KOSMOPOLAK – ZAWIEDZIONY KOCHANEK EUROPY (Andrzej Bobkowski, „Szkice piórkiem”)

Bobkowski od dłuższego czasu leżał na moim biurku. Wracałem do niego raz po raz. Aż pewnego razu porwała mnie jego szalona i pełna życia jazda rowerem po południowej Francji, Lazurowym Wybrzeżu i alpejskich górach, która miała miejsce dokładnie w czasie, kiedy na całej Europie kładł się cień hitleryzmu i ludzi zaczęło ogarniać szaleństwo – ale raczej nie będące już afirmacją życia, a wręcz przeciwnie: siejące śmierć i zniszczenie.
Kiedy jednak Bobkowski dotarł do Paryża, miałem wrażenie, że z tych jego notatek uleciała para, finezja, ruch i bravado jazdy niemalże bez trzymanki. Lecz nie trwało to długo. Kiedy wyjechałem poza moje Wielkie Miasto (nota bene w miejsce niezbyt odległe od tego, w którym Bobkowski dokonał żywota), tam w ukropie tropiku i blisko dżungli chowałem się przed słońcem właśnie ze „Szkicami piórkiem” Bobkowskiego, który stał mi się towarzyszem na kilka długich dni. I wówczas jego zapiski znów nabrały tempa… może nie tyle karkołomnego, co… łamiącego głowę, a już na pewno pobudzającego mózg do ogarnięcia myśli oryginalnej, jeśli nie skrajnie indywidualistycznej.

A teraz próbuję od tego wszystkiego ochłonąć i uporządkować sobie w rozpalonej głowie to, czym obdarzył mnie i zainfekował ten „chuligan wolności”, jakim był bez wątpienia Andrzej Bobkowski – wielki nieobecny polskiej literatury.

Andrzej Bobkowski: „od Europy mnie odrzuciło”

*

CUDOWNE DZIECKO ROWERU (I PIÓRKA)

Pomysł, aby wielotygodniową rowerową eskapadę po Francji urządzić sobie akurat w czasie, gdy Niemcy zajmowały ten kraj i zaczęły praktycznie zagrażać nie tylko Europie, ale i całemu światu, wydawał się wariacki, ale w wykonaniu Bobkowskiego okazał się być genialny. Bowiem, dzięki temu, Bobkowski nie tylko przeżył najpiękniejsze dni swojego życia, ale zdołał stworzyć świetną literaturę, która mogłaby nigdy nie wydobyć się na powierzchnię, gdyby nie owe napięcia, doping i sprzężenia, jakie dostarczył pisarzowi ten właśnie czas, kiedy to kultura europejska stawała dęba.

Bobkowski, pisząc swoje „Szkice piórkiem” nie miał jeszcze trzydziestki (choć niejednokrotnie dał wyraz swojemu poczuciu dojrzałości, traktując np. dwudziestolatków jak „dzieciaki”), gdy więc pędził rowerem po francuskich drogach rozpierała go młodość, buzowały w nim hormony ale i nawiedzały myśli inteligenta – człowieka świadomego tego, iż oto rozwala się stary porządek, dziedzictwo kulturowe staje się śmiechu warte i wraz z jurnymi wojownikami germańskimi nadchodzi jedna wielka cywilizacyjna niewiadoma. To wszystko jednak nie mieściło mu się głowie (a komuż się wówczas mieściło?), szlag go trafiał na widok poddającej się bez walki Francji, więc pewnie dlatego kręcąc zawzięcie pedałami, zjeżdżając na „łeb na szyję” po stromych i wijących się górskich drogach, łapał w płuca powietrze oddychając swoją wolnością i upajając się chwilą, która pozwalała mu smakować życie w stanie czystym i niewyrafinowanym.

I jak to dobrze, że ten młody człowiek naczytał się wcześniej książek, a teraz wykorzystywał swoją wrażliwość na słowo pisane, tworząc np. coś takiego: „Obudziło mnie słońce. Weszło przez szpary w deskach i przekroiło mój pokoik na kilkanaście części. Wstałem, narąbałem drzewa i zagotowałem kawy. Potem wypakowałem swoje skarby i  umeblowałem się. Cieszę się każdym głupstwem, każdym rondelkiem, puszką, nożykiem. Układam starannie, a na widok aluminiowego talerzyka z cytryną, pomidorami i jajkami na tle kraciastej serwetki popadłem w zachwyt. Położyłem na to nożyk – nabrało życia i sensu. A gdy postawiłem obok tego małą solniczkę z zielonym czubkiem i kromkę chleba, stwierdziłem, że to już prawie przeżycie. Miałem ochotę malować. I to koniecznie tak, jak Cézanne.”

Andrzej Bobkowski – chuligan wolności na rowerze

Zastanawiam się teraz nad fenomenem prozy Bobkowskiego, zwłaszcza tej opisującej jazdę rowerem po południowej Francji i Alpach. Młodość – to raz. Kultura literacka, oczytanie – to dwa. Atletyzm i wigor – to trzy. Cézannowskie wyczucie rzeczywistości (to kubistyczne wręcz, twarde i substancjalne uchwycenie przedmiotów, zmysłowe „lepienie się” się do rzeczy, hiper-wyczulenie zwłaszcza na smak) – to cztery. Spostrzegawczość i gonitwa myśli – to pięć. Można tak chyba dalej, bo pisanie Bobkowskiego ma w sobie anarchistyczne bogactwo i niczym nieskrępowaną ekspresję. I oprócz hedonistycznej wrażliwości na zmysły – wielką umysłową sprawność.

Lecz tym co najbardziej porywa w tych zapiskach, jest zaraźliwy zew przygody – któż z nas nie chciałby, napędzany tylko wiatrem i własną energią, przeżyć takiej jazdy przez kraj pełen słońca, fig, oliwek, konfitur i wina… ; przez krainy i miejscowości o takich nazwach, jak Lazurowe Wybrzeże, Cannes, Monte Carlo, Nicea, Alpy… czy wreszcie po samym Paryżu? Mieć wszystko to, co do (prze)życia potrzebne w plecaku, rozbijać namiot na plaży, pod skałą lub na polance w lesie, spotykać życzliwych ludzi, zajadać się pysznościami z konserw i słoików, pływać do upojnego zmęczenia w morzu, patrzeć na gwiazdy i księżyc… – jednym słowem, doświadczyć w sobie prawdziwej radości życia, tej nagiej egzystencji nie zmąconej żadnym kulturowym smętkiem (choć tego ostatniego Bobkowski nigdy nie zdoła się pozbyć – i może dlatego życie krwiste i kościste, dotykalne i zmysłowe, staje się dzięki temu kontrastowi i zestawieniu pełne, choć nieco drapieżne?)

Szukam fragmentu, który mógłby oddać ów kinetyczno-duchowy „szwung” Bobkowskiego, który napędzał go w jeździe na rowerze oraz przy pisaniu kolejnych kartek z dziennika; jak również samą jazdę, kiedy Bobkowski ze swoim towarzyszem podróży Tadziem kładli się na swoich „wyścigowych kierownicach” wygodnie, „rozparci szeroko i pewnie”; oraz picie i smakowanie życia, nie tylko w drodze, ale i podczas postojów – po podróżnym wysiłku jazdy. Jest tego sporo. Może więc takie, pierwsze lepsze, z brzegu:
„Potem zjazd w dół – cudowny zjazd serpentynami wśród lasu. Przy dużej ilości serpentyn jest to po prostu tańcem na rozpędzonej maszynie. (…) Dojeżdżamy tak prawie aż nad wodę, na sam koniec cypla skalnego i zawracamy w lewo. Wpadamy znów w półmrok leśny. (…) Po chwili wylatujemy z lasu jak dwa pociski z lufy i wjeżdżamy na prosty kawałek drogi. Z lewej strony niewielka zatoka, z prawej jakaś wyspa z zameczkiem i cyprysami. Böcklin w świetle słońca. Koloryt wody jest zupełnie bajkowy: szafir, plamy seledynowe i jasnoniebieskie pasma posypane białymi grzywkami fal. Rozpętanie barw, zupełny obłęd.”(…)
„Tak przyjemnie być młodym i móc bezkarnie męczyć się dla przyjemności, męczyć się bez celu, dla radości życia.”
I jeszcze:
„W południe zatrzymujemy się nad rzeką, kąpiemy się i jemy. Słońce grzeje, wzrok gubi się w szczytach. Ogarnia mnie to typowe górskie lenistwo. Można leżeć godzinami, patrzeć, gryźć czekoladę z rodzynkami, palić. Można przestać być człowiekiem i stać się jakąś tak istotą jednokomórkową, amebą lub planktonem.” (…)
„Zapadła noc, na niebo wyszedł jasny księżyc. Jest zupełnie widno, cisza, lekki plusk morza. Rozkładamy koc na piasku, z małej walizeczki Tadzia robimy stół i jemy. Tej kolacji chyba nigdy nie zapomnę. Noc ciepła i jasna, srebrzysto-popielaty piasek i staniolowe morze. Apetyt. Nieopisana rozkosz, bezmyślna i zdrowa. Piękno nie porusza tu żadnych wspomnień, nie kojarzy się z niczym – ani z muzyką, ani z poezją. Jest pięknem, które się je tak samo, jak te sadzone jajka ze szpinakiem z puszki i zapija szklanką czerwonego wina. (…) Tutaj piękno jest; jest na talerzu, jest tak uchwytne, że jem jajka, szpinak, księżyc, morze, sałatkę z pomidorów, fasolę i oblizuję się.(…) Objedliśmy się nieludzko. potem papieros na leżąco, błądzenie wzrokiem po rozgwieżdżonym niebie i chwile nieopisanego szczęścia. Jakieś zwierzęce zadowolenia z życia. Dziś tu, jutro gdzie indziej, słoneczne dni i gwiaździste noce.”

FRANCJA JAK PIĘKNA DZIWKA

Bobkowski Francję kochał, później ją nienawidził, potem znów wyznawał jej miłość, by następnie wyzwać ją od dziwek… I tak z tą miłością było już przez cały czas okupacji. Podobna zmienność zawsze jest udziałem kochanków namiętnych, ale i przenikliwych, których zauroczenie obiektem miłości nie pozbawia wobec niego krytycyzmu. Co może wyglądać na niezrównoważenie, ale przede wszystkim świadczy o temperamencie, inteligencji i braku letniości.

Bobkowski w Paryżu

Bobkowski Francję analizował, rozbierał na czynniki pierwsze, odkrywał wszystkie jej powaby, dawał nura w jej ciepłe i nęcące wnętrze… A kiedy nie spełniła jego oczekiwań i nie sprostała jego wyobrażeniom, potrafił się na nią wściekać i być wobec niej wprost okrutny. Coś zaczęło się psuć, kiedy jeszcze w Paryżu zobaczył jej uległość wobec nachodzących ją Germanów. A do wybuchu doszło w Tulonie, gdzie Bobkowski zobaczył francuskie łodzie podwodne i marynarzy z czerwonymi pomponami czekających w bistrach na przejęcie tego wszystkiego przez Niemców („…przecież oni tutaj poddali się na pewno korespondencyjnie, listownie, albo telegraficznie. Ci marynarze nie mają nerwów, serca  i nawet rozumu.”). Młody i mimo wszystko nadal zakochany Bobkowski tego nie zdzierżył: „Tu widzę Francję nagą, leżącą w Tulonie, jak dziwka. Czeka i uśmiecha się z rezygnacją, rozchyla nogi… Zdradza mnie. Pot cieknie mi po policzkach, szepczę jakieś słowa.” Wtóruje mu jego kumpel Tadziu: „… widzisz jak się poustawiali? A na co oni czekają? Na opakowanie. Żeby Niemcom w zębach przynieść. Tu się ucz, że Westerplatte i Warszawa to dobre, ale do fotografii. A oni tymczasem raz flaczki, raz ziemniaczki, raz kuperek  z kaczki… Szkoda każdego słowa.”

