POD RĘKĘ Z SZYMPANSEM

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XIX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

„Świat jako zlepek latających liter” – podoba mi się to określenie. Równie dobrze „litery” można by zamienić „słowami” a słowa zlepić w zdania – i oto mamy naszą tego świata narrację i nasze w tym świecie kulturowe zadomowienie.

Bez słów i języka nie byłoby człowieka. Świat by istniał – ale nienazwany. Odbijający się tylko w oku zwierzęcia, działający mu bezrozumnie na nerwy.

greydot

Wszyscy żyjemy między tym, co rzeczywiste, a nierzeczywiste, bo życie na tych antypodach jest po prostu niemożliwe: nie moglibyśmy znieść rzeczywistości bez tego, co nierzeczywiste i vice versa: życie byłoby niemożliwe w tym, co byłoby tylko nierzeczywiste.

greydot

Znany neurolog i psychofarmakolog – również wykładowca i gawędziarz – profesor nauk przyrodniczych Jerzy Vetulani o wyższości poligamii nad monogamią: „Moim zdaniem poligamia – z punktu widzenia ewolucji – jest bardziej korzystna, bo do rozrodu dopuszczane są tylko bardzo dobre samce. Te, które są słabe, odpadają z procesu reprodukcyjnego, odgrywając role pomocnicze.”

Cóż, nie pierwszy raz słyszę jak prof. Vetulani prowokuje, sprowadzając wszystko do amoralnych impulsów neurologicznych, jakie ponoć poruszają nami niczym marionetkami. Ale przecież człowiek stworzył kulturę i tym się różni od zwierząt, które kierują się jedynie instynktem. Człowiek jest zwierzęciem jedynie z biologicznego punktu widzenia (dlatego ja nie traktuję swojej żony jak samicy, a moja żona nie traktuje mnie jak samca). To kultura decyduje o naszym człowieczeństwie – a ta często stoi w opozycji do natury (a tym samym do czysto mechanicznej, redukcjonistycznej ewolucji).
Celem człowieka jest nie tylko reprodukcja, a tym bardziej ślepe podporządkowanie się instynktom i zwierzęcym impulsom. Nie idziemy pod rękę z szympansem. Nazwa Homo sapiens zobowiązuje: myślenie nie powinno być nam obce. Niestety, dysponowanie najwspanialszym (chyba) tworem Wszechświata, jakim jest ludzki mózg, nie chroni nas przed głupotą, która właśnie bardzo często wynika z naszych zwierzęcych atawizmów.

greydot

Seks i miłość nie są oczywiście antonimami. Dopełniają się nawzajem – m. in. za pomocą erotyzmu. Choć seks może istnieć bez miłości, a miłość bez seksu. Jednak miłość miedzy kobietą a mężczyzną (jeśli nie ma charakteru aseksualnego) zawsze wiąże się z erotyzmem. Innymi słowy: miłość w takim związku jest właściwie tym, co powoduje, że seks „nasiąka” w nim erotyzmem.

Erotyzmu pozbawione są wszelkie zachowania seksualne zwierząt ponieważ erotyzm łączy się ściśle z kulturą, której – ogólnie rzecz biorąc – pozbawione są zwierzęta.
Z tego wynika, że stosunek seksualny też może być sprawą kultury. Innymi słowy, nawet uprawiając seks można zachowywać się kulturalnie.

greydot

Zauważyłem, że im człowiek starszy, tym bardziej skłonny jest twierdzić, że seks jest przereklamowany. Ale upojenie młodością niekoniecznie musi być tym samym co upojenie seksem. Umysł może dłużej pozostać młody, niż ciało.

greydot

Słyszę jak ktoś mówi o genach dotyczących psyche, genach biologicznych, genach kulturowych… Pada też zgrabne określenie, że „cały człowiek to jeden wielki atawizm” a kultura to „pudrowanie atawizmów”.
Lecz ja mam kłopot ze zrozumieniem czym są geny “dotyczące psyche”, a zwłaszcza geny “kulturowe”. Bo to, jak “materia” (jaką są geny) przekłada się na fenomeny psychiczne człowieka (albo memy kulturowe) nadal jest dla nas (a ściślej: nawet dla naukowców – genetyków, neurologów, psychologów) wielką zagadką.
Sięgamy w Kosmos, roimy sobie jakieś hipotezy dotyczące powstania i ewolucji Wszechświata, a mamy zaledwie mgliste pojęcie o tym, jak funkcjonuje nasz mózg.
Ponadto używanie sformułowania “geny biologiczne” jest masłem maślanym, bo przecież nie ma innych genów, jak geny biologiczne.

Jest dużo prawdy w tym, że całą naszą kulturę można nazwać pudrowaniem atawizmów, jednakże jest ona czymś znacznie więcej, bo tworzy nową jakość funkcjonowania człowieka, konstytuuje jego człowieczeństwo i stanowi jego tożsamość, wyróżniając go ze świata zwierzęcego.
Homo sapiens niekulturalny (bez kultury) zachowuje się jak zwierzę.

greydot

Czytam wspomnienie kogoś, kto odwiedził niedawno Francję i był świadkiem reakcji Francuzów na przelatujące im nad głową samoloty, które wysyłano z jakąś misją post-kolonialną do Afryki. Tą reakcją była duma. I tak się zastanawiam czy bardziej był to relikt dawnej kolonialnej świetności czy może atawistyczna radość z demonstracji siły własnego plemienia.

A jak się rzeczy z armią francuską w Afryce naprawdę mają? Otóż, jak można zauważyć, w pasie saharyjskim wojska francuskie odnoszą same sukcesy (piszę to z sarkazmem, bo w sumie ruchy te nie przynoszą żadnego rezultatu – oprócz niepotrzebnych śmierci francuskich żołnierzy), ale najbardziej udała się ich misja stabilizacyjna w Libii (tu mój sarkazm jest jeszcze większy, bo wiemy czym się skończyła interwencja zbrojna Zachodu w kraju Kadafiego).
Ofiary wśród żołnierzy? Otóż dopóki młodzi ludzie świadomie (bez przymusu) chcą umierać za rudy metali w byłych afrykańskich koloniach, to nie ma co robić z ich głupoty bohaterstwa. Należy bowiem pamiętać, że militarna gestykulacja (jaką de facto są akcje francuskich oddziałów wojskowych w Afryce) może się skończyć zejściem śmiertelnym.

Wojsko moim zdaniem powinno być formacją obronną pilnującą swojego domu – terytorium własnego kraju i zamieszkujących go ludzi – a nie włóczyć się i rozbijać po świecie – dawać się prowadzić na pasku polityków, realizując jakieś polityczne czy ekonomiczne interesy garstki cwaniaków.

greydot

Zasłyszane: “Kontestatorzy nie zmieniają świata, chyba że ich ilość osiągnie masę krytyczną.”
Bardzo trafne spostrzeżenie. Zmiany w świecie możliwe są tylko dzięki zmianom strukturalnym, a nie elementarnym.

greydot
„Samolubny” gen to chwytliwe określenie ale strasznie jednak redukcjonistyczne, bo sprowadzające nas do czegoś w rodzaju bezwolnego naczynia-wehikułu, do którego wsiadły na gapę jakieś pasożyty, by tylko przejechać się nieco dalej. Jesteśmy więc ponoć bezwzględnie przez nie (przez „coś”?) wykorzystywani.
A przecież geny nie są czymś „obcym”, stworzyły nie tylko nasze ciało, ale i współtworzą naszą osobowość i tożsamość – czyli stały się nami.

Czy to, że przydajemy życiu jakąś wartość, jest tylko sprawą samolubnych genów? Czy tylko im zawdzięczamy wszystko co tworzymy – i co stwarza nas samych?

greydotBez dysponowania wolną wolą, nasza tożsamość (podmiotowość, odrębność, autonomiczność) nie miałaby sensu.

A jednak często mam wrażenie, iż nasza wolność jest iluzoryczna – również ta wewnętrzna. Możliwe jest jedynie osiągnięcie kolejnego, wyższego stopnia wolności.
Oczywiście żyjąc na ziemi – tej ziemi – nie jesteśmy w stanie osiągnąć wolności absolutnej. To abstrakt – złudzenie.

greydot

W samym określeniu “intelektualista” czy “inteligent” nie ma nic złego. Problem zaczyna się według mnie wtedy, kiedy ów „intelektualizm” czy „inteligenctwo” obnosimy przed sobą niczym sztandar, uznając to za naszą cechę nadrzędną, z którą każdy powinien się nie tylko liczyć, ale i zgadzać – i oczywiście być pod wrażeniem.

greydot

Idealizm jest wykwitem intelektualizmu (pojęcia te pod pewnymi względami można ze sobą utożsamiać) chociaż idealizm wspiera się niekiedy na czymś w rodzaju duchowości, która nie musi mieć z intelektem wiele wspólnego, będąc domeną „serca”.

greydot

Lewis Carroll do potencjalnego samobójcy: “Jeśli się teraz zabijesz – niczym się nie będziesz różnił od miliardów innych czaszek…”
Czyli: samobójca myśli czasami, że się swoim czynem wyróżnia, ale w rzeczywistości – unicestwiając się – redukuje swoje ciało do martwej materii, upodabniając je do miliarda niczym się nie wyróżniających czaszek (cząstek).

greydot

Z listu od przyjaciela W.: „Co niektórzy (…) uważają, że do tego, by powstał Wszechświat, palec boży był potrzebny. Być może – dowodów na to nie ma.”

No właśnie – wszystko rozbija się o to „być może” (to jest znaczące i wymowne, bo określenia tego używasz, uważając się za ateistę). Ponieważ ciągle nie mamy wystarczającej wiedzy, by wykluczyć Nadrzędną Przyczynę Sprawczą (czyli ów „palec boży”), ani by twierdzić, że wszystko zaistniało dzięki aktowi wolicjonalnemu jakiegoś Wyższego Bytu (Boga). Tego (przynajmniej na razie) nie można rozstrzygnąć. Wszystko, co usiłuje ten problem rozwiązać, jest albo hipotezą, albo wiarą – bo wystarczających dowodów nie ma i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będą.
Nie przeczę teorii ewolucji (a wiem, że są ludzie, którzy – zwykle ze względu na swoją wiarę – nie chcą nawet o niej słyszeć) ale nie uważam, że wszystko (a zwłaszcza pojawienie się życia na ziemi) było dziełem przypadku (długo dochodziłem do tego przekonania – nie pojawiło się ono u mnie tak ad hoc). Nie sądzę więc, że tylko tzw. „przypadek” kieruje ewolucją – co zresztą wydają się potwierdzać pewne ostatnie badania, w których zaobserwowano, że materia/energia zachowuje się czasami tak, jakby ‚wybierała’ najbardziej optymalny kierunek działania, „omijając” niejako te, które by ją prowadziły „na manowce” (sorry, że nie używam terminów „naukowych” ale po prostu chcę przekazać tu pewną ideę tak, aby była ona zrozumiała także przez nas, laików).
Czyli jest jakiś kierunek.
A jeśli coś jest ukierunkowane (do pewnego stopnia zdeterminowane?) to nie wszystko można wyjaśnić za pomocą statystyki, która opiera się na teorii chaosu i traktuje zderzenia losowe, jak zupełnie przypadkowe. Zresztą, nawet Ty, (najprawdopodobniej bezwiednie) zaprzeczasz w swoim komentarzu istnieniu czegoś takiego jak „przypadek”, choć wcześniej (przy innych okazjach) twierdziłeś, że życie na Ziemi powstało „przypadkowo”, i że ten „przypadek” nadal ma wpływ np. na ewolucję.
Według mnie teoria ewolucji nie musi być sprzeczna z tzw. „kreacjonizmem”. Innymi słowy: kreacjonizm wcale nie musi wykluczać prawidłowości teorii ewolucji – w tym sensie, że same prawidła ewolucji zostały zawarte już w planie Stworzenia. Dla mnie, ów plan jest rodzajem kosmicznego programu „komputerowego”, jaki działa i realizuje się we Wszechświecie. Czyli sam Wszechświat można porównać w tym kontekście do pewnego rodzaju komputera.  Piszesz: „Przyjmując kreacjonizm, skazujemy się poza tym na zaprzestanie analizy źródła pochodzenia.” Trudno mi się z tym zgodzić. Nawet jeśli bylibyśmy przekonani, że takie źródło istnieje (w postaci „boga”), to i tak nie wiedzielibyśmy dokładnie jakie to źródło jest, a więc moglibyśmy dążyć do jego poznania – nota bene wykorzystując metody naukowe, które (jak pewnie mielibyśmy nadzieję) prowadziłyby nas coraz bliżej „kłębka” – czyli początku Wszystkiego.

W innym liście do mnie W. napisał coś, co mnie – w sensie pozytywnym – rozbroiło:
„W życiu chodzi o harmonię, o wzajemne poszanowanie i zrozumienie. (…) Argument uczuciowy, Bóg jest miłością przemawia do mnie najbardziej i na tym chciałbym się chwilę skupić. Ta zależność i potrzeba jest chyba kluczem do zrozumienia ewenementu religii. To jak potrzeba dziecka bycia kochanym. To co powiedział Einstein (‚Wrażenie, że za wszystkim, czego doświadczamy, ukrywa się coś, czego nasz umysł nie może ogarnąć i czego piękno i majestat dosięga nas jedynie pośrednio jako słabe odbicie, to jest religijność. W tym sensie jestem religijny.’) mógłbyś włożyć w usta zakochanego chłopca zachwycającego się urodą swojej dziewczyny. Miłość. W tym sensie jestem też religijny.”
Nie spodziewałem się tych słów po W.

greydot

Osoby zaprzeczające prawdziwości teorii ewolucji odrzucą każdy potwierdzający ją dowód – po prostu nie przyjmą go do wiadomości. Byłoby to zbyt duże obciążenie dla ich pojęcia Boga i człowieka – równające się zaprzeczeniu ich wiary.
Większość ludzi unika konfrontacji z myślą, która mogłaby zburzyć ich światopogląd, kwestionować „prawdy” ich wiary, burząc ich (iluzoryczny moim zdaniem) spokój.

Myślenie niby ma przyszłość, ale większość ludzi nie chce jednak myśleć – zwłaszcza o tym, co kwestionowałoby ich przekonania, co mogłoby „wysadzić” ich z utartych schematów myślenia, zburzyć stereotypy jakimi się posługują i jakim się poddają.

greydot

Ludzie, generalnie rzecz biorąc, unikają (myślowej) konfrontacji z czymś, co mogłoby zburzyć ich poukładany (?) świat wierzeń, przekonań… A jeśli o tym już myślą, to w formie odrzucenia i negacji, a nie porównania i analizy, czy też chęci zrozumienia. Tak więc przedstawiciele Homo sapiens w zdecydowanej większości nie są – użyję tu trochę prowokacyjnego określenia – „wolnomyślicielami”. Wręcz przeciwnie: są w swoim myśleniu zwykle konformistyczni, zachowawczy, poddający się stereotypom, wpływom środowiska… I wiedziano o tym na długo przed tym, jak Fromm opisał tę ludzką cechę w swojej słynnej książce „Ucieczka od wolności”.
Oczywiście, że jest to uogólnienie i są tacy, którzy rzeczywiście w swoim myśleniu są naprawdę niezależni, odważni, niszczą stereotypy i nie cofają się przed niczym. Lecz wydaje mi się, że takich ludzi jest jednak bardzo mało. I nie jest to sprawa ewolucji człowieka (jako gatunku), ale raczej indywidualnego rozwoju umysłowego – czyli „ewolucji” świadomości konkretnego człowieka.
Ale czy jest to bardziej kwestia chęci, czy możliwości?
Wydaje mi się jednak, że chęci – bo do tego, by zrozumieć pewne podstawowe zasady kierujące życiem i światem, nie jest konieczna jakaś wybitna inteligencja. Konieczna jest jednak wola poznania faktów i pragnienie ich zrozumienia.

greydot
W ostatnich kilkudziesięciu latach nasza (naukowa) wizja świata ulegała rewolucyjnym nieraz przeobrażeniom, ale wiedza na ten temat raczej nie dociera do tzw. szerszego ogółu – ludzie nadal przebywają w swoich bardzo ograniczonych wyobrażeniach o otaczającym nas, „rzeczywistym” świecie.
Nie możemy sobie np. wyobrazić tego, że coś takiego, jak „materia” w rzeczywistości nie istnieje (to tylko nasze określenie czegoś, co „materię” w naszej percepcji zastępuje, co jest tej „materii” odpowiednikiem).
Sądzę jednak, że uświadomienie sobie tego pomogłoby nam w odnalezieniu się w świecie i w życiu. Dzięki tej pogłębionej świadomości łatwiej byłoby nam ten świat „znosić”, rozumieć – może nawet pomogłoby nam wyzbyć się egzystencjalnego lęku, odnaleźć nasze miejsce w ogromie Wszechświata – poczuć z nim pewną jedność. W pewnym sensie, mogłoby to być nawet przeżycie religijne. Pozbawione na dodatek dogmatów.

greydot
Jest taki aforyzm Kisiela: „Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami.”

Nie do końca bym się tu z Kisielem zgodził. Bowiem, według mnie, dureń, który wie, że jest durniem, tym durniem być nie przestaje – jeśli nie zmieni swego postępowania.
Jednakże to prawda: głupiec, który nie widzi własnej głupoty, to najgorszy rodzaj głupca.
Ale czy nie jest tak, że większość z nas nie dostrzega własnej głupoty? Bo przecież żaden człowiek nie jest zupełnie od tej głupoty wolny.

greydot
Nasze strony rodzinne skłonni jesteśmy postrzegać jako centrum świata, bo tam miały początek nasze jego postrzeganie i poznawanie. Czy tego chcemy czy nie, z tym miejscem związana jest nasza (pierwotna) tożsamość.

