdrawiam!

    • Logos Amicus Says:

      Geografie,
      pewnie to Cię zdziwi, ale Rubika ośmielałbym się przed niektórymi atakami bronić.

      Ja, podobnie jak Ty, Olbrychskiego nie potępiam, ale już – w przeciwieństwie do Ciebie – nie widzę w jego ataku z szablą na te zdjęcia nic wyrafinowanego.
      Odważne to było? Tak. Mądre? Tutaj bym się zastanawiał.

      • Geograf Says:

        Gospodarzu,
        porównując tzw. sztukę współczesną z jej klasyczną imienniczką, dochodzę do wniosku, że zasadnicza różnica między nimi polega na odwróceniu klasycznego związku (czy raczej jego postulatu) pomiędzy wartościami etycznymi i estetycznymi: prawda = piękno.
        Obecne relację tę można zdefiniować właśnie jako odwrócenie klasycznej: prawda = brzydota, względnie piękno = kicz (ergo: fałsz). Trudno więc od współczesnej sztuki (deklaratywnie) prawdziwej oczekiwać doznań estetycznych.

        Przypomina mi się w tym kontekście wypowiedź Kołakowskiego o pewnej bryle architektonicznej w południowym Londynie – tak brzydkiej, że, jak się domyślił, za jej budową musiała stać jakaś ideologia. Istotnie – była to budowla turpistyczna, budowana wg zasady: życie jest brzydkie, więc architektura także powinna być brzydka.
        Pozdrawiam

        • Logos Amicus Says:

          Geografie, świetnie to uchwyciłeś.
          Choć to tylko część prawdy o współczesnej sztuce.
          I dobrze, że zacytowałeś Kołakowskiego. Niektórzy ludzie bowiem czują się niejako „sterroryzowani” przez tzw. znawców, koneserów krytyków czy też zwykłych snobów sztuki współczesnej i najzwyczajniej w świecie boją się wyrażać swój sprzeciw (zdegustowanie, krytykę…) wobec niektórych wytworów sztuki współczesnej. Nie chcą po prostu wyjść na tępych ignorantów, takich co to się na sztuce „nie znają” – zdradzić się z niewrażliwością na nowy rodzaj artyzmu. Ośmiela ich dopiero głos… np. takiego autorytetu, jak prof. Kołakowski.

  8. miziol Says:

    Witaj Amicusie,
    po początkowym zagubieniu, bo dla mnie sztuka na początek kojarzy się ze sztuką mięsa, a dopiero potem z czymś innym, doszedłem jednak do wniosku, że mam jakieś zdanie na poruszony przez Ciebie temat. Trudno mi dyskutować o tym czy ten czy inny „izm” jest bardziej czy mniej sztuką, chociaż te wszystkie dzieła, których używasz jako ilustracji swoich poglądów są mi znane i moja pamięć gdzieś jej tam już kiedyś zarejestrowała.

    Dla mnie prawdziwą sztuką jest jakiś rodzaj działalności artysty, twórcy, który potrafi we mnie wywołać stan podekscytowania w momencie odbioru i chęć jak najdłuższego obcowania z dziełem. Co za tym idzie muszę zaakceptować fakt, że co innego wywołuje ten stan u mnie, a co innego u Ciebie i każdego z nas. Oczywiście pewne dzieła sztuki są w stanie wywołać pozytywne uczucia ogromnej ilości ludzi, a inne tylko ich nielicznej grupki, co nie zmienia faktu, że oba są dziełami sztuki.

    W ogóle odbiór sztuki jest dla czymś raczej intymnym. Tylko w samotności jestem w stanie zagłębić się całkowicie w kontemplacji, nie ważne czy będzie to książka, obraz czy utwór muzyczny. A o sprawach intymnych, np. uczuciach, dyskutuje się bardzo trudno, bo to są sprawy tak skomplikowane i różne jak życie każdego z nas. Chyba, że akurat jesteś jednym z kilkudziesięciu tysięcy słuchaczy koncertu zespołu metalowego, na jakimś stadionie, albo stoisz w kolejce do Luwru. Pozdrawiam.

    • Logos Amicus Says:

      Miziole,
      to ciekawe zagadnienie: na ile intymne jest nasze doświadczenie sztuki w sytuacji, kiedy przeżywamy coś w grupie, czy też nawet w tłumie (kino, teatr, opera, koncert…)
      Wydaje mi się, że również w takim momencie odbiór sztuki zachowuje swoją jednostkowość i subiektywizm – pozostając czymś bardzo osobistym, czasem wręcz intymnym. Choćby tylko z tego względu, że wszystko w końcu i tak przechodzi przez nasze zmysły i umysły.
      A jednak wpływu grupy nie można przecenić – kłania się tu psychologia tłumu, nasze „stadne” odruchy.

      PS. Kiedy byłem młody uwielbiałem rocka (nadal go lubię), i to zwłaszcza tego ciężkiego. Uczestniczyłem w wielu koncertach, ale zawsze miałem poczucie, że muzyka dociera do mnie bezpośrednio… to była ta intymność, często bardzo intensywna (tak zdarzyło mi się odbierać Janis Joplin, Jimiego Hendrixa, Led Zeppelin, Joe Cockera, Pink Floydów, Boba Dylana…) Do dzisiaj doskonale to pamiętam. Zresztą nadal w kącie mojego pokoju stoi Fender Stratocaster, na którym niekiedy pogrywam sobie „razem” z Claptonem, Santaną czy Stevie Ray Vaughanem.

      A kolejek do Luwru udało mi się uniknąć, podobnie tych do Musée d’Orsay. Mimo tłumów, jakie nawiedzają te miejsca, zdołałem jakoś dotrzeć bezboleśnie do moich ulubionych obrazów. Bywało nawet tak, że mogłem z którymś z nich poobcować… będąc samemu w sali, w której wisiał.
      (Te zaś, które wsadzono za szkło omijałem szerokim łukiem, gdyż nie chciałem się denerwować? Właśnie dlatego, że szyba pozbawia mnie intymnego kontaktu z obrazem.)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/luwr-dziedziniec.jpg?w=780

      Przed wejściem do Luwru (zdjęcie własne)

  9. sarna Says:

    Czujesz podobnie jak jak ja, więc trudno mi się z Tobą nie zgodzić. Chociaż :) piszesz „cała rzeczywistość istnieje dzięki wzajemnej relacji różniących się elementów”. Filozofowie twierdzą, że nie istnieje nic takiego jak rzeczywistość. Istnieje tylko umowa społeczna, że coś nazywa się tak, a nie inaczej, że jest tym, na co umówili się ludzie, że jest.

    Czym więc jest sztuka, skoro ludzie nie potrafią się umówić by ją jednoznacznie interpretować? Dlaczego w tej kwestii nie godzą się na umowę społeczną? A może się godzą? Szufladkując ją w stylach, prądach, nurtach i modach?

    • Logos Amicus Says:

      Cała nasza „rzeczywistość” jest właściwie tylko pewnego rodzaju interpretacją rzeczywistości, w której jesteśmy zanurzeni, (a która istnieje niezależnie od nas).
      Czyli tworzeniem naszej własnej rzeczywistości.
      Z kolei każda kultura jest tylko jedną z wersji tej „naszej” rzeczywistości.
      Stąd konfrontacje, spory, starcia i walka.
      Zaprzęgamy do tego naszą wolę, bo tylko ona jest w stanie wpłynąć na tę rzeczywistość (w zanadrzu mając nasze o niej wyobrażenia).

      Wszystko płynie, ale kłopot z nowożytnością polega na tym, że wszystko się w niej teraz rozpłynęło (vide: postmodernizm). Stąd amorfizm naszych czasów… Stąd nasze taplanie się w rozmytej sztuce, niemożność uchwycenia jej istoty.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/fantin-la-tour-fleuers.jpg?w=780

      Henri Fantin-Latour, „Kwiaty”, Luwr (zdjęcie własne)

  10. liritio Says:

    Prawda, że czytałam ten tekst już wcześniej, kiedy link udostępniłeś mi w komentarzu, ale napiszę teraz :) jakoś nie byłam pewna, czy na tamtym blogu jeszcze sprawdzasz ewentualną aktywność.

    Udało Ci się Amicusie w jednym wpisie zawrzeć mądrości mnóstwo, ja wiem, że Ty tak potrafisz często, ale mnie to zadziwia za każdym razem (wcale się nie podlizuję, nie… :)
    Ponadto udało Ci się coś jeszcze cudniejszego, w jednym wpisie umieścić dwa moje absolutnie „ukochane” obrazy – Deraina i Vermeera – a na dodatek wspomnieć o Degasie, kolejnym z panteonu „mojej” sztuki. To zawsze przyjemnie u kogoś zobaczyć to, co samemu się tak ceni.

    „(…)to jednak lubię zarówno szmaragdowo-różową „ładność” i roztkliwiającą seksowność Wenus wymuskanej przez Cabanela, jak i cielesny realizm metresy rzuconej dość bezczelnie na płótno przez Maneta.”

    Spodobał mi się Twój tekst o sztuce bardzo, zdrowy rozsądek przez te słowa się przebija.

    Muszę się przyznać, że o sztuce nie bardzo potrafię mówić – a co dopiero nad postrzeganiem sztuki debatować! Mam upodobania schematyczne, podejrzewam, że w sumie nudne, nietrudno odgadnąć, co pokocham, a czego nie. I z tego mojego kokonika rzadko się wychylam, zdecydowanie większej wiedzy o sztuce nie szukam (też przed nią z krzykiem nie uciekam) – jedyne dlaczego o malarstwie i architekturze cokolwiek mogę powiedzieć, to jeszcze wpływ matki, której niestrudzona ambicja i zboczenie zawodowe torturowało mnie w dzieciństwie oraz wczesnej młodości, wbijając do głowy, na siłę albo mimochodem, chociaż ułamek tego, co sama wie. I nigdy nie zapomnę, jak mając sześć lat stałam przed „Wenus z Urbino” Tycjana, a znajomy mojej matki tłumaczył mi każdy najdrobniejszy element obrazu i jego wymowę – jak ja po czymś takim miałam normalnie dorosnąć? ;) Ta „Wenus…” Tycjana w oczach mi całe życie stoi.

    I jeszcze tylko, dla oczywistego przesłodzenia, dodam, że całkowicie zgadzam się z Twoim spojrzeniem na kwestię dyskusji o gustach, wzbogacanie się, dobra wiara, dokładnie. Żadnego wymuszania swojego nad cudze, żadnych dowodów niższości wyższości. Jedynie powiększanie „bazy danych”, otwieranie nowych możliwości.

    • Logos Amicus Says:

      Cieszę się że masz dobre zdanie o tym co napisałem, ale niepotrzebnie się obawiasz, że uznam to za słodzenie, albo jakieś podlizywanie ;)
      (Doprawdy trudno mi sobie wyobrazić Ciebie w roli słodzącego lizusa :) )

      Pewnie, że lepiej jest sztukę odbierać i przeżywać, niż nad nią debatować. Ale czasem chyba warto – choćby dlatego, by jakoś sobie poukładać, uporządkować nasze o niej mniemanie – aby uświadomić sobie pewne jej aspekty.
      Myślę również, że nasza przygoda ze sztuka ulega także pewnej ewolucji – i że jednak od nas zależy w jaką stronę ta ewolucja będzie przebiegać. A to wymaga właśnie pewnej świadomości, wiedzy – łatwiej nam wtedy dokonywać wyborów (i nie zdajemy się tylko na to, co przed nos podsuną nam inni).

      Mam nadzieję, że „tortury” jakimi poddano Cię w dzieciństwie i we wczesnej młodości, nie zabiły w Tobie zainteresowania sztuką.
      A „Wenus” Tycjana to chyba jednak leży, nie stoi :)

      • liritio Says:

        Ha, ja w roli małego słodziaka to mistrzostwo :) nie, tak naprawdę to nie.

        Akurat nad sztuką przyjemnie debatować, ja np. lubię słuchać (ale w ogóle lubię przysłuchiwać się rozmowom innym, takie zboczenie) dyskusji o sztuce… Jedynie włączam się niechętnie, bo z czym „eee… aniołki mi się podobają” – chociaż akurat aniołki też niespecjalnie :)
        Tortury z dzieciństwa nic nie zabiły, jedynie do Warhola mam wieczny uraz, tym razem moja babcia zaszalała i zabrała swego czasu wnusię na wystawę. Uświerkłam z nudów i do dziś Warhola nie znoszę.
        A Ty Amicusie, żadnych urazów od-sztukowych (słowotwórstwo jest fajne) nie nosisz ze sobą po świecie?