Bobkowski cały czas zastanawia się, dlaczego tak się stało? Wydawać by się mogło, że trywializuje, porównując kraj o tak bogatej kulturze i tradycji – który był dla świata wzorem, stanowiąc jego duchową, rewolucyjną, humanistyczną, intelektualną awangardę – do jakiejś sprzedajnej dziewki, która się rozkłada przed byle osiłkiem. Ale nie. Bobkowski widzi wielkość dawnej Francji, (ale też dostrzega przy tym jej słabości i marność), nadal mu ona imponuje, ale zaczyna nią pogardzać… i te kontradykcje tylko z czasem się potęgują. Innymi słowy, jego spojrzenie ogarnia całą złożoność sytuacji w jakiej znalazła się zmurszała już mocno kultura europejska, (której niejako sztandarową forpocztą była od paru wieków Francja) skonfrontowana z prężnym, witalnym, silnym i zaborczym faszyzmem.
Co ciekawe, to co wydaje się być teraz słabością Francji – przywiązanie do konwenansu i formy, nieprzemakalność na biurokrację, akrobatyczna zdolność omijania prawa, nonszalancja w traktowaniu „obcego”, uprawa swojego ogródka bez względu na to co się dzieje wokół; „świętość” i świetność wina, erosa, bagietki i sera; obwinianie wszystkich tylko nie siebie, uległość przed agresorem, operetkowość kolaborantów i groteska rządu Vichy (Pétain to „taki piernikowaty Stalinek a la française) … – paradoksalnie, to wszystko i wiele innych specyficznych cech tego kraju, staje się siłą, dzięki której Francuzi będą mogli przetrwać ten upokarzający ich czas, i to w miarę nienaruszonym stanie.

Oddajmy jednak głos Bobkowskiemu: „Francja jest przede wszystkim krajem złudzeń optycznych. (…) Ona ślepnie, k… się, jeszcze pełna uroków i subtelności. Jak starsza dama pachnąca paczulą, strojna, dowcipna, i wolteriańska, roztacza swe uroku spoglądając spoglądając z pobłażliwością na szaleństwa młodych. Może ma rację?”
„Francja łudzi, odmawia mechanicznie jakiś różaniec, jakiejś wolności i jakichś sloganów przeżartych przez mole, odnawia antyki i ślepnie.”
„Francuz jest jak ślimak. Urażony w najczulszy koniec swego rożka posłannictwa, chowa go, kurczy  się i zamyka w skorupie d’une indifférence aimable (grzecznej obojętności). Ale na pierwszy odgłos Vive la France!, gotów jest wyskoczyć nie tylko ze skorupki, ale i z własnej skóry.”
„Paryż i francuska myśl mają w sobie coś z szampana, brzoskwiń, burgunda, sardynek, serów. Soczyste, podniecające, łatwostrawne, pikantne, pełne smaki, lekkie. I życiowe. Nie lubią nadludzi i nadmyśli. (…) Może ich postępowanie w tej wojnie jest tylko ludzkie, życiowe i praktyczne? Praktyczne na pewno. Najlepszy dowód, że idę teraz spokojnie z teatru i że mogę myśleć o tych rzeczach. Są bez honoru! To teraz. Bo może w końcu wyjdą z honorem, a jeżeli nie – to i tak świat gotów im to wybaczyć i zapomnieć. Czegóż nie przebacza się pięknej kobiecie?”

PŁONĄCY BURDEL W CZASIE POWODZI

Prawdę mówiąc, Bobkowski czuł się zawiedzionym kochankiem nie tylko Francji, ale i całej Europy, która mimo całej swej „wspaniałości” kulturowej puściła kantem człowieka „z krwi i kości”, wynosząc ponad niego ideologię – czyli w gruncie rzeczy idąc w abstrakcję niewolącą ludzi, odbierającą im podstawowe prawa, zaprzęgającą w jarzmo służby nowo zrodzonej bestii, jaką było państwo totalitarne, posyłające miliony istnień ludzkich na przemiał historii. To co pisze Bobkowski o faszyzmie, komunizmie i ogólnie – o totalitaryzmie, który pożarł europejską wolność, jest niesłychanie przenikliwe i aż wierzyć się nie chce, że pisane było w czasie, kiedy giganci intelektu i wielcy mędrcy Zachodu nadal uważali komunizm za awangardę ludzkości, ukąszeni – jak pisał Miłosz – przez Hegla z tą jego wizją człowieka muszącego podporządkować się Historii i POSTĘPOWI w dążeniu do coraz doskonalszego systemu. Co ciekawe, już wtedy Bobkowski zwraca uwagę, że państwo hitlerowskie jest państwem na wskroś nowoczesnym, mimo odwoływania się do pierwotnych sił Narodu i germańskich mitów.

Bobkowski: „Polska usiadła nam na mózgu i paraliżuje myślenie. Zamiast być ‚homo sapiens’, należymy do rasy ‚homo polacus”, do rasy ogłupionej ojczyzną, do kretynów chorobliwego patriotyzmu i nacjonalizmu.”

Bobkowski Rosji nie znosił (do czego otwarcie się w „Szkicach” przyznaje), ale naprawdę przerażało go to, co stało się z kulturą niemiecką – do czego w końcu dotarł ten kraj poetów, filozofów, artystów i muzyków, podporządkowując już wówczas sobie pół Europy, która wprawdzie ich nienawidzi, ale patrzy na nich jak na panów i przyszłych władców, którzy dyscyplinę, twardość i porządek przeciwstawili „zgniliźnie, zdezorganizowaniu i niedołężności” wolnego, liberalnego świata (jaki reprezentowała choćby Francja). To w sumie niesłychane, że dokonali tego ci, którzy praktycznie wolności się wyrzekli: „Widzę dziś zupełnie jasno, że świat nie mógł pobić Niemców, bo po prostu był tym innym, starym światem WOLNOŚCI. Świat wolności, praw wolności nie mógł się oprzeć dobrze zorganizowanemu niewolnikowi.” Bobkowski, myśląc o tym, kuli się w sobie, bo nagle „z przerażającą jasnością” dostrzega, że Niemcy „wywracają wszystkie pojęcia, wszystkie wartości” niszcząc ludzi bardziej nawet wewnątrz niż na zewnątrz. I przypomina sobie swoją korepetytorkę Niemieckiego Dorę Vogel, która karmiła go tą kulturą z „całą nieszczęśliwą miłością Żydówki do Niemców”. I czuje się teraz jak zatruty niemiecką myślą, jej podstępną „histerią”, nadwartościami, walką klas, heglizmem: „Niemcy stworzyli ten język, mętny, okropny, w którym nigdy nie wiadomo, co naprawdę oznacza słowo ‚Kultur’. Czy chodzi im o mieszkanie z łazienką, o Goethego, czy może w końcu o ‚Marsch’, marsch'”.

„Szkice piórkiem” pełne są ambiwalencji. Wygląda na to, że ma ona kilka przyczyn. Główną jest chyba temperament Bobkowskiego, który czuje się nie tylko zdradzony przez kulturę europejską, ale i sfrustrowany własną niemożnością znalezienia sobie w tym wszystkim miejsca. Znajduje się więc on jakby między młotem a kowadłem, chciałby się uwolnić od tego całego balastu kulturalnej „nadbudowy”, która jak by nie było go uformowała, więc jednocześnie jest w niej zanurzony po same uszy. Nadal jest przywiązany do czegoś, co budzi w nim nie tylko niechęć, ale i wstręt. Tu się zastanawiam, czy można mówić tu o wstręcie, czy może tylko o chwilowej, gwałtownej niechęci Bobkowskiego do… własnego kraju? Jak bowiem nazwać uczucie dyktujące mu napisanie takich (być może szokujących dla niektórych) słów?:
„Nam się zawsze wydaje, że w polityce popłaca lojalność. Bzdura. Teraz widzę, że gdybyśmy poszli od początku razem z Niemcami, mielibyśmy dziś o wiele silniejszą pozycję niż jako lojalni sprzymierzeńcy. Nawet wobec Rosjan. Gdyby dziś przyszedł do mnie ktoś z propozycją wstąpienia do jakiejś organizacji podziemnej, posłałbym go do wszystkich diabłów. Bo o co na ten przykład? O Polskę? O Polskę, o której nie my będziemy stanowić? Mamy skłonność do przykładania do wszystkiego miarki ‚przyzwoitości’, lojalności itp., a nie zwykłych miarek handlowych. Gdy myślę o tym, dochodzę nieraz do bluźnierczych zupełnie konkluzji. Polska usiadła nam na mózgu i paraliżuje myślenie. Zamiast być ‚homo sapiens’, należymy do rasy ‚homo polacus”, do rasy ogłupionej ojczyzną, do kretynów chorobliwego patriotyzmu i nacjonalizmu”.
Dziś podobne słowa niewiele kosztują, słyszy się je na porządku dziennym, ale zwróćmy uwagę, że wypowiedziane one zostały w czasach, kiedy otwarte głoszenie takich poglądów spowodowałoby automatyczną anatemę nałożoną na ich autora i jego wykluczenie z wszelkich liczących się polskich środowisk z ich zadeklarowanym wówczas patriotyzmem.
Takie i podobne wypowiedzi mogą też świadczyć o zupełnym momentami skołowaceniu głowy Bobkowskiego, o czym zresztą on sam pisze: „Zatraciłem zupełnie rozsądek. To dlatego, że ilekroć otworzę radio i słucham gadania zza kanału (chodzi o Anglię – przyp. LA), to zamiast ordynarnego i gruboskórnego kłamstwa z tej strony, słyszę stamtąd bujanie. I jakie szlachetne, i jakie piękne i pełne PRAWDY… Porzygać się można. I ci, i tamci robią to samo. Dążą do zabicia myśli. Bo tylko z bandą baranów można zrobić, co się chce.”

Najgorsze dla Bobkowskiego jest to, iż oto cała Europa stała się – jak sam to określa – „płonącym burdelem” i to „w czasie powodzi”. Znikąd nie widać ratunku. I nie można nawet ogarnąć myślą tego, co się stało. Człowiek oniemiał i nic nie rozumie – jest bezbronny i bezsilny: „Jak straszliwie wszyscy stępieliśmy. (…) włosy stają dęba na głowie. Przecież nigdy, w całej historii świata, nie doszło do takiego podeptania elementarnych zasad prawa, do takiego zabicia wszystkiego, co ma jakikolwiek związek ze sprawiedliwością i z humanitaryzmem, z człowiekiem i jego duchem. Czym stał się świat? (…) ‚Do czego doszliśmy’ – w tym pytaniu zawiera się właściwie cała nasza epoka, a w tych trzech słowach kryje się cały ogrom tragizmu naszych czasów. Ci, co nie potrafią myśleć czują, że stało się coś dziwnego, niezrozumiałego i potwornego. Odczuwa się to, co odczuwa więzień, któremu obiecano wolność, a którego sprowadza się do coraz niższych i ciemniejszych cel: gorycz rozczarowania, zdziwienie, strach i w końcu tępa rezygnację. (…) Ustroje polityczne i ekonomiczne zrobiły z całego świata jeden wielki kryminał. (…) Czymże są te wszystkie nowoczesne ustroje, nowoczesne myśli i założenia, współczesne poglądy na życie człowieka i jego zadania? Są po prostu jednym wielkim i powszechnym zaprzeczeniem człowieka. (…) Nowoczesne państwo stało się molochem zżerającym ludzi milionami, tworem żądającym nieustannych ofiar i niewolnictwa, w którym człowiek jako jednostka reprezentująca pewną myśl i ducha jest przekreślona, zdeptana, zniweczona. (…) Na polach walk giną ludzie, na całym świecie ginie człowiek zamieniając się w bydlę wyprane z wszystkiego i myślące coraz bardziej o tym czym zapchać żołądek, i co zrobić aby przeżyć o dzień dłużej niż inny okaz z tego stada pędzonego batem i szturchanego w plecy lufą karabinu. To pozostawi ślad, spodli na lata. Bo na to, by z bydlęcia, jakim jest człowiek, zrobić człowieka – trzeba lat. By zrobić z niego jeszcze większe bydle, wystarczy chwila. (…) Z zadowoleniem i największą rozkoszą mówi się o śmierci tysięcy ludzi i nikomu nie przychodzi na myśl, że to też są ludzie. Nawet mnie… Cała Europa okupowana siedzi w cyrku i patrzy z zimną krwią na tę straszliwą areną. I nie zdaje sobie sprawy, że jakimś szatańskim zrządzeniem losu, piekielnym paradoksem jest fakt, że jednocześnie ogląda jakby swój pogrzeb. (…) „Jest to jakiś ocean gnoju, zraszany perfumami, w którym kąpie się wielki dom obłąkanych, jakim jest tzw. ludzkość.”