Ojczyzna jest tylko jedna. Ale zakotwiczyć można się nie tylko w miejscu naszych narodzin.

greydot
Opozycja: nomadyzm a zadomowienie.
Muszę się przyznać, że mam taką dziwną naturę, która – w zależności od okoliczności – jest mieszaniną zamiłowania zarówno do koczowniczego, jak i osiadłego trybu życia. Czyli mam w sobie zarówno coś z podróżnika, jak i domatora. Bo kiedy jestem w podróży, to lubię te wszystkie migracje i ekscytacje podsycane adrenaliną zdobywcy i eksploratora. A znów kiedy jestem w domu, to lubię domowy komfort, spokój i poczucie bezpieczeństwa jakie dają własne cztery ściany i dach nad głową. I ktoś bliski.

greydot

Schyłek Stanów Zjednoczonych. Czy nie oznaczałby schyłku świata takiego, jaki znamy? Bo przecież ryba psuje się od głowy. Trudno jest jednak snuć analogie z upadkami innych imperiów, bo Ameryka jest jednak w historii ludzkości ewenementem – także ze względu na globalny kontekst naszych czasów, w jaki pchnęła nas niewiarygodnie rozwinięta technologia i rewolucja informatyczna. Dodatkowym problemem jest to, że – jak powiedział w jednym ze swoich wywiadów słynny socjobiolog Edward O. Wilson – mimo że dysponujemy techniką „o boskich możliwościach”, to nadal mamy emocje na poziomie epoki kamienia łupanego, żyjemy z naszą paleolityczną agresją i wojowniczymi popędami, a struktura naszych instytucji przypomina te ze Średniowiecza.
To dlatego wszystko się może zdarzyć – i trudno jest cokolwiek przewidzieć.
Stany Zjednoczone ekonomicznie mogą podupadać przez całe dziesięciolecia i w jakimś sensie ten proces, paradoksalnie, może być swoistą stabilizacją, tzn. przebiegać w miarę stabilnie. A jeśli nie będzie tej stabilności?

Czy Stanom Zjednoczonym może zagrozić ktoś z zewnątrz? Fizycznie – żadnego najeźdźcy nie będzie (Chiny i Rosja za daleko, Indie za słabo zorganizowane, Ameryka Południowa za leniwa, Kanada za mała, Meksyk za słaby…) Wchodzą w grę tylko siły wewnętrzne, które mogą rozsadzić (czy też przeobrazić) Stany Zjednoczone od środka.

greydot
Czasami nurtuje nie pytanie, czy Amerykanie zdolni są do społecznego protestu na szeroką skalę. Pewnie tak – jak każe społeczeństwo. Np. sprzeciw wobec wojny w Wietnamie w latach 60-tych był zakrojony na szeroką skalę, podobnie jak ruch emancypacyjny murzynów na początku tamtej dekady.

Ciekawe jest również to, jak zareagowałyby na taki masowy protest tzw. służby specjalne i policja. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło to przebiegać podobnie, jak np. w Egipcie (choć jak się przekonujemy ostatnio, amerykańscy policjanci są jednak brutalni, czasem nawet zabójczy).

greydot

W „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” Miłosza zadziwia mnie nieco ustęp o „Czarnych”. Miłosz pisał swój esej w latach 60-tych, a wówczas rasistowskie resentymenty były w Ameryce o wiele mocniejsze, niż dzisiaj – i niestety w tekście Miłosza jest to bardzo wyczuwalne. Ot, choćby takie zdanie: „Naprawdę prawie nikt nie lubi Czarnych” – jest jakby z zupełnie innej epoki.
Ale ja się temu za bardzo nie dziwię, bo tacy ludzie, jak Oprah Winfrey, Michael Jackson, Arsenio Hall, Eddie Murphie, Morgan Freeman, Denzel Washington, Michael Jordan, Spike Lee, Whoopi Goldberg, Colin Powell… przyszli później, a gdyby wówczas ktoś wspomniał o czarnym prezydencie, to uznany by został za szaleńca.

Oczywiście nie podejrzewam Miłosza o rasizm, ale język jakim pisze on o Czarnych (myślę, że używa go świadomie i celowo) wydaje mi się jednak językiem dawnej, minionej epoki:
– „tym przeklętym spadkiem kolonialnej Ameryki”
– „to niewolniczo przymilne, to znów aroganckie i bezczelne, niepokojące, bo krzywdzone, zbyt poufałe jeśli nie krzywdzone, przybierało w Europie kształt dwunożnych istot ubranych w wypłowiałe szmaty…”
– „ich człowieczość zresztą nadal jest dla wielu wątpliwa”
– „mój pradziadek mógł być właścicielem całego ich stada”
– „nie nauczyli się żadnego języka, zmieniając angielski w śmieszny dialekt”
– „te istoty celujące tylko na sportowym boisku, poza tym niezdolne skorzystać z równych szans i dostać minimum dobrych stopni”
– „Nienawistni. Nie można wkupić się we względy Czarnych, jeżeli ma się białą skórę, i nie mam zamiaru tego próbować”
– „Jak więc przyjąć ten wzorzec, murzyński, zwierzęcego ciepła, ciągłego wzajemnego dotyku, natręctwa, niedbalstwa, lenistwa, lekkomyślności?”

W pewnym momencie Miłosz pisze nawet: „poza tym niech sobie robią co chcą, byle dalej ode mnie.”
Przy czym on to pisze w taki sposób trochę asekuracyjny: niby od siebie, niby w imieniu stereotypów i tendencji myślenia o Czarnych, panujących wówczas wśród Białych – tak, że w końcu nie wiadomo, czy to są jego myśli i odczucia, czy nie. A jednak ta litania, którą powyżej wymieniłem, wydaje się być dzisiaj już anachronizmem. Oprócz jakichś strasznych, zacofanych zaścianków, nikt już obecnie – w społecznej skali – tak o murzynach nie myśli, a tym bardziej – nie wypowiada.
Sądzę, że Miłosz to wszystko pisał pod presją ówczesnych niepokojów społecznych, związanych konkretnie z rebelią Czarnych Panter, (która odbywała się właściwie tuż obok, w jego sąsiedztwie, bo siedziba Czarnych Panter, Oakland, graniczy z Berkeley, gdzie na Uniwersytecie wykładał Miłosz). To chyba dużo tłumaczy i wyjaśnia.

greydot
Myślę, że współczesne obawy ludzi przed łatką “rasisty” ewentualnie “antysemity” są czkawką po czasach, kiedy rasizm i antysemityzm był na porządku dziennym i jakoś nikt się tym za bardzo nie przejmował (z wyjątkiem garstki sprawiedliwych).
Warto też odróżniać prawdziwy rasizm i antysemityzm od krytyki pewnych zachowań społecznych, politycznych i obyczajowych, ale to trudne – choćby dlatego, że nie wiemy jakie są intencje i co się za taką krytyką kryje (a niestety, dość często, rzeczywiście kryje się coś brzydkiego). Wydaje mi się jednak, że zawsze, w końcu, rasista czy rasowy antysemita zdradzi swoją prawdziwą twarz.

greydot

Od dawna sądzę, że bez kultury nie byłoby okrucieństwa. Jest ono bowiem jej rewersem, antynomią, rozeźlonym odbiciem. Istnieje na zasadzie opozycji, wypaczenia, kontry, degeneracji…Innymi słowy: okrucieństwo i zło może istnieć tylko w kontekście kultury jaką stworzył człowiek. Zwierzęta są bez kultury, dlatego nie mogą być okrutne. To jest jednak zdumiewający paradoks.

greydot
W czasie mojej podróży do Nepalu, w jednej z dzielnic Katmandu, uderzył mnie widok domu z olbrzymim bannerem przedstawiającym portrety Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i Mao. Jak się okazało, nie była to żadna dekoracja do filmu o komunistycznym kulcie jednostki z akcją rozgrywającą się w jakiejś zamierzchłej przeszłości, tylko współczesna siedziba jednego z biur partii maoistowskiej w Nepalu.
Muszę przyznać, że widok ten był dla mnie małym szokiem. Bowiem wydawać by się mogło, że Marks, Engels, a zwłaszcza Lenin, Stalin i Mao to do cna przejrzane i skompromitowane indywidua, których myśli i działania doprowadziły (pośrednio lub bezpośrednio) do masowych śmierci i ludobójstw, które pochłonęły dziesiątki milionów ofiar, a tu – w XXI wieku – wystawia się im jeszcze takie oto ołtarzyki, uznając za swoich bohaterów, mistrzów i nauczycieli.
Rodzą się tutaj pytania: Jakim nurtem podąża historyczna pamięć? Jakie są przyczyny społecznej ślepoty wydającej ludzi na żer autokratów i demagogów? Dlaczego zbrodnia nie odstrasza narodu, a wręcz przeciwnie – bywa nawet czymś, co go konsoliduje?
Czy to wszystko jest tylko sprawą perspektywy, z jakiej się patrzy na świat? Jeśli tak, to dlaczego zabija się przy tym wyobraźnię i elementarną zdolność rozróżniania dobra od zła?

greydot
Ktoś na moim blogu napisał: „Wiara w Boga, bogów czy ogólnie wiara w to, że wszechświatem porusza jakaś określona siła typu ‚coś w tym musi być’ jest dla mnie w dzisiejszych czasach przejawem lęku przed Niewiedzą. Wolimy naiwność dziecka niż ‚puste miejsce’. Wychowałam się w otoczce i wartościach katolickich (chrzest, komunia, katechezy oraz przejawy dziecięcej dewocji). Dziś, jako 40-letnia osoba, nie potrafiłabym inaczej zdefiniować siebie niż ‚ateistka’, dla której raczej popędem współczesnej myśli jest Niewiara i poszukiwanie własnej filozofii, wartości w nieokreślonym ich zbiorze życia. Wobec odkryć naukowych i dzisiejszej świadomości, wiara w Boga, bogów (religie), wydaje się anachronizmem i jest niewystarczalna, jeśli nie sprzeczna z tym co wiemy, widzimy, czujemy. Ja wkładam w to ‚puste miejsce’ odkrywanie świata, poznawanie zmysłowe, intelektualne, każde. To całkiem Nieskończony proces i ciekawe zajęcie…”

Na co odpowiedziałem: Wydaje mi się, że np. pisanie takich słów, jak Niewiedza, Niewiara z dużej litery jest właśnie przejawem tego samego anachronizmu, o który oskarżasz wiarę w Boga. Jest w tym jakieś… bałwochwalstwo, tyle że à rebours. Piszesz: „Wobec odkryć naukowych i dzisiejszej świadomości, wiara w Boga wydaje się anachronizmem”. Zważ jednak, że to Tobie tak się „wydaje”. Setkom milionów ludzi – jeśli nie miliardom – na całym świecie tak się nie wydaje. I właśnie to, co „wiedzą, widzą i czują” powoduje, że wierzą w Boga, czy też w jakiś byt metafizyczny, który Bogiem nazwać można. Nie chcę już przypominać oczywistości, że ludźmi „wierzącymi” są również naukowcy, astrofizycy, biolodzy, matematycy… ludzie wybitnie inteligentni, których doprawdy trudno byłoby nazwać „naiwnymi dziećmi”, nieukami czy ignorantami.

Według mnie ateizm nie jest wcale jakimś wyższym, bardziej świadomym, dojrzałym – i mniej naiwnym – stanem ludzkiej świadomości. Wręcz przeciwnie – myślę, że to w ludziach wierzących jest jakaś… „pełnia”, której brakuje zadeklarowanym ateistom, od których czasem wieje jakimś dziwnych chłodem – przynajmniej ja to tak odczuwam. Wyznanie wiary jest mi czymś bliższym – albo, innymi słowy: wydaje mi się być czymś bardziej „ludzkim” (choć sam uważam się raczej za agnostyka) – niż wyznanie Niewiary (bo tym jest właśnie wg mnie zadeklarowany ateizm).

Wyznanie wiary jest ze swej natury aktem pozytywnym, zaś niewiary – negatywnym (abstrahując od etycznego wartościowania tychże aktów).

Ponadto, jeśli nie wierzymy, to czy musimy od razu tę naszą „Niewiarę” obwieszczać – i to z duże litery? Po co? Jest w tym coś deprymującego, negatywnego, może nawet depresyjnego… zwłaszcza dla ludzi wierzących.
Jednakże zdaję sobie sprawę z tego, że to, co tu piszę, jest subiektywne i nie roszczę sobie prawa do posiadania pod tym względem jakiejś uniwersalnej racji – ktoś inny może odczuwać (myśleć) coś zupełnie innego i będzie to równie usprawiedliwione. Mimo tego wszystkiego, co napisałem, (a może właśnie dlatego?) nie chcę dzielić ludzi na „wierzących” i „ateistów”. Istnieją dla mnie ważniejsze kryteria.

PS. Nie sądzę, że „popędem współczesnej myśli jest Niewiara”. Jest nim właśnie pęd do wiedzy – czyli niejako negatyw niewiary.

greydot
Ciekawy jest stosunek człowieka do mitu, bowiem może on funkcjonować w ludzkiej świadomości na wiele różnych sposobów: jako wiara, umowność, udawanie, wiedza… w formie dogmatu, metafory… na niwie poezji, sztuki, literatury, marzenia, religii… W pewnym sensie całą naszą kulturę uznać można ze pewną formę mitu. Mało tego: może nawet nasze człowieczeństwo jest takim emancypacyjnym mitem, który pozwala nam odróżnić się od zwierząt?

greydot
Nikt nie jest odporny na siłę mitologii. Nawet ten, kto będzie temu solennie zaprzeczał. Tu nawet nie tyle chodzi o odporność, co konieczność.

greydot
Paradoksalnie, kiedy człowiek uzyskał świadomość samego siebie, został niejako odseparowany od swojego wnętrza. Wyszedł poza nie, ale do tego wnętrza zaczął tęsknić. (Tego problemu, jak mi się wydaje, nie mają zwierzęta.) Innymi słowy, człowiek stworzył kulturę, ale utracił przez to kontakt ze swoim wnętrzem. To ciekawe – zapętlające się nieco i przewrotne – bo kultura w dużej części polega właśnie na poszukiwaniu przez człowieka własnego wnętrza. Niestety, wydaje mi się, że odkąd przestaliśmy być zwierzętami, czujemy się cokolwiek nieswojo.
greydot
Cytat: „Wydaje się, że współczesny świat coraz bardziej preferuje typ człowieka ‚anonimowego indywidualisty’, osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem. Człowiek taki żyje pozornymi wrażeniami i przyjmuje styl życia innych, podporządkowując się modzie, ulegając konsumpcji, żyje kosztem otoczenia. Nie posiada własnego zdania, a swoje argumenty opiera na przekonaniach lansowanych w mediach. Wprawdzie dzielnie trzyma w górze swój sztandar, jednak jego kolory zmieniają się w zależności od zdania ogółu. Nie wytęża wzroku, aby spojrzeć głębiej i dalej, nie wsłuchuje się, by usłyszeć wyraźniej.”

Wbrew pozorom określenie „anonimowego indywidualisty”, jako „osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem” ma swoją logikę. Kluczem do zrozumienia tego paradoksu człowieka indywidualisty, a zarazem takiego, który zachowuje się stadnie, jest określenie „pozornymi”. Czyli właściwie jest to złudzenie indywidualizmu, bo człowiek taki, mając przeświadczenie, że idzie za własnym oryginalnym wyborem, w rzeczywistości powiela „oryginalność”, którą przejawiają (i którą łudzą się) podobni jemu „indywidualiści”. To jest doskonale widoczne choćby w reklamach, które zapewniają potencjalnego konsumenta, że jest on jeden, jedyny i niepowtarzalny – właśnie „oryginalny” – a w rzeczywistości (kierując to samo przesłanie do setek tysięcy ludzi), chcą go przygiąć do określonego szablonu i narzucić mu pewien wzorzec zachowań. I to się niestety specom od marketingu i konsumerskiej propagandy udaje.
Podobnie jest w subkulturach: np. tzw. „hipsterzy”, z których każdy chce być wielką indywidualnością i oryginalnością, w rzeczywistości upodabniają się – w sposób mimikryczny – do swojego otoczenia (zachowując przy tym złudzenie swojej wyjątkowości i indywidualizmu, oraz poczucie tego, że się „wyróżniają”)

greydot
Nie zawsze gorsza rzecz wypiera lepszą – częściej jednak to co naprawdę dobre, w końcu się wybija i utrwala (na przestrzeni wieków) jako pewna niezbywalna wartość kulturowa (vide: malarstwo, muzyka, rzeźba, literatura…) Przy czym, tak się działo do XIX-go stulecia, zanim nie pojawił się modernizm i nie porozbijał wszystkich obowiązujących (i używanych) dotychczas kanonów. Później wartościowanie sztuki się pogubiło (pogłębił to jeszcze bardziej postmodernizm) i dzisiaj rzeczywiście ludzie mają wielki problem z oceną tego, co jest dobre a co złe (ulegając szarlatanerii, manipulacji, merkantylizmowi, wmówieniu… przez co, niestety, często wygrywa badziewie i hucpa – odnosi się to zwłaszcza do sztuki współczesnej).
Dla mnie najważniejszy jest AUTENTYZM odbioru kultury i sztuki. Inaczej mówiąc, uczestnictwo w kulturze i sztuce musi być szczere. Bo jeśli takie nie jest, to mamy tylko pozę, snobizm, pozór i udawanie.

greydot

Niestety, wydaje mi się, że jeśli chodzi o sztukę poza-mainstreamową, więcej jest udawaczy, niż autentycznych miłośników (odbiorców) kultury. Dochodzi jeszcze do tego pewien rytuał jej konsumpcji. Wobec tego nie dziwi tak bardzo to, że ktoś, kto naprawdę lubi (kocha) muzykę klasyczną, operę, jazz, balet… nie chce się z tym obnosić i afiszować, co najwyżej podzielić się swoim hobby (zamiłowaniem, pasją) z innymi, czującymi (myślącymi) podobnie.
Nie chce, ale i też nie czuje większej potrzeby takiej manifestacji – wszem i wobec – swoich upodobań, zainteresowań i gustu. I to właśnie świadczy o ich autentyzmie.
A jeśli ktoś, będąc „konsumentem” kultury „wyższej”, wstydzi się tego, że i na „nizinach” coś mu się podoba, to poświadcza tylko swoją własną niepewność co do istoty i autentyzmu swojego odbioru kultury i sztuki, podlegającego przecież jego własnym gustom i zainteresowaniom, (które tym samym również mogą być przez to zakwestionowane).

greydot

Ludzie oczekują powtarzalności, bo to im głaszcze utarte kanały percepcji. To jest w sumie ucieczka przed refleksją i głębszą myślą – jedna z cech masowej konsumpcji.
Cóż, jako gatunek, jesteśmy pochłaniaczami i przeżuwaczami trawiącymi w kółko tę samą karmę.

greydot

Podoba mi się takie podejście do kultury, w którym człowiek poddaje się własnemu doświadczeniu – ma zaufanie do własnej wrażliwości, nerwów, inteligencji i serca – ale i jest otwarty na to, co nowe i być może trudniejsze w odbiorze, bo nie poddające się utartym zainteresowaniom i gustom.
Ten wysiłek jest jednak istotny, bo dzięki niemu możemy własne zainteresowania rozwijać, posuwać się do przodu w przeżywaniu i przyswajaniu czegoś, co może zburzyć nasze „konsumpcyjne” wygodnictwo, przełamać schematy, rutynę, przyzwyczajenia…

greydot

Stanisław Ignacy Witkiewicz w „Nowych formach w malarstwie i wynikających stąd nieporozumieniach” pisze: „Widzimy, że dzieła sztuki i odpowiadające im wrażenia artystyczne możemy uszeregować według wzrastającej komplikacji ich elementów i intensywności estetycznego zadowolenia i że to, co nazywamy Sztuką, będzie leżeć gdzieś w środku tego szeregu, a sfera jej będzie niezupełnie ściśle określona, zależnie od osobników, tworzących i przyjmujących wrażenia. Chodzi tylko o to, aby móc mówić o tych samych jakościowo wrażeniach, o konstrukcji jakości, o Czystej Formie, o uczuciu metafizycznym, nie marząc o ścisłym podziale, niemożliwym z powodu względności i subiektywności panującej w tej sferze, ale i nie mieszając w niej elementów zupełnie jej obcych. Jednak dla 95% „zdrowo myślących ludzi” sfera, o której mówimy, jest czystym urojeniem, wytworem chorej wyobraźni natur przewrotnych – tak wielką jest sugestia poczętego w czasach renesansu i dziś zamierającego realizmu w malarstwie, tej zupełnie nieistotnej jego odnogi, powstałej na tle odrodzenia naturalistycznej rzeźby greckiej i olejnego malowania, zdolnego do naśladowania wszystkich stanów natury, tego działu, który ze sztuką malarską ma tyle tylko wspólnego, że używa się i tam, i tu jednych i tych samych środków, farb, pędzli itp., ale do zupełnie innych celów.”