        Co do „Wenus…”, ona może i leży (haha, no roześmiałam się :), ale jakby już się spierać, to może też wisieć…
        Miłego wieczoru :) (hm, dnia w sumie, która to u Ciebie godzina…)

        • Logos Amicus Says:

          Ja także nie przepadam za Warholem, podobnie zresztą jak za całym pop-artem.

          Urazów od-sztukowych to ja chyba nie noszę żadnych, ale jest coś, czego w sztuce współczesnej nie znoszę: nabijania ludzi w butelkę, bezczelne wmawianie im że coś (co chce się opchnąć, a co zbyt często jest zwykłym badziewiem) jest wielką sztuką, dzięki czemu cyniczni marszandzi (czyt. kombinatorzy) pasą i rozbudzają snobizm różnych nadzianych gości, (którzy najczęściej kupują to bynajmniej nie z miłości do sztuki, ale z chęci zysku, traktując to jako lokatę kapitału.)

          Aaaa… jest jeszcze lanie wody – te potoki absurdu, które rozlewają się w pseudo-intelektualnych dyskusjach nad byle pierdnięciem „artysty”; ten bełkotliwy żargon jakim opisuje się często sztukę współczesną (w tym jej bzdurnym wydaniu) jest dla mnie niestrawny…
          Ale i to potrafię znieść, bo przecież nie musi się tego brać na poważnie ;)
          Staram się więc nie zaprzątać sobie tym zbytnio głowy.

          PS. U mnie właśnie minęło południe…

  11. Hoko Says:

    Kici, kici, kici…

    Kanony kanonami – w kanonie mieścić się będzie i Michał Anioł i biedny szewc, który w wolnych chwilach mógł sobie coś tam, mniej lub bardziej udolnie, malować. A i kanony nie brały się z powietrza, bo to zawsze wiązało się z jakąś aprobatą „autorytetów” – w tamtych czasach papieży, biskupów, królów, szlachty etc. Czyli o tym, co jest sztuką, decydował de facto mecenas.

    Więc różnica nie była znowuż tak duża i bardziej leżała w tym, że wówczas sztuka była w zasadzie przeznaczona dla elit i dostępna elitom, potem zas nastąpiło jej umasowienie. Masy stały się mecenasem – bezpośrednim lub pośrednim poprzez wydatki z kasy państwa. A w masie raz, że trudno o sprecyzowane gusta, czyli te kanony, dwa, zaczyna liczyć się ilość, wazne staje się więc masowe zainteresowanie – więc i skandal i afera, bo one temu masowemu zainteresowaniu służą, niezależnie czy dotyczy to czegoś wartościowego, czy nie. W tym sensie sztuka masowa to nie tylko Rubik, ale i Nieznalska.

    • Logos Amicus Says:

      Hoko, nie jestem pewien czy to, co „renesansowy” biedny szewc sobie malował, mieściło się w jakimkolwiek ówczesnym kanonie (prawdopodobnie byłyby to tylko próby umieszczenia tych swoich malunków w kanonie), a już na pewno nie była to twórczość, którą by przygarnęła elita i zaaprobował mecenas czy jakiś inny „autorytet”.
      Poza tym, trudno mi jednak sobie wyobrazić piętnastowiecznego szewca, który oddaje się pacykarstwu, kiedy tu koniec z końcem trudno związać.

      Oczywiście, że nic nie bierze się „z powietrza” (oprócz wiatropylności ;) ) – i że ktoś te kanony musiał ustalić. Ale kiedy były one już ustalone, to jednak obowiązywały – w przeciwieństwie do czasów nam współczesnych, kiedy to „artyści” z jakichkolwiek kanonów nic sobie nie robią, także i z tej przyczyny, że ich de facto nie ma (a jeśli nawet są – to co to są za kanony, które każdy może sobie zmieniać i ustalać według swego widzimisię? To przecież tak, jakby ich nie było.)

      PS. Jeśli Nieznalską uznamy za sztukę masową, to w takim razie sztuką masową jest wszystko to, co jest dostępne masom (albo, innymi słowy: wszystko, co wystawia się na sprzedaż, albo to, co jest sponsorowane przez państwo). Kłopot z tym jest jednak taki, że wówczas za „sztukę masową” będziemy także musieli uznać nie tylko Dodę, ale i Pendereckiego – tudzież to, co będzie absolutnie niszowe.
      Coś mi więc tu zgrzyta.

      • Hoko Says:

        Sztuka Pendereckiego ostoi się bez udziału mas, sztuka Nieznalskiej już nie. Żeby stworzyć to, co tworzy Penderecki, trzeba wiedzy, sprawności warsztatowej, talentu, a na dodatek rzecz jest hermetyczna i tak naprawdę w percepcji dostępna nielicznym. Więc to jest sztuka dla elit, to jest sztuka niszowa. Sztuka Nieznalskiej może zaistnieć tylko jako efekt skandalu, do jej wytworzenia niepotrzebne są jakiekolwiek zdolności, za to niezbędny jest udział masowych środków nagłaśniających. Po prostu pojęcie sztuki tak się zdezawuowało, że da się pod to podciągnąć niemal wszystko, bez żadnego rozróżnienia. Ale chyba w społeczeństwie masowym tak być musi.

        • Logos Amicus Says:

          „Po prostu pojęcie sztuki tak się zdezawuowało, że da się pod to podciągnąć niemal wszystko, bez żadnego rozróżnienia.”

          Tak jest.
          Mogę tylko powtórzyć, że za sztukę może być teraz wzięte wszystko, bo jest to arbitralnym wyborem (patrz: widzimisię) pewnych ludzi (a to stało się możliwe po tym, jak przestały obowiązywać w sztuce jasno określone kanony – i nastała tzw. artystyczna wolność, którzy pojmują jednak jako dowolność).
          Ale jednak nawet w tej brei można nadal dokonywać rozróżnień (bo trudno nie widzieć różnic – używając Twojego przykładu – między Nieznalską a Pendereckim).

          Swoja drogą, ja w dalszym ciągu mam wielkie poważanie dla tzw. warsztatu, mistrzowskiej biegłości, talentu, ekskluzywności…
          Wg mnie, tylko jakiś pomysł (by np. zaszokować czy oburzyć publikę), to za mało, by uznać coś za sztukę.
          Z tego np. względu zawsze z rezerwą podchodziłem do tzw. sztuki konceptualnej (w tym pop-art z przyległościami), różnych takich happeningów i performance (większość z nich wg mnie jest niewiele warta, przypomina bardziej wygłup niż sztukę). Ale to też szeroki temat.

  12. Deus ex Machina Says:

    A oto alternatywne podejście do sztuki autorstwa HOKO:

    „(…) Lecz skąd one, te majty w grochy jako sztuka? Ano to, nim dojdziemy, dokąd ta nasza sztuka zmierza, panie ministrze sprawiedliwości, najpierw może, skąd to i od kiedy w tę stronę. Pewno już wtedy, gdy przestała być służką, w renesansie albo jeszcze wcześniej, kiedy zaczęła być samą dla siebie, strząsnąwszy tamte absoluty, zawołała „otom ja, absolut”, czyli piękno, czyli hipostaza; wtedy postawił się ten jej pierwszy krok do dalszości, krok w rozkroku szerokim dość, bo pierwociny wyrosły już u starożytnych.

    I sztuka tak wyzwolona i oderwana jęła szukać tego swojego absolutu, z małymi wszakże przerwami, jako że po drodze nieraz ją jakaś ideologia udupiała i brała znowu na służkę; lecz nawet jeśli zdarzało się, że sztuka na tych usługach tworzyła rzeczy gówno warte, to przecież nie gówno sui generis, jak to czasem bywa obecnie. Więc gdy wonczas ruszyła do tego absolutu, już własnego i immanentnego – którym jest, rzecz jasna, jakiś wyimaginowany atraktor, jako że w przyrodzie, jak i w nieprzyrodzie nic nie ginie, co na swój sposób jest równoważne z którąś tam zasadą termodynamiki, gdzie atraktor zwie się nieuporządkowaniem – więc wtedy już było po rybkach. (…)”

    CZYTAJ DALEJ…

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/kotek-z-luwru.jpg?w=780

    Kotek z Luwru (Jean Baptiste Simeon Chardin, „Wnętrze kuchni”, fragm., zdjęcie własne)

  13. sarna Says:

    Amicusie, o odbiorze sztuki nie decydują tylko nasze zmysły. To jak postrzegamy zależy w dużej mierze od naszej osobowości, a ta jak wiesz nie jest nam dana, a kształtuje się przez całe nasze życie. Czerpiemy wzorce „zapatrzeni emocjonalnie” w tzw. znaczących innych. Większość ludzi nieświadomie i dobrowolnie przyjmuje sposób widzenia świata „innych” jako własny. To nie musi oznaczać lenistwa umysłowego czy braku wrażliwości. Są przekonani, że właśnie tak widzą i czują, bo nauczono ich takiej wrażliwości, takich wzorców. Dużą rolę odgrywa tu otoczenie które w procesie socjalizacji czyli w toku procesu uczenia się, dzięki któremu człowiek, jako istota biologiczna, staje się istotą społeczną, blokuje bądź buduje jednostkę.

    Paradoks polega na tym, że sami nie potrafimy znaleźć złotego środka między czuciem i wiarą, a mędrca szkiełkiem i okiem. Pytanie czy to źle? Myślę, że o ile nas to nie uwiera, nie czujemy dyskomfortu, nie jesteśmy z tego powodu nieszczęśliwi, to problemu nie ma. Owszem, być ciekawym świata, uczyć się i rozwijać należy ustawicznie, ale dla siebie, nie dla innych. A uleganie presji opinii innych bo taka moda i towarzyskie wymogi to głupota.

    Ci, co z pogardą wynoszą się nad innych, sadząc, że pozjadali wszelkie rozumy i wszystko wiedzą lepiej, powinni czasami przejść się na cmentarz i przeczytać napisy na nagrobkach, bo tam wg tych napisów tylko tacy leżą. Mądrzy i zasłużeni dla tej ziemi (dosłownie, bo ją użyźniają:) A jeżeli nadal sadzą, że są kimś innym niż cała reszta to niech opatentują na swój wyłączny użytek własną metodę załatwiania fizjologii, bo póki co stawia ich ona w jednym szeregu z całą resztą.
    No może, co poniektórzy jak np. Manzoni, potrafią to lepiej spieniężyć :)
    pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Słuszna uwaga, Sarno.
      Może w moim liście nie jest to podkreślone, ale przy innych okazjach często o tym wspominałem: o naszych gustach decydują nie tylko nasze zmysły, ale i umysł (a tam przecież lęgnie się nasza osobowość, charakter).
      Dlatego jednak dyskusja o gustach ma sens (bo dotyczy nie tylko naszych zmysłów – te są bowiem niezmienne; ale i umysłu – gdyż ten już podlega zmianom i można nań wpływać kształtować go…)

      Konformizm i mimikra to jedne z najpotężniejszych sił, jakie konstytuują całe społeczeństwa a nawet kultury.
      Być może właśnie dlatego tak strasznie mało jest ludzi, którzy potrafią myśleć samodzielnie!

  14. Deus ex Machina Says:

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/manzoni-shit.jpg?w=780

    Piero Manzoni „Merda d’artista”, Tate Gallery, Londyn
    Nota: w maju 2008 roku jedną z 90 puszek „wyprodukowanych” w 1961 r. przez Manzoniego – — zawierających ekskrementy artysty – sprzedano na aukcji Sotheby za 125 tys. Euro.