Jest to więc nie tylko cywilizacyjne bankructwo Europy. Jest to jej zejście na psy, upodobnienie do burdelu, do oceanu gnoju i obłędu. Czy może więc dziwić to, że Bobkowski, uświadomiwszy sobie to wszystko, będzie chciał uciekać od Europy jak najdalej – najlepiej tam, gdzie pieprz rośnie?
Cywilizacja europejska zabrnęła w ślepy zaułek, z którego nie było widać drogi wyjścia. Najbardziej otępiali i zadziwieni byli ci, którzy najbardziej tą cywilizacją przesiąkli; ci, którym wszczepiła ona swoje „tabu” i nowe dogmaty – w tym sceptycyzm wobec wszystkiego, co budziło dotychczas w ludziach wiarę, a który zamiast wyzwolenia przyniósł ludziom nowe zniewolenie w postaci fanatycznego zawierzenia w „dogmat” nauki, postępu, „liczby i materii”.

*

Andrzej Bobkowski w Europie „oglądającej swój pogrzeb”

*

TONĄCY OKRĘT, WYZWOLENIE  CZY FARSA?

Bobkowski przerywa swoje zapiski w lutym 1944 roku (wkrótce po wyjściu ze szpitala), i ponawia pisanie w czerwcu tego roku: „Znowu nie pisałem przez kilka miesięcy. Bo po co? Teraz już piszę tylko z obowiązku kronikarskiego, jak do końca się pisze dziennik na tonącym okręcie.”
Czy to nie dziwne stwierdzenie? Wojna zbliża się ku końcowi, alianci u bram, Paryż i cała Francja wkrótce zostaną wyzwolone, Niemcy przepędzeni, a Bobkowski bąka coś o „tonącym okręcie”? Więc kiedy Niemcy panoszyli się w Europie to okręt pływał, a teraz, gdy nadciągają Anglicy i Amerykanie to Tytanik idzie na dno? (Bo przecież nie chodzi tu chyba o Sowietów, którzy pewnie wezmą sobie tylko jakiś mały kawałek europejskiego ciastka.)
Jeszcze bardziej niewyraźnie robi się człowiekowi, gdy czyta taki oto fragment: „… następną tajną bronią Niemców ma być również bomba latająca, a raczej rakieta o znacznie zwiększonym zasięgu. Aż do Waszyngtonu. Przydałoby się, ale niestety, to chyba nieprawda.”

Jak to rozumieć? Czy Bobkowski czuje, jak zamyka się jakiś (mimo wszystko szczęśliwy) okres w jego życiu, a zaczyna jedna wielka niewiadoma, która może być wręcz katastrofą? Jeśli tak, to jaką: cywilizacyjną czy też raczej osobistą, czyli jego własną? Może to antycypacja jego ucieczki z Europy, która jednak – mimo niewątpliwej przegranej Niemców – w jego odczuciu zatonęła?

Póki co obserwuje zachowanie się Francuzów wobec zbliżającego się liberation i drwi sobie z ich nagłej zmiany frontu i wojowniczej pozy, z wybuchającego na tę okazję  patriotyzmu; szydzi z ich skłonności do bagatelizowania własnej kolaboracji z Niemcami: „Wspaniałe. Gdy dzisiaj w rozmowie z jednym Francuzem, mówiąc o obecnym okresie, wyraziłem nieśmiałą obawę, że cały ten okres może okazać się jednak plamą na historii Francji, odpowiedział mi zupełnie serio: ‚To nigdy nie będzie stanowić historii Francji – to będzie liczyć się do historii okupacji’. To, to, to, właśnie TO, a nie co innego, ich zgubi. Ślepną na grandę.”

Bobkowski jest wobec postawy Francuzów nie tylko sarkastyczny („Boże, jakże bezczelnie idzie im karta w tej grze. Od samego początku.”), ale i wręcz okrutny: „Po południu odgłosy strzelaniny ulicznej. Samochody niemieckie jadące ulicami strzelają na wszelki wypadek. Już nikt nie wychodzi na ulicę. (…) są „walki”. Paryż stara się naśladować Warszawę. (…) Wszystko to (wybory mera, radnych miejskich, organizacja „oporu”…) jest podniosłe, jak co najmniej jakiś wodewil Labiche’a. Mam ochotę ciągle się śmiać. Przychodzą inni młodzi – jeden na czterech ma jakiś damski pistolecik nie większy od puderniczki. Ale to nie szkodzi. Robili Rrrrewolucję, obalamy mera, aresztujemy kolaboracjonistów.” (…) „W mieście operetkowa strzelanina.” (…) „Dzięki obietnicy Niemców nieatakowania gmachów publicznych zajętych przez tymczasowe władze i obietnicy wycofania się z Paryża, pomiędzy ‚Résistance’ i Niemcami zostało zawarte zawieszenie broni. Wspaniałe. Postrzelali, nadmuchali Niemcom pająków do tyłka i po jednym dniu ugoda. I Niemcy i oni przestają pukać, ludzie wychodzą sobie na spacer i po herbacie. Spokojnie czeka się na łaskaw wkroczenie Amerykanów. Jak w bajce dla grzecznych dzieci. A kiedyś, kiedyś wszystko razem nazywać się będzie ‚bohaterskim zrzuceniem jarzma okupanta przez patriotów francuskich i lud Paryża’. Wygląda na to, że całe wydarzenie zaczęło się za wcześnie, że źle obliczyli czas myśląc, że Amerykanie wejdą już dzisiaj. Więc prędko zrobili zawieszenie broni.” (…) W gazetach wielkie tytuły: ‚Paris qunquiert sa liberté par les armes. Paris se libéré lui-même’ (‚Z bronią w ręku Paryż zdobywa wolność. Paryż sam się wyzwala.’) i w ogóle cała Francja uwalnia się sama przy skromnej zaledwie pomocy Aliantów. Za tydzień zupełnie przestanie się mówić o Amerykanach i Anglikach. Kogut – trudno o lepszy symbol tego narodu. Całe to bractwo rajcujące po bramach i w bistrach trzepie skrzydłami i pieje, potrząsa grzebieniem – i czeka na amerykańską czekoladę i konserwy. A gdy z daleka nadjeżdża motocykl niemiecki, w przeciągu trzech sekund ulica jest pusta, bramy zamykają się i przy dziurkach od klucza walka wręcz, by zobaczyć: Paryż ‚walczy’.”

Może ta zgryźliwość Bobkowskiego, natrząsającego się z „bohaterskich” wyzwalających się „samodzielnie” Paryżan, brała się także ze świadomości tego, co działo się w tym samym czasie (sierpień 1944 roku) w dalekiej  Warszawie? Tu właściwie operetka, tam prawdziwa tragedia; tu wkraczają alianci, tam zaraz za Wisłą czekają Sowieci, aż powstańcy się wykrwawią. Naturalnie, że Bobkowski się cieszy słysząc jankeskie czołgi, widząc zielone mundury, słysząc angielską mową… Łapie się nawet na tym, że sam do siebie krzyczy po polsku z „dzikim entuzjazmem”: „Oni żują gumę!'” I dodaje: „ta guma rozczuliła mnie zupełnie.”
Lecz te jego łzy radości mieszają się ze łzami smutku i rozpaczy: „Oni tu mogą być szczęśliwi, nam jeszcze nie wolno” – mówi do amerykańskiej dziewczyny, siedzącej za kierownicą ambulansu. Gorzka to radość.

*

Andrzej Bobkowski: „O ileż byłoby lepiej, gdyby ludzkość zachowała całą swą żarliwość dla kobiety i Boga” (na zdjęciu z żoną)

*

WOJNA I SPOKÓJ

W jednym ze swoich listów Bobkowski wspomniał, że myślał o nadaniu swoim zapiskom tytułu „Wojna i spokój”. Wydawać by się mogło, że stoi to w rażącej sprzeczności z tym, co przed chwilą napisałem o wściekłości diarysty patrzącego na Europę zamienioną w burdel, zalaną oceanem krwi i gnoju.  Jest to jednak sprzeczność pozorna,  przynajmniej w przypadku Bobkowskiego, który w sposób jedynie dla siebie właściwy potrafił niejako rozdzielić tę – nazwijmy ją – refleksję kulturalną, od swojego młodzieńczego witalizmu i atletycznej krzepy. Kiedy czytałem „Szkice piórkiem” niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że „intelektualizm” Bobkowskiego jest w jego osobowości jakimś obcym niemal wtrętem, dodatkiem, swoistym „kwiatkiem do kożucha” – że więcej prawdziwej esencji tego charakteru znaleźć można w jego mięśniach, hormonach, „sercu” i jądrach, niż w jego szarych komórkach i poskręcanych mózgowych zwojach. To już objawiło się z całą mocą w trakcie jego rowerowej eskapady po drogach południowej Francji, ale pozostało widoczne niemal na wszystkich kartach jego zapisków opisujących życie w okupowanym Paryżu. Wiele jest tam ustępów, w których Bobkowski wprost pisze o swoim poczuciu szczęścia, i trudno jest mu nie wierzyć.

Postarałem się odnaleźć niektóre z nich:
„Druga rocznica wybuchu tej wojny. Nie chce mi się uwierzyć. Udało się, jak dotąd, udało się przetrwać. Miałem dotąd szczęście. Wstyd mi, ale pomimo wszystko co nas do tej pory spotkało, jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak szczęśliwy jak przez te lata. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze. (…) Pochłania mnie życie, to wspaniałe soczyste życie, ten Paryż czasu wojny, każdy dzień.” (…) Przeżyłem tutaj okres jakiejś ultramłodości, rozświeconej słońcem, winno-winogronowej, skąpanej w szafirowym morzu; bawiłem się złotem piasku, srebrem wody księżycowej, gorącym wiatrem. Nie będę miał nigdy wyrzutów sumienia, że nie doceniłem młodych lat i – braku logiki.” (…) Nie wiem, czy gdzie indziej i gdziekolwiek przeżyję podobny okres, jak teraz i tutaj. tak dobrze, spokojnie, równo, bez wewnętrznego skręcania się i rozkręcania, z tą wspaniałą sytością i tym czymś nieokreślonym, co wypełnia każdy najpowszedniejszy dzień.” (…) Patrzę w niebo i myślę jakimi słowami można by wyrazić uczucie absolutnego szczęścia, soczystego jak wielka gruszka. Słońce jest białe, płynne, rozlewa się i grzeje.”