Podział sztuki na różne zbiory, kategorie i rodzaje ma oczywiście sens (bo człowiek ma skłonności do tego, by wszystko nazywać, segregować, porządkować… ułatwia mu to bowiem orientację w świecie), ale tak naprawdę nie ma to większego wpływu na to, jak sztukę odbieramy (no chyba że jesteśmy snobami kierującymi się sztucznie ustalaną hierarchią – wartościowaniem sztuki opartym na kryteriach poza-artystycznych, np. prestiżowych czy merkantylnych).
Bardzo ciekawy cytat z Witkiewicza. Ale też potwierdzający niemożliwość ścisłego określenia linii podziałów sztuki, co jest zrozumiałe, bo już w czasach Witkacego samo pojęcie Sztuki wymknęło się czytelnej kategoryzacji i ścisłej, aprobowanej powszechnie, definicji. Taka była cena modernistycznej rewolucji.
Witkacy był zwolennikiem tzw. Czystej Formy, ubolewał nad zanikiem „uczuć metafizycznych” – nie dziwi więc jego niechęć np. do realizmu, któremu odmawiał racji do bycia częścią sztuki malarskiej. Jednakże, według mnie jest to zbyt daleko posunięty radykalizm.

greydot

Pewne wartości etyczne wydają się nam „ponadczasowe” ale one ponadczasowe nie są, bo wykształciły się w czasie – tak jak kształciła się i sublimowała etycznie nasza kultura i cywilizacja, a wraz z nią system etyczny, który przecież nie jest czymś niezmiennym, a tym bardziej uniwersalnym.
Np. „uniwersalne” według niektórych przykazanie (norma etyczna) „nie zabijaj”, wcale nie jest uniwersalne. Uniwersalna zasada naturalna jest wręcz przeciwna: „zabijaj, kiedy tylko to przynosi ci to korzyść” – i stosuje się do niej cała Natura, co widać aż nadto oczywiście, kiedy bliżej przyglądniemy się temu, co się dzieje w świecie zwierząt.

Również w świecie ludzkim, i to współcześnie, daje się przyzwolenie na zabijanie (wojny, wojsko, drony, „broń”, kara śmierci, obrona własna…) – mordowanie ludzi jest sankcjonowane w wielu przypadkach – więc ochrona ludzkiego życia nie jest wartością uniwersalną. Świadczą o tym również miliony aborcji, (które de facto są likwidowaniem ludzkich zarodków, czyli zabijaniem życia), dokonywanych każdego roku na świecie.

greydotNie podoba mi się ta wojna polsko-polska, w której jedna strona uważa się za oświeconą “elitę” intelektualną, patrzącą z góry na katolicki “nawiedzony” “ciemnogród”, sama nie zauważając swojego prymitywizmu, jaki często przejawia w atakach na ludzi wierzących, Kościół Katolicki i księży.
Nie podoba mi się ten pełen pychy i besserwisserstwa przemądrzały ateizm (którego wielu wyznawców sprawia wrażenie właśnie nawiedzonych), skupiający się jedynie na negatywnej stronie religii, ignorując jej znaczenie pozytywne.
Nie podoba mi się, że taki naukowiec jakim jest Dawkins (“papież” ateistów) staje się de facto ideologiem, który jedzie po religii (i po ludziach wierzących) jak po burej suce…

Wydaje mi się, że tu nie tyle chodzi o wyrażenie swego zdania, ani o polemikę, tylko o zaznaczenie swojej intelektualnej “gnostycznej” wyższości i dalsze utwierdzanie się w swoich jedynie słusznych, nieomylnych poglądach. A jeśli chodzi o tzw. “wojujący” ateizm i jego reprezentantów, to wydaje mi się on jeszcze jedną przesiąkniętą ideologicznie – zabarwioną nawet totalitarnie – sektą.
Niestety.

greydot
Publicysta „Polityki” Jacek Kowalski obdarzył swój blog tytułem „Listy ateisty” oraz mottem z Philipa K. Dicka: “Rzeczywistość to coś, co nie znika, kiedy przestaję w to wierzyć.”

Muszę przyznać, że dość dziwne to motto, jak dla strony zadeklarowanego ateisty. Bo przecież rzeczywistość nie jest domeną wiary tylko percepcji. Nie wierzy się w TO, co się widzi, tylko TO się postrzega i przyjmuje do wiadomości. Na tej podstawie buduje się, czy też gromadzi wiedzę, a nie wiarę.

Właśnie ktoś, kto wierzy w Boga mógłby powiedzieć ateiście: Bóg to jest coś, co nie znika, kiedy przestaje się w niego wierzyć.

greydot

W „Listach ateisty” doszło do małej polemiki między mną a ich autorem. Oto ona:

Ja: Nie segreguję religii na fałszywe i prawdziwe, bo według mnie taki podział jest bez sensu. Piszę to oczywiście jako agnostyk.

Jacek Kowalczyk: „A agnostycyzm to też jakaś religia? Bo niektórzy Polacy podczas spisu powszechnego wpisywali to słowo do rubryki ‚wyznanie’. Czy też pozwala Panu po prostu zawiesić osąd i wszystkie religie traktować równo, wudu i Kościół Scjentologiczny także?

Ja: To jest właśnie to, o czym pisałem: poczucie wyższości i drwina (może nawet ledwie skrywane szyderstwo?) ateisty, który każdy inny światopogląd (nie wykluczający istnienia Boga – o przekonaniu o jego istnieniu nie wspominając) chce nazywać “wyznaniem”, w ten sposób go dyskredytując. Przecież każde dziecko wie, że agnostycyzm nie jest żadnym “wyznaniem”. Jest oświadczeniem, że się nie wie. To już bardziej wyznaniem jest właśnie ateizm, którego wyznawcy wierzą w to, że Boga nie ma. Piszę “wierzą”, bo przecież nie mogą tego wiedzieć na pewno.
Naturalnie piszę “Bóg” w szerszym znaczeniu tego słowa: mając na myśli pewien byt metafizyczny, Ideę Nadrzędną, Zasadę Porządkującą, Moc Sprawczą… etc. (trudno jest mi TO nazwać, bo ujęcie tego w słowa, zważywszy na nasze możliwości – ograniczenia percepcyjne i poznawcze – jest według mnie niemożliwe).
Agnostycyzm, (do którego się – bardziej lub mniej – skłaniam) pozwala mi zawiesić osąd nad religią (unikam osądzania religii jako takiej – czyli jako kulturowego fenomenu, dzięki któremu powstała ludzka cywilizacja) choć naturalnie nie zamykam oczu na jej negatywne strony, czy też skutki.
Oczywiście, że kieruję się swoim systemem etycznym (tak się stało, że wywodzi się on z tradycji judeo-chrześcijańskiej – tego nie mogę zaprzeczyć – choć nie jest on tożsamy z “przykazaniami” jakiegokolwiek kościoła ani nawet z Dekalogiem) i to on wyznacza mój stosunek do pewnych zachowań (faktów) mających swoje źródło w danej religii czy wyznaniu. To właśnie na tym opiera się moja orientacja aksjologiczna jeśli chodzi o różne religie.
W pewnym sensie to także “hierarchizuje” (i praktycznie wartościuje) w mojej świadomości religie.
Dla mnie nie ulega wątpliwości, że powinna istnieć wolność religijna. Ale przecież nikt nie może twierdzić, że wszystkie praktyki religijne mogą być dozwolone. (Dlatego jestem przeciwny np. rytualnemu ubojowi zwierząt, praktykom uszkadzającym ciało – o składaniu ofiar z ludzi nie wspominając.) Granice tego, co dozwolone, a co niedozwolone (w praktykach religijnych) powinno wytyczać prawo (ja np. akceptuję w zasadzie te jurysdykcje, jakie wypracowały sobie demokracje liberalne świata zachodniego – bez wątpienia opierającego się głównie na tradycji judeo-chrześcijańskiej, ale też oświeceniowej – zgodne także z zasadami społeczeństwa obywatelskiego i otwartego).
To nie jest więc tak, że ja się pozbawiam możliwości nazwania pewnych praktyk religijnych (czy też zachowań, które mają swoje źródło w wyznawanej religii) bzdurą, a nawet (w ekstremalnych przypadkach) zbrodnią.

Jacek Kowalczyk: Czyli totalny miszmasz – religie ogólnie są lepsze od ateizmu, bo zaspokajają ludzką potrzebę mitu, nauka nie odpowiada na pytania metafizyczne (choć ani musi, ani chce), ale za to Pan z pozycji jednej z religii (źródła judeo-chrześcijańskie) może oceniać jako wartościowe lub nie inne religie (nawet jako zbrodnicze), odwołując się przy tym do społeczeństwa obywatelskiego i otwartego ufundowanego na projekcie oświeceniowym, odrzucającym religię jako źródło stanowienia prawa. A dzięki agnostycyzmowi może Pan unikać przesądzania o istnieniu świata duchowego.
No i pięknie! Tak też da się żyć. Ale po co od razu wyzywać ateistów od fanatyków?

Ja: Mój zarzut o fanatyzm odnosi się do tych, którzy wojują z religią pod sztandarem ateizmu, obnosząc się z tym swoim ateizmem jak z jedynie słusznym światopoglądem. Zamiast przyznać się do tego, że nie wiedzą, są pewni, że wiedzą.

greydot
Kilka cytatów a propos powyższej dyskusji:

„Ateista podobnie jak chrześcijanin, utrzymuje, że wiemy, czy bóg jest czy go nie ma: chrześcijanin twierdzi, że wiemy, iż bóg jest, ateista – że wiemy, iż go nie ma. Tymczasem agnostyk zawiesza sąd, utrzymując, że nie ma dostatecznych podstaw, by przyjąć lub zaprzeczyć istnieniu boga.”
(Bertrand Russell)

„Ateizm to także postawa religijna. Szczery ateista myśli o Bogu bezustannie, choć istotnie w terminach negacji. Zatem ateizm jest formą wiary. Gdyby ateista naprawdę nie wierzył, nie przejmowałby się (wiarą innych) lub nie przejmowałaby się zaprzeczaniem.”
(Terry Pratchett)

greydot
Warto wspomnieć, że “papież” ateistów Richard Dawkins w swojej książce “Bóg urojony” (nota bene tytuł równie zwodniczy i niewydarzony, jak “Samolubny gen”) także nie wyklucza istnienia Boga (jednakże to wymaga nie tylko przeczytania książki Dawkinsa, ale przeczytania jej ze zrozumieniem, co dla niedouczonego i zacietrzewionego fanatyka ateizmu może być wysiłkiem ponad siły i intelektualne możliwości).

greydot
Obsesja religią: dość powszechna u ateistów.

greydot
Kryzys uchodźczy w Europie, zalew migrantów… Wśród niektórych Europejczyków lęk przed „Innym” nabiera znamion histerii.
Ja bym jednak nie demonizował “obcych”. W Stanach, w pewnym sensie są sami “obcy” i jakoś nie ma tu większych spięć na tle etnicznym czy religijnym. Jeśli są konflikty to z powodów ekonomicznych, a nie ideologicznych (a do takich zaliczam konflikty religijne). Wydaje mi się zresztą, że dotychczasowe “spięcia” w Europie (Wielka Brytania, Francja a nawet Szwecja) z udziałem “czarnych” czy też muzułmanów, również miały przede wszystkim przyczyny ekonomiczne: był to właściwie protest “prekariatu” – “biedoty”, młodych ludzi bez perspektyw, grup “upośledzonych” konsumpcyjnie – przeciwko “systemowi”, który (według nich) ich dyskryminuje i pozbawia lepszych warunków życia (pracy, rozwoju i konsumpcji).

To nie religia zabija, ale fanatycy (a fanatyzm jest moim zdaniem religijną, czy też ideologiczną patologią), ludzie zdesperowani, niestabilni psychicznie, opętani agresją… Także – jeśli chodzi o agresję na większą skalę – ci, którzy chcą zdobyć władzę, kontrolę nad innymi (podboje kolonialne, wojny krzyżowe i terytorialne, wreszcie takie zbrodnicze fenomeny, jak ISIS). W wojnach, które nazywamy “religijnymi”, także chodziło o zdobycie władzy (a tym samym bogactwa – środków, zasobów, terytoriów), a nie o dogmaty, które większość rządzących (włącznie z niektórymi papieżami) miała w… głębokim poważaniu.
Religia zawsze była narzędziem (pretekstem, “usprawiedliwieniem”) zdobywania władzy, bogactwa, kontroli nad innymi (w rzeczywistości motywy ekonomiczne i polityczne zawsze dominowały nad motywami religijnymi).
Papiestwo, jak również cała europejska “wierchuszka” królewska (wszystkie te nadęte, degenerujące się dynastie), która sprawowała w Europie władzę przez kilkanaście stuleci, dokonała niejako “kidnapingu” idei chrześcijańskiej (utożsamianej z nauką Jezusa Chrystusa), zamieniając ją w praktyce w jej przeciwieństwo (utrzymywanie więc, jak robią to niektórzy, że to chrześcijaństwo ma największe zbrodnie na swoim sumieniu, jest według mnie nie tylko nieuczciwe, ale i niemądre – a już twierdzenie, że faszyzm był ruchem “chrześcijańskim” jest zupełną głupotą, wynikającą najprawdopodobniej ze ślepej nienawiści do wszystkiego, co “chrześcijańskie”).

„Chrześcijanie”, którzy mordują innych dla swoich celów (politycznych, ekonomicznych, a nawet – czy może nawet zwłaszcza – religijnych) stają się niczym innym, jak “chrześcijanami” nominalnymi – nic z nauką Chrystusa (uosabiającego sobą łagodność, miłosierdzie, prostotę, altruizm…) nie mającymi wspólnego.
Zresztą, więcej można zrozumieć, jeśli chodzi o agresywne zachowanie Homo sapiens (jako gatunku en bloc), skupiając się na jego genetycznym zaprogramowaniu i prehistorycznym dziedzictwie, niż na ideologiach, które on wymyślał.

greydot
Nie ma większego sensu porównywanie motywów “agresywnych” obecnych w Nowym Testamencie i w Koranie. W pierwszym nie ma ich prawie wcale, w drugim można ułożyć z tychże całą litanię.
Jest więc różnica w “temperamencie” (poziomie) agresji między normatywnością religijną chrześcijańską a muzułmańską (i myślę, że to co piszę jest obiektywne, mimo że sam się bardziej utożsamiam z etyką chrześcijańską, niż z szariatem).
Naturalnie odmienność ta nie jest bez znaczenia, jeśli chodzi o wpływ “wiary” na zachowanie i obyczajowość społeczności (a w większej skali: społeczeństw) chrześcijańskich i muzułmańskich, nie jest jednak według mnie czymś przesądzającym, radykalnym – uniemożliwiającym pokojowe współistnienie chrześcijan i muzułmanów. Ale pod warunkiem, że nie przyjmą oni postawy ortodoksyjnej, fundamentalistycznej – o fanatycznej nie wspominając. To zresztą stałoby w sprzeczności z prawodawstwem państw europejskich (mimo, że cywilizacja europejska uważana jest w głównym swoim zrębie za “chrześcijańską” czy też “judeo-chrześcijańską”), gdzie jednak rozdział kościoła (a tym bardziej “meczetu”) od państwa powinien już być cywilizacyjnym standardem.

greydot

W jednej z gazet ktoś wysmażył artykuł nadając mu tytuł: „Islam zabija”. Moim zdaniem jest to nadużycie. Według mnie istnieje bardzo mocny argument za tym, że to nie religia (i jej tzw. “prawdy” wiary) decyduje o tym, że człowiek staje się dyszącym mordem osobnikiem, “maszyną do zabijania”; o tym, że jedno państwo (naród) napada na drugie, dokonując przy tym ludobójstwa, często na masową skalę. Oto bowiem, jak świadczą o tym fakty, cywilizacja “nasza”, zachodnia (ponoć “chrześcijańska” a więc – normatywnie przynajmniej – bardziej “humanitarna”, nie-barbarzyńska, “miłosierna”) jest odpowiedzialna za największe zbrodnie ludobójstwa w historii ludzkości (wydaje mi się, że walnie przyczyniło się do tego po prostu techniczne zaawansowanie Zachodu – biorąc pod uwagę stan z XX wieku – ale przede wszystkim jednak kolonializm i ambicje mocarstwowe takich państw zachodnich jak Niemcy, Anglia, Francja i – last but not the least – Stany Zjednoczone).