    * * *

    SWEGO CZASU NA TEMAT SZTUKI ORAZ TREŚCI POWYŻSZEGO LISTU WYMIENILIŚMY OPINIE Z SALINĄ. MYŚLĘ, ŻE ROZMOWA TA WARTA JEST TU PRZYPOMNIENIA:
    (Zapis pochodzi z czerwca 2009 roku)

    CZ. I

    SALINA: Można by powiedzieć Amicusie, że sam siebie złożyłeś jako ofiarę skomplikowanych ustaleń co jest sztuką :)
    Powiedziałeś „sztuką jest to co mnie porusza”, by chwilę później oburzyć się gwałtownie na próby nazwania sztuką tego, co poruszyło Cię chyba najbardziej ;)
    Może trudności wynikają stąd, że zbyt wiele chcemy upchnąć w ten termin? Dekoracje i wszelkie zdobnictwo, fotograficzne odzwierciedlanie przyrody, funkcje informacyjne i reklamowe, przesłania moralne, etyczne, społeczne, patriotyczne, religijne; użyteczność i „sztukę dla sztuki”, symbolikę, ukryte przekazy i mówienie „otwartym tekstem”, zasady estetyki i sprzeciw wobec nich, sacrum i profanum… przecież to nie wszystko jeszcze.
    Jak to zebrać w jedną spójną całość?

    Masz poniekąd rację z tym „poruszaniem” – co do jednego wszyscy chyba musimy się zgodzić: nie można nazwać dziełem sztuki czegoś, co jest nam obojętne, nie zwraca naszej uwagi, co nie jest ekspresyjne. Tylko nie może to być jedynym kryterium!!
    Ty też zwróciłeś na to uwagę, ze zrozumiałym oburzeniem.
    Wielu współczesnych artystów (???) chcąc zwrócić na siebie uwagę, po prostu koncentruje się na obmyślaniu sposobu szokowania. Już nie bardzo jest czym, wszystko już było. Jeszcze jako tako można zaistnieć w mediach obrażając uczucia religijne, ale niedługo i to pewnie się opatrzy i spowszednieje.

    LOGOS AMICUS: Salino, ależ ja naprawdę, jeśli chodzi o odbiór sztuki – nawet tej, którą nazwać można prowokacyjną – nigdy się nie oburzam, a już zwłaszcza „gwałtownie”. Skąd to podejrzenie?
    Może więc jeszcze raz powtórzę to, co na ten temat napisałem:
    „to poruszenie jest dla mnie czymś negatywnym (obrzydzeniem np.), czasem jakąś konstatacją pustki, pomieszania, manipulacji, nieszczerości, pozerstwa…(…) I właśnie dlatego odmawiam zgody na taką sztukę – ja przynajmniej nie chcę mieć z nią nic do czynienia.”

    Jednym słowem, poruszenia (nawet tego intensywnego) nie można mylić z oburzeniem. Oburzenie jest zwykle związane z naszym poczuciem moralności, a ja żadną miarą nie chcę się ustawiać wobec sztuki w roli moralizatora. Zupełnie mi z tym nie do twarzy :)
    Mój odbiór sztuki bardziej jest natury estetycznej, niż moralnej.

    Tak naprawdę, w tym tekście nie usiłuję w żadnym wypadku tworzyć jakiejś wiążącej kogokolwiek definicji sztuki, gdyż uważam, iż właśnie ze względu na rozmycie się wszystkiego i pomieszanie totalne we współczesnym nam świecie, jest to wręcz niemożliwe.
    Przyznaję również, iż dziełem sztuki można nazwać również to, co mnie nie porusza, czyli wobec czego pozostaję obojętnym. Jednakże taka sztuka mnie nie obchodzi… co nie znaczy, że nie mogę wyrazić na jej temat swojej opinii.

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/duchamp.jpg?w=780

    Marcel Duchamp, „Fontanna”, Muzeum Sztuki Współczesnej, Paryż (zdjęcie własne)

    SALINA: Amicusie, najwyraźniej własne odczucia przypisałam Tobie, stąd nieporozumienie. Mnie jednak oburzają „merda” i inne „wiekopomne” dzieła Manzoniego a jeszcze bardziej ich popularność sowicie wynagradzana :(
    Poszukałam informacji o nim z Twojego powodu, wcześniej to nazwisko nic mi nie mówiło. Podobno jego idolem był Marcel Duchamp (powszechnie znany z dorobienia brody i wąsów Monie Lizie, ze wspomnianej przez Ciebie „Fontanny”, koła rowerowego na blacie taboretu, suszarki na butelki i „Panny młodej rozbieranej przez swych kawalerów”).
    Jednak „wariactwa” Duchampa miały jakieś sensowne uzasadnienie: jak cały ruch „Dada” były antysztuką, protestem przeciwko cywilizacji, kulturze, sztuce – w efekcie na nic się nie przydających, bo i tak zrodziła się straszliwa I wojna światowa. Miały też urok nowości, świeżości, dowcipu i nie były pozbawione pewnego wdzięku. Natomiast trywialnego, prostackiego szokowania Manzoniego niczym (wg mnie przynajmniej) nie da się uzasadnić ani usprawiedliwić, ani tym bardziej uznać za działalność artystyczną :(

    LOGOS AMICUS: Salino, bardzo podoba mi się to, co napisałaś.

    Kiedy w czasach Duchampa pojawiały się te wszystkie ruchy artystyczne i prądy w sztuce – miały one w sobie świeżość, spontaniczność; nie pozbawione były autentyczności. Dopiero po II Wojnie Światowej zaczęły się nagminnie te wszystkie kombinacje i szachrajstwa – żerowanie na ludzkiej głupocie, braku dobrego smaku i pazerności.

    Warto pamiętać np. jaki był zamysł i cel Duchampa: kiedy przyniósł on swój pisuar na wystawę sztuki (wówczas: 1917 r.) nowoczesnej, to bynajmniej nie dlatego, że chciał zakpić z gustów publiczności, która przełknie wszystko, ale po to, by wypróbować słowność samych organizatorów tamtej wystawy, którzy deklarowali absolutną tolerancję wobec twórczości innych artystów. Jego nie tolerowali – kibel wyrzucono.
    Zresztą, ten, który jest w paryskim Centrum Pompidou, nie jest wcale (gotowym) sraczem, który wywlókł skądś Duchamp (tamten już dawno gdzieś przepadł), a pisuarem z początku lat 60-tych, specjalnie wykonanym na jedną z włoskich wystaw sztuki współczesnej.
    No i dopiero wtedy zaczęło się przypisywanie mu wielkich teorii przez genialnych i super-inteligentnych krytyków.
    (Samego Duchampa skądinąd cenię… z kilku powodów, ale nie ma tu niestety miejsca na moje uzasadnienia.)

    Napiszę wprost, co mi się głównie w dzisiejszym świecie sztuki nie podoba: robienie ludziom wody z mózgu, rynkowe wyrachowanie, kupczenie gniotami sztucznie wylansowanymi przez handlarzy sztuki i przekupionych „krytyków”… itp.
    To są niektóre z powodów, dla których we współczesnych galeriach i muzeach znajduje się taka ogromna ilość „szajsu”!
    Mnie po prostu szkoda tego publicznego miejsca, jakie to wszystko zajmuje. Zwykle, kiedy jestem w jakimś muzeum, gdzie znajduje się sztuka współczesna, to nie mam (w salach na nią przeznaczonych) co oglądać.
    Skądinąd wiem, jak wielu prawdziwych artystów się marnuje… lecz nikt o nich nie słyszał, nikt nie ogląda – bo nie pasują do współczesnej machiny, układów, snobizmów i koterii, bo nikt nie powiedział publice, że są coś warci, bo nie potrafili się „sprzedać”… etc.

    CZ. II

    SALINA: Można dyskutować o gustach, czy nie? I czy uzasadnione są prowokacje w sztuce?
    Najtrudniej odpowiadać na proste pytania.
    Wydaje mi się, że o to przede wszystkim pytasz Amicusie.
    Tylko żeby pokusić się o sensowną w miarę odpowiedź, potrzebny jest namysł i jakie takie rozeznanie, same zmysły ani pobieżny rzut oka na reprodukcje i tekst, nie wystarczą.
    Najkrócej – wbrew powszechnej opinii, że o gustach się nie dyskutuje, można to robić i powiedziałabym, że nawet należy, ale tak jak powiedziałeś, bez pogardy.

    Ale – w sumie – i prowokacji „w czambuł” potępiać nie sposób. W końcu pierwsze akty też wywoływały niesłychane emocje. „Śniadanie na trawie” dla współczesnych było skandalem, przecież nie przez nagość kobiet „w ogóle” (u Tycjana i klasyków były i wtedy podziwiane) ale przez realizm, na dodatek inspirowany obrazami mistrzów renesansu, co uznane zostało za profanację sztuki. Podobnie miała się rzecz z „Olimpią” – echem „Wenus z Urbino” Tycjana.

    Nawiasem mówiąc, tym razem zachwyciłam się męskim (Twoim) spojrzeniem porównującym te dwa kobiece akty. Mimo, że typowo „konsumpcyjne” (co nie dziwi) natychmiast i bezbłędnie wychwyciło zasadnicze różnice w ujęciu tematu.
    Świetny temat do rozważań, Amicusie :)

    LOGOS AMICUS: Salino, na szczęście patrzenie na obraz (zwłaszcza ten przedstawiający nagą kobietę) niekoniecznie musi być „konsumpcyjne”, ale i… kontemplacyjne :)
    Tutaj otwiera się zresztą nowy temat do przemyśleń: w jaki sposób pożądanie (seksualne) jest powiązane u nas z poczuciem estetyki?
    (Ale to lepiej jest robić po wyjściu z łóżka kobiety. Hm… A może jednak przed?)
    W każdym razie samo dumanie nad tym (bez praktyki), może być niezdrowe ;)

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/anatomical-studies-leonardo-da-vinci.jpg?w=780

    Rysunkowe studia anatomiczne Leonarda da Vinci

    CZ III

    SALINA: Odważne stwierdzenie Amicusie, że nie było jednego Homera ale wielu wierszokletów…
    Też uważam, że w taki czy inny sposób, rzeczywiście każdy twórca był dzieckiem swojej epoki. Nawet jeśli wyskakiwał przed szereg, był niezrozumiany jeszcze wiele lat po swojej śmierci, albo w ogóle nigdy szerzej nie zauważony. Przede wszystkim przez to, że swoją wiedzę opierał na źródłach dostępnych w latach swego życia. Nie można jednak nie docenić ich wkładu w rozwój sztuki, nauki i ogólny postęp cywilizacyjny. A tu już bez pierwiastka geniuszu nie obejdzie się.
    Rysunki anatomiczne i techniczne Leonarda da Vinci świadczą o jego rozlicznych zainteresowaniach i naukowej wręcz dociekliwości. To były notatki w „brudnopisie” z jego obserwacji i przemyśleń. Że je podziwiamy do dziś ze względów artystycznych, to tylko dlatego, że rysował automatycznie bezbłędnie, nie myśląc o tym :) Nawet malując obrazy (zamówione), też rozwiązywał jakieś problemy – zdarzało się, że gdy już znał odpowiedź, porzucał obraz i nigdy nie kończył, jak było np ze „Świętą Anną Samotrzeć” (jeśli nie pomyliłam tytułu).

    Rozwój fotografii zwolnił malarzy z obowiązku utrwalania, wiernego przedstawiania rzeczywistości. Mogli zacząć myśleć o obrazach jako o „płaszczyźnie pokrytej farbami” po prostu.
    Mogli pozwolić sobie na rozpatrywanie spojrzenia na figury z kilku punktów widzenia równocześnie, tak jak się patrzy przez okno pojazdu pędzącego wzdłuż chodników pełnych ludzi (kubiści), przedstawiać przestrzeń tylko za pomocą kolorów, pomijając perspektywę zbieżną (m.in. abstrakcjoniści), wyrażać negatywne uczucia (ekspresjoniści), „dokumentować” odkrycia fizyki optycznej (impresjonizm, OP-ART) itp. itd.
    Ich trud z reguły nie jest doceniany ;) Moim zdaniem z braku dialogu z odbiorcami i potencjalnymi odbiorcami. O edukację plastyczną nikt nie dba. O akademiach artystycznych nie mówię, ale na poziomie podstawowym i średnim nie ma jej prawie wcale! Co roku zmieniany program i koncepcje tzw „wiedzy o sztuce”, traktowany przez wszystkich jako „michałek”, nie zmienią sytuacji.

    LOGOS AMICUS: Salino, nie wiem czy nazwanie poetów homeryckich „wierszokletami” było odważne. Wydaje mi się, że mogłaś je odebrałaś raczej jako lekceważące. Być może rzeczywiście wyraziłem się niezręcznie, gdyż naturalnie – tak naprawdę – chylę czoła przed twórcami „Iliady” i „Odysei”. To byli przecież artyści poezji par excellence. Kultura śródziemnomorska dużo by bez nich straciła.