Wojna, okupacja i szczęście (z Basią)

Nieporozumieniem jednak byłoby sprowadzić takie wyznania Bobkowskiego do hedonizmu, który w przypadku intelektualistów jest najczęściej pewnym wyborem, wykalkulowaną pozą przybraną przez nich wobec życia i jego powabów. Nie, w przypadku Boba ten hedonizm wypływa z niego organicznie. Nie jest żadną pozą. On po prostu jest. I na dodatek – jest czymś autentycznym.
To wiąże się także z inną cechą Bobkowskiego, która jest tak atrakcyjna dla niektórych jego czytelników: brak akademickiego zadęcia, unikanie wzniosłości, niechęć do absolutu, czy też – jak to już ktoś zauważył – jego „anty-metafizyczność”. To jest ciekawa sprawa, bo przecież Bobkowski JEST erudytą, człowiekiem wściekle oczytanym, z umysłem zanurzonym po czubek głowy w kulturze… a mimo to sprawia wrażenie, jakby nie był „jednym z nich” – tych jajogłowych mędrców, którzy poza swoimi myślowymi wykwitami, zwykłego (więc chyba jednak „prawdziwego”) świata nie chcą (nie mogą?) dostrzec.
Wydaje mi się, że można ten paradoks Bobkowskiego dość łatwo wytłumaczyć: raz – jego wspomnianą już fizyczną krzepą i rozpierającą go życiową energią; dwa – też już wspomnianym rozczarowaniem kulturą, która go intelektualnie i duchowo uformowała.

I jeszcze jedna sprawa. Czytając owe „raporty z oblężonego miasta” – pisane jednak zupełnie inaczej niż te Herbertowe – możemy sobie po raz kolejny uświadomić to, że ludzie żyjący w Europie ogarniętej II wojną światową, postrzegali rzeczywistość w zupełnie inny sposób, niż zwykle wyobrażamy to sobie my – pokolenia, które nie doświadczyły wojny i okupacji na własnej skórze. Tak, to był koszmar, ale na powierzchni tego koszmaru kwitło życie, ludzie mogli się czuć – i czuli – szczęśliwi. To dlatego Bobkowski nieraz pisze o Paryżu, który „dopiero teraz jest naprawdę ładny” i na dodatek pełen rozkwitających dziewcząt („Na ulicy furkają rowery. Kobiety w szerokich spódniczkach pokazują apetycznie wymalowane nogi. Wszystkie są zgrabne i w każdej można by się zakochać choć na parę godzin”).

Wygląda na to, że Bobkowski w okupowanym Paryżu świetnie sobie radził, prowadził jakieś – jeśli nie „ciemne” – to zakonspirowane i na pewno „nielegalne” wówczas interesy, które pozwalały mu na życie, jak na tamte warunki, w miarę dostatnie. Chodził do kina, do teatru, kupował książki… Stać go nawet było na wakacyjne wyjazdy na francuską prowincję.
Choć zanim się tak „ustawił” – to i on nie miał łatwo. Oto przypomina mi się pewna przygoda Boba, którą zaliczam  jednocześnie do jednych z najbardziej pamiętnych dla mnie fragmentów dziennika:
„Śmietnik, przy którym kręci się pies, może zawierać coś ciekawego, coś z kości lub mięsa. Jest – naciskam hamulce. ‚Won’ mówię grzecznie kundlowi i odpycham go kołem. Warczy swołocz, musi być coś lepszego. Patrzę i oczom nie wierzę. Cała głowa barania.. Wyciągam z torby papier, owijam głowę i chowam. Trochę już ‚czujna’, ale za to ile jedzenia. I pędzę znowu nad Sekwaną. Zapatrzyłem się na jakiś afisz i z całym rozpędem walę czubkiem buta opancerzonym w ‚klipsę’ pedałową – w błotnik niemieckiej limuzyny. Błotnik zgina się w okropny sposób. Sabotaż – na szczęście nikt nie widział. Uciekam uszczęśliwiony. Jednak czymś przysłużyłem się ojczyźnie. Wpadam do domu i gwiżdżąc one-stepa ‚Salome’ wnoszę głowę. Narada wojenna z Basią. Czuć? Barana zawsze czuć. Robimy prosektorium. Przepiłowuję czaszkę piłką do żelaza – jest móżdżek. Poza tym ozór i mięso z policzków. Objem się.”

Kapitalne!

„Chuligan” z piórkiem w ręku

CHULIGAN WOLNOŚCI

Tym, co najbardziej wydaje się definiować postawę Bobkowskiego wobec świata, jest jego głód wolności. Punktem wyjścia do zrozumienia tego może być choćby taki oto fragment, jaki można znaleźć na samym początku „Szkiców piórkiem”:
„Chrzęszczą zasłony z koralików, jakby odmawiały cicho różaniec spokoju nawleczone na swoje długie sznurki. Czasem, gdy ten pierwszy koralik na dole zerwie węzełek, sypią się wszystkie na chodnik, skaczą wesoło i przekornie, jak dzieci wybiegające ze szkoły, pędzą i potrącają się. Są wolne i cieszą się z tego. Mam ich kilka w kieszeni na pamiątkę. Może ja sam jestem takim koralikiem, co urwał się ze sznurka?”

Tutaj możemy się nieco zdziwić: taki wielki chłop koralikiem!? Niewątpliwy liryzm i niewinność tego fragmentu stoi bowiem w sprzeczności nie tylko ze zwalistą cielesnością Bobkowskiego, ale przede wszystkim – ze śmiałością, siłą, i bezceremonialnością jego sposobu wyrażania się, którego dezynwoltura rzeczywiście przypomina niesubordynację i łamiące wszelkie konwenanse zachowanie chuligana (tak Bobkowski nazwał sam siebie w jednym ze swoich listów, dodając jeszcze do tego słowo „wolności”).
Raz Bobkowski okazuje delikatność i subtelność, to znów wybucha: „Anarchizm posunięty do histerii, niemal do szaleństwa. Byłbym zdolny mordować z wyrafinowaniem.” Używa języka bogatego, plastycznego, wysmakowanego…, który sąsiaduje z kolokwializmami, bliskim nawet prostactwa, czy wulgarności (choć tej granicy nigdy w zasadzie nie przekracza).

„Szkice” pełne są takich antynomii.
A największą z nich jest chyba antynomia człowieka kulturalnego (tzn. świadomego znaczenia kultury w kształtowaniu i określeniu „człowieczeństwa”) a jednocześnie anarchisty tęskniącego za wolnością totalną (czyli odrzucającego wszelkie kulturowe „więzy”, ograniczenia i „pęta”). Bobkowski szamocze się w tym wszystkim, i nic dziwnego – bowiem wyjścia z tej antynomii nie ma. Tak jak nie można być radykalnym indywidualistą, który chce się uwolnić od społeczeństwa – to okazuje się niemożliwe, bo wiąże go z nim jego kultura, która przecież poza społeczeństwem nie istnieje, a i jego samego czyni człowiekiem.
Chcąc przerwać ten węzeł gordyjski Bobkowski decyduje się na posunięcie radykalne: ucieczkę z kontynentu, który go w to piekło antynomii wpędził. I nie jest to ucieczka od Polski, ani nawet od Francji – jest to ucieczka przed kulturą przywiązaną do dogmatów, które doprowadziły ją do katastrofy, choć miały jej przynieść świetlaną przyszłość. A nie przyniosły jej nawet jakiegokolwiek moralnego ładu.

Bobkowski stwierdził, że został od Europy „odrzucony” – ale tak jak „odrzuca” człowieka od czegoś, co stało się dla niego wstrętne. Symptomy tej alergii znajdujemy na kartkach dziennika raz po raz: „Już po dwudziestu sześciu latach, w tak młodym wieku Europa wyłazi człowiekowi bokiem i gardłem.” (…) „… nagle ogarnęła mnie taka tęsknota za jakimś krajem, w którym kwitną orchidee, że miałem ochotę płakać. Czasem czułem ból tęsknoty.” (…) „Mam dość tej całej kolebki kultury i obozów koncentracyjnych zwanej Europą, mam dość poszukiwania absolutu – ja chcę żyć, po prostu żyć. Czym jest absolut w porównaniu z piersią dziewczyny i jej pocałunkiem? Bzdurą. (…) chcę nauczyć się żyć wolny, WOLNY, bez pragnienia uwierzenia w cokolwiek. Chcę być dobry nie dlatego, że katecheta lub Engels tak każe, ale dlatego, że każdego człowieka trzeba kochać, skoro się jest tym bydlęciem – człowiekiem.”

Wyjeżdża więc do Gwatemali.
Ale czy w ten sposób Bobkowski nie zamienia jednego mitu na drugi? Czy nie daje nura w odmęty nowej utopii, wygramoliwszy się z błota i stęchlizny starej?  Czy mógł przypuszczać, że w nowym egzotycznym kraju też będzie musiał czuwać ze strzelbą we własnym domu, by obronić się przed barbarzyństwem „cywilizacyjnych” przemian i  rzucania się ludzi sobie do gardeł?
Czy modele samolotów, które tam sklejał, uchroniły go przed gorączkami Nowego Świata i przyniosły mu spokój, który zawsze tak bardzo sobie cenił?

Aaa… to już jest zupełnie inna historia.

*  *  *

Raj tuż za rogiem? Pisarz w Gwatemali.

*

CZYM JEST SZTUKA?

Oto fragmenty listu do jednego z moich przyjaciół, dotyczące ogólnych zagadnień związanych ze sztuką i jej odbiorem. Zdecydowałem się na ich publikację z nadzieją, że znajdzie to zainteresowanie również wśród czytelników tego bloga.

*

Przezwyciężając opór materii – rzeźby w Muzeum d’Orsay, Paryż (zdjęcie własne)

*

CZĘŚĆ I: KLASYKA, CHAOS, SZTUKA  A  RZECZYWISTOŚĆ

Mój Drogi W.
na spieraniu się o to czym jest sztuka można życie strawić, a wszystkich książek na ten temat spisanych nie pomieściłaby pewnie żadna normalna biblioteka (już nie wspominam o ich przeczytaniu). Ale na swój własny pożytek mamy zapewne jakieś pojęcie o tym, czym jest sztuka – coś tam sobie o niej mniemamy, coś przedstawiamy.
A nieporozumień co do istoty sztuki było przez wieki co niemiara (mistrzem zamętu był pod tym względem wiek XX), także współcześnie ich nie brakuje. Dość wspomnieć, że jeszcze w Średniowieczu nie zaliczano do sztuki ani rzeźby ani nawet malarstwa! Żeby było śmieszniej, dzisiejsze historie sztuki zajmują się prawie wyłącznie dziejami malarstwa, rzeźby i architektury.

Moje rozumienie sztuki zbliżone jest chyba do tego jakie wyszło z Oświecenia, które to wprowadziło pojęcie sztuk pięknych.
Sztuka wyrosła w prehistorii z obrzędów magicznych – i coś z tej magii dotrwało do naszych czasów. Może właśnie dlatego, zawsze, kiedy mam do czynienia z wielkim dziełem sztuki, odnoszę wrażenie, iż dotyka ono czegoś metafizycznego, nienazwanego, nieosiągalnego w żaden inny sposób (stąd artyści, wg mnie, stanowią coś w rodzaju antropologicznej elity, są kastą wybraną, obdarzoną talentem, zdolną do natchnienia i tworzenia czegoś wyjątkowego). To dlatego m. in. uważam, że pogląd Platona o wygnaniu poetów (zazwyczaj zresztą trywializowany) należy do historii ludzkiej głupoty, a nie mądrości.