Czy ta agresywna ekspansywność ma cokolwiek wspólnego z naukami łagodnego syna cieśli z Nazaretu?
W moim pojęciu prawdziwe chrześcijaństwo jest związane z tym co głosił Jezus, a nie z tym co wyczyniali chrześcijanie “nominalni” – de facto uzurpatorzy chrześcijaństwa, którzy w praktyce istotę chrześcijańskości obracali często w jej przeciwieństwo – zwłaszcza kiedy mordowali i podbijali gwałtem innych ludzi. Dlatego utrzymywanie, że to chrześcijaństwo (wiara chrześcijańska) było najbardziej zabójczą religią w dziejach ludzkości jest po prostu nieuczciwe i – mówiąc delikatnie – niemądre.

greydot
Wpływ chrześcijaństwa na losy świata nie brał się z tego, co głosił Jezus, lecz bardziej z tego, co wyczyniali chrześcijanie – jak ich nazywam – „nominalni”. Chrześcijanie nominalni tworzyli chrześcijaństwo nominalne – i to ono wpływało na losy świata. Ludzie, którzy naprawdę kierowali się nauką Chrystusa nie mieli żadnego wpływu na politykę, na wyczyny państw i narodów mieniących się “chrześcijańskimi”.

W ostatecznym rozrachunku zawsze odpowiedzialni są ludzie – a nie ideologie. Zwłaszcza te utopijne. Tak więc to nie religia (ideologia) zabija. Zabijają ludzie. To stwierdzenie nie jest odkrywcze ani nieodkrywcze. Jest po prostu stwierdzeniem oczywistego faktu.

greydot.

SERCE, MÓZG I TESTOSTERON (co się plecie w kajecie – zapiski VI)

*

*

Wydaje mi się, że filozofia w pewnym czasie – zaczęło się to chyba w Oświeceniu, czyli, jak na ironię, w epoce stawiającej na pierwszym miejscu rozum – z nauczycielki starającej się objaśniać świat, zaczęła się przemieniać w służkę asystującą jedynie rozwojowi ludzkiej cywilizacji pod względem społecznym, politycznym, technologicznym.
Trzeba przyznać, że filozofia z czasem coraz bardziej traciła swój prestiż – coraz mniej ludzi brało ją „na poważnie” (nie bez znaczenia były tu kompromitacje w rodzaju Sartre’a, o Marksie nie wspominając). Wygląda na to, że filozofowie z awangardy przeszli do ogona. Zawsze są spóźnieni teraz ze swoimi diagnozami wobec pędzących czasów – rozpaczliwie starają się zrozumieć i opanować jakimiś regułkami to, co się już stało.

greydot

W filozofach pociągała mnie ich twórczość, jeśli miała walor literacki. Bardziej interesowali mnie oni jako ludzie, którzy parali się swoim życiem, niż tacy, którzy byliby zdolni odpowiedzieć na nurtujące mnie pytania. Owszem, dzięki nim wnikliwiej można było patrzeć na świat, ale musiało się też pilnować, by nie poddać się ich kuszącym sugestiom, wizjom i interpretacjom (bo mogliby niejako skraść człowiekowi duszę).
W końcu dotarło do mnie to, że siłą rzeczy każdy filozof, którego myśl starałem się poznać, zamknięty był nie tylko w swoim umyśle, ale i determinowany własnym charakterem. Był ponadto ograniczony swoim czasem i epoką. Jego „prawda” wcale musi być więc naszą prawdą – i najczęściej nie jest.

greydot

Widziałem wczoraj monodram “Ecce Homo” oparty na biografii Fryderyka Nietzschego. Filozof ten wraca do mnie systematycznie i falowo. Teraz się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje? Może w mojej młodości odkryłem w nim podkłady buntu, które drzemały i we mnie samym? To pragnienie – impuls – przewartościowania wszystkiego w co kazano mi wierzyć, co narzucało mi wychowanie, religia, tradycja? Tkwiło we mnie już wówczas podejrzenie, że wszelkie wartości są jednak względne – że zostały stworzone i przyjęte przez człowieka, a nie narzucone nam z jakiejś metafizycznej góry, jak utrzymują niemal wszystkie religie świata, co jest zresztą łatwo zrozumiałe, jako że wszelkie dekalogi i kodeksy – zbiory fundamentalnych zasad normujących ludzkie zachowania – potrzebowały zawsze jakiejś nadrzędnej sankcji, sakralnego uwierzytelnienia… przynajmniej do czasów Kartezjusza. Nawet z ateistycznego (a raczej obojętnego wobec kwestii istnienia Boga) Buddy niektórzy wyznawcy jego nauk zrobili bożka.

greydot

Na pewno fascynował mnie też obłęd Nietzschego. To było jakby echo mojego własnego lęku przed szaleństwem, które przecież drzemie w każdym człowieku.
Dalej: aforystyka myśli Nietzschego. To był pisarz o wielkim talencie literackim (podobnie jak Schopenhauer). Dysponował myślami, które mogły uderzyć w człowieka jak grom. Był przy tym wszystkim poetą – stąd wizyjność jego tekstów. Jednakże poezja to muza zdradliwa. Potrafi zapędzić wyobraźnię człowieka na manowce, omamić narkotycznie myśli. Nie jest też ona dobrą doradczynią filozofa, od którego – po kartezjańsku – oczekujemy jednak pewnej trzeźwości myślenia i logiki.
Nietzsche to również wielki prowokator, z tym że prowokacja nie była jego celem. Raczej wynikała z tego, że tworzony przez niego system stawiał na głowie wiele z uznawanych dotychczas wartości, może nawet osuwał się w nihilizm.
Całą swoją siłę Nietzsche zawdzięczał pasji, która go zresztą w końcu spaliła. Intensywność jego tekstów wynikała z napięcia między sprzecznościami, które go rozrywały.
Wydaje mi się, iż w rzeczywistości był człowiekiem dobrego serca, którego własne konstrukcje filozoficzne zaprowadziły w jakieś nieludzkie sfery bezwzględności i bezlitosności. Fizyczny słabeusz i chorobliwiec stał się piewcą mocy, impotent wyskoczył z ideą nadczłowieka… etc. Czy można to jednak skwitować potrzebą kompensacji? A może to tylko kliniczny przykład tego, jak z kompleksów niższości wyrasta mania wielkości?

greydot

Najżywszy, związany z Nietzschem obraz jaki we mnie utkwił, to moment, od którego zaczęło się jego psychiczne załamanie. Pięknie i przejmująco opisał go Herling-Grudziński w swoim “Dzienniku pisanym nocą”. Na turyńskiej ulicy Nietzsche widzi jak pijany woźnica okłada batem konia. W porywie litości dla zwierzęcia Fryderyk rzuca się ze łzami na szyję konia, by go obronić przed przemocą i okrucieństwem.

greydot

W najwyższym ataku szaleństwa Nietzsche utożsamiał się na przemian z Dionizosem, (za którym stała zwierzęca siła życia) i Chrystusem (człowiekiem litościwym, przebaczającym i cierpiącym) – podpisując się raz jako Dionizos to znów jako Ukrzyżowany. Potem nastąpiło 10 lat milczenia – zapadnięcie się w chorobę psychiczną, od której wyzwoliła go dopiero śmierć.
Nietzsche poniósł klęskę, ale był na nią przecież skazany. Obłęd bywa karą za usiłowanie ogarnięcia całej złożoności świata myślą, zrozumienia wszystkiego… A to jest przecież niemożliwe, bowiem ludzki umysł jest ograniczony –  nigdy nie pojmie Tajemnicy Wszechświata; nigdy nie uzyska odpowiedzi na podstawowe egzystencjalne pytania: skąd przychodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy – które, mimo uczynienia z nich banału, nadal odnoszą się do nieprzejrzanej istoty sensu człowieczeństwa.
W przypadku Nietzschego stało się też to, przed czym przestrzegał Oscar Wilde: “Kto sięga pod powierzchnię świata i zjawisk, ten czyni to na własną odpowiedzialność”. Ponadto, chciał zburzyć to, co jednak stanowiło fundament europejskiej cywilizacji chrześcijańskieja tym samym ukształtowało jego samego. To musiało się skończyć katastrofą.

Jaka prawda powaliła w końcu tego wielkiego małego człowieka? Co wzięło nad nim górę? Umarł w nim pogański bóg zwierzęcej witalności, pozostał Ukrzyżowany – dola człowiecza, przed którą nie było dla niego ucieczki.

greydot

(Z listu do W.)
Drogi W., o szaleństwie to ja mógłbym długo, bo ten temat kiedyś mnie bardzo interesował (przeczytałem wtedy m.in. całego Kępińskiego), a i teraz intryguje i na swój sposób przyciąga. Sam się bowiem swego czasu o coś podobnego otarłem (…) Lecz temat szaleństwa jest także ciekawy z innej przyczyny. Wiele mówi o samej naturze człowieka, o jego kulturze, popędach, psychice… Ktoś powiedział (bodajże Freud, może Jung?), że jak się patrzy na szpital wariatów, to można odnieść wrażenie jakby się patrzyło na zwykłe społeczeństwo, tyle że przez szkło powiększające. To jest prawda – szaleniec to wydanie człowieka w wersji psychicznie ekstremalnej, czyli bardziej wyrazistej, kolorowej, pierwotnej…

Myślę, że nie doceniamy roli szaleństwa w rozwoju ludzkości. A to przecież niemal kliniczni szaleńcy i maniacy (tak by ich dzisiaj zapewne zdiagnozowała współczesna psychiatria) w dużej mierze wyznaczali bieg naszej historii, wpływali w sposób znaczący na kulturę… Dość wspomnieć z jednej strony Chrystusa, z drugiej – Hitlera; z jednej strony był Św. Franciszek, z drugiej – Napoleon; był Budda, Gandhi  – był Henryk VIII, Dżingis Han… etc. (Przy czym muszę się tutaj zastrzec, że nie mam zamiaru przez to w jakimkolwiek stopniu dyskredytować tych ludzi. Oni tak mocno wyryli się w naszą kulturę i cywilizację  – jako depozytariusze pewnych symboli, wzorców, postaw i wartości – że każdy z nas, chcąc nie chcąc, musi się wobec nich określić.)
Piszesz, że często to sam chciałbyś być szalony. Ale chyba sam nie wiesz co piszesz. Ja się obawiałem szaleństwa jako psychicznego pomieszania, które by oznaczało śmierć mojej osobowości. Gdyż bardziej widzę obłęd, jako tragiczną degradację człowieczeństwa, odbywającą się niekiedy w sposób wręcz horrendalny. Właśnie… szaleństwo bardzo często przynosi ze sobą bezbrzeżne cierpienie. Tego sobie nie można wyobrazić… właśnie dlatego ludzie „tracą zmysły”… bo już nie mogą znieść bólu, który rzeczywiście staje się nie do zniesienia. Obłęd jest wtedy jakby samoobroną organizmu przed fizjologiczną katastrofą i kompletnym załamaniem – bo takiej intensywności już nie mogą przetrwać neurony, receptory, przekaźniki… czy co tam jeszcze.
Co natomiast w życiu się przydaje, to odrobina szaleństwa. Na swój sposób to nawet sama miłość jest pewną formą obłędu, pociągając za sobą pewną niepoczytalność. Życie bez tej przyprawy szaleństwa byłoby nudne niewymownie, a bez miłości nie warto byłoby żyć.

W., stwierdzając, że „…mnie tam Nietzsche specjalnie nie zaskoczył – ot następny filozof, który pokosztował życia jakim ono naprawdę jest i trochę na ten temat napisał. Myślę że intelektualiści to trochę jak onaniści – delektują się obrazem a zapominają, że życie się toczy i ciekawsze sprawy zdarzają się ‚naprawdę’…” nie zauważasz, że w jednym zdaniu zaprzeczasz temu, co piszesz w następnym. Że niby Nietzsche zakosztował życia jakie ono jest, a zaraz potem, że intelektualistom prawdziwe życie przechodzi koło nosa.
Moim zdaniem więcej prawdy jest w tym drugim stwierdzeniu. Przeintelektualizowanie często idzie w parze z jakimś mentalnym onanizmem – ci ludzie po prostu nadużywają intelektu, zamiast spróbować tego, co mogą dostarczyć im zmysły w konkretnym i rzeczowym świecie… i oto mamy przerost teorii nad życiową praktyką.
Byłoby wiele racji w tym, jeśli stwierdzilibyśmy, że filozofia często wynika z niemożności życia przez człowieka pełnią życia (tzn. z grubsza: filozof nie wie jak żyć, więc filozofuje, wbrew sentencji ukutej bodajże przez Hobbesa: „primum vivere, deinde philosophari„). Ale to jest jednak spore uproszczenie. Równie dobrze można by wskazać – jako źródło filozofowania – zadziwienie i zaciekawienie światem, dociekliwość, pęd do wiedzy i skłonność do analizy… no i może nawet „umiłowanie mądrości” (bądź co bądź, to właśnie etymologicznie oznacza słowo filo-sophia.)

Jeśli zaś chodzi o Nietzschego, to moim zdaniem było właśnie odwrotnie jak piszesz: ten biedak wszystkie dramaty rozgrywał w swojej głowie. Jestem prawie pewien, że gdyby skonsumował seksualnie tę swoją Salome, w której się platonicznie – a do tego na zabój – kochał, to odbiłoby się to dramatycznie na jego poglądach i może nawet Hitler et consortes nie mieliby się do niego po co odwoływać, opiewając wolę mocy i kult silniejszego, a nihilistycznym guru nadczłowieczeństwa zostałby kto inny.
Nietzsche miał niesamowity umysł, ale okazał się też być wielkim naiwniakiem z tymi swoimi zaratustrami i zmierzchami bogów… Nie da się ukryć, że zapędził się ze swoją megalomanią i fantazjami w jakiś groteskowy kozi róg i skończył jako katatonik.
A ta jego dysząca nienawiść do chrześcijaństwa to przecież kliniczne, zaślepione pieniactwo. Co za mędrzec! Potrafił pożałować biednego konika, ale parę milionów ludzi to by chętnie posłał do piekła (niespełna pół wieku po nim znaleźli się tacy, którzy to uczynili naprawdę).
Tak, tak… człowiek to dziwne zwierzę…
Wspaniałe i żałosne zarazem.
A Nietzschego to na przemian kocham i nie znoszę; widzę w nim zrazu głupca, to znów mędrca; człowieka słabego, to znów tytana odwagi i pełnego poświęcenia dla swojej myśli… Strasznie paradoksalny to był człowiek – tak, jak paradoksalna jest ludzka egzystencja i jak niepewne budowanie przez nas wizji świata – właściwie na „piasku” naszych iluzji, przypuszczeń, ignorancji, dociekań i złudzeń.

greydot

Nadajemy tak wielkie znaczenie wolności ponieważ – tak naprawdę – w głębi odczuwamy, że jednak człowiek tej wolności w rzeczywistości nie posiada. Już w chwili naszego poczęcia skazani zostaliśmy na niewolę bytu. Jednak człowiek stał się człowiekiem dopiero wtedy, kiedy zaświtała mu w głowie koncepcja wolnej woli.
Wolność więc to największy paradoks istnienia człowieka – i ów paradoks jest zarazem esencją człowieczeństwa.

greydot

Nie jesteśmy w stanie stworzyć żadnego obrazu świata w oderwaniu od naszego w nim umiejscowienia. Opisujemy więc świat tylko tym, czym dysponujemy – w naszej świadomości, która jest przecież mocno ograniczona. Jest to tak oczywiste… Dlaczego więc mamy pretensje, by dotrzeć do prawdy o tym świecie? Nigdy nie będzie to możliwe.
Trudno jest żyć z podobną świadomością, gdyż wiąże się to z niemożnością poznania sensu istnienia czegokolwiek. Dlatego sami próbujemy nadać sens naszemu życiu – i jeśli czujemy się wolni, to uznajemy, że to życie ma właśnie taki sens, jaki mu sami nadajemy.

greydot

Kiedy boli nas ząb to wydaje się nam, jakby cały świat składał się z bólu zęba – ta myśl, (którą zapisał bodajże Rochefoucauld) powinna nas nauczyć pewnej pokory w postrzeganiu świata. Ale nie nauczy ponieważ każdemu z nas wydaje się, ze stanowi centrum wszechrzeczy – że jest pępkiem Wszechświata.

greydot

Człowiek w swojej pysze i megalomanii ubzdurał sobie, że może stworzyć (odkryć?) system filozoficzny opisujący Wszystko.
Ale co to jest Wszystko? “Wszystko” mógłby ogarnąć tylko Bóg.
Takie holistyczne zapędy świadczą więc o tym, że człowiek rości sobie pretensje do bycia Bogiem. I oto jest dowód choroby umysłowej “największych” filozofów (czyli takich, którzy stworzyli własne systemy filozoficzne, stanowiące w ich mniemaniu wartość ultymatywną rozumu – będące ostatecznym wyjaśnieniem Wszechświata).

greydot

Między cierpieniem i udręką, a radością i ekstazą rozciąga się doświadczenie ludzkiego życia. Nie można więc zdać się na filozofię człowieka, który tylko cierpi (np. Pascal), tak samo, jak tego, który jest spokojny i szczęśliwy (czy jednak możliwe jest znalezienie kogoś takiego  – choćby wśród stoików i buddystów?) Nawet najuczciwszy z nich będzie tylko opisywał samego siebie – i tylko to, co się mu wydaje.

greydot

Udręką jest posiadanie wybitnej inteligencji przez ludzi bez charakteru – wyraźnej osobowości. Pozbawiony kotwicy umysł miota się w oceanie myśli, rozpaczliwie chwytając się wszelkich dryfujących kłód, a nawet i brzytew (bynajmniej nie Okhama).

greydot

Czy brak charakteru też można uznać za charakter?

greydot

Człowiek na tej ziemi nie może dotrzeć do prawd fundamentalnych (jeżeli takowe w ogóle istnieją). Przerasta to jego możliwości. Stąd wynika konieczność poddania się złudzeniom.
Nadzieja nie jest jednak jeszcze jedną formą złudzenia. Nie bez przyczyny zawsze wiąże się ona z wiarą – a im bliżej jest wiary, tym mniej wydaje się człowiekowi złudzeniem.