    Ciekawe poczyniłaś uwagi odnoszące się do historii sztuki.
    Aby się nie rozpisywać, ograniczę się tylko do jednej: odtwarzanie przez artystów (malarzy) tzw. rzeczywistości.
    Otóż oni właściwie nigdy nie odtwarzali tej rzeczywistości (choć czasem naśladowali naturę), gdyż jest to po prostu niemożliwe.
    Naprawdę wiernym odtworzeniem rzeczywistości byłoby skopiowanie jej atom po atomie. A to jest science-fiction.
    Nawet jeśli widzimy na obrazie coś , co wydaje się nam łudząco podobne do jakiegoś obiektu w rzeczywistości, to jest to właśnie – tylko i wyłącznie – złudzenie: naprawdę genialni malarze byli przede wszystkim mistrzami iluzji (jaką tworzyli za pomocą pędzla na swoich obrazach).

    Ważny jest również ten wątek, który poruszyłaś na końcu: lekceważenie w naszym systemie edukacji kształcenia plastycznego i wiedzy o sztuce.
    Ma to swoje konsekwencje, m.in. i w tym, że ludzie nie tylko nie „rozumieją” sztuki, ale i nie umieją na nią patrzeć, o samej dyskusji na jej temat nie wspominając (stąd m. in. brak porozumienia między twórcami współczesnymi a ich ewentualnymi odbiorcami).

    Ludzie nie zdają sobie jednak sprawy, jakie to jest (edukacja plastyczna, wychowanie przez sztukę) ważne w naszym życiu i istotne. Przecież każdy z nas urządza sobie mieszkanie, wybiera samochód, ubiera się; otoczony jest architekturą, styka się ze sztuką serwowaną zewsząd: od reklam począwszy na wszelkiej maści dekoracjach skończywszy. Oprócz tego korzystamy z telewizji, kina teatru, tłumnie odwiedzamy muzea…
    Jeśli nie jesteśmy świadomi tego, czym jest sztuka, jak ona oddziaływuje, to (bezwiednie) pozwalamy wpływać na siebie lub decydować o sobie innym (albo wręcz poddajemy się czyjejś manipulacji).

  15. miziol Says:

    Wygląda na to, ze dyskusja toczy się tutaj głównie wokół sztuk wizualnych, co jest pokłosiem twojej wizyty w Paryżu, ale sztuka to przecież dużo więcej niż malarstwo. Wydaje mi się, że sztuka współczesna dotarła do pewnych granic – wszystko zostało już napisane, zagrane i namalowane. Materia wyczerpała się i każdy następny twórca jest skazany na kopiowanie czegoś, co już było. Pozostały jeszcze jakieś nieeksplorowane szeroko pomysły, przeważnie nieakceptowane społecznie, które wywołują silne emocje. Tylko, że to już nie jest sztuka tylko socjologiczna manipulacja. Teraz musi się wydarzyć jakaś rewolucja jakościowa, żeby znowu sztuka nas czymś zaskoczyła i zafascynowała. Myślę, że będziemy świadkami wykorzystania jakichś nowych technologii, które zmienią nasze gusty i w ogóle sposób odbioru sztuki, tak, jak np. gitara elektryczna. Być może będą to obrazy z pary wodnej, wielkości połowy horyzontu, zawieszone nad naszymi głowami i trwające tylko krótką chwilę…
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Pisząc ten list nie miałem tylko na myśli malarstwa, choć jest tu o nim sporo, bo to dla mnie wdzięczny temat, no i taki… obrazowy :)

      Słyszy się często, że jakieś tam rodzaje sztuk przeżywają kryzys, że się wyczerpały (a tak mówiono przecież i o literaturze, i o kinie, także o teatrze, operze, plastyce…całej kulturze wreszcie), ale moim zdaniem to nie sztuka (czy też kultura) przeżywa kryzys – kryzys przeżywać mogą tylko ludzie.

      Zresztą, te wszystkie czarne wieszczenia w większości okazały się tylko kasandryczną przesadą.
      To prawda, w sztukach plastycznych panuje pewien zamęt, amorfizm i bezhołowie, ale film, literatura, teatr, muzyka… mają się raczej dobrze.

      Mnie też zastanawiało to, co też jeszcze mogą wymyślić artyści, by nas zadziwić, czy też choćby tylko zainteresować. I przyznam, że Twoja wizja tego wielkiego spektaklu na niebie jest całkiem kusząca :)

  16. Deus ex Machina Says:

    POZWOLĘ SOBIE JESZCZE PRZYTOCZYĆ OPINIĘ MAGA-MARY, (która skomentowała mój tekst, kiedy pojawił się on po raz pierwszy na moim poprzednim blogu, w czerwcu 2009 roku):
    ___________________________________________________________________________________________

    MAGA-MARA: A propos magii – pewnie najwięcej jest jej jednak w samym akcie tworzenia niż w przekazie czy też rezultacie procesu twórczego.

    Sztuka współczesna mnie interesuje. Jest jednak trudna w ocenie, bo rządzi się zupełnie innymi prawami niż sztuki wieków poprzednich, które w przeważającej większości były sztukami reprezentacyjnymi. Współczesne obrazy są często minimalistyczne, abstrakcyjne, introwertyczne. Mnie to nie przeszkadza. Najważniejsze wydaje mi się w podejściu do współczesnego malarstwa to, by nie oglądać obrazów w izolacji, ale w większej całości. Kilka lat temu, kiedy pierwszy raz wybrałam się do Tate Modern w Londynie, to zrozumiałam wrażliwość współczesnych artystów, ich potrzebę poruszania się na manowcach abstrakcji. To było bardzo inspirujące doświadczenie.

    LOGOS AMICUS: Zgadzam się, magia jest w samym rytuale (procesie) tworzenia, ale zawsze ma jakiś cel. Ten cel jest nieodłącznie związany z ukończonym już dziełem, które ma oddziaływać na odbiorcę.
    Prawdziwe dzieło sztuki pozwala zadziałać tej magii właśnie na tym styku: dzieło – odbiorca.
    A co jest ową „magią”?
    Coś, czego nie możemy określić, pojąć, nazwać, zakodować…

    MAGA-MARA: Logosie, bardzo trafnie podsumowałeś stosunek Picassa do przeszłości. Rzeczywiście w jego podejściu do sztuki wszystko jest kontynuacją, nie sposób się odciąć od przeszłości, nawet podążając w nowe zakamarki, np. kubizmu.

    Dodatkowo, w moim przekonaniu Picasso wręcz obsesyjnie wracał do prac mistrzów. Czym były jego wersje znanych obrazów Maneta czy Velazqueza? Czy twórczą prowokacją, przedstawieniem obsesji, ironiczną grą?

    Jakiś czas temu była w Londynie wystawa dotycząca dokładnie tej kwestii. Napisałam o tym krótka notkę, która może Cię zainteresować:

    http://magamara.blox.pl/2009/03/Picasso.html

    Serdecznie pozdrawiam

    https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/03/pablo-picassoc59bniadanie-na-trawie.jpg?w=780

    Pablo Picasso, „Śniadanie na trawie” (według Maneta)

  17. sarna Says:

    Moja ułomność, która czasami mi dokucza, to niezrozumienie sztuki współczesnej. Nie chcę jej odrzucać w czambuł tylko dlatego, że nie pociąga mnie jej estetyczna strona tj. z reguły prymitywne, kanciaste środki wyrazu, które sprawiają, że dzieło wygląda jak „próba nauki”, nieporadne dziecięce wprawki. Już wielokrotnie przekonałam się jak błędny to jest sąd. Czasami przetłumaczenie przez kogoś z boku, z pozoru nic nie mówiącego bohomaza sprawia, że dostajemy olśnienia. Raptem zachwyca nas prostota, która odczytaliśmy jako prymitywizm, jesteśmy zdumieni,”genialnym” sposobem postrzegania i interpretowania rzeczywistości przez autora. Mimo różnych głosów (zresztą rozsądnych) o tym, że nie wystarczy poczuć zmysłami – trzeba jeszcze mieć odpowiednią, teoretyczna wiedzę – jestem z tych, do których sztuka musi przemówić sama poprzez moje zmysły. W przeciwnym przypadku trudno mi się nią zainteresować.

    Myślę, że problem zrozumienia sztuki współczesnej przez laika polega na jej niejednoznaczności. Czasami można się zdrowo ubawić słuchając interpretacji tego samego dzieła przez różnych ludzi.Ilu ludzi, tyle wersji. Każdy dostrzega coś innego. Czasami taka konfrontacja spostrzeżeń budzi gromki śmiech. Ale najlepsze w tym jest to, że tak naprawdę każdy z patrzących ma rację, bo tak można to zobaczyć i zinterpretować.

    Można przyjąć interpretację autora (np.”Plażowicze” Picassa), ale i nie musi się tego robić. Ja ten obraz odbieram jak pracownię z deskami kreślarskimi lub klientów buszujących w sklepie z meblami kuchennymi. Żona w radosnym podnieceniu, z okrzykiem: „o, ile tu tego!” i małżonek, któremu brakuje już cierpliwości i załamuje ręce z rozpaczy :)

    A poważnie, w sztuce współczesnej pociąga mnie nie jej estetyczna strona, bo tej raczej nie znajduję, ale właśnie środki wyrazu. Lubię piktogramy, a sztuka współczesna jest dla mnie takim piktogramem, który pozwala na komunikację z pominięciem bariery językowej, ale wymaga odrobiny inteligencji Sherlocka Holmesa :)
    pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      A może to nie jest ułomność Twoja, a ułomność sztuki współczesnej?

      Nie chcę być tu jednak źle zrozumiany. To co mi się we współczesnej sztuce nie podoba, wyraziłem już wcześniej, więc nie chcę się powtarzać.
      Jednak, tak dla równowagi, będę chciał kiedyś (to nic, że może tylko sobie a muzom :)) wyszczególnić to, co mi się w tej sztuce – mimo wszystko – podoba. Napisać coś o moich ulubionych obrazach, czy też rzeźbach; także o twórcach, których cenię.

      Ten obraz Picassa, na którym się skupiłaś, to zamieściłem tak dość prowokacyjnie po tej anegdotce z plwociną mistrza.
      W żadnym wypadku nie jest to jednak ilustracja, która ma zobrazować kuglarstwo, dziwaczność i „nic-nie-wartość” jego sztuki.
      Osobiście bardzo cenię Picassa (choć niektóre z jego prac wydają mi się szkaradne), a ten zamieszczony przeze mnie we wpisie obraz, (który zresztą po raz pierwszy zobaczyłem w Muzeum Picassa w paryskiej dzielnicy Marais), nawet mi się spodobał, jak zresztą zdecydowana większość wystawionych tam prac.

  18. Deus ex Machina Says:

    I MOŻE JESZCZE ROZMOWA Z DEFENDO:
    _____________________________________________________________________________________________

    DEFENDO: De gustibus disputandum est. O czym innym byśmy rozmawiali, gdyby nasze gusta i gusła się nie różniły?
    Piękno – pojmowane indywidualnie – daje rozkosz, a czyż nie powinniśmy ku niej dążyć?

    LOGOS AMICUS: Defendo, żałuję tylko tego, że tej naszej rozmowy (choćby na temat gustu) tutaj nie ma :)

    DEFENDO: Bardzo dużo tutaj wątków. Tak wiele, że – aby uczciwie potraktować cały wpis – musiałabym napisać elaborat.
    Może zatem ograniczę się do jednego.

    Tradycja nierozerwalnie łączy się z nowatorstwem, a nowatorstwo jest niemożliwe bez bardzo dokładnej znajomości tradycji. Mało tego – to nowatorstwo umożliwia jej trwanie. Dla mnie takie zjawiska jak kubizm czy surrealizm są właśnie takim twórczym przetworzeniem tradycji. Nowi mistrzowie dokonali rzeczy ogromnej i odważnej – to nie była bezmyślna negacja dla samej uciechy burzenia, oni twórczo kontynuowali dzieło poprzedników, wybierając z zastanego to, co – ich zdaniem – na taki wybór zasługiwało. Twórca ma prawo myśleć o dziełach innych w kategoriach aksjologicznych(tego nie da się uniknąć), krytyk ma takie prawo, widz też.Podejście aksjologiczne sprawia, że dokonujemy wyboru.
    Zobacz – czyż nie kubizmowi zawdzięczamy „odkrycie” sztuki afrykańskiej? Odnowienie kontaktu ze sztuką staroegipską? Nową, pogłębioną interpretacje mitów i archetypów zawdzięczamy surrealistom, zresztą – nie tylko im. Nie przeciwstawiałabym tradycji – nowatorstwu, wg mnie – przenikają się.