Podchodzę do sztuki dość egocentrycznie, ale za to wprowadza to do mojej głowy pewien ład : w moich oczach sztuką jest to, co mnie porusza (głównie są to doznania estetyczne, choć nie tylko takie – mogą być one również etyczne, poznawcze, emocjonalne, zmysłowe… etc.); albo to, co jest mnie w stanie poruszyć (w innych okolicznościach np.). Jest to bowiem jedyny sprawdzalny dla mnie probierz.
Nie roszczę sobie pretensji, aby była to jakaś wiążąca kogokolwiek definicja sztuki. Jest to jedynie pojęcie, jakie sobie stwarzam na swój własny, prywatny użytek.
Oczywiście są wytwory sztuki, które działają na innych, ale nie za bardzo na mnie, ale wtedy podchodzę do nich sceptycznie. Godzę się z tym, że może to być dzieło sztuki, ale dla mnie jest to dzieło sztuki cokolwiek nominalne, czyli tylko tak nazwane. Tym sposobem w moim najgłębszym doznaniu odmawiam uznania za sztukę różnych zlewów na wystawie, gówien w muzeum, krwi miesięcznej na płótnie, wszelkich dziwacznych instalacji… etc. Oczywiście i one mogą mnie poruszyć, ale to poruszenie jest dla mnie czymś negatywnym (obrzydzeniem np.), czasem jakąś konstatacją pustki, pomieszania, manipulacji, nieszczerości, pozerstwa… Niczego mi nie dają, nie wnoszą niczego konstruktywnego do mojej wizji świata – nie oddziaływają na mnie pozytywnie. I właśnie dlatego odmawiam zgody na taką sztukę – ja przynajmniej nie chcę mieć z nią nic do czynienia.
Odkrywam także u siebie jakiś wewnętrzny, instynktowny wręcz sprzeciw wobec uznania za sztukę czegoś co wydaje mi się nieestetyczne, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że dzieło sztuki wcale nie musi posługiwać się estetyką, którą akceptujemy, i która się nam po prostu „podoba”, bowiem w sztuce nie wszystko musi nam się wydawać „ładne”.
Poza tym, sztuka „lekka, łatwa i przyjemna” to ledwie margines twórczości artystycznej – i to ten najbardziej (jeśli chodzi o kreatywność) konformistyczny.
*

Jan Vermeer, „Ważąca perły”, Galeria Narodowa w Waszyngtonie (zdjęcie własne)

*

Nie wiem W. skąd ta Twoja niechęć do klasyki (zresztą nie jestem pewien jak Ty definiujesz klasykę?)
Czy nie powiesiłbyś na ścianie rysunku Leonarda czy Rafaela?
To są wszak szczyty ludzkiego geniuszu – i tego przecież nikt o zdrowych zmysłach nie może kwestionować.
Wg mnie to właśnie klasyka stanowiła wyraźne i bardzo czytelne kanony sztuki – dziś wiemy, że arcydziełem jest i nigdy nie przestanie być np. „Pieta” Michała Anioła, Bazylika Św. Piotra, rzeźby Canovy, Carpeaux, płótna Rubensa, Caravaggia, Vermeera czy Ingresa.
(Nota bene, dzięki tym kanonom możliwe było ongiś dość precyzyjne ustalenie definicji artyzmu i piękna.)

Tam zresztą podoba mi się też jeszcze coś innego: aby stworzyć takie rzeczy, trzeba było mieć ogromny talent i niesamowite zdolności twórcze; także wiedzę, warsztat, technikę, manualną i mentalną biegłość; często być tytanem pracy i wysiłku… To choćby (bagatela!) różni twórców klasycznych od wszelkiej maści współczesnych „artystów” – samozwańców, błaznów i cwaniaków, którzy srają do słoików (nie ważne – czy robią to z głupoty, z wyrachowania, z chęci wywołania skandalu czy też prowokacji) i sprzedają to jako dzieła sztuki (a inni kombinatorzy i idioci to kupują).
Tak więc nominalnie – te kible Duchampa, czy nawet fekalia Manzoniego – są uznawane za sztukę (gdyż jakby nie było mówi się o nich w kontekście historii sztuki), to jednak wg mnie są tej sztuki upadkiem, wpisują się raczej do historii ludzkiej głupoty i zdezorientowania, a nie artyzmu.
(Wystarczy dogłębniej prześledzić właśnie casus pisuaru Duchampa – nota bene uznanego przez wielu krytyków sztuki za najważniejsze „dzieło” sztuki XX wieku – by uświadomić sobie dezorientację i hucpę jaka zapanowała w sztuce współczesnej.)

Nie jestem też do końca pewien o co Ci chodzi z tym chaosem. Piszesz, że w sztuce musi być jakiś czynnik chaosu.
Czy jednak nie pojmujesz go tak jakoś metafizycznie? Czy aby zbytnio go nie nobilitujesz?
Dla mnie sztuka jest właśnie czymś przeciwnym: swoiście ludzkim wysiłkiem uporządkowania tego chaosu – wyodrębnieniem zeń (czy też uformowaniem), czynnika ludzkiego.
Nie wahałbym się nawet nazwać rzecz drastyczniej: sztuka to walka człowieka z nieludzkością chaosu (a  ściślej: z tym co się nam chaosem wydaje); oswajanie przygniatającego nas, bezkresnego i niezrozumiałego, nieogarnionego myślą i niedostępnego zmysłom Wszechświata (brzmi to być może trochę mętnie, nieco patetycznie i nazbyt metafizycznie, ale coś w tym chyba jest, bo ten Wszechświat to również skała, drewno, farba… urabiana przez artystę materia).
Jeśli więc taki Francis Bacon (niewątpliwie wybitny artysta i znakomity wg mnie malarz) twierdzi, że jemu chaos jest potrzebny, to jest mu on potrzebny tylko po to, by móc ten chaos ujarzmić w procesie twórczym i kontrolować. I choć ta jego (widoczna na płótnach) figuratywność do grzyba nie jest podobna, to ma w sobie właściwość skończonego dzieła sztuki – właśnie poprzez swoje formalne uporządkowanie, wyodrębnienie z chaosu.
(Takim wyodrębnieniem, wbrew pozorom, jest również abstrakcja.)
*

Francis Bacon, „Three Studies For Figures at Base of Crucifixion”, Tate Gallery, Londyn (zdjęcie własne)

*

I wracając jeszcze do tego co piszesz o Platonie: pomstujesz na klasyków, by następnie powyrzucać ich z państwa jako naśladowców natury (bo tak ich widział ponoć Platon). Otóż (faszyzujący przy tym) Platon nie dlatego chciał ich (a ściślej poetów – trzymajmy się klasyki) wyrzucić, że usiłowali naśladować naturę, ale za to, że za bardzo niby to mieszali ludziom w głowach, odwodząc ich właśnie od rzeczywistego oglądu świata.
Jest to wszak pewne pojęć pomieszanie, więc nie rozwódźmy się już nad tym.

Te odwieczne spory – jaki jest stosunek sztuki do tzw. rzeczywistości? – chyba już teraz (w dobie wszelkich „izmów” – z postmodernizmem na czele) ucichły, bowiem zgoda nastąpiła co do tego, że sztuka może być i taka i taka i taka…
Tak więc może zarówno naśladować rzeczywistość, jak i ją odzwierciedlać; może przemawiać symbolami, metaforą, budować mity i fantazje – odnosząc się jednak do rzeczywistości; jak również – i to jest jedno z naszych ostatnich odkryć – budować światy autonomiczne. (Niestety, pod to ostatnie podciągnąć można zarówno wszelką sztukę bezprzedmiotową – np. abstrakcję – jak i muzykę Bacha… coś mi więc tutaj nie pasuje i będę się musiał nad tym zastanowić).

CZĘŚĆ II: DE GUSTIBUS…

*

Czy rzeczywiście o gustach nie można dyskutować?
W jaki sposób nasz gust wpływa na wartościowanie przez nas sztuki?
Walka na śmierć i życie – w salonach, galeriach i poza nimi…

*

Jak patrzymy na sztukę? Scenka z Luwru, Paryż (zdjęcie własne)

*

De gustibus non est disputandum – jak głosi znana, stara łacińska sentencja. Czyli, mój Drogi W. o upodobania nie ma się co spierać. Ale ludzie i tak się spierają. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że z kilku przyczyn, ale głównie dlatego, że chcą udowodnić, iż ich gust jest coś wart (to jest bardziej szlachetne), albo że jest lepszy od innych (to już jest szlachetne mniej).
Czasem chcą po prostu pokazać, że górują nad kimś innym (to taki stary atawistyczny instynkt, jak również zakamuflowany sposób wywyższenia samego siebie). Jednak odrobina mądrości i tolerancji pomaga w konstatacji, że zwykle warto jednak unikać wartościowania w sferze naszych gustów – bowiem są one względne i jak najbardziej subiektywne.

Ależ W., oczywiście że można usprawiedliwiać własny smak, objaśniając dlaczego coś podoba nam się bardziej a coś innego mniej, ale dobrze mieć świadomość, że to jest tylko nasze zdanie, niekoniecznie lepsze czy też gorsze od innych – po prostu inne.
Tak więc zazwyczaj sąd nad smakiem jest czymś zbyt arbitralnym – lepiej i rozsądniej jest jednak wyrabiać sobie ten smak na własny użytek i niekoniecznie zbywać pogardą smaki innych. Bo i po co? Wcale to nie pomaga delektować się własnymi upodobaniami, a wręcz przeciwnie – człowiek najczęściej stawia się tylko w całkiem niepotrzebnej opozycji, która wysysa z niego jakąś pozytywną energię.

Z tychże (m.in.) względów nie potępiam w sztuce niczego „w czambuł”, nawet zielonej żaby na krzyżu, czy rekina w formalinie. Może wydawać mi się to głupie, albo po prostu nie podobać się, ale się z tego powodu nie oburzam, nie grzmię, nie protestuję… Dlatego też nigdy nie wzywałbym do tego aby coś tam usunąć siłą z muzeów, nie rzucałbym się z szablą na obrazy (jak Olbrychski w Zachęcie), tudzież nie próbowałbym usunąć kamienia, którym przygnieciona była figura papieża (jak to usiłował zrobić jakiś polski parlamentarzysta w tym samym muzeum).

Louis-Léopold Boilly, „A trompe-l’oeil” (fragm.) Luwr (zdjęcie własne)

Koniec końców: a propos sztuki i estetyki trzeba mieć własne zdanie, ale raczej nie narzucać je siłą innym. Bowiem różnice między naszymi gustami są – na szczęście! – nie do uniknięcia. Gdyby nagle wszystkie stały się takie same – wtedy niechybnie nastąpiłby definitywny upadek całej sztuki.

Nota bene cała rzeczywistość istnieje dzięki wzajemnej relacji różniących się elementów. Całkowita zgodność, zerowa entropia, to byłby tylko punkt bez czasu i przestrzeni, czyli absolutna nicość. A coś takiego jest po prostu niemożliwe – czego dowodem jest choćby to, że ja piszę te słowa a Ty je czytasz, czyli – jednym słowem – że istniejemy. Nie wierzę bowiem, że z niczego mogłoby powstać coś, jak również, że coś może się zupełnie unicestwić.