Mistycyzm jest ludzką desperacją, by przezwyciężyć niemożność kontaktu z Bogiem – ekstatyczną determinacją kogoś, kogo nie może zadowolić zwykła wiara w istnienie Boga.
Jest swego rodzaju tryumfem natury człowieka to, że potrafi on poprzez mistycyzm osiągnąć pewność. A może pewność to tylko kolejne złudzenie? Tym razem złudzenie doprowadzone do ekstremum? Jednakże, taką wątpliwość może wyrazić tylko sceptyk.

greydot

Z czasem pozbywałem się swego bałwochwalczego stosunku do wybitnych intelektów. Może dlatego, że w końcu zrozumiałem, iż jest on w wielu kwestiach bezsilny. Ważniejsza stała się dla mnie ta sfera fenomenu istoty człowieka, która związana była – zabrzmi to może naiwnie i sentymentalnie – z jego sercem. A więc zwykłe wyczucie dobra i przyzwoitości, bez którego najbardziej nawet genialny umysł traci orientację w otaczającym nas świecie, zawisając w nieludzkiej próżni.
To właśnie dlatego tak wielką według mnie postacią był Jan Paweł II. To był jeden z tych ludzi, którzy ratowali człowieka w jego wymiarze duchowym – przedkładając miłość nad intelekt… a w tym przypadku – nad wielki intelekt. Serce pozostało ważniejsze od mózgu.

greydot

W ekstazie, która jest skrajną formą szczęścia, człowiek zatraca samego siebie. To kolejny paradoks: najbardziej intensywne uczucie jednostkowe znosi poczucie tożsamości. Skrajny egoizm ekstazy prowadzi do utraty poczucia własnego ja – człowiek roztapia się w czymś bezosobowym, staje się wszystkim i … niczym.

greydot

Prawdziwą radość tworzenia odczuwamy dopiero wtedy, kiedy zapominamy o nas samych. To dlatego tak często artyści mówią o natchnieniu – czyli o czymś, co jest ponad nimi i co zwalnia ich od wszelkich egoistycznych kombinacji.
Natchnienie więc, to wspaniałe wyzwolenie od wszelkich kalkulacji.
Każda prawdziwa sztuka jest bezinteresowna. Można rzec, że jedyna jej interesowność, to interesowność metafizyczna. Sztuka, która oczekuje jakiejś ziemskiej gratyfikacji, staje się tylko rzemiosłem.
Próżność artysty to jedynie skutek uboczny jego ludzkiej niedoskonałości.

greydot

Życie to ujarzmiony chaos materii. Stąd nasza tęsknota (i przywiązanie) do harmonii. Czujemy się wspaniale, kiedy możemy obcować z czymś, co jest naszym tryumfem nad chaosem wszechświata: muzyką, rzeźbą, obrazem – z tym co nazywamy pięknem. Ale podobną satysfakcję odczuwają też np. architekci, inżynierowie, projektanci… Wprowadzają do świata swój porządek, mają poczucie ładu i celowości.
Sztuka przestaje być znośna, jeśli sama staje się chaotyczna.
Czy ktoś już wpadł na pomysł, by torturować więźniów kokofonią?

greydot

Nadużycie alkoholu daje człowiekowi złudę panowania nad rzeczywistością, a właściwie złudną możliwość natychmiastowej jej zmiany. Tak naprawdę jest jednak tylko od tej rzeczywistości ucieczką.
Jak każdy narkotyk, alkohol odgrywa wobec naszej psychiki rolę oszołoma. Warto więc w tym kontekście pamiętać o tym, że nie ma “szlachetnych” trunków. Nigdy jeszcze wódka nie uczyniła nikogo mądrzejszym, natomiast rejestr głupot i zbrodni popełnianych pod jej wpływem jest niewyczerpany…

greydot

Wydaje się, że częściej ludzie szukają w alkoholu ucieczki przed nudą, niż przed cierpieniem. Częstszym powodem upijania się jest więc pustka, a nie nadmiar stresów – przyczyna leży bardziej we wnętrzu człowieka, niż w otaczającym go świecie.

greydot

Apologia trunków, bukiety drinków, cywilizacje wina, kultury piwa… święta i festiwale alkoholowej fermentacji. Cały ten ludyczny kalejdoskop wpisuje się w historię ludzkich eskapizmów.

greydot

Schopenhauer pisał, że wszelkie używki – kawa, alkohol, papierosy – sprowadzają ludzi do jednego poziomu. Stąd ich wzięcie na wszelkiego rodzaju towarzyskich spotkaniach. Ja widzę w tym jednak efekt kosiarki, która przejechała po łące, strzygąc wszystko do możliwie najniższego poziomu.

greydot

Konsumpcja jest w swojej istocie zachowaniem biernym. (To m.in. dlatego łatwo jest konsumentem manipulować.) Więcej ma wspólnego z lenistwem, niż ze świadomym, aktywnym wyborem.

greydot

Mimo wszystko, jednak lepiej być w sytuacji, kiedy można krytykować cywilizację konsumpcji, niż cywilizacje biedy, nędzy i głodu.

greydot

Cioran napisał kiedyś zdanie okropne: “… przeszłość tylko czyha na to, co się dzieje, i gorsza jest od śmierci”. Ale to nie dziwi w przypadku człowieka, który czymś gorszym od śmierci, uznał narodziny.

greydot

Przywiązanie ofiary do kata. Nie tylko przez nienawiść. Topografia ludzkiej duszy nie mogąca się obejść bez śladów zła.

greydot

Płacz bez łez, studnia bez wody – wyschnięte pokłady żalu…
Smutek ocalonego, który nadal czuje się skazańcem.

greydot

Świat zarażony złem?
Przeklęta metafizyczna grypa ludzkości.
A wszystko przez to, że Adam i Ewa chcieli się w końcu ubrać.

greydot

Człowiek jako anioł, człowiek jako bestia… I morze słów pomiędzy.

greydot

Jedna z właściwości wiary jest to, że znosi ona pojęcie absurdu. Mało tego – czyni dogmatami to, co osobom niewierzącym (lub wyznającym inną religię) wydaje się absurdem. Bezradność logiki, obstrukcja rozumu… Tego nie można znieść bez pokory. Taka jest cena chwilowego komfortu.

greydot

Szum cywilizacji. Osaczenie hałasem, na który człowiek przestał już nawet zwracać uwagę. Świadczy to tylko o stopniu naszego zatrucia. Przesiąkamy jakąś nienaturalną sztucznością, nie wiedząc nawet kiedy. Przygotowanie do życia w totalnie sztucznym środowisku?

greydot

Nasze czasy wcale nie są zdominowane przez sceptycyzm, który starali się już człowiekowi zaszczepić niektórzy myśliciele Oświecenia. Umberto Eco pisze, że żyjemy w epoce nieprawdopodobnej łatwowierności i przytacza słowa Chestertona: “Gdy człowiek przestaje wierzyć w Boga, jest wówczas zdolny uwierzyć w byle co”.

greydot

Sceptycyzm jest obcy naturze i może dotyczyć jedynie kultury.

greydot

Anarchista stanowi być może zagrożenie dla kultury, ale już natura potrafi radzić sobie z nim znakomicie.

greydot

Moje sny mają swoją topografię. Czasami wracają do miejsc, które wyśniły mi się wiele lat temu. Dzięki temu mam wrażenie, iż prowadzę jakieś podwójne życie. Intrygujące jest przechodzenie z jednego świata do drugiego. Być może dotykamy wtedy sfery istniejącej gdzieś na styku życia i śmierci, wyobraźni i konkretu.  Ogarnia nas jakiś odmienny stan świadomości.

greydot

Wielka księga “Prób” Montaigne’a. Połączenie rozwlekłości z przebłyskami geniuszu, erudycji ze znajomością życia, praktyki ze spekulacjami… Jeden wielki egzystencjalny strumień. Miejscami bystry i przejrzysty, to znów płynący spokojnie rozległym korytem.

Ciągle fascynuje mnie głębia myśli, jaką zdolni byli osiągnąć ludzie żyjący przed wiekami, a nawet przed tysiącami lat. To zadziwienie może wynikać z naszej skrywanej (nieuświadomionej?) pogardy dla wieków “ciemnych”, “prymitywnych” – z cichego przekonania, że przed nami żyli ludzie głupsi od nas.
Jakiż błąd!
To właśnie my żyjemy w epoce, która rozwadnia ludzkie mózgi – która chce oduczyć człowieka myślenia, podsuwając mu informacyjną sieczkę i osaczając zewsząd sztucznymi obrazkami. Wszechobecność wodolejstwa! Topimy się w zalewie informacji. Megabitowy potop, w którym ginie nasza mądrość (jeśli w ogóle taką posiadamy).

greydot

Nietzschemu bardzo dobrze wyszła negacja człowieka, ale jego próba afirmacji człowieka była już tylko klęską i szaleństwem.

greydot

Według Heideggera myślenie nie prowadzi do mądrości. (Jadnak mamy aż nadto dowodów, że może prowadzić do głupoty.)

greydot

Przeciążenie filozofią w tekstach Tischnera – poczucie dramatu, smutku, tragedii… W pointach zaś – powiew liryzmu i sentyment.

Kiedy w filozofach odzywa się poeta, ich systemy pękają. I to właśnie najbardziej zbliża ich do nas, zwykłych śmiertelników.

greydot

Jest tylko jeden ratunek przed szaleństwem filozofii: prostota. Ewentualnie… niemyślenie?

greydot

Najpełniejszy jest człowiek, który wypełnia swoje przeznaczenie.
Niestety, w odgadywaniu przeznaczenia ludzka świadomość jest bardziej przeszkodą niż pomocą. Dlatego najmniej spełnieni czują się ludzie najbardziej skomplikowani.
Być może to właśnie łączy pełnię z prymitywizmem… a może jednak z prostotą? (Bo czasem trudno jest jednak odróżnić jedno od drugiego.)

greydot

Tęsknota za prostotą to tęsknota za rajem utraconym.
Niestety, wszyscy zostaliśmy z niego wygnani.
A prostota pozostała w krainie utopii.

greydot

Nosić w sobie tysiące przodków!
To ciężar, który nas urabia. Tylko dlatego jesteśmy w stanie go znieść.
Należało stać się człowiekiem, by na przekór temu uznać, że istnieje coś takiego, jak wolność woli.

greydot

Jakże kruche są często nasze ideały w konfrontacji z testosteronem.

greydot

Islam – cywilizacją testosteronu?
Ale czy jakakolwiek cywilizacja mogłaby się obyć bez hormonów?
Jeśli tak, to jaki gruczoł był najbardziej aktywny przy tworzeniu Chrześcijaństwa?

greydot

Od kilku dni czytam “Zeszyty” Ciorana. Żeby było śmieszniej robię to do poduszki. Jeden ze sztandarowych nihilistów XX-wieku jako lektura na dobranoc! To przewrotność (a może konsekwencja?) godna autora “Zmierzchu myśli”.
Rzadko który pisarz budził we mnie tak skrajne emocje (może tylko Nietzsche?) Czegóż innego można byłoby się spodziewać po kimś, kto tak nienawidził swoich narodzin i jednocześnie rejestrował każde drgnienie własnej egzystencji? (W pewnym miejscu Cioran pisze: “Typy takie jak ja, nigdy nie powinny zaistnieć. Jestem rezultatem nieuwagi, nie byłem przewidziany w dekretach Stworzenia”.)

greydot

Chciałbym sobie poradzić z Cioranem odrzucając go całkowicie, ale nie mogę. Mimo wszystko mam wrażenie, że dotyka on pewnych prawd o kondycji i postrzeganiu człowieka, dla którego byt jest jednym wielkim rozczarowaniem, a cały świat iluzją.
Ktoś, kto tak totalnie deprecjonuje samego siebie, wytrąca nam z ręki wszelką broń.
Jak można polemizować z kimś, kto własną osobę (nie tylko swoje życie) uważa za istotę pozbawioną sensu? Tym bardziej jest to trudne, że Cioran doskonale potrafi posługiwać się językiem. I swoje pisanie uczynił tym, czym uczynił własną egzystencję: igraniem z myślą, pulsowaniem uczuć, intelektualną szarpaniną, rzucaniem się z kąta w kąt… absurdu i nicości.
I niczym więcej. (Bo tego “więcej”, po prostu, wg Ciorana, nie ma.)

greydot

Ten Cioran to jednak przeraźliwa ględa. Na poły z uporu dokończyłem te jego grube jak cegła “Zeszyty”, które niejednokrotnie wpędzały mnie w konsternację. Niby Cioran rozprawia się w nich ze wszystkim z brutalną szczerością, jest otwarty do bólu, bryluje ostrą przenikliwością, gardząc ponoć wszelką liryką i pseudofilozoficzną watą, a jednak czasem nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że mimo wszystko stroi on miny, przyjmuje jakieś pozy – na swój sposób się wygłupia… z tym, że są to wygłupy erudycyjno-intelektualne, i co gorsza – czynione na serio!
Cioran jest przybity swoim charakterem, mówi do nas z głębokiej studni własnej neurastenii, maluje wszystko ciemną farbą malkontenta. To z tych powodów, mimo dysponowania niepoślednim umysłem, jego spojrzenie jest katastrofalnie zawężone.
A może owe myśli w “Zeszytach” to tylko jakieś lepkie, woniejące i toksyczne wydzieliny mózgu, których pozbywa się organizm, by zachować swoją witalność? Mimo totalnej degrengolady ducha, hipochondrii i światopoglądowej obstrukcji, Cioran spaceruje dziennie po kilka godzin, stosuje dietę, nie pije, nie pali… Ktoś dziwi się nawet, że tak czarny pesymizm wychodzi od tak żywotnego człowieka.

Przez te kilkanaście lat zapisków, co parę stronic Cioran wspomina o samobójstwie. Robi to tak często, że po jakimś czasie przestajemy te jego autodestrukcyjne wzmianki traktować poważnie i myślimy: no dobrze, jeśli rzeczywiście uważasz samobójstwo za jedyne sensowne wyjście dla człowieka, który w niczym nie widzi sensu, to co ty tu jeszcze robisz? Nie stać Cię na to, by przyznać, że mocniejsza jest jednak w tobie – silna jak u kota – wola przeżycia. Ulegasz, podporządkowujesz się życiu, więc dlaczego nie przyznasz wreszcie racji bytu temu, co prężne, radosne, jasne i witalne?
Ponuractwo niewątpliwie jest przypadłością, ale nie powinno być zaślepieniem. Rejterada w smutek jest tylko jedną z dróg naszej egzystencji. Ta ucieczka jest wyborem, który zawsze w jakiś sposób nas ogranicza.

greydot

Ktoś kto zaakceptował byt, nie ma prawa być nihilistą.
Życie to ciągła afirmacja stworzenia.
Narodziny, mimo wszystko, są chyba jednak bardziej darem (choć czasem odbieranym jako brzemię), niż wyrokiem.

greydot

Totalny nihilista, jeśli miałby być konsekwentny, powinien również odmówić sobie prawa do życia. Tym jednak sposobem ustawiłby się poza naturą. A przecież jest to niemożliwe – nie jemu o tym decydować, (podobnie jak nie od jego decyzji zależało jego zaistnienie).
Oto dowód nie tylko na to, że nihilizm nie godzi się z naturą, ale że po prostu jest nierealny, czyli niemożliwy.

greydot

Nihilista to człowiek niekulturalny per se.
Lepiej więc z takim się nie zadawać.

greydot

Jeśli zadeklarowany nihilista okazuje się być człowiekiem miłym i towarzyskim, to albo ta ogłada jest pozą, albo pozą jest ten jego nihilizm. Tertium non datur.

greydot

Podział na rzeczywiste i nierzeczywiste jest w gruncie rzeczy wielkim uproszczeniem. Istnieje przecież całe spectrum pomiędzy – widma pośrednie.

greydot

Są sprawy, w które lepiej Boga nie mieszać.

greydot

Wystarczy przyjrzeć się bliżej choćby wspaniałym pręgom na tygrysiej sierści, by ponownie zachwycić się cudownością stworzenia. Cały Wszechświat mieniący się w szklistej źrenicy zwierzęcego oka. Doskonałość tych wszystkich wzorów i deseni życia – mieniący się kalejdoskop, który chaos przeobraża w ład.
Nieprzebrane bogactwo ornamentów bytu.

greydot

Obawiam się, że gdy zacznę myśleć dłużej o tym co wyprawia się w rzeźniach, to będę się musiał w końcu pożegnać z moim ulubionym fillet mignon.

greydot

Czy jesteśmy tylko nośnikami i przekazicielami genów? Jeśli tak to dlaczego obdarzono nas tak wielką samoświadomością a nasz mózg jest tak niewyobrażalnie złożoną i zadziwiającą konstrukcją?
(Jestże mózg Cudem Wszechświata, czy też może jednak jest to coś w rodzaju Tumor Universum?)
Po co to wszystko?
Czy to możliwe, by tylko przypadek decydował o tak fenomenalnej złożoności i cudowności życia? Trudno mi w to uwierzyć – w przeciwieństwie do tych, którym się wydaje, że to wiedzą. (Piszę „wydaje” – bo przecież nie można o tym posiąść wiedzy).

greydot

Już chyba ktoś się nad tym zastanawiał: a może największą tajemnicą jest to, że nie ma żadnej tajemnicy?
Ale, czy przyznając to, nie godzimy się aby z przypadkiem?

greydot

PS. Zapiski pochodzą z lat 2002 – 2005.