    Cytowałam kiedyś przy innej okazji znakomitą wypowiedź Picassa, który nie lubił, kiedy krytycy mówili o tym, że on ewoluuje, że rewolucjonizuje, że depcze „stare” wartości:
    „Sztuki, której nie ma teraz, nie będzie nigdy. Sztuka Greków czy Egipcjan nie należy do przeszłości. Są oni bardziej żywi niż kiedykolwiek” – tak sądził Picasso.

    I abstrakcjonizm – który dał mi wiele – pozwolił docenić znaczenie formy i struktury, i zobaczyć ją w obrazach dawnych mistrzów. Świat nie jest tylko tym, co widzimy – jest też(dzięki temu, że potrafiliśmy wytworzyć kulturę, że dysponujemy inteligencją, że jesteśmy zdolni do refleksji, że mamy świadomość własnej śmierci, że… itd.) pewnym kodem, systemem znaków. To właśnie uświadomili abstrakcjoniści.Nie wszystko da się „namalować wprost”.

    Dzięki za tę notkę – będę ją nadal „myśleć”.

    LOGOS AMICUS
    : Defendo, rzeczywiście, genialna jest ta wypowiedź Picassa. Sugeruje, iż sztuka nie tyle podlega ewolucji, co przetworzeniu (transformacji, transgresji). Dzięki temu możemy patrzeć na tzw. tradycję jak na część naszej teraźniejszości – postrzegać sztukę jako całość, której elementy przenikają się wzajemnie.
    Wydaje mi się, że nawet ci, którzy chcieli burzyć zastane, nie zdawali sobie sprawy z tego, jak bardzo są z tym, co sami usiłowali zniszczyć, związani. (Choćby tylko na zasadzie negacji.)
    Dopiero, kiedy wgłębimy się w dzieła twórców, którzy wydają się nam absolutnymi nowatorami (wręcz rebeliantami), to uderza nas ich przywiązanie do tradycji (którego przecież ci bardziej uczciwi z nich, się nie wypierają).

    Skoro mowa o Picassie, gdzieś już o tym pisałem: on przecież nie zanegował dziedzictwa malarstwa europejskiego, lecz dokonał jego swoistej transformacji, przenosząc je w naszą epokę i nadając mu inne znaczenie.
    (Warto przypomnieć, że spod ręki Picassa wyszło np. 58 różnych wersji „Dworek” Velazqueza, także ponad 50 wariacji na temat „Śniadania na trawie” Maneta!).
    Picasso nie odrzucił sztuki swoich mistrzów – ale się z nią zmierzył. W efekcie udowodnił, że jest im co najmniej równy.

    On ich na swój sposób uszanował, nawet jeśli ich wizję zastąpił (w sposób „rewolucyjny” i radykalny) swoją własną.

  19. sarna Says:

    Deus ex Machina przytaczane przez Ciebie cytaty są mi znane. Zakładam, że ktoś. kto je cytuje ma coś ciekawego do dodania od siebie i jestem bardzo tego ciekawa.
    PS. Nie odbieraj tego jak złośliwość, ale naprawdę lubię gdy ludzie mówią sami za siebie własnymi słowami i cenię gdy maja odwagę wyrażać siebie własnymi słowami.

    Defendo …to, Ktoś z kim rozmawiałam przez kilka lat, Ktoś kogo poznałam w realu i Ktoś, kogo nie udało mi się poznać naprawdę. Nie wiem kim była. Mówiła rzeczy, które do mnie przemawiały, ale nie wiem czy sama w nie wierzyła. Szkoda, że już Jej nie ma.

    • Logos Amicus Says:

      Ależ Sarno, Deus ex Machina to jest taki mój pomagier ;)
      Można nawet powiedzieć, że to moje alter ego :)
      Myślałem, że jest to oczywiste. Posługuję się tym trochę żartobliwym Nickiem, by przenieść niektóre rozmowy z mojego poprzedniego bloga (tak, jak przeniesiony został – i na nowo zredagowany – ten list do mojego przyjaciela o sztuce, który nota bene napisałem jeszcze wtedy, kiedy o jakimś tam blogowaniu mi się nie śniło – to był naprawdę list okazjonalny i prywatny, pisany bez zamiaru publikacji).

      Myślę, że to jest zrozumiałe, iż chciałbym aby w tym moim nowym miejscu pojawiły się także te komentarze, które uważam za cenne (jak np. rozmowa z Saliną), które nie tracą aktualności i zasługują na przypomnienie.

      • sarna Says:

        No widzisz, a jednak dla mnie to nie było oczywiste. Wiem, co ozn. sam nick w dosłownym tłumaczeniu i dlatego zastanawiałam się, co ktoś chciał przez ten nick powiedzieć. Rozumiem do czego zmierzasz, uczciwe jest powołanie się np. LA na czyjąś wypowiedź i podanie autora tej wypowiedzi, ale drugi nick to jednak manipulacja :(

        • Logos Amicus Says:

          „…drugi nick to jednak manipulacja”

          Taka sama, jak pierwszy nick :)

          Każdego z nas przybierającego jakiś nick, można by (w tym sensie) nazwać manipulatorem.

  20. artstore Says:

    Ciężko jest zdefiniować tak rozległe pojęcie jakim jest sztuka. Najprościej mówiąc – sztuką jest dziedzina ludzkiej działalności, którą zawodowo lub amatorsko zajmują się artyści. Nie chodzi tu jednak o artystów posiadających ukończone szkoły, dzięki którym mogą się posługiwać tym tytułem, ale o wszystkie osoby posiadające zmysł lub możliwości, dzięki którym potrafią tworzyć wzbudzające zachwyt dzieła.

    Spójna definicja sztuki nie istnieje. Dziedzina ta zmienia się w ogromnym tempie i tak naprawdę coś, co jeszcze kilka lat temu uważano za sztukę wyjątkowo wybitną, dzisiaj może jedynie budzić uśmiech politowania. Jedną z zalet sztuki jest jej rozmaitość. Funkcje charakterystyczne dla niej mogą być naprawdę różne i niepowiązane ze sobą, dlatego też często się mówi, że dzieło sztuki posiada walory estetyczne, terapeutyczne, dydaktyczne lub nawet społeczne. Nie mają one jednak wpływu na rzeczywistą wartość samego dzieła. Wiele osób jest zgodnych co do tego, że sztuka powstała w momencie, gdy rozwinęła się ludzka cywilizacja. Dlatego też uważa się, że początkowo służyła ona wyłącznie celom magicznym i była niedostępna dla zwykłych ludzi. (AB)

  21. Logos Amicus Says:

    Muszę przyznać, że sporo można było wynieść z tej dyskusji z Wami.

    Aby się nie rozpisywać, zaznaczę tylko to, co wydaje mi się najistotniejsze, jeśli chodzi o wyraźniejsze uświadomienie sobie pewnych kwestii:

    – O gustach warto (i należy) dyskutować, gdyż – mimo, iż są czymś na wskroś subiektywnym – są również czymś zmiennym. Bowiem o tychże gustach decydują nie tylko nasze zmysły, ale i umysł, który przecież się zmienia (może się n.p. rozwinąć :))
    Właściwie, to zmieniają się również nasze zmysły (inaczej odbieramy bodźce… w zależności np. od wieku).
    Taka dyskusja o gustach może wzbogacić nasz odbiór sztuki i wiedzę o niej; może wywołać refleksję, spowodować, że spojrzymy na coś z innej perspektywy.

    – Nie można stosować uogólnień w stosunku do sztuki współczesnej, gdyż pojęcie to obejmuje niezwykle rozległą przestrzeń. Jeśli już, to można mówić o konkretnych twórcach, dziełach, trendach…
    Aby wyrobić sobie o czymś zdanie, wypada się temu czemuś przyjrzeć, starać się zrozumieć intencje artysty, przemyśleć to i owo. I dopiero później wydać o tym jakiś sąd wartościujący.
    I jak najbardziej każdy ma wówczas prawo do wyrażenia swojego zdania i oceny: to jest ciekawe, piękne, mądre, wartościowe… albo: okropne, szkaradne, głupie i niewiele warte.

    Dziękuję wszystkim.

  22. willy Says:

    Sztuka to ludzka dzialnosc bazujaca na symbolu – rzeczy, ktora raczej wymyka sie racjonalnej definicji. Jako, ze symbole nie poddaja sie swiatu regul, nie nalezy mieszac obu swiatow ze soba. Dlatego nie ma sensu „racjonalnie” traktowac sztuki. Tak samo jak nie ma sensu mowic „racjonalnie” o religii, bo ona tez sie odnosi do symboli. To, ze ktos ma talent muzyczny nie da sie zupelnie wytlumaczyc doborem naturalnym, bo w odroznieniu od ptakow zdolnosci muzyczne nie sa niezbedne do przetrwania gatunku ludzkiego, a cecha ta ujawnia sie w podobnym stopniu u meżczyzn jak i kobiet.
    Racjonalisci chcac jednak odniesc sie do ludzkich emocji stosuja tutaj pewien wybieg i mowia o humanizmie, ktory dopuszcza swiat emocji i swiat racjonalnego myslenia pod jeden dach.

    • sasanka Says:

      Czy humanizm jest „wybiegiem”?

      Moim zdaniem o sztuce, podobnie jak o religii można, a nawet należy, mówić w sposób „racjonalny” czyli rozumny.

      Poza tym symbole także poddają się pewnym regułom.
      I jeszcze jedno – świat emocji nie musi być światem odrębnym od świata „racjonalnego”.

  23. W.totem Says:

    Profesor Herbert Read w „The Meaning of Art” pisze: „(…) ludzie reagują na cechy przedmiotów dostępnych ich zmysłom, takie jak waga, kształt, wielkość, kolor, a pewne określone proporcje między tymi (a także innymi, tu nie wymienianymi) cechami wywołują w nich pozytywne lub negatywne doznania. (…) Gdy mamy do czynienia z przedmiotem, który został przez swego twórcę ukształtowany tak, by przekazać określoną myśl, bądź wywołać określone wrażenie, mamy do czynienia z dziełem sztuki.”

    Formalnie jest to bardzo poprawna i trafna definicja, jednak czy do końca? Jeszcze tych 100 lat temu, gdy Popiel rzeźbił swego Kościuszkę, nikomu nie przyszłoby do głowy nazwać artystą kogoś, kto wbił w pieniek kilka szeregów gwoździ. Warsztat – umiejętność ukształtowania dzieła w sposób nieosiągalny dla zwykłego śmiertelnika – był warunkiem sine qua non uznania kogoś za artystę. Niestety, wiek XX okazał się wiekiem degeneracji. Sztukę zaczęto interpretować wyłącznie w sposób zgodny z cytowaną wyżej definicją profesora Reada. A konsekwencje…

    Owa współczesna „pseudo-sztuka” nie stara się czegoś przekazać. Na pewno nie tak, jak sztuka poprzednich epok, gdzie ikonografia dzieł sztuki bywała niezmiernie skomplikowana, a każdy szczegół dzieła – ptaszek, kwiatek, gest postaci – miał znaczenie. Podobnie jak w przypadku opisanego przeze mnie pomnika. Sztuka współczesna nie stara się też uczyć, poruszać czy cieszyć oczy. Ponieważ od artysty nie wymaga się warsztatu, w tłumie „wannabes” aspirujących do miana artysty trudno się przebić – by zostać zauważonym trzeba „krzyczeć”, albo szokować. Toteż ta cała pożal się Boże „sztuka współczesna” krzyczy i szokuje. Niewiele potrafisz, ale chcesz zaistnieć? Połóż na środku sali ze swoimi „dziełami” manekin w szatach Papieża i przyciśnij kamieniem. Albo udekoruj swoje prace losowymi kombinacjami kościelnych parafernaliów i fotografii genitaliów… albo przyjmij pseudonim artystyczny, najlepiej „Jezus” albo „Madonna”! Żeby tylko tyle. W akcie ostatecznej pogardy dla odbiorcy i zawłaszczenia sztuki, Manzoni umieszcza w 90 numerowanych puszkach swoje odchody – po 30 gramów w każdej i opatrza etykietką w pięciu językach, że jest to Merda d’artista (wł. Gówno Artysty) – nomen omen dla „wartości” jakie posiada wiele z wytworów „sztuki” współczesnej.