Gusta są różne, dlatego Ty W. lubisz Renoira, ja wolę Degasa, Ty powiesiłbyś na ścianie Pollocka a ja raczej Constable’a a nawet Repina… etc.
Już Demokryt parę tysięcy lat temu zauważył, że to co my nazywamy kolorem, smakiem, ciepłem nie jest w zasadzie żadnego przedmiotu właściwością, tylko sposobem w jaki postrzegają go nasze zmysły, w przeciwieństwie np. do ciężaru czy gęstości, które są już rzeczywistymi tego przedmiotu własnościami. To tłumaczy, dlaczego to samo dzieło sztuki tak różnie postrzegamy: bo nasze zmysły się różnią! Jest to tak oczywiste, że aż szokujące – gdyż wygląda na to, że wszyscy w swoich sporach wartościujących sztukę o tym zapominają. A to jest przecież od wieków zapisane w ludzkiej mądrości: de gustibus non est disputandum! Moje zmysły nie są twoimi zmysłami! Czy trzeba bardziej oczywistego dowodu?
Smak macintosha jest dla kogoś lepszy niż jabłek jonagold. Nie można obiektywnie stwierdzić, które z tych jabłek są smakowo lepsze, gdyż w ocenie takiej zawsze uczestniczy subiektywny zmysł.

Jednak z drugiej strony (ach ten Tewie Mleczarz!), pisząc o sztuce (czy choćby tylko obcując z nią) nie sposób jest wartościowania uniknąć. To jest przecież oczywiste: jedne obrazy (piosenki, książki, filmy… ) uznajemy za lepsze od innych (nawet jeśli chodzi o utwory tych samych autorów).
Zgodzimy się chyba z tym, że Strawiński jest lepszy od Rubika, Maria Callas od Dody, Marlon Brando od Pazury, Rubens od malującego jelenie na rykowisku pana Mietka, Dąbrowska od Mniszkówny, Stephane Grappelli (jeśli chodzi o grę na skrzypcach) od Zbigniewa Wodeckiego… etc.

Są osoby, które – chcąc być lojalne wobec własnych liberalnych zapatrywań – starają się (publicznie) nie wartościować artystów, ale przecież trudno ukryć nieszczerość, jaka spod takiej postawy wyziera. Zwłaszcza, jeśli takie osoby uważają, że o gustach warto dyskutować.
Ale czy jest to możliwe bez wartościowania?

Również uważam, że dyskusja na temat naszych upodobań, gustów, smaków, preferencji może mieć sens, ale jedynie w tym przypadku, jeśli prowadzona jest w dobrej wierze (przede wszystkim: bez wywyższania się i wzajemnej pogardy!); jeśli ma służyć wzbogaceniu naszej wiedzy, rozszerzeniu horyzontów, umożliwiając nam spojrzenie na coś z innej perspektywy; and last but not the least: jeśli służy wzajemnemu porozumieniu, a nie budowaniu niepotrzebnych barier i kreowaniu sztucznych podziałów.
Bardzo ważne są jednak intencje i ton, w jakim ten dyskurs się odbywa.
*

Obrażone uczucia, urażone gusta… czyli starcie w paryskim salonie sztuki. (Obraz znajduje się w Musée d’Orsay, jednakże autor umknął mojej uwadze.) *

O tym jak koresponduje smak z wartościowaniem sztuki – i to na tle przemian historycznych i społecznych – mogłem się przekonać niedawno w paryskim Musée d’Orsay, które wydało mi się zresztą jednym z najbardziej fascynujących miejsc, jakie widziałem w swoim życiu. Nigdzie indziej tak namacalnie wręcz – i obrazowo! – nie spotkałem się z możliwością prześledzenia jednego z najbardziej burzliwych i rewolucyjnych okresów w historii – i to nie tylko sztuki.

Wyobraź sobie Paryż drugiej połowy XIX-go wieku i początku wieku XX-go, kiedy niemalże równolegle istniały (teraz uznajemy, że równoprawne pod względem artystycznym) takie kierunki w sztuce, jak realizm, symbolizm, romantyzm, impresjonizm, akademizm, naturalizm, post-impresjonizm, fowizm, nabizm, kubizm, orientalizm… a wszystkie powiązane z przemianami w świadomości nie tylko społecznej, ale i tej wśród pisarzy, filozofów, architektów, pedagogów – wszelkiej maści liderów tamtej epoki, (przy tym działo się to w czasach, które widziały choćby Wiosnę Ludów, wojnę francusko-pruską, paryską komunę i zaranie I wojny światowej).
W d’Orsay cały ten ferment można prześledzić na podstawie zgromadzonej tam arcy-ciekawej i niezwykle bogatej kolekcji dzieł sztuki, które w owym okresie powstały.

Pozwól, że wspomnę tylko o jednym moim wrażeniu.
Dotyczy ono dwóch słynnych – bardzo odmiennych w stylu, ale przy tym niewątpliwie arcydzielnych – obrazów: „Narodzin Wenus” Cabanela oraz „Olympii” Maneta.
Oba przedstawiają nagie kobiety, ale w jakże odmienny sposób.
Wenus Cabanela to uosobienie wyidealizowanego erotyzmu – kobiece ciało gładkie niczym pupa niemowlęcia i delikatne w kolorze jak najsmaczniejsza brzoskwinka (zignorujmy tu tymczasem owe fruwające nad nią nieszczęsne amorki).
Olympia Maneta to kobieta z krwi i kości, blada na ciele, ale dość przeciętna na twarzy, obdarzona niezłym biustem (choć zbyt dużą głową i nieco przykrótkimi nogami), próżna i znudzona – z czarną wstążeczką na szyi, niczym erotyczny towar czekający na swojego klienta.

Alexandre Cabanel „Narodziny Wenus” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

Eduard Manet, „Olympia” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

W przeciwieństwie do ludzi, którzy w 1863 roku toczyli boje o to, która (malarska) wersja kobiecości jest lepsza (Cabanela sławiono w elitarnych salonach i w Akademii, obdarzano tłustymi apanażami; Maneta zaś z Salonu wyrzucono – poszło oczywiście nie tylko o „Olympię”, ale zwłaszcza o „Śniadanie na trawie”), ja mam dzisiaj ten komfort, że mogę z wielką przyjemnością patrzeć na oba obrazy i na każdym cieszyć oczy czym innym (i wcale się nie przejmować tym, że na pierwszym z nich przeciąga się laska nieziemska, a z drugiego patrzy na mnie prostytutka.)
Wprawdzie nie mogę stwierdzić, jak Łysiak (który w przedmowie do „Malarstwa białego człowieka” napisał, że kiedy widzi przed sobą piękny obraz to mu „staje”), to jednak lubię zarówno szmaragdowo-różową „ładność” i roztkliwiającą seksowność Wenus wymuskanej przez Cabanela, jak i cielesny realizm metresy rzuconej dość bezczelnie na płótno przez Maneta.
Zola, który pisał o obu obrazach, nie mógł sobie na taką wspaniałomyślność pozwolić… i to nie tylko dlatego, że był przyjacielem Maneta. Bowiem wówczas walka na śmierć i życie zaczęła się toczyć nie tylko na polu artystycznym, ale i humanistycznym: chodziło o stosunek do człowieka, który uwzględniał nie tylko jego sublimację, ale i naturalizm – wszystko to powodowało społeczne reperkusje, doprowadziło wkrótce do Komuny Paryskiej, a Marksa skłoniło wcześniej do zajęcia się klasą robotniczą, denuncjacją wyzysku oraz analizą stosunków produkcji.

Tak więc „smak” Maneta, (podobnie jak członków Akademii, tudzież reprezentantów sztuki tradycyjnej, klasycyzującej) determinowany był nie tylko czystą estetyką czy też moralnością, ale i czymś w rodzaju… światopoglądowego partykularyzmu (związanego także z pozycją społeczną i statusem).
Podobnie zresztą z tym „smakiem” bywa do dzisiaj, ale ja przynajmniej staram się temu nie poddawać.
*

Tycjan, „Scena pastoralna” (Luwr, zdjęcie własne)

Eduard Manet, „Śniadanie na trawie” (Musée d’Orsay, zdjęcie własne)

Teraz chyba wiem dlaczego wychyliłeś się z tymi klasykami. Wydaje mi się, że utożsamiasz klasykę z pewnym skostnieniem, jakiemu uległ np. klasycyzm, gdzie coraz mniej było miejsca właśnie na ten element nieprzewidywalności, nieokreśloności, (który kojarzysz z chaosem).
Ja za klasyków uważam gości, którzy w jakimś kierunku sztuki osiągnęli największą biegłość – stali się najwybitniejszymi reprezentantami jakiegoś prądu. Tak więc są klasycy renesansu, baroku, romantyzmu… etc.
(Dałby Bóg, żebyśmy mogli sobie na ścianie powiesić obraz któregokolwiek z nich – nawet tych z rokoka – gdyż bylibyśmy wtedy milionerami. Ale to raczej nam nie grozi…)
*

CZĘŚĆ III: MAGIA, GENIUSZ, INDYWIDUALIZM A KOLEKTYWIZM W SZTUCE

*

Zmienność w sztuce.
Czy w sztuce pozostało coś z magii?
W jakim stopniu arcydzieło jest tworem geniusza, a na ile produktem swojego czasu?

Tworzyć – razem czy osobno?

*

Ależ W., ja nie napisałem, że sztuka to magia, tylko że sztuka wyrosła z magii – w czasach prehistorycznych. I że mam czasem wrażenie, że w prawdziwych dziełach sztuki coś z tej magii dotrwało do naszych czasów.
Również uważam, że dzieło sztuki wymyka się jakby tworzącemu go artyście (w jakimś sensie go przerasta), bowiem staje się czymś autonomicznym i uniwersalnym (być może tylko na tej podstawie możemy się zgodzić, że jest to prawdziwe dzieło sztuki; wszystko inne to wspomniany już subiektywizm.)

Piszesz, że rysunki anatomiczne Leonarda nie są odkrywcze… Nie zgadzam się z tym. Oczywiście, że były odkrywcze, ale… dla jego epoki, a nie dla studenta medycyny XX wieku, którym byłeś. Podobnie, nie patrzę z jakimś estetycznym uwielbieniem na jego sztychy inżynierskie – te skądinąd niezmiernie ciekawe, choć dość fantastyczne (czytaj: fantazyjne) rysunki techniczne. Ale już szkice do jego obrazów, zwłaszcza ludzkie postacie czy fizjonomie – to co innego.
Jednakże chyba jeszcze lepszym rysownikiem był Rafael. W jednym z mediolańskich muzeów widziałem jego szkice do fresków, które namalował później w Rzymie (muszę przyznać, że zrobiły na mnie większe wrażenie, niż gotowe malunki, czyli słynne stanze z Muzeum Watykańskiego – być może właśnie dlatego, że były jeszcze nie dokończone i zostawiały więcej miejsca dla wyobraźni, przez co bardziej były otwarte na interpretacje).
Gdybym miał u siebie jakiś rysuneczek Rafaela, to na pewno sprawiałby mi on radość nie tylko z tego powodu, że wart byłby ileś tam milionów dolarów, ale po prostu dlatego, że bardzo by mi się podobał.
Bałbym się jednak wieszać go na ścianie.
*

Pablo Picasso, „Plażowicze”, Musée Picasso, Paryż (zdjęcie własne)

Francis Picabia, „Sphinx”, Musée National d’Art Moderne, Paryż (zdjęcie własne)

W., to Ty deklarujesz się jako zwolennik sztuki współczesnej (ja podchodzę do niej z większym krytycyzmem), chcesz wieszać u siebie jakieś abstrakcje, malujesz coś à la Kandynski, więc nie wymagaj ode mnie abym Ci wskazał coś, co w tej sztuce jest dziś – jak piszesz – „metafizyczne, magiczne i nieosiągalne” (czy zresztą zauważasz tę sprzeczność: coś, co dałoby się osiągnąć, przestałoby być nieosiągalne… oczekiwałbyś więc czegoś, co jest niemożliwe.)