( © zdjęcia własne)

*

CZY AMERYKA KOCHA BOGA?

*

„Pieniądze są źródłem wszelkiego zła” – mówi jedna mądrość ponadczasowa i uniwersalna (Biblia). „Gdy rządzi rozsądek, pieniądze są największym błogosławieństwem” – dodaje druga, nie mniej mądra, równie uniwersalna i tak samo ponadczasowa.

Pieniądz rządzi wszystkim – wokół pieniądza kręci się cały świat. Pieniądz jest władzą, ochroną, wolnością. Mieć pieniądze znaczy być cnotliwym, uczciwym, pięknym i roztropnym (to nie tylko ironia). Pieniądze (na co wpadł już w VII wieku Owidiusz ) „kupią ci najwyższe zaszczyty, za pieniądze możesz nawet kupić miłość” (i tu ów starożytny mędrzec popada w wyraźny konflikt z Beatlesami, którzy, jak pamiętamy, głosili, a właściwie wyśpiewali coś wręcz przeciwnego). Pieniądze nie tylko, że nie śmierdzą, ale są słodkie. Natomiast brak pieniędzy jest gorzki, biedaka zaś czuć na kilometr.

A kiedy tracimy wiarę w pieniądze? I mówimy, że wszystko to marność nad marnościami – że prochem jesteś i w proch się obrócisz? Że ostatnia koszula nie ma kieszeni?
Czy na tym, że tracimy wiarę w pieniądze, zyskuje nasza wiara w Boga? (A może to tylko zalatujący cynizmem aforyzm?)

Człowiek zazwyczaj zdaje sobie sprawę, jak kruche jest jego życie. To dlatego m.in. bogactwem próbuje zabić w sobie tę świadomość. Chroni się w ten sposób przed lękiem przemijania, poczuciem bezradności – wypełnia pustkę, uśmierza ból istnienia… Narkotyzuje się rzeczami, które wokół siebie gromadzi. (To nie jest denuncjacja ani nawet wyrzut a tylko prosta konstatacja.)

Znikomość i ulotność istnienia a bogactwo? Ktoś kiedyś powiedział: „Okey, moje życie jest mydlaną bańką! Ale jaką masę ciężkiej forsy to kosztuje, by utrzymać ją na powierzchni!” Twarde realia machiny poruszającej naszym światem i cywilizacją wydają się być następujące: bez smarowania daleko nie pojedziesz.
I to wszystko pisać po to, by dojść do tak trywialnego i wulgarnego w sumie wniosku?
Nie tylko po to.

Mimo wszystko wydaje się, że w człowieku muszą istnieć pewne sfery świadomości – pewne duchowe zapory chroniące go przed pekuniarnym totalitaryzmem – przed dyktaturą pieniądza. Odporność na dolaryzm, jako warunek zachowania… człowieczeństwa?

Ale z drugiej strony to też prawda: abnegacja w stosunku do pieniędzy może być również przejawem pewnej abnegacji wobec życia i świata w ogólności. Ponadto, często pogarda dla pieniądza wynika z nieumiejętności jego zdobywania (tutaj może działać kompensacyjne wymówka „zielonych winogron”). Jednak nie mówmy tu o abnegacji, a raczej o pewnej formie niezależności i wolności jaką może nam dać odmowa wikłania się w finansowe układ.

greydot

Często można odnieść wrażenie, że w wielokulturowej Ameryce jedyną uniwersalną wartością jest konsumpcjonizm. To właśnie łączy społeczeństwo amerykańskie w całej jego różnorodności: pławienie się wśród towarów, zatracanie się w manii zakupów.* Zarabiać i wydawać, konsumować i wydalać – to żelazny kanon ogólnoamerykańskiej religii, która za swe świątynie ma shopping malls.

Oczywiście, nie zapomina się o Bogu, którego pojęcie – jakby nie było – wraz ze swymi kulturami i lokalnymi religiami, przywieźli na kontynent amerykański imigranci ze wszystkich stron świata. Jednak już od zarania państwowości Stanów Zjednoczonych wiadomo było, że tylko jedno „bóstwo” może przemówić do wyobraźni, kieszeni i subordynacji wszystkich: pieniądz.
To dlatego zdecydowano się na mariaż doskonały, równie perfidny, jak i genialny – oto monety i banknoty „poświęcono” niejako metafizyczną omnipotencją, wybijając na nich wierno-poddańcze credo: In God We Trust. Czyli: ufamy Bogu, ale… lepiej zagwarantować sobie władzę i bezpieczeństwo pieniędzmi.
Każdy środek płatniczy (tzw. legal tender) nosi tę deklarację. Wychodzi więc na to, że im więcej pieniędzy, tym więcej ufności w Boga. Amerykanie zawsze byli mistrzami w łączeniu idealizmu z pragmatyzmem.

greydot

Słowo „Bóg” nie schodzi z ust amerykańskich polityków i prezydentów. I to bynajmniej nie tylko dzięki częstemu powtarzaniu zwyczajowej już formułki God bless America. Pamiętam, kiedy prezydent-elekt George W. Bush podczas „słowa do narodu”, które wygłosili obaj kandydaci po tym, jak Sąd Najwyższy uciął przedłużającą się wówczas farsę wyborczą, polecił z całym przekonaniem – i być może szczerością – opiece boskiej swego przegranego rywala Ala Gora.

Kiedy jednak miesza się Boga z polityką, nigdy nie chodzi o Boga – zawsze chodzi o politykę. To dlatego słowo „Bóg” w ustach polityka jest zaazwyczaj pojęciem pustym i retorycznym.

Doprawdy, jest pewna mądrość w przykazaniu, które zabrania używania imienia Boga nadaremnie. Kiedyś, w młodości mojej chmurnej a durnej uważałem, że ograniczanie mówienia o Bogu tylko do murów świątyni, jest czymś w rodzaju kulturowej hipokryzji. Wydawało mi się, że człowiek prawdziwie wierzący – jako że jest również wierzącym poza murami kościoła – w każdej sytuacji życiowej nie powinien unikać przyznawania się do Boga, czy odwoływania się doń. Miała to być odwaga, szczerość i otwartość. Pogląd ten być może wynikał z dobrej woli, niestety grzeszył naiwnością. Sacrum bowiem niezbyt dobrze znosi spoufalanie się z pospolitością i chyba szkodzi mu powszedniość. To dlatego bóg w amerykańskiej kulturze masowej – bo i tam go spotykamy – przybiera formy komiksowe, a ściślej, wtłaczany jest przez twórców tej kultury w takowe formy… Rezultatem tego jest jakaś postmodernistyczna karykatura, która – gdyby nie była tak płaska i fantasmagoryczna – byłaby bluźnierstwem.

greydot

I na koniec anegdota.
Bóg z Hollywood?
Zmienna jest wdzięczność gwiazd. Podczas jednej z ceremonii rozdawania Oscarów, prawie wszyscy obdarowani złotym cielcem kina, dziękowali za to publicznie Bogu. Rok później jednak Bogu nie podziękował już nikt. Mało tego. Jeden z nagrodzonych reżyserów hiszpańskich (za film „Belle epoque”) powiedział: „Szkoda, że nie wierzę w Boga. Byłbym mu podziękował.”

Czy rzeczywiście, dziękując Bogu, ludzie weń wierzą?
Chyba jednak nie powinno stawać się to zwyczajem, by w każdym miejscu i o każdej porze paplać o Bogu. Choćby tylko dlatego, by byle ateista nie wycierał Nim sobie gęby.

greydot

* Tekst powyższy napisany został pod koniec lat 90-tych i opublikowany był na łamach Dzienika Związkowego.

PIĘKNO I CHAOS, ZACHWYT I PRZERAŻENIE, CZUŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ – ŻYCIE JAKO MAGMA CZUJĄCA (o najnowszym filmie Terrence’a Malicka „The Tree of Life”)

Łaska, miłość i tkliwość przeciwstawiona ślepej, zimnej i obojętnej Naturze – ludzkie uczucie w żywiole pulsującego Kosmosu.

*

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu: w odstępie kilku dni wybrałem się do kina na ten sam film. Dodam – żeby było jeszcze dziwniej – że był to film, podczas projekcji którego, widzowie opuszczali salę.

„Drzewo życia” to pod wieloma względami film niezwykły.
Jest to też chyba pierwszy taki obraz, nad którym zachwyt i uznanie wydają mi się równoprawne ze zniechęceniem czy wręcz odrazą. Dla mnie zrozumiała jest zarówno pierwsza, jak i druga reakcja. Mało tego – obu im przyznaję rację, są one w pewnym sensie równoważne, choć mój odbiór filmu skłania się jednak ku tej pierwszej.

Terrence Malick cieszy się w środowisku twórców filmowych i kinomanów pewną legendą, która zaczęła się rodzić już podczas kręcenia „Badlands” w 1973 roku – opowieści o zbuntowanym młodym psychopacie, który rozbijając się wraz ze swoją nastoletnią dziewczyną po pustkowiach amerykańskiego Middle Westu, morduje ludzi. Pięć lat później pojawiły się „Niebiańskie dni” – pięknie sfilmowana opowieść, niemalże romantyczna, choć podszyta przy tym gorzką melancholią, także z dodatkiem okrucieństwa. W „Niebiańskich dniach” dały się już wyraźniej zauważyć inklinacje Malicka do symbolicznego wykorzystywania pewnych obrazów wprowadzających do filmu specyficzny klimat, otaczający specyficzną atmosferą prozaiczną skądinąd narrację, czyniąc przy tym zwykłych ludzi niezwykłymi.
No i tak! Po „Niebiańskich dniach” Malick zamilkł na lat… 20! – by powrócić ze zdecydowanie „autorską” adaptacją książki Jonesa „Cienka czerwona linia”. I „Linia” okazała się dla wielu filmowym nokautem. Kilka lat później, w 2005 roku ukazał się na ekranach „Powrót do Nowej Ziemi” (The New World). Zrazu potraktowany dość powściągliwie i dyskretnie, bez większego aplauzu, z czasem okazało się, iż uznaje się go za jeden z bardziej znaczących filmów pierwszej dekady XXI wieku.
No a teraz – „Drzewo życia”. I Złota Palma w Cannes (co akurat nie wydaje mi się w tym wszystkim tak istotne). To jest chyba jednak ewenement: reżyser, który w ciągu 40 lat swojej kariery kręci zaledwie 5 filmów  długometrażowych, uzanany zostaje za jednego z najwybitniejszych reżyserów w dziejach kina.

*  *  *

Jakie jest miejsce człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian?

*

Malick jest nie tylko filmowcem (reżyserem, scenarzystą), ale i filozofem. Studiował filozofię na Harvardzie i w Oxfordzie. Później wykładał nawet ten przedmiot na prestiżowym MIT pod Bostonem (Massachussetts Institute of Technology). Pod koniec lat 60-tych przetłumaczył na język angielski „Vom Wesen des Grundes” Heideggera (“The Essence of Reasons”). W przedmowie do wydania książkowego tłumaczenia napisał: „Jeżeli nie wyedukujemy się w tym celu, to oczywiście jego (Heideggera) prace wydadzą się nam nonsensem.”

Następnym projektem po „Niebiańskich dniach” miał być „Q” – film o powstaniu życia na Ziemi. Pracę nad nim Malick rozpoczął, ale w jej trakcie pewnego dnia zniknął, zaszywając się – jak głosiła wieść – w Paryżu. Na filmowym planie miał się pojawić dopiero za 20 lat.

Czy to wszystko ma jakieś znaczenie dla kogoś, kto chce odczytać znaczenie „Drzewa życia”? Wcale nie musi – film może (a nawet powinien) być postrzegany i odbierany w oderwaniu od życia swego twórcy, bo w końcu jest autonomicznym dziełem sztuki. Lecz choć wcale nie musi, to jednak – zwłaszcza w tym przypadku – pomaga. Bo „Drzewo życia” to przede wszystkim filozoficzny poemat o miejscu człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian.
Stąd te zapierające dech w piersiach obrazy eksplodującej, będącej w ciągłym ruchu, ekspansywnej Natury. Stąd ów bezmiar kosmicznych przestrzeni, kotłujących się galaktyk i zderzających się z planetami meteorytów. (Moim zdaniem jednak, niepotrzebnie kojarzy się to z wizją Kubrickową – bo przecież nic z science-fiction w tym nie ma.) Stąd huk i potęga niepowstrzymanych wodospadów, fale obmywające brzegi oceanów, słona pustynia p(o)rażona bezlitosnym Słońcem. Stąd plujące ogniem wulkany i wylewająca się na powierzchnię piekielnie gorąca lawa.  Stąd też miliardy żywych organizmów, galaretowate meduzy i stada żarłocznych rekinów. Stąd może nawet ukrywający się w gąszczu zielonego piekła, a później zdychający na rzecznych kamieniach… dinozaur.

Życie jako wiecznie mieszająca się i gotująca kosmiczna zupa

*

Tak, tak… Malick używa tych wszystkich obrazów jako tła dla… uczuć i emocji, jakie gnieżdżą się, kipią i pulsują w pewnej, żyjącej w Teksasie w latach 50-tych ubiegłego wieku, rodzinie.
Czy nie jest to aby przesada? – może ktoś zapytać.
Tak, ale właściwie… dlaczego by nie?
Czy nie jesteśmy z tym wszystkim powiązani? Czy siły, które stworzyły galaktyki i wpędzają je w ruch, nie są tymi samymi siłami, które stworzyły nas samych? Czy meteoryt, który w jednym momencie uśmiercił miliardy ziemskich istnień, nie może także unicestwić pewnego dnia wszystkich ludzi? Czym wobec takiej kosmicznej katastrofy różnilibyśmy się od zgładzonych wówczas dinozaurów?
Czy rzeczywiście Bóg traktuje nas wyjątkowo, pozwalając na anonimową, nic nikogo nie obchodzącą agonię zwierzęco-roślinnej (bio)masy, chroniąc jedynie i obdarzając łaską tę koronę wszystkich stworzeń – człowieka?

Gdzie byłeś? Gdzie wtedy byłeś? – to pytanie słychać często spoza kadru w „Drzewie życia”. Odwieczne pytanie wszystkich, doświadczanych cierpieniem i rozpaczą, ludzkich hiobów.

*  *  *

Nabokov napisał kiedyś, że „kosmiczny” od „komiczny” różni właściwie tylko jedna litera.
Może podobnie różnią się od siebie także ludzka tragedia i komedia? Płacz i śmiech? Szaleństwo i mądrość? A nawet miłość i nienawiść? Jedna mała literka w boskim planie stworzenia człowieka – to niewiele znaczące w kosmicznej skali erratum, jedne z centylionów składników w mieszającej się i gotującej od momentu Genesis zupie Wszechświata.

Czy jeśli ludzki „proch” (a tak zostaliśmy nazwani przez Świętą Księgę) usiłuje przeniknąć Tajemnicę stworzenia, przejrzeć i zrozumieć  przytłaczający go ogromem Wszechświat, to czy świadczy to o jego szaleństwie, czy odwadze? Może o jednym i drugim? A może także i o desperacji?
Czy nawiązując do Spraw Ostatecznych, wspominając o Bogu, nie stajemy się dla innych nieznośnie patetyczni i pretensjonalni? Jeśli tak, to czy nie wynika to z tego, że drepcząc każdego naszego dnia powszedniego wokół własnych spraw – wielkich dla nas, niewiele jednak znaczących dla świata – nie chcemy widzieć dalej niż czubek własnego nosa? Zadowalamy się jakąś odziedziczoną przez nas formułką wiary, uprawiając –  jak gdyby nigdy nic – nasz mały ogródek? Albo zajmując się błahostkami i dyrdymałą? Albo robiąc sobie na różne sposoby „dobrze”?

Może właśnie dlatego Malick, pokazując Kosmos i narodziny Wszechświata, próbując rozmawiać z Bogiem, zadawać Mu pytania, naraził się na zarzut patosu, pretensji i megalomanii?
Bo gdzie tu proporcje? Bo dlaczego nie pokazał historii tej dość przeciętnej rodziny z Teksasu „jak Pan Bóg przykazał”, czyli jasno, prosto, chronologicznie i linearnie? I nie wychodząc z kamerą poza amerykańskie podwórko? A on nie tylko, że wyszedł, to jeszcze sięgnął w nieskończoną dal i przestrzeń, powalił nas potężną erupcją kosmicznych obrazów, wizją życia jako nie dającego się ogarnąć żywiołu.

*  *  *

Zmagając się między tym co ojcowskie a tym, co matczyne – siła i gwałtowność vs. łagodność i współczucie?


Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że film ten powstał z jakiegoś mocno tkwiącego w Malicku zranienia, a także obsesji – z osobistej katastrofy przeżytej przez niego w dzieciństwie. Może była nią (najprawdopodobniej samobójcza) śmierć brata? Może skomplikowane i traumatyczne relacje panujące między nim a rodzicami i rodzeństwem?
A przy tym ta natarczywa obecność metafizycznej tęsknoty do rozmowy z Bogiem.

Film otwiera cytat z Księgi Hioba, w którym Bóg przypomina nieszczęsnemu człowiekowi o swojej potędze i glorii Stworzyciela Wszystkiego, ale właściwe motto obrazu jest inne: „Są tylko dwie drogi, jakimi możemy w naszym życiu podążać: „droga Natury i droga Łaski” („The way of Nature and the way of Grace”).
Pierwsza to  bezwzględna walka o byt, pokonanie słabszego, twardość, siła, brak litości, poddawanie się nienawiści i używanie przemocy (czyli bycie „złym”?); druga to dążenie do harmonii, współczucie, pomaganie innym, krzewienie miłości, litość, łagodność (czyli bycie „dobrym”?)

Ta – powiedzmy sobie szczerze – uproszczona dychotomia przekłada się u Malicka na występujące w jego filmie postacie: drogę Natury reprezentuje zaborczy, gwałtowny, despotyczny i surowy Ojciec („Aby odnieść w życiu sukces, nie możesz być za dobry” – mówi on do syna), natomiast drogą Łaski jest Matka, łagodna, czuła, kochająca, upominająca syna, kiedy on, wg niej, zachowuje się źle i niegodnie.
„Matko, Ojcze – szepcze spoza ekranu chłopiec, główny bohater filmu – zawsze walczyliście ze sobą we mnie i zawsze walczyć będziecie”.