  24. georgeeliot Says:

    Sztuka potrzebuje widowni. Tak naprawdę ona powstaje w chwili kontaktu z widzem, nawet, jeśli wywołuje mieszane uczucia, jak na przykład na obrazie, przedstawiającym starcie w paryskim salonie sztuki.

    Ten obraz pędzla Gervex’a ( A Painting Jury, 1885) bardzo mnie zainteresował, odkąd go zobaczyłam na Twoim blogu (jeszcze na wp.) Wydaje się, że za chwilę tłum pobije nagą długowłosą piękność, przedstawioną na obrazie.
    Obraz jakiego artysty wywołał tyle emocji? Z pewnością, nie było to malarstwo akademickie.

    • Logos Amicus Says:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/06/henri-gerevx-une-sc3a9ance-du-jury-de-peinture-au-salon-des-artistes-franc3a7ais-1883.jpg?w=780

      Dziękuję za wyjaśnienie tajemnicy skrywającej autora obrazu przedstawiającego zgorszonych krytyków malarstwa, wymachujących parasolkami i laskami przed malunkiem nagiej kobiety ;)
      Rzeczywiście – to Henri Gervex.
      Zaczerpnąłem o nim trochę informacji.
      Okazało się, że on sam miał przeprawę z „Paryskim Salonem”, który odrzucił jego obraz „Rolla”.
      Ciekawa sprawa: Gervex od samego początku malował kobiece akty (był uczniem słynnego malarza akademickiego Cabanela – to ten od „Narodzin Wenus” ;) ), ale zawsze były one w kontekście mitologicznym lub biblijnym, więc nie wywoływały zgorszenia wśród akademików. Kłopot się zaczął, kiedy Gervex namalował nagą „Rollę”, ale tym razem oparł się na współczesnym wierszu Alfreda de Musseta, którego bohaterką była kobieta tzw. „lekkich obyczajów”. Obraz przedstawiał więc prostytutkę, która rozciąga się błogo na łożu, po seksualnym zaspokojeniu swego klienta (lecz, jak to widać wyraźnie, także siebie samej ;) )
      Paryski Salon „Rollę” odrzucił, bo wg nich była nieprzyzwoita i obsceniczna.
      Gervex się zdenerwował i wystawił obraz na widok publiczny w sklepie jednego z paryskich marszandów sztuki. Tam wzbudził on takie zainteresowanie, że ściągnął tłumy i trzeba było czekać w kolejce na zewnątrz, aby go zobaczyć. (Reprodukcja „Rolli” poniżej.)

      Swoją drogą, ciekawi mnie również, jaki to obraz wzbudził takie wzburzenie tych salonowych dżentelmenów? Nie widzę żadnego podobieństwa z jakimkolwiek aktów namalowanych przez Gervex’a. Może więc jest to obraz fikcyjny?

      Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za rozwikłanie zagadki :)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/06/rolla-henri-gervex.jpg?w=780

      Henri Gervex, „Rolla”

  25. georgeeliot Says:

    Obraz, który wywołał takie oburzenie w Salonie na płótnie Gervex’a „A Painting Jury”, zadziwiająco podobny jest do obrazu „Narodziny Wenus” (La Naissance de Venus) Eugène-Emmanuela Amaury-Duvala, namalowanego 23 lata wcześniej w najlepszych tradycjach akademizmu.

    Dlaczego więc podobny obraz na ścianie Salonu wywołał tyle negatywnych emocji? Co chce zasugerować Gervex? Że wartość artystyczna odchodzi na drugi plan, i dla jury liczą się bardziej nazwy obrazów i akademickie konwenanse? Bo jedna i ta sama kobieta przedstawiona na obrazie może wywołać diametralnie różne emocje: zachwyt, jeśli ma na imię Wenus i zbulwersowanie, jeśli nosi imię jakiejś paryskiej prostytutki.

    Myślę, że jest to akt gorzkiej ironii ze strony artysty, miedzy innymi związany z odrzuceniem obrazu „Rolla”.
    Pomyślmy – jeśli zmienić tytuł „Rolla” na np. „Wenus i Adonis”, a całą kompozycje przenieść w scenerię nawiązującą do rzymskiej mitologii, to czy zostałby ten obraz odrzucony?

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście, podobieństwo jest duże, ale na pewno nie jest to ten obraz. Ten, przed którym oburzają się dżentelmeni, nie wygląda jednak na malunek akademicki – choćby ze względu na zastosowaną technikę, która nie sprawia wrażenia akademickiego wymuskania, jakim charakteryzuje się wspomniane przez Ciebie „Narodziny Wenus” Amaury-Duvala.

      Jak widać, jeśli chodzi o goliznę i seks, to ważny okazuje się kontekst. Nagie piersi Madonny nie gorszyły nawet w kościołach, bo nikt ich kojarzył ich z seksem, ani też z kobiecym sex-appealem. Także sceny mitologiczne czy biblijne pozostawały w jakichś „zaświatach”, nie odnosząc się do realnego tu i teraz, co mogłoby wywołać niewygodne skojarzenia. A już przedstawianie współczesnych kobiet z krwi i kości (nie wspominając o ich skórze) czy – o zgrozo! – prostytutek,metres i kochanek, musiało wzburzyć wszelkiej maści obrońców moralności.

      Poniżej można sobie porównać akademickie podejście do kobiecej nagości Ameury-Duvala i bardziej realistyczne Gervex’a.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/06/gervex-amaury.jpg?w=780
      Henri Gervex „Przy kominku” (po lewej) i Eugène-Emmanuel Amaury-Duval, „Narodziny Wenus”

  26. totem Says:

    W dobie Baroku retoryczna zasada docere, delectare, permovere (uczyć, cieszyć oczy, poruszać) definiowała sztukę. W dodatku każdy, kto pragnął uchodzić za artystę, musiał terminować w pracowni już działającego mistrza, zgłębiając tajniki warsztatu. Gdy jego umiejętności kształtowania dzieła – rzeźby, obrazu – osiągnęły poziom gwarantujący uznanie, taki artysta sam stawał się mistrzem, i członkiem cechu św. Łukasza, odpowiedzialnym za naukę następnych chętnych, egzaminowanie kandydatów na nowych mistrzów oraz za piętnowanie partaczy – czyli osób uprawiających zawód BEZ akceptacji cechu. Bo przecież nie wystarczy siąść i machać pędzlem po płótnie; tyle potrafi nawet orangutan i obrazu z tego nie będzie. Prawda? PRAWDA?!

    A może….?

    No właśnie.

    Profesor Herbert Read w „The Meaning of Art” pisze: „(…) ludzie reagują na cechy przedmiotów dostępnych ich zmysłom, takie jak waga, kształt, wielkość, kolor, a pewne określone proporcje między tymi (a także innymi, tu nie wymienianymi) cechami wywołują w nich pozytywne lub negatywne doznania. (…) Gdy mamy do czynienia z przedmiotem, który został przez swego twórcę ukształtowany tak, by przekazać określoną myśl, bądź wywołać określone wrażenie, mamy do czynienia z dziełem sztuki.”

    Formalnie jest to bardzo poprawna i trafna definicja, jednak czy do końca? Jeszcze tych 100 lat temu umiejętność ukształtowania dzieła w sposób nieosiągalny dla zwykłego śmiertelnika – był warunkiem sine qua non uznania kogoś za artystę. Niestety, wiek XX okazał się wiekiem degeneracji. Sztukę zaczęto interpretować wyłącznie w sposób zgodny z cytowaną wyżej definicją profesora Reada. A konsekwencje…

    Owa współczesna „pseudo-sztuka” nie stara się czegoś przekazać. Na pewno nie tak, jak sztuka poprzednich epok, gdzie ikonografia dzieł sztuki bywała niezmiernie skomplikowana, a każdy szczegół dzieła – ptaszek, kwiatek, gest postaci – miał znaczenie. Podobnie jak w przypadku opisanego przeze mnie pomnika. Sztuka współczesna nie stara się też uczyć, poruszać czy cieszyć oczy. Ponieważ od artysty nie wymaga się warsztatu, w tłumie „wannabes” aspirujących do miana artysty trudno się przebić – by zostać zauważonym trzeba „krzyczeć”, albo szokować. Toteż ta cała pożal się Boże „sztuka współczesna” krzyczy i szokuje. Niewiele potrafisz, ale chcesz zaistnieć? Połóż na środku sali ze swoimi „dziełami” manekin w szatach Papieża i przyciśnij kamieniem. Albo udekoruj swoje prace losowymi kombinacjami kościelnych parafernaliów i fotografii genitaliów… albo przyjmij pseudonim artystyczny, najlepiej „Jezus” albo „Madonna”! Żeby tylko tyle.

    Sztuka?

    No właśnie…

    Na tyłach warszawskiej ASP stoi sobie kawałek rusztowania z rur, a na nim wiszą trzy wanny. Sen pijanego hydraulika? Nie. Reklama producenta wanien? Nie. „Dzieło Sztuki”..

  27. bluebirdwind Says:

    Przepraszam, może być troszkę chaotycznie ale czytając tekst na bieżąco zapisywałam myśli w wordzie by niczego nie zgubić :).
    Co wyraża geniusz tych artystów klasycznych? Myślę, że nie możemy nadużywać słów typu „geniusz” „mistrz”. Zgadzam się z Panem ale bawię się w adwokata diabła i myślę sobie, że przecież to jedynie uwarunkowanie kulturowe i przekonanie, wyuczenie się lub powiązanie ze stanami emocjonalnymi. W świetnej książce „the critical eye” autor (Guido Ballo) zaznaczył, że to kwestia kultury, przyzwyczajeń i stanów emocjonalnych, a także doświadczeń i przeżyć, które wpływają na postrzeganie sztuki. My wiemy, że Leonardo czy Rafael to genialni klasycy ale tak szczerze, wszystko to co oni tworzyli teraz nie jest nikomu obce – opanowaliśmy to dzięki nim i ich dążeniom, za to ich szanuję i podziwiam, byli odważni i kreatywni jak na swoje czasy. Do rewolucji w sztuce doszło właśnie dlatego, że ludziom znudziło się ciągłe przedstawianie rzeczy tymi samymi technikami. A teraz istnieje wielu wspaniałych artystów, którzy mają prawdziwy talent malarski i wyrażają się ogromną kreatywnością.

    Skąd Pan wie, że „to” już nie jest sztuka? Gdzie jest granica? Leży w subiektywnym odczuciu, że nie? Że to już koniec? Np. jaka jest różnica między obrazem Jana Berdyszaka (pomalowany kawałek drewna z dziurą w środku), a takim samym elementem wykonanym na kolanie w domu?

    „sztuka jest właśnie czymś przeciwnym: swoiście ludzkim wysiłkiem uporządkowania tego chaosu – wyodrębnieniem zeń (czy też uformowaniem), czynnika ludzkiego.” – Czyli swoiście renesansowe podejście i harmonia w dziełach są dla Pana najważniejszymi czynnikami?

    „Czasem chcą po prostu pokazać, że górują nad kimś innym” – Czy nie sądzi Pan, że mogą też być zwyczajnie przekonani o tym, że mają jakieś obiektywne rozwiązanie, gdzie wszyscy muszą potwierdzić, że to jest sztuka? Znam osobę, która uważa, że sztuka to harmonia, ład – są one wyznacznikiem piękna, a piękno to sztuka. I cóż poradzić, wg tej osoby trzeba umieć odpowiednio patrzeć.

    „Moje zmysły nie są twoimi zmysłami!” – to mi się podoba, mało kto rozumie jak ważny jest indywidualizm człowieka, i to że nie ma dwóch osób, które myślałby dokładnie tak samo. To jest ważne nie tylko w sztuce ;).