Współczesna sztuka zbytnio mnie nie pasjonuje. (Co nie oznacza, że czasem coś nie zwróci mojej uwagi.  Muszę np. przyznać, że ostatnia wizyta w Muzeum Sztuki Współczesnej w paryskim Centrum Pompidou była dla mnie samego niespodzianką – niby wiedziałem czego się tam spodziewać, a jednak z zainteresowaniem spędziłem w tej galerii prawie pół dnia.)

Ogólnie rzecz biorąc, nie widzę jednak aby powstawały teraz jakieś oszałamiające, znakomite dzieła sztuki.
Może to sprawa braku odpowiedniego dystansu? Może niemożność spojrzenia z perspektywy innej epoki?
Nie wiem.
Natomiast w przeszłości człowiekowi zdarzyło się stworzyć tak wiele wspaniałych rzeczy, że starczy tego dla kontemplacji na całe nasze życie.
I na pewno nie jest to… chark Picassa.
(Przypis: ten – za przeproszeniem – „chark” to należy jednak wyjaśnić. W. wspomniał w swoim liście o Picassie, który zniecierpliwiony bezkrytycznym i merkantylnym traktowaniem jego twórczości, dość sarkastycznie stwierdził, że wystarczyłoby, gdyby napluł na płótno i oprawił to w ramki, a i tak znalazłby się klient, który gotów byłby zapłacić za owo „dzieło” kilkadziesiąt tysięcy dolarów.)
*

Misterne wnętrze gotyckiego arcydzieła: Sainte-Chapelle, Paryż (zdjęcie własne)

Fragment fasady katedry Notre Dame w Paryżu (zdjęcie własne)

Pytasz się o kolektywizm w sztuce.
Wydaje mi się, że my trochę jesteśmy zaślepieni jednak tym indywidualizmem. Skupiamy uwagę na poszczególnych indywiduach bo tak łatwiej jest nam pojąć pierwiastek ludzki w rozwoju sztuki.
Analogicznie zresztą postępujemy z całą naszą historią.
Posłużę się przykładami skrajnymi: Ghandi i Hitler.
To nieprawda, że byli oni jakimiś gigantami ludzkiego geniuszu, którzy samodzielnie wzięli za pysk Historię. Po prostu trafili ze swoimi obsesjami (czy też determinacją) w czas, w którym mogło to zmobilizować tysiące, a nawet miliony ludzi (te ich idee były niejako w ludzkich masach potencjalnie gotowe, czekając tylko na inicjację, uświadomienie, zwerbalizowanie, organizację i wprawienie w ruch.)
Podobnie mówimy: Sokrates, Platon, Arystoteles… ależ to byli kolosalni myśliciele! Ale kiedy się tak im bliżej przyjrzeć, to można dojść do wniosku, że byli to wybitni, znakomici (oczywiście nie pozbawieni pewnego geniuszu) kompilatorzy, którzy wykorzystali do kreślenia swoich poglądów myśli setek innych, poprzedzających ich, ludzi.
Nie było jednego Homera – tylko wielu wierszokletów.
Tak samo jest ze sztuką: pewni artyści w sposób genialny wyrazili dążenia swojej epoki, wykorzystując sztafaż, który już istniał wcześniej dzięki innym twórcom, bardziej lub mniej anonimowym.
Nic nie rodzi się w próżni.
Oczywiście to wszystko nie przeszkadza nam czcić artystyczną wielkość takiego Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Szekspira, Bacha, Mozarta… i innych, bo to byli ludzie obdarzeni niewątpliwie olbrzymim talentem, który można nawet nazwać boskim (gdyż wydaje się pochodzić z głębin przez nas niepojętych i do końca nieuświadomionych).
Prawdą bowiem jest, że to właśnie w mózgu konkretnego człowieka przeskakuje niekiedy ta boża iskra, która może następnie zmienić cały świat. Wtedy rzeczywiście taki człowiek zasługuje na miano geniusza.
I wart jest ludzkiej chwały (lub nienawiści).

Nie bez znaczenia jest również w tym naszym kulcie indywidualizmu jakaś atawistyczna potrzeba herosa – musimy mieć jakiś wzorzec, który ucieleśnia nasze najgłębsze dążenia, osiągnięcia, zachowania, aspiracje… który porządkuje nasz ludzki świat – składamy to na barki konkretnych ludzi.
Wszyscy ci nasi bohaterowie (włączając w to herosów sztuki) są częścią naszej mitologii, pozwalającej nam oswoić otaczający nas świat, znaleźć w nim swoje miejsce, nadać mu pewien sens i kierunek…
W tworzeniu kultury bierze udział wielu ludzi. Kiedy więc patrzymy na jakąś piękną katedrę, to przecież musimy sobie zdawać sprawę, że nie zbudował jej jeden tylko genialny człowiek (choć często przypisuje się to tylko jej architektowi). Ta budowla powstała dzięki wspólnemu wysiłkowi kolektywu – dzięki wielu artystom, z których niejeden nie pozbawiony był geniuszu. Wydaje mi się to oczywiste.
Myślę więc, że kolektywizm w sztuce jest równie ważny jak indywidualizm, tylko my skłonni jesteśmy skupiać uwagę na konkretnym człowieku. (Powody? – patrz to co napisałem powyżej i jeszcze parę innych, o których nie chcę się już jednak rozpisywać.)
Tym co determinuje ilość ludzi biorących udział w powstawaniu dzieła sztuki, jest jego specyfika. Wiadomo, że najlepiej jest malować (czy rzeźbić) samemu, choć przecież znane są przypadki grupowego rzeźbienia (np. Crazy Horse w Dakocie Południowej.), czy malowania (freski, panoramy; wielkie „płótna mistrzów” malowało niekiedy w warsztatach wielu ich uczniów i pomocników…).
Ale już teatr, opera, balet, film… nie sposób jest tego robić bez teamu.
* * *

André Derain, „Arlequin et Pierrot”, L’Orangerie, Paryż (zdjęcie własne)

*

NOTATNIK PARYSKI: Père-Lachaise

*

greydot
Cmentarz Père-Lachaise. Olbrzymia nekropolia. Miasto zmarłych. Zastygłe, znieruchomiałe – otoczone przez tętniące życiem paryskie dzielnice.
800 tys. trupów, zwłok i szkieletów w gęsto upakowanych kamiennych kwaterach.
Kultura dysponowania zmarłymi. Nasze przeklęte – ale i błogosławione – przywiązania do materii.

Obsadzone drzewami aleje wśród niekończących się grobowych pól. Nawiedzane nie tylko przez pogrzebowe orszaki. Każdego roku przewija się przez nie kilka milionów ludzi.

Czego szukają tu żywi? (Jeśli pominąć bezrefleksyjnych, zaliczających kolejną paryską „atrakcję”, turystów.) Własnych nadziei, wspomnień, tęsknot, świętości? Pamięci po zmarłych, pozostałości po czymś co się kochało? Ręki opiekuńczego Boga? Ofiar jakiejś diabelskiej egzekucji? Może to wyraz pragnienia, by obłaskawić przeznaczenie – odsunąć wyrok, klątwę, potępienie?
Uczepieni skrawka marmuru, żelaza, brązu, kamienia, betonu – zaklinamy materię, by tchnąć w nią coś, co nie ulega rozkładowi: ducha, ideę, pamięć, uczucie. Ale czy wraz z rozproszeniem materii nie ginie to, co podtrzymuje zawarte w niej tchnienie?

greydot
Nad jedną z bram wejściowych na cmentarz Père-Lachaise wyryto w piaskowcu słowa z Wulgaty: „spes illorum immortalitate plena est”. („Ich nadzieja pełna jest nieśmiertelności.”)
O czyją nadzieję jednak chodzi? Czyżby tych, którzy się już w proch zamienili? Czy może jednak o naszą?

greydot

Grobowiec Abelarda i Heloizy

Le secteur romantique.
W cieniu zarośli przypominający gotycką kapliczkę grób Abelarda i Heloizy. Wiekowe drzewa, bluszcz, zwykłe chwasty… Zszarzałe groby, zmurszałe płyty, rozsypujące się nagrobki, zamieniające się w gruz krypty.
Roślinność oplątująca i rozsadzająca kamienne pomniki, popiersia, posągi…

Jaka estetyka, jaki genre, jaki sentyment pozwala na nazwanie tej bezwzględnej zaborczości natury romantycznością?

greydot
Jesteśmy wygnańcami z niebytu, którzy chcą się gdzieś zadomowić w istnieniu. Jeśli istnienie (bycie) nas cieszy, to już wystarcza… To właśnie w takich momentach żyje się chwilą.
Lęk czai się na nas na progu przyszłości, której nie znamy. Może ogarnąć nas smutek, kiedy widzimy jak ginie chwila, która nam sprawiła radość. Bowiem lękamy się, że następna przynieść nam może ból. A może nawet unicestwienie?

greydot

Nieuniknione jest to, co się stanie.
Stanie się to, co jest nieuniknione.
Tym właśnie jest przeznaczenie.

greydot
Wszystko podlega prawom, które obowiązują we Wszechświecie.
Nawet nieśmiertelność.
greydot

Być może wszystko to, co mogło/może się stać, już się stało (a w takim świecie czas jest tylko złudzeniem).

greydot

Cały otaczający nas świat jest jednym wielkim cmentarzyskiem.
Nasze samochody poruszają się dzięki morzu oleju wyciśniętego z trylionów uśmierconych organizmów żywych. Nawet piękno marmurowych rzeźb wyryte jest w materii, która była częścią zwierząt nieżyjących już od milionów lat. Oddychamy tlenem, które zostawiły nam w spadku wymarłe lasy. Czarny węgiel, białe wapienie, tłuste pola ropy… Niezmierzone zwały miliardów zwłok, szczątków i trupów, którymi karmi się zachłanne życie.
A zatem, czyż nie jest ono jakimś pasożytem?

A jeśli śmierć to alter ego życia?
Może śmierć i życie stanowią jedno, będąc dwiema stronami tego samego medalu? Może to kurioza, które pojawiły się we Wszechświecie będąc wielkim żartem znudzonego Boga? Albo eksperymentem, który wymknął się spod kontroli? Programem kosmicznego komputera? Piekłem determinizmu? Przemijaniem bez celu? Efemerydą?
Niestety, przekleństwo naszej niepewności polega na tym, że każda ewentualność jest możliwa.

greydot

W Naturze życie może się wydawać zachłannym potworem, który nie dba o pozostawiane za sobą trupy. Mało tego: owo witalne monstrum na tych martwych zwłokach żeruje. Człowiek, jako jedyne zwierzę, próbuje się owej przyrodzonej makabrze sprzeciwiać. Jednakże sam jest częścią Natury.
Czyżby więc Natura poprzez gatunek Homo Sapiens w jakiś sposób się nobilitowała?
Wątpliwe, zważywszy na potworności jakich dopuszcza się człowiek. I na obojętność natury wobec wszelkich ludzkich mrzonek, jak np. szlachetność, styl, nobliwość, godność, świętość, moralność, honor, nadzieja…

greydot
Możliwe, iż jedynie życie jakie się w nas tli i pulsuje (choć czasem nawet kipi i eksploduje) sprawia, że nie dostrzegamy istniejącego wokół nas cmentarzyska, a wypatrujemy tego, co się rodzi i żyje. Pierwsze wiosenne pędy, listki, pąki, owoce, nasiona i kwiaty; uśmiech i nieporadne dreptanie dziecka; namiętny pocałunek skąpanej w słońcu pary młodych ludzi…

Patrząc na życie nie możemy widzieć śmierci, gdyż jej tam nie ma.
To co żyje, nie jest (jeszcze) martwe.
Niestety, cały nasz niepokój pochodzi od owego „jeszcze”.
To właśnie przez to słowo szukamy na cmentarzach czegoś więcej, niż rozkładających się zwłok i rozsypujących się grobów.