*  *  *

To prawda: cienka czerwona linia dzieli film Malicka zarówno od kiczu, jak i arcydzieła.
I podobnie jak Malick pisał o filozofii Heideggera, tak my, jeśli nie zrozumiemy (filmowego) języka, którym się on posługuje – a tym bardziej, jeśli go nie zaakceptujemy, pozostając nań głusi i ślepi – to „Drzewo życia” wyda się nam nonsensem, może chaosem, niezbornym zlepkiem słów i obrazów, nie tylko niezrozumiałym, ale i irytującym. Tak jak irytująca lub obojętna potrafi być dla nas niezrozumiała filozofia czy poezja.
A film Malicka jest bez wątpienia zarówno filozofią, jak i poezją, a ściślej: filozoficznym poematem o życiu i świecie, o wzajemnych relacjach między bliskimi sobie ludźmi, i o stosunku tych ludzi do Boga. Także o związkach między czującym życiem a martwą, choć będącą w wiecznym ruchu, materią.

Pytania o rzeczy ostateczne – eschatologia wg Malicka

*

Kiedy oglądałem „Drzewo życia”, uczucia i wrażenia przepływały przeze mnie jak rzeka. Poddałem się im. A były różne: zachwyt, wzruszenie, podziw, czułość, tkliwość, łagodność, spokój… a także zniecierpliwienie, nuda, zdziwienie, zażenowanie, wzburzenie, niepokój, może nawet złość…
Dodam, że ten pierwszy rodzaj wrażeń zdecydowanie zdominował drugi. Dlatego „Drzewo życia” stało się dla mnie doświadczeniem, które niezwykle sobie cenię.

W sumie treści jakie zawarł Malick w swoim filmie są proste, rzec można – elementarne. Tyle, że nadał im on niezwykłą formę – wyrażoną w pięknych obrazach i dźwiękach; w zaskakujących ujęciach, w niezwykłym ruchu kamery, w nietypowej grze aktorów.
A prostota może być domeną zarówno kiczu, jak i arcydzieła. W pierwszym przypadku zazwyczaj jest prostactwem, w drugim – czymś fundamentalnym, sięgającym rdzenia. Czasami jedno myli się nam z drugim – stąd rozbieżności w naszych ocenach i percepcji.

Rozumiem zarzuty z jakimi spotkał się film Malicka. Z wieloma z nich trudno mi się zgodzić, ale niektóre z nich podzielam. Choćby, dochodząca (mimo poetyckiej aury) do głosu w pewnych momentach, zbytnia dosłowność (jak np. te poza-kadrowe szepty i ograny skądinąd symbolizm ziemi, ognia i wody). Lub: rozbijająca lirykę i metaforę obrazu oczywistość przeplatająca się z dziwacznością – doprawdy można było sobie chyba darować te słoneczniki po horyzont, być może także dinozaury, tudzież wskazywanie nieba jako domu Boga, czy zwłaszcza te snujące się w finale po plaży zombies, mające pewnie symbolizować pośmiertną, ostateczną – łagodną, słoneczną i pogodną – unię wszystkich ludzi, a w efekcie dające eschatologię, wg mnie, cokolwiek naiwną, pretensjonalną i problematyczną.

Napisawszy to, pozwolę sobie wyrazić swój ostateczny podziw dla tego filmu. To dzięki tym momentom, w których czułem bliską iluminacji jedność z obrazem i dźwiękiem, „Drzewo życia” pozostanie dla mnie jednym z ważniejszych filmów, jaki widziałem w swoim życiu. A o naprawdę nielicznych filmach oglądanych przeze mnie w wieku – nazwijmy to… he, he… dojrzałym – mogę się tak wyrazić.
Muszę zaznaczyć, iż nie oczekiwałem od tego filmu, że zaciekawi mnie jakąś niezwykłą historią, że poda mi na tacy „kino”, że rozerwie trochę mój umysł i rozluźni nieco moje członki (tutaj akurat to co napisałem ma wydźwięk aprobujący, jako, że film w żadnym momencie erotyczny nie jest ;) ).
Właściwie to wystarczyło(by) mi poddanie się spływającym na mnie z ekranu obrazom i dźwiękom. A propos tych ostatnich: muzyka jaką wykorzystał Malick w swoim filmie, niesie ze sobą pewną moc transcendencji. Unosi nas w Tajemnicze i Nieznane. A czy musimy zawsze i wszystko rozumieć? Zwłaszcza słuchając cudownych dźwięków i patrząc na piękne obrazy? W takich chwilach powinny nam wystarczyć intuicja, czucie i spełnianie się w „tu i teraz”.

Ludzka harmonia i piękno przeciwstawione chaosowi Kosmosu

 Ilustracje: kadry z filmu Terrence Malicka „The Tree of Life”.

PASJA OKRUCIEŃSTWA CZY ANATOMIA CIERPIENIA? (Więcej niż kino: „Pasja”)

Czy w obrazie torturowanego i ukrzyżowanego ciała Chrystusa można się doszukać sadomasochizmu? („Pasja”)

*

W przeszłości zdarzało się czasem, iż miałem wątpliwości, czy film jako artystyczne medium może się adekwatnie (i kompetentnie) zajmować każdym tematem, ważąc się na egzegezę czegoś co przechodzi ludzkie wyobrażenie (jak np. Holocaust), zrośnięte jest z mitem lub też wynika ze sfery sacrum (jak w przypadku religii).
Moim zdaniem wrzawa wokół filmu Gibsona wynikała właśnie z nieporozumienia co do kompetencji kina w tym względzie.

Jest to zresztą szerszy temat: na ile sztuka zdolna jest dotknąć i przekazać NIEWYPOWIEDZIALNE?

Niekiedy też mam wątpliwości: czy coś, co jest prawdziwie, głęboko i metafizycznie święte może być „zszargane” przez cokolwiek na tej ziemi (nie tylko przez takie niegroźne w sumie medium jak film)?
Albo też: czy jakiekolwiek dzieło sztuki, (wliczając w to film) jest w stanie oddać – i przekazać – dogłębne cierpienie, horror egzystencji czy mękę agonii?

Ja jednak odpowiadam sobie na oba te pytania: NIE.

Zanim jeszcze „Pasja” pojawiła się na ekranach, napisano już o niej wszystko. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek tak rozpisywano się i rozwodzono o jakimś filmie przed jego projekcją. Dominowały dwa wątki: rzekomy antysemityzm filmu (wynikający ponoć ze wskazania palcem przez Gibsona żydów jako sprawców śmierci Jezusa Chrystusa) oraz sposób zobrazowania okrucieństwa i przemocy na ekranie.

Pierwszym zarzutem w ogóle nie będę się zajmował, gdyż uważam go za bzdurny. Drugi jest według mnie poważniejszy, bo dotyka etycznej strony dzieła, podważa jego estetykę, może nawet kompromituje artyzm wizji jego twórców.
* * *

Czy kino dotknąć może sfery sacrum? (Monica Bellucci jako Maria Magdalena w filmie „Pasja”)

*

Jedno trzeba wszak reżyserowi przyznać: „Pasja” dotyka prawie każdego widza, nie sposób przejść obok niej obojętnie. Również od strony warsztatowej jest to chyba film wybitny. Lecz ja nie chciałbym wchodzić do kuchennego atelier, podglądać rzemieślników kina. Są to dla mnie w tym przypadku sprawy drugorzędne. Chcę się natomiast wypowiedzieć na temat czegoś, co wydaje mi się o wiele ważniejsze. Mianowicie: interesuje mnie racja zaistnienia, intencje i etyczne przesłanie filmu. Jakie było rzeczywiste źródło inspiracji Mela Gibsona? Co spowodowało, że ten wyczynowiec hollywoodzkiego ekranu porwał się na taki temat, jak Pasja Jezusa Chrystusa. Jakie jest moralne uzasadnienie tego epatowania nas ekstremalnym okrucieństwem przez dwie godziny projekcji?

Otóż nie jest ono dla mnie jasne.

Po pierwsze: nie przekonał mnie tzw. „realizm”, czy tez „naturalizm” scen ukazujących mękę Chrystusa i niewiarygodnie sadystyczne znęcanie się nad nim oprawców-sadystów. Jezus był w takich momentach człowiekiem, a żadna żywa istota nie wytrzymałaby setnej części podobnych katuszy. Jest to po prostu niemożliwe z fizjologicznego, czy też medycznego punktu widzenia. Poza tym w scenach tych za dużo było moim zdaniem „kina”: ta sikająca krew, plastyczne rozszarpywanie ciała, zwolnione tempo, werble i muzyczny patos; zbyt hollywoodzkie (mimo wszystko) kostiumy…
Po drugie: nie jestem pewien, czy skoncentrowanie się tylko na męczeńskiej śmierci Nazareńczyka oddaje sprawiedliwość Jego życiowej nauce, głoszącej przede wszystkim miłość, dobroć, braterstwo, łagodność i przebaczenie. Bowiem to właśnie jest dla mnie istotą i esencją chrześcijaństwa: wszystko, co wzmacnia człowieczą wiarę (nie tylko w Boga ale i właśnie w człowieka) oraz nadzieję; jak również: afirmacja życia i miłości.
Miłosierdzie i Zbawienie wreszcie.

Po co? Dlaczego?

A nie cierpiętnicze korzenie się w marności, bliskie masochizmu „umartwianie się”, rózgi flagelantów, włosiennice, leżenie krzyżem… i tym podobna martyrologia fundowana samemu sobie. Owszem, to również silnie przeniknęło do chrześcijaństwa (zwłaszcza w katolicyzmie), co nawet zmusiło kiedyś Petera Greenaway’a do stwierdzenia: „Jego (tzn. chrześcijaństwa) najsilniejszym, wszechobecnym symbolem jest zadziwiający, sadomasochistyczny obraz torturowanego i ukrzyżowanego ciała Chrystusa”.
Ja osobiście się z tą tradycją nie identyfikuję, więc już choćby tylko z tego powodu nie mogę się uważać za bezkrytycznego kibica ostatniego dzieła Gibsona – człowieka, którego skądinąd darzę znaczną sympatią.

Jest taka prosta zasada: czego za dużo, to się szybko przejada. Nawet przemoc obojętnieje, jeśli jest permanentna i wszechobecna. To już nawet zahacza o filmowy warsztat: brak umiaru w środkach po jakimś czasie nas przytępia. Przez nieodpowiednie dozowanie przemocy dezorientuje się nasze poczucie napięcia, przestajemy w końcu na nią reagować. Czasem jeden policzek na ekranie odczuwamy bardziej boleśnie, niż niekończące się rozszarpywanie całego ciała na strzępy przez psychopatyczne pół-głowe harpie, na jakie ucharakteryzowano aktorów grających rzymskich siepaczy.
* * *

Naturalnie film wzruszył mnie w kilku momentach, lecz bardziej miało to u mnie konotacje psychologiczne – związane raczej z zakodowaną we mnie tradycją, z religią, w której byłem wychowany, niż obrazową plastyką cielesnych tortur, jakim poddawano na ekranie odtwarzającego postać Chrystusa Jima Caviezela.

Wreszcie – film wydał mi się mało kompleksowy. Jeden zarzut już wymieniłem: zagubienie rzeczywistego przesłania nauki Jezusa. Wynikało to również z ciągłych powtórzeń i treściowej monotematyczności scenopisu. Dzięki temu moje najmocniejsze odczucie po projekcji Gibsonowej Pasji było takie: wielko-formatowy clip zdominowany przez obrazy tortur, sadyzmu i okrucieństwa.
Trudno by tu o jakiekolwiek doświadczenie natury religijnej.

Moim zdaniem o wiele bardziej złożonym i wyzywającym myślowo (choć też i bardziej kontrowersyjnym) był inny film zajmujący się postacią Jezusa sprzed kilkunastu lat, a mianowicie „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Martina Scorsese.
Mimo tych wszystkich zastrzeżeń uważam, iż obraz Mela Gibsona warto było obejrzeć. Być może burza wokół niego była zbytnio rozdmuchana, lecz myślę, że film zasługuje na bliższą uwagę.
W końcu dla wielu ludzi był on jednak obrazem poruszającym, a dla niektórych nawet wręcz wstrząsającym przeżyciem. Cóż, każdy z nas ma inną świadomość, inną wrażliwość, inny bagaż doświadczeń…

No i jeszcze prawo do własnej opinii.
* * *

Z Pasji robi się kino: wielko-formatowy clip zdominowany przez obrazy tortur, sadyzmu i okrucieństwa.

*

MOJA ZIEMIA ULRO

*

„Ziemia Ulro” to jest dla mnie ten rodzaj lektury, który wykracza poza… literaturę (literackość?) Podobną właściwość ma np. czytanie Biblii (jakkolwiek pretensjonalnie by to zabrzmiało). Innymi słowy: to jest trafienie w sam rdzeń – znów niestety powiewa patosem, ale cóż mam na to poradzić, nie pisać tego? –  mojej egzystencji. Mam nieodparte uczucie,  że Miłosz, dzięki swojej wielkiej władzy nad słowem, wyraża niejako mnie samego. Czyli dotyka tych samych rozdarć, które i mnie bolą, obnaża to samo kalectwo, które i mnie nęka.

Napisać, że jest to konflikt miedzy Wiedzą a Wiarą – toż byłoby to śmiesznie łatwe, może nawet trywialne. Ale nie. Tak nie można. Bo błąkanie się po Ziemi Ulro to nie jest taka sobie wycieczka znudzonego turysty, który nie wie, czy bardziej pociąga go Cywilizacja, czy Natura; tudzież: bardziej boi się Cywilizacji czy Natury? Refleks tego co JEST w ciemnym zwierciadle i rozjaśnione słońce Wyobraźni, która obleka świat niebieskim płaszczem naszych Złudzeń? Ta walka Nadziei ze Zwątpieniem –  to jest jednak sprawa życia i śmierci, taki metafizyczny survival. Ach – marzy Miłosz? – być tak do końca ateistą. Ale też marzenie o czymś skrajnie przeciwnym: wierzyć w Boga bez wątpienia – być pewnym tego, że On jest (i że jest przy tym Dobry), jak 2 plus 2 równa się 4.

A zamiast tego?: „Zupełny pesymizm i zarazem zachwyt, hymn ekstatyczny”, zdolność do ludzkiej rozkoszy, radość, śmiech, humor… i z drugiej strony: błądzenie nad krawędzią nicości, wyrażanie siebie na granicy krzyku.

Czy jednak w tej nienawiści do Ziemi Ulro nie ma też i miłości? Być na nią skazanym – czyż w tym gorzkim i cierpkim horrendum nie ma także słodyczy? Może za szczęście i rozkosz wcale nie trzeba płacić przerażeniem, bólem i cierpieniem, gdyż są to tylko dwie strony tego samego medalu, tej samej monety, którą gramy z naszym istnieniem – groszem, którym wkupiliśmy się w życie na świecie, gdzie czekały na nas piękne i bestie, anioły i potwory, ukojenie i strach, Matka Teresa i kaci? Czy nie kochamy Ziemi Ulro właśnie dlatego, że jesteśmy także w stanie ją znienawidzić?

Poza Ziemią Ulro jest być może wszystko, ale dla nas nie ma tam chyba nic.

*  *  *

(zdjęcie własne)

FILOZOFIA ZRANIONEGO ZWIERZA

O LISTACH F. NIETZSCHEGO

*

*

Sięgając po listy Friedricha Nietzschego miałem nadzieję, że pozwolą mi one na głębsze poznanie tego niezwykłego człowieka, jak również na lepsze zrozumienie jego filozofii, która wydaje się być tak mocno związana z tragicznym życiem niepokornego wolnomyśliciela.
Czy tak się stało?

*

KOCHANA MAMO, DROGA SIOSTRO…

Uderzył mnie już pierwszy list, który napisał sześcioletni Frycek do swojej matki:

„Kochana mamo,
Chciałbym z tobą porozmawiać, ale nie jestem z tobą, więc muszę pisać do ciebie liścik. Bardzo się ucieszyłem z szarlotki, dziękuję za nią pięknie.
Myślę ciągle o Tobie i Elisabeth (siostra Nietzschego – przyp. LA), ale pisać już nie mogę, bo jestem zmęczony.
Twój wierny syn
Fritz Nietzsche.”

W tym skromnym dziecięcym liściku widzę antycypację tego, co stanowiło główny rys całego (świadomego) życia Nietzschego: jego oddalenie od ludzi i osamotnienie w świecie (przy jednoczesnej tęsknocie do obcowania z kimś bliskim), oraz ciągłe zmęczenie życiem (chorobą), często uniemożliwiające mu nie tylko pisanie, ale i normalną egzystencję.

Listy do matki i siostry pisał Nietzsche przez całe swoje życie. Bardzo często zawierały one podziękowanie za jakiś użyteczny drobiazg, kawałek garderoby, żywność… Miały więc charakter utylitarny. Były także utrzymane w tonie rodzinnym – Nietzschemu zależało na tym, by sprawić wrażenie oddanego brata i dobrego syna.
Skądinąd wiemy, że matka była wobec niego oschła, siostra zaś usiłowała nim manipulować. Nietzsche to widział i odczuwał, cały czas jednak zachowując swoją niezależność w myśleniu i czynach, ale – jak na ironię – po psychicznym załamaniu trafił na ponad 10 lat pod kuratelę, wpierw matki, a następnie siostry, która wykorzystała jego niemoc (a właściwie pozbawienie świadomości), by urobić jego spuściznę pod swoje dość prostackie tezy (dzięki czemu mógł się później na jego dziełach paść nazizm i antysemityzm.)

ECCE HOMO, CZYLI OSAMOTNIENIE I TORTURY

Następna niespodzianka, która czekała na mnie podczas lektury listów: najwięcej jest tych napisanych do jego przyjaciół, którzy wszak zmieniali się (z wyjątkiem bodajże wiernego Overbecka ). Może więc nie byli prawdziwymi przyjaciółmi? Jaka ogromna bije z nich potrzeba miłości i zrozumienia! Miłości, której Nietzsche był pozbawiony… (a może sam się jej pozbawił)?
Ile w tej uczuciowej prostracji było z wyboru, a ile z konieczności?
Jedno jest pewne: człowiek szczęśliwy, kochający (i kochany) nie stworzyłby tak nieludzkiej wizji odrzucającej w końcu miłosierdzie, współczucie, a w konsekwencji i samą miłość.