    [o „Olimpii”] „niczym erotyczny towar czekający na swojego klienta.” – haha, to przypadek czy celowo Pan to napisał? ;) Celem Maneta było przedstawienie Olimpii jako prostytutki czekającej na swojego klienta, z kwiatem we włosach jako prezentem od poprzedniego nabywcy, a Monet stawia obserwatora w postaci kolejnego klienta.

    „klasyków uważam gości, którzy w jakimś kierunku sztuki osiągnęli największą biegłość” – ale nie tylko, ile cudownych tajemnic, kryje sztuka, ile myśli, ile emocji, doznań i co ciekawe, wiele przełomów i odważnych artystów w sztuce, którzy wprowadzali niesamowite zmiany. Niedawno dowiedziałam się o artyście, który nazywał się Pere Borrell del Caso. Nieskrycie pisząc, byłam pod ogromnym wrażeniem kreatywności i wyrażenia kunsztu tego artysty :).

    „Ta budowla powstała dzięki wspólnemu wysiłkowi kolektywu „ – ojejku, wybuchłam śmiechem – jakże to komunistycznie brzmi, i gdybym nie znała kontekstu tekstu czułabym się zdziwiona. Pięknym przykładem jest Santa Maria del Mar – kościół gotycki w Barcelonie zbudowany przez robotników dla Matki za do, że dobrze im się żyje i powodzi – piękna jest surowość kamieni wyciągniętych z morza i ten ogromny wysiłek, który razem włożyli :).

    Bardzo ciekawy tekst, uwielbiam teoretyczne rozprawy o sztuce – dużo przyjemności czerpię z ich czytania ;).

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Postaram się odpowiedzieć w kolejności poruszonych przez Ciebie wątków. (Nie ręczę za jakość mojej myśli, bo piszę to będąc trochę zmęczonym ;) )

      – Wydaje mi się, że geniusz najlepiej jest rozpatrywać w kontekście epoki, w której się pojawia, ale ma on też wartość uniwersalną. Myślę, że także stosując kryteria naszej epoki, ludzi takich, jak np. Leonardo da Vinci, Michał Anioł czy Rafael można nazwać geniuszami. Prawdą jest też chyba to, że ten ich geniusz był niejako „niesiony” na skrzydłach epoki, tzn. tego, co było tej epoki esencją, kulturowym szczytem – tym, co było w niej najlepsze, doskonałe… i że właśnie te dogodne warunki sprzyjały temu (może nawet były czymś niezbędnym?), żeby ich geniusz mógł rozkwitnąć i się zrealizować?

      – No nie ma (dla mnie) innej rady, jak ustalić, przyjąć – zgodzić się z pewnymi kryteriami, dzięki którym mógłbym nazwać coś sztuką, a co innego już nie. Ale te kryteria, moim zdaniem, są niezbędne, aby pojęcie sztuki miało sens. Jeżeli bowiem wszystko uznaje się za sztukę (a w takim razie żadne kryteria nie tyle nie są ważne, co nie obowiązują – albo dobierane są na zasadzie zupełnej dezynwoltury), to nic nie jest sztuką (bo sztuka powinna być czymś wyróżnionym i wydestylowanym z banalnej, trywialnej, sprawiającej wrażenie chaosu, amorfizmu i przypadkowości rzeczywistości.
      Czy to jest „renesansowe” podejście do sztuki? Nie wiem.
      Wiem natomiast, że zupełne zerwanie z „tradycją”, „klasyką” – czy jak tam nazwać swoistą ciągłość artystyczną kultury i sztuki – jest swego rodzaju anarchią i nihilizmem – bo przecież nie można niczego zbudować w próżni, odrzucając wszelkie kanony, zasady i reguły. Nie możnaby niczego w sztuce zbudować (stworzyć), jeśli zniszczyłoby się w niej wszystko.

      – Moim zdaniem nie ma czegoś takiego, jak obiektywizm w ocenianiu sztuki, niemniej jednak ważne jest to, byśmy także mieli na względzie to, do czego doszli ludzie oddani sztuce, twórcy, artyści, dla których sztuka jest jedną z najważniejszych elementów ich życia. Chodzi o szukanie pewnych punktów i obszarów wspólnych, by nasze postrzeganie sztuki nie stało się czyś zupełnie wyalienowanym, „księżycowym”.

      – Olimpia jako „towar erotyczny”? Oczywiście. Przecież była to prostytutka, która sprzedawała swoje ciało – czyli godziła się z tym, by być towarem ;)

      – Klasyka jest z definicji czymś już ustalonym. Coś, co jest rewolucyjne, awangardowe, nowatorskie… oczywiście może mieć swoją wartość. A jeśli osiągnie pewien „mistrzowski” poziom (niekoniecznie w pojęciu tradycyjnym, klasycznym), to po jakimś czasie również może się stać klasyką.

      – Używając określenia „kolektywny” nie miałem na myśli znaczenia jakie nadała mu ideologia komunistyczna. Kolektywny oznaczał dla mnie po prostu „zbiorowy” – coś, co zostało wykreowane wspólnym wysiłkiem przez grupę ludzi, i to niekoniecznie artystów.

      Dziękuję za uwagę. Cała przyjemność po mojej stronie ;)

      PS. I dziękuję również za chłopca uciekającego przed krytyką Pere’a Borreli del Caso:

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2014/07/escaping_criticism-by_pere_borrel_del_caso.png?w=780

  28. bluebirdwind Says:

    „Jeżeli bowiem wszystko uznaje się za sztukę (a w takim razie żadne kryteria nie tyle nie są ważne, co nie obowiązują – albo dobierane są na zasadzie zupełnej dezynwoltury), to nic nie jest sztuką” – Czy w takim razie istnieje teraz sztuka? Czy uważa Pan, że zbliża się jej koniec? (Sztuki w Pana definicji, bo jak widać definicja się zmienia cały czas).

    -„nie można niczego zbudować w próżni, odrzucając wszelkie kanony, zasady i reguły” – Zgadzam się absolutnie, to co czyni nasz postęp jest świadomość dorobku kulturowego i błędów minionych epok :).

    Wiem, że o to chodziło ale rozbawiło mnie użycie słowa „kolektywny” w rozmowie o sztuce :).
    A obraz jest piękny i dziękuję za pisanie takich tekstów – to czysta radość móc z kimś polemizować.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Oczywiście, że sztuka teraz istnieje i istnieć będzie zawsze (dopóki człowiek będzie zdolny do tworzenia). To nie jest tak, że ja głoszę i boleję nad upadkiem sztuki. Jeśli już, to tylko wypowiadam się krytycznie na temat pewnych trendów w sztuce, czy też raczej w „sztuce” ;)

      A o zdolności kreacyjne człowieka jestem spokojny. Wystarczy choćby przejść się po ulicy, gdzie się „produkują” uliczni grajkowie, malarze – artyści… etc. ;)
      A mówiąc poważnie, nawet w galeriach, gdzie się prezentuje sztukę współczesną, można znaleźć interesujące rzeczy, choć ich zwiedzanie zajmuje mi zwykle znacznie mniej czasu, niż sal, gdzie zgromadzono dzieła sztuki z epok pre-modernistycznych ;)

  29. Karen Millen Says:

    Tak czytam i nie mogę oprzeć się refleksji – prawdziwa sztuka i prawdziwa miłość- ileż mają wspólnego, nieprawdaż Amicusie?

  30. CZYM JEST SZTUKA? | WIZJA LOKALNA | 4razyem Says:

    […] Źródło: CZYM JEST SZTUKA? | WIZJA LOKALNA […]

  31. małgosia Says:

    Z ogromną przyjemnością przeczytałam część pierwszą wpisu i nieco pobieżnie część drugą (pobieżnie, jedynie z powodu objętości wpisu i późnej pory). Wrócę jeszcze do niego (znaczy się wpisu). Co do twojej definicji sztuki to mogę się pod nią podpisać. I dla mnie, jest to coś, co porusza, do czego mam emocjonalny stosunek, co sprawia, że czuję przyspieszone bicie serca, czasami oczy zachodzą mgłą (jakkolwiek by to nie zabrzmiało mazgajowato- to popłakałam się, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam „mojego” Boticellego w Ufizzi), co sprawiło, że zwykły, grudniowy mroźny dzionek na zawsze pozostał w mej pamięci, jako niezwykle ważny i przyjemny dla mnie dzień (bo wtedy obejrzałam wystawę Fra Angelico w Muzeum Jacquemart Andre). Podobny też mam stosunek do czegoś co nazywa się „sztuką współczesną” – paćka farby na palecie, przysypana kupką śmieci i kawałkiem sznurka to dla mnie coś wielce nieestetycznego, coś co najchętniej widziałabym w koszu na śmieci. Pamiętam, jak w Muzeum Sztuk Pięknych w Rouen pani kasjerka długo tłumaczyła mi, że jak kupię bilet łączony (droższy jedynie o 2 euro) to będę też mogła obejrzeć wystawę Duchampa, a jak bezskutecznie próbowałam wytłumaczyć, iż nie chcę jej oglądać nawet za darmo, gdyż nie uznaję tego za sztukę. Pamiętam też moje rozczarowanie, kiedy w Muzeum w Edynburgu nie mogła trafić do gmachu stałej ekspozycji i przechodziłam przez sale z tzw. sztuką współczesną, niemal przebiegałam przez nie kompletnie znudzona tymi zapaćkanymi farbą płótnami. I jeszcze coś- zazdroszczę W., że ma takiego korespondenta, cóż za przyjemność czytania takiej epistoły.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie jestem pewien, czy ta moja wystrugana wtedy definicja sztuki, przeszła próbę czasu. Bo chyba jednak jest aż nadto subiektywna, by nie napisać… egoistyczna ;) Gdyż coś, co na nas nie robi większego wrażenia, może być jednak sztuką, zwłaszcza gdy wpływa na innych odbiorców. Po prostu czasem czegoś nie lubimy, (nie przeżywamy, jesteśmy obojętni) to wcale nie powinno oznaczać, by nie uznawać tego za sztukę.
      Chciałbym więc kiedyś zrewidować to, co napisałem przed laty (Intencje jednak miałem dobre).
      Zresztą to, jak zdefiniujemy sztukę jest tak naprawdę czymś drugorzędnym. Najważniejsze jest to, byśmy nie tracili wrażliwości w kontakcie ze sztuką – abyśmy nie stali się na nią obojętni.

      Często dziwiłem się – zwłaszcza tam, gdzie wystawiano sztukę współczesną – że dane „dzieło” znalazło się w muzeum czy galerii, ale to nie jest tak, że ja odrzucam całą sztukę współczesną (a w tym malarstwo modernistyczne) en bloc, bo jednak zauważam w niej rzeczy ciekawe.

      • małgosia Says:

        Ależ nikt chyba nie wymaga od nas definicji na użytek ogółu, definiujemy dla siebie, piszemy, jak jakieś zjawisko jest przez nas odbieranie, nie negując tego, czego nie rozumiemy / nie odczuwamy / albo nie przeczuwamy. Oczywiście, że i ja nie neguję, iż nie jest sztuką coś, co mnie pozostawia obojętną, lub wręcz zniesmaczoną. Dlatego też podejmuję od czasu do czasu (czasami heroiczne dla mnie) próby zrozumienia fragmentu współczesnej sztuki. I sporadycznie obraz (przysłowiowy) do mnie zagada. Tak jak odkryłam dla siebie rzeźby Mitoraja, choć może powiedzieć, iż nie są one tak bardzo oddalone od klasyki.
        O gustach…. no tak, kiedyś tezy de gustibus … gotowa byłam bronić z pełnym przekonaniem. Z biegiem czasu skłonna jestem przyznać, że jednak się dyskutuje. I tu podobnie jak ze sztuką (malarstwo, rzeźba, muzyka) może się nam coś nie podobać, może to do nas nie przemawiać, ale przecież trudno nam nie przyznać, iż mamy do czynienia z dziełem wybitnym. Gdyby nie, to mogłabym napisać, iż opera to takie dziwne, niezrozumiałe dźwięki, a przecież wiem, że to nie prawda, to jedynie moje ucho nie potrafi dostrzec harmonii fraz i zrozumieć słów (treści/sensu) – co jak dotąd wydawało mi się bardzo istotnym, aby nie powiedzieć najistotniejszym, a może to nie ma aż takiego znaczenia :) Ale do takiego stwierdzenia, chyba też czasami trzeba dojrzeć. Bo bywa, iż za młodu często postrzega się tę właśnie klasykę, jako nudę, coś niezrozumiałego i archaicznego, nieprzystawalnego do czasów, nie dostrzegając jej uniwersalizmu i mądrości, a także piękna.
        I o ile nie dziwi takie podejście u ludzi młodych, bądź nie wykazujących zainteresowania sztuką w ogóle, to zaskakuje, kiedy w ten sposób wyrażają się osoby o dużej wiedzy, oczytaniu i doświadczeniu, ale… przecież wszyscy mamy swoje słabości a errare humanum est:)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Uśmiechnąłem się na Twoje „heroiczne” próby zrozumienia pewnych fragmentów sztuki współczesnej ;)
          Ja też tak mam, że czasem coś do mnie przemówi ze sztuki współczesnej. (Dla mnie samego było zaskoczeniem to, że w paryskim Centrum Pompidou utknąłem na kilka dobrych godzin ;) ) Lubię Picassa, lubię Paula Klee, lubię ekspresjonizm… Zdarza mi się, że coś z moderny mnie zaintryguje, bo i tam spotkać można artyzm.