Im większa potęga śmierci, tym większe pragnienie nieśmiertelności.

greydot

Bez śmierci możliwe jest istnienie, ale nie życie.

greydot

Rozpacz, znużenie, odpoczynek, sen wieczny – ludzkie uczucie zaklęte w kamieniu (Cmentarz Pere-Lachaise, zdjęcie własne)

Więcej zdjęć z cmentarza Père-Lachaise obejrzeć można TUTAJ w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym).

*

I NA ZAKOŃCZENIE JESZCZE ANEKS (jakim jest komentarz Magamary zamieszczony przez nią na moim poprzednim blogu oraz moja dla niej odpowiedź):

Magamara: Père-Lachaise, to jak słusznie ująłeś miasto w mieście. I miasto niezwykle, bo zastygłe w bezruchu. Wielkie pionowe grobowce wyglądają przecież bardziej jak domy mieszkalne niż stare mauzolea. I podczas spaceru po Père-Lachaise nagle drzwi grobowca się otwierają i wychodzi z nich kobiecina z wiadrem i szczotką, to instynktownie wiesz, że pierwsze zdziwienie jest właściwie niepotrzebne. Tutaj i żywi i umarli są na tych samych prawach, więc mogą się swobodnie po swoim mieście przechadzać.
To, co mnie urzekło w Père-Lachaise, to przede wszystkim piękno rzeźb na nagrobkach. Ile z nich zatrzymanych jest w ruchu, w pięknych, subtelnych pozach.
Dziękuję serdecznie za podróż sentymentalną w tamto miejsce, którą za sprawą Twoich zdjęć można odbyć z wielką przyjemnością.

Logos Amicus: jest jakiś fenomen w tym, że najczęściej na cmentarzach odczuwamy spokój. Oczywiście, kiedy właśnie straciliśmy kogoś bliskiego, to możemy odczuwać smutek, czasem nawet rozpacz. Ale jednak cmentarze działają na nas tak jakoś… kojąco.
Ile w tym naszej mądrości, ile braku wyobraźni, ile zaprzeczenia, ile działania jakiegoś mechanizmu obronnego?
Mimo wszystko śmierć jest w nas obecna zawsze, bez względu na to, czy myślimy o niej świadomie, czy też spychamy ją w nieświadomość.
Próbujemy sobie dawać z tym radę, najczęściej uciekając się do religii, jakiegoś systemu wierzeń, światopoglądu.
Uśmierzamy w jakiś sposób ból przemijania. Obłaskawiamy śmierć na wiele różnych sposobów. Np. obdarzając sentymentem (lub aurą romantyczności) cmentarze. Stąd te piękne i wdzięczne figurki, rzeźby, romantyczne nagrobki, górnolotne epitafia, kolorowe kwiatki, obsadzone drzewami dróżki…
Usiłujemy się zachowywać tak, jakby nic się takiego strasznego nie działo, jakby świat zmarłych był przedłużeniem naszego świata żywych. Stąd groby jak domy, cmentarne alejki jak ulice, a sam cmentarz jak miasto.
Zwykle też, tzw. refleksji i zadumie oddajemy się społecznie tak jakby… na komendę – zazwyczaj przy okazji Święta Zmarłych (czyli Wszystkich Świętych – swoją drogą ciekawe zestawienie).
Zawsze mnie jednak zastanawiało: na czym właściwie polega owa „zaduma”?
Nad konstatacją banalnego (tak naprawdę) cytatu z Wulgaty: „Vanitas vanitatum et omnia vanitas”?
Ile w tym głębi, a ile powierzchowności? Czyż nie jest to zwykły odruch? Potrzebny może tylko do tego, by tak naprawdę o tym wszystkim nie myśleć?

greydot

Sentymentalnie, romantycznie, wdzięcznie… na różne sposoby obłaskawiamy śmierć na cmentarzu (Père-Lachaise, zdjęcie własne)

*

SMILE!

Uiechnięte rodzeństwo z Delhi (Indie)

*
Uśmiech.
Czym byłoby życie bez uśmiechu? Nawet nie możemy sobie tego wyobrazić, tak przywykliśmy do niego, uważając go za coś zwykłego.
A przecież śmiech – jeśli szczery – jest czymś bez mała cudownym. Przegania smutki, wzbudza sympatię, zwycięża wrogość, rozprasza melancholię… Rozjaśnia mroki egzystencji.
Świat bez uśmiechu byłby nie do zniesienia.
Oto mała kolekcja uśmiechów zebrana przeze mnie w różnych częściach naszego globu.
*

Dziewczyna spotkana przypadkowo na wiejskiej drodze pod Dżodpurem w indyjskim Radżastanie. Poprosiłem ją tylko, by popatrzyła się w kierunku zachodzącego Słońca – stąd to miękkie światło i… zniewalający uśmiech.
*  *  *
*

Ojciec i syn z Varanasi (Indie)

Varanasi to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Indiach. To właśnie tam – na brzegach Gangesu – pali się zwłoki Indusów. Na przybyszu z innego rejonu świata robi to doprawdy niesamowite wrażenie. Przechodząc się wśród płonących stosów doznajemy wstrząsu – dociera do naszej świadomości to, w jak odmienny sposób ludzie różnych kultur podchodzą do śmierci.
W pewnej chwili odwróciłem wzrok od płomieni stosów i mętnej wody Świętej Rzeki, zasłaniając się od swądu palących się ciał.
I wtedy właśnie dostrzegłem tę śmiejącą się z całego serca parę – ojca z synem. Efekt był piorunujący: jednocześnie, w tym samym momencie, poczułem grozę śmierci i radość życia.
Zawirowało mi w głowie.
*  *  *
*

W drodze do szkoły (Dżajpur, Indie)

Najjaśniejsze i najczystsze uśmiechy z mojej kolekcji.
To rodzeństwo emanuje niezwykłym ciepłem, które wyzwala się nie tylko poprzez uśmiech, ale i przez te młode, ufne i spokojne oczy.
To był kolejny indyjski kontrast. Warto zwrócić uwagę na tło – niestety słabo tutaj widoczne. Dzieci, ubrane czysto i schludnie szły bowiem do szkoły po jednej z ulic Dżajpuru, która przypominała śmietnik i rynsztok zarazem.
To zastanawiające, że najwięcej ludzkich uśmiechów wywiozłem z Indii – z kraju nieopisanej nędzy i mizerii.
*  *  *
*

Chocolate trio from Ocho Rios (Jamajka)

Czekoladowe trio z Ocho Rios.
Trzy siostry (koleżanki?), które spotkałem w miasteczku Ocho Rios na Jamajce.
Jamajczycy mają typowo południowy charakter: bywają gorący i namiętni. Te dziewczynki o namiętności jeszcze nic nie wiedzą, ale emanująca z nich radość oraz ciepło ich uśmiechów są już widocznym odbiciem jamajskiej duszy.
O ile sobie przypominam, była wówczas niedziela – stąd te „kościółkowe” ubranka, w których dominowały róż i biel. Samo miasto zaś nie sprawiało dobrego wrażenia. Te uśmiechy uratowały jednak moje o nim wspomnienie.
*  *  *
*

Dziadziu spod Machu Picchu (Peru)

Rozbrajający uśmiech dziadzia spod Machu Picchu w Peru.
Kiedy zjechaliśmy już z gór, gdzie rozłożone jest legendarne miasto Inków, natrafiliśmy na coś w rodzaju wiejskiej fiesty, w której brali udział dość cudacznie poprzebierani mężczyźni w różnym wieku. Również ten senior w jakże oryginalnym przybraniu głowy.
Jak widać, nawet bezzębny uśmiech może mieć swój nieodparty urok.
*  *  *
*

Soooooo sweeeeet! Dziewczynka z lamą (Peru)

Dziewczynka spotkana w drodze znad Jeziora Titicaca do Cuzco w peruwiańskich Andach. Do dzisiaj nie wiem, czy uśmiech lamy był szczery, czy też… wyuczony ;)
*  *  *
*

Dziewczynka z lizakiem (Lago de Atitlán, Gwatemala)

Gwatemala to miejsce, gdzie do dzisiaj żyje kilka milionów potomków legendarnych Majów. W tej dziewczynce bez wątpienia płynie krew plemienia, które zawładnęło na kilkaset lat Ameryką Środkową,  by wkrótce popaść w ruinę i to zaledwie w ciągu życia  jednego pokolenia. Dziewczynka sprzedawała haftowany rękodzieło, w którym specjalizują się mieszkańcy wiosek położonych w cieniu wielkich wulkanów nad Jeziorem Atitlán.
*  *  *
*

Carnaval beauty from Rio (Rio de Janeiro, Brazylia)

Brazylijskie Rio de Janeiro w czasie Karnawału zamienia się w miasto szalone, tętniące życiem, kipiące erotyzmem i naładowane seksem.
Ten uśmiech jest dla mnie niezwykły – łączy bowiem skromność i zawstydzenie z jednoznacznie wyzywającym strojem, niemalże negliżem.
Okazuje się że taka fuzja też może mieć swój nieodparty sex-appeal.
*  *  *
*

Prząśniczka z Katmandu (Nepal)

I jeszcze jeden zniewalający uśmiech seniora – tym razem kobiety przy krosnach napotkanej pod Himalajami.
*  *  *
*

Ludowy przyodziewek jednej z pod-andyjskich wiosek (Peru)

Peruwianka w fantazyjnym kapeluszu i równie oryginalnie haftowanym stroju.
*  *  *
*

Zadowolone z życia Japonki (Honolulu, Hawaje)

Dwie japońskie dziewczyny (Koreanki?) na Hawajach.
Uśmiech cokolwiek pozowany, niemniej jednak szczery.
Nawet jeśli wymuszamy swój uśmiech, w pewnym momencie może się on stać czymś autentycznym… Wtedy nas nie razi.
Uśmiech sztuczny i nieszczery szybko się demaskuje. I niekiedy staje się nawet czymś trudnym do zniesienia.
*  *  *
*

Młodziutkie Tajki (Bangkok, Tajlandia)

Cóż tu będę krył – z wszystkich Azjatek najbardziej podobają mi się kobiety z Tajlandii.
Lecz mam tu na myśli nie tylko urodę – chodzi mi również o charakter i sposób bycia. Nie ma chyba milszych kobiet za świecie niż Tajki… naturalnie, z wyjątkiem naszych kochanych Polek.
*  *  *
*

Uśmiechnięty reprezentant Europy (Paryż, Francja)

Oczywiście, nie może w naszej kolekcji zabraknąć uśmiechu ze Starego Kontynentu. I oto mamy – uśmiech młodego dżentelmena, sprzedawcy staroci w jednej z paryskich dzielnic. Nie wiadomo co bardziej podziwiać – gest i pozę czy szykowny, choć niemal sportowy, kostium.
*  *  *
*

Od chmurności, przez wstydliwość do uśmiechu (Antigua, Gwatemala)

Małe studium przełamywania lodów i zdobywania zaufania… tutaj: nieśmiałej dziewczynki z gwatemalskiego miasteczka Antigua.
*  *  *
*
A NA KONIEC… JESZCZE KILKA UŚMIECHÓW Z INDII:
*
*
*
*
*
*
*
*
*