 

Jednakże uproszczeniem byłoby twierdzić, że „przewartościowanie wszystkich wartości”, którego chciał dokonać filozof (a była to de facto próba anihilacji tego, co dotychczas scalało pozytywnie ludzi i budowało ich kulturę), miało swoje źródło jedynie w jego mizantropii, czy też kondycji fizycznej.
Pół biedy byłoby w tym, gdyby Nietzsche zaczął nienawidzić człowieka w swoich górskich samotniach – na swój prywatny użytek (a raczej gwoli własnej mizerii). Kłopot dla Europy zaczął się wtedy, kiedy Nietzsche Mesjaszem chciał uczynić Zaratustrę, sam mianując się w końcu Antychrystem. (Już w tym momencie, w oczach zdecydowanych wrogów Nietzschego, kompromituje się całe jego myślenie.)

Jednakże myśl Nietzschego nie tylko przetrwała, ale i miała wielki wpływ na rozwój europejskiej kultury. Mało tego: jego koszmarne proroctwa spełniły się z nawiązką w następującym po nim wieku, co tylko potwierdziło jego przenikliwość i niemal jasnowidzące zdolności profetyczne:

„Na całej Ziemi wystąpią konwulsje, jakich jeszcze nie było – pojęcie polityki zniknie całkowicie w wojnie duchów, wszelkie wytwory wiedzy wylecą w powietrze, zaczną się wojny, jakich jeszcze nie było.”

Czy jednak, wobec tego wszystkiego, zadowolić dziś może kogokolwiek ta z pozoru oczywista konstatacja, że wszystkiemu winien wredny charakter Nietzschego, syfilis i związana z nim permanentna kondycja chorowitego zdechlaka, który zaczął roić sny o potędze i napawać się nadchodzącą Apokalipsą?
Nawet w konfrontacji z wyrażonym explicite zwierzeniem Nietzschego w liście do Overbecka, napisanym na rok przed kompletnym popadnięciem w obłęd?:

„Bywały ponure godziny, bywały dni i noce, kiedy nie wiedziałem już, jak żyć, i brała mnie czarna rozpacz, jakiej jeszcze dotąd nie zaznałem. Mimo to wiem, że nie mogę się wymknąć, ani w tył, ani w prawo, ani w lewo: nie mam żadnego wyboru. Tylko ta logika mnie powstrzymuje: patrząc ze wszystkich innych stron mój stan jest nie do wytrzymania i bolesny aż po torturę. (…) Nie należy teraz ode mnie oczekiwać ‚pięknych rzeczy’, tak jak nie można domagać się od cierpiącego głód zwierza, by z wdziękiem rozszarpywał zdobycz. Wieloletni brak naprawdę wspierającej i uzdrawiającej ludzkiej miłości, absurdalne osamotnienie, jakie ze sobą niesie to, że prawie każda pozostałość ze związku z człowiekiem staje się tylko źródłem ran; wszystko to jest jak najgorsze i ma tylko jedno uzasadnienie: że jest konieczne.”

Echo tego listu odnajdziemy we wspomnieniach Overbecka, który opisuje kilkakrotne odwiedziny Nietzschego, kiedy ten pogrążony był już w kompletnej apatii. Oto pisze on np.: „(Nietzsche) zrobił na mnie wrażenie zranionego śmiertelnie szlachetnego zwierzęcia, które ukryło się w jakimś zakątku, gdzie myśli już tylko dokonać żywota.”


Oczywiście, że czytając opisy choroby Nietzschego – tych niekończących się cierpień związanych z ostrymi bólami głowy, wymiotami, osłabieniem wzroku, paraliżem – może nas ogarnąć chrześcijańska litość nad nieszczęśnikiem, (którą nota bene sam Nietzsche tak wyszydził). Naturalnie, naszym ludzkim odruchem jest współczucie dla złamanego cierpieniem bliźniego.
Lecz pozostaje jeszcze jego myślenie – fant, z którym cała Europa musiała się jakoś uporać. Nie wystarczyło już bowiem wzruszenie ramion i skwitowanie tego wszystkim stwierdzeniem: to szaleniec!

Pisma Nietzschego wymierzone były w sam rdzeń chrześcijańskiej Europy z jawnym zamiarem, by ugodzić śmiertelnie jej (zakłamaną wg niego) duszę, rozwiać czadzące wszystkich złudzenia, obnażyć obłudę wszystkich instytucji – całej cywilizacji, która skrywała fundamentalne prawo natury o dominacji silniejszego nad słabszym, o świecie, w którym o wszystkim decyduje wola mocy, gdzie nie ma „zmiłuj”, i gdzie mamy do czynienia z moralnością panów i moralnością niewolników.
Nietzsche zatruł atmosferę zadowolonego z siebie filistra, uderzył w znarkotyzowane przez religijne opium masy, obnażył obłudę monarchów i włodarzy, pokazał palcem stęchłego ducha Starej Europy. Pierwszy zaczął wołać, że Titanic tonie, skupiając na sobie uwagę wszystkich.

ROZPOŁAWIANIE ŚWIATA

Czytając listy, pewne symptomy skrzywiającej się psychiki Nietzschego dają się zauważyć na wiele lat przed totalnym załamaniem, które spadło na niego zimą 1888 roku w Turynie. Była to głównie postępująca alienacja wobec najbliższego otoczenia, (której najbardziej dramatycznym przejawem było burzliwe i niezwykle bolesne dla Nietzschego zerwanie z Ryszardem Wagnerem); nadmierne poczucie własnej wyjątkowości przeradzające się w megalomanię, pozwalającą mu w końcu uznać się za „największego niemieckiego pisarza”:

„(…) moje stanowisko filozoficzne jest bez konkurencji najbardziej niezależne. (…) Współczesna Europa nie ma pojęcia, wokół jakich przerażających rozstrzygnięć obraca się cała moja istota i do jakiego koła problemów jestem przywiązany – i że wraz ze mną nadciąga katastrofa, której imię znam, ale nie wypowiem.”

Swojego „Zaratustrę” uznaje za „najgłębsze i najdonioślejsze wydarzenie – duszy, za pozwoleniem! – między dwoma tysiącleciami, drugim i trzecim”, zaś o innych swoich książkach pisze: „(…) dałem ‚nowym’ Niemcom najbogatsze, najbardziej przeżyte i najbardziej niezależne książki, jakie oni w ogóle mają, będąc zarazem osobiście kapitalnym wydarzeniem na terenie kryzysu o wartościach.”
Przewiduje, że swoim dziełem „rozbije dzieje ludzkości na dwie połowy” i wyznaje, że:
„(…) moje życie stoi przed gigantyczną decyzją i spoczywa na mnie odpowiedzialność, jakiej nie potrafię wyrazić (…) ‚Zaratustra’! Pierwsza książka całego tysiąclecia! w której zawarty został los ludzkości! (…) Gdy wyjdzie ‚Ecce Homo’, będę pierwszym wśród żywych.”

Psychologia rozpracowałaby tu na części pierwsze te mechanizmy, które powodowały Nietzschem. Zapewne po raz kolejny przekonalibyśmy się, jak proces kompensacji czyni z impotenta mocarza, a z poczucia niemocy – złudzenie wszechmocy; jak łatwo kompleks niższości przeradza się w manię wielkości… etc.
Czy jednak charakterologiczne wytłumaczenie, doszukiwanie się egoistycznych impulsów, wskazanie na psychologiczne (czy też nawet fizjologiczne) źródło takiej a nie innej myśli, myśl tę dezawuuje albo unieważnia?
Moim zdaniem nie.
Z każdą ideą, kiedy już się ona pojawi (a zwłaszcza z taką, która uzyskała już status przynależności do spuścizny europejskiej myśli filozoficznej), należy się zmierzyć bez stosowania argumentów ad personam, jakimi byłyby wszystkie te, odnoszące się do egoistycznych pobudek jej powstania, do jej genezy osobniczej.

UMARŁ BÓG, NIECH ŻYJE BÓG!

Nietzsche (rysunek Hansa Oldego)

Jak wiemy, Nietzsche obwieścił śmierć Boga. Czy jednak należy to rozumieć tak, że Bóg był ale umarł? Czy też, że nigdy Go nie było?
W sumie to nieważne dla kogoś, kto mierzy się z brakiem Boga w świecie, mimo że nigdy właściwie nie ogłosił siebie ateistą. Ten ostatni fakt intrygował mnie nieco do momentu, kiedy uświadomiłem sobie, że tym sposobem Nietzsche jakby zostawia otwartą furtkę dla jakiegoś bóstwa, którego sam (dość mgliście i nie do końca świadomie) oczekuje.
Sam Heidegger uznał Nietzschego za pierwszego europejskiego filozofa ery nowożytnej, który całkowicie zerwał z wszelką metafizyką. Mnie się to wydało zdumiewające, bo tak naprawdę Nietzsche miał temperament wielkiego mistyka, by nie napisać wizjonera (a jak mistycyzm może się obejść bez metafizyki?)
Nawet kiedy chciał się on dokopać do sedna Natury, zgłębić jej istotę – trafiając tam najczęściej na bezcelową i bezsensowną próżnię, pustkę i nicość, nie mógł się pogodzić z jej zimnem i bezdusznością, dlatego też jego poszukiwania wracały do niego samego, musiał więc jakoś im sprostać sam przyjmując postać bosko-ludzkiego Zaratustry.

Wszystko to nabrało konkretnego i widzialnego kształtu na kilka miesięcy przed załamaniem, kiedy Nietzsche zaczyna podpisywać swoje listy jako: Feniks, Cezar, Antychryst, Dionizos i Ukrzyżowany.

Rozbrajający (i nie pozbawiony pewnej poetyckiej zgrabności) list pisze wówczas do Cosimy Wagner:

„To przesąd, że jestem człowiekiem. Żyłem jednak sporo pośród ludzi i znam wszystko, co ludzie przeżyć mogą, od rzeczy najniższych po najwyższe. Wśród Hindusów byłem Buddą, w Grecji Dionizosem, Aleksander i Cezar to moje wcielenia, autor Szekspira, lord Byron, takoż. Na końcu byłem jeszcze Wolterem i Napoleonem, może też Richardem Wagnerem… Tym razem jednak przychodzę jako zwycięski Dionizos, który chce na ziemi uczynić święto… Nie mam zbyt wiele czasu… Niebiosa cieszą się, że tu jestem… Wisiałem też na krzyżu…”

Zaś do profesora Jakoba Burckharda z uniwersytetu w Bazylei (gdzie sam kiedyś piastował katedrę filologii klasycznej), zwraca się tak:

„Drogi Panie Profesorze,
ostatecznie o wiele bardziej wolałbym być bazylejskim profesorem niż Bogiem; nie odważyłem się jednak posunąć tak daleko osobistego egoizmu, by z tego powodu zaniedbać stwarzania świata.”

Wyszło na to, że Nietzsche samym sobą chciał zastąpić miejsce, które dotychczas zajmował Bóg.
A to możliwe jest tylko w szaleństwie.

DO DOSTOJNYCH POLAKÓW

Jako o pewnej ciekawostce można tu też wspomnieć o fantazjowaniu Nietzschego na temat swojego (domniemanego) polskiego pochodzenia. Podobno jednak faktem jest, że prapradziadek filozofa, Gotthelf Engelbert Nietzsche był synem polskiego szlachcica Nietzkiego (Niecki).
Peter Gast (kompozytor, długoletni przyjaciel Nietzschego) widzi w nim „polskiego szlachcica, który został w dziadku i ojcu zagłuszony przez teologów, a w Nietzschem ponownie wydostał się na światło dzienne.”

Franz Overbeck w swoich wspomnieniach o Nietzschem napisał jednak:
„Ja sam dość często bardzo sceptycznym uchem wysłuchiwałem powtarzanych po wielokroć opowieści Nietzschego na temat jego polskich przodków, których piętno nosił zresztą rzeczywiście w szerokiej budowie swej fizjonomii.”

Nietzsche lubił więc brylować w towarzystwie jako potomek polskiej szlachty, i schlebiało mu to, że był za takiego przez owo towarzystwo brany.
A my możemy się tylko lekko zadziwić, uświadamiając sobie, że były to czasy, kiedy polskie pochodzenie nikomu nie czyniło ujmy, a wprost przeciwnie – było powodem do chluby. Nawet jeśli było czymś urojonym.

Ten wątek odezwał się nawet w liście, który Nietzsche napisał dosłownie na kilka dni przed zapakowaniem go w kaftan bezpieczeństwa (jakim była szlafmyca właściciela pensji, którą przekupiono oszalałego filozofa, by bez stawiania oporu udał się wraz z Overbeckiem do pociągu mającego zawieść go do szpitala dla obłąkanych w Jenie):

„Do dostojnych Polaków
Należę do was, jestem jeszcze bardziej Polakiem niż Bogiem, chcę wam oddać cześć, tak jak cześć oddawać mogę… Żyję wśród was jako Matejko..
Ukrzyżowany”

DLACZEGO NIETZSCHE?

Rozumiem, że książka, którą właśnie przeczytałem jest zaledwie wyborem listów Nietzschego. W rzeczywistości jest ich bowiem znacznie więcej. Nie wszystkie zresztą są już odkryte i znane. Niemniej jednak wyłania się z owej selekcji obraz, który odbiega nieco od wyobrażenia, jakie mają o Nietzschem czytelnicy jego dzieł.
Wbrew przytoczonym tu już, raczej gwałtownym fragmentom, z całości wyłania się niejaka monotonia tematów, które Nietzsche porusza w listach do matki, siostry, znajomych, kolegów, wydawców… Ciągłe pisanie o pogodzie i swoim zdrowiu (a raczej jego braku), o nieustannej tułaczce – zmianie jednej pensji na inną (Nietzsche nie miał czegoś takiego jak „domu”, czy nawet „własnego kąta”), o kolejnych fiaskach związanych z publikacją jego pism, o coraz bardziej wykruszającym się gronie jego przyjaciół… etc. Z rzadka jedynie ujawnia się w tych listach intensywność i gęstość, jaką mają jego utwory literackie.

Możemy więc, nieco na chłodno, prześledzić curriculum vitae Nietzschego – jego wczesne (w wieku 24 lat!) objęcie profesury na Uniwersytecie w Bazylei; stopniową utratę zdrowia, która zmusiła go do porzucenia pracy pedagogicznej; ciągłej zmianie miejsca zamieszkania, wzmianki o powstawaniu kolejnych książek i próbach ich wydania; zabiegi o przyjaźń tych ludzi, którzy jeszcze zupełnie się od niego nie odsunęli, wreszcie ów nieszczęsny atak szaleństwa w Turynie, na którym właściwie skończyła się możliwość dyskursu z jego myślą.

Nietzsche ze swoim przyjacielem Paulem Rée oraz wielką zawiedzioną miłością Lou Salomé (z pejczem)

*

Mnie osobiście bardzo ujęło ożywienie, jakiego doświadczył Nietzsche kiedy w jego życiu – niczym jasna i ostra kometa – pojawiła się młoda Rosjanka Lou Salome. Wyglądało to tak, jakby w tego myśliciela wstąpiło nowe życie, witalny entuzjazm, skrajne podniecenie… aż do momentu, kiedy kobieta, w której się zakochał opuszcza go z jego własnym przyjacielem.
Nietzsche w jednym momencie gaśnie, wpada w ludzką, arcy-ludzką rozpacz, ponownie jego ciałem zawłaszcza choroba…

Mimo tych życiowych niepowodzeń, (które przecież wśród ludzi są na porządku dziennym), sporadycznych a nagłych zawirowań losu, życie Nietzschego, patrząc nań z zewnątrz, pozbawione było gwałtownych wydarzeń, jakiejkolwiek awanturniczości, zewu przygody… Wielki dramat rozgrywał się właściwie w jego ciele i umyśle – i jest czymś na wskroś fenomenalnym, że taka kameralna w sumie tragedia „jednego aktora”, potrafiła rozniecić żar wśród tak wielu myślących, poszukujących i czujących ludzi, może nawet wpłynąć na nadchodzącą właśnie epokę.

* * *
Wewnętrzne życie Nietzschego było jednym wielkim i niegasnącym pożarem, który wreszcie strawił sam siebie. Przejawiał się on choćby w skłonności do ekstremalnych doświadczeń ducha, w penetracji rejonów ludzkiej myśli, w które prawie nikt nie ośmielał się zapuszczać. Stąd te jego nerwowe spięcia, mózgowe wyładowania, błyskawice i burze.

Niech nas jednak nie zwiodą owe szaleńcze wyskoki, błądzenie konceptu i kipiel emocji, absurdalne stwierdzenia i jaskrawy – jakby się mogło wydawać – nonsens, który się wyłania w skomasowanych tu przeze mnie i wyłożonych cytatach.
Bowiem dzieło Nietzschego zawiera w sobie bez wątpienia fragmenty genialne i błyskotliwe, miejscami obdarzone jest niezmierzoną głębią i wstrząsającą przenikliwością. Gdyby tak nie było, to rzeczywiście uznać by go można za kolejnego – i tylko li – wariata.
Tak się jednak o Nietzschem nie mówi – i nie dzieje się to bez przyczyny: tej filozofii nie da się – ot tak, po prostu – przegnać z dworu dziedzictwa europejskiej myśli, jakkolwiek rozpaczliwa, desperacka, groźna i tragiczna mogłaby się ona wydawać.

* * *
Nie wiem, czy poznając głębiej Nietzschego, lepiej rozumiem jego filozofię, ale na pewno lepiej rozumiem go jako człowieka, który rozpaczliwie usiłował wypełnić pustkę…
Pustkę po kulturze, której się sprzeciwił i po Bogu, którego uśmiercił.
Czy jego obłędny los może stanowić dla nas jakąś naukę?
A może tylko przestrogę?

* * *

Taras Nietzschego w Nicei

*