          Ja również byłem kiedyś wyznawcą tezy o tym, że o gustach się nie dyskutuje. Ale to pewnie było tak trochę z owczego pędu, bezrefleksyjnego przyjmowania obiegowych maksym, może nawet z lenistwa… Kiedy jednak się nad tym głębiej zastanowiłem, to nie teza ta nie przetrwała tej próby refleksji :)
          O gustach warto dyskutować choćby tylko z tego względu, że można poznać (dowiedzieć się) czegoś nowego.

          PS. Też się czasem dziwię, kiedy osoba myśląca, posiadająca dużą wiedzę, wygłasza tezy, które np. podważają całą dotychczasową tradycję kultury (w tym także sztuki). Bo jest w tym nie tyle nihilizm, co straszny redukcjonizm. (Takiej reakcji doświadczyłem np. wtedy, kiedy usłyszałem od człowieka wykształconego (nota bene zawodowego plastyka), że w galerii d”Orsay interesujący był dla niego tylko… wiszący tam zegar ;)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          A tak a propos… Czy to aby nie jest Mitoraj? (znalazłem kiedyś tę rzeźbę w sąsiednim stanie Michigan)

          https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2016/03/mitoraj-w-michigan1.jpg?w=780

          Nawiasem mówiąc Mitoraj bardzo cenił klasyczną kulturę antyczną.

        • małgosia Says:

          Identyczna rzeźba – Blask księżyca znajduje się w Starym Browarze w Poznaniu.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Rzeźby Mitoraja rozsiane są po całym świecie. W Polsce najbardziej znany jest niewątpliwie „Eros bendato” znajdujący się na krakowskim Rynku.

  32. małgosia Says:

    A wracając do wcześniejszej wypowiedzi – chyba w końcu wybiorę się do „rafinerii”, jak dotąd wychodziłam z założenia, iż tyle jest ciekawych galerii, a skoro nie przepadam za sztuką współczesną to raczej wybiorę po raz siódmy Orsay, niż pójdę do C.P. Takie zakodowane przyzwyczajenia. Ale zawsze mam obawy, iż będę żałować. Tyle, że dopóty nie spróbujesz – nie wiesz, jak ci będzie smakowało.
    Uśmiecham się na konkluzję dotyczącą przedkładania zegara nad całe dziedzictwo galerii, no cóż – przypomina mi się wielce krytyczna wypowiedź Dąbrowskiej na temat fantastycznej Cudzoziemki „Zawód na całej linii. Karykaturalne reminiscencje motywu Barbara-Toliboski. Postać Róży melodramatyczna- umiera, jak w złej operze. Wszystkie postacie antypatyczne, nie budzą ani współczucia, ani zadowolenia artystycznego.” (9.01.36). „Zupełnie chybiona powieść. I jak można oprzeć cały temat na koncercie skrzypcowym Brahmsa, gdy istnieją arcydzieła muzyki, które rzeczywiście mogą odegrać decydującą rolę w życiu człowieka. Cała ta „muzyczna” strona utworu bardzo nudna. Któż słyszał aż tak rozpaczać na Brahmsem. Brahms wszystko wie – cóż pozostaje w takim razie dla Bethovena, Bacha, Chopina, Mozarta?” (10.01.36).
    No tak, powinnam pewnie zacytować coś z dziedziny malarstwa lub rzeźby, ale nie mam nic pod ręką.
    Chciałam jeszcze dodać, iż nie dość, że wpis ciekawy niezwykle to i dyskusja pod nim równie inspirująca.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Moim zdaniem warto się wybrać do Centre Pompidou. Bo oprócz „Czerwonych Kropek na Białym Tle” jest tam sporo ciekawych, moim zdaniem, rzeczy. Zawsze też można z Centrum wyjść wcześniej, pobieżnie rzucając okiem ;)
      Ja nie uciekłem tak szybko, jak myślałem ;)

      No tak, niby jest tak, że zdanie Dąbrowskiej powinno się liczyć (bo przecież Wielką Pisarką ona była), to jej „zjechanie” „Cudzoziemki” nieco dziwi. Ja się zresztą z podobnymi reakcjami spotykam co jakiś czas, i wtedy się zastanawiam skąd to się bierze? I wydaje mi się wtedy, że bierze się to z czegoś w rodzaju osobistej (a więc czysto subiektywnej) antypatii, estetycznej „alergii” – czegoś, co jest doświadczane na poziomie „trzewi”, a tym samym irracjonalne.
      Ja zresztą od dawna jestem zwolennikiem tezy, że takie „trzewiowe” odbieranie sztuki jest dla nas nie tylko pierwotne, ale i decydujące: ono liczy się dla nas najbardziej, przyjmujemy je – czasem pod progiem naszej świadomości – a dopiero później „dobieramy” do tego jakieś racjonalne uzasadnienie. (Nie uważasz, że coś w tym jest?)

      • małgosia Says:

        Oczywiście, że warto próbować, warto nie zamykać się na jakiś gatunek, kierunek, malarza. Warto też korzystać z okazji, czasami jedynej i niepowtarzalnej. Jeszcze dwa lata temu wydawało mi się, że Paryż na zawsze będzie na wyciągnięcie ręki. I jak piszesz, zawsze można wyjść.
        Subiektywne odbieranie sztuki – oczywiście, gdyby nie ono, wszystkim nam podobałby się pewien kanon i nic więcej, a ze wstrętem odwracalibyśmy głowę od czegoś, co może i mało wybitne, i momentami naiwne, słabiutkie, a jednak coś sprawia, że nam staje się bliskie. Jak spodobało mi się kilka książek miernej wartości autora, to sama przed sobą długo wysuwałam argumenty za tym, że czytanie tych książek to nie strata czasu, skoro mnie ono sprawia taką przyjemność, wręcz błogość, już sama myśl o lekturze tak prościutkiej ale odwołującej się do jakiś skojarzeń powodowała, iż gotowa byłam sięgać po raz kolejny po coś, co już doskonale znałam. A i w drugą stronę, wiem, że Nabokov wielkim pisarzem był, że Lolita uważana jest za arcydzieło, a ja się z nią strasznie męczyłam. Wręcz mnie od niej odrzucało. Dlatego – jak najbardziej – czynnik subiektywny może mieć ogromnie znaczenie na nasze odbieranie sztuki.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Mnie się wydaje, że ten „czynnik subiektywny” (o którym piszesz) ma decydujące znaczenie dla naszego odbioru sztuki. Ale jest jeszcze jedna ciekawa sprawa z tym związana, a mianowicie: sugestia (a mam tu na myśli nie tylko autosugestię, ale przede wszystkim zasugerowanie nas przez innych).
          Mówiąc po prostu: mamy skłonność do tego, by zachwycać się tym, czym zachwycają się inni (czyli ten zachwytem niejako się zarażamy – spływa on na nas samych).
          Myślę, że bierze się to z tego, że jesteśmy istotami społecznymi (naukowcy odkryli nawet coś takiego, jak neurony „lustrzane”) i często poddajemy się czemuś w rodzaju psychologicznej „mimikry”. (Czy aby stąd nie bierze się choćby moda? ) )

  33. małgosia Says:

    O indywidualizmie i kolektywizmie w sztuce – zapewne jest sporo racji w tym co piszesz, że dzieło jednostki wypływa z doświadczeń całego szeregu osób, które tworzyły przed nim i tworzą wespół niego / obok niego. A jednak jest i we mnie taka potrzeba do indywidualistycznego pojmowania sztuki. Michał Anioł to dla mnie geniusz i choć czerpał z paru poprzedników to chcę wierzyć, iż jego talent to wynik tej właśnie niepowtarzalnej iskry Bożej danej jedynie jemu jedynemu. Choć to jasne, że nie działał w próżni, że być może gdyby przyszedł na świat parę dziesiątek lat wcześniej (a może i później) jego dzieła wyglądałyby zupełnie inaczej.
    Pamiętam, jak bardzo rozczarowała mnie informacja, iż Ostatnią Wieczerzę malował Leonardo wraz z całym zespołem pomocników, kiedy ja chciałam widzieć go, jak wzorem Buonarrotiego sam zmaga się z materią. Dziwne, bo przecież jeśli idzie o architekturę to mam podejście zgoła odmienne, zaprojektował człowiek – owszem, ale wykonała cała rzesza bezimiennych rzemieślników i to o nich, o tych pokoleniach nieznanych artystów myślę, kiedy podziwiam sięgające gwiazd kolosy z kamienia i ze szkła.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja też lubię przypisywać dzieło konkretnemu twórcy, zwłaszcza jeśli mam do czynienia z rzeźbą, malarstwem, muzyką… (Zresztą, jeśli chodzi o dwa pierwsze przypadki, to niemal zawsze mamy jednego rzeźbiarza czy malarza; również muzykę zwykle komponuje jeden człowiek, ale już odtwarza się ją często zespołowo). Myślę, że takie utożsamianie dzieła z jego twórcą ułatwia (i pogłębia) nasz odbiór sztuki (chociaż nie jest konieczne).

      Wydaje mi się, że nawet jeśli Leonardo korzystał z pomocy malując „Ostatnia Wieczerzę”, to jednak miał on decydujący wpływ na ostateczną formę/wygląd fresku. Na pewno na gotowej już „Ostatniej Wieczerzy” nie znalazło się nic, czego by one nie zaakceptował. W tym sensie jest on „totalnym” twórcą tego arcydzieła.
      Czego nie można powiedzieć o niektórych twórcach sztuki współczesnej. ot, taki choćby Hirst, w którego „fabryce” wytwarzano taśmowo dzieła jego konceptu, a on jej tylko podpisywał – bo były one przeznaczone tylko na sprzedaż (tak więc, moim zdaniem był to po prostu „interes” a nie prawdziwa sztuka).

  34. małgosia Says:

    Leonardo – nie potrafię o nim myśleć inaczej jak w opozycji do M.A., a że tego drugiego „ubóstwiam” tak więc subiektywnie wytknę Leonardo nawet to, czego wytykać nie powinno się i co tak naprawdę nie ma większego znaczenia, bo jak piszesz – on dał ideę (myśl), bez której nie byłoby dzieła.
    Ale jak się można przyczepić – to się człowiek uczepi, choć wiem, że nie ma racji. W końcu wielu mistrzów korzystało z pomocników i uczniów a taki M.A. to odludek i zarozumialec (choć tylko mnie wolno tak o nim napisać:), ale niezaprzeczalnie geniusz.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      No właśnie, niby Leonardo i Michał Anioł to ludzie tej samej epoki (mało: oni żyli w tym samym czasie i w tym samym mieście – znali się więc a nawet ze sobą konkurowali), ale jakże inaczej pracowali i podchodzili do swojej sztuki. To po prostu wynikało z różnicy ich charakterów.

      PS. Jeśli chodzi o freski Leonarda: on nie tylko dawał „ideę”, ale był głównym wykonawcą dzieła – sam rysował kartony, które później służyły do przeniesienia całej kompozycji na ścianę. Podmalunkami i wypełnianiem form kolorami mogli się już zajmować pomocnicy (bo to czynność bardziej techniczna, niż artystyczna). Na pewno do Leonarda należał ostateczny „touch”, który całości nadawał „Leonardowego” charakteru.
      (Ale dokładnie tego nie wiem, bo mnie przy tym nie było ;) )


